Archiwum dla Styczeń, 2021

2021

Posted: 01/03/2021 in Wiersze

Ze względu na was – 2021 – Alek Skarga — Ridero

*Agens i Agentyw*
Studniowe skrytolubne imaginacje umysłu
studniowe jego wyczekiwania ośmiornicze w nieutuleniu
apokaliptyczne niestrudzenie imiesłowy jego wypowiedzi
i to jednego dnia, sądnego dnia,
gdy usta zamilkły na stulecie wiernych
w głębokim jarze uśpionych nadziei
studniowe skrytolubne dęby przeinaczeń
kosmologicznego języka
niereagującego na bodźce imiesłowów
lęgnących się w pieczarach bezdomności
wszelkiego zapomnienia uczuć
miłości jak sezam rozbójniczy
acz skarbów pełen po brzegi
– odeszły bez wypowiedzianego zaklęcia,
jak ona
*Ikony porównania*
Nie tylko Montparnasse, ale Kraków w okolicach dworca
nie tylko Montserrat, ale Kalwaria w okolicach Wadowic
są twoje
takie porównania są trafne
zastawienia miłosne pełne sztuk, akuratne
zespolenia piękna, jako takiego, pojedynczego
z narodowym postrzeganiem, słuszne
jak Ambrożego, Ireneusza, Franciszka myśli złote
wszechmiejscowe wszechczasowe wszechobecne
nie pamiętaj, ale trwaj
nie zachęcaj, ale bądź
w.. powszechne
trud historii tworzenia piękna jest
równy trudowi jego odkrywania
po wiekach, prawie
skoro ruch pędzlem jest równy
ruchowi piórem gęsim, zawsze
– nie, więc enter amen
zakończy poszukiwania wyrazu na Antypodach
i ukróci swawolę gdybania
o krańcach Wszechświata słowa
w kształcie ikony
porównania prawdy
*Dekapitacja*
Smutno mi Boże,
uchwyciłem właśnie nienawiści topór lecący przez świat
zatrzymałem go nad własną głową
i wbiłem z mocą
w pień ściętej brzozy, czerniejący przede mną
przerąbałem na wylot kamień na niej leżący
przeciąłem jak hubę
z pnia wypływały soki
jak woda
z kamienia popłynęła krew
jak z poranionego ciała
smutno mi Boże,
wypłakany ze świata grzech
tylko jak łza jest
to jeszcze nie przeszłości dekapitacja przecież
(a krew?)
*Kustosz znudzonych dni*
Kustosz tych znudzonych dni
pracę twórczą zamyśla
sam rzeźbić zaczyna w czymś plastycznym jak myśl
tak na początek, szepcze do siebie
kustosz dni umykających z ogonem podwiniętym
tworzyć zaczyna dzieło własne
rylcem, dłutem pogłębia rowki w eskapicznie nakreślonym
westgraficznym projekcie ornamentalnym własnego cienia
kustosz dni policzonych pomiędzy zaginione
nagle odkrywa w sobie pragnienie ponownego ich zaistnienia
w brzaskach, blaskach i nieprzewidzianie rozgrzanych
wsamopołudniach dni jak szczwany lis umykających
rzeźbi zapamiętale w czymś bardzo plastycznym
czymś, co samo wpadło mu w ręce
rzeźbi w wenie z laku i nadziei
w wenie ziem i słońc rzadkich
niespodziewanie przydatnej
*Ekspresja nadrealna*
Skromne odyseje ekspresji nadrealnej
w jazgocie uczuć niesłyszalne a nośne
i obładowane treścią intymnych dźwięków
o znaczeniu kosmicznym dla atmosfery uczuć w galeriach tęsknot
w licznych kołtunach noblistów, w koronie jedynego cezaro-cara,
rytuału krokach ukryte jak nieznane, nieoczekiwane znaczenia
wyrwać się niemogące ekspresje
lotni mistrzowie znośności brodzą w błocku oczekiwań władz tego świata
a władze tego świata zanurzone
w oczekiwań niejasnych, niekolorowych marzeń – toną
maszyny klekocą, te z lat sześćdziesiątych szalonych zbyt
i buczy coś, jakby nadlatujące bombowce
z ichnich nostalgii wylatujące ku dżunglom niepocieszonych wściekłości
z trudem maskowanych przy sztalugach powszechnych irracjonalności
ustawionych na alejach metropolii, które zapadają się w nas
sztalugi stoją na resztkach asfaltu nad przepaściami
a my ekspresyjnie machamy warkoczami
choć są to warkocze komet nie wiemy,
czy coś z tego wyniknie dla nieastrologicznej już populacji?
