*Sekwencer kosmosu* W takich strukturach ciszy klasycznej odnajduję się swobodnie nadmieniam zawsze o ciszy, w której odgłos tła jest słyszalny prawdziwie moje libido generuje swoje szmery a pracująca głowa moja, sekwencer kosmosu bytu, towarzyszy szelestem poszumom wiatru charytatywnego dla wyobraźni ponakładane elementy tej ciszy słyszalnej w moich schodkowych wejściach do górnych pomieszczeń kultu nie są kostką Rubika, lecz bardziej mozaikową mapą z Madaby znalezioną banalnie, a zwaną patronką rzek pozytywnej wiary głośnego wołania uniwersalnego przodków z milczących wieków niesłyszanego echa Królestwa Niebieskiego, bo niesłuchanego dotyczącego prawdy, która utknęła w hałasie eksplozji supernowych czasów w sercach zdeprawowanych dzieci, stojącej pod kulą techno młodzieży i rodziców z oczami pełnymi troski o każdy dźwięk w ich niemowlęctwie zgubiony - dziś z uwagi na pamięć stanowiącą ciszę i wehikuł czasu, tak niezbędny
*Ależ Gracjo!* Ależ Gracjo! to nie tak bywa jak myślisz, Muzo Apollina! to nie chwiejna radość, po prostu odwieczność puka do serca terminowego do twojego, tak starożytnego serca, acz zbudowanego w czasoprzestrzeni niestety z historii, która się wydarzy, a piękno tam wiruje od dawna w sobie samo błyszczy tęczą niejedną w myśli potem, w rozumieniu sensualności absolutnej i koniecznej świata niewidzialnie odczuwanego, jak natchnienie Ależ Gracjo! nie ty wyznaczasz ramy nowego piękna już nie legendy i eposy Gilgamesza już nie księgi zmarłych, którzy nie powstaną teraz nawet na zapleczu cmentarza owej bytności zakazanej, staroegipskiej, starobabilońskiej widzialności przemijającej, owej groźby pioruna reguły niczego, która zostaje zburzona w jednej chwili zachwytu nad przymiotem bytu jednym z pokór wielu, jak bunt przeciw kajdanom światła tylu czarującego śmiercią gwiazd samych tych gwiazd feniksowych niewiadomych, odczuwania przyjemności ciał dotykalnych a Gracjo! ty nie sądź siebie tylko w przetrwaniu, w przymusie admiracji zachwytu, owego błysku powtarzalnego, i wszystkiego, co się nie wydarzyło, choć piękne wciąż domniemaniem było, jak myślisz życia i śmierci Muzo?
*O ile wyjdę ze skorupy* O ile deszcz przestanie padać wyjdę rano ze skorupy paleo ślimaka westchnę ukocham wierszem wczesny krajobraz we łzach rozsłonecznię nastrojem swoim całą wiedzę świata twardzieli od świtu do świtu od ery do ery od stworzenia do wniebowstąpienia westchnę i przywołam tamte wspomnienia sfinksa zagadkę skompletuję z dni mrówek i rozwiążę jak proste matematyczne równanie zrozumiem i opiszę ciszy piękno ciszę piękna ciszę piękno i ten ostatni grom z jasnego nieba – miłość czystą przedhumanistyczną a na jutrzejszą noc zostawię opisywanie historii płatka kardynalskiej róży o ile znowu wyjdę ze skorupy
*Życie to też płomienia rajd*
Zrodziła mnie myśl i Ziemia
zrodziła odwiecznie
zabrałem głos w sprawie uczuć i idei bytowania
słowo, bowiem jest najważniejsze
nie mając jeszcze pojęcia o warunkach na nie przetargu zatargu
i koniecznej skargi
rodziców skargi i łąk, i skowronka wśród cisz
i późniejszych rozmiarów miłosnych zgliszcz
owe słowo wcielone z daleka dotknęło ręki dla mnie najbliższej
to wtedy zaczęło się odliczanie
a konkretnie te schyłkowe arie kanonady tokkaty i riffy
te wzloty serc ku i od
tak, to wystarczyło by podsumować kosmiczny los
jako, po prostu, pierwociny żyjących gwiazd
stworzonych nie tyle w oczach, ile na języku
i smak życia to uczucie, ech życie, życie to też płomienia rajd
zmysłów brak w sercach zegarów
*Odczytywalny, choć nierealny*
Zanurzony w błogosławieństwie, jakim jest świat
widzialny odczytywalny
kojarzę po kolei byty stworzone z ideami dobra
zamachnąłem się na strukturę wieży Babel współczesnej nauki
zazdrosny o stworzenie wyjmuję kamienie z zawiedzionego serca
z mojego esse – uczucia nieurodzone, więc nieistniejące
przynajmniej taki jest pogląd uniwersum człowieka epoki
uniwersum większe nie wtrąca się w owe dywagacje, jak na razie
zbudzony z mrzonek conocnych łapię deszcz wszędobylskich gwiazd
w usta, i oczy, i dłonie, a nawet we włosy
tak, dla mnie nawet deszcz jest rojem meteorytów powszechników
ze słowa rozbitego na fragmenty przednicości lub pobytu
pobyt jest śmiałym poglądem nowoczesności na życie poczęte aktem
w słojach z formaliną widzimy głowy, które
już wypowiedziały zaklęcia deszczu i embriony dusz milczących za miliony
a nietoperze raju czczą takie artefakty, widowiska i ceremonie, jak bożki
wyklęć ludzi, zaklęć rzeczy, za i odczarowań zdarzeń, wynaturzeń poglądów
wszczepiony jestem w błogosławieństwo myśli, w światło widzialnego ego
nie mam więc skrupułów przy wygaszaniu ciemności z bytu
po detekcji nieistnień i próżni złego
to jest świat odczytywalny, choć nierealny
boleśnie czasem odczuwalny
*Kondotierzy*
Zakusy zewnętrznych kondotierów
na zasoby złote duszy nie są groźne
w epoce dominacji w niej jakiejś muzy
a może kilku muz naraz
w duszy artysty, w czasach prosperity cenzorów
w czasach współczesnych kabalistom
kondotier taki, najemny na przykład, gdy się ściemni
przybywa pod byle pozorem z równie wynajętą armią
cokolwiek sprawną, acz nieliczną
posiada zasób uzbrojenia wystarczający na zdobycie miasta jednego
ale nie przedmieść jego, utrzymania i zasymilowania takowego
suburbia tak nazywane przez wieśniaków cnoty
co nie chcą i nigdy nie uznają roty
oddalają się, uciekają tak uniwersalnej poetyce magii władzy
plątonogich barbarzyńców uniwersalności imperium
śmierć na murach dawnej Wenecji Genui z szelfu
jest hańbiąca dla rycerstwa z krzyżykami na wimplach
ale pieniądze nie wystarczają na zakup
wyposażenia odpowiedniego dla muz
i wynajęcia ich samych
do usprawiedliwień potrzebna jest bezapelacyjna boskość
a tu jest ledwo w łatwej rezygnacji z podboju, by
studiować w celi niesprzeczności doczesnych smutków
nie tylko kondotierów, ale każdego obozowego ciury
podczas bitew śmierci pełnych i ran
za dukat jeden, za sen, za strofę, za wizerunek
lub pomnik, obalony zapewne
tak czy siak, o tak, wcześniej czy później
*Na dwór i na pole*
Są pierwsze poszlaki o poziomie edukacji Ministra Oświaty
wydano oświadczenie o pierwszych rozstrzeleniach jego edukatorów
o zmianie kalendarza gregoriańskiego, scenariusza oporu rewolucyjnego
i planów komitetów mieszkaniowych niezasiedlonych osiedli:
Widok, Muranów i Stoczniowe
poszlaki o poziomie edukacji dotyczą ogólnopolskich spraw wykraczających
na dzień dzisiejszy poza granice debat rozpoczętych
w Poznaniu Gdańsku Warszawie i Radomiu (powiedział Minister z Bydgoszczu)
śledztwo w sprawie poziomu edukacji Gomułki i Gierka zakończono fajerwerkiem
Prime Minister powołał komisję do polewania demonstrantów i ustawił skoty
pod bramami stadionów, fabryk i szkół
dziedziczni właściciele piastowskich ziem, którzy
wyjechali na drogi Polski B nie zostali zatrzymani zrazu
i kolumnami zdążają do Gniezna, które
już zostało i tak zablokowane pielgrzymkami
Prymas naprędce zaczął studia nad eschatologicznymi
warunkami rozwoju fenomenologicznych aspektów policzalności
diaspory wewnętrznej w Narodzie i Kościele
właściciele ziemscy ostatni tymczasem spalili Mysią Wieżę
i wygnali Popiela na Ukrainę, skąd nasz ród
edukacja wyższa wyszła na chór, stamtąd na dwór a potem na pole
*Istnienie niezrozumiałe*
Skłonny jestem uwierzyć słońcu
– tak, jak żyrafa schylająca się przy wodopoju
ja również widzę odbicie słońca prawdziwego
w bytu pokraczności każdej, w tym swojej
esencja alegoryczności to żyrafa kucająca na sawannie za drzewem
próbująca ukryć swe możności nieprzydatne w dżungli
ten sam sposób zachowania ma architraw słońca, które
złudą mami złotoloty wysłane przez ludzkość na jego orbitę
a tej nie ma wprost, jest tylko w galaktyce
a ja mam swoją galaktykę, to podzbiór zbioru galaktyk nazbyt rozmarzonych
trajektoria odbić w mojej duszy jest zgodna
z moim wizerunkiem w podróży do krainy pokraczności
fizyki ciała stałego wydłużonego w zwierciadle krzywym
kucam za zasadami piękna ukrytymi w teorii względności
jestem żyrafą probabilistyczną przy wodopoju mechaniki kwantów
bo czuję sztuczność w każdym zwątpieniu w istnienie mniej zrozumiałe
w formie i w materii, takie jak może tylko być
może w żyrafie, może w słońcu, może w odbiciu, może we mnie, gdy
zechce
????????????????????????????????????
*Wyjście przez cud*
Znalazłem wyjście ze świata okoliczności bez słuszności
noszącego ślady zatraty racji
znalazłem drogę wyjścia z podziemi tego: tylko ja jestem i wiem, co nieco
słuszną i godną władz duchowych najwyższych aprobaty
nieme widma nawet towarzyszyć mogą czasem
bez uzmysłowień, bez przestróg nie wiadomo czyich
taka zatrata może być impulsem raczej
widmo świata śpiewającego widzialnie może być podnietą
cel przewidywaniem swego
wizja końca dobrego tegoż procesu, być może konkluzją logicznie zasadną
umacniającą przeświadczenia zdrowe w bliźnich
gdy w pragnieniach, w wyzwoleniach istot z prostot
jedna prostota gani drugą
jedna adekwatność chwali kolejną
jedna zmyślność wyprzedza trzecią pysznie
plemię jaszczurcze zmienia się w naród wierny
a naród w planetarianizm unii zbrodni prawie
wychodzących z wulkanów przypadków szaleństw w tufie jedni
zatrata zwykłej słuszności jest czekaniem na wybuch powszechności jakiejś
a exodus jakowyś koniecznym somnambulizmem miłości
tym razem przebudzonej w oczekiwaniu na skumulowanych pieszczot trud
ja znalazłem wyjście z krateru: jest tylko ja a priori
właśnie przez cud, choć nie mój
*Oaza miłości*
Oto jestem tam gdzie marzenie mnie wiodło dziecięce
w pięknej studni mniej okrutnego życia
studni życzeń, studni losu, studni szczęścia
domagałem się pełni w każdym słowie modlitwy
i oto mam pełne usta wody życia – spragniony
pełne oczy światła – natchniony
światła ze studni, z jaskini idei, z sumienia głębi
czuwając nad sobą w podziemiu szlachetnych cieni
wylizałem się z ran i oto nie jestem, jak cień sam
w głębinie swej duszy i jedni, i cóż widzę prócz przepowiedni
te same namiętności nade mną
a słońce ledwo widoczne – rozmyte astralne, jak zawsze
w słupie wody krystalicznie ożywiającej, góry wsze
a we mnie przecież góry odwieczne, lżejsze
spróbowałem życzeń i modlitw dla niej jedynej
i zaczarowana studnia słów wyznań zabrała mnie w siebie
wpadłem do jej otchłani, jak kamień
dla błogostanu niezakłamanego w sobie samego
wszystkich żarliwych, w dzieciństwie wypowiadających marzenia swoje
fortuna nabiera wody, dostrzegam kołowrót i wiadro
dobry duch studni moje ja oto
i ty i my nie permisywne nabrane zostaje, by unieść się po raz ostatni
razem, wyżej i wyżej, przeczysta mojra wznosi nas wyżej
z wody płodowej dźwigamy się ku słońcu, ku niebu
i oto już jestem tobą tam skąd marzenie mnie przywiodło dziecięce
w oazie miłości na pustyni spełnień
*Słowieszcze słowa legend*
To nie złoty Graal szukać go nie trzeba
to nie Ekskalibur, jak słynnego miecza z kamienia
wyjmować z jeziora go nie trzeba
nie jest to też teoria względności, której
nikt nie doświadczył, a jak dostrzegł to nie zrozumiał
to raczej nic mitycznego, zapewne
abstrakcja cieni matematycznych ważonych lekce
to sens i logika, co w ustach mędrca znika
w oczach mędrca się pojawia na chwilę
w uszach czynownika tyrana wypełnia się mocą
to tylko pojęcie na sarkofagu zapisane maczkiem
to prawidła widzialnego kosmosu okryte niesmakiem
bielizna księżyca złożona do prania
na planecie wątpliwej raczej reputacji
kto wymyślił legendę ten winien jest prawdy
na szafot z nim – może on ci jest obcy
tu na Ziemi przypadków nie ma, przypadkiem
są tylko słonie, słońca i legend słowa słowieszcze
sykomor pokór niewoli dreszcze
*Powrócić raz do naszych gwiazd*
Masz tyle ze mnie, co ja z ciebie
ale mówisz do mnie zbyt często, zbyt cicho
nie mogę się skupić na tożsamości serdecznych drgnień
nie mogę wykupić ciebie całej z siebie na zawsze
a ty możesz wykupić siebie we mnie od zaraz
ten czas eksploracji ciał za ciasny jest, a i tak się kurczy
czego nie można powiedzieć o dusz prawdopodobieństwie
forma ciągła w dotyku czułym możnościami zapełnia świat
i tak tych możności wykorzystanych niewiele
jeszcze nie przeżyły się w nas a my znikamy i tak
pozostaną te rozmowy, co? nie? tak?
pozostanie ten rozgardiasz upomnień skupionych sumień
bez pocałunków utrwalone siedzenie obok siebie ciągle
a ty mówisz, że jeszcze sama w sobie żyje prawda?
nie bądźmy dziećmi, mamy po pięćdziesiąt lat
weź to ode mnie, te moje usta
daj pocałunki, zapal świecznik MY NAS, wieloramienny blask
marzy nam się przecież stulecie niewinnych, co? nie? tak?
i słuchamy głosów tych samych, co przed miliardami lat
wypowiedział Bóg bez nas
spieszno nam do siebie po jednej chwili rozstania
spieszno nam do wczorajszych łask
opuszczenia strachu ego samotnego
i powrotu jeszcze raz do naszych niesamolubnych gwiazd
do szeptu miłosnego
*Znicze wiary w przystępność zimy*
Stworzyłem epigramat miłości, ot tak
pod wpływem chwili niecierpliwości
na powitanie zimy, a może raczej na pohybel jej
wyłącznie skutkiem zamieci był odruch ten
tym, co stwarza z kolei ludzi lodu był skrajnie biały sen
odkułem się w nim sam z bryły lodu
probabilistycznej jak całe Uniwersum
co płonie zamarzając i zamarza płonąc
moje ukochane obiekty zmysłowe w gwiazdozbiorach
te gniazda mojego ja we frazach i wersach
znaczące mitologie, jak freski w homeryckich słowach
przypominały malowidła naskalne obcych, lecz nie strach
one stały się półprzezroczyste dla kwantów inteligencji
jurajskiej, jak moje my, dla mnie ssaka zimy
powiedzmy takiej, co na Gigantomachii termojądrowe bierwiona skazana
zapalam do dzisiaj niematerialne płomienie
miłości ogniskującej wszelkie wolne ja
znicze wiary w przystępność zimy wspólnotowej
w przestępności lata samotniejącego czasem
w umiarkowanych rytmach gwiazd
na które nikt nie czeka prócz mnie i czarnych dziur tam
czekam z epigramatem nadziei w zawiei
i z siecią serc na zwątpienie w niescalającą śmierć
w głębi Uniwersum, gdy czas stygnie mieniąc się diamentami ostateczności
diamentami w odwróconym wektorze pór
wypadków i najzwyklejszych chwil nieuniknionej miłości
dla wieczności w nieprzemijalności słów sentencji
*Bombilla z tykwą w chmurach*
Mam w swoim kąciku w niebie przygotowany ekspres do kawy
i bombillę z tykwą do yerby mate
tak na wszelki wypadek
gdybym z wysokości chciał spojrzeć na dawny padół mój
gdzie przecież kumulują się migreny i stresy
nawet bez tego uwielbionego ciała zapewne przeżyłbym wstrząs
wśród chmur i nawet w ich wnętrzu
czaić się może ze wspomnień fobia, furia i groza – to prawdopodobne
ot mały wspomnień grom
a przecież i o natchnionym sobą mówią –
oto człowiek chmurny, jak Werter, cóż platonicznie zakochany
więc tam u góry chcę być zabezpieczony
nie ma tam aptek, wiem przecież
nie ma ślicznych wiolonczelistek, które
z czoła przegonią każdy bolesny smuteczek, co się wlecze
czasem za istnieniem i sensem do nieba
jak zmarszczka i grymas na Mony portrecie
ja tam nie wiem, fantazjuję, rymuję, jest OK.
– powie może niebieski dorożkarz
ale ja tam wiem, bo znam każdy kąt
w cumulopolis, metropolii mgieł i kropel
dusz czytających wiersze, we łzach
w tęczowym urbanopolis, liryk własnych najczęściej, a przecież
w mym pokoiku bez ścian mam tam
wszystko przygotowane, co niewidzialne, moje od zawsze
z młodości miłości zabrane w świętą starość
wmontowane w skałę dobra komety moich dni zbawiennych
i w niewidzialność obrócone bez bólu
tylko jeden łyk ambrozji neutrin serwowanych już z niebieskiej tykwy
i starczy?, tak, na splin lewitujący to starcza tu, tylko tu
może nie na jeden dzień, na jeden wiersz chmurny bez słów
*Śryż powoli przepływa przez moją głowę*
Zawsze, gdy jestem w Warszawie nocuję na Starówce
nie żebym od razu chciał słyszeć śpiewy trzeciomajowe
kiedy to tłum rozkrzyczany, wypływając z Zamku niesie
Poniatowskiego na ramionach do katedry
ani tym bardziej szczęk oręża naszych dziadów
a to próbujących zatrzymać łupieżczą Jaćwież z Litwinami
a to przeganiających Szwedów i Rosjan ze swojej stolicy
bardziej prozaicznie wsłuchuję się nad ranem
w szmer Wisły płynącej w dole, w stukot butów niepodkutych
nie młodzieży bananowej z Uniwerku
gonionej przez milicjantów i Ormowców po wiecu
brutalnie rozpędzonym w sześćdziesiątym ósmym
ale tej zwykłej wracającej z dyskotek na statkach rzecznych
hałasujące śródnocne zjawy z mitów i ekstraordynaryjnych snów
– to takie prozaiczne niedośnienia turystów
to jak brak dzwonienia tramwajów tu, ich metalicznych szmerów kół
na zwrotnicach wyobcowania i rozjazdach teraźniejszości
za to terkot karabinów Sten i pojedyncze strzały z pistoletów Vis
warkot czołgu z uporem wjeżdżającego w nieustępliwą ścianę Archkatedry Świętojańskiej
słyszę i w zimie i w lecie
Zawsze, kiedy jestem w Warszawie nocuję na Starówce
i bezsennie czuwam obok bohaterów, a potem śnię i tak postacie zdrajców
i tego największego, niesionego kiedyś na ramionach polskich posłów do Katedry
tej wciąż i wciąż rozjeżdżanej przez czołgi sprośne wszelkich ideologizmów
a on sam, król sekretarz obcych, rozbiorów paw, trefniś upadłego narodu
siedzi obok ostatniego sługi, jak ja w nocy sam
patrzy w swoje warszawskie rozbite lustro, jak ja przez okno
ja trzymam nogi na parapecie
a on jawiąc się z tego słynnego obrazu syna Moniuszki, tak tego..
trzyma swoje pantofelki na Carycy atłasowej poduszce-podnóżce
on wzruszony, jak ja, może widzi księżyc odbijający się w Newie
i wszystkie gasnące nad Łazienkami gwiazdy jego
a ja tam w dole widzę nieodwołalnie bieżącej polityki śryż lodowy
każdej zimy leniwie przeciskający się przez wąskie gardło
wczorajszej propagandy i dzisiejszego narodowego snu
w zawsze zwycięskiej Warszawie klęsk stu
*Wskroś serca wyłącznie idea*
Wskroś oczu patrzenia, wskroś oczu
wskroś zmysłów emanacji w wizji
dzielisz świat na odludny i bezludny
w kręgach motywów życia cudny
w kręgach motywów separacji władz
w bezsennych nocach oczu nieosiągalny
pusty bierny nieznany, lub tylko nienazywalny
w oazie się rozmywa pustynność linii patrzenia
tym się wyróżnia przejście z suchych intencji
do głębokiego zielonego ich cienia stworzenia
masz w oczach dwa jeziora polodowcowe
a na ich tafli nieskazitelnej materii kręgi fal
wskroś fal interferujących wizje wiar dające
matematyczne pewniki prawd
pośród wilgotnych złudzeń, lecz nie we mgle traw
palące słońca studnie, od łez świetlistość odbita cudnie
świata jasność galerii cierpień, gwiazd śmierci poświata tła
wskroś oczu leci gwiazdolot
wskroś oczy pędzi pociąg, jak strzała
do sedna do granicy samoświadomości
po sens do zmysłu złudzenia
elektron prawdy znika w patrzeniu?
to nie prawda!
pojawia się w sercu kruchym, właśnie w patrzeniu
wskroś serca wyłącznie – idea
*Jak odnaleźć i zatrzymać piękna dzikość*
Jak odnaleźć to piękno dzikie
na rozświetlonej tylko w części polanie mrocznej
w sercu puszczy splątanej barokiem konarów wiekowych drzew?
Jak odnaleźć to piękno w tysiącu alabastrowych rzeźb
odkuwanych przez tysiące rzeźbiarskich żylastych rąk
od czasów starożytnych do dziś
w delikatności oczu, grymasów i mąk?
Jak odnaleźć to piękno misterne w mgławicach
i galaktyce pierwszego kosmosu gwiazd
w poświacie pierwotnej na szkle teleskopu Webba
gdzie myśl w przerażeniu zaciska powieki rzekomej nieskończoności?
Jak odnaleźć piękno słodkie w tłumie przechodniów na ulicy
gwarnego miasta, tego, co
płonie, jak ty osobową skazą powszechnej na niby
jedności ludzkiego rodzaju?
Jak odnaleźć to piękno dziewicze na złomowisku ogromnych samolotów
i wahadłowców, czołgów i robotów
gdzie mechanizmy rdzewiejące i splątane przewody, błyszczące płytki
układów scalonych, pożółkłe frazy AI zadrukowanych kart
pokazują to samo, co matryce teleskopu dla Wszechświata stworzone?
Jak wytrzymać konfrontację z tak ogromnym pięknem
jak go okiełznać słowem
jak w słowie uniwersalnym przetworzyć
zatrzymać w sobie na zawsze piękna natury dzikość?
*Ministerstwo władzy duchowej i sztuki kieruje*
Z zadowoleniem przez elity przyjęty placet na dzieła ministra
ambiwalentne w całokształcie naśladownictwa
to artyzm wtórny połączony z siłą troglodycką nadrzędną
– mówi zastępca cenzora
akceptacja nisz wyraża się tu w zezwoleniu na plagiaty wszelkich muz
odzwierciedlenia przechodzące w imitację czystą
na przełomie kończą się efektem epigonicznym manierycznie
w strukturach nie tylko jednego ministerstwa władzy duchowej i sztuki
a wręcz wchodzą na stałe w myślenie mas
i zależnych od zarządzania artystów pieśni bez pleśni
ciągłość sztuki i nauki w mozaikowych dziełach jutra jest złudna
minister kieruje w swym dziele czytelnika do biblioteki
a podwładny aktorzyna rozumie to tak, że w końcu
on kreuje każdy plagiat, w tym jego, na zasadach czystych reguł
choć zmyślanych na poczekaniu przez sekretarkę własności rządowych
dodać trzeba – bardzo atrakcyjną fizycznie i artystycznie
sekretarkę każdej władzy świeckiej mnie intelektualnej
nie do końca wyrafinowanej, bo sztucznej
sekretarkę ministerialnych niedorzeczności dla wieczności
ech, ta podniecona atrakcja aprecjacji i akceptacji siódmej niecności
*Ja nieogołocone z mas* Rodzenie siebie, bez o sobie prawd, tak często staje się istotowo zgubne na wzgórzach pokut bywa tak, że są spisywane tam plany krucjat, by unaocznić i umocnić siebie w niebie jak niektórzy władczy eremici czynią, ci, co codzienności tłumów nienawidzą nie wystarczy za cieniem swym jedynym, jedynie gonić w pojedynkę i upiory ludzkości wskazywać imperatora czarodziejską różdżką w to ich frontowanie wkracza piechota ciężkozbrojna potem łaskawość wobec świata to nie jest, owszem i falanga żółw hetairoi żuawi lisowczycy rajtarzy janczarzy muszkieterzy, co tam jeszcze złowieszcze, armią przecież jest, serc? maszerują oni wszyscy w doliny suchych kości, jak mąż jeden, jak robot jeden budzących się popularności niedoszłego jeszcze bohatera nie ma i ci szarzy piechurzy, samochwały dodajmy samej chwały głodni, strojni w obuchowe buzdygany generałowie wznoszą głownie i jelce z okrzykiem: teraz, teraz, ku słońcu, wraz by zrodzić siebie, a nie tylko cień swój na memoriałów wzgórzu ruszyć trzeba nie ku słońcu, ale ku temu, co za horyzontem, po to, by gwiazda większa, mniejsza, wszelka nasza osiągnęła zenit prabytu dla mas wcześniej, dla nas potem, by światło mogło obdarować tego, co gubi cień tak się rodzi posągowy człek zgubny bez triumfalnej parady, łuku w sklepieniu i kolumny – trumny pędzący przed sobą słabości swoje, zrodzone z dumy plemienia a nie z niewolników imienia – gatunkowe nazwy ludzkie nie zgubne choć tylko prawdziwe ja nieogołocone z mas wydaje się trudne
*Ogołocenie z form* Ogołocenie każdorazowe z form i figur własnych tak ważne w doskonałości powszechnej w doskonaleniu uniwersalnym nazbyt, w zmyślnym planie wywyższeń istoty nie wydaje się być degradacją duszy samej uwalniającej się przecież z kajdan i kuli u stóp kuli tak wielkiej, jak opasany glob duszy zwykle wchodzącej schodami do nieba bez wind pozostawienie starej powłoki zaskrońca jest ważne, gdy nogi wyrastają wprost z idei węża a skrzydła spadają na zająca umykającego, jak czas w świetlanej zamieci miłych przemian koniecznych ogołocenie z marzeń i sukcesów własnych tak ważne w doskonaleniu każdym w zmysłowym planie wywyższeń ważne bardziej kategorycznym jest w wieloświatach ciągiem doświadczeń do potwierdzenia wsobności tej czystości gwiezdnej, o której już wszyscy mówią dokoła, bo treść miłosna zjednoczona, spoza formy włączona została w pierwotny zamysł poety wzorca
*Pomnidor w kolczudze* Kolczuga nałożona na pomidora ot zgrabnie dopasowana do miękkiego ciałka cóż, wypada wznieść miecz świetlny AI wypada wyruszyć z nim na zbrojne starcie w imię czerwonej niepodległości niezależności i niezawisłości sztuki słuszniejszej a reszta warzyw? reszta na portrety udawanej ekstazy tj reszta na posągi mody wszystko jedno brąz czy marmur alabaster raczej czy dobrze wypalona glina upamiętnienie sztuki już w piecu Sumerów dealerów szukających piękna w bożkach natury i codzienności, jak my a warzywa, te rzadsze to niezły panteon oto w obecnym wieku na wojny gwiezdne wyruszają warzywni celebryci GEO zakuci po uszy i wargi carpe diem wracają potem z wojen mitologicznych i opowiadają co widzieli bardziej, niż co przeżyli nie spisują niczego, opowiadają, bo przecz są niewidomi, jak Homer oto świat nieuważnych cele brytów ciemne pomidorów ludzkich powszednich ubranych w kolczugi ciężkiej wagi oto żart nijaki w kolczudze oto powaga Internetu pomidor w kolczudze – AI, i po wadze
*A oni nie*
Znam ciebie mogę powiedzieć śmiało, ale
znam twoje zastygłe ambicje wszystkie, ale
znam nastroje, które umieszczają cię w chwale, ale
znam tajny bestiariusz twojej duszy, ale
znam wygody jawne ciała w zachwycie, ale
znam podróże wewnątrz duszy opisane, ale
znam krotochwile uznanych cierpień blade, ale
znam ciebie, jako statyw świata dla selfie, ale
znam, jako kołatka do empirii z rana, ale
znam zachwyty słońca nad tobą zimą, ale
znam zakochanie nocy w tobie, choć nie odwrotnie, ale
znam ciebie w dnia marzeniach, ale
znam twoje ucieczki zakosami w gniewie, ale
znam przemijalność gniewu w nieustającym radości szale, ale
znam ciebie bardziej planetarnie niż siebie w galaktykach, ale
są tacy, to nie żart, co znają cię dużo lepiej ode mnie
a ty przecież mieszkasz we mnie od zawsze, a oni nie
*Kolizja galaktyk*
Zgadnij siostro, dokąd zmierza galaktyka twoja i moja, nasza braterska
ale, jak masz zgadnąć, ponoć nie znasz kierunku nawet własnej drogi
ani celu komet, ani momentu pędu rodziny ludzkiej, jakoż i ja
rozszerza się w niej literalnie wszystko przecież
a ponadto czeka nas galaktyk i serc kolizja
to też i braterstwo i słowo o nim ważą najwięcej
– to dobrze
wielkie masywne ciała wpłynąć chcą na twoją drogę w przestworzach
ciała nieludzkie, ale jak żywe, astralne tymczasem
stań ze mną siostro naga wśród gwiazd, choć raz
i ręka w rękę skierujmy się idąc tam, gdzie
fotonem jest każdy piękna akt a złudzeniem bytu w oku
– zachwytu i wzruszenia łza
tam jest cel podejrzewam wielu, ale czy
tych konsekwentnych wyznawców idealnej miłości
co myślisz siostro zmysłowych władz?
co zabierzesz ze sobą na wyprawę po złote runo
– poza bukietem nieskazitelnych prawd
– poza locjami dusz, poza afektem i snem-marzeniem?
o tak, peregrynacja chwał do szczęścia bez ram
do krańców świata: raz w rozproszeniu, a raz w jedności, z uporem
zgadnij, co czeka u skończoności bram?
– moja siostro powszedniego, szarego, znów mijającego dnia
*Pozwól siostro*
Jestem bożyszczem moich wierszy ponoć
że ojcem chrzestnym to wiadomo
i nawet Nirwaną i Sepulturą dla nich
ale, że bożyszczem nie wiedziałem akurat
każdy szkic i wzór jest wyznawcą moim, jak
Michała Anioła bryła ciężka
marmuru białego, jeszcze nietknięta
na wzór Boga kreującego przychodzą strofy
do myśli czekającej w głowie
i pukają, no więc mówię – pozwól siostro, ty i ty i ty
– i tak to się zaczyna – miłość nowa
nie wyznaję, jak sam Hendrix:
no to ruszam i wgryzam się, jak w jabłko
raczej jest to nienaśladowcza metoda penetracji
raju bez zła i dobra
bezgrzeszne spotkanie woli z koniecznością cudu
dzieło jest tu jabłkiem, a myśl kobietą
tylko potem żal tego żebra brakującego, częściej tego śladu gryza w jabłku
jak każdego szkicu, z przednatury postsurrealistycznych wizji
w krypcie głowy bez korony, bez Olimpu
widnieje odwzorowanie piękna – sam tors bez rąk i ust
nie mogła się wspiąć na krzyż swój, potrzebowała dodatkowego wsparcia
a to przecież on miał być nim, podparciem, jako swoista woli pergola
istnienie róży poezji wielorakie, niezdecydowane, znalazło przypadłość
w staropanieńskiej modlitwie, która rodzi racje święte
rani pokolenia racją i leczy je
raczej istoty naprawia, to prawda, olejkiem różanym ód
rano świat zbawia szeptem, grzmiąc o zmierzchu hymnem świtu
z rosą bosa schodzi elegią do czyśćca osobowego, wieszcza każdego
wraca przez limbo z duszami żołnierzy miłości i prawdy z neolitu
raczej zmieni każdego w rozpromieniony owoc oczarowania, niż
zostawi tam kogoś w sobie nieukochanego
róża, cierpliwy kwiaty wyleczony z walki o realny byt
pięknym zdecydowaniem na krzyżu światła wsparta dziś
oplata pięknem, świeci i leczy, gwiazdami słów krwawiąc sama
*W kropli*
Wrogowie ciszy w kwiatach liczni – zmysłowe zakończenia kwiecistości
znośny aplauz owadzi w niekończących się pozyskiwaniach barw
brzęczenie nieustanne – rozdzwanianie się kolorów pragnień wszelakich
z hipokrytycznej palety 365 barw wybierają błędniki, zmylenia, opuszczenia
mozaiki, witraże przeważnie symfoniczne, polifoniczne. polikasandryczne
kondensacja sielskości na złudnym dywanie aprobat sztuki absolutnej natury
kalejdoskopowość pulsuje od krańca po kraniec
– wypełnia rozszerzenia wizji tętniącej upałem
przedczasowe uderzenia w dzwony rurowe na łące łąk
skomponowanej z prostych, najprostszych wyczekiwań tęcz
– bębnienie kozackie w kotły konieczności ptasich magle zamiera
wypełzają w znikającym świetle wątłe łodygi: seledynowych wątłości samych w sobie
w tym macierzanki i rzeżuchy, tej niewinności łąkowej symbolicznej
dla nazw tylko okrążających kwiecistości owe właśnie
nazwy osiadają na rzeźbionych liściach krwawnika i rumianku
bławat rozczula nadciągające burze bezdennością lustra błękitu własnego
mak pomarańczowieje (wieje zapachem polnym pomarszczonym) w jej odgłosach
a kąkol traci purpurę władz na rzecz wichrzycielskiego pospólstwa traw
znika gwar, tęsknota matematycznie się rozwiązuje w postrzeżeniach
płacz owadzi ucina błysk, na przepowiednię szybki nazbyt
nadchodzi elokwentna wypowiedź nieba, ale po jakiejś chwili
w nim odbija się kobierzec potrzeb i zaspokojeń odwiecznych pustyń
współczuć planety, miłośnie spełnionego marzenia w deszczu kropli
*W Propylejach demokracji walczącej* Ostrze kultury gwiazd przebiło pancerz arystokracji barbarzyństwa owej ostatniej zimy, gdy śnieg nie padał, jak zwykle arystokracji prześmiewczej wzrósł lodowy kwiat, lecz potem i on zamarzł pod zbroją kwiat, pod tarczą kast, tak pod mostem skostniał, jak kloszard kopia Ulissesa noszona dobę, ze sobą sama walczyła w portach ukłuła mocno nadwyrężoną już zbroję magnaterii gnoz zawyrokowanej, zmężniałej dla niewiast zeświecczonej dla wyświęconych, w trakcie orgii sekciarzy zmysły pod zaspą liści też zasnęły tej zimy pokazała się zaspa nienawiści, nie tylko internetowej, ale interwałowej bezkulturza wyspa paplaniny wyznawców sztucznych myśli baz ptasich piór wetkniętych w zadek, ulubiony nawet ci z piórami jeszcze schodzą po schodach w dół a ci oskubani już uciekli z rewii rewitalizacja arystokracji politycznej spełzła na niczym po czym plebs rozmówił się z sobą i zawyrokował: cykuta!, tak, tylko ona awangarda po spełznięciu, stratowana wiosną zasnęła nago w Propylejach demokracji walczącej, na pośmiewisko jako etyk zimowisko tak powstało nienaszości klepisko a kultura nowa?, nie zamarzła ona, bo klimat się zmienił w trojańskiego konia (to nie znaczy, że i tak nie skona) pychy kopia pchnięta ramieniem Ministra przebiła pancerz swojaka to nie była już kultura to były słynne zakute łby, odkryły się same wulgaryzmy elity ot, kolumnada, tylko post i pseudo, ot, wszystko
*W umarłej klasie* Zrozumienie historii powszechnej żuka przychodzi z trudem nawet mając opis jego peregrynacji przez ostatnie dwa dni niewiele uczynić możemy nawet ścigając go wzrokiem przez czas niejaki zawrócimy z drogi i z powrotem znajdziemy się w punkcie wyjścia to samo mamy z przylaszczką oto siedzimy w klasie szkoły podstawowej, klasie drugiej dodajmy słyszymy odpowiedzi dziecka, kolegi z ławki dodajmy zapytany o przylaszczki przez dużą panią mozoli się jak żuk, mozoli, mozoli wewnątrz świata swego gramoli, przedziera się myślowo przez płytki stawek przy ostatnim wodnym młynie dolnym, w tej części kraju, miasta, pamięci sieci przedziera się przez pozostałości młynówki okrążającej wszystko wytęża szare komórki wagarujące, jak młyńskie koła ciężkie by wypalić o przylaszczkach wszystko, co wie - głównie to, iż odlatują na zimę do krajów ciepłych, by z wiosną powrócić moja historia żuka obserwowanego za oknem, wędrującego do mnie w smugach marcowego światła zacieplającego wnętrza wszelakie estetycznym zmysłów zmieszaniem pozbawia mnie tej wiosennej radości klasy mojej ówczesnej, co by nie powiedzieć umarłej klasa obudzona do końca, zmartwychwstała scenicznie nieczynnie wiosennym doktoratem przyrody fantazja szaleje obscenicznie w klasie, a ja z klasą odkrywam w sobie byty nierozumne, daję im prawo do życia cnego nawet rozkwitu tak estetycznego, jak i woluntarystycznego
*W kopalni szkła*
Pędzę z wichrem pod kopytami
dźwięczą podkowy wyniosłego centaura
osiodłać dał się wczoraj
i zespolił swoje poglądy pierwotne z moimi inteligenckimi aspiracjami
technika współpracy identyczna z tą na Pandorze
więc pędzimy razem przez alejki na plantach w Zabrzu
gnamy przez stronice książek o kopalnictwie muz
od Sukiennic solnych droga nasza wiedzie
aż po czarną kopalnię Guido
wpadamy do muzealnego szybu traktem królewskim znudzeni
on zawisa na pasach do transportu koni
ja kieruję się ku sztolni Batmana nieludzkim lotem błyskawicznym
ale i tak wicher wpada pierwszy, ściele nam drogę sobą
widzimy oto zielone gnomy racji pracujące na poletkach
współczesnej mitologii
widzimy, że wszystko jest tu rozumom obce, nie tylko my
gnomy się trudzą, wydobywając szkło
szkło potrzebne żeby uzbroić oko
szkło jest wielokolorowe, ciemne jak wieki, których bać się trzeba
centaur już jest na dole, znów mogę go okulbaczyć
jego tak, ale jak okulbaczyć coś takiego, jak myśli wiatr
i to w kopalni szkła?
oto jest pytanie w wiedzy podziemiu, a tu wszystko gna wspak
nawet gnoza nie ta co prawda
co prawda to prawda, co gnoza to awatar Chirona
ale cisza, nic tu nie gra!
*Na krawędzi ideospadu: akrecja skrajnej miłości*
Szukam w wewnętrzności swojej samej skrajności
czy uda mi się ją odnaleźć, tak, jak i zewnętrzności antypody?
Epistemologia prawidłowa wymaga przeciwstawienia się radykalizmowi serc
wymaga poszukiwań i dzielenia na czworo, nie tylko włosa, ale i dowodów
nieprzekraczalności wyznaczanych słupami, kamieniami i sferycznością zapór
a w skrajności ukryta jest poezja prawdy światów przyszłych i odległych
zapewne jeszcze nie poznaję wewnętrzności samej skrajności
usta ułożyłem w ciup i zbliżam do warg uniwersum w zdeklarowanej miłości
czy można pocałować gwiazdę, galaktykę, usta całej ludzkości?
ot taka skrajność metodologiczna, na próbę
pocałunek wszechświata jest możliwy, gdy będę
w centrum idei nieskończoności realnym człowiekiem myślącym
to znaczy, gdy moje ostateczne, dokończone ja
na brzegu skrajności przetrwa zniszczenie i włączy się w ideę
nie zawaha się na zdefiniowanej krawędzi ideospadu
– z najpospolitszego przed niewyobrażalnym strachu
*Sądy, sądy przesądy*
Jedność w kwestiach umownej niezawisłości sądów przedwstępnych
– osiągnięto ją na ostatnim zlocie neotranscendentalistów
gdy Sulla powycinał już drzewa w Gaju Akademosa
niewielu przewidywało takie rozwiązanie, jak rozwiązanie Akademii
złożono papirusy w urnach, pergaminy, także perypatetyckie, pocięto na fiszki
i odesłano do Egiptu wszystko, co wydawało się nieeuropejskie
sądy starożytne zawieszono do czasów bardziej nowożytnych
Rzymianie sądzący na zimno powoli zmienili się w podsądnych
brewiarzy nie tykali już z salomonowym zacięciem
a wiązki i topory przechodziły z ojca na córkę
i potem z rąk do rąk po śmierci demokratów
postulował to Dante (ten od Wergiliusza, nie Witruwiusza)
by zaufać jednowładcom, postulował Platon wcześniej
sądy pozostały sądami, nawet te skorupkowe, elitę wyniszczające
w czasach dyktatur sądy mieszały się w głowach, a głowy pod sądami
dziś padło pytanie: a może ordalia? może rozstrzyganie walką?
czemu nie, ale może jakieś bardziej klasyczne, więzienne
nie te od Berii i jego dublerów z obecnych partii sloganu
chwila, chwila, a truci, ścinani, końmi rozrywani, spalani
– mieli tak samo, jak w czasach rozbicia i chaosu, to jest republiki
jedność przesądnych przyniosła śmierci tamy, czy raczej w Bieszczadach łuny?
ale w bardziej artystycznej oprawie żeńcy siedzieli na ścierniskach potem
i łzawie patrzyli na neobociany wracające z Sumeru i Egiptu
umierali rycersko, symbolicznie, z głową sceptycznie podniesioną do góry
gdy jednomyślni ławnicy trzymali kciuki skierowane w dół
ci w poselskich ławach, ci bezpardonowo socjalistyczni i narodowi
żeńcy z Pokucia to jednak nie rezuny z Wołynia, na razie, cóż
*Moje locja somnambuliczne*
Wybrzeże snów moich, cóż to jest? wybrzeże omamów?
dlaczego płynę wzdłuż niego, a nigdy ku niemu?
moje locja są błędne, czy tylko to somnambuliczne treści?
kolorowy kubistyczny statek mój, jak prawdziwy
przesuwa się przed linią brzegową nierealną
fraktalicznie perfekcyjną, jak idea Platona
a cóż to takiego, ten mój statek?
to urągające mi zjawiska bytu nieuznającego istnienia mojego
pełnego zachwytów nieprzydatnych do cna
zachwytów żeglarza nad dziewiczą przyrodą
światowych wysp widzianych z morza
na środku Pacyfiku ostatecznie niespokojnego
żeglarza wychylonego przez burtę swojego brygu krańcowo
ten żeglarz odkrywca w pełnym słońcu, a wyspy we mgłach
tylko ta nitka, tylko ta linia brzegowa, drażni ta geometryczna doskonałość
sny kolorowe a lądy szare, mapy kolorowe, a brzegi realności strome
stroje żeglarzy, piratów kolorowe a ziemia obiecana armady, nieokreślona we łzach
wychylam się i ja przez burtę, wyciągam rękę jedną
z drugą na locji, na sercu – do załogi krzyczę: tam, tam, tam
kotwiczymy, lądujemy, przybijamy – tam i oto jesteśmy tu
wiersz, werset, strofa locji rozstrzyga
we łzach czeka ona, moja dziewczyna tubylcza, miłość wymarzona
dziewczyna z księżyca wypływa, trzymając w zębach rekina przebudzenia z mórz
rekina mojego lirycznego nieopisanego ja
*Rzeka z dziecięcych snów*
Bystrze, które przepływa przez mój mnisi pokój
pełne jest jakichś rybek z epoki krótkich spodenek
latających w powietrzu, cudem niewyłowionych przez lata z rzeki dzieciństwa
zmagam się ze skurczem ręki odkąd zaprzestałem połowów
może to jest powód przetrwania nienaruszonej pustelni żywiołów
a one figlarnie poruszają się pod prąd nurtowi
dzielące ze mną słońce na trójkąty coraz mniejsze
zmieniają się w dzieła Braque`a
i zastygają w końcu na samym środeczku koryta
a koryto, to spora, ale jednakowoż rynna w pokoju, jak w Rydze Dźwina
ale Dziwna jest ogromna, zwłaszcza u ujścia
pod prąd płynie czasem zapomnieniowo, czasem zapamiętale
a pokój mój jest malutki, jak
przystało na celę, erem, na Morzu Północnym platformę
rzeczka jest na tyle dziecinna, że nie ma w niej
larw komarów, ważek i skrzeku ekologiczne nadzieje skupiającego
zielone trzciny nie porastają brzegów typowych
śmiga ci ona wśród starych olch, po dość płaskiej równinie Jezreel
księżyce rogate do niej nie zaglądają, ani piżmaki buntu się tu nie kąpią
ot, bez jednej chociażby czapli, bystrzyca pięciolatka z opowiastki dziadka
bajki wydanej w niezbyt twardych okładkach
dużo później w serii „Poczytaj mi ..”
bliżej końca nie ma wodospadu, tylko za zakrętem
rozlewa się szerzej, jak w deltach imaginacji aryjskie dunaje
w małomiasteczkowym bluesie odkryjesz może jej nazwę
taką, co to Loebl wymyślił dla Nalepy
najpierw nazwa, potem poszum wody czystej, jak kryształ
skończy się w wielkomiejskim korku i uchu Irka Dudka
zniknie z oczu przed katedrami i straganami, zabudowana książkami
i ocementowana intencjonalnymi zranieniami, jak Kocyt postindustrialny
Rawa każdego dzieciństwa wpływa do kopalni w miasteczku górniczym
przed wzrokiem żywych kryje się, jak Tyropeon pod Świątynią
albo Cedron – w dolinie wyroku
a tu widzę dzisiaj: ofiary z dzieci zamienione na ofiary z ich snów
*Rzeka płynie na północ, wiatr dmie na południe,
każdy człowiek ma swoją godzinę*
Jaką czcionką Bóg napisał 10 przykazań na Tablicach Mojżeszowych?
jakim językiem posługiwał się patriarcha
po wyjściu z niewoli, po latach posługi pasterskiej u Jetry?
– te pytania mnie nie dręczą
w sercu jestem eremitą uciekinierem spod Góry Synaj, jak Eliasz
przechadzam się wśród jej egipskich skał dzisiaj
nie widuję tu Pawła, Antoniego i innych
oni Morza nie przeszli stopą suchą, bo i po co
za to kruka mam na wyciągnięcie ręki
chleb i ser i owoce i śpiew, cały współczesny zestaw
wiatr ze szczytu wieje na mnie radośnie, nie żałobnie
miło łaskocze uszy, tarmosi siwe włosy na głowie
proste już, jak trzcina nilowa ta moja strzecha
zadaję sobie wtedy pytanie – skąd u mnie
tyle wizji, przewidywań i pewności
po Wulgacie Hieronima i biografiach pustelników
przyszła moda na Księgę Umarłych, amulety i zaklęcia agnostyków
tu na Synaju każdy chce być pochowany wśród światowych lwów
w piramidach ze swoimi bogami kont, samochodów i telefonów
i to nawet w wykopanej przez demony jamie, tylko ja nie
teraz Google map przez Riwierę trasę wyznacza do raju
kilku starców stuletnich, w tym ja, ogrzewanych ciepłym wiatrem tylko
półnagich w każdym aspekcie słowa tego
nie marzy, nie myśli, nie mówi
o wątpiach z piekieł świadomości wydobywanych i nieokiełznanych
z Synaju patrząc na gruzy Sodomy, szczęśliwie głosuję na ptaki i chleb
nie moje te Pola Jaru, nie moje kratery wrzącej smoły
nie moje przechwałki grawerowane na sarkofagach trumien przez 5 tysięcy lat :
(Nie grzeszyłem przeciw ludziom, nie szkodziłem poddanym, nie czyniłem nieprawości w miejscu prawdy, nie znałem zła, nie popełniałem grzechów. Nigdy nie starałem się być pierwszym ani też, by dzieła rąk poddanych moich dawano mi wobec innych ludzi, nie stałem się przyczyną nędzy biedaków, nie robiłem tego, co jest wstrętne bogom. Nie oczerniałem sługi wobec przełożonego jego, nie stałem się przyczyną głodu, nie stałem się przyczyną płaczu, nie zabijałem sam ani nie kazałem zabijać, nie zadawałem cierpienia nikomu. Nie pomniejszałem ofiar w świątyniach, nie umniejszałem chlebów bożych, nie zabierałem placków duszom zmarłych. Nie oddawałem się rozpuście ani samogwałtowi…)
czekam na kruka i cud, białe włosy moje wciąż rozwiewa wiatr wiar
*Noworoczne przedpołudnie*
Jak o poranku na łące zapomnianej przez zające
jak w noworoczne przedpołudnie na plantach w Krakowie
jak w Gdyni, w opuszczonej łodzi podwodnej, co
opadła w akwanarium na dno
po ekspulsji załogi spacyfikowanej przez różne trans prądy
tak ja odmieniony, w wianku z rumianków stoję półnagi
w muzeum cieni ponadnarodowych, jak śnieg biały
czekając na pierwszy czerwony pociąg w tle
i oto pierwszy z kolei marznę ukwiecony przez Kupidyna
styczniowy poranek nareszcie we mnie brnie po swoje
funduje mi bicze wodne i chmurne i piaskowe i po ludzku durne
w swej filo coś tam lub fobio coś tam, gorąco czekam
zimno się niecierpliwię z moją przemianą
z nadzieją na pierwszą, drugą dekadę czegoś tam
na pierwszą absolutnie szczęśliwą Idę
pierwszą córę Psyche ze mną
na skraju wielkiego zegara serc
w noworoczne przedpołudnie
na zapomnianej przez nienawiść łące
nieśmiertelnieję ponownie
*Zmielone skały prawd*
Zmielone skały snów niebieskich gór
są dla mojej myśli
tym, czym dla ust otwartych nagle burze i trąby powietrzne na pustyni mów
wielki młyn do mielenia skał wymiarów i prawd stoi
w każdych górach poznania od zarania
niebytu zenit nad nimi się pochyla: dolina logicznie kosmologiczna trwa
tu młynarz krajobrazów nieskończonych poczyna sobie śmiele
nadchodzi czas, gdy piaskowe burze polemik zawisną nad każdymi wzgórzami
życia każdego słowa wyzwolonego, jak para z ust, jak obłok nad wulkanem
góry pewności najwyższej przemienią się w organy grzmiące akordami
dźwięki toccat nieustannych dadzą znać o końcu somnambulicznej abstrakcji
życia naszego powszechnego, z szeptu codziennego poczętego
i młynarz w zieleni z drewna puści w ruch żarna skrzypiące
– te kamienie i spiże młynów niebieskich życia wiecznego
różowy pył pokryje wyrównane doliny, nie tylko myślenia na wyrost
ojcowizny wszelakiej pamiętania statycznego
góry pozostaną bez skał, jak symbol, a kolor upomni się o prawdę
góry dywanami zaścielą świat zrównania i płacz filozofów jedynie da się słyszeć
w kościołach ostatnich kubistów słów rzadkich, jak witraży etyka
ostatni oddech skał będzie melorecytacją, modlitwą wzmaganą
wymazana empiria przestanie być faktem poznania siebie na kliszy
bezwymiarową prawdą nie do podważenia, jak proch stereometryczny
geometryzacja, synteza, a nawet odrzucenie perspektywy, wymiar jeden
czy ciało jest maską czy przestrzeń? czy wypowiedź obrończa zbawionych?
ja sam już nie wiem na jawie
*Mnemotechniczne napięcie synestetyka*
(Czemu Patrzysz Żabo Zielona Na Głupiego Fanfarona)
Czasem w czasie pojawia się także
mnemotechniczne napięcie zapamiętanego w sobie
jest ono wywołane generalnie kołysaniem planet prywatnych
zbaczających ze swych torów dla draki
przypadkiem potrącających o swe nieodrodne księżyce, w których
lęgną się, jak dinozaury, mitochondria wieczności, a wtedy
wszystko staje się nazbyt wrażliwe fizycznie
jedni podpadają w melancholie
(głównie męsko imienne planety i gwiazdozbiory nacji)
a inni zwalniają swój ruch wokół luster przyrodzonej grawitacji
nieuniknionych apologii, protekcji, prawideł,
i biadolą w dekadenckiej depresji swego zastygłego wnętrza
czasem w czasie zaistnieją także napięcia
gdzie materia rozpraszająca wyprzedzi rozpraszaną
jasna ciemną albo odwrotnie
i dochodzi wskutek napięć do spięć, wtedy siły orbitalne niweczą siły grawitacyjne
a astralność miałkości ruchu staje się widoczna, aż nazbyt
chyba tylko tak można ostrzec próżnię przed DNA
oderwanego od rzeczywistości, jak meteory i komety
nabierające ducha wolności nieposłuszeństwa
emocje sił przemijającego rozumu równoważą strach
przed mitochondriami przyrodzonej wieczności
meteory wygrywają na tym i rozgrzane kule myśli
już śpiewająco opowiadają o cudzie inteligentnej duszy
*Asocjacje i aprecjacje nowonarodzonych*
Asocjacja nieprzyjemności w krainie pierwszych chwil życia
nowonarodzonych
ze zgiełku narodzin wychodząc
porzucili siebie ulotnych w skupieniu i ciszy matek
w przypadku użycia sieni rozegrali kwestie poczekalnictw i zniecierpliwień
oświeconych
od chwil pierwszych narzuca się im nieustanność bierności artykulacji
przystawił ucho do ściany owego publicznego domu, pnia i katafalku
liście z drzew na Arbacie spadają, nacjonaliści domagają się głów
a spadają głowy ich dzieci
Mroźny Północny Srogi dochodzą trójcą do władzy owej orgii
przez Sadowoje Kolco pod śniegiem mknie Tołstoj saniami
zaprzężonymi w tęczowe trzy niedźwiedzie, jak z obrazka
w cerkwi, utworzonej doraźnie w muzeum ateizmu
lepkie przeinaczenia stają się oficjalnymi dokumentami Dumy
lud nazwie je niebawem ustawkami Mistrza
a tymczasem, słonie rdzewieją na zapleczu Łubianki
maszynka do mielenia zwłok przesłuchanych, w piwnicach zamontowana, zepsuta
w biurach katowników ustawiono komputery dla tysięcy oficerów z nowego zaciągu
matematycy Kałasznikowa piszą algorytmy wbrew Pitagorasowi, dla KC, dla X i Mety
na maszcie masztów masztowych nowa antena nadaje marsze graczy
w pochodzie szturmówek wyżej wymieniony kurtyzan Queer dochodzi do Pietuszek
orkiestra oddzielna gra nokturny zwycięstwa dla antenatów równiejszych
z folwarku zwierzęcego lat trzydziestych, co niespodziewanie dożyli roku 1984
na pylonach mostu Dostojewskiego wywieszono wielkie czerwone sztandary
z literami haftowanymi złotem: AI CCCP NA NOWE CZASY
*Dream Theater na Narodowym dla Heraklesa* Już się zmierzchało, gdy piorun uderzył w mazowiecką wierzbę starą stojącą pośrodku galerii sztuki, przy instalacji o dekapitacji gryzoni piorun, jak Herakles, jak ów jeden z synów Gromowładnego spadający na wrogów, piorun z trzewi Zeusa samego uderzył uprzedzająco, z góry dodajmy, i rozdwoił to, co niepodzielnym się wydawało, na pierwszy rzut oka już się zmierzchało, gdy zaczęła się burza teoretycznie w galeriach właściwa intencjonalnie ta wystawa miała burzyć kanony zastane, antycznej jedni, przepowiedni mnie zastała, fakt faktem, pośrodku oddzielających się od siebie połówek wyobraźni - z półotwartą gębą, z dziwnymi ustami wierzb bliźniaczych, miast bliźniaczych w wyrazie mojej twarzy rysowała się zazdrość i ból, nie mój, ich, choć połowiczny na scenę na Narodowym Stadionie pod zamkniętym dachem, wybiegł heros, jak to on a Myron za nim, krzyczący – stój, stój, do diaska - zapaleńcze jakiś, pozuj mi tu ogień wzbudził się, iskry wybuchły, Grecy rozłupywali piorunami historii kolumny nienawiści noc pełzła i języki ognia wprost na mnie tuż za nią, jak jaszczurki pełzająca śmierć przed Troją?, której notabene tu nie było, była poza polis galeria antycznych performerów zadrżała w posadach burza romantyczna powodzią serc niestabilnych wezbrała klasyczny mój głos dał się słyszeć – z ust Heraklesa otwartych niezdarnie czas naporu na sztukę zaczął się nieodwołalnie a oto i ja, wyrwany z rąk Myrona przedwcześnie uciekam wzrokiem poza kontynent niewieści przed Herą, Ledą, Europą, Heleną, deszczem, dłutem, milczeniem półnagi, półstworzony, półbóg na Narodowym kompletnie zagłuszony słyszę w narodowej galerii Grecji przybrania za syna na koncercie Dream Theater pierwsze dźwięki dla Heraklesa
*Nieobalone pomniki*
Słodkich emocji niezapomniane chwile z docentami z Open Society
na Narodowym Piedestale Nauki niejako
przeszły w skrajności wydarzeń opisywanych dwojako
i w czasów zamierzchłych niesłuszne obrzydzanie
antyklerykalnymi wynurzeniami władz przywiślańskich sparafrazowane
a władze te, to ani umysłowe, ani fizyczne, jakieś takie, o dziwo
anty wszelakie, alogiczne
animistyczne aniniebne anisumienne anihilistyczne
te chwile słodkie emocji słodkich, skojarzeń obcych marzeń, z czym?
przeminęły prawie, ale w prawie do samostanowienia niezapomniane zostały
istnieją na obłokach olśnień jaźni, zrozumień porozumień z nadczłowiekiem
Poezja, z racji krótkiej formy, mogłaby się wydawać konstrukcją łatwą. Nie jest to jednak prawda, jeśli weźmiemy pod uwagę, że w niewielu słowach chcemy zawrzeć przekaz i poruszyć czytelników. Alkowi Skardze ta sztuka jednak się zazwyczaj udaje. Jak prezentuje się pod tym względem jego najnowszy tomik pt. „Nie zna snu blask”?
Alek Skarga to urodzony w Dębicy absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego, który debiutował w latach 80. w Zeszytach Naukowych Koła Polonistów UJ. Już od szkolnych lat tworzy niezależną poezję. „Nie zna snu blask” to kolejny zbiór, który wyszedł spod jego pióra. Już sam tytuł tomiku jest intrygujący – nie inaczej jest w przypadku wierszy, które również charakteryzują oryginalne tytuły.
Zacznijmy od utworu pt. „Echem słońca tęsknota”. O czym jest ten wiersz? Może o miłości, o przemijaniu, o tym, że nie zostaje po nas nic prócz mgły i cienia. Bardzo spodobał mi się utwór „Westchnięty (strona wierna)”, pełen klimatycznych epitetów i porównań. Skarga chętnie sięga po dorobek kultury z różnych jej okresów. W „Bólu na bezludziu” wspomina o Balaamie ze Starego Testamentu. Autor nie boi się przy tym zestawiać biblijnych zapożyczeń z tymi pokroju: „zgnieciony jak puszka strachem i napojem z piołunu gorączki”, wspomina też pandemię. Jak widać, wiąże ze sobą wiele wątków.
Alek Skarga nie boi się sięgać po trudne i złożone zwroty, jak w wierszu pt. „Dni bez wojen”: „Twoje bezkresy w modlitwach asekurują upadki świeczników wyzwoleń”. W takich momentach poezja wymaga od nas maksymalnego skupienia i próby zrozumienia, czytania pomiędzy wierszami i szerszego spojrzenia. Doskonałym przykładem na to, w jaki sposób autor bawi się słowami, jest wiersz pt. „Na całej połaci łez”. Mnóstwo ciekawych porównań dostaniemy z kolei w „Nagłej ciszy zdrady”: „różowe papierowe wstążeczki wijące się jak padalce nagłej ciszy zdrady”. Na wyżyny słowotwórstwa poeta wspina się w „Alienacjach wprost człowieczych”. A to tylko kilka wybranych wierszy.
Jak zwykle w przypadku Arka Skargi również temu tomikowi towarzyszą zdjęcia, które są dość klimatyczne. Widzimy na nich ludzi wykonujących codzienne czynności, architekturę czy naturę. W połączeniu z wierszami całość wypada spójnie.
„Nie zna snu blask” to poezja dla osób wymagających, poszukujących niecodziennych porównań, czasem trudnych słów, a innym razem – głębi. To z całą pewnością rodzaj uczty intelektualnej. To poezja, która wymaga skupienia, uwagi. Żeby w pełni ją pojąć, trzeba dać sobie czas na kolejne próby zrozumienia. Nie warto się spieszyć. Poezja ta bywa niełatwa i wymagająca, ale z całą pewnością warto po nią sięgnąć.
Gwiazda poranna wzejdzie w waszych sercach – Alek Skarga — Wiersze z 2020 roku autora, którego twórczość nazwana została kiedyś „poezją rozdarcia posierpniowego”. Zestawiana była z twórczością Barańczaka i Kornhausera jako rozwinięcie oraz dopełnienie Nowej Fali. Dzisiaj również jak kiedyś dotyka ona aktualnych problemów, opisuje rzeczywistość wokół nas i społeczne nastroje. Nie stroni od psychologizmu i uniwersalizmu.
lecę jak meteoryt wstrętny przestrzeniom wolnym w kajdanach
wypluty z teraźniejszości atlasów podtrzymujących sklepienie owo
– sztywnych osnów upadłego buntu niemego żywota
lecę kwietnie, jak na sługę przystało natury
lub na czarownego niewolnika zguby
i przeleciawszy Italie oraz Sybiry Europy
upadam w krater pełnika, co jest jak dolina wspólnoty
w żółte płatki kulawych lekko różowiejących słońc,
co zamykają nade mną swoją ułudę westchnieniem
pochwycony jak trzmiel obskurant graniczny
w poczuciu końca czasu swego wiecznego
zdziwiony euforyczną chichotliwością pręcików
nie w empatii, a w uwielbieniu życia masztów stłamszonych
moim ego zbyt lotnym
jak na przestrzenie w kajdanach
w embrion zmieniwszy przepych początków osoby
siebie dla zachwytów unicestwiam
*Szczyt głupot *
Na sam szczyt tego masła góry
z Dylanem w wannie
niesiem go z osiełem – napisali
tak, tak, nieśli osła żołnierze, choć to dziwne
pomógł on bardzo na szczycie
w barciach Benedyktynów na MC,
gdzie ukryli broń jak V-2 oni z SS
prozaiczne to takie, nienoblowskie, nie muzyczne, acz..
Potem ten szczyt smalcu, w Brukseli,
bo powiedzieli, że,
gdy odbędzie się ostatni Summit
nie będziecie już sami
powiadali, w Północy Piemoncie
Parlamencie.. UE.
Dylan zaśpiewał protest song – World War III
zrozumiałą tym czasem wyśpiewał zapowiedź,
a może on tak tylko na Key West jak Ernest,
a może jak Jackowski jasnowidz pnie się w Onecie
na głupoty szczyt.
Z gór w Dolinę Łez płyną znów
pieśni Rilkego ze starej wieży Muzot,
któż pokolenia zawierzy jemu
i jego paneuropejskim skargom
– tylko ja?
sam na szczycie karmelu
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
*Liści osady*
Letnie liści osady świecą na skarpach nadbrzeżnych zimy
a my w pidżamach na lotniskach podziwiamy pustych łkań samoloty
jak w klatkach spacerujące tam i z powrotem czarne pantery
my znosimy ten płacz w sobie a samoloty pomrukują dziko
kołując jak nad padliną lata orłosępy
ta zima płynie z wolna korytem po śmierci startowym pasie
ludzie krzyczą w wąwozach skażonych oceanów miejskich
na siebie zarzucają sieci ośmiokrotne
fala epidemii wzbiera a cywilizacja oktagonalna spływa do słońca delty
ja, ty i my miotamy się w klatce sczepionej z miastem przyrody
urosną nam kły i szponów zgrzebne smutki do zimy
wychłostają witki wierzb płaczących w dziczy kosmodromów
i domów wielopiętrowych, domów starości złotych zbożnych myszy
do mów ciężkich dorastamy z balkonów ciemniejących świtem
a serce snu i jawy czuwa nad światem
serce obce dinozaura czasu czule zjadającego liście paproci
ze skondensowanej w smogach, zestalonej schyłkowej stali
*Splecione ciążenia ulotne*
Zadośćuczynienie uczyń spleceniom wiklinowym ciał
duszom w hołdzie zaniechanych wyznań
sercom w hołdzie przeczytanym wyznaniom
– zechciej pozostać dłużej po spektaklu serc,
który zmienia się w ofiarną ucztę..
to obrzęd miłości
zwany inicjacją zasupłanych
ale zdarzający się tylko w kurortach bezodpływowych marzeń
skazanych klimatycznie na wyspy zakazane niewtajemniczonym
ech, wyspy nasze na rzekach dni porośniętych wikliną spojrzeń
w wiklinowym koszu spławiane powiek drgnienia
w wiklinie wzrosłe i z nią spokrewnione gatunkowo westchnienia
przez rękodzieło słów niewypowiedzianych
uznanych za ważne przez pierworodnie zakochanych
w rękach księżniczek uzdrowień
spolegliwość uczuć i historii osobniczych
ciał i osnowy bytu – splecionych ciążeń ulotnych
uzdrawia
*Horacy*
Horacy, Horacy, ty znowuż, czego chcesz?
ze stoickim spokojem zaakceptowałem
wymuszającą propozycję twoją, aby w wierszach
wspomnieć o Masadzie,
tym symbolu beznadziejnego oporu Żydów przed rzymskim porządkiem
jednym dłuższym atakiem wzniesionym, nasypem,
usypanym po sam szczyt góry i murów na niej jak wulkan
– symbolu przełamanym
rzec można cierpliwością republiki, która już tkwiła w cesarstwie
tuptając miesiące całe wokół zbuntowanej góry legioniści i wódz
Flawiusz późniejszy, jak Flawiusz wcześniejszy, cierpliwy do bólu,
palący niechcący Świątynię zbędną już na nieodległej Górze Moria
– stali się symbolem konsekwencji w uczuciach
i porządku w celowym myśleniu
Horacy, Horacy (złoty środek słowotwórstwa w marszu każdego imperium),
ty przełamanych oporów zdyscyplinowany piewco
nie kieruj łodzią moich wierszy zbyt często
dotrą do namiętności same płynąc lodowatym oceanem Charona
i za obola
wykupią utracone miłości, beznadziejne,
które jak ogniki pogasły w ciałach zaraz po erupcji emocji Wezuwiusza
Horacy, Horacy, ty we mnie jak ster jesteś
– ster przełamany,
gdy jestem pusty i losem zniewolony,
nad przepaścią serc bez jednej łzy
*Ucieczka od rutyny*
Poruczone sanie przez kogoś, kogo, uzurpatora Christiana?
oto ja śnieżny, oto ja Kaj taki trochę
a ona do Śniegu przyzwyczajona Królowa
pędzimy przez Kalahari Pustynię
zewnętrznie wyglądamy jak Baudelaire i Safona
nic nas nie łączy, nawet śnieg
emocji żadnych nie ma, w sercu lód
ścieżka życia przez pustynię wytyczona
dla jakiegoś proeuropejskiego samochodowego rajdu
korzystamy skwapliwie w ucieczce od rutyny życia
ja rozpamiętuję nasze niezbyt emocjonalne zakochanie
ona nie wie, co to miłość taka jak moja
jest oddana na zawsze jak er kometa Bogu,
mnie i moim wielbłądom przy saniach
– wierszom
pędzimy na Święto Ludzi
zdążyć przed czasem, zdążyć przed pracą
wydorośleć na starość myśli
*Deska surfingowa”
Błękitne niebo spada codziennie na mnie gwałtownie
jest płaskie jak deska surfingowa
robię, więc uskok w bok a potem
wskakuję na nie z rozchlapem przytupem
popycham je i skrząc się w nim
rozlewam sobą i zjawieniem jego ogromnym
błękitu falę po krańce rozjaśnianych drzewosłębów raf
mitochondrialnych przyczółków jestestwa
w koralowych już wargach uśmiechu kobiety
w nocnej koszulce machającej do mnie z oddali
z księżyca bezludnego wciąż
skalnego bezkształtnego wybrzeża nocy
*Cztery helikoptery* Skromne uderzenie gorąca do głowy było pierwszym akordem na klarnecie zdawało się zrazu, że będą większe takie nie były po tej libacji (lekcji homofonii) ot, libacja na koturnach, a może to nie była libacja tylko taniec pingwinów po… powrocie z morza od czego pochodzi słowo libacja? od libido? bilokacja? rabacja od odrąbywania członków, tak tak, strachy na lachy przed drzwiami naszymi zastano dworce niesamowitości zastane spalono a lewitacje sów, które wyleciały stamtąd były jak sabat nietoperzy przed… zjazdem… nastroju byłem tam jak przystało na zoologa po Botanice pasjonata unurzanego w czci do mechanizmów przyrody i podziwiacza Kwiatów Zła w Ogrodach koncentracyjnych na zewnątrz ogłosiłem zaręczyny z piękna gwiazdą narodzoną a wewnątrz zbratanie z bólem czarnym tła i jak trasy mrówek rozległym od horyzontu po horyzont albo grzech pierworodny od czynów od razy pełnych tak, z parasolkami i wieszakami na dżdżownice poszliśwa do Rycha i wracając utknęliśwa w słowach: rewolucja aliteracja oto siedzim w bajorze i patrzim, a tu wu wu wu… Bayreuth, Wozzeck, tu Stockhausen i cztery helikoptery w głowie tożsamej, te pulsowania w uszach-skroniach-nosie sama już tylko depresji demonstracja odbija się w lustrze wody fuga w atonalnych bulgotach w łazience ludzkości (Sulima-Strawiński) ech, … na klarnecie… te akordy
*Ponad powierzchnią* Twój anioł nudzi się w tym mieście od lat przesiadujesz wciąż na ławce obok jakiejś żeńskiej zawodówki twoje usta są tylko dla dorosłych dziewcząt zamykasz oczy, spuszczasz powieki jak klapy czołgowych włazów a w głowie twojej mały kulawy psiak zdycha ranny pod płotem – to ty nurkujesz w puch listopadowych dmuchawców, znikasz tam nagi i nie byłbyś sobą gdybyś tuż przed Dziennikiem Telewizyjnym wieczornym nie wystawił na świat wskazującego palca prawdy ponad powierzchnię tej miękkości opuchłej obłudy tej społecznego wszech bezpieczeństwa ułudy
*Ofiarowanie niewoli*
W miłosnej rozterce wielkiego drona ludzkiego przysadkowego klona
jest wmontowana, jako symbol, kusza
tak, więc jest zgoda na strzały Amora z kuszy diabła
wielki dron pożądania najpewniej skorzysta
uprzednio z hymnu siódmej galaktyki szczęścia
przechwyci jedno i drugie z potęg i zerwie z miłością jedną dla drugiej,
by załopotać flagą potworności nad Białym Domem Kremla Zdrad,
albo nad światem pełni władz,
strasznym bez miłości jak Mechagodzilla
Rzym wolności i rozwiązłości to była wiązka strzał, a Europa to nawiązka
duch poleci w końcu nad Górami Skalistymi życia i śmierci,
amerykańskiej twórczości i serc postkontynentalnej samotności
nie będąc niczym innym tylko ostatnim latawcem
życia bez oznaczeń wartości i historycznych przynależności
we wciąż nieokaleczonej woli, oby kontroli, oby ofiarowania życia niewoli
*Wielkie te ptaszyska* Wielkie te ptaszyska – rzekł Baldwin nie dosięgnę ich mieczem są w filmach na zakrętach dziejów epizody z nimi to sceny iluzorycznie fabularne celebryci zaświatów zwą je epickimi walkami smoków, gdzie same katapulty nieobsługiwane wyrzucają bluzgi ludzkich ust w kierunku murów Salem jeszcze takich sobie usta nieme strachliwe też splugawione jak ostoje Gehenn w księgach Dostojewskiego i Camusa znudzone diabły w duszach zaafektowanych morderców i graczy telewizyjne pogadanki o sektach wrażliwych dusz – głowy wrażliwsze, jak sowy wypatrują w nadrzewnych gniazdach: opuści je kruk, opuści Trocki, opuści Etienne-Emile Baulieu, opuści Obama, opuści Mahomet, opuści Nobel, opuści Achilles, opuści Marduk, opuści Titow, opuści Hu Jaobang, w końcu Wasilij Błochin a zajmie go papuga spadająca z nieba jak błyskawica albo jak myśliwiec odrzutowy, wręcz z Marsa przybysz: „Tajemniczy Podróżnik Kresów RU-486”
*Świat bez żywych ludzi*
Ani Kerouac, ani Bukowski, nawet Apollinaire
czytający na Moście Mirabeau „Mein Kampf”
nie mogliby zszokować na tyle Trockiego, aby zwątpił
w komunistyczne idee Marksa, który do końca wierzył w kapitalizm
za to dzieciak przestraszony kominów zmową
przy fontannie na Piccadilly Circus
przeklnie pomnikowe idee Nelsona Johnsona zaraz, gdy mu
powiedzą, że słynny Manifest Lempart
jest więcej niż jednego tynfa wart,
a zamieszki wzniecone jakiegoś Thora zaklęciem
celem wyzwolenia świata z ucisku faszystów intelektualistów
Zdobądźcie więc pikantne kawałki buzujące wciąż w wierszach Petrarki
i udajcie się z nimi do globalnej drewutni w Kutnie,
by tam wśród ciem i pająków pod wieczór,
wdychając zapach schnącego drewna grabowego
czytać je powoli i zamyślać jak zmienić świat
jak go zamienić na coś innego
niż świat bez żywych ludzi, których świat nie nudzi
*Jadeistyczna*
Jadeit drzemie w niej i czeka jednak
na hasło by wyksztusić poezję leczenia wulgaryzmów
rozerwać ulicznych burd niewolę
śmiecie i popioły z niej wciąż lecą lawiną,
co jadeitu nie znają prawdziwego piękna
jej dusza krwawi w myślach ściśnięta
kolczastą nimfomanią otoczenia
o naiwności społeczna w krematoriach mateczniki masz
o jakże on piękny ci się zdaje nagle ten ateistyczny sznyt
ale budzi się myśl w wewnętrznym sezamie olśnień mistycznych,
jadeistycznych: ja deistyczna? wolna?
– płodna, władcza, mądra, tak!
– chcę być taka! jadeistyczna!
*Odwrócenia na Jasnej Górze*
Zamówione Harpie nieprzystojności weszły
nienękane do stołówki paulińskiej
nikt ich nie zatrzymywał, gdy przenikały przez mury Jasnej Góry
zjawił się jak Obi Wan Ariel i zatańczył na blankach
taniec zasłon w wielobarwnym sari z mikrofonem w ręce wśród dział huku
strzelających do ponownie oblegających mury Szwedów w abajach
ci, gdy się wdarli za Harpiami na wały stali się światowymi dziećmi
wymagającymi opieki jak sam dowodzący Miller i zdrajcy mniejsi
Harpie nagle zmieniły się w karpie i zaległy posadzki wszędzie
zastygły zdradziecko w tych kolorowych mozaikach jak wota
ksiądz Lemański ogłosił się jeszcze Ojcem Kordeckim Strajku Kobiet
i wszedł do Kaplicy Obrazu po Harpiach
przerwano na chwilę transmisje, smoki przytuliły się do wież jak koale
skądinąd wierzący w cuda Rzepliński, autorytet większy, zaniemówił na ambonie
błyskawice były zębami niepewnego smoka, który czezł w zawisie
i wtedy pojawiłem się ja ze smoczkiem greckim, filozoficznym
jako wnuk Wazy, tego z szablą i krzyżem, wystrzeliłem od niechcenia z odwróconej kolubryny
teraz w obronie Szwedów już odwróconych przeciw Harpiom
odwróciłem tak bieg historii narodowej od niechcenia
pod prąd z wiatraków z Wysp Owczych
ocaliłem ten kraj jeszcze raz dla odwiecznej przystojności
*Ledwo detektowalne*
(Absolutnie zmienić ból w zapamiętany sen w Acapulco)
całokształt tego nocnego czuwania w wydmuszce zapamiętanego snu
jaki pozostał ze skamlenia ledwo detektowalnego
cząstek elementarnych przedistnienia
w obliczu jej potęgi całodziennej niezauważalnej w słońcu
naiwnością niewinności wykarmiony byt
przebywasz z nią razem bez zrozumienia konsekwencji
energii z cząstek tych pochodzącej, niewybieranej z piękna ust ani oczu
ale energii zaniechania uznania zgryzoty rzeczywistych
ziemskich nawoływań eschatologicznych
(Na Aleutach pamięć wspólną w adekwatności pieśni..)
wobec ciszy przeinaczeń chwil wspólnych, godzin bólu
tak nieznośnego jak pamięć twojego ludu wyruszającego w nieznane
pełnego ufności w miłość stadną jakżeż energetyczną
twoją jaźnią pełną odległych miejsc dla pokoleń ona żyje,
a ty jej prześnioną podróżą do nich w tobie
*Niemożności salto*
Słuszność z wyżyn niemożności
uderzyła błyskawicą,
a jej wysublimowany braterski pat wzajemnej nieuznawalności
dosięgną elokwencji ciszy w kuluarach bzdur i roszad
słuszność uderzyła nocą, gdy byli zbyt zainteresowani
prawie nicością swoją w geście i minie niezbyt racjonalnej
każdy swojej dążności
ale ten migocący chwytliwy wyraz twarzy
jak skok z wysokości chęci na poturbowaną prawdę
z kaburą w jednej ręce a pistoletem w drugiej
był słuszności samobójstwem
ewidentnie niedokręcone salto mortale
było jak scena z Amarcord w zamykanym sklepie
emocji chwile i ziąb
słuszności skrzynka cebuli
i wstręt
*Przeszyty beznadzieją nie jątrzącą*
Potencjalną ledwie uchylność systemu odchyleń
telewizji komercyjnych rozklekotanych,
upudrowanego i umalowanego jak kurtyzana
na wprost zmierzchu bogów celuloidowych jednakich,
na wskroś poranka holograficznych stworzeń tożsamych
do szpiku przemarzniętych i dobrych w ocaleniach kopii
dzieł wycofanych z publikacji i podziwiania – obserwujesz,
oto zamszowe świty systemów wynaturzeń w sinawych ocknięciach
kadłubów pozostałych po satysfakcjach Nietschego
i szmaragdowe zmiany systemu odznaczeń
a ty na dywanie czerwonym czekasz na nie ze wzgardą
przeszyty beznadzieją nie jątrzącą blokujesz uchylność stopą
*W zaciśniętych ustach* Emulgatory elipsoidalne ciszy w zaciśniętych ustach twoich, co są jak assemblery podstawówki front jakiś się odzywa dudnieniem gęsi wciąż nawołujących Rzymian z Zachodu gęsi w butach żołnierskich maszerują same na Galów ze Wschodu kapsuły czasu w rękach onirycznych selenonautów w podstawówkach (wojennych) wyuczonych przez funkcjonariuszy nowej oświaty, w piórach miękkich a nie mundurach sztywnych zagadujących: ten tego, panie, akumulatory naładować trzeba na nową rzeczywistość, tym tego, panie, e-lekcje odbyć na Skaryszewskich Polach Przeoranych, dzieciom jak w latach pięćdziesiątych podarować aparat pojęciowy Błoński i Włodek początkującym ładowali aparaty zdefektowane reinkarnacją zawieszonej ciszy – tyle zostanie: padnij w rozgarniętą mgłę bierności, strzeż tajemnicy strup osiały redaktorze widmo naszych en cyklop edycznych wiadomości z 47-go z Rakowieckiej Rakowski cel nauczanie w oleju onomatopei bez względności bez wartości znika powoli w zaciśniętych ustach
*Oświadczenie*
Wielce szanowny Panie Saturnie Saturnalito
i ty Plutonie Ciemności Ekscelencjo
kolejny zamach na mnie
ze strony waszych służb astralnych
odebrałem jako niepotrzebne spięcie
na linii (unii) człowiek nicość
i nie chodzi o byty moje
lecz o nią beze mnie
o świcie
*Przez dzięki odrodzone*
Błyskawice Hitlerjugend w każdym mieście polskim
podłe i niecne zamachy zakapturzonych
karłów wolności na rycerzy prawd nieosiągalnych dla nich
dobić dzieci chore, zamęczyć słabe – oto, co jest możliwe
(atak terrorystów na szkołę w Kamerunie, otwarcie kliniki aborcyjnej w WTC)
piorun z jasnego nieba nad pomnikiem Kopernika
śmierć bliska umysłów omdlałych od pychy lub naiwnej próżności
przez dzięki płaszczem okryte szkarłatnym
warstwy klany klasy kasty
przez dzięki wieków średnich odrodziły kompleksy Edenu
i zawyły demony rewolucyjnej Francji w miastach niecopolskich
lud podwarszawski wdarł się do Bastylii kłamstwa
i wywlókł robaki, larwy nietoperzy, wypuścił czerwone gołębie komunizmu znowu
muzyczne piekieł echa jak sztuczne ognie wybuchają na niebie
przez dzięki wieków oświeconych powstały pierwociny Imperium Onego
i demony bolszewickiej Rosji zawyły znów w miasta okołopolskich
to nie fajerwerki świętojańskie nad Wisłą pod Wawelem
to błyskawice staro nordyckie i ognie taoistyczne dzikich stepów
dzisiaj nad uśpioną Brzezinką, zamglonym Sztutowem,
Wolą sposępniałą w smogu, Galicją polsko-ukraińską
odrodzone w okrzykach potwornych rzezie
pamiętne pamiętane zapamiętane
przez dzięki
*Zdrowie wasze*
Ze słów zbudowane zdrowie wasze
postać ciała niezniszczalnego jak zorza nad doliną życia
przy zwrotniku Koziorożca, który nie przesłania Krzyża Południa,
gdy Walkirie warczą na Platona, a on pisze Fajdrosa i zaczyna się uśmiechać
jest czerstwy, zdrowy i długowieczny, jego Grecja też
nawet dzisiaj, chociaż złożone zdrowie światowe zdaje się znikać
w pysku Walkiri Thrud, gdzie młot Thora, gdzie młot na mit, na starożytność
Platon właśnie wspomniał nie o Atlantydzie a o Augustynie, który żyje w wyznaniach
zdrowie cud – krzyczy tam Augustyn, zdrowie nie modern dogmat
nie na Morzu Chorej Pustyni Percepcji, nie na minach Troi, nie na Kartaginy błędach
zdrowie wasze w piórach piszącego Wulgatę Hieronima
składa się ze słów przetłumaczonych już w Charanie i Egipcie w metodzie akadyjskiej
zorza nad miejscami, gdzie nigdy jej nie powinno być ponoć
zagłada też gdzieindziej
*Do wieczności*
Stąd do wieczności pędzisz od lat stu
a urodziłeś się lat temu raptem osiem, a może osiem do ósmej?
jesteś jak melodia akordeonu rzewnego
biegnąca po falach wzbudzanych przez rowery wodne
na fali jeziorka w Okunince
masz już lat osiemnaście, czy osiem do ósmej?
akordeon uroczysty niesie celuloidowe
wspomnienia bitew stuletnich nad Bugiem
a plaża wzdycha gorącem ciał prażących się w kafkowskim słońcu
pomieszanie Okudżawy, Straussa i kopyt tętentu koni jeźdźców Apokalipsy
na falach Okuninki tańczą panowie, tańczą panie na różowych flamingach
a oni skądże to? wyłonili się z twoich lat ośmiu, czy stu?
a skądże to? z pobliskiej Włodawy, Majdanka, czy Sobiboru?
ten koń, ten motyl, ten czołg, ten gaz, ten rytm
z wieczności – szemrze akordeon samotny chagallowski
całujesz ją, masz trzydzieści osiem i tylko tyle?
przechadzacie się objęci Marszałkowską, skręcacie w Kruczą
lat masz symbolicznych 58, całujesz ją na molo w Pucku, to zaślubiny?
i wreszcie masz osiemdziesiąt, grasz jej: sto lat, sto lat, sto lat
– na starym akordeonie dziadka trzymającego wciąż
bolszewicki sztandar po bitwie za Bugiem,
zdobywczy jak melodia znad Wołgi, znad Donu
na lat tysiąc hymn, jak wieczności raptem osiem do ósmej
zawiść o miłość – nienawiść do czegokolwiek niczego
*Góry żalu* Są takie góry żalu, których nie rozetniesz żadnym toporem uśmiechu nie wyrąbiesz żadnej tam trasy dla wysokogórskiej kolei zapomnienia, gdy każdy wagonik jakiejś kolejki linowej przekraczając grań zamyślenia oderwie się i przepadnie za ścianą powieki cienia tych lat rozżalonych, rozpłakanych, rozpłatanych, jak nartostrada w górach poprowadzona aż po sam szczyt, nie unicestwi żaden stalowy mega robot strącający lawiny, wywołujący wichry, raniący niespokojnymi gołoborzami podgórski świat rozczulenia niw zastanych w rozpamiętywaniu skutków kataklizmów i wojen, wywołanych słowem jednych lub milczeniem drugich akupunktura lecznicza na zdrowym ciele wycieńczonych wspomnień, przebicie tunelu, uszkodzenie aorty w najwyższym punkcie wyniesienia, urażenia ambicji – niech ambicja nie stanowi wyłącznie o piorunochłonnym ja – niech ja będzie krzyżem troski o wszystkich na szczycie, który się ostanie i pod ciosami natury człowieka nie upadnie w żal
*Do windy etosu*
Złote kręgi wieszczów narodu ale i pasożytów społecznych
widzę wydeptane w zbożach
nadnaturalnie wyrośniętych z nizin aż do księżyca
i to walec słońca nie ma z tym nic wspólnego
draft i drift na przedmieściach półpustynnego żyznego nieba
taki arabski piaskowo-nierealny
jak kobieta w burce na rurze tańcząca
w złotych kręgach widzę jakieś drzwi do windy
może to elewator z jakiejś farmerskiej gry
może fatamorgana albo anioły Polski
znam kilku, ale to nie żaden z nich
jestem oczkiem klejnotem na głowie Apisa
tego, co w klubach westernowych rapuje Pragi
jestem wolnym myślicielem całej przyrody
(a nie pogardy i propagandy jesionów)
dobro stanu pokoleń właścicieli ziemskich te zboża
stoję w drzwiach chlebowych jak sierpowy
a kręgi jak pętle zaciskają się wokół
słońce nadąsane nieco niedocenione schodzi do mnie
otwieram jego drzwi, naciskając przycisk nerki
otwiera się powoli, coś jak neolityczne wrota piątego wymiaru
w środku słońca prawdziwe serce zranione
– wchodzę do windy powszedniości etosu
*Wybryk mózgu*
Karygodny wezuwiański wybryk mózgu
przechodzącego z fazy starożytnej w mniej starożytną
z zaklętego kręgu nieuznawań niczego wyszedłem dawno
po słonecznym promieniu przeszedłem pierzchając
orbitalnego jestestwa jak muza zatoczyłem koło
pociąg niebieski nowojorski zabrał mnie ze środka pustyni Dogonów
w tej chatynce na Syriusza planecie piorę swoje skórzane płaszcze z kóz
jak Nergal Asyrii nie ufam już muchom septym małych
przenoszącym zarazę z niestabilnych gwiazd na serca szarych ludzi
księżyc jest już zakażony srebrnym wirusem a ja niebieskim
na Syriuszu zbyt ciepło dziś, jestem na księżycu przynależnym mu
w półpłynnej kwarantannie niemożności siebie udaję na razie
w depresji pokolenia zestalającej się zarazie
*Grieg łka*
Lota dni
Musorgskiego skry
leć wietrze z ust
na smyczek włóż
dziewicze spojrzenia dziewcząt
a chłopcy
by pełni cnót odeszli z Sodom z Gomor
wejdź na lotne siarkowe proscenium
Grieg łka a ty
targasz kotar harfy
chcesz wyjść przed orkiestrę
dostrzec zagłady kres
te piargi solne już dwudziestopierwszowieczne
w asfaltach zatopione filharmonii ruiny
oj, uważaj
może lepiej pastorałem nie dyryguj tu
uciekaj, bez zachwytu
wiej, oj
smoki klaszczą, smoki latają
na balkonach przysiadają skurczone szkaradne
zejdź ze sceny wszelkiej
nie słuchaj grzmotów Zeusa gromowładnego
rzucanych pomiędzy głuchych
oderwij nogi od kamiennej płyty muzycznej
drgającej
popatrz na stiuk na suficie
na fresk na Samsona kolumnie
na sceny na kurtynie
na sceny na hymnach zagłady
zamknij zmysły przed końcem czasu
utkanego z nieokiełznanych nienasyconych uszu i ust
nawet świst zostanie zaklęty w sól
*Na makatce* Zmienione kwiaty onegdaj przysunięte szafki nocne z wazami kinkiety, kandelabry, lustra, plafony – dojrzałości fatamorgany w tym tak zwanym micie alkowy wybrzmiałym, wygranym, wyśpiewanym przez niewidzącego onegdaj w zapachu kwiatów tych zwinięte jak stare banknoty – płatki róż ona w łóżku w szyszaku z pióropuszem i półprzyłbicą nadobną jej lampka nocna cała z kości słoniowej smoczym transportem z Durgi indyjskich świątyń wprost dostarczona jeszcze prycha lotny słoń za oknem słoń zbrojny Hannibala, inny niż mój słoń szczudłonogi, zasłuchany w nokturnie Chopina rozpisanym na tapecie, w Sonacie Księżycowej na drumli na jednym wydechu zagranej, w strofach Norwida wyhaftowanych na makatce, czytanych przeze mnie zamiast pacierza, by zasnęła
*Satysfakcja pokracznych wynaturzeń*
Taka niewdzięczna zestrachana satysfakcja
utknęła w tunelu Marsa,
i co?
błądzi, błądzi, a ja w dąsach
miernik ekskluzywnych pokracznych wynaturzeń
działa na odwyrtkę wobec celowości
górnik dołowy na Enceladusie
to już tylko maszyna, ikona socjalizmu industrialnego
chociażby żywa, ale machina
w kręgach wirtualnie niecnych
satysfakcja jak sympatia dla diabła
na kobzie w Wielki Piątek
grającego marsza szkockich kobziarzy dla sekretarzy
tak, tak, nie masz co się dąsać
wsadź nos w sos
twój własny panplanetarny w taki iście kubańsko-koreański
nos nierealnie elektroniczny, intuicyjnie kosmiczny, socjalnie robotyczny,
ale twój a nie słowotwórczo unisono – sprzężajny z onymi obcymi
ty wiesz i oni też, że
sympatia dla satysfakcji
w imaginacji błotach z Deimosa sezamów merkantylnych
– to tylko fobia miłosno-wojenna
o nie, tylko nie fobia!
a jeśli, to bez eksponowania w tunelach odwrażliwiania
*Zarzuty*
Zarzut, że nie chcesz a mógłbyś nietrafiony
tak, mógłbyś porzucić ich idee lawin
zakwitnąć pieczęcią dziewięćsiła
w ekonomicznej wzniosłości epoki,
co wyrasta na górach sumień odżywających
odrzuć go, odsuń od siebie daleko
choć nie wiesz, jakich długości fal
wymagają słowa poetów dobrej egzystencji
tym, co wydaje się, że spoczęli na lurach bożych
będąc samymi pod okupacją suchej zbyt
światłości jaskiń i to rozświetlanych jaźnią
stworzenie jaźni, a ty sam jak pająk dusiciel w ciemnościach
groty króla gór abstrakcyjnych septymowych
w ekonomicznych wzniosłościach epoki
zarzut nietrwały opuszcza studio grani
pokłóceni adwersarze piekieł pod okupacją jaźni
wynosisz z płonącej jaskini skrzydła przypalone
i bogobojne – niech spadną deszcze na korzenie
*Modlitwy żywiczne*
Złóż głowę na posłaniu z absolutnego błękitu
wtedy, gdy zapach drzew żywicznych
miesza się ze stanowczym zapachem miodu
wydobywającym się z ula, którego daszek
zdjął właśnie pszczelarz czarodziej
o błękitnych oczach, łypiących, słowiańskich
spod kapelusza uśmiechu
przez oka siatki do łowienia zachwytów
nad naturalnymi skłonnościami soków
do wypływania z mitologicznej przyrody
żył jak korzenie niewidocznych.
Posłuchaj ziemi, gdzie twój naród grzybnią szlachetną
rozrasta się mimo suszy dobra katastroficznej,
suszy przyjaźni w kanałach inteligencji efemerycznej.
Usłysz wśród thrashowych riffów ryk niedźwiedzia z Bieszczad,
którego głos zmienia się w warkot silnika leśnego kombajnu
do wyrębu drzew stuletnich i przednarodowych,
zechciej go chociaż zatrzymać skinieniem palca.
Poczuj siódmym zmysłem, jak zapachy żywiczne
mieszają się z zapachem spalin podpiekielnych elektrowni,
królu wspomnień – otwórz pasiekę i spichlerz,
otwórz komórki słodkości każdego owocu
w szyszce, winnym gronie i w kłosie,
skąd przenoszą z korzeni echo wieków modlitwy soków
kotłuje się natura podziemnego świata w martwocie pozornej
tak jest z cmentarzami zmysłów,
w które zmienia się Ziemia bez wzruszeń i sumień
*Arpeggio*
Arpeggio stwórzmy, z akordów górnego świata arpeggio
i graniaste, bez dyskomfortu fagocisty myśli wzniosłych staccato
w najbliższy czwartek symfoniczny
a co potem? obiad? – pytasz spojrzeniem,
dobrze, więc ćwiczę – co potem? – potem, to już wszystko jedno
niech spadają gwiazdy bez łask, pająki bez sieci i lamparty bez skór
ty zadzwoń na głodnych uderzając kluczem francuskim w srebrny saksofon
freeware by free jazz
free symphonic z gwiazd by jazz
wymachują batutą od niechcenia, jest jeszcze środa jazzowa
zdrzemnij się chwilę w loży niechcianych brzmień
zanim wejdzie ludowa orkiestra szkocka daDA
zanim się odezwą kobzy w tremolo
harfa, jeszcze nie harfa, ArPa i fletnia PanA
gdzie będę w czwartek – pytasz – czwartek ten?
– ja będę w czwartek symfoniczny na dachu operowej pizzerii,
którą zmienię za przyczyną partytur i tniutni
za pomocą zarodków filozofii przypominających gwiazdy
w Narodowe Stwarzanie Dzieci Sztuki –
zakochanych w harfach niebios odwiecznych
zostaniemy cherubami harf zaraz po fortissimo dusz
tytanów nowiów supernowych fusion w jadłodajni jaszczurów
ludzkiej zmyślności postskalnej ech wśród murów partytur chmur
zagramy arpeggio sercowych gór
*Wizażysta ideałów*
Zespolony z sumieniem anioł
leci symbolicznie ku twoim ideałom
na wernisaż duszy, na ćwiartowanie ciała poezji
a właściwie tortu sztuki
tam tylko tęczy witraż, a nie wernisaż pełny
stoi więc anioł i szepcze ochy na leśnej wieży
gdy twoja cisza spowiada się w mgłę mgle
jaki kolorowy w tym, ku światłym dniom wystawiony,
ku szarym ludziom nastrojony lirycznie, melancholijnie
witraż snu nielinearny
a ty myślałeś, że idei zapala anioł postacie kruche
rozświetla ich symbole, więc jawią się wszędzie
poblaski ludzkich zmysłowych rajów
za balaskami epopei z tytanu
ludzcy ludzie marmurowi składają żertwy sztuki na ołtarzu szeptów
wypływających z oczu niedomkniętych i łez
szeptów niechcianych przez możnych
umykających ze świata łupieżców pomimo Barbakanów
w nich spoczniesz wizażysto takowych mód
życia z łupów cnót – constans renesansu
jeden z wielu Cezarów własnego imperium obrazów
*Węgiel osocza jest na wagę cementu*
Łez dzisiaj zmierzch zmierzchł
lecz w osoczu trwania nie roztoczył się
wygadały się krwinki jak wpadkowy prezenter w TV,
że są na utrzymaniu kolosalnych cyberprzestępców
nie eksperymentów udaczników
bądź, co bądź eksperymentatorów medycznych sługusi
zachodziło Słońce strzykawek
nad placem manipulatora cięć,
och, że
och, nie
znoszą ból a wręcz przeciwnie
zostali weń wmontowani
nie eksperymentatorzy, ale testowani
śmierć to łódź podwodna czerwona
w jutrze zanurzona
pójdźcie testowani z rana na rubieże oglądania
tam widnieje jaskrawość ryzyk zdrowia
tam o efekt łatwiej latawca i o życia znaki
spodziewany rytm serca jest jak powrót do Itaki
och, jest
och, zbyt
tłucze się jak okiennice
zachwyt nad życiem swym płynnym
och, jeszcze
och, nie byłym
wiatr lekarstw zdecydował się wejść do winnicy pozostania
ale, gdy zamilkną robotów chirurgicznych wrzaski
odnowi się cisza nie w duszach
och, w ciałach płaskich
och, już na zawsze scementowanych
*Krytyki*
Są stworzone do wiekuistych analogii i przeciwstawień
bez czerwi pokory sprzężanych zwrotnie w podkorzu,
lecz głębiej już nie
choć nie mają zwykłych ujadających paszczęk
niewłaściwie bywają usytuowane w ożywionej materii
jakieś, jak gdyby wijące się eskulapy
emanacji śródziemnomorskich tchnień
w starych i pustych kamieniołomach Karpat
efektowne w podejmowaniu niesamowitych lotnych bagien z takichż łóż
i obłaskiwaniu zmoczonych pustyń
choćby w Górnośląskim Ekosystemie Nadziemnym
czuwaj – rzecze jeden z wywołanych z szeregu bojców
mistrz fechtunku niesiony jeszcze dyskursem Fajdrosa w propylejach
polskie są jednak tu tylko usłużne demony łzawe
fizykoterapeutyczne ich gry
w nierównościowych krajobrazach rwy
zrównanych z informatycznymi fobiami wykoślawionych nieuleczalnie zer.
