2019

Posted: 12/25/2018 in Wiersze

*Na widelcu języka*
Na widelcu języka nabity człowiek
oto opieka się go nad płomieniem
spirytusowa lampka w laboratorium
to może i lepiej
cóż, jeśli to rozżarzone węgle podkręconego grilla
to gorzej dla niego w biesiadzie
lecz może być to ogień czyśćca ludzkiego
przegranych w wyborach
albo demokratyczny żar piekła sądu skorupkowego
ty jesteś i widelcem i ogniem
możesz być też tym człowiekiem
odpowiednim kęsem dla ognia nieugaszonego
zanim cofniesz rękę cofnij język
pomyśl byś nie płoną na darmo

*U stóp arki*
Znajdź mnie, jeżeli pragniesz
zadośćuczynienia, miłosierdzia, ostoi
znajdź mnie, jeżeli pragniesz
by stado młodych kruków przeszłości

przeleciało nad domem dobrej nowiny
najmądrzejszych ptaków z wyroczni Apollona upadłej
ale myśli onegdaj uroczej politeistycznie

U stóp arki przyszłości, którą zarządza wiatr
zmieniający się w gołębicę
znajdź mnie, jeżeli chcesz bym podał ci
zieloną gałązkę ocalenia już
z jedynej Ziemi oczyszczonej
wzniesionej wysoko wiecznej ducha ostoi

*Rozchwiany walc*
Zdarzyły się niewielkie odchylenia od normy
w czasie lotu nad Szwajcarią
modułu nowoczesnej stacji kosmicznej
nazwanej: „Rilke w Muzot”
potem nastąpiło ciągłe zniżanie tegoż
i nieuchronny upadek w fale Dunaju
obok miejsca gdzie Ivanovici grał Nokturn cis-moll Chopina
na pogrzebie Attyli
dzisiaj nie odróżnisz precyzyjnych Pieśni Orfeusza
od rozchwianego walca wiedeńskiego
granego po wielokroć w Linzu i Monachium
ani galicyjskich wyrzutków Cesarstwa Austro-Węgierskiego
od zwykłych zjadaczy chleba,
co to czytają Wyborczą i porzucają wszelkie wybory
odchylenia zaczynają się w piaskownicy cywilizacji
a kończą na falach eteru i wysokich orbitach
– czuj! stary pies szczeka
– rozdziobią nas kruki i wrony
– silni, zwarci, gotowi
– tęcza, pacyfa, kotwica, logotyp Solidarności
– które z powyższych jest niewielkim odchyleniem od normy?
nie zgadnie już ani Attyla ani Luter
ani Mustafa ani Jan Trzeci ani Franz Joseph
ani Ivanovici ani Lehar ani Strauss
ani Rilke ani Kokoschka ani Kafka
ani Hitler ani Orfeusz
ale ty jeszcze możesz!

*Elity w kokonach*
Zazwyczaj niezbyt eleganckie elity
pretendują do rządów wolności
gdzie one mogą wszystko a inni nic
mogą ścinać królów, bogów i proroków
wyrzucać z grobów biskupów i palić relikwie poetów
a inni tylko chylić czoła jak cheruby w Babilonie
elity nie są złe same w sobie
są narzędziem diabolicznym przez swą megalomanię i butę
lity krzem przemawia bardziej do ludzi pospolitych
marmolada do błędnych rycerzy
ambrozja utracjuszy do pseudointelektualnych wariatów i sług
księżyc do księcia, który księciem będzie zawsze
nigdy królem choćby był z marmuru i spiżu
z węgla i stali, z roli i z soli, z kiszek mysich i totemów
z twardych ideologii, myśli i definicji światopoglądów
elity zawsze służą księciu – to dworacy
bezwolni, marionetki mistrza
srebrzystobiali udający buntowników krwistych
w hegemoniach zbudowanych jak kokony
nekrofagi życia w sarkofagach społeczeństwa
w formach przetrwalnikowych, gdy trzeba

*Sekret odwieczny*
Znikną wasze ślady w stawie
gdzie nenufary to liczne śmierci bolesne
a księżyce zwielokrotnione w toni
to mroczne przepaście nastroju
na mostku nad stawem
dotykasz ciepłego ramienia najdroższej kobiety
i nagle ona zmienia się w mistyczne płótno Moneta
a ty w sowę Minerwy
co was łączy teraz?
tylko noc i jej sekret odwieczny!

*Na zesłaniu*
Na zesłaniu anioł mój
w moim towarzystwie niech uwielbi nowy kraj
zesłaniec na dale zachodni

jak tornado nad Grenlandią
więc siadaj ze mną dzielny wojaku weteranie
do stołu, jaki mam
zagrajmy w warcaby zniczami pamięci
obsłużmy wieżę audio
niech otaczający dźwięk uwielbi dusze nasze dwie
wszak ty jesteś duszą samą
a ja ciała już nie pragnę
zagrajmy razem: słupnicy, mentorzy, eremici
zesłani ze słońcem na pątniczą Elbę
na piach, na rozgwiazdy złóżmy dąsy nasze
grajmy i słuchajmy mórz wiekuistych subtelności
pieśni małych czas
przyswajajmy kwiaty dźwięków pełnych
niech w nas dziwne zakwitną
jakże skromną bielizną raju
oswajajmy zorze i noce jak rumianki
w kolektywnym sporze o pozostałości Grenlandii
odwołają nas razem do centrali?
i co wtedy, jakie tam plany
w kwietnych symfoniach pójdziemy tańcząc obejmujący
i obejmowani przez nowy świat?

*Wiek śliski*
Wiek gładki, wiek śliski
nie do utrzymania w ryzach
już lata dwudzieste prawie
ale nikt tańczyć kankana nie chce
ani budować obozów by skoncentrować obcych
obcy mieszkają między naszymi
i wciąż ich więcej, więcej, i więcej
nawet nasi coraz bardziej obcy
nasi dziwni jacyś, zieloni, czerwoni
i tacy jacyś szorstcy, nie gładcy i obojętni
a wiek, który nikogo nie dotyka
wyślizguje się z rąk
szybko z oczu i serc umyka

*Nieobrażalne*
Niewyrażalne, niewyrażalne piękno
jej oczu
niewyrażalne, niewyrażalne piękno
jej głosu
to dobro przyrody całej w ustach, rzęsach, policzkach
ta wciągająca przyjemność słuchania burzy, patrzenia na błyskawice
a jeszcze burza jej włosów?
a jeszcze piorun jej serca?
ponad głowami w głównej nawie ludzkości całej
i ziemi czułej prezbiterium
a ja już wiem

wyrażalne, wyrażalne
piękno jej serca, wyrażalne w struchlałych kruchtach raju
czekam, kiedy wypowie do mnie słowa,
które będą człowieczeństwa mottem
te myśli wyrażalne, nieobrażalne
a ja wam mówię,
czekałem na niewyobrażalne w modlitwach
i już nie czekam, gdy na nią patrzę
a ona ideami mówi do mnie

*Kolec róży*
Igła, szpilka, punkt
z diabłami czy bez?
oś świata niewidzialnego
z aniołami czy bez?
rozbłysk światła słowa
słońca w punkcie zwrotnym
bytu jak lot ciągły
szpilka sosnowa, igła adaptera, wskazówka zegara
choć wewnętrznie sprzeczna
z ideą platońską zespolona
do cna
anioł i diabeł
nie mogą być w tym samym miejscu jednocześnie
to wiesz
punkt, szpilka, igła
zaznaczanie obiektów wszelakich
kłucie samo w sobie
wskaźnik bólu
kompas miłości
na szczycie wszelkich zawirowań nicości
moja dziecinna zabawa przebijająca dorosłych świat
oszczepem greckiego wojownika lub grotem strzały Tatanki
wypuszczonej ku białym z jeszcze drgającej cięciwy w łuku wodza
nad Little Bighorn, howgh

kolec róży dzikiej
w piaskownicy kropla krwi
ratująca życie duchowe dziecka
z rąk przedszkolanek rządowych
torturujących płaskimi obowiązkami
zanim nadejdzie rozbłysk
ucieczka ku szczęściu poza rezerwatem czerwonych
ku własnej wolności podmiotowej
niepowstrzymalności w przestrzeni obcej jak
każda siła ciążenia

*Huśtawki na ulicach większych miast*
Rozhuśtane emocje zapracowanego deprawatora
na południe od kuchni kraju onego
zasoby mórz martwych zgłębił imaginacją
teraz owoce dziwne wynajduje wyschłych stawów
z den zrobił kolebkę nienaszości:
weź ser bracie zrób z niego serce
weź mężczyznę plagiacie i zrób z niego kobietę
jastrzębie sąsiadują w Hezjoda bajkach z ideami Platona
a tu nawet nie ma miejsca na miłość szczerą
a huśtawki na ulicach miast większych
prehistorycznie wynaturzonych jak Orient bez tabliczek
jak muchy bez Egiptu władców
zacałowane wykrzywione usta w kamiennych wyżłobione ciosach
usta grobowe nie nasze
podły uśmiech skarabeusza:
weź drzewce oderwane od sztandarów grzechu
płacz sam, kadź im, torturuj owady śmierci
w kolorach indyjskich unurzane jak w pyłach
demonicznych wielu walących się na głowę nacji buntu
opłacone samoloty chłodnych kalkulacji determinizmu
uderzają w nie niespodziewanie jak chłód w słońce
zachodź niekiedy na Wschód
a dowiesz się jak kołyszą się te piekielne sztandary całe
weź stań, uspokój emocje wszystkich deprawowanych przez wieki
pozostań taki na zawsze: owoc nasz rajski

*Korium*
Korium
moje, nasze, wszystkich
toż to to samo..
przecież niczym się to nie różni od
litej stopy kurzej, na której stoi pałac Niosącego światło
korium
moje, nasze, wszystkich
korium
po ostatniej wojnie, rzezi, katastrofie, sąsiedzkiej kłótni
korium
w kosmosie, planecie, przyrodzie, duszy
korium
po zmaganiach z klimatem
korium
jedyne dziedzictwo nasze?