*Niewód skrzyniowy*
Skrzyniowy niewód w opanowanym ratuszu,
regionalny sak na epopej narodowych raki,
amortyzatory marszałków do ludowej kolaski na wodór (z kloaki)
wszystko to wyeksponowane zamaszyście zostanie
w krakowskiej mansardzie warszawskich sekretarzy stanu (klanu)
tuż obok pułapu nieświadomości tłumów
dla jednego z wielu standardowo umieszczanych szklanych sufitów
w rozlicznych gniazdach Piastów,
także kijowskich, (chociaż bez anglosaskich skandynawskich)
choć będą jeszcze skruchy polityczne, gdy wiatr zawieje skądś
choć będą wymieniać chiromantów oraz kacerzy na hierarchów i harcerzy
choć będą dla zatrzymania wolnościowych spławiań to robić
pytanie nawet padną – czy w wieczornych wiadomościach
wspomną o kuratorze memów i tweetów płynącym znów
Wisłą z prądem na plecach,
zbliżającym się do Włocławka jak słowo łamacz fałszywego etosu
– do zapory postępu, co będzie właśnie jak niewód
już
?
*Lego Aztekowie*
Klucz moich przydomowych lego Azteków
poderwał się do lotu
a hieny zaćmienia nie zdążyły ich dopaść
są więc światowe te loty teraz
ponad wszelkim usposobieniem do czynów ohydnych
lecą nad Europą moi Aztekowie przykładu
a hieny ich gonią
wyłupionym oczom nikt nie wróci spojrzeń
wyrwanym sercom nikt nie przywróci rytmu
w gestach bogów ich oddanie
temu, co w Europie najważniejsze – kult śmierci
ignorowanej, a hieny nie zdążyły dopaść żadnych bogów
choć bogowie Europy są nielotami z kamienia
nikt nie zrozumiałby, dlaczego nie można ich rozkawałkować
dla ewolucji i postępu jak dzieci dla kremu
– oczywiście bez Azteków
*Z Tagasty do Tebaidy*
Zneutralizowane zapachy benzyny w płatkach pustynnych kwiatów
w oczach marksistowskich Beduinów jak mgły
wędrowny autobus w kwiecistej odsłonie
na festiwal zmierza samotnie z Tagasty do Tebaidy
do klasztorów egipskich legend
wiezie celuloidowe dusze pątników Zachodu
i zaklęte w gitarach późniejsze riffy wątpiących
za piramidami słońce truchlejące od tysięcy lat
nuci Zappy pieśń ciastowatych prawd
a nilowe malwy podziwiają różę pustyni na autobusie z Tagasty
piorun, żmija, jasny znak i symboliczny ptak
pierworodni uciekają przed nim
w autobusach zniewoleni wolą chorzy
szukają miejsc kuźni dla łańcuchów rozkucia
raczej znajdą kaźnie w świecie Hurghad
znajdą zapach benzyny zneutralizowany w pustynnej burzy
klasztory i anachoretów wysadzono w powietrze
mnisi jak mumie krążą na orbitach Ziemi
pielgrzymi Slayera pozostaną w łańcuchach
Tagastę złupią Wandalowie z Doliny Krzemowej a może zasypuje piach kłamstw
*Diabeł świata*
Diabeł świata roztrzęsiony
ów lunatyk idący o lasce
jest czasem żałosny,
jak dzieciak rozkapryszony,
ale nie
pożałowania godny,
nigdy
 
*Sierp wolności i młot pokoju*
Putorsja jest wciąż tylko znakiem czasu
sierpem wolności i młotem pokoju,
które periodycznie okrążają planetę
krwawym lotem orbitalnie arbitralnym
do sześciuset jej milczących obozów koncentracyjnych
widocznych wciąż z kosmosu jak aglomeracje rozświetlonych cmentarzy
brakuje, jak kosmodromu trucizn, sześćdziesiąt pięć lotnych mauzoleów
źle zabalsamowanych krzyżołamaczy oraz światła wyłudzaczy
aby skompletować w pełni dantejskie przedpiekle, wieżę Babel upadłych narodów,
puzzle jaśnie nie do końca oświeconego człowieka wczoraj
obraz pokawałkowany duszy prawdy świata
onego psubrata..