Są stworzone na dziś, więc już dziś zamów je
– te wesołe i te smutne, nieczepialskie i okrutne
spędź z nimi realne wakacje, sylwestra, idź na mecz jakiś
wywróćcie wspólnie do góry nogami
nieupokorzony dotąd wiatr zmyśleń podczas używania rozumu
w ichnim Królewcu nagim teraz jak człowiek bez zmysłów nocą
po przeciwnej stronie bytu.
*Trajektoria nieskończoności*
Odkąd wewnątrz siebie masz komety,
które zasiane zimą wzrosły latem do oczu nieba,
jak miłości planety Ziemia
lewitujesz dziwnie wokół Słońca eliptycznie zakręcony
trudno nazwać to lotem ku lub wokół
raczej twój czarodziejski dywan kwietny
w podmuchach zapachów falujących warkoczy
skazany na ciągły ruch pomiędzy rozbłyskami westchnień
niesie cię trajektorią nieskończoności serc
*Hiszpanka*
Jesteś tam na górze – woła żona
– zejdź na dół, ktoś do ciebie, pan Kostrowicki przyszedł
wyszedłem na balkon, żeby zobaczyć go
odsuwając fotel od klawiatury, stanąłem ponad nim
popatrzył w górę spod hełmu, tam pod drzwiami
poprawił karabin z ogromnym bagnetem – witam pana, rzucił
– witam i ja, to zaszczyt gościć taką osobistość u nas,
co sprowadza mistrza surrealizmu w nasze polskie naturalistyczne progi?
– widziałem się z pana dziadkiem, który wyjechał z Paryża
bronić swojej Polski, szedł sam drogą obok kurhanów tragizmu
za resztkami Armii Karpaty i Kraków, ciągnął na Lwów,
a ja wciąż szukam frontu, który mi przydzieliła Francja
i oddziału z kosami, na dobry początek
(idę zakosami, trochę mnie zniosło z Galii w Galicję),
widzę, że Pan ma róże przed domem, chciałbym kupić jedną
na swój grób, jutro mają przysłać ambulans po mnie,
taką depeszę dostałem, pewnie coś wiedzą,
to już pewne, zabłąkany szrapnel trafi mnie pod wieczór,
potrzebuję, więc jedną różę – białą koniecznie, na grób, już mówiłem,
chyba miałem walczyć o Zelandię, chyba o Francję, chyba..
– niech pan patrzy, ta głowa w bandażach będzie cała,
jak pański dziadek wyglądać będę bez mała,
cóż, to ile za tą różę?
nic – panie Kostrowicki, łany i naręcza ich dla pana, przeżyje pan
czy aby na pewno ona róża na grób? (jak tam Lilla, Lou, Madeleine..?)
pan jest świata różą już a ja
cieniem orła wciąż, na tym balkonie osiwiałym
mitami obaj już Guernic i Wizn wszelakich
a śmierć naszym gniazdem i ojczyzną
lepiej niech nie będzie więcej w tej śmiercionośnej Europie
wie pan, co to pandemia, lockdowny, co to szaleństwa kubistycznych kobiet?
– nie, drogi panie, u nas przewagę w pląsach ma ognista Hiszpanka, widziałem się z nią..
inna jest niż u Picassa, Trakla, ochotna, ochotnicza, och..
*Wole Ewy*
Tak nie można, zaświat
tak trzeba, przedświt przedświat
zagłuszone ptaki dnia, możliwościami słów
zdecydowano się na ośmieszenie tygodni tryumfu
tak można, nie wola Adama
przedadamowe dzieci spacerują
wokół cmentarzy z kłów
przedadamowe szablo zębne stworzenia człekokształtne
niosą w pyskach koperty śmierci
są prawdziwe, stworzenia, koperty nie
tak można, wole są Ewy
przedewie drgania oczekiwań wolności absolutnej
były gniazdowane sztucznie w chcę
z dala od ognia umysłu
umysł podrósł, wzniósł się jak słup, kolumna, wieża
gdzieś pojawiły się parapety życia
tak nie można, wyświat wysłał listy bez słów
tak trzeba, popiół łask wśród wól
– co to jest łaska?
– dla pierwszych i ostatnich neon: NEON!
na drapaczu chmur,
i tak nikt go nie sczyta, nie zrozumie, nie zastosuje przestróg
tak nie trzeba już, myśleć – świt a
*Meldunek z wojny*
Pisałem nocą przy zaciągniętych storach
pod kołdrą w najkrótszą noc
pisałem to, co miałem napisać, jak wiesz, od lat
ten zadany meldunek z wojny światów, światów tylko moich
moje światowe myśli uchyliły rozkaz,
uchyliły zasłony zamysłów serc zbłąkanych,
uchyliły rąbka tajemnic traktatów,
prawa nawet uchyliły wojny
wyjrzały spod kołdry trupy wrogów wrogów wrogów
no i wtedy to zapalenie lamp oliwnych nad moim grobem, który
stał się miejscem mego narodzenia, równie spektakularne
myśli światowe odtajniły serce pełne wad, łat i strat
i wojna trwała w najlepsze w kolebce w najkrótszą noc
nad świtem, nad światem, nad stwarzaniem bytu nowego,
który miał być łagodnością łez wydobytych z serc
niech, więc pada korundowy deszcz na Ziemi już mojej, nie światowej
a tej okoliczności odkrytego światła wstecznego świata,
które chciało ukryć się na świętej górze apokaliptycznych znaków
jeż i jaskółka ciągle egzorcyzmowani za niepunktualność
też jakiś skład słów zastąpi odmowy
*Lilia o świcie* Kuriozalne niemowlę kwiatu w takim odosobnieniu rabaty kwili, gdy księżyc zagląda do matecznika lilii wtem odrąbano gilotyną głowę królowi stromych gór nocy nad smoczą jamą rosła żywa gilotyna biała pachnąca lilia kreda nienauczona wokół jaskini tak na nią podziałała, że omdlała i wybielała elewator rycerzy galopujących bez twarzy gwiazdami napędzany uniósł gapiów ku niej, skinęła zakręconym płatkiem jak duch raz jeszcze zapachniała i zapadł wyrok wieków stracono króla pod zamkiem eremem jego – brzaskiem w tak odludnym miejscu, jak Jura krakowska zaraz po wyginięciu dinozaurów krew symbolu stała się źródłem aż takim, że źródło wytrysnęło do góry, jak lawa z miniaturowego wulkanu poczęcia życie barw napełniło zbocza, zbocza ufundowały dzień nowy przedświt oświecił cudu płatki podwinięte lekko zmieszaniem cywilizowanych bytów, zakrwawione oddechem płatki oniemiałym jeszcze w czerni
*Przeczuwania zła*
Zanurzone w ciekłych deuterowo morderczych myślach
stopionych jak nie jeden rdzeń tożsamości pęt
pustynny wiatr szalony powracający jak symbol wyzwoleńczych wojen
nie jest dla nich ostudzeniem
potem się zestalają powoli, zastygają, nieruchomieją potem
wtedy w prerii i lasostepie miast byty nagłych dolegliwości
odczuwanych jak nowe rewolucyjne pomysły zmian
w jej falującej promieniotwórczej postaci
czasem cwałuje ku nim katastrofa nieprzychylności
poniekąd nazywane Apokalipsą
poniekąd się nią stają
ale to nie tylko, niekonieczne epickie,
ale nieprzekonywujące tylko
nie akceptowalne i z rzadka formułowane wprost
wiatr, tak wiatr, sekwoje, klony, hikory, męskie fantazje
usta otwierają się szeroko jak brama obwarowanego miasta
z zadrutowanego gardła
z cywilizacji głów snów słów
wysuwa się głowa koguta z czerwonym grzebieniem
wolność czy szaleństwo?
pobudka dla świata? dla mnie tylko?
* Istota ludzka może * Istota ludzka może i potrafi nie bać się niczego i nikogo zanim.. udowodnione to zostało już nie raz, że istota ludzka może zapanować nad wpływami kosmosu, może wszystkie znaki zodiaku wpisać w swoje życie rylcem lub skalpelem istota ludzka może też usiąść na kamieniu przy drodze i czekać bez końca a jeżeli ktoś będzie chciał ją przepędzić jest w stanie w każdej chwili popełnić samobójstwo istota ludzka może podzielić wszystkie ryby na nieskończoną ilość części może je też liczyć w nieskończoności oceanów i sklepień a może to robić całą gwieździstą noc pod Krzyżem Południa z otwartymi ustami istota ludzka może kochać w przedziwny sposób obrażona w uczuciach może posłużyć się gazem pieprzowym albo cyklonem B wobec innych może przeistoczyć się bardzo łagodne zwierzę lub w bezwzględnego drapieżnika z Komodo istota ludzka może chcieć coś ponad wszystko i może za to dać się zniszczyć, gdy zacznie jej coś chodzić po głowie może stać się godnym litości nadąsanym dzieciakiem istota ludzka nie zawaha się wypić trucizny życia, jeżeli tylko jej serce skonfudowane będzie na to przygotowane w deszczu słowach może utonąć na zawsze milcząc może też do końca walczyć o swój byt naostrzoną piką idei może szukać w sobie galaktyk matematyki lub małży ale istota ludzka rzadko jest w stanie poniżyć siebie przed samą sobą dlatego tylko niekiedy pozostaje wolna przed nieba bramą
*Pałac świecy*
Zanadto ją znam, by skwierczeć jak dopalająca się świeca
na jej świeczniku, to nic nie da
boleć, że to już mija, ten płomień gaśnie, a ja z nim
zanadto jej się przyglądam (w oczach widzę niebieskie znaki),
by rozmyślać jak cherubin tylko o zawartości arki przymierza
a ona arkę złożyła we mnie, miejscu mniej świętym
zanadto jej złoto przeniknęło do mnie, zanadto pożądanie
zapaliła moją milenijną świecę pocałunkiem w parku, ot tak
w dłoniach słów ją trzymam i w żyłach wynamiętniam cenny jej kruszec
będziemy ścierpiać od niej ochędóstwo ciągłych przemian pokór
w kosztownych ornatach odmiennej zwierzchności wyniosłej
dla jednego jedynego dnia wspólnego majestatu dusz
zanadto ją znam, tą moją z Saby Makedę
ja król snadnych pocałunków w dłoń umykającą ku pustyniom
nie będę podążał wargami za bóstwem jej piękności wszetecznym
zdmuchnę w sobie pałac świętej świecy
– w kopalniach bogactw ulotnych obrazoburczy
niech pozostanie tylko arka zaginiona w pamięci uścisków i pieszczot
*Pouczenia bez marzeń prawdziwych* Ze skromnych jednobarwnych, niesamowitych w usłużnościach, pouczeń księgowego marzeń zastanych wychynęli jak pokora z manifestu księcia rewolucjonistów wciąż czekających na dogodny moment do podniesienia pirackiej flagi wcale nieoznaczającej dobra ludu tylko zwykłą grabież zeznośności przewidywanego bytu przedrewolucyjnie nieoznajmianego landlordom, królom i nawet jegomościom w koronkach złotych na zębach zwykłym kryminalistom ideologii złośliwych czasu skazanego na zagładę u węgła świata zmyślonego bez marzeń prawdziwych
*Tokujące manuskrypty*
Tokujące manuskrypty, rąbki z urn
w takiej aurze lekko kosmicznej
unieś pokrywę stacji orbitalnej w kształcie garnka
unieś cylinder nad głową psa
zobacz te łzy parseków na dni kartach
zamienione na orbitę poematy hiperbol pierwszej prędkości
kiedy znudzi się komuś wystrzeliwanie stąd emocji?
kiedy nauczy się ktoś tutaj strzelać myślami przemyśleń?
znowu kukułka powiła w podmorskim kominie dzieci czyjeś
jako jak tak glob skład ziemski wulkan jeden
ciepło tu, w pęcherzykach powietrza ukryto wiersze
kukułka kuka, kuka, ku gwiazdom podrzuca serce
ty żebrzesz o miłości kosmiczne
w przebiegłej niszy czasu beztlenowej
w batyskafie zamiast skafandra okrążasz planetę
zwijasz manuskrypt, rolujesz jak Jeremiasz Torę
w papirusu wałek nadąsanych wspomnień
to twoje, nie twoje, nie, lewitujesz
nie wiesz, kto stworzył dzieła ziemi rzadkiej, obiecanej
kukułka w zegarze z kurantem w hełmofonie
bez atmosfery Bajkonuru i Cape Canaveral rusztowań
rozgłoś światu z orbity, że lewitujesz, lewi, tu
ciągle lewitujesz w głębiach swoich nawoływań z mroku
ptak niecny, zacny manuskrypt chwalby
– Ibis ich, czyj..
*Zaspokojenie czuwającego*
Zniekształcony, chociaż idylliczny kiedyś
zamysł pierwotnego czuwania
w myśli obcej światom spełnionym
w momencie tęsknego westchnienia
zakończył się eksplozją czynu wielomówstwa niemych
w uzurpującą noc człowieka światłego
na półpłynnej niwie koloidalnej metalowo-gazowej
przed wyspami, kataraktami, kometami
wewnętrznych poszukiwań stabilnych uczuć sytości
nawet bezdrzewnie wędrownych w oparach głodu mgły opadającej
i pod słońcem wypalającym ślad, który
nadawał kształt pierwszym naczyniom miłości
tych zamarłych w zdziwieniu w delcie
delcie wszechmocnie symboli
– cznej /smybolicz – nej/ symbolicznej
zjednoczenia stopienia zaspokojenia
*Po prąd* Skruchą napełnion płynie pod prąd jakby łodzią a nie łodzią zasromany sromotny Skuba Skubiszewski ten, co był przeciął pępowinę Protokraka, co ze smoka wyrasta ła zgiełk go ogłuszył, więc wyruszył łe, z jamy za miast z miasta pod prąd, co kiedyś był bystry a onegdaj będzie jak zawrót głowy świetlisty sennie kołysze się na rzece jego galar hejnał grają, podnieś się już Skubo hejnał dla chińskiego smoka to komary gryzą, oni wędkują, one wtórują cudowne bolenie wrzucają do zwykłej łodzi zapełnili ją po burty i prawie toną on na dziobie – rozpostarł ręce i chwyta wiatr historii nie ogania się ogonem złotym (jedyny) dzielnie puchnie, stoi z grzywą rozwianą, płową splątaną, jak koń on, stajenny, plaże mija skruchy zaznaje nurt prądu wyławia go z sedna miejskiego oddalenia prąd nurtu szepcze: zewsząd przyszli by napoić stepowe konie gdy Nike na kopcu wzniosła jakiś znak republikański zawrócił wściekły i został królem na wzgórzu wśród błot nie Karol Młot lecz Skuba znany smokolota jeździec znów dziś w łodzi a nie łodzi jakby pod prąd jednak wciąż
*Morze Łaptiewów* Zgorzało słońce, patrzcie, i co teraz? serce się rozpłynęło we łzach, poczujcie tą pustkę, i co teraz? miłość spłynęła do morza, Morza Łaptiewów, niewolników stójcie, patrzcie jak zamarza jej delikatna struga, i co teraz? Wiedza wyparowała jak eter w laboratorium MIT, zobaczcie, nie ma tu nic, nie ma słońca i życia, miłości i wiedzy, i co teraz? Śmierć nadchodzi, jak wam się zdaje? nie, śmierci nie uświadczysz symboliczne Morze Łaptiewów znowu ruszyło to już tylko mit minionej zbrodniczej epoki, a sama śmierć tkwi w nas już bardzo głęboko jak europejskie wyzwolenie wolnej wolności
*Zorza spodziewanego bólu* Okazjonalny strach tylko wewnątrz butelki, która odlana została z diamentu ciekłego w stanie półkosmicznym półatomowym dla hardych dusz niby Napełniam ją sobą czasem jak Dżinn zdecydowanie zbyt szybko jak na fizykalne właściwości osobowej materii będącej lepką mieszaniną serca i mózgu a nawet tylko ich emanacją wciąż przerażanych determinizmem choćby złudnym jak zorza spodziewanego bólu
*Zapadła cisza*
Mój twój zmierzch w nota bene
swobodnej konstrukcji ziemskiej wiosny
wczesny, późny, wczesny
jak na środek tej pory roku przystało
pierzchły około nocne te modlitwy pod kasztanami
pytasz – jak będziesz tam wyglądał? czy zasłużysz
na rozmowy dłuższe w niebie?
czy ja dam radę w ogóle otworzyć usta – nie wiem?
ale przystawię drabinę do rozgadanych gwiazd
naszych książek jaśminowych z naszych półek stu
chleb elektroniczny na moście jedwabistym jak pieśń
kwiat jak na wiosnę przystało – mak
zapach, ależ tak, ptak, ależ tak – szpak
twoje nenufary kołyszą się na obrazach stu moich
skup się, popatrz tu, spójrz na mnie
mój zmierzch sięgnął już ciebie
szarzeje wiosna w pełni barw,
których nie widzę, lecz czuję zmysłem uniku
zejdź do mnie – odstaw drabinę skup się odrobinę
złóż skrzydła, zwiń perkalową suknię, zroluj ją
odsuń za horyzont nogą bosą jowiszowej Ledy
ci ci ciii szy mej twej zapadłej w nota bene
już brzemiennej konstrukcji nieziemskiej wiosny
*W pamfletach na oczach* W pamfletach na oczach myszkuję po wielkim domu Ojcze! – wznoszę modły – oj, co dalej? doszukuję się, wyszukuję, oszukuję się, wolnością oną hen, po zapomnianej kuchni biegam, zrywam niezapominajki wyczołguję się spod publicznej wersalki w krwią nabiegłych zdaniach staję prosto, jak cel, jak tarcza dla Kupidyna chcę barw czystych narodowych dla siebie i sklarowanego barszczyku po północy dla niej chcę podróżować w solówkach jak deszcze i refrenach dzielnic jak łąki palce w kształcie chmury wiszą nade mną jak miecz jakby krzyczały – stój! stój! – ból oswój staję więc na baczność, czuwam przez chwilę w szortach na chocholej głowie i okularach białych na uszach misia z Ziemi skażonej wyłuskuje mnie cisza, gdy wyschnę, wypalę się, wydam owoc stukrotny antidotum dla miast produkt skruchy wąski język jeziora tam, wąskie pasemko śliny tu otwieram wydawnictwo, otwieram oczy patrzę w lustro, znowu widzę politykę w tle oczy moje widzące, oczy mylące, ech wy z oczu kpię jak z Kupidyna, który wciąż chybia nierozważnie, oj, nie rozważnie, oj, pochopnie pamflety zmieniają optykę domu zniewolenia
*Piórko „Solar System*
Znikający ciemnozielony punkt na końcu piórka ptaka
zniesławionego przez przyrodę jako taką zbyt samotną
piórko pod okiem, taka brew odwrócona mentalnie
piórko czerwone punkt ciemnozielony
jeszcze nie zaglądasz razem z ptakiem do Planety Pluton
wnet wydrążonej przez sondy i obserwacje trzydziestowieczne
Planeta Pluton z otworem, w którym jak budka lęgowa
dla stworzenia, co lata całe lata dla ciebie świetlne
nie śmiesz więc zakasłać we wnętrzu ciemniejącym
po południu Neptuna ptak wślizguje się tam odważnie
ptak znajduje białą miednicę ablucyjną baptysterium
ale chyba ulepioną z materiału zmrożonego nazbyt
chcesz przestrzec wszystkich, całą przyrodę przed czymś
na koniec ptak zażywa kąpieli we wnętrzu Planety Pluton
to twoje ja ekspansywne i rozumiesz, że czas zagrać
rozwijasz harmonię, błysk oczu, palce, wdech i śpiew z ust ludzkich
jak sekwencery i melotrony, jak syntezatory i thereminy
automaty perkusyjne, samplery, jak organy gór wszelkich
tak i piórka zielone wszystkie a plamka na końcu piórka:
„Solar System”
*Krzyk (Munch)* Idziesz przez molo w Sopocie, niesiesz smalec ciszy wskazującym palcem sprawdzasz plastyczną konsystencję tłuszczu w ten lipcowy przydługi bezludny dzień schodzisz na pustyni plażę stopą mierzysz poziom Morza Bałtyckiego wciąż czerwonego słodko-kwaśnego skarlony w swoim rozgrzanym organizmie w letnie południe jak szpiczasty szczyt zbyt wąski dla dwojga odlatujesz nagle stąd na skrzydłach metalowych przyczepionych do pleców bez tatuażu lecisz nad Helem i Zatoką Pucką lekko lądujesz na wyspie pełnej fok palcami stopy prawej gładzisz sierść odwróconego samca foki ten się budzi, prycha i przewala poirytowany patrzysz zdziwiony, a to długowłosy Karnowski przecież nie foka, nie zwierz, nie bies obok coś jak wielki głaz, który jak mors ciężko sapie kopiesz to coś, a to rzeczywiście żywy morski słoń lecz raptem okazuje się, że to Lenin Lenni i to bez kaszkietu Lenin wściekły jak na wiecu krzyczy – Niesiołowskiego z Poronina wołajcie mi tu a ty już jesteś treserem, cyrkowym pogromcą zakładasz cylinder na głowę, bierzesz bicz, uderzasz nim wszystkie ssaki morskie posłusznie unoszą się na przednich płetwach i podrzucają piłki plażowe tęczokolorowe zakręcają nimi na swych owąsionych nosach uderzasz biczem – porzucają wszystko i jednocześnie wskakują do szarej wody z fal, które je zakrywają wyłania się Afrodyta jak łódź podwodna utracona kiedyś przez imperium zmysłów w ruinie zakładasz chustkę do nosa na rozgrzaną głowę uderzasz biczem w piach wydając dziki krzyk zmieniasz się w żurawia z półpłynnego wosku i tak z wolna zastygasz z uniesionymi skrzydłami na wychłostanym brzegu zalewanym czerwienią, co rusz
*Rodacy krokodyle* Co za rodak z ciebie Julianie, co za krokodail? See you later.. Amigo, amigater westchnął Ibis Andrzej i wskoczył do… jedni twierdzą, że na, a inni, że do … potem Soros go wyjął ostrożnie z Huang Ho płuca miał chore, znaczy Soros (SARS) szukał leku, znalazł długowieczność nie w rodzie, nie w narodzie, (nie w nie na) ale poniżej, tak poniżej wiary gdzie kruchy mandat palestyński (Palestyny) za sojusz gwardii hipopotamów nilowych z czołgami T-55 a na pustyni Negew a a Asuan a i Tamy Przełomów Trzech no więc, Soros wydobył ptaka z grobu, co się potem działo nie wiem nikt nie wie, nie, ktoś wie, ech ten wiew ludzkość się myli, jak trzeźwy raper tylko raz co w zamian za rodaka dostaniesz? wiesz? pieśń pleśń pieśni pleśni są dni w katakumbach pomidorów i noce w piramidach szparag spędzone twoje – śliczny ziomalu hybrydowy światowy obelisk z Teb dla motocyklistów homoseksualistów surrealistów wieź zaszłość to niezła, mielenie mgły w podczerwieni ani to nie my ani oni a my toniemy w grobach obcych (Nilach rzekach Babilonu, Renów pełnych aligatorów) – see you.. w rozkwicie Florido Fauno rodzie Robaka otwórz się sam.. nie za bardzo
*Języczki bezmyślnych emocji*
Kłótliwy do zniewolenia języczek we wnętrzu storczyka,
z koźlej, zygzakowatej procesji podburzonej Galicji
albo z elipsoidalnej panachydy oszukanego Wołynia
wysuwające płazów języczki bezmyślnych emocji
straszne mogą być stworzenia z kolorowych, zdziczałych ostępów
ludzkiego umysłu
*Rodzaj oniryzmu* Jest taki mało popularny i niepoprawny rodzaj oniryzmu gdzie subtelne żołnierki i strażniczki obozów koncentracyjnych na fotografiach przypadkowych pożółkłych nie tylko wąchają czerwone maki przytulone do nosa i warg a nawet uśmiechają się ukradkowo do mężczyzn znajdujących się po drugiej stronie Ja jestem psem, który zawisa lotnie nad bankiem tortur i świeci jak księżyc brutalność mierzy do mnie z ukraińskiej wioski a ja z tego nic sobie nie robię, gdy konstruktor katapult rzymskich myśli w taką noc o zdobyciu Troi, która już została zdobyta i zburzona przez Achajów lub obaleniu murów Konstantynopola, które osmańska nawała dopiero unicestwi Ja pies Czomolungmy gram na skrzypcach śnieżnych z KPCh szczekam z bardzo wysoka błyskając gwiazdami – ślepiami nocy na żołnierki w biustonoszach khaki i strażniczki purpurowe od stóp do głów strzelające strzelające strzelające prawdziwie z łuku do mnie – subtelnego Sebastiana śmiejącego się śmierci w twarz
*Dżuma 2020* Wewnątrz zwykłego domowego światła wieczornego wewnątrz poematu Słowackiego zagubionego w pustyni jak Samarytanin i Hiob przykucasz na dywanie w namiocie swoim w otwartych drzwiach balkonowych czyniąc Dawidową Bramę wieczności manną napełniasz usta i hyzopem skrapiasz pokój nomady sprawiedliwość i pobożność na względzie mając czekasz na Księżyc wieczorny pierwszej kwadry słuchając Teleexpresu czytanego w kuchni składasz ręce jest czerwcowy długi dzień, ale nie ma śladu Księżyca tylko gwiazdy, gwiazdy, dziwne gwiazdy korundowe myślisz o Słowackim i Egipcie pełzającej śmierci a w twoim namiocie pojawia się nieznana obca ptaszyna nie mniej wylękniona od ciebie myśl – dżuma 2020
ptak źle ukrytych pragnień odlatuje w nibybyt (jak smok),
ty wiwisekcję życia zmieniasz w naturalny, codziennej rzeczy bieg
gdzie jest świat? gdzie jest świt? gdzie on? tyś gdzie?
patrzysz na siedzącą w pierwszym wagonie kolejki małą dziewczynkę, ten jej lok!
ustawiasz ostrość, jednak nie możesz z tej odległości rozpoznać,
czy to matka? czy to żona?, czy to córka?, czy wnuczka?, Monika czy Hypatia?
przyczyną twojej śmierci będzie nierozpoznanie celu i przyczyny zaistnienia?
podczas zejścia z księżycowych gór magnetycznej logiki, których?
jakiś ptak przeleciał na tle zachodu księżyca (jak duch)
nie, to tylko cień, anioła?
*Łąka samopoznania* Kruche, małe, delikatne w swoim zaniedbanym anturażu uczuć nieskoszonych kłosy tymotki, wiechliny na mojej tyczce naszkicowanej emocjonalnej łąki zasługują na mocniejsze oświetlenie oczami zająca, sowy, lisa, świerszcza zaledwie a ja czekam z kamerą na wzgórzu z setką reflektorów zaraz padnie klaps i ruszy machina ekipy zniecierpliwionych filmowców szarża na wszystko, na aspekty zadeptania akcją albo istoty bezruchu w wieczystym trwaniu, utrwalenia za wszelką cenę dla pokoleń tej samopoznania łąki we mnie ktoś mnie właśnie obraził ordynarnie: światła, kamera, akcja…
*W otulinie* Otulony podróżą orientalną na koniu rączym skrzydlatym on w uprzęży strojnej, a ja Rudger w lśniącej zbroi nad dachami zmierzam w kierunku Pomnika Kościuszki na końcu Piotrkowskiej tam jacyś Murzyni sprayem malują na nim sierpy i młoty a wózki z bawełną gnijącą mocują do barierek odrzucam podróż fantasy jak kołdrę przywdziewam na zbroję miast manifest buntu flagą Bradamanty rozpędzam much stada nad padliną rozumu baraszkujące biorę do ręki Pomnik Kościuszki i odkładam na dach Atlas Areny stawiam na jego miejsce Indianina w otoczeniu dzieci Donbasu zamawiam taksówkę pod opuszczonym kościołem Zesłania Ducha Świętego i mówię: wieź mnie Ozzy do Wojewódzkiego Komitetu Peeselu ozdrowieńcu, jeśliś swój a tu taksówka zamiast zatoczyć koło unosi się w powietrze jak Starman Muska przelatuje nad zwalonym kominem woli, nad zrujnowaną przędzalnią snów, nad kolorowym posągiem sztywnego Tuwima, Memoriałem Dekalogu, nad tajemniczym kufrem, na którym siedzi Reymont niewidomy zatacza koło i wpada na jakieś podwórko, wprost pod siedzibę TVP Oddział Łódź i cóż tu jest już? jest wszystko od Statui Wolności po Lenina a nawet spiżowy odnowiciel Zorobabel i pogrążyciel Soros znajduję pod śmietnikiem Zdanowskiej urbanowy koc otulam się sam i bezdomnego psa jestem znów w otulinie Iranu i Indii – ja, rzeczony, jeszcze nie spiżowy dziś – trzy, treis, tin odnajduję wspólnotę: siebie ciebie ich
*Jej cień we mnie*
Jej cień podjeżdżał za moim samochodem blisko
przyspieszałem ciągle a to nic nie pomagało
ona była górą, chmurą, koniem, bazyliszkiem, lustrem
Pegazem, prosperitą, zwyżką akcji, struną w ruchu ciągle
pędziła za mną zderzak w zderzak jak w bolidzie Senna
ja biedny kierowca samochodu dostawczego tylko,
półciężarówki wystawionej na stojących przy drogach spojrzeń łup
rozgrzewających piasty i łożyska nadmiernymi wyrzutami
w okolicy szesnastej alei zatrąbiłem na mandarynki i gęsi polarne
maszerujące zgodnie w jakiejś sprawie
ale wprost pod koła śmierć niosących dezeli
złapałem gumę, wypadł sworzeń z silnika, silnik wypadł z trucka,
truck z trasy, ja z kabiny wprost przed wejście banku
ona dopadła mnie w przebraniu prezydenta miasta zakażonego już
zanim się podniosłem by ją uścisnąć wylewnie właśnie tu,
ten cień, ach ten cień wciąż pędzący
uderzył we mnie z impetem crash testu
o dziwo, żyję, ale to coś, jej coś, wbiło się przemiło
i tkwi już wiernie we mnie
nadwyżki na wszystkich kontach rzeczonego banku
*Zaciśnięte zęby marzeń* Sokratejskie niwelacje społecznych wyniesień w słowach wewnętrznie rozjaskinione skulone jedynie w stalaktytach, gdy oni mają patenty na życia wszelakie proste, a ty i ona nie możecie wyżyć z marzeń tłamszonych sokratejsko-kalifornijskie owoce rozpędów dojrzałych w durnych rusyfikacjach otaczających naiwnych oczu ostrzeżenia mafii niespiesznych grabiących pomoc oczekiwań jak Zaratan przestrzenie ty jesteś sobą a sobą bywa każdy gdzie twa cykuta odważny Achilleju? na Agorze? na stołach Miro? twój pancerz haftowany dzienny ze starej kuchennej makatki, z której opadły słowa makatka z kwadracików tęczowych Kleeego a słowa z greckich liter tylko odszukanych w chińskich jodełkach spreparowanych dla utraty filozofii Akropolu nawet w katolickich niszach na spławowych wyspach serc podniebnych zaciśnięte zęby marzeń nieudolnie podrobionych
*W batyskafie* Zgłębiasz jej ciszę batyskafem, podwodnym pojazdem serconośnym w ciemnościach rozszeptanym do penetracji podmorskich rowów sposobnym udajesz chłodnego naukowca, ale jesteś zbyt rozemocjonowany celem twoja machina eksplorująca schodzi powoli w odmęty jakieś otchłanie niezbadane, jakby ostępy Ziemi samej w zakamarki płaszcza, w lawy rękawy, w kieszenie wewnętrznych snów w kominy trujących wyziewów przeżytych traum, trywialności rozweselających gazów nic nie robi sobie z tąpnięć podmorskich jak echa wulkanicznych uniesień, tsunami płycizn zbędnych szlochań zasypia w twoich objęciach nieprzenikniona w końcu to ty płaczesz a ona się uśmiecha wciąż z oddali jak Gioconda
*Bez ducha* Jednonoga zięba w dwu kalibrowym ogródku wtórno cyfrowym ten absolutny czas na pojedyncze myśli o niej w eremie przyroda kulawa a piedestał – jaszczurka bez ogona ucieka, wystrzał z pistoletu, a nie, nie to tylko coś z albumu Electric Ladyland Jimiego bez jednej z dwóch płyt tak, absolutnie wystrzałowych, tak, ale błagam o ciszę (choć przez chwilę, tu) skupić się muszę na gnieździe Polaków, na katafalku im bliskich narodów jedna ślepa gwiazda, wrona jedna (wredna) cóż to, to też zjawa była górski kozioł z jednym rogiem (tylko) skaczący na tarcze i herby eksplodujący zjawiskowo prom kosmiczny z pierwszą Żydówka na pokładzie bez Talmudu wygnany ostatni Słowiniec, wygnany przez ormowców z kraju, na robotach (dobrowolnych) w Niemczech a skąd tu dzisiaj to wszystko, z Zachodu Raju z Chin bez certyfikatu a skąd ty i ty bez serca dla słabych i bezbronnych, z Rosji Seraju w … tym kraju, bez ducha
*Chimera Polska* W koronach drzew tysiącletnich okrutnych i oczywistych jak, co wyrazistsze obrazy Beksińskiego zakutane w czas nocy obłędnie zwisa w konarach osmalonych zemstą gniazdo ogromne przez wiatr skruszone gniazdo bestii niezwierzęcej, nieludzkiej ni to nietoperz, ni bazyliszek z błoniastym skrzydłem ni maszkaron, ni na kogucie horrendalnym Twardowski pomiata ich księżycem moralna burza w koronach drzew stuletnich Jej chmurna mina politycznego tchórza jak błyskawica rozbłyska to gotowe zabić, zniszczyć hymny, znienawidzić ciszę po skroniach, po łuskach, po strupach toczy splugawione łzy i sprośną ślinę ta bestia nie ludzka – bestia polityczna Na drzewa wierzchołku jak na baszcie w Kazimierzu w tysiącletniej ruinie nad asfaltową Wisłą nocną zagnieździła się jak niemoralna rządza pokłócona z losem ludzkim absolutnie okaleczona władzą, której zdobyć nie może bezsilna, zazdrością rozdęta, pychą wniebowzięta płaz i gad w jednym, chociaż głównie przypomina ptaka Chimera Polska symboliczna ducha czystego opozycja płacząca naiwności deszczem z kosmosu pustki odwieczna nadrzewna księżniczka Targowic i spektakularnych spustów surówki czasem krwi surowic
*Ku zagładzie skostnienia* Rozkopany w starożytnym zakopanym Wrocławiu choć rozkochany w jego rozkwitach rozbrojony w rezerwacie jego wczesno wiosennej aury roznamiętniony rzeką i ptakami nad i pod mostami przechadzam się uliczkami Ostrowa Tumskiego widzę jak młodzi klerycy dowcipkując zamiatają sutannami rozgrzany nowymi nadziejami bruk, gdy jeden z nich potyka się przy pomniku św. Jana Nepomucena – odwracam wzrok Z Ogrodu Arcybiskupiego widzę jak na drugim brzegu rzeki na Bulwarze Dunikowskiego nietrzeźwy artysta z kumplami oddaje mocz po ludzku na jeden z mniej znanych pomników wrocławskich: „Zalanym artystom”, mający w pamięci pomnikową powódź w tym mieście – odwracam wzrok Na środku Odry pierwsza para kajakarzy kręci piruety niecierpliwe (czyżby przylecieli dopiero z ciepłych krajów jak bociany?) wymachując wiosłami, oddalają się od siebie i zbliżają, gdy stykają się wreszcie burtami, chcą się pocałować wtedy on przechylony zbytnio wpada pod wodę, ale przekręca się pod nią, by wynurzyć się z drugiej strony – odwracam wzrok Inna para młodych stażem małżonków przechodzi właśnie mostem strzeżonym przez św. Jadwigę i św. Jana Chrzciciela choć jest on zamykany kłódkami serc, to nigdy nie został zamknięty dla miłości ich pies, ciągnięty na smyczy, podnosi właśnie nogę i obsikuje przęsło a uryna leci na płynące pod mostem dwa romantyczne łabędzie – odwracam wzrok Z ławeczki filmowców krótkometrażowo-reklamowych patrzę na dziecko, które zjeżdża na linowej zjeżdżalni na Wyspie Bielarskiej dziecko zbliża się i zmienia nagle w „Sweet Little Sixteen” jakąś latkę zwisającą na drążku, tak wyciągniętą na rękach, że dżinsowa spódniczka podsuwa się aż na biodra odsłaniając szczupłe nagie uda i bieliznę żeby nie wpaść pułapkę Chucka i nie skończyć w więzieniu, ja – odwracam wzrok Pod posągiem Sokratesa przymierzam moją obutą stopę do bosej wielkopalcej stopy filozofa mój but taki mały jak budynek Uniwersytetu za rzeką prześwitujący przez gałęzie pączkujących drzew małość logiki obutych i niezależności myślenia odzianych widoczna gołym okiem nie tylko tu podczas, gdy Leszek Czarnecki, nie do pomylenia z Leszkiem Czarnym z Piastowiczów, tych, co zakładali wrocławski gród, prowadzi wykład w Auli Leopoldina, ja – odwracam wzrok Widzę pod drzewami na Wyspie Słodowej grupkę młodzieży z gitarą, winem i jeszcze czymś, co emituje zapach i dym grają i śpiewają Hey Joe i Smoke on the Water rozanieleni tonący nie w Odrze, ale w kadzidłach z zielska nie śląskiego, ale tropikalnego już pochodzenia, gdy podchodzi do nich Straż Miejska, ja – odwracam wzrok Z bramy Uniwersytetu wychodzi śliczna dziewczyna kometa gęstych jasnych loków omiata jej plecy w dżinsach i niebieskiej skórzanej kurtce, z przewiązaną pod szyją czerwona bandaną, (choć zupełnie nie country ani moto-girl) szybko bieży do mnie jak Hagia Sophia – Mądrość Odwieczna z pobliskiego Ossolineum chyba lwowskiego jeszcze wychynęła ona wchodzi na most, rozpoznaje mnie z daleka otoczonego wianuszkiem mew siedzących na Powodziance i na poręczach wokół uśmiecha się i macha ręką do mnie wszystkie mewy jak na komendę – odwracają głowy i patrzą na środek rzeki, gdzie ostatnia samotna biała kra spływa Odrą wprost na pierwszą kataraktę, za którą jest Memfis miasto spotkania, zjednoczenia i Ptaha (boga stwórcy, który stworzył człowieka z mocy serca i mowy) czarna łyska na białej krze jak dowódca USS Nimitz zawraca jednym skrzydła gestem ten lotniskowiec pod prąd pędzący na oślep ku wiośnie – zagładzie skostnienia i zażenowania kra wpływa w odnogę Odry po to tylko, by roztopić się w czułości
*Uniwersytet nad rozlewiskiem*
Z kartezjańskiej bramy uniwersyteckiej wychodzi dziewczyna
z burzą blond loków na głowie
w niebieskiej skórzanej kurtce zmierza w moim kierunku
stojącego pośród rozlewisk myśli i tęsknoty,
rozważającego frazy sentencjonalnego życia i akapity tomistycznego afektu
przechodzi przez most logiki kierując się wprost do mnie
otoczonego wianuszkiem mew nieuchwytności siedzących na poręczach wokół
kra ostatnia spływa, jak łza wczorajszego dnia gehenn i samotni
ona uśmiecha się pierwszy raz, jak wiosna
oto do mnie płonącego rumieńcem pór odrodzenia
przechylony przez barierkę, zsuwam się w dół, ku rzece
zmieniam się w łabędzia i startuję do lotu
odbijając się płetwiastymi łapkami od powierzchni rzeki
moja Leda macha do mnie plikiem kartek
zadrukowanych sonetami Petrarki
– mewy jak na komendę odwracają wzrok w jej kierunku
czyta na głos strofy miłosne i wrzuca kartki w nurt spieniony
kołując nad rzeką chwytam je w swój łabędzi dziób
zanim dosięgną wody, zanoszę na wyspę jedni
i składam u stóp Sokratesa odkrywcy bratnich dusz,
nie tylko Dioskurów
*Niezapominajki*
Lustrzane gustowanie niezapominajek niewidocznych na łące
w pochyleniu, znaczących czas lazurem, wywijających delikatnością
przed każdym rodzajem wodnej winiety planety
ty księżyce, ty noce, ja słońce, ja pamięć i wiedza
zrodzili przekaz najszybszy na świecie, który trwał jednak lat wiele,
gdzie krwią pomazany przywódca
komitetów malarzy, wierszokletów i koproducentów filmowych
zestalony w złotą statuetkę wodza bez twarzy i wąsów już
wcale nie głodny zdołał wykrzyknąć: służę nie idei lecz wam
i przeleciał przez światło taśmy zerwanej
szafotem wieków, co utrwaliły odczuwane
przepaści w malkontenckim uwzniośleniu nowomediów
– a echo powtórzyło: NIE! NIGDY! NIE!
*Południe o północy* Zdecydowaliśmy się jechać na Południe cały czas pod słońce socjalizmu ona drżała na myśl o mnie ja drżałem na myśl o niej Polska drżała na myśl o nas my drżeliśmy na myśl o Polsce nie minęliśmy ani jednego kaktusa ani jednego kanionu przez całą drogę z Międzyzdrojów jeszcze w Kamieniu po koncercie organowym brazylijskiej artystki pocałowałem ją na ławce nad Zalewem Polska wzniosła pochodnię wysoko widząc to i machnęła nią jak chorągiewką na znak odjazdu z Pomorza płynęliśmy, kołysali, toczyliśmy się, wędrowali – cały czas na torach omijając Pałuki, omijając Lubusz, omijając Krzyż, omijając Częstochowę omijając jeden po drugim rezerwaty narodowe a może nie, a może wręcz przeciwnie dotarliśmy w końcu do jakiegoś śląskiego miasteczka ona już barokowa w Krzeszowie, a ja jak Paczków wciąż niedostępny, prawie gotycki, trochę skruszony acz obwarowany słońce zachodziło nad dolnym PRL-em a my uśmiechaliśmy się do siebie szczerze pod jego fałszywym promieniem rozkochani w sobie pod nosem strażników Stasi tak dotarliśmy na Południe o północy księżycową historią naznaczeni jak obozowym piętnem lecz przez wczoraj nie pochwyceni, bo słońce Moskwy już utonęło w Wełtawie
*Czerwona nać*
Chełpią się każdą katastrofą jak nauka czerwoną nacią pietruszki
chłopcy nijacy, ukryci w nagości rubinowej gwiazdy, dzisiejsi chłopcy nasi
zamglone migdałami ciała wewnętrznie imperialne
pokrętne nicowania prowadzą ich ku skołatanym czasom
bez skrupułów rewolucji trojańskich koni
wietrzyk hula skalny, gdy przekraczają kolejny Rubikon jak wyschnięty Ren
z niewieścim jękiem wstępują na autostradę ni to do Nirwany ni to do Nicości
z półksiężycem i kielnią maszerują ku centrom Internetu, bez znaków świata
szlakiem wyznaczonym węgielnicą i cyrklem Demiurga
zamglone słowa w ustach wieprza wodza
a naród już w drodze do chlewu milczenia
wieprz przywołuje angielskiego dyplomaty słowa:
równiejszy chodź tu, choć noć noć noć
a ten chrząka: ja dwór, jadwór, jadwór mam obrzydzać
jaki dwór? jak chór? jaki chów? jaki ja?
ni baci bombu, ni gierojam sława, ni z netu na Zimnyj Dworiec
jesteśmy już światem wiatrem tęczą ogniem i wodą
więc po co? a co, po?
w ustach nać czerwona prawda
a bunt to?
*Frezja i dzban* Tych niewidzialnych okruchów przecież nie da się pozbierać? akuratny dzban na jedyną frezję niezwykłego dnia dzban kryształowy polski jak wiara w miłość zbity o północy rozbłysnął w tak wielu promieniach kolejnego poranka kto pozbiera obraz frezji pokruszony? kto sklei z cząstek dzban obdarowania – wszystko przepadło? w czasie można odnaleźć okruchy (duchy) w czasie można odnaleźć symbole (idole) w czasie można odnaleźć przyczyny i skutki utraconej czułości spowitej w kir ja podejmuję się przywrócić strukturę kryształu, gdyż widzę przed i po widzę skąd i dokąd chociaż w okruchach widzę ją i siebie wciąż widzę naszą czerwoną frezję na niebie i jak mit dzban na dnie jasnego morza zauroczenia, które jest jego jutrem dopełnieniem, co przetrwa do nocy pojutrza?
*Porzecz* Kamienny z nazwy posąg z uczucia pustki jestem w nim, mieszkam w nim jestem Gavrochem ludu Paryża krwiożerczym jak Jan Chrzciciel Karier i na nic wędrówki duchów rewolucyjnych we mnie po rzeziach się nawracam porzucam Kult Istoty Najwyższej bo we mnie krwawym jest wciąż koń trojański papieski nadziei kamienne bywa światło, ja je uspokajam nieschowanym bytem w posągu Natury, który jest formą porzeczy porzecz i przedpłaca to to samo światło zamiera, gdy zabijam nadczucie ale latarnia morska trwa nadal będę rozbitkiem przed skalnym wybrzeżem zanim zakotwiczę płynę z Agamemnonem tęsknoty do latarni, która jest na wybrzeżu uparłem się jak rewolucjonista racjonalista jak Kolos z Faros z pochodnią na Rodos jak Pergamon w Bibliotece zwinięty koń skacze po falach koń wypełniony hoplitami wiedzy dwudziestowiecznej teatralnej symboliczny jak nie przymierzając Homer z Kretesem
*Sambodrom biało-czarny*
Piłki kolorowe we wnętrzu tęczowego świata z klocków wielobarwnych
są zupełnie widoczne, choć martwe nazbyt
ale żywy paw policjant wulkanów polucji i feerii w pryzmatach
otwiera bramy pióropuszy z puszcz australnych
sprzedaje bilety na Sambrodom jak mandaty po meczu manifestacji
turyści z krajów ościennych w forgach na głowie w dłonie klaszczą
ale pióra rajskich ptaków, których truchła leżą pod ścianą
przywołują wspomnienia zabawnych postaci Walta Disneya
powiedzonkami, mimiką, strojami, zezwierzęceniem szokując dzieci
razem z ptakami na gałęzi w zapomnianym Dachau skłoń głowę
nie kręć dziobem ani ogonem, nie przecz Bogu
skłoń głowę, i koniec
ale dopiero wtedy, gdy będziesz wreszcie milczącym aniołem
*Mikrobiotyka*
Żebyś nie wiem jak długo czytał księgę stokrotki
nie poznasz prawdziwej Super Nowej w niszy łąki
gdzieś tam zespolone z ciszą zegary duszy tykają
bum, bum, bum, w Grocie Króla Gór kuranty biją
zegarmistrz twój odwieczny wykuwa tam miecz specjalny
do manipulowania w głowach logików nowożytności
(potem na ich głowach)
a ty wierzysz w przedmioty żywe, rzeźby stokrotki
tajemnicze formy miłości w irdze, berberysie, goji
skąd one tam?
mijasz ich piedestał sam
lupa ci pomaga w odczytach takich ksiąg
luneta nakierowana na epizod w Grocie, co jest jak Uniwersum bez gwiazd
jeżdżące na rydwanach rośliny, mgła z gazów nieznanych na Ziemi
rapsodia i preludium dziecięctwa, niewieścienie czytającego,
a przecież pochylenie nad lekko opuchniętą dłonią wybawiciela znasz
gdzie miecz, gdzie kowadło, gdzie młot, gdzie sukno
bladym świtem wyczołguje się stokrotka,
by pochwycić wskazówki przemijania, miecz stalowy
cykada jest tobą, a ty schodzisz z chmur spocony,
logiczny, wiarygodny, podstarzały
szepczesz – po stokroć przepraszam Mikrobiotyko
*Pandemia* Taka kostka do gry kremowa z czarnymi kropkami taka niby nie okrągła, a jak się toczy, jak los Pan Bóg rzuca kostką losem kostka świat marny – przypadek rzuca kostką raz drugi trzeci Galaktyka, Pangea, Abraham Pan Bóg się uśmiecha kostka toczy się na powrót wprost do ręki Boga a on ją zatrzymuje i zaciska w dłoni porusza nią i znowu rzuca Pornografia, Holocaust, Pandemia zaczesuje do tyłu siwe włosy palcami poprawia jak grzebieniem rozwichrzoną czuprynę drugą rękę wyciąga przed siebie daleko, by dosięgnąć jeszcze raz palca Adama Zrozpaczonego wskazującym palcem Wszechwiedzącego
*Jak w Zatoce Perskiej* Zmierzch nad Soliną jak w Zatoce Perskiej czerń rozlewa się po falach jak ropa i asfalt ale zalew nie chce znieruchomieć pod hidżabem statki płyną i płyną, jakby wiozły niewolników na targ statki żeglugi, krótko mówiąc krótkodystansowej, a jednak drgające w odbiciach wśród chmur jak nieszkockie potwory morskie MAERSK pełne kontenerów, w których ukrywają się uchodźcy Bieszczadnicy z Warszawy w szkle zaklętą czerń ową wysyłają zrzucając z zapory na karpie zakorkowane butelki po winie w każdej miniaturka samolotu transportowego Hercules Lockheed krzyczą przy tym, rozpychają się jak kangury chcąc się dopchać z platform do balustrad czerń, zmierzch, niewolnictwo, grubiaństwo to wszystko ląduje na falach fosforu terroru i nawet od koloru toni wzgórza okoliczne nazwane zostały Czarnymi Teleśnica tylko Sanna sama kumka zielona w ześrodku głębi jak przed dżihadem klaczkiwskim rybitwami niewolników imperializmu z gladiatorami socjalizmu
*Wiosna zażenowania*
Szybko bieży do mnie jak z Aja Sofia – Mądrość Odwieczna
z Ossolineum, książnicy lwowskiej jeszcze,
niosąc swoje, moje i cudze zapisy nierymowalnego życia
wchodzi na most, rozpoznaje mnie z daleka stojącego na nim wśród mew
uśmiecha się jak sofiści i macha do mnie ręką zamaszyście
ręką, co rozmiata chmury siarkowych grzechów na relatywnym dziś niebie
wszystkie mewy jak na komendę – odwracają głowy
i patrzą na środek rzeki, gdzie ostatnia samotna, biała kra
spływa Odrą wprost na trzecią kataraktę, za którą jest Memphis
miasto nicości wartości i Ozyrysa bluesowej Europy
czarna łyska na białej krze natury najwyższej próby
ten dowódca USS Nimitz zawraca pod prąd ku wiośnie
jednym skrzydła gestem rozkazem logiki lotniskowiec
pędzący na strategiczny Armagedon emocjonalnego zażenowania
i nieodwołalnego skostnienia
*Moja wina* Moja wina generuje potrzebę ciągłego rozpościerania gigantycznych kopuł modrych nad zielonymi pozłacanymi dolinami budowania konstrukcji w kształcie planetarium wielkości Hagia Sophia albo Błękitnego Meczetu spod hełmów galaktyk chce wystawiać zatopione w nierdzewnej stali gigantyczne niebieskie cyfry czasu minionego bezowocnie w mrowisku ludzkim
* Trzecie ucho * Ze studni wiary jak z głębin morskich wydobywam ucho ludzkie przykładam je do czoła przyrasta wychodzę na ulicę o świcie idę brudnym chodnikiem przystaję nad kratą kanału nasłuchuję tym trzecim uchem szeptów grzechu goni mnie moja poranna modlitwa pędząc ze świstem jak poranny ptak przez zadżumione puste ulice i place już mnie dopadła, właśnie teraz: „oczyścić się, oczyścić, oczyść się” ucho zmienia się w muszlę małży wiatr dmąc w muszlę wydobywa z niej woli ryk jerychońskich trąb łzy spływają nagle po policzkach ciepło serca roztapia twarz i oczy Belfegora Asmodeusza Ozyrysa widniejące pod taflą mojego kwitnącego miasta tak wiem, teraz mam troje uszu tym dodatkowym z otchłani ducha słucham trwogi piekieł przed Rezurekcją
*Z deszczu pod Ryn* Z deszczu pod Ryn z Rynu do Mikołajek płynęliśmy Omegami z rozwianym długim włosem znakiem zamiast wiatrowskazów na wantach popijając wodą zza burt rozuroczenia nasze i dojadając czekoladą Ewedel obiad ziemniaczany a gdy wiatr prawdy po burzy odszedł na wieczną wartę my bosonodzy na pomostach wciąż staliśmy na baczność przed kolejnym generałem losu szkwałem zmutowanym grzechem serc bitew echem z „Bałtykiem” w ręce na Mazurach przemoknięci do krwi ostatniej mający wojny za nic i Ryn za plecami
*Skrzywienie wiosenne* Będzie się działo na powierzchni miast w snów osnowie jak w tłumów otulinie niby niechcianych cielesnych smakołyków zrobionych z wszystkiego, co słodkie na planecie Warszawa a czemu to one mają służyć? a temu, że wiosna nie zawsze wybucha w samym sercu tylko my wiemy o tym, ale czy wszyscy młodzi? wiosna wybucha w głowach łaknieniem ludzi najpierw w dużych aglomeracjach, stolicach puchnie z nimi na uczelniach, dworcach, stacjach i w dyskotekach, pubach, pizzeriach potem rozrasta się wraz z dachami, ścianami po kres impresji i sama przyroda już nic nie może uczynić, by to powstrzymać przyjmuje wszystkie cukiernie z bzami i lodziarnie z bukietami i miliony na językach mają tylko bogobojne słońca jak marcepan wtedy do każdego człowieka przylatuje papierowy bocian albo selfieprzylaszczka na YT, FB lub skowronek na Instagramie wszystko łka ze wzruszenia zamiast śpiewać cienko chociaż może to tylko tak wygląda elektronicznie chociaż niby przyrodniczo się rozlewa, rozbawia seksem, plutokracją rozległych ciepłych chmur, prokreacją i emocją burzy piaskowej babki to zapewne tylko pola magnetycznie empiryczne nachylonej Ziemi skrzywionej dla draki
*Nintendo – Nes*
Zgotowano koronowanym w tej lukratywnej okoliczności
los pod lodowy potwora z Loch Ness fotografowanego zimą
coś jak łez łoś, łoś z Nachodki, na fotce nie taki słodki
a byliśmy tacy pyzaci, bogaci latoś, nie drżący, nie wynędzniali, nie głodni
transsyberyjscy, choć nie transseksualni
Sołżenicyn przechodził nawet na kartach na naszą stronę
ujął Amerykanów tylko on jeden z tych.. na chwilę
pies nasz karmiący był diamentowy z Alaski
jak Lassie z Archipelagu Oflagu wrzosowisk postszkockich
ja w przetworach utworach los zgotowałem mu potwora
no z samego Feratu nie, ale z Heratu (z runią Aleksandra)
koło Magadanu (a może Sighisoary)
jak Lukrecja Borgia u Ariosta, toż to dopiero, w moralnych szczątków jaskini
to jakbyś cmokał na Obcego, który się ślini
upał nie zimno daje się we znaki katedralnym skrzypcom z kryształu
ale dajmy im niepoprawnym spokój, i dysydentom, i papieżom, i wampirom
zagram może coś, w tę noc, co?
zagram z tobą losie o coś, o co? jesteśmy w Sanoku
chcesz o kości i prochy nienarodzonych dzieci?
chcesz w kości, czaszki, szkielety, wirusy, wartości?
Nes? Nintendo?
*Fale* Fale radiowe uderzają o brzeg miejskiego urwiska zespolonych słów hiphopowcy podrygują, raperzy kicają nad beczką, w której płonie marihuany snop oni dwudziestoletni zabójcy kwiatów one lilie zżęte mieczami buntów radio mlaska i siorbie, radio chlipie i łyka zdania domniemanych sprawców tych rzezi
Fale marszczą się na krawędziach krawężników zalewają autonielojalności snobów zakamuflowani robotnicy udają nierobotników wieżowce wąchają dym miejskich kadzideł skłaniając się ku marnościom świata z klocków lego zmierzch hałaśliwy unosi się nawet nad drapaczami nieba po ścianami studenci udający docentów piszą poezje nieszczęsne nieczęste nieprofesorowie udają profesorów tu melorecytacje pociągów metra i autobusów melo recytacje pęczniejącej swoim rytmem nocy melo recytacje melo melo melo metro w zakamarkach niezapomnianej choć nigdy nie wybrzmiałej do końca miłości z urwiska
a rogatki miasta zamienili w zekranizowane płonące biblijne jeziora propagandy
na szczytach okalających aglomerację platynowych gór
będących jednym połączonym nadajnikiem chińskich marszów bojowych
wystrzelona fontanna fajerwerków zmieniła noc w dzień manifestów
nad placem pokoju pojawiła się rewolucji tęcza
była to tęcza składająca się z samych odcieni czerwieni
smoki towarzyszyły pędzącym do ratusza po zastrzyk fragmentów białka
a przed nim patriotycznie podświetlonym stali już kamienni rajcy zamiast lwów
naprzeciw tłumom wyszli aktorzy, tyłem do kurtyny kryjącej przewiny
w ogródkach piwnych przewrócono zmurszałe stoliki do gry w bridża
i podrzucono władz unieważnione szachownice
wszechwłodarze tymczasem już przebrani za żebraków
przygarbieni wychynęli z podcieni
i w pilotkach z rogami stanęli na deskach
by popłynąć na czele na wezbranej fali
*Przyczajony skorek*
Skulony w swoich kokonach, przyczajony skorek
w odwróconej doniczce uśpionego ogrodu miasta
i jakaś nagła zmiana wyrazu twarzy Nike z Samotraki
– echo okaleczone
jestem komiwojażerem w zatłoczonym tramwaju
sople w nim wiszą, dach nad głową w soplach
(muzeum sopli w muzeum tramwajów)
komiwojażer, skorek zamknięty w sobie – słabo powiedziane
bez rąk Nike, zatrzaśnięta w bezguściu – to już mocniej powiedziane
nie subtelnie, lecz nie do końca czytelnie opisane pluch przebranie
jej mina, jej absolutny kołowrót myśli w głowie
– chcącej wzlecieć w myślach dominacji zapadnięcie w ostępy bezkrólewia
przeinaczenia republiki tłumu, gdy deszcz ze śniegiem wciąż pada do góry
a szczęście z nostalgią gra w karty o samotność wieczną w parkach
odwrócony dzban wypadłych kwiatów staje się dzwonem dla skorka
nie dla Nike, nie dla ciebie, nie dla miasta,
i bije, nie na trwogę pragnących odtworzyć siebie na nowo
oczekiwanie w mega polis mojej odwróconej głowy
na wiosnę – echo okaleczone
*W Teleskopie Hubble`a* To nieprawdopodobne, a jednak – to skurcze mojej Galaktyki uchwycone w Teleskopie Hubble`a na własne oczy widziane – gęś kontra romb na zielonym tle jarzysz? a Mars, a Jowisz, a Pluton? (Saturnin do Waleriana: jarzysz jądro?) wśród skurczów wyłonił się płód noworodek pokurcz, jaki piękny, jak jednorożec mit to tabletowy baletowy byt odległy dziwoląg w projekcie, a jakże jest wizjonerski dizajnerski opcjonalny byt nowej miary, człek – chciałoby się rzec pierwotny, lecz to nie tylko człek na miarę zmalowany, wystrugany, wyklepany miarowym rytmem serca mierzy już Syriusza zmysłem, jaki wielki jego owal skłębione chmury buty buntu zasłaniają go i ją i go i je, skurcze kurczę wciąż skończyłem akurat podziwiać i onieśmielać ją, gdy odebrałem ten poród Galaktyki ja sfotografowany kiedyś przez próbniki w lądownikach Voyagera dziś niezależny próbnik i lądownik takoż jest dobrze, ona i ja to już jedno na wyżynach mamy się czym cieszyć pangalaktyczne zjednoczenie nasze wydało owoc i jęła się zachwycać jak to dziecko i tym mnie ujęła Galaktyka jak pomarańcza ma ona w Mgławicach gęś kontra romb teraz na czerwonym tle i to tu przeszło przez wizjer ludzkości i pozostanie na zawsze sam smak miłości w zmyśle zobaczyłem jak zrodziła kiedyś ze mną mnie pomyślałem– nareszcie
*W Teleskopie Hubble`a* To nieprawdopodobne, a jednak – to skurcze mojej Galaktyki uchwycone w Teleskopie Hubble`a na własne oczy widziane – gęś kontra romb na zielonym tle jarzysz? a Mars, a Jowisz, a Pluton? (Saturnin do Waleriana: jarzysz jądro?) wśród skurczów wyłonił się płód noworodek pokurcz, jaki piękny, jak jednorożec mit to tabletowy baletowy byt dziwoląg w projekcie odległy, a jakże jest wizjonerski dizajnerski opcjonalny byt nowej miary, człek – chciałoby się rzec pierwotny, lecz to nie tylko człek na miarę zmalowany, wystrugany, wyklepany miarowym rytmem improwizującego serca mierzy już Syriusza zmysłem, jaki wielki jego owal skłębione chmury buty buntu zasłaniają go i ją i go i je, skurcze kurczę wciąż skończyłem akurat podziwiać i onieśmielać ją, gdy odebrałem ten poród Galaktyki ja sfotografowany kiedyś już przez próbniki w lądownikach Voyagera dziś sam niezależny próbnik i lądownik takoż tu jest dobrze, ona i ja to już jedno na wyżynach stworzenia mamy się czym cieszyć pangalaktyczne zjednoczenie nasze wydało owoc i jęła się zachwycać jak to dziecko i tym mnie ujęła Galaktyka jak pomarańcza ma – ona w Mgławicach gęś kontra romb teraz na czerwonym tle i to tu przeszło przez wizjer ludzkości i pozostanie na zawsze sam smak miłości w zmyśle zobaczyłem jak zrodziła kiedyś ze mną mnie pomyślałem – nareszcie, ale…
*Schodami w dół*
Schodami do wnętrza Ziemi jak do piwnicy
schodzisz krok za krokiem, za tobą on, on, ona…
jawią się symbole w odgłosach i zapachach głębi, gdy prowadzisz grupę
wiesz, że to jest uśpiony wulkan Walkirii Thrud, nie Valhalla
coś jak, Hades, Otchłań, Mariański Rów
pierwszych godzin po śmierci złych snów
na czele twojej brygady przodowników ty i
pradawni czciciele mocy w zbrojach organizacyjnych,
czciciele mocy zaklętych w pięści, czciciele surowych min
baldachim milczenia niesie przyjaciel norm, przypadku zacięty wróg
schodzicie w ciszy ku centrum myśli gęsiego
bezsłowa, bezcienia, bezgłów
kto niesie cień? nie wiesz? zastanawiasz się gdzie
wtem ktoś zarzuca ci go na ramiona niespodziewanie
Ziemia jest pusta wewnątrz jak każda głowa zemsty,
łatwo docieracie do Antypod pod jaźni podłogami
wychodzicie po drugiej stronie swoich myśli
ty i cała brygada świętych skarabeuszy, ty i on i on i ona…
schodzisz, schodzimy, rzeczone – to przedhistoria wszechwiedzy
*Oświadczyny czasu*
Z zadowoleniem przyjąłem oświadczyny nadchodzącego czasu
w kręgach zdobywców trójgłowych, w pałacach czarnogłowych
odrzekłem, więc – yes, yes, yes
z zadowoleniem odwołałem wszelkie Marsze na Waszyngton
i zamówiłem trumnę podróżniczą w sam raz na Wielki Marsz ku,
kałasznikowy butelkowe, bomby wieczorów
i Mrije bojowe dozbrojone tniutniami sukcesów
uniesiony trzema silnikami po każdej stronie jak Mao ostatnich lat
wyszeptałem nad lotniskiem w kształcie kosmodromu Bajkonur,
wyszeptałem – tak, tak, tak, szeptałem, szeptałem, potem spadałem
i mojej własnej niewygodzie w teraźniejszym grobie
– uśmiechnąłem się na jego przeżegnanie, przysięganie, pożądanie
i wyciągnąłem rękę przed siebie
jak panna młoda, zmieszana, zmarszczona wciąż
*Tylko mi nie mów* Tylko mi nie mów, że tylko mi nie mów, bo tylko mi nie mów aczkolwiek, no wiesz – choć nie jesteś jeszcze dla mnie ciężarem zrzucam cię z siebie, ale wiem, co to księżyc na plecach wiem, co to gwiazdy na głowie wiem, co to ciężar słonecznego wiatru wewnątrz tego lekkiego ucisku na skronie jest miłości siła ciążenia w swej istocie wiesz, że kochałem nie tylko ciebie więc nie mów tego proszę popatrz na wagę, na wskazówkę, na skalę czasoprzestrzeni zrzucasz mnie z siebie jak nicość gdzieś wewnątrz, gdy się kochamy nad ranem mówisz – bo bardzo cię cenię odchodzę
*Syriusz Microsoftu*
Ta elementarna wiedza samouczki
jest ewenementem w wiedzy pełnej filozofki
w której z nacji znajdziesz ją? w każdej?
potem Syriusz wykształca jądro cywilizacji,
co jest jak jajko niespodzianka
potem dzieci Syriusza biegną po myśl, boso jak dni wiary
wali się świat materii drugiej kategorii na głowy,
co są smutne jak bezludne galaktyki
element źródła mocy zmienia się w nicość,
a to jest bytem niezrównanym dziś
od kiedy Syriusz Dogonów goni myśli
hałasują wszędzie królowie, magowie, fizycy
i na pustyniach i na deskach klozetowych i na wiecach
symbole szaleją na weneckich maskach Microsoftu
jest dzielnie na kanałach manifestacji dobrobytu
ich element mocy to element śmierci prawd
każda myśl rozpoczyna marsz, marsz w czasie, marsz w farsie
hybrydą jest filozofka, a takich jak ona wiele
w algorytmach przyszłych niemowląt łkań
od arytmetyki wykoncypowanej początek bierze lingwistyka łez
od palca początek bierze dłubanie w materii
od dłubania w myślach począł się świat, świat śmierci pełnej
Syriusza Dogonów Microsoftu koniec
*Balony peany* Znaki czasu sportretowane w obiektywie zielonej koniczynki putinki to te konie pożogi cwałujące na stadionach życia skręty gwałtowne i Marycha z Rumiankiem za Narodowym jedynym zadość uczyniono Stalinowi pałacem a Wiejska w środku Warszawy stała się znowu ulicą Bydgoszczu znaki wymyślone przez Żubry i Tarpany z czerwonymi zadami jak pawiany na balkonie onego PKiN siedzi Kwaśniewski z Tuskiem na palcach liczą gołębie i wrony gołębie kubizmu i wrony surrealizmu znaki czasu peany kolorowe balony Niepodległości trującym gazem wypełnione na zakończenie emisji serialu o Lechu Wu, co się kulom kłaniał bez mała z tysiąc razy poza TVP jak Han wypuszczone z klatek Legii Gwardii Polonii sport czasu sport rety
*Abordaż najwyższych gór*
Zanim zapomnisz języka w górach
może zapadnie zmrok tam
wtedy korsarze anihilacji zatkną flagi Jolly Roger na Giewontach
otwórz usta, wyjmij go sam
niech rozkręci się, uderzy jak batem w skał zaniechanie
niech wytryśnie siklawa wyższych praw, a co tam
albo w jaskini ust zgaśnie er przesłanie
albo zmieni go w trap do abordażu najwyższych gór z głów
to drugie lepsze, uczyń echo swe tam
*Beneath the Remains* Piorąc pieluchy w łazience słucham Sepultury dawne obsesje torturują mnie znowu mimo, iż jest już maj dziewięćdziesiątego pierwszego roku wciąż czuję na sobie wzrok czerwonego Al Capone chyba w znakach zodiaku ukrył się sierp i młot dziś rano chór kwiczołów przypomniał mi Chór Aleksandrowa zwiesiłem nos na kwintę nad pieluch grobem cóż, nie muszę się czuć zawsze tak żywy jak Lenin mały księżyc zgasł zasłaniając uszy przed riffami Cavalery róże czerwone swoje korzenie wyrwały i odeszły na śmierć do Moskwy jak zgrabna tancerka Degasa jak tancerka hiszpańska Trakla ognista Polska jeszcze tańcząca z kogutem w zębach w brzuchu agnostyckiej maszyny hałaśliwie wyzwala się ze zła kosmosu układów magicznych
*Dzieciństwa klucz* Dotknęła mojego uda swoim biodrem oparła głowę na moim ramieniu zaczęła czytać książkę w pociągu cel zniknął, tak jej jak i mój pomyślałem, że to ona raczej zniszczyła cel a nie ja sens samotności widoczny, przeżywany co dzień przepoczwarzył się Przylgnęła ufnie taka delikatna, ciepła do szorstkiego kamienia w jaki zmieniała mnie ta podróż młodzieńcza tonąc powoli w niej oddalałem się od bogiń przeszłości, które nie mogąc dosięgnąć biczem moich pleców wpatrywały się bezradnie w płynącą po nich wczorajszą krew Teraz ona otworzyła mój sen przed innym sinym tygrysem ona, która kiedyś Chrystusowi zostawiła swój adres, wypaczająca jego Golgotę myślami o tym, że czeka go tylko ciągłe umieranie nie przypuszczała, że On odda go mnie na zmartwychwstanie teraz zastanawiam się jak posiąść jej szkolne marzenia i jak nie przestać jej kochać w paszczy tygrysa Teraz przytulona do mnie, obejmująca mnie czule tak kochana jeszcze a może na jutro obojętna nazywam ją już – dzieciństwa kluczem na niebie
*Arie* Zespół koloraturowy przenośni naznaczony zespołem uczuciowych nieznośności akcja akupunkturalna na przemian w sercu, nodze, plecach, w harfie kręgów szyjnych a atonalność ust, języka, warg zniesienie bólu poprzez klocki lego palców w lesie norweskim, gdy ciepło doskwiera płynie śpiew zakochanych nieosiągalnością
Ponętna niech zdobędzie się na poprawienie wezgłowia w łożyskach wierszy pod głową poety atonalność słów jak nagle zerwane struny harfy praw bez podłości w skroniach ciągle małostkowości pożądania jej nóg zabrane pończochy i ona jest bez nich na karuzeli pomalowanych paznokci w sukience się kręci bez bielizny nad trumną i kołyską wiersza
Poeta z zadartą głową gwiżdże arie prąd wyłączyli, zatrzymała się przed nim wyciągnęła rękę poduszka wypadła mu z pod głowy na zmartwychwstanie wiersza na wyklucie do końca i ozdrowienie bez łez z zamachem stanu na śmierć na cudowność jej stanu w dłoniach jego
*Kształt owocu piękna*
Moja istoto wyśniona, której szukałem jak zagubionej Itaki
nocą na oślep w jękach syrenich tonąc
z kształtu owocu wywiodłem cię jak kształt pszczoły
moja wyśniona, sen odkryłem proroczy
na czułkach pszczół kreujących światy
podejrzewałem to od dzieciństwa
teraz to wiem na pewno, bo
udokumentowałem ciszę przed i po zapyleniu kwiatów
swoją miną, swoim berłem westchnieniem w ciemności skinąłem na światło
i na dworze tego ogrodu pojawiła się księżniczka lata
w boju towarzysze mi to potwierdzili hasłem:
ona ma kształt smaku bzu we śnie
moja istoto wyśniona, wiem to już
w zapachu i w kolorze cię pojmałem bez formy
oddałem kształty mojego patrzenia pomału
nieznośnym zmysłom wyobcowany z myślenia
po jednej z bitew zrozumiałem, że dowód na kształt owocu,
na kształt piękna domkniętego każdy,
kryje się w pamięci kosmicznej pszczoły
w genie poety stwarzającym pokarm słodki zmysłów
z niczego
*Wskrośnośność*
To temat na długie milczenie
wyniesienie myślenia na wyżyny samokontroli
wolnościami wskorśnośności obleczony jak w jutrznie znośności
na przestrzał biały jak ewangeliczne płótno jesteś wtedy
a ból wycisza, wycisza, och, jak wycisza
to temat na przemilczenie huczącego wodospadu zadręczeń
mini biel bezkrwawych uczuć i wegetariańskie idee natręctw
prześwitują przez pokot artykulacji, gdzie do śmierci krok
w niedzielę wieczorem, a potem, co?
w poniedziałek do pracy w gospodarstwie ogrodniczym
natury słów przepalonej złotem
a ból popycha, popycha, och, do życia, tak
to temat na przetrwanie, w sam raz na radość
wolnością wskrośnośności nazwaną w lewitacji letargach
Boga kosmosu Boga głosu Boga etosu
na przestrzał ciebie przelatującego jak grot ciepła, życia, ukojenia
jak zwał, tak zwał – Boga myślenia
????????????????????????????????????
*Wiatr buczyny wybrzmiałej* Lekki powiew wiatru od strony buczyny jakby ze środka lasu jednorodnego zbyt wiatr nowy szemrze, szumi, szeleści potrąca gałązki sztywne jak liry struny wypełnia miechy, piszczałki organów, fletnie Pana policzki Boreaszów bezlitosnych nadyma jest lekki, gdyż porzucił bagażu zamróz przed lasem w nazwie Bukowina jest splamiony, gdyż ogołocił istotę ożywczości zielonej wieje dzięki tchnieniu śmierci zastanej ale zbudzonej karkołomny jesienny wiatr wypada ze środka lasu lasu, o który zaczepiasz skrzydłem samolotu tęsknot uciekając z kraju planowanej zemsty szumi, gniecie, zabija prawdę i szczere łzy niesie się jak Apokalipsy wierzchowiec nad ziemią wierzgający we wnętrzu niewyłonienia sam wypchnięty spętany oszalały zapach jakiś dolatuje z wnętrza lasu zapach nitro benzyny, spalin wiosny, popiołów lata woń omszałych niedomkniętych prastarych wnętrz przemian w śmierci dla życia w mitach nadchodzi, nadchodzi, już nadszedł wiatr gładki jak łopata i glina na grobach ubita wiatr leśny wojennej buczyny wybrzmiałej zimą na zawsze już przeoranej śmiercią
*Natura w kropli anioła*
Zewsząd góry oceanu dążenia buntowników
panika wystraszonych pielgrzymów
skazanych na śmierć konieczności ruchu
w mojej rozkołysanej szklance herbaty
moja twarz kapitana
odbija się jak myśl w bałwanach niespokojnych
od wszechwładzy natury butnej
witam się z pożogą sztormów
serca, które jest dnem uczucia zawsze
ocean nadziei huczy w moim gardle delikatnie
pielgrzymi z barów osłupienia toną w mojej duszy
emocje to miniatury tratwy Meduzy,
to pulsujący obraz natury w haustach życia
jak Bóg niezrozumianej w oceanie obiektywności
zawsze wiernej w kropli anioła wspomożyciela
*Zegar prawdziwego bytu*
Tak najczulej wyrażaj to zapamiętane,
sugestywne spojrzenie poprzez milczenie
dwuznaczny bądź dla burz,
by zrozumiała jak bardzo zależy ci na ciszy bezgrzesznej
tej, co naznaczyła w przepaściach orfickich twojej głowy
namiętne znikania, jakby w jaskiniach niknących nietoperzy
a ty czule szeptaj nie tylko dziś, szeptaj coraz ciszej, ciszej
hieroglify pamięci rozjarz poprzez milczenie
dwuznaczne błyskawic, by zrozumiała, że miasto bez niej
zmieni się zaraz w kosmodrom nudy plugawej
i ty odlecisz pierwszy ku jej neonowym nogom
zamiast chwilom wspólnym poza czasem
ku jej biodrom kinowym
zamiast chwilom wspólnym poza przestrzenią
ku jej oczom demonstrantów
zamiast chwilom bez żadnych ograniczeń
w sumieniu, miejscu głośnych wyznań i serc dotyku,
które jest zegarem człowieczego prawdziwego bytu
*Wieczorem wybaczamy wraz* Mieszkam z tobą tam gdzie gwałtem wzięta piekarnia wzywa chlebem brzask wyłaniające się z niebytu opłotki metropolii, jej wciąż kurne biurowce i malwy na wszystkich skrzyżowaniach odkąd śnieg spadł na rzęsy twojej nocy w naszym czuwaniu pojawiła się odrobina ciepła co wieczór słyszymy marsz dzielnych zwycięskich legionów, jeszcze rytm i pieśń ich jak dym snuje się po świt wąsy bojowników, piersi matek polskich, koronki sztandarów w ten zimowy wieczór podziwiamy wspólnie na niebie od żywych gwiazd oddalają nas rzęsy i śnieg biały niedźwiedź robi sobie zdjęcie z wąsatym przywódcą potem defiluje naturalnie zgarbiony w kierunku alei gehenny ciemnej obozy zniknęły już w jaskini historii a po chwili wyleciały gołębie, a gdy zagdakały kury giełd żaden Polak nie zaparł się siebie my razem zapieramy się siebie, co dzień po to tylko, by wieczorem wybaczać wraz ech, te ugody gorące, serdeczne, drobniutkie mrówki śmieszki na ścianach salonu w naszym pokoju błogim nietoperze, byki, półksiężyce na witrażach pracowitych dni jakże dawno odeszli stąd ci, co poszli walczyć pod Pszczynę ginąć za Ukrainę, krwawić za Londyn – brak ich okrutny, cóż dzisiaj nasze spadochrony i hełmy czekają w kącie a my idziemy do łóżka popijamy Wysowiankę, wyłączamy silniki tankietek z biur piekarnia dymi, chrzęści, dzwoni, mruga jak krążownik cumujący powoli na redzie naszej młodej wolności ledwie tuląc się do siebie dostrzegamy jak podpala park kolejny pijany piekarz
*Wiosna 1980* Ptaki obce przesuwają się po niebie nocne klucze jak sputniki z numerami od 988 do 1088 przelatują nad naszym domem skostniałym dziś nastaje picassowska wiosna od rana tylko Narcyza władzy słychać w radio zespawani wąsaci starcy w spódnicach z cokołów kupują mleko w proszku i odżywki dla niemowląt świata za łuski dostałem przez umyślnego zaprzańca wezwanie na wojskowe ćwiczenia będę musiał wykuwać okopy w znanych lodach Syberii patrzeć pod nogi liczne jak przebiśniegi zaszczuty, zapędzony do tunelu duszy bez wyjścia muszę zrezygnować z myślenia o Kantorze i Wielopolu w Delcie Missisipi muszę zrezygnować z myślenia o kobietach Baudelaire`a w Paryżu muszę zrezygnować z myślenia o obsesjach Dostojewskiego w Petersburgu muszę zrezygnować z myślenia o ogniach Hendrixa na Wyspie White muszę zrezygnować z myślenia o koniecznych zezwoleniach Wojewody Krakowskiego na wszystko przynajmniej na jakiś dadaczas do lata, ale nigdy nie wyrzeknę się zapatrzeń i długich nocy spadających gwiazd, które nadejdą w sierpniu nieodwołalnie
*Meteoryt uderzył w Paryż* Nienaruszone gzymsy, portale, chimery i rzygacze a przecież meteoryt uderzył w Paryż w socjalnej jego otoczce spadła na miasto epidemia klisz królują w dyskotekach ewidentni a w galeriach nieoznaczeni meteoryt wbił się ostatecznie w ścianę Centrum Pompidou wichura rewolucji się zerwała, rozerwała sztandar Joanny niechodzący dźwigacze nitów jeżdżący bolidami jeszcze podtrzymują go epidemia manifestów pod triumfalnymi łukami póz i kolumnami mód oto ja, Gavroche z Polski stoję na La Roche, patrzę w niebo mam otwarte usta, trzymam w nich odłamek meteorytu w postrzępionej kamizelce wyglądam jak Chimera Apollinaire`a
*Fowistyczny Parys*
Wewnętrznie sprzeczny jesteś skrzacie kupidynie zwany kogutkiem
emulgator twoich obsesyjnych narracji zawisł w próżni
wewnętrznie logiczny, to i owszem, jak łuk, strzała i jabłko
w obrazowaniu zbyt duży jest poziom napięcia emocjonalnego i pola bio
w przypadkach takich jak moje zauroczenia nią
ekspresjonizm fowistyczny w słowach, które wypowiadam,
zmienia się bardzo często w płaski nadrealizm
jej żagle, moje porywy, jej rabaty, moje kolory, jej spokój, moje płomienie
to jakby logiczna całość nastroju, ale to tylko pozór
wędruję z nią uwiedzioną wokół mojego pokoju
trzymam ją za rękę i wtedy pioruny uderzają z lamp oliwnych,
których jest kilkanaście, a może nawet więcej nade mną
stoję na murach i spokojnie jem jabłko z Hesperyd sadu
zaraz zginę jak Achilles tam na dole
przez te oczy na środku pokoju
w nią jak w horyzont zapatrzony
nieśmiertelnością jej nieoczekiwanie rażony
*Nad rowem oceanicznym*
Pływam w oceanie śmiałków na głębinach niebezpiecznych
kobiecych zachwytów i syrenich przyzywań
(od skrajnych emocji prawie śnięty,
skołatany, spięty, skuty i zaprzęgnięty
do miłosnych tratew meduz oraz trujących ślimaków morskich)
nad rowem oceanicznym ledwo zbadanym mitem
zanurzony po uszy w odmęcie idei – Amor
utrzymuję się na powierzchni jeszcze
resztką sił trzymając ręką ratunkowe koło
– Caritas
*W organizacji*
W wewnętrznej konstrukcji tej szlachetnej organizacji jak i ideowych tez
podwalin jej łakomie zniesionych wskutek przedawkowania łez
tego nadwrażliwości bodźca
zagubiły się punkty styczne
z dosięganymi wprawdzie ułomnościami ojców założycieli
przez przyjemności głównie,
ale umiastowione unicestwiające czerwie odejścia
nie pozostawiły po sobie nawet historycznych szeptów i spojrzeń w górę,
co może raczej wróżyć długą wędrówkę namiętnej próżności a nie pobożności
w żyłach zaangażowanej osoby, zakochanej niezdrowo w takich strukturach
albo nieoznaczoności zerwane kaptury norm i zakazy
pozostaną na tyle długo w odpowiedzialnym rodzeniu słów dla słów,
że te ostatecznie usprawiedliwią to kochanie wsobne
na wieczną przestronną lewitację imion pierwszych i ostatnich w sobie splecionych
nie tyle codziennymi spojrzeniami błogości i ufności,
co natrętnymi myślami członków o więzów nierozerwalności
*Pierwsza para* Jeden prosty gest wykonać objąć ją za szyję, przyciągnąć do siebie zatopić swoje wargi w jej słodko-słonych wargach rozgnieść je jak owoce morza koralowego posmakować jak papaję pitaję mango jeden prosty gest i ziemia, na której stoimy nagle zmieni się w niebo albo piekło, kto wie? objąć ją za szyję, przyciągnąć do siebie przytulić policzek do policzka i trwać tak do końca świata nie będąc mężem i żoną a wyłącznie Adamem i Ewą ludzkości pierwszą parą świętą jeden prosty gest objąć ją za szyję, przyciągnąć do siebie jej zapach za uchem w siebie zagarnąć zmysłami i wyszeptać – razem na wieczność tej przemijającej chwili, w której przychodzi miłość
*Dramat namiętności* Ileż to razy usta moje całowały śliczne kolana krągłe rozedrgane ubóstwieniem moim ile? byłem szczęśliwy, nieszczęśliwy, szczęśliwy Ileż to razy palce moje dotykały delikatnie szorstkiej albo satynowej łydki i zagłębiały się ciepło w pulchności jej przesuwając z emocjami międzyplanetarnymi swoje kubki smakowe muśnięć w dół i w górę ile? byłem szczęśliwy, nieszczęśliwy, szczęśliwy Ileż to razy moje policzki rozgrzane otulały uda roztkliwiającą stroną wewnętrzną marsjańską nieskończonością delikatności ile? byłem szczęśliwy, nieszczęśliwy, szczęśliwy Ileż to razy moje ręce obejmowały gładkie pośladki jak rozległe horyzonty kobiecej niepowściągliwości wewnętrznie zapadające, ustępujące pod palcami, co jak języki lawy wytapiały pożądanie zastygłe wcześniej w kobiecości jak idol dla zapatrzonego ile? byłem szczęśliwy, nieszczęśliwy, szczęśliwy A teraz patrzę na swoją Batszebę przysiadającą się do mnie w króciutkiej sukience, gdy zakłada nogę na nogę i wiem, że to najpiękniejsze nogi na świecie przynajmniej w tej chwili nietuzinkowej emocji w oczach moich, niemo ich, moich najpiękniejsze, długie nogi świata widzialnego najdłuższe piękności człowieczego świtu najświętszy przekaz długich promieni świetlnych odbitych od nich ich od nich najświatlejszy nawrót piękna do nich w mojej duszy jestem nieszczęśliwy, szczęśliwy, nieszczęśliwy tak, nieszczęśliwy w moich okowach wartości duchu mój ulatuj z kamienia żelaza ciała ulatuj póki czas, odlatuj na Olimp bogiń nieskazitelnych w absolucie i zostań tam daleko od niebezpieczeństwa nóg pierwszych, rajskich, zakazanych zostań chrześcijańskim aniołem Amorze w Aurorze czystości niech piękno Hesperyd i mojej Afrodyty wykuje go w skalnej grani jak napis: TO JEST DRAMAT (NAMIĘTNOŚCI)
*W sacrum nieprzytomnych*
Od kiedy zamówiłem usługę latania nad
noga mi się nie powinęła w młodości
wtedy gdy gdybanie miało jeszcze sens
parcie na szkło było w tych czasach powszechne
wszelkie szkło alter ego dominowało, panowało
i ocierało się nawet o publiczną abstrakcję
od czasu tych lotów osławionych, opisanych, lecz nieprzeczytanych
zemsty nabrały charakteru zniewag w gumowych oprawach bulionizmu
prosić można było przed zamachami, żebrać w antraktach krwawych
wtedy ochy, achy, strachy nie były wołami jak dziś
nic wskórać uporem nie mogły na straganach dusz
leśnym duktem zmierzały pytony i kabarety za nimi,
pytony zeskoku, nie ześlizgu wartości, należy dodać
weź się za siebie, kup lotnię, obuwie i wiertarkę – powtarzano
mnie i brulionizmu szorstkim wyznawcom
są skośne chmury w sam raz i sklepienie już wyziera z nieba ran
wywierć tam otwór, zapuść sondę rozkoszy prawd
spójrz, sięgnij i spuść litr ambrozji z wyżyn
na zgromadzenie świeckich w sacrum nieprzytomnych
wyczaruj im wszystkim ich własny spełnień świat
*Tautologia* Bóg jest przyczyną mojego patrzenia Bóg jest przyczyną mojego słuchania Bóg jest przyczyną mojego myślenia Bóg jest początkiem i końcem mojego świata to truizm czy transcendentalia? ja jestem początkiem i końcem mojego wiersza to prawda czy truizm?
*Sznur* Sznur korali w Stawie Dąbskim jej kolano na moim kolanie sznur żurawi nad lotniskiem wojskowym w Łasku jej ręka na moim udzie sznur pereł czarnych zamiast łańcucha na szyi sędziego Juszczyszyna jej ręka na moim pośladku sznur politycznych widziadeł nad Mostem średnicowym jej ręka na mojej piersi sznur kolorowych żarówek na choince w Ogrodzie Botanicznym na Ostrowie Tumskim jej ręka na moim brzuchu sznur samochodów w Gorzyczkach na Autostradzie Słońca jej ręka na mojej dłoni sznur katowski z ledowej taśmy tęczowej Biedronia jej palec na moich ustach a potem nieme wargi sznur diamentów tuż przed moimi oczami albo to jej roziskrzone oczy spętane miłością gwiazdozbiory jeszcze bez nazwy
*Zauroczenia* Nawet zamieciony pod zegar kurz namiętności zdradza tam swoje przywiązanie do jej cudnego łokcia i dłoni w zamierzchłych osłupieniach w pączkujących nadziejach rozpyla chwile jedności zauroczenia wczoraj i dziś
*Eurydyka* Ona wciąż idzie za mną jak przynęta niesłysząca w ciszy Eurydyka niezłomna porzucająca dawnych bliskich boję się, więc szeptam – miła, co robisz, zatrzymaj się idziemy ku przepaści naszych wczorajszości i swojej ku katastrofie kosmicznej – eksplozji emocji supernowej na razie wchłaniamy sympatię, czułość, delikatność chłoniemy to wszystko, co nieme nie chcąc się odwrócić, by to przerwać i skłonić niebo w nas do refleksji nad śmiercią ona idzie wciąż za mną tak cicho, potulnie a ja popisuję się łabędzim śpiewem przed nią śpiewem dni moich wciąż pędzących w nieznane czym zakończy się ta nasza wędrówka – gromem oczu, wypadkiem pędzącej lokomotywy burzą śnieżną w środku lata, – kto wie? idę dalej a ona to wie, że idę dla niej jednak nie jest mojego Hadesu cieniem raczej realnym dniem, ciała schlebieniem z jedynym ciszy dotykiem
*Ami Amo*
Gdzieś na dnie tych zauroczeń kobiecych i męskich
przysypiają anioły Caritas i Amor
w wymiarze państwa jednacy
w wymiarze serca niezwykli
narażeni na wojny ubogich z bogaczami
w nie zaangażowani
ami Amo zerwij jutra światło
chęć cię nie opuszcza, czyż nie?
chęć niesienia pomocy oby tylko
rękom nogom głowom sercom
a nie niewidzialnym duszom
skrytym w półperkalu osobistym
pływające nagminnie westchnienia
jak marionetki zakute w pielesze toną
a pielesze kryją walczących o sprawiedliwość społeczną
bezustych, ty jesteś bezręczny
jak rycerz zbyt surowy dla siebie
akurat zakochany jak Pierrot bezsłowny
wtedy Amor i Caritas zespolą się w jedno,
gdy rycerz zacznie płakać
na turnieju skołatanych rządz
w szrankach rozstrzygających piękności
ale nie po rzeziach uczuć
czuj duch, zaurocz się i ty
ami Amo
*Najmłodsza* Kochaj mnie ty, która jesteś wśród muz najmłodsza stojąca w drzwiach z szeptem na wargach zamarłym, co wydaje mi się pocałunkiem powitania wysłanym w powietrze odwzajemnionym takoż przeze mnie lecz na pożegnanie kochaj mnie, pochylonego nad klawiaturą albo wyświetlaczem bo kogóż możesz kochać bardziej w tak dziwny sposób i z większą wzajemnością najmłodsza branko ust i jasyrze mój
*Szepty namiętności* Gdy roztrącasz natchnienia łasząc się do jej płomienia z obnażonego ramienia wybuchającego, co jest zaledwie urzędniczym stemplem każdego dnia smakujesz kruchości jej koniuszkiem oka i ty i ona smakujecie siebie nawzajem ona tak to lubi i o tym mówi a ty sam nie wiesz, czy ból nieprzezwyciężalny już jest częścią oka a może języka ta kruchość, ta blaga, sen, zaświat gestów jak cud więc roisz sobie sen o wolności w jej piersi, w jej piersiach, u jej piersi, pomiędzy piersiami aż strąca cię z siebie tą niepowtarzalną delikatnością boską, co znów w szeptach szczupłej namiętności zamiera dla twojego zbawienia
*Poezja, akcja, światło*
Jądro ciemności między nami jak jej telefon wyłączony
niegotowy, by przesłać głosy
wyrażające nienawiść na przykład: posłów kurtyzan rolników zagłębian
połączenia nieodebrane na moje szczęście
światło nie niesie przesłań obcych, ale i bliskość jeszcze niewidzialna
cisza działa na korzyść moich szeptów rozbłyskujących jak iskry
tańczące na jej włosach płowych
węgiel jej umysłu nadzieją jest moją
na kolejne kopalnie odkrywkowe i podmorskie,
bo bloki energetyczne w piersiach jej pracują już z mocą
oddech wysyła uczucia do mnie
oczekiwań wspólnych rozgrzane z chłodni obłoki
różowe paznokcie wypielęgnowane ostoją zielonego czasu
wbijają się jedynie w moje oczy
schylam się po dłonie cudne rozbudzony,
gdyż ona klęczy przed mną w czerni i czerwieni
jak to kobieta z głową na moich kolanach
pająk z czarnym krzyżem zjeżdża powoli po nitce jak komandos
wprost na klawiaturę telefonu
wciska odwłokiem przycisk: miłość
a ja patrzę czysto technologicznie na to
i mówię: poezja, akcja, światło, światło
więcej światła
*Pulcheria i celebryta*
Jestem peryskopem w dzisiejszej odmętu-zamętu perspektywie
na rozległej-rozhuśtanej powierzchni ustawiam laserową poziomicę
serce się wzdraga nietechnicznie-nienaukowo, ale mózg szepcze
– mierz, ale strzeż wybudowanych pierzei państwa dobrobytu
buduj skrycie w tym dobrobycie
udając celebry tej eremitę bezkompromisowego skutku
niedosytego ewakuacyjnego biedy najmitę
w katedrze rakiety-prosperity oddaj krew dla biednych – całą
buduj skrycie, strzeż się dobrobytu, który chcesz posiąść tu
on czeka w perspektywie nielunarnej-nuklearnej
pod stopą twojej kobiety słonecznej jakżeż
akceptuj pomiar horyzontalny przeliczony na wertykalny
leć na chwilę do złóż polarnych, by powrócić tu gdzie nadwiślański piach
a krzemu ból i cudu nikiel zalegający sztolnie-kopalnie wszystko wyjawi
o ten cud prawdy przecież chodzi
strzeż się dobrobytu w czasie skrzacie inteligencji
Pulcherio konsekwencji przepychu objawienia
stworzenia równonocna amebo sukcesu okołobiegunowa
wszelkie prosperity skrycie kształtująca
*Epoka drewna*
Zanurzony w opiniach drwali socjalnie zdegustowanych
po szalejącym tajfunie parweniuszy miedzianych
na widok przełomów, co zastąpiły regularne wyręby,
skostniały na arendach agend geniuszy z celulozy
przerzuciłem, przewodziłem, przedmieściłem się
miastem wymarłym za częstokołem z zaostrzonych pni nowych tępych dni
ludzie w domach, parkach, co natchnione hałasem tramwajów drewnianych
nie doczekały się ostrza siekiery i piły, więc się ostały,
rozpaczając na krawędzi błoni
i strumyków bełkoczącej gawiedzi opasujących miasto,
akuratnie poderwani ze snu śpieszyli do działania
w okrążających wciąż legendach pradawnych borów
kryjących dzikie zwierzęta moralne,
które zastąpiły powolne leniwe dinozaury
jak capstrzyk elity reality zbyt leśny dla stalowych charakterów
jak siekiery zdegustowanych drwali
stanąłem, by przeczekać epokę drewna
*Adoracja* Adorujesz zachodzące słońce tak jak Najświętszy Sakrament (stworzenie Bogiem nie jest ale ma go w sobie jak idę i zasadę, więc…) to nie kult solarny ale po pięciu tysiącach lat rozwijania teologii i filozofii obraz apoteozy człowieczeństwa (zrodzonego dzięki słońcu) w myśli najszlachetniejszej z konieczności rozbłyska widzisz ten opłatek bursztynowej gwiazdy kruchy jak śnieżka prześwietlony w monstrancji bezlistnych, styczniowych drzew koron na ołtarzach złożonych, wzniesionych jak do modlitwy dłoni domów i kominów wśród teoforycznych procesji wysokich wietrznych chmur w styczniowe popołudnie od emocji niecichnącego serca serca jednoczącego i jednoczonego w strzelistym akcie zrozumienia wszystkiego wzdychasz
*Do kroćset* Jakąż skałą krwi jest ta kroć? krwawię ciągle, bo wiem, że ja sam i serce jedno jak słońce ran krwawię, bo to już nie kroć jest jutra ale dziś, księżycowe dziś westchnienie płuc jak gór – gdybyś, chociaż ty raz lawina myśli nie zastąpi wodospadu słów opisujących ciszę a kysz świecie pusty i zły, a kysz tylko ty ja tylko ja ty wreszcie nawet – do kroćset otwartych serc i nieb
*Noc sylwestrowa* Serce męczy się pochylone nad swym losem spętanym gwiaździste niebo ledwo przynosi rozluźnienie jego więzów serce łka w sylwestrową noc nic zmienić już nie może nic nie zmieniło i chyba nie zmieni nawet, jeśli samo zmieni się w cnotę lub grzech w trój jedni zawieszone – siebie, jej i miłości cierpi, cierpiało, wycierpieć musi skutki zjednoczenia z galaktyką nieznaną ot prawda, gwiazdy nie uwolnią od uczuć i marzeń marzenia nie uwolnią z teraźniejszych kajdan noc ostatnia to ich nieubłagany kat gwiazdy, serce i żal
*Reinkarnacja rozkoszy samej*
Od do idę przez śnieg, tonę w tym śniegu
płatki różnoramienne wciąż padają
zastygającą ciszą na moją głowę katedralną
zamarzam jak witraż biały, przez który prześwieca tęcza
w kolorach siedmiu, a raczej odcieniach szarości pleśń
tęcza duszy wędrującej przez cmentarze dogmatów
hipopotamy północy, ibis obcy, krokodyl Nachodki taki słodki
i mini smok z Nostromo Sodomy
niosę jajo Morza Martwego unicestwione w soli i asfalcie
jajo, które umarło w człowieku, kiedy spoczął pod dębami Mamre
jakim byłem jeszcze rano, kim byłem, Abrahamem?
przechodzę przez bramę zimy, którą wzbudzono wirtualnie,
by odżyła reinkarnacją rozkoszy samej zastępując wszelkie czułości
nazywane onegdaj ogniskiem miłości żywotnej
od do idę przez śnieg, padam weń i zastygam na chwilę, lecz powstaję
nie chcę się poddać niewoli
nie chcę się poddać niewoli tej zdrady
*Drąg fyzykalny* Drąg fyzykalny i grówniane nożyce dorzucone do pogrzebacza fynansowego tak sobie to leży na złomu kupie jak niegdyś pobitewne, popowstańcze aruże ale dzisiaj już nikt nie powie – to w Polsce, czyli nigdzie! oto ja, który zakupiłem maszt ogrodowy właśnie na pudełku napis – produkt typu Germany w Wuhan zdjełany ustawiłem i zawiesiłem na nim wimpel w barwach polskich niech powiewa nad dziedziną Polaka właściciela kupy złomu post.., post.., post…, post… oto ja, stoję pod nim z włosem sczochranem Polak żywy i wciąż niemartwy moja dziedzina oblewana jest Morzem niezłowrogim i gościnnym zapraszam do się orły, orłosępy, orliki wszelkie wirtualne i nie tylko nie czerwone
*Zżęte kłosy kolejnego roku* Zżęte kłosy kolejnego roku w mumie zmienione wczorajsze dni nic żywego tu nie znajdziesz w noc sylwestrową kabaret ukraińsko-śląski wypowie ostatnie kwestie w języku kaszubskim do górali w Kruszynianach z piedestału Światowida komercji – i tyle owce przewag i strat postrzyżone w Ełku kot ogaca jeszcze zapomniany dach kogut pieje w Lubaniu po organowych koncertach Jaksa panicznie bije ostatniego denara północy denar płacze jak żywy brakteat południa niewczesny motocykl księżyca rozjeżdża ślimaka miłości nienadążającego za gwiazdą przyszłości – motocykl na gąsienicach jest Lublin w Stoczku i na Wawelu Wawer za późno na snopy wymłócono wszystko w trakcie – całorocznych żniw osobowych jak świt powiecza teatr jest narodowy na rynków prawdziwych scenach aktorów światła brak
*Oczy i serca splątane* W jej zachowaniu niecodziennym odczytałem kierunek marszruty moich ocznych gałek kiedyś były pełne wyrazu plemiennego krajowego wielkopolskiego jakieś takie były mrugające czerwienią zielenią pulsujące światłem zwykle dobrych, ale i przeciwnych zamiarów ożywcze w swej lapidarności przekazu dla komsomolskich maszkaronów kultury teraz kurczowo uchwyciły się jej błękitu moje gałki oczne nazwane przez nią: „och, jaki ty jesteś dobry” z powodu napisu wewnątrz za nią pomaszerowały w mundurach na kurhan, wzgórze, jakiś wierzchołek Nebo samych górnolotności chyba zmienią się już jutro w kosmiczne statki od wtedy przecież szykują się startu jak gdyby choć niebieski stał się dominujący to nie pulsuje w nich zerkających jest tylko rozbłyskiem jedynym ciągłym a wzrok mój wszystek sam jest poza nimi już jest cały w niej jak cel i oto zaczęły się lekcje tanga Chagalla na niebie karminowym oczy i serca splątane tańczą przytulone do siebie obejmują się czule, wypełniają sobą, lewitują nad horyzontem omdlałym to już ta jednia, to uniesienie do gwiazd wyczekiwane skrzydlata pieczęć przełomu epok, roku, dnia, godziny, sekundy … życia zrywu? czy wielokolorowy fajerwerk nad nekropolią uczuć?