*Aleje niezasłużonych*
Skorodowane anioły socjalistycznych erupcji łgarstw
skamieniałe loty wszędzie
w końcu za parawanami niechcianych cmentarzy
doktrynalnych egzekucji transcendencji
w atmosferze zwiędłej od zaniechań rozumu
będące niezamierzonym odkryciem
konfabulujących egzystencjalistów
frustratów lekarzy psychologicznych dusz
żurnalistów propagandzistów obojnaczych głów
obok zewnętrznych katedr dobrze ukrytych śmierci
niechciane cmentarze pękają w szwach
grobowce w okuciach gwiazd szczerozłotych twarzy
a może bardziej księżycowych wizerunków z alei niezasłużonych
nieskatalogowanych wciąż morderców siebie samych

*Harfy ziemi*
Strach jest cięciwą, struną, którą potrącasz
każdym drgnieniem rzęs
każdym spuszczeniem wzroku
poszukajmy razem skraju lasu w nas
tam jest nowy świat
otwarty na innych jak na wiatr
drzewa to tylko harfy ziemi
zagrajmy na nich kciukiem
i wzbudźmy tęskny śpiew w ostępach, matecznikach, gawrach
śpiew wolności wszystkiego, co ukrywa się przed śmiercią
w sobie samym jak dzikość odwieczna

*Czyż jest delikatniejsze miejsce?*
Tak sobie pomyślałem,
odgarnę ten jasny warkocz spleciony cudnie
i pocałuję to niesamowite miejsce za uchem,
czyż jest delikatniejsze miejsce dla czułych myśli
dla uczuć równie alabastrowych, przez które
prześwieca słońce z galaktyk nierealności?
a co dopiero dla pocałunków!
podniosłaś wzrok, twoje oczy spotkały się z moimi
na twoim policzku białym pojawił się rumieniec
jak płatek róży stworzonej właśnie przez Boga w dniu siódmym
czyż jest delikatniejsze miejsce dla czułych myśli
i pocałunków?
a co dopiero płynących łez!
wstałaś, żeby wyjść, żeby ujść z moich ramion
wyciągniętych ku tobie
zaświeciły nagie usta i oczy ponad falbaną sukienki,

w której kielichu ukryłaś miłość kosmiczną
czyż jest delikatniejsze miejsce dla czułych myśli, pocałunków
i łez?
a co dopiero lewitujących w nieważkościach dusz!
myślę, że nie

*Sto czwarta Haydna*
Tych podłóg i sufitów nie zliczysz na cmentarzu
a emocji niechcianych zmuszanych ciągiem liter
wyrwanych z kontekstu nie przetrwasz
oznajmiająco śpiewają kosy nad krzyżami
na twoich boskich cmentarzach
zapewne jakaś wiewiórka ruda lub czarna
nawet sójka niebieskopióra w szczelinie światła
zatopią cię swoim rozkapryszeniem w melancholii
powiesz sobie, o o to tylko wietrzyk historii
ten kwiat, to żyjątko – to wyjątek
usiądziesz ciężko pod krzyżem
a jakżeż chciałbyś być
jak ten Chrystus z kaplicy Boimów we Lwowie
ale nie jesteś jeszcze
usiądziesz, wyjmiesz chustkę z rozerwanego, co dopiero opakowania
dotkniesz jej rożkiem kącika oka
a tam kropla krwi, żadnej łzy
co to, to elegijne zakończenie życia uczucia natchnienia myśli
anarchii pustki samotności asymilacji anihilacji?
– nie, to rozpoczęcie symfonii pierwszym dźwiękiem trąbki

może takiej jak w sto czwartej Haydna
krwawa pobudka na cmentarzu, ta twoja pobudka jak capstrzyk
na cmentarzu kolejnego słońca w zenicie niedotykalnym tobą
nad i pod tobą

*Koncertmistrz ciszy*
Podjęłaś trud zaniechania kontemplacji
swoich zahamowań
w trybie dość rozkazującym
z wołaczem pośrodku czoła
kręcisz głową, sypiesz iskrami z oczu
a w ustach schabowy kotlet panierowany
robak świętojański nad tobą jak meteor
trud się opłacił?
opłacono ciebie srebrem pełni?
opłacono twoje skłonności do penetracji ciszy
w otworze tajlandzkich jaskółek nocy?

Wiem, prześcigam się w małomówności
jestem błękitnym w złotej oprawie pociągiem
ciaśniejszej na zawołanie swoje niż on
a słowa muszą się wyrywać z potrzasków pomruków i sapań
żeby zdążyć
dopiąć swego w dopowiedzeniach wagonów doczepionych uczuciem
aby na statkach burzy łakomej we mnie,
co płyną rzekami w korytach bez wody wnętrz
nie rzec: odpływam
tak, tej burzy jak fajerwerk alienacji
wiecznego koncertmistrza ciszy niechcianej zwykle

*S i G*
Sodoma i Gomora
to tylko tom jeden
z siedmiu dzieł poszukiwawczych Prousta
po zmianie nazwy
lub raczej po nazw zamianie
Lot i żona Lota będą się pisać z polska:
Orfeusz i Eurydyka
a pań niezabawne zniknięcie będzie
tytułem roznamiętnienia i rozczłonkowania wszystkiego
pytanie o S i G i w dzisiejszej dobie pozostaje: dlaczego?
– dlaczego, Boże?!
odpowiedź pozostaje niezmiennie ta sama: dlatego, że!
to oczywiste jak kamień, słup soli, nieposłuszeństwo naturze
i w depresji Martwe Morze

*Uczeni w dobie dzisiejszej*
Konkludywne protokoły komisji z oględzin opończ kolorowych na rynku
pręgierze i wystawione na pośmiewisko ogółu szkielety w klatkach
to są artefakty dysput filozofów uniwersyteckich
o, nie, to nie mogą być uczeni w dobie dzisiejsze, więc kto?
Jakieś halabardy odstawione do lamusa jak młyńskie koła w rzekach
piekielne magnitudy rozwodów umysłowych rajców na środku rynku
impotencje skazanych na opinie rozgłosowanych gildii
niegdyś w śniegach niby niebiańskich kwiatów czerwie deformacji
przy pomocy dogmatów ideologów wybrzmiałych fałszywie
toporów w podzamczach wbitych w kloce
to są artefakty dysput filozofów uniwersyteckich
o, nie, to nie mogą być uczeni w dobie dzisiejsze, więc kto?
Flamingi jakieś seminaryjne tłoczą się znowu
w wąskich szczelinach murów obronnych i baszt
bez nadziei na widowisko wstrząsające przekazem
mnie wystarczy ścięcie głów niosących światło nieswoje
idiotom z dość wielkich szkół niepublicznych

pod ratuszem kat docent z bardzo popularnym sędzią bakałarzem
dominantem czerni i bieli całym na szaro w tęczowej odsłonie
odgrywają tylko dekapitacje w imię jedni kloca-topora
wielowiekowe to już pośmiewiska nobilitantów rewolucji wiary
zerkających na zamki w górze, w chmurze, we mgle
ustawione, no właśnie, nie, o nie, przecież nikt nie wie przez kogo
o, nie, to nie mogą być uczeni w dobie dzisiejszej,
więc nie wierz w to

