Archiwum dla Styczeń, 2021

2021

Posted: 01/03/2021 in Wiersze

Ze względu na was – 2021 – Alek Skarga — Ridero

*Lustro 3D*
Trzymam lustro 3D przed sobą
na wyciągniętych rękach
jestem niespójny wewnętrznie
to widać gołym okiem w nim
zbyt wielowymiarowy, wielopłaszczyznowy,
wieloręki, wielomyślnie wielonarządowy,
wielokrotnie wielopokoleniowy, wieloszczegółowy
w rozległościach wielu za mną zbyt rozświetlonych
łunami luksów znikąd laserowych
a wokół mniemań zagubionych w wietrze słonecznym
miliard lat temu powstałych profile.
Które pokolenie ważniejsze,
słuszniejsze, bitniejsze, bezprawnie słuszniejsze
to z lat sześćdziesiątych końca wyostrzone, czy może,
to z pierwszej dekady nowego wieku zamglone?
które zgorszenia w skrzywieniu brwi prostsze?
a które zachowania przeszłe w oczach pokrętniejsze,
służące uniknięciu akceptacji, w wyrażaniu dezaprobat?
w lustrze 3D na wyciągnięcie ręki
lustro owe nie kłamie, aby?
a piąty wymiar poza nami, poza nim
poza tobą zestalonym, już spójnym,
nie płaskim, jak sztandar na wietrze wieczystej prawdy.
*Ze skały Tarpejskiej Kapitolu*
Znamię sługi twego zakonspirowanego w gałęziach wiosennego westchnienia,
które jak wierzba babilońska rozkołysuje się nad mglistą rzeką powrotu
niech wyróżni cię tym, co wskazuje biegnącego przed legionem Sabinów
z wieści o nadchodzącym jak kwietność zwycięstwie pełni twoich oczekiwań
w sumieniu niech się rozkołysze
nie strach przed nią a łagodność brzasku uczucia nieziemskiego w pokorze
sunącego mgłą nad łąkami, ku światłości słońca zenitu dziejów twoich
błogich jak sprawiedliwość dla niewolonych
to znamię, to łaska czasów w pieśni okupionych walką o nich
napisanych na i dla prowincji dzieciństwa wspólnego predestynowanego
widzianej jakby ze skały Tarpejskiej Kapitolu
przez patrzącego na wskroś zdrady w czasie upadku
*Agens i Agentyw*
Studniowe skrytolubne imaginacje umysłu
studniowe jego wyczekiwania ośmiornicze w nieutuleniu
apokaliptyczne niestrudzenie imiesłowy jego wypowiedzi
i to jednego dnia, sądnego dnia,
gdy usta zamilkły na stulecie wiernych
w głębokim jarze uśpionych nadziei
studniowe skrytolubne dęby przeinaczeń
kosmologicznego języka
niereagującego na bodźce imiesłowów
lęgnących się w pieczarach bezdomności
wszelkiego zapomnienia uczuć
miłości jak sezam rozbójniczy
acz skarbów pełen po brzegi
– odeszły bez wypowiedzianego zaklęcia,
jak ona
*Konsternacja*
Konsternacja, ja w ty i
konsternacja, oboje, oni wszyscy jacyś inni
pąs, róż, zmierzch w policzkach twych
i oczach moich też róż snu
zsunęłaś delikatnie wazon naszej historii z kominka okapu
no, więc, nie złapię go, nie mam zamiaru
niech leci de Chirico w Pamukkale
w hetyckie pismo zmienia się obraz mitu,
a my,
my w oni,
oni w eposy przez ślepców wyśpiewane
tudzież konsternacja naszej dwuosobowej nacji, a ta
nie powstała ze skorup jeszcze
dobrze, że nasz Abraham nie zawrócił do obcego Ur
gdzie ziggurat pychy powstał z mułu
a Tygrys mój ostateczności pożarł Ganges nieostateczności
zaryczał jak brzęk uderzającej o posadzkę wazy
i ta ruina Jerycha powiedzmy emocjonalna
taka ta konster nacja
*Ikony porównania*
Nie tylko Montparnasse, ale Kraków w okolicach dworca
nie tylko Montserrat, ale Kalwaria w okolicach Wadowic
są twoje
takie porównania są trafne
zestawienia miłosne pełne sztuk, akuratne
zespolenia piękna, jako takiego, pojedynczego
z narodowym postrzeganiem, słuszne
jak Ambrożego, Ireneusza, Franciszka myśli złote
wszechmiejscowe wszechczasowe wszechobecne
nie pamiętaj, ale trwaj
nie zachęcaj, ale bądź
w.. powszechne
trud historii tworzenia piękna jest
równy trudowi jego odkrywania
po wiekach, prawie
skoro ruch pędzlem jest równy
ruchowi piórem gęsim, zawsze
– nie, więc enter amen
zakończy poszukiwania wyrazu na Antypodach
i ukróci swawolę gdybania
o krańcach Wszechświata słowa
w kształcie ikony
porównania prawdy

*Skonfundowany*
Skonfundowany stetoskopowy detektor
i emiter stroboskopowy nagłości w sekundach
w kącie szuflady życia czeka na napraw przemiany
w nawykach biegłych w lat oddanych postępach
niknie jak sonda opuszczająca zmroku galaktykę
w zaciszu ponad łomotem dni przekuwających lęki
jak dzwony w ciałach otwartych milknące
słońc obce elokwencje w zwrotach zbyt powolnych zachodzące
doktorów pocztowców obce nieodebrane awiza
służy zagładzie głów kosmicznych zamkniętych jak szuflady serc
skonfundowany przez żyjącego niestałe ja
*Natężenie hałasu*
Natężeni hałasu w lukratywnych przyczółkach namiętności
było zbyt duże,
to wiedziała ona i skręciła wzmacniacz
siły odśrodkowe w subiektywnych
trochę zbyt ekskluzywnych czułościach
eksplodowały w formie strukturalnych brył magmy
skrywanych pocałunków ujawnionych
i skończyło się jak się skończyło
podwórkowa parada wyrzutów własnych jej krągłości
i jego sumienia skończoności
przeszła przez podwórza powojennych ruin
gitary użyte zamiast karabinów maszynowych
ucichły i nie wybrzmiał hymn galaktyki
tej miłości, do której mieli dotrzeć
pozostało dziecko Voodoo – ich wspólny pobyt na Balearach opętany
i co się okazało, hałas zmysłów był powodem strachu,
lecz nie epidemii strachu
strach w silniku odrzutowca spłonął
metalowy akrobatyczny jej odrzutowiec?