*Kamień filozoficzny nowej ery* Skorzystaj z ciągłego odlotu samolotów wszystkie jak na komendę odrywają się od ziemi unoszą się w górę i lecą w jednym kierunku jakby gnane popędem w istnienie wpisanym, zewem wędrówki a przecież ludzką ręką kierowane zdalnie skorzystaj z lotnych czasów skorzystaj z tarasu widokowego nowej ery skorzystaj z tych dziwów maszyn kto konkretnie kieruje tym skoordynowanym odlotem? a kto twoimi wizjami na wysokościach? czyżby antyczarnoksiężnik z Florencji – Savonarola Dominikanin rozpalony nadto nienawiścią do złota albo ten, co zamieniał ptaki w samoloty – Leonardo co zamienił twoje wszystkie wizje w obrazy albo Michał ten, co zmienia wciąż skały w dusze czyste i rzeźbi sumienia patrz na odlatujące samoloty lat i zmieniaj słów ołów w złoto jak puch jak oni ołów, mosiądz, oto zachód słońca a ty jesteś kontrolerem lotów zbywcą słońc po zmierzchu tych, z których wyłoniły się czyste złote dusze rozpięte na sztalugach nieba dusze z renesansu przestworzy sam jesteś dziś w nich kamieniem filozoficznym
*Jaguar i aligator* Usłyszałem przeciągły ryk w górskich dolinach rozlegający się, rozpełzający, rozbudzający, gromki jak siedmiu Aniołów trąby a potem nagle zobaczyłem jaguara wspinającego się ciężko po ostrych skałach prawie pionowej ściany dumnego Matterhorn jaguar dźwigał w górę aligatora cielsko w zaciśniętych jak imadło szczękach. Wycie dzikiego kota wciąż rozbrzmiewało gdzieś z daleka jak fanfar echo, gdy jaguar powoli wdrapywał się na sam szczyt wreszcie stanął na nim i upuścił aligatora ze zmiażdżoną czaszką. Nadrealistyczne kształty i kolory wchłonęły mnie patrzącego sprawiły, że stanąłem obok niego i odetchnąłem z ulgą bezpieczny w niewidzialnym słowie: kres, które trwało zawieszone w zmrożonym powietrzu jak niemilknący głos nieujarzmionej potęgi niezwyciężonej siły natury.
*Pusty dom* Samotny, pusty dom firanki w oknach ale światło w żadnym się nie pali codziennie go widzę codziennie go mijam myślą, wzrokiem, pamięcią nowoczesny, pusty dom a z tyłu w ogródku jabłoń rozrośnięta, zdziczała, równie samotna z zamarzniętymi owocami na gałęziach samotny, pusty dom dom, w którym nikt nie mieszka od lat dom pośrodku mojej piersi dom, który tkwi w niej jak bagnet zamiast ludzkiego serca ożywianego miłością oścień, oszczep, pocisk w mojej piersi zatopiony głęboko choć właściwie odczuwam go gdzieś pomiędzy sercem a głową pomiędzy myślą a uczuciem pomiędzy wspomnieniem a rzeczywistością pomiędzy jawą a snem pomiędzy życiem a śmiercią dom, który zbudowałem tylko dla ciebie samotny, pusty dom bez ciebie
*Podniesienie* Termojądrowa reakcja rozpadu i syntezy przechodzę przez sam środek gwiazdy staję się bratem neutronów przenikam sobą bozon, kwark, atom w czasie rzeczywistym – podniesienia czas otwieram i zamykam i nie znikam
*W jej ramach* Oprawiła mnie w swoje ramy stoję w oknie zadumany w niej jak model obok w wielkich donicach rosną kaktusy jej myślą przeniesione z pustyni w Arizonie na podwórko starego Lublina. Ona ma smutne oczy bardzo przeżyła ostatnią katastrofę stacji kosmicznej ja posmutniały Stańczyk w katedrze wawelskiej pod balaskami jak dworak stary koń (zimnokrwisty) ja spętany niebem mały konik (narowisty) marzenia – obok okna pod parapetem. Co robisz? – zapytała kocham cię w twoich ramach – odrzekłem i zmieniłem się (dla niej) w jednorożca z długą siwą grzywą (bardziej Garbusek, taki gaduła konik zaczarowany) przy pełni księżyca w środku nocy, która spłynęła z żaluzji niespodziewanie, by powtórzyć jej słowa: och, ty mój zmysłowy symbolu, ty mój mężczyzno idealny, choć i pocałuj. Wyszedłem z obrazu przekroczyłem te jej ramy (w końcu) och, jakże rozpalone (w naszej pustyni słońcu)
*Pędząca lokomotywa bez maszynisty* Pędząca lokomotywa chce się zmierzyć z tobą ona nie jest ani czarna, ani czerwona, ani tęczowa ona jest po prostu szara grają surmy propagandy głośniej niż jej mechanizmy, gdy toczy się z lejkiem komina i sukienką pługa z przodu przez prerię duchowej poniewierki Wschodu olbrzymia lokomotywa klekocząca wjeżdżająca na stację w Bydgoszczy o północy albo mniejsza jej krewniaczka wyjeżdżająca bladym świtem z bieszczadzkiej Balnicy prycha, grucha, podzwania, by rano po rosie peronów kwietnych dopaść skowronka wolności już wdeptanego w ślad kopyta kopyta bodajże oswojonego zwierzęcia – systemowego kłamstwa nobliści namawiają cię – opisz lokomotywę tak jak Homer tarczę Achillesa odtworzyłem więc na YT filmik z lokomotywą uciekającą bez maszynisty i gdy przypomniałem sobie pieśń Iana Scotta Andersona zrozumiałem, że to moje polskie, zbuntowane serce z Sandomierza, Gorlic z Jarocina, Mielca z Trzebiatowa, Lubania z Babich Dołów, Szubina moje serce uciekające przed atomową torpedą komunizmu to galopujący mustang Zachodu buchający parą z pyska
*Wizje w kwiatach dobra* Zaniedbane populacje nowych aniołów pojawiające się jak zaginione klany, szczepy, plemiona w twoich monsunowych snach skażonych nadlatują machając skrzydłami bez piór lub szybując po cichu jakby na lotniach z woskowego papieru wdzierają się w twoje sny, gdzie już kochany jednorożec zmienia się w znienawidzone zwierzę kryminału Wschodu tantawy tautang tantany łantany ła tam majaki to kwiaty zła po cóż czytałeś Poego i Baudelaire`a? w Księdze umarłych notowałeś formuły Trismegistosa patrząc na rękę piszącą po ścianie karceru albo gazowej komory lepiej bądź drewnianym domkiem jak fińska sauna nad kryształowym fiordem lofotowym chłodnych myśli przywitaj jak malstrom zastygłe anioły ich te zwichrzone, sponiewierane i głodne lecz zdrowe i czyste cywilizację aniołów przywróć wśród gęstych lasów ostatnich, w których ukryłeś się przed nietoperzami pustynniejącej jawy akant żywy zamiast rogu gwiazdy prawdziwe zamiast głowy węża dziecka sen zamiast starczych symboli litość artysty zamiast przekory sztuki lotne zwykłe wizerunki duchów zamiast błoniastych spadochroniarzy kosmosu tam wizje w kwiatach dobra tam ty
*Warkocz Bereniki* Można wymienić liczne jej stroje zawsze niesamowite pobudzające wyobraźnię można jak modlitwę powtarzać – cudowna panienka jest Ziemianką Niebiańską cudowna panienko, Ziemianko cielesna twoje stroje jak nazwy, imiona, znaki, ikony niespotykanie czułe w kolorystyce serca, w kolorystyce dobra cudowna panienko, Ziemianko Gwiezdna dotknij mnie choć raz swoimi gwiazdami oczu swoimi mgławicami pełnymi galaktycznych łez swoimi warkoczami komet opleć Bereniko młodości mojej nieba nocnego ciężko dojrzewającego nad ranem można tak egzaltująco szlochać ze szczęścia wypatrując w samo południe nadwyrężając wzrok ale niesamowite wizje w duchu łaknienia przeszywają niż światło mocniej w ostoi, co jest jak spektrum płci nadanej ostoi zwróconego człowieczeństwa w wolności ogrodach
*W Kingi krużgankach* Zaszłości pienińskie zatarte wstydliwości panieńskie ostatnie ni mrugnąć okiem ni rzucić spojrzenie ukradkiem nad przełomem Dunajca w górę na zamek znów w Kingi krużgankach stąpasz jakbyś je widział z Montelupich Czerwonego Klasztoru wyjęte żywcem patrzysz znów jak Tatar na wszystko a nie Klaryska ogarnij się zanim wdrapiesz się na mury i skoczysz z wieży w wir spraw leci już twój wczorajszy posąg na lotni nad przełomem wezbranego mętnego Dunajca leci i jakaś strzała współczesnego Pohańca przerywasz hejnał strachliwie czas znów po ratunek udać się do Sącza
*Sięgnąć na stoły sztuk* Najogólniejsze szczątkowe wernisaże zamkowych przypadłości kumulatywnie zsuniętych beznadziejności stoków świadczących o wyniosłościach halabardami strzeżonych umocowań w świecie wasalnym i nieciągłym książęcym ale wskazując niepodległości krajobrazów w okruchach takich jak sanie łuna igła świerk sowa blanka rów zdeptane wklęsłościami aparycji Świtezianek ubóstwa przywiezionych w to miejsce wywrotką marki Stayer popychanej spychaczem wielkości tychże magnatów zasiadających po prawicy zboża i mleka, gdyż wina nie ma jeszcze na rynkach a starożytności nieznane wciąż w komórkach jakichś czynów podległych na żniwne, szewskie, czyli plebejskie czasy zapatrzonych jak skorupy na garnek garnek to iście jak urna zachęty w liściach ukryty laurowych by upodleni wykluczeni niedomknięci mogli wyjść pod tamą cielesności i sięgnąć na stoły gdzie spiętrzono dobra sztuk rozproszonych niegdyś
*Sztuki sierpem i młotem* Jedź, czym prędzej oddal się szybko wierzchem z Hesperyd sadu, gdy już wszystkie jabłka spadną będziesz musiał zostać dmuchawcem na pustyni klubów jazzowych, gdy wokół policzki Gillespiego rozdęte płyń, czym prędzej żółtą łodzią podwodną pod mostem w Frisco wynurz się wewnątrz kuli zwanej koncertową muszlą w połowie Beatles, w połowie Stones zanim skrzydła poniosą cię w górę ku sklepieniom ostatnich muzycznych fraz i potem zamiast Ob-La-Di Ob-La-Da zagrasz Sympathy For .. leć, czym prędzej rześki, jesienny jak żuraw origami nad Himalajami w głębinie duszy Pan Samochodzik a na zewnątrz ksiądz ptak symbol tylko, nie anioł wieczności jedź, czym prędzej skróć pieszo drogę ostatnich dni przez Dolinę Śmierci do Raju zniewolonych w Las Vegas leć dalej, czym prędzej nocą nad weselnymi kaktusami Meksyku by zostać w połowie żelaznym motylem, w połowie Trockiego ćmą w Forkidę przekutą przez Fridę Khalo sztuki sierpem i młotem
*Posłuj lżej* Kulajże kulaj ulaj ale cnoty nie udaj pośle mniejszościowo zły syzyfuj symoniuj syp obłędnie naprawiony robocie ciszy humanoidalnej gęsi leśna gęśluj mnogi dyrektorze w gaciach peerelu powrósłami przepasany moskwy na niby gościuj gościu ści mężny pięknobracie TV ze sztalugami świata wartymi milion i pędzlem z dzielnicy za dychę wróżaj wróżni róż gdyby nawet opadły mowy uwiędłe w wygłupach clipów zdobędziesz piedestał zgrzytu zgryzot nieprzyjaciela nie sięgniesz i tak jednym haustem przyjaciela spijesz do dna lepiej posłuj lżej nie wisłuj lże nie wroguj dla wyraju aj waj
*Krew pada* Gdyby wielokrotny człowiek padał z nieba ale by było, co nie? a tu padają parasole, itp. jak koty przysłowiowe krew pada jak gdyby do góry nogami i wątpia zalewa ale jest niesurrealistyczna jak człowiek ścięty głowy wyrastają z ziemi po prostu jak kapusty a tu śmierć horyzontem jeno jest nie zającem skaczącem
*Lęk przeinaczony* Przeinaczony lęk karykaturalny ucieka w roztropne czuwania nad jej twarzą zadziwiony w oczach jej smutek jak mój unicestwiany, gdy konkrety horyzontów minionych zamykają się jeszcze w ciszy w słowach, które nie brzmią już tak samo a lęk i taki jak przed spotkaniem z nieznanym z pustką z dnia na dzień z sobą u wezgłowia góry zbyt wielkiej z nią przy duszy wodospadzie natury miłości miłości natury jej smutek, czy mój? – piedestał w przededniu spotkania z rozstaniem lęk przeinaczony jak pogromca fałszywych przewag stawiasz pomnik medialny z ciał pomordowanych zwierząt słów, które dały materiał na futerał dla serc umarłych ty garbarz lęku wyprawiasz zabite chwile a ona milknie jak zwierzęta skazane od teraz na byty w ludziach na zawsze
*Spod grobów ludzi nieznanych*
Skostniałe napoleońskie prawo rodzinne
jak mgła każdej rewolucji prawo mętne smętne
albo raczej jak różowa martwa ośmiornica na Placu de la Concorde,
miałki niewielki zakątek piaszczystych konkluzji
antykobiecych niejakiego Robespierre,
ogrodu wymiotnej wyobraźni wyroki na lilie białe,
opłacanym i utrzymywanym przez orgiastycznych bluesmanów
z buszu szwajcarskiego nakazane szarpania z dobrem
na manifestacjach pro-life jeszcze w dwudziestym pierwszym wieku
krzyczących – niech się niesie Luwr echem na falach eteru
wieków głuchych starożytnością modernistycznych,
ale koła kata historii symbolizują
na spowiedników dworcach takich jak Pere-Lachaise
tylko machiny czasu straconego bezpowrotnie na czekanie rozkoszy.
Zamknij nową Bastylię kokot światowego Baala – Franciszku z Mont Louis
(uwolnią zapewne z niej znowu szaleńców, fałszerzy i kazirodców)
w imię sprawiedliwości księgi i prawa do życia
nieudziwnionego nawet w Bateau-Lavoir
w przyszłość nowych krystalicznych światów równouprawnionych
z żołnierzami słowa i malarzami wyrusz wreszcie
spod grobów ludzi nieznanych gwieździście
*Krasnale nierozpoznane* Skorzystaj ze skostniałych naigrawań losowo wybranych krasnali z naszości i obcości w kumulatywnie rosnących oczekiwaniach na niezdolności do pokazywania elementów klimatycznie skrajnych w naszości i obcości skrępuj duszne lata olbrzymów niechcianych przez centra kinowe wyrywające się przed sprzedaż hamburgerów godząc w centra handlowo-gastronomiczne zausznicy średniowygadanych pozorantów pomnikowości rozpierzchną się w ogóle nie patrząc na nic ani nie wzywając pomocy od demiurgów cichnących w niszach Alei Piątej o trzeciej trzydzieści po zmierzchu boga Sorosa gdy kwiaty wezwą kogoś do pokutowania w losu chaosie chyba niebieskie ptaki albo czerwone słonie wtedy naszość i obcość zmienią się w coś, co przypomina olbrzymie krasnale dzisiaj krasnale rozpoznane i nierozpoznane
*Solowy występ* Zewnętrznie solowy występ wydawał się całkiem dobry do czasu jak na warunki panujące na scenie i widowni oczywiście nobliwej bomba spadła po chwili uderzył w klawisze niezbyt płynnie korciło go, naoglądał się koncertów Cecila w Ornecie nasłuchał dodekafonii w Wiedniu uderzył zbyt śmiało, złamał palec bomba uświadomienia spadła jak we włoskim filmie Droga jak wiadomo powszechnie, kinie nowej realności wewnątrz gotował się i ściskał jak pięść chciał zawsze ją podnieść nad głowy chciał podłym zgotować egzekucję dźwiękową zgotował potem żałował choć sporadyczne oklaski okazały się doceniać reżyserię i kurtynę artysta zemdlał ściśnięty buntem nazbyt po wykonaniu koncertu dziecka nocy Walpurgii to uderzenie w klawisze nauczyło go pokory wobec fizyki przyrody zewnętrznie bladość wszelka wyglądała na matni purpurę i vice versa takie to bywają mistyfikacje artysta okazał się tęczą jedynie tęczą przed burzą aczkolwiek dobre i to, ktoś powiedział, może Didi skandal – z jaskółki zlatując, odkrzyknął Gogo klap klap klap – taki był finał*W Kingi krużgankach* Zaszłości pienińskie zatarte wstydliwości panieńskie ostatnie ni mrugnąć okiem ni rzucić spojrzenie ukradkiem nad przełomem Dunajca w górę na zamek znów w Kingi krużgankach stąpasz jakbyś je widział z Montelupich Czerwonego Klasztoru wyjęte żywcem patrzysz znów jak Tatar na wszystko a nie Klaryska ogarnij się zanim wdrapiesz się na mury i skoczysz z wieży w wir spraw leci już twój wczorajszy posąg na lotni nad przełomem wezbranego mętnego Dunajca leci i jakaś strzała współczesnego Pohańca przerywasz hejnał strachliwie czas znów po ratunek udać się do Sącza*Solowy występ* Zewnętrznie solowy występ wydawał się całkiem dobry do czasu jak na warunki panujące na scenie i widowni oczywiście nobliwej bomba spadła po chwili uderzył w klawisze niezbyt płynnie korciło go, naoglądał się koncertów Cecila w Ornecie nasłuchał dodekafonii w Wiedniu uderzył zbyt śmiało, złamał palec bomba uświadomienia spadła jak we włoskim filmie Droga jak wiadomo powszechnie, kinie nowej realności wewnątrz gotował się i ściskał jak pięść chciał zawsze ją podnieść nad głowy chciał podłym zgotować egzekucję dźwiękową zgotował potem żałował choć sporadyczne oklaski okazały się doceniać reżyserię i kurtynę artysta zemdlał ściśnięty buntem nazbyt po wykonaniu koncertu dziecka nocy Walpurgii to uderzenie w klawisze nauczyło go pokory wobec fizyki przyrody zewnętrznie bladość wszelka wyglądała na matni purpurę i vice versa takie to bywają mistyfikacje artysta okazał się tęczą jedynie tęczą przed burzą aczkolwiek dobre i to, ktoś powiedział, może Didi skandal – z jaskółki zlatując, odkrzyknął Gogo klap klap klap – taki był finał
*Na Prudach i Łubiance* Tak twierdzisz – widok twojego księżyca jest piękny a pamiętasz ile księżyca było u Bułhakowa? trudno cię zrozumieć w zachwycie wczoraj skradłaś mi pocałunek w środku nocy zdziwienie i poirytowanie, olśnienie i zapomnienie ani ty Małgorzato nie znasz mnie w pełni ani ja nie znam twojego księżyca w nowiu nie jestem z tych najgorszych ciał niebieskich ale unikaj lepiej światła zbyt intymnego szczególnie wczesną wiosną, byś nie musiała pisać pamiętników, by je potem palić, by ze złem paktować, aby je znów odzyskać nie całuj mnie nocą, gdy gwiazdy migocą a psy szczekają na bezdomnych, zniewolonych literatów, jakim ja jestem obok ciebie nie całuj mnie Małgorzato w ciemności nie znasz i mnie i ich wcale nie zaproszą cię już nigdy do Moskwy na bale księżyca tam nie ma i słońca prawdy i cienia eukaliptusy rosną dziwne kołyszą się misie komisarze na każdym na Prudach, na Arbacie, na Łubiance a ja śpię i się uśmiecham i tak, przez sen bez pocałunku śmierci w Polsce – Wschodu Itace
*Tamy na zalew* Zalew miłosierny tamy bogobojne schemat świat schemat do schemat góry schemat nogami zalew miłosny tamy emocjonalne strzał w dzień strzał dziesiątkę strzał och zalew cudowny tamy w arcydziełach dobra po zupełnym uciszeniu nagle mocy nagle tego nagle świata nagle w stwarzaniu siebie niemożliwym aksjologicznie zalew myśli tamy boskie po jutra po zła po kres tamy co szcz sił ęśliw w nogach do ość mety niedość
*Odnowa języka* Niewiele się namyślając wkroczył w odwieczne ostępy języka nowomów dyktatora odkrył prehistoryczne języki i pisma klinowe (pozaklasowe) i pierwsze stenogramy myśli nieuczciwych pod ławką te skróty zbrodni, te symbole wypaczeń, ten swąd z paleniska belferskiego piekła podszedł do sarkofagu historii bezbożnej i włożył rękę pod poduszkę mumii swobody namacał przycisk, nacisnął coś – błysk, grzmot Prometeusz oświaty pogan odpadł od ściany odcięty to nie był Kaukaz, to już było socjalizmu K-2 namówił Skarabeusza żeby mu pomógł wyjść z sarkofagu prawdy a ten raz dwa trzy, naszkicował plan pozbądź się mumii ibisa, kompromisu zdrajcy – doradził skąd skorupki, bandaże, skąd to w tajnym ichnim NSA termowizja języka wystarczyła Adam Eden Ezaw zew cześć dym skrót do Marsa Marksa Monza Firenza słono zapłacił za pismo nowe, styl słodki język uchwycił linę życia zakręconą jak lasso nostryfikacja dyplomu notariusza dobrej miłości Homer z Ur, profesor Platon z Pasadeny i wreszcie Alighieri odnowy
OLYM
*Gołębie milczące* Ale żeby tak nagle powiedzieć – sprostam, na pewno sprostam?! szepnął gołębiom wtedy milczącym za dach krach wy nas wszystkich nacie mm ma za myśliwych – dopowiedział jastrząb nocny się mocujący z nimi ale nawet nie znalazłbyś siebie w takiej sytuacji nawet nie, w kartonach na granicy światów a już zamurowano ptaka niewinnego lotnego chyba to Picasso albo ktoś z tych kręgów politeizacja po pokoju socjalizacja pop koju ateizacja s pokoju graffiti na ścianie układnego warszawskiego pokoju papierowe gołąbki na patykach w pochodzie codzienności i w gołębnika ch głębi komuniści zaczęli odliczanie po po ko ju po ko ju i buuuum prawie Kukliński to przerwał – sprostał bo inaczej bylibyśmy jak te kubistyczne płótna w Guernice tkane zawieszone na galerii galerach krzywych wież Moskwy Amerykanie je namalowali sprayem swoim i opatrzyli podpisami: byłem, zrozumiałem, zwyciężyłem wracam do Maryland z Picassem Syrenką jestem murem za nim za murem już bo wart miliony Polaków dusz żywy ch nie umarły ch
*Zero przypadek a jedynka* Złożona sprawa, zawikłany problem niesiona wiatrem rewolucyjna pieśń ewolucji zakutana w jedno słowo: przypadek pulsar przypadek a kwant pierwiastek przypadek a aminokwas błoto przypadek a dusza niewiasta przypadek a żebro jabłko przypadek a wąż rylec przypadek a znak zero przypadek a jedynka płonący przypadek a krzak kamień przypadek a stal maszyna przypadek a wojna rzeź przypadek a imperium tolerancja przypadek a fraternia współpraca przypadek a selenonautyka zniesienie aluwialnych przemocy (zdarzeń) nurtów słusznych i nieprzekraczająco jednoznacznych (w aktach) może wpłynąć na ukształtowanie powierzchni od mózgu poczynając rewolucyjna pieśń ewolucji zero jeden zero mgła zero jeden zero trzask zero jeden zero zła zero jeden zero łza zero jeden zero idea totalitaryzm stworzenia jednego jedynego zasłaniającego się światłem nieś puść nieś puść nieś puść nieś rozbij jak jajko (świata-serca) uśmiech uśmiech śmieć grzech nadzieja przypadkowo ja śnij w niej nie wiadomo co śmiej ja śmiej a resztaaa
*Na widelcu języka* Na widelcu języka nabity człowiek oto opieka się go nad płomieniem spirytusowa lampka w laboratorium to może i lepiej cóż, jeśli to rozżarzone węgle podkręconego grilla to gorzej dla niego w biesiadzie lecz może być to ogień czyśćca ludzkiego przegranych w wyborach albo demokratyczny żar piekła sądu skorupkowego ty jesteś i widelcem i ogniem możesz być też tym człowiekiem odpowiednim kęsem dla ognia nieugaszonego zanim cofniesz rękę cofnij język pomyśl byś nie płoną na darmo
*Na środku rzeki tej samej*
Zadłużony cygański baron Staffa
wypowiedział wojnę przyrodniemu bratu
na przedmieściach Łodzi
brat przybył spod Sącza gotowy na tytuł królewski
ale ruscy możnowładcy zabronili roszad i koronowań
zmiana się nie odbyła jak wtedy, gdy
Gomułka oślepł na widok Gierka
jakby widział go w KaCe raz ostatni odszedł nad Cedron
po tym jak czkał słowami Stalina Chruszczow
nie wiedząc czemu i udawał, że nie zna Jeżowa, Jagody i Berii już odmieniony
albo jak potem, gdy niedzielny Tusk był ogrodnikiem podzielonego Jaruzela
w klaustrofobię generujących ogrodach
gdzie posągi Arytmetyki i Abramowicza wymienili na Adamowicza
a na półkach w chłodniach wschodnich
sotnie z terakoty ustawiał od niechcenia
aż wziął do ręki figurkę Kaczyńskiego – ojca rzeki, księgi i ziaren
poddał uwadze Politbiuru słowa jego współrządne,
który rozmawiał ongiś na kosmodromie z żupanem Putinem
zadłużony Putin był już po rozmowach z lwowskimi banksterami
obwołali go wkrótce baronem cygańskim w Wiedniu
doszło do okropnej pomyłki związanej z kolejną zamianą miejsc prorockich
i Żydzi do dzisiaj tkwią w tym błędzie
chociaż Cyganie już wyjechali do Anglii
z łodzi nie wszyscy nasi wyskoczyli jednak
na środku rzeki tej samej
*Niepotrzebne starcie* Zgoła niepotrzebne starcia lichych nietoperzy z przykucniętymi lwami na jednej z sawann Syberii po zmierzchu we śnie? o nie! legendy i mity Zachodu tam nie dotarły nigdy lodołamaczami starają się zatrzeć ślady po prawdziwych zwierzętach w kraju rad czy nie rad więc po jutrze już zginie tundra? i ci, którzy chcieli ją posiąść? tak, uciekaj stamtąd za koło za umarłych szlak ale wszędzie wojny światów: wołów piżmowych z prekursorami zbijania pieniędzy na piżmie bobrów z przemysłowcami futrzarskimi nowych porządków długie noce zatapiania przez zorze białych niedźwiedzi, bo białe jak morze siłowania się renów z Nieńcami pertraktowania Niemców z gazownikami pogoni Czuwaszy na dzikich konikach za Krasną Armią na saniach starcia petroglifów neolitu z odpadami barbarzyńców 5G leci przekaz o zagładach przez świat jak pierwszy sputnik jak błędna informacja jak militarna deformacja jak rewolucji reformacja na odzew niemowląt i czaszek – baczność! wojna światów: zastałego lodu i nadchodzącego ognia niepotrzebne starcie? a jednak nieuniknione!
*Osobita jazzowa*
Należności za okowitę spod Osobitej
bieżąco wynaturzonych skostniałych znów postenkawudzistów
zostały jak zwykle comiesięcznie osobiście rozliczone
w przededniu nieśmiałych zapowiedzi zniesienia katastralnych obmiarów
piwnic jazzowych Krakowa
tak zaimprowizowanych i zapitych, że hej
góralskie na Krupówkach rozlegające się,
bo przecież już nie hejnał zagrany z ratusza,
i to nie przez starożytnego Muniaka bacę
ale przez nowożytny Jazz Band
Ball juhasów –
to hasło przejścia bram delirium
sklarowanych podpowiedzi, choć lekko zmrożonych, z konfesjonałów
pod ołtarzem Wita
powodujące umniejszenie pitności miodów
w lochach przedzierzgniętych usłyszano echa
zahaczając o wyniesienie innych, niejasnych do końca upadłości
i wad przekupnie milknących nagle strażaków z odległej Ochoty,
zmilczano, że
są są sąsiedzi sądów sędziwie przekupnych
w absolutnym piekle kobiet
osiadli pod parasolami Krakowa
to przyszłe śpiewaczki te kwiaciarki brzemienne
jazzmani obywatelscy teraz to kwarciane wojska
na kwadratowych Prudach Proroczych Huty
żegnaj okowito spod Osobitej
wielożenność i wielodzietność skopiowanych zbędnie primadonn i basów
z varietes Kazimierza będzie od teraz przysłowiowa
w zetknięciu z purytanizmem byłych członków TSA KSU
wstępującymi choćby i do wulgarnych związków szczerej miedzi
na trzeźwo samotni
*Ciemny towarzysz Xi*
Za dużo odosobnień towarzyszu poeto
i nie chodzi o obłędne sprawdzanie procesów starzenia myśli
w karcerach gwiazd dla piękności panującej klasy
lecz o zgubne decyzje wzlotów słów zbyt arbitralnych na planach zbyt szerokich
jasny towarzyszu Xi+ (Persei) w Galaktyce Czułki
bądź pod kasztanem Sołżenicyna pod wieczór
bądź, bo komisarz ludowy i towarzysz obywatel tak chcą
a ich chcenie takiego spotkania to możliwość dekapitacji
spójrz tylko, co stało się z szefem Massolitu
nie tylko ty możesz być ofiarą oleju (słonecznikowego)
lub jego braku na torowisku (tramwajowym)
możesz łuny jak zorze mieć w głowie do końca życia ichnie
jasny towarzyszu Xi- (Alfa Centauri)
towarzyszu bogobojny z Rosstransbudnaturgorodiszczolepia
zbyt wiele tych dni w obłędach dowodowych wątpi
do trzewi przemawiających, a wywołujących odruchy robaczkowe
w głowach towarzyszy ciemnych
bądź pod zegarem na rogu Szpitalnej i Zaginionej
bądź, bo przywódca i sekretarz tak chcą podpisać nową listę
a chcenie ich to prawdopodobieństwo dekapitacji milionów
lecz zważ, że poeta to nie motyl, a motyl to nie tramwaj,
a tramwaj to nie czołg, a czołg to nie głowa supernowa
więc z wiosną nie czołg, a właśnie jakaś głowa
potoczyć się może przez ulice Wszechgwiezdnej Moskwy
oj, najprędzej Xi
*Chmury abstrakcji * Synchroniczne skalkulowane do bólu wyliczenia piętnastu matematyków ciszy zasianej od Cancun do Magadanu zrewolucjonizowały nakładanie mandatów na ministrów hałasu niegdyś niebotyczne sekwoje w Kordylierach umysłu zawyrokowały na Sejmie jakimś o rozliczalności chmur dających się podzielić wędrówka dusz nie jest wędrówką chmur powiedział Drzewiec i wyleciały wszystkie precyzyjnie wedle map gwiezdnych kierowane lotnością umysłów wspierających letargi, gdy Ziemia spała jeszcze a sekwoje niespokojnie drżały nastało skalkulowane dłubanie w jako takiej ciszy eksploratorem wzajemnym niby chcianym, pożądanym ale oklepanym i nudnym w 40ym wieku ewolucji naczyń poważnych i butelek zaliczanych do głośnych uwodzicieli matematyków wyroiły się więc szepczące gwiazdy z gniazd węży a cisza zgasła tuż przed nastaniem ery zaopatrzonych lamp a po nich fatalnie zmumifikowane i nierzucające ani snopów ani cienia ani palenia ani spełnienia chmury abstrakcji bogów
*Kamień filozoficzny nowej ery* Skorzystaj z ciągłego odlotu samolotów wszystkie jak na komendę odrywają się od ziemi unoszą się w górę i lecą w jednym kierunku jakby gnane popędem w istnienie wpisanym, zewem wędrówki a przecież ludzką ręką kierowane zdalnie skorzystaj z lotnych czasów skorzystaj z tarasu widokowego nowej ery skorzystaj z tych dziwów maszyn kto konkretnie kieruje tym skoordynowanym odlotem? a kto twoimi wizjami na wysokościach? czyżby antyczarnoksiężnik z Florencji – Savonarola Dominikanin rozpalony nadto nienawiścią do złota albo ten, co zamieniał ptaki w samoloty – Leonardo co zamienił twoje wszystkie wizje w obrazy albo Michał ten, co zmienia wciąż skały w dusze czyste i rzeźbi sumienia patrz na odlatujące samoloty lat i zmieniaj słów ołów w złoto jak puch jak oni ołów, mosiądz, oto zachód słońca a ty jesteś kontrolerem lotów zbywcą słońc po zmierzchu tych, z których wyłoniły się czyste złote dusze rozpięte na sztalugach nieba dusze z renesansu przestworzy sam jesteś dziś w nich kamieniem filozoficznym
*Jak pogodzić siebie i nas?*
Jak to pogodzić, jak?
jak pogodzić siebie i nas?
uśmiechać się przez całą wieczność
płacząc nad rozstaniem niezbyt udanym
jak mlekiem wczorajszym rozlanym dziś,
gdy jej rozwiane włosy jeszcze nie uległy
rozproszeniu w ducha przestrzeni
w tej obojętnej już próżni, zanim uśmiech zniknął?
czy jej oczy zamglone będą zawsze sprzeczne
ze spojrzeniami nuklearnymi moimi w teraźniejszości?
rozluźniam więc przyczyny, cząsteczkowe przyczyny,
powiązania atomowe odległości psychologicznych
motyli samotności skazanych na nałogi golemów terapeutycznych
jak pogodzić siebie i nas?
jak to pogodzić, jak?
jak to pogodzić z tak czułym jej wchłonięciem
całego mnie i zamknięciem w słoju,
gdy kołaczę w jej sercu i szamoczę się
jak motyl w twierdzy kwiatów obwarowany delikatnością
a ona cała drży na progu mojej ciszy,
która odeszła na zawsze do jej ust?
weszliśmy dziś razem w ludzkości ideę bezustannie rozpraszaną
wjechaliśmy mułem pancernym niewybaczenia do świątyni czasu
jak pogodzić wojnę i śmiech, motyla z czołgiem,
miłość z pustką słów, wreszcie samych siebie i nas?
jak to pogodzić, jak?
*U stóp arki* Znajdź mnie, jeżeli pragniesz zadośćuczynienia, miłosierdzia, ostoi znajdź mnie, jeżeli pragniesz by stado młodych kruków przeszłości przeleciało nad domem dobrej nowiny najmądrzejszych ptaków z wyroczni Apollona upadłej ale myśli onegdaj uroczej politeistycznie
U stóp arki przyszłości, którą zarządza wiatr zmieniający się w gołębicę znajdź mnie, jeżeli chcesz bym podał ci zieloną gałązkę ocalenia już z jedynej Ziemi oczyszczonej wzniesionej wysoko wiecznej ducha ostoi
*Lotni* Nie wiem jak wysoko wzleciał pierwszy anioł Boży i nie wiem jak nisko upadł po słowach: non serviam ludzkość wzlecieć może wyżej i upaść niżej w wolną nieprzymuszoną wolę hokeistów, złodziei i sekretarzy generalnych zrobiony w gołębia wzleciał jak mu się zdawało wyżej cokolwiek niż gołąb, jako taki partner jego lecz ani zrobiony na szaro ani na tęczowo gołębiem nie będzie w upadku aniołem tak, i owszem lecz słowo nie przynależne do niego opuści go jak mniemania zmyślenia odniechcenia w zapewnieniach zdeterminowane fanatyzmem uczuć intelektu, co światło zobaczył nie swoje w sobie choć w nie swoich piórach się iskrzące więc przodujący hokeiści, niezłomni złodzieje i sekretarze generalni są gołąbkami pokoju jednego swojej szarej komórki klatki jedynej i o tej historii niezapomnianej tyle tylko
*Cloaca Maxima Ubu* Są takie lotne scenariusze końskiej propagandy czy chcesz w jednym z nich zaistnieć? pod jaką postacią? wiem, chcesz być Świętoszkiem Moliera i Gavrochem Wiktora ale czy Królem Ubu Polakiem Alfreda chcieć to móc, proszę bardzo scenariusz się pisze, szukaj przebrania ćwicz tembr i mimikę najlepiej na tafli lodowej użyj sopli zamiast zębów wkliknięcia i odprzeciągnięcia, niedotknięcia i poplecenia głosowe to teraz dominuje w technice scenicznej końska propaganda wymaga mocnych scen wulgarnych słów i szybkich pustych mów podwieszę twoją postać wysoko na pasach i powoli będę cię spuszczać do studni życzeń a ty hej tuj hej tuj hej pluj na świętości byś zniknął w diamentach cały czeskich brukselskich jakichś (Cloaca Mxima) scenariusz piszę pisze się pisz się poemat chwalę poe mat gawiedzi pozwalasz na wiele populistom na pohybel z lóż (biorę się za słowo jak za chleb rzeczywiście tak jak księżyc konnicę ludzie znają mnie tylko z jednej jesiennej wśród spadających liści galopującej bez głowy strony) rozkład jazdy Apolinaire`a w scenie ostatniej czasy scenariuszy postrealnych Bukowskiego mijają? Cloaca Maxima będzie zabudowana zaśpiewają – cześć tobie Kato zwany Cenzorem
*Enuma elisz *
Ostatnie namaszczenie planet szykujesz w zakrystii dusz
są dziełami skończonymi, są elokwentne jak bogowie Uruk
te twory miliardów milczących, przemijające
Tiamat ich rodzicielką, a Marduk piastunem, kiedyż ich zagłada
pozostaną tylko po nich oczy, gałki oczne, oczu źrenice
krągłe spojrzenia ku gwiazd przeznaczeniu
wyzwalają ich tęsknoty zaklęte, zastygłe
jesteśmy na drogach planet, my ludzie ich dzieci zabłąkane czasem
bądźmy na pogrzebach meteorów i narodzinach komet celebransami
stańmy na podwyższeniu i płaczmy jak trzeba
z samego tylko kosmicznego wzruszenia
kolebka nie przerosła grobowca przecież,
a może przerosła?
jesteśmy kapłanami i prorokami dla pogańskich galaktycznych dróg
namaśćmy na ostatnią drogę tych przyjaciół niepozornych
te okruchy zrodzone z mitów i łez
na drogę dla machin czasoprzestrzennych, zakręconych w deltach jak my
czyż ujrzą kiedy poród nasz wtóry?
przód słońca takiego jak nasze to ciemna strona wiedzy
nigdy? zapewne nigdy, nigdy nie odkryją naszej wolności
po śmierci!
gdy w górze będziemy..
a one pod zigguratem nieba w dole ciemnym
*Rozchwiany walc* Zdarzyły się niewielkie odchylenia od normy w czasie lotu nad Szwajcarią modułu nowoczesnej stacji kosmicznej nazwanej: „Rilke w Muzot” potem nastąpiło ciągłe zniżanie tegoż i nieuchronny upadek w fale Dunaju obok miejsca gdzie Ivanovici grał Nokturn cis-moll Chopina na pogrzebie Attyli dzisiaj nie odróżnisz precyzyjnych Pieśni Orfeusza od rozchwianego walca wiedeńskiego granego po wielokroć w Linzu i Monachium ani galicyjskich wyrzutków Cesarstwa Austro-Węgierskiego od zwykłych zjadaczy chleba, co to czytają Wyborczą i porzucają wszelkie wybory odchylenia zaczynają się w piaskownicy cywilizacji a kończą na falach eteru i wysokich orbitach – czuj! stary pies szczeka – rozdziobią nas kruki i wrony – silni, zwarci, gotowi – tęcza, pacyfa, kotwica, logotyp Solidarności – które z powyższych jest niewielkim odchyleniem od normy? nie zgadnie już ani Attyla ani Luter ani Mustafa ani Jan Trzeci ani Franz Joseph ani Ivanovici ani Lehar ani Strauss ani Rilke ani Kokoschka ani Kafka ani Hitler ani Orfeusz ale ty jeszcze możesz!
*Elity w kokonach* Zazwyczaj niezbyt eleganckie elity pretendują do rządów wolności gdzie one mogą wszystko a inni nic mogą ścinać królów, bogów i proroków wyrzucać z grobów biskupów i palić relikwie poetów a inni tylko chylić czoła jak cheruby w Babilonie elity nie są złe same w sobie są narzędziem diabolicznym przez swą megalomanię i butę lity krzem przemawia bardziej do ludzi pospolitych marmolada do błędnych rycerzy ambrozja utracjuszy do pseudointelektualnych wariatów i sług księżyc do księcia, który księciem będzie zawsze nigdy królem choćby był z marmuru i spiżu z węgla i stali, z roli i z soli, z kiszek mysich i totemów z twardych ideologii, myśli i definicji światopoglądów elity zawsze służą księciu – to dworacy bezwolni, marionetki mistrza srebrzystobiali udający buntowników krwistych w hegemoniach zbudowanych jak kokony nekrofagi życia w sarkofagach społeczeństwa w formach przetrwalnikowych, gdy trzeba
*Sekret odwieczny* Znikną wasze ślady w stawie gdzie nenufary to liczne śmierci bolesne a księżyce zwielokrotnione w toni to mroczne przepaście nastroju na mostku nad stawem dotykasz ciepłego ramienia najdroższej kobiety i nagle ona zmienia się w mistyczne płótno Moneta a ty w sowę Minerwy co was łączy teraz? tylko noc i jej sekret odwieczny!
*Na zesłaniu* Na zesłaniu anioł mój w moim towarzystwie niech uwielbi nowy kraj zesłaniec na dale zachodni jak tornado nad Grenlandią więc siadaj ze mną dzielny wojaku weteranie do stołu, jaki mam zagrajmy w warcaby zniczami pamięci obsłużmy wieżę audio niech otaczający dźwięk uwielbi dusze nasze dwie wszak ty jesteś duszą samą a ja ciała już nie pragnę zagrajmy razem: słupnicy, mentorzy, eremici zesłani ze słońcem na pątniczą Elbę na piach, na rozgwiazdy złóżmy dąsy nasze grajmy i słuchajmy mórz wiekuistych subtelności pieśni małych czas przyswajajmy kwiaty dźwięków pełnych niech w nas dziwne zakwitną jakże skromną bielizną raju oswajajmy zorze i noce jak rumianki w kolektywnym sporze o pozostałości Grenlandii odwołają nas razem do centrali? i co wtedy, jakie tam plany w kwietnych symfoniach pójdziemy tańcząc obejmujący i obejmowani przez nowy świat?
*Wiek śliski* Wiek gładki, wiek śliski nie do utrzymania w ryzach już lata dwudzieste prawie ale nikt tańczyć kankana nie chce ani budować obozów by skoncentrować obcych obcy mieszkają między naszymi i wciąż ich więcej, więcej, i więcej nawet nasi coraz bardziej obcy nasi dziwni jacyś, zieloni, czerwoni i tacy jacyś szorstcy, nie gładcy i obojętni a wiek, który nikogo nie dotyka wyślizguje się z rąk szybko z oczu i serc umyka
*Oceany błękitu rozchlapanego nad niwą*
Tych kilkanaście słów bladolicych bilardowych
z blednących głów i snów pilotów balickiego lotniska
posrebrzonych klamek kokpitów w bezdusznym schemacie nostalgii
około północnej pustyni Błędowskiej zamierającej w kloszach dmuchawców,
kruchości skaczących z helikoptera nastolatek zdezintegrowanych mentalnie
w nowiu eksperymentalnie emocjonalnym wśród zórz wstępującej dojrzałości,
albo z nawigacyjnie stolikowych wież spadochronowych bliżej Katowic
pod kopułą reaktora nocy
jak chyba ta weselna biesiada do rana na kutrach naprzeciw Wawelu
gdzie ona i ja, gdzie ja, ja zasnąłem na księżycu czarnym
odbijającym się na falującej tafli rzeki równie niewidzialnej z balonu
znajduję tu siostrę miłosierdzia bez bólu
w kitlu białym z ręką drżącą, bladą nade mną
cięcie skalpelem jej chirurga i
dusza uleciała do niej skrzydlatej prawie
poszybowała nad Łęgiem, nad Mogiłą
zawróciła z lilią w dłoni, lilią buntu, lilią Wandy,
jak orzeł zakołowała hen nad Bielanami, nad Skałą, niwą Jury
one oceany błękitu rozchlapanego w naszych spójnych, jasnych tęsknotach
otoczyły nas lekko opadających na łąki tynieckiego poranka,
które są jak stoły bilardowe dla koni białych rycerskich
wyganianych na nie świtem, który nieruchomo zawisa w mgłach
*Meteory mentorów* Zawsze bądź wierny meteorom mentorów a nawet więcej sam bądź meteorem i wyleć innym na spotkanie lotem bezpośrednim, nadciągającym – z ewolucjami zawsze wstępuj z uśmiechem tam gdzie masa i energia to jedno ale ciągle brak szczerych uśmiechów wreszcie rozwiąż równanie Joba – skorupy i gnoju zerwij kaptur i maskę Vadera kluczenie w piątego wymiaru Pampasach pozwala na chwilę odbudować autorytet Lucasa ale potem może być niżej, gorzej, ciemniej czas rozjaśnić twarze Absolwentów i Robinsonów zaproś jakiś meteoryt na ten komers kosmitów wyleć mu na spotkanie a rozedrganą jak światło przebrzmiałych światów cięciwą warg wypowiedz lotu słowa: przepraszam szkoło – szkoda, że to stało się tak szybko
*Nieobrażalne* Niewyrażalne, niewyrażalne piękno jej oczu niewyrażalne, niewyrażalne piękno jej głosu to dobro przyrody całej w ustach, rzęsach, policzkach ta wciągająca przyjemność słuchania burzy, patrzenia na błyskawice a jeszcze burza jej włosów? a jeszcze piorun jej serca? ponad głowami w głównej nawie ludzkości całej i ziemi czułej prezbiterium a ja już wiem wyrażalne, wyrażalne piękno jej serca, wyrażalne w struchlałych kruchtach raju czekam, kiedy wypowie do mnie słowa, które będą człowieczeństwa mottem te myśli wyrażalne, nieobrażalne a ja wam mówię, czekałem na niewyobrażalne w modlitwach i już nie czekam, gdy na nią patrzę a ona ideami mówi do mnie
*Kolec róży* Igła, szpilka, punkt z diabłami czy bez? oś świata niewidzialnego z aniołami czy bez? rozbłysk światła słowa słońca w punkcie zwrotnym bytu jak lot ciągły szpilka sosnowa, igła adaptera, wskazówka zegara choć wewnętrznie sprzeczna z ideą platońską zespolona do cna anioł i diabeł nie mogą być w tym samym miejscu jednocześnie to wiesz punkt, szpilka, igła zaznaczanie obiektów wszelakich kłucie samo w sobie wskaźnik bólu kompas miłości na szczycie wszelkich zawirowań nicości moja dziecinna zabawa przebijająca dorosłych świat oszczepem greckiego wojownika lub grotem strzały Tatanki wypuszczonej ku białym z jeszcze drgającej cięciwy w łuku wodza nad Little Bighorn, howgh kolec róży dzikiej w piaskownicy kropla krwi ratująca życie duchowe dziecka z rąk przedszkolanek rządowych torturujących płaskimi obowiązkami zanim nadejdzie rozbłysk ucieczka ku szczęściu poza rezerwatem czerwonych ku własnej wolności podmiotowej niepowstrzymalności w przestrzeni obcej jak każda siła ciążenia
*Boginio ułud* Biegniesz do moich ud uł m a boginio mił ości pozwalam ci na wszystko w niszach kał uż ach och czytaj: co, kiedy, jak, gdzie: czytaj boginio m a bla bla blasku świec pur pur owych przydajesz im wciąż biegniesz boso po op op kamien nej rosie z książką w ręce do świtu zmierzasz ich z łych by boginio m a ele c mentarza p u szcz ół ud łóws
*Huśtawki na ulicach większych miast* Rozhuśtane emocje zapracowanego deprawatora na południe od kuchni kraju onego zasoby mórz martwych zgłębił imaginacją teraz owoce dziwne wynajduje wyschłych stawów z den zrobił kolebkę nienaszości: weź ser bracie zrób z niego serce weź mężczyznę plagiacie i zrób z niego kobietę jastrzębie sąsiadują w Hezjoda bajkach z ideami Platona a tu nawet nie ma miejsca na miłość szczerą a huśtawki na ulicach miast większych prehistorycznie wynaturzonych jak Orient bez tabliczek jak muchy bez Egiptu władców zacałowane wykrzywione usta w kamiennych wyżłobione ciosach usta grobowe nie nasze podły uśmiech skarabeusza: weź drzewce oderwane od sztandarów grzechu płacz sam, kadź im, torturuj owady śmierci w kolorach indyjskich unurzane jak w pyłach demonicznych wielu walących się na głowę nacji buntu opłacone samoloty chłodnych kalkulacji determinizmu uderzają w nie niespodziewanie jak chłód w słońce zachodź niekiedy na Wschód a dowiesz się jak kołyszą się te piekielne sztandary całe weź stań, uspokój emocje wszystkich deprawowanych przez wieki pozostań taki na zawsze: owoc nasz rajski
*Korium* Korium moje, nasze, wszystkich toż to to samo.. przecież niczym się to nie różni od litej stopy kurzej, na której stoi pałac Niosącego światło korium moje, nasze, wszystkich korium po ostatniej wojnie, rzezi, katastrofie, sąsiedzkiej kłótni korium w kosmosie, planecie, przyrodzie, duszy korium po zmaganiach z klimatem korium jedyne dziedzictwo nasze?
*Aleje niezasłużonych* Skorodowane anioły socjalistycznych erupcji łgarstw skamieniałe loty wszędzie w końcu za parawanami niechcianych cmentarzy doktrynalnych egzekucji transcendencji w atmosferze zwiędłej od zaniechań rozumu będące niezamierzonym odkryciem konfabulujących egzystencjalistów frustratów lekarzy psychologicznych dusz żurnalistów propagandzistów obojnaczych głów obok zewnętrznych katedr dobrze ukrytych śmierci niechciane cmentarze pękają w szwach grobowce w okuciach gwiazd szczerozłotych twarzy a może bardziej księżycowych wizerunków z alei niezasłużonych nieskatalogowanych wciąż morderców siebie samych
*Lećmy dalej lepiej* Światło jest strzałą lecącą za pędzącym Uniwersum, czy ogromnym rozlewającym się oceanem nieskończoność jego przenikającym? nieskończoność jest oceanem czy strzałą? skończoność jest więc mrokiem, głębią, co? a może łukiem? więc napina go ktoś? wiem, czuję, to światło, ta strzała to moja dusza, a ja? a gdzie moja skończoność, no gdzie? w ruchu? w pierwszym czy ciągłym? w pozornym zatrzymaniu? w trwaniu? Lećmy dalej lepiej jak element swojego bytu razem z czyimś Uniwersum szkoda czasu na pytania uchwycimy go i zatrzymamy i tak nawet bez doszukania się sensu
*Harfy ziemi* Strach jest cięciwą, struną, którą potrącasz każdym drgnieniem rzęs każdym spuszczeniem wzroku poszukajmy razem skraju lasu w nas tam jest nowy świat otwarty na innych jak na wiatr drzewa to tylko harfy ziemi zagrajmy na nich kciukiem i wzbudźmy tęskny śpiew w ostępach, matecznikach, gawrach śpiew wolności wszystkiego, co ukrywa się przed śmiercią w sobie samym jak dzikość odwieczna
*Podpora*
Pergola różana niestałych fiksacji frustracji
w alabastrowym ogrodzie Afrodyty
zmieniona nagle w zwykłą podporę wściekłości
spróchniałej ziemianki Berii
*Czyż jest delikatniejsze miejsce?* Tak sobie pomyślałem, odgarnę ten jasny warkocz spleciony cudnie i pocałuję to niesamowite miejsce za uchem, czyż jest delikatniejsze miejsce dla czułych myśli dla uczuć równie alabastrowych, przez które prześwieca słońce z galaktyk nierealności? a co dopiero dla pocałunków! podniosłaś wzrok, twoje oczy spotkały się z moimi na twoim policzku białym pojawił się rumieniec jak płatek róży stworzonej właśnie przez Boga w dniu siódmym czyż jest delikatniejsze miejsce dla czułych myśli i pocałunków? a co dopiero płynących łez! wstałaś, żeby wyjść, żeby ujść z moich ramion wyciągniętych ku tobie zaświeciły nagie usta i oczy ponad falbaną sukienki, w której kielichu ukryłaś miłość kosmiczną czyż jest delikatniejsze miejsce dla czułych myśli, pocałunków i łez? a co dopiero lewitujących w nieważkościach dusz! myślę, że nie
*Sto czwarta Haydna* Tych podłóg i sufitów nie zliczysz na cmentarzu a emocji niechcianych zmuszanych ciągiem liter wyrwanych z kontekstu nie przetrwasz oznajmiająco śpiewają kosy nad krzyżami na twoich boskich cmentarzach zapewne jakaś wiewiórka ruda lub czarna nawet sójka niebieskopióra w szczelinie światła zatopią cię swoim rozkapryszeniem w melancholii powiesz sobie, o o to tylko wietrzyk historii ten kwiat, to żyjątko – to wyjątek usiądziesz ciężko pod krzyżem a jakżeż chciałbyś być jak ten Chrystus z kaplicy Boimów we Lwowie ale nie jesteś jeszcze usiądziesz, wyjmiesz chustkę z rozerwanego, co dopiero opakowania dotkniesz jej rożkiem kącika oka a tam kropla krwi, żadnej łzy co to, to elegijne zakończenie życia uczucia natchnienia myśli anarchii pustki samotności asymilacji anihilacji? – nie, to rozpoczęcie symfonii pierwszym dźwiękiem trąbki może takiej jak w sto czwartej Haydna krwawa pobudka na cmentarzu, ta twoja pobudka jak capstrzyk na cmentarzu kolejnego słońca w zenicie niedotykalnym tobą nad i pod tobą
*My nie doprowadzimy do wojen* My nie doprowadzimy do wojen nie to pokolenie powtarzam to w kółko my nie zaczniemy na nowo zorganizowanych działań destrukcyjnych w Europie już rozgrzanych półcieni jesteśmy zbyt zacofani w myśleniu o prometeizmie heglowskim, co w nawiązaniu do tomistycznych drążeń idei w ciałach wywołał rewolucję społeczną burzowych gniazd wszelakich maskonurów pogodowego balansu skutkiem czego była ta nawała północna długotrwała wędrówka paproci, mamutów, sinic hekatomba kołujących jak smoki pterodaktyli i wolnomyślicieli w zaściankach pretendujących do roli Świątyni Milionów Lat Hatszepsut my to nie oni, ni Kim, ni Hitler, ni Sargon takie ni to ni sio człowieczeństwa, co to raz wpada w groby zaświatów a potem zmartwychwstaje zaraz na życzenie gawiedzi i tak w kółko my nie zbudujemy kontrowersyjnych piramid nad grobami tylko konsekwentne niebieskie pociągi, co przez tysiąclecia przewozić będą frazy Coltrane`a i grafiki użytkowe Miro z Kłaja do Szanghaja po dnie oceanu słabości niskości wesołości i tak w kółko, beznamiętnie bezwojennie dla pokoleń w krainach łagodności
*Dywan w jaskini*
Korzystając z chwil prawdy nie własnych, ze złudzeń nie swoich
odkurzasz sumieniem dywan w jaskini własnej swojej
niebieski rydwan dywan polatywacz marniejący wśród palenisk
nie unosił się dawno w tym labiryncie grot
wylatujący kiedyś ze skarbami błyszczącymi jak słońca
zapadające się i palące tak samo jak grzech
wyprawioną skórę węża przypomina teraz
odkurzenie nie przesądzi o używalności jak polerka o połyskliwości
w głębinie góry, którą zamieszkujesz już bez smoczych samic
eksponatem będzie wyglądającym porządnie aczkolwiek muzealnym
porzucone ślady prehistorii być może starczą na lekcje dwie
przestróg dla szewczyków neandertalczyków zniewieściałych w sobie
siarczyście klnących w żywy kamień wokół na widok tych ściem
*Akceptowalna przewaga*
Moja przewaga dobra i piękna
bez nadmiernej wzniosłości stylu
bez wyniosłości dobrodziejstwa dziedzictwa
to efekt synowskiego wychowania
w objawionych w dzieciństwie bazylikach
przez nie ideologicznego Platona
*Koncertmistrz ciszy* Podjęłaś trud zaniechania kontemplacji swoich zahamowań w trybie dość rozkazującym z wołaczem pośrodku czoła kręcisz głową, sypiesz iskrami z oczu a w ustach schabowy kotlet panierowany robak świętojański nad tobą jak meteor trud się opłacił? opłacono ciebie srebrem pełni? opłacono twoje skłonności do penetracji ciszy w otworze tajlandzkich jaskółek nocy?
Wiem, prześcigam się w małomówności jestem błękitnym w złotej oprawie pociągiem ciaśniejszej na zawołanie swoje niż on a słowa muszą się wyrywać z potrzasków pomruków i sapań żeby zdążyć dopiąć swego w dopowiedzeniach wagonów doczepionych uczuciem aby na statkach burzy łakomej we mnie, co płyną rzekami w korytach bez wody wnętrz nie rzec: odpływam tak, tej burzy jak fajerwerk alienacji wiecznego koncertmistrza ciszy niechcianej zwykle
*Mon Sun*
Są przecież światowe deszcze monsunowe
i deszcze polskie gwałtowne, zbyt oportunistyczne
ja jestem zmiennym medium
wszystkich deszczowych pór Europy pustynniejącej
ostatni las naigrawa się ze mnie,
bo trwa od lat poza Google street
lecz nie mój samochód ani ja
kiedyś, gdy wyrąbią słońcu w twarz drwiący las,
zbudują kolej przez dżunglę nieprzebytą niczym jeszcze
dodam, że dżunglę miejską, jak ta w Ursusie
ja, tak ja, będę spływał po szybie pierwszego wagonu
pierwszej klasy pierwszego pociągu,
w którym ty, tak ty, tak
przemierzać będziesz tam podzwrotnicowy czas pierwszy raz
zobaczysz w końcu te krople, łzy moje
w zamyśle zmienne, użyźniające miłości i leczące serca
i wyszepczesz ledwo słyszalnie – fałsz, oj, fałsz
ha, ha, ha, mon sun
*S i G* Sodoma i Gomora to tylko tom jeden z siedmiu dzieł poszukiwawczych Prousta po zmianie nazwy lub raczej po nazw zamianie Lot i żona Lota będą się pisać z polska: Orfeusz i Eurydyka a pań niezabawne zniknięcie będzie tytułem roznamiętnienia i rozczłonkowania wszystkiego pytanie o S i G i w dzisiejszej dobie pozostaje: dlaczego? – dlaczego, Boże?! odpowiedź pozostaje niezmiennie ta sama: dlatego, że! to oczywiste jak kamień, słup soli, nieposłuszeństwo naturze i w depresji Martwe Morze
*Uczeni w dobie dzisiejszej* Konkludywne protokoły komisji z oględzin opończ kolorowych na rynku pręgierze i wystawione na pośmiewisko ogółu szkielety w klatkach to są artefakty dysput filozofów uniwersyteckich o, nie, to nie mogą być uczeni w dobie dzisiejsze, więc kto? Jakieś halabardy odstawione do lamusa jak młyńskie koła w rzekach piekielne magnitudy rozwodów umysłowych rajców na środku rynku impotencje skazanych na opinie rozgłosowanych gildii niegdyś w śniegach niby niebiańskich kwiatów czerwie deformacji przy pomocy dogmatów ideologów wybrzmiałych fałszywie toporów w podzamczach wbitych w kloce to są artefakty dysput filozofów uniwersyteckich o, nie, to nie mogą być uczeni w dobie dzisiejsze, więc kto? Flamingi jakieś seminaryjne tłoczą się znowu w wąskich szczelinach murów obronnych i baszt bez nadziei na widowisko wstrząsające przekazem mnie wystarczy ścięcie głów niosących światło nieswoje idiotom z dość wielkich szkół niepublicznych pod ratuszem kat docent z bardzo popularnym sędzią bakałarzem dominantem czerni i bieli całym na szaro w tęczowej odsłonie odgrywają tylko dekapitacje w imię jedni kloca-topora wielowiekowe to już pośmiewiska nobilitantów rewolucji wiary zerkających na zamki w górze, w chmurze, we mgle ustawione, no właśnie, nie, o nie, przecież nikt nie wie przez kogo o, nie, to nie mogą być uczeni w dobie dzisiejszej, więc nie wierz w to
*Przeskocz serce* Paruzja a ty co? gdzie Paraklet pytasz? a ty jak na złość w kąpieli lawa grzech roztopione szkło na witraże powódź włosów anielskich, chorągwie święte a ty jak na złość przegryzasz rzodkiewką melona i oliwkę faszerowaną popijasz spleśniały ser tanim winem Paruzja a ty na dachu, na polu, w kądzieli Paraklet, a ty jak na złość na autostradzie pędów ku – miej litość nad sobą odczep wagony i stacje (odczep moduły i statki transportujące) słoneczniki i słońca podejmij decyzję, uładź się, ugładź stań z Boschem do konkurencji w ogrodach Dali niech w dali maluje dla ciebie mrówki jak żyrafy lot przez duże El nad Górą Oliwną wykonaj wypadnij dobrze w dziełach ostatecznych przeskocz, co jest do przeskoczenia, Cedron, Gehennę przepaść odwieczną – serce chwiejne własne i stań w prawdzie
*Wojna z premedytacją*
Zadośćuczynić wystarczy a może nie,
by stworzone dziecko pogardy
przestało bywać na salonach piękności rzadkich ziem
pokazywane na ściankach pomiędzy blokami
na pokazach podszewek i przenicowań mód.
Odpuścić wystarczy a może nie,
by stworzone dziecko pogardy
wyruszyło w świat żebraczy
na ekskluzywnym Kon-tiki z balsy
i pseudo doświadczeń jakichś przyszłych Aborygenów rzadkich ziem,
co to okazują się odkrywcami siebie w słońcu,
by wycofać się na z góry upatrzone pozycje
i ukryć armaty w krzakach.
Ugiąć się przed siłą wystarczy a może nie,
by stworzone dziecko pogardy
przestało machać ręką z trybuny KPZR
po defiladzie bezpieczniaków tuż przed wymazaniem z filmów i fotografii.
Przeczekać akty seksualne bez partnerów
niezbędnych rozdzielnopłciowych wystarczy a może nie,
by dziecko pogardy zostawiwszy uśmiechy i kręcenia główką
na wydmach w Normandii (i w lasach Nadrenii)
pojawiło się zaledwie na globalnych plakatach Hollywood (i czubkach białych liter).
Czy to za mało na wojnę z premedytacją,
wojnę śmiertelnie poważną z nią
słowo pocieszenia przed a nie po
wystarczy a może nie?
*Tetrachordalna chlorotetracyklina*
Zastępy niezdyscyplinowanych czynności
wchodzą po schodach amalgamatowych
pierwszych westchnień ludzkich
dla nieistniejącej ciszy w kadłubowym rozwiązaniu
niewygodnych rozstań z wojną myśli nieczystych
będą mówić o nich pokojowe rozwiązania
zdumiewający kwiat mózgowych eksplantacji
tetrachotomicznych w miejsce tych boleści bezbarwnych
w miejsce śmiercią zaznaczone zakwita i triumfuje emocją
ależ nigdy nie wyda owoców zestawione z apokalipsą artykulacji
niezbadane przymioty jeźdźców będą majaczyć
jak strzępy nazw zupełnym rozwarstwieniem bytów
w takim anturażu nawet dychotomia czasów pierwotnych
i ostatecznych nic znaczyć już nie będzie
a pospolite naręcza uczuć nie będą
tworzyć ikeban, bukietów, kompozycji
na festiwale zwierząt roślinożernych znoszonych
wewnątrz tropikalnych głuszących burz
odnajdzie się splątana lawina marsjańskich łąk,
gdy tylko ktoś wyrzecze słowo: echo
echo pierwocin pierwiosnków echo
koło, dźwignia, lewar duszy, echo
cegła, kamień, żelazo, lewar wiary, echo
niezdyscyplinowani ludzie będą się popisywać czynnościami
*Wemniewstąpienie* Siedziałaś przy stoliku w barze na dworcu w Katowicach w zielonym płaszczu z ciemnoniebieską chustką zawiązaną pod szyją w ręce trzymałaś bukiecik fiołków, którym kiwałaś na boki w oczach odbijało się wnętrze pustoszejącego baru z oczu powoli wypływały łzy siedziałaś na najdalej wysuniętej ławce peronu wrocławskiego dworca prawie na jego skraju poza dachem, który już nie dawał cienia patrzyłaś na zatrzymujący właśnie pociąg z Przemyśla do Świnoujścia w oczach odbijały się otwierane okna wagonów, z których zaczęli się wychylać zaciekawieni podróżni zmierzający nad Bałtyk z oczu powoli wypływały łzy jechałaś w górę schodami ruchomymi na Dworcu Centralnym w Warszawie jak odchodzący Elton John na swym pożegnalnym koncercie otoczona tłumem podróżnych machałaś chustką i krzyczałaś coś do mnie w oczach odbijał się blask nieba, które otwierało się nad tobą i do którego wstępowałaś powoli jak na drabinie Jakuba widziałem cię obok aniołów wchodzących i zstępujących na ziemię z oczu powoli wypływały łzy wciąż cię widzę na tych niekończących się schodach w metrze wciąż wstępujesz bezustannie w wymiar życia wiecznego we mnie i tak będzie dopóki nie zwiędną fiołki fiołki świata wszystkie
*Jak duch oceanów* Wtulona w niezliczone pokłady alg światłoczułych zasypiasz zwolna jak duch oceanów w poblask gwiazd uwięzionych owinięta jak w szal miłości one czują te ułudy snów, co jak nietoperze napadają bezbronnych żeglarzy dnia zechcesz oderwać mdlejący wzrok od rozbłysków świata tonących chwil w falach wielkich miast w niedopowiedzeniach serc umarłych tu na zawsze zmykasz oczy już by lepiej słyszeć je ich ostatnie pomruki z odległości setek kilometrów one jak humbaki zagubione w uczuciach niechcianych wciąż żywych w głębinach czasu uśmiechasz się spojrzeniami skrytymi pod powiekami opadłymi ciężko jak skrzydła manty wyciągniętej na piach w końcu uśmiech zjawia się na ustach jak sen algi kosmiczne wtórują półcieniami półchemicznymi zapachami półiskrami zaczerpniętymi ze słońc nieznanych pogubionych w odmętach rozkołysanych dni jak ty
*Protuberancje w nacji* Synchronizacja wielkich odpływów ku wielkim przestrzeniom ducha zapowiada jedno: możliwe protuberancje społeczne w okolicach depresji nadbrzeżnych nacji wiem, że twoje poglądy są inne niż moje wiem, że podajesz przykład jak depresje wystrzeliły kiedyś ponad pagórki (choć z tyłu głowy masz wybujałą Sodomę, co wpadła w depresję martwego Edenu) że wielkie odpływy są tylko pływami do wykorzystania i pomnażania zasobów energii wiedz jedno, każdy szczyt marzeń zostanie rzucony w morze bez wiary a z depresji niewinnej szczyt też nie wzniesie się sam rzeknij słowo i niech ten Księżyc odwróci swoje oblicze od dnia a przybliży do brzegów nocy zasłoń słońce za dnia a ja zasłonię morze w nocy zobaczymy, kto wygra – czy wiara czy miłość czy inna protuberancja będzie dominantą w nacji?
*Artykułowania* Zakamuflowane w szeptach nadzieje wiekopomnych przeinaczeń błękitu – to tak w skrócie potem nadzieje uziemionych przeliterowań słów do świadomości ze snów a nawet wielowątkowe, bardziej jawne naigrawania z ryzyk: będzie się wiodło lub nie – to tak w skrócie wreszcie jakieś skamlenia na chybił trafił oratorów sepleniących na cokolnych ruinach imperiów w namiotach pustyń ich dosłownie półzwierzęce artykułowania po kobylim mleku na wąsach opadających zastygłym i wreszcie w przemowach okaz motyla, który nie jest zwierzęciem dla wielu tak piękny, gdy usiada na lilii złotogłów – to tak w skrócie o tym, jak ona przemawia do niego a on nie rozumie, że jest poddanym odwiecznej ciszy nie ma nic
*Lamentacje wielorękich dam* Znowu zaczęła się penetracja jaskiń i kanionów w głowie przewielebnego guru monastycznie zdewastowanego przez schizmę uznającą wyłącznie posty i lamentacje wielorękich dam sztuki pozbawionych co prawda atrybutów zewnętrznych litościwie obnażonego Nabuchodonozora wczorajszości jak zwykle niemogących dosięgnąć dzisiejszych złudzeń pobratymców zupełnie bez wiary kołyszących się na gałęziach w takt terkoczących silników kosmicznych pojazdów na parę i wdychających smog powstający, co rusz w niszach nieprzeznaczonych do kontemplacji ale tak wykorzystywanych właśnie przez guru podziwianego za jednorękość zniewalającą po wielokroć odmiennością choć dziwactwem wbijającą do cna w zakamarki grot podwodnych bez tlenu nadziei i wiary, którą miano pogłębiać w głębokościach przedwiecznych a nie rozjaśniać w niszach i na kosmodromach i to zapylonych, zasmrodzonych przez wynajętych biczowników, co z gałęzi spadli nieopatrznie wtedy
*Szukaj odbić* Jeden poziom spadania potem drugi ale wcześniej wyskok po odbiciu od dna chcesz lecieć i lecieć by ostatecznie zawisnąć w firanach rozwieszonych na sekwojach, sykomorach, sekwencjach losu – wszystko jedno nie odbijać się w nieskończoność jak na trampolinie, batucie zawisnąć, zawisnąć – to spoczęcie myśli rozedrganej w nieboskłonnych pasażach lasów monsunowych bytu twojego jej boskie konwergencje tych lotów w nieustannym oczekiwaniu spokoju, odpoczynku, błogości przecież wciąż wyżej się wznosisz po każdym upadku po każdej porażce, porażce błogiej wręcz błogość jej przewyższa odpoczynek ziemski wszelki nie dumaj więc na poziomie sekwoi i teczyn to nie twój los, nie szukaj pajęczyn utuleń lecz odbić nie lian i ochronnej siatki, co przerasta serce ostatni poziom jeszcze
*Szczyt pokory* Zaskarbiłem sobie twoją pomoc pomoc nadeszła niebawem na czas wcale nie odczułem skażenia górami laickimi moich duchowych powinności chociaż odpadłem od ściany powodzenia moja twierdza to mój szczyt (choćby na dnie) zdawało się przezornie dźwigałem ciebie w sobie jak bezpieczeństwa plecak, jak lin wiązkę na wszelki wypadek wypadło odpaść w sobotę, leciałem w niedzielę przypadek wierności sprawił, że usłyszałem jak wzrasta jedna ze skalnic zanim uderzyłem głową o grań zaskarbiona pomoc nadeszła zablokowałaś karabinki, wbiłaś czekan, wyhamowałaś mój upadek kamień skarcenia uniósł się by sięgnąć mego czoła – nie sięgnął ani ten na ziemi już nie sięgnie ani ten lecący w kosmosie bezideowej ciszy jestem już uratowanym przyrodnikiem regli i turni zatraty dojrzałym koneserem odwróconych gór patrzę teraz na mój skarb – szczyt pokory choć nie wiem, kto kogo zaskarbił?
*Chwila zadumy * Zewsząd nadlatują chwile zadumy chwile cherubiny, chwile jak motyle cóż te chwile tu robią? peregrynacja jakaś, migracja motyli w moje światy zaświaty Mahabharaty a jak już odlecą wszystkie, piękne, słodkie, urocze pozostaniesz tylko ty moja jedyna chwilo, moja samotna, najpiękniejsza we łzach, w tęsknocie, w nostalgii jak konwalia i ty, która przysiadłaś zamyślona na polu lawendy czarowna ja ona, jak ona o zapachu życia niezwykłym chwilo mojej miłości
*Tercja w akrylu* Niezagłębiona w akrylu tercja septymowa (lśnienie, muśnięcie pędzla, omsknięcie) – zatracona w pasterstwie improwizacji posłuszeństwo absolutne w czynieniu mgławicowego dobra palcami mistrza, opuszkami pianisty, knykciem rzeźbiarza nut wlewanie sprayem kolorowego wnętrza do płonących żyraf połowieckich (usypywanie z prochu konwulsji konia trojańskiego w Guernice) w strukturze uzyskanej zmarzliny pulsuje tekstura kryształu, za którą odpowiedzialny jest mózg homo habilis lotne uczucia zagłębiają się płytko w skałę, kanwę i pięciolinię potem tak trudno to pojąć, a co dopiero zaśpiewać w kolorach w pewnej odległości od palców demiurgów lęgnie się płaszczyzna podniecenia, co zabiega o larwę sław potem rozrywają jej kokon i ją zaduszają by połknąć (na pożytek imago, gniazda, nacji, fabrykacji) w dotyku zagłębia się impresja tanga owoców obu piersi i szyi pałającej różem jak oba policzki na wernisażu kosmosu to widać w rymach i stakkattachch młotka nagle tubalny głos chóru wzywa kozły do wyjścia penetrator mgły sztuk podnosi batutę, która zmienia się w pędzel naraz – blachy, kotły i balet ludożerców na linach kozły wstają i wychodzą czwórkami dziewczyna w pierwszym rzędzie zagłębia się w własny wiersz płacze łzami na przemian: czerwonymi, różowymi, karminowymi i purpurowymi akryl pokrywa proscenium łagodnie, prawie samoistnie startują w górę w trybie rakiety akordy septymowe – Lu Lu
*Lukullus i ty ziomku* Jak Lukullus miał w swych dobrach swoje śródziemnomorskie uczty, tak ty ziomku dzisiaj oczekujesz wspaniałości domicylu z publicznego języka próżni rodzi się prywatna próżnia ust namiętność ucztowania w mediach zamiast głodu pożaru serc misjonarskich zstępuje z imperium zamkowych restauracji po raz wtóry ucztowanie z koszatkami, jako głównymi daniami zastępuje ratowanie dzieci w zasypanym przez Rosjan syryjskim szpitalu na ile zmieniły się okoliczności? na ile ludzie? nie wiadomo, lecz widać, że wymiotowanie, by znowu móc jeść wciąż w modzie w Onecie tam gdzie uczty celebryckie permanentne a celebryci od rana w autach reklamowych jak Obeliksy tam nędza bezhabitowa żyje bezideowa w habitach głód ma uzasadnienie a w habitatach prowokatorów artystycznych widocznie nie
*Wyrzut dzieciństwa*
Za późno na słowa z sumienia rozesłane?
gdybyś dziewczyno poczuła wcześniej moje imię w sobie
gdybyś zechciała podnieść z podłogi spaloną zapałkę,
którą oświetlałem przed laty twoją zniechęconą twarz
to ja bym ci wybaczył i to,
że nie było cię w dzieciństwa mojego gorzkich snach
sumienie wyrzuciło ci mnie jak pamiętny uraz z boiska,
jak kleks ze szkolnego kałamarza
tego, co eksploduje słowem samym
samemu będąc bezbronnie nietkniętym piórem poematem
jadą już czarne maszyny wtórnego zła
jakżeż w każdej epoce inne, piękniejsze, potężniejsze
te akurat to okładki książek noblistów, zwiastuny filmów zepsutych jak świat
unikaj nietrafionych pocisków zadawnionych zapatrzeń
trzymaj się głębi bezgrzesznego niewyszeptanego nigdy marzenia
powróć wreszcie w moje dzieciństwo rykoszetem
jeden wyrzut sumienia i jeden wyrzut słowa miłosnego –
to jedno?
*Na forach*
Jak już zapewne słyszałeś
to twoje nagozalążkowe owocowanie w każdej pracy
jest popularne na forach społecznościowych gleb
Jak zapewne wiesz
dziecięce kolumnowe bytowanie
na dworcach ciszy państwowo równoległej
i prostopadłej w skalach politycznych
spopularyzowano właśnie węgielnicą i kielnią
i dźwiękonaśladowcze usta twoje
mogą cieszyć się wizerunkiem twarzy
całej umorusanej powściągliwą retoryką
pieśni wewnętrznie spójnych
jak „cały ty” w utworach windowych (na festiwalach schodów i dywanów)
Jak zapewne zrozumiałeś
ważność plotek na twój temat jest jak przemijające polubienia
konieczność paląca chwil
twojej rozłąki ze złym dzieciństwem piaskowym
będzie odkłamana tymczasowo w obwieszczeniu
Generalnego Geoplanisty Gubernialnego byś mógł wreszcie
zapomnieć i nie akceptować
śmierci powszechnej krzykliwej na forach obozów nowych
w każdym zasłyszeniu jedynie
*Parasol nieba* Jesion wysoki jak parasol nieba z listkami, co mnożą się jak liczone banknoty wzniesiony z podmokłych miejskich oczeretów siłą w dwójnasób skleconą naprędce przez skrzydlatego stwora wyrzeźbionego ręką przedludzką w zielonych atomach dziarskości zgórował nad dachem jak komin teraz drzemie we wnętrzu górowania czekając na deszcz deszcz łez i skarg nie ptasich nie motylich, lecz ludzkich bezkrytyczny dla chmur nie będąc dla nich i aniołów ani punktem odniesienia ani zwrotnym ale mnie zawrócić potrafił z horyzontu krańca razem z ostatnim sokołem światła, który zmierzał ku źrenicy oka dla trwania nieczułej dla pędu, wiatru, inercji stającej się bramą życia w pełni przyziemnej miłości
*Jedność sceniczna* Kongenialny do pewnego stopnia jest przekaz mój w swej wręcz zabójczej mimice słów niewypowiedzianych ty stoisz na środku pokoju i już odpowiadasz na nie pocałunkami wysyłanymi w przestrzeń soliptyczną wokół nas sawantów miłości nie dosięgają moich ust spragnionych lecz pochwyciwszy w locie owe słowa pękają zaraz jak mydlane bańki to nasza jedność perfekcyjnie sceniczna Kolombiny i Arlekina
*Blisko granic*
Patrzysz daleko w świat
(zakazany przez najbliższych)
widzisz granice, których nie ma
w mniemaniu wszystkich
lęk, nadwrażliwość, absorpcja zachłanna
zasób lasów w tobie (bezcennych)
zasób rzek, jezior, mórz i oceanów (cennych)
zasób przedmiotów zwanych: martwa natura (bez)
zasób pomników (z) sarkofagów głów
wykutych nędzą samą
– jest ponoć w świecie nieograniczony,
a w tobie?
czelniejesz w oczach ożywionej natury
pokorniejesz w swoich nieruchomiejących
blisko jesteś już świata granic
(zakazanych przez obcych)
*Cierń* Mój w myślach cierń jest moją zasługą będę głodował dla chwały jego bezustnej mój mądrości ząb jest moją naturą będę raczkował z nim dla sławy jako takiej władzy mój wieszcza płaszcz jest moją świętością w połowie będę się dzielił nim z niemym wiatrem strofami zapisanymi klejnotami w koronie jak ból prawdziwy królowej mój ziąb już nie zaistnieje w takiej oprawie
rozplącze cudnie pląsy w baletkach akompaniator mnisi,
co na przewieszce odskoczni wisi
(gdy grań wyrasta w tobie)
*Lewy stracony* Lewy stracony staw okupuje stado kaczek poniekąd myśli są operowe w kulminacyjnym momencie utraty kontroli bydlę kwadratury koła to jak myśl Pascala – owieczka złotorunna we wnętrzu koła sztokholmskiego podziękuj Wałęsie na schodach Nobla obnażony obrażony obleśny kur czerwony nad Paryżem feniks to czy skowronek metalowy mitologiczny Helsinki czczą tańcem cara vis-a-vis caryca Putina czci fajką Ducha Północy sanie przed operą – ssanie nad dzisiaj znikąd pomocy dla kaczek zostań sam na stawie strącony kolumny pod wodą jońskie frankońskie niemieckie czkasz kartkami i długopisami lecz w kierunku odwróconych kul dum-dum jak fi i pi jednocześnie do kwadratu leć swawolnie z Kalifornijczykiem pilotem smartfona sterowca, co porzucił diabła właśnie bądź na czas w Watykanie Grzegorza teraz mega przelot odwróconym samolotem nad lewym stawem
*Zadanie nierozwiązywalne* Gdybyś nawet tak szybko rozwiązał zadanie śmierci, że nie starczyłoby czasu na myślenie i czucie to i tak nie zdałoby się to na nic w oczach węża i tak jesteś martwy jak jabłko w oczach jabłka i tak jesteś martwy jak oko węża dane wejściowe grzech w całkach pierwiastkach potęgach ukryte równanie bytu ludzkiego unicestwienie jest wynikiem jego oto matematyka odkrywcy słowotwórcy – węża zadanie więc nierozwiązywalne? nie przekroczy śmierci matematyka czuły człowiek tak, tylko człowiek
*Spisywanie wrażeń* Głębia obrazowania w trakcie spisywania wrażeń a jakże, złowieszczych moderowana powinnościami rzeźbiarza słoni, gdy atak konnicy ciężkozbrojnych wyłonił się nagle z pozornej ucieczki tej armii terakotowej głębia obrazowania w czasie graniastym na odwiecznych planetach historii a jakże, przemijających jak mydlanej bańki żywot stój jeźdźcu, stój rycerzu, stój to studnia realnej panoramy miliardów, zaczerpnij szyszakiem wody kosa śmierci czasem wygląda jak rolnicze narzędzie a czasem jak kieł słonia głębia obrazowania po ataku kawalerii ołowianej na zamek miłości, który pozoruje twierdzę twoich nie obrończych skłonności, lecz szarż namiętności jakże widoczna w natchnienia porywie
*Kołyska bogów* Żółte kwiaty żółty pyłek jakieś takie płatki groszkopodobne z brązowymi kreskami kod czy coś w lwich paszczach? na końcu ulicy w lewo za kościołem i młynem wodnym dziewiętnastowiecznym kwiaty zwisają nad młynówką królewską zasypaną porażkami w planach właściciela miasta na rozstajach jednego patrona prawie wulkanicznych eksplozji tegoż pyłku ziarnistego drobnego trzmiela uprzywilejowanego inicjatora informatycznych wizji ekologicznych niesfornej acz mainstreamowej przestrzeni miejskiej hagiografa homocentrycznego heliopolizacji holistycznych w zapylonej Warszawie Glacjalnej już nieco zurbanizowanej i historią starego państwa energetyzowanej
*Kantyk Miriam* Jak mam rozdzielić serce boże pomiędzy dwa kwiaty czerwone? jestem skołatanym motylem jeszcze we wnętrzu włochatej gąsienicy a one kołyszą się nade mną jak powiew pierwszego wiatru stworzonego na kartach Genesis boże zamiary są niewidoczną siłą w Egipcie moich wolności jak podzielić to serce proste? czy wystarczy podnieść rękę wysoko i wypowiedzieć słowo… jestem? a może lepiej pląsając i uderzając w bębenek zaśpiewać kantyk Miriam?
nad chmurą oczyszczeń pracowałem z wami stulecia hańb
dziś upadła z impetem w kanał obronny Europy rozchlapując wodę
ponad blanki i wieże sodomskie
rwijcie kotwice foki oceanów
wzbudźcie fale upokorzeń i kar dla Kanaanu
z odkrytego nieba bez kapelusza gwiazd.
Ostoję chmurnych postępków poruczam walczącym
o świat wymyty ze zła,
wniesione w lustra i tafle czerni
oczekiwania głoszących chwałę swoich ciał
wdzięczących się do natury, ech
z przeciwstawnością własnych czynów i przemów ech.
Wypływam właśnie z apokaliptycznych chmur, niech
z nędzną ziemistością statków pędzonych wichrem grzechów
ku wieżom Babel, jeszcze i tylko widocznym w tsunami
dotrę, by odkryć Atlantydę podłych starożytności.
Rozpościeram łuny zwane zorzami płonących gniewem aniołów,
by skurczyć w nich siebie w efektach bolesnych kroków i gestów
nabrzmiałych tańców bulgoczącej śmierci
ona jest już wszędzie i we wszystkim dziś.
*One błyskawice* Zamglone łąki, anielskie jary łzy czułych starców w ciemnościach bezbłędnie kojarzone z gwiazdami apokaliptyczne spojrzenia nowe pankosmiczne przesłania: będzie wezgłowiem naszym horyzont błyskawic horyzont klękający przed nami będzie okryciem naszym pieśń wichru, gdy wyszepczemy pożegnanie na wczoraj i dziś a jutrem otrzemy łzy pokolenia rzek, generacje traw odwieczność naszej wędrówki wśród skał przez krajobrazy elektrycznych serc do bycia pięknym pod każdym słońcem gdy kur zapieje i powstanie ostatnia ludzkość do czynu my otworzymy oczy w zdumieniu w dłoniach trzymając one błyskawice własnej przestrzeni i starcom przywróconego czasu
*Żuraw losu świata Bożego* W takim związku skrzydeł i głów nie poróżni nic głosu i losu myśląc o skłonnościach do przemilczeń codziennych żertw stajesz się drzewem beznamiętnie rozłupywanym ciosem łodzi Charona kładzionym na kowadła losu, co wartki jest jak rzeka nieuznająca zmyleń, meandrów zmilczeń, wirów zapomnień zwana pędem życia ku wodospadom ty, który możesz wszystkie rzeki wyłuskać z niewoli gór zdobędziesz w pędzie konieczność rozkosznych lewitacji potrzebnych w miłości oczekujących mórz w mgłach losu nadrzecznych lasów, łąk i bagien odziany w stalowy płaszcz lotnych snów rydwanem deszczowych łez padających w górę wzniesiesz się jak Eliasz frunąc nieśpiesznie do Wyraju ponad sodomskie Edeny, Elizja i Asgardy ty wszechpęd wszechłez, fontanna wzlotu wysokich gór niebotyczny śpiew, wszechśpiew świata Bożego losu żuraw
*Inicjał nowej miłości* Wypiłem całą jej twarz a ona na to: to nic jestem jeszcze piękniejsza w tobie w moim ciele jest wiele twarzy a w tobie będą także ustami i rękami będą wypowiadać i pisać wszystko wielkimi literami nie tylko w twoich oczach, ale i w sercu wydoroślejesz wreszcie kolorami moimi zaspokoisz pragnienie polatującego ducha ty mój miłosny motylu będziesz pierwszą literą z mojej ręki a mojej twarzy za karę świetlistym obrazem inicjałem naszej miłości nowej
*Infoprzywódcy* Idą nowożebraccy, idą i niosą dary z Ameryki do Europy nowo wybudowanym mostem pomostem z kasyn ciemiężyciele wszechstrad a ja dę i pę by zamknąć odwrócone koleje (losu) niegdyś ułożone na dnie (tory) teraz przerzucone wiatrem i balonami z Ameryki do Polski długa droga prowadzi witajcie kochani i bądźcie nam radzi, oj dana dana mi jest wielkoduszność wobec infoprzywódcy więc skaczę z jego spadochronem na siebie (za dary dzięki) wyjdą nowobogaccy starohuccy średniopolscy z Polski do Europy, oj dana
*Wypad z koszar Europy* Zmierzch, mój oddział ewakuuje się za linię horyzontu białe flagi powiewają jak chustki żon w okopach lęgnie się prawdy noc łgarstwo świata niknie jak za lasem słońce zmierzch, mój oddział zluzowany zbiera się na ostatni capstrzyk bandaże przesiąknięte krwią hełmy zdjęte z okopconych prochem i kurzem głów nagła wiadomość z Paryża od generałów: Gioconda wzięła ślub z Apollinaire`m zmierzch, mój oddział niepokonany odmaszerowuje od czoła słychać śpiew: „z poza gór i rzek wyszliśmy na brzeg” zmierzch: mój oddział: stój! latryny, łazienki, garkuchnie, izby, sale telewizyjne, palarnie, śpiwory, hymny, ody, sny nareszcie wypad z koszar Europy, sir Petrarca, sir Rilke, sir Apollinaire zmierzch, kamerdyner kammerzimmer camerimage akcja stop, kamera stop, światła stop mój oddział: dość!
*Czułość pantery*
Ta czułość, która dojrzewała w dzikich zwierzętach
zapomniana we mnie zahipnotyzowanym codziennością
po tej nocy nieprzespanej bardziej zakwitła
złotym piorunem tęsknot rozrywających
uderzającym z twojego nieba płaczliwego rozstania,
niespodziewalność jej będzie niesamowitym przebudzeniem
po powodzi zmysłów, która oczyści ziemię naszą upadłą,
gdy będziemy w arkach jeszcze smutku naszego sposępnienia
ona jak gołębica z gałązkami wawrzynu i mirtu
usiądzie na mojej dłoni przylatując nie wiadomo skąd.