*Przeskocz serce*
Paruzja a ty co?
gdzie Paraklet pytasz?
a ty jak na złość w kąpieli
lawa grzech roztopione szkło na witraże
powódź włosów anielskich, chorągwie święte
a ty jak na złość przegryzasz rzodkiewką
melona i oliwkę faszerowaną
popijasz spleśniały ser tanim winem
Paruzja a ty na dachu, na polu, w kądzieli
Paraklet, a ty jak na złość na autostradzie
pędów ku – miej litość nad sobą
odczep wagony i stacje (odczep moduły i statki transportujące)
słoneczniki i słońca
podejmij decyzję, uładź się, ugładź
stań z Boschem do konkurencji w ogrodach
Dali niech w dali maluje dla ciebie mrówki jak żyrafy
lot przez duże El nad Górą Oliwną wykonaj
wypadnij dobrze w dziełach ostatecznych
przeskocz, co jest do przeskoczenia, Cedron, Gehennę

przepaść odwieczną – serce chwiejne własne
i stań w prawdzie

*Wemniewstąpienie*
Siedziałaś przy stoliku w barze na dworcu w Katowicach
w zielonym płaszczu z ciemnoniebieską chustką zawiązaną pod szyją
w ręce trzymałaś bukiecik fiołków, którym kiwałaś na boki
w oczach odbijało się wnętrze pustoszejącego baru
z oczu powoli wypływały łzy
siedziałaś na najdalej wysuniętej ławce peronu wrocławskiego dworca
prawie na jego skraju
poza dachem, który już nie dawał cienia
patrzyłaś na zatrzymujący właśnie pociąg z Przemyśla do Świnoujścia
w oczach odbijały się otwierane okna wagonów, z których
zaczęli się wychylać zaciekawieni podróżni zmierzający nad Bałtyk
z oczu powoli wypływały łzy
jechałaś w górę schodami ruchomymi na Dworcu Centralnym w Warszawie
jak odchodzący Elton John na swym pożegnalnym koncercie
otoczona tłumem podróżnych machałaś chustką i krzyczałaś coś do mnie
w oczach odbijał się blask nieba, które
otwierało się nad tobą i do którego wstępowałaś powoli
jak na drabinie Jakuba widziałem cię obok aniołów
wchodzących i zstępujących na ziemię
z oczu powoli wypływały łzy
wciąż cię widzę na tych niekończących się schodach w metrze
wciąż wstępujesz bezustannie w wymiar życia wiecznego

we mnie
i tak będzie dopóki nie zwiędną fiołki
fiołki świata wszystkie

*Jak duch oceanów*
Wtulona w niezliczone pokłady alg światłoczułych
zasypiasz zwolna jak duch oceanów
w poblask gwiazd uwięzionych owinięta jak w szal miłości
one czują te ułudy snów, co jak nietoperze
napadają bezbronnych żeglarzy dnia
zechcesz oderwać mdlejący wzrok od rozbłysków świata
tonących chwil w falach wielkich miast
w niedopowiedzeniach serc umarłych tu na zawsze
zmykasz oczy już by lepiej słyszeć je
ich ostatnie pomruki z odległości setek kilometrów
one jak humbaki zagubione w uczuciach niechcianych
wciąż żywych w głębinach czasu
uśmiechasz się spojrzeniami skrytymi
pod powiekami opadłymi ciężko jak skrzydła manty wyciągniętej na piach
w końcu uśmiech zjawia się na ustach jak sen
algi kosmiczne wtórują półcieniami
półchemicznymi zapachami półiskrami zaczerpniętymi ze słońc nieznanych
pogubionych w odmętach rozkołysanych dni
jak ty

*Protuberancje w nacji*
Synchronizacja wielkich odpływów
ku wielkim przestrzeniom ducha
zapowiada jedno: możliwe protuberancje społeczne
w okolicach depresji nadbrzeżnych nacji
wiem, że twoje poglądy są inne niż moje
wiem, że podajesz przykład jak depresje
wystrzeliły kiedyś ponad pagórki
(choć z tyłu głowy masz wybujałą Sodomę,
co wpadła w depresję martwego Edenu)
że wielkie odpływy są tylko pływami
do wykorzystania i pomnażania zasobów energii
wiedz jedno, każdy szczyt marzeń
zostanie rzucony w morze bez wiary
a z depresji niewinnej szczyt też nie wzniesie się sam
rzeknij słowo i niech ten Księżyc
odwróci swoje oblicze od dnia
a przybliży do brzegów nocy
zasłoń słońce za dnia
a ja zasłonię morze w nocy
zobaczymy, kto wygra –
czy wiara czy miłość

czy inna protuberancja będzie dominantą
w nacji?

*Artykułowania*
Zakamuflowane w szeptach nadzieje wiekopomnych przeinaczeń błękitu
– to tak w skrócie
potem nadzieje uziemionych przeliterowań słów
do świadomości ze snów
a nawet wielowątkowe, bardziej jawne naigrawania z ryzyk:
będzie się wiodło lub nie
– to tak w skrócie
wreszcie jakieś skamlenia na chybił trafił
oratorów sepleniących na cokolnych ruinach
imperiów w namiotach pustyń ich
dosłownie półzwierzęce artykułowania po kobylim mleku
na wąsach opadających zastygłym
i wreszcie w przemowach okaz motyla,
który nie jest zwierzęciem dla wielu
tak piękny, gdy usiada na lilii złotogłów
– to tak w skrócie
o tym, jak ona przemawia do niego
a on nie rozumie, że jest poddanym odwiecznej ciszy
nie ma nic

*Lamentacje wielorękich dam*
Znowu zaczęła się penetracja jaskiń
i kanionów w głowie przewielebnego
guru monastycznie zdewastowanego
przez schizmę uznającą wyłącznie
posty i lamentacje wielorękich dam sztuki
pozbawionych co prawda atrybutów zewnętrznych
litościwie obnażonego Nabuchodonozora wczorajszości
jak zwykle niemogących dosięgnąć
dzisiejszych złudzeń pobratymców
zupełnie bez wiary kołyszących się na gałęziach
w takt terkoczących silników
kosmicznych pojazdów na parę
i wdychających smog powstający, co rusz
w niszach nieprzeznaczonych do kontemplacji
ale tak wykorzystywanych właśnie
przez guru podziwianego za jednorękość
zniewalającą po wielokroć odmiennością
choć dziwactwem wbijającą do cna
w zakamarki grot podwodnych
bez tlenu nadziei i wiary,
którą miano pogłębiać w głębokościach przedwiecznych
a nie rozjaśniać w niszach i na kosmodromach
i to zapylonych, zasmrodzonych przez wynajętych biczowników,
co z gałęzi spadli nieopatrznie
wtedy

*Chwila zadumy *
Zewsząd nadlatują chwile zadumy
chwile cherubiny, chwile jak motyle
cóż te chwile tu robią?
peregrynacja jakaś, migracja motyli
w moje światy zaświaty Mahabharaty
a jak już odlecą wszystkie, piękne, słodkie, urocze
pozostaniesz tylko ty
moja jedyna chwilo, moja samotna, najpiękniejsza
we łzach, w tęsknocie, w nostalgii jak konwalia
i ty, która przysiadłaś zamyślona na polu lawendy
czarowna ja ona, jak ona o zapachu życia niezwykłym
chwilo mojej miłości

*Lukullus i ty ziomku*
Jak Lukullus miał w swych dobrach swoje śródziemnomorskie uczty,
tak ty ziomku dzisiaj oczekujesz wspaniałości domicylu
z publicznego języka próżni rodzi się prywatna próżnia ust
namiętność ucztowania w mediach
zamiast głodu pożaru serc misjonarskich
zstępuje z imperium zamkowych restauracji po raz wtóry
ucztowanie z koszatkami, jako głównymi daniami
zastępuje ratowanie dzieci
w zasypanym przez Rosjan syryjskim szpitalu
na ile zmieniły się okoliczności?
na ile ludzie?
nie wiadomo, lecz widać, że wymiotowanie,
by znowu móc jeść wciąż w modzie w Onecie
tam gdzie uczty celebryckie permanentne
a celebryci od rana w autach reklamowych jak Obeliksy
tam nędza bezhabitowa żyje bezideowa
w habitach głód ma uzasadnienie
a w habitatach prowokatorów artystycznych widocznie nie

*Parasol nieba*
Jesion wysoki jak parasol nieba
z listkami, co mnożą się jak liczone banknoty
wzniesiony z podmokłych miejskich oczeretów
siłą w dwójnasób skleconą naprędce
przez skrzydlatego stwora
wyrzeźbionego ręką przedludzką
w zielonych atomach dziarskości
zgórował nad dachem jak komin
teraz drzemie we wnętrzu górowania
czekając na deszcz
deszcz łez i skarg nie ptasich
nie motylich, lecz ludzkich
bezkrytyczny dla chmur nie będąc
dla nich i aniołów ani punktem odniesienia ani zwrotnym
ale mnie zawrócić potrafił
z horyzontu krańca razem z ostatnim sokołem światła,
który zmierzał ku źrenicy oka
dla trwania nieczułej dla pędu, wiatru, inercji
stającej się bramą życia
w pełni przyziemnej miłości

*Jedność sceniczna*
Kongenialny do pewnego stopnia jest
przekaz mój
w swej wręcz zabójczej mimice
słów niewypowiedzianych
ty stoisz na środku pokoju
i już odpowiadasz na nie pocałunkami
wysyłanymi w przestrzeń
soliptyczną wokół nas sawantów miłości
nie dosięgają moich ust spragnionych
lecz pochwyciwszy w locie owe słowa
pękają zaraz jak mydlane bańki
to nasza jedność perfekcyjnie sceniczna
Kolombiny i Arlekina

*Cierń*
Mój w myślach cierń jest moją zasługą
będę głodował dla chwały jego bezustnej
mój mądrości ząb jest moją naturą
będę raczkował z nim dla sławy jako takiej władzy
mój wieszcza płaszcz
jest moją świętością w połowie
będę się dzielił nim z niemym wiatrem
strofami zapisanymi klejnotami w koronie
jak ból prawdziwy królowej
mój ziąb już nie zaistnieje w takiej oprawie