tak, ten sam! och, rozmowy
– tak, spadł w ciszy postmiłości przed blokiem
*Wytyczne skierowane do somnambulistów*
Wytyczne skierowane do somnambulistów
w zakresie sposobu erupcji samoświadomości zła
nie będą efektywne
tak, jak presja na gwałtowne odrealnienie snów
w kołach zbliżonych do wyznawców kwadratur kół,
kół muzycznych w kolorach pór,
nie będzie oddziaływań skutecznych dla lukrowanych głów
wytyczne dróg prostych zmienią się
w pustowyrazy pustosłów pustogłów
w pustostanach po aquawyparkach medialnych oligarchów nocy
a dzień zeswatany z możnowładztwem duchowej niemocy
zarobi na swoje fantazje w nocy
też, dzień zeswatany z możnowładztwem
zarobi przemowami w lodówkach na swoje świetlne fantazje!
i ktoś za dnia rozkaże.. precz – folie zła, ha ha ha
ze studni życzeń biedaka
wytyczne przepompowane do cna
*Dekapitacja*
Smutno mi Boże,
uchwyciłem właśnie nienawiści topór lecący przez świat
zatrzymałem go nad własną głową
i wbiłem z mocą
w pień ściętej brzozy, czerniejący przede mną
przerąbałem na wylot kamień na niej leżący
przeciąłem jak hubę
z pnia wypływały soki
jak woda
z kamienia popłynęła krew
jak z poranionego ciała
smutno mi Boże,
wypłakany ze świata grzech
tylko jak łza jest
to jeszcze nie przeszłości dekapitacja przecież
(a krew?)
*Kustosz znudzonych dni*
Kustosz tych znudzonych dni
pracę twórczą zamyśla
sam rzeźbić zaczyna w czymś plastycznym jak myśl
tak na początek, szepcze do siebie
kustosz dni umykających z ogonem podwiniętym
tworzyć zaczyna dzieło własne
rylcem, dłutem pogłębia rowki w eskapicznie nakreślonym
westgraficznym projekcie ornamentalnym własnego cienia
kustosz dni policzonych pomiędzy zaginione
nagle odkrywa w sobie pragnienie ponownego ich zaistnienia
w brzaskach, blaskach i nieprzewidzianie rozgrzanych
wsamopołudniach dni jak szczwany lis umykających
rzeźbi zapamiętale w czymś bardzo plastycznym
czymś, co samo wpadło mu w ręce
rzeźbi w wenie z laku i nadziei
w wenie ziem i słońc rzadkich
niespodziewanie przydatnej
*Kometa uczucia*
To nic, że czarny skrawek nieba
tak wbija się w twoje złociste spojrzenia
nie odwracaj oczu, nie przecieraj ich
niech źrenice nabiorą barwy permanentnej prawdy
ukrytej we Wszechświecie tam jak błysk
będą się kumulować skołatane gwiazd epizody,
kumulować w jedną czystą opowieść dusz,
scenariusz filmu nadziei dla zgorzkniałych domowników Hiberny
zamkniętych w niekończącej się kopule zmierzchu
bez wyobrażeń zbuntowanych zórz,
bez smutku dla egzystencji ekliptyk mateczników,
bez wpływów księżyca dla oblewających serca pogańskich mórz
oczy niech wypełnią się jak studnia burz
otchłanią czystych pragnień, która nie kłamie, gdyż
czekaniem na nie wypełnia czas, a czas prawdy nastanie
film życia się wyświetli, gdy nadleci pierwsze kruche uczucie,
pierwsza kometa uczucia
*Ekspresja nadrealna*
Skromne odyseje ekspresji nadrealnej
w jazgocie uczuć niesłyszalne a nośne
i obładowane treścią intymnych dźwięków
o znaczeniu kosmicznym dla atmosfery uczuć w galeriach tęsknot
w licznych kołtunach noblistów, w koronie jedynego cezaro-cara,
rytuału krokach ukryte jak nieznane, nieoczekiwane znaczenia
wyrwać się niemogące ekspresje
lotni mistrzowie znośności brodzą w błocku oczekiwań władz tego świata
a władze tego świata zanurzone
w oczekiwań niejasnych, niekolorowych marzeń – toną
maszyny klekocą, te z lat sześćdziesiątych szalonych zbyt
i buczy coś, jakby nadlatujące bombowce
z ichnich nostalgii wylatujące ku dżunglom niepocieszonych wściekłości
z trudem maskowanych przy sztalugach powszechnych irracjonalności
ustawionych na alejach metropolii, które zapadają się w nas
sztalugi stoją na resztkach asfaltu nad przepaściami
a my ekspresyjnie machamy warkoczami
choć są to warkocze komet nie wiemy,
czy coś z tego wyniknie dla nieastrologicznej już populacji?
*Zatrute jabłko wiosny*
Zew kwiatów na kolorowych łąkach pamięci
tej naturystycznej, ale prawie nie sprośnej
stoisz z nimi na środku pokoju
w tchnieniu zapachów raju
właśnie zrzuciłeś ubranie
podchodzisz do okna wiosny
smutny dzień nie może rozpocząć się
od radosnej przygody z naturą
więc wspominasz ją,
tą, która podała ci zatrute jabłko
sama je ugryzła pierwsza,
żeby się uwiarygodnić przed tobą
leży teraz w szklanej trumnie w stroju księżniczki
w koronie schizmy aureoli tęczowej
ty nie słyszysz jej oddechu
słyszysz za to zew kwiatów wokół
na jej ustach składasz pocałunek
pomimo wszystko czule
*Twoje klisze słońc*
Są zmutowane słońca twoje własne
jak niebotyczne antypody chaosu
w gusłach kwarków unurzane
na skrzydłach niesione wiatru,
który nazywany bywa schizofrenią gwiazd nagłej konieczności
po skumulowaniu kosmicznych odczuć
nastąpi zminimalizowanie wyniku kompilacji logik
z różnych stanów, etapów twojej epistolografii,
by zmutowane, już wspólne słońca jednak odnalazły
w reakcjach nie astrologicznych drogę do pulsarów naszości
w wysławianiu się embrionów matematycznych przeczuwań
w tobie twórcy klisz słońc
*Monster Led*
Monster Led
świetlny diplodok wstający z kolan
(ni nazwy łacińskiej ni greckiej)
widziana z morza farma wiatraków na wybrzeżu
wracam z Bornholmu
jak T.Rex wpatruję się w latarnię morską w Niechorzu
pędzę w sumie dość szybko wodolotem Kalinin
goni mnie morski dusiciel
pyton historii bolszewickiej
zmysłowy różowy nadmuchany
jak niegdyś Zygmunt na Bornholm porwanym MIG-iem
ja z Bornholmu do Polski uciekinier powracam
teraz ku Pogorzelicy wypalonym lasom
gdzie czasy mgnienia niedostępne wypalone laserem KGB
lecę nad wodą zawrotnym wodolotem
zwrotnym historii potworem
potworem historii przewrotnie powrotnej