Czułość pantery wyzwolonej z niewoli
odwiecznej klatki bezdusznego społeczeństwa
to moja czułość, którą przekazuję światu znakiem,
ty czuwasz o świcie w uśmiechach odrodzona ze mnie jak feniks
jakbyś nigdy nie widziała niekończącej się burzy naszej codziennej
i zagrożenia dla ziemi obojętnej, dla dni pustych,
dla milczącej delty oddaleń, naszej ostoi bólu,
co zniknie jak uprzedzenia i gniew,
gdy wpłyniemy razem zaspokojeni do zatoki u stóp Araratu
wygasłego wulkanu uczuć
zadrży serce echem
*Jej spojrzenie* To jakieś Morze Czerwone otwarte owocny Długi Marsz Dziesięciu Tysięcy podróż kompletna dookoła świata zagubionych żeglarzy fantastów wejrzenie do wnętrza Ziemi jej spojrzenie z księżyca planety Syriusza jak hasło wezwało mnie nagle wyrwało z Ziemi Opisanej popchnęło w krainy sercom nieznane naznaczyło tęsknotą światów tak odległych jak ja teraz od niej z krainy szczęśliwości Argonautów powrócę do rzeczywistości bólu i rozpaczy niejasnej? jej spojrzenie – to poprawione równanie ogólnej teorii względności sięgającej krańca ludzkiej wiedzy – Dogonów podróż wprost z jasnych jej oczu na drugą stronę mego ciemnego bytu odnalezienie Atlantydy odkrycie dobra na szczytach starożytnych piramid myśli
*Pończochy* W skończonych, chociaż na pierwszy rzut oka nieskończonych pończochach trzyma serce czyjeś o, osuwa się do stóp to prawie tak jak u Jakubczak Ludmiły naga przede mną Noemi skończona, chociaż na pierwszy rzut oka nieskończona gra Noemi pończochy Noemi pończochy Noemi płacze o, oczy moje stoczyły się do stóp jej
*Rzym i łzy*
Łzy padają na Rzym
jak ościenie na ryby
jak błyskawice idei na pustynię ducha
jak zakochania i natchnienia
łzy krzyże
łzy przebijają tarcze żołnierzy Legionu
łzy wyznaczające nową erę
łzy godziny łzy dni łzy ery
łzy nienarodzonych dzieci
łzy zapomnianych rodziców
łzy kochanków i proroków
łzy żurawi i pelikanów
łzy morderców żałujących za grzechy
łzy rozgrzeszonych nierządnic
łzami Rzym, pisze legendę o pokonanym
Lewiatanie odwiecznym
o czasie w tarczach zegarów słonecznych
na zawsze wypłakanym
przez odchodzące światy
*Z wieży kwietniowej* Pośpiesznie w tą niedzielę w tą wiosnę zbawienną macham rękami-skrzydłami węglowe oczy zamglone rybią rtęcią nad życiem innym sobiepańskie namysły wyrwały mnie nieopierzonego z gniazda rozczuleń nadmiernych piszę, płonę, pełznę pośpiesznie wbijam haki w ceglany mur mojej samotnej wieży zakładam karabinki, ringi, ekspresy dopinam się w uprzęży niestabilnie rozkołysany ty patrzysz na mnie z dołu a ja jak pająk kwietny wiszę na linach ledwo sunę spętany po ścianie ceglanej, co staje się metalową płytą powoli zmierzch mnie goni jak cień będę nietoperzem z opery wtedy, gdy mnie dogoni traumy dzieciństwa lepkiego unieruchamiają skrzydła, co raz ty stań się spadającą gorącą gwiazdą, która mnie strąci z wieży kwietniowej a póki co, naprzód, ciągle w górę jak pociąg świąteczny i osobliwie dziewiętnastowiecznie zaalpejski zanim runiesz na mnie i razem spleceni już będziemy lotem jednym nieważkim, wyzwolonym z upadków dla równie samotnej Ziemi obcym
*Skarcony*
Drgają pokrywy silosów piękna a falbany seksualności powiewają
w tej skomplikowanej strukturze błędnych oczekiwań
na start rakiet potężnych, na miłość ostatnią w życiu
zew kolorów z oczu przedostających się do uszu
daje się słyszeć szum wodospadu tęczy
będziesz mógł odnaleźć znowu te delikatności i moce
światów skazanych na zagładę?
jakżeż niezależnych w potencjałach erupcyjnych nostalgii,
co na szczytach narodowych ołtarze stawia
w głębinie przeświadczenia o pływalności i lotności świata
mniemanie górnych dróg oddechowych po jej tchnienie się skrada
uszy w kolorach, gdy miłość ostatnia w życiu na wargach się układa
nie, bo oto sumienie galaretowate się uwzniośla
ktoś wbija nóż w stół pokory kwiatów zakochanych oczu,
a ty płaczesz, już ich nie widzisz skarcony okrutnie w pysze dobra
*Pustynnik myśli wydm* Znojnych myśli wykwity nikną banalna linia ze smutkiem tam dywan słowa zwijam w zgiełku przednocy przeinaczone znaczenia jak ból księżycowych ran i pogrzeb kwiatów jego jakżeż bolesny zgiełk moich ogrodów roześnionych cierniowych pałam miłością nieokiełznaną wychodząc na te zaświaty z ogniska jasnych stokrotek ściszenia lekko blada twarz niecierpka wtedy rakieta stawu w oczach struchlałych wiewiórek, co są jak azalie kwitnące majem umarłym na ścieżce do sanktuarium absolutnej ciszy a rakiety a archetypy a symbole a rewelacje a relewancje a reewolucje a bzdur sny a my a ty w generalissimusa umundurowaniu bujnym jak w oczeretach Czatyrdaha pieśni kolorowych kwiatów biegają siwe konie po błoniu po południu myśli wypasa je malarz odkrywca akupunktury gwiazd stonuj gwiazdo srok różowych kłótnie wychyl się z rakiety ciemności strzeże Gabriel a nie Michał a to nie rajska ciemność nie płomieni nie grzechu zegar to z kurantem światów zdejmij czaszkę połóż w to miejsce szlafmycę diamentową z zawartością apokaliptyczną mityczną oto mój bezbłędny rycerz, co zostaje gwiazdozbiorem idei w nagrodę hen w głębinie płatków wiatraków syp je śpij jak on pustynnik myśli wydm
*Kur z Kurlandii* Kur z Kurlandii a ty z Tykocina podróż od ja do Janowca zgłębianie rozległego labiryntu podwodnego jaźni batyskafem nieba odbitego w lustrze tafli dnia, co baterią jest nikczemności przedpoznawczej napędzającą imiona nazwy osądy kur z Kurozwęk ty z Tylmanowej a potem wy z Wyszogrodu Wyborga Wyoming na końcu ja z Jahwe i tyle wystarczy
*Musisz sobą wyprzedzić* Leci twoja strzała miłości, leci przez świat przelatuje nad głową, zniża się nad horyzontem czasem się dziwisz, że nie spotkałeś nigdy Nefertiti, Dalili, Królowej Saaby, Heleny pewnie też byś się w nich zakochał płyń swoją arką, tym kosmicznym promem Prometeusza zmierzaj ku najbliższej gwieździe błękitnej i jej kochanym konstelacjom napędzany wiarą, co eksplozywnie rodzi miłości pęd obie stworzone przed twoim narodzeniem może zdążysz je poznać o brzasku wszechbrzasku, który musisz sobą wyprzedzić
*Ze skowytu życia* Kwadratura skowytu w atomach bytu gdzie wszystko jest tą samą elipsą nieznośną klik klik klik chyba, że kryształ słowa przełamie ostatecznością graniastą regularną niemożność wyjścia poza schemat krążenia myśli wątpiących klak klak klak Bądź kryształem zastygłym w lśnieniach ze skowytu życia twego niech zrodzi się nowa parabola ducha w cząsteczkach zmian zamkniętego jak ziarno wiekuistego istnienia klik-klak klik klak klak-klik
*Gracz (Spłoszyć wieczór)* Wszystko lub wiele zależy od formatu nachylającego się wieczoru jak gracz nad stołem a tu nie jest jeszcze sformatowany twój spokój schyłkowy nie jest kreatywnie ściemniony twój niepokój w protuberancjach format nieduży ekranu i kart na ekranie transmitera gra twoja ręka twoja talia wirtualna obie miniaturowe a pobrzękiwania trzosem jak naparstek i dobrze, blef to blef – wyrzeknij słowa: va banque to wystarczy, by spłoszyć każdy wieczór ten za mały, niewykarmiony, niedojrzały, zbyt płochy jego pisklę nie twoje znika na zielonym stole w sobie graj dalej w ciemno z nim
*Jesieni testament, vibrato*
Czerń, szarość, nic to, ludowe przesądy
kolor, tylko pionowa zieleń, lasu tchnienia
losu zakręt wiosenny
kolor, w poziomie czerwień, tylko maków pole
toniesz w niej sercem
pulsuje pomarańczowe słońce, wakacji apogeum
w górze, w górze, patrzenie
kamieniarz popycha wózek
z granitowymi kostkami,
pionowa szarość, Rodin mniemasz
kostki twarde jak ludzkości sen
ona posępna, pomnikowa
wyrzeźbiona, niezłomna
w dole błagań
o czerń i biel, o, migoce coś, o, wolo
w tobie rzecz kolorowa, istnieje
pomimo, jesieni testament, vibrato
*Osiem kilometrów na sekundę* Sen, a zwłaszcza sen zdobycze kosmosu i walka z mastodontem gwiazdą w warkoczu kobiety kobieta w jaskini lewitująca w stacji kosmicznej wykutej spacerująca po odległej planecie Ziemia barwy węże słonie koty płótna siewcy ciszy orbitalnej wychodzący z rakiet przy prędkości osiem kilometrów na sekundę sen, a zwłaszcza sen serce wpadło w pamięć pamięta o wieczności w prehistorii plazmy minerałów górotworów zwierząt przedludzkich w socjalizacjach a Ziemia? tak, Ziemia spaceruje w człowieku elektron pędzi z prędkością dwieście osiemdziesiąt kilometrów na sekundę w przyrządzie pana od fizyki w klasie szóstej realnej a Ziemia drepcze w człowieku jak mastodont ciągle zderzając się sama z sobą śni i tworzy snem
*Bibelot* Mam jej słodki uśmiech ustawiłem na etażerce jak bibelot uśmiech z alabastru samego nie taki jak inne plastikowe uśmiech jak relikwia z miejsca objawienia porywu serca powiedziała nim ulep moją figurkę radosną wyrzeźb mnie w złocie drogocenną namaluj mój obraz prawdziwy na kuli szklanej – miłością – to namalowałem
*Sprzedawcy baloników * Mój kamrat bliski gwiżdżący sprzedawca baloników stojący na moście na tle katedry Notre Dame nie malutki, ale ogromny jak prawa wieża katedry jeszcze olbrzymieje a jego baloniki stają się balonami Braci Montgolfier nad Paryżem całe karmazynowe odbijają nie błękit paryski w zachodzącym słońcu, ale blaski kościoła, którego iglicę i dach liżą języki piekielnego ognia i jest kwiecień Mój towarzysz bliski gwiżdżący sprzedawca baloników jak fontanna i posąg Neptuna na Długim Targu w Gdańsku nie malutki, ale ogromny pompując z butli balony, które wiatr spycha nad wikingowski tryzub symbol niszczyciela Siwy jeszcze olbrzymieje na tle Dworu Artusa, który ozdobiono trzema wielkimi czarnymi słowami: Dżuma, Ospa, Cholera, gdy w dali na Zielonej Bramie plakat ogłasza „Piękno nagości” a za nią Motława kołysze statki na Hel i jest kwiecień Mój kumpel bliski gwiżdżący sprzedawca baloników przed bramą Belwederu nie malutki, ale ogromny jak pomnik marsowy Piłsudskiego jego baloniki tęczowe jak lotnicze bomby ich chmura porywana jest w kierunku Ogrodu Botanicznego miota się i pęcznieje jak wielkie stado przestraszonych gołębi wirujących nad Warszawą w czasie Powstania i jest kwiecień A donekigrzesioirózia nie porzucają swych zabaw i gier w klasywojnykrzyżykkółkox lecz trwają nadal na swoich miejscach malutcy, zmniejszający się do postaci mrówek, które chowają się w szczelinach pomiędzy miejskimi chodnikowymi płytami ciągle domagając się unijnej ochrony jakby były pięknymi, rzadkimi rudnicami z Białowieskiej Puszczy ich piskliwe, balonikowe głosiki nic nie znaczą po helium i jest kwiecień A ja jak jakaś niebotyczna wojenna machina krocząca kosmitów jak Optimus Prime idę Alejami w kierunku Ujazdowa podczas, gdy obok w Łazienkach Królewskich eksplodują drzewa i pomniki jeden po drugim w ogromnych butach Boga idę w kierunku Kancelarii Premiera przed oknami, której kozłonodzy ustawili przyczepę kempingową z kolorową nazwą: OTUA w biały dzień pali się wewnątrz światło, choć jest zamknięta na głucho a w niej i wokół ani żywej duszy soulowym krokiem podążam naprzód w moich nowych butach nie patrząc pod nogi nie zaważając na mrówki faraona tak powszechne dzisiaj we wszystkich miejscach świata (jestem inspiracją przedwtórną dla Stonesów niedługo nakręcą słynny muzyczny promoclip będą jak ja przechadzać się po Manhattanie w Nowym Yorku Keith Richards i Mick Jagger wielcy jak Empire State Building przestaną podskakiwać jak Jack Flash przy Brooklińskim Moście, by z nieukrywaną satysfakcją pochylić się nad kałużą Central Parku z czystej sympatii dla diabła) i jest wiosna? nie, nie, nie wiosny nie ma i nie będzie już nigdzie nawet na Sri Lance! Miłość jest zbyt trudna a wiosna okrutna…
*Czysty intelekt* Całkiem odwieczne dosiadane na oklep każdej komety i spadającej gwiazdy enuncjacje zwycięstw duchowych robotów kosmicznych we wspomnieniach uciekających poza widzialne efemeryd cywilizacyjnych naszości zbawiennej w epigramatach galaktyk ręką pisane Zbawiciela całkiem odwieczne, prawie Adamowe moje już w Wielki Wtorek krople krwawego potu mój ból kręty jak Jerozolimy uliczki i ciasny jak tunel dla wąskotorowej kolejki skazanych łzawy, o tak ja płaczę odwieczne dziedzictwo płacze we mnie pod niebem wyklętej ludzkości spoglądam przez strach przez drżenie rzęs nad okiem zamykającej się śmierci, co otworzyć się musi supernową ab ovo zmartwychwstaniem na nowo w moich najczulszych życzeniach dla gigantów nienarodzonych dzieci gigantów czystej miłości wszystkich, co nawet nie widzieli świata grzechu wspomnij galaktyki, co są tylko myślą Boga wspomnij poczęcie tam w górze czystego intelektu
*Niewierni w epokach* Są niewierni w epokach–opokach Semiramidy ogrody dla nich za ciasne zwolennicy otwartych wielkich pustyń zajrzę do ich umarłych sumień wiem – nie wolno mi już! Są niewierni w epokach-okowach jak delty Amazonki Mekongu Dunaju zamknięte przez wody słone choć też pełne życia mikro-makro, które pożera planetę zajrzę do ich wczorajszego wnętrza wiem – to nie przystoi natenczas! Są niewierni w epokach-odrazach w telewizyjnych wypowiedziach mogący zawrzeć nienawiść, kpinę, głupotę w jednym słowie – wszystko to, co kainowym losem zwane zajrzę do tego studia myśli wolno ci jeszcze – zajrzyj i krzyknij: Planeta Patria Populus Patos Poemat Non Vulgaris!
*Ostatnia przychodząca* Krąg dziewcząt i krąg zuchów siedzimy na ławkach drewnianych pod blokiem otoczonym częstokołem z opon kogut pieje gdzieś plastykowy on i ja jesteśmy dla dziewcząt skrzesaniem w sercach rozkwitającej nieprzemijalności ognia on czerwonym kurem, upiorem jesiennego parku we mgłach a ja Feniksem Rozhuśtanej Dzielnicy pośród umierających dni podrywają się z miejsc dziewczyny dziewczyny w szkarłatach dojrzewające już w miłości mundurach maszerują ku stogom siana na przedmieściach z andrusami żywymi pochodniami patrzą na mnie wszyscy jak składam kulkę mirry na łonie najpiękniejszej w bieli całej ostatniej przychodzącej
*Przybysze tajemniczy* Mają lat niewiele zesłane odgłosy prawie wewnątrzkomórkowych wyczekiwań na samego siebie jest noc galaktyki, spadają meteoryty to przybysze tajemniczy z zadufanej matematyki pradawnych podpowiedzi bez ludzkich przyzwyczajeń bez nóg zwanych energią stosów mają lat tyle ile mają zastane uprzedzenia do wystąpień gwiezdnych logika – ktoś powie kwiaty wiatru słonecznego – a może wykwity lepiej powiedzieć szukane przedpowodziowe zaklęcia a tajemniczy przybysz, a wy – ludzie jak się wydostać z powodzi kwiatów? tak się przydają po śmierci kwiaty to ułuda, dzieci kwiaty – to zaniechanie wojen wojny to los, przypadek nieodpowiedzialny wybryk Kaina, elektron, bozon antymateria – przekroczenie zaklęć ja odmienione przez przypadek
*Ona w moim solipsyzmie* Po dwa kosmyki jasnych włosów odgarnięte z czoła żeby nie opadały na twarz spięte z tyłu głowy śliczną spinką – broszką ale pozostałe i tak opadają kurtka zielona czarna minispódniczka biała torebka na długim pasku na biodrze roztargnienie zaginionego świata na wargach polichromia na policzkach witraże w oczach przeistoczona miłość nierealnej perspektywy ona na ołtarzu ona w moich modlitwach ona w moim solipsyzmie kolczyki i półuśmiechy jak komety dla kogo? a ja zaraz po narodzeniu jak dym wznoszę się przed nią i tak już pozostanę i nie zmienię się w coś bardziej ulotnego pegaz Chagalla w komeżce unoszący milczenie Boga z ust moich do oczu jej
*W błogoskopie* W kalejdoskopie świętych mniemań w chronoskopie śmierci ich znalazłem się nagle ledwo zdążyłem się prześlizgnąć przed drzwiami włazu zatrzaskującymi się w czarnej dziurze półprawd ledwo wessany próżnią zniknąłem w niej a już Wszechświat stworzony nie dał mi szansy powrotu do nicości, o którą zahaczyłem bokiem w błogoskopie nadwrażliwości świętych twarzy w metroskopie miłości przypadkowych i porywczych ledwo zdążyłem wypełnić się materią ulotną a przepełniona łódź czasu zanurzyła się w graniastej przestrzeni myśli równie materialistycznych (oceany złączonych nieznanych łez) ogromny jak słońce gorejące nowymi szansami aminokwasów przetrwałem nieufny dryf łódź wynurzy się w słowach, uczuciach i gestach niedopowiedzeń wolności świata tego łódź wynurzy się i otworzy impetem mistyczny właz wystawię głowę w centrum opłatka słońca, które będzie już wtedy czerwonym olbrzymem w tobie a ty moim dogmatem w kalejdoskopie nieba na zawsze
*Wiosna to nie cha-cha* Krok w tył – niech będzie wiosna to nie cha-cha rumba czy samobójstwo zwycięstw w komórkach przysadkowych? krok w przód – niech będzie wiosna to nie samba szaleństwo czy awangarda sztuk w sercu zachodniego świata? a moja Afryka dla pokrzewek gdzie – w głodzie? a mój samotny rejs w łupinie orzecha przez Horn gdzie – w poezji niebycie? krok w tył, krok w przód krok w nicość, krok w wieczność krok tylko, mały krok w przepaść świeć gwiazdo, świeć leć ptaku, leć płyń rybo, płyń myśl człeku, myśl wierz w piękno zasad światem rządzących w pokoju twym myśl, myśl, myśl tej niedzielnej słoty no niech, no niech… cha-cha łyk łyk
*Po zlodowaceniach* Są ostańce na krańcach osobowości kosmicznej jak moja prawie zdobytej kiedyś przez annapurnańskie zlodowacenia plateau, których wszesnoglacjańskie polizywania moren dennych w postpółnocnych snach zmieniły się w ogniste uniesienia nad Tybrem cywilizacji Marsjan rozsnute realnością bliskości tegoż krańca ważnego najważniejszego Onego Onego Układu Naszego utworzonego przecież po zamrożeniu rodzicielek gwiazd ich zaraz wypiętrzonego tak samo jak serce wraz ze mną w środku nowożytnej Europy jako meteoryt z Mgławicy Magellana dla miłości
*Replika własnej maski* Kompilacje sploty przewleczenia na skróty jesteś jak Paganini a twoje osnowy skrzypcowe letnią lotnią okrążają chłodny dom twój albo lecą w helikopterach, co dym widziały tęczowy nad miastem te serpentyny sylwestrowe sokratejskie to akuratne wstążki pewności i powinności istnienia wplatasz je w jestestwo karpia w maski własnej replikę jesteś lotną rybą wykręconą na zewnątrz spiekot niemych z wnętrza fabryk i pieców serc w rybackim mieście Świętego Piotra niekończących się opowieści świętych ludzkich piszesz opowiadanie rybackim wierszem i zmieniasz sploty sztuk w sieć adoracji dla karpia z Jeziora Genezaret jesteś jak nowy latający zadziwiający Zaratan ludzkich ech ponad ponad nad wszystkim, co wysnuwa się z er
*W ramach* Jak nenufary w stawie uwięzione na zawsze w promieniach zachodzącego słońca w ramach swych jak łzy na rzęsach, gdy na wzgórzu nad miastem stajesz by łkać jak język jaszczurki szept ukryty głęboko w gadzim pysku, co ludzkim się zdaje jak fabryk kopulacje z miastem porewolucyjnym krzyży z cmentarzem posocjalistycznym zasłużonych w powstańczym grobowym rozedrganym wieczyście memoriale językowym przesłodzonym cieście mów majowych jak grób jasny pierwszego Prezydenta, który zginął w zamachu zanim wyszeptał: Patria jak piorun stratosferyczny jesteś zamkiem poety, w którym napisał ostatni wiersz wysoko, wysoko na wzgórzu nad stawem wznosisz się, nie spadasz uwięziony na zawsze w promieniach słońca po tutejszej burzy w ramach swych
*Podniebny list* Będąc w takiej sytuacji jak akrobata, chociaż nie w grupowej osobowej asekuracji sam wykonujący ewolucje doskonalące w przedmieściach przedśmiertnych roztkliwień nad siatką zabezpieczającą lecący saltem ku trapezowi środka znajdujesz ludzkie zapytania szeroko otwartych oczu dlaczego on? dlaczego ja? dlaczego cyrk? dlaczego ktoś na tniutni gra? dlaczego światło go smaga? to śmierć i pochówek w powietrzu? będziesz latał nad ziemią – woltyżer, linoskoczek gimnastyk, aż nadejdzie czas natrętnej asekuracji i spadniesz w ramiona klowna dyrektora cyrku ten odejdzie zanim otworzysz podaną kopertę zaczytasz się, zbledniesz, zemdlejesz dlaczego ktoś czyta list? – dobiegnie z widowni dlaczego ktoś? dlaczego list? dla czego? dla czyjego? dla lwów na arenie? dla nich jeden sam? otwarte przestrzenie samotności ponad ziemią lecisz tylko ty nie spadniesz nigdy w czyjeś dłonie? jak liść – jak ten podniebny list
*W czyjejś samotni* Nieskoordynowane usłużne kontemplowanie czasem błędnie naszkicowanych wyjaśnień do obrazów niecierpliwiących, druzgocąco przeinaczanych przez czas, wciąż doskonałych jak idealna kreska, soczysty kolor w treści światłocienia roztkliwia tych, co wciąż zachodzą do duchowych szkut, galer i zachęceni medytacją po wyjściu z wind na kanapach specjalnie przygotowanych pod ścianą lub na środku wyciszonej sali zawsze w cieniu uczuć i myśli, by jednym spojrzeniem odgadnąć Boga intencje w ludziach zniewolonych pędzlem lub dłutem nagle zaczynają płakać pięknem samym i szeptać własnymi barwami w czyjejś samotni
*Jedź mną* Jedź, nie jesteś niewolnikiem zakamuflowanym choć w hostię wieczoru przeistoczonym nie wiem, czy ty nie możesz się zmienić we mnie Jedź, jesteś wojownikiem wyzwolicielem oczekiwań gwiazdozbiorów prostych i świętych racji tych aniołów Bożych fanatyk nie telewizyjnych wariacji Jedź, jesteś akupunkturalnym przymiotnikiem ciszy w dotykaniu ciał bądź mi jutrznią nieba tej dzisiejszej nocy wolnością snów w zwojach myśli zakończ moje oczy na zawsze raz teraz zakończ cząstką siebie elementarną pradawny rozpoznaną w kraterze istnienia antymnie Jedź mną, jesteś dopóki ja
*Światowid Wielkiego Zachodu* Na zewnątrz establishmentu farb wyrażasz zachłyśnięcia popędami, co w tobie jak pająki zjadają muchy stopniowo w kokonach utkanych z sił twoich zamszowych zastygnięte drgają pejzażem emocji pobrzękiwanie łańcuszków na kołach ciężarówek na drodze górskiej to twoja biel zimą przeszedł kierdel bałwanów to zamieć zostałeś sam w górach zniewolonych serc z hal naświetlonych wyprowadza się właśnie stado nierozumnych liderów czerwieni kopulacyjno-okultystycznie zmumifikowanych w alkoholu sztuk bełkot ścian bełkot klawiatur bełkot scen płócien papierów nutowych ról czerwień tapet czerń dywanów bulgocze kocioł na środku filharmonii baca naturszczyk dyryguje piątą symfonią elita miasta pobrzękuje złotymi łańcuszkami na nadgarstkach na sygnał pohukuje na trombicie zombie sekularyzacji stalowe nadzieje na wzniosłości w gaciach haftowanych zabawnymi hasłami dziewiętnastowiecznej encyklopedii niesie na służbę Światowida Wielkiego Zachodu
*Samsung* Wszedłem znowu do przedziału wagonu w pociągu do sztuk usiadłem zaraz przy wejściu i złączyłem twarz z ksiażka ona siedziała przy oknie ona – moja Dama z łasiczką chyba świetlistolica młodociana niewiasta już studentka a jeszcze kochanka księcia Suburbii patrzyła śmiało przed siebie głaszcząc łasiczkę wyglądającą na jej kolanach jak kotek potulną jak baranek, samotną jak kwadralny księżyc rozbłyskujący pełnią za każdym dotknięciem jej ręki głaszcząc zwierzątko powodowała rozbłyski na powierzchni jej futerału futerka (eksplozje wulkanu, wyrzuty lawy, sumienia, snu) krajobrazy za plecami Damy z łasiczką zmieniały się renesansowe krajobrazy w miarę upływu naszej wspólnej podróży toskańsko – bocheńskie wzniesienia w winnicach całe i sadach oliwkowych jak odległe Tatry w śniegach pokrywała czerń puławskiego konesera zniewolonych zachowań nabrzmiewająca czerń jak rozbiory w książkach i na filmach rozlewająca się czerń jak upadek Polski pełzająca czerń jak żałoba po Kościuszce jak czarne łzy toczące się po białej satynowej szyi anioła a twarz delikatniała, gdy tężała noc profil kruchej Damy wydelikacony moim spojrzeniem stawał się idealny jak opłatek przełamany zimą (tak chciałem drżącymi wargami dotknąć kącika jej ust i poczuć miękkość tajemniczą warg) cicho przelatująca sowa trzymająca ludzką czaszkę zapach jaśminu w maju zbyt krótkim i zapach maja w krypcie Leonarda szelest białej karty lub białej alby fałdy kaczy puch opadający na stawy w łazienkowskim parku a ja w tej idylli Świątyni Sybilli zadumany przejrzałym natchnieniem przez ten idealizm postarzałem się fizycznie wyrosła mi broda siwa i całkiem odsłoniła łysina szaty się wydłużyły znacznie i kolana zadrżały stałem się patriarchalnym filozofem greckim w jednej chwili wpatrzonym w wejście do jaskini rozbłyskujące błyskawicami prawdy a moja Dama wygłaskiwała długimi palcami nokturny zwierzęcia, którego sierść rozjaśniała się pod opuszkami z porcelany (w oddali umierał Chopin na obrazie Barriasa) poświata rozlewała się wokół jak requiem dla poety a jej twarz pochylona karmiła się poblaskiem metafizycznym Rembrandta i wszelkich holenderskich naśladowców Caravaggia cóż mi pozostało w zachwycie? wysiąść w Krakowie, czy zginąć odmętach kolejnej miłości? utonąć Styksie za oknem jej postaci? wysiąść czy porzucić nadzieję? jednak wstałem ostatkiem woli zranionego kosyniera najmity (odczułem los beznogiego Sowińskiego na reducie Woli) jeszcze zaciekawiony rzuciłem kątem oka ostatnie płoche spojrzenie na zwierzątko żywe tak ciekaw, czy to może łasiczka samiczka? i wtedy łuski opadły mi z oczu to był samsung – on zabójca, rozdzielacz twarzy i książek!
*Salto życia* Zaniedbano dokręcenia śruby w trakcie ewolucji kot ją wykonał poprawnie – dokręcił wylądował na cztery łapy piąte koło u wielkiego wozu odpadło niedokręcone a piąte przez dziewiąte okazało się trafieniem w dziesiątkę dwunastka dwucyfrowa dopilnowała lingwistycznego przeinaczenia prostego hasła do galaktyki spiralnej a galaktyka akrobatyczna prawoskrętna, dwunasta do ósmej, odkręcona zamiast się odtworzyć otworzyła się i tak wtedy nagle ty, jako hasłotwórca okazałeś się opiekunem matematyki pielęgnacyjnej mitów wstępujących na skłonnym niebie gdzie lew krab pies lewitują do góry nogami bez ewolucji zero jedynkowy zakończyłeś pokaz saltem życia
*Bożę chroń Matkę!* Jam wdzięczny oto skrzat za dobrodziejstwa łaski ofiary w mitologii barwnej zadośćuczynić czas figurze Matki Ojczyzny nieskończonej w blasku jestże coś milszego sercu niż Matka dla jej żołnierza wykrwawionego po bitwie dla umierającego w okopie strzelca dla marynarza pod pokładem idącego na dno razem z wrakiem państwem dla uchodźcy wygnanego z własnego kraju jestże coś głębszego w uczuciu niż szacunek do łona, które nie jest ciałem niż jakakolwiek osnowa, która jest pamięcią i błogosławieństwem skaut jest niezłomnego bytu dzieckiem żołnierz czasu bohaterem bohater pomnikiem murem matka jest domem a wiersz śmiercią niezbędną, co pozostaje po walce w starości pociechą oprócz makatki w kuchni na lodówce magnesu pozostaje też szczęśliwa codzienność podarowana przez kogoś z królewskiego rodu jam wdzięczny oto skrzat losu snuję piórem gęsim hagiograficzną niepodważalną legendę i wołam z życia chaosu Boże chroń Matkę!
*Wiersz uratowany z pogromów* Minął późnozimowy podpromienny eklektyczny czas naginasz wskazówkę zegara jak gałązkę mirtu do ust swoich, gdy mirt znaczy dzieciństwo przed śmiercią lub dzieciństwo przed weselem zjawa dzieciństwa – schody na strych dziadka upadek – schody na strych ojca chrzestnego schody wśród mirtów – twoja we mnie pamięć udoskonalona jest niebo na tym strychu? jest wspomnienia treść? zapewne jest, twoja czarodziejska wierzba przed oknem stale rośnie staje na palcach, zagląda do komina jadą niezaprzężone sanie po niebie kiedyś dojadą do księżyca – patrzysz, widzisz je jak wtedy tak dziś sanie są księżycem samym – teraz już wiesz a na Księżycu nie ma wątpliwego Twardowskiego – teraz to wiesz jest za to widoczny wiersz wątpliwego Trembeckiego suną osłonięte ołowiem ptaki-konfederaki po-między ramami okna śmierci suną nie na fruną ptaki są życiem twoim, powrotem do Okopów Trójcy stopiłeś się w jedno ze swoją wiosną kolejną prawdziwą nie wejdziesz już na schody na strych po mirt – teraz już wiesz, nie musisz masz ponadpromienny wiersz uratowany z pogromów – choć eklektyczny to wawrzynowy czas
*Wyprawa po runo* Ugrupowanie jakby bojowe kwiatów we mnie a ja cały spąsowiały jak rzeka w Chinach będąc niegdysiejszym szczepem winnym w nowej Kaledonii Złocistej a może starej Kolchidzie zebrałem runo słońca jak dmuchawce chmur dojrzałem nim, zobaczyłem, poznałem życia cud by zdębieć potem w kamieniołomie gór z krzemu, wapna, drzew i gruntowych wód zaniemówiłem ociosawszy drewniany pień na grani zastanowiłem się nad twarzą jego ukrytą a była to twarz najbardziej ludzka zmartwiałem, gdy zobaczyłem kwiatów pęk przybity ćwiekami cierniami do czoła ależ skąd Lewiatanie, ależ skąd będzie przymierze z kwiatami tylko nigdy z tobą, co jak mosiądz masz zęby nawet nowy Elam nieczuły padnie na kolana przed kwiatami choćby ze strachu, gdy zobaczy siłę ich a ja udam się w te pędy jeszcze do jaskiń górskich przepastnych po brunatne runo niedźwiedzi milczących historią zapóźnionych w labiryncie jałowych skał
*Punkt odniesienia oficerów prowadzących* Oto niezdefiniowany niegdysiejszy punkt odniesienia byłych zastępców oficerów prowadzących i współpracowników, co wierzgali nogami po upadkach z rowerów ucieczki, gdy pochylona nad nimi ratunkowa ekipa chciała zasmucić jedną uśmiechniętą minę aż do poziomu przystawalności sytuacji nad wyraz przyziemnej a ten potłuczony zamiast odreagować pozytywnie – odreagował biciem w dzwony nonszalancji nonszalancja nie odezwała się jednak dźwiękiem dzwonu, lecz brzemieniem chropawych organów Hammonda symfonia pierwsza tak powstała Engelsa nieludzka akordowo-rowerowa niesłuszna w tonacjach, pusta w tercjach stakkato zbyt późne przerwano i wyproszono publiczność wszyscy poszli na pogrzeb dyrygenta kurialisty wypatroszony wentyl rowerowy dogwizdał finał dla dwojga skorygowanych postaci zmieniony w kołysankę czaszek w bawełnie czarnej spranej jak wszystko niegdyś
*Kraków Cyryla i Metodego* Oto rozbiegające się obwarzanki lewitujące a w nich twarze jak w nimbach złotych nowosielskie ikony świecą w popołudnie piątkowe na holu Dworca Głównego w Krakowie pod peronami ukrytego jak katakumby Kaliksta dziesiątki setki tysiące mieniących się twarzy tysiące ikon w obwarzankach nad którymi zawisają oscypki niezidentyfikowane obiekty latające oscypki jak języki ognia z obrazu El Greca przypomina to bardziej Ostatnią Wieczerzę tego tygodnia a nie Zesłanie, gdyż wszyscy poruszają wargami odsłaniając zęby to jednak sam El Greco nie jest tutaj obecny przebywa w Siedlcach na delegacji obecny jestem za to ja z aparatem, kropidłem i sztalugami patrzę na te twarze pięknych dziewcząt odwiecznych Madonn z Europeum w długich włosach skrytych jak w chustach Orientu to one świecą dla mnie najjaśniej gdyby nie ten ikonostas nieświęty zasłaniający mi drogę do prawdy odnalazłbym siebie samego sytego od lat zagubionego w Krakowie Cyryla i Metodego
*Ule UJ* Zza ogrodzenia Ogrodu Botanicznego w Krakowie widziałem raz Lenina i Che Guevarę, którzy krążyli długo wokół Ronda Mogilskiego nie mogąc go opuścić jak jakiś Fasola Jaś Lenin z chustką do nosa zawiązaną na łysinie obuty w nartorolki niczym Justyna Kowalczyk w lecie krok za krokiem sunął do przodu przekładając nogi i machając kijkami Che Guevara na motohulajnodze bujał się jak to tylko on umie balansując między samochodami omijając je z rozwianą czupryną czarną i czerwoną chustą zawiązaną pod szyją ciasno ten taniec niemożności obu trwał długo prawie jak Eurokomunizm w głowach praktyków i teoretyków lecz zamieniony w Eurokomizm nagle znalazł swój finał Lenin wyjechał w kierunku Huty w końcu a Che Guevara w kierunku Placu Wszystkich Świeckich jednak Policja zgarnęła obydwu wtedy schowałem się za drzewo widząc kątem oka jak pszczoły raju z pasieki UJ wyroiły się wcześniej by polecieć za rewolucjonistami policjanci obydwu odwieźli na komisariat przy Gołębiej gdzie już czekał na nich półnagi Picasso artysta, jakich wiele dzisiaj po tej stronie czasu zaświadczył o niewymijalności obydwu przez gołąbki białe wtedy posterunkowy odstąpił od kroków dalszych by po chwili wręczyć im łańcuchy złote i srebrne klucze do miasta swobody widząc to pszczoły z estymą powróciły do mojej ręki, która spoczęła z rezygnacją na ulu UJ
*Ślepaki* Jechałem z nią latem w pamiętnym osiemdziesiątym drugim pociągiem do Warszawy z Mazur staliśmy na korytarzu przy otwartym oknie gdzieś między Olsztynkiem a Działdowem ona tuliła się do mnie i pieściła długo moje ręce w bardzo podniecający sposób w Działdowie gdzie przesiada się podróżnych tłum zobaczyła na peronie jakiegoś oryginalnie wyglądającego faceta i odpowiedziała uśmiechem na jego pożądliwe spojrzenia to był jeden z przywódców Khmerów Czerwonych Sary Ieng gładko w Paryżu wykształcony jak wszyscy oni wtem nagle zamiast gładkich delikatnych długich muzycznych palców mojej Thirith poczułem chłodną śliską stal lufy rewolweru zamiast ciepłego nadgarstka szorstką rękojeść ciężkiego pistoletu to ona wsunęła mi go w dłoń niepostrzeżenie trzymałem go zdziwiony całą drogę, gdy ona zasępiona paliła kolejne papierosy wjeżdżaliśmy właśnie do Warszawy gdzieś na Średnicowym Moście patrząc na Ogród Zoologiczny w oddali skąpany w promieniach słońca jak w rzece plaże i piaszczyste łachy Wisły bielejące jak kości pomyślałem o polach śmierci w sercu, które zmieniło się w kambodżańską dżunglę przyłożyłem broń do głowy i powoli pociągnąłem za cyngiel strzeliłem sobie w skroń lecz o dziwo chybiłem i za pierwszym i za drugim razem przeżyłem jak jakiś sekretarz partii albo wicepremier nieodwołalny Brat Numer Jeden przewidziany widać właśnie na przewodniczenie ślepakom i ślepaczkom
*Dla ludzi jestem po zmartwychwstaniu* Jestem znakomicie uposażonym robakiem duchowym cywilizacji jestem sowicie wynagradzanym sępem spadającym na jagnię obecnego złotego wieku jestem wynoszoną pod niebiosa larwą kosmicznych przygotowań państw jestem absolutnie ponadprzeciętnym płazem w symbiozie pierwszych kultur wyrażonym jestem nie do przecenienia kopytnym ssakiem zamienionym w ptaka sztuki jak jakaś służka bogini bez ciała jestem nawet wyniesionym wysoko ponad wzgórza kretem epigramatu zdesakralizowanego słońca dla ludzi dla ludzi dla ludzi dla prawdziwych ludzi po ich słowa zmartwychwstaniu jestem
*Zaduma Tomasza* Mój samozwańczy nastroju zadumy nieogarnione wzrokiem i uczuciem połacie skrajnie wynędzniałej stanowczości przemierzam skuterem leśnym mimikrycznym by zrozumieć ciebie w tym epokowym odkryciu, jakiego dokonałem analizując dane z drona zebrane, który podfruwał jaskółką młodą we wnętrzu moich zaszczytów i dum we wnętrzu kratera eksplodujących wątpień niebotycznie wspinającego się ku poobiednim filozoficznym drzemkom w budyniu dni uznanych przez media za stracone dla świata, a które nie kremem słodkim a gorzką lawą się okazały, co zmieniła roztargnione myślenie naturszczyków wokół mnie zapatrzonych w moją zadumę Tomasza
*W 3D* Drukarka 3D drukuje powoli wyłania się z niebytu coś na kształt megafonu coś na kształt protezy ucha coś na kształt twardego języka coś jak oko białe w szkiełko oprawne drukarka zatrzymała się poprawiasz projekt zmieniasz zamiar schemat koncepcję wizję masz nową awangardową drukarka znowu rusza i jest – oto dusza w 3D gotowa ślepa i głucha
*Dalekosiężna penetracja* Powodem twojej dalekosiężnej penetracji ciszy nieludzkiej jest nie tylko myśl i uczucie nieodkryte ale prawdopodobnie odległe zasłuchanie cielesne w to, co z zamieci niegdysiejszych złych zim wyłania się i jawi apokalipsą duszy rżenie koni bez ciał wulgarne słowa szkieletów bez oczu szczękanie gruchotanie szuranie pobrzękiwanie kości obleczonych w zardzewiałego żelaza pogardę ale ty słuchasz zaciekawiony jak demiurg, który spuścił tych towarzyszy ze smyczy i lubuje się w nasłuchiwaniu nadjeżdżających jak rozwijająca się ostateczna poświata pogrzebu w czerwieni w purpurze w szkarłacie grzechu bez kary
*Rapsodia Cyganerii* Przewróciłem te znaki drogowe walcem, którym jadę do opery na Cyganerię z partnerką (…) nieoznaczoną w falbanach pofalowaną (w woalach i lokach) powściągliwie konsekwentną, a jakże jak mój walec droga między nami utwardzona już także i znaków ostrzegawczych brak, no cóż (…) Cyganeria czeka na nas ale ja stoję na czerwonym świetle oby się zmieniło na czas oby droga nie pofałdowała się ponownie w mojej głowie jak wspomnienie pod dachami Paryża obyśmy weszli wreszcie w takt po czerwonym dywanie do Wielkiej Półstarej Łopery Krakowa (już bez czerwieni dla smoków dziwaków)
*Poranek promienia, który perspektywę zmienia* Modlitewny zapał a potem uniesienie słów dobrych jak powiek bogobojne o świcie po całonocnym czuwaniu we wnętrzu skarbca takiego jak altruizm zaniedbanych odegrań odwzorowań pieczęci pierwszych prawdziwych ludzi, którzy nie znali modlitwy takiej jak my ani zemsty na bogach słońc butnych ale wyczekanie do rana, zamglonego, zranionego poranka wreszcie promienia, który perspektywę zmienia
*Ludożercy teraz* Skręcający, w którąś stronę ludożercy europejscy a ty za nimi? ależ nie! mówisz: zawsze szedłem wprost przed siebie choćby i chwiejną drogą przez linowy most przerzucony nad eutanazji i aborcji przepaścią obrońca życia iskier z podniesioną głową obrońca ludzi, zwierząt, roślin i krajobrazu z uniesionym przed żywym światem kapeluszem z pochylonym przed Stwórcą czołem obrońca natury w kamieniu i promieniu ludzkiego odbicia w chłodnym strumieniu biedy społecznej w sumieniu serc niezawisłych w pochodzie dni i nocy a w końcu obrońca słowa w sobie nie pożerałem tego nigdy, co jest samodzielnym bytem w dążeniu otaczałem kultem złota kadzidła mirry słysząc głos z góry: prostą drogą, idź prostą drogą teraz ludożercy skręcają w którąś stronę a ty za nimi? ludożercy to też ludzie? ależ nie! niesamodzielne nieistnienie to nie zaspokojone łaknienie ducha niebyt
*Romantyczność* Złotouste trzmiele polatują nad dziedziną kwietną romantycznością owianą jak wiatrem letnim bladoróżowe płatki kwiatów aksamitem oczy pieszczą zielone liście i łodygi w zapachu toną lata trzmielej tęsknoty nektarem się śnią tęcze łąk, gdy bezsłowny strach kroczy już za opłotkami poranka a strach to większy od miasta rozgadanego wszystkowiedzącego nic nieprzeczuwającego miasta ucieczki rozumu przed światem natury strach – E-platforma Nabuchodonozora strach – Transformer Megatron strach – Mechagodzilla Kosmitów strach na embriony, wiersze, kwiaty, motyle i trzmiele lecz i trzmiele się nie boją, gdyż są romantyczne skrajnie jak pędzący przez step do Świtezianki Giaur (mardukowa nienawiść atomowego ataku nie wykiełkowała przecież na Ziemi czułej)
*Zapis prognozy pogody* Jesienny zakamuflowany muflon zmiennej pogody jak Zawinul uderza w bezkompromisowości akordy szkarłatem monotonnej onomatopei zadęcie w ślimy albo z księżycowej grani łoskot jestem chyba Zawinulem jesiennym zakamuflowanym od natchnień zbliżającej się zimy we frazach kosmicznych zawity dla łowców mamutów z Krakowa i profesorów z Zachodniego Wybrzeża zazdroszczących niedyplomowanym odkrywcom systemów operacyjnych tak udanych dzieł jak liścienny świszczny deszczalny zapis na gwiezdnej CD-Audio wszelkich prognoz pogody trwałej dla wszelkich stacji we wszelkich układach
*W koniecznościach* Jak niedzielna bryza bezduchowości zerwany szal faluje w koniecznościach otwartych przestrzeni dla kobiety czerwonolicej we fragmentach zimy ukrytej by przemierzać z koniecznością niekorzystne epopeje aury tak lekkiej w swej naturze jak zero bezwzględne zamieci pojawiającej się, gdy miłość znika za zegarami stycznia później dwie kobiety bez szali rozmawiając o nagich mężczyznach z konieczności omdlewają z zimna wymieniają się wizytówkami obuwników w centrum Warszawy przy Placu Bankowym na rogu Próżnej i Złośliwej jak Metro i Koritto
*A ty tu po co?* Luksusowy rozplątywacz kwiatów namiętnych niewiarygodnie onirycznie przystojny spotkał pospolitego zaplątywacza zardzewiałych metalowych przewodów, kabli i erotycznych rur spowolnionego w par excellence brzydocie jak w mazi kanału spotkał go na drodze prowadzącej do duchowego piękna zdziwiony rzucił – a ty tu, po co? szczurze kwitnących miast zaplątywacz odrzekł hardo – a ty tu, po co? bukoliku wymierających wsi tajemnica tego spotkania wciąż nie została odkryta i wyjaśniona zresztą oni obaj też nie
*En t* Boli ten czas boli to miejsce boli ten boli to bo ten bo to o ten o to ten to en t
*Wiatr od serca* Zerwałem się na równe nogi, gdy poczułem wiatr wiejący nie od morza, nie od gór a od serca pobiegłem do studni idei i słów jak do źródła jedynego zaczerpnąłem wody żywej by w małej czarce rąk podać ją wiatrowi ten odrzekł – skąd wiedziałeś, powiedz skąd? skąd ci to do głowy przyszło? jak na to wpadłeś? jak zrozumiałeś spragnioną duszę wiatru, który przybywa po ciebie? poczułem siłę wiatru spojrzeń, dotyków dłoni, oddechów, min poczułem, że jestem już nim zaspokojony na zawsze ciszą i pełnią jego woli nieujarzmionej
*Akompaniament* Gdyby antyczne góry mogły śpiewać ja byłbym depresją dla nich jak pudło rezonansowe gitary akompaniującej chrystologicznie
*Zdeterminowani* Boże dopomóż abym wskutek wielkiego ciała wysiłku i transformacji duchowej stał się zatoką fiordu dla twoich łososi zakochanych w górach romantycznym fiordem akompaniującym na kontrabasie fal łagodnie muskających brzeg mającym się ku sobie głowom skał śpiewającym pieśń miłosną słyszalną także przez miliony innych wędrowców podążających ku gwiazdom pancernych odmętów jak cały zdeterminowany duchem świat
*Chwytaj piołun* Otwórz ramiona i chwytaj piołun spadający na ziemię z nieokrzesanych chmur ordynarnie rozmazgajonych w niedzielne popołudnie chwytaj łodygi i liście związuj je w snopki wysusz, zmiel na proch załaduj go do armaty sylwestrowej i rozstrzelaj wszelkie przesłodzenia minionych chwil rozpamiętywania, roztkliwiania i rozczulania jednym salutem fajerwerkiem efektownego uśmiechu – 2019!
*Zamki, zapadki* Wnikam w stłumioną cząstkę jakichś drzwi w sobie w jakieś klamki zamki zapadki wnikam głęboko a ty je nagle otwierasz i czuję się rozdarty twoją obecnością w czasie nie swoim
*Laureat* Numer jeden na świecie… mam zacząć wyliczać? chcesz się znaleźć w gronie laureatów? muzyka literatura nauka polityka mam podawać nazwiska i profesje? numer jeden w świecie… mam zacząć wyliczać? chcesz się znaleźć w gronie noblistów? chcesz otrzymać Oskara od świata? za całokształt… smutku? za postawę, dzieło, rolę czy życie? tak, oczywiście – w kategorii: NN Niczemu Niewinni/Niewinne
*Tąpnięcia* Chciałbyś powiedzieć jak wielu przed tobą – to nic wtedy mógłbyś nawet beznadziejnie nierealne tąpnięcie nagiej świadomości skonfudować i opatrzyć bandażem po zranieniu emocjonalnym niebanalne – to nic niech to zmieszanie nie nadużywa twojej gościnności niech będzie na sklepieniu dumy ponętną kometą gawiedzi ale nic nie warte zapewnienia krasnali z zakamarków poniżenia rozlecą się po kątach żeby strzelić focha – to nic trzeba przekłuć balon nicości własnej i depresji z krasnalami w roli głównej na kubkach na mleko i szczoteczki do zębów trach – to nic to tylko pycha lecz tak wielu… nie, nie tak wielu
*Fides quaerens intellectum* Kręta droga w środku rozgwiazdy nocy noczy yczo oczy uhh kręte śmierci prakosmosu to po prostu jedno życie ono najczęściej toczy się pod osłoną ciemności w niej tak rzadko jesteśmy szczęśliwi wi i wi utihmę w centrum czerni powolnej śmierci tu gwałtownego życia tam tato tato nocny ync ihm tatoo kręte ścieżki życia widzialnego bez światła jak wielobarwne szaliko-węże materii bez koloru wijące się u stóp, nad i w głowie najczęściej siedzisz na biurka blacie majtając pomalowanymi gołymi nogami tak jakbyś czynił to na krawędzi krateru na jakiejś zagubionej planecie zagubionej gwiazdy w nieuchronnie znikającej galaktyce mający przed sobą katastrofę w gwiazdozbiorze mgławicowych myśli stwórczych predestynowanych co je wyróżnia to ich próżnia pęka bańka zmysłów gaśnie obraz planety siedzisz rzeczywiście na krawędzi biurka i kaszlesz czy jasny dzień kosmosu nigdy nie nadejdzie? tato tato ukh toat tao teo
*Roland i Mustafa* Za drogą jest pole bitwy to nie jest pole po kukurydzy to jednakowoż rżysko bitwa tam się rozegrała: ty kontra reszta świata pamiętaj o bliskiej śmierci, chociaż przeżyłeś gwoli ścisłości wciąż jesteś ninja rozegra się jeszcze bitwa o sny – dodatkowa zdejmij zbroję, ale uważaj przejdź na drugą stronę drogi Mustafa i Roland ty i reszta orkiestra migają przelatujące pociski sójki migają pory roku droga, którą idziesz jest jak piosenka bez refrenu bitwa rozstrzygnąć może wiele i treść i formę i normę drogą jedzie limuzyna bogacza a skrajem drepcze pastuszek z gęśmi kto ustąpi z drogi? jest się, o co potykać drewniane lance bez grotów będą dozwolone proce bez kamieni wydane ze zbrojowni magazyn broni zatrzyma pociski samosterujące bitwa na słowa i rymy hymny po i arie przed to nieunikniona bitwa samogłosek i wołaczy zdania Prousta nie mają szans za drogą widać już stado dzikich wielbłądów i jest jeden osioł somalijski jak zebra ujeżdżają go Mustafa już na wzgórzu Pepin z Rolandem na drugim droga po między nimi a tam wciąż pastuszek i oligarcha a co będzie jak przyjedzie radiowóz? co to będzie, co to będzie? aklamacja syren policyjnych droga polska bez wątpienia anioł i diabeł to jak przewoźnik i przewodnik jak transportowa specjalność Holendrów i Polaków miedza sąsiedzka wyniszczenie przedbitewne drugi Grunwald Somosierra I t e p e dzieci psów smoki gumowe jak balony na drucikach o co się będą bić, o co zaczepią, o co ułożą nagle? triumf leży w zasięgu ręki Roland z młotem Pepin z Plątonogim – Wersal pełen tańczą na łące przed drogą menueta który to wiek, która godzina? leśne kapuściane pyłowe ciężarówki zarejestrowane w systemach nowożytnych podle czekają pełne dzieci niczyich zawrotne ptaki i uciułane grosze zamienione na sztabki złota koronne dowody w sprawach sądowych miedź z cyną i kartofle w pianinach ragtime słucki berłem dano znak a może to buzdygan ruszyła armia Rolanda z Mustafy nie zostało nic nawet namioty porwał wiatr a tabory się rozprzęgły do wieczora i po nich i po co to było czekać? Roland wrócił zza drogi nie ma miejsca na trakcie już kupcy rozłożyli stragany tam u góry wiszą drony plebejusz gramoli się z torfu w rowie rowy pogłębiono ostatnio ciężko mu idzie zeschłe liście listonosz kramarz to wszystko znieruchomiało kropla dżdżu by się przydała na tą krew a nie wino w szynkach korona na poduszce z pluszu nie bordowa a złota poduszka, bo korona bordowa Roland (głaszczę kota) jest portretowany w VIII wieku powstają w słońcu lichtarze jak durendale w kierunku centrum zbliża się mgła z wulkanów i wybuchów jądrowych z każdej strony świata jedzeniem zajęci wojowie zaniemówili, usta pełne mięs sztandar i skaldowie to jedynie ożywia scenę mgła powoli dociera do Rolanda uświęca go punkt po punkcie kreska po kresce czarnobiały anturaż nadaje nowy wymiar zwycięstwu kochaniem obrzmiałe serca oddały życie za wiarę i drogę, która sama z siebie zawróciła we wskazane z góry miejsce a dusza jak dron poszybowała hen
*Co z tobą?* Jeżeli ktoś zapyta co z Polską? co ze światem? nie czekaj, uciekaj jeżeli ktoś zapyta co z wami? co z nimi? nie czekaj, uciekaj jeżeli ktoś zapyta co z tobą? odpowiedz – nie lękaj się, stwarzaj pozostań poza światem jak ja
*Wszystko, co przelatuje przeze mnie* Ja kocham orle ptaki, pterodaktyle i samoloty hipersoniczne, lecz elektryczne to, co jest niesamowite, bezspalinowe obiekty lotne wszystko, co przelatuje przez mnie jak mgnieniooka strzała i trafia w czyste sedno lądowania na cztery a najczęściej mniej zmysłowych łap i mówi, złap mnie jeśli potrafisz – jestem całe zbudowane z elektronów – dodajmy z elektronów ruchu w duchu (tzw. ran) a po wylądowaniu wygląda dla mnie na obiekt godny pokochania, jeżeli jestem jeszcze w drgającym powietrzu
*Znaczna septymalna okołonaczyniowa dokładność delikatności* Ze znaczną septymalną okołonaczyniową dokładnością delikatności opiłem się łzami w dzień powstania zamierzchłych powinności serca, które nie dotrzymało obietnicy słońc zmieniających się błyskawicznie w księżyce jak za dotknięciem różdżki mniej czarodziejskiej a totalnie opozycyjnie boskiej w stosunku do zakamuflowanych sygnalnie wielkotygodniowych tchnień płuc tak blisko serca leżących, płuc martwych przez lat czterdzieści i cztery ale zmartwychwstałych dla sygnału powstania symetrii duszy i wyszeptania słów niezbędnych dla miłości w krzyżowych ogniach diagonalnie utrwalonej na płaskowyżu pochylonym nieśmiertelności sygnowanych ustami półotwartymi pocałunkiem, zachwytem, wyznania bólem na wieczność
*44 i * Ty jeszcze w Asyrii a twój grobowiec naszykowany w Lidzie ani deszcz ani monitoring przystanku Hattusza ani perfekcyjny kulomiot w nosie ISIS ani wiatr historii ani nietoperz symbol ani gładkolufowa broń ani eksplodujący osiołek ani zburzony pałac w Palmirze nie zrównają szans bytów zagrożonych i nie zapewnią unikalnej nieznikalności zważ na bezpieczeństwo Aleppo w kontekście bezpieczeństwa Litwy zanosi się na kolejne postradzieckie klęski i zamiany ichnich kodeksów oj zanosi, jak zwykle w świecie terrorystów i mumii Łotwa i Estonia patrzą na Polskę i walczą jak Litwa a ty w grobowcu Faraona jak mumia wieszcza ani Ptah ani tutejsza jego cisza złowieszcza jąkania skarabeuszy w zamieci piaskowej burzy ibisów ostentacyjne pobrzękiwania kajdanami zesłańców dopiero Pentagonu egzorcyzm a potem cisza poprzedzą odkrycie twojej złotej maski pośmiertnej po przebadaniu izotopem C14 odkryją imię: 44 i Lenin
*Rogi we wnykach* Mój las zszyty śniegu ściegiem drobnym, ale wyraziście haftowanym jakby na tamburynie łaski natury spięty pośrodku zamkiem błyskawicznym zimy rozsuwam powoli, powoli z szelestem wyskakują z niego łanie, łanie z młodymi a na końcu rogacz przepiękny dumny, majestatyczny, idylliczny symbolizujący moje nowe życie na rogach władczych ma splątaną stalową linkę to pozostałości wnyków zerwanych w szale wyniesionych z muzeum pamięci mojej rogi ogromne połamane, pokiereszowane brak tchu, tchu błysk w załzawionym oku a potem, a potem przeciągły, rozpaczliwy ryk z cyfrowego playbacku
*Mnóstwo* Szumów pisków poruczeń płomieni najazdów na gniazdo szurnięć skomleń abdykacji splunięć kiksów podwieszań kleksów mrugnięć koronacji podpatrywań gniazda osunięć gestów zamarć zaniechań lotów z gniazda odkryć achów bluzgów odepchnięć targnięć ześlizgów z gniazda obtarć nawrotów odskoków gdaknięć memłań w ciszy nocy i z rana lotni rezygnacji abnegacji podskoków w koturnach obiektywu narodu świętującego niepodległość bez ograniczeń mnóstwo
*Belzebub ty Pio* Belfegor ty Mona analiza piktogramu Braque`a Belladonna ty Caravaggio analiza muzogramu Lee Hookera Belzebub ty Pio analiza monogramu Izajasza Baltazar ty Gąbka analiza eprogramu Tramiela w wynajętym pokoju tajemniczej kamienicy w Krakowie przy Rakowickiej gdzie gołębie wokół zrobiły swoje a okna i podwórza są Rauschenberga i DeCaravy popijasz spokojnie wino białe zakupione w pobliskiej Żabce gdy kończysz dopalasz krokieta na patelni zrywasz zamarznięte firany podkręcasz piecyk na max sprzęgasz wszystko z wszystkim zmieniasz się znów w Belfegora czasów i z Moną wychodzisz szczelinami na Lubicz kierując się w stronę Rynku pod nosem śpiewasz: „A Hard Rain`s a-Gonna Fall” mijając „Biały domek” komunistycznych tortur na placu dworcowym pęknięty atomowy łuk przebija ci serce złowieszcze dziecinniejesz na szczęście twarz odwracasz po wielokroć obserwując w żłóbku uratowanego siebie
*Ani jabłko, ani wąż* Kiedy bezsenne przymioty boskich zwierząt egipskich opanują twoje wnętrze jak hieroglify grobowca ściany powstań nagle i zakrzyknij – nic nie trwa wiecznie: ani mumie ani kapłani ani wylewy ani szakal ani mrok ani dzień ani kot ani ibis ani czas ani kamień ani Nil ani len ani sokół ani papirus ani wiersz ani byk ani jabłko ani wąż podnieś rękę nad głowę i powiedz – skończyłem ze słowem w sobie jak nadchodzący nieśmiertelny sen
*Krótki kurs* Krótki kurs dla ratowników roślin: punkt pierwszy – odnalezienie kwiatu paproci punkt drugi – długie sztuczne oddychanie w najkrótszą noc punkt trzeci – wezwanie wsparcia posiłków mchów łukami brwiowymi, zapalającymi strzałami miotanymi w serca przez robaczki świętojańskie stygmatyzowanie prostokątami z kropek sinych bladych czół zmarszczonych pożądaniem jak Mgławica Magellana w apogeum punkt ostatni – zwrócenie kwiatu ożywionego naturze paproci już zapominającej dzień nocy
*Kropla miasta* Kropla miasta miasta strach czerwono czarny kropla mm miasto w kroplach kropkach zełgany nawet nie musnął dnia zełgany gany gany weź sobie ech do serca domy bloki wieżowce drapacze chmur prawda hę prawda kropla miasta kropla światła refleksy dusz deszcz wiatr zełgany kapelusz neon on wiatr liść smutek samotny liść kropla miasto miasta miast z krop woda świat świat gazet mąż żona taksówka księżyc neon kolekcja znajdź siebie w kolekcji znaczków miasto jest pocztą ślij się ślij się nie śliń śiń ślij kropka ciebie krop krop tele gram krop kap kap łza fontanna gra gwiazd fontanna grzechów miasto miast będzie znów spać w pustyni kosmosu twojego nie ja znajdź źd się sam as
*Nawoływania eskapicznych celebrytów* Asocjacja niedużego rozmachu scenek na podłożu integralnych rozwarstwień czasu wolnego to niezbyt eleganckie podjęcie druzgocącej bądź, co bądź krytyki długofalowych, niezwykłych w wydźwięku społecznym będących nagminnie spolszczanymi demonicznymi nawoływaniami obcych eskapicznych przedstawicieli różnego autoramentu celebrytów kiedy grom odległy skutkuje przestrachem nadętych konferansjerów a każdego autoramentu kierownicy znikają w iluminacyjnie somnambulicznych przedawkowaniach pleśni pas słucki pamięta czasy dekatolizacji na Wschodzie takie jak obecnie w Zachodniej Polsce ewidentne, skłaniające się ku ohydzie desperacje teatralnych uwodzicieli uczynią z podłoża kultury deskę do prasowania teatrów powszechnych bądź, co bądź ale nie po to mamy psyche i somę by rozwarstwiać niedojrzałych emocjonalnie chłopców na płatki reżyserów i aktorów a przecież jednakowoż i jedni i drudzy są nagminnymi łapaczami depresji nie w tłumach, nie pod teatrami a w sobie samym ukartowanym bez sumienia na gruncie zapomnianych steli hetyckich lub aryjskich jak talie – wszystko jedno będzie zaledwie jedna cząstka kilogramowa szczytu niebieskiego w oczach i potem niezbywalnie w mózgu, bo nigdy nie ma tak, że kwiat jednej nocy zamienia się w kwiat jednego dnia to dotyczy ludzi wielkiego formatu, ale nie przyrody nierozumnej bądźmy, więc poważni na niegrzesznych drogach oczekiwań na letnie przekierowania amplitud ciał niebieskich, gdy w mątwie galaktyki zauważa się nieokiełznane pożądanie unicestwienia partnera lub własnych dzieci wtedy można domniemywać wśród nieboskłonnych popatrywań przez słupy wody kosmicznej, że krętogłowe dziwactwa nie z kosmosu a z przepaści słów docierają pierwej niż elokwentne zaniemówienia prorocze prestidigitatorów prześmiewców propagandzistów prawie z każdej partii toć, cały kosmos, wszechświat, uniwersum lub jak kto woli debilizm chwil publicznie naginanych do własnych emocji, gdy kurczy się przestrzeń ta, co miała się rozszerzać wtedy dusza woła – ahoj przygodo i wyruszamy z mantą albo ośmiornicą na słońce, które istnieje poza oceanem bladzi jak boże krówki albinoski albo niezapominajki dotknięte bielactwem prowadź, ktoś powie, prowadź, ktoś powie i umrze a potem tylko kłopoty, gdy zaczną się nawoływania sotni ważek, szerszeni, kruków i wampirów mniej rumuńskich a bardziej zakarpackich somnambulizm, powiecie, to taki śląski wymysł ale to nie prawda to wymysł Nimroda, mątwy i genseka matrioszki to wymysł wieloręki i wielogłowy jak epoki prehistoryczne wielokrotny, nawracający w wolnym czasie nudą przedstawień ekshumowanych z dehumanizacji jaka zdarzyła się w Humaniu
*Pieśni wiecznie zielone* Ojciec przemówił do Izajasza podyktował mu słowa do miliona pieśni wiecznie zielonych dzisiaj listy przebojów wciąż okupują piosenki z ósmego wieku przed naszą erą tylko w hymnach państwowych nic nie ma o Ojcu same dyrdymały o potędze uzurpatorów chwały Izajasz zapisał słowa Ojca powiedział – Ojcze skończyłem ogłoszę to mojemu narodowi i ludziom z kosmosu powiem im o twoim Synu rozumiem cię Ojcze mnie też urodził się syn duma rodu radosna nowina stanie się pieśnią galaktyk i światła na rozweselenie kobiet kobiet jak moja niewiasta płochych uświęconych jednak uczestnictwem w stwarzaniu dusz w chwilach ucieleśnień w chwilach pokoju Ojciec przemówił do Izajasza podyktował mu słowa do miliona pieśni wiecznie zielonych i na ucho szepnął – obyś mnie dobrze zrozumiał, zachowaj pokorę i spokój, odłóż już pióro i zanuć wreszcie sam pieśń narodzin prawdziwego Człowieka Boga
*Opera* Nawet zbyt pośpiesznie nadany list ostanie się we framudze drzwi rozkołatanych jak niejedno serce opuszczone zgotuj ciszę ptakom posłańcom uwertura w miedzi podróż libretto za późno na libretto nawet zbyt pośpieszne motto może być w ciszy oazą dla ptaków chronologicznie rzecz ujmując – najpierw przeleci coś jak cień ktoś powie – szatan… a potem zatrzyma się w powietrzu ktoś ktoś powie – ktoś, ktoś ważny… nawet pośpieszne gołębie pocztowe nie zdąża przed zmierzchem i oto umierasz sam z listem w ręce ten, co do nieba nie zdążył dojść, bo i jak ewolucja cofnięta raptem została to człowiek znów jest ptakiem czy pterodaktylem? ale to nie finał, nie koniec opery koniec jest w słowie MIŁOŚĆ, co pędzi za cieniem jak promień i dopada go w uchylonych drzwiach
*Zgromadzenie delikatnonóżkich* Zgromadzenie delikatnonóżkich podziwiane i opisywane w tak subtelnej tonacji i atmosferze niechcianego błękitu paryskiego Korsyki od niechcenia łapką motyla spychanego w piach klepsydry plaży będącej współczesną odpowiedzią na byłe egipskie plagi skoordynowane w czasie biblijnym zbutwiałe dziś jak papirus w piramidach i to nie ich szczytowych fragmentach a niestety niestałych komorach grobowych – utraconej na zawsze a motyl spycha i spycha błękit więdnie i koroduje jak tarcza Achillesa niecność niepowstrzymanie kołysze się na wantach Odysa rozchyla poły namiotu Menelaosa Zgromadzenie delikatnonóżkich podziwiane i opisywane nie stroi wysoko prawdziwych a tylko cykladzkie namiętności, których strach słuchać wcześniej, gdy jest śpiewem syren i podziwiać, gdy jest tylko tańcem Salome na piasku Święty przelatujący tu często powie: jest szansą kochane rozluźnienie międzynamiętnych powiązań miłosnych korzystających na takiej sytuacji niezwykłą szlachetnością błękitu tych oczu zastygłych na zawsze w słoneczne wiersze Pokolenie dzieci delikatnonóżkich zbuntowane w kolebkach mitów na plażach już pełnych szorstkości choć na zawsze w bursztynowej bryzie zanurzonych okaże wreszcie zawstydzenie jak Kalipso i ukryje się w świniach
*Potencjał skromności* Potencjał skromności jest nieprawdopodobny tak, twoje marzenia powinny być skromne okiełznane w ramach, granicach i kształtach nie nieskończoności tylko Wszechświata niewidzialnego to wystarczy przedzierzgnij się nocą w szerszenia robotnicę dzierzbę i na świecy ziggurat znoś swój wosk jak pierzgę by w końcu zażec móc coś, co ludzie nazywają światłem, aniołowie duszą a Bóg sam drogą ku… pokora ostatniego ogrodu a ogród w ciszy (nieznany fakt) potencjał mózgu nie zmusi świata do eksplozji ale świat i tak eksploduje fajerwerkiem, gdy zaśniesz milcząc jak Bóg nagle zwaśniony z ciałem świecą zigguratem dnia hardego rozgardiaszem
*Razem* Stwórzmy to razem nie jakieś tam hokus pokus ale zwyczajnie jak modlitwa przelewająca się z myślowo odległych kontynentów swawolności w mistyczny kryształowy kielich oczywistości stwórzmy to razem tak jak powstaje siano i kiełbasa zróbmy to z wysoką dozą miękkiej bolesności zetnijmy i zmiażdżmy sedno naszych spraw i tchnień wtedy jak noc odległa od dnia będziemy szukać zjednoczenia białą śmiercią poranka bądźmy w tym jak sargassowe węgorze jak dwie chatynki na wzgórzach wśród słoneczników bądźmy ciszą lasu poobiedniego i nim samym gdy wdzierają się w niego czołgi durniów ponure a wiatr odmowy wieje stwarzajmy decydujące stąpania po gwiazdach niech te chatynki nasze na marsjańskich wzgórzach oświetli wreszcie zachód słońca a my powiemy – to nasi rodzice i pradziadowie antyczni to nasi antenaci żyli w nich spotkajmy się jak kiedyś w walce o świty niech ta rzeka czołgów nie zmiażdży naszego lasu czołgów głupoty społeczeństw i alienacji jednostek, co są jak węgorze na drogach wodnych nęcących ku rozmnażaniu gwiazd w naszych pelerynach przeciwdeszczowych ty bądź ostoją dla genów księżycowych ja będę lasem dla zachodów słońc zejdźmy z gwiazd odległych przetrwajmy pomimo wbrew jednak dla jedności
*Trzeba umierać stojąc* Połączenie aż tak niezwykłe w sobie? źródłem tych wszystkich natchnień jest Duch to oczywiste Wespazjan miał na takie pytania odpowiedź gotową – trzeba umierać stojąc są skrótowe opisy dokonań w przestrzeniach materii, która wygląda jak Duch na pierwszy rzut oka są idee wykołysane w wierzbowych witek kolebkach natchnień przewrotne jak życia pokręcone skłonne połączyć to, co powyżej z tym, co poniżej i wykorzystać Izajasza na zmianę z Webernem przy lepieniu glinianych latawców lampionów a to się kłóci z przesłaniem dzikich dzieci – proca tylko proca abstrakcji perswaduj dobro zaskoczeniem radosnym – wierzącym, co posiedli skalę akupunkturalną dodekafoniczną w głowie najeżonej gwiazdami swojej dołączonej na własność danej jak gdyby nigdy nic
*Eulogio wierna* Ja jestem piedestałem okruch na nim postawię okruch twojego serca w pięknym adoracyjnym relikwiarzu (refektarz już lśni) na tabernakulum mojego zachwytu (w prezbiterium półcieni) prospekcji naszej kwietni i płonięć eulogio wierna
*Jasny i gotowy* Nawet, gdy słońce kruszeje jak zając na balkonie to ty, jak gdyby od niechcenia tężejesz w przepowiedniach spojrzeń, co każdy kontrapunkt przestrzeni postrzegają w długowieczności planet niebanalnych zdumiewająco szlachetnych w wytryskach niegodziwości pozostałych sublokatorów kosmicznego szaleństwa zwanego życiem powszednim dla kanarków i dzierzb za dnia o dziobach ibisa w słonecznych splotach ubóstwianego żertwa wtedy słońce nadaje się na pasztet wystarczy zdjąć je z haka a zawiesić tam kapelusz pełen myśli zatęchłych, rozmiękłych by przewietrzyć myślenie by przewietrzyć myślenie by przetrzymać myślenie tchórzliwe by przewietrzyć układ powierniczy kul i ofiar tam będzie wolność gdzie pasztet zajęczy czerwony a ty w pokorze jasny i gotowy
*Hagiograficzna kartografia* Od jutra będę prowadził zajęcia z hagiograficznej kartografii to moje postanowienie otworzę przykatedralną szkołę map dla dziewczyn zagubionych we mnie podczas śnieżnej burzy uczuć od jutra schody do panteonów kontynentów będę budował dla nienagrodzonych zdobywców biegunów Ziemi oni byli napiętnowani psami i kucami a ja uszczęśliwię ich schodami ruchomymi napędzanymi lawą lodową serc o Enceladusie o wodo o Encyklopedio o wolo o moja katedro katedro moich przekroczeń od jutra zachwycająco zdefiniuję natury ucieczki od rzeczywistości czerwonej ku białym jak śnieg biegunom duszy przypadki religijnej emocji górotworu zastygłego opiszę i nauczę każdego procedur odnajdywania i odkrywania na nowo łez kto uzna mnie za profesora chłodnego umysłu chemicznej literatury zamieci słów geograficznego awatara stałości niebios nakreślonych mapą ratunkową bezcenną w odpowiedniej skali
*W duecie z Bergiem* Atonalny mój koń w letniej pelerynie głowę ma wypchaną sianem jak trawą ja kłusuje po poręczach, barierach po dywanach z asfaltu Sodomy Amarantowy mój koń całuje zmalowanymi ustami księżyce, co rusz, co noc co będzie, gdy mnie ucałuje? zatrzymuje się i zastyga jak nieznana kometa Goryli Mój nowo zelandzki koń fetyszyzuje wszystko co nie jest stepem a ja koszę łąki brzytwą dla niego gdy cały świat ze stepo wieje zacznę tańczyć na forte pianie i to wówczas, gdy w duecie z Albanem Bergiem będzie na nim grał: Lulu Lulu koń ten
*Szklane pelikany* Metalowe szpilki sosny miotają się w górze gałęziami sosny wicher targa dziwny szalony wiatr wspomnień dnia wymachuje biczami nade mną nagle szklane pelikany kołujące nad moją głową tworzą świetlną aureolę zderzają się ze sobą gwałtownie stymulując szklany dźwięk destrukcji zła powtarzające się jak u Reicha takty i frazy wciąż szpilki pelikany wciąż szpilki by w końcu uderzyć o metalową rurę po środku wywołując apokaliptyczny grzmot to ja sam jestem dźwiękiem dzwonów rurowych w finale tej symfonii wiatru zbuntowanych myśli burzy niemilknącej we mnie uderzają dzwony rurowe uderza wielokrotnie gong pelikany szklane rozpadają się patrzę w dal na pobliskim rondzie karkołomnie prowadzona przewracając się koziołkuje wielka ciężarówka Biedronki rozgniata drogowskazy i bratki moja burza uchodzi z miasta razem z duszą kierowcy przy akompaniamencie dzwonów rurowych, do których dołącza się solówka Hendrixa jak piorun uderzający w środku nocy potem zalega cisza w końcu w kołysce zasypiam
*Sekcja ósma* Sekcja ósma szósta czwarta sekstans jedźmy nikt nie woła woły czas wyprowadzić burza na morzu a statek pirania wół by się zdał tu nie na drodze nie na ornym polu sekcja karambol sekcja boks ósmy boks szósty boks czwarty okrutny koń skrzydlaty drr pin dżar żar jest już flauta cisza spokój amok fal przeminął piana zaschła na wantach i rejach woły grają na flecie a żyrafy? a nosorożce? a pelikany? jak syreny śpiewają? jesiotr węgorz troć to trr trawers, bo to już góry wół pnie się po skałach słynną drogą Długosza wbija zęby w szczeliny a półka a bułka a buty a but butt errr pójdź ity dzin ze hen wola modlitwa modlitwa woli ity pójdź pójdź kiki ki ki siwa twa mewa na skraju przepaści grań uskok żłób żleb skrup skrup w przepaść mewa spada rozbija się o skały a wół odfruwa kle kle sekcja ósma sekcja szósta sekcja czwarta mewy burzy ka
*Okrutne zdziwienie* Skorzystałem na tej poobiedniej drzemce wtedy, gdy ona jak pająk wisiała na żyrandolu i wachlowała mnie z góry żebym nie odczuwał upału kiedy to somnambulizm opanował mnie raz jeszcze i wniknął w moje poglądy na raz zacytowany szlagier świata zmysłów ona nie wiedziała, że to ja właśnie jestem pająkiem pająków przemian paramaterialnych myślała, że nie ja a ona dlatego tak okrutnie zdziwiła się, gdy przeciąłem nić jej szansy jawy i złapałem ją w swoją sieć snu miała mi za złe, gdy zbliżałem się czule po jej strach z błyskiem w oku odwróconym potem wyzbyła się go i została moją branką omdlałą do zakończenia dnia tak dziwnego jak jej szczery uśmiech teraz nie ockniemy się już nigdy w splotach wiecznych okrutnie nierealni? oby!
*Łap dech* Koń ponosi strażnika gwiazd stłumiony popęd unieruchomionego alternatywnie jegomościa, co spadł z jakiejś ksylofonicznej nuty by znów pożreć batutę jak książeczkę prawd słodko gorzki świat ksylofony trąby trąbity zagłady nie będzie dzisiaj zadzwoni dzwon archanioła zwołujący na pożywny ratujący posiłek kolację na trawie przed Białym Domem policyjnym wszechschronem tutaj na dworze króla bieli koń ponosi powóz strażnika gwiazd łap dech i w czas stań
*Kata dekapitacja* Dekapitacja w dell`arte sok kolorowy kapie na ciało w scenicznej agonii uciec z wydmuszki, którą uchwycił sokół myśląc, że to jajo świata to było jajo Dalego w nim skamlenie świata tak tylko skamlenie chemia nie wystarczyła, aby rozbujać dzwon namiętności narodowej chemia wystarczyła by wejść na dzwonnicę tak tylko kto pociągnął za sznury na tej starej wieży? kto przestraszył sokoła? gniazdo świata w dell`arte rozdarte dekapitacja chęci wtedy nozdrza wydymają się, gdy chęci brak modlitwa zamiast huku dzwonu modlitwa zamiast huku zmysłów i ciał modlitwa zamiast huku armat modlitwa sokół z dell`arte błazeńska dekapitacja masek myśli to dobra myśl kata dekapitacja własna
*Odkapryszone istoty* Jak rozedrgany nasunięty na zegar księżyc zdecydowałem się zmierzchać by w swój nie do odczarowania dzień ukorzyć jego odwzorowanie w mitach nut taka zmienność by potem paść na twarz przed słońcem skupionym na moich ułomnościach brwi rzęs i grzywki jazzowej notabene ukośnej i septymowej w wolności wiatru potem znosić cudze mgławice wyprężone na piedestałach ciszy nie do odratowania w kontraktowanej bezczelności białych nocy co wędrują za mną po świecie nawet podczas przekraczania równika nierówności dusznych by posiąść to, co najcenniejsze we mgle stwarzanych przeze mnie istot mnie podobnych jednakowoż ale odkapryszonych nieco w bezcennych myślach bezksiężycowo jak dzisiaj nie do odnowienia
*Kredyt Picabii dla Xenakisa* Kredyt Picabii dla Xenakisa to jadło chłopskie dla Ludwika XIV jadło to ja Kowno Troki Kłajpeda Saloniki 7 Kościołów i dzban whisky kreteński labirynt Knossos kredyt Miro dla Varese Reicha dla Kandinsky`ego La Monte Younga dla de Kooninga deszcz monet pędzlem uszkodzonych a ja mówiłem kiedyś, że padł silnik Moskwy kretyński Szary Wilk zjadł kebab z psa i konia potem wyskoczył na mur świata odleciał na lotni Ikara w tatuażach wylądował przed Bankiem na Cyprze tu wśród wielu Mogołów Syberii rozmienił Scytów tetradrachmy na drobne jest taki kraj gdzie malina dojrzewa jak kokos dojrzewa dojrzewa zasypia oczy się kleją mgła litewska zmienia się w cholerę w Konstantynopolu a ten w Stambuł I, II i III kredytu nie udziela się konkretnym biznesmanom tako rzecze siedzący nad stawem bankier wygnany ze świętymi sztuki z City ale to tylko słowa słowa słowa nic nie kupisz za nie od Scyty (nie to, co kropki, plamy i kreski zmieniające się w nuty)
*Tylko w mojej głowie* Na litość, co to? jastrzębie polują w mojej głowie? czy to jakieś zamieszki uliczne w mózgu? coś się rozpada, jakieś przepowiednie się sprawdzają fatalistyczne tak, tak, i to w mojej głowie tylko na ulicy rząd z narodowcami maszeruje Poniatowskim niesamowite czasy ostateczne widzę przez ciasną szparę to marzenie Dmowskiego i Piłsudskiego Paderewski gra na syrenach Prymas Kakowski błogosławi fajerwerkami w opłotkach Marszałkowskiej faszyści gonią bolszewików do Brukseli Kruczą i Alejami czy jakoś tak na odwrót za tym oknem oka coś się kończy jakiś strach kończy się pogoń za wolnością kończy się denuncjacja brata i donoszenie do Moskwy bo Moskwy już nie ma w Donbasie pagibła jeszcze w mojej głowie mieszka tylko strach tylko pozostał gasnący nad drzemiącymi pomrukującymi fokami kołują jastrzębie z Etopiryny ułuda bladej niewoli bolesnej umiera ostatnia w mojej głowie
*Drohobycz* Banderowcy za kontuarami w cynamonowych sklepach? czy są większe zagadki świata kainowego? kalafonia z Malabaru i wódka (na pohybel Lachom) – obok siebie? na rynku wypalonym morderstwami idei słońc zamiast wszystkiego, co kryją wnętrza sklepów cynamonowych jeden transparent na ratuszowej wieży osmalonej dymem z płonących kościołów i gett – chwała bohaterom UPA! z uliczek schodzących się do rynku jak Chasydzi na modły słychać wciąż tylko świąteczne tra ta ta ta bum bum ludzie wychodzą z cerkwi nędzą zmęczeni malutki konik ciągnie wielki wóz na gumowych kołach z wiązką słomy na drewnianej platformie konik krwawi wciąż a słoma płonie jak polska strzecha sklepy cynamonowe fruwają nad miastem nie jak iskry ale jak bociany czy to bociany na pewno? czy to nie kochankowie z obrazów Chagalla? a może to anioły, które zgubiły ludzi…
*Antymateria widzeń* Jadeit kochana jak pobladły nagle koniec lata opal tęskniona jak twoje włosy rozświetlone o zachodzie słońca granat umiłowana jak twoje oczy gasnące nocą diament radioaktywny jak pluton egzekucyjny niewidzeń chwilowych naszych nie nie nie antymateria widzeń właśnie najdroższa już wieczna
*W dolinie rozbitych witraży* Gniewni pozostają w cieplarniach a zagubieni wprost naśmiewają się z nich i ich niedoinwestowania w cel w zakamarkach ciszy panieńskich cnót w takich zamierzchłych miastach co z uliczek nadwątlonych poniewierkami koni wyruszają w deszczu przed kościoły by rozstrzelanymi zostać przez gołębie niewarte słów i straszenia strachem nielotnym na gołębie spieczone warte śpiewu z rana jak fiakier w zakrzykach czarny i zełgany artysta będący w nauczycielskim zrywie taneczne bary pouczając namawiają wychowując zapijaczonych braci włóczykijów mostowych spaczy taki obraz malują poniewiereki w dolinie rozbitych witraży schrystianizowanej dzielnicy horroru mitów paryskich legend krakowskich ich ich ich i zaniesie się do kolegium gołębnika giełdy, co porzuciła partię lumpenproletariatu by wyzbyć się na zawsze biednienia zbuntowanych żebraków pod kościołami dla bogaczy lotnych strachem mimem zagubionym chochołem
*Zmysły w uszach całe* Muzak w uszach lewak w poglądach kalosz w koszu papieros w klombie Gavroche w salonie pijak w galerii mój prawy mundur w opłakanym stanie stan w kraju kwitnącej wiśni skrzypek w szaleńczej solówce dyrygent w kościele Bacha szepty w organach siepacz w parlamencie wiesiołek w herbacie mamut w luksferowych refleksach tęcza w Nowym Świecie Zbawiciel w niej na karb lewaków poszły rozszczepienia sumienia homar w menu w szczypcach akompaniujących kapar zawsze to samo w galerycznych rejsach punkt zwrotny w cieście australnym miodnie jądro ciemności za czarną dziurą (już nie będzie się można odwrócić wstecz i zrozumieć, co i jak było, podczas gdy po śmierci będzie można) śmierć tylko w getcie Bajkonur w Semitpałatyńsku monster wy w Disneylandzie jak Disney w ciekłym powietrzu czekający na lek w prochu monsieur ja przy zdrowych zmysłach a zmysły w uszach całe tylko cicho sza, w tle muzak, lewak, prawak monogamista polifonii odwzorowany w polichromii OCZY w sercu, uff
*Krówki w węglowodorach* Za mgłą niedzieli nikną krówki w węglowodorach czy wręcz odwrotnie? wzrok słabnie, zamglony obraz świętości świetności gości one w nich oni w onych zaokrąglenia one nieznośne stawiaj na jedno pytanie czy są zdrowi? czy to ozdrowi? wtenczas na pojedynek wyzwą zegar, za którego nagłym porywem cukru śniegu odkręcą zaszłe naddatki bocianowa strzecha, blizna stawu, wiatraka wariacje koczkodan, goryl, szympans i człowiek zręczny w poszumie mów, pór w strefach gorętszych jak kokarda na rogu byka ofiarnego uniosą się w górę dla nadętości klucz do interesu – międlenie lnu okazja do międlenia słów po umoczeniu czy wręcz odwrotnie? wtedy wiatr rozwiał mgłę niedzieli rozdarł mgłę ciężkich obyczajów i pożarł ją idą lekkie czasy i ludzie nie zawracają za onych jedzących jęczących mgłą nie pytaj czy i ty udźwigniesz aż tak powszedniego siebie
*Wędrówki kres* Stąd a dokładnie sprzed klawiatury białej w tym pokoju do wieczności czerwonych zórz hen stąd do bram zachodu ze stadnin wschodu od ąk do mąk od mąk do ąk niebieskich szybko by a dokładnie bko w najgłębszej ranie twoje blizny są tą wiecznością przyszłości ładu estetyczno-etyczno-etatystycznego stą z ąk do mąk daleko do grających wierzb malowanych zbóż niedaleko leko kko kjuż więc wstań, ech ty ać ja pobruszę kolejne stolat sto lat niebieskich Otto bracie dla mię wędrówki kres
*Tajemniczy przybysz* Tryl jakiś tryl jakiś tryl coś pędzi po klawiaturze nowych dni tremolo vibrato staccato ale to nie są ręce pianisty to nowy ty w skowronkach jaśminach promyczkach półuśmiechach dźwięków jak puch jak kurz jak pożądanie pustynna burza błysk burza gwiezdna co to za przybysz na niebie? rozświetla noc i łuną spadającą zadziwia nie jest inteligentny tak jak ty jest za to niesamowity nieznajomy tajemniczy z gwiazd detonujący ponad ludzkością całą meteor jesieni pędzi faluje płonie twój nowy model pozaziemskiej muzyki emocjonalnej do cna rozkochany w cichnącej Ziemi
*Zdrój* Piłem jej różany żywot jak wodę ze zdroju namysłów gdy będąc pięcioletnim chłopcem dojrzałem w jednej chwili matador ranny w pierwszej walce ale przygody jej oczu do moich przybiegły chęci zamknięcia czasu łopotały jak sztandary kuse chustki, spódnice, co odkrywają znamiona biegłem do tych wód jak Miltiades na starcie z wrogiem biegłem spokojny i pewny niecierpliwy żądny pełni kochania na kanwie radosnych tortur utkałem arrasy zbudowałem pomosty przerzuciłem je by abordaż się powiódł zrealizowany w pragnieniu zaspokojonym, co zamiast warg dostało żywej wody nie ginącej prawdy o sercu dotarłem do tej głębi i do jej ciszy chłodnej zerwałem chustę nieba ostatnią co ją skryła i wygarnąłem garścią jej zasób mądrości mądrości seksualnie porywczej, co chce świat zmienić zanim pragnienie opadnie jak listek brzozowy pożółkły na dno sadzawki w tej źródlanej ciszy widzenia piękna jej ukrytego
*Aż stąd do światłości* Bum ska skra trwa szum wyje wyj wyjście jęczy w otworze coś Wigilia Święta Zmarłych ścisk deszcz pisk wzrok słuch ja wysokie C biorę ać kleszcz kluszcz klusk wynajduję wyjmuję onomatopeją klęskę ciszy język zyk kzy uzy lu Lu Lu na na wymiar Mi ryk szum piszum gdybanie świerszcza w silniku czasu wieczności auta chrobotanie dusz autobuszz ludzi zmarłych smęt cmę cment aż do aż stąd do światłości świetności jęk jużnie jujutrznia jutro
*Zalegnie każdy niemorwa (MEHR LICHT!)* Jeśli masz kłaniać się górom wysokim to wiedz, że nie musisz one są niższe od ciebie nawet niższe niż doliny twojego mózgu zrównają je kiedyś z tobą morwy kroczące szczytami ku morzom i zadepczą kozice uciekające przed morwami po skałach przepastnych jak nerwowe komórki rzeknij morwie słowo (jedno) a rzuci się w przepaść z przesadą rzeknij sobie – MEHR LICHT! – chcę światła a nie mroku a wyrośniesz jak szczyt szczytów ponad swą głowę tak więc zapamiętaj – Bin Laden sułtan mordu, który powalił wieże World Trade Center i na kolana Pentagon wyrzekł następujące ostatnie słowa – zgaście te światła i spoczął martwy na dnie oceanu wśród małż nie jest kotwicą (czegoś) lecz wrakiem (wszystkiego) jak wszelka góra (niebotyczna) bez jasności Słowa w najgłębszej głębi świata zalegnie każdy niemorwa
*Wyobraźnia*
Zgarnąłem moją niezależność ze stołu
wybiegłem na deszcz upychając ją za pazuchą
świt uderzył mnie w twarz i znikł
upadłem na pelikana
odlatującego właśnie do zoo
z tobą szamoczącą się w ogromnym dziobie jego
wcześniej nigdy bym sobie czegoś takiego nie wyobraził
zbolała wyobraźnio zostaw mnie zostaw
na zawsze
w klatce
*Profesor Rzyg* Profesor Rzyg wszedł do Urzędu Ludowego a Złodziejaszek Himalaj uciekł z niego gdy dokonywała się ta swoista wymiana stałem wtedy za ladą portierni bez uprawnień fajtera póz lecz z legitymacją prasową słynnego The Sun zanotowałem ten fakt na sam widok Profesora odezwałem się – Rzyg, Rzyg, wow, wow sowa śnieżna i ja od dziś Curiosity i Mars piszę o tym właśnie będzie Pulitzer, hau, hau i ha ha makabra „na jeźdźca” tu Profesor rzyg, rzyg i ha ha rewolucja rewolucja jeszcze jednaaa
*Słoneczko* Słoneczko ty moje ostatnie, zachodźże, skoro masz zachodzić bo mnie już oczy bolą od patrzenia tylko na się słonko to ptak jeden a ja to miłości lot do gwiazd od patrzenia do zrozumienia od zrozumienia do patrzenia na cię
*Zgasłość* Nestor leksykon źródło przesłań źródło żywe na scenie ona jedyna kurtyna w kwiatach wchodzą aktorzy z bielmem Nestor narodowcy mnich pochodnia zasadniczo nic się nie dzieje reżyser kuca za kulisami snadnie chęć mu odjęło wypłakania się przez aktorki blond niema wchodzi stąpa delikatnie jak szepty czułe żeby nie zbudzić reżysera nie zbudzić psów na widowni nie zbudzić nimf na kurtynie antycznej w krajobrazach greckich tkanej wiecznie błędny wzrok psów gaśnie lampa jedyna nad sceną to słońce sztuczne jest do opisania blado złociste pulsujące ekstrawagancko wybuchami na powierzchni swej świecące jak zmurszały pień sobą same będą dzieci śnić o nim, gdy zgaśnie wchodzi blond bóstwo solarne bez narodowości i języka w gębie zapominalskie bóstwo zachodu stoi kolumna a przy niej mnich bladoróżowy już tylko nosorożec wbiega wreszcie czas na chwilowe spustoszenia psy klaszczą na opak czas na kurtynę och, nie, nie jeszcze jeszcze Nestor wnosi encyklopedię jak Biblię rzecze – leksykon świata psy zjadły po spektaklu wczorajszym och, nie – rzuca kurtyna czasów w ustach słońca gaśnie słowo za słowem zgasłość pozostaje: policzono, zważono, rozdzielono
*Nie okrutniej bez niej* Miej oczy i patrzaj w oczy sny niech sny znaczą a marzenia marzenia oczy jej są twoją sennością zamknij je czułością i więcej nie okrutniej bez niej
*Dokończyłem żucie* Zszedłem z pala zapatrzenia wszedłem na pole zachwytu a co, czy ja jestem aby kormoran łowny? patrzę a tu kremowy kwiat smukły od pierwszego wejrzenia… o ho ho zerwałem i zjadłem go ze smakiem jakem przeżuwacz wszelki zatuptałem i hops na pal dokończyłem żucie (ech, życie, życie wewnętrzne)
*Fuga miasta opustoszałego* Ulica krótka, zegar senny jedno na drugim spływa coś, co powinno sterczeć jak maszt radiowy wczorajszość wszechobecna zbyt krótka twoja ulica na te czasy lewa, lewa, prawa, prawa (bach) leży coś, co powinno chodzić znalazłeś się na wstępie do podziemi w ostępie piekieł i przedzmartwychwstań wśród korzeni, studni i domysłów politycznej dintojry zamglonych latarni gazowych utrzymujesz dystans do niepodległości swej kijem splunięć opędzasz się przed światłem kłamstw tak naturalnych jak padlina jak miasto opustoszałe przez czas na życzenie nieodparte w porę pustynie jaskrawości w dali a tu ciemność rozszarpuje wszystko jak hiena roboty sarkastyczne kradną zegary a ty? lewa, lewa, prawa, prawa (bach)
*Fuzja gatunków* Nakręcony, ale niedziałający skarlały powolny lękliwy bądź, co bądź znamienity – dźwięk z obu perkusji i Fendera gdy oni nadzy na okładkach ty na okrętach już wierszy zamaszysty oni zeskakują z okładek perkusja pulsuje Billy Cobham szaleje na werblu twój statek to statek śledczy ty masz włosy na szczęście w kamieniu czarnym trzymasz pamięci formułę to kamień tylko muzyczny choć ty filozoficzny jęczysz wyjęczasz sny jak nakręcony, ale niedziałający potem artykułujesz te jęki osaczany rytmem przez serce Billy`ego bum, bum, bum nostalgia tłumów wali stopą perkusji jak śnieg w okno a tu nie zima fuzja gatunków i dopiero czas zamawiania win zapisanych na kartach Wierzynka bądź, co bądź cokolik dla lampki wina wśród zniczy herb serca Billy`ego targasz kotwicę zegara zeskakujesz z konglomeratu czerni stajesz na winnym pomoście żeglownej muzyki zakaz recytacji słów śpiewu tańca nakręconych brzmień – wielkiego dnia
*Pokost* Poświata postrzegana jak pokost na trawie jakieś delikatne drgnienia albo zroszonych pajęczyn rozpiętych na winorośli zasnuwającej altanę zielonych wspomnień według bajkopisarzy pojaśnienia zmrużone połyskliwe do końca na zachód od stawu, co ciemnieje jak grób w zakątku ogrodu wielokwiatowego i wielowątkowego w oddechu motyla Apollo pośpiesznym ciebie śpiącego w pudełku po zabawkach, które Święty Mikołaj przyniósł czterolatkowi za domem za domem za domem za … wydawać by się mogło świtem jego
*Jakiś Polak Numer 5* Podsumowanie zdrad rodaków to praca nad obrazem hiperabstrakcyjnej hiperemocjonalności chlapanie pędzlem po płótnie w zapamiętaniu z wściekłością żalem miłości spazmem ziuch ziuch pac pac ja ty on oni POPIS PISPO OPPIS Palikot PIES Nowoczesny Zielony Burak Arkebuz Patron SZLAM hlap hlap kleks plum plask hipernonszalancja hipergłupota ekspresyjna plucie krwią na płótno Mazowsza i Pomorza obsmarkiwanie kanwy Wielkopolski i Lubusza wymiotowanie na papier Śląska i Małopolski kto jeszcze, jaki książę nadąsany bez dzielnicy władzy rzuci się Polsce do gardła z watahą obcojęzycznych? jaki ogłupiony andrus z KOD-u i libertyńskiej stajni francusko-belgijskiej, niemieckiej twierdzy hitleryzmu pruskiego, ruskiego bunkra narodowego orthodoxsocjalizmu, czy zatoki upadłego luteranizmu wazowskiego? rozświetlając motywy i ożywiając kolory dokończy paraboliczny bohomaz: „Jakiś Polak Numer 5” za jakieś marne miliony
*Na morzu informacji* Takie dzisiejsze nagłówki gazet mogą wywołać tylko artretyzm na morzu informacji jak burze fal odpływu bo ślepota zupełna jest zakazana na pokładach i mostkach raczej zarezerwowana dla nabrzeżnej gawiedzi w portach iluzjach patrz – co widzisz? widzisz – co to jest? jest – baner skuteczny o treści: „serce mierz na zamiary oceanu a kości lecz pianą reklam” pokręcony szkielet Latającego Holendra z gazetą w zębach zamiast noża na rogu każdej ulicy w pirackiej zatoce milionowego miasta propagandy to już ty?
*Alek jak?* Alek jak alek jak nazwać alek jak nazwać twoje serce Alek – x? jak?
*Przedlarwia fizjonomia* Skomplikowany przekaz jednostronny wynurzył się z wypowiedzi mieszczańskiego dziecka w fazie dorosłej znajdującego się na fasadzie siedmiu maszkaronów fetujących zobowiązanie do przekształcania miast w głosowaniach prostych, gdy fascynująca jego przedlarwia fizjonomia odnalazła się w minach sztywnych facebookowych z rana po rosie nie z wody a z azotu ciekłego, co przeistoczyło nie tylko brwi, wargi, ale i kończyny całe w szkło, kończyny machające za Polskę przed podpisaniem zobowiązania tegoż złożenia życia rozbitego w razie czego Krzycz echu do ucha frontmanie motyla galaktykoskrzydłego skazo na ciele kwiatu rozumu ust bo prohibicja kolaudacji fekaliów w mediach żertw forsownych była zawsze rozciągliwa we Wszechświecie zadłużenia w uczuciach stałego czasem owego dziecka górniczo-hutniczo-rolniczo-prasowego zabezpieczonego w kodeksie – artykuł 148 paragraf 2 a na tablicy 2 od góry wiersz 2 trwa zima dla larw szepczących poezja księży milczących za innych bulwersująca cisza zbyt skomplikowana dla prawodawców, gdy orkiestra interpretatorów mimiki twarzy zgasłych i niedojrzałych gra
„Twój kolos” Kolos to jest ciemność nie za widnokręgiem, oj nie w twoich ramionach raczej ospały dzień zmienił się w ospałą noc ledwo dotrwał do zmierzchu lecz cóż to, to nie zgasił księżyc twojego ognia, który płonął i poblaskiem zaznaczał się w oku jak cyklon bytu? a teraz musisz zgasnąć sam bez niego jak słońce iskierka galaktyki i nie możesz wtulasz się w pustkę materii kolos wapiennych skał jawy jak demiurg świt trzyma cię w uścisku mocno był jaspisem potem zmienił się w granit a teraz… czas na magnetytowy bazalt a ty, zgasłeś już? do rana łkasz? może jeszcze, w tysięcznych chwil popiele żyjesz ostatnim promieniem wtulony w kolosa tchnienie swoje gorzkie dopełnienie
*Zarzuć Wszechświat na plecy* Jak to jest? ty tego nie dźwigasz czy świat nie chce dźwigać ciebie? opis przyrody – makro zmienia się w mikro onomatopeja kwantu zmienia się w parseka symbolu bądź wtórnym wybuchem ducha po erupcji grawitacji w sercu czerwony pulsujący zachód słońca nad lasem pełnym płomieni, gdy wiatr nie świszczy w gałęziach, lecz szepcze ci do ucha wstawaj szkoda dnia zarzuć Wszechświat na plecy to tylko plecak nie krzyż i bezkrwawo jesienie poetycko wyrusz
*Zeznośności zesnu zezwłok* Zbytnio nie ufam zimnym słowom, co z zamierzchłych niw językowych zrozumiałą ledwie polszczyzną przywołują pożądania pobratymców śmierci czerwcowej zjełczałej od pojękliwych bakterii nieznośności nieczułej a są ledwo wyczuwalne w pozamózgowych zaświatach przynależności do zboczonych filakterii i uwarunkowanych centralnie podrygiwań obleśnych w idei zakamarkach ukryte na czas zeznośności zesnu zezwłok a przecież nie wyglądają tak wcale w chwili, gdy młoda dziewczyna wchodzi do pokoju i mówi – kocham cię a ty jesteś w kwiatach a ona w jasnoniebieskim kostiumie niezakrywającym niczego nawet uczuć spąsowiałych w słowach co wydrgały na języku zanim weszła okrutnie zimnych jak odwieczność świata
*Ściśnięte w garści gardło* Ściśnięte w garści gardło grdyka zadławiona dłońmi zapalczywości wtórują halne słowa w chwili samounicestwienia słowa obrażonego zatrzymane na zawsze Tatrami zębów i warg jak klocki lego maluszka zestawiane w ciszy na podłodze rączkami jak zabawki strachu symultaniczne ściany przewieszki z nadąsanego milczenia
*Mrugnięcie powiek* Zrozumiałem, że w moim jedynym mrugnięciu powiek, błysku oka zawiera się cała przedszkolna sfera wyobrażeń o kobiecej bieliźnie i jej mutacjach na czas pokoju i wojny ze światem oko ześlizgnęło się z piedestału krągłości kobiecości na własne nogi spodnie do kolan, podkolanówki stopy w małe buty odziane mrugnięcie powiek smętniejące z godziny na godzinę z roku na rok widzące co lato szykuje na zimę by jak larwa zaistnieć znowu wszetecznym kojarzeniem kobiety z ciężko rannym ciężkozbrojnym janczarem mamelukiem przedszkolakiem wojen mrugnięcie powiek ruch delikatny wieka trumny niemowlęctwa by spoić bieliznę z ciałem białym namiętnie delikatnym przed poszarpaniem nieuchronnym w ramionach światów cywilizacją skażonych symbolem Ewy
*Deforestacja przemielonej niepoprawności* Najzdrowsze bodajże są pomysły takie jak ten, kiedy to raz gazda zapomniawszy kapelusza założył na głowę, co miał jak arbuza w ramach: trzeba sobie jakoś radzić żelbetowego nausznika kawałek (głuszącego i zapobiegającego przeinaczaniu głosek) był jak taki Kościelec co zmienił się w Mnicha zastygł i tyle po nim pozostało co widać – sza, sza, cicho sza, sza opowiedział mi o tym pewien polityk, który opuścił partię mniejszościową przed rozpadem tejże żeby zapobiec odstępstwom takim, jak – Goralen i Slonzaken Volk Schlessien Beratung i Kaszebsko Odroda słysząc o tem się zmazurzyłem i szadziłem jabłonkując jednocześnie zostałem na probę Drzymałą Ślimakiem i Żelewskim Szelą w jednym kościelcu gołogłowy natomiast nasz gazda do dziś paraduje w nauszniku jęcząc niezrozumiale pod nosem: hvala ljiepa, hvala Kleinpolen und Karpatenvorland Alba Chrobatia Mater Polonia kasaj huby Rasiu i na lędo albo bruszyć
*Bądź mi sakramentem światła, nadziejo* Bądź mi sakramentem światła nadziejo w poniżeniu moim rozgrzeszona z miłości daremnej nadziejo na życie po kres mózgowych komórek odczuwanie świata błędnie rozumiana ciemności rozpłyń się w zmartwychwstaniu serca błogosławionego tobą
*Gdyby w Niniwie działy się cuda…* Ze wszech miar nadęty strącony będący po napitku winoroślą wciąż jak zgiełk cały, za który się płaci o tym, który wychodzi z mroku, by stąpać zwolna z wysokiego zamku ku planetarium dolin plebejskich i nieokreślonych lepkich idei narodu bo właśnie wtedy na smoki się poluje właśnie wtedy mordują dziewice zamiast nich, gdy opowieść jest sama w sobie nieodkształcona ześlij a nie zagarnij będąc ukrytym w kufrze i to w kufrze jafskim wniesiony zostałeś w nim w europejskie populacje symbol gdzieś znikł nad Jerozolimą ożywczy jesteś wolnością swoich myśli Betlejem kruchych szklanych wyrobów jak ten ptak tak mówił potem skręcił w uliczkę prowadzącą jak gdyby do studia TVP Łódź to nie była uliczka… przesmyk w bramie i pasaż na trąbce Stańko grał Czarną Madonnę transmitowaną bezpośrednio z Hajfy na Karmelu do Łodzi – ptak-znak tyś powiedział, po coś powiedział zniesiono zakazy razem ze stertą dokumentów w tym samym postkufrze pustym plądruj plądruj w swetrze z dziurami plądruj archiwa Aszurbanipala Białego ciągle jesteś jak deska w kirkutu płocie trąbisz od murów… leci leci leci wyrok spada kamień z gwiazd grdyka słabsza oczy stuleci sokole mumia język bydlę życiodajne w Europie okraszony dźwiękiem trąbki rozwijasz się jak sztandar baner hymn państwo nowożytne skulony przyjaciel wszystkich dwunożny i nie wiesz gdzie i skąd ta wolność? biegnące po płotach parkanach Parki ty znowu – ławeczka muzyczna znowu blask znowu jutrznia znowu schron spękany w duszy kosodrzewiny słów zasadziłeś nad fiordem w Ein Bokek przemagnetyzowanym za koło polarne oniryczny wieczór Skaldów w turbanach tylko to pozostało na Północy po przejściach i przetłumaczeniach tabliczek i nadpalonych zwojów
*Dlaczego Ziemia jest tak potężna?* Za każdym razem spadam dlaczego Ziemia jest tak potężna we Wszechświecie? (za każdym razem spadam)
*Zmagazynowany zapach* Zmagazynowany zapach kasztanowca w codziennej twórczej pracy bezzębny okaz jaskini kiedyś stalaktytowej niesiesz Syriusza protezy odległe giną, jako wasalni dziedzice jego dzieci nocy Krzyż południa rozkwita w maju w Ojcowie i Skale wiewiórki tworzą wśród kasztanowców Drogę Piwną będzie pienił się nimi wiosną każdy park a ty znikniesz w gwiazdach jak zapach kwiatów majowych zanim nadejdzie skumulowana w owocach jesień świata dla zapracowanych w tobie jaskiniowych gryzoni snu
*Granica spotkania naszej miłości z masakrą* Ktoś powiedział (może ty), że pod wpływem aromatu chwili czułość zginąć może nieopatrznie przemielona pokrojona słowem na desce oto koper delikatnie posiekany rozdrobniony snadnie czule potraktowany nożem barbarzyńcy zapach nowalijki rozszedł się i wyznaczył granicę spotkania naszej miłości z masakrą jak zwykle?