*Lewy stracony*
Lewy stracony staw
okupuje stado kaczek
poniekąd myśli są operowe
w kulminacyjnym momencie utraty kontroli
bydlę kwadratury koła
to jak myśl Pascala – owieczka złotorunna
we wnętrzu koła sztokholmskiego
podziękuj Wałęsie na schodach Nobla
obnażony obrażony obleśny
kur czerwony nad Paryżem
feniks to czy skowronek metalowy mitologiczny
Helsinki czczą tańcem cara
vis-a-vis caryca Putina
czci fajką Ducha Północy
sanie przed operą – ssanie nad
dzisiaj znikąd pomocy dla kaczek

zostań sam na stawie strącony
kolumny pod wodą jońskie frankońskie niemieckie
czkasz kartkami i długopisami
lecz w kierunku odwróconych kul dum-dum
jak fi i pi jednocześnie do kwadratu
leć swawolnie z Kalifornijczykiem pilotem smartfona sterowca,
co porzucił diabła właśnie
bądź na czas w Watykanie
Grzegorza teraz
mega przelot odwróconym samolotem
nad lewym stawem

*Spisywanie wrażeń*
Głębia obrazowania w trakcie spisywania wrażeń
a jakże, złowieszczych
moderowana powinnościami rzeźbiarza słoni,
gdy atak konnicy ciężkozbrojnych wyłonił się nagle
z pozornej ucieczki tej armii terakotowej
głębia obrazowania w czasie graniastym
na odwiecznych planetach historii
a jakże, przemijających jak mydlanej bańki żywot
stój jeźdźcu, stój rycerzu, stój
to studnia realnej panoramy miliardów,
zaczerpnij szyszakiem wody
kosa śmierci czasem wygląda jak rolnicze narzędzie
a czasem jak kieł słonia
głębia obrazowania po ataku kawalerii ołowianej

na zamek miłości, który pozoruje twierdzę
twoich nie obrończych skłonności, lecz szarż namiętności
jakże widoczna w natchnienia porywie

*Kołyska bogów*
Żółte kwiaty żółty pyłek
jakieś takie płatki groszkopodobne z brązowymi kreskami
kod czy coś w lwich paszczach?
na końcu ulicy w lewo
za kościołem i młynem wodnym dziewiętnastowiecznym
kwiaty zwisają nad młynówką królewską zasypaną porażkami
w planach właściciela miasta na rozstajach
jednego patrona prawie wulkanicznych
eksplozji tegoż pyłku ziarnistego
drobnego trzmiela uprzywilejowanego inicjatora

informatycznych wizji ekologicznych niesfornej
acz mainstreamowej przestrzeni miejskiej
hagiografa homocentrycznego heliopolizacji holistycznych
w zapylonej Warszawie Glacjalnej już nieco zurbanizowanej
i historią starego państwa energetyzowanej

*Kantyk Miriam*
Jak mam rozdzielić serce boże
pomiędzy dwa kwiaty czerwone?
jestem skołatanym motylem
jeszcze we wnętrzu włochatej gąsienicy
a one kołyszą się nade mną jak powiew
pierwszego wiatru stworzonego na kartach Genesis
boże zamiary są niewidoczną siłą
w Egipcie moich wolności
jak podzielić to serce proste?
czy wystarczy podnieść rękę wysoko
i wypowiedzieć słowo… jestem?
a może lepiej pląsając i uderzając w bębenek
zaśpiewać kantyk Miriam
?

*Żuraw losu świata Bożego*
W takim związku skrzydeł i głów
nie poróżni nic głosu i losu
myśląc o skłonnościach do przemilczeń codziennych żertw
stajesz się drzewem beznamiętnie rozłupywanym ciosem łodzi Charona
kładzionym na kowadła losu, co wartki jest jak rzeka
nieuznająca zmyleń, meandrów zmilczeń, wirów zapomnień
zwana pędem życia ku wodospadom
ty, który możesz wszystkie rzeki wyłuskać z niewoli gór
zdobędziesz w pędzie konieczność rozkosznych lewitacji
potrzebnych w miłości oczekujących mórz
w mgłach losu nadrzecznych lasów, łąk i bagien
odziany w stalowy płaszcz lotnych snów
rydwanem deszczowych łez padających w górę
wzniesiesz się jak Eliasz frunąc nieśpiesznie do Wyraju
ponad sodomskie Edeny, Elizja i Asgardy
ty wszechpęd wszechłez, fontanna wzlotu wysokich gór
niebotyczny śpiew, wszechśpiew
świata Bożego losu żuraw

*Inicjał nowej miłości*
Wypiłem całą jej twarz
a ona na to: to nic
jestem jeszcze piękniejsza w tobie
w moim ciele jest wiele twarzy
a w tobie będą także ustami i rękami
będą wypowiadać i pisać wszystko wielkimi literami
nie tylko w twoich oczach, ale i w sercu
wydoroślejesz wreszcie kolorami moimi
zaspokoisz pragnienie polatującego ducha
ty mój miłosny motylu
będziesz pierwszą literą z mojej ręki
a mojej twarzy za karę świetlistym obrazem
inicjałem naszej miłości nowej

*Wypad z koszar Europy*
Zmierzch,
mój oddział ewakuuje się za linię horyzontu
białe flagi powiewają jak chustki żon
w okopach lęgnie się prawdy noc
łgarstwo świata niknie jak za lasem słońce
zmierzch,
mój oddział zluzowany zbiera się na ostatni capstrzyk
bandaże przesiąknięte krwią
hełmy zdjęte z okopconych prochem i kurzem głów
nagła wiadomość z Paryża od generałów:
Gioconda wzięła ślub z Apollinaire`m
zmierzch,
mój oddział niepokonany odmaszerowuje
od czoła słychać śpiew:
„z poza gór i rzek wyszliśmy na brzeg”
zmierzch:
mój oddział: stój!
latryny, łazienki, garkuchnie, izby,
sale telewizyjne, palarnie, śpiwory,
hymny, ody, sny
nareszcie wypad z koszar Europy,
sir Petrarca, sir Rilke, sir Apollinaire
zmierzch,
kamerdyner kammerzimmer camerimage
akcja stop, kamera stop, światła stop
mój oddział: dość!

*Pończochy*
W skończonych, chociaż
na pierwszy rzut oka nieskończonych
pończochach
trzyma serce czyjeś
o, osuwa się do stóp
to prawie tak jak u Jakubczak Ludmiły
naga przede mną Noemi
skończona, chociaż na pierwszy rzut oka
nieskończona
gra
Noemi pończochy Noemi pończochy Noemi
płacze
o, oczy moje stoczyły się do stóp jej

*Musisz sobą wyprzedzić*
Leci twoja strzała miłości, leci przez świat
przelatuje nad głową, zniża się nad horyzontem
czasem się dziwisz, że nie spotkałeś nigdy
Nefertiti, Dalili, Królowej Saaby, Heleny
pewnie też byś się w nich zakochał
płyń swoją arką, tym kosmicznym promem Prometeusza
zmierzaj ku najbliższej gwieździe błękitnej i jej kochanym konstelacjom
napędzany wiarą, co eksplozywnie rodzi miłości pęd
obie stworzone przed twoim narodzeniem
może zdążysz je poznać o brzasku
wszechbrzasku, który musisz sobą wyprzedzić

*Ze skowytu życia*
Kwadratura skowytu w atomach bytu
gdzie wszystko jest tą samą elipsą nieznośną
klik klik klik
chyba, że kryształ słowa przełamie
ostatecznością graniastą regularną
niemożność wyjścia poza schemat krążenia
myśli wątpiących
klak klak klak Bądź kryształem zastygłym w lśnieniach
ze skowytu życia twego niech zrodzi się
nowa parabola ducha
w cząsteczkach zmian zamkniętego
jak ziarno wiekuistego istnienia
klik-klak klik klak klak-klik

*Gracz (Spłoszyć wieczór)*
Wszystko lub wiele
zależy od formatu
nachylającego się wieczoru
jak gracz nad stołem
a tu nie jest jeszcze sformatowany
twój spokój schyłkowy
nie jest kreatywnie ściemniony
twój niepokój w protuberancjach
format nieduży ekranu i kart
na ekranie transmitera gra twoja ręka
twoja talia wirtualna
obie miniaturowe a pobrzękiwania
trzosem jak naparstek
i dobrze, blef to blef – wyrzeknij słowa: va banque
to wystarczy, by spłoszyć każdy wieczór
ten za mały, niewykarmiony,
niedojrzały, zbyt płochy
jego pisklę nie twoje
znika na zielonym stole w sobie
graj dalej w ciemno z nim

*Osiem kilometrów na sekundę*
Sen, a zwłaszcza sen
zdobycze kosmosu i walka z mastodontem
gwiazdą w warkoczu kobiety
kobieta w jaskini lewitująca
w stacji kosmicznej wykutej
spacerująca po odległej planecie Ziemia
barwy węże słonie koty płótna
siewcy ciszy orbitalnej wychodzący z rakiet
przy prędkości osiem kilometrów na sekundę
sen, a zwłaszcza sen
serce wpadło w pamięć
pamięta o wieczności w prehistorii
plazmy minerałów górotworów
zwierząt przedludzkich w socjalizacjach
a Ziemia? tak, Ziemia spaceruje w człowieku
elektron pędzi z prędkością
dwieście osiemdziesiąt kilometrów na sekundę
w przyrządzie pana od fizyki
w klasie szóstej realnej
a Ziemia drepcze w człowieku jak mastodont
ciągle zderzając się sama z sobą
śni i tworzy snem