na powrót w zagrożeniu pogorzelnej poddany machinie
ku sławie słowiańskich wydm i plaż
noc zapada koło brzegu nad technologicznym wybrzeżem
lecz słońce na zachodzie zapala latarnie zwierząt
te oczy Monster Led
dusiciel nie ma szans na pamięci fal
oto ja już na fal ochronach
w Athenry tęsknotach
jak cnót polskich płodnych polach
bez Słowińców wymarłych jak dinozaury Hamburga
po mordach Iwana i Kalinina
przybywam
*Zapada zmrok w starym Krakowie*
Zapada zmrok w starym Krakowie, czerwienieją strzechy
deweloperskich osiedli
ostatni traktor zomowski trajektorią przelatuje nad Czyżynami
zmieszane z błotem ścinki komunistycznej tęczy
wschodzą nad częścią wielkiego supermarketu
dobudowanego do dwóch kościołów
przylaszczki święte nie winne dziczy dzielnicy
cieszą się rudawym upojeniem wstających mgieł Mogiły
a moja ranna kawka wciąż kulejąc przemieszcza się wciąż
jak zjawa znikąd Pendolino
w kierunku kurhanu na Krzemionkach
dwutorowo
akuratne słońce dzierży tu prym szybkości dzikości
zjeżdżając z wizji ku wieżom pojednania
przekaźniki czerwone zer złości
nie mając nic do powiedzenia
zemszczą na dzisiejszy przekaz nic nieznaczącego dnia
dzieci poranne starszy pokurcz wiadomości wzywa na ablucje
poczyna sobie jak kniaź Igor na zebrze
a koń jego prycha przywiązany w operowym stabulum
czeka, czeka na dowiezienie złotego owsa, który jest czarnym snem
w kolebce stepu takiego, gdzie każde miasto zapada się we własne curriculum
ostatnie strzały świetlne przelatują nad Mongołami Zachodu
szturmującymi dyskoteki w Śródmieściu
*Zausznicy*
Zniosłem zauszników szepty po kątach
i ich popleczników, strażników caratów
jako Europejczyk nie mogłem inaczej
jak zniosłem ograniczenia w dostępie do mojej sieci
dla much i ich władców
wychwyciłem zdalnie wrogów pojękiwania
oznaczających czasem synonimy pojednania
amulet z kości czaszek opróżnionych
zawisł na mojej szyi
a pierś się wypięła po medale z mamroczących ust śliny
zausznicy stali się bliżsi niż mocodawcy próżni
na koniach zjeżdżający z gór tak zwanego Uralu
wprost w moje zabudowania idei idylli drogami wszystkimi
prowadzącymi do domniemanego Rzymu
jakże słowiańskie moje barbakany z brzozy przyjęły ich spokojnie
w ciszy bez wystrzałów z kusz i arkebuzów
miej słuch, słuchaj popleczników ofiar zauszników
znikaj w zamkach, które zbudowałeś przed nimi
zapraszaj ich schodzących z pomników
ze złotymi i brązowymi intencjami
*Kos śpiewa o poranku*
Tylko dla panów zaśpiewał kos o poranku
ledwo zadrgały pierwsze struny skwaszonego słońca
ledwo zabrzmiały w mgłach dzwony rurowe miasta
dał się słyszeć tryl jak grom
jakaś osika zadrżała jak kot
szum wiatru przeniknął zagajnik jakiś
za lasem tym stał ułanów pułk
kawaleria bestii czasów współczesnych
zniknęły w trylach ich okrzyki przedbojowe
utonęły w śpiewie echa dzwoniących szabel i lanc
kos przedstawienie skradł
wojna panów siebie zmieniła się
w wojnę światów pariasów ich
jakieś miasto zamarło w mojej głowie
pobitewnej apokaliptycznie
*Niewód skrzyniowy*
Skrzyniowy niewód w opanowanym ratuszu,
regionalny sak na epopej narodowych raki,
amortyzatory marszałków do ludowej kolaski na wodór (z kloaki)
wszystko to wyeksponowane zamaszyście zostanie
w krakowskiej mansardzie warszawskich sekretarzy stanu (klanu)
tuż obok pułapu nieświadomości tłumów
dla jednego z wielu standardowo umieszczanych szklanych sufitów
w rozlicznych gniazdach Piastów,
także kijowskich, (chociaż bez anglosaskich skandynawskich)
choć będą jeszcze skruchy polityczne, gdy wiatr zawieje skądś
choć będą wymieniać chiromantów oraz kacerzy na hierarchów i harcerzy
choć będą dla zatrzymania wolnościowych spławiań to robić
pytanie nawet padną – czy w wieczornych wiadomościach
wspomną o kuratorze memów i tweetów płynącym znów
Wisłą z prądem na plecach,
zbliżającym się do Włocławka jak słowo łamacz fałszywego etosu
– do zapory postępu, co będzie właśnie jak niewód
już
?
*Lego Aztekowie*
Klucz moich przydomowych lego Azteków
poderwał się do lotu
a hieny zaćmienia nie zdążyły ich dopaść
są więc światowe te loty teraz
ponad wszelkim usposobieniem do czynów ohydnych
lecą nad Europą moi Aztekowie przykładu
a hieny ich gonią
wyłupionym oczom nikt nie wróci spojrzeń
wyrwanym sercom nikt nie przywróci rytmu
w gestach bogów ich oddanie
temu, co w Europie najważniejsze – kult śmierci
ignorowanej, a hieny nie zdążyły dopaść żadnych bogów
choć bogowie Europy są nielotami z kamienia
nikt nie zrozumiałby, dlaczego nie można ich rozkawałkować
dla ewolucji i postępu jak dzieci dla kremu
– oczywiście bez Azteków
*Z Tagasty do Tebaidy*
Zneutralizowane zapachy benzyny w płatkach pustynnych kwiatów
w oczach marksistowskich Beduinów jak mgły
wędrowny autobus w kwiecistej odsłonie
na festiwal zmierza samotnie z Tagasty do Tebaidy
do klasztorów egipskich legend
wiezie celuloidowe dusze pątników Zachodu
i zaklęte w gitarach późniejsze riffy wątpiących
za piramidami słońce truchlejące od tysięcy lat
nuci Zappy pieśń ciastowatych prawd
a nilowe malwy podziwiają różę pustyni na autobusie z Tagasty
piorun, żmija, jasny znak i symboliczny ptak
pierworodni uciekają przed nim
w autobusach zniewoleni wolą chorzy
szukają miejsc kuźni dla łańcuchów rozkucia
raczej znajdą kaźnie w świecie Hurghad
znajdą zapach benzyny zneutralizowany w pustynnej burzy
klasztory i anachoretów wysadzono w powietrze
mnisi jak mumie krążą na orbitach Ziemi
pielgrzymi Slayera pozostaną w łańcuchach
Tagastę złupią Wandalowie z Doliny Krzemowej a może zasypuje piach kłamstw
*Nowo naoliwione rozległości pojęciowe*