*Księga Wyjścia* Są takie góry w moim pokoju skąd Bóg woła moje życie to Księga Wyjścia
*Pola w formularzu* Szkoda tych pól niewypełnionych w formularzu ludzkiego bytu są jak groby nieoznaczone łany zżęte stratowane wypalone pola życia puste rubryki głodu i śmierci z jedynym zapisem oznaki życia przed czy po? (jednak, aby, cóż, ponieważ) nie wiadomo brak wielu informacji o człowieku singlu cynglu cyplu ten nie zasługiwał na nie? dziecko jeździec stary koń koń karawan trumna ostatni zakręt rondo zakole wodospad wszkołę pójście z czystą tablicą płonnym licem czołem zamążpójście z czystą hipoteką eureką apteką wniebopójście z czystym kontem rachunkiem ratunkiem bez danych osobniczych? bez danych o żebrach i ciśnieniu? bez danych o nacji generacji aberracji? bez danych o istnieniu przepaści w globalnym sumieniu? bez danych o duszy świata? bez baz danych mu bez kwitnie bez właśnie tu na skraju cmentarza dlaczego zakurzony? dlaczego nie biały a lila? braku informacji o nim i o nim szkoda wielka szkoda
*Akuratny motyl* Akuratny motyl tak nazwałaś mnie w szkole śniłem dzisiaj o tobie o latach naszych wspólnych, gdy ten woźny od ORMO z tą od wszystkiego partyjnego łapali nas siatką na motyle a my uciekaliśmy przez łąki miłości skacząc po ławkach w klasie starając się dobiec do otwartego okna a potem dopaść pobliskich wzgórz ratując swoje dorosłe życie ja już hippizujący dzieciak w paski i szlaczki ty nadobna nowofalowa córka grabarza pierwsza wyfrunęłaś w wieczność ja roztrzaskałem się na szybie zew krwi biały kieł motyl, ech tkwię do teraz w szkolnej gablocie zazdrosny eksponat, skostniały cały dźgany wskaźnikiem przez panią od wszystkiego akuratny?
*Kto przeżyje?* Kto przeżyje niespodziewany atak kałamarnicy miasta? Kto przeżyje nuklearną noc w sumieniu? Kto przeżyje Sąd Ostateczny? Nikt?
*Ostatni chuch* Para rządcy dusz między skrajnościami ust niewinnych leniwych podległych skandal ciśnie się na nie jak zemsta milczenie jak obłuda milczenie składam rezygnację z rządcy ostatni chuch chuch ostatnich słów
*Apokaliptyka poety* Zamierzałem właśnie spocząć na laurach, gdy przeleciał on wysłaniec posłaniec zesłaniec niebieski chowaniec pocieszyciel za nic anioł łez czarno-białych moich i moich uśmiechów zadrwił trochę ze mnie, bo rzeczywiście moje bóle spełzły na niczym okazały się nosorożcami strachu post czegoś a wszeteczny dzień wampirów mojej beznadziejnej pracy objawił się tylko samymi krwistymi wierszami anioł porwał je jak orzeł zaniósł na wieżę wysoką i ukrył w światowym gnieździe jak swoje pisklęta nie mam, co prawda do niej dostępu ale jestem spokojniejszy, swobodniejszy i autokefaliczny bez łez już, wewnętrznie spójny wiersze z wysoka teraz świat obserwują wyczekują pierwszych jeźdźców Apokalipsy z taką pewną niecierpliwością strażniczą jak kusznicy nieustraszeni acz okresowo tak jak ja zakazani wreszcie eksplikowani, eksplanowani i ekspiowani do walk z grozą wszelaką przez papieża moich snów zostaną, więc przebite z łatwością tarcze i zbroje jeźdźców z koszmaru milionów a oni sami zamiecieni jak liście przez historii wiatr a czasy ucisku? a laury? laury to korona nie cierniowa królewska wszechwieczna wieniec chwały dla tego, który nadjedzie na końcu na koniu białym przywoła orły młode i stracą znaczenie pieczęcie, trąby, grzmoty i czasze [Wtedy ci, którzy pozostaną przy życiu w swoich ciałach, nie umrą, ale w ciągu tego tysiąca lat zrodzą nieskończone mnóstwo dzieci … . Słońce stanie się siedem razy jaśniejsze niż teraz; a ziemia okaże swoją płodność i wyda obfite plony. Zwierzęta nie będą już żywić się krwią (Divinae Institutiones VII, 24; 304 r. Laktancjusz)]
*Polska apokaliptyczna* Polska potężna orędziem? Polska orężna poezją? Polska chędożna herezją! Hartman III
*Upadki filozoficzne* Ujawniłem nieskończone plany gdzie ja Boga zamierzałem poznając nakłaniać do umysłowych zwycięstw bezmyślnych w godzinach wytchnień w pracy dnia dla rodziny nacji ludzkości skrytych w moim ekspansywnym ja bez trudu anioł rozpoznając wszystko szepnął – ech, chłopie, chłopie jesteś synem i ojcem zrozum Ojca i Syna więc nie planuj niczego poza klęską tu filozof z morskiej pianki był już w twoim ogrodzie myśli przemądrzałych jak w Heliopolis, w Abderze i Kition niech starczy oka i (s)tarczy pokory Promienna Rozumna Kwitnąca niech raczej odziewa cię w codzienne upadki twe filozoficzne
*Orzech ciemności* Nawet nie wiesz jak ciemno jest w orzechowym lesie lesie, co do którego istnieją podejrzenia, że nie istnieje a tylko wyobraźnia jakaś kreuje dziwadło głuche niezdecydowanie migotliwe próchnem zamknięte przed ludźmi na zawsze w łupinie głowy jak sowa w dziupli chrzestny dzień po słońcu ciem będzie już jak świeca, co zapłonie zamiast twojego ramienia jak oczy sowy władczyni spojrzeń ty zapłoniesz na krzyżu swym później i to nie będzie jedyny krzyż las krzyży prawdziwych zapłonie jak myśli ciemne w lesie jasnym realnie istniejącym tak, istnieją myśli niewygaszone depresja i pastuszka i centuriona i łotra i króla w strachu łupinie nie gaśnie w głowie – orzechu ciemności
*Globalny prozelita* Ja na frontowych polach Megiddo na Syjonie zamglonym na wilgotnych łąkach Drohiczyna na Tabgi skale porfirowej na rozgrzanych piaskach wydm słowińskich ja na Masady pochylni ja nie Semita a prozelita prozelita regionalnej miłości Ja we frontowych ziemiankach i okopach Wizny na pokładzie Guido mrocznym w grocie betlejemskiej i w Qumran i na Karmelu na gnieźnieńskich stawach jak prastara mgła pod Jerycha murami na szańcach Woli i Pragi ja nie Semita a prozelita prozelita regionalnej miłości Ja z Lędzian, tych co Wiślan namówili na misteria polańskie na zawsze skrywszy ja w jaskini Ciemnej w Ojcowie będę się już tylko ukrywał i rodził orędzia białych nietoperzy swoją mumię zawijał w bandaże spowiedzi nacji mumifikował my ze starszymi i młodszymi braćmi w wierze ja nie Semita regionalny ja prozelita globalny
*Lot nowej ery* Ze zdarzeń najszlachetniejszych minionych wysnułeś ciąg myśli z myślami zdążyłeś na koniec wieku a tam przyszłości przepaść a ty jak rzeka szalona siadasz na gwiezdnego konia – Pioruna i skaczesz ponad wodospadem wczorajszym sobą wizją uskrzydlony bądź duchem zdarzenia nowego, w którym srebrne nici będą myślami przednimi samotny świt prząśniczką ową z osnowy i kanwy, z kierunku światłości powstającej z burzy i wodospadu utkaj ten lot nowej ery błyskawicy
*Krucjata pokonanych* Okrutnie okaleczone sny wyrwane ręce chwil niepełne z nich kawałki spraw i dni niemowlęce mruczenia i gaworzenia okrutne dla niechcianych będę karmił ptaki grzybami szlachetnych lasów ptaki cmentarne pełne nawoływań dzieci neurotycznych owoców jarzębiny i czeremchy niesytych obelisk ich śmierci rozliczony przez darczyńców mniej lotnych pióra i cele pióra i nietoperze obyś nosił ich spojrzenia odwrócone, jeśli zgrzeszysz wtedy błędnik będzie jak odcięta noga kurhany mózgów nie wystarczą płacz niedorozwinięty, lecz nie martwy ptaki dla kolb ptaki dla ziarna a wojna rozrzuca śmiercionośne myśli co to to nie – powie ból głowy do głowy nie ma żołnierzy nie ma ich żon nie ma ich kolb okrutne jesienie przed nami dzwonią dzwony sarny obłędny wzrok myśliwych krucjata pokonanych – walcz z inwalidami urzędów z tamtejszymi kobietami w przebraniach katów i bądź okrutnikiem dla bezprawia gór szczodrych w tablice życia boleści
*Stanowcze wywołanie* Wobec nieufnych i zwaśnionych pomocników bytu apel o zgodę był okazją do wyzwolenia napięć, które rozładowały nadzieje bo to był apel niesłusznie zdyskredytowany bo imiesłów ciszy nie byłby pożądany w sytuacji takiego odwrócenia od siebie czynników waśni z jakimi mieliśmy do czynienia w głębinie psychologicznej dziczy anytidealistycznej w grotach pokątnych ideologicznie skrajnych pierwotności co jak zależne od ewolucji mamuty przeszły po powiekach i spojrzeniach ciszy w skrytościach delikatnego serca już prawie człowieczego każdego odzyskującego wiarę, chociaż przebitego w pułapce śmiertelnej skończoności ciała skazanego na stanowcze i nieodwołalne wywołanie z niej
*Ja gwiezdny pies twój* Jestem z tobą kochanie nie wiem tylko ile masz rąk par oczu policzków nie znam wciąż ostatecznego kształtu twoich form atomowych i duszy imponderabiliów z teatru MegaFlorenceMachine + w skali absolutu uczuć jestem z tobą na zawsze ja gwiezdny pies twój trzymany wolarza ramieniem na smyczy rzęs i łez wypłakiwanych o wschodzie słońc z opali szczęść
*Fantasmagorie refrenów* Spełniam wymagania proste ustalone zwyczajowo wskutek nabić ćwieków stalowych nie w podkowy i buty a w mózgi nieczułe bladym świtem zbudzone ze snu oczu, które marzyły wieczorem o drgnieniu śmierci w mózgu pozwalającym im się zawrzeć na wieki a to tylko po to by przecedzić dni już byłe odmierzone nicością naznaczone w celach komercyjnych i edukacyjnych jak pieśni tworów nie ludzkich tworów nie zwierzęco-roślinnych a wręcz jak fantasmagorie refrenów niedookreślone w niedokończeniu zawsze światami zaświatów truizmy truizmy truizmy spełniam wymagania proste zwyczajowo zastanych galaktyk wszechświata ja, który stoją pośrodku – SŁOWA
*W zakamarkach Łodzi* Na ruinach Troi – w zwaliskach gruzów, zakamarkach Łodzi miasta klęczącego w podwórzach przeszłości fabrycznej miasta krotochwilnego kiedyś pokonanego przez Scytów ze Wschodu zastyga dyskobol i oszczepnik Łódź Fabryczna politechniczna czerwona od cegły na stosach okraszona ledwie białym wapnem ale głównie czerwona jak wielkie graffiti rumowisko przędzalni przypomina zwalone skrzydło zamku w Odrzykoniu rumowisko kotłowni przypomina klasztor Bazylianów udręczony przez władze zemsta zemsta zemsta na wroga z Bogiem lub choćby mimo Boga i jak było za Leszka Millera tak jest za Johna Tardy`ego Zemsta Nietoperza XXI wiecznego wyrwane z korzeniami drzewa wygryziona remontami Piotrkowska już przemienia się w europejską ulicę ludzików nibyludków ludzian udających ludnościowy lud kościół obskurny wita obskurantów z plastikonu komunizmu obscura camera non stop jak peeselu kwatera i Kosynierów urrra z Lechem w ręku oto szturm na halę z Atlasu Obituary Obituary groza Slayera mikoryza hartowanego Atlasa wzrost upadek groza nie Argos nie Arkadia nie Sparta i stolica gruzu i postaci chwalebnych z metalu chropowatość dzikszości kicz nie przetrwa spłonie w gorących sercach Polaków
*Pod parasolem łez świętego Wawrzyńca* Duchu wielokrotny prosty niezniszczalny duchu świata we mnie ja przemawiam do ciebie gestykuluję stroję miny Peryklesa i innych wzbudzając w sobie duchu bystry astronomiczny biegle władający kwarkami galaktyk widzę cię prawie, jako tajemniczy obiekt w mgławicy Kraba, jako mój mózg własny przemawiam do ciebie z gruntu posłuszny mową ciała sugeruję emocje Homera i innych przywołując w sobie duchu absolutny w ekstremalnym spokoju kreacji w tworzeniu z próżni z pyłku kwiatu z zarodka ludzkiego przemawiam do ciebie skrycie pod baldachimem spadających Perseidów pod parasolem łez świętego Wawrzyńca, których nie można wypłakać do końca zraniony do żywego wołam zraniony do żywego twoim milczeniem narodzin karą
*** Adwokat kwiatów sugestia Mony Lisy łąka za mną nieśmiałość policzek mina usta łąk sąd *** Potrącony przez ludzkiego osła wyżywam się na ludzkości stojąc obojętnie obojętny na kary i zachęty *** Międzyseksualny ludzki popęd stworzony albowiem świat wygenerowany jeżeli nie ludzki zdegenerowany *** Pamięć moja aniele – pamiętaj aniele pamięć jest moja jak twoje ostrzeżenie daremne pamięć – pamiętaj
*Dzieci zmysłowego brzasku* Zmagazynowany zapach kasztanowca w codziennej twórczej pracy bezzębny okaz jaskini kiedyś stalaktytowej dzisiaj jak skarbiec państwa niesiesz Syriusza protezy odległe sam kuśtykając jak Voyager giną w puchnących słońcach, jako wasale i dziedzice jego – dzieci wiosny Krzyż Południa rozkwita w maju w Ojcowie i Skale kasztanowiec w lodówce ust wiewiórki już tworzą z marzeń-kasztanów Drogę Piwną dziwną będzie pienił się nimi jesienią każdy sad i park, gdy ty znikniesz w gwiazdach jak zapach kwiatów majowych księżycowy zanim nadejdzie skumulowana pora świata niewidzialnego bezzapachowego dla zapracowanych jaskiniowych gryzoni snu – dzieci zbyt zmysłowego brzasku
*Tak, żal* Zwrot ku światłości nagły na środku oceanu zła dinozaury ćma rozklekotany autobus wypełniony wodą Eryk Muzułmanin dawca organów cytowany organ prasowy partii Putina zdechły wielbłąd milimetr snu w superodrzutowcu hekatomba nie Australia to pozytywna beza (bryza) czułości zwrotnik Koziorożca zwrot przez sztag zwrot przez top westchnienie światło piekarnika równik odwrót od ciemności myśl, nagły akt tak, żal
*Przy tej wersji pozostańmy* Boże, przecież gdybym nie istniał gdybym w ogóle nie zaistniał czy świat by to zauważył? bo na pewno nie ja! czy świat by innego adresata cierpienia sobie nie znalazł? mojego dzisiaj jak rzęsy i ślina bo ja myślę, że tak! ale ja już istnieję z moim ja i przy tej wersji pozostańmy (trzymajmy się życia krzyża bez alternatywy)
*Niecnie o nicieniach zła* Będziemy niecnie mówić o nicieniach zła albowiem królestwo błazenady ich środowisk nie mieści się w czystoplanach nieokultystycznych przyjemności okupionych byle jaką koprą wschodnich klondajków i zaginionych tam świątyń ducha niebagatelnego niezmącenie radosnego w wyziewach przepowiedni kamiennych bóstw z czystoplanu monsunowych dżungli ukrytych w nich tak małych jak obojnacze dzieła tychże nicieni w skromności bydlęcej posunięte aż do centralnych zadziwień królów niebóstw co dźwigają na barkach nie tylko obawy wszechjenieckie komunistów i faszystów ale imperialnych przedstawicieli ludzkiej rasy żółtej w tej części świata bo już w innej potworniejsze wyłupień ścięć obrzezań i przebić w imię idei obłych jak galaktyki grzechu rozbiegające się w oczach niezaspokojonych nosicielską zawiścią, których jednak stworzone dla trucizn świata nicienie nie mają
*Na starych kalendarzach* Najlepiej pisać wiersze na starych kalendarzach cześć, moja pierwsza kochanko, ech z dziewczęcych lat i zim twych, naszych, ech kalendarzy już nie ma oprócz tej jednej karteczki świętojańskiej w wieczności wyznaniami zapisanej
*Twój, jeszcze nasz* Stukot kół tylko albo stukot tam wysoko nisko nisko to na torach dzięcioł TGV przejedzie światowe och tylko Interregio tam za wzgórzem lądują kosmici albo kosmaci rąbią piłują coś odwiecznego w człowieku sędziowie poprzedzają królów a prorocy obcych to kosmici piłują sobie drzewa na protezy laski władzy nad nami stuka w prawym lewym prawym przednim i tylnym kanale oto zjawia się (wychodzi z nieoczekiwanego) kuternoga przesławny od rana malarz wolności niepełnosprawnej nasz ptak dziobak a może pirat Wesoły Kapitan Roger Hak er ej ej że coś żre pluje na nas tak to pirat stuk stuk stuk w barierkę w policyjną tarczę w godło w krzyż w ekran twój jeszcze nasz
*Primabalerina skrzyżowania Lema z Dąbską* Nocny łabędź Dąbskiego Stawu chciał być zjawą trójwymiarową, ale nie był kaczka niedyskretna go wystawiła do wiatru zmierzchu Imax świecił nad nimi neonem beznamiętnie bezwzruszeniowo i to był duch, duch wieku pusty w środku czasu i przestrzeni pieniądza imaginacyjnej księżyc zapatrzył się na mnie kuśtykającego jak Quasimodo wokół takoż kulawego ronda Plazy i walną głową w komin łęskiej elektrowni zapatrzył się na mnie schodzącego ku Tauron Arenie z Montmartre Sacre Coeur Bateau Lavoir aż po instrumenty muzyczne Pigalle moje sztalugi gitary skrzydła kule zatrzymałem się na przejściu przed Tauronem Taurus Taganrog Trzygław Trismegistos Trzmiel wreszcie … zaledwie Tremeloes przebrzmiały ból w nodze i sierpniowy smutek szerokiej ulicy opustoszałego niespodziewanie jak ona otoczenia hali i mrocznego parku lotników płotkarzy-plotkarzy kto znów wzleci tu nocą, jaki człowiek, jakie zwierzę? łabędź poderwał się pierwszy i z krzykiem przeleciał nad moją głową jakby miał wylądować na wysepce pomiędzy pasami ruchu Lema półkosmicznego tego od Summy technologii poplątanej moralnie i naukowo i cóż, że agnostyka jak zagubionego w galaktykach zjawisk i praw, które zastraszająco i nigdy, gdy opuścił UJ nie zrozumiał kompletnie o prorocka naiwności o łabędzi śpiewie o ptasie oczy ni świń ni psów ni Watersa rozpylona tylko nienawiść latarni ból kształtów nocy nierozpoznanej i oto anioł wylądował przede mną zamiast łabędzia szczupła długonoga w szortach z zorzy pończochach za kolano w koszulce bez rękawów w złotych prostych włosach do bioder jak kometa w warkoczach Neferetiti supernowych liceum anioł powiedzmy zjawisko: „Great Gig in the Sky” zakręciła piruet przede mną na rolkach błyskających kolorami tęczy lazerwheels Perseidów z bateriami w butach, jakich Lem w głowie nie miał nigdy księżyc roztarł już guza otworzył oczy i usta szeroko jak ja jeszcze piruet jeszcze jej przejazd przez pasy jeszcze spojrzenie w moim kierunku i zmieniłem się w kaczkę złotą osiadłem na środku alei sponiewierany jak księżyc rockowa poświata szkolnych lat dyskoteki zapłonęła na beczce hali, z której już faszystowski psy i świnie wyleciały kominami nieczynnej okładkowej elektrowni w Battersea poszybowały w kierunku Drogi Mlecznej i rozpłynęły się w jej mgle jak era Wodnika czy tylko on nie przyjął tego do wiadomości? a elektrownia w Łęgu na tle wzgórz Wieliczki generowała postać Mony Lisy XXI wieku pędzlem megawatowym malując szesnastoletnią słodką rolerkę w dziewictwa aureoli co jak Kypris wyłoniła się z pary unoszącej się nad niebieskimi kominowymi chłodniami Summa technologiae skurczyła się przed Cudownym Krzyżem Mogilskim jak zbity vocoderowy kundel z gnostyckiego cudu pozostał prześmiewczy robot-gnom do zwalczania JPII prawd i sprzęt w Ogrodzie doświadczeń działający średnio a faszystowskie owce z Battersea, co z nimi? pasą się same za halą, już nie na hali? a pasterz Minimus w niebiosach? nie, jeszcze nie, no to gdzie?
*Kogo bije dzwon* Zegar bije jak dzwon – ty żyjesz, ty czujesz? powiedziałem jej, że zegar mnie uderzył wyartykułowałem srebrną nić symultaniczną uczucia wysnułem jak z mów z bicia zegara, co jak prorok oznajmia powszedniość dni, a one są najważniejsze zegar znowu – sakramenty, pamiętaj zegar znowu – a ona? co z nią? zakasłałem a ona rzekła: to już koniec z nami? Komu bije dzwon napisał Hemingway a wyśpiewał Hetfield potrącił struny nostalgii ciosem w tremolo (piórkowanie, vibrato – to bonus) zegar bije – wielki dzień wielki naprawdę szybko deska uderza o deskę głucho żebro uderza o żebro perkusja wali, riffy zagłuszają ból owszem koniec, ale nie mój znalazłem myśli trupa – czas zegar – szafa piecyk perkoz punkowiec metalowiec mamut o, to już rogi i kły polodowcowy skansen ludzi mamucich jak my, co dzwonią zębami w takt w sam raz na atak zegar – bum bum bum bam bam bam ty napiszesz: Kogo bije dzwon a wyśpiewa Lamb of God
*Nie międzyludzkie współzależności* Na budowie zakasane rękawy na wszystkich rękach po cztery zegarki współzależności bodajże robotów wysokościowych i niebieskich ptaków nie, nie międzyludzkie współzależności jakby się wydawało po lekturze antycypacyjnych skojarzeń Kapitału z Mein Kampf a tam w sercu masz współ(u)zależnienia Nowy Świat Stare Elity Stara Pomarańczarnia Nowy Dwór idzie człowiek powiedzmy taki jak ja z rękami w kamieniach w kieszeniach niszach stolicy ulicą niszowy poeta i niszowa metropolia no dobrze, niech idzie robot hollywoodzki z coltem z rękami przy udach z.. a na wysokości GPW staje przed nim Przewodniczący Związku Nagradzanych Pisarzy Polskich na Wygnaniu w Warszawie w siodle na Koniu Trojańskim z szablą opuszczoną patrzy jeden patrzy drugi nagle Przewodniczący wyciąga rękę zamaszystym ruchem odciąga mankiet koszuli i patrzy na zegarek mówi: Koń-stój-ty-cojamówię-Bucefale robot w przód pada i się rozpada współzależności akcji, miejsca i Aleksandra a słońce, a gwiazdy na niebie, a czas? aktor niepokorny czerwony na twarzy cwałuje na koniu z desek jak Diogenes, bo koń przypomina beczkę nagle konfrontacja z falangą maszyn automatów do produkcji aut reżyser przerywa scenę chce zatrzymać cywilizację robotów przed zachłyśnięciem się krwią ludzką bladą współzależność Zachodu i Grecji zadbano o prawdę, złożono ją na marach uczciwie odprawiono przedchrześcijański obrzęd uczczono zniczami i pochodniami przed Sądem Ostatecznym czarnego konia mechanicznego przez włócznie przeprowadzono wywróżono, jutro z wczoraj pożeniono o`key, współzależność potępienia i zbawienia na Monte Cassino kasyno
*Szpilki* Okoliczności znalezienia tych niebanalnych szpilek zaskoczyły najwierniejszych przedstawicieli przemysłu pogardy krojonej z materii i to w sytuacji, gdy rozbestwiony tłum golasów atakował przedszkola i skandował hasła delikatnie mówiąc pedofilskie i antydziecięce, które mogły uchodzić za coś jak pielucho majtki lub sądy spolegliwe szyte na miarę dla opozycji w najgorszym stadium starczej alienacji powszechnie uznawane za zbrodnicze myśli rozeźlonych na samych siebie za niezakłócone wewnętrzne kłucie bezmiaru natręctw pochodzących z podszeptów obcych embrionów snobizmu i pychy jakże prostackich krawców (wbite w poduszki z wosku wydawały się niebanalne)
*Politycy i poeci*
Wielcy politycy tego świata mali są
w królestwie niezniszczalnych poetów
ich niemierzalnych wierszy wszechideologicznych
wielcy poeci tego świata mali są
w królestwie władców imperiów rozedrganych dusz
nawet małe ja tam zbyt obce jest wy
wdziękowi głów gadających za cię ustępujące
nazwą cię złem Kali Kaa Kaliguli
bóstw i cesarzy państw grani
nawet innego Kaa niż myślisz
Kaliguli innego myślisz
nawet innej Kali
tych i innych, co swoje ja unieśli pod sufit emocji
żaden poemat sam
nie zmienił prawdy ciszy w wojnę oni my
w duszy pokonującej siebie ostatecznie
palącej berła i poematy delty jak mosty
*What the Hel?* Ja chmury ja ponury kąpię się w wannie kiszę się w wannie ja na Bałtyku jeszcze nos marszczę ja już nie w Helsset ja chmury ja ponury ty wiatrem płoniesz we mnie ciągle stado przede mną brnie szlachetne przez odchody polskie do ciebie chmura prowadzi mnie bura i dobrze oto węszę śledzia dla nas ja i ty lepszy czas ale co to? what the Hel? jednak Gdańsk? jak kiszony śledź? ja c.. ja p..
*Blady jak Bleda* Kobyle mleko wypiwszy pognali wierzchem jak wicher przez step, który kiedyś zmieni się w jedno wielkie miasto Europy pornograficzny księżyc polityczny zawsze nigdy nie wiedział, że świeci golizną całemu światu antyku periodyku Olejem spici hołdowali zmianom ujeżdżających konie elektryczne idealne transformery transformatorów transponowały światło nie z nieba samego ale ze spodka latającego nad miastem ostra smuga plazmy plama magnolię Attyli powala w końcu i jego 300 żon wyzwala rzeki zatrzymuje na zawsze w biegu i sprośne anioły gwałtu i on pornograficzny księżyc popolityczny zawsze blady jak Bleda biada Ojczulek nad ciałem mitologiczny talerz latający historii dzisiejszej i nie Europy rozstępów rozstań opatrznościowych najeźdźcy bezprzewodowi teraz jak nigdy kobyle mleko i światło z kosmosu maszyn to za mało by przetrwać tu bez powrotu do greckich idei tablic jak Aecjusz czas spalić na stosie siodła
*Wysokie napięcie* Baczność bacz byś nie stracił ręki albo nogi kucając i bazgrząc po napisie: wysokie napięcie albo gorszym: śmierć na zawołanie urodzony od zawsze bo myślący alfą i omegą pantofelku bakterio amebo pisania odwiecznego chemicznego termojądrowego dziś bardziej niż kiedykolwiek niebezpiecznego jak rozmnożenie przez podział mutanta baczność wielki wybuch słowa rozbłysk sława i co dalej beznogi bezręki bezgłowy?
*Czuły dotyk muchy* Skonstruowane z lepkich pociągnięć długopisu nieodkryte zagłębienia wewnętrznych skomleń wydłużanych młodzieńczo w starość jak ciągutki i gumy widzeń, by odetchnąć pośrodku galerii obrazów zawieszonych jak pajęczyna na leśniczówki drzwiach życia pośredniego w natury ostępach i powstaje absolutny bogobojny opis pająka w afekcie odtwarzającego jak płyta zdarta te same dzieła bez końca bez początku bez tego wszystkiego, co sofiści nazywają ciągutką jedności czasu, przestrzeni i ducha w przesłodkiej nicości, co marksiści zwą zamordyzmem panów ubranych w togi, peruki i cylindry kapitału (ekolodzy dodają – efekt sprośnego człowieczego państwa) a pająki wprost czułym dotykiem muchy
*Limbus Polonorum* Zew poetów polskich antypody miłości i kangur słów korek muskat kielich namiętność ust burze filozofii greckiej much chwilowe zdystansowanie się od Krakowa antypolskie nienawiści i kot pantei a potem puls mitręgi powstańczy kamień filozoficzny i złoto w grobowcach wawelskich zaglądanie do Odysei a potem żeglowanie z jemiołą w pośmiertnej pościeli zew gęsi przylatujących przelatujących rozkrzyczanych korale Wyspiańskiego ampułki Wojtyły porzucony młot miłości w jaskini śmierci koło zatoczone historii to tylko grobowiec nie koniec zew się rozlega w niszach katakumb ducha eksploduje Czyściec wier-rzy czyli Otwarta Otchłań Boża
*Serce dzwonu* Zawieszony w sieci napiętych oczekiwań pod sufitem pokoju swego międzyplanetarnego tak mały jak skorek w katedralnym dzwonie snuję plany wojen z królami światów, z tobą, z sobą myśląc, że jestem sercem dzwonu zwycięstw kogoś wiecznego a nie ściszonego głosu śmierci swojej chwalebnej nieodwołalnej jedynie
*Orszady* Orszady, Orszady, Orszady najpiękniejszy zakątek Warszady! wyspowiadał mnie tu sam Bojanowski Edmund trochę łysawy i z lekka otyły wyspowiadał mnie z tęsknot bezprawnych i przeniknąłem przez ogromną szklaną hostię wprost na wilanowskich błoń półdzikie ostępy deweloperskimi pieczęciami ostemplowane jak dekret Jana Trzeciego Orszady, Orszady, Orszady najpiękniejszy zakątek Warszady! Polska Opatrzność Zwycięstwo wreszcie, wreszcie pełne zwycięstwo po wiekach kopuła nad a pod laskiem jeszcze kontener bezdomnego Orszady, Orszady, Orszady najpiękniejszy zakątek Warszady! więc z powrotem w górę historii choćby na skarpę wiślaną kiedyś po zapach koni umoczony w niej kasztanowo potem Nowoursynowską rozgrzaną na pizzę z jajkiem i szparagami popijaną nad wyraz radośnie cytrynówką wyborną z miętą, melisą a może marychą? Orszady, Orszady, Orszady najpiękniejszy zakątek Warszady! dzieci nastoletnie patrzą mi w oczy półnagie w szortach, t-shirtach, szorstko dziewczęco wołają matki ich śmiałością zdziwione Orszady, Orszady, Orszady najpiękniejszy zakątek Warszady! na Pistacjowej – róg Imbirowej smród wita skośnookich z kontenera za suszibarem pogawędka ze starą wroną jakby obcą równie szorstka, bo skrzekliwa niemo jak nocne zawołania sów popiskujących na wznoszące się z Okęcia samoloty ofiary Orszady, Orszady, Orszady najpiękniejszy zakątek Warszady! dzwony biją na Święto Dziękczynienia a dzwony Bojanowskiego dla czekających na z palety bied wyzwolenia przypominają oddalające się echa Wisły bezgrzesznej lodowcowe wygibasy przed plemienne od.. Wisły do Czerska, Ujazdowa, Czerwińska dolecą szybciej niż wszelkie dreamlinery Orszady, Orszady, Orszady najpiękniejszy zakątek Warszady! w wiklinach, wierzbach i bażancich odchodach ukrywam swoje łzy na końcu obelisk katyński śmierć, która nadchodzi jak ostateczne wyzwolenie skarpa osuwa się na kolana przede mną ja przed bazyliką bazylika przed moim dziadkiem i babką i nieznanym kimś Orszady, Orszady, Orszady najwonniejszy zakątek Warszady! niebawem, ujrzycie jak dziękczynienie Opatrzności niespodziewane nie wierzycie?
*Niesieni w wieczność falą pauz* Zakotwiczyć była pauza, zakotwiczyć niesieni falą pauz w sobie eksplozją znienacka odkrytą blado pomarańczową w czerni zmysłową ową dziewczynę po ustach tychże poznajesz w antrakcie pauz kandelabr szkolnych zaskoczeń jej dłoń czuły dotyk jak czas nieprzerwany korowód na szkolnej zabawie rozpoczęty trwa dalej w niebie woźny piekieł gromi a ty na rowerze jeszcze pedałujesz podczas lekcji bólu za szkołą w wąwozie historii niecnej przeżyć tę chwilę jeszcze raz i zrobić sobie pauzę wieczną właśnie krokiew przedmiotów maturalnych bądź gdzie a ona wśród chmur idąca ku tobie anioł szkoły zwieńczeniem na dworcu we Lwowie wśród uczennic w Weronie samotna w La Salette ona w zagrodzie Mesety cieniem twoja studnia pauz jak sen tu zwierzenie zwierzę spragnione jak ty bez dna twoja studnia pragnień młodzieńczych zakotwiczyć kiedyś w niej ech na jawie
*Bezlitośnie rozpuzzlowany* Zło złem wyłącznie przypadkowym taka opowieść snuje się jakoś poprzez tysiąclecia taka narracja artystów cegielnianych grobowo wywyższanych a potem on rzekł do mnie stroń od… a ja jak Jafet nie wiem, co i gdzie? idę przed się… i rymuję usilnię puzzle chleba i herbaty składam jakoś bezwiednie tak a puzzle mówią do mnie siedź tu i przytakuj … złu? no nie, aż tak, to nie! rozkładam, więc na dzisiejszy dzień atrakcyjny świata obraz władców jego tak sklecany mozolnie – bezlitośnie rozpuzzlowany znaczyć będzie odtąd roze źlony a co potę? a nic, charakterystyczne fragmenty spakuję i… odeślę
*Gimlea w Spalarni* Kiedy se leję herbatę, to se leję herbatę, a kiedy leję co insze, to leję co insze.. – jak powiedziała stara matka Grogan a ja dopowiem – popijam tę herbatę i tą herbatą w niewyraźnym krajobrazie biura papierosowy dym mgły ludowej władzy niczyjej już jak Zmierzch Nibylungów w Bajorze na Kujawach i Gimlea w Spalarni płuc, o dziwo się odrodzi tu a Niewielki Baldur palenie ludzi na zawsze rzuci
*Stocznia w depresji* Jest stocznia w depresji gdzie o wodowaniu nie ma mowy i o chrzcie, z jako taką matką takie jest dziś nasze życie w koalicji z PIS-em mówią do mnie PO pożyteczni idioci coś o zewnętrznych warunkach a ja odpowiadam – czekam tylko na kapitana chama i wygarnę mu wszystko on powie – nie moja wina, że statek jak woda pod górę nie płynie a ja mu pokażę, jak płynąłem w górę napierających na rodziny fal tsunami za komuny i wtedy uzna wreszcie, że sam jest w depresji niż stocznia większej
*Wychodzę na świat* Zagadkowe katakumby niemiłosne egipskie, perskie, rzymskie, własne moje zagadkowe poobiednie zakopanie w pracy przy biurku z kamienia katakumby niebieskie wysokie, gdzie zaklęć kolekcje czerwone zagadkowe jak idiotyzm urządzonego świata zmysłów pod powierzchnią porządku niechcianego parskam na to, prycham i wychodzę z owych katakumb zamykam moje biuro na głucho z telefonem, komputerem, kserokopiarką, laską przewodnią i segregatorami milczących przemów w niszach i sarkofagach niech to umiera tutaj beze mnie, jeżeli jeszcze żyje wychodzę na świat kolorowej jaskrawej jawy odwijam się z bandaży światła fikcji i prenatalnej złudy jakże inny już, mistyczny, ocalony, uwielbiony Łazarz eremita miastem zakochanych wskrzeszony
*Wiosno śmierci* Dziewczyno, wiosno śmierci dana mi przez Boga zaprowadź mnie do Nieba w kwietniu, w zbożu, z rana pocałunkiem, gestem, słowem czymkolwiek nierealnym, nieziemskim raz na zawsze wyzwól mnie z obumierającego, wczorajszego ciała, ukochana
*Sakramentalny przybytek milczenia* Sakramentalne spełnienia wieloznacznych czuwań i małostkowych naigrawań z odwiecznych wniebowstąpień są konieczne dla będących u schyłku dzieciństwa ludzi w niedużych cylindrach małomówności, gdy są zbędne zakulisowe rezygnacje z niedopełnień obowiązków, które omijają najmądrzejsze głowy po to, by po prostu zasznurować trampki przed kościołem wybudowanym celowo blisko boiska, gdy nieznaczne odsunięcia od krawędzi księżyca pobudzają w rogówkach cnotliwe drgnienia budzi się tęsknota za zamierzchłymi wstąpieniami gdziekolwiek w dzieciństwie raz pobudzony sakramentalnie osobnik niezbyt dojrzały ma zawsze za cel spełnienie swoich pragnień niewinnych przepełnionych zaczytanymi na zawsze słowami z ust milczących za karę za każdą taką nieprzeczytaną stroną za każdym nieprzeczytanym wierszem kryją się parseki odległości do światów kolorowych na pędzlu zatrzymanym przed płótnem na płótnie wybiegającym mu naprzeciw Ześlij zbędne odniechcenia tutaj, tutaj do mnie bym wysmagał nimi przyrodę sztuki i sprzęty audio-video w mieszkaniu urządzonym w zaświatach kosmosu jego co jest jak tarcza każdej myśli zawietrznej, zasłoniętej, zagłębionej i zakasłanej chodź do mnie, gdy przybędziesz w te regiony niezniszczony promieniowaniem bólu milczącego jak spojrzenia w okna pożądań nigdy nie mieszczących się w czasie chodź do sakramentalnego przybytku milczenia przez opanowanie oczu, języka i powietrza
*Balans uwzniośleń* Od wielu znamienitych ludzi dowiedziałem się o porach na gwiazdę i gwiazda okazała się człowiekiem naznaczona oficjalnym w akademiach i pozach balans uwzniośleń był nieco zdegustowany moim oddaniem niemocy dla wszecharystokracji i spojrzeniem zza krat prawdy na niedzisiejsze ekscelencje było nie było zacni jak kamuflaż dni i skansen w telewizji zwierzchności nieemitowanej od rana samego przecież zawsze w końcu emitującej służb ledwo widzialne nastroje na krańcach myśli i na krańcach słów ich przewielebni dystyngowani krasnale wizji mniemania niespodziewane pozostawiam wam gdy je dostrzegam pora na gwiazdę, odsłaniam kurtynę włączam stary projektor swój pusto, niemrawo, niedzisiejszo to i odświętnie jakżeż nikłe poparcie akademików tu morowo, ale niemrawo były kawalarz zaniemówił do orderu miny stroił a order do niego ni razu bądźcie grzeczni jak dzieci, nie klaskajcie za wcześnie oto meteoryt pański spada na dystyngowane głowy wasze celebrujcie achy ochy zanim wpadnie w strofy i sztuczne słowo umrze na zawsze chociaż jaśniejąc ginąć będzie przeciągle na złotym samouwielbienia ekranie
*Ciągną konie gwiezdności* Ciągną konie słuszności zmierzch już, stadem człapią do stajni ciągną konie gwiezdności na pastwiska odkupień pracy ciężkiej w stępie, galopie i kłusie oto ja na ich czele dumny władca stad, tabunów, chmar oto władca wszystkich zmęczonych koni świata sam jeden na planecie Ziemia, która cała zmieniła się w step niebieski pod kloszem czarnym nocy nocy, co jest zabawką źrebaków i ratunkiem klaczy a ja władca koni już nie żyję w lesie, który jest snem nie żyję pośród lodowców, które są mirażem nie żyję pośród wydm pustyni, co jest fatamorganą ja żyję tym, czym żył mój pradziad wędrówką przez step bo to mój zew step to droga do myśli, do samotności, do przywództwa i przyjaźni indygo autostrada cywilizacji racji estrada w sam raz do stepowania prawdy duszy wolności
*Wielka noc śmierci* Rozprzędły się sumienne kłębki pokory oto stoimy u stóp wielkiej nocy śmierci przed nami mandryl wielolicy i kaczka zbrojówka – symbole patrzą na wzgórze belwederskie dziewczynka usiłuje je karmić nitkami podobnymi do makaronu karp niebieski ze stawu przemawia – przenośnie jestem uroczym pyłkiem róży, gdy wymawiam twoje imię – Polsko bądźmy razem przez stulecia ja maszt i ty flaga ja sterowiec ty hel zbudzony natchnieniami chmur powstaję z łoża boleści, zapominam je zmartwychwstaję jak zwykle w poniedziałek a ty jak promień słońca na twarz ośmioletniej dziewczynki upadasz rozświetlasz jej oczy podczas, gdy ja zmieniam się w wiatr w Zatoce Gdańskiej potem w bałtycką ośmiornicę odwołuję wszystkie elekcje i rozbiory odwołuję manifesty i pacta conventa żebracy lgną do mnie jak do Alberta a ja turysta zaledwie na rynku w Legnicy prawie radziecki zagubiony żołnierz z aparatem Smiena i reklamówką z Biedronki jeszcze nawołuje mnie efekt nocy Wolina zwiastun burzy, zwiastun Purpury, zwiastun Peruna chrześcijańskiego, bo w gajach już ordalia dębów na chwałę jedynego Pana ordalia z wynikiem pozytywnym dla podsądnych zmiłowania godnych ależ bracia snadnie puncowany kurdyban płowieje w salach tronowych, totalnych, gdy my poligloci, malarze symboliści, asceci esteci na masztach zawieszamy części jedwabnej garderoby naszych ojców co głowy podgalali i Sarmatami się zwali przy winach wielka noc śmierci pęt nadchodzi co zrobimy z wolnością bez niej? Polacy nie mandryle, nie kaczki, ale orły czas artefakty dni wielkich pomalować i uwiecznić w Ujazdowskim Pałacu dla Polski, Litwy i Prus dla uniwersalnych wzorców dla mieszkańców Perth, Tuwalu i Surinamu
*Cmok* Drewniany polityk cmoknął na wizji wypowiadał się na sejmowej mównicy cmoknął jakoś po larwiemu i zszedł widzowie niepełnosprawni drwale powiedzieli – to kornik nie komornik polityk jest zbyt głodny zbyt kontenty piarg usypie z trocin i nie zostawi nic dobrze, że już zszedł czerwie pustyni czekają
*Locus amoneus* Kocioł czarownic w nim wiersze Wergiliusza zdruzgotane dzieciństwo w opoce lamentu, czyjeś czyje? ja miałem wspaniałe dzieciństwo wprost bukoliczne, aż na Polach Elizejskich kosmiczne jajo znalazłem dlatego dzisiaj po latach wypełniania Uranosa dzieł mogę pisać o lamencie i jakichś zdruzgotaniach Arkadii, kiedyś kiedy?
a droga na Marsa jest równie daleka jak rzeka asfaltu płynnego
z Morza Martwego nie żeglownego do Sodomy
pióra z Merkurego też nie dolecą, bo za daleko
taki feniks na przykład odlatuje od krzewu mirry zmieniony
w błahych sercach ludzi ptaków daleka droga od nawigacji do wieczności
potulna śmierć pisana ludziom piór i światu zawieszonemu w powietrzu
lub unurzanemu w czymś okultystycznie dziwacznym jak wylewy wulkanu
brodzący w przybrzeżnej smole jak oswojone czaple faraonów
niczego nie wnoszą do kultu z daleka powracającej gołębicy
>>>
*I dalej w ogrodu cień*
Aniołowie idei w spokoju patrzą na swoją planetarną dziedzinę
głaszczą główki malutkich dzieci i wyprawiają je w drogę
naprawdę długą drogę nieprzewidywalności
przez prawie zerwane mosty kosmicznych zatraceń
ani szkielety robotów ani złowieszcze wróżki legend o wojach
nie wystraszą aniołów wpatrzonych w ludzi przyszłości
daleka droga do eksplozji ostatecznej albo całkowitego rozproszenia
tylko miłość jest rzeką czasu leniwą, ale spławną dla dusz
gdzieś tam w przepastnej dolinie kanionu boleści płynącą
ale nie trójnitrotoluenem raju modernistycznych wieków
dla zapór czekających na nią
tak, aniołowie uczuć trzymają detonatory tylko ludzkich serc
nic się nie dzieje nowego nawet, gdy eksplodują głowy mędrców
serca skruszonych krasnali wciąż płyną ziemską rzeką do morza jedni
a na zniszczonych mostach sumienia cywilizacji maszyn
aniołowie prostoty wciąż prowadzą niewinne dzieci na drugi brzeg
ku słonecznej wolności i dalej w utraconego ogrodu cień
>>>
*Medytacja na wyrębie*
Sugerowałem, że niechybne starcie
w przestrzeni sennych lasów nieściętych jeszcze
będzie podobne do bitew cywilnych
nadmorskich mikołajków, po zmierzchu bogów wód
upadłych w piaskowy mit,
to tylko sugestia miała być
z doświadczeń wysnuta i z przemyśleń wzrostów,
kiedy lasy krążyły po niebie, prezentując słoje wieczności
ja już byłem na świecie
senny,
ptaki ich ogniste padały, jak komety
na to, co zostało z galaktyk zapalczywych młodych burz
ja wtedy byłem dzieckiem na dębie
zapatrzonym w łąki w jego cieniu omdlałe,
ale kątem oka dostrzegałem
bitwy toporów i stworzeń drzewnych
wiecznych pod niebem odwiecznym,
moje serce nieoczekiwanie
obrosło powojami jedności z naturą zieloną, jak korą,
podobny lasom pinii wędrowałem
w przyłbicy nieba ciskającego gromy
ku płomieniowi jaźni,
po pożogach wydobyty z popiołów kaźni snów
popioły, ech popioły, wszędzie obrazowane
to tylko pozostanie też
z lasu mojej mlecznej drogi
w niebie drzazg i łez,
po tym nocnym starciu lasów
chybotliwe morze porzuciłem dla nich
dla statków i dni jestestwa pni
senny jak inni,
po tytanów wojnach matematycznych sił
eskalacji żywiołów mega ledwo dostrzegalnych dziś
opłakuję deszczowo każdą ludzką Troję
medytując na wyrębie dni
*Jak Reja*Nie można się skupićna celach propaństwowychbo grudniowa miłość nie pozwalakaże bliźniego szukaćw szopach bydłu przyzwoitycha ojczyzna czeka i czekanie wystarczy jej pasterska dumkaona to nie bliźninie można nic zdziałać bez niegotak jak bez siebie samego?dobrze więc, wracam do Rzymudo stolicy imperiumpożerającego niewinnych zatroskanych ludzijak ubóstwiany tu Saturn własnych synówwracam by oddzielić ojczyznę braciod państwa kanibalii rozpaczać przy płótnach Goiw czas przesileniadzielić się nowożytnym słowem i odwiecznym chlebemjak Reja>>>*Pit-stop wymiana elit*Uwaga na pit-stopnadjeżdża cygański taboruwaga Kazimierz nad Wisłąto pit-stopteraz, teraz, teraz wymiana elita co na to Wisła?co na to łozy wikliny międzywala?co zrobią kupcy, orylowie i flisowie?ja za nimi się nie ujmę, gdy powódź nadejdziew Puławach możeale w pięknym Kazimierzu niepit-stop każdy ma swójto mój kolejny wyścig do Warszawynie zaskoczy mnie wysoka falanie zaskoczy mnie mróz i kramam swoją cygańską elitęsamego siebie i wierszena każdą poręna każde warunkiza każdym rzeki zakrętempit-stopy mi nie straszne>>>*W antonimów lawinie*Złudny jak synonim toboganukaretki pogotowiaoto lawina niesie ratownikówtak w tym świecie wyglądademokratyczny spórranni sami z siebienie za przyczyną gór i chmurnajczęściej za przyczyną słowaratownicy opatrują złudybandażują nawzajem usta swojea karetka leci na łeb na szyjęw antonimów lawiniewtedy to prawdziwy koniecsynonimów wyciągniętych z głów ofiar>>>*Dysonans w organach*Plasowane wkłady w jedność wspólnotowączęste w korporacjachrzadkie w organach państwao dziwotylu ich plasuje siebie w jedność narodową i nictylu ich znika z worami jak Mikołaje nie świętetelefony wyłączone potemgdy stacje i opery przedwojenneobskurne odremontowanotelefony włączonoza pieniądze nieukradzione pierwszy raznaród wjechał na o-peronplasowane wkłady w jednośćgiełdy kościoła sztuki głoszonoa oni nie wierzą w Bogachcą się zjednoczyć z kimś takim jak Dziadek Mrózkimś, kto już nie istnieje, chociaż żyje w mitach – są tacytylu ich czyta poezję swoich ulubionychpartyjnych wierszokletów i o dziwo nawet wybitnych poetówtylu ich nasłuchuje Szymanowskiego, który coś pisze dla masklawisze fortepianubrama więziennadźwięki hymn – kto zaśpiewa, kto zagra?nuty zamazane bez kluczypapiery wartościowe ojczyzny sprzedanepieniądze roztrwonioneorkiestron pustywokaliza nieistotnamezzosopran w kaloszach narodowychźle plasowanydysonans w organach>>>*Trepanacja kuli ziemskiej*Skalpel zatrzymał się na nieustępliwości czaszkito czaszka światato trepanacja kuli ziemskieja ja jestem tym chirurgiem,który wykonuje tą skomplikowaną operacjęodchyliłem skórę odsłoniłemnieskazitelną biel biegunasięgam właśnie po coś przydatnegożeby przeciąć kości lądolódtak, ja sam operuję po krótkim kursiedla niezależnych operatorówzdalnych kombajnów terapeutycznychwiem, że dam radęchociaż to moja pierwsza taka operacjaodkładam skalpel i włączam kombajnto moja pasja naprawcza – uzdrawianie światazaraz dostanę się do serca królestwa ideico napędza ten świat o tysięcy lati oto nagle – co to? idee to już nie wrząca lawa?nie plazma żywiołów wzniosłych myślinie rozżarzona magma dobrych intencjinie jasna dobroczynność śnionacoś dziwnego, brunatnego, scalonego i zimnego –w czerepie cywilizacji połyskuje wyłączniezamarznięta czekoladadestrukcyjnej przyjemności nieustanne zarzewieczas zdemontować i przetopić na surrealistyczny sena teraz czas podłączyć w jej miejsceideę sztuczną czystą z ceramiki i krzemuw sterylnym laboratorium przez roboty wyhodowanąideę nareszcie niezniszczalną>>>*Dziwolągi, straceńcy*Po drodze anielskiejmknie ślimak neandertalczykjakiś symbol chybabo to niemożliwe by był taki dziwolągpo drodze snuposuwa się wąż niebezpiecznyoczywiście biblijnyna brzuchu w pyle a jakże proch jedzącyz uśmiechem szyderczympędzi motocykl łamiąc przepisy drogowena tej drodze go widać, alejest jeszcze dalekostąd dostrzec już można jego szatańskie zacięciekłótnia przed kamerąwoźnicy z kierowcą tirakoń parska tir syczy opony parująobok na wierzbie siedzi srokasymbol kolejny niecnej pokrętnościale dlaczego właśnie droga nazywa się anielską?jest człowiek szatan zwierzęta symbole mechanizmybrakuje aniołówchyba, że wszystkich nazwie się aniołami piekiełjak w każdym obrazie w każdej scence rodzajowejmieszanej ludzko-nieludzkiejdziwolągi straceńcy z koszmarów na drodze życiatak jak to zwykle bywa>>>*Kraken*Piętnaście istnień tajemnych w kredensie maszkosmos łazienki i jeszcze jedno życie w nimastralne nierozpoznanea ponadto takie tam – nieistnienia pajęczeale po te musisz sięgnąć do piwnicykilkanaście ozdób smoczych nozdrzyw fotelu przed komputerema co z tatuażami ostróg i płomieni? też?tu możesz polecieć jak smok przez ten nieważki światale smokiem wciąż nie jesteś – i dobrzejesteś za to kimś ważnym na uwięziw niekończącej się opowieści fantasynie do ogarnięcia rozległym nawet sieciomzatopionym Krakenem bodajże czy coś?są w twoim najbliższym otoczeniutakie emocji bezcennych elewatory pneumatycznegdzie skorpiony łagodności rdzewieją śpiącewytworzone w epoce przemysłu lewitującego umysłuale ich sen jest barierą trudną do sforsowania butnymi to nawet ty nadwrażliwiec mityczny tam nie masz wstępuale wyobraź sobie, że na szczycie takiego elewatorakwitnie żółta róża w purpurowej rynniewyjdź z cyfry siedem podejdź pod osiemrozbłyśnij czymś, może nagłym laserem z ustzapal kosmicznej róży silniki w sercujeden dwa trzy – wystartowała lecitrzy dwa jeden – wystartowała również druga?– nie, to jedna i ta sama róża dwu światówtwoje ptaki podobnie, wszystko ale nie ty – Krakenkto zgodził się na takie odliczanie? kto je przeprowadził?– suchotnicze morwy obok wież przekaźnikównadajników radarów stacji radiolokacyjnych?jeżelijeżeli musisz coś widzieć stań na nichi patrz w ślad za różąpatrz skuty istnieniami za wolnościąpopatrz tam na wzgórzu jeszcze tkwiwbita w ziemię rycerska średniowieczna kopiaco chybiła nieosiodłanego dzikiego smokanie płacz to nic nie dawieże oblężnicze się przybliżają do twoich okiena ty widzisz kubistyczne rzeźby lub techniczne urządzeniaistnienialeci strzała oszczep bełtlist pean wiersz dialogpiętnaście mgnień ciszy i już popiętnaście lat niewoli i już popiętnaście lat samotności i już porozpoczął się atak bezsennych pajęczyc z Marsaone jednak istnieją?z jaj wylęgły się dzieci piątej kolumny salonuroboty nieinteligentne stwory pełzną już przez korytarzociekające oliwą płodową łożysk zatartych w pamięcizbudź się, stań do walki sam jeden– ty symultanicznego Krakowa wiślany Krakennaprzeciw smogowi ewolucji pradawnych kamienicgrzeszności emitujące w pleśni i niesłusznych torturachz dmuchawą na gołębie symbole opuchniętea na ptasie odchody, tak ptasie – radar– czasom nie dziw siębezcenne odchody lecą z daleka, zza startowych wieżjak symboli deszczkomentujesz gołębi peregrynację wtórnąprzynoszących rozkazy nakazujące ostateczną przemianę grodu,kilkunastu chwalby godnych skorpionów i samego Krakenaw tętniące tobą miasto pokojuz rynną i różą w herbie>>>*Nad nad wprost*Nad leci nad wprostkiedy ktoś myśli podkiedy myśli nadjak wówczas gdy cisza jak zzzchociaż jest samw niej środek lotui pod i nadkamień jest uosobieniem wwwwięc?więc, czas oboknie sztampowouleczy uleci ulewau bram kamieniawww a co nad a co pod?kiedyż którędyż jakżeż?martwy kamień – ptak wspakwpatruje się ktoś w myślismakczuje dźwięk ciszy i brzmieniezboczenia kamieniawpatruje się w czasw czyj czas?ale czy nad czy pod?skrą życiamgłą skrykrą mgnieniakrew wwwi nad nad wprost>>>*Ratownicy w lawinie*Złudny jak synonimkaretki pogotowiatoboganu anagramoto lawina niesie ratownikówtak w tym świecie wyglądademokratyczny spórranni sami z siebiealbo za przyczyną słowaco straciło sensratownicy opatrują złudya karetka leci na łeb na szyjęto koniec sporusynodziwów gramu>>>*Industrialny anioł*Industrialny anioł miłościmechaniczno-elektronicznyzaprogramowany informatyczniena sfery erotycznekłania się siada całuje na C++mówi – piękny, piękna, ochzdalnie sterowany bezprzewodowyindustrialny anioł androidalnypotrafi nawet odlecieći nie powrócićjak duch naszej cywilizacjijak kobieta i mężczyzna>>>*Rzut beretem*Rzuciłem przed siebie beret – wróciłrzuciłem myśl – wróciłarzuciłem swoją głowę – wróciłarzuciłem swoje serce – nie wróciłonie wróciłobo nie jest bumerangiemnie wróciłobo nie było komu go odrzucićalbomoże stał za daleko>>>*Rzadki krajobraz*Krajobraz ziemski jest zimnym krajobrazem wodnoplanetarnymaczkolwiek bardzo rzadkim w tej części galaktykiMars na przykład generuje obrazy jakżeż atrakcyjneale nikt nie mówi, że jego równie rzadkie piękno jest wręcz urokliwetak i o tobie powiedzą – on jest jak rajski ptak dziwakaczkolwiek ptaków ci u nas dostatekweźmy choćby takiegodzioborożca smutnego nie wiadomo dlaczegoalbo kulawą perliczkę nie wiadomo dlaczegow tej części planety nie wiadomo dlaczegoatrakcyjny, bo rzadki koliber dziwadłowszystkiemu więc winne niepoślednie przypadłościi wszystkiego zasługą błędy ewolucjinotabene bardziej przypadkowość niż błędyoto cały ty nienazwany tyw gorączce rozgadany półnagi Osjanna pustyni słowińskiej nad północnym morzemeskapiczny platonik tylko w idee odzianstopiony w jedno niespotykane z ziemskim krajobrazem>>>*Na padok łez*Skokowa zależność od podniebnych koników– galopady odruchowe rzęsto botaniczne czy zootechniczneujarzmienie purytańskich pojęć?gnanie z wiatrem gniadych chmurto przecież ten sam złudny trendod zwykłych kopnięć zależy twój spokójod uderzeń nieba natchnieniami zależy twój blaskzawiaduje tobą wypełnieniowy wyprzedzeniowy czasdni w słowach żywotnych jaśniejąkoniecznie purytańsko do końca biegnącdo stajen nocy jak do celownikaa step niebieski wolnych rumaków uwikłany w przedmowyskokowa przemiana w układ na torzejednego elementu w drugiskokowa galopada zwykłanie mylić z niesieniem humanoidalnymprawie wiatr tak robiprawie wiatr, czyli bryza mnisiadopóki mgły wiszą wysokoprzesłaniając słońca kopytnedopóty możesz iść niosąc siodło sambotanicznie usiądź w pieklena dyni tej ogromnej ona zdusi ogieńa pestki z niej zmienią się w chmurychmury w koniki żwawekoniki w kłusaki a te w bieliznę aniołówprawdziwy deszczco spłynie z rzęsna padok łez>>>*Kloc drzewa z czystego niklu*Kloc drzewa z czystego nikluniklowe drzewa, a to gdzież?a w ustach twoich tudzieżgdy wyleciały już wszystkie prehistorii gady, ptaki i ćmygdy wyleciały straszne scenySądu Ostatecznego z Kaplicy Sykstyńskieji zaświeciła jak opowieść fantasyodlana w pozłacanym brązie brama Raju– drzwi Baptysterium przy Santa Maria del Fiorewe Florencji ze starotestamentowymi scenamiz kamieniem, mieczem i grzechem w roli głównejto teraz sięgnij głębiejz głębi zwanej ostępem i ust matecznikiemwydobądź w sam raz do obróbki klocwtedy rzeźba Świata Madonny Bogapołyskliwa na tle niebai siebie samego w okoleniu dziełamoże powstać w przestrzeni wypowiedzianych słówszlifierzu trójwymiarowych niezniszczalnych snównaładowanych przyszłością dusz – emocją,co nigdy nie pokryje się patyną zławydobądź pocznij stwórzdla niej ołtarz z powietrza przeczystych drgań>>>
*Wierz ofiarą*
Nie wierz polityką
wierz ofiarą
nie sekunduj politykom
sekunduj ofiarom
*Niesiesz swój rower*Z wielu dróg, z żalu pszenicy i grykipo stoku gdybania w akacjiniesiesz tędy swój rower na plecachstary z jednym kołem jak żarnaz mogił powstańców styczniowych(tylko kilku na tym cmentarzu)wyniesiesz całe Beskidy waleczneprzyglądasz się bliżej tym tworom, a to nie góryto ławka bez jednej nogikto na niej siedział?kto ją nosił przed tobą na boje czatowania?miej myśli powstańcze w takim momenciezłóż je na rowerowym bagażnikujak znieść i te grabie bezzębne i kosęBartka hoplity z Propylei na Cergowej?świt już – mogiły się otwierają na przestrzałi pierwsze wrony w nie wlatująz dróg bliskich wyjedź czymśna gąsienicach stalowychtraktorem, spychaczem, czołgiemsmutek jest dzwonkiem rowerowymjakaś szmata albo skrwawiona koszulaowinięta na zardzewiałej ramiegdybyś, albo, no cóż, niestety, lecz..to w worku kamienie na szaniecszaniec na końcu drogiczy on cię obroni przed Egiptem, Sodomą, Samarią?to, co tam świta za grobem,to już nie szałas jednego dnia to wieczny płomieńidziesz w dobrym kierunku,ale jeszcze rzeki przed tobą głębokie jak Styksten wulkan, co ci się marzy, ten tufu dywanjak tatrzańska dolina we mgłachnie roztańczy panoramy kwieciemnie poderwie drżeniem twoich nógwlecz, więc nogę za nogą, but za butemprzybijesz je później do drzwiale nie nazwiesz ich: „moje złote buty”– to nazwa zastrzeżona przez Hasiora, szkodamargines drogi na zwierzęale czy udźwigniesz słonia, wielbłąda lub konia,kolegów obrazy i bicze władzyna swoich barkach tak wątłych?śpiewaj międzynarodówkę indoeuropejskich plemion,co chciały się zbratać z plemionami Chama i Sema,ale coś poszło nie takrowery i okna z wybitymi szybamikaruzele całkiem kolorowe i harfyaniołowie niepełnosprawni– to z tobą udaje się w świat i oniz ust aniołom wyjąłeś ziarnanie mogły ich zżuć a tobie się to udana mękach wypowiesz słowo – kluczschodząc z ubitych dróg beskidzkich do domupowszedniego chleba>>>*Teleskop myśli o tobie*Mam głęboko ukryty w sobie skarbdość techniczny, ale nie na tyleżeby nie ożył w twoich rękachi nie stał się twoim uśmiechemofiaruję ci go dzisiajz okazji ustanowienia świataopisania duchowych dróg kosmicznychjak my odwiecznychmilczących w oddaleniulecz szepczących w zbliżeniu– teleskop myśli o tobierozłóż go i zobacz nas>>>
*Haiku serca*
Naturalne serce
to gniazdo
uwiła go
Jego Wysokość Natura
to serce szczytu
dla ciebie
zajmij je tak jak ona chce
pod samym niebem
*Czekoladowe łabędzie*Czekolada nadrzewna na łapu-capunie sen to, nie sen, oj!łabędzie są czekoladowe na drzewachkosmonauci w stanie nieważkości na płotach Chagallacukier lukier spierniczały aniołzawinięty w kolorowe papierki świat prowincjibydlęta, ludzie i szklane gwiazdyczekolada śpiewa, siano truchlejebieda szyby w kominieMikołaj to czy kometa – coś błyszczy z dalano nie – to tylko ktoś kominek rozpalazatrzymać – zatrzymać goBaba Jaga ucieka do lasu a Jasiu Małgosięczęstuje czekoladą z drzewaodłamują po kawałku na łapu-capunie sen to, nie sen, oj!bociany gipsowe ikony przynoszą świętą rzecz– wieść z Południaodwróciła się stacja kosmicznazamiast marszów przekazuje kolędylukier kapie na Grenlandięsykomory bieleją i brodassyk sań słychać na Północyprzybywa on czy ona?>>>*Zakneblowane uczucie*W mojej matni…– piszesz tak mocnoa myślisz tylko o głowie i pokojutak naprawdę to matnią jestnieziemska twoja pracao włos a powiedziałbyś – podróżw twojej matni jest wyobrażenieo niej samejw twojej matni jest przekonanieo beznadziejności ucieczkiw twojej matni jest marzenieo wyrwaniu się z niej samejulotnedlatego o włos chybiłeś z jej dookreśleniemgdyż freudowski błąd i lapsus poselskizaprowadziłby cię do własnej głowya tam nie ma głosów-szeptów-miauknięćtam jest uczuciezakneblowane uczucie, którewyzwolić w pełni może tylko śmierćnie przystaje moc kratmoc sarkofagu jestestwa – matnido jego mocy>>>*Kierowca bombowca*Jest noc otchłanna bezdenniesłychać gdzieś jakieś odrzutowceprzelatujące nisko nad osiedlemhuk, detonacje i wystrzałymoże to odrzutowce albo i niemoże ktoś po prostu użył broni palnejjak się wsłuchać lepiejto może to są drapieżników pohukiwania i jękialbo nieprzejednane ujadanie psaudomowionego jak jajeżeli to jednak odrzutowce to bezsenne jak jaosiedle Muminków śpi nie jachociaż jest jeszcze ktoś lub coś więcejco burzy padołu letargktoś trzepie dywan za rogiemo drugiej po północy na trzepaku z księżycai choć jest nocsłychać grzmiące jak dzwonjakiegoś Husajna zapamiętałe uderzeniaprzy śmietniku echo samotności ości kości kotywściekłość niemoc niemoc nieoznaczonościwiem, że dalej nie da się tak w półlotosie trwaćczas wstać i z domu wyjśćna ulicę opętaną mrokiem niewymiernego istnieniaczas wykrzyczeć boleść swoją jak pies do odrzutowcajak desperat z dywanem wyładować sięposzybować jak nocny jastrząb– baśniowy Salomon światowiec,któremu nie straszna tortura tysięcznej i jednej nocydla pokazania swojego jaa może dla tej jedynej bezsennej nocyodlecieć stąd z pilotkąindywidualistką małą Mibombowca kierowcą?>>>*Zwiastowanie Wszechświata na kolanach*Zwiastowanie Wszechświata na kolanachco? komu? czego?zwiastowanie mnie?oj! nie!żadna poza, żadne zaskoczenieżadna łagodność, żaden komplementnie, nie i nieja chcę żyć i byća ty świecie nie masz dla mnie nicpoza rolą osła historiipożytecznego idioty,co słońce cały czas w oczach nosiumierające z każdą sekundąw spazmach tęsknoty za człowiekiem, któryi tak opuści je na wiecznośćsłońce i księżycu doczesności gwiazdytak mi przykro, ale cóżwasze na kolanach zwiastowanieżycia na chwilę– nie dla mnie już>>>*Portret w złotej ramie*Misternie wyrzeźbiona rama obrazuwzory roślinne jak żywewrastają w sam obrazpanoszą się na krawędziach płótnanaruszają stopniowo integralność kanwyakant winorośl liliabakłażan papryka figaniepokonane liście i owoceśródziemnomorskich stref i krainsecesyjnie pokrętne naturalnie rozwijające siępomimo ciężaru złotapokonujące behawioralny komponent podstawy sztukiprawie żywe prawie kwitnącechociaż pokryte płatkami złotajak stemplami urzędniczej machinyna obrazie moje wyobrażenie o mnieo sobie sen własnyportret niedościgniony autoramoja twarz poddana roślinnym zabiegom rozlicznympokrętnie unieśmiertelnionaprzerośnięta pędami drewnianej winorośli matecznejpowoli oddaje ostatnie drgnienia policzków i powiekramie złotej i lśniącejmartwej dla efektu galeriiwystawy cieszącej się ogromną popularnościąw Narodowym Muzeum Ramowym>>>*Przed zamianą światów*Kamień to usta twojego przyjacielacichsze – ciężar i szarość smutku zapomnieniaKatedra to usta twojej przyjaciółkizrezygnowane – modlitwa jak echo przebrzmiałaale będzie wysłuchana to pewnikKolejowy semafor to usta twojej matkiniecierpliwe – semafor przestawiany jest,żebyś mógł żyć – przeżyć i dożyć do śwituKwadratowy samochód to usta twojego ojcakonsekwentne – głoszą uniwersalne kierunkiw najbardziej nierealnym świecieSam chciałbyś raz otworzyć usta,które masz na pożarcie świataone są jak śpieszący zegarek miniaturowy,co zmienia się w przystrojonego słonianarowiście biegnącego po pustych ulicachmolocha-miasta jak lawina pojazdówby zdążyć na czasprzed zamianą światów>>>*Czas żniw intymnych*Będę zbierał malwybędę siał śmiechu skowronkidmuchał jak dmuchawce na latawcei pił sok jak piniapobrzękiwał podśpiewywał podskakiwałledwo pszczoły zaanektowały mój senlata nektar prawdziwya ja w ciszy bezlitosnej zimyjuż kwiecę kwieciem kosmicznie nie regionalnymsłowno-obyczajowymsłonecznie wszędobylskimi ku tobie rozedrganypolatuję nieskazitelnie powietrzemnadętym jak strachw śnieżynkach jak w róży płatkachwesoły rozdzwonionyzima w pełni a ja w kwietniujest grudzień czas żniwintymnych dla mnieto moja pora pora majamojego nie poranionego jeszczeuczuciami i wspomnieniamico z duszy wyleciały na mrózintymny czas żniw dla nas obojgastojących bez ubrań w malwach miłościjak zapomniane strachy na wróble albo chochołybędziesz zbierać malwy ze mną – prawda?– tak, bardzo?– bardzo? jak?>>> *Summa humana*Czy ono pozwoli?zastanawiasz się właśnieono, czyli kto?jaki ma kształt? jaki kolor?w jakim jest nastroju?jest to osoba czy jednak zwierzę?a może rzecz zwana energią lub materią?czy ono pozwoli ci być człowiekiem?to twoje dziecko czy rodzic?czy aby jest widzialne?a może tylko odczuwalne?więc duch – tak, lecz nie byle jakimoże rzucić na kolanalub podnieść z błota i ścierniskawygoni z lasu i do lasu zwiedzieprzegoni przez wysypiska wszelakiewywiedzie z łanu i ukryje w spichrzuono pozwoli na wiele?a może wcale?aby nie zdradzić się przy nimczujnie uważasz na słowa i myślipożegnaj się z matką i ojcemjeżeli zniknie ci z oczupożegnaj się z żoną i synemjeżeli zajdzie jak słońceza chmurę łez, ocean płaczuten krajobraz i tło – duchowe dziedzictwoono jest wielkie jak Araratnie przelecisz nad nim niepostrzeżenienie pozwoli ci osiąść i odetchnąć wreszciejaką ma płeć, jeżeli jest ludzkie?jaką ma substancję, jeżeli jest bytem?tak odczuwalne jak pieczęćz całą siłą odciśnięta na czole jestestwaono sprawia, że jesteś – opieczętowanyo tak, ono jest echem, echem, echemechem nie z tej ziemisumienie, sumienie, sumienie – powtarzajtak, to summa humana>>>*Czy można płonąć stale?*Powiedzże substancjo ludzkaczy można płonąć stale?z mojej ręki został opalony gnata energii wyemitowałaś tyle co kot napłakałi zwiałraczej kwantjeżeli mierzyć ją kategoriamiontologicznymidaj mi spokój wolnościnie zapłonę już dla ciebietak estetycznie jak razta kaźń zbyt długo trwaa efekt przemiany termicznejkocioto ja już bez ręki i kot bez łeza siła bólu i smutkuw wolność się nie zmieniłaani na krztęsiła energii wewnętrznej,która pochodzi z substancji łatwopalnej rąkmoże poruszyć cały skuty światto już wolę tobą pisaćnanosłowa o mrugnięciach oczuswobodnych duszniż się napalać na ich niewoli czasco w parsekach trwa>>>*Kwiat Dolorsa*Jak kwiat Dolorosakrwawy kwiat męki we własnym pąsietak świat cały w kwiatach mękijeden z nich kwitnie na stokach Czomolungmya łan cały pokrywa Mariański rówzlany potem budzisz się ze snuwestchnąłeś, uff!a tu krew na poduszcea tam znów kobiety lico bladeprzez środek pokoju ktoś przeciągnął szarfę błękitnąprzedziela go na półpończochy zwisają z żyrandola – lawendoweściany pokoju – oliwkowena nich obrazy i gdzieniegdzie freski – wielobarwnesą też szlaczki u góry pod sufitem – fioletowedźwięk słyszysz – przeciągły tusz – uuu!to drewniane trombity Góralito Hebrajczyków blaszane fanfarypotężne podwójne kakofoniczne dźwiękijakby wydobywane z naturalnych żlebów i przełęczy górskichz jaskiń nad Morzem Martwymoczywiście wieje wiatr wiatr wiatrna tej obcej planecie wiatrna hipnotycznej powierzchni serca wiatrna rozkołysanej grani co wyrosła w pokoju wiatrna całej połaci uciekającego życia wiatrty stoisz na jej krawędzi nad przepaściąpośrodku nieuniknionego rozstaniaze złamanym sercemwychylasz się by zerwaćz policzka śpiącej nimfyjak żywy romantyczny kwiat Dolorosawytatuowany ręką bezwzględnego mordercy uczućna pościeli zaschnięte tęczowe łzyzrywasz go – wywołujesz jejuśmiech przez sen>>> *Wciąż*Był Nabuchodonozor, Neron, Luter i Cromwell w obeliskach, popiersiach i sztychachbyli uwielbiani eksterminatorzy Karol Gustaw, Napoleon i Król Belgów Leopoldna rycinach w książkach a potem w latarniach magicznych i fotoplastykonachbezwzględni Rurykowicze i Romanowowie na obrazach i w przedstawieniachLenin, Stalin i Hitler na filmach w popularnych kinach i czołówkach gazetbyła Rote Armee Fraktion, Brigate Rosse i Action Directebyli Renato Curcio, Urlike Meinhof, Ensslin i Baader– przemawiający i komentujący w światowych telewizyjnych serwisachtak jak pokazywane ciała rozszarpanych, zmaltretowanych przez nichBubacka, Ponto, Schleyera i Morow końcu do światowych salonów wjechały całe hufce jeźdźców Apokalipsy– Hamas, Hezbollah, Strażnicy rewolucji, Świetlisty Szlak, FARC, LFWP, ETA i IRAnadszedł Czarny Wrzesień i czasy masakr na Olimpiadachwreszcie Bagdad, Moskwa, Biesłan i Groznydzisiaj na Facebooku, Twitterze, You Tube, w tabletach, Iphonachfruwają miliony nietoperzy nienawiści i galopują piekielni rycerze zamętuw tysiącach scen mamy zbliżenia ofiar z Bostonu, Nicei, Manchesteru, Paryżapowtórki non stop scen z umierającymina Moście Westminsterskim i Berlińskiej Promenadzie świątecznejtętent jazdy Lucyfera słychać już niemal w każdej wiosce globalnego światatransmisje strumieniowe w Internecie ze ścinania głów Chrześcijanomna pustyniach, plażach i metropolii placach już nie stanowią sensacjinie ma dnia w mediach by nie zabijano niewinnych dzieci w Syrii i Jemenieby nie wyniszczano wiernych twoich synóww ich własnych domach i na ulicach kolebkachnawet na Cardo, którym ty sam Chryste szedłeś z krzyżemi przez tysiąclecia idziesz nadal w tłumie Panieopuściłeś rodzinne strony przed tysiącami latodszedłeś już z rewolucyjnej Francji niszczącej bazyliki i kapliczkiz Anglii, która robiła to już za Henryka VIII i ze Szwecji Wazówodchodzisz powoli z nawet Włoch i centralnej Europytolerowani metalowcy w Norwegii spalili twoje bezcenne drewniane kościołydokładnie tak jak komuniści przed laty w Rosji, Litwie i na Ukrainiepełzający mrok jak egipskie plagi jak cień pogańskiej śmiercispowija dziś głowy, mieszkania, kraje i kontynentyczarny smok fantasy to nie smok św. Jerzegoczarne flagi ISIS to nie sztandary wiaryczarne marsze feministek to najzwyklejsze Danse macabreodchodzisz Panie nawet ze świata wirtualnegoprzez cyberterrorystów zaatakowanegoodchodzisz Panie z tego świata, który dla nas zbudowałeśzabierając wytrych Nieba, pin, klucz, login, szyfr i hasło – swój krzyżdokąd idziesz z nim Panie, dokąd odszedłeś z serc?Quo Vadis Domine?– Kto? Ja? Ja jestem– wciąż i wciąż i wciąż we wszystkim na co patrzycie!>>>*Roland i Mustafa*Za drogą jest pole bitwyto nie jest pole po kukurydzyto jednakowoż rżyskobitwa tam się rozegrała:ty kontra reszta światapamiętaj o bliskiej śmierci, chociaż przeżyłeśgwoli ścisłości wciąż jesteś ninjarozegra się jeszcze bitwa o sny – dodatkowazdejmij zbroję, ale uważajprzejdź na drugą stronę drogiMustafa i Rolandty i resztaorkiestramigają przelatujące pociski sójkimigają pory rokudroga, którą idziesz jest jak piosenkabez refrenubitwa rozstrzygnąć może wielei treść i formę i normędrogą jedzie limuzyna bogaczaa skrajem drepcze pastuszek z gęśmikto ustąpi z drogi?jest się, o co potykaćdrewniane lance bez grotów będą dozwoloneproce bez kamieni wydane ze zbrojownimagazyn broni zatrzyma pociski samosterującebitwa na słowa i rymyhymny po i arie przedto nieunikniona bitwa samogłosek i wołaczyzdania Prousta nie mają szansza drogą widać już stado dzikich wielbłądówi jest jeden osioł somalijski jak zebraujeżdżają goMustafa już na wzgórzuPepin z Rolandem na drugimdroga po między nimia tam wciąż pastuszek i oligarchaa co będzie jak przyjedzie radiowóz?co to będzie, co to będzie?aklamacja syren policyjnychdroga polska bez wątpieniaanioł i diabełto jak przewoźnik i przewodnikjak transportowa specjalność Holendrów i Polakówmiedza sąsiedzkawyniszczenie przed bitewnedrugi Grunwald Somosierra I t e p edzieci psów smoki gumowe jak balony na drucikacho co się będą bić, o co zaczepią, o co ułożą nagletriumf leży w zasięgu rękiRoland z młotemPepin z Plątonogim – Wersal pełentańczą na łące przed drogą menuetaktóry to wiek, która godzina?leśne kapuściane pyłowe ciężarówkizarejestrowane w systemach nowożytnych podle czekająpełne dzieci niczyichzawrotne ptaki i uciułane grosze zamienione na sztabki złotakoronne dowody w sprawach sądowychmiedź z cyną i kartofle w pianinachragtime słuckiberłem dano znak a może to buzdyganruszyła armia Rolandaz Mustafy nie zostało nicnawet namioty porwał wiatr a tabory się rozprzęgły do wieczorai po nichi po co to było czekaćRoland wrócił zza droginie ma miejsca na trakcie już kupcy rozłożyli straganytam u góry wiszą dronyplebejusz gramoli się z torfu w rowierowy pogłębiono ostatniociężko mu idziezeschłe liście listonosz kramarzto wszystko znieruchomiałokropla dżdżu by się przydała na tą krewa nie wino w szynkachkorona na poduszce z pluszu nie bordowa a złotapoduszka, bo korona bordowaRoland (głaszczę kota) jest portretowany w VIII wiekupowstają w słońcu lichtarze jak durendalew kierunku centrum zbliża się mgła z wulkanów i wybuchów jądrowychz każdej strony światajedzeniem zajęci wojowie zaniemówili usta pełne mięssztandar i skaldowie to jedynie ożywia scenęmgła powoli dociera do Rolandauświęca go punkt po punkcie kreska po kresceczarnobiały anturaż nadaje nowy wymiar zwycięstwukochaniem obrzmiałe serca oddały życie za wiaręi drogę, która sama z siebie zawróciławe wskazane z góry miejscea dusza jak dron poszybowała hen>>>*Zamiast symboli memoriał*Zawsze będzie istniał zew życiai krzyczał w śmiałych kolorach światafizycznie dźwigających ułudę kształtów i formjak niezmordowany atlantaż po klęski grzmota dusza, a idea, a tęsknotazawsze będą nieme?oto zew świata otwiera drzwi teraźniejszościi ręka wysuwa się z czernipisze na ścianie jak w pałacu Baltazaraprzez drzwi wewnętrzne ręka w świetle pochodnikreśli matematyczne równaniawzory rozwijają się i rozwiązująodrywają się od powierzchni ściany i falują w powietrzudziałania algebry pokrywają przestrzeń jak szybęobok cyfr pojawiają się najstarsze znaki – literywszystko rozedrgane nabrzmiewa i pęczniejezbliża się do krańca abstrakcjia potem zapada w dziurze śmiesznościz wzorów wynika zagłada ale to są tylko słowa,w które zmieniły się rzędy i kolumny cyfrmatematyka porzuciła kształty wieszczbyniezrozumiałej dla nikogośmierć w oczy zaglądnęła kształtom i formoma tam zamiast symboli memoriał barwniezważonych niepoliczonych niepodzielonychz ciemności jednako krzyczącycha dusza, a idea, a tęsknotazawsze będą nieme?ta pisząca ręka to ręka demiurga czy poety?>>>*Śmiech pusty*Jest śmiech pusty i śmiech pełen treścijak lęk widoczny i niewidocznydo cna wyczerpanygdy cno nie jeszczeAriusz i Luter zachłysnęli się dymemwłasnej bogobojnościumieścili na obrazie twarzyinną część ciałakarygodny błąda karą będzie lęk właśnieodżywotni nieodkłamany jak odśmiechi nietwarzowość>>>*Vlad Palownik z Wall Street*Jesteśmy zastawiani przez tabelki i arkuszewyglądamy przez okna okienkaikony paszcze wielorybów kontakolorowo żyć nie znaczy mądrzeniecnie? nie cennie?bardziej jak utylitarnie i zwierzchniejesteśmy nabijani na słupkiprzez Vlada Palownika z Wall Streeti jak ratunkowe wieści chowani do buteleka butelki trafiają do trumienprzeraźliwy dźwięk jest gestem, gdy jest nieciekawiekrzywda znaczy alarm w ukrytych raportachpojawiają się gdzieniegdzie splątane strofy alertówo nierozwiązywalnych równaniach z niewiadomymi potęgAlgebra ciągnie się wszędzie jak spaghetti na widelcu światajak kolumny niepokonane Aleksandra lub SPQR na traktach pamięcikolumny? cyfry? ludzie? słupy? pale? smród?tak, to nie oznacza tylko pochodu cywilizacjiprzychodów obojętnego dobramoże być storno liczb?nie, tu bywa storno idei i słów!jesteśmy eliminowani z własnych mieszkańprzez zdziczałe kwotyjesteśmy eliminowani z własnych sercprzez zdziczałe alikwotyfakultatywne do chmur wyniesienia rozrachunków z ludźmiszaro? mało zwierzęco, cicho wręcz? zabójczo?a witraż Excel w oknie werandy wciąż świecizaprasza na zewnątrz i więzi jednocześnieto prawdziwie żywotny program komputerowy– zechciej mieć przewagi, rozlicz się z dąsów, służdalej krwawią pulsary bogactw w bankach wszelakichale ile ich jest, ile? kto je opisze do cna?można wymieniać nazwy – zastawiają je fasadyzakrywają oblicza teraźniejszości ludzkich gwiazdkto? co? ile? ile?tabelki, arkusze, bilanse nutmniejsze zło, gdy bilans cnótwiększe zło, gdy niedobór ustzastawiają kościoły i przedszkolaautostrady w spiżarniach i szlaki piesze w stołowychkto? co? ile? ile?Matrix finansowy wampir – ktoś powie?Vlad Palownik z Wall Street – może?na bosaka ciągłe bieganie wokół osi sprzedażyzeskakiwanie z chudych żeber niedokończonej arkidla umierających z głodukonstrukcja wieloryba i od razuJonasz w garniturze przemawiający w Niniwiea tam Bank Światowy rozkłada waluty na rynkumolestowanie ławek banknotami bitcoinamimolestowanie przyłbic kupców zakutych na amenjakiś słup zasłania giełdęczy to aby nie osinowy kołek?cyfry wyswobodzone biegają na placach mistyfikacjiukazując ociekające krwią kłyskazanym na chłosty pokrzywami sumprosty zwykły dzień mnożenia bogactwchyli się pod ciężarem wieka zysków i stratskróćmy jego męki zatrzaśnijmy wieko wieku>>>*Taka lekka siła*Zmierzchtaki lekki zmierzchw rytm krakowskich tramwajów ostatniej zmianyzjeżdżających do zajezdnitaka lekka jazdadym zasnuł wszystkoa może to noc niezauważalnataka lekka nocznowu stoję na przęśle mostu Piłsudskiegocoś mnie tu popycha i przyciągado tego miejsca zamurowanego w pamięcijak Brama Wschodnia dla księciado tych jak żagiel wybrzuszonychstruktur stalowych gnajakaś siła może nie od razu tajemna i złamoże to wiatr od rzekialbo raczej wewnętrzna potrzebataka lekka siłalubię z tego miejsca oglądaćśmierć słońca i zmartwychwstanie gwiazdzamiast rzeki zamiast miastamożna wszystko dostrzec stądnawet Ostateczny Sądmożna nawet oceniać minione godzinybezpowrotnie stracone dla samego siebiei choć obok mnie staje tutaj zawszeEzra poeta ze szpitala wariatówa nie Albert brat z ogrzewalni dla takich jak jato wizje zmieniają się tu w proroctwa eschatologiczneot taki most!takie przęsło łącząceWielki Wschód z Wielkim ZachodemŁuk żalu i Łuk miłosierdzia stopione w jednośćJego Wysokość Skokw mrokw tajemnicę lekkościma tu wstęp wzbroniony surowo>>>Zarzewie miłości jest w nasczy jesteśmy w ulotnym momencie oczekiwania na nią?nasza jaskinia nowoczesnai troglodyckie autonomiczne pojazdyprzygotowane do schadzekbiały kieł biały gorset biała liliapodniebne balety kwiatów i dusznaszych chmur nabierają rozmachujednego dnia polecą jak agawy oderwane od podłożaz kwiatami jak żaglamiinnego dnia staną się sowizdrzałem wczesnych wiekówgdy kret podziemi będzie z lilią słońcgdy rakieta będzie człowiekiemto miłość mogłaby być czasema choć tak to jest tylko zegaremw naszych głębiach odmętach stułbieprzeżycia pożądanie płciwypływają jak meduzy z milczenia zakrzepłych sercleż w buduarze w łożu z baldachimempotem wstań szybko w środku nocy i wyjdźogień się pali tam gdzie leżałeśnie wypieraj się przeżyć uczuć wzgardliwychoto słoń przechadza się w tramwajua drwal rąbie księżyc kawałek po kawałkunie bój się to nic, to tylko dziśTemistokles i Wergiliusz też byli nienasyceniaczkolwiek słońce świeciło tak samoco godzinę, co dzień, co jest nakazane czyńświęty ogień podsycaj żywicą cnótpokoleń głosem, co nie przeminąłoto zamach smoczy na zamek dziewic,których miałeś bronićz baszty zwisa sznura ty?białe kości kolczyk w nosieptak i chmura motyl i czołg uczucie i strachnadlatują samoloty porównania jak tygrysy groźnerzucają się do gardeł salwami ogniarzecznik myszy wybrany przez roboty jaskińwskazuje katastrofy sfer i erpotem udostępnia zasoby miejskiezłoża kopalnie niewyczerpane naszych er i sferzamyślenie powściągliwości jest okiełznanei wybucha namiętnośćsterowana przekazem nisko glutenowym pokarmówświat zmierza ku miłości, zarzewie się tlico wieczór, co godzinę, co myśleksplozje o sile wypatrującego mężatrzęsienia o sile kobiety stęsknionejwywołują zewsząd narzekania na potrzebne cudaa one się dziejąwśród serc głębinowych ryb lub ryb jaskiniowychułożonych na słońcu równodla myślowych penetracji mędrców morderców>>>Kłótnie nad spalanym igliwiemnie mirrą kadzielnąlecz pachnącym podobniemiała być miła woń a nie jestjest tylko nieznośny zapach ludzi lasuich wielka kadzielnica uszkodziła ściany bazylikioto cały ambarassą mocne słowa słabych mężczyznodurzonych organicznym dymemkwilenie zaszczutych piszczałekpodzwonne dla zmanierowanych sygnaturekkompletne już zamieszanie pośrodku głównej nawypielgrzymów i żebraków nie ma w jej wnętrzuemocjonalnych młodzieńców i starszych pań teżusunięto szopkę, żłóbek i gróbołtarz z tabernakulum przesunięto do nawy bocznejby zrobić więcej miejsca dla wymiany poglądóww istocie kadzenia totalnego i pełnowymiarowegooto wchodzi orszak prawie jak procesjacałkiem bizantyjski aczkolwiek republikańskikroczy przez środek kościołabaldachim na czeleprawie procesja rozdziela kłócących się zacieklezapach z kadzielnicy nie zabił nawet obcej muchyzapach nie zabił fetoru z przybyłych podsądnych i sędziów,gdyż rozbujano emocje bardziej niż kadzielnicęwięcej mężczyzn do niej potrzebapod feretronami politycyna feretronach teżpod baldachimem fałszywy biskup bez monstrancjii cesarz racjonalnej Europy kroczą ramię w ramięzażenowane witraże stopiły się jak wosknawet dzieci w komeżkach uciekły za murjest dzień świętych wyborówbeznodzy żebracy powstali i kręcą somnambuliczne filmyprzed frontonem kościołamaszkarony i chimery gotyckie a jakże ożyływyjęły smartfony z uśmiechemi tłitują dla sprawy narodu oświeceniajak flesz grom spadł z jasnego niebaogłoszono, że spory i wybory w Polscedecyzją mistrza kolegiumprzeniesiono do pobliskiego centrum dialoguzadymiona bazylika wreszcie odzyskała sacrum>>>*Bez sumienia*Nie ma śladupo skrzywdzonych ptakach miłości,które w sumieniu wiły gniazdaspalono jewidzowie misterium ognia w kajdanachklaskali i bawili się dobrzeprzy tyma gniazda z mirry uwite były nieziemskiepachnące i nieskazitelnejakkolwiek sumienia pozostałyptaki spalono z gniazdaminad wszystkim świeci słońce jaźnii zamienia się w bóstwopersonifikuje się samotność geniuszudzioborożce niby pelikany łaskusiadły wyżej pohukując i złorzeczącnie wiesz, że słowa skruchynie dotrwają do letargu, nie dotrwają do snunie dotrwają do przemiany słońca w bóstwoostatni władco ptakówpoderwij służby, poderwij samoloty gaśniczeniech nabiorą wody w kary słonych jeziorachniech na słońce zrzucą te bomby wodnezanim się w nie zmienisz bez sumieniagasnąc nieodwracalnie>>>*Spektrum*Są słońca i są polaroidywyjmij swoją twarzz jednego i drugiegoi co? zrobiłeś to?czarna plama? – a jednak!są kwiaty uśmiechające się na oknie w donicyi kolorowe twarze zadumanego bukietuna stoliku w dzbaniewyjmij swoją z jednego i drugiegoi co? zrobiłeś to?biała plama? – a jednak!są twarze jak plamy i są kolory jak twarzewyjmij czerń i biel z wszystkichi co? zrobiłeś to?no widzisz – tak wygląda twoja osoba!zbyt tęczowo niestety!utrwal to spektrumzachowaj ten wynik do analizyrozszczepialności twojej fotograficznej wolności>>>*Bóg, słowo … wszystko*Można być notariuszem w Hrubieszowie jak Leśmianalbo jak Antoniewicz Jezuitą przez wszystkich najbliższych odumarłymto nie ma znaczenia dla Bogato nie ma znaczenia dla słowamożna być majętnym albo nędzarzemsekretarzem potężnego króla na Wawelu jak Kochanowskialbo jak Norwid głodować w podparyskim przytułkutęskniąc za krwawiącą Ojczyzną w niewolito nie ma znaczenia dla Bogato nie ma znaczenia dla słowamożna ucieleśniać się w morderczej walce o naród i państwo jak Baczyńskimożna jak ksiądz Twardowski zrezygnować z całego świata plugawej materiito nie ma znaczenia dla Bogato nie ma znaczenia dla słowamożna też być Prymasem-masonem i opuścić zdradzoną Polskęwyjeżdżając z kochanką do Marsyliialbo powstańcem z kosą w sukmanie ginącym przy rosyjskiej armaciemożna być konfidentem zewnętrznych sił dławiących i wyniszczających krajmożna będąc ostatnim niezłomnym żołnierzem wolnej Polskijeszcze w 1963 roku z bronią w rękuukrywać się przed komunistyczną bezpieką w chlewieMożna zrezygnować z idei*narażając się wyłącznie na śmieszność i pogardliwe zaśpiewy,które są ledwie cienkim głosikiem w chóralnym chichocie historii,co nie ma znaczenia dla wielkiego świata na dłużejtylko tyle?nie, nie tylko!albo Bóg, słowo, … wszystko————————- * W 2000 roku na Zjeździe Prezydentów Europy w Gnieźnie ówczesny Prezydent Niemiec Johannes Rau wezwał do „poszukiwania pozareligijnej koncepcji człowieka”, którą Prezydent ten umiejscawiał poza Dekalogiem tzn. poza Chrześcijaństwem. >>>*Szampan przemilczeń*Razem otwórzmy szampananapęczniałą deltę przemilczeń wspólnychjakże ludzkich przecieżchociaż raz uwolnijmy eksplozywnieprzemilczenia jak gazzamiast ciągłego komentowania złazaklętego w obmowachi zlewniach fałszywych świadectwniech nastąpi eksplozja radoścismak zmian w szczerościlubość konsternacji uśmiechniętych ludzina twarzach na zawszeniech pozostanie wyrafinowanasmaku prawda>>>*Prestidigitator*W salce przedszkolnej dzieci trzymają na podołkachziemskie kule zrobionez samych włókien rzadkiego niebieskiego słonecznikatakie planety jak awataryta ich rozrywka, pasja i posag w rękach albo na kolanachsiedzą w krąg w przedszkolu pierwszej naturysłodkie maluchy cywilizacji dronów i iPhonówkule ziemskie powiększają się w czasie zajęćz uczuciologii i ociepleń klimatukule są posklejane i pokolorowane czym się dajak trzebawłókna pachną leczniczymi endemitami chronionymidzieci zraszają śliną małe Ziemie z górydmuchają na nie i chuchają od czasu do czasuniebieskie kule narażone są na polizania i ugryzieniaw tym pomieszczeniu brak jest ptakówale są dla nich krzewy cierniste wokół jak zasiekinapomnień, pouczeń i zakazówdzieci będą pewnie w przyszłości inżynierami bezwiednej śmiercinie płaczą, gdy ziemskie kule rozpadają się i krusząniespodzianie do salki wchodzi gość słońceprestidigitator zaproszony przez paniązamienia okruchy w całościjednym zwinnym ruchemdzieci zachwycone gościem i jego sztukąjedną po drugiej miażdżą swoje kule>>>*To może ja krótko o sobie*To może ja krótko o sobieno więcpochodzę z Majdanuzwanego w Warszawie dworzy-skiema w Krakowie o-polemszczycę się muralami anty to moje maturyod czasów Solidarności jestem sprzymierzeńcem ptakówgeneralnie zawsze byłem po stronie biedniejszychjestem obywatelem światłamam obligacje kilku państw środkowosyberyjskichco – nie ma takich? fakt – one dopiero powstaną!skończyłem z nałogami nie tylko u siebieto może tyle o mnieczy macie państwo jakieś pytania?aha zakochałem się jakiś czas temutuż przed urodzeniem>>>*Przebiegunowanie*Krajobraz podbiegunowymniej syberyjski a bardziej skandynawskia może nawet svalbardzko-islandzkiw każdym razie fioletowy, kompletnie fioletowyalbo więcej, powiem to dosadnie – ultrafioletowyodpowiadający człowiekowi z uwagi głównie naestetykę sterylnych ciał jaśniejących pokorą w ciemnościachi ciemniejących butą w jaskrawościach tundrypiękno gamy kolorowych porostów i malutkich słońcwydobyte fluorescencją z wnętrza śnieżnej burzy fatamorgany– oto mój senjakże kontrastowy i dobrze widoczny, świecący w nocyalbo więcej, powiem jednak co to naprawdę jest– oto moje życie obecne krańcowo i nagle sięgające poprzebiegunowanie chłodnych mniemańna tle wczesnego, atomowego dzieciństwa,które minęło w ponaduczuciowej podczerwienii tak odzyskawszy tę utraconą zdolność poruszania się w nadfioleciezdobyłem pełnię życia osy i reniferaw bryłach lodu i kroplach bursztynu zastygłych mistyczniedla nocnego w naturze trwania bez oka mrugnięć i skrzydeł drgnień– do rana>>>*Palma pierwszeństwa*Nazwa towaru –wierszyki krupnicze damskieetykieta zastępcza –pomadki akceptacji wyborneo o tam stoją psze panito poproszę jeden egzemplarz, ten z przoduale zaraz, co mi tu pani daje?