*Bibelot*
Mam jej słodki uśmiech
ustawiłem na etażerce
jak bibelot
uśmiech z alabastru samego
nie taki jak inne
plastikowe
uśmiech jak relikwia
z miejsca objawienia porywu serca
powiedziała nim
ulep moją figurkę radosną
wyrzeźb mnie w złocie drogocenną
namaluj mój obraz prawdziwy na kuli szklanej
– miłością
– to namalowałem

*Sprzedawcy baloników *
Mój kamrat bliski
gwiżdżący sprzedawca baloników
stojący na moście na tle katedry Notre Dame
nie malutki, ale ogromny
jak prawa wieża katedry
jeszcze olbrzymieje
a jego baloniki stają się balonami Braci Montgolfier
nad Paryżem
całe karmazynowe odbijają nie błękit paryski
w zachodzącym słońcu, ale
blaski kościoła, którego iglicę i dach liżą języki
piekielnego ognia
i jest kwiecień
Mój towarzysz bliski
gwiżdżący sprzedawca baloników
jak fontanna i posąg Neptuna na Długim Targu w Gdańsku
nie malutki, ale ogromny
pompując z butli balony, które wiatr spycha
nad wikingowski tryzub symbol niszczyciela Siwy
jeszcze olbrzymieje na tle Dworu Artusa,
który ozdobiono trzema wielkimi czarnymi słowami:
Dżuma, Ospa, Cholera,

gdy w dali na Zielonej Bramie plakat ogłasza „Piękno nagości”
a za nią Motława kołysze statki na Hel
i jest kwiecień
Mój kumpel bliski
gwiżdżący sprzedawca baloników
przed bramą Belwederu
nie malutki, ale ogromny
jak pomnik marsowy Piłsudskiego
jego baloniki tęczowe jak lotnicze bomby
ich chmura porywana jest w kierunku Ogrodu Botanicznego
miota się i pęcznieje jak wielkie stado przestraszonych gołębi
wirujących nad Warszawą w czasie Powstania
i jest kwiecień
A donekigrzesioirózia
nie porzucają swych zabaw i gier
w klasywojnykrzyżykkółkox
lecz trwają nadal na swoich miejscach
malutcy, zmniejszający się do postaci mrówek,
które chowają się w szczelinach
pomiędzy miejskimi chodnikowymi płytami
ciągle domagając się unijnej ochrony
jakby były pięknymi, rzadkimi rudnicami z Białowieskiej Puszczy

ich piskliwe, balonikowe głosiki nic nie znaczą
po helium
i jest kwiecień
A ja
jak jakaś niebotyczna wojenna machina krocząca kosmitów
jak Optimus Prime
idę Alejami w kierunku Ujazdowa
podczas, gdy obok w Łazienkach Królewskich
eksplodują drzewa i pomniki jeden po drugim
w ogromnych butach Boga idę w kierunku Kancelarii Premiera
przed oknami, której kozłonodzy ustawili przyczepę kempingową
z kolorową nazwą: OTUA
w biały dzień pali się wewnątrz światło,
choć jest zamknięta na głucho
a w niej i wokół ani żywej duszy
soulowym krokiem podążam naprzód w moich nowych butach
nie patrząc pod nogi
nie zaważając na mrówki faraona
tak powszechne dzisiaj we wszystkich miejscach świata
(jestem inspiracją przedwtórną dla Stonesów
niedługo nakręcą słynny muzyczny promoclip
będą jak ja przechadzać się po Manhattanie w Nowym Yorku
Keith Richards i Mick Jagger wielcy jak Empire State Building
przestaną podskakiwać jak Jack Flash przy Brooklińskim Moście,

by z nieukrywaną satysfakcją pochylić się nad kałużą Central Parku
z czystej sympatii dla diabła)
i jest wiosna?
nie, nie, nie
wiosny nie ma
i nie będzie już nigdzie
nawet na Sri Lance!
Miłość jest zbyt trudna
a wiosna okrutna…

*Przybysze tajemniczy*
Mają lat niewiele
zesłane odgłosy prawie wewnątrzkomórkowych
wyczekiwań na samego siebie
jest noc galaktyki, spadają meteoryty
to przybysze tajemniczy z zadufanej
matematyki pradawnych podpowiedzi
bez ludzkich przyzwyczajeń
bez nóg zwanych energią stosów
mają lat tyle ile mają
zastane uprzedzenia do wystąpień gwiezdnych
logika – ktoś powie
kwiaty wiatru słonecznego – a może
wykwity lepiej powiedzieć
szukane przedpowodziowe zaklęcia
a tajemniczy przybysz, a wy – ludzie
jak się wydostać z powodzi kwiatów?
tak się przydają po śmierci
kwiaty to ułuda, dzieci kwiaty – to
zaniechanie wojen
wojny to los, przypadek
nieodpowiedzialny wybryk Kaina, elektron, bozon
antymateria – przekroczenie zaklęć
ja odmienione przez przypadek

*Ona w moim solipsyzmie*
Po dwa kosmyki jasnych włosów
odgarnięte z czoła
żeby nie opadały na twarz
spięte z tyłu głowy
śliczną spinką – broszką
ale pozostałe i tak opadają
kurtka zielona czarna minispódniczka biała torebka
na długim pasku na biodrze
roztargnienie zaginionego świata na wargach
polichromia na policzkach witraże w oczach
przeistoczona miłość nierealnej perspektywy
ona na ołtarzu
ona w moich modlitwach
ona w moim solipsyzmie
kolczyki i półuśmiechy jak komety dla kogo?
a ja zaraz po narodzeniu
jak dym wznoszę się przed nią
i tak już pozostanę
i nie zmienię się w coś bardziej ulotnego
pegaz Chagalla w komeżce
unoszący milczenie Boga
z ust moich do oczu jej

*W błogoskopie*
W kalejdoskopie świętych mniemań
w chronoskopie śmierci ich znalazłem się nagle
ledwo zdążyłem się prześlizgnąć przed drzwiami włazu
zatrzaskującymi się w czarnej dziurze półprawd
ledwo wessany próżnią zniknąłem w niej
a już Wszechświat stworzony nie dał mi szansy powrotu
do nicości, o którą zahaczyłem bokiem
w błogoskopie nadwrażliwości świętych twarzy
w metroskopie miłości przypadkowych i porywczych
ledwo zdążyłem wypełnić się materią ulotną
a przepełniona łódź czasu zanurzyła się w graniastej przestrzeni
myśli równie materialistycznych (oceany złączonych nieznanych łez)
ogromny jak słońce gorejące nowymi szansami aminokwasów
przetrwałem nieufny dryf
łódź wynurzy się w słowach, uczuciach i gestach niedopowiedzeń
wolności świata tego
łódź wynurzy się i otworzy impetem mistyczny właz
wystawię głowę w centrum opłatka słońca,
które będzie już wtedy czerwonym olbrzymem w tobie
a ty moim dogmatem w kalejdoskopie nieba
na zawsze

*Wiosna to nie cha-cha*
Krok w tył – niech będzie
wiosna to nie cha-cha
rumba czy samobójstwo zwycięstw
w komórkach przysadkowych?
krok w przód – niech będzie
wiosna to nie samba
szaleństwo czy awangarda
sztuk w sercu zachodniego świata?
a moja Afryka dla pokrzewek gdzie
– w głodzie?
a mój samotny rejs w łupinie orzecha przez Horn gdzie
– w poezji niebycie?
krok w tył, krok w przód
krok w nicość, krok w wieczność
krok tylko, mały krok w przepaść
świeć gwiazdo, świeć
leć ptaku, leć
płyń rybo, płyń
myśl człeku, myśl
wierz w piękno zasad
światem rządzących w pokoju
twym
myśl, myśl, myśl
tej niedzielnej słoty
no niech, no niech…
cha-cha łyk łyk

*Replika własnej maski*
Kompilacje sploty przewleczenia na skróty
jesteś jak Paganini a twoje osnowy skrzypcowe
letnią lotnią okrążają chłodny dom twój
albo lecą w helikopterach, co dym widziały tęczowy nad miastem
te serpentyny sylwestrowe sokratejskie
to akuratne wstążki pewności i powinności istnienia
wplatasz je w jestestwo karpia
w maski własnej replikę
jesteś lotną rybą wykręconą na zewnątrz spiekot niemych
z wnętrza fabryk i pieców serc
w rybackim mieście Świętego Piotra
niekończących się opowieści świętych ludzkich
piszesz opowiadanie rybackim wierszem
i zmieniasz sploty sztuk w sieć adoracji
dla karpia z Jeziora Genezaret
jesteś jak nowy latający zadziwiający Zaratan ludzkich ech
ponad ponad nad wszystkim, co wysnuwa się z er