Absolutnie naoliwiłem tą maszyną
przypominającą atomową lokomotywę tuby
rozległości pojęciowe sofizmatycznych wojsk wyzwoleńczych
cmoka ociekając lubo: pokój, demokracja, socjalistyczny, ludy
spokojnie jem kanapkę w przerwie wyzwoleń nowożytnych
za chwilę generalna próba kolejnego
Achmatowa kłębiaste porywy zna przywódcze
z Rosji pochodzi, bowiem jak Majakowski i Pasternak, ech
te cumulonimbusy zgromadzone przed Kremlem
to plastik, ta mgła to z reaktora jego para stara
a przemówień wodza laserowe zorze nowe nad
naoliwiłem, więc maszynerię XIX/XX/XXIT, w trakcie
i czekam na dogrzanie w kotłach sprawczej siły,
co poruszy ten zaprzęg mułów stalowych, powiedzmy
ja mechanik z harpunem na foki i hamburgerem McDonalds
na Starym Arbacie poprawiający listy, wiersze, cnoty towarzyszy,
cechy starożytnych Samojedów spazmami maszyn,
i lotnymi gazami mocy
zaklętej w zakłamanych przemówieniach niewykorzystanych dotąd
to moje odkrycie zakamuflowane
to ruszy zaraz, to ruszyć musi, to imperatyw zaszły, to mus
maszyna do naoliwiania użyta, a ja, a ja, jak powódca
przerwa na kanapkę i spojrzenie w chmury – grzmi rubin,
powstaję, powstają, wolności Mamaja
*Błędny rycerz w covidzie*
Wprost ze złotych gór na rączym koniu
zjeżdżam wąwozem ciemnym cierni w doliny,
w które wlewa się za mną lawina chmur
rząd mego konia ornamentem złocony
pas mój w złotych ćwiekach cały
i złota lanca w ręku
i szyszak jak Achillesa hełm
(zbroja cała wygrawerowana ornamentami siedmiu cudów ducha
można rozpoznać je wyżłobione
delikatnymi rowkami wprawnego snycerze wycierpliwione
jak nerwy, jak arterie krwioobiegu wyłaniają się ze srebrnej poświaty,
jak zza kurtyny bytu jakiegoś fantastycznego uśmierzonego
pawie pióra, liście akantu, małe ośmiornice, winne grona
z zakręconymi wąsami pędów, papryczki i oberżyny dojrzałej
jak małże i morskie koniki pastylki
zbroja i ciało jak płaszcz kosmiczny lekarza planety
narzucone na ducha bohatera z pozaczasu
św. Jerzy i husarz spod Wiednia w jednym
wśród mgieł Enceladusa epidemii
kipiących jak azot u wrót miasta
w takiej zbroi zjeżdżający ze wzgórz śmierci zwolna)
zjeżdżam wierzchem odchylony do tyłu
na bólu szczyty patrząc śmiało
nad mlecznym kłębowiskiem świecące jasno
w kipieli wokół, w kłębowisku muślinu,
w rozrzuconej jaśminowej zamieci gasnąc
przytwierdzone bandażem podrygują moje skrzydła husarskie czerwone
na tle nieba błękitnego
jak żuraw głowę wyciągam ku prześnionym i śniącym miłościom
rycerz błędny, ja oto bez Sancho Pansy, Dulcynei, ale z uśmiechem
jak cała La Mancha o świcie
przed mną w dolinie budzi się ledwie
Nowy Jork Nowa Nachodka w covidzie
lanca ma we mgle zdaje się strzykawką być
a wiatraki na niebie z realności kpić
*Niekończące się falangi zomowców*
Pierwsza falanga zomowców przeszła spokojnie
jakby w spacerowym poruczeniu kapitana
druga żwawiej natarła ponaglana generalnie
a trzecia w pędzie runęła na nas
ściśniętych w małej grupce
broniącej dostępu do zigguratu wolności na Placu Bezmyślności
nie mieliśmy się gdzie cofać
nasz Żuk oklejony plakatami buntu płonął jak stos
a wejście do grobu cywilizacji
przypominające tomb Tutanchamona Wszechklasowych Mąk
czerniało odrazą materializmu rozkładającego się za nami
na widok trzynastej wroniej zwątpienia falangi
nie naprzód Sabaudio krzyknąłem, ale naprzód lechicka Polsko
zastawiając się ryngrafami tak jak milicja tarczami
odparliśmy ataki wielu narkotycznych sekretarzy i odnieśliśmy zwycięstwo
wolność nasza wyszła z Egiptu sowieckiego
pomiędzy bałwanami zomowców plag rozlicznych,
by pomaszerować na komuny pustynie rozkradzione
ale tam czekały już kolejne falangi bojowe składających dzieci w ofierze
Kronosowi, Molochowi, Sikkutowi, Kewanowi, Melkartowi, Refanowi, Baalowi, Nergalowi…
(Ra-Horachtiemu, który raduje się na horyzoncie w swym imieniu Szu, który jest w Atonie-Leninie)
*Światowcy*
Ze względu na zewsząd zbliżającą się mgłę obcej nacji
zasiadłem przed oknem przy kaktusowych kwietniku,
by przyjrzeć się postępującej penetracji okolicy
mojego ciemniejącego eremu
drzewa wisielcze kruszone były mlecznie, zadziwiająco sprawnie
latarnie odludne przedstawień jakoś mniej spektakularnie
skonfundowany ptak wolności wypadł z niej jak z foyer teatru
tak, to była sztuka przewrotna, ptak nie był czarny, ale krogulczy
wyglądał podobnie, lecz nie był to mój feniks osobisty
mgła nacji nie naszej dotarła jeszcze do drzwi mojej samotni
na wrzosowisku przedmieścia, gdy
poprawiłem kilt, wyjąłem z drewnianej szafy kobzy, piszczałki
i kawał kraciastego płótna
zmarłem na chwilę, gdyż zobaczyłem motyle
po chwili zdzielony w potylicę bombą, która wypadła z kominka,
odkryłem, że to nie motyle,
ale już bombowce wynajęte przez najbogatszych ludzi Rosji
światowców używających życia publicznego indywidualistycznie
*Diabeł świata*
Diabeł świata roztrzęsiony
ów lunatyk idący o lasce
jest czasem żałosny,
jak dzieciak rozkapryszony,
ale nie
pożałowania godny,
nigdy
 
*Sierp wolności i młot pokoju*
Putorsja jest wciąż tylko znakiem czasu
sierpem wolności i młotem pokoju,
które periodycznie okrążają planetę
krwawym lotem orbitalnie arbitralnym
do sześciuset jej milczących obozów koncentracyjnych
widocznych wciąż z kosmosu jak aglomeracje rozświetlonych cmentarzy
brakuje, jak kosmodromu trucizn, sześćdziesiąt pięć lotnych mauzoleów
źle zabalsamowanych krzyżołamaczy oraz światła wyłudzaczy
aby skompletować w pełni dantejskie przedpiekle, wieżę Babel upadłych narodów,
puzzle jaśnie nie do końca oświeconego człowieka wczoraj
obraz pokawałkowany duszy prawdy świata
onego psubrata..