*W kapsułkach pomidorów ze szkła*
Snów kolorowych miriady w kapsułkach pomidorów ze szkła
te noce dla nich stworzone
na dnie ekstremalnego strachu,
gdy drzewa ronią czarne łzy,
gdy wiatraki pompują wodę dla tulipanów
nie takie, nie takie moje sny
przerżnięte piłą jawy w krtani i przełyku,
gdy stoję w łazience oparty o umywalkę
ten brzeg krateru wulkanu ostatniego na ziemi zionie
daremnie szukać tu kwiatu, ziela ukojenia
piła rozdziera tępo nie tylko gardło i ciszę,
nie tylko kaszel i słowa, nie tylko sanktuarium wszelakich gór
we wraku planet jakichś, ale ten krater jest twój,
krater w łazience nad ranem,
gdy snów kolorowych miriady stają się czyimś życiem
w tęsknocie ukrytym na zawsze,
gdy pomidory ze szkła to tylko pastylki czasu jak latarnie zielone
z krateru wydobywa się skażony ból
wdychasz go po dziesięciu nieprzespanych nocach
płaczesz i płaczesz, bo płaczesz, gdy widzisz twarz
nie swoją w lustrze
prostujesz się i mówisz do siebie – nie mam słów,
nie mam snów, nie mam pretensji,
wreszcie twój
*Bibelot*
Opleciony pajęczyną namiętności
sznurem korali
hebanowym spojrzeniem
zestalony nagle w pędzie miasta
onieśmielony zatrzymaniem serca
wtrącony
wprost spod matrycy piękna
pod prasę snu
znieruchomiałem jak miłosny bibelot
w jej panoptikum cudów
*Nabożne postawy bezbożnych aktorów*
Z trudem przychodzi zrozumienie nabożnych postaw
aktorów, ich gestów wyrażających i obrażających człowieczeństwo,
gdy żyją jak kapo w obozach skoncentrowanej zawiści o role
ty arlekin zaledwie w komedii dell`a..
daleko ci do tragizmu postaci Makbeta
odgrywanej w ich Globe Theatre z klimatyzacją
lud cierpi grzechy główne w teatrach aktorów
zachwycających się męstwem wczorajszego rozumu
wydalającego siebie z siebie
skorpiony poglądów pieszczone na podołkach Mon jak robótki
role, kostiumy, dekoracje z Aidy
drewutnie zaledwie rozpadające się
w żydowskich chlewikach miasteczek ukraińskich
(gdzie Schulz miał prawd zmyślonych cynamonowe fantazje)
w ich krokach, pozach, gestach pałace Cyganów z Siedmiogrodu
Templariusze zwycięskich cisz na amerykańskich bazarach ziół
codzienności wyuzdania cele Brytów uwięzionych in carcere
amerykańskie, albo francuskie i niemieckie, gdy
polskie sklepy kolonialne Różyckich
zalewają rynek mediów sieciówkową tandetą postaci
pijanych grą w zacietrzewieniu
z bajek Lema antybogobojnych
jak siedem cnót rzeźników z Anatolii i Bałkanów
w otoczce religii Wschodów
z masy sezamowej dla słodkolubnego Baala Internetu

*Tyjesz*                                                                                                                                                                                                Ty
jesz
bije
zegar

*Godot*
Znajdźcie mi to stworzenie
to, które odczuwa ból, ból przed narodzeniem
ześlij Panie chwalbę w komórkach pozazmysłowych nisz
dla stworzeń takich jak moje
kogut galijski na wozie galijskim
jak woźnica przetacza się z ładunkiem węgrzyna
prze moją myśl
snadnie – rzucił Staś – snadnie, zmierzchać będzie
o której popas waści – kogut odpalił – na stos zegary, wio
zmierzcha, Godot przyszedł do skrzyżowania
Godot stanął na środku, na środku ronda ostatniego
mijający go kogut strzelił z bata jak baca z Antypodów
armia Anglosasów wyszła z cienia Godota
autostradą myśli poczłapała na krańce wyspy – to odwrót Brytów
kolejne czasozmierzchy nie zatrzymały nikogo na piędzi obiecanej ziemi
ani niewiast, ani aniołów, ani myśli niezbożnych zmysłowców
kogut w końcu zapiał, gdy do Metz wszyscy dotarli
w sławetnym marszu na Wchód
zaparkował wóz jak rydwan, z fasonem przed dworcem ostatnim
fontanny miłości wytrysnęły w mieście kolorami tęczy
warszawski sygnał przymierzy sterował wytryskami ledowych zmian
w sercu Europy, Europy dla biedniejących biednych
ześlij Panie chwalbę dla nich sytych w niszach narodzonych
przy przedceltyckich studniach żywej wody
*Wyłupienie*
Jest twoim obowiązkiem braterskim i społecznym celem
wyłupienie spojrzeń człowieka niegodnych
wyplucie słów pogardy
amputowanie zamachów na życie niewinnych
*Iglostos*
Bądź grzeczny, oszczędzaj pieniądze
jakie żądze, jakie gorące
bądź Eskimosem nie łódź się i glostanem i glostosem
na zaspach lekkich, a co z lodowcem?