– jak to co?to sprzedaż wiązana, jeszcze grzebień i smalecjak każdy wziąć pan musi– wie pan, bijemy się o proletariacką palmęa może N-palmę w przyszłości>>>*Wyeliminowany z gry ewolucyjnej*Ze względu na oślizgłość osobnika tegozostał on wyeliminowanyz gry ewolucyjnej dość dawno,jakieś trzy lata temujego kości jeszcze nie bieleją w muzeumnie jest ani niespotykanym egzemplarzemani przykładem niezwykłego czegośuczniowie nie walą głowami w szyby gablot,w których jego szkielet jest eksponowanynie ma też słoików z formaliną,w których lewitowałyby jego miękkie narządyze względu na oślizgłość tego osobnikanie zdołano go pochwycićale uszedł z kraju i ma się dobrzewyeliminowano go wyłącznie z gry,ale i tak miał kontuzjętaką, co się zowie, taką, że ho hozowie się z laicka jednorożność osobowościcmoka na to e-mitolog i zasypia ze świadomością,że ewolucja wciąż trwaewolucja jednakowoż w inną stronę poszłaprzepaściście szorstką dla śluzowców wikłaczy,ale tylko dla nich stety czy niestety?>>>*Katalonia maszeruje* Zamykam oczy na ławce u wylotu Las Ramblas myśląc o śmierci obok drzemiącego kibica Barcy pamiętającego czasy Kubali wokół niego wielu takich kibiców porozumiewających się szorstko urywanymi katalońskimi wyrazami i półzdaniami z bogactwem dwudźwięków na tle Placu Katalońskiego miejscowi policjanci i stróże prawa z Guardia Civil i Mossos d`Esquadra uzbrojeni po zęby w kamizelkach kuloodpornych w czapkach z daszkami i jaskrawo żółtych koszulach obok wejścia do metra czyśćca otchłani przy wejściu do Rambli śmiertelnej pułapki kiedyś z arabska zwanej piaszczystą rzeką dzisiaj promenady zmienionej w nowoczesny europejski Hades co za paradoks, znów przez przybyszów z Afryki zmasowane siły bezpieczeństwa chcą stworzyć żywą barykadę strachu jednak rozmywa się on w urzędników płochych uśmiechach ruch na Rambli przeogromny jak róża wiatrów na Placu fontanna w dali – daje radę na wietrze rozbryzgami aż przesłania wylot Pasażu Dziękczynienia i wielki napis na publicznych budynkach na banerze widnieje hasło: Si! Hola Democracia! dziękczynienie zapomniane, wyparte przez demokracji gorączkę przybywające wciąż furgonetki i osobówki policji blokują wjazd na deptak falujący jak historyczna rzeka, która płynęła tędy ku nowym światom czy popłynie znowu? czy zatrzymają ją stosy ludzkich ciał? autobusy paradują jak słonie na uroczystości w Indiach motocykliści i skutermaniacy śmigają jak świerszcze właśnie przemknęli za nimi dwaj kolejni policjanci włączając sygnały dźwiękowe starcy stojący wokół ukoronowanego lampą ulicznego zdroju Canaleta pokazują coś palcami turyści nagabują mundurowych wyciągając z plecaków mapy i plany machają rękami jak wiatraki w La Manchy grożące niepodległości wiatrom wiejącym ze wschodu gęsty pochód Ziemian z Rambli jest nie do zatrzymania pęczniejący i krzepnący tłum do końca nie do rozpoznania można wyłowić z niego najwyżej dwóch zakonników w niebieskich habitach z różańcami przy boku i rudego Wikinga z Danii można zszokować się widokiem marokańskiej kobiety przemykającej chyłkiem ze spuszczoną głową w hidżabie można zauważyć na balkonie wygibasy klona Marylin Monroe podwiewanego podmuchami z wentylatora dla pokazania ogłupiałym facetom majtek i pończoch gołębie jak wszędzie obchodzące stragany i siedzących zaglądające pod ławki i drzewa czułe na każde sięgnięcie do torby, plecaka, kieszeni na każdy szelest papierka nikt z ludzi nie jest tutaj tak czujny jak one nawet po rzezi urządzonej przez rajdowca z Mekki śniadzi uchodźcy biedy dźwigający w białych płachtach tandetne podróbki wszystkiego z całego świata jak dzikie kojoty i lisy reagujący uniesieniem głowy i skręcaniem uszu na dźwięk słowa – policja zwijający i rozwijający te płachty co rusz w różnych miejscach nie bacząc na miejsca śmierci i jeziora posoki pozostałe po niedawnym zamachu żywe roboty ubrudzone kurzem i smutkiem egzystencji niechcianej ustawiają i przestawiają magnesy, torebki, selfiesticki nikt tu nie baczy na kratery śmierci po upadłych, którym przetrącono serca i kości nikt nie zamyśla się nawet przez chwilę nad okropnością terroru jaka niedawno popłynęła obficie wezbraną falą w tej kosmopolitycznej rzece zmierzającej nieuchronnie do nacjonalistycznego połyskującego morza Katalonia maszeruje, Katalonia wyrywa się do przodu przeskakuje zastoiska dziecięcej krwi i depcze zakrzepy bólu matek podążając za mirażem wolności i dobrobytu fatamorganą szczęścia w sztuce i awangardzie codziennego chleba krew i śmierć nie jest obca ludziom nowoczesnym doświadczyli jej w historii narodu i wyrazili w pieśniach bojownicy Daesz i rewolucyjne socjalistyczne sotnie nieznające litości dla księży – dla tutejszych katolików z Sagrada Familia – to już było to już jak weszło tak wyszło z osocza pokoleń i ich łez dziś zasługuje na wzruszenie ramion bez zatrzymywania się dzisiaj nic nie dziwi ani Miro ani Picasso ani Klee dzisiaj anarchizm nie dziwny w znakach i publicznych zawołaniach islamski morderca to tylko szaleniec pobratymcy zbrodniczego Che Guevary to też tylko brawurowi buntownicy a skrajny katolicyzm Gaudiego to przejaw skonfundowanej wyobraźni dziwaka jego symboliczne dzieła to lekcje sztuki nie moralności Katalonia narodowa kryje w zanadrzu tajemnice oby tą tajemnicą była z Montserrat Czarnulka co przetrwała panowanie obcych Saracenów świętokradcze zapędy napoleońskich zagonów lewicowe i frankistowskie eksterminacje nędzę i prosperitę tej krainy Katalonia wyrusza w nieznane dobrze obeznana z Bogiem i śmiercią czy zmartwychwstanie? znowu otwieram oczy, próbuję to wyczytać z lotu ptaków>>>*Prosty duch*Proste czynności i prosty duchwynosi nad poziomy człekastworzonego przez incydentalne okazjestwórz mu życie, ześlij mu pomocnikakrew z nosa, łza z oka, gardłowy monologmaluczki wylatuje ponad ducha poziomduch krwawi za niego w sprawy Ojczyzny sednosedno sprawy obywatelai sedno ostatnie indywidualnego życianadaremno szukać sensu w zaprzestaniu krwawieniakolczyk w nosie i tatuaż nie wynoszą jednakpoezje kontemplacyjne nie wynoszą teżkromka chleba w głodnych ustach zamiast słowa– wynosi ducha do gwiazdproste czynności żołnierskie i królewskieprosty duch, ale kolorowynadający się jak tapeta na obraz rzeczywistościtylko to ma znaczeniedla górujących pilotów i kosmonautów prawdy– listonoszy niebamotyle latają na tapecie jak motywy i czasem pszczołyzaprzężone woły do prostego wozugiermek, foryś i kareta na drodzeprosty wóz musi zjechać z drogiw grząski rów przydrożny i uderzyć w wierzbęniedoszły poeta Robespierrejako sowa wychyla się z dziupli na wierzbiejeszcze nie jest politykiemjeszcze chodzi do spowiedzi do dominikanówpohukuje prostymi sylabamipiloci siadają na wołyodpinają, wyprzęgają, odjeżdżają wierzchemszczery chłop wysiada z karetyzakłada białą rękawiczkęsłychać dzwony pobliskiego miasteczkaprosta gawiedź gdziekolwiek klęka>>>*Mamy problem*Wszyscy mają problemi Houston i Episkopatnawet pastuszek bojuż się nie wypasa niczegoi bioenergoterapeutabo nie ma polaHouston ma problem bo tajfuny grożą ziemskiei burze słoneczneEpiskopat bo zagrożony jesttrójpodział władzy i ostateczny sąda kartofle jaki mają problem?a kartofliska?a filozofowie?a filozofowiska?a dzieci w przedszkolach?ich rodzice narzekają na złodziei i drożyznęa złodzieje na pisowcówci z kolei na kolędników ze Wschoduprzychodzących nie w porękolędnicy na turoniaturoń na Mistrza Marioneteka kłopoty mają problem?jak śpiewał Dylan –kłopoty na farmie i kłopoty w mieściechór grecki na to – ech, problemy, kłopotyopuśćcie wy niebo i ziemięa ja śpiewam sobie tak –bania i czas do spaniaa tu panna Mania się rozdzwanialalakosmonauci i kosmicipowróćcie wy już wszyscy na ziemięzdrowi na umyśle i cielela laZiemia jest cudema nie kłopotem-problemem!>>> *Dziewczyna – zbawienna chwila*Cienki czerwony długopisleżący na plaży nad Wisłąpochwycony został przez srokęwłaśnie przejeżdża tramwaj mostemjest niebieski od wczorajpo lewej piękna panorama Wawelupo prawej widok na Zamek Królewski i Starówkęnad Wisłą krąży helikopterjak ważka – mezozoiczny relikt naroduhelikopter biały jak w sierpniu rzekana spadochronie z chmur spływa lekkojakiś nieszczęśnik, męczennik tysiącleciao o o wylądował na bulwaracho o to ona jednak, to dziewczynazatacza się jeszcze, linki podciągachcąc okiełznać czaszęsroka przysiada na poręczy mostugubi czerwony długopiszbiera się na burzę, gdy długopis ląduje w rzeceo o o, jednak nie wpadł do niejbo barka z pchaczem wysunęła się z pod przęsełi uratowała cenną pamiątkęgeneralicja maszeruje mostemz naprzeciwka grupy rekonstrukcyjnez wszystkich historycznych epokczarna limuzyna wyjeżdża z tłumu,by zatrzymać się na środku mostuPiłsudski wysiada z niej, podchodzi do barierkii łapie czerwony długopiswyrzucony do góry przez brygadzistę szypraczeka na podpisprzywieziona wcześniej z Domu Bractwa Czarnogłowychostatnia biała karta ryskiego traktatutęcza nad Krakowem, letni deszczyk w Warszawiezatrzymują się autobusy i tramwajerozlegają się syreny i dzwonykrzyże kościelnych wież wzrastają szybko w góręwikliny i trawy nadbrzeżne rozchwianebryzą od rzeki zbawiennąsroka odleciała i helikopter, barka odpłynęław ciszy delfickiej zmysły się rozmyływielka gala na moście dobiega końcapostacie historyczne powoli go opuszczajątrumna z Piłsudskim znika w drzwiach katedrynacisnąłem migawkę w tej chwilidokładnie w momencie, gdy z obu zamków historycznychwyszła ta sama śliczna płowowłosa dziewczyna– uwieczniłem ją i nazwałem zbawienną chwilą>>>*I dziwne jest to*Brakuje dziś odwróceń i wypunktowańeksterminacja kropkaludobójstwo kropkabestialstwo kropkadeszcz jak deszcz w Londynie i dziwne jest to,że przecież ideologia to nie wszystkoodwrócone twarze synkopowe wypunktowaniakrzyże kropkaukrzyżowani na stodołach kropkazagazowani pestycydami kropkaLenin z chusteczką do nosazawiązaną na głowie spacerujący po Krakowieuśmiecha się jak Jokerwykrzyknikupał jak upał w Azji i Afryceale nawet w Europie po latach zlodowaceń i dziwne jest to,że od tylu lat wciąż człowiekiem gardzi człowiekdwudziestu wiek to usankcjonowałdwudziesty pierwszy upowszechniaOsama z czarną brodą na puszce po napoju energetycznymuśmiecha się jak Sauronwykrzyknikjest bestialsko dziś na Twitterze, Facebooku i nawet w Wikipediiwciąż nie ma kompletnych wypunktowań i odwróceńkropka>>>*Wydarzenia grudniowe*Jest dziewiąty grudzień roku fosforycznego rozstaniaKlaudia przyjechała właśnie z Nowego Sączapóźny wieczór, pada śnieg wszędzie, niebo się otwierajem pomarańczę w korytarzu, patrzę jak się przede mną rozbieraza oknem czołgi w parku centralnym jak pomniki wspomnieńw mieszkaniu kanonada i pożoga powitaniaeksplodują pierwsze pociski uśmiechówartyleria nastroju strzela w miasto z pobliskiego wzgórzaczołgi walą na wprost słowami-pocałunkamiwe mnie jak kiedyś Napoleon w kościołymoje miasta ucieczki: Paryż, Lwów, Dubrownik, Warszawaumierają na moich rękach filmowo po raz wtóryjej idole: Gavroche, Antoś, Mały Powstaniecmilkną wszyscy mityczni bohaterowie lektur i powieściumiera cały chłód i zamróz wspólnych szkolnych latprzyniesiony przez Klaudię w komórce pamięciumiera drżąc nawet gęsia skórkagranaty jej spojrzeń wybuchają wszędzie w mieszkaniujest początek grudnia, w sumie nie ma co narzekaćprzecież Klaudia przyjechała w końcu z Nowego Sączai mówi, że dobrze jej tutaj było i wracagaśnie światło w całej dzielnicy, wyją syreny nadzieiumiera Klaudii percepcja, umiera moja obawanagle pojawia się fosforyczna gwiazda pozostaniarodzi się dziecina cieplutkiego przytulnego kochania>>>*Mistrz ceremonii*Wysoki w szaliku różowymstrach jest jego znakiem rozpoznawczyma szaleństwo? jeszcze nieto tylko krótki skoczny taniecnagle ruszyły w tan przedmioty w laboratoriumpaw symboliczny wyłonił się z zasłony dymnej purpurowejwysoki w szaliku różowymmuzyk jak mistrz ceremoniiza nimtańce wokół, tańce w krąg, tańceprzedmiotów i żywych organizmówtęcze, zorze na koszulach, kwiaty we włosachszaleńcze zawirowania to jeszcze nie szaleństwo samo?jeszcze niewysoki w szaliku różowymuniósł batutę a powtarzalny młot odłożyłmłot przebił podłogę i wpadł do piwnicypiwnicy artystów, gdzie trwałpierwszy prawdziwy koncertmalarzy, węży koralowych, poetów i gitarzystówpaw zapiszczał jak on to potrafi nad ranemzniósł złote jajo geniuszu– wysokie Ce>>> *Samotność szukającego*Dziś jest kolejny dzień samotności?– nie, raczej nienigdy nie byłem samotny doskonale,dlaczego więcteraz miałbym się nad tym zastanawiać?dzieła moje są integralnei społecznie absolutneliczę na was pobratymcyAustralopiteki wszechczasówliczę także na niepoliczonych,czyli także na tych osiadłych na Marsiew przyszłościsamotność we Wszechświecie, cóż?samotność pierwszych ludzi, no cóż?trudno to sobie nawet wyobrazićwłaśnie dzisiajzwłaszcza tym siedzącym jak ja przed monitorami,wyświetlaczami społecznościowych mediówa jednak ból jest bólema jedyne upragnienie nieosiągalnena tej ziemi, życie w tym życiuto wyłącznie kroki po śladach uczućza znikającym w oddali celemnierealne kroki w ciszy mrocznejzwierzęcia polującego nocąi postzwierzęcia patrzącego wsteczsamotność szukającego samego siebiew erach przedludzkichto jakiś fakt niepodważalny?– nie, raczej nie!>>>*Filona archetyp*Ptak w Egipcie ibisato nie to co bocianw Polsce zawietrznejczas najwyższy dla niegoporządkującego i zaklętegopóki jeszcze jestale czy Feniks to zwykły ptakuchodzący, odradzający, powracającyEgipt to nie PolskaPolska to nie Galileachociaż czas najwyższy i dla niegowłaśnie stoją naprzeciwko siebie ptakinie zewrą się miłosnym uściskuale w śmiertelnej walcewalce symboli-duchówwalce tego, co wymyślił pismoi tego, co napisał życierachmistrza lat z ich właścicielemFilona archetypem>>>*Brak warunków, by zostać wieszczem*Nigdy nie miałem warunków do pełnej samotnościz powodu rzeszy kolegów i wielu krewnych,oddziałów zwartych sąsiadów z twarzami w płotachjak miałem w takiej sytuacji zostać socjalistycznym Wernyhorą?choć unikałem ludzi i znikałem z pierwszomajowych tłumówchoć nie ma mnie na zbiorowych zdjęciach klasowych lizusówchoć nie wisiałem nigdy w gablotach socjalistycznej pracy przodownikówto jednak nie byłem dosyć odizolowany,by zostać pełnokrwistym przewidywaczem epokilub, co najmniej historycznym malarzem chwałynawet, gdy porzucany przez jedną dziewczynępojawiał się cień nadziei na trwałą mini depresjęzaraz znajdowało się innych dziesięćbezinteresownie oferujących sympatię i miłośćjako odtrutkę na nihilizm czasów i perspektyw marnośćnawet, gdy komuna spacyfikowała już wszystkoi pozbyła się wszelkiego oporu społecznegoto doszło do rewolty w Poznaniu i BudapeszcieLalek Franczak dając przykładwciąż na Lubelszczyźnie walczył, jako ostatni partyzantwtedy ja już przecież byłem na świecieale po odcięciu mu głowy nie mogłem zostać klęsk wieszczembo na domiar nieprzerwanych rewolt i buntów wyklętychkrewni z Ameryki i z Francji zjechawszy do Polskiprzekonywali nas, że komuna to choroba,co niebawem musi minąć jak uodparniająca ospajak miałem być wyalienowany trwale, wykluczony przez złośćzwątpić w państwo i naród, gdy wkraczając w młodzieńczośćwśród wycia gomułkowskich naganiaczy i gierkowskiej propagandyprzeżyłem najpierw kolejny zryw – marzec 68 w Warszawie, gdy mój wujwrócił do domu relegowany z warszawskiego uniwerkuz pozszywanymi byle jak fioletowymi, świeżutkimi ranamia potem widziałem płonącą Pragę w telewizji,kiedy sowieckie tanki, skoty i uazykolumnami przewalały się po naszych powiatowych drogachz wracającymi w minorowych nastrojachrezerwowymi żołdakami ze Wschoduwyraźnie zainfekowanymi zwątpieniemjak miałem odwrócić się od Ojczyzny i narodu,gdy na początku dorosłości Macierewicz założył Komitet Obrony Robotnikówpo radomskim buncie warchołów,Wildstein z kolegami w Krakowie słynny SKSa Walentynowicz, Wyszkowski i Świtońrozpoczynali organizowanie wolnych związków zawodowych dla mas,by potem rozbłysnąć mogła cała Solidarności jaskrawość, którapokazała jutrzenkę swobody wyraźnie jak nigdy dotądi nową nadzieję jeszcze nie wygasłąjak miałem zwątpić w rodaków i społeczeństwo,jak poczuć się wykluczony z niegostojąc przy gorącej jeszcze pompie Badylaka na krakowskim rynkuwidząc taką heroiczną desperację jego a Siwca wcześniej,jak miałem zamknąć się w emigracji wewnętrznej na stałelub wyemigrować do Niemiec na prawdęa co z szaleństwami młodych w Lubaniu i Jarociniepodczas asocjalistycznych koncertów Muzyki Młodej Generacjipróżno tak szukać samotności we śnie i tłumiegdy przyśnił mi się jakiś epizod z grą tajniaków,którzy wkręcili mnie na jakiejś konferencji w układ z przypadkową kobietą,gdy przydzielono mi pokój i łóżko z najpiękniejsząpożądaną jak kwiat lotosu, gdy rzekłem: jak mus to mus państwowya rano obudziłem się zdziwiony obok mojej słodkiej, lilioustej żonyjak w tej sytuacji można było zostać wieszczem?jak można było poczuć samotność epoki,życia własnego i ból egzystencji wszystkich jak swojej,by wyemancypować się ze szczętem?czy uciec z przewrotnego pokolenia można było,gdy moje pokolenie ostatecznie zło przewróciło?>>>*Jesteś słoniem*Są takie dni… ale to już było!były takie dni… a to już lepiejjesteś słoniem albo słońcemjuż nie jesteś człowiekiembyły dni…były cienie na skórzebyły cienie na skórze służbyskowronek cię zdradziła Tobiasz?, Tobiasz wybawi?oko opatrzności zgasło nad Europązaszło bielmemkrata licencjonowana szkocka przykryłajar edukacjijary na księżycach Jowiszasą takie dni… żółć rybyczołgi jadą ulicątelefony piszczą odłożonezerwane zblokowane zniedowierzałebity pamięci, krew na dyskach, smutek ryb-planetbyły takie dni… zapamiętanegdybyś stał nawet przy oknieprzy przepięknej firanie w pałacu Guermantóww Faubourg Saint Germainalbo usiadł przy stoliku w jednej z tamtejszych restauracjigdybyś liczył przy bulwarze nie tylko pierwsze czołgiale także karety pustej arystokracjikolumna, portal, schody, balustrada, słowawszystko z kamieniadni przybyły z Tytana…dni się skończyły lub powróciłypięść ponad czerwonymi sztandaramisłońce prowadzi egzystencjalne słonienie zgadasz się z sobą? masz rację?masz siebie!pięść się rozluźniawkładasz ją do cynowej misypolewasz wodąpomyśl, dlaczego dni się zmieniływ parowozy śmierciparowozy z Tytana białepytanie zawieszone jak pięść w wodziespadnie na dno dni czy nie spadnie?dni a gdzie sekundy?wszystko powraca…ty słoniem pozostaniesz opatrznościbez wpływu na poganiaczy i siebie>>>*Błyskaj myślą monochromatyczną*Skromnie a jednak altruistyczniez gitarą i bez strusich piórz fiołkiem i konwalią, ale bez makijażuzbierasz ferajnę na bójprawdziwy Tymoteusz i resztakolorowe kwiaty na koszulach nie są w modziemonotonia z monochemią i bardzo jasne przewodniki oczyszczania szlakówmyślowy tor wodnyjakieś mega miasto połączone kanałemz pustkowiemnie zdziesiątkowane stado wronani czaszki bielejące na stoku wulkanuale wiatr i kaszlący jenotpójdzie z tobą w bójrozważasz ten ból półspołecznyczy jest silny, czy da się zwalczyć tabletką?skromne środki ci nie pozwoląbędziesz walczył boleśnie raniącsiebie a walka, cóż walka, jaka walka?altruistyczna z własnym sercem – tak walka!spójrz przez okno na księżycon też przyłączył się do ferajnyzezuje jak zboczeniec żwawyskromne środki na reakcję na obrazy jegoale jest też strona zórzradioaktywnych twierdz stronaod Uralu po Cova da Iriasfera wynaleziona przez Hindusów i Cyganówzlatynizowanych metalem i kłosemsłowem, co zapomnieli praprzodkowie już niezaklęć, które noszą na ramionach stokrotkitakże nocą, także w trakcie zaćmień wszelakichtakże w trakcie obrazy przyjaciółsą wymyślone zwierzętai zwierzęta ludzkiei stepowe w pasyi morskie w lampasachw kratę są uczucia spętane walkąw zaświatach myśl jak fajerwerk, jak lawamyśl błyszcząc zwodzity błyskaj raczej myślą monochromatycznązanuć pieśń dwukolorową ofiarną>>>*Bądź nam bratem Herkulesie*Bądź nam bratem Herkulesienawet, jeżeli jesteś postacią bajkowącierpimy z powodu twojego brakututaj w Akademiachsiedzimy tu wszyscytowarzysze patriotycznych bojówbojowie towarzyszący wodzomwodzący na szańce ziomkówkrwawimy sobie tak od niechceniajak zwykle w przerwach myśleniapatrzymy na twój plakat, co twarz zmieniaw tej komórce, która jest arkadyjską dolinąwidzieliśmy już śmierć braci i swoją własnąty żyjesz w naszych snachzastąp ich miejsce samprzybądź na gromieokiełznaj smoki latającenad opętanym lasem schwarzwaldzkim Belgia się wyrywa do przoduLuxemburg i Alzacjachcą z nimi w zaświaty złachcą dosiadać lekko smoków z Południaty wybijesz im to z głowy, tylko tyzejdź z plakatubądź nam bratemta samotność krwawiących starcówjest nie do wytrzymaniaoddajemy ci hołd i wzywamystańcie do walki technicznej na pięściHerkulesie i Holyfieldzie Evanderzea ty przyjacielu ludzkich pocisków, trzód i móww łagodności krainiegromowładny Chrystepatronie dwunastu prac, pokoleń i Apostołówbądź sekundantem obu>>>*Rewolucyjna strofa*Znużona śmiercią rozpoczęła życiepodeszła do wysoko umieszczonej książkizdjęła ją z półki pod samym sufitema książka jak to książkaotworzyła się sama na najlepszym cytaciei śmierć, która była zakładkąoniemiała na te zapisane słowawypadła na podłogę jak balon z wodązapadła głucha ciszapotem dźwięk zrywającej się półkipotem spadanie żyrandolapotem …świst i tynk odpadał ze ściantapczan ukrył się w ścianie z hukiemzadzwonił parkiet i podskoczył do góryklepki spadały głuchym łoskotem na księgęrozbudzone cytaty zakwitały jak kwiatypotrącone strofy rozpalały jak żarówkia kartki się same przekręcałyrozbita śmierć rozlała się wodązamoczyła wszystko i spłynęłaprzez drzwi na balkoni jak siklawa wprost na piątą aleję Krakowana parasole i kapelusze przyjezdnych przechodniówona zaczytana zniknęła wśród kwiatów,które wysoko wzrosły i zakwitły jak łąkaodłożyła pistolet gotowy do strzałuw głowie odkąd była internowanawarto mieć pod sufitem coś odłożonena czarną godzinęjakąś eksplozywną rewolucyjną strofę>>>
*Dziadek z Polski przemówił do czerwonych*
Oskarżenie uchodźcy spadało z samolotu na spadochronie
okazało się pikującym w ziemię hoplitą, husarzem, czołgistą
a może bardziej z bliska nosorożcem ekspansji nostalgii
kawa wystygła w Starbagsie, frytki zjełczały w McDonaldzie
pies wyjadł skrzydełka panu z KFC w między czasie
latały tomahawki, strzały i dzidy, pióra w końcu wieczne
kremu zabrakło pilotom irlandzkim
kosmonauci francuscy się podzielili na plutony
ząb mądrości Europy powiadano zepsuty rozchwiał się
nad małymi portami i Wielkimi Jeziorami
przybądź Muddy wołali a Waters niech zmienia świat
zaśpiewaj Willi wołali a Nelson niech patrzy w morze z balonu
i niech nie czyni tego z bardzo wysoka
z wysoka patrzy zawiść zamiast amerykańskiego orła
przeleciał uwolniony indyk pokoju i namieszał w pokoju owalnym
tylko podarunki białych w paczkach na wybrzeżu czekały
na sztorm, na kuriera, na kolejnego emigranta
stada przegoniono przez bramy ludów dla ludów
w rzeźniach północy pojawiły się w ich miejsce
harmonijki ustne, źle zestrojone gitary i zaczęło się szlachtowanie menuetów
książki buntowników popłynęły w dół Manhattanu
a skalpy białych aż do Greenwich Willage
nastał dzień manuskryptów niezależnych – sympatii sów
z powodu braku świstaka wystąpiły sowy właśnie
leć książko ostatnia sucha jak Deklaracja Niepodległości
dziadek z Polski przemówił na Kapitolu do czerwonych
opowiedział o spełnionych marzeniach czarnym
oskarżył protestantów w Europie o potopy niecnoty
skarcony zamilkł i zaczął szykować się do powrotu
różaniec przyszykował do oclenia jedynie
statua odwróciła wzrok od dewocjonaliów
i od boeinga szybującego ku wieżom nie do obrony
zagrano polkę sędziom i aniołom
>>>*Wolność, równość, braterstwo*Prawie nadepnąłem wielką, kremową, kropkowaną gąsienicęwchodząc rano do garażuw ostatniej chwili jakiś impuls kazał mi spojrzeć pod nogii zatrzymałem stopę, co była jak młot parowynad tym stworzeniem wijącym się i podrygującymw betonowym miejscu szorstko nieprzyjaznymliszka podniosła czubek swego ciałazaopatrzony w jakieś receptory chybai badała świat kiwając się na bokijakby mój but obwąchiwaławiszący nad nią jak miecz Damoklesajej bezmózgowe działania były aestetyczne lecz proskutecznemoje wysublimowane prazmysły wewnętrznezadziałały na każdą sferę podświadomości, świadomości, nadświadomościi uruchomiły akcję centrum uczuć wyższychjak kreator i opiekun bytów wszelakich z wyżyn intelektuwyobraziłem sobie oto larwę zmienioną w motylamojego ulubionego pazia królowejczęstego gościa, który pojawia się zawsze latem w moim ogrodzieprzypomniałem sobie wszystkie przyrodnicze książkiprzeczytane w dzieciństwiei kolorową stronę małej encyklopedii podarowanej miprzez znajomego mojego ojcapopatrzyłem jeszcze raz na ślepą gąsienicę roztrzęsionąw chwili jej życiowej apokalipsypopatrzyłem z wysokości orbitera kosmicznegona słodką w uśpieniu, letargu porannym, pieleszachzamgławioną, załzawioną, ziewającą na tle Mlecznej Drogipełną białych lilii, niebiesko-zieloną ojczystą planetępowierzoną mojej pieczy jak niemowlę Herakles Amfitrionowiw zatroskaniu demiurga oto stałem z kluczem do garażu na jednej nodzenoga krzywo postawiona zadrżałaciało pozbawione właściwego podparciastraciło stabilność i runęło jak wieża w Siloetak znalazłem się twarzą w twarz z moją gąsienicąstworzenie chełpliwe ze stworzeniem marnymw konfrontacji jak równy z równymwolność stworzeń potwierdziło braterstwo betonowej gleby>>>W upiornym skowycie gwiazd słuchasz wycia przełęczyona tak sama z siebieczy to tylko wiatr pomiędzy punktowcami?na blokowisku przyszło ci spędzić nocty podwieszony na wieży ciśnień alpinistaszkoda, że nie jesteś speleologiem,że nie masz dobrego zespołu na Gouffre Bergerjak tak pomyśleć o ludziach, o mieszkańcach, o tubylcachto strach się wspinać w górę o trzeciej nad ranemjedenastego listopada roku pańskiegojak pomyśleć o tych zasmarkanych kacykach podwórkowych,co urośli do rangi jego wysokości burmistrza i prezydentajak tak pomyśleć o snach magistrackich szczurów,co nad dachy wynoszą pastuszków umysłowych czyny– to zmora, która wtedy w głowie czyhado najgłębszych jaskiń spychaskąd wyszliśmy dla władzy nad światemtak więc lampka na głowę, liny, czekani w drogę w głąb tajemniczej społecznościw głąb ziemi piwnicznej górniczej niczyjejkumple druhowie kamraci wespół?no cóż, jednak nie? szkoda!a może inaczej tak jak DobaAtlantyk w kajaku przepłynąć samotnieAtlantyk wzburzony korupcją i nepotyzmemoszustwami przy urnach wyborczychAtlantyk przestwór wolności dla poddanych caromjak tak pomyśleć o szansach jak Syzyf o szczycieto nic tylko w kłębek się zwinąć i stoczyćrunąć, sturlać się i odpaśćnic nie jest oczywiste dla wiszącego alpinistypod skalną półką narodowąna 10 piętrze wieżowca z balkonami językównietoperz nie człowiek zazwyczaj aliścimuchy nie ludzie przeważnieblokowiska śpiące nie jaskinie jednakowożmiasta tętniące nie morza a stajnie nota benegdzie pędzący wiatr rozwiewa pozostałości niedawnego reżimuatoli Gouffre Berger czeka prawdziwa na śmietniku wyjątkowościty alpinista w grocie filozofów codziennościwsłuchujesz się w skowyt idei zarzynanych w snach habitatu,co przetrwały nielicznie w jaskiniach skarlałych duszczujesz, że możesz je dosięgnąć, ocalić>>>*Internet bezosobowy*Wody potopu prawie przepłynęłyprzez moją stronę w Interneciea ja w arce w moich wierszachunosiłem się bezpieczniena falach polubień i znienawidzeńw oceanie znajomych, obserwowanychi pożądanych ulubionychwystawiony na wichry emotek i memówmądro-głupich komentarzy i wpisówmoja chytra gołębica trzymała w ręku gałązkę oliwkiod początku cały czasnie musiałem się o suchy ląd baćw czasie społecznościowych burzna mojej stronieściskałem gołębicę kurczowo w dłonijak długopis, którym odpisywałemz monitora własne wierszena wszelki wypadekby potem przenieść je na piasek plaży Falezyalbo jakiejś bezludnej wyspyz samym tylko Internetem bezosobowym>>>*Zanurzony we wpływowym środowisku*Zanurzony we wpływowym środowiskuumierasz z głodu prawdygłód jak głóg jak epitafium Ekskaliburmiecz wbity w taflę jeziorareportaż nocny z otwarcia pretensjonalnej galeriina wernisażu tylko nagie celebrytkii prezenterki satynowych piekiełnikt nie wie jak wypłynąć z twarząw tym środowisku pośladkówwszyscy toną w sloganach a ty umierasz z głoduradosny pawian artystyczny jeden jedynyskacze na skalnym Podhalu po halach i beczyktoś myśli może, że to owceowce gdzie? hej hrabio-juhasie odpowiedz, gdzie?czyż zostały zabrane przez ekipę telewizyjnąna statystowany kolejny performance naturszczyków profesorów?na reportaż płytki kąśliwie kudłaty?cóż za zbieg okoliczności ludowe Podhale Dunajec Poronini nowa fabryka Opla w Murzasichlachbeczenie stad jeszcze słychać zamiast klaksonóww zamian sądowy wymiar świerkówi leśny wyrok na szyszki eksponatyzgadnij gdzie jesteś wełniana meduzo nieśmiała,i o której obraduje Stanu Radazewsząd zachęty – wypłyń, wypłyń, wypłyń – tya słońce na dnie okaa grzech nie zrobić zdjęcia sobie wśród owiec ostatnicha owce gdzie? wśród małp? hej hrabio-juhasie, gdzie?Percival Janosik nie przyjdzie popatrzeć na redyk?zejdź tutaj ze mną, zejdź z halki i zaśpiewaj cienkoi ty wsiądź do opla przesławna już białogłowoHalszko Hanko moja warszawska naturystko na wywczasachwe wpływowym środowiskupunktowy reflektor wbity w dziuplę na wierzbiewierzba pochylona na Szopenemsceniczny Szopen nad fortepianemnokturn nad przyrodą skalną słowiańskąbiałe łabędzie nie płyną przez Czarny Stawone są ze stali, ani drgnąfruną za to bociany jak dźwiękifruną bociany nie naszefruną skrzydlate pawiany, nietoperzefruną by prosić o azylnie poznajesz swojego nosaodbitego w zaimprowizowanym łazienkowskim stawieale słyszysz flesze, pracę kamerpokrzykiwania reżyserów na politykówi buczenie aktorów, bu, bu, buuuwciąż niesytych jak tyniezadowolonych z obiadów czwartkowychprzygotowanych przez niemieckich góralidla hrabio-juhasów dzisiejszych dni>>>Jest jesień w lecie zachodniej cyganeriiz września zeszło powietrzesamoloty bezsensu zanurkowały, zrzuciły bomby i zawróciły po nowetak, tak, to unijne samoloty jednokoloroweale przecież unia nie zawsze znaczy jednośća już wcale eksperymentalną indywidualnośćjest jesień w lecie moich społecznych popatrywańze mnie też zeszło powietrzesamobójcy spadali na mnie jeden po drugimskacząc z balonów manipulacji i zakłamania nad Bolkowemprzeżyli i solidarnie rzeklibękarci szloch też ma prawo zaistnieć w centrumkażde istnienie może być manifestem mainstreamu w letargulub manichejskim dążeniem ekstremyale czy musi? nie, nie musi!ein Kampf mein Fuhrer? ein Volk meine Adelheid?– nein!katorżniczy wrzesień zakotwiczył w moim życiuna pół wartym na pół nie wartym spiętrzeńi już nie będzie inaczejżaden upał nie zwiedzie moich mogił mokrych od łez,które nakrywają się stopniowo liśćmizatrzaskujących się bram telewizyjnych cmentarzypo spektaklach eksterminacji jasnych pomników chwałyi choć wszędzie łapy klaszczą zawsze w tym samym czasiena zgubę przywódcom narodów spuchniętym od winaja na razie zamykam piwniczkę ziemną, w której trzymamzamiast napoju bogów koktajle Mołotowazwykłe butelki z francuską totalną benzyną na finałjest odzew nikłych ptaków – skrzeczenie zamiast śpiewuw kniei alei frankońskiej Propyleizamiast zniczy płoną ludzie nabici na pale za wiaręnad Brukselą zeppeliny flaczeją, flagi zwisająi całkiem wiotczeją myśli krótszych dnipopularne sumienie unii zmienia się w ser limburskilecą śnieżki kamaszki fatałaszki we wrześniu obleśniulecą od ciebie z Pigalle listy poleconelecą karygodne żądania gołe –być w niebie a bądź gdzie to różnica – stwierdzasznikt karygodnych żądań nie spełni jedynie dla obnażonych piersizdemolowano nasze noce księżycowe – zakazane gontyny spotkańkwiaty, owady i wiatry już nie wyznaczą alei do nichnoce pozostaną na dłużej w Metz i Antwerpiiświeckie niemiłosne noce służby ludom wędrówkijuż bez wszystkich krajów proletariuszyubaw po pachy mają mrówki, co przetrwałylecz nie pracowite pszczółki co ducha już oddałybo się do cna wyzbierały w staraniacha i wrogowie naturalni zniewieścieli w morwowych gałęziachzeszło życie z pogodnych dni, zdechł ostatni europejski jedwabnikktoś jeszcze chce się zabawić w wojnę, w państwa miasta,w statki, w chowanego, w policjantów i złodziei?gdy bombardowana, duszona i molestowana jestgdy poddawana litościwej eutanazjigdy abortowana z latachoć jeszcze nie całkiem jesiennaostatnia szansa Europy – Polskaw kolejną rocznicę zwycięstwa – czego? kogo?nadziei? babiego lata?>>>*Jurek Dratewka z CBA*Smok w każdej różyklombie, witrynie, upamiętnieniu, obeliskusmok w każdej twarzyludzi przechadzających sięi z ukontentowaniem kiwających głowamina promenadzie miastarządzonego przez burmistrzawojującego antyklerykałapo wyczerpaniu zasobów dziewicliga smoczych miastjak na wybawienieczeka na Jurka Dratewkę z CBA>>>*Kolejny Franklin*Kwadratowa twarz kandydata gdy trzebanawet purpurowe żyrafy biegną żebypomóc mu w kampanii wyborczejpiorun kulisty zapewnień przelatuje obok księżycałaskawie nie tykając krzyżakiedy kolejny Franklin znów wygra wyborywszystko tu będzie kulisteale i piorunująco inne>>>*Ofiara za dorosłych*Za wszystkich wizjonerów giną „Orlęta”masakrują ich już sto tysiąc lat bez ustankukiedy skończy się ta mitologiczna mękamłodych bohaterów?tak często bezimiennych ideałówdla dorosłego świata plemion, nacji i państwskąd ta tradycja składania ofiarz dzieci u ludzi, której nie ma u małp?składania nawet dzieci nienarodzonych mentalniew ofierze za dorosłychduchowo czasem abortowanych>>>*Baton*Baton, sprasowany wafel wielozbożowyw nim ziarna wciśnięte jedno w drugiekażde zawiera i chroni swojego gatunku tajemnice(co za mozaika)smakuje jak – naródzmasakrowany żniw tysiącleciemprzemielony słodkim ogniem historiiscalony wiary karmelem!>>>
*Po potopie*
Wody potopu pandemicznego przepłynęły przez moją stronę w Internecie
a ja w arce w moich wierszach unosiłem się bezpiecznie
na falach polubień i znienawidzeń
w ograniczonym oceanie znajomych, obserwowanych i pożądanych ulubionych
wystawiony na wichry wpisów emocjonalnych i beznamiętnych emotek
pływy mądrych błahych komentarzy jak manty i memów jak meduzy
moja chytra oswojona gołębica trzymała w ręku gałązkę oliwki
(od początku cały czas)
nie musiałem się bać o suchy ląd samotni
w czasie potopu i burz społecznościowych na stronie osoby ludzkiej niezarażonej nie zrażonej
ściskałem gołębicę kurczowo w dłoni w bocianim gnieździe www
jak długopis, którym odpisywałem własne wiersze z monitora
na wszelki wypadek ku pamięci ku przetrwaniu
by potem przenieść je na piasek plaży albo jakiejś falezy
jakiejś bezludnej wyspy natury otoczonej stadami rekinów postępu
te kokosy zalążki sadzonki odrodzenia pierwociny gatunków
>>>*Cenotaf*Popatrz tam, widzisz tę samotną brzozę?gdzie?tam na wzgórzu pod sosnowym lasemgdzie?przecież to jest krzyż!a tam spójrz, widzisz ten plac zabaw?gdzie?no tam, zaraz obok przedszkolagdzie?przecież to jest cmentarz!a tam daleko za drogą jest stadiongdzie?tam jak ten rząd topoligdzie?przecież to jest stary kirkut!a tam, tam ten czerwony dach i brązowa elewacja,to nie twój dom, aby?gdzie?no zaraz przy tym sadzie, tam na początku ulicygdzie?przecież to jest cenotaf rodziny i Polski!>>>*Rzeźnia numer pięć*Boże!czy to jest Ziemia?czy to jest rzeźnia numer pięć?– wolna wolawybór należy do ciebie!Rewanż!czy to jest myśl?czy to jest atawizm?– wolna wolawybór należy do ciebie!>>>*Po nitce do kłębka*Pocałowałem twoje białe ramiępotem twoją miękką szyjęraz drugimusnąłem ją wargami jak kotekswoimi długimi wąsamiodrzuciłaś głowę do tyłuwłosy spłynęły jak fale wodospadukłębek potoczył się po twoich plecachrzuciłem się w pogoń za kłębkiemtwojej namiętnościuwielbiam te gonitwy kociedopadłem go w ostatniej chwilizanim się rozwinął i zatracił cały>>>*Oracz i czarodziej*Kiedy byłem małym chłopcempowędrowałem wśród pól samotnieoddaliłem się daleko od domumiasto zniknęło za wzgórzemusłyszałem skowronka śpiewającego niezmordowaniei zobaczyłem niespodziewanego ostatniego oraczapod samymi chmurami w górzemozolnie piął się krok za krokiem trzymając lejce i pługkoń prychał, oracz sapał, gzy latały wokółw krzakach tarniny zatrzepotał ptakjaszczurka pobiegła w dół na łąkępopatrzyłem na komin piekarni górującej jeszczenad skłonem brunatnego polaten szmer, ten widok rakiety startującej, to słońce czarnepoczułem przerażającą samotność i strach,pojawiła się myśl, że za chwilę wydarzy się coś przerażającegosłońce histeryczne z horroru w zenicie ptaka zadusiłozamiast jaszczurki Godzilla z bajek się pojawiłajak kolorowy balon, powstając nad horyzontemziejąc smoczym ogniem oracz oddalił sięnie miał mnie kto przed nią obronićbiegnącego wśród rzeżuchy i ostrożnipotknąłem się i upadłem jak zraniony żołnierzzanurkowałem w trawy na łąceleżąc twarzą do ziemi spostrzegłem pasikonika,świerszcza we fraku albo sutannie,który pierwszy się do mnie uśmiechnąłi rzekł niespodziewanie– ja nie jestem jeźdźcem Apokalipsy, lecz czarodziejem,chcesz to w coś cię zmienię– dobrze, rzekłem, chcę być wiatrem niewidzialnymi zniknąłem po chwili razem z wszystkim>>>*Białe jest czarne*Czarne – oczywiście – pantery i gawrony!czarny – a jakże – metal lub humor!czarno – ależ – to widzę!czarni – pewnie – gorsi, nieroby!czarna – zgadłeś – rozpacz i dziura!czarniawy, czarnuch, czart –a więc – symbole czy stereotypy?znaki czasów czy natręctwo prostactwa?biały kruk nie dziwny?biała dama nie straszna?biała mgła nie dławi?biały kieł nie rani?biały śnieg i lód nie zagraża sercom?biały wywiad nie oburza?biały kwiat nie ośmiesza?biała śmierć nie zrównuje?>>>*Zderzenie z kometą*Miazga z kory mózgowej inteligentówzdmuchnięta świeczka duchowego światabałwany miast topniejąceturlający się bałwan w kulach uzbrojeniawicher gazów technicznych skażonychgejzer banknotów i monet wypranychpapier-mache granic i symboli okrutnychbrykiety traktatów politycznych złamanychciekły azot ciemnych międzynarodowych powiązańzamarznięty tlen mafijnego bezkarnego dyktatukogel-mogel głów państw głodującychlawina sądów i wyroków sprośnych trybunałówkęsy niestrawionych ONZ-towskich przesłań bezsensubitwa na miecze świetlne feministek z homoseksualistamiburza gradowo-ideowa sprzysiężonych nocągnijące okoliczności awarii elektrowni atomowychzorza oszustw olimpijskichwybuchająca w Europie lawa emigracji islamskiejwojna starych koni z płodami ludzkimibrutalny atak nosorożca Facebooka na surykatkę selffotkiterkoczący bezustannie karabin kłamstw w przestrzeni publicznejnadciągająca śnieżyca przewrotów wojskowychpełzający wąż totalitarnych prowokacjihalucynogenne środki opatrunkowe dla poparzonych przed kameramipieśni żałobne flamingów dżihaduplama krwi z robota humanoidaupadek plemiennego drzewa tradycji narodowejkatastrofa okrętu widmo pornografiiholocaust nieświadomych ofiar eutanazjonistówmumie urzędników unijnych w Dolinie pogrzebów demokracjinieuchronne zderzenie z kometą Bożego gniewu>>>*Ekologia dominacji*Partie polityczne są jak lis nie wiadomo skąd,który złożywszy głowę na przednich łapachrozciągnięty przed moimi drzwiamifiluternie przekrzywiwszy jąi rozchyliwszy drobne kływywiesił proszący językzdając się mówić– daj choć kosteczkę na przetrwanie gatunkuna żywą jeszcze ekologię dominacji>>>*Historia magistra vitae*Historia magistra vitaemożna cytować Cyceronamożna się historii uczyć i można przemilczaćmożna się uczyć na historii błędachmożna historię prostować i można naginaćmożna zaprzeczać faktom i je pokrętnie objaśniaćmożna wybielać dyktatorów i zbrodniarzymożna ich unieśmiertelniać w umundurowanych pomnikachjednemu nie można zaprzeczać:rozpadli się w proch ziemi mocni wojskiem Jaruzel i Kiszczakzniknęli w niej na zawsze jak pułkownik Kaddafi i Generalissimus Stalin– czołem żołnierze … cisza!>>>*Homo habilis*Jestem człowiekiem zręcznymto nie ulega wątpliwościdzisiaj ulepiłem kule ze śniegui cisnąłem nimi w wuja i bratawszyscy mi zazdrościli celności gestuchyba potrafię ulepić podobną z błotazaciekawienie wszystkich moim ciosemwywołuje u mnie uczucie zadowoleniai grymas warg niespodziewanypokażę ziomkom, że i okrągłym kamieniemumiem rzucić celniejestem tutaj najzręczniejszym miotaczemmiotam zapamiętale w otwartą brata gębęjestem człowiekiem zręcznym manualnie– już to wiem teraz na pewnouznano mnie oczywiście za przywódcę stadawygrywam z początkiem ewolucjiczas teraz na zręczność słów i myślna cywilizację Homo – zakręt historii>>>*Tak jak niezapomnianym 1977.*Siedzieliśmy zaraz przy wejściu do Muzeum Narodowego na ławcedrzwi były zamknięte bo pora późna„Dama z łasiczką” i „Omdlewający młodzieniec”nie chcieli nas już dzisiaj widziećpozostało nam kontemplować „Tężnię sztuki”prawdziwą graciarnię naszej peerelowskiej młodościustawioną na betonowej łące dla irytacji wieluBartosz Kapustka z Leicester City F.C. wielkości hoteluvis a vis na bilbordzie, na którym siadały wygłodniałe wronykpiąco przyglądał się tej odsłoniętej socrealnej nędzyna dobre zaczęło padaćty wzięłaś mnie za rękę i zapytałaś– to co będziemy teraz robić?zasępiłem się na moment jak Wyspiańskiale rzekłem po chwili z weselem– mamy parasole, obejdźmy dookoła Muzeumi Bibliotekę Jagiellońską trzy razyzjedzmy po drożdżówcewypijmy piwo w „Nowym Żaczku”może nam coś mądrego przyjdzie do głowytak jak w niezapomnianym 1977-mym roku*______________________________* w tym roku w maju został zabity przez SB student UJ Stanisław Pyjas , który z kolegami bywał wpołożonym niedaleko od Muzeum Narodowego i DS „Żaczek” letnim barze przy Błoniach: „Pod Płachtą”.Był on zaangażowany w tworzącą się organizację opozycyjną KSS KOR (Komitet Obrony Robotników).Grupa przyjaciół i znajomych zmarłego zorganizowała po mszy pogrzebowej w dniu 15 maja 1977manifestację (tzw. „Czarny Marsz”). Wieczorem 15 maja 1977 (na zakończenie „Czarnego Marszu”) podWawelem odczytano deklarację zawiązującą SKS (Studencki Komitet Solidarności) i wzywającą do ujawnienia winnych zbrodni. Sygnowało ją dziewięcioro studentów UJ i studentka ASP w Krakowie. Była to pierwsza tego rodzaju organizacja w Europie Wschodniej. SKS – to także pierwsza w Polsce organizacja antykomunistyczna mają w swej nazwie słowo „solidarność”. SKS zainicjował w 1977 roku akcję protestu przeciw cenzurze w Bibliotece Jagiellońskiej i blokowaniu dostępu do wielu wybitnych dzieł nieprawomyślnych z punktu widzenia komunistów (słynne „RESy”). W 1980 członkowie SKS zaangażowali się w tworzenie struktur NSZZ Solidarność i Niezależnego Zrzeszenia Studentów (T.Kensy, B.Wildstein)>>>*Porzucone skrzydła*Leżą na skaleskrzydła odpięte, porzucone, zbędnewysoko na skale, na graninikt nie może się tam wspiąćobowiązuje zakaz wspinania sięwysokogórskimi trasami i ścieżkamii to w całym państwie, a nawet regionie i kontynenciezakaz uchwalono na międzygalaktycznejsesji starparlamentu– dla dobra hominidów skarlałychi tak to zostało opublikowanew mediach społecznościowych progresywnie antycznychkontrolowanych w gwiazdozbiorachbez wyjątku wszystkichprzez bezskrzydłych>>>*Nie całkiem przyziemne myśli*Słucham koncertu System of a Downi jednocześnie czytam MickiewiczaWieczne Miasto pełne jest turystówz Tunezji i z MarokaPlac Świętego Piotra nie jest na razie wykorzystywanydo islamskich modłów i samobójczych rytuałównowy Michał Anioł przemalowuje Kaplicę Sykstyńskąw kierunku Ziemi leci jakaś większa asteroidanad Japonią fruwają zabawki KimaChińczycy wymyślają koło po raz drugiw daczy na Syberii mentalnie dogorywa Putinbezpieczniak i przywódca starej datyKarolińskie Odrodzenie staje pod znakiem zapytaniaSOAD kończy „Antenami”Mickiewicz w ostatnim poemacie też nawołujedo uwolnienia się od przyziemnych myślisprawdzam w lustrze czy aby to nie jastałem się nowym Michałem Aniołem, Putinem lub muzułmaninemtak czy siak rosną mi bokobrody– jak widzę>>>*Ludzie jak pytajniki*Służyć? komu? głupcom?wierzyć? w co? w zdradę?na rogu ulicy przystanąłeśpodchodzi bezdomny z bolącym zębemi dziewczyna z witrynyprzypomniałeś sobie terazwszystkich nienawistnych ludzi,którzy obrócili się przeciwko tobiei nagle chcieli cię unicestwićkot przeleciał przez ulicęna jej ciemną drugą stronęprzez mgłę widzisz fasadę kościoła i teatrudorożka stoi i czekakonie w cygańskiej uprzężykoń coś mówikot śpiewaa ludzie jak pytajnikino rusz się, odpowiedz>>>*Epicki obraz*Niezwykłość?to nie tak, że patrzyłem całą noc przez okno na ulicę,że na pobliskim rondzie samochody krążyły jak ćmya ja nie mogłem spaćto nie tak, że bałem się swojego sobowtóra,który czekał na rogu pod sygnalizatoremnie wiadomo na kogoa asfalt błyszczał pod jego stopamikolorami zmieniających się światełto nie tak, że ty przechadzałaś się o drugiej po północyz białą torebką wzdłuż ulicy,gdy stojący w bramie faceci gwizdali na ciebiea ja drżałem o twoje bezpieczeństwo w tej chwilibardziej niż o całą twoją przyszłośćto nie tak, że z okna na piętrze obserwowałem zza firankipłowe zwierzę przebiegające ulicę po pasachtam i z powrotem kilka razymyśląc, że jest bardziej głodne niż jaRaczej to noc nadawała tym zdarzeniom wymiar niezwykłyi jakiś taki niecodziennyjakiś psychologicznie nieujarzmionyprzecież mógłbym iść z tobą tą ulicą w dzieńnawet nieść twoją słynną torebkęuśmiechać się do tych samych facetów co tya za nami mogło dreptać płowe zwierzęprzez nikogo nie niepokojonealbo ty mogłabyś trzymać zwierzę na rękua ja malować twój niesamowity portret na środku rondai nazwać zwierzę twoim imieniemgdybyśmy tylko zdążyli z tym wszystkim do zmierzchunaszego epickiego uczucia>>>*Przerębel chaosu*Zawlecz ją do przerębla chaosui utop w cieczy w punkcie krytycznym będącej –znaczy nudęjeden gest, jedno cięcie i koniecwolność powoli rozdzwania się na masztach żaglowcówprzemierzających ocean niezbywalnych snówkrewni obcego wypytują o ciebiejeden mostek, jeden skok i znowubędziesz w stadium przetrwalnikowympełnokrwistym człowiekiemkołysze się tarcza strzelnicza ustawiona dla łucznikajak on ma celnie strzelić – no jak przebić nudę?dodatkowo zdzielony w głowę obuchemprzez zabawnego faceta w rajtuzachz wydatnym jabłkiem Adamabądź godnym przy ostatniej posłudzedla drzewa smutku– wtopi się jego przebrzmiałe życiew kołatkę wielkopiątkową na zawszezapragnij dzwonów żywotnej puszczy– tak odmiennych od szklanek na wachtach psichnuda już nigdy nie wychyniez żadnej czasoprzestrzennej dziuryw punkcie krytycznym światów równoległychprzerębla twojego chaosu i zniecierpliwienia>>>*Przemiany magia*Dawno tak się nie zmartwiłem,gdy pociąg niespodziewanieprzejechał przez nasze podwórze– kiedy oni zdążyli ułożyć tu tory?podbiegł zaraz nosorożec i kucnął przy drzwiachtaki wprost wzięty ze sztuki Ionsecoi to jeszcze nicleżąc na tarasie jeszcze niezmartwionysam zacząłem się zmieniać w robakajak do tego doszło i co to za przemianywe mnie nastąpiły wcześniejani ja ani rodzina nie rozumieliśmy wtedyżeby chociaż zjawiskom paranormalnym był kresa tu niespokój i domowy mir na naszej posesjizakłócił i zburzył ostatecznie wąż strażackio długości jakieś 60 metrów,który zachowywał się jak prawdziwa anakondaowijając się wokół nosorożcajuż tego było mi dośćzdruzgotany, w depresji, zdesperowanyodbiłem się od brzegu filiżanki po kawiei wyskoczyłem na pobliskie drzewołamiąc czułki przy okazjia tu dopiero był przepałbo ten orzech włoski zwyczajnie zapytał mnie o Wybickiegopo czym zakrzyknął: „Naprzód Sabaudio”nagle runął na ogrodową kapliczkę Matki Bożejw ostatnim szepcie wyrzekając zaklęcieHermesa Trismegistosa: „Ankh!”jak chłodne echo dzwonu zabrzmiało jeszcze:„ciebie też dopuszczono jak brata Garibaldiegodo 33 poziomu wtajemniczeniarozłóż chitynowe skrzydła i wzlatuj do latarni przy molo”skąd tutaj molo – pomyślałem w rozpaczyzanim mnie capnął nietoperz z twarzą Marksaprzeczucie, iluminacja, magia?>>>*Karuzela na zatoką*Twoje lata są szczupłe dziewczynoa ty, ty generalnie jesteś słaba, rozciągliwaoto zapach lawendy w lawiniei nad zatoką karuzela,co zakręci twoją niezależnościązmienisz się dziewczyno,bo natura wzywa przez wrażenia i snyniech nie dławi cię sztorm ani bryzażaden zapach nie zniechęci przykryczuwaj w mroku, śpiewaj w słońcukręte nadwątlone pieczary nadbrzeżnewyrzucają Jonaszów, Dawidów, królów,gdy ty wkraczasz z plażyz rybą na głowie, z zasłoniętą twarząszczupłe twe oczy i spojrzenia,a ty rozmarzonanie chcesz być królową a jedynie ptakiem symbolemniesiona przez chwilę jak baletnicaponad falami w upiornej zastygła poziezmieniasz się w wielorybai padasz jak kolumny Edypa po trzęsieniu ziemiw tonie pierwszych lat dorosłościteraz syta będziesz pływać tuż pod powierzchniąz rzadka wynurzając się dla nabrania powietrzai spojrzenia na karuzelę z bajek dzieciństwaspójrz na mnie raz ostatnito ja zakręciłem twoją karuzelą jak demiurg wszechpęduz oceanu kolebki spozieram jak zza kratz mojego stabilnego dna>>>*Milczenie martwych puszcz*Trzymam w ręce nóż jak długopisnie mam pomysłuna zmianę świata urządzonegoprzez szaleńcówjak we własny językwbiję go w białą czystą kartkę papieruleżącą przede mnąale wcześniej nakryję ją własną rękąniech ten przekaz pójdzie w światdosyć idei, myśli i słówteraz już tylko milczenie martwych puszcz>>>*Defenestracja*Sąd nad kwiatem to nadużycie powieciebądź, co bądź to sąd, widzę barierkichcę przemawiać w imię ich obronyłąka mnie opuszcza nie chce tego słuchaćamerykański traktor orze łąkępod uprawy soi i kukurydzyTusk chce dotacji do nowoczesnej łąki asfaltowej,zaczynam mówić jak widzę traktoryzdobywające wiosnę dla Tuska,a co z latem dla bezrolnych najmitów wolnych?ja przemawiam wzniośle do turkucia podjadka– tylko on się tu ostałzwierzęta, co cenniejszeuciekają wszystkie sukcesywnie z lęgowiskrecytując słowa piosenki Golec Orkiestry na odchodneświat polski przewiany oceanicznym wiatremna wskroś jak emigracjaPan Bóg patrzy na Tuska, na mnie i podsądnychuderza młotkiem raz, drugi, trzeci, jak Thormoje skrzydła dosięgają ziemi ornej– milknę na chwilęwiatr historii wieje, skowyt nieziemskisłychać eksplozje skwierczące, to ziarna soi i kukurydzyzmieniają się w smażone kotlety i popcorn prażonybocian przychodzi mi w sukurskwiaty zła wyłapuje i przenosi do gniazdawysoko na grani Pałacu Kultury Codziennejznacząca przewaga spławnych opiera sięo przystań na Wiślepod naporem skarg nabrzeże faluje razem z rzekąjest pierwsza reakcja na moje wystąpieniekwiaty płyną nurtem uwolnioneskąd wezbrały wody, skąd sąd, wyroki skąd?Pan Bóg uderza ponownie – słychać jego gromściemnia się w Warszawiejeszcze jedna podsądna czeka na reakcję TuskaUnia przełamuje bariery, narzuca zasadyna praskim polu elekcyjnym zapadają decyzje jak w 68.konie tratują trawę, namioty rozbite jak bankidzieci pierzchają, gęstnieje tłum decydentów konnychz okien wyrzucane są wazy i wazonyjeden wypada z okien Pałacu zamkowegoroztrzaskuje się na głowie posła po narkotykachczuwającego ze smart fonem na Placuto tylko defenestracja tuskowej Polskipierwszych lepszych zdrajców wieszają in effigie w TVPan Bóg przechadza się Bulwarami Pattonapodczas, gdy przywołuje mnie Andrzej Dudai prosi osobiście bym zamilkł na chwilęa Pan Bóg po imieniu woła każdego z Polakówoni chórem z wiklin odpowiadają nadbrzeżnych– wstydzimy się, gdyż jesteśmy nadzy>>>*Storczyk*Jadąc tramwajem ósemkąodkryłem jak nieznany storczyk w botanicznym ogrodziedziewczynę, która była moim ideałemjej twarz, jej oczy i spojrzenie,jej włosy, usta, biodra i nogi,jej cała w świetle postaćto był mój sen na jawiemłodzieńczywyskoczyłem na przystanku przy Filharmoniibo na zajęcia musiałem biecz obowiązkowej marksistowskiej filozofii powlokłem się zmartwiony i załamany, gdyż zrozumiałem,że już więcej jej nie zobaczęi nie będę miał, po co żyćdługo cały dzień o niej myślałemgdy potem miałem przesiąść się na autobusna chwilę o Bożym świecie zapomniałemposzedłem do domu piechotą przez park,przez bulwary i podwórza całkiem mi obcejak dotarłem do mojej uroczej samotniprzy pętli na przedmieściach sam nie wiem?w drzwiach zobaczyłem białą kartkę papierupiórem anioła skreślony z zaświatów tekstmój własny wierszona we mnie cały czas pisałaten sferyczny list – manifest całego życiazapewniała w nim o swojej wiecznej miłości, której nie pokona forma i czas,podczas, gdy ja myślałemo literackim samobójstwie– unicestwieniu serca dla niej>>>*Skrót myślowy*Jakiego skrótu myślowego użyjeszaby nazwać swą miłość po imieniu?zamykasz oczy i odlatujesz w zazmysłowe zaświaty –twoja wyrachowana rozgrzana maszyna mózgowachcąc uzyskać odpowiedźpracuje na maksymalnie wysokich obrotachi wypluwa z wnętrza zwojów i neuronów,chemiczno-elektrycznych czynności, programów i procedur –pozostałości fascynacji, bólu, strachu, oddania i zazdrościa po zadyszce chwilowej –pożądania, poczęcia, spełnienia,myśli wszelakich samobójstwai wreszcie konglomerat pojęciowy jak supernowajedno krzykliwe słowo – alfawielkiwybuchżycia>>>*Sen ostatni*Błądzę we Wszechświeciezapuściłem się w jego najdalsze ostępynie czytam niczegonie odpowiadam na wołanianie słucham już dźwiękównie podziwiam obrazów i widokówwygasły uczucia zabrane z Ziemikorzystam z toi-toi na przygodnych meteorytachna kometach dokupuję zmrożoną colęnawet jeść mi się nie chceżuję źdźbło trawy niebieskieji o kobietach nie myślę i wrogach– szukam Bogaprotonowym pojazdem zbliżam się do ostatniego przystankupołożonego przy samej granicy Wszechświataświat się już bardzo zakrzywił tego wieczorukrzywizna zrozumiała acz kłopotliwapapierową książką podpieram tytanowy regałale i tak wszystko spada na mnieza chwilę pewnie dotrę do kresu podróżywidać już pole sił kolorowycha tam w mezonowym moteluw gluonowej łaziencefotonową szczotką umyję zębywezmę prysznic z plazmy kwarkowej i zórzprzebiorę się w elektropidżamęno i jeszcze leki na sensen wyjątkowynieśmiertelnyostatni>>>*Rozmawiałem z Archaniołami*O potędzeo władzyo zwierzchnościach i posłuszeństwieo podporządkowaniu światao rządach światowycho państwie i narodzieo walce i wojnieo kierowaniu energią kosmosuo prowadzeniu komet nowymi drogamio zdobywaniu wiedzy i poznaniuo rzeczach niezwykłycho wizjacho demonacho wyzwoleniuo śmiercio cudacho codziennych powinnościachrozmawiałem dziś z Archaniołamiprzypomniało mi się, że muszę jeszcze porozmawiaćo człowiekuo braterstwieo miłościo Boguale to już przy następnej okazji>>>*Grają*Grają surmy, grają szałamaje, grają werbleoto pieśni walki i hymn narodowyoto zew ojczyzny się rozlegabojownicy na wiwat wolnościoddają salwę własnymi łzami i krwiąna pohybel jej wrogomz bronią w słabych rękach wychodzą z ruin małe dzieciz piwnic ranni wyczołgują się na środek ulic i placówzakurzeni starcy obsypani bitewnym pyłem historiipodnoszą ręce w geście pozdrowieniaumierające matki salutują do końcawierzby płaczą nad rzekami niewoligołębie w uporządkowanym szykuprzelatują nad grobami niezłomnychcały świat oddaje honory i czci bohaterskich powstańcówzarejestrowani aktorzy grajągrają, grają, grają>>>*Piąty wymiar nadrzędny*To tak jakby ze snu i śmierci wyrósł kwiatcałkiem ładny kwiatgrecka boginito jest tak, że gdy zrywasz taki kwiat – umieraszlub zapadasz w letargsą granice kołysania chemicznego w neuronachgranice, które przeradzają się w czworokątnepostawy porzucenia świata czwór wymiarowegopiąty wymiar staje się nadrzędny we śniea twoje ja podrzędnezapach oswaja twoje poirytowanianie na długo jednakna tyle ile trwa sen i śmierćze snu i śmierci wyrasta kwiat jak fatamorganaa jednak bolesny, ciernistyjesteś za pan brat z ogrodnikami, którzy go zasadziliAblem i Setema więc to ogród rajski i chyba nie we śnieto tak jakby miasto wyrosło na pradawnym cmentarzuHomo sapiens polujących na homo sapiensmiasto całkiem ładne jak Manhattangdy wpływasz rzeką Hudson do tego miastaczujesz, że coś jest nie takmiało być Mega polis a jest mgła na rzece i boginiz pochodnią wyłaniająca z niejjak replika maski karpiajak boschowskie stwory to jest tak jakby flaming schował głowę po skrzydło czarnego łabędziaa jednak wciąż przypominał flamingasny się podrywają ze stadem flamingówi budzisz się letargupo zastrzyku dopaminy machasz rękami jak ptaka pielęgniarz zamyka wolieręprzygważdża cię pasami do łóżkanadchodzi czas narodzin – co wykluje się z ciebie?emulgator systemów zostanie zastąpiony buldożeremstosy niecności w spadających z klifów namiętnościklify są w głowach pobudzonych kwiatamikwiaty są jak narkotyk jak stymulujące bodźce kosmosuześlij na nie Armagedona potem z łóżka kieruj jego zasięgiem medialnymw rzeczywistościsukcesy kwiatów są raczej pewnegdy ockniesz się na palecie abstrakcyjnejgorzej, jeżeli na społecznej apokaliptycznej>>>*Upalne tsunami*Wzdycham ciężko, nabieram powietrza w płucasłyszę szeleszczące jak zeschła trawa pęcherzyki płucnemoja cicho strzelająca w suchych ustach folia bąbelkowafala upalnego powietrza jak nieubłagane tsunamiwlewa się powoli do zatoki mojego wnętrzaprzelewając się przez falochrony predylekcjizatapia niepowstrzymanie komory serca i wszystkie jego zasobyczuję jak moje radosne, zielone Pałukizmieniają się w pragnącą choć kropli dżdżu Mesetęgdzie ogromne, ciężkie, czarne byki pożądańszykowane na świąteczną korridęszukają z niecierpliwością legowiskapomiędzy cielętami i jałówkamina skrawku cienia>>>*By Ariadna mogła ci pomóc*Wędrówka przez nocwędrówka samotnej duszyprzejście przez zmierzch świadomościposzukiwanie skarbu natury końca świata myślijesteś w zagłębiu rud metali ziem rzadkichw swojej własnej głowiejest zaćmienie słońca nad wyrobiskiemty ociągasz się z zapaleniem lampybo chcesz zasmakować strachu nicościw ledwo rozpoznanej kopalni gołymi rękamidrążysz podziemie niepewnościpo omacku zagarniasz odnaleziony urobek sercaprzedłużasz tu beztlenowy pobyt zachłannieale potem może być za późnona odnalezienie towarowej bramy wyjazdowejjeśli wielka koparka odkrywkowej kopalnipracująca tam lub pociąg z urobkiemprzejadą ci po stopachjuż nigdzie stąd nie pójdzieszból jest myślą? strach jest myślą?utrata własnego ja jest jeszcze myślą?ale ty już nie jesteś myślą tylko dusząmożesz przejść przez mroki dzięki niej odzyskać myślale zapal lampę pokory co rozsnuje światło ufnościby Ariadna mogła ci pomóc>>>*Czas zatrzymać*Czas zatrzymajczas zatrzymaćczaszatrzymaj czas – zatrzymać czasczasw samo południewszelako wszelkiczasraz…>>>*Wystarczy*Spojrzenie przez okno na płonącą ulicęłyk lodowatej wodyze szklanki ustawionejna stoliku obokto wystarczy żeby umrzećlub zachwycić się życiem>>>*Doktor subtelny (Brzytwa Ockhama)*Nawet nie myśl o światowym pokojusą jeszcze wariacje, rabacje nacje, któremają, co nieco do odplotkowaniaza wywoływanie turbulencji z buzi ludziwojen i rzezi na plażach plackach makatkachpomyśl o tej rzezi, która jest niezbędnaw głowie twojejona nadchodzi, nadchodzi, nachodzii nadejdzie nieuchronnieacz nikt nie prosi o wybaczenie kosy głowyale brzytwy w ustachsą jeszcze rabacje w światowym pokojunawet nie myśl którerozsłowione zmyślone jak rozrzucone pierzez kosmosumasz pojęcia?>>>*Zombie*Znaleziony na piachu plażyciężkoskrzydły ptak miłościokaleczony czekał na człowiekaprzez ile mórz przeleciał nim spadł?dziewczynka niewinna do niego podbiegłai dostrzegła jego ranne skrzydłopróbował ratować się dla niej tylkoale umarł odkryty przez człowieka obcegogdy zbiegli się tubylcy – zombiepółkochający – półnienawidzącyzamknął na zawsze oczy>>>*Odważniki*Nie wiesz już gdzie zapodziały się twoje myśliuczucia są na składziezbędne zdenerwowania spiętrzone pod sufitakuratne odpowiedzi poukładane równoniekontrolowane skurcze policzków i drgania powieki zbilansowanepodświadome wybuchy żalu potwierdzoneale gdzie są myśli?stoisz na długim targu, długim jak twoje sprzedajne zwojetrzymasz wagę wysokoszale wahają się raz w górę raz w dółna nich kurz dróg i popiół życiana nich błogosławieństwa i przekleństwa gwiazdna nich pradobro i wczorajsze złoa ty nie wiesz gdzie zapodziały się twoje myśli– odważniki>>>*We Wszechkwiecie*Widzę cię w różańcumoja różowidzę cię w Apollinaire`a Wszechkwieciewidzę cię wśród kolczastych gwiazd moich pragnieńwidzę cię wśród promieni i płomieni rozumuchrono, magneto i elektrorecepcjązapachem krwi na palca opuszkuecholokacjązmysłem nieziemskiego bólupoznaję ciębo kocham cięmoja różo>>>*To ostatnia niedziela*W sobotnie upalne lipcowe popołudniena skwerze Praskiej Kapeli Podwórkowejspotkałem dziewczynę o perłowych włosachukrywającą z trudem białe niewieście szczupłościpod kwiecistą mini sukienkąusiadłem na ławce obok i spojrzałem na twarz tej trzydziestokilkulatkidostrzegłem oto szokujący obraz martyrologiiubiczowanej i ukrzyżowanej siedemdziesięcioletniej staruszkispowitej w stygmatyczny całun narkotyczno-alkoholowyzmarszczki, blizny, podpuchnięte oczy, tatuaże ijak korona cierniowa bandaż na zgrabnym udziepowyżej lewego kolanachcąc złapać oddech po tym zderzeniu dwóch rzeczywistościspojrzałem ponad dachyku słońcu spadającemu bezlitośnie z góryjak niemieckie meserszmity i sztukasyna nielicznych umykających przed upałem mieszkańcówoto ludowa bohaterska warszawska Pragasymbol oporu i krwawej ofiary wielu pokoleń Polakówniezłomna Praga dźwigająca się z zapomnienia i piękniejącaz każdym rokiem wolnościchrystusowa i sumiennie wiernapacyfikowana i deptana nieustannie przez hordylitewsko-jaćwińskieszwedzko-germańskierosyjsko-bolszewickielewacko-braterskieantyklerykalno-bluźnierczeA dziewczyna jak miasto i kusząca i strzaskanajej serce jak kwiaty na sukiencejej wola jak cmentarz na Kamionkuzaczepiła mnie słowami: zna pan tych gości tutajwskazując na mosiężne figury podwórkowych grajków,z których każdy w charyzmatycznej poziedobywał niesłyszalne dźwięki ze swojego umiłowanego instrumentui każdy jak Apollo piękny, powstańczo-warszawski– ten to.. Sylwek bandżolista, ten skrzypek, ten Czesiek – akordeonista,ten gitarzysta, a ten to mój ulubiony – bębnista– a na bębnie ma wypisane nazwy stu pieśnipodchodziła do każdego i obejmowała goprzerwałem jej – o o o bębnista najprzystojniejszypomyślałem, że te melodie stawiały opór barbarzyńcomjak Spartanie pod Termopilaminagle łamiącym się głosem dziewczynazanuciła wielki przedwojenny przebój,który rozbrzmiewał na pobliskich ulicach tysiące razywzruszając przechodniów i gapiów– „to ostatnia niedzie-la..”przerwała i ruszyła przed siebie jakby po raz ostatni w życiukrokami z tanga samobójcówocierając łzę wielką jak błyszcząca pałka bębnistygdy oddalała się chodnikiem wzdłuż Fabryki Trzcinyw kierunku katedry arcybiskupa Hoserawprost w objęcia śmierci chociaż mniej bohaterskiejjak Ksiądz Skorupka z uniesionym krzyżem przeciw czerwonoarmistomz kolei ja równie rozedrganym głosem zawołałem za nią– przecież dzisiaj jest sobotai zamilkłem, gdy oczy zalała mi fala ciepłajak echo zawodziło jeszcze moje serce w miłosnej rozpaczy –na litość dziewczyno, dzisiaj jest sobota, sobota, sobota…>>>Pytasz o racjejak o słowa, symbole, manifestya tu podrzucają ci pod próg domudwie konserwy mielonki wieprzoweji paczkę sucharów pszennychpodnosisz krzyk obrażanegoa tu nad równymi szeregami żołdactwakrąży zakute w stal milczenie przekonańprzedbitewne przecieża już pogrzebane żywcem jak okrzyk hurraprzedwcześnie zabitycharmie racji szykują się na rzeźty chcąc je ujawnić zrywasz kapturwodza jak ci się zdajei demaskujesz zamiast psychopatycznegokróla lub politykawygłodzonego mnicha w siódmej ekstazieoto spojrzenie, milczenie i prawdziwa twarzkogoś, kto rzeczywiście ma racjęsłowa, symbole, manifestyrzucą się sobie nawzajem do gardełi tak>>>*Emocje*Dobry psycholog ze swoją pogłębioną analizą afektu,który udziela się jednostce ogarniętej przez szał tłumu,owczy pęd – znajdzie niejedno wytłumaczeniedobry psycholog, jako obrońca tłumuchciałby determinizmem zawojować świat zmysłówkrocie twoich włosówkrocie złuszczonych fragmentów naskórkai do tego płytki krwi i ciałka białe jak strachto serce napędza ten owczy pęd kończący się szałem?emocje z tłumu wykładnią historii dziejówniejednego dyktatora kolebką i grobemodwrotne przekorne niedeterministycznemeduzą zjadaną przez byle morskiego żółwia konformizmuchciałbyś być pasterzem a jesteś nieokiełznanym egzekutoremburza niespodziewana nieulękłych bohaterówrzuca w pył drogi, zatrzymuje im sercaowce wyczuwają twój strach, zatrzymują sięczy ty wyczujesz szał w sobie – zmysłów lub emocji?niechcianych nawet z psychologicznego punktu widzenia>>>*Spróbuj zapatrzeć się w minione*Spróbuj zapatrzeć się w minionepodziwiać szlachetny taniec wierzbowego liściaw zakolu beskidzkiego strumieniajak szczupłą długonogą baletnicęzanim zniknie w sinym wirze za kulisami chwilispróbuj jak czapla czujnie przeczłapać od brzeguby znieruchomieć w bystrzu strumieniana wielkim wpatrzenia kamieniuspróbuj jak pasterz wsparty na rosochatym kijuwbić oczy w falujący połonin widnokreskrzepnących powoli pastwisk wznoszących się ku słońcua wtedy owce wielkiego biblijnego stadazbiegną się ze wszystkich stron by lizać twoje palceale czy to przywróci cię do życia?ciebie zastygłego w zastygłym świecie minionym– frywolnego liścia z Sodomysprzed twojego zapatrzenia>>>Zawsze pozostanie ci kosmosw dłonidzieciństwa mazowiecki krajobrazw okui sól ziemiw solniczce czasu– grobie>>>*Fidus achates*Fidus achateswzór niezachwianej przyjaźniw każdej niszy cielesnej wzórzdjęty trwogą zapragnąłem rozciągnąć się na gwiazdachi jak kameleony udawać greckie mityprzeobrażony w wieczność półzwierząt na niebieCornelius – człowiek dziczy duchowejpodchodzi do mnie na skraju tęczyja pod nią śpiewam ptakom kołysanki– a to ptaki galaktyczne przecieżwięc zbyty uruchamiam tniutnięna wichry borealne i morskiezaniosą plemiona wczesne do ich osadchoćby i na lądzie żyznyma kontynent trwa w ciszynie zawsze celność uwag dosięga herosówpłynnie przemawiają na plażachpotem uderzają chaotycznie bez planubez wsparciauderzają na niezdobyte twierdzei nie zdobywają ich za pierwszym podejściemkamienne wskazówki zegarów są dla nich bezlitosnesuną po belkach ogromne bloki skalnesuną po piachu i rzecznym bagnieogromne czasotwórcze nimfotwórczezarybiające rzeki Horusa Charonawahadło nocy jest twoją głowącudowna głowa cudowne włosycudowne wychylenia sądów i opiniigwiazdozbiór imperiów i księstewekdopełnia twoją wiaręufasz sfinksom ufasz negatomjest wylew zbóż i rzepaku – kombajnzorzy już pracujepruje łany z brązu i złotanadejdzie potop artyzmu arekrzeźbionych, inkrustowanych i bogatomalowanych figuratywniezdejmij rękę z pulsu, zadrzyj głowęto nie żurawie, gęsi ani flamingi różoweto tęcza przeczutych dni i miłościrozszczepionych na zawszety już w gwiazdozbiorach krawędzia klepsydra wciąż przesypuje cegływysuszone w słońcufundament izdebki nawróconego staje się zigguratemżyrafa gaśnie w niebieskiej poświaciespada czerwona chusta na dom Corneliusanowy potop tsunami ducha>>>*Kto ciebie wyzuje z obieży kosmosu?*Uderzenie meteorytu w ptakaw czasie polowania na kaczkinieprawdopodobnejak powstanie Ziemi i aminokwasua przecieżmeteoryt z wielkiego wybuchuzderzył się z wolnością w lociekosmos złączył się z niebem i przemówiłwieczny kosmos z niebem jednej chwilistał się niejednokrotnie widowiskiem i łupemskontaktuj się z nieprzygotowanym gatunkiemludzkim i przekaż ostrzeżenieco się może wydarzyć,gdy kosmos znów złączy się z niebemco się może wydarzyć wszystkim ptakomw każdej chwili i w każdym miejscuto samo może wydarzyć się łowczy tobiekto ciebie wyzuje z obieży kosmosu?>>>*Dance Me to the End of Love*Włóczę tę moją dziewczynę niebieskookąza sobą po całej Polscezmuszam do oglądania koncertówcoraz bardziej zakręconych zespołówa ona, która uwielbia takie kawałki jak:Hallelujah i Dance Me to the End of Lovebez sprzeciwu dowożona jest dusznymi tramwajami i autobusami,taksówkami, pociągami i samolotami wreszcie naszym autemna spędy szaleńców muzycznychwyjących na eskapicznych przedstawieniach– dekadenckich kiedyś a dziś siwowłosychtłuściochów podrygujących ledwow rytm karkołomnych wciąż solówek gitar sprzężonychi pulsujących stopami perkusjipod nogami spoconych starców –na te brutalne zderzenia:wiosną na Śląskim Stadionie z Metallicą i Pearl Jamna stadionie Gwardii z Iron Maidenw Spodku z Judas Priest, Exodusem i Morbid Angelw łódzkiej Atlas Arenie z Black Sabbathem, Aerosmith i Reignwolfemw wakacyjnym Jarocinie ze Slayerem albo z Deep Purplami we Wrockuna Tauron Arenie z Queenem i SOADemna Cracovii z Red Hot Chili Peppersjesienią w Sali Kongresowej z Yesema z Ten Years After i Jethro Tull w Rotundziei znowu wiosną z ELO w krakowskim Centrum Kongresowympotem latem z Watersem na Narodowymw lipcowe dni z Santaną i Cooperem w Dolinie CharlottyGdy w końcu w upalny wieczór w Warszawie na Starym Mieściesiedzimy pod parasolami zrelaksowanisłuchając pączkowania blach pozłacanych Nicolasa Paytonaja zapatrzony z natchnieniem w scenę Jazzu na Starówcejak w sierpniowym słońcem osmaloną wieżę Mariackiej Bazylikiprzyziemioną przez hejnalistów z Old Timers i Old Metropolitan Bandsłyszę jej cichutkie zmęczone słowa – to nie dla mnie…więc szybko odpowiadam – wiem, wiem, wiem,wolałabyś coś żywszego, może Chico Freemanaalbo prostszego i melodyjnego Dudziakoweja ona z nostalgią w zadymionych oczachnagle do mnie rzecze –ciekawe, czy na moich jeżówkach o tej porzesiedzą jeszcze rusałki pawiki,a te naleśniki z szyjkami rakowymi wcale nie są takie rewelacyjne,i nie pij już więcej tego piwska…a ja na to nieco zbity z pantałyku– te koncerty to moje życie, to mój taniec ta muzykamam zamiar przetańczyć go do ostatniej nutyz piwem czy bez będę tańczył do końca– tańcz dalej ze mną póki miłość trwa…>>>Krytycznie i nędznie pisali o sobiewielcy poeci przez wiekii Baudelaire i Bukowski i innii nie dziw siębo hołubili szatana w duszy,którego ohyda i groza więziła ich słowaw nienawiści do siebieJeżeli wystawiasz na próbęwłasne ja i swoje dzieła nie Boganie pozostaniesz bez odpowiedzi bolesnejnie martw się jednakkażda litania do szatanamusi się zmienić w wiecznościw wołanie wielkie o prawdziwą miłośćbo rozpaczanie nad sobąpoprzedza współczucie i litość>>>Jesteś niezmiernie ociężałym aniołemskrywasz półtonową kotwicę sercapod pokładem lekkich myślipod korporałem wierszy trzymasz Golgoty senstwoje marzenia są ziemskie, chociaż ich wygląd nieziemskijesteś przejrzystorzęsym łzawym skrapiaczem świetlnym marzeńkryształowym dla płomieni pochodni nieśmiertelnycho ile takie istnieją w Kolchidach teraźniejszościnieoznaczonym i ciemnym dla szukającychwrażeń w śmierci ciemnościachnie wiesz gdzie ukrywa się wiara ludzi i aniołówale wciąż zapas jej przeogromnypozwala ci korzystać ze skarbca,którego nie widziałeś i nie znasz przeznaczeniakolczyk w uchu na dowód śmiertelności umysłupierścień na dowód niezłomności charakteruskrzydła jako dowód wierności duszyanioł jest z tobą i ty bądź aniołem nie od świętaspytaj proroka pustyni, aby się dowiedzieć gdziedziś jest kraina szczęśliwości ziemskiej obiecanaże jest – to pewne, niejeden zaświadczygdzie ludzie w zgodzie z naturąrozeznają swoje powołania nieludzkieże jest coś takiego – to pewnesą na to wersety na resztkach zwojów z Qumranwśród drapaczy chmura-symbol ukrytaa może gdzieś za stoczniowymi żurawiami schowana jak kontener perełmoże na złomowiskach czołgów porzucona jak koniec wojnymoże pod wiaduktem autostrady czeka jak zaskakująca ciszanieodgadniona kraina wiary i szczęściabądź jej aniołem stałym obsypanym złotem, mirrąi kadzidłem ziemskim nie tylko od świętaoznaką szlachetności kamiennych postanowieńi piaszczystych wytrwań w ludzkich spojrzeniach łaskijesteś aniołem ociężałym, co wszystko czyni powolilecz stanowczo jak dzień i noc jak era i epokajesteś cywilizacją życia w ewolucji słóww tej tutaj Arkadii zapomnianejodnajdywanej czasem w poezji ogromnych serc>>>Pożądanie jest nieodgadnionejak Bóg Człowiek Pantokratorzrównaj pożądanie z miłościąa nieodgadnione pozostanietylko to:co jest twoje i nie twoje?co chcesz brać a co dawać?czy chcesz dotrzeć do źródła prawdy,które jest w górach?czy raczej do delty spełniania mrzonek?czy to pragnienie coraz większej pełnia może tylko większej dawki dopaminy?zrównaj silne emocje z silną woląwtedy nieodgadnione pozostanie tylko to:Phobia socialis na bezludnej wyspie>>>*Zakwitać symbolicznie*Korzystniej zaufać kasztanomlecz zerwać z ich promotorką – świętojańską nocąkorzystniej to nie znaczy – dobrzesufler liści kasztanowca konopia obłudnauwrażliwia sójki i braci drzewnychna sepleniące niedopełnienia owoców zimyjest nawet lepiej, gdy onanadchodzi po niewczasie i mniej głodzitwoje życie wewnętrzne przypominatakowych naruszycieli równowagi w przyrodziedzikich zwanych reformatoramidrzew jednak ulubionych z punktu widzeniażołnierzy głębi i wnętrzbodajże mrugnięcie oka trwa lato,które rozpoczyna się kasztanowcempamiętaj o tym obgryzając jego świeże liściei paląc jego koręzanuć na początek skwaru ogołoceń skomplikowaną pieśńsystemu upadku drwalioni przechodzą jak grypaprzez plastikowe sale szpitalineuronów i innych podobnych komórek człowieczychizdebki płonące światłemoczekiwania na siebie w natury snachoczekiwania w ołtarzach i figurachtoczonych przez korniki bezskuteczniebo świętych jak owoc przetrwalnikdziecięctwa i starości nieznośnejkorzystniej jest pod kasztanowcem pożółkłym umieraćniż baobabem w kopcu termitówkorzystniej we własnym grobowcu pomieszanych pórzakwitać i symbolicznie i realniedla młodości wciąż i wciąż niezmordowanie>>>Na ostatnim piętrze kamienicyjuż pod okapem dachuwystawiono na zewnętrznym parapecie kuchennego oknaklatkę taką jak dla papugjest późny wieczórmrowisko megalopolis konurbacja molochw świetle kuchennej lampymożna dostrzec w klatce dwie sylwetkinie, nie ptaków lecz miniaturowych ludzisiedzą uwięzieni naprzeciw siebie na swoich żerdkachtylko jedno okno jasne w tej kamienicydekoracją dla dramatu pretensji i wyrzutów sumieniadojrzali ludzie na hamletowskiej sceniejak w swoistej budce suflera na tle księżycajest bezwietrznie i duchowo dostojniena tle poszumu miasta brzmicisza słowa cisza słowa słowa słowa słowasmutek smutek smutek anioł nocy wielki jak kamienicapojawia się na secesyjnym podwórzuzabiera z okna klatkę karłowatych ludzigdy mrok zalewa ulice miasta wielką powodziąanioł brodzi pomiędzy budynkamitrzymając klatkę-latarnię ponad dachamisuknia anioła świeci podobnie jakźródło światła w człeczyn rozedrganych szeptachwspomaga wszystkich płynących resztką siłku mistycznym snom>>>Skradnij czas czasoprzestrzeniprzestrzeń będzie wtedy niebotycznajak myśludaj się na szczyt tej niebotycznej przestrzenirozglądnij się wokół i zobacz krzyże, które pogubiłeśzobacz kamień grobowy, swój całun i ślady krwiodnajdź tam coś, co ci się należy– okoliczności twojej śmierciz tej perspektywy radosne jak narodzinyśmiało sięgaj więc po niąa do skarbony zadośćuczynieńwrzuć czas swojego ja przed i poskonstatuj więcczas czasoprzestrzeni tak naprawdęzbędny jestw myśli twojejzbudowanej na ogólnej teorii wszystkiego>>>Są takie tygodniesą też dni,gdy słońce czerwonestaje się czarne,a tyszybko znikasz jak płonąca zapałkai już prawiezmieniasz się w ogarek i węgielchociaż jeszcze wciąż przypominaszsłońce białeinnym i sobie>>>Stygmaty przyjętewieczór zmienia się w ciemną nocjestem kwiatem lotosu przez chwilęjestem mistykiem z Mesety konno zdążającym do El Rociojestem słynnym chrześcijańskim Wandalem z Polski,co przewędrował w gorączce Europętym nielicznym, co osiadł w Andaluzji dla zmyłkimiasta pomijam arabskie jak pomijałem gockiepomijam wypalone bezbożnymi rewolucjami przedmieścia i twierdzeskupiam się na katolickich hacjendach i wioskachjest jedna wioska uniwersytecka, którą zdobywam z marszupo maryjnej modlitwie w rytmie flamencowciąż krwawię powracając Drogą Jakubowąprzez Galicję do Krakowawyzwoliłem Hiszpanię islamską i republikańskączas na prawie postpapieską Polskęktóre nacje odpokutują bezczeszczenia historii?które poniosą jej glorię?które rany się zagoją, a które nie?Królu Chryste!jestem przecież błędnym rycerzem zakochanymw idei i obłędnej Dulcyneiw opinii twórców mydlanej operyi awangardowych przedstawień ulicznychszaleńcem kosmopolitą jestem a nie mistykiemu jednych i drugich nie zasługuję na pointę świtua ja przez noc biegnę dalej na Ługańsk celtyckiczekają Filipiny, zagrożone Filipinypomijam Rosję z Mongoliąpomijam Mandżurię z imperialną Japoniąnoc trwa we mnie tak jak strach i buntbiegnę słońcu naprzeciwmoja Mikronezja, moja Polinezjamoja Kalifornia hiszpańskawita mnie w El Pueblo de San Jose we łzachdocieram do sedna lamentacjibiegnący po falachbiegnący po falach eterupowracam echem do Rynuna już i wciąż polskie Mazuryodzyskuję znów władzęw starożytnym plemieniu i omdlałych nogachchoć dusza rogata nie jest płazem Mesetydusza ssaka uchyla kapeluszapozdrawia wszystkich na rynkachdusza powraca ze mną dumnapomijam wandalski magistratpomijam ostatnią warownię sarmackąpomijam ostatnie polityczne wydarzeniawchodzę na swoje podwórko zwycięski spełnionyod zgorszeń krwawią jeszcze tylkopowierzchowne na głowie ranydo rana się zagojąpomijam ból, akceptuję go ostatecznierany w głowie samej otwarte brzaskiempozostaną na zawsze>>>Gawęda jest cieśniną morskąa przesmyk niespodziewany bełthomeryckim eposemw tradycji zmartwychwstań sięgaj po słowasłowa są przejściem do nowego światachcąc wytrysnąć pieśnią harfy pamiętaj wszako Charybdzie i Scyllio Helle co spadła z boskiego skrzydlatego barana nad Dardanelamio ryczących czterdziestkach za Hornem i Cieśniną Magellanazanim zatoniesz w myślacho Kolchidzie, która stać się może twoją Arkadią w siecio internetowym złotym runieorficki mit zmień historyczną epopeją wylanych łezi ucisz śpiewem zagrażające menady na zawsze>>>Wezuwiusz głowy dymierupcja już się rozpoczęław sercu Jawyczas wstać od biurka i pójść do domuzanim zgaśnie światzanim zniknie jego tłozanim realności zaleje lawa ułudy prawdzanim słowa znikną w tufie rutynyzanim z wierszy pozostaną Pompejezadymione zakopanepowszedniości skamieniałe i nierozpoznane ofiary>>>W skostniałym stanie podprogowych zamierzeńukrywasz swoje zdobywcze zażenowaniewidzisz ją w białej sukience, krótkiej, obcisłej, rozciętej z tyłuona nastoletnia w białych pończochach i bucikach jak Kopciuszekstaje niespodziewanie w oddali pod lasemna żużlowej drodze prowadzącej do miastajest jak uosobienie percepcji powabu pobalowej ciszyty w samym środku wojskowego poligonu na wrzosowiskachmęskim znojem przewodzenia umorusanynagle zrywasz zasłonę skostnieniaostatecznie demaskując swoją pozycjęporzucasz broń, wydostajesz się z bojowego wozubiegniesz do niej depcząc chrzęszczącą ściółkę i kwiatynie bacząc na swoich podwładnych i dowódcówz zaczerwienionymi policzkami pędzisz co sił w nogachwbiegasz na linię strzału ćwiczącej kompanii piechotygdy mocna żylna czerwień i techniczna bielprzechodzą stopniowo w malarski błękitpadasz przed nią i oddajesz jej bohaterstwo przodkówa ona ujmuje w delikatne ręce twoje opłakane zażenowanieodkrywa dla świata potomnych tą samą starożytną historięzmienioną w mit>>>Powiedziałaś stojąc na moście –ciekawe czy, gdy wskoczę do rzekibędziesz mnie ratował?ja powiedziałem –po cóż masz skakać?czy to Wrocław, Warszawa, Poznań czy Wyszogródrzeka wszędzie taka sama!zaniesie cię w to samo miejsce –w moje ramiona –Świtezianko dziewico ważko lotnawestchnęłaś ciężko i skoczyłaśpatrzę jak nurt cię unosiw swojej czerwonej kurtce znikasz powoliw falach spienionych kłamstwami dninaszej rzeki miłości i samotnościtutaj nie ma innychpal go sześć kacie!czekaj Polsko, skaczę!>>>Poniekąd serce jest zdruzgotanea obrót sprawy trójwymiarowysłowa stają się wtedy kwiatem kubistycznymjak twarze ukochanemówisz poniekąd a nie chceszzaglądnąć w otwartą klatkę piersiowąw tą przepastną studnię życiaserce tam bije dla ciebie nawet zdruzgotanekrajobraz ciepły otacza twoje zimne myślizastanów się nad sercem marsjańskim fowistycznymledwo i poniekąd zatrzymujesz siędla uwicia gniazda i wbicia gwoździaw dębowy blat stołu,który stoi na wydmie nad jezioremspalony w części a twoje sumienie pod nimjak pusta butelkaniedopita, półpełna, błyszczącaponiekąd i nawet stworzyłeś hybrydę słońcawłożyłeś ją do klatki piersiowejjest jaśniej, prościej, miłośniejlecz czy ku przestrodze mężniejdawne legendy z jezior nie wypłyną samena powierzchnię porannym braniemskupiasz się w sobie na celu na zawszeale opowiedz o śmierci płaskiej jak wernisażopowiedz swoim dzieciom niech nie błądząi wyjdą spod stołów nieśmiałościodnowiony serdeczny uścisk i dotykniech będzie jak zmartwychwstanieokrągłe pamiątki po policzkachprzytulone do wewnętrznej cieśni dłonijak czar nocnego spotkaniaodźwierny sali operacyjnej zamyka klatkę piersiowąjest czas na sen twój i dzieci twoichw szuwarach płacz błaga starca byodnalazł matkę i babkę potrzebne do śmierciSzymon pomaga twojemu starcowi otworzyć oczy,gdy w letni poranek nad jezioremtrzymając dzieci za ręce stajesz nad samą wodąby zaśpiewać hymn kwiatów ostatecznymiłość starca łka w szuwarachstarzec patrzy błagalnie i milczyskąd tyle wierzchniej krwi w łodziach zwycięzcówi czarnego poblasku wód płodowych nieodgadnionychwtedy nie bądź determinantą spojrzeń ostatnichlecz pierwszych najdojrzalszychponiekąd wydmy klepsydry nie są odwieczne – ty takoto poranek dzień trzecinad sosnowym lasem przelatują łuszczakikolorowe łuszczaki Kandinskyegozbieraj powoli nasiona dla nichobsiądą cię niebawem – musisz zareagowaćpodarować ziarno ptakom cudakom –to wolność – serce ci zostanie na zawszechoć lutnia połamana, choć połamana harfałkanie nie zamilknie w szuwarach,gdy ledwo ucichnie dzieciństwo,gdy ledwo przeminie starośćspójrz słońcem, pokochaj słońcem –wszystko pod słońcem jak tyzdruzgotane>>>Cóż ja mogę uczynić dla ciebiemoja droga Urszulkowieczorną porą niesłychanych wspomnień dniaczekasz na mnie po drugiej stronie wielkiej rzekioch, gdybym był wielkim jesiotrem?!och, gdybym był młodszy, dziewczyno?!między nami rzeka jak Bajkał a ja zamiast rybich płetwmam czołgowe ciężkie gąsienicejak mam się rzucić na ratunek twoim o mnie wyobrażeniomcóż mogę uczynić moja droga Urszulkowieczorną porą niedomkniętych modlitw i otwartych snówwołasz mnie przez kanion wielki jakgeologiczne ery nieznane dla udomowionego psaoch, gdybym był kondorem?!och, gdybym był młodszy, dziewczyno?!oto dziki kanion jak peruwiańska Colcaa ja zamiast skrzydeł mam na ramionach piór tatuażecóż ja więc mogę uczynić dla ciebie w pąsach całejmoja droga Urszulkoa może w zastaw napiszę tren ku pamięcistworzeń nieprzystosowanych biologiczniedo pór wieczornych znikających pożądaństworzeń skazanych na nienasycone spojrzeniaw rozgwieżdżone niebo, które może byćzaledwie jednym gwałtownym haustem miłościzakazanym i dławiącym dla reliktów zmysłowychale odświeżającym dla serc>>>Siedzieliśmy obok siebiena przednim siedzeniu autaona pierwsza przysunęła rękę do mojej rękirozpartej nonszalancko na fotelu kierowcyczekałem w napięciu co zrobii dotknęła w końcu swoim małym palcem lewej dłonimojego małego palca prawej dłonipo chwili wciąż patrząc przez szybę przed siebiesplotła go z moim i lekko ścisnęławtedy nagle jakaś burzarozpoczęła się przed nami na szosiea może tylko w mojej głowiejakby ostatnia sekwencja filmu „Czas Apokalipsy”bombardowanie dżungli, wybuchy napalmueksplozje, płonący monsunowy lasszybujące w powietrzu fragmenty szałasów i chatkamienne świątynie całe w rozbłyskachatawistycznych fajerwerków mistykihoryzont w ogniuludzie w ogniuMekong w ogniutrwało by to nie wiem jak długo,gdybym nagle w przerażeniuzamiast grozy bezustannego,bezgłośnego dywanowego nalotunie poczuł swojej własnej głowy,która rytualnie ściętaspadła z karku wprost na moje kolanaa może to nie była moja głowa?>>>Kwiaty w moim ogrodzie niesamowite i dzikiespakowały się, wyrwały korzenie i wyruszyły na północjak łowcy, jak wędrowne ptaki, jak wiatry halneco na to piewcy przyrody piękna, poeci nasi: Asnyk, Leśmian, Tetmajer?powaliły na ziemię mnie zaspanego nieco strażnika Edenupodeptały moje skostniałe konstytucje, kodeksy i zwyczajenizinne i górskie, morskie i arktyczne, scjentyczne i ezoterycznekwiaty w wojskowym szyku wyruszyły nie na straceńczą migracjęlecz na podbój, na zuchwałą wyprawę na północ jak tatarskie hordyz bramy Karpat kierując się na swobodne polskie pojezierza i równinyco na to orędownicy czynów wielkich, wieszczowie nasi: Norwid, Mickiewicz, Słowacki?kwiaty mojego ogrodu zrzuciły kajdany epoki i mojej struchlałej opiekiwyzwały na pojedynek epicki świat bukolicznych pejzaży,oklepanych myśli i spowszedniałych narodowych uczućco na to walczący o sprawy wielkie, nasi królowie, hetmani, przywódcy?kwiaty wielokolorowe już szturmują mury bluźnierczej Warszawybronione przez obłe wijące się na blankach robaki nie z tej ziemiwyzwolone bożych nakazów poetyckie kwiatychcą ułożyć z siebie prawdziwe niezniszczalne tęczena wszystkich stołecznych placach na cześć Zbawicielachcą rządzić w kraju słowa z żywymi zbuntowanymi dziećmico wtedy na to: Dąbrowska, Szymborska, Gretkowska– dzieci i piór ciemiężycielkiczy powtórzą znowu za Sokorskim, Putramentem, Żukrowskim?„Bo widzicie – wiersz człowiekowi musi pomóc i głód znieść i smutek,i pomóc socjalizm zrozumieć – takim jakim będzie”no cóż, ale wtedy socjalizmu już nie będzie… jeżeli ostanie się człowiek,co będzie jak dziecko>>>Dyktator Jaruzelski zabrał mnie i kolegówwprost z uczelni na mazurski poligon w Orzyszugdzie głównie wędkowaliśmy i zbierali w brzezinach kaniea w wolnych chwilach szydziliśmy prywatnie z komuny,której opatentowanym wynalazkiembyło publiczne szyderstwo z solidarności i wolnościnamiestnikowi Jaruzelskiemu i sowieckiej generalicjido głowy nie przyszło,że kokony lasów i kolebki jeziorz filozofów platoników nie żołnierzy a monstra wykołysząpożerające w dialogach kapitanów reżimujak Polifem jednego po drugimi nie będzie miał kto kontynuowaćprzewielbionego wojennego stanusam byłem zaskoczony swoim łakomstwemnie tyle gargantuicznej bestii co zamaskowanej larwyw końcu poczwarki Sokratesa doczekały się imago,które przeleciały nad pustym już poligonemz tym samym kpiarskim fasonemjak Su-27 z białymi gwiazdami na skrzydłach>>>Za tyle ckliwych pieśni moichzłożyłaś mi na głowiewieniec z majowych konwaliiuważasz ją za wręcz pomnikowyarchipelag wspólnej samotnościja wieniec za atol uznałemokrążam go z lubością myślamipłynąc z pacyficznym prądem jego zapachówwokół tego leśnego tuwalu pieśnią halsujęchcąc przedostać się do laguny miłości naszejzapomnianej przez cyklony i burzeprzesmykiem tożsamości sercz codzienności rozkołysanejdo ostoi twojej cichej wdzięczności>>>Zerwał się wiatr wolnościprzeleciał nad poligonem próżnościodwieczne wrzosowisko pochwyciło chustę błękitną niebazatrzymało armię w powijakachwiatr zaniemówił ucichłprzestał mleć ozorem swobodyzakutany w chuście razem z armiądziwnym zaiste żołnierzemwydając sięchciał przylecieć do miast,które istniały już w czułkach pszczółwielkich pań kosmicznychale opadł z sił pod ciężarem kulrozpłakał sięłzy wiatru spłoszyło odliczanie dniludzie zbrojni nie zaistnieli w darni wrzosowiskwiatr skupił się na czarachgrzyba wyczarował na koniecatomowegoale to nie był prawdziwy koniecludzie podrośli w skowycie bytu zastanegona bacznośćszał ogarnął wiatr,który był też staruszką z chrustem radioaktywnymna plecach jak to bywa u nas wiedźmą-szpiegiemarmia rozważnie uwolniona na koniecarmia ruszyła rozproszona na koniecświata>>> Bądźmy razem na tym uroczyskunie opuszczaj mnie, gdy wokółpowalone drzewa i bór pełen grubego zwierzabądźmy jak dwa ostatnie gigantyczne dębyty w Ameryce, a ja w Azjizjednoczone zanim rozdzielił kontynentyprzesmykiem niesmakuostatniej woli meteor i przeżyliśmychłód spotkaniachłód wyznaniachłód rozstaniabądźmy razem w naszym uroczym mateczniku– Europiegdzie dotarliśmy wyrywając korzeniezmartwychwstałej rodziny ludzkiejwciąż szukającej kamieni zwalonej wieży Babelna uroczysku zapomnianym, zamulonym potopempięć z dziesięciu części legendyjeden z miliarda symboli –Kain zapatrzony w dym rozsnutykorzenie wielu drzew, zbyt wielupotrząsające tobą, potrząsane z ironiąpo zmierzchu rozryczany bórjak zakleszczony w żeremiu bóbrpłacz nad losem płowej części stworzeniagdy będzie wreszcie zakazana odwilżlodowiec skromnie ściśnienadobne kamienie łez i je uszlachetnity jesteś Afryką samą w sobie jak ideaw pełni westchnień księżyców odnalezionychodgarniasz znad biegunów oczuwszechobecne korzenie jak kometyspełniasz prośby oczekujących wyspbądź ze mną, gdy ołtarz wzniosę tobiebądź ze mną pierwszego dnia nowej ofiaryna uroczysku Enceladusagdzie wyrzucę z siebie miłość skostniałąw ostatniej dzikiej eksplozji>>>