*Topory*
Zupełne znikanie we mgle zostaw na jutro
przeproś teraz, przeproś się z dziś
włócznią bitew podpierając się nie idź przez świat
chwytaj topory latające po wojnach jak ćmy
z bezkresu zbożowego łanu kosmicznej niwy
wylatujące rakiety przyszłości chwytaj w siatki na motyle
przeproś teraz, przeproś się z nimi dziś, ucałuj czoła czule
chwytaj topory zawiści lecące przez świat
w siatki na kwiczoły
zagarniaj do dzież bazaltowe nabrzeża naszpikowane
gniazdami karabinów maszynowych
wciskając swoje palce w nie, jak w miękką
plastelinę stygnącego pumeksu
mgła wulkaniczna nad każdym wybrzeżem
znikanie w niej odłóż na później
fanfary imperialnego życia twego jak misja śmierci ma kres
chwytasz, widzę, zatrzymujesz je,
lecz zbyt wiele leci tych kolczastych gwiazd
zagarnij najbliższe góry dumy rękami czarnymi
zagarnij dalsze, kominy i koronę światów pych
to nic, że gwiazdy wbijają się w twoją głowę
jedna po drugiej
to nic, że mgła spowija pobitewny łan
fantasy świat dziecka zmieni się w Disneyland
kościoła holocaustu nie będzie trzeba dla żertw,
gdy przytulisz do piersi stygnący porfir kosmosów
trwających w niewinności, jak czarny opal poza duszą
skazaną na logikę wyjścia z gniewu
zawitaj w świecie wybaczeń wzajemnych energii materii czasu
zdefiniuj siebie w diamencie z miłosnej mgły
ociosanej tkwiącym w głowie z toporem rozumu
*Perseusz przed Perseidami na Pegazie*
Perseusz przed Perseidami przemierza starożytne nieba współczesności
materializuje pismo klinowe, w arytmetykę zmienia zamierzenia
Babilon zniszczony przez Persów tam i tu też jest
to astrologizowanie jest już wszędzie w historii i w gwiazdach, w kulturze
w religii zaczyna przecierać szlak ku determinacji przekonań
paszkwil gwiazdozbiorów na dziury czarne wysłany wiatrem Heroda
a nie wiedziały o gromadach rzymskich galaktyk, gdy go pisały
idą mędrcy przez Etiopię a za nimi mały Dżyngis-chan
idą mnisi przez koptyjskie pola pustynne licząc na palcach znaki gwiazdy
mędrcy, mnisi jak królowie, to już tu, czy wół wąż wóz powtórzy się tam
nie ma Kanału Sueskiego i socjalizmu w Egipcie jeszcze
z Aleksandrii do Kolonii droga spływna, tam spoczną ich kształty i formy
by gwiazdozbiory mogły wywołać najazd Mongołów koni na Europę wozów
irracjonalny, abstrakcyjny, dziś putinowsko dadaistyczny
okrężną drogą z Syberii do Europy a gwiazdy milczą strudzone, sterane
odgadywaniem przyszłości, jak mędrcy, jak celebryci
i doszli, zasiedli, na sklepieniach katedry w Kolonii zaświecili
złożyli swoje kości w charlemańskiej kolebce świata
kosmosu lub kosmicznych er, albo, jak kto woli Laurentego łez
ja wolę wolną wolę z Ur boskiego wyprowadzenia
*W kapsułkach pomidorów ze szkła*
Snów kolorowych miriady w kapsułkach pomidorów ze szkła
te noce dla nich stworzone
na dnie ekstremalnego strachu,
gdy drzewa ronią czarne łzy,
gdy wiatraki pompują wodę dla tulipanów
nie takie, nie takie moje sny
przerżnięte piłą jawy w krtani i przełyku,
gdy stoję w łazience oparty o umywalkę
ten brzeg krateru wulkanu ostatniego na ziemi zionie
daremnie szukać tu kwiatu, ziela ukojenia
piła rozdziera tępo nie tylko gardło i ciszę,
nie tylko kaszel i słowa, nie tylko sanktuarium wszelakich gór
we wraku planet jakichś, ale ten krater jest twój,
krater w łazience nad ranem,
gdy snów kolorowych miriady stają się czyimś życiem
w tęsknocie ukrytym na zawsze,
gdy pomidory ze szkła to tylko pastylki czasu jak latarnie zielone
z krateru wydobywa się skażony ból
wdychasz go po dziesięciu nieprzespanych nocach
płaczesz i płaczesz, bo płaczesz, gdy widzisz twarz
nie swoją w lustrze
prostujesz się i mówisz do siebie – nie mam słów,
nie mam snów, nie mam pretensji,
wreszcie twój
*Szekla*
Satysfakcja umiarkowania do cna zjełczała
w osnutych pajęczyną butelkach
ukrytych w zakamarkach piwnicy tawerny
– szekla
spięcie żagla nocy z szotem dnia a potem
– cud
między satysfakcją a pomnikiem porażki
z bocianich gniazd dostrzegany codzienny trud
leżakowania w wiedzy duchowej
– bez przydawek cnót wielu
na dnie łodzi gromadzi się dwutlenek etopiryny
– a ty wyniesiony do snów trzeciej potęgi głowy
dźwigasz na fali ułomny duch czasów
– trzy
jak trzy serwituty zdrad
bez grzechu w przedziałach zegara zmysłów
skisła satysfakcja pokory
– nie trudź się
duch wstrząśnie i tak letnią mieszanką gron niewinnych
i eksplodują zimą w tobie
nie trudź się szukaniem trapów, schodów, zamków
piwnice są wszędzie
– dwa, jeden
oszczędzaj energię dla zamieszkałych planet
w okowach zła czekających na wybuch emocji
dojrzewających na wyjałowionej wyspie inteligencji
czyjejś, jakby twojej
chociaż skwaszonej smutkiem klęsk natury
grono niewinne, ale ty tak
jak korek bez satysfakcji wyjęty z gardła cywilizacji
choć bez pogardy
– zero
*Terra celebryta Wezuwiusza*
Stał Zniesław influencer nad kraterem
uwznioślał hymny sekt bożych wybrańców koloraturowym altem
terra, terra incrediblea
stał Pan hrabia z cyrklem i tvsetem nad kraterem
nucił śpiewki ludowe basem deathmetalowem
terra, terra diaboliquea
stał Vlad hospodar z Transsylwaanii z palem i szalem nad kraterem
śpiewał arie Nietoperza falsetem
terra, terra draculea
celebry ci bum, bum, bum ci
tłukli głowami we same eekrany etabletów
oraz obiektywy drogich cyfrówek i kamer,
gdy echo odpowiedziało z krateru wypadłszy
przewróciło górę do góry nogami
i image jak wszystkie ejakulacje pustomózgowe
zostali potraktowani jak tuf z Herkulanum
zatrzymani w kadrze w Pompejach i innych
nie do poznania ongiś znane ich ciała nagie
na Europy wywczasów południach
fatalnie skonfudowane pozostały terraz
*Konieczności usidlającego ducha*
Nagle oczarowanie wylądowało na kosmodromie namiętności
jak chleb powszedni pojawiło się na stole?