*W ramach*
Jak nenufary w stawie uwięzione na zawsze
w promieniach zachodzącego słońca w ramach swych
jak łzy na rzęsach,
gdy na wzgórzu nad miastem stajesz by łkać
jak język jaszczurki szept ukryty głęboko
w gadzim pysku, co ludzkim się zdaje
jak fabryk kopulacje z miastem porewolucyjnym
krzyży z cmentarzem posocjalistycznym zasłużonych
w powstańczym grobowym rozedrganym wieczyście memoriale
językowym przesłodzonym cieście mów majowych
jak grób jasny pierwszego Prezydenta,
który zginął w zamachu zanim wyszeptał: Patria
jak piorun stratosferyczny jesteś zamkiem
poety, w którym napisał ostatni wiersz
wysoko, wysoko na wzgórzu nad stawem
wznosisz się, nie spadasz uwięziony na zawsze
w promieniach słońca po tutejszej burzy w ramach swych

*Podniebny list*
Będąc w takiej sytuacji
jak akrobata, chociaż
nie w grupowej osobowej asekuracji
sam wykonujący ewolucje doskonalące
w przedmieściach przedśmiertnych
roztkliwień nad siatką zabezpieczającą
lecący saltem ku trapezowi środka
znajdujesz ludzkie zapytania szeroko otwartych oczu
dlaczego on? dlaczego ja? dlaczego cyrk?
dlaczego ktoś na tniutni gra? dlaczego światło go smaga?
to śmierć i pochówek w powietrzu?
będziesz latał nad ziemią – woltyżer, linoskoczek gimnastyk,
aż nadejdzie czas natrętnej asekuracji i spadniesz
w ramiona klowna dyrektora cyrku
ten odejdzie zanim otworzysz podaną kopertę
zaczytasz się, zbledniesz, zemdlejesz
dlaczego ktoś czyta list? – dobiegnie z widowni
dlaczego ktoś? dlaczego list?
dla czego? dla czyjego?
dla lwów na arenie? dla nich jeden sam?
otwarte przestrzenie samotności
ponad ziemią lecisz tylko ty
nie spadniesz nigdy w czyjeś dłonie?
jak liść – jak ten podniebny list

*W czyjejś samotni*
Nieskoordynowane usłużne kontemplowanie
czasem błędnie naszkicowanych wyjaśnień
do obrazów niecierpliwiących, druzgocąco
przeinaczanych przez czas, wciąż doskonałych
jak idealna kreska, soczysty kolor
w treści światłocienia
roztkliwia tych, co wciąż
zachodzą do duchowych szkut, galer i zachęceni
medytacją po wyjściu z wind
na kanapach specjalnie przygotowanych
pod ścianą lub na środku wyciszonej sali
zawsze w cieniu uczuć i myśli,
by jednym spojrzeniem odgadnąć
Boga intencje w ludziach zniewolonych pędzlem lub dłutem
nagle zaczynają płakać pięknem samym
i szeptać własnymi barwami w czyjejś samotni

*Jedź mną*
Jedź, nie jesteś niewolnikiem zakamuflowanym
choć w hostię wieczoru przeistoczonym
nie wiem, czy ty nie możesz się zmienić we mnie
Jedź, jesteś wojownikiem wyzwolicielem
oczekiwań gwiazdozbiorów prostych i świętych racji
tych aniołów Bożych fanatyk nie telewizyjnych wariacji
Jedź, jesteś akupunkturalnym
przymiotnikiem ciszy w dotykaniu ciał
bądź mi jutrznią nieba tej dzisiejszej nocy
wolnością snów w zwojach myśli
zakończ moje oczy na zawsze raz teraz
zakończ cząstką siebie elementarną pradawny
rozpoznaną w kraterze istnienia antymnie
Jedź mną, jesteś dopóki ja

*Światowid Wielkiego Zachodu*
Na zewnątrz establishmentu farb
wyrażasz zachłyśnięcia popędami,
co w tobie jak pająki zjadają muchy stopniowo
w kokonach utkanych z sił twoich zamszowych
zastygnięte drgają pejzażem emocji
pobrzękiwanie łańcuszków na kołach ciężarówek
na drodze górskiej to twoja biel
zimą przeszedł kierdel bałwanów to zamieć
zostałeś sam w górach zniewolonych serc
z hal naświetlonych wyprowadza się właśnie
stado nierozumnych liderów czerwieni
kopulacyjno-okultystycznie zmumifikowanych w alkoholu sztuk

bełkot ścian bełkot klawiatur bełkot scen
płócien papierów nutowych ról
czerwień tapet czerń dywanów
bulgocze kocioł na środku filharmonii
baca naturszczyk dyryguje piątą symfonią
elita miasta pobrzękuje złotymi łańcuszkami
na nadgarstkach na sygnał
pohukuje na trombicie zombie sekularyzacji
stalowe nadzieje na wzniosłości w gaciach haftowanych
zabawnymi hasłami dziewiętnastowiecznej encyklopedii
niesie na służbę Światowida Wielkiego Zachodu

*Samsung*
Wszedłem znowu do przedziału wagonu
w pociągu do sztuk
usiadłem zaraz przy wejściu i złączyłem twarz z ksiażka

ona siedziała przy oknie
ona – moja Dama z łasiczką chyba
świetlistolica młodociana niewiasta
już studentka a jeszcze kochanka księcia Suburbii
patrzyła śmiało przed siebie
głaszcząc łasiczkę wyglądającą na jej kolanach jak kotek
potulną jak baranek, samotną jak kwadralny księżyc
rozbłyskujący pełnią za każdym dotknięciem jej ręki
głaszcząc zwierzątko powodowała rozbłyski
na powierzchni jej futerału futerka
(eksplozje wulkanu, wyrzuty lawy, sumienia, snu)
krajobrazy za plecami Damy z łasiczką
zmieniały się renesansowe
krajobrazy w miarę upływu naszej wspólnej podróży
toskańsko – bocheńskie wzniesienia w winnicach całe
i sadach oliwkowych jak odległe Tatry w śniegach
pokrywała czerń puławskiego konesera zniewolonych zachowań
nabrzmiewająca czerń jak rozbiory w książkach i na filmach
rozlewająca się czerń jak upadek Polski
pełzająca czerń jak żałoba po Kościuszce

jak czarne łzy toczące się po białej satynowej szyi anioła
a twarz delikatniała, gdy tężała noc
profil kruchej Damy wydelikacony moim spojrzeniem
stawał się idealny jak opłatek przełamany zimą
(tak chciałem drżącymi wargami dotknąć kącika jej ust
i poczuć miękkość tajemniczą warg)
cicho przelatująca sowa trzymająca ludzką czaszkę
zapach jaśminu w maju zbyt krótkim
i zapach maja w krypcie Leonarda
szelest białej karty lub białej alby fałdy
kaczy puch opadający na stawy w łazienkowskim parku
a ja w tej idylli Świątyni Sybilli
zadumany przejrzałym natchnieniem
przez ten idealizm postarzałem się fizycznie
wyrosła mi broda siwa i całkiem odsłoniła łysina
szaty się wydłużyły znacznie i kolana zadrżały
stałem się patriarchalnym filozofem greckim w jednej chwili
wpatrzonym w wejście do jaskini
rozbłyskujące błyskawicami prawdy
a moja Dama wygłaskiwała długimi palcami nokturny zwierzęcia,
którego sierść rozjaśniała się pod opuszkami z porcelany
(w oddali umierał Chopin na obrazie Barriasa)
poświata rozlewała się wokół jak requiem dla poety
a jej twarz pochylona karmiła się poblaskiem metafizycznym Rembrandta
i wszelkich holenderskich naśladowców Caravaggia

cóż mi pozostało w zachwycie? wysiąść w Krakowie,
czy zginąć odmętach kolejnej miłości?
utonąć Styksie za oknem jej postaci?
wysiąść czy porzucić nadzieję?
jednak wstałem ostatkiem woli zranionego kosyniera najmity
(odczułem los beznogiego Sowińskiego na reducie Woli)
jeszcze zaciekawiony rzuciłem kątem oka
ostatnie płoche spojrzenie na zwierzątko żywe
tak ciekaw, czy to może łasiczka samiczka?
i wtedy łuski opadły mi z oczu
to był samsung – on zabójca,
rozdzielacz twarzy i książek!

*Salto życia*
Zaniedbano dokręcenia śruby w trakcie ewolucji
kot ją wykonał poprawnie – dokręcił
wylądował na cztery łapy
piąte koło u wielkiego wozu odpadło niedokręcone
a piąte przez dziewiąte okazało się trafieniem w dziesiątkę
dwunastka dwucyfrowa dopilnowała lingwistycznego
przeinaczenia prostego hasła do galaktyki spiralnej
a galaktyka akrobatyczna prawoskrętna, dwunasta do ósmej, odkręcona
zamiast się odtworzyć otworzyła się i tak
wtedy nagle ty, jako hasłotwórca okazałeś się
opiekunem matematyki pielęgnacyjnej
mitów wstępujących na skłonnym niebie
gdzie lew krab pies lewitują do góry nogami
bez ewolucji
zero jedynkowy zakończyłeś pokaz
saltem życia

*Bożę chroń Matkę!*
Jam wdzięczny oto skrzat
za dobrodziejstwa łaski ofiary
w mitologii barwnej zadośćuczynić czas
figurze Matki Ojczyzny nieskończonej w blasku
jestże coś milszego sercu niż Matka
dla jej żołnierza wykrwawionego po bitwie
dla umierającego w okopie strzelca
dla marynarza pod pokładem
idącego na dno razem z wrakiem państwem
dla uchodźcy wygnanego z własnego kraju
jestże coś głębszego w uczuciu
niż szacunek do łona, które nie jest ciałem
niż jakakolwiek osnowa, która
jest pamięcią i błogosławieństwem
skaut jest niezłomnego bytu dzieckiem

żołnierz czasu bohaterem
bohater pomnikiem murem
matka jest domem
a wiersz śmiercią niezbędną,
co pozostaje po walce
w starości pociechą
oprócz makatki w kuchni
na lodówce magnesu
pozostaje też szczęśliwa codzienność
podarowana przez kogoś z królewskiego rodu
jam wdzięczny oto skrzat losu
snuję piórem gęsim hagiograficzną niepodważalną legendę
i wołam z życia chaosu
Boże chroń Matkę!