*Prometeusz Megaterium*
Na ćmy loty
– nadaję się
przeszedłem przez ogień
wykonałem te dziwne kroki
– nadaję się
dochowam tajemnicy
– mogę ponieść świecę przodem
żagiew, lampę, kaganek, cokolwiek
jakieś światełko w tunelu
nawet na czele orszaku nietoperzy
nawet w procesji watahy
nawet wprost do jaskini zjadaczy mamutów
ja Prometeusz Megaterium
>>>Medytacja? wieczorna?nie, tylko nie medytacjaani zen, ani joga! tylko nie to!maszkarony Sukiennic lub Notre-Dame ze snówto nie są demony świątyń Orisygalicyjski chłopak ze słowiańskim rodowodemowszem wywiódł swoje geny z Indiiowszem ma kolegę w Ćennajowszem lubi grę na sitarcórki Ravi Shankara Anoushki – tak!ale, zapamiętaj to raz na zawszenie medytujenie wydobywa dźwięków Omnie powtarza mantr za guru Harrisonem:Hare Kryszna Hare KrysznaKryszna Kryszna Hare HareHare Rama Hare RamaRama Rama Hare HareMarihuana Anabo?bo przelał w dzieciństwie krew, pot i łzydla myśli, której na imię prawdai wie kim jest i kim nie jest,i że jego Bóg nie ma trąby słoniaKontemplacja? wieczorna?nie, tylko nie kontemplacjażadne tezy Lenina!, a tym bardziej myśli Mao!tylko nie to!rewolucyjny rock`n`roll z jego szkółto nie to samo co atak na opustoszały carski pałacowszem z ludem i dla luduowszem z Synem Cieśli na krańce świata – tak!ale, zapamiętaj to raz na zawszenie kontempluje nieśmiertelnych tez Stalina Che Kimanie zagłębia się w groby ich świetlistych myślinie powtarza jak inni mantro ofiarach komunistycznych uszczęśliwiań:65 milionów w Chinach20 milionów w ZSRR2 miliony w Kambodży2 miliony w Korei Północnej1,7 miliona w Afryce1,5 miliona w Afganistanie1 milion w Europie Wschodniej1 milion w Wietnamie150 000 w Ameryce Łacińskiejplus 10 000 ofiar międzynarodowego ruchu komunistycznegoi partii komunistycznych niesprawujących władzybo?bo przelał w dzieciństwie krew, pot i łzydla myśli, której na imię prawdai wie kim jest i kim nie jest,i że jego Bóg nie pochwala zabijania świętych poczętychTylko dzwony i ptaki medytują na swój sposób dźwiękiemnad niewidzialnym powietrzemmaszkarony i ludzie doroślinie medytują i nie kontemplują pustkiowszem .. cierpią własne jestestwoi sąsiedztwo wszelkich guru półanalfabetów genseków –on sąsiedztwo zwłaszcza – tak!>>>Wierci się i kręci jak fryganie może usiedzieć na miejscuod tego tańca i swawoli iskierciepło rozchodzi się po całym gnieździetwoje niebieskie wyobrażenieoto one, roztańczonewizje raczej czy na pewno?wizje – takobrót w lewo, obrót w prawo – senjej oczu modry efektna pewno i szalone ulewy niespodziewanych łeztak – potem piorun kwintesencja ciepłabłysk złamanego skalpelarozcinającego korpus tego, co już nie ożyjeprzejrzystości Wschoduobrót w lewo, obrót w prawowierci się jak wrzeciono i wiertło światłażywy nartnik jak zjawa w strumyku pod drzewemzestawia kręgi w potop odwróconych chmurdzisiaj ona jest najważniejszaona, która przyszła ze snówpłonąca kula wierci się jak frygastary dąb rozpalony piorunemtwardy rdzeń i próchno w starej dziuplikora okrywająca ranę – niebieskie pragnieniepo infekcji i wiwisekcjiżar kręci się jak frygaspala gniazdo przypadkowej sowypozostawiając odwieczność i nobliwośćw tajemnicy tańca dzieckaco jak żywe srebro zaginęło w pamięciodnajdujesz złotą kądziel –jej pierwowzór>>>Są w duszy pajęczyny nośnedla Bogaale człowieknie jest w stanie nimi go unieść– zwykły człowiekpajęczyny człowieka pająkauniosą Wszechświat jak bajkęjednak nie udźwigną samego Bogamusisz być człowiekiem niezwykłymalbo zrezygnowaćtylko w kosmosieniesiony niesie siebiewięc odleć i opleć duszękosmosem energii prawdziwej wiarypajęczyną znośnądla ciebie i Boga wraz>>> Według dziennego utargusprzedałem siebiewiośniestrzec utargu terazwypadastrzec zazdrośniemerkantylizm mój naiwnyscementował irozjaśnił notabenewiosenny serwilizm mójnieskazitelnieoddałem prześmiewcom haleprzebudzonych świstakówpełne krokusów symbolicznego koloruuduchowionej mękii wyrwano im języki jak mniena przyprawę bezcennąto i ja zamilknę z utargiemsomnambulicznym wstydliwiejak bez>>>Szaro buro ponurowiatr szarpie struny marcowego deszczumelorecytując słowa ostatniej elegiideszczu, który spada na ciemną stronę przedwiośniapapierosowy dym oplata pooraną bruzdamitwarz egzystencjalnego człowiekasamotny Samuel Beckett siedziprzy stoliku w paryskim bistro Au Bon Coinstalowy wzrok wbił w szare jak mgłalitery biało-czarnej gazetypodchodzi do niego Skarganachyla się i szepcze mu do ucha– coś o prabóluBeckett dostrzega topór wbity w chmuryi widły wbite w ludzischody i uliczki Montmartretoną całe w powstańczym nastrojukolejnego beznadziejnego polskiego zrywuBeckett odwraca się i mówi –nie tylko ród Skarg pochodzi ze Wzgórza MęczennikówSkarga wyjmuje nagle dwa tablety z pod kurtkitrzymając je w obu rękach jak Mojżesz kamienne tablicepokazuje Beckettowi obrazygalicyjskiej i wołyńskiej rzeziza dotknięciem palca magaukazuje znów sceny z holocaustu Ormian i ŻydówBeckett z błyskiem w oku mdleje i osuwa się pod stolikSkarga odchodziw górze kołuje chmura mokrych i głodnych gołębi,gdy znika za załomem muruwchodząc do bazyliki Sacre Coeurszaro buro krwawoktoś, chyba wnuk właściciela bistrowidząc leżącego Becketta krzyczy –pomocy, wezwijcie pomoc medycznąSkarga już tego nie słyszywołanie zagłusza sygnaturka –dzyń, dzyń, dzyń… to podzwonne dla stanu wojennegoBeckett przytomnieje i się uśmiecha>>>Purpurowy zmierzch nad rudymi głowamisążniste eklektyczne zadufania faraonów Wschoduw miarach płaczu, śnieżnego płaczukorygujące emocjonalne ekspresje,które w ciemnościach dowartościowań doceniąheraldycy i magowie władzyjest krewki zmierzch ponurynarowisty ruch spod zwieszonej głowy bykanim stymuluj tą ciszę przed bitewną burząlub tęczą, czymkolwiek nieludzkimłany kos jak błyskawice buntuarmaty jak zwiastuny płaczupo zakończeniu epoki narodowych wojenwciąż stoją na chmurach z końskiego włosiai cóż z tego, że skomlenie rudych psówprzypomina jęki rannych nieznośnew trzewiach zadufanych łoskot lawin ich krwity mogłeś zdążyć przed holocaustemmogłeś zdążyć, nie zdążyłeśrozlała się purpura tyryjska i karmazyn jak poematrozlała słodycz wojnysłodycz co zabija myśleniew sercu znoszonym jak zbroja krzyżowcazawitał pelikan kierowniczego samobójstwawraz z wysokimi zamiarami nielotnych eliti niskimi pobudkami minorowych zabijakówoni razem wytrwali do wieczorakwaśnego jak ocet siedmiu złodzieiskomlenie i łoskot otoefekt zamieci najdalszych śniegów indygoodwiecznych jak płacz aniołówzmierzch oświecenia gilotyn i bogów caratunie skończył się szybko i trwaz dogłębnych zachwyceń we własnym rodziebędą spadać wciąż czaszki i kościjak z pinii szyszkii nie pomoże nadworny fotograf szachauwieczniający przedśmiertną rodzinę dumyzakapturzonych zwiastunów piekiełzmierzch rudych władców sam hegemonemnocy i dnia>>>Myśl to nawetco skacze jak pagórki odwieczne,które toną w morzach jak morwy?a może nawet to nie myśl,która drży jak jagnię ofiarne?Gdy myśl już okiełznana wydmą pustynia w toni pagórki zważone na szalachponiekąd nawet to omal sercei pagórki rozpłyną się w morzach pustyńale nie miłość – co więcej>>> *Zdrajca*Gdy kur zapiejeznajdzie się i zdrajcakur najprawdopodobniejwie ktoi ten co zapyta– o, kur, a czyj to?>>>Jak to czasem bywawąż kolorowy koralowywypłynął z szafy byzawisnąć na lampie– tak, tak, wypłynąłsłuch absolutny zadziałałprzez radary uszuujawniając szmer lotnego ślizgu wężaszafa zmieniła się w pianinoktoś zagrał nokturn jak deszczzawieszonych w powietrzu złych łezJak to wtedy bywawąż kolorowy koralowynie mógł mnie ukąsić,gdyż trzymałem go na końcu pędzlajak lewiatana na uwięzina wyciągnięcie rękiowinąłem go nawet wokół skuwkizmieniłem światło i nastrójbył dojrzały sierpień w moim ateliergłodny sierpień pożądańprześwietliłem szafę szukając kobietynie znalazłem jej pasującej do wężarównie kolorowej tej perłowej zgubyznalazłem za to koronę głowymyśl zbawczą lata>>>W każdym twoim płatku pulsuje kreww sklepieniach słupkaiskrzą nerwy gotyckiej katedryprześwietlone pręciki to tętnice wokół sercaja mnich poruszam językiem i ustamiszepcząc kwietną modlitwę trzmieladelikatny zapach pożogirozchodzi się w całym kielichupo uderzeniu pioruna zmysłówledwo zmysł skarci nos i wargia już światło pobudziwszy oczyspija nektar sumieniaświatło wewnętrzne rajuliże mlaszcze ssieskąd światło?skąd krew w płatkach?skąd zalążek owocu?twoje zauroczenia oddaniasą trzewiami kwiaturozlega się szmer pożądaniapotem stukot samych obcasóww końcu tupot butów spełnieniabiegnących przez nawę głównąja mnich trzmiel usłyszawszy głos sumieniaoto rodzę się w tym piorunie i nadchodzęby wywołać owoc i zwabić niebiosaunieśmiertelnić piękno twoje>>> *Własna Rezurekcja*Miłość, która zawszeczuwa w tobie i we mniepo trudach czuwaniaodnalazła nasodżyliśmy, odzyskaliśmyto co uzdatniado wspólnegoOgrojca Golgotyale do własnejRezurekcji>>>Zza gór rozleniwiającej wesołościprzychodzi melancholia jak sposępniała armianiezmordowani zakurzeni hoplicipo marszu dziesięciu tysięcyw twojej zatoce przytulnej znajdując wytchnieniemelancholia pośrednio zasmuca a wprost rozbrajawięc będziesz liczył żołnierzy od dziśtych wojowników i rycerzyw lśniących nad brzegiem zbrojachjeszcze żywych acz opłakanychbędziesz sprzedawał im bilety na statki powrotudo niebiańskich rodzinsam pozostając na plaży uchatek i foktej pustej plaży za kołem polarnymgdzie tylko kości i kamienieni żywej duszy ni twarzy spiętejjeszcze wczoraj wieczorem gwar uczuć ranił twoje uszyod świtu starałeś się uśmiechaćod śniadania resztki grymasów odkładałeś na krawędzi stołutakich niedokończonych pochlipywańnazbierałeś wiele z kabaretu Sądny Dzieńmelancholia jak tandeciarski tupot mewna pokładach odpływających okrętówzabierających na śmierć drugą obnażonychintymną w pieleszach pamięciszczęk broni i zbroi jak te lśnieniaurojone gniazda i domy uciekające jak słońcaznajome krajobrazy spadające w horyzont smutku potwierdzeńwizje wypalonych rodzinnych miasturojone utraty miłości ostatnichto melancholia czy już żałoba?>>>Za pan brat z cieniem aniołamój cień– tako rzecze rzucającyzewsząd narzekania na brak poprawnościdlatego zawsze należy iść przed aniołem>>>*Zaraz pominę czczą lirykę*Zaraz pominę te błędybłędy w myśleniu i słowachuzewnętrznione w poniżaniu bliźnichpominę je i wydoroślejęw wieku średnim zejdę z portretu cara imperatorazamienię się w krzyż (MO Jak) na drogęi umieszczę się w zreformowanej szkoletam jest moje miejsce nie na akademiitu pominę zbędną edukacjęi niektóre książki o leśnych ludziach indianachzepsuły mi humor i dzieciństwo swą klęskąjuż dorośleję, więc czas ich się skończyłZaraz pominę zauroczenia ludzkiewszelkiej maści wszelkiego sortujak gitarzyści i hokeiści pomijają trafnośćpominę niektóre bilety do kinaczas wydorośleć – mówił tak spowiednik i trenerporzucę kopaninę i zjazdy na linachbłędy stania za benzyną i cukrembłędy moich zjednoczeń z tumanema w klasie pierwszomajowej z pierwszorzędnymi dziewczynamimyślenia jak myślenia pominę wypaczeniapowieszę swój krzyż na drzewie prawdytak będzie najlepiej, a jakżena dębie pomniku ożywionej przyrody na rozstajach dróg stanę z rozłożonymi rękamiżebym nie został pominięty przez nikogo żywegow parku żywych trupów ekologicznychjuż tylu starców błędnie oceniło swojego ukochanego osłaa co dopiero młodzieńcy niemający rozeznaniawtedy dzieją się rzeczy straszneja o tym dziś wiema osioł się uśmiecha do nichnie chcąc ruszyć się z miejscapomijając heksametr okrężną drogą powracajądo pieleszy i rzezi niewiniątek własnychjest ostrożeń kosmaty na drogachi skorpion i skarabeusz i wążmogą być krzaki tarniny i kapłanki i syreny,gdy odpływają wyspymogą być nawet te same śpiewające osły,gdy wieje wschodni wiatrZaraz pominę zakazane jabłonkilecz wiem, że nie wolno pominąć grusztak jak to zrobili kiedyś wieszczowie narodowi chochołyi naród nie potknął się o kamień milowyby zobaczyć świątka musiał się potknąć o menhirpomijajcie tą prostą prawdędzielcie się błędem jak chlebempóki możecie to strawići dbajcie o wyjawianie ich jak smoki o młode o ogieńpożywiajcie się siarką w czasach potopugdybając uśmiercajcie tezy, których światsię wyprzeć nie może ale powinienchoć na błędach ludzie stawiają świątynie rozumuprzychodzi czas terrorystów i zostają one wysadzone w powietrzenie żałujcie Atlantyd i Palmirpomijając szczegóły jak heksametrZaraz pominę czczą lirykęukładając epopeję życiajuż stawiam krzyż mój na równe nogizażywam tabletkę, popijam octemi odrywam się ostatecznie od ekstazypustej śmierci>>>Olśniłeś czasy swoje materialnejesteś przed światłemzbratałeś się z iskrą bożąwielobarwny kret wodoru i heluzanim zgaśniesz jak cień ideałuanioł ujmie cię aurą przeczystościpocałuje w czoło z atencjątak jak się całuje popiersie Nefertitii wyrzeknie to czego ty nie mogłeśwyrazić w fotonach –za pan brat ze światem aniołównie można być o miłość żebrząc ciąglew bramach świtów i zmierzchów,zejdź ze mną z tego rydwanusłońca eksplodującego bezustannieza jedwabistą rękę pośmiertną poprowadzę ciętam gdzie cień rozpływa się w poświacie swobodyi rozgnuśnień błogichjak westchnienia boskiej Aurory,dopełnień majestatu nieskończoną energią duchazaznasz gasząc termojądrowe słońce>>>*W przestrzeni sennych lasów*Sugeruję, że dzisiejsze starcie gwiazdw przestrzeni sennych lasówbędzie podobne do bitewnadmorskich mikołajków po zmierzchuto tylko sugestiaz doświadczeń wysnuta i z przemyśleńkiedy lasy krążyły po niebieja już krążyłem po świeciemoje kolorowe ptaki padały jak meteoryna to, co zostało z galaktyk wyśnionychbo ja wtedy byłem dzieckiemzapatrzonym w łąki tęczale kątem oka dostrzegałembitwy stworzeń drzewnych z zielnymijak brył bazaltu z iskramimoje serce wtedy nieoczekiwanieobrosło korą, stwardniałopodobny lasom wędrowałem w przyłbicy niebawychodząc na przeciw przyszłemu płomieniowi jaźniwydobytej z popiołów marzeńa nie stosów ponagleń mniemańpopioły, ech popiołyto tylko pozostaje z mojej Mlecznej drogipo każdym nocnym starciu lasów nocyporzuciłem morze dla zenitu samego niebamorze wszystkiego, co płynnewszystkiego, co rozkołysane i falujące w nicościOcean Burz z zatoką rosy w moim sercuMorze Wilgoci, Morze Deszczów,wszystkie baseny uderzeniowe mojej duszygdy wszystko ucichło i zastygł ostatni dreszczzmieniły się w myśli życiodajny popiół>>>Jej twarz wieczorna jest tarczą zegarakażdy ruch wskazówkijest śmiercią mojego zaangażowaniaw myśleniu o niejgdzie ja jestem?w czasie jej jeszcze czy poza nim?w ognistym cyferblacie byt ponadczasowy– jeżeli nie potrafię zatrzymać wskazówek?jej twarz poranna jest inną twarząto nie jest budzikto ostatni wspólny senny krajobrazzimnokrwisty koń cwałujeprzez inny wyświetlacz zegara zielony jak łąkazdejmij z niego cyfrypozostanie mina jeźdźca apokalipsy uczućokrutne są dzwony wieczornecmentarnych kaplic jakby wybijające godziny ostatniei płonące pochodnie w alejach prowadzących do nichjak stosy zapewnień podpalone na barykadzie ciałazegar miejski katowski na wieży ratuszaprzestaje oddychać na chwilęotwiera usta jak maszkaronwtedy ja wyłaniam się z ciszypomiędzy biciem jej sercawe wnętrzu dzwonu i echemjak Mojżesz osłupiałyodnajduję się w czasie wypełnionym odpowiedziamiz pocałunkiem niebieskim odciśniętymna wargach, które już spłonęłyjak chwila mojego zaangażowania>>> Deszcz z jasnego niebana spragnioną słów ziemięniebo jest we mniespragniona ziemia w tobiesłowo boże pomiędzy namiale czy deszcz wystarczyna to pragnienie?>>>*Nadpragnienia*W Bogu prawdato jest tak celowe i tak bezbłędnejak ty ze swoimi nadpragnieniamijako wizerunek ważniaka na tysiączłotówceich zbrojne stolice w kwiatach marszruta ty zbytnio przemundurowany jak na swój wiekw sercu niesiesz sztylet miłości a nie granat portfelawiele rozgwieżdżonych czół bez przyłbictakich jak twoje będzie niebawem poszukiwaćrozjaśnionych placów zbiórek i musztrnie zakończy się to na poszukiwaniurozświetlony korytarz arkad sztukzostanie przedłużony w nieskończoność bezpłatnietędy pobiegną żywe stworzenia wyidealizowanea deszcz jak mgła, jak śnieg zagra role dekoracji, ornamentutamtędy stukający pociąg przywódców przejeżdża jużnie stój tak bezmyślnie, odsuń się od toruw malignie świateł pożądań miłość odkrywa prawdętam żywe stworzenie człowieczeństwem płaczejest jak ty – odsuń się od jego łąki ostatecznejsmutny cc haft, ścieg i koronka plusrękodzieło katapult, arkebuzów, armat i informatykówpo wielokroć podobne do człowiekacel w rozgwieżdżonych kosmicznych zwierzętachone całują twoje policzki, co nocudając smocze dziewczęta sprzed latzamiatasz pod dywan byle skrytobójcze bólezamiatasz łaknień rzęsamijest noc prawie, twoje palmy odeszły na leże zimoweokrutny barbarzyńca zgromadziłw koronkach żelaza i skórbłędnych rycerzy – zgonione wilki łgarstwidź na szaniec palm pierwszeństwa i poniżeniana szaniec miłości do twojej Juliiona chowa się jak dziecko w wigwamie bajekniechroniącym tutaj wśród złotych górpocałuj ją chociaż jak barbarzyńca nadpragnieniemwprost z banknotuustami sztucznymi jak slogan>>>Czasy nie takie głuche i wibrującea ten sam nadjeżdża niebieski pociągpatrzę w dal niestygnącąprzykładam ucho do szyny drgającej jak strunawidzę sowę pustyni zbliżającą się do mnieod strony wstającego księżycatak, zupełna ciszatak, dusza wyłaniająca się z muzycznej czernito nic, że nie rozszyfrowałem tej duszy do końcato nic, że zgłębiłem jej tajemnice powierzchownieto nic, że nie osądziłem jej człowieka – to dobrzecóż ja mogę powiedzieć o ludziach westchnienia?o maszynistach precyzyjnych i sowach profesjonalistkachja trębacz pospolityja klubów muzycznych nie zakładałemani w Paryżu, ani w Tunisie, ani w Dakarzenie wyhodowałem sztucznej inteligencji z powietrza i ślinynie wydrukowałem ucha w trzy deani mózgu w piątym wymiarzenic, improwizacja, cisza, takie czasyucho własne przymarza do szynynic, improwizacja, spokój, drezyna mgłynieprzemyślana decyzja, melodia na miarę balladyczasy inne a ballada ta sama jak ideazwierzę o kocich ruchach ciche jak sowastoi obok, czeka na mój koci ruchjest już oniemiały wieczór, księżyc wzeszedł pełniąwszystkie pomniki roślin muzycznych ożyły w solówkachpociąg przyjechał i się nie zatrzymał, już nie powrócitory zmieniają się w rzekę nutznikają pod piaskiem jak rytm, jak pulssamotność prószy gwiezdnym pyłemna głowę psychologa kowala losuwykuwającego opinie o samotności innychw głowach tłumnie odwiedzających klubyszemrzące jak źródliska wielkomiejskich rzeknie czekaj gwiazdo, uciekaj lepiejzanim pochwycona przez nocy ptakaznajdziesz się w jego gnieździe zaimprowizowanych pisklątcóż ja mogę zaradzić sądom, cóż ja mogę wyjaśnićtrębacz ledwo genialnyledwo porywczy, ledwo niedościgłynie tak skrajny za dnia jak bezkresną nocągdy melodia cichnie pociąg niknie w szarościw dali gasną ostatnie światła rampyzabija je mgła, mgła co zabija inwencję niebanieba na blachach wagonów – solówkachmilczy dal i moje konkluzje milkną jak nieproszonejedzie już inny wóz, inny rydwanciągnięty przez tygrysy albinosyoto wszędzie można wpaść w przesadęozonowej dziury modulowanej poprawniedużej wprawy życzę w kolizjach sercowo-gwiezdnych skalwykaraskać się z nich to jak stworzyć niepowtarzalny utwórjestem w klubie sprawnych palcówmiotam się od stolika do stolikabrak miejsc choć mnogość rytmówniebieski pociąg poczynił tu spustoszeniawiększe niż biała lokomotywa w Krakowieserwilizm za barem na nicszatniarz w Blue Note okazuje się jastrzębiemjest dobra noc, śpi za wieszakami gwiazdja oceniam go nostalgicznie, ostatecznie nie osądzamjego dusza jest nieobecna dziśjestem rozedrgany przedłużającą się improwizacjąnie takim jak chciał odejściem do tematuchciałbym poprosić o kapelusznie ma kogo, nie ma po cobędę tutaj codziennie, jutro jużwyjdę z lasu tonalnego spustoszonego na piątej aleitam gdzie na bank rodzą się ludzie biednisprawny w namiętności zabiorę stamtąd zapasowe duszerozmienię je na alt i baspuszczę się pędem na mechanicznym tunezyjskim wielbłądziez warszawską rejestracją i krakowskim apetytem na hałasciągle wiosłując przez pustynię metalowych brzmień,która z lasem wystukiwanym nie ma nic wspólnegoz trąbki wydobędę w końcu zwinięty ręcznik z motywem plastycznymskopiowanym od Miro – konduktora odwróconego orienturozwinę przed światem zjaw ręcznik tworzonych naprędce prawi wzorzec mędrca w pieśni bez słówsynkopowego parowoźnika z Samarkandy>>>To czekaniejest przerażające?więc powiedz –nie czekajmy jużpłyńmy ku światłości chwilotwierając oczyw przyszłości spojrzeńna obrazy naszychkosmicznych pragnieńostatecznych>>>Skąd wiesz?co wiesz?jak wiesz?kiedy wiesz?dlaczego wiesz?po co wiesz?Który wieszJesteś>>>Czas jest jak umieraniea twój czas miał być narodzinamipo śmierci jest życie to faktpodczas gdy czasjuż nie istniejewięc twoje narodziny gdziety już wiesz?nieśmiertelny>>>Mówią, że ojczyzna w potrzebieby usprawiedliwić kolejnąwywoływaną wojnęa ty – nie bądź ani austriackim obrażonym cesarzemani jego rozprzężonym wielonarodowym wojskiemnawet czeskim Szwejkiem pośmiewiskiemnie przysięgaj potęgom ziemskim na wierność –w krwi przelanej darmow odrąbanej bezmyślnej głowiena oblicza tyranów wykute w kamieniuna chromych weteranów morderczych imperiówna zdeprawowane dzieci pułkutylko samemu sobiena wierność sercubo to ty jesteś w potrzebienajbardziejgdy ojczyzna cierpiprawdziwie>>>Którejkolwiek bym nie spytałta zawsze odpowiada – dotyk, postaw na dotyknie na słowanie pytaj jużnie mównie odpowiadajnie milcz wymowniedotykaj ciszyduszą w niszydłonią w głuszywargami w manowcuideą w eremieokiem w sezamiedotykaj lepiejdotykaj mnietwój skarb>>>Zanim dolecą strzałyzamknij okiennicezanim zamkniesz okiennicezamknij oczyzanim zamkniesz oczyukryj w dłoniach uśmiechstrzały dziewczyny z naprzeciwka,która właśnie pomachała do ciebie rękąlecą już tutajna twoją zgubę>>>Ból jest sondą duszyjak rozkosz pochodząca z ciała?ten samopoznania skarbkamień drogocennykosztowny olej nardowyból co nęci i zniewalanawet nie tyle pątnicze sercapatrzące ze szczytów na uczuciai namiętności, popędy i porywyzmierzające wprost w przepaście niezaspokojenianieokiełznane świadomością w świecie muz,co niezliczone troski niekończących się dni i nocyniosą jak wiatr duszę ku wiecznym przestworomprzez dmuchawcowy świat ulotnyna zmartwychwstanieprzez rozedrgane, niepewne, sypiące siękombinacje budowli zmysłówku wierzejom niedostępnych dla nich śmierciświatów otwartych i zewnętrznych jak kosmossamopoznania niekończącego sięnieistniejącego w wymiarach bytu duszyten ból ciała pozwalana mistrzowskie przebycie labiryntu torturyodkrycie głębi samego życia>>>Śnieg skrzy się iskierkamii faluje płomieniami zjawiskowej auroryna powierzchni ludowej zaspyzmrożonej tchnieniem kryptoniżowej zagranicyi zamiecionej śmiercionośną inwazją tumanuciepłe miejsce wycofuje siędo górnej polskiej zagrodyusadawia się przy domowym ogniskuwidnokrąg zorzy pozostaje czasokresememanacji braterskiej falizniewalającej kolorem i zimnemdo siebie przytulonychw pieleszachrozkochanych ludziciepło jest swojskie a wód zmrożeniana szlakach ciężarówek i jelenisą drogocennie obce jaksubarktyczny wiatr raniący jednakowokażdego zaplątanego w kolce różydramatycznie wystającejspod śniegu onego,co jak kompres ogrzewapulsującą resztką sił australnychkrew tutejszego zabliźnionego bliźniegoi jak gwiazda betlejemska prowadziowego wymierającegozielonego polarnego niedźwiedzia>>> Jar gęsi –przechodzisz przezeńw oszałamiającym hałasiesurrealistycznych wizjijesteś oszołomiony skojarzeniamii przebudzonya już myślałeś, że ktośuśmierca twoje snyzmiany drugieja już myślałeś, że ktośuśmierca ciebiezagubionego w labiryncie nocyKrzyk gęsi –ty zapamiętałeś na zawszedla ciebie zbawczy– życia świt kapitalnyjak twój Brennus i Brutuskrzyk złowieszczyskrytobójczo bezgłośny– jar śmierci>>>Pytasz czy znowu zaboli?cóż za dziwne pytanie zadałaśjest wieczór jak senkażdy taki wieczór musi boleća jeszcze z tobą wątpiącąsame pytania twoje bolącóż, widzę że zapomniałaś mnie juża jak zaboli, gdy zobaczę cię znowurano na jawieech, echpo to by za chwilę cię stracićna cały dzień>>>Słońce nie jest demonemBogiem też nie jestczłowiek, który stąpapo jego promieniachdemonem bywaa Bogiem staje się tylko raz>>>*Jam lekarzem*Jam ci lekarzem siostrobądź w centralnej przychodni w Koluszkach jutropostawię diagnozę i wygrzeję szałemsiostro bolesna zakutana w czułostek chustęjam ci w berecie komandos zaprawionyczuję kaszel, gdy zaczynam bojowe przemowyduszący mnie i nieobcy tobiechoć nie jestem zdrów jak pająk krzyżakbądź w samych Koluszkach jutroi tak przybiegnę kłusem, stępa i rysiąbędę z moim zwierzęciem z wieczorapostawię ci bańki i pijawki na ciele całymnajbardziej narowiste zwierzę napoję w twoich syropachi przywiążę do łóżka bandażembo jam ci lekarzem radykałemzrozum to siostro bolesnaklęczę sam nieuleczony,żeby to potwierdzić przed twojąrozgorączkowaną osobą>>>*Ingrediencje*Ingrediencje w Watykaniea tort w Polsce sanktuaryjnejjest święty czas przemian pórsą okazje dla miast oddanychsą Dzierżykraje na krańcach światai ludożercy w orbicie Watykanutrzeba iść z żywymi, którzy pozostalii zasieki historii burzyćpodzielić się tortem z pobratymcamiKainami, co zbudowali wieże bałamutneoblężenie języków, tak, takingrediencje są ważnezaczerpnij je w kuriitrzeba z żywymi naprzód iśćtymi, którzy pozostalijesteś ocelotem porohówjesteś okapi zakopiańskimw Witkiewiczówkacha regionalizmy są siekierami, piłami, cepamii sierpamiingrediencje księża przyniosąw stułach na kresy zakazówi monolitami znaczone inne wiary>>>*Iskra imperium*Jestem z niebios wziętystrącam z tronu nieświętychprzywódców albionów wszelkichdepczę takie albiony konglomeratyz widma, z pryzmatu, z haloz cienia w aureoli tęczyjestem z niebios wziętyalbion zimowy otaczający zakopane miastawydobywam filmami i malowidłamiz zadymionych zochylinna pustynny światmoje dzieło artystycznewykute w orzechowym drzewie wiewiórekśpiących w Syberii albionie politycznych zamiarówpogryzam podziemne arachidy jak oneolej uwalniam dla niebiańskich myślioto ja szczwany lis a jakże rudyoto ja po chwili cała płowa zwierzynaoto ja na pustyni okapi w fatamorganiewzięty z aureoli śnieżnej na szczycie Elbrusudla wieluz niebios zszedłem w tę zimową nocpo legendę mrozulegenda ukryła się w wiosce syryjskieja Syria już zagraża tylko samej sobiemoje halo górskie jest świętym znakiemnawoływaniem legendy prawejjak wybranie człowieka bez słówdo czynienia dobra Kurdom,Herulom, Estom, Bojom i Delawarommoje ziemskie skrzydła jak śnieg białemoje ziemskie loty ciche jak lodowieca góry moje wysokie ałtajskieco mi z wami jednoczyć się każe?w tęczy siedzibie mojryzakopanych ludów czekającychna iskrę imperium, która wyjdzie z Polski>>>
dusza niezastępowalna w błocie wiosny sumieniem się goi
i snu łanem różnorodnym wielobarwnych zadośćuczynień
wolnym przyszłowiosennym antywojennym
a serce zsiniałe bieleje nie pleśnią cierpienia
z odrzucanych nieodwołalnych słońc
lecz zawilcami afektowanej populacji konieczności w podszycie
na maskach struchlałych braci z elit śródleśnych
odradza się pąs miodunki armijnej
piastunki prawie skończoności walk sezonowych
tak jak mak śmiercią niezastępowalny
czysta krew wytryśnie kiedyś wprost w wiersze
to pewne
>>>
*Moje zmaganie ze słońcem*
Zapragnąłem powstrzymać słońce – skąd ta myśl we mnie się pojawiła nie wiem
zapragnąłem wyruszyć na spotkanie dominującego zniewalającego słońca
wynajętym statkiem kosmicznym, aby zdmuchnąć słońce jak świeczkę, z bliska
ze startem nie było tak źle – podobnie i z samym lotem po trajektoriach zniewoleń jego
naśladowałem laureatów i zdobywców nagród filmowych nadęć, pracowałem ciężko
obsługując urządzenia pokładowe, projektując i planując nawet w wolnym czasie
365-ty buntu dzień myśli w sił solarnych kajdanach
przed oblicze bożyszcza słońca dotarłem tuż przed samą śmiercią ciała
mogłem jeszcze zaobserwować to, co widywało się dotąd podczas wielkich zaćmień
z otwartego luku chlusnąłem jeszcze wiadro wody i nadąłem policzki, aby po chwili,
jak Boreasz wyrzucić z siebie całą ściśniętą próżnię ziemskich zmagań,
te tornada niespełnień gromadzone we wnętrzu każdego człowieka przez lata
słońce spaliło wodę i wiadro, spaliło moje ciało razem ze statkiem kosmicznym,
spaliło owo westchnienie, chuch, dech, oddech ludzki ostatni, spopielając go na wargach,
czego można się było spodziewać przecież, i to czyniąc jedną jedyną najsłabszą protuberancją,
ale myśl pierwotna pozostała i pozostanie nietknięta w nieskończoności ducha,
i tak ona jedyna moja, właśnie tam, nad dominatorem każdym okaże się zwycięzcą
>>>
Jestem skromnymświętym ptakiemunoszącym się ponad Polskąod tysiąclecia z górąa teraz już nawethieroglifem odkrytymna berlińskim murzepowtórzę –jestem skromnymświętym ptakiempolskim znakiemodwzorowaniem wolnościna berlińskim murzejak Jaksy brakteat>>>Powiedz, że to prawda, że łzy to skarbnie skarż się, powiedz niełamiącym się głosem,otrzyj łzy, powiedz– łzy są okupem odzyskanej wolnościto twoja eksterioryzacjaja nie stoję nad tobąjak kat nad dobrą dusząnie czyham na niemróz zamieni je w całe kontynentya może nawet w galaktyki i ciała niebieskietakie jak kiedyś, gdy bawiliśmy sięw wojnę światów, a ty nie chciałaś byćAfryką ani Merkurym tylko Neptunema ja gwiazdozbiorem Wielkiego Psa tylko Amerykąbył środek latatwoja sukienka stała się całkiem mokrasami na planecie torturytrzymaliśmy wspólnie patyk wbity w ziemięjak dźwignię akceleratoraoparci o siebie, przytuleni w Dolinie Śmiercinie wiedzieliśmy jeszcze czy wystartujemyszeptałaś – powiedz, że jest jakaś nadziejana zestalenie, na zjednoczenie, na wielki mróza ona była w tęgiej minie kapitana,gdy pociągnął dźwignię i ruszyliśmypłakałaś ciągle w moich ramionachniech Bóg nas prowadzi na Trytonatam łzy zamarzną, uleczysz duszę i oczydostrzeżesz mnie wyraźniej stojącego oboknie jestem kosmicznym fatumchociaż wyglądam jak asteroidajestem elegią gwiezdnej wolności zaledwieprzeżytych dni, przeczutych sposępnieńprzegranych gier w te wojny światówty jesteś moim okupem a ja odwiecznym ukojeniemchoć nie mam już dla ciebie łeztak cudnych jak rosa widzialnych bytówodpadły jak sople z powiek, gdy patrzyłemjak odlatywałaś z kapitanem wiecznośćodpadły od oczu, od twarzy, od życia,które zapadło się w moją jaskinięmiłości pangalaktycznej, ponadcielesnejw całym Uniwersum nie ma już nikttakich jak twoje diamentowych łez
>>>
Piękny sen nad Modrym Dunajemsmyczkiem posługujemy się jak rybązbliżamy się do Park Praterz zegarkiem za dolarapiękny sen nad Modrym Dunajemkopią już się nie posługujemykręcimy największą karuzelą dziejówTurek wciska nam kolejne podróbkina Mexikoplatzkarnawał oszustw trwapiękny sen nad Modrym Dunajemdo Mohacza odpływamy by ratować Belgradani przechodzonych aut ani śladu Turkaw Strigionium Szczepana strażnika rzekiKingi i Jolenty różańce wymieniamypiękny sen nad Modrym Dunajemkamienie spławiamy spod katedrBatavis, Vindobony i Aquincumz Carnuntum przez Gerulatędo Seksaginta Pristapotem same toczą sięprzez Razgrad do Warnya tam razem nimiKról Władysław rzuca się w wir sprawnie chcąc być na dnie historiii wstrzymuje jej biegprzez to Morze Czarne wylewai mamy potop turecki zupełnie obcypiękny sen nad Modrym Dunajemzanim Kozacy zakołaczą do bram Stambułuzłupią i Warnęnie zechcą im otworzyć– to wielki błąd strachuczajka staje się jaskółkąpiękny sen nad Modrym Dunajemchociaż cesarz zbyt światłyzlikwidował niektóre klasztoryi przywileje imperiumwpływamy na losy marzeńgdy Janczarzy z kapeli Ivanoviciegozawodzą po przegranej potyczcezdobywamy za pierwszym podejściemi Wiedeń i StambułMorze Czarne jest modrekrew osiadła na kamieniachdusze kupców i rolników tańczą walca na falachzwycięstwo lud północywydobywa z piersi i pieśnia my pierwszy raz oglądamyperfekcyjny bazar owocowyryba i smyczek Turków niewolą>>>Ten śnieg jak ewokacjai niegdysiejsze odejście przyjacielana bezpieczną odległośćpoza zimy poprzedniebezpieczniej w zaświatach?bezpieczniej pod całunem?– czekam w bieli – usłyszałem– śpiesz sięco szepczesz – wietrze wigilijny?– co szepczesz?śpiesz się dziecino narodzonaśpiesz się pasterzu i króluśpiesz się mój uczniu –usłyszałemprzyśpieszone bicie sercamojego własnego serca bez krwipod śniegiema głos przyjaciela byłwiatrem świszczącym w tarniniegdy w kominie odezwało się echo– czekamstrzepnąłem z siebie śnieg– patynę życianarodziłem się na nowo>>>Czas oderwać się od Trójcy ubogichmodernizm oto wyzwanie światłychzbrojnych w otwartości imperialne trójzębynieznoszące sprzeciwuczas poderwać się ze stadem brodzącym bez celuw sejmach studiach uczelniachpolecieć jak szarańcza pocisków granicznychdo kraju pobliskiegona pierwszy kongres międzynarodówki bogaczya potem?potem rozbić się o okrwawioną skałę trój jedni –wolność równość braterstwow przebraniu sędziego trójpodziałujak Piłat skazać kogoś porządnegodla możnych świętego spokojutrójnóg jego symbolem – rzymskicyniczny
>>>
Zatarg z komputeremtakie tammałe poprztykaniei nawet ani głupich bajek ani dziecięcych giermu nie wypomniałemmoże niepotrzebnie wypaliłem mu płytęi sfajczyłem zasilaczuznał to za zamachza wyłupienie oczuani wpisów ani komentarzy – tak?dobrze! zwiewam, pa!Zatarg z komputerem jednakowożrozchmurzył moje czołorozwiał mi włosrozszwędał mnie na wstecznymwpadłem do Baru na Stawachna jednego studenckiegogdy wyszedłem bez Hnatowicza i papierosapostanowiłem, że już nigdynikt moich popiołów myślipo jakimkolwiek blamażunie rozsypie byle podmuchem dąsunawet niepoetycka maszyna
>>>
Gdy słońce Róbta co chcetawzejdzie znowu w KostrzynieBrahmaputra z MO do tłumu tako rzecze –czas zacząć letnie sporty potakiwaniaudawania dyscyplinę rozwijaći przywdziać perukę ptaka głuptakasowę zmienić na dudkapelikana zamienić na flamingagdy ciemne harce jeszcze nie dominująminut poobiednich sensumożna skorzystać z przebraniai ukryć się na tle nieba w chmurach wylewnie pustychczas zacząć chodzić w butach zamszowychw Rogera z Byrdsów nieco letnich okularachchociażby przez jedną bezgwiezdną noca dla flamingów wystarać się o sadzawkędla nich czas tortury już minął bo wszystko przemijamogą głowy wysunąć spod kuprówostatnie ich twórcze jęki zagłuszone zostaną przeznowej ery tuptające dzieci-ptaki bulgocząco-brodząceprawie tańczące jak Eurydyki wojny w Wietnamienieistniejące
>>>
Spróbuj zanurkować w wazoniepełnym wody i ściętych kwiatówalbo w kominie pełnym dymucoś odnaleźć dla siebie lub siebiecoś jak przenicowane zakrztuszenie sięsobąpomyślałeś o tym – już wieszoddech wewnętrzny – tego ci potrzebatwoim sprzętom teżtwoim książkom i zwierzętomnawet twoim oczom i wargomprzenicowane zakasłaniena dnie dzbanaalbo w kominie pełnym dymuwykrztuszenie zachłyśnięcia sobąwchłonięcie onych spazmów w próżniJak bibelot prawda o tobie w twoim domui ty lekko zgarbiony w foteluz unoszącą się pod sufit piersiąi opadającą jak wodospad kwiatówwystraszony myślamio ostatnim oddechu w sobie samymprzenicowanie ducha, takraczej tego ci potrzeba
>>>
Tęskniąc za niebytemw chwili załamania koniunkturydochodzisz do konkluzji –posłużenie się antymaterią nic nie dato nic nie zmieniprzeorałeś już niebo swoim duchem i ciałemogromna koleina wyżłobiona w hadronach zachwytuwyrwa w chmurach jak elegia bólunic tego już nie zabliźniniebyt po fakcie bytutylko przyciągnie żyjących innych desperatówdepresjami zmienionymi w fajerwerki astralneatrakcją kosmicznej katastrofy twoich łezi ta ostatnia kładka krwi zostanie zerwanapod ciężarem obserwantów najlichszychprzebogatych w doznaniaTęskniąc za ucieczką do gwiazdw chwili załamania dekoniunkturynie wypełnisz mojry odwiecznego trwaniaw boskich koleinach ludzkiego bytu,które przystoi właśnie herosom czasówhumanocentrycznym zmianom materii i energiiw kolejnych odsłonach ekspansjirana na niebie to jednaknie rana twojego całego życiatamta nigdy się nie zabliźni jak tapo pęknięciu serca w uniesieniuPulsar twojego cierpieniazachwyci jak byt odwiecznya tęsknota za nimstanie się energetycznym tłem uniwersalnymświatłem z Farosdla rozpaczliwie szukających drogi powrotu
>>>
To bolesne czekanie nie daje nictylko złudzenie celuwidzisz ciemną gwiazdę strachutam gdzie nie ma nicwidzisz kasandryczną przepaść czasutam gdzie nie ma nicwidzisz epizodyczne śmiercigolemów swojej przeszłościtam gdzie nie ma nicpodejdź do krawędzi czekaniai skocz w jego gargantuiczną czeluśćprzekonaj się wreszcie,że ty sam jesteś w nimbez celu i aureolii więcej nicposłuchaj swojej Galatei– nie czekaj, skocz
>>>
Ten system nie jest jeszczestworzonyależ tak, wymyślony jest oczywiścieto nie są jakieś mrzonkipochyl się tutajspójrz na te notatki i szkicena tę kilkuwymiarową wielobarwną mapęten system jest kompleksowycałościowy – rzec można– ostatecznyty pewnie powiesz– nic nie jest doskonałeale ja ci odpowiem– mylisz się zebrosystem jest wymyślonyi jako taki jestno, no – oczywiście:doskonałypopłyń ze mną jego nurtemto nurt prawdziwej filozofii, którazawsze wymywa z błota, oczyszcza,unosi człowiekato system nieskończonej poezji, którypatrzącego ledwo nigdy nie zawiedziestwórzmy go razem wreszcieteraz
>>>
Gdzie jesteś wolności nasza?za nocy parowem?za słońca płotem?za samolubnym murem?za grobem, celą, agencją?za szmatławą gazetą?za pustym konfesjonałem?za telewizyjnym obłudnym studiem?za splugawionym biurem?za sądem sprzedajnym?za naukowym plagiatem?za zmanipulowanym głosowaniem?za zdradzieckim triumwiratem?za burzy nadciągającej echem– grzechem, grzechem, grzechem?tak kochani, jestem za waszym grzechem!
>>>
Skrzą się gwiazdyKsiężyc puchnie skostniałymgławice przenikają zero bezwzględneniepodważalnepędzą w nieznane milczące miliardyukryty w łopianach z lodu i szkła teleskopmój teleskop oczu, myśli i wyobraźniwyłapuje ślady nielicznych kosmitówśmigających skośnym lotem ku Ziemiświecących jak robaczki świętojańskiejak aerolity płonącejak iskry z lokomotywy pędzącejprzez centralną magistralę Mlecznej Drogiginą w mojej dłonipochwyceni tuż nad ziemiązamilknę i jaz miliardem wizji w łopianachz garścią neutronowej dziwnej świetlistej materiikosmici to rozpoznawalna energia sercżywych ludzkich serc,które samotnie przemierzają Wszechświatczasem wydają się malutcyjak iskierki, robaczki i kwarkizamilknę dla nich
>>>
*Prawie Miltiades*Znowu zabolałotrener powiedział, że tak musi bolećpotem kolano nie wytrzymałotrener powiedział– nie nadawałeś się i tak Miltiadesiezrzucę cię ze skały na oszczepyto prawie nie będzie bolałoalbo bolało zbyt długotak jak więzienie nie dożywotnie całkiemmój trener wspaniałomyślny ufa sileufa wysokościufa szybkości i odległościpochodzi w ogóle z UfyAchajem został niedawno na przymusowym kontrakcieno to i jego bardziej zabolało,że utracił ojczyznę ogromną jak kontynentjak ja kolano prawietrener wyrzekł te słowa– ojczyzna w potrzebie Miltiadesieto nie słabeuszy czasi kazał mnie jednak zrzucićna te oszczepy Uralu hutzłapali mnie usłużni kagebowcyz Laodycei-Moskwy i Sparty-Samaryi jak olimpijczycy cisnęli mną w dółpełen talku cnót greckich na sobie – przeżyłemchlamida hoplity jak lotnia,jak żołnierski płaszcz uniosła mnieponad wszelkie państwowe egzekucjespuściła z niebios fizycznej siły do ducha Marymontuzamiast do Maratonu
>>>
*Łuski*
Skomponowany z nutek łusekeuforyczny trynitarny wstęp do oratoriumzagadkowe zakończenie wstępu rybiewybulgocze? wybrzmi? wybrzmi?wybrzmiało!Zagadkowa jak nastawa ołtarzowaśredniowiecznego kościoła po barokowej przebudowie,który jak zaginiona arka zniknął na dnie jeziorapowstałego dzięki słusznej tamienowych czasów jutrznia ciemnaresponsorium hymny lamentacjeRybie łuski wypełniłystele i ławy w prezbiteriumrazem z ich nosicielamizafascynowany podwodnym brzmieniem oratoriumnie zauważyłeś nawet,gdy rozpoczęła się druga częśći młoda dziewczyna usiadła oboktak jak ty w samych wodorostachrozpromieniony uśmiech ci posłałaukazując śliczne białe zębyNie zauważyłeś nawetprzegapiłeś rozpoczęcie trzeciejczęści oratoriumtylko wstęp utkwił ci w pamięcii ta dziewczyna łaskawaśredniowieczne postacie świętych zszedłszy z nastawypodpłynęły jak muzyka do wasi ty i dziewczyna zrozumieliście przesłanie muzykiPodajecie sobie wszyscy ręcewypełniając prezbiterium domu modlitwykręgiem uduchowionych podwodnych zjaww przezroczystej toni bazylikina samym dnie wieczoru,który niespodziewanie wybrzmiał jednościąfinałem niemego potopujak jego fala uniosła wszystko modlitwa bazylikiby łuski mogły spaść z oczu niektórym
>>>
Gdy przemierzałem rajski ogródzrozumiałem w zachwyceniu,że wszystkie jego kwiaty są mojegdy zawróciłem do wejściai szedłem po swoich śladachrzeczywiście te boskie kwiatyłasiły się do mnie jak kotybiegły za mną, podskakiwały, nawoływałyjak za przewodnikiem z sezamu pięknaobok mnie i za mną truchtaływskakiwały mi same na ręceprzytulały do policzków i lgnęły do piersiW bramie wschodniejodsunąłem je delikatnie od siebieułożyłem do snu jak dziatwęzasypiające uniosłem do wargpomyślałem nawetaby skomponować artystyczną ikebanęz nich i z drobnych zwierzątek rajskichna wypadek niezbyt człowieczej śmiercijednak wyszedł mi tylko przeobfity breughlowski bukietpasujący idealnie do drewnianego wazonu sercauwierzyłem w ich przywiązanie do końcai oddanie moim salonom módwróciłem z raju wprost do przymierzalni smokingówzbyt wielkich na jeden kwiatz bukietem w butonierce
>>>
Niekantowskie dyskryminacje podległych rabatpowszechniejsze na ziemi publicznej jak niebooto paradygmat z Królewcawzięty żywcem niezbędnypytają – co sądzisz o czerwonej drodze kwiatów?odpowiedz póki nie jest za późnopóki nie zakażą ci w ogóle mówićo kwiatachchoć wiesz, że są zbyt poprawne i naprawczenie tak jak kantowskie zeschłe liścieco natenczas już znaczą niewieleoczy w nich ukryte o wiele więcejjak paradygmat dogmatu publicznościodnogi prywatnej drogiwędrowiec wie jak się idziekwiat wie co ma począć w leciedroga nie wiepytają – ale czy ty wiesz co sądzićo drodze kwiatów?jeżeli wiesz to powiedzaby nie było za późnow miłości i nienawiści do siebieznów rodzi się kantowska myślpowstaje nieludzkie pojęciezabiegaj o dedyskryminacjępodległych szans w zapachach lata,które ściga cię w każdej alejceszkicowanej uczuciempotem nie pozwolą mówić o niebiepotem nie pozwolą mówić o kwiatachpotem zapomnisz o tym kim jesteśpotem nie pozwolą ci pamiętaćchociaż kwiaty z nieba spadać będą zawszeto może być rzeczywiście dogmatyczną przeszkodądla nich zdeterminowanych, którzy mówią –z deszczu wzięli się ludzie i ze snówa ty skąd – z samego nieba?– nie rozśmieszaj ludzitą swoją świetlistą pewnością lilii
>>>
Mogę wiele powiedziećo tych rękach, któreściskały mnie za szyjęledwo uszedłem z życiemledwo złapałem oddechodtrącając te kleszcze stalowemogę powiedzieć do kogo te ręce należałymogę długie opowieści snućo tym, jak umierałem w spazmieo wizjach jakie się pojawiływ mojej głowie pozbawionej tlenużyję jednakżyję i oddychamrozmasowuję posiniaczoną szyję i karkpiecze jeszczejeszcze policzek drgajeszcze oczy rozbieganeszukają punktu podparciajak myśl – piedestałudla człowieka z błotamogę już myśleć – to najważniejszemogę określić cechy istoty,która chciała mnie pozbawić życiaoddycham wreszcie swobodnie pełną piersiąjakbym był w raju samzaraz po zwolnieniu uciskupo wyszarpaniu swego ledwo tlącego się jestestwaz rąk bestiizrozumiałem, że to były ręcezwyczajne, delikatne, bladepokryte taką skórą jak mojaz tymi samymi bliznami z dzieciństwaa jednakzaciśnięte na mojej krtani i grdycebyły jak szczęki rekinai były to ręce martweto własna wewnętrzna śmierćdusiła mnie przez chwilęwyrwałem się jeji odepchnąłem ją od siebiedzisiaj mogę wreszcie opowiedzieć o tymbo język i oczy posłuszne są wolia wola tkwi we mnie głęboko– wola przetrwaniaMogę wiele powiedziećo tych rękach, któreznałem od urodzenialecz nie pouczył mnie niktjak złowieszcza siła czai się w nichnie domyślałem się, nie przewidziałem,że mogą być użyte przeciw mnie– jak wszystko co człowieczejak moja wolna wola nawetStrzeżcie się własnych rąkbacznie je obserwujcieniespodziewana śmierć w nich czyha jak wążgotowy na jadowy atakspisujcie swoje spostrzeżenia– rachunki sumienia
>>>
Roztrzęsiony obywatel Junckerroztrzęsiony sędziastrzelają do siebieniecelnieroztrzęsiony obywatel Trumproztrzęsiona piosenkarkastrzelają do siebieniecelnieroztrzęsiony obywatel Putinroztrzęsiony dziennikarzstrzelają do siebieniecelniekomuż komuż komużwładzyroztrzęsionej przysługa?ludziom świata?ludziom strachu?
>>>
Lawina boskich dźwiękówrunęła na mniez wyżyn harmonii samejjak Karłowiczuśmiechałem się nawetwidząc symfonii poemat w słońcunad sobą jak burzęw prostocie zasłuchaniazawahałem się przewrotniewięc osłoniłem głowę i uszytak zginąłem w tej lawinienie byłem przygotowanyna ciężar górnego niebaboskość i nieśmiertelność muzykiwyraża się wyłącznie w dźwiękacha nie w lękachto faktjak śmierć sama
>>>
Moja nocna zjawo zaspanaw uchylonych drzwiach telewizoraosobowa i kobiecaprzytruchtałaś po moich powiekachw nocnej koszuli z pajęczynksiężyc – pająk mi cię objawiłw stołowym sadzie elizejskimbosa stąpająca na palcachwestchnieniem przeniosłaś sięna łąkę posłania ukwieconą satynowymi snamiwyszeptałaś moje imię do księżyca jak modlitwęi załkał nagle tuż po północyprzebudzony wyciągnąłem rękępogłaskałem go delikatnie po ciepłym policzkuon zniknął za chmurą w utuleniua na mojej dłoni pozostałacała jego wzruszenia świetlistość
>>>
Kasta społeczna jest jak narośl na drzewieobca jemioła lub hubaubogacająca drzewo aż doupadku z wysokościjego miazga przerośnięta korzeniem bestiikora oblepiona miąższem kosmitywygląda świetnie przedśmiertnieKasta społeczna jest jak muślinzawsze przyodziewa strojniedo kompromitacji papieżalub jak szorstki wór zwisakompromitacją z butnego królaKasta społeczna jest plastikowym wielorybempłynącym przez podwórza familokówstrzelającym kolorowymi fajerwerkamido głodnych dzieci pod ścianamisiedzących na pierzynachz garnkami na głowachwieloryb kiedyś bogaty w trandziś sztuczny zgniata dzieci niezbyt chybkienawet goni je uciekające w paskowych dresachzdezelowanymi zardzewiałymi bmwKasta społeczna mierzy się z katedrą państwastając na palcach by dorównaćgangsterom i hochsztaplerom wszelkiej maścizbudowana tylko z drewna przedmieśćudaje bogato zdobiony wiekopomny zabyteki zostaje przeniesiona do centrum miasta na dłużejby ubogacić krajobraz jałowyKasta społeczna potrzebna dwojakoby pokazać końcową nędzę ludowładztwai wolność zabijającą wszystkich jednakowoKasta społeczna rodząca się w każdym mieścieto mafia jak każda inna wcale nie ekskluzywnawytłumaczenie jej pożytków jest na stronach Kapitałunamacalne lecz pożytki nieosiągalnei jak jemioła nie przynosi szczęścia nikomunawet sobie obsychając u żyrandoli
>>>
*Cud techniki*
Taka klapka i przyciskbolec i guzikmini urządzenie z zakówkąultrakroplomierz automatycznyprocesor z diodą wibrującąikonka i enterperyferyjny dyskretny interfejsratowniczy robot z dźwigniąspolegliwy humanoid z tytanu reagujący na bodźcetroll jak prąd z państwowej elektrowniinternetowy robak biegle znęcający się nadpublicznym pochwaleniem dobrataki zmysłowy manipulator podręcznyspołecznego inżynierataki cud technikiumożliwiający publiczne polubienie najpodlejszego złaradośnie akceptowalne przez większośćrazy 100K
>>>
Znakiem mego wyzwolenia jestpajęczyna dźwiękoszczelnaja wierzę w pająki,a jakżeby inaczej,skoro sam nim jestemspięty ale szczęśliwyniezależny już poza sieciąto właśnie ja przędę teraz dziejowe snyby złowić wszechburzę wolnościo, już chyba szamocze się pochwycona i szaleje jak ćmaposłuchajcie tego jej hałasu –nie słychać nic? no cóż!skoro się rzekło – pajęczyna dźwiękoszczelnano cóż!to już nie nasłuchujciesnem żyjcie
>>>
Za stołem ofiarnym nowoczesna kraina żyznarozciągnięta jak okiem sięgnąć po horyzontpasą się tu tłuste byki na pastwiskachdzikie konie i roboty biegają stadamiłany zbóż , winnice i kominy elektrowni złocą się w słońculeniwe rzeki płyną mlekiem, miodem i ambrozjądo delt mega polis drapaczy chmur na mocnej depresjistół ofiarny ustawiony na wyniesieniuna odkopanych kamiennych stelachNimroda dwudziestego pierwszego wiekuzbudowany przez mędrcównie dla maluczkich i prostaczkówa dla władców świataobfitość natarczywych, nie znoszących sprzeciwu myślinakrywa go jak obrusi skrapia jak hysop poznaniaabsolutu ciałana rozkaz gromadzą się nad nim chmury białestopniowo ciemniejąc kłębią się coraz bardziejjakby burzyła się krew wykluczonych grzesznikówrozlana w przestworzach intelektu sięgającego po boskośćwysokie trawy falują jak morzadotknięte wiatrem niezaspokojenia w trwaniugromadzą się wokół półludzie i półzwierzęta z arki Ziemiajak wieść niesie ofiara się dokonaz najśmielszych myśli człowiekaprzylatują duchy z twarzami piorunówsprawdzić co się dzieje na deszczowym padole łezsurmy zwołują, heroldowie głoszą, ofiara się dokonaz najśmielszych myśli człowiekaprzy ołtarzu ofiarnym są już burze i zorzesą słońca zaćmienia i księżyca pełniesą mórz przypływy i wybuchy wulkanówpowoli drga ziemia w dolinach wiarą niezasypanychschodzą lawiny kamienne z gór wybaczeniem niezrównanychtsunami doskonałości wylewa i pędzi przez płaskowyżlawa czasu z rozerwanej ziemi wychodzi mu na przeciwdotykają ofiarnego stołu bestie harmonii i zrozumieniastrażnicy cywilizacji żywiołu egopatrzą z napięciem w otwartą księgę zagładyw ogłoszeniowy plakat dobrobytuz niego też się dowiemy, żeofiara z najśmielszych myśli człowieka się dokonażertwy z owocu żyznej krainy wiedzyczłowieczej wolnej woli bez bojaźni pierwotnejdla bytu i jednego wiekuistego słowa – pełnia doskonałościz myśli zwykłego człowieka? nie!cezara, szacha, cara, króla świataniekwestionowanego przywódcy i mędrcanajzuchwalszego i już uznanego w pełni za Boga!gdy wybuchnie i spłonie ta żertwatak wolność tu ostatecznie dokona żywota
>>>
Najpierw lekkie obrazy pustynii piękne zapachy skałpotem osad warownych oszałamiające mirażemieszkalne nadzieje dąbrówdrzemki jak słodkie owoce dębuzapraszający byt Niebaczarnego kosmosu wątła nićty znikądja znikąddążyliśmy jak komety z Babilonu i Petrysprzeczne paradygmatyjak kozły pustyniwśród spragnionych owieci wielbłądów w oaziemoja laska i czapka pasterskazwiodły te stadaspotkaliśmy się przy źródlejak dwa konsensualne paradygmaty,gdy idee zurbanizowały wodopojea bezbłędne pisma z niebiosuporządkowały deltyoto my zaledwie kilkuletni wędrowcyjuż zatrwożeni o los narodusięgnęliśmy po owoc poznaniaw pocałunkach życiatego co nienazwaneprzez aniołów podanesłodkie owoce dębudogmat nowych ludziw Mamrezanim atomowe słońce frontów powszednichglobalne wizje wioski zagładypoznaliśmy za zakrętem hoteliw Hebronie
>>>
*Długi marsz*Marsz, długi marszi wielki skok ku kulturalnej rewolucjiNoc długich noży, niezbyt długich, ale w sam razBostońska herbatka jak masakraJutrznia paryska, pirackaMarsz na halę wodzów w kryształową nocMarsz dziesięciu tysięcy przez obcy światWyprawa tysiąca czerwonych koszulzewsząd narzekania na samosądykoń zemdlał a to koń powstał, koń pułapkaczłowiek-samo zło, zrób coś przywódco!a to, a to, a tamtocóż można zrobić po takim marszu?są domniemania o wyczerpaniu i przetrwaniusowite nagrody u kresu hańbynocą podróżują demony jak słonie Hannibalato prawie Baal dla Rzymiana jego słonie bojowe to tylko smak Indii herbacianyAriów kompletnie zapomnianych w sercu Europya to właśnie oni pomaszerowali najdalejoczy się mrużą z niewyspaniakartka papieru odlatuje na swoją pielgrzymkę na AntypodyAriowie maszerują jak pielgrzymi wciążjuż chińscy po latach upartego ateizmujest gdzie pielgrzymowaćszlak Samarkandy i Marco Polo, szlaki himalaistówsłonie depczą po moich stopachsłonie przechodzą przez moje zacementowane powiekiśpiewając Marsyliankę i radziecki hymn Rosjimarsz, marsz, marszczy przywódcy zawsze muszą gdzieś maszerować?na łzy, ba na śmiech, na śnieg, na upałna narty, na dzieci, na jutro, na cegły, na murkupczenie strachem, kupowanie dla siebie aut – melodramat ichsłonie wegetują na przełęczachflamingi i bojowe pingwiny zjeżdżają znudzone na nartach wrazoto bezludna manipulacja przeludnionego imperiumzdecydowanego zmierzyć się z sobąw piłkarskim państwie środkaale zamiast biegać, maszerują, pytają, mlaskająa co z pociągami, co z lokomotywami atomowymi?decyzja władzy politycznej jestrządu, króla – nie ma wodza tuw tym samym czasie Hannibal i Pyrruswsiadają do hyperloopai po chwili już pędzą do swoich sprawale gdzie te to drogi do Rzymu?co z nimi zrobiono? jak zabezpieczyć je dziś?koczkodany stoją na straży prawi damy-niedamy teżledwo stoją faktchciałoby się te różowe linie wyprowadzone przedłużyćwyprowadzone z kątów zielonego sześciobokuzniesławić brakiem plemiennej barwylecz oto kropla z centrum greckiej bryłyprzesuwająca się jak po pustyni kamienie samerośnie i zastępuje żal, strach, myślptaki unoszą ruchome kamienie i zrzucają na słonie zemsthyperloop się zatrzymuje w katolickiej centrali Afganistanua Ariowie już spokojnijuż bez bojowego nastawienia gromadzą sięna dalszą wędrówkę dusz– marsz, marsz, marsz
>>>
To nie może być pożarto może być głódto nie może być powódźto może być bólto nie może być eksplozja wulkanuto może być śmierćto nie może być apokalipsa w domu i w krajuto może być sąsiad z twarzą w płociealbo żółw w partiicoś powolnegojak proces dojrzewaniado przemianyw rodu robaka
>>>
Jasny dzień był na szlaku,gdy szlak prowadził na szczyttam przepiórka zachwyceń uwiła gniazdonizinny ptak uwznioślonyzaraz potem nastała nocwe mgle lęku zniknął światkruk ratownik na łącepogubiony człapał od zmierzchuw wysokiej trawiea mieliśmy na tej łącerozłożyć koc miłości,gdy ty byłaś Anitą Ekberga ja Bobem Dylanemmoja Hesperydomieliśmy wzlecieć po ablucji uczućna niebotyczną grań doznańszlak zmylił pogonienaszych słów porannychżałuję ich dzisiajnie mogąc pozbierać kości i myślilewitujący tuż nad zapomnianą żwirowniąwyrobiskiem pieszczotjak nad powierzchnią księżycausianą samymi krateraminieosiągalnymi dla promieni słońcabezlitosnymi na opakja chimera miłościbez gniazda na szczycieustrzelona w locieprzez jeźdźca na Pegazie
>>>
Zmysł przewodnickich nastawieńnatychmiast znikłkarygodne samowolne odnowienie sumieńwszelki mitnatychmiast prysłzlekceważony odmęt jaźnia na wierzchu słowo reflektor – janatychmiast zgasłodzew w płucuoddech czy odma?pręga krwawa na językusłowo czy jego brak?wypchany balon rezonerstwaa jednak pękłwciąż niewypowiedziane słowo pręży się i skaczerozsadza policzkizmysł przewodnickich nastawieńbąbel powietrza na powierzchni przesłaniapęka jak bańka mydlanamyśl waleczna jeszcze zwichrzyła włos nad czołemledwo dociągnął śluzę wolnościten jedyny kapitan – mózgcoś zniknęło w wołaniu– ratunkuwydobywa ubogi ludzki haust z dnasiódmy zmysł batyskaf wolii pokora gardła
>>>
Jadą metalowe konie traktem królewskimwyskocz nań i zatrzymaj jea może to niemieckie lub sowieckie czołgiz przeszłościbachmaty Bajdara albo ardeny do armatKarola Gustawajadą konie stalowe całe umorusanebłotem, potem, ropą i smaremzmierzają do stolicy starożytnościstepu nirwanyniecałe w pląsachniecałe w tangachniecałe w marszachniecałe w oberkachwyskocz z tych szalejów, pokrzyw i ostówmachnij ręką jak autostopowiczzakrzyknij na powożącychna jeźdźców na taborytówspróbuj zatrzymać tę kawalkadęgdy będą tylko góralami nie odpowiedzągdy będą tylko flisakami nie odpowiedzągdy będą tylko szewcami nie odpowiedząwywieszą białe flagi na drzewcachprzytroczonych modlitwamijeżeli będą straceńcamiwojen królewskich – odpowiedząi rozlegnie się gromkie larum krwia może lepiej niech kurz opadniena ciebie i ostojęniech cykuta zastygnie archontówprzykucnij w oczeretachto golemów dzika krew
>>>
Ja zamknąłem tę galaktykęjak gdyby nigdy niczamknąłem ręką ludzkąwyciągniętą przed siebietak jak się przekręca gałkęnaciska klamkęJa zamknąłem galaktykęz gwiazdami i motylami wrazich srebrzyste podrygiwaniazniknęły nagle nad łąkąjak gdyby ktoś zgasił słońcewyłączył prąd w całej metropoliii nastała ciemność wszędzieJa na tej łącewśród firletek i maków pocałowałem cięw samo południe zmysłów,które stało się myśli północąrozbłysnęliśmy i zniknęli jak meteorynad horyzontemTy zdążyłaś wyszeptać– jedna galaktyka jest jedną chwilą zaledwiewśród miriad we wszechczasieotworzę ci kolejną powieki drgnieniem
>>>
Znamienne słowa, dzieje, lotykiepski żartbędą trojaczki smoczezewsząd docierają prognozy na letnie uczuciaw zimowe dniznam jedną ze smoczycświata nie widzę poza niąświata z wysokakiepski żartbędą konsekwencje i tajfuny karjuż zbroi się tasiemiec serc i zmienia w smokamedia strachu już słusznie podkręcają wiatrbo warto wyłowić z burznastrojebędzie tornado emocjibędą trojaczki smoczezewsząd prognozy grozyalbo to ja wiem Zuzanno co z naszym latem?zewsząd prognozy marnena uczucia ludzkie w zimowe dniznamienne są dzieje, słowaznamienne anielskie odlotyale powroty smoczekiepski nieżyciowy żartna wszelki wypadek Zuzannozałóż purpurowy płaszcz
>>>
Będziemy się śpieszyćw te dniby wyprzedzić nocenasze dni już jak konie przy saniachjak czwórka rączych koni– a my?– my jak sen świstakanoce białe jak śniegtylko dla naspocałuj mnie i w drogęwięc niech będzie śladten Wielki Wóz przesuwający się po Mlecznej Drodzei noc i dzień i ty i ja w konstelacjach w uciskachzajedno namw mroźny czaspędzimy coraz szybciejz wszechbytu miłosnych chwilbezkresnychcoraz ciemniejszych– mniej gwiezdnychku erydanom kresu południarzeki czasużycia w dwójnasób
>>>
Pierwszy głos w imieniudrugi głos w miejscutrzeci głos w czasiepełen orkiestron mającychwybrzmieć uczućprzedśmiertnychsymfonia twoich dnizmyślonycharia z kurantemprzebrzmiała jednakjakbezgłośna erupcja wulkanuw sercujak protuberancjana odległej gwieździeżycia>>> W czerwonej studni twojej sukienki i halkinurzam się w zielonośćjak skarb wydobywam z niejwilgotne chabry pocałunkówpotem ściskając je w dłoniwychodzę naprzeciwtwoim oczomw falbanach i pliskachw zakładkach westchnieńw udrapowaniach i pończochach natchnieńchcę się rozkochać do dniacierpliwie wznoszę chabryw geście moim jest stworzenie zorzyw nagłych twoich łzachoczekiwane rozstanieotwieram dłońprostuję palcekwiat zmienia się w ból każdego płatkasukienka pozostała jak mak rozchylonyja już nie wypłynę na powierzchnięzniknąłem na dobretrzmiel w kropli nektaruw martwej studnimartwy słodkii nieśmiertelność dla świata zórz>>>Jestem zbuntowanybo się bojęjestem bezczelnybo się bojęjestem zacietrzewionybo się bojęjestem zdenerwowanybo się bojęjestem nieznośnybo się bojęjestem złośliwybo się bojęjestem dokuczliwybo się bojęjestem makiawelicznybo się bojęjestem wypaczonybo się bojęjestem pogmatwanybo się bojęjestem złudnybo się bojęjestem bałamutnybo się bojęjestem pozerskibo się bojęjestem aroganckibo się bojęjestem przewrotnybo się bojęjestem pysznybo się bojęjestem skrytybo się bojęjestem gadatliwybo się bojęjestem nielojalnybo się bojęjestem zwodniczybo się bojęjestem nieszczerybo się bojęjestem demagogicznybo się bojęjestem mgławicowybo się bojęjestem wyrachowanybo się bojęjestem wiarołomnybo się bojęjestem nieautentycznybo się bojęjestem kabotyńskibo się bojęjestem nieżyciowybo się bojęjestem tchórzliwybo się bojęjestem brawurowybo się bojęjestem załamanybo się bojęjestem drażliwybo się bojęjestem ogłupiającybo się bojęjestem głupibo się bojęjestem, jaki jestem– łeee!Jestem, który jestem– och!jestem głupi,że się boję
>>>
Warto mieć te łzyna każdą okazję tragiczną– bliźniegonie wypłacz ich ze śmiechuwarto mieć te oczyna wypadek katastrofy– ludzkościnie wytrzyj ich lusterkiemjak napis na czole– autorwarto mieć ten uśmiechna wypadek śmierci– własnej
>>>
Jest ciemny brzeg,gdy słońce się zniża w chmurachjak głęboka purpurai brzeg jasny,gdy słońce się zniża jak kościsty wiatr,gdy wprost rozpływa się w zmierzchu,który jest linią brzegową oceanu nocyjej statkiem, albatrosem i portemoba brzegi możesz dostrzec w sobie wrazbezojczysty, bezludzki, bezgwiezdnychmurny i wietrzny żeglarzu
>>>
Na wylot przejrzał listonoszaNiemiaszka,co rozpowiadał wszędzieże nie mieszka na Mieszkazaznaczył więc laską miejscegdzie zamieszkał i mieszkana wylot przejrzał sędziego innychupadłego jak śnieżkaczekał czy go ośmieszyć omieszkaomieszkał zapytać o serce w śladachpomieszkiwań właściwych miejsctu w wysokich stanach zasiedzeńhal, błoń i cnótprzed wydaniem kamieni listonoszana wskroś przeszło przez serceprzesłanie pianisty proroka bacylaska utkwiła w skale wysokiej turnii w bramie pierwszej miejskiejwytrysnęły nadzieje znów bezdomnego poetyna ułaskawienie rodzinnej sadybyi podobnych czekających na przylot kamieniwęgielnych ze światachętnie polecanych innymplemiennym bezdomnym
>>>
Ona obokoko wzero to nośnik mocy wżarówka jak oko wpotem z i nagdybyś w i zoko zpółpowieka jak wpotem oko zerożarówka ww z na w jak iw zakręciło się nad zgdybyś zasnęła zz na wgdybyś oko z i wzero snu znowużarówka ipółusta w w wnośnik nocydotyk znowugdybyś zasnęła
>>>
Wewnętrzny skład delikatności w puchowym rejestrzerozgardiaszu figuruje lecz wypada bladonarażony na zakurzenie zaginięcie zapomnieniemoże to i dobrzepotem niespodzianka będzie na plusjak wtedy, gdy zgasły zmysłyi odnalazł się świecznik wspólnych wieczerzskład czułości niedostatecznie przewietrzony dobrym słowemi tak jak gdyby przegdybany nocnymznieruchomieniem rąkzmierzchaniem ustzmysły, gdy zabłysły to kurz zakrył wszystkoa może czas by byłopójść drogą jasną – znaleźć świecę lub lampępierwszy skład możliwości umożliwi zakupienie oliwydrugi skład ponadprodukcyjny oględnie mówiąc dorzuci płomieńdzisiejsze przeoliwienie intencji przecież nic nie wnosiniczego nie przybywa na boku oprócz zakrzepów i puchlinczas rzec – mądrości moja odeślij zeschłości i przymnóż świeżościniech nie pozostajemy nadąsani w kruchcie serca zmienionej w składdelikatność puchu rozwarstwień i pozostawień,który jak to kurz profanuje połyski i paramentów kultowe kształtypowstrzymuje cię od gestów, co mogą byćjak lot dymu kadzidła ku majestatowia są jak smog i sadza na baldachimach choć z nogami na ziemi leć jak małomiasteczkowi kochankowie nadprzewracającymi się drewnianymi szopami przy domach z balichoć w kaloszach leć nawet z białą ziemią na nichnie dmuchaj na latawce księżycowe, omijaj je skromnieziarna mniszka w workach w kącie czekają na siew zbyt długoręce ramiona nadgarstki palce zanurzone w puchu – wyrwij jeskład pierzastych podręczników otwartych, zapomnianychw nieaktualnych rejestrachty unieruchomiony a symbole większe i większe jak nadrealny księżyclęgną się podmuchy jak robaki i myszyty znieruchomiały niezrozumiany a tętno szybszepędź leć gdakaj siej mak śnij jej snem nad i pod z niąnie zmarnuj wszystkiego dla głupich paniensam rozgardiasz się opłaci kupcom czekającym na nauczyciela– ciebie w kaloszach skrzydlatych wiatrom nie odda
>>>
Zniesiony tylko w połowiezakaz uczęszczania nad brzegi rzekz rakietą tenisową lub czymś podobnymrozbawił tylko arystokratów na kortach aluwialnychci, którzy łapali siatką motylemuszą zmienić kwietną łąkę na lądowisko górskiena mocy nowego kodeksu spadkowegostracą kolekcje siatek do wszystkiegozniesiony zakaz będzie skutkowałczęstszym przebywaniem w pradolinach,gdzie rzeki już nie płyną ku śmierci istot jedynieale tylko ku rewolucjom bezkrwawym w mediachzniewoleniom w terrariach i na kortach plastycznychmęskie osobniki w połowie zanurzą się w trawacha żeńskie po części w sadachpradoliny odżyją jak Pola Elizejskie przechodnimi mordercamiuczęszczanie nad stawy kwatermistrzóww towarzystwie łabędzibędzie dopuszczalne do jakiegoś czasu przeszłegoa na zajęcia boiskowe przyszkolne tylko potemnie będzie już można wcale bez więcierzyłowić żądanych wspomnień na haka także snuć się bezwodnie po miejscach odludnychchoć owadzio ulotnie aktywnychto co się nazywa porządkowaniem sfery przychylnej atmosferyto się też nazywa ograniczanie niezbyt szczęśliwych zachowań naziemnychnie po to są rzeki, żeby pradoliny zapełniały się tylko jabłkami kobieta bezwodne miejsca zezwierzęconymi mężczyznamikiedyś do połowy w wodzie lub w kwiatach jak faunyi z zakazem całkowitego zaludniania plebejskich wzgórzjak centaury praw zbywalnych przed śmiercią Areopagitów
>>>
*Gangrena elit jedynie*Polska krwawi z ropnej ranysączy się z niej jad trupi?a może to tylko niegroźne zakażenie?może to tylko lekka gangrena, co miniegangrena elit jedynieto minie, to przyschnie jak na dobrym psiechoćby po surowicy z truciznprzeciwciała społeczne i elity komplementarne dla zdradto ten sam organizmz krwi, we krwi, dla krwiz ran powstanie i z kolan Polska choraa dżuma niewiary minie jak wszystko, co złePolska się zagoi i ostoi w czasu ostoijak przeorana łąka wzejdzie w dwójnasób zielonokwiecistym łanem, przyszło wiosennym dobrem barwa serca zsiniałe nienawiścią wybieleją w maskach nowych świtówstruchlałych braci odrodzi się pąsi nikt nie odgadnie śmiertelnych bliznco będą jak błahy zapomniany dąs>>>
*W katedrze pioruna i gwiazd*
To uniesienie oczu nad morzemobok skały jak katedra w Trzęsaczubyło proroczegdy ona się oddaliła na chwilę jak mewaa ja wyobraziłem ją sobie ponowniecałą w spadających z klifu gwiazdachz jaskółką brzegówką wpadłemdo podziemnej katedry tego wyobrażeniajuż na Rozewiugdy helikopter przemiany odleciał jak ważka na Helw mewy upierzeniubrzeg morski zsunął się do stóp morzai uklęknął przed nią jak jaw perspektywie elektrycznego nieba zadrgał świtraz na zawszea ja pisklę Polan wpadłem do gniazda Pomorzanna heroiczną chwilęwypadłem z niego podczas pierwszej próby loturaz na zawszewprost w jej ramionajuż u stóp Kawczej Górynie była już wyobrażeniem lecz katastrofą uczuciamoje zaślubiny z jej morzemtak aktualne do dziśw katedrze pioruna i gwiazd
>>>
*Ja tam nie wiem*
Ja tam nie wiemja tam nie byłemja tam nie rozumiem jak byćja tam wolę nie wiedzieć jak żyćja tam a ty tu jak nie wiem nicty wiesz przecież jak to ze mną jestty mnie rozumiesz prawda?ty mnie usprawiedliwisz?ty jesteś i tam i tu a ja nie wiem gdziemoże nigdziety byłem ja jesteśmną mnie namwiesz co?nie, wolę żyć sam
>>>
Milczeniegłębokie, zacięte, zranionemilczeniemilczenieod wielu dni i nocy,które stanęło przed mnąjak brutalne rozstanie ze snemjak niechciany brzaskjak surowy blokkararyjskiej skałymarmurowy obelisk ciszypomnik arcydziełonieodkryteruchem ręki rzeźbiarza– słowemmilczenie jak śmierćmilczenie jak bóli właśnie terazwyłonił się z niegojak z wielkiej ranypo wyrwanej miłości– wierszsłowo po słowiestukot młotka i dłutasłowo po słowierytmem z milczeniawydobyte strofydla aniołów świata łezrozśpiewanychczuwającychzachwycenie – westchnieniemojej piety
>>>
*Zbroja dążeń*
Każdy, kto był na wzgórzu smutkukto szedł pod własną górę hołduto wieże jest lepiej jest gorzejraz tak a raz inaczej, ale jestkto złożył ofiarę z pierwocin bóluwyrzekł słowa uczczenia własnego odrodzeniapokłonił się ciszy w sobieto wieże gorzej już nie będzie, choć możekto potem zjechał ze wzgórzana tajemniczym koniu bez pęcinodstawił kopię i tarczę dąsuzdjął zbroję dążeń za wszelką cenępojął, że jest lepiejraz tak a raz tak, ale inaczejradośniej
>>>
Jak Bóg przykazałjesteśmy zacietrzewionymi prorokamiswojego domu myśleniai skrajnymi przywódcami sercw salonach awangardyserc wystawionych na atakiekstremalnej nieprzejednanej miłościJak Bóg przykazałwyciągamy ręce do duszypo cierpliwośća tamrozgorączkowanie jaźnii pycha łypiąca złym okiemna upokarzającą nieśmiałość delikatnościJak Bóg przykazałjesteśmy zacietrzewionymi prorokami,którzy ganią siebie i światepatują zmyślnym miłosierdziemdla pokonanychJak Bóg przykazał?
>>>
Kiedyś znowuto nastąpi, gdy głowę oderwąa piersi będą najwyżejto nieodwołalnie nastąpi takjak teraz?ta głowa będzie symbolemte piersi dziełem sztukito nastąpi chyba w ten weekendw tą sobotęw najbliższy poranek przespanytornado z okolic Australii wychynie z komodyjego macki jak ramiona odmrożonej ośmiornicyzakręcą tobąi głowę urwą zbyt kolorowej ofierzepodwodnych miłościpozbawionej naturalnego środowiska rafykiedy?– kiedyś– już niedługo– po piątkowej nocyantypodą będzie twoja myśla tors zaświeci w sierpniujak piersi syreny w ciąży
>>>
Idź śmiało przed siebieżurawiu ibisie flaminguidź do końca korytarzamijaj ściany humanariumpokryte zapisami nutowymiporannych pieśni kultowychidź jaskółko bocianie orleidź w kierunku ścianyna końcu korytarzazamykającej humanariumściany bez inskrypcjiczystej jak złotoidź ptasi rodzie, idźdrepcz na szponiastych łapkach szeleszcząc pazurkami klap tymi małymi płetwamina majolikowej posadzce pełnej ornamentówkwiatowych pyłkowych owadzichidź powoli zanim nauczysz się lataćw klepsydrze symbolinieodwracalnej woliery eryprzemijającej matematycznymi wzoramipelikanie pochylony nad własną piersiązatrzymaj się skręcony w wiolinowy kluczzaśpiewaj przybyszom z Gondwanypierwszy
>>>
Zawsze ilekroć skrzat się krygujea świerszcz świerszczyprzychodzi leśny olbrzymi dmie w piszczałkę nieokiełznaniapotem skręcony skrzat dopasowujesłowa do jego ciężkiej melodiirównie zakręconej jak wierzbowe łykona piszczałkii śpiewa skatem a potem jodłujetakie łyka są wszędzie w Polsce dostępnezawsze ilekroć skrzat się krygujea świerszcz świerszczyjakiś ostatni ptak przelatuje gwiżdżącjak rozgwiżdżona nocna lokomotywatakie lokomotywy są wszędzie w Polsce dostępnepotem jest parowozownia i lament w niej olbrzyma,co rozlewa się wszędzie jak tłusta oliwaprawda tutaj nigdy nie wypływajanczarzy allaha i rycerze trójcyjak mamelucy mamony i dziennikarze histeriipodwieszeni na dronach i balonachkrzyczą coś nad dachamitakie balony są wszędzie w Polsce dostępnekażdy podnoszący rwetesma w pobliżu swój minaret lub kopułę w wolframiegładką ścianę po której skręcone zawołanie muezinapnie się jak wisteria, co nigdy nie zakwitazawsze ilekroć skrzat się krygujea świerszcz świerszczyprzychodzi leśny olbrzym i wzywa do rzezipotem wpływa lotniskowiec śmiercii zamiast muezina słychać płacz marynarzyna bukszprycie siadają ptaki głuptakitakie bukszpryty są wszędzie w Polsce dostępnezanieczyszczają go od dziobuwidząc ten horrorskrzat już się nie krygujetylko schodzi z kapitańskiego mostkai nie patyczkuje się po wielokroć..a nie…on tylko zaczyna tańczyć tango z mopemstarając się zachwycić olbrzymapalącego na rufie jakieś tajne listy z kory i łyka,który z fagotem w ręcejak prosta rura nadająca tordmie w niego próbując rozbawić skrzatado krwi leśnejtaka krew jest wszędzie w Polsce dostępna
>>>
Tego już za wieleod tylu lat ciebie nie maco ty sobie wyobrażasz?a ja czekam tutaj roztrzęsionytego już za wieleod tylu lat, dni i chwilnie mogę skupić się na niczymtylko te myśli o tobie jak obsesjagdzie ty się podziewasz?tego już za wieleczekam żeby minęła ta czkawkaczkawka kukułkiczkawka rozdygotanych pragnień na językuod lat, od wczoraj, od ranaczekam od plejstocenuod tamtego, znamiennego spotkania twarzą w twarzod predestynowaniatego już za wieleza wiele, za wiele bezdźwięcznych drgnień powiekinie zmienisz mojego przeznaczenianieobecnością pieśni z wnętrzabo czekam i pragnę wyłączniez własnej wolnej wolia może mnie predestynowanegoporzuciłaś rzeczywiście– spiekoto serca
>>>
Porfirowe gzymsy zrujnowanych kamienicoświetla pełzające światło zachodzącego słońcastrąca lustrzane wizerunki z okieni kurz z brudnych firanekpotrąca anteny, przeciwśnieżne i przeciwptasie grzebieniena skostniałych bezludnych okapachnagrzane gołębie w letargu przycupniętei choć widzisz stan tych kamienicsam nic nie możesz zrobićjest już prawie wieczórdzień nie chce się skończyća cienie się wydłużają w nieskończonośćkamienice są jak wulkaniczne skały na greckich wyspacha zardzewiała blacha na nich jak jeziora zastygłego lakubezosobowy, przeciągły krzyk nad miastem, słońce i gołębietylko twoim zmysłom dostępneto grecka idea proporcji i równowagisam nic nie możesz zrobićdla swojej ulicyjak z fotografii rodzinnej ukrytej pod dachami Paryża,który dźwięczy w głowie smutkiem zapomnianych kapliczekwmontowanych w fasady domówsam nie możesz wskrzesićani miłości przodków ani młodości miastapomódl się tylko za gołębiezasypiające jeszcze za dniajak ty zastygający w porfirową bryłęwłasnego sarkofagu
>>>
Zamiast masakrować baudelaire`owskimi myślamitwoje nagie zwielokrotnione ciałozamiast się pastwić sensacyjnienad jego ekstatycznym nieokiełznaniemw neurotycznym wyuzdaniuzamiast obsypywać piersi i brzuch larwami grobówi krwawymi ranami chorych pożądańpocałuję cię po prostu niespodziewaniedelikatnym dziewiętnastowiecznympocałunkiem dostojewskiego idiotyo ileż to bardziej miłosneo ileż bardziej namiętnei prawdziwsze i boleśniejsze
>>>
Półćwiartek donosiciela bratpółbrat konia trojańskiegozmiennik długulennik taborowych,gdy nazwy niecności wyczerpał spał,gdy wyczerpany spał napadły go nimfyjest już Wernyhorąpółśrodków półrogów półsznurówjuż nie śpi – drzemiebladoniebieski na tle zorzy w lesielesie nordyckim w ujęciu kulbyła nostalgia nad kręgiem polarnymwywołała w nim niedokończenia wietrzne buntupotem niecałe cząsteczki uderzyływ dzwon sądu ostatecznegopełna zmysłów czara atomowych grzybówkolejnych zrezygnowanych wykwitówustawiona na scenietasiemiec już nie gastryczny rzucił się na nieuzbrojonyjak kolej żelazna w rdzesumienia nad tundrą to seledynowe horyzontalneślady półlegalnych wędrówek gęsi Boschawokół niegogrzech otworzył oczyproroczy niecały
>>>
Skoro świt jestem cały we mgleze wszystkim co posiadami nie jest mi źlea wiele posiadamtylko mgły jeszcze niewidzę czubek nosai jest okejdrzewa to cienieludzie to zjawyczas to szadźnie jest mi źle z tym okiemna czubku nosalecz tęsknię i lekko potrącamsmyczkiem kolejnej przerażającej żądzypragnienie mgłyjest wszechogarniające gdy drżychciałbym ją mieć dla siebie w sobiechciałbym zakryć nią drugą twarzusłużne gesty zapraszają jej kolor kosmicznyskinienia kształty a oddechy bytprzez oko i nos wchłaniam jąjak własną niemoc jak szczęściebędę trwał w nim do ranaaż słońce jak wiatr rozerwie mi serceręce zatrzymają się jak skrzydłaumierającego wiatrakaw czystej postaci będę wszystkimco niewidzialne i ulotne
>>>
Nowa piramidapowstała w mojej głowiepomyślałem sobieprzetrwa tysiąclecia taka wspaniałapomyślałem sobiepiramida historii prawdziwego człowiekazanim dotarło do mnie– ojej! jeszcze nie teraz!