piórko do wyściełania gniazda znalazło się na gałęzi tuż obok
znikome zdecydowania wyszły z orbit zawstydzeń kruchości,
by zjednoczyć się z pąsem eksplodującym w przestrzeni zaniemówień
w zapadłych ułudzonych pięknościami pożądań szczęściach wspólnych
stworzenie nowe otworzyło oczy na przyszłość wszelaką w okowach stałości
i tą, co zamieszkuje w wyznaniach przeszłości
i tą, co się spełnia w niejasnościach pieszczot teraźniejszości
i tą przyszłość okupującą pełnię serca
czerwone tło, zielona gałąź i postać stworzenia niebieska
z kosmodromu namiętności spoglądającego ku gwiazdom grawitacji
zadośćuczynienia bytowi w materii przynaglającej
z powodu nieprzymuszonej konieczności usidlającego ducha

*Łożnice czyli Wrota pieca*
Kawaleryjskie umocowania chłopców asyryjskich wodzów
będą się uwidaczniać wiele lat po odnalezieniu biblioteki Asurbanipala
będą tysiące lat straszyć nocą w pałacach duszną szorstkością żołdaków
za dnia półnagich na koniach onych w zbrojach całych
a potem głównie w sukniach na rydwanach poetycko-muzycznych
i nie będą przypominać Amazonek niepiśmiennych w żadnej pozie
ani tych, dla których Holofernes stracił głowę
pisma klinowe przeniosły akadyjskie wersy na oszczepach kawalerii
a pęd ku przemocy raju zaprowadził ludzkość do wszetecznych łożnic
łożnice stały się z konieczności czytelniami pałacowymi
nagie spieszone kobiety symbolami upadku religii jazdy
a wiersze, gdy okazały się zbyt homoseksualne to również pospadały z koni melodii
dopiero od wczoraj się dźwigają z podłogi
dzięki sprytnym umocowaniom widocznym wciąż na reliefach,
co było jeszcze w Ur nie do pomyślenia
*Bibelot*
Opleciony pajęczyną namiętności
sznurem korali
hebanowym spojrzeniem
zestalony nagle w pędzie miasta
onieśmielony zatrzymaniem serca
wtrącony
wprost spod matrycy piękna
pod prasę snu
znieruchomiałem jak miłosny bibelot
w jej panoptikum cudów
*Bałwany przy saniach*
Ekotermalne niewzruszalne pokłady
zadość uczynień za efekty cieplarniane
w bałwanie z lodu podwójnym
odkrywasz ciskając śnieżki weń
skulony bałwan zmiata świat by zamiatać czas
to nie są przechwałki zimy, to są cekiny
koszmarnych pogodowych zmian
nadęty w okruchach spazmów tajfunowych
bałwan tegoroczny wynurzająco wymiotny
zamieciami dawno doznanych okaleczeń katastrof
spółkowanie wierzb z szelestem kolczastego drutu
nieprzyzwoicie pornograficznie nastraja o zmierzchu
podglądane wierzby, te smutne zimowe nokturnowe
przeciskają się przez wąskie mazowieckie drogi donikąd
wytryska gejzer sań zaprzężonych w czwórkę
koni rozbuchanych rubasznie przez powożącego Zagłobę
ciągnących sanie bałwanów czerwonych prawie wieczorem
sanie kolebkę skostnień nieuważnych grajków
karnawałowych polek w skansenach gazet osiemnastowiecznych
przebrzmiałych w ogniskach północnego zła
bałwany toczą pianę przy saniach jak taczanka Czapajewa
bocian na fortepianu wierzbie stalowy wiatrowskaz
wskazuje kierunek nowy głów zamarzania
*Plansze dla dzieci*
Na stołach świetlic państwowych zagadkowe plansze bitew
dla dzieci porzuconych przez ideologicznych rodziców
zmagania zaszeregowanych pionków
z tym odwiecznym porzuceniem kostek socjalnych systemów
ich zewnętrzna powłoka okrutności to dzieci stłoczone rozwiedzionych
zmuszane do gier mimiczno-egzystencjalnych w czołgach z papier mache
albo matki z oseskami na rękach upchane jak w metrze
w komorach gazowych przez naukowców planety
sedno okrucieństwa i jądro beznadziei
z ust ludzkich się wychylające jak wąż paw żelazny
język sedno jądro język słowo ideologa natury – dla reguł wojny
okrutnieje wciąż wiatr konieczności w płucach ideologów
klaszczące za lud dłonie nie puchną
nie stygną zmysły zemst
węże spartańskie wiją się w domach dzieci bez matek i ojców
skorpiony janczarskie trzymają straż na graniach łez najmłodszych
ty też jak każdy strażnik ciemnych i jasnych prawd
stoisz na Tamie Przełomów i patrzysz
z oddali na kremlowskie bijące czasy
na los sierot wychowanych tylko do walk
*Nabożne postawy bezbożnych aktorów*
Z trudem przychodzi zrozumienie nabożnych postaw
aktorów, ich gestów wyrażających i obrażających człowieczeństwo,
gdy żyją jak kapo w obozach skoncentrowanej zawiści o role
ty arlekin zaledwie w komedii dell`a..
daleko ci do tragizmu postaci Makbeta
odgrywanej w ich Globe Theatre z klimatyzacją
lud cierpi grzechy główne w teatrach aktorów
zachwycających się męstwem wczorajszego rozumu
wydalającego siebie z siebie
skorpiony poglądów pieszczone na podołkach Mon jak robótki
role, kostiumy, dekoracje z Aidy
drewutnie zaledwie rozpadające się
w żydowskich chlewikach miasteczek ukraińskich
(gdzie Schulz miał prawd zmyślonych cynamonowe fantazje)
w ich krokach, pozach, gestach pałace Cyganów z Siedmiogrodu
Templariusze zwycięskich cisz na amerykańskich bazarach ziół
codzienności wyuzdania cele Brytów uwięzionych in carcere
amerykańskie, albo francuskie i niemieckie, gdy
polskie sklepy kolonialne Różyckich
zalewają rynek mediów sieciówkową tandetą postaci
pijanych grą w zacietrzewieniu
z bajek Lema antybogobojnych
jak siedem cnót rzeźników z Anatolii i Bałkanów
w otoczce religii Wschodów
z masy sezamowej dla słodkolubnego Baala Internetu
*Kankan w Per-Lachaise*
Zewnętrzne dylatacje schizofrenicznych umysłów
niosą na fali emocji jakieś pozgniatane
półprawdy oddzielone od siebie
wyglądające podczas trzęsień i tsunami psyche czasem jak norma
odwiecznych zasad postępowania bezpiecznego na marsowych drogach
poddania się nie swojej woli jakiegoś ósmego pasażera
gdy w każdym Amadeuszu zagra menuet zamiast requiem (pro defunctis)
wtedy to znany psychiatra ma prawo powiedzieć w telewizyjnym talk show –
nadchodzi era dezintegracji męskich ambicji wojennych
a wszystkie dziewczyny z agencji, niedojrzałe do prawd prostych
jak ich opiekunowie, wyskoczą z okien na spadochronach sześciokątnych,
podczas pracy dnia skromnego
telewizje nagrywając relacje z tego wydarzenia zamieszczą,
nie, nie w dziennikach wieczornych, – ale w telewizjach obiadowych
z półdrzemką depresantów tylko dla dorosłych
– atak kankana zamiast w Moulin Rouge, w Pere-Lachaise

*Tyjesz*                                                                                                                                                                                                Ty
jesz
bije
zegar

*Tonący to nie my, tonący to nie on*
Zjełczałe słońce w oktagonalnej firance
z kolczastego drutu Zachodu Piękna
tnący piekący zmierzch nie do końca
gdzież to słońce tonące?