*Wiersz uratowany z pogromów*
Minął późnozimowy podpromienny eklektyczny czas
naginasz wskazówkę zegara jak gałązkę mirtu
do ust swoich,
gdy mirt znaczy dzieciństwo przed śmiercią
lub dzieciństwo przed weselem
zjawa dzieciństwa – schody na strych dziadka
upadek – schody na strych ojca chrzestnego
schody wśród mirtów – twoja we mnie pamięć udoskonalona
jest niebo na tym strychu? jest wspomnienia treść?
zapewne jest, twoja czarodziejska wierzba przed oknem stale rośnie
staje na palcach, zagląda do komina
jadą niezaprzężone sanie po niebie
kiedyś dojadą do księżyca
– patrzysz, widzisz je jak wtedy tak dziś
sanie są księżycem samym
– teraz już wiesz
a na Księżycu nie ma wątpliwego Twardowskiego

– teraz to wiesz
jest za to widoczny wiersz wątpliwego Trembeckiego
suną osłonięte ołowiem ptaki-konfederaki
po-między ramami okna śmierci
suną nie na fruną
ptaki są życiem twoim, powrotem do Okopów Trójcy
stopiłeś się w jedno ze swoją wiosną kolejną prawdziwą
nie wejdziesz już na schody na strych po mirt
– teraz już wiesz, nie musisz
masz ponadpromienny wiersz uratowany z pogromów
– choć eklektyczny to wawrzynowy czas

*Wyprawa po runo*
Ugrupowanie jakby bojowe kwiatów we mnie
a ja cały spąsowiały jak rzeka w Chinach
będąc niegdysiejszym szczepem winnym
w nowej Kaledonii Złocistej a może starej Kolchidzie
zebrałem runo słońca jak dmuchawce chmur
dojrzałem nim, zobaczyłem, poznałem życia cud
by zdębieć potem w kamieniołomie gór
z krzemu, wapna, drzew i gruntowych wód
zaniemówiłem ociosawszy drewniany pień
na grani zastanowiłem się nad twarzą jego ukrytą
a była to twarz najbardziej ludzka
zmartwiałem, gdy zobaczyłem kwiatów pęk
przybity ćwiekami cierniami do czoła

ależ skąd Lewiatanie, ależ skąd
będzie przymierze z kwiatami tylko
nigdy z tobą, co jak mosiądz masz zęby
nawet nowy Elam nieczuły padnie na kolana przed kwiatami
choćby ze strachu, gdy zobaczy siłę ich
a ja udam się w te pędy
jeszcze do jaskiń górskich przepastnych
po brunatne runo niedźwiedzi milczących historią
zapóźnionych w labiryncie jałowych skał

*Punkt odniesienia oficerów prowadzących*
Oto niezdefiniowany niegdysiejszy
punkt odniesienia
byłych zastępców oficerów prowadzących
i współpracowników, co wierzgali nogami
po upadkach z rowerów ucieczki,
gdy pochylona nad nimi ratunkowa ekipa
chciała zasmucić jedną uśmiechniętą minę
aż do poziomu przystawalności sytuacji
nad wyraz przyziemnej
a ten potłuczony zamiast
odreagować pozytywnie – odreagował biciem
w dzwony nonszalancji
nonszalancja nie odezwała się jednak dźwiękiem dzwonu,
lecz brzemieniem chropawych organów Hammonda
symfonia pierwsza tak powstała Engelsa

nieludzka akordowo-rowerowa
niesłuszna w tonacjach, pusta w tercjach
stakkato zbyt późne przerwano i wyproszono publiczność
wszyscy poszli na pogrzeb dyrygenta kurialisty
wypatroszony wentyl rowerowy dogwizdał finał
dla dwojga skorygowanych postaci
zmieniony w kołysankę
czaszek w bawełnie czarnej spranej
jak wszystko niegdyś

*Kraków Cyryla i Metodego*
Oto rozbiegające się obwarzanki lewitujące
a w nich twarze jak w nimbach złotych
nowosielskie ikony świecą w popołudnie piątkowe
na holu Dworca Głównego w Krakowie
pod peronami ukrytego jak katakumby Kaliksta
dziesiątki setki tysiące mieniących się twarzy
tysiące ikon w obwarzankach
nad którymi zawisają oscypki
niezidentyfikowane obiekty latające
oscypki jak języki ognia z obrazu El Greca
przypomina to bardziej Ostatnią Wieczerzę tego tygodnia
a nie Zesłanie, gdyż wszyscy poruszają wargami odsłaniając zęby
to jednak sam El Greco nie jest tutaj obecny
przebywa w Siedlcach na delegacji
obecny jestem za to ja z aparatem, kropidłem i sztalugami
patrzę na te twarze pięknych dziewcząt
odwiecznych Madonn z Europeum
w długich włosach skrytych jak w chustach Orientu

to one świecą dla mnie najjaśniej
gdyby nie ten ikonostas nieświęty
zasłaniający mi drogę do prawdy
odnalazłbym siebie samego sytego
od lat zagubionego w Krakowie Cyryla i Metodego

*Ule UJ*
Zza ogrodzenia Ogrodu Botanicznego w Krakowie
widziałem raz Lenina i Che Guevarę,
którzy krążyli długo wokół Ronda Mogilskiego
nie mogąc go opuścić jak jakiś Fasola Jaś
Lenin z chustką do nosa zawiązaną na łysinie
obuty w nartorolki niczym Justyna Kowalczyk w lecie
krok za krokiem sunął do przodu
przekładając nogi i machając kijkami
Che Guevara na motohulajnodze bujał się

jak to tylko on umie
balansując między samochodami
omijając je z rozwianą czupryną czarną
i czerwoną chustą zawiązaną pod szyją ciasno
ten taniec niemożności obu trwał długo
prawie jak Eurokomunizm
w głowach praktyków i teoretyków
lecz zamieniony w Eurokomizm nagle znalazł swój finał
Lenin wyjechał w kierunku Huty w końcu
a Che Guevara w kierunku Placu Wszystkich Świeckich
jednak Policja zgarnęła obydwu
wtedy schowałem się za drzewo
widząc kątem oka jak pszczoły raju z pasieki UJ

wyroiły się wcześniej by polecieć za rewolucjonistami
policjanci obydwu odwieźli na komisariat przy Gołębiej
gdzie już czekał na nich półnagi Picasso
artysta, jakich wiele dzisiaj po tej stronie czasu
zaświadczył o niewymijalności obydwu przez gołąbki białe
wtedy posterunkowy odstąpił od kroków dalszych
by po chwili wręczyć im łańcuchy złote i srebrne klucze
do miasta swobody
widząc to pszczoły z estymą powróciły do mojej ręki,
która spoczęła z rezygnacją na ulu UJ

*Ślepaki*
Jechałem z nią latem
w pamiętnym osiemdziesiątym drugim
pociągiem do Warszawy z Mazur
staliśmy na korytarzu przy otwartym oknie
gdzieś między Olsztynkiem a Działdowem
ona tuliła się do mnie i pieściła długo moje ręce
w bardzo podniecający sposób
w Działdowie gdzie przesiada się podróżnych tłum
zobaczyła na peronie jakiegoś oryginalnie wyglądającego faceta
i odpowiedziała uśmiechem na jego pożądliwe spojrzenia
to był jeden z przywódców Khmerów Czerwonych Sary Ieng
gładko w Paryżu wykształcony jak wszyscy oni
wtem nagle zamiast gładkich delikatnych

długich muzycznych palców mojej Thirith
poczułem chłodną śliską stal lufy rewolweru
zamiast ciepłego nadgarstka
szorstką rękojeść ciężkiego pistoletu
to ona wsunęła mi go w dłoń niepostrzeżenie
trzymałem go zdziwiony całą drogę,
gdy ona zasępiona paliła kolejne papierosy
wjeżdżaliśmy właśnie do Warszawy
gdzieś na Średnicowym Moście
patrząc na Ogród Zoologiczny w oddali
skąpany w promieniach słońca jak w rzece
plaże i piaszczyste łachy Wisły bielejące jak kości

pomyślałem o polach śmierci w sercu,
które zmieniło się w kambodżańską dżunglę
przyłożyłem broń do głowy
i powoli pociągnąłem za cyngiel
strzeliłem sobie w skroń
lecz o dziwo chybiłem
i za pierwszym i za drugim razem
przeżyłem jak jakiś sekretarz partii albo wicepremier
nieodwołalny Brat Numer Jeden
przewidziany widać właśnie
na przewodniczenie
ślepakom i ślepaczkom