masz ciarki w Zakopanem na Równi?
patrzysz na osłupiałe wierchy
bądź grzeczny, nie idź na to przedstawienie słońc, zórz
patrz, patrz, zhakowany śnieg, zhakowany świat, zhakowane bieguny
nie chodź tam, gdzie psy,
nie jedz żółtego śniegu jak w KE wszyscy oni
w domu oszczędzaj prąd, w domu dzierż prymat i histerię
opowiadaj albo twórz
się otwórz na zieleń, ale oszczędzaj się
miłość wystarczy Eskimosom Kwiatom
jak ty w ich TV?
*Testamenty Ego*
Jak koszulę w zębach niosąc sponiewierane zaufanie
parciejesz jak voodoo polskie w koguciej spiekocie transu nienawiści
tylko te podwórza praskie przeczołgane nago pozostały ci,
byś wspominał w styczniu o wakacyjnych miesiącach plażowania, zdegustowany
taki marynarz dłubiący w zębach kotwicą na bukszprycie siedzący
taki smutny księżyc z Samos, nad nim drugi taki sam jak w zatoce tonkińskiej
przez zaufanie przedzierzgnąłeś się w marynarza Wschodu
przez zwątpienia w zachodach słońc byłeś kiedyś prawie kosmitą wierzpem
on latał przecież jak sterowiec?
– kto? wieprz? ten z elektrowni Battersea? ten polityk wyrzucony z PO? kto?
być może nad Samos księżyc i ryby śpiewające marynarzom politykom mantry
to zsinicyzowane latające płetwoskrzydłe w twojej głowie ikony idei manty
jesteś rozczarowany ich jawną i niejawną amerykańską logiką?
– chyba nie..
niosąc zaufanie jak Dogonka balię z praniem na głowie, idący przez pustynię globalną
parciejesz w roli kopieniackiego strażnika pamięci milionów?
– nie, chyba nie..
teraz potrzeba pokornych opowieści płaszcza i szpady w nowym wydaniu
i trumien Edgara Poego nawet dla testamentów Ego
wykorzystanych w zmumifikowanym pustynnym zaufaniu
*Sarkofag*
Letnie śnieżyce płatków jaśminowego kwiecia
rozczłonkowanego wspomnieniem jej warg
niesionego jesienią w przepaście duszy
na tchnieniu ciszy zapadłej, która
utkwiła w sarkofagu jej serca jak zaklęte kadzideł pierwociny
dla glorii zmartwychwstania wszystkich wiosen naszych
tylko po to, tylko dlatego, tylko dla życia.. nowego
zstępuję w te otchłanie z deszczem jaśminu
ja feniks zimy
*Braterstwo bytu*
Ośmiornico siostro i ty bracie grzybie,
cóż to stało się takiego, że się na siebie boczymy,
że już się do siebie nie uśmiechamy w rodzinie
czy wielorękość Śiwy, a może natrętne szlachectwo borowicze
sprawiły, że czujmy się ciągle nieswojo
mimo zręczności i myślenia (zmyślności) w krainie odległych habitatów
i nielotnych okoliczności oddalenia naszego,
od siebie i Stwórcy
cierpimy jakąś samotność my ziemscy bitnicy, my słoneczni cwaniacy,
wodni naigrawacze, księżycowe batiary,
hippisi zmienni w miłości, jak pory roku
wyznaczające rytm w nas, co jest
Santany scenicznym pulsowaniem sumiennym
niech dotrze też w głębiny mórz,
lasów ostępy psychologiczne naszych homo dusz,
co o braterstwie bytu prawie zapomniały
niech wspólnie zanucą pieśni nasze wargi, dzioby i strzępki
pieśń zmartwychwstania szacunku
i czystej miłości atomów ku sobie wzajem
pędzących bez zatrzymania nawet, na zwątpienie w siebie
*Efekt emanacji kondominium opinii*
Skonstruowany z samych przynależności
przemutowany uzależniony od władzy