statua z kamienia czuwa nad tonącym
bizon pozuje na prosperity drabinie
straż ochrony przyrody wokół
jak eses czuwa w ujednolicania brzezinie
toczy się w ramach konglomerat piguł równości
czarnych godzin sklejonych na poczekaniu
de Kooning przywołuje DeVosaa jak Kapitan Ameryka przygodę
kojot broni młodych, skacze w toń rwącego Potomaku
tonie, nie jak kuguar i lisica, lecz jak syn pumy
widząc jaguara na Piątej
tornado nad Memphis, Marx nie tonie
wszystkim ton nadaje Chuck Berry
a jemu przyroda ożywiona na odciski lekiem
Hollywood na dnie
już na dnie w kaczym chodzie
Dylan jeszcze na desce
na Wschód od Florydy wpół zgięty
choć mikrobiolodzy chińscy odradzali podróż morską przecież
w ten sposób, o tym czasie, o takiej porze, w takiej pozie
tonie Dylan z nagrodami
nie nie nie to nie on
jak Mojżesz z głębin rozstępujących się dla niepodległości
wolnym pociągiem przyrody nieożywionej wyjeżdża on
wprost w słońce odpowiedzialności
*Zimowe szanse płodów*
Zderzenia zimowe z rozumem hipokryty
były takowe zawsze i wszędzie będą znów
więc idź na skalne wybrzeże, pokryte tolkienowskim śniegiem
na otaczające twoje miasto pylony wichru
zawołaj na stado mew drepczących powoli po krze
zawołaj do nich – szybciej, dalej, wyżej
stado to czeka na decyzję rozjemcy zamieci
prezydenta zjadającego własne dzieci
między rozumem i hipokryzją pada śnieg
pozornych prawd letnie kłosy kolosy sczezły jak szanse płodów
dzisiaj antyczne lotosy wschodnich substancji mgielnych
są jak nowości zakłamanych poglądów o ich nieistnieniu
bryza z katedr skalnych zerwanych brzegów
upada na szkiery tkwiące nieprzytomnie na szlakach morskich ku Indiom
nie służąc medytacjom nowobogackich o korzyściach z przedżycia
w inteligentnych bankach braków pomysłów
kroki słyszę, kroki do wykonania ku uwznioślonemu słońcu
głos echa słyszę, echa przed odbiciem od skał
takowych ludzi niewyjętych spod praw
niewyjętych ze stada, pędzących ku morzu
głowami w dół
nie wołaj do nich, zagłusza wszystko mew krzyk
*Godot*
Znajdźcie mi to stworzenie
to, które odczuwa ból, ból przed narodzeniem
ześlij Panie chwalbę w komórkach pozazmysłowych nisz
dla stworzeń takich jak moje
kogut galijski na wozie galijskim
jak woźnica przetacza się z ładunkiem węgrzyna
prze moją myśl
snadnie – rzucił Staś – snadnie, zmierzchać będzie
o której popas waści – kogut odpalił – na stos zegary, wio
zmierzcha, Godot przyszedł do skrzyżowania
Godot stanął na środku, na środku ronda ostatniego
mijający go kogut strzelił z bata jak baca z Antypodów
armia Anglosasów wyszła z cienia Godota
autostradą myśli poczłapała na krańce wyspy – to odwrót Brytów
kolejne czasozmierzchy nie zatrzymały nikogo na piędzi obiecanej ziemi
ani niewiast, ani aniołów, ani myśli niezbożnych zmysłowców
kogut w końcu zapiał, gdy do Metz wszyscy dotarli
w sławetnym marszu na Wchód
zaparkował wóz jak rydwan, z fasonem przed dworcem ostatnim
fontanny miłości wytrysnęły w mieście kolorami tęczy
warszawski sygnał przymierzy sterował wytryskami ledowych zmian
w sercu Europy, Europy dla biedniejących biednych
ześlij Panie chwalbę dla nich sytych w niszach narodzonych
przy przedceltyckich studniach żywej wody
*Wyłupienie*
Jest twoim obowiązkiem braterskim i społecznym celem
wyłupienie spojrzeń człowieka niegodnych
wyplucie słów pogardy
amputowanie zamachów na życie niewinnych
*Iglostos*
Bądź grzeczny, oszczędzaj pieniądze
jakie żądze, jakie gorące
bądź Eskimosem nie łódź się i glostanem i glostosem
na zaspach lekkich, a co z lodowcem?
masz ciarki w Zakopanem na Równi?
patrzysz na osłupiałe wierchy
bądź grzeczny, nie idź na to przedstawienie słońc, zórz
patrz, patrz, zhakowany śnieg, zhakowany świat, zhakowane bieguny
nie chodź tam, gdzie psy,
nie jedz żółtego śniegu jak w KE wszyscy oni
w domu oszczędzaj prąd, w domu dzierż prymat i histerię
opowiadaj albo twórz
się otwórz na zieleń, ale oszczędzaj się
miłość wystarczy Eskimosom Kwiatom
jak ty w ich TV?
*Wśród zniekształconych powątpiewań*
Podróżowanie wśród zniekształconych powątpiewań
aczkolwiek jest jak jedno z wrót wygnania
to już bywa nie w wagonach bydlęcych na zsyłkową Syberię
lecz chińskim szklakiem jedwabnym w kontenerze Maersk
powątpiewania bezzmysłowe nie ostaną się dziś w Ałtaju i Changchun
tak, wracasz zbity jak pies z głową lwa jak Aleksander aczkolwiek
podnosisz ją i potrząsasz, och, gdyby twoje cheruby przemówiły,
cóż by powiedziały o tych lwach, twoich lotach
piorun zastępuje śnienia i myśli lotną
przebija skórę, choćby była smocza lub bawola
bądź przez chwilę własnym żubrem racjonalności,
sprawdź, poczuj jak to jest w pewności
powątpiewasz w historie krwawe Batu i Berii
powątpiewaj w takież skowronków i żabek słodkości
jest zmysł zamysł zmyślność bezmyślność
jest i przywołanie Helego
i wielokrotne przychodzenie do niego, aż po słuszność
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
*Testamenty Ego*
Jak koszulę w zębach niosąc sponiewierane zaufanie
parciejesz jak voodoo polskie w koguciej spiekocie transu nienawiści
tylko te podwórza praskie przeczołgane nago pozostały ci,
byś wspominał w styczniu o wakacyjnych miesiącach plażowania, zdegustowany
taki marynarz dłubiący w zębach kotwicą na bukszprycie siedzący
taki smutny księżyc z Samos, nad nim drugi taki sam jak w zatoce tonkińskiej
przez zaufanie przedzierzgnąłeś się w marynarza Wschodu
przez zwątpienia w zachodach słońc byłeś kiedyś prawie kosmitą wierzpem
on latał przecież jak sterowiec?