*Dla ludzi jestem po zmartwychwstaniu*
Jestem znakomicie uposażonym
robakiem duchowym cywilizacji
jestem sowicie wynagradzanym
sępem spadającym na jagnię obecnego złotego wieku
jestem wynoszoną pod niebiosa
larwą kosmicznych przygotowań państw
jestem absolutnie ponadprzeciętnym
płazem w symbiozie pierwszych kultur wyrażonym
jestem nie do przecenienia
kopytnym ssakiem zamienionym w ptaka sztuki
jak jakaś służka bogini bez ciała
jestem nawet wyniesionym wysoko ponad wzgórza
kretem epigramatu zdesakralizowanego słońca
dla ludzi dla ludzi dla ludzi
dla prawdziwych ludzi po ich słowa zmartwychwstaniu
jestem

*Zaduma Tomasza*
Mój samozwańczy nastroju zadumy
nieogarnione wzrokiem i uczuciem
połacie skrajnie wynędzniałej stanowczości
przemierzam skuterem leśnym mimikrycznym
by zrozumieć ciebie
w tym epokowym odkryciu,
jakiego dokonałem analizując dane z drona zebrane,
który podfruwał jaskółką młodą
we wnętrzu moich zaszczytów i dum
we wnętrzu kratera eksplodujących wątpień
niebotycznie wspinającego się
ku poobiednim filozoficznym

drzemkom w budyniu dni
uznanych przez media za stracone
dla świata, a które nie kremem słodkim
a gorzką lawą się okazały,
co zmieniła roztargnione myślenie
naturszczyków wokół mnie
zapatrzonych w moją zadumę Tomasza

*W 3D*
Drukarka 3D drukuje
powoli wyłania się z niebytu
coś na kształt megafonu
coś na kształt protezy ucha
coś na kształt twardego języka
coś jak oko białe w szkiełko oprawne
drukarka zatrzymała się
poprawiasz projekt
zmieniasz zamiar
schemat koncepcję
wizję masz nową
awangardową
drukarka znowu rusza
i jest – oto dusza
w 3D
gotowa
ślepa i głucha

*Dalekosiężna penetracja*
Powodem twojej dalekosiężnej penetracji
ciszy nieludzkiej
jest nie tylko myśl i uczucie nieodkryte
ale prawdopodobnie odległe zasłuchanie cielesne
w to, co z zamieci niegdysiejszych złych zim
wyłania się i jawi apokalipsą duszy
rżenie koni bez ciał
wulgarne słowa szkieletów bez oczu
szczękanie gruchotanie szuranie
pobrzękiwanie kości
obleczonych w zardzewiałego żelaza pogardę
ale ty słuchasz zaciekawiony jak demiurg,
który spuścił tych towarzyszy ze smyczy

i lubuje się w nasłuchiwaniu
nadjeżdżających jak rozwijająca się
ostateczna poświata pogrzebu w czerwieni
w purpurze w szkarłacie grzechu bez kary

*Rapsodia Cyganerii*
Przewróciłem te znaki drogowe
walcem, którym jadę do opery
na Cyganerię
z partnerką (…)
nieoznaczoną
w falbanach pofalowaną (w woalach i lokach)
powściągliwie konsekwentną, a jakże
jak mój walec
droga między nami utwardzona już także
i znaków ostrzegawczych brak, no cóż (…)
Cyganeria czeka na nas
ale ja stoję
na czerwonym
świetle

oby się zmieniło na czas
oby droga nie pofałdowała się
ponownie
w mojej głowie
jak wspomnienie pod dachami Paryża
obyśmy weszli wreszcie w takt
po czerwonym
dywanie
do Wielkiej Półstarej Łopery
Krakowa (już bez czerwieni dla smoków dziwaków)

*Poranek promienia, który perspektywę zmienia*
Modlitewny zapał a potem
uniesienie słów dobrych jak powiek
bogobojne o świcie
po całonocnym czuwaniu
we wnętrzu skarbca takiego
jak altruizm zaniedbanych odegrań
odwzorowań pieczęci pierwszych prawdziwych ludzi,
którzy nie znali modlitwy takiej jak my
ani zemsty na bogach słońc butnych
ale wyczekanie do rana,
zamglonego, zranionego poranka
wreszcie promienia, który perspektywę zmienia

*Ludożercy teraz*
Skręcający, w którąś stronę ludożercy europejscy
a ty za nimi?
ależ nie!
mówisz: zawsze szedłem wprost przed siebie
choćby i chwiejną drogą przez linowy most
przerzucony nad eutanazji i aborcji przepaścią
obrońca życia iskier z podniesioną głową
obrońca ludzi, zwierząt, roślin i krajobrazu
z uniesionym przed żywym światem kapeluszem
z pochylonym przed Stwórcą czołem
obrońca natury w kamieniu i promieniu
ludzkiego odbicia w chłodnym strumieniu
biedy społecznej w sumieniu
serc niezawisłych w pochodzie dni i nocy
a w końcu obrońca słowa w sobie
nie pożerałem tego nigdy,
co jest samodzielnym bytem w dążeniu
otaczałem kultem złota kadzidła mirry
słysząc głos z góry:
prostą drogą, idź prostą drogą
teraz ludożercy skręcają w którąś stronę

a ty za nimi? ludożercy to też ludzie?
ależ nie!
niesamodzielne nieistnienie
to nie zaspokojone łaknienie
ducha niebyt

*Romantyczność*
Złotouste trzmiele polatują nad dziedziną kwietną
romantycznością owianą jak wiatrem letnim
bladoróżowe płatki kwiatów aksamitem oczy pieszczą
zielone liście i łodygi w zapachu toną lata
trzmielej tęsknoty nektarem się śnią tęcze łąk,
gdy bezsłowny strach kroczy już za opłotkami poranka
a strach to większy od miasta
rozgadanego wszystkowiedzącego nic nieprzeczuwającego
miasta ucieczki rozumu przed światem natury
strach – E-platforma Nabuchodonozora
strach – Transformer Megatron
strach – Mechagodzilla Kosmitów
strach na embriony, wiersze, kwiaty, motyle i trzmiele
lecz i trzmiele się nie boją,

gdyż są romantyczne skrajnie
jak pędzący przez step
do Świtezianki Giaur
(mardukowa nienawiść atomowego ataku
nie wykiełkowała przecież na Ziemi czułej)

*Zapis prognozy pogody*
Jesienny zakamuflowany muflon
zmiennej pogody
jak Zawinul uderza w bezkompromisowości akordy
szkarłatem monotonnej onomatopei
zadęcie w ślimy
albo z księżycowej grani łoskot
jestem chyba Zawinulem
jesiennym zakamuflowanym
od natchnień zbliżającej się zimy
we frazach kosmicznych zawity
dla łowców mamutów z Krakowa
i profesorów z Zachodniego Wybrzeża
zazdroszczących niedyplomowanym odkrywcom
systemów operacyjnych
tak udanych dzieł
jak liścienny świszczny deszczalny
zapis na gwiezdnej CD-Audio
wszelkich prognoz pogody
trwałej dla wszelkich stacji
we wszelkich układach

*W koniecznościach*
Jak niedzielna bryza bezduchowości
zerwany szal faluje
w koniecznościach otwartych
przestrzeni dla kobiety
czerwonolicej we fragmentach
zimy ukrytej
by przemierzać z koniecznością
niekorzystne epopeje aury
tak lekkiej w swej naturze
jak zero bezwzględne zamieci
pojawiającej się, gdy miłość
znika za zegarami stycznia
później dwie kobiety bez szali
rozmawiając o nagich mężczyznach
z konieczności omdlewają z zimna
wymieniają się wizytówkami obuwników
w centrum Warszawy przy Placu Bankowym
na rogu Próżnej i Złośliwej
jak Metro i Koritto

*A ty tu po co?*
Luksusowy rozplątywacz kwiatów namiętnych
niewiarygodnie onirycznie przystojny
spotkał pospolitego zaplątywacza zardzewiałych
metalowych przewodów, kabli i erotycznych rur
spowolnionego w par excellence brzydocie
jak w mazi kanału
spotkał go na drodze prowadzącej do duchowego piękna
zdziwiony rzucił – a ty tu, po co?
szczurze kwitnących miast
zaplątywacz odrzekł hardo – a ty tu, po co?
bukoliku wymierających wsi
tajemnica tego spotkania
wciąż nie została odkryta i wyjaśniona
zresztą oni obaj też nie

*En t*   
Boli ten czas boli to miejsce
boli ten boli to
bo ten bo to
o ten o to
ten to
en t

*Wiatr od serca*
Zerwałem się na równe nogi,
gdy poczułem wiatr wiejący
nie od morza, nie od gór
a od serca
pobiegłem do studni idei i słów
jak do źródła jedynego
zaczerpnąłem wody żywej by w małej czarce rąk
podać ją wiatrowi
ten odrzekł –
skąd wiedziałeś, powiedz skąd?
skąd ci to do głowy przyszło?
jak na to wpadłeś?
jak zrozumiałeś spragnioną duszę
wiatru, który przybywa po ciebie?
poczułem siłę wiatru
spojrzeń, dotyków dłoni, oddechów, min
poczułem, że jestem już nim
zaspokojony na zawsze ciszą i pełnią
jego woli nieujarzmionej

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s