społeczny efekt emanacji w kondominium opinii nie do końca
równoległych w środowisku eliptycznym
stworzonym w ciężkich czasach odległości społecznych
dystansu naukowców do siebie
samych, lecz nie obiektu badań,
co wynika z kurialności przyjętych przez nich ogólnych zasad
muminkowości dzietnej młodszych wspartych o jednorożce
cokolwiek nieufne wobec roztrząsań zmierzających w kierunku tez
kategorycznych obrazoburczych, takich jak śmierć powszechna
niejednokrotnie chybionych, jak to było już
w przeszłości z wyjątkiem Średniowiecza
bez uszczypliwości wobec dzieci i docentów
*Zakładka*
Znajdź taką zakładkę w duszy
taki szkic do uciekającego w mgłę lub deszcz pejzażu,
co skłoni cię do zastanowienia nad
pornograficznym pontyfikatem twojego mniemania
o dziełach ludzi pokroju malarzy abstrakcjonistów, takichże muzyków i poetów
niby to przetwarzających widzialność na niewidzialność
lub odwrotnie albo wręcz profili na en face w snach,
gdzie światło ciemnością jest a ciepłem chłód
lecz naprawdę kumulujących rozedrgania fałszywe w widzach
materializując emocje nierozwiane, emocje przemoczone,
czasem emocje latem przepalone, emocje emocji materii,
które nigdy nie istniały w nich ani w innych wcześniej
potrzebnych jako wzorzec piękna okrzykiem westchnienia będący tylko
choćby z Enceladusa wypluwek lub z wnętrza Gwiazdy Śmierci samej,
choćby z Inferno – cokolwiek skrajne to dantejskie piękno
termojądrowej reakcji na przegrzanie zbyt ludzkiej miłości
w piecu pozmysłowych oddaleń od Absolutu
lecz potencjalnie możliwych do wytrwania
w mniemaniu, w spojrzeniu, w zamyśleniu
nawet przy kresce termometru ze wskazaniem: 250 000 C
(stwierdzona temperatura wrzenia duszy CZŁOWIEKA)
*Indywidualizm statyczny*
Znużony tym rozedrganiem, co z liczby pojedynczej emanuje
wkradam się w komnatę zadośćuczynień mobilnych i mnogich,
by nie tyle roztańczać, roztkliwiać, co raczej
rozpoławiać arystokratyczne grupy indywidualizmem statycznym,
jestem atroficzny we mgle spolegliwych wynaturzeń tych, jakichś, czyichś kast
odchodzących wciąż w świetle pychy w półświatki
a jednak półcieniem wyobcowania liżącym skronie owładniętych jak ideą uśmiercania
zaznaczają praprzyczyny wszystkiego, co czułe i nie małostkowe, z pozoru.
Tykam tam jak zegar wielopiętrowych katedr na jej wieżach zamontowany
poruszam wskazówkami ciepła, gdy przed drzwiami wieków ich trwania
odlanymi w brązie, za tłumem zmarzniętych bałwanów
macham lewymi ramionami wyłącznie śniegiem ciskając energetycznie
w nich niemogących w zaślepieniu zimowym celnie uderzyć zwrotnie
przekleństwem w tabernakula odwiecznej mądrości, która wyczołgała się
z bagien pierwszych, przeżytych, przybrzeżnych lagun
i mną potrząsa jak wiatrakiem, manekinem, robotem,
mną lepkim od błota pośniegowego sługą wszechgwiezdnej otchłani czasu
patrzącym przez teleskopy, które oczami już prawie się stały
baterią rozjarzane i napędzane galonem łez
tęsknoty za Uniwersum pełnym Boga samego
oddalającym się stąd z szybkością ustaloną przez stworzeń pierwsze prawo
dlatego drgają owe tęsknoty, dlatego czuwają wokół otoczone popiołami zórz
jakie wzeszły u zarania indywiduów