– kto? wieprz? ten z elektrowni Battersea? ten polityk wyrzucony z PO? kto?
być może nad Samos księżyc i ryby śpiewające marynarzom politykom mantry
to zsinicyzowane latające płetwoskrzydłe w twojej głowie ikony idei manty
jesteś rozczarowany ich jawną i niejawną amerykańską logiką?
– chyba nie..
niosąc zaufanie jak Dogonka balię z praniem na głowie, idący przez pustynię globalną
parciejesz w roli kopieniackiego strażnika pamięci milionów?
– nie, chyba nie..
teraz potrzeba pokornych opowieści płaszcza i szpady w nowym wydaniu
i trumien Edgara Poego nawet dla testamentów Ego
wykorzystanych w zmumifikowanym pustynnym zaufaniu
*Sarkofag*
Letnie śnieżyce płatków jaśminowego kwiecia
rozczłonkowanego wspomnieniem jej warg
niesionego jesienią w przepaście duszy
na tchnieniu ciszy zapadłej, która
utkwiła w sarkofagu jej serca jak zaklęte kadzideł pierwociny
dla glorii zmartwychwstania wszystkich wiosen naszych
tylko po to, tylko dlatego, tylko dla życia.. nowego
zstępuję w te otchłanie z deszczem jaśminu
ja feniks zimy
*Braterstwo bytu*
Ośmiornico siostro i ty bracie grzybie,
cóż to stało się takiego, że się na siebie boczymy,
że już się do siebie nie uśmiechamy w rodzinie
czy wielorękość Śiwy, a może natrętne szlachectwo borowicze
sprawiły, że czujmy się ciągle nieswojo
mimo zręczności i myślenia (zmyślności) w krainie odległych habitatów
i nielotnych okoliczności oddalenia naszego,
od siebie i Stwórcy
cierpimy jakąś samotność my ziemscy bitnicy, my słoneczni cwaniacy,
wodni naigrawacze, księżycowe batiary,
hippisi zmienni w miłości, jak pory roku
wyznaczające rytm w nas, co jest
Santany scenicznym pulsowaniem sumiennym
niech dotrze też w głębiny mórz,
lasów ostępy psychologiczne naszych homo dusz,
co o braterstwie bytu prawie zapomniały
niech wspólnie zanucą pieśni nasze wargi, dzioby i strzępki
pieśń zmartwychwstania szacunku
i czystej miłości atomów ku sobie wzajem
pędzących bez zatrzymania nawet, na zwątpienie w siebie
*Efekt emanacji kondominium opinii*
Skonstruowany z samych przynależności
przemutowany uzależniony od władzy
społeczny efekt emanacji w kondominium opinii nie do końca
równoległych w środowisku eliptycznym
stworzonym w ciężkich czasach odległości społecznych
dystansu naukowców do siebie
samych, lecz nie obiektu badań,
co wynika z kurialności przyjętych przez nich ogólnych zasad
muminkowości dzietnej młodszych wspartych o jednorożce
cokolwiek nieufne wobec roztrząsań zmierzających w kierunku tez
kategorycznych obrazoburczych, takich jak śmierć powszechna
niejednokrotnie chybionych, jak to było już
w przeszłości z wyjątkiem Średniowiecza
bez uszczypliwości wobec dzieci i docentów
*Zakładka*
Znajdź taką zakładkę w duszy
taki szkic do uciekającego w mgłę lub deszcz pejzażu,
co skłoni cię do zastanowienia nad
pornograficznym pontyfikatem twojego mniemania
o dziełach ludzi pokroju malarzy abstrakcjonistów, takichże muzyków i poetów
niby to przetwarzających widzialność na niewidzialność
lub odwrotnie albo wręcz profili na en face w snach,
gdzie światło ciemnością jest a ciepłem chłód
lecz naprawdę kumulujących rozedrgania fałszywe w widzach
materializując emocje nierozwiane, emocje przemoczone,
czasem emocje latem przepalone, emocje emocji materii,
które nigdy nie istniały w nich ani w innych wcześniej
potrzebnych jako wzorzec piękna okrzykiem westchnienia będący tylko
choćby z Enceladusa wypluwek lub z wnętrza Gwiazdy Śmierci samej,
choćby z Inferno – cokolwiek skrajne to dantejskie piękno
termojądrowej reakcji na przegrzanie zbyt ludzkiej miłości
w piecu pozmysłowych oddaleń od Absolutu
lecz potencjalnie możliwych do wytrwania
w mniemaniu, w spojrzeniu, w zamyśleniu
nawet przy kresce termometru ze wskazaniem: 250 000 C
(stwierdzona temperatura wrzenia duszy CZŁOWIEKA)
*Indywidualizm statyczny*
Znużony tym rozedrganiem, co z liczby pojedynczej emanuje
wkradam się w komnatę zadośćuczynień mobilnych i mnogich,
by nie tyle roztańczać, roztkliwiać, co raczej
rozpoławiać arystokratyczne grupy indywidualizmem statycznym,
jestem atroficzny we mgle spolegliwych wynaturzeń tych, jakichś, czyichś kast
odchodzących wciąż w świetle pychy w półświatki
a jednak półcieniem wyobcowania liżącym skronie owładniętych jak ideą uśmiercania
zaznaczają praprzyczyny wszystkiego, co czułe i nie małostkowe, z pozoru.
Tykam tam jak zegar wielopiętrowych katedr na jej wieżach zamontowany
poruszam wskazówkami ciepła, gdy przed drzwiami wieków ich trwania
odlanymi w brązie, za tłumem zmarzniętych bałwanów
macham lewymi ramionami wyłącznie śniegiem ciskając energetycznie
w nich niemogących w zaślepieniu zimowym celnie uderzyć zwrotnie
przekleństwem w tabernakula odwiecznej mądrości, która wyczołgała się
z bagien pierwszych, przeżytych, przybrzeżnych lagun
i mną potrząsa jak wiatrakiem, manekinem, robotem,
mną lepkim od błota pośniegowego sługą wszechgwiezdnej otchłani czasu
patrzącym przez teleskopy, które oczami już prawie się stały
baterią rozjarzane i napędzane galonem łez
tęsknoty za Uniwersum pełnym Boga samego
oddalającym się stąd z szybkością ustaloną przez stworzeń pierwsze prawo
dlatego drgają owe tęsknoty, dlatego czuwają wokół otoczone popiołami zórz
jakie wzeszły u zarania indywiduów