>>>
Uosobienie archaicznego smutkuz oczami jak zapalone właśnie uliczne latarniejak znicze wciąż płonące pod pomnikiemsiedzisz samotniezawsze na tej samej ławcew milczeniu absolutnympatrzysz poza ten światna plantachw metrzew muzeumw parkuw ogrodziew kościele pod chórem– do pełni szczęściaczegóż ci dziecino potrzeba,czegóż?– czegóż?– śmierci!
>>>
*Za co winić zwierzęta?
Za co winić zwierzęta?za co je winić?gdy wciąż trzymają strażi moszczą legowiska w naslub pogodę, która jest dziełem przypadku?gdy winnym jest kusicielale nie mów, że kusi cię wiatrże wzywa cię morzeże pragniesz słońca ponad wszystkoże musisz przetrwać za wszelką cenęza co winić zwierzęta?za co je winić?gdy tak głęboko ukryte w nasmilczą do czasucierpią do czasua potem odpowiadają na zewtak samo jak ja i tyzew krwiza co winić zwierzęta symbole?za co je winić?gdy zamknięte w ikonachbredzą w naszych głowach o instynktachpo cóż się trudzić nad teoriami i wynalazkaminad spisywaniem frustracji, przeżyć, fantasmagoriijeżeli i tak wychynie z nichstado, wataha i rójwyruszające na żerpo jakikolwiek łupza co winić zwierzęta?za co je winić?jeżeli jużto za zbytnie przywiązanie do człowiekatego polującego na innych ludziw obławie z nagonką>>>
*Zabalsamowany w przyszłości*
Kieszeń piramidalnych zaświatówa w niej sąd oczywisty jak śmierćchcesz by był przychylniejszy w te dniskładasz daninę ze swoich najlepszych chwilty szelmo pomyliłeś instancje Szeoluza życia osądziłeś sam siebiei cień twój pełza na brzuchu jak wążzakryty przez kurza sąd prawdziwynic nie może zrobić dla ciebie wciążbo jesteś jeszcze żywychoć nad wyraz zabalsamowanyw przyszłości, którą przecież oddychać nie możeszpłuc pozbawiony
>>>
*Kasztanowiec*
Kameralne przechyły kasztanowca na fregaciepiersi na pokładzienogi na pokładziesłońce w ogrodzie botanicznymprzekracza zwrotnik zielonościwypływa na szlak białej pianyi rozpływa się w delikatnościkasztanowiec jest majem i masztemtwoje ciało żaglamipłyńmy ku brzegowi południana moim pożądania statkuprzekroczmy teraz równik bezkresu wiosnydelikatnie zagrajmy na gałązkach i kwiatachhymn porywujak wiatr krwi na szotach i wantachwszak ja jestem żaglowcem botanicznymsam zew morza tobą
>>>
*Zeszłoroczny motyl*
Nie jestemnie byłemcóż jeszcze wiosenny kwieciechcesz wiedzieć?nie będętwoim deszczemzaowocuj beze mniejestem i będę za totwoim pochlebcąz daleka i z bliskadrżącym przez ciebie na cielecałym od stulecitak piękny dla mniew tę jedyną noczaowocuj nie dla mniedla mnie zeszłorocznego motylaspragnionego słońca właśniezziębniętego dzisiajspragnionego bardziejsłońca właśnieniż nektaru i gładkości twojego kielicha
>>>
*Skala*
Łagodny bólból srogiból nie do wytrzymaniasubiektywna skalawyznaczona nie wrażliwością nańa oddaniem siebie
>>>
*Miejsce na żarty*
Jest w życiu miejsce dla niewybrednych żartówz diabłai tylko tylez samego siebie już niedopóki żyjeszjest w życiu miejsce na żartyz życiaze śmierci już niedopóki żyjeszi tylko tyle
>>>
*Święta wśród świętych*
Z dawnych Polski powstańczychtyś rycerzem w garniturzesekwojo wierzbo moja samotnałozami unieś mnie ponad śródpolne ostoje klonówkryjówki jeszcze nie klonowe lasyale ja ich syrop historii spiję jak wino owocowerytuał uczynię ze spijaniasprawię, że pogardzisz zbroją mojąale mną małopolskim rycerzem już niewyjdziesz mi na spotkanie przez bramę rojnąz dawnych Polski w mnogich działaniach zbrojnychtyś kołodziejem w garniturzeklecisz wozy kolorowe taborowe sejmowena wyspach rzecznych niecisz pieśń żółwia błotnegopotem guano z jaskiń ojcowskich wywozisz na pole zamiast obornikaz podgrodzia do miasta wjeżdżasz przez bramę gnojnąjakże ważną dzisiaj dla parlamentaryzmuz dawnych Polski szlacheckichtyś sarmacką dziewoją w strojnej narodowej sukniz lubością niesiesz piękny dzban na głowiestąpasz po schodach do sadzawki owczejjak by była Siloe albo, o czym z premedytacją zapomniano – Mamilawchodzisz przez bramę wodną wciąż czynnączasem tatrzańskie świerki przelatują ci nad halną głowądobre drzewce na oszczepy Saulana maszty i piki Naczelnika Państwa sosny krasne są nad Wieprzemz dawnych Polski ludowychtyś forysiem w surducie i cylindrze z aluminiowej foliiz odrzutowym motocyklem w niklowej wozownipomostem dla powrotu z odysei kosmicznej z chrześcijańską brankąna jej planetę Gliese 581 cznanego w polskiej kniei klonów pod nazwąPowrót Tobiasza z Gwiazdz dawnych Polski niebieskich tyś słupem soliwchodzisz do Wieliczki przez bramę solnąi zostajesz na zawsze świętą Kunegundą wśród świętycha nie Abrahama szwagierką głupawą
>>>
*Serwuj serce*
Przed obcymdomykaj domchroń chatęspowijaj sadybęskrywaj serajasekuruj azylokrywaj okrainęa przede wszystkimserwuj serce
>>>
Na nic zapasy kwiatóww sercuna niczasuszone w książkach gesty ukochanychprzez wiatr zerwany kapturwłosy rozwiane jak wierzbowe witkipłatki kwiatów śliw i czereśnizaniesione na skraj horyzontuhoryzont nietknięty uczuciemnie odgadniesz do końcakwietnych zamiarów w sercucałopalnych podrygiwań młodych owocówna letnich gałązkach,gdy noc przykryje ogródtwój pierwszy ogródhoryzont nadal świecipatrzysz nań z miejsca horrendalnego,hermetycznego, homoidalnie roślinnegojest na skraju łąki życia i miłościwłasnej jak serce jeszcze niezmienione w słup solia jednakoczekujesz pochwał zza horyzontuz cudownej, nieziemskiej krainy snubo ten horyzont przed tobą niedojrzałya za horyzontem, za unicestwieniem raju,widzisz to,co jest początkiem bólu
>>>
W niedzielnym kazaniuco mam ci rzec?krwawa ukochana Polskoty krwawa ja co dnia krwawiący dla ciebieczy na pewno?stoję na ambonie leśnejprzed ścianą nowego lasu ustawionejjest świt myśliwegoporanek hosanna buntownika zabójcywiatr porusza na łące tymotkąprzepiórka się odzywa pierwszaja milczę, czuwamkrwawię w absolutnej ciszyz prawdziwym atawizmem skrywanym w duszyukładam w głowie kazanie pierwszomajoweleśny skrzat odrywa się od szarej ściany drzewwybiega wprost na mniejest lekko czerwony, przekupiony, załganydobiega na odległość rzutu siekierąrzuca nią we mniez łowczego wrogów staję się celemskrzat jak zombiedziwnie porusza się półprzytomniejest krwawym Szelą?tym opłaconym przez obcych zdradzieckim sabotażystąEuropejczykiem jak oniale cóż, ja także, czyż nie?topór ląduje celnie na moim ryngrafiez nim tkwiącym w piersiranny wypadam z ambonykrwawię na całegopatriotycznym niedzielnym świtempowstanę zanim błyśnie jutrzenka swobodyot całe kazanie myśliwego!
>>>
*Gdzie jest Europa?*
Suza nie jest Europądlaczego?Kartagina nie jest Europądlaczego?Aleksandria nie jest Europądlaczego?Wandea, Dachau, Srebrenicato jest serce Europydlaczego?
>>>
Żal za dziedziną utraconążal za samym sobą na dziedzinie utraconymwielu, w tym i ty z sentymentempatrzy z wysoka na swoją dziedzinę zdeptanąi marzy o patriotycznym niebiedla twardzieli o twarzach kamiennychrozstrzeliwanych przez wrogów nacjiale nie jest tak, że delikatność przypadkowościi łzy dziatwy wylewane za ojcem wiekowymodchodzącym ja zwykłe słońcew swojej porze – są nietrafnew okolicznościach sprzyjających powiewom sztandarówuwznioślają słusznością trwaniażal za utraconą czcią dziedzinyżal za samym sobą utraconym w cnociepowinien cię nastrajać bardziej nostalgiczniejesteś przypadkowym spadkobiercą – nie łódź sięnie ty stworzyłeś to wydeptane poletkolecz geologia archaiku i jego duchówporzuć marzenie o tronie dla przodkagenealogię pozostaw mięczakomzajmij się ratowaniem prostytutek i narkomanówzalegających jak zakurzone książkina półkach w zapomnianych bibliotekach ulicw żadnym mieście nie masz nicw mieście nie masz dziedzinyprzenieś się na przodków poletko lub lepiejdo bibliotektam się przenieś – sługo przeszłościwładco bogactw nieużytych nigdy dla innychwładco spojrzeń nielitościwychbezładnie krwawiących na szafotach pogardydla wydziedziczonych przez losodnalezienie czegoś na poletku Pana Boganie równa się z władaniem historiąnacja nielitościwych przeminiebój się skargi anioła czystościwniesionej przeciw tobiejeszcze spoczywającego w dziedzinie przodkówbez zmartwychwstaniajeszcze kołującego nad dziedzinąbez wniebowstąpienia
>>>
*Uczucie nieuświadamiane do końca*
W czymś na kształt sercaprzechowujesz kruche uczucienieuświadamiane do końcatak jak wiedza o sercuznikoma jest twoja wiedzao uczuciumasz samowiedzę psychoanalityka skażonegociągłym wpatrywaniem się w ludziwypytywaniem obcych tobie i chorychideowo jesteś estetą i nie wieszco to idea upadkuw twoim świecie brak ascezydlatego, że nie znaszznaczenia wszystkich słównie przeczytałeś Biblii do końcazatrzymałeś się na Księdze Koheletatwoje serce jest tylko amforąna piękne polne kwiatybrak w nim stabilnej pulsującej dobrą nowinąświetlistej jaźniczłowiekadrugiegopragnienia dotykaniapodtrzymywaniawynoszeniawspomaganiaczłowiekaw łachmanach i ranachświatłaoczu jegojest tylko kruche uczucienieuświadamiane do końcajak możesz wpatrywać się w ludzi?jak śmiesz zadawać im pytania?zrozum – to łaska!
>>>
*Ciężki zawód*
Ciężko jest patrzećna kłamcę zadufanego w sobieciężko jest słuchaćjego pochlebcówznojnie trzeba dźwigaćjego pochlebstwanawet niespodzianki kłamcynie będą nigdy zaskoczeniemwokół kłamcy przedstawicielewszystkich służb, branż i zawodówa jak za kłamcą staną autorytety i mediaciężko będzie wtedysprzeniewierzać się państwu, ale trzebaa gdy za kłamcą stanie naród?pozostanie ci tylkopustynia, jaskinia, erem, słup?gdy kłamca zabierze ci rodzinępowiesz – to nie moi krewnigdy kłamca zabierze ci przyjaciółpowiesz – nigdy nimi naprawdę nie byligdy kłamca powie o tobie– to fajny, ogólnie lubiany gość,zobaczcie jakimi kolesiami się otaczał,no super gostki, naprawdę ekstrapowiesz – byłem i jestem odludkiemgdy kłamca weźmie z tobą ślublub da ci rozgrzeszeniewtedy przeżyjesz prawdziwyi najcięższy zawód
>>>
Jak biegnie czas tak biegniesz i tyw lakierowanych półbutach szaleństwana nic modlitwana nic taniecna nic śpiewnie prześcigniesz swych łezczcisz ofiary wojny, której dawno już nie machwalisz Boga, który ciągle jestjego czas i jego wielkie buty na niebiewidzisz z daleka i wieszjak buty są ważnesam boży szaleniec wieszjak ważnym jest biectwój bieg przez minowe polewyobraźni i własnych oczekiwańspowalnia dziejowy wiatrunieruchamia pobratymców siećjedynie śnieg inteligencjipobudza do biegu ciałojedynie spadające głownie przemyśleńpobudzają ciało do gestówjest zima potem latowskazówki obracają się jak koła parowozówty w biało czarnym dresiez paskami na udachz oberwaną kieszenią na pośladkui wciąż w niebieskich butach jak Bógprzemierzasz bitewne polapodążające za tobą chmury to osiągnięcia cywilizacji,na które jest przyzwolenielecz już nie dotkniesz ich łezgdzie twój smutek – już za plecamia gdzie radość – już za plecamigdzie twoja miłość – już za plecamigdzie twój gniew – już za plecamigdzie twoja śmierć figlarna kolorowa– wciąż przed oczamiw eksplozjach
>>>
*Żonglerka*Oko to okopokop to wojnaprzedpole to ojczyznazając to zjawazjawa to strachchłód to modlitwamodlitwa to wiaraksiężyc to grzechgrzech to rzeźkartacz to śmierćśmierć to wolnośćwolność to pamięćpierrot to łzyłzy to mirrafeniks to życieżycie to wieczność(człowiek także)ogień to słońcesłońce to ZiemiaZiemia to piłkapiłka to kulakule to symboleżonglerka nimi tożycie albo śmierćlos to oko(oko to Opatrzność)>>>
*Zawistne słońce*
Zawistne słońce chce być jak ty,gdy mówisz do siebiesłońce świeci przerażającoscharakteryzuj jego zazdrość i określcałonocne owe zachowanierano powie – to potwarzZaiste słońce bywa jak tyrobisz zwykłe krzesło jak cieślai kantar jak rymarzskaleczone słońce krwawi na twój tematpatrz i mów – o czym krwawi słońce?ty to dobrze wiesz!Zastane słońce było jak ty,któryś w przeszłości potrącił klepsydręzbiłeś ją i co teraz?czy jesteś tak jak słońce?czy może zupełnie inny?wejdź w jego położenieprzestań się spalać – czy będziesz istniał?Zawczesne słońce to przecież ty całej swej krasiewyjedź z domu i poruszaj się od ranapo tej samej drodze do obiadua po południu utnij drzemkęnależną sługom nagimwróć do domu wieczoremumyj nogi swojeZwierzęce instynkty wyglądają jak ty– symboliczniesłońce ze strachu łagodnieje, połyskujeumyka byś mógł zapanować nad dniema ty biegniesz za nimstrzelasz na oślepwiarygodnymi uczuciami spojrzeńblasku przydajesz słońcupatrząc na nieZawistne słońce nie wytrzymuje spojrzeń,odwraca wzrokcierpi zawstydzone twoim snemdobrze wie, że nigdynie dorówna człowiekowi,który bezinteresownie pisze wiersze
>>>
Kandydat na zwierzę wreszciejest dzisiaj obecny w sądziekruk trzyma ser w dziobie to barristerzaraz coś powie nieistotnegokandydata na prawdziwe zwierzę płowewłaśnie wprowadzono na sądową salęrozpraw z takimi jak onjeszcze miota się i krzyczy chcąc przekrzyczećjazgot opinii publicznejbarierki, obroża i rośli mężczyźni powstrzymują golis młotkiem prosi o ciszęmłotek uderza w sędziego pokojuwypuszczają stada dziennikarzy i fotoreporterówsą flesze i notatki jak stalowe celne motylepo chwili jest po wszystkimodczytują oskarżenie, mowę obrończą i wyrokwślizgują się na salę politycy i prestidigitatorzykandydat zdycha zaraz na ich widokale wtedy jest jużhistorycznym zwierzęciem pełnokrwistymczyni to jednak na dany z ambony znakkruk przemawia wciąż do lisa pałaszującego serwylizującego resztki z podłogitruchło pełnokrwistego zwierzęciawynoszą owinięte w gazetę sądowąna ostateczną konferencję prasowąnie ma sędziego pokojunie ma apelacji od wyrokunie ma żalu i zwierzęcianikt nie chce być już zwierzyną płowąjest tylko syty żmureki naśladujący głosy barristerChwal Ćwik
>>>
*Jedyny ślad*
Znaleziono jakąś belkę z rozbitej tratwyna rafie? na plaży? na skale?– nie!tym razem – w sercu!w przestrzeni wiary w miłośćdrzazgi z niej unoszą się na falacha rozbitek żyje? gdzie jego ciało?odnaleziono ślad po nim? jest jakiś znak?– jedynym śladem jest oceanłez
>>>
Kwiat trójbarwny dla wątpiącego prałata łąkw głowie mającego wolność rabaty jak kajdanykwiat dwubarwny dla mściciela klakierawcześniej strzelającego z gumki w łysinę aktorarecytującego deklarację wolności fioletowego płomieniakwiat jednobarwny dla zegarmistrzaprecyzyjnego nastawiacza zegarów tykającychna domniemanej planecie Proximy Centauriprzypominających o istnieniu jakiejś opętanej cywilizacjistworzeniom odległym od wolności o parsek z hakiemkwiat przezroczysty jak ty dla katawykonującego wyrok śmierci na skazanej wolnościkwiat jak ty w butonierce kata zajmującego miejscena mównicy w czasie Zgromadzenia Ogólnego ONZtuż przed egzekucją
>>>
*Marzenie wymaga ofiar*
Rozkwita nad chińską rzekąmarzyciel bławatpotem skacze w nurtHuang Heale nie toniepływa jak Sun Zipo powierzchniwojna wymaga ofiarale nie wśród strategówbławat zabarwia skisłą rzekęna czerwonotak się prowadzi wojny z realistamiw jedwabiach z pałeczkamijak krew marzycielska czerwieńzabarwia stopniowo cały krajwódz, naród, przestrzeń, czaswykorzystane zgodnie ze sztukąmarzenie wymaga ofiarale nie wśród marzycieli
>>>
*Zawrócić póki czas istnieje*
Zawrócić z drogi póki czaspotem opowiedzieć rodzinie o jakiejś przeszkodziezmienić oponę i rodzinępotem nachalnie domagać się odszkodowania od księżytak czynić może ktoś, kto zakłada od razu,że na drogach będą przeszkodytak liczne jak zezowate znaki, drogi i pojazdyzmierzch na nich, deszcz na nie, światło na niezawracanie, zawracaniemoże to uczynić ktoś, kto samowolnie oddala sięod zapowiedzi podróży do końcaa potem obwinia kominiarzy krzycząc– dym się snuł wszędzie nie mogłem dostrzec celuZawrócić z drogi póki czas istniejepotem stać się wierzbą przydrożną, za płotem, za łąkąz siatką pobiec przez łąkę wyłapującsamych ludzi obcych jak sąsiedzi – trzmieleZawrócić z drogi póki czas istniej niezmiennypotem ujadać jak szczeniak niegroźnie – na swoich bliskich, chcąc zmusić ich pierwszych do odejściaalbo natarczywie nastawać na koronczarkiprzed festiwalem koronek, co jest jak zakazana korrida dla bykówZawrócić z drogi póki czas istnieje niezmiennya przestrzeń bez transcendentnego celu
>>>
Miałem sen dziwny senzobaczyłem w nim Thora rozłamuprzemawiającego na tleschodów do Białego Domuw jednym ręku trzymał szewski młoteka w drugim kulisty piorunprzed rzędem mikrofonówwycedził przez zęby –w miarę rozwoju wolnościbędzie przybywać ofiar dzieciw miarę rozwoju równościbędzie przybywać ofiar dzieciw miarę rozwoju braterstwabędzie przybywać ofiar dzieciw miarę rozwoju naszej demokracjibędzie przybywać ofiar dzieciw miarę rozwoju naszej tolerancjibędzie przybywać ofiar dzieciw miarę rozwoju naszego otwartego społeczeństwabędzie przybywać ofiar dzieciwtedy mrok okrył Ziemięi pojawiły się dusze małych dzieciwirujące jak robaczki świętojańskieobsiadły Thora i przemieniły w świetlny obrazStatui Wolności Opromieniającej Światw postać kobiety w powłóczystej szacielecz z twarzą wąsatego mężczyznyorędzie zgasło nagle jak spalony neonale głos Thora wciąż słychać było na jawiemolk molk molk molkou la Mort
>>>
*Podróże w miejsca nieznane*
Dla duszy najlepsze są podróżew miejsca nieznane– dowodzi tego franciszkanin Benedykt Polakdla duszy najlepsze są podróżew ciemność za widnokręgiem– dowodzą tego wyprawyEryka Rudego, Erikssona i HeyerdahlaVasco da Gamy, Magellanano i oczywiście tercjarza Kolumbagdy Benedykt Polak powrócił z sercadzikiej skośnookiej, przerażającej Azjistał się złotoustym, pierwszym orientalistągdy katalońska Santa Maria przybiła do brzegui Krzysztof wdrapał się na pierwszą kolumnęwskazując kierunek do Europystał się nagle tym,kim nie przypuszczał, że zostaniei nie marzył, że będziebogatym Bogiem Ameryki w Indiachpomodlił się na złotym piaskui nieznane okiełznanezostało zabranejak złotona statek duszy– tak bogactwa światów zdobywa sięwędrując pod prądprzeciw myślom własnymby dopełnić samoświadomośćby skompletować duszępodróż na Marsa jest dziś pilną potrzebądla łaknącej ładu ludzkiej naturyniezbędne jest kolejne przekroczenie myślirzek nieznanychzłotodajnychratunek cywilizacjinowa Santa Maria
>>>
W roli przywódcy obsadzono ćpunapotem było lepiej niektórymnaród odetchnął piersią niepełnązaniemówiły skały, ptaki i drzewazerwał się wiatr historii lecz na próżnoszybko uśmiercono go mgłąpotem ludzie mieli dość ekscentrykalas podszedł pod mury stolicyspalono kukłę śmiercidym rozweselił gawiedźwskazówki zegarów wybiły zęby Quasimodo katedryi zaczęło się ich odliczanieprzed jego odwołaniemmarsz przeszedł pod mostamispecyficzny sprośnyoszalałych koni homonie zauważył ich nikt prócz kalekiego Quasimodo katedryani wiatru ani słów ani jednorożców wodzów przejściowychnie pożałował niczego niktgdy zebrało się na płaczpierwszemu powstańczemu dzieckuna krótką chwilę zatrzymała się centralna rzekaa potem zniknęła w lejkowatym ujściuniewzruszona zdegustowanakoniec końców ćpun do końca na stolcuwypalił się i sczerniał prawie bez słowajako symbol tolerancji zwiądł jak liśćz popiołu powstały w popiół się obróciłnie zostawił nawet coś niektórymdla pokoleń nie załatwił nicwtedy dostrzeżono pod mostemzakrwawione rycerskie dziecko na koniu heterorzeka znów się zatrzymałana dłużej tym razemgdy ruszyła ponowniew dolnych jej rozgałęzionych biegach czekano niecierpliwiena papierowe stateczkipuszczane z mądrych uniwersalnych mostówwciąż żywi kapłani partii umarłychwybiegli z kościołów partii idei nowszychwprost na bulwar biegnący do zamkua za nimi ich sprzymierzeńcyz gołąbkami pokojuściśniętymi w garściach jak gałganykrzycząc – nigdy więcej, nigdy więcejnigdy więcej łez i wolnościna komendę wyrzucili je w góręone zduszone spadały martwepac, pac, pacu stóp bardzo wykrwawionego dzieckaprzebitego gazetą powszechną
>>>
Składnie skomponowany klomb językowyze słów męskich nie naprzemianległychziarnistych, kiełkujących w cieplepofrunął w kosmos wyznań po uderzeniu miejscowymkomanda wyemancypowanych Syreninfudybułowane chronosynklastyczniez impetem wyrwane słowa sterowane przypadkiemzakwitły holograficznie w przestrzenigdzieś w schyłkowym Orionie letnimten bezglebny kobierzec słówlewitował chwilę jak Zaratan wodnynad oceanem grud, brył i skib galaktycznychSyreny zamiotły ogonem rybimchmury, dymy i mgławice po czymrozsypały iskry gwiezdne dla poległych kwiatówodpłynęły na Marsa z mężczyznamizmutowanymi tak by przeżyć bez słówskładnie skomponowany klombzostał koniec końców odtworzonyi też przeniesiony kaprysem na Marsakamienne zbocza wzgórz i łożyska ichnich rzekwykarmiły kwiaty formalne dla odmienionych mężczyznksiężycowe kwiaty wypolerowane fikcjąnadały się na bukiety prezentów żennychmutanci wąchali, mutanci sapali przy tymi tak powstały lejkowate wiersze planetarne dla wybranekzupełnie zapachowe, zupełnie nieodgadnionezupełnie bardzo przyjemne w odbiorzeodkryte kobiety odrzuciły uciążliwe płetwy ogonowei powrócił na Ziemię z oślimi głowamibez mężczyzn i wierszy – uwolnione
>>>
Parki krajobrazowe germańszczyznywbiły się w zielone płuca Polskibiedronki pierwsze o tym opowiedziały żabkomi tak się narodziła plotka o zranieniach nacjalnychpłotka żyje własnym życiem,jak gospodarka oddzielona od politykiroślinność i zwierzęcość germańska nie dominująca jeszczena wielu nizinnych stanowiskach nasłonecznionychzakrawała wciąż na polańskośćjednakowoż, no właśnie…ten nietypowy płazologiczny symbolnie znalazł uznaniana najstarszych skałkachi gołoborzach podwyższeń krakowskiego sylurua w końcu europejskiego permu i karbonuna wydmach, ostańcach i wapiennych prządkachuformowanych z fitosfery bezperłowejsięgających głębin epok aż poczysto polskie kości i marmurytriasu i juryno i co tu zrobić z nieakceptowalną germańszczyznąwżynającą się w węglowe krajobrazy polodowcoweani wielogłowe ptaki cudaki ani dwunogie lwynie pasująno właśnie, nie pasująod gór zaczyna się równanie tendencjiludyczno-ościennychczasem trzeba zapomnieć o kierunkach równaniabo w krajobrazie można natknąć się na obcychnie tylko uralskich jeźdźców pyłkowychi zarodków wypisz wymaluj z Gobiale nawettych podejrzewanych o obcość stopnia drugiegochińskich i marsjańskichto kopalnie i wodotryski dziwactwwiszące rośliny i ludzie wciskający się z brudem stuleciw przeczysty krajobraz polodowcowykrystalicznych wód dennych i morencóż to jest mieć w płucach oścień germańskiwobec powracającej ciupagi kangurajak plotka głosi nie tykającej –jednakowoż, no właśnie…samej tkanki narodu
>>>
*Bohaterowie ojczyzny nieśmiertelnej*
Bohaterowie nie poddają się nigdy
do śmierci lgną jak do piersi karmiących ojczyzny
ich oczy ich brwi ich usta wyraziste łapczywie
skłaniają patrzących na ich twarze bitewne do zamyślenia
do skupieniu uwagi na nieuchronnej śmierci wszystkiego
nędznicy sądzą, że napięcie mięśni przeminie
że nie będą musieli wyjawić swojego zakłopotania zdradą
a prawo pięści i wojen, prawo ścinania głów
pozostanie zarezerwowane tylko dla nich na zawsze
bohaterowie muszą zginąć za ojczyznę ideę
to z kolei ich niezbywalne prawo
ich cienie już dawno przekroczyły Berezynę
a oni uwikłani wciąż w ostatnich potyczkach
nie tracąc honoru i splendoru kwiatu armii
pozostawiając malkontentów na pastwę nicości
stawiają ostatni most palą ostatni most
jest czas bohaterów, czas śmierci za ojczyznę
i czas ludzkich psów rozszarpujących ich ciała jak żertwy
ujadających na maruderów chorągwi w odwrocie
działa toczą się wolno za trzonem armii, za nimi tabory
lecz są na jej potrzeby jak krew
jak korpus generalski zdziesiątkowany ale ocalony
z dział wystrzelą do psów i ludzkich nietoperzy ogłuchłych
bohaterowie w mundurach uszytych rękami ojczyzny
ocalali w słowach bez ciał bez ust
w najlepszych pomnikach zbawieni
utuleni w urnach przy piersi swoich prawnuczek
zasłuchanych w legendy ułożone przez wnuków
bohaterowie ojczyzny nieśmiertelnej
>>>
Skamander Troj na sali rozprawto jaszczur człekokształtnywrażliwy jak członek Specnazna stratę towarzyszana rozbicie butelki z wódkąprzez anioła stróża armiiale nie na łzy homeryckiego królastrzelec mierzył do anioła– celniewidziano to z monasteru w Mostarzestrzelec siedział na rubinowejgwieździe Kremla– jak zwyklestrzelcem był wyborowy wywiadowca enerdowskitak więc jest już jasneSkamander Troj to nie prowokator– to prawie pewnepozostało do rozstrzygnięcia niewieledo oceny teżkolor włosów, kolor skóry tego prowokatoraSkamander Troj to skorpion człekokształtnymówiący dialektem nieznanymz genem er jeden lub er jeden a jedenz grupą krwi zero er hai mlekiem pod nosem– bez pochodzeniasędzia wstaje, zamiata ogonem do taktupoprawia czapeczkę na rogachtupta dwa razy i krzyczy – hikory-dikory-dock,przyznaj się Troja on – nie przyznaję się i bęc,anioł zmarł od uderzeniagorąca, spazmu, wiersza, pociskui nic tu nie pomożedoszukiwanie się winy w małych świnkach– jak jaBelzebubie, wężu morski, rozprawiaczu– zaakceptuj toSkamander Troj wrażliwy człekokształtny gaduwolniony zostaje od Specnaz
>>>
Stonowane płatki zimowej przylaszczkidominują w każdym aspekcie zapustnej pogodyprzed zmianą i po zmianie zapachowych epokkarnacja jej jest nadal ciepła i przyjaznajasna i nostalgiczna jak zeszłoroczny śniegnawet mastodont powracającyz drzewnego centrum handlowegonie zdołał jej wdeptać w błotoona i błoto potrafi zmienić w basen artystycznyuległością wobec czasu, ludzi i zwierzątoch, gdyby odleciała na zimę do zmiennych krajówmniej polskich a bardziej plejstoceńskich jak dębik i ważkanie nasłuchałaby się nienawistnych gardłowych waśniwcześniaków wieśniaków z poronionymi grodzkimioch, gdyby nie naoglądała sięprzemarszów aborcjonistów i transseksualistówbyłaby bardziej inna w stałości unikówa tak mastodont przeszedł po jej runiekierując się ku zawilcom agoniizdesperowany ciepłem, zrozpaczony wyginięciemwyrwał jej serce i wątrobę na ofiarę ubóstwianym mrozomale ona wiecznie zwinna, niezniszczalna, teorii hybrydapowstała z galicyjskiej glebyw jego śladach okrutnie śnieżnychoto on zaginął a ona żyje wiek kolejnywciąż raduje oczy powracającychz żalów gorzkich i krzyżowych drógrycerzy przełomu w kolorowych chustach z pledami w pasybrnących skrajem lasu i parkiem na wprostze średniowiecznym śpiewem dziękczynnymod turni gotyckich po krużganki barokowych jeziorzachwyca i godzi wieśniaków z grodzkimii za pan brat już z sobąstają przed bramami interglacjału
>>>
Baudelaireowskie ikonyprzebrzmiałych dawno pieśni galijskichnie będą mimo wszystkoz zaśpiewami dygać w podrygachw okolicach Brandenburga a tym bardziej Brennejmniej brązowej acz strojnejWiseł Szambor uwiódł je wszystkiei zniewolił już dawnotaka jest rzeczywistość postpeerolowskabrutalna dla ludzi z nikądoczywista dla ludzi słowa z dorzeczyw drugim rzędzie dla zwierząt z Marsaczarne sotnie i niedamy straconych Wschodówze złudzeń imperialnych końców wiekówpo okresowym brylowaniu uznano za zaginionew stronach czasu wielonacyjnegoi to też jest oczywisteale narody z pieśni nadal chowane w dzielnościbędą wynajdywać witraże i ikonyw muzeach zamierzchłych świątyńby przenosić je do swoich kościołówzostaną też tymczasowo wmontowanew srebrne ekrany pieśniokletów udającychestablishment moskiewski ale na zawsze zdradzonychoć Zaporoże im okaże złość i stronniczośćniebaudelaireowskie ikony w śmierci celtyckiejzgasną w południe jak wiek Gotów tamżejedynie gęsi będą gęgać w Rzymie, Krymie i Brukselizwycięskie po wielu wiekach okupacji genugęsi zostaną przemianowane na lisy szczwanejest dla nich dziewięćsił, pięciornik i blekotrosnący pojedynczo w opisach przyrodyniezmiennej w poematach okrutnychchwilowej awangardy grzesznej
>>>
Wieje wiatr, porusza liście czarnego bzuliście i gałązkigałązki i kiścienad krzakiem bzu ktoś zawiesił na gałęzi sosnychoinkową bombkęjest już sierpieńwieje wiatr, złudny wiatrczarny bez i jego owoce czarnez baldachów kiściebędzie pokarmem dla ptaków i ludzikolorowa bombka choinkowaczeka na odpowiedźpo co? dlaczego? dla kogo?przyleciał ptakusiadł na sośnie i przygląda sięchoinkowej bombceogromny ptak nie ma piórale ma ledwo widoczne między pazuramibłony jasnoczerwonegdy zaciska szpony na gałęzibłony napinają się jak spinakeryptak zjada bombkęprzełyka i odlatuje na dach pobliskiej remizyptak to poeta polski i reżyserczczony kontestator z lat sześćdziesiątychprzypadkowo były członek partii komunistycznejchociaż lektor marksista to wolnościowiec wątpiącybombka jest dla niego strażacką nagrodą Noblaręcznie malowaną od dawna należnączarny bez usychasuchy krzak przestaje się poruszaćwciąż jest sierpieńwiatr przestaje wiać
>>>
Koło kamienne zawieszono centralnie na ołtarzu polowym nomadówkwadrat biały w otoczeniu szarych muszli usznychumieszczono na obrazie w galerii nieśmiertelników inteligencjitrójkąt wycięto na drewnianych drzwiach wygódki stojącej na muzycznej łąceprostokąt namalowano patykiem umoczonym w czerwonej mazina czole przywódcy oświeconego ludutrapez zakopano częściowo w pisaku na plaży przy molorazem z naturystami zwolennikami wolnej miłościsiedmiokąt rozłożono z elementów broni na granitowych płytachogromnego placu defiladośmiobok z rubinu wycięty nanizano na czubek rakiety kosmicznejstartującej z kosmodromu Wszechmocnyja odwrócony pentagram pitagorejski z masy perłowejprzyklejono na zwierzęco skórzanej kurtceodziano w nią zbuntowanego człowiekai niesie go na plecach jak garb sprzeciwunawet o tym nie wiedząc, że jego kurtka zmienia kolory nocąchociaż ostrzega przed przejściem w inny wymiar on nie reagujejego plecy stają się celem wszystkich Brutusów światacelem wielkim jak Pacyfik dla ślepych rakiet Kim Dzong Unaa gdy pentakl rozjarzy się odbitym światłem na szczycie wieżyniejeden zdecyduje się na skok w otchłańjęzyk i dolną wargę delikatności i czułościumieszczono w kwiatach orchideirosnących w nieprzebytych dżunglach i tropikalnych lasachsymbol mowy miłości łączącej wszystkich ludziponoć dotychczas używanych do ozdabiania główjedynie przez plemię zbieraczy z Doliny Javarinajszczęśliwszych formy estetów
>>>
Dla jednej modlitwy wartonawet wysiąść z pociągui to w jego pełnym bieguna łeb na szyję stoczyć się z nasypuna suchy brzeg, za rzeką w cieniu drzewprzedostać się tam bez zmoczeń i otarćby skrywany zachwyt wyszeptaćdla jednego zamyślenia o cudzie bytuwarto zejść ze statku na lądstatku płynącego ku wodospadomwarto wyskoczyć z rzeki wzbierającejwśród wałów jak w zatoce przypływpogrozić nurtowi szalejącemuwśród faszyn, wiklin i rybitwdla jednego słowa miłości wartowypaść z samolotu nad Alpamilub z balonu w stratosferzealbo zsiąść z gęsi Selmygęsi nad Gotlandią lecąceji opaść jak ziarno dmuchawcawśród dzieci gdziekolwiekdla jednej skargi żałosnej i prośbyo wsparcie niebeatyfikowanegomęczennika półprywatnegoznanego jeszcze jedynienajbliższej rodzinie bajecznejwarto opuścić w konflikcie z jej władzamikażdą organizację półtajnąa potem z westchnieniem i gniewemskoczyć z grani banku na bandżigłową w dół z błaganiem na ustachlecąc mieć ufność w to,co łączy się z realnością ekspansjiłez, łkań, antyfon dla prawdymieć wiarę zasypiającego dzieckaw dobranocki i ich puentyto dopiero otwiera możliwościodbycia cudownych podróżyna drugą stronę człowieczeństwato tylko zapewnia przeżycie wśródwycyzelowanych materialnie burzna tym świecie pędzących donikąd snóww bystrym nurcie strachu i niepewnychnieprzekraczających siebie dnichoć do końca niebędącychzłem
>>>
Zieleń stukot ból przeniesiono z Warszawymiał być wysłuchany szum wiatru historiiwiatr szybko się stawił przed komisją ministerialnąpociąg i zebra byli w tyrtejskiej komisjipolityk się spóźnił bo niecenzuralny ból go spowolniłkrab w potrawie zaśpiewał prowincjonalnym elitomspodobał się samemu kelnerowi z Floriańskiejzanim został zaserwowanykomisja w końcu wezwała na świadkówniebyły tramwaj na Grodzkiejniebyły autobus na Olszyniebyły spadochron na Błoniachniebyłego platona na Kazimierzuniebyłą łódź podwodną na Bagrachzieleń czerwień ból przeniesiono z WarszawyArabowie palestyńscy już opuścili pastwiskopielgrzymi radzieccy odeszli na Księżycstukot podkutych butów z Księżycadoleciał do Rotundy od ostatnich nosicielikomisja na koniec wysłuchała jeszczepomnik płonący katyńskiego pierwiosnkakoncert Beatlesów z supportem SBB w Czyżynachstęchły małomówny spiż Lenina w Huciemilicjantów wybuchy śmiechu w Białym Domkui zaleciła powszednią śmierć jak kromkę chlebaprowokując Murzynów stanu wojennegojeszcze przelewa się tłum w hali Wisły czekający na błotoza błotem stoi piramida gdzieś na Suchych StawachMariesjew już odczołgał się na tę stronękomin elektrowni wypiętrzył dyktatury ciąg dalszyaksamitnej jak kwiaty na klombie Litaworazieleń korab szum przeniesiono z Warszawy pod kopiec Wandyto poszum ratunkowych karetek wodnych i falangjeszcze księżą patrioci ochoczo ogłupiają siebieprezesi i sekretarze trzymają sznury dzwonówksiężą prawdziwi wypluwają wybite zębyby zrozumieć błąd naprawczy sunie ryba Sienną a wilk za niąwilk wypchany siarkąbłędne bramy, elfy i orfickie nenufary w nichna rondach rozstajnych rzeka odpływa do Warszawytłum rzednie muzyczny w hali Wisłyczapla siwa obchodzi Plac na Groblachnabiła piłkę na dziób, dziwi się, zadziera głowęodrzuca piłkę jak granat w kierunku Wawelufrunie na przęsło mostu i klekocze jak bocian z Afrykikomisja rozstrzyga koniec końcówto nie jest czapla ani bocian to pies naśladowcaciągle ten sam pies partii naśladowczywykarmicielski i założycielski
>>>
W zacisznym miejscu pięknego ogrodu,o którym marzą skazani na dożywotnie więzienieodnajduję zagubioną fotografięw zacisznym miejscu ogrodu,gdzie rosną stokrotki a strumyk płynie z wolnapodnoszę ją z ziemijest trochę pożółkła ale jeszcze wyraźnajakby ktoś ją właśnie wyjął z albumuw zacisznym miejscu uroczego ogrodu,gdzie promienie słońca igrając w liściach leszczyny i grabucieniem smużą mech i klombłaskoczą nosek liska śpiącego pod świerkiempodnoszę do twarzy zagubioną fotografięw zacisznym zakątku ogrodu,o którym marzy smutna Ewa Świętaodnalezioną fotografię przybliżam do ustcisza zmienia się w atomowy holocaust roślineksplozje drzew w płomieniachognista kula nad światempopiół, popiół, lawa, rozpalone kamieniespadają na ziemię po uderzeniu meteorytui wybuchu wulkanuna języku czuję krew i żagiewmoje ciało kurczy się by zniknąć w ustach,które zamykają się dla świata i słówniematerialnych jak kolory tęczyogród rajski przestaje istniećja przestaję istnieć w plazmie czasumorze ognia zmienia się w termojądrową kulęświat cofa się do pierwszego wybuchuwybuch cofa się do pierwszego słowasłowo zmienia się w uczucieuczucie w wizerunek Ewy Świętejsłychać pstryk aparatu Boga
>>>
Przesiedziałem w domu przy komputerze całą deszczową sobotęw moim małym pokoiku na piętrzezerkając tylko za okno czasem, gdy na sośnieszczebiotały sikorki wystraszone przez polującego jastrzębiapasującego do lutowego nieba jak jaw pidżamie i kapciach o szesnastej dwadzieściado postępowego wolnościowego świataprzesłuchałem siedem pierwszych płyt Pink Floydzjadłem pół fiolki etopiryny popijając mlekiemnasłuchałem się i naoglądałem video serwisówz Hong Kongu, Monachium, Malii Bóg jedyny wie skąd jeszczedobrze, że jestem w miarę daleko od Nowego Targu,gdzie ktoś komuś wbił w głowę nóżi od Warszawy gdzie bibliotekarz odciął głowę biednej dziewczyniedobre i to w sobotni, błotny wieczór bez gwiazdlecz mimo moich luzackich póz i myśli rzadkich jak samorodkimimo całej mojej eskapicznej postawy pasibrzuchajakiś senator amerykański zaniepokojony jest moją sytuacjąjakiś rosyjski nowogensek niepokoi się stanem moich poglądówjakiś chiński przywódca partyjny wyraża troskę o zawartość mojego portfelajakiegoś kolumbijskiego mafiozo niepokoi stan mojego uczestnictwa w rynkujakiegoś szwedzkiego pastora niepokoi moje faszystowskie nastawienie do obcychi jak tu wyjść w niedzielę z domu, gdy w środku zimydżdżu krople padają i tłuką w me oknoa nad dachem latają jastrzębie wydając jęk szklanypójdę do kościoła pomimo wszystkotylko tam nikt ciągle nie niepokoi się o mniewidocznie mnie zna dobrze, oj dobrze…
>>>
Możliwe są nawet takiepodpowierzchniowe ruchy podłoża myśliz tufu wynoszące cudowne rzeźby bogińw alabastrze lub słoniowej kościi maski filozofów z majolikina szelfowe stoły skostniałemożliwe, że nawet w ich trakciepodniesione zostaną łodzie z brązu dla wojownikówpełne prawdziwych korali i eposówdla Sabinek i Helenaby się to stało potrzebne jestpodwodne trzęsienie samego dna ludzkościkto to zaplanuje jak nie ty, który mówisz– ta sama droga prowadzi pod górę i w dółkto to skoordynuje jak nie twojepławikoniki w oceanariach zachwytówa na koniec twoje w muzeach wraki wykonają tojuż dzisiaj pomruki wulkanusą słyszalne w rybackich wioskach wokół Ćennajale to nie wulkan przecieżjuż wczoraj słyszano szum fal tsunamiw okolicach luksusowych nadwodnych hoteli Baliale to nie tsunami przecieżjeszcze usłyszą krzyk tłumu biegnącegow górę Manhattanu w przerażeniuuciekającego przed ogromną faląale to nie fala przecieżi to będzie akcent ostatnitwoje siły legendarne idealnie pasującedo Atlantyd, Wenecji i Wolinówzjednoczą się, gdy Księżyc zajdzie za Ziemię na zawszebędzie noc w tufie jakby całabędzie sen milionów w rtęci spadającej na liparyjski pumekskoniec spokojnych dni rzeźbiarzy w locjachprzyjdzie niespodziewanie jak Afrodyta wśród Charytsam zaskoczy ciebie tak jak wszystkichmitologia Greków to nic wobec takich wydarzeńtrzęsienie ziemi i wstrząśnienie mocy na niebie walutwszechobecna sól, siarka i bitum to nic wobec tegojednocześnie eksplodują szczyty gór i dna oceanówpławikoniki dorosłe zaprzężone do rydwanu półboga filozofiiruszą z miejsca galopem logicznymi wtedy na falach rymów wynurzysz się tyze społecznego niebytuby pokorą ust uspokoić rozedrgany światrozedrgany samym sobą i zawołasz – powstańcienieśmiertelni śmiertelni i śmiertelni nieśmiertelniwy żyjący śmiercią tamtych, i wy umierający życiem tycha ziemia powtórzy te słowa wypowiedzianepo raz kolejny przez złotoustego człowiekana rozpoczęcie wieków złotych
>>>
Ileż tych tematów na dnieoceanu, co jako morzewlewa się do zatokiwątek staje się deltąfraza jawi się dorzeczemz wielkiej rzeki opowieścipozostanie potok leśnyi wysięki w zboczu góryz epopei Pangei i Tetydydotrzemy do tytułu – człowiekgdy wnikniemy myśląw całą przeszłość bezwzględnąna dnie zawsze będzie kotwicasumień, zjawisk, zwiastowańbitew, czaszek i wyobrażeńtemat główny Mariański Rówtemat twój batyskaf i cela źródło – kolebka myśleniazazdrość hydry i miłość koralowcagrzech Kaina i grymas Heraklesatwoje życie pozostaje na dniepo opuszczeniu góry słów
>>>
Pokazanie zasobów oceanów i mórz na jednej fotografiipotem ciał setek wielorybów zdychających na plażyjednej z plaż opisywanych w literaturzei zobrazowanych w nagradzanych filmachpokazanie nagości zwykłych ludzipotem porównanie ich z nagością królówi przywódców państww otoczeniu skalnych ostańców wystawionych na deszczpokazanie jeżowców i rozgwiazdrozkładających się w tępym słońcu na piaszczystym atoluoraz ledwo żywych krabówpotem uzmysłowienie sobie tonacjiwysłuchanych ich niemych pieśnizrozumienie harmonii odgłosów delfinówi prawdziwych łabędzich śpiewówpokazanie plenarnego zgromadzenia ONZ podczas uchwalaniapowszechnego nakazu aborcji wszystkich ludzkich płodówna koniec czołówka filmuhollywoodzkiego z fanfarami filmowej wytwórniodsłona zwiastuna kasowej produkcji komercyjnejz akcją w supernowoczesnych klinikach aborcyjnychi chirurgii estetycznej dla nieśmiertelnych dorosłychdzięki oku kamery oto patrzymy na sceny niebywałewidzimy panoramę piekieł prawdziwychduchowych i przedpiekle dantejskie dla elitpatrzymy na istoty przerażonenie tylko w narracji filmowej ale i na widowninagły najazd kamery na te twarzea potem przebitka na erem na syryjskiej pustyniw eremie orchidea mówiąca ludzkim głosemdo przybysza z innej cywilizacjiwyglądającego jak pokraczny nietoperzTacca Nivea – witaj bracie życia i miłości, witaj obcy!i wreszcie pokazanie z kosmosu raju bez ludzi– a jednak Ziemi
>>>
Zacałuj ślady,gdy koń wyskoczy jak jeleńna pagórek,co czekał na jej proroctwa,aż się doczekałona wierzchemodjechała na wzgórza w słońcezacałuj te śladykomu pozostał żal po słońcach?komu przyjedzie całować ślady?proroctwo mówi:tobiea jak wzbierze chmura na zachodziezaczniesz całować ślady aniołów nie ludziw jeziorze kości słony smak wodyznajdziesz na wyciągnięcie rękibłogosławieństwo dla zemdlonychtyle przemierzy pustyń i głodowańgdy będziesz pościć w suszygdy morze ognia zrówna się z niąwytrwaszbraterska będzie pomoc skorpionówsłońce zniżone opatrzy ranytwoje i twojego Samarytaninaona zostawi te ślady nieodciśnięte w ziemi,gdyż odjedzie po skałachślady całować będziesz w pismachi włosach pełnych zapachuogrodów wyrosłych w Jerozolimie Europynie babilońskiej Semiramidya słonecznej Julii
>>>
Jestestwo hrabiego tojego harem i chłodemwyzłocone ramy luster w alkowiejestem na balkonie – woła hrabia do małżonkizdradzam twoje sekrety – usłużnagdzie nasz powóz i stangret – baszogdzie moje surduty – nadobnaale jestestwo w ruinach pałacu zmiennejak tego nabitego na palhrabia też już ścięty a ten na paluto jego morderca z luduzajechała karetazamiast powozuwyskoczył foryś z podnóżkiempluton ukryty wśród honorowej kompaniioddał salwę do królowejzamiast do hrabinyfontanny krwi wytrysnęły przed pałacemwbiegli chłopi z cepami i widłamina to wszedł reżyserpo resztkach schodówz wytatuowanym na ciele orbiterempojazdu ucieczkidal znak drugii zdradziecki książę w sukmanie wydał rozkazwszystkie nadobnisie alkowyzapiszczały i w te pędypodbiegły do królowej umierającej w błociehrabia nagle ożył, wstał i patrzył na reżyseraz zimną krwiąna zmienne zaniedbane jestestwoi na koniec poddaństwa koczkodanóww kinie demokratycznego niepokojuz niedowierzaniem
>>>
W komorze pamięci czekaszna powołanie na nowo do życianasłuchujesz w tym ciemnym pokojubyle szeptu, byle szmeruchoćby skrzypnięcia drzwia tu ani odgłosu krokówni szelestu wargnawet świstu spadającego meteorytunicdla dzisiaj umierasz powoliw komorze pamięciskazany przez byt wczorajszy na nicośćczy Bóg ma cię powołać?czy człowiek?oby Bóga najlepiej Bóg-Człowiek!czekasz w ciszy duchanad stosem odrażających monetbezszelestnie przesypujących się dnijak Mateusz zdrajca nacjonalistówmeteoryt ludzkości
>>>
Kara – stwierdzenie wasalnesłowo do przetłumaczeniajesteś jak biały ptakjesteś jak biały kiełjesteś jak wyżejwymienione słowozanim zostanie to stwierdzonekara – stwierdzenie sędziowskiew Bieczu, Sandomierzu, Nurzesłowo do przetłumaczenia na wyrokgdzie mieszka tłumacz?twój i ichtwój ze świetlnym mieczemich z drewnianymtłumacz – sędzia słowołamacz zamierzchłyodpowiedzialny za porządkowanie feudalnew czasach równoległych i prostopadłychkara – dziś to brzmi dumniedla krasnali z systemów malarskichlub transportowo-komunikacyjnychco wychodzi na jedno w tłumienie tyle łaziebnych co służebnychpod warunkiem, że w łaźniach są teatrylub odbywają się noce poetyckich ablucjikara – jest uniknioną postacią niedo przetłumacze – niawięc stwórz słowo przeciwwłasnedla sędziów apelujących stadnieo naruszenia dowodów i tezw katowniach główjest w wielu miejscach czysteschronienie dla wybielających pisarzyMokotów w pierwszym rzędzieRakowiecka 37 w drugimlub tajna Dzierżążnia Lukoil w końcunawet stare konie się rozpisywaływ Czersku i Esbeckuo zagonach równobiegłychwyrokom ludzkim podległychsą takie zmysły, które nie potrafiąudźwignąć kolorów prostychto jest pożywka dla galopady uczuć,gdy myśli w klatkach zawieszonych na drzewachumierają z głoduukarane za sprzeciw wobec maści i koniza stadne słowa łamaniekoniec kłusowania i kaźnia człowiek w celi osądów sądzi, żekara ta to nie mus ani fatumtwoje i ich
>>>
W twoich płomieniach serca dwasobą ukoronowanew sercu jednym trwa miłośćw sercu drugim – alert, wezwania– gwałtu, retypłoną czoła, płoną lica, płoną wargikrwawiące boleśniejesteś ciałem straceńcamiłości nieznośnatwoje ciało jest uczuciemznikającym w płomieniacha może to nie płomieniea może to nie serca w płomieniach– cicho, cichutkoniech miłość zakończy istnieniewtedy się dowieszniech oświetli koronę bardziejmoże dostrzeżesz jak krewzmienia się w złotoa ból przetapia w jakikolwiekbłyszczący kamieńkrólewskie potwierdzeniealchemii miłości
>>>
Oni domagają się ekspansji twojego świata w świecie współczesnymoni chcą twojego spojrzenia z orbity stacjonarnejoni myślą o tobie z przejęciem godnym rewolucjioni witają ciebie jak wschodzące słońce ośmiu planetoni smakują twoje chmury jak cukrową watęoni entuzjazmem wyprzedzają twoje osiągnięcia i sukcesyoni zgrabnie przeskakują już przez twoje płoty, które ustawisz w przyszłościoni wyprowadzają z bloku na spacer twoje wszystkie psyoni wicher od gór zmieniają w twoje zatrzymania pod triumfalnym łukiemoni badają zasięg twoich rakiet w silosach i stojących na kosmodromachoni są we wszystkich twoich kamerach i mikrofonach jeszcze nie rozstawionychoni żądają twojego śpiewu kosa o każdej porzeoni użynają sierpem przy samej ziemi twoje malwy i słoneczniki jeszcze nie rozkwitnięteoni produkują na dwie zmiany przestrzeń dla twoich więzieńoni w przerwach na posiłek wytwarzają powietrze dla twoich presjioni nie baczą na twoje wulkany gotowe do erupcji na płaskowyżachoni spokojnie sączą saksofonowe solówki twoich muzycznych win dojrzewającychdziesięcioleciaoni spijają haustami twoje trucizny bez mrugnięcia powiek i tików uszuoni znajdują cię w barze za popielniczką jak serwetkę niezapisaną na stoliku samotnikaoni wstawiają cię jak ser do pułapki na myszy i gryzonie nie znoszące seraoni świecą na twoją powłokę na orbicie, gdy jesteś po ciemnej stronie planetyoni lądują w bezkresnych pampasach na twoich spadochronach uczepieni za szelkispekulantówoni kapsułą ratowniczą uspokajają twoją pamięć rozbitka narzucając się z ocaleniemoni bronią ciebie przed twoim katem a nie sędziąoni zbliżają się powoli do ostatecznego rozwiązania twojej kwestii we współczesnym świecieoni, którzy nigdy nie zaznali ani twojego świata ani ciebie w wieczności
>>>
Będzie dziesięciolecie smartjeżeli dom twój w sieciotoczysz chmurą tagów cooljeśli dasz łapówkę durniowi za hejtpotem on cię polubi za wpismałe jest piękne jak pixelmałe jest jak fullhadew klitce bloku małe jest megapędź, dźgaj, pokazuj, linkujw wielopoziomowym labiryncie życia wirtualprzecież jesteś na niby jakból i śmierć, którą zadajesz gostkomenter, spacja, klik, entermegadeath zacisza rodzinnegonastępny wiek real
>>>
Krakowski smok z czasów Bierutapóźnego Gomułki i wczesnego Gierkapoleguje zadowolony z siebieprzy ogniskupysku-Magnitogorskua ty spędzasz dym z kominówjak Beria– do wyczerpania nowoczynownikówKrak miał kurny zamekty masz kurny magistrat,co jak smok zżył się z grodemdlaczego go nie spędzisz?jak Skuba w ciżemkachby smok nie ciemiężył zaczadzonych– do wyczerpania dziewicdym sam nie zmieni się w gołębie
>>>
W tabernakulachw kobietachw skarbcach kulturyzamknięty dobry lossezamie otwórz siędla niekończącej się opowieścipiękna i szczęścia– rzeknij, wypowiedz hasło,zaklęcie życiaotwórz autostradę słońcaprzetnij szarfędaj znak orkiestrzenaciśnij klamkę drzwiguzik, enter, tajny przycisksięgnij ustami po skarbnawet bez słów– człowieku naszego wieku!
>>>
Wielki człowiektylko dlatego,że samotny wśród ludzi na kolanachtylko dlatego,że zapatrzony w kosmodrom ideiogromny jak kontynenttylko dlatego,że zasmucony wśród zwykłych potrzeb i pragnieńtylko dlatego,że ogołocony z dóbr w królestwie Salomonatylko dlatego,że widzący słońce w przedbitewnej nocytylko dlatego,że widzący zwycięstwo w marnej procywielki tylko dlatego
>>>
Na korzystnej płaszczyźnieposadowiony obiekt lub przedmiotnie jest jeszcze tak dookreślonyjak płaszczyznabędąca podparciem i środowiskiem tegożnieco złudnego w percepcjijest to nagabująca schizma rozhisteryzowanapoglądu na podstawędlatego obiekt lub przedmiotjest tak niejasny jak ściemnianiewywołane sztucznieaby wbić się myślą w przedmiotlub obiekt na płaszczyźnie bardziej oczywistejtrzeba odwrócić wzrokod podwodnej kanapkijak to bywało w czasach,gdy istniały jeszcze wszystkiebaszty strzegące Sandomierza,gdy Wisła nie zalewała szklanych huta szklane domy jak morelowe sadyotaczały go zewsząd jak Tatarzyna płaszczyźnie widokowej jest położonyobiekt, który zsuwa się w byt podświadomyto dzieciństwo z lodem w ręceu wejścia do Wąwozu Królowej Jadwigito strach zapamiętany w ramach dębowychwykonanych z czarnego pniaodnalezionego na łasze rzecznejjak jesiotr ostatniobiekt lub przedmiotna płaszczyźnie subświadomości nadwodnejjest migotliwy i jawi sięjak źrenica okrywana powiekąco raz drażniona widokiem Gór Pieprzowychźrenica oka łzawiącegoprzemywana wodami płodowymirzeki narodowej płaczliwejw mieście przedpiastowskimbaszta bramna jest wystawiona na Wschódostatnia to baszta pańskiego miastaMaryja godzinkowa obrończynidzieciństwa w podziemiach i wąwozachMaryja brama i gwiazda katedralnana płaszczyźnie niezniszczonejprzez wiedźmy szwedzkie i bolszewickie smokiz bajek dla najmłodszych topielcówpłaszczyzna opoką myśli człowiekatrwającego z lodem w jedneji brzoskwinią w drugiej ręceciskającego kasztany i pomidoryw przelatujące miotły, strzały i płomienieobiekty wyniosłego kulturowo anturażustubarwnej platformy graficznejSandomierza
>>>
Po kryjomu zbliżył się do infostradypierwszy raz wjechał na niąnieczłowieczym urządzeniem mobilnympod osłoną nocypotem popędził przez bary, brzaski i poranki,kawiarenki, popołudnia i wieczoryestakady, tunele, wiadukty, mosty wiszącenic go nie interesowało wokółlecz nawet infostrada ma kreszawiodła go ona do reaktora elektrownispalił się żywcemzwęglony już wołał jeszcze– nie ujawniajcie mniemoje pozostałości oprawcie w krzemidę już na piechotęza osłem i wołem – symbolemzapiszcie to w repertoriumnie jestem już infoczłowiekiemtylko mobilną osobą bez twarzyi też po kryjomu dojdę dosanktuarium stabilnej gleby
>>>
Twój sen jest kręgosłupemnie twojego ciałaale twojego śniadaniabezbłędny w ustach językbezbłędny w przyrodzie nawyktwój sen jest masztemnie dla twojej flagiale twojego obiadubądź na trawie za domemna kocyku, który rozłożyłem dla ciebiemiej kosz z jedzeniembiwakowym we wszystkichkolorach tęczybądź jak róża kwitnąca tami naleśnik z kolcami tutwój sen jest przedsiębiorcąnie dla twoich nisz rynkowychale twojej kolacjisą takie tiki nerwowe na giełdziesą podrygi w spółkachgdzie kniej mniej jej (miej je ty)bądź rarytasem na stolepostoperacyjnym poobiednimjeżeli twoja kopalniajest ukryta jak wymarłe miastoprzed turystamibądź dobrym duszkiemsepleniącym zaklęciatak na niby w promocjach wydobyćbądź przebierz się za przewodnikajest już jesień jasno przewódźku wyjściu z matni-sztolni ciała pędź jak krews s s stojestessnussystemu
>>>
Jest taka kość z kościw twoim cielejest takie bolące miejscegdzie ta kość tkwi złamanajest to kość jak słowo – mojakość twoja własna pogruchotanaodłamany kawałek kościjak poczucie wyższościi ból zazdrości palącykość jak słowo – mojalub jak spojrzeniea nawet bardziej niż spojrzeniekość jak błysk w okutwoja własna zadra pychai nigdy nie będzie czyjaśtwoja kość niezgodyco przebija skrońkruszy grdykękaleczy prawdziwe serceuczucia o nią walcząi warczą nad niąjak wilki wygłodniałe
>>>
Najlepszy czas na zimęto wczesna wiosnaale niestetywtedy nadchodzi jakieś latoi znienackapowódź ptaków brodzącychi jest już za późno wśród liliina to by zwiędnąć, skostnieć i umrzećleśna jesień jest też dobra na zimęlecz wtedy przychodzi wiosnaz całym sztafażem cebuleki powodzi przypraw niedźwiedzichi jest już za późno wśród nichna to by zwiędnąć, skostnieć i umrzećpotem ty się rodzisz tęczą za oknemi jest złota polska jesień na przednówkumoja wiara w zimę się załamujew każdej porzewięc łapię okazję i rozkwitamnawet latem dobrym czasemwiechciem paproci na serca szybiew powodzi piasku jak róża na Gobijest ciągle za późnona to by zwiędnąć, skostnieć i umrzeć
>>>
Kolejne dnikolejne szczudła i przesiewykolejne adaptacje memuarówty kręcisz się po planieja dyryguję ekipą za kamerąktoś przechodzi przez obrazo kulach jak na szczudłachto sztych Goi –Okropności wojnywalka o mosty, domy i kościołyty stoisz na środku kościołaja wpadam do niego z karabinemwtedy flesz, wtedy rozbłyskja strzelam jak statystaty grasz bohaterską męczennicę jak gwiazdakolejny dzień zdjęciowyprzechodzi o kulach jak na szczudłachprzez sztych Goi –Dziedziniec szaleńcówprzesiewamy wodęi całe fontanny wspomnień poległychprzez sito z palców trojga rąka ból głowy scenarzysty?tak to ból głowy całej ekipyjak zakończyć scenę w kościele?śmiercią czy narodzinami?moje szczudła to bagnety profesjonalizmuprzebijam nimi twoje serceprzesiewam twoje życierodzisz się w miejscu gwiazdy dla wiecznościja z ekipą z Domu głuchegoprzechodzę przez obrazktóry namalowałem sam –Gdy rozum śpi budzą siękaprysy imperatorów i tyranów
>>>
Kolejny szkickontury bałwana jak z gipsusam wygrawerowałem płytęmoje rycie cierpliwe, konsekwentnezakończyło się pięknym sukcesemmożna powiedzieć pięknym– gdyż obraz jest niepowtarzalnypewno zapytacie dlaczego?– gdyż jest to precyzyjna grafika pruderyjna(nieużytkowa częściowo lub kompletnie)akwatinta, ossa sepiamezzotinta, sucha igłaale ten bałwanpatrzy tak dziwnie łzaworaz tak a raz inaczejszkic wyryty pod kątemuwidacznia półświatek (podwórka)i półcienie (podcieni)na wprost kontury gwałcąbiel nieskazitelnej płytykolejne rowki dają złudzeniejakby bałwan żył sztuką samąw swoim wizerunku kryje tajemniczy,zmienny uśmiech– a może jeszcze jeden– a może kolejny ruch rękąi jest kolejna minaza bałwanem stoi świat czerninieokiełznanejryję więc dalejbędę gładził i dźgał płytęaż wargi z marchwiprzestaną się wyginać i nadymaćsztych się skomplikowałrykoszet światła poranił mi rękębiel umknęła (inkarnowana)świat to nie tylko jeden bałwantło, sztafaż, krajobrazbałwaniarski cokolwiekaczkolwiek zmęczył mnie obiektto efekt jest pięknyefekt z lekka florenckinad ciężko wzbierającą Arnona moście bałwan topniejea tłum się przerzedzaja przy płycieja przy korycieja przy nurcieja przy ruinachsztuki współczesnej (jeszcze na sztalugach)szkic jak rzeka zatrzymał siębym mógł go dokończyćniestety tego uśmiechużaden bałwan nie wytrzymałspłynęły do liberalnych galerii(a są ich teraz setki tysięcypowielonych)
>>>
Jestem samw tym nieszczęściuzwanym losemjestem z tobąw tym szczęściuzwanym tunelem życiajestem z wamiidącymi ku światłupodnieście lampępodajcie mi liręotwórzcie ustajesteśmy u celu
>>>
Zgiełk w chmurzegdybyś tylko dziewczynopoczekała z łzamigdybyś tylko w chmurzenie zapłakałanatychmiasti zgiełk by ucichłżywota naszegoi chmura by się rozwiaładziewczynomoja błyskawico
>>>
Jeżeli przepaść pojawi się przed tobąznienackajeżeli Czarna dziurazastąpi ci Drogę mlecznąbądź gotowy na wielki skokmasz za sobą nie tylkosiłę pokoleń w łydkach i goleniachod Rifata do Piastaale i zasoby ideiwyzwolonych aktem stworzenia duchaw zapadlisku życiagórska morska kosmicznaprzepaść otchłań głębiajest tym czymsuchy las dla iskryczym ziemia bez człowiekadla jednej jego myślijeżeli przepaść pojawi się w twoim życiupomyśli skacz
>>>
Duch Polskito nie to samoco Anioł PolskiAnioł milczącyDuch krzyczącyAnioł ma spuszczoną głowęDuch dźwiga głowy wszystkieAniele módl sięDuchu wzlatuj stale – ponad te głowyPolska trwa wciąż dzięki wam w chrzciew Wiślicy i w Gnieźniedo Paryża, Ameryki, Anglii, Kamczatkiuchodziła kiedyś na oślicyby powrócić za każdym razem we łzachPolska przyniesiona na gnieźnieńskie pojezierzew kruchych glinianych garnkachdo gieckiego opolaz Podola przez Lędzian i Polanjak ziarna soczewicy, orkiszu i prosaz zaświatów nadwiślańskich nizinPolska przez Anioła zasiana na lednickich polachjest Duchem i plonemplonem milczącym jak ojciec siewcadlatego wiecznie żywymwznoszącym się z lądu ku słońcujak słowoszczebrzeszyńskie szczerzeszemrzące szczodrościąniczym nie ograniczoneod Morzyczyna do Srebrzyszczatrwa milcząca i krzyczącachoć z nazwy ziemskaPolska niebieska
>>>
Polski styczeń powstańczy –desperacki augustowsko-podlaski i świętokrzysko-lubelskiPolski luty powstańczy –procesyjny zdradziecko-rabacyjny i krakowsko-galicyjskiPolski marzec powstańczy –spacyfikowany insurekcyjno-kościuszkowski i warszawsko-studenckiPolski kwiecień powstańczy –rozstrzelany skrytobójczo katyńsko-smoleńskiPolski maj powstańczy –konstytucyjny zamkowo-katedralny i zaprzańsko-targowickiPolski czerwiec powstańczy –robotniczy chlebowy poznańsko-radomskiPolski lipiec powstańczy –rycerski kolejowy grunwaldzko-malborski i lubelsko-świdnickiPolski sierpień powstańczy –antybolszewicki solidarnościowy warszawsko-radzymiński i jasnogórsko-gdańskiPolski wrzesień powstańczy –heroiczny obronno-ojczyźniany oksywsko-wizniańskiPolski październik powstańczy –odwilżowo rehabilitacyjny rakowiecko-rawickiPolski listopad powstańczy –zuchwały podchorążacki wawersko-grochowskiPolski grudzień powstańczy –bieda-stoczniowy internowany trójmiejsko-szczeciński i katowicko-jastrzębskiPolski rok powstańczy nieujarzmionypoza czasem
>>>
Skończyło się koślawe,niegramatyczne mataczenieprzed kamerą wprost na ulicyna tle wejścia do kościołanawijanie słów na motkipotem bajkowe kołowrotkiporuszane drewienkiem jakimśpedałem stopką, w końcu mięśniami,gdy zeschły liść zakosami spadał na matrioszkęustawioną tuż przy kołowrotkumatrioszkę z wizerunkiem nowogensekaPotem czas inwigilacji siermiężnej minąłmataczenie rozprzędło się na chwilęideologiczny kompozytor zmieniłzeszyt nutowy – to znaczy jego formatgładko przeszedł nocą z A4 na A3Melodia jednak zbankrutowałaliść utkwił pomiędzy klawiszamii kołowrotek się zatrzymałtak jak palce na czarnych i białych dźwiękachstos atomowy wyemitowałdźwięk ostateczny czarno-pomarańczowyomotany opadem radioaktywnymw cielesnej postaci scherza –to znaczy zebrą powziętą z ulicykompozytor zaniechał punktowania liściAle zebra się podniosłapo poziomym wykorzystaniuuratowano przestrzeń pomiędzy cisząa wezbraniem onirycznego śpiewu łonadla księżycowego płoduzamiast śpiewu motka na kołowrotkuw wieży wciąż uwięzionej księżniczki
>>>
Oto przygotowane wnętrze Zachętyoto nigdy wcześniej nieprezentowany pokazekstremalnej sztuki postkomputerowejrzeźby, prezentacji, inscenizacji, instalacji – dewiacjiNowa Zachęta jest jedną wielopiętrową saląuosabiającą jedną komórkę mózgowąeksponowany jest w niejekspert ekskluzywnyekshibicjonistycznieekshumowany z późnego Peereluto znaczy odkopany na stanowisku postsowieckimnumer trzy w Mminnisterstwie Jjednej Ssztukiz uwagi na jedną główną myśl wtórną,którą się żywi ten dziełożercaon sam jest tu dziełem na wpół żywymOto każdy jestzachęcany do oglądaniawnętrzanie dzieławnętrzanie twórcywnętrzanie siebiewnętrza Zachętywymalowanej naiwną mysząod piwnic po strychyw rozchwiane dziewiątki nazistówmyśl wzniosła zostaje w końcu ujawnionai publicznie unicestwionarozinstalowana na pojedynczeiluzje, inercje i impotencjepostludzkie
>>>
W śnieżnej burzyi serce i oczy są takie samejak w burzy piaskowejwrzuć tynfa do automatu auryto się przekonaszodsłoń serce otwórz oczyi wrzućautomat kompilacji marsjańskich snówdla śnieżnych i pustynnych sówwyświetli ci holograficzny obraz burzynie buntuj się, nie denerwujnie kołysz biodraminie przestępuj z nogi na nogęnie mamrocz zaklęć– tylko patrzpowoli pojawia się dźwięk i efektsurroundingu trzęsienia i drżeniabibeloty, szklanki, firanki,kolana, zęby, głowatrzęsą się i dzwonią na trwogęrozjaśnia się mały punkcikw twoim pokojuw górnym jego rogu pod sufitemz niego wyłania siępył jasny, tuman jasny, obłok jasnywiększy i większy, spiralnywydłużony, zakurzony, zamgławionyciągły w przestrzeni snuobraz burzybezlotne twoje oczekiwanianie zdają się na nicwokół ciebie krążą ziarenka i płatki,w które zmienił się twój realny światwszystko huczy i trzęsie sięjak krzesło na którym siedzisztwój wszechświat równoległywyłonił się z jednego punktui jest cyklonemw jego oku twoje okow jego sercu twoje serceto tylko przedstawieniei to nawet jego próba generalnapanie marszałku uczuć podwójnychzmobilizowanych obrazówz czym pan rusza na wojnę głów?w takiej zamiecii w każdej innej burzyserce i oczy są takie same – patrzwiry myśli niestety już niefałszywe i złudne ich formysame są burzą dla duszy,która jak się pojawiła tak znikniew jednym punkcie chaosurazem z drugim tobą
>>>
Gęsty sos się zagrzewaAmeryka uderza w rondelbo rondel jest już nad oceanemgrzyb zagęszcza sosto wulkan na Hawajachsałata z marchwi i algwprost z HonsiuRosja wdziera się do kuchniWietnam i Mongolia za niąteraz już wszystko straci smakw sosie duszą się kapary z Indiijest siódma rano prawie koniec grudniapiwowar nuci pieśńbrzdąka na siatce do kawałkowania jajhejnał gra Grek Antymos z wyspy Kosprzeleciało te parę nutte parę godzin jak strzałamały grajek nagle wyłącza piecykjest już południe na Ukrainieczas zjeść to co na kuchniporanny omlet nie ostał sięna bekonieWiking ma rybęna szczęściejest piąta po południu prawie koniec grudniadzielimy ją na trzydzieści parę milionów częścii wysyłamy do Krakowa do saskiej centralitam ją scalają i do Warszawy odsyłają Wisłąrondel teraz zadzwoniłrozgrzany zupełniepo ataku z antypodówjest słynny sos i już styczeńsmakuje jak Antysos z Lesbos
>>>
Patrzcie jak komisarz biegniew swojej sukni i fartuszkukomisarz biegnąc gwiżdżepatrzcie jak dobiega do studnito czarodziejska studnia życzeń Uniico wrzuca, jak myślicie?komisarz wrzuca gwiazdę z rubinównie krzyczcie – wrzuć więcejkomisarz nie wrzuci pieniędzykomisarz odwraca się w kierunkutłumu gapiówma czarny charakterystyczny wąsikoch! – wyrywa się z piersi gawiedzia potem – śmiech– spokojnie!to Zappanie Hitler
>>>
Jesienny zamszowy dźwiękna zimowych srebrnych butachpodkutych metalowymi serduszkamikroczących Alejami i Krucząpotem Krupniczą z zadyszkątoż to rock`n`roll?Malczewski zamknął oczynamalował obrazzupełnie podobny do dzieł Mirogdy artysta otworzył oczyprzyglądnął się lepiej dziełui zamalował płótno białą farbą fałatowskąchłód wyszedł z niego hałaśliwydźwięk skostniał na cholewkachwtedy kolor zszarzałmalarz zamarzł z pędzlem w dłoniwyciągniętym ku sztaludzeza drzwiami zatupał torreadori otworzyły się na ościeżw zamieci stanęła w proguśmierć bosa i zagrałariff w całym świecie znanyale na czym?!toż to rock`n`rollczy zadyszka jesienias pik czy joker?
>>>
https://allegro.pl/piotr-zaplakal-alek-skarga-i7456151617.html#thumb/1
podpalane krzyże w miejscach publicznych bym truchlał prywatnie
bym przewidywać mógł kolejne lata cierpienia narodowo-katolickiego
po równo biskupów i burmistrzów nawiedzanych przez oficera prowadzącego
od czasu do czasu wspomnienia odświeżającego
obym mógł mieć jedną satysfakcję, choć z polskiego cmentarza niezłomnych
a drugą smutną satysfakcję: a nie mówiłem
były i są larwy na ustach Giocondy prawdy i piękna z przeróbek Warhola
były i są larwy na wargach onego premiera z onej ambasady
i tylko irytuje ten tajemniczy z TV Religia uśmiech księdza dyrektora
z agenturą prowadzącego aktualną rozmównicę nowoczesnego Kościoła
opadającego na spadochronie irracjonalności
w czeluście dzikiej pseudoprawowierności i pobocznej laickości
przy hiperrealnej popolskości starego cmentarza
>>>
*Boże Narodzenie*
Patrzę na hostię w tabernakulum
patrzę spod powiek posępnych
przywleczony do kościoła jak
strzęp ludzkiej nadziei
przez zdesperowane anioły poezji
białka oczu
spuszczona głowa
lęk
poszarpany przez katolików La Mettriego
znienawidzony w telewizyjnych wiadomościach
przez siebie samego
patrzę na hostię klęcząc przy filarze
pod chórem
patrzę i widzę księżyc w pełni
na firmamencie gwiazd prawdy
ponad pustynią wyroczni
spokojny ciepły jak sen
bajkowy
dziecka
oczekującego Bożego Narodzenia
otwieram oczy szerzej
otwieram drzwi duszy na gwiazdy
otwieram ostatnie sejfy piwnice lochy
znienawidzonego socrealizmu
otwieram ponownie walizki alienacji kiedyś spakowane
otwieram dzieciństwo i młodość błękitnych traw
otwieram radość z rodziców i prezentów
otwieram korytarze weselne nastoletnich przyjaźni
i pokoje światła edukacji
pióra białe spadają z chóru na moją głowę
wstaję
wychodzę
przydeptuję płytę nagrobną
pogrzebaną butę samego siebie
w przedsionku kościoła
lęk odpływa na środek oceanu
jak solna bryła
występku zagłady Atlantyda
znowu jaśnieje we mnie miasta noc cicha
>>>
*Gilgamesz (wersja uwspółcześniona)*
Gdy w górze niebo zostało nazwane
poniżej ziemia nie zasługiwała jeszcze na swe imię
w jaskini powiedziałem:
zaprawdę, gdy stworzysz istotę wyższą
człowiekiem ona będzie i znajdzie on nazwę
dla siebie i osła: jednej trzeciej człowieka
trud stwórczy będą dźwigać solidarnie i uparcie
z tym, że bydlę bardziej, byś odpocząć mógł snadniej
w lesie cedrowym i wymyślać nowe słowa,
na przykład: młody starzec, taki jak nie on, ale ja
*Jest taki sen, co go wiatrem wszyscy zwą*
W tej kolibie ruskiej zaśpiewaliśmy piosenkę o orbicie
narodów wolnych w stacji kosmicznej współpracujących żwawo
do góry nogami, z następującymi słowami –
jest taki sen, co go wiatrem wszyscy zwą
wieje na drogach pielgrzymów jeszcze do końca niezgermanizowanych
pielgrzymek na księżyc zlatynizowany
tak, wiatr ten już wieje najpiękniej, jak zorza z ideologicznego gołoborza
melodię piosenki zanucił pastuszek na brzegu Donu, potem zastrzelił sąsiada
z samego tylko, ściśle europejskiego przekonania
krew płynęła rzeką pokrętnie do symbolicznego Morza Łaptiewów
a z mórz kości wyparowała na księżyc sam
zadumany w kolibie księżycowej opanowanej już przez szwoleżerów Wschodu
– sensu stricto stepu
poczynam nucić słoneczny ów hymn homerycki i zapisywać go na pięciolinii
wolności, tęsknoty, myślenia, rozedrgania i rozkołysania
na Zachodzie stanów nieważkości, do góry nogami
jest taki sen, co wiatrem wszyscy zwą
Skorzystaj z moich rad ukochanaja i tyodliczaj góryraz dwa trzyja i tyodliczaj od siebie góry lodowetysiąc dwa trzyukochana posłuchaj mnieodejmij te echa od ciszyte głuche łoskotykotwic i orkiestr z dnaraz dwa trzyodejmij nasze rozstania od powrotówtysiąc dwa trzymoja rada jest ostatnią radąodejmij swoją przeszłość od Titanicawsiądź do szalupya ja wskoczę do drugiejten pomruk to nie eksplozje radościna trzecim pokładzie państwato katastrofaraz dwa trzyskacz!
*Letnia modlitwa*
Moja letnia modlitwa ptasia
jest jak księżyc srebrny ponad chmurami
piękna jak najkrótsza noc kryształowo-idylliczna
pełna i wzniosła w złocie poranka
jedynej perły mojej wyśnionej jawa
zawiścią w strachu niezakopana
Początek i koniec?toż to początekjak się rzekło nadworny kwiattrzeba rzec królzgaś światło liliojuż czaspyłek uleciał – to tak na począteka potem?szaro długo nudnoa potem?zaświeć światłoalbo poczekaj na brzaskto się zawsze tak zaczynai zawsze kończy w snacha pomiędzy dniem a snemszaro długo nudnogdy śmierć nadchodziniczym nie różni się od miłościa po niej urodzinya po nocy nadchodzi koniecniewidzialnego królestwaa oni zawsze bladzia one zawsze są rumianewtedy kwiat wydaje owocpłatki opadają na powierzchnięktóregoś księżyca planetyco przemieściła sięz jednej orbity na drugąniepostrzeżeniew tę noca ten ledwo świeci odbitym blaskiema ten ledwo jeszcze krąży wokół kwiatua ją porywa ptak rozstaniaale nie połykaptak niesie ją do gniazdaby otoczyć pierzastym ciepłem wspomnieńwśród pisklątwierszytoż to początek wszystkiego!>>>Na wysokości nowiuczyli dość wysokonoszę swoją szarfęznak rozpoznawczymoje orlęta umieszczonotuż pod nimgdy pełnia nadejdziezerwę szarfęwylecą moje małe skarbylecz, co to, nad gniazdemnadajnik albo odbiorniki to ja nie wiem nawet co?!może to autobus podniebnyalbo taksówka planetarnaemitująca niepewnośćw czas cieplejszyda się to sprawdzićzdetektować emisje .. kiedyśale teraz?zwłaszcza krzyki młodzieżyz najwyższych rzędówmłodzieńców wysoko urodzonych piskisą słyszalne nad zwykłymprzekazem podprogowymprzed nim jest nów mediówczarne mgławice to nie są jeszczecenne zapinkiw kategoriach zasad plasują się niskoa wręcz ciche niszeprzewyższają je symbolizmemw jednośladowych neolitycznych chatachpozostałości orlich śladówsą jak pokaz siływypluwkimęskie i żeńskiekamienie polnepodmuróweknawet nie właściwych ścian*Rzekł do złodzieja kpiarz*Znamienną jest moja otwartośćrzekł do złodzieja kpiarzmoja lenność wobec waszego kierownikakluczem dla nas jest jego wtórne ześwieczczeniemoja otyłość szansą jest dla wielurzekł kpiarz do złodziejatak jak wczoraj dzisiaj podkopałem znowumierzeję wyborczą i to wyłącznie płaczemwszystko można wypłakać łzamii kurzawki i morenyja właśnie zaplotłem ośmiornicęrzekł kierownik więzienia do kopaczaa ty snujesz się jeszcze w palarni,gdy smród już opadł po twoich wyborachale jakże symptomatycznym jestkazanie do dzieci o dzieciachrzekł otyły do pielęgniarzapopatrz nadjeżdża wielbłąd na kołach gumowychcieszy dzieci pochowane pod pryczamikolejny dzień w tych warunkachwyłamuje się z zastygłych śladówbłotnego dinozaura na płozachnikt już nie rzecze – człecze – do człekakażdy rzecze chochole – raczejalbo – smoku, czemóż nie pijesz już?czas tobie na znamienny ruchrozstępujący do granic eksplozjito nastąpi rzekł kpiarz do złodzieja – zapewnei kopacz straci znaczenie i kierownika chochoł zacznie wyć>>>>>>*Święta w kominie*Ból w kominiegęś na świętaw choinie chomiki spowiedź proboszczapubliczna Miecz w kominie Marsjanin przed choinką szpic na legowisku i mruczek na ogniuRuch w kominiesmrek na wietrześnieg w pokojuby firana załopotałana balkonie Byk w kominie Azja na szpicu szczek w konfesjonale ciszy przedprogowej Świadka JehowyBladość świerszcza w kominienadzianego na iskrę uczucia już przez komin nie ulecąa dzieci niedociekanąskąd karpie pod choinką Mędrzec w kominie steward donosiciel i nawet mak rozsypany i słoma, co wypełnia serca już po pożodze w kominkuKołowrót w kominiebiała róża sama w domubez rachunku za prądbez rozgrzeszeniabez sąsiada bałwana>>> Z niejednego ptaka zrobiono bogaz dwóch wojowników zrobiono centauraa już z trzech kobietuczyniono Ewę pramatkę praojcawielką i ciężkąwprost nienadążającąza potopem testosteronuZbudowano w neolicie arkęby uniknąć zalanianikt nie wie dzisiajdlaczego nie kamiennąa tak wielu nazywa gwiazdolotyPrometeuszami i PterodaktylamiW nowiowej siedzibienikt nie chce się kochaćnikt nie chce płodzić dziecia to tylko jaskinia jak każda innakąsające zwierzęta, choć dzisiajsą zdecydowanie mniejsze niż przed wiekamiuczucie śmierci przynoszą tożsameniepewności jadem i zaraząnie taką jak dla ludzi pierwotnychludzkie bydle się ogania przed tyma co dopiero człowiek bez ogonai bydle niosące człowiekaKamień wykorzystywany będzienawet na innych planetachdo rozpoznawania chorób i gwałtówlub rozdzierania ciszy,gdy okaże się martwa i zbędnawiele czeka jeszcze kamiennych ludziunoszonych przez orły jak bogowiewiele czeka przedmiotów raniącychjak zwierzęta gryzące wciążnadaremno>>>Puk! puk! – czy to śmierć puka atomowa?armaty z epoki a dzień barokowystrzępy koronek strzępy dłonion do pocałunku rwie sięmiedzygalaktyczne sierpy drum drumznowu się pokazały nad rabatą Islandiito on w stroju Ludwikadryga i bierze nóż, bypokazać dżihadystom, że jest mocnyowce uciekają, lecz niezbyt dalekoirys w ustach jak szafranklap klap pod Marksem w Warszawiesedno międzywiecza jest zigguratemuczucia są przykrywą piekłaciężką jak pokrywa atomowego silosu,gdzie skorodowane rakietyrozsypują się przy dotknięciu rękąwalizka pełna listów do przeszłościlistów kochanków wiecznościpęknięcie na Islandiizimnej lodowatej w mediachmeandry skupieniaWatykan odpowiada ziewnięciemna atak młynów i wiatrakównie pierwszy to atakludwisarze kręcą w tyglu spiżjak śmietanę na lodykret stulecia dojrzewa do knucia z koszatkąon nie jest alchemikiemnie robi nic i nie politykuje tylko jesemafor odmienia się przez przypadkia potem odmienia zawiadowcęw jego miejsce demokratycznie wybranyzawiadowca wkracza pomiędzy zwrotnicejest pijany jak trzebanie potrzebny mu Madagaskarstrzelają z armat i pistoletówleje się szampanwjeżdża na stację martwy niedźwiedźna platformie z baldachimemRejkiawik tym razem milczypęknięcie tektoniczne zupełnezamyka drogę tryumfowi czasówkwiatki kwitną w szczelinachludzie je zrywająbukiety i wiązanki ładnie wyglądająna tle religijnego niebajeszcze ładniej sypane pod nogi żołnierzy,którzy wracają z zaświatu Heratto mędrcy i sekwojecisza rodzi zgiełk po raz ostatninad wulkanem grzyb europejskich myślisięga chmur i razem zastygająjak odwieczny akant – rozpoznwczy znakon nie jest Aleksandrem ani Krzysztofemjest sobą w koronkach epok>>>Z zewnętrznych znudzonych hasełwyzuty jak z onuc skórzanychbezzębnej jaskini knutywystarczyły za zębypokrwawione plecy zakochanegow muślinach utkanych przez włochategobez przypraw mięso zgotowanodla niegojak hufiec, falanga i kawalkadaze wzgórz dziczy i nieokrzesaniaw porządku niebnym podniebienienapadnięto i ze smakiem oskórowanomamuta cywilizacjinastępując na naczynia Syrii przedhetyckiejrozdeptano Genesis z Duchajak na wyrost wyzuty z witktorianizmu Hamletalbo Achilles szeroki w barach Eginyjak nizina do bitwy nad Jordanemjak hetairoi atakujący słoniemarny horyzont po wyjściu z jaskini wygnaniaściana do rozbicia do malowania do osłonyz ogrodu do piekłasłowa zapisane nanizane przekłuteprzeliterowane z ogrodu do przededenuczaszka u stóp góryczasza i jednocześnie czerep pobratymcaskała czaszkaokrzyk bitewny i ziewnięcie – zdradaz piekieł do… słówcedzonych przez zęby węża>>>W takim bólunie dało się zamieszkaćwielki zryw się zakończyłzerwano ścięgnazdjęto kajdany razem ze skórąsklonowano rany po przesłuchaniachpodsłuchując i oczerniającgotowe legiony zdemobilizowanoa to byli zaprawieni w prawdziemocarze z bliznami na czołachpowiekach, ustach i policzkachulicznice z nagimi piersiamina barykadach ich zastąpiły,gdy wymordowano księżyodkryto latarnie zielonei wynalazki świecące próchnicą ideologiiMęskie sprawy nie są zadośćuczynieniemza sprzeniewierzeniakobiece nie są sprzeniewierzeniemzadośćuczynień prawdzieto gnijące pióro jest pterodaktylapowiedziano na wiecuwiecu wyborczym w mediachwszyscy w to uwierzylidopóki nie okazało się, że to bielikaa bielik to nie orzełkonstytucja to nie elementarzwtedy zapomnieli wybaczyćkłamstwo przeszyło osierdzie uczniównadchodzących wodzów stuleci,którzy mieli być jednością kiedyśmiłość miło się zmieniław koronę z poziomek bez owocówza to w kwiatach białych całazespół stały wystraszonych wartownikówzaskamlał, okulał i czmychnął w jeżynyco i tak nie uwiarygodniło już nikogo– zemsta stała się nieuniknioną >>>W ilu trzeba wyjść do nich?w ilu przeprawić?ile trzeba po nich posłać dziewic?między nami kolosamizapadły decyzjetony złotasieci rybmile morskich podróżyw takim razie odchodzę –nie wchodzi w rachubęani Styks w Hadesieani Kserkses w Atenachani Aszurbanipal w Suziew ilu fortach Indian powstrzymać?w ilu inkaskich miastach tkać maski ze złotajak czapki?w ilu stanąć przed sądem jak Sokrates?między nami karłamizapadły decyzjeniech lud kupi niewolę za kopręlud woli koprą płacić niż zlotemw takim razie nadchodzę –wchodzi w rachubę– sam>>> >>>Z tym kluczemi z tamtym klownem,gdy tynk odpada z cyrkunamiot stawiasz nowyna dnie terasowej półkizalanej rafyklucz z koralu wkładaszmiędzy ożywione błogostany oceanuwkradasz się tam jak ibis do piramidyw zatopione zamknięte na zawsze światyzmysłów młodzieńczych obumarłychgdzie otomany z prętów stalowychkalumnie i plwociny otoczeniapoduszki chmur nadziei przekłute sprawnieprzez kanibali narodowych i partyjnychw mętne tłumaczenia braci i towarzyszywkradasz się między lękliwe zwierzęta w klatkachśmiertelnie zranione na sawannachrozpołowione na rafiez kluczem w ręku z kłódką na głowiew kapeluszu nie gór a lodowców,gdy spadają z nich płatki jaśminowego śnieguna kolorowe i denne rybyi przypływają na wiec płetwale z dziećmiwale i stada biełuchz tym kluczem do podwodnej odrąbanej kamienicyczekasz na wybuch lub tąpnięciejak w czarnej nieczynnej kopalnitsunami radioaktywne nie nadchodzimożesz otworzyć dziś dzielnicę kraj epokęodrzucony klucz opada w jasne odmętyna dno liceum morskiego konika >>>W poczuciu siebie i mgłyna przedostatniej stacji oczu i sercawdepnąłem do trafiki,która została zbombardowanaprzez Napoleona, lecz jeszcze istniaładzięki dwu aniołompodtrzymującym belki stropowejuż sto pięćdziesiąt latzakupiłem papierosy na drogęby słońce nie zachodziło samotnieby na ostatni szlakwyruszyć z głową chmurachby nie widzieć łez dzieckażegnającego ojca składanego w ofierzewśród ryku dzikich zwierzątbardziej dumnych i bardziej wolnychniż on samza jeden miedziany pieniądzkupiłem dziecku pomadkęzakryłem rękami oczy i odwróciłem głowęby nie dostrzegło rany na skroni,z której sączyła się krew krzepnącai śmierci we mgle na górze Moriaspojonej dymem ogniska płonącej żertwyOjczyzny!(… abyś raczył z Twojego niewolnika uczynić doskonałą i miłą Tobie ofiarę całopalenia i cierpliwości)>>>Tyle miłości w lochachjeden dwa trzy serca więźniówwystarczyło by niekończące się jarmarkiwyprowadziły ludzkość z żyznego półksiężycaustanowiony odruch płucapozwolił zrozumieć na tyle poszum lasuco odświeżający bardzo energetyczny wręczgrecki oddech pinii śródakademickiejgdzie miłość nie czekała zbyt długowyrwała hetyckie spiże z ziaren i mąkiby udać się do ludów morza po sólsól miłości to zestaw krzyży i półksiężycówznośnych dla rana bardziej rannych ramionale najbardziej dla samych rannychmiłość rozkrawa i kaleczyby wyprowadzić poćwiartowanychz każdego szeolu, lochu i zwierzęciascalając muzyką zbóż najdrobniejsze fragmentyod włosa po paznokiećw domach metr na metrna kamiennej podmurówcez sześciu kamieni polnychtam w niby lochu narodził sięwyjściowy pocałunekdrgnienia rzęs zamienione w ruchw kącikach oczu ornamentna pustyni i w pyle ulicy pierwszego miastajest rozpoznawalnym znakiemziarna zmielonego najdrobniejprzez kobietę i mężczyznę wespółw deltach sypialni żyznejwezbranej jak księżyc w pełninawet w czasie połowicznego wylewua rozkosz zmieszana z bólemunicestwia wojny w przyszłościale wtedy był początektam w pokoiku zwanym pierwszym domemjaskini lochu sercunależy o tym pamiętać jęcząc>>>Lewy skośny z lewej skośniez lewej powoli w prawo w dółkraksa gotowawolniej stróżugdzie schemat myślenia o sztuce neolituw statku-pralnipirackich studni ciemne wodyi strome schody i kręte ulicepełne starszych pańpowoli skośnie zygzakiemna dworzec-galerięjak Picasso i Apollinaireschody z kafejki Bon Coinwprost na Cmentarz Montmartrena grób Juliuszaprowadząc pod rękęjedną dystyngowaną starszą panią,która ma wciąż trzydzieści lati wciąż nuci piosenkęo paniach i panach na moście w Awinioniea dzieci lecą z nieba jak kroplelecą misie i smartfonyjak letnia dżdżapotem Dżugaszwili z Sorbonywywołuje ciężki deszczna pokazie lotniczymrozpylając z jakiegoś jednogwiazdkowego migasubstancję nienawiścieliksir mocarstwowościnad Sacre Coeurenawet zielone konie zeskoczyły z cokołówpofrunęły nad Gennevillierslekko skręcając do Metzwśród chmur, aniołów i muzby przelecieć nad Europąi zmarmurowieć w wygładzonych arcydziełachCmentarza Orląt>>>Oprócz ołtarzy we własnym garażunie mam już nicłzy są ołtarzamiw zamkniętej łazienceale to już inna pieśńecho nadciągająćej burzy to fanfarya krzyk to wystrzałna cześć tego, który tu wchodzinadzwyczajne cele są wówczas w łaziencea w głowie mikromydłai francuskie narzędzie równości,gdy wchodzi zwykły człowiekaby uścisnąć dłońzdruzgotanemu przez miasto-państwowładcy floty, która zatonęła w barzeszóstej dzielnicyjest ołtarz na molozamkniętego w przerażeniuściskającego twarzjest jeszcze ołtarz na drzewieale to już inna epopejatam na wysokościach we mglesiedzący niewidzącyteż ma swoje alibibo po cóż by ciskał te szyszkina głowy dzielnicowychze wszystkich kwartałówze wszystkich posterunkówołtarz rewolucjonistów bijących z przekonaniemliberałów bijących z przekonaniajest ołtarz jak mostw depresji poobiedniejnisko usytuowany pozwalaobsiąść się wronomnie straszna im tutaj ofiaraz niczegoz ludzi z krwi z siodeł i z tronówledwo nad moim przybytkiem zaświeciło słońceledwo noc dogoniła dzieńprzed misterium zażądanośniegu z głowy skazańcaa on antyrewolucyjnie stopniałprzestał ciskać nie swoje echana wiecachotworzył sięna doznania i twarzea sędzia otworzył księgę odczytał zeznaniaprzydzielił wstydpoznał jego uległość przedśmiertnąi ściął przy umywalce,gdy cisnął grymasy pewnego siebiesędzia i kapłan ołtarza – pewność samego siebieuderzył w dzwon braterstwa krwi>>>W brzydocie czasu odnaleźć srebrny śladzmienić ludzkość w gwiezdny pyłnauczyć się tak kochać jakby łapaćwiatr słoneczny i zorze polarnew snachw sekundach łez nauczyć się łkaćw żałobnych modrzewiach i cyprysacho północy ukryć się w sercui zamieniać ołów w srebro,którego nie zechce niktdopóki nie nadjedzie bezsenna noc>>>We mnie to nie tak jak w tobiejest żółw kosmicznyw moich trzewiach protuberancjawytrysk czystej plazmynie zawsze płynnego szylkretujak to szylkretu?zmieniam się ciągle w coś podwodnegopod powierzchnią Słońcaplanety nie mają powierzchni mistycznychtak jak jajestem żółwiem w przemianachduszą cywilizacji narodumiłosne żywiołytermojądrowe przemiany we mnieto tak jak w piekarniku domowej kuchnijak w cieście weselnym, które wybrzusza się, pękawyrasta na pociechę weselnikówtakie to przemianyw energii stoikaw energii zamieniającej się w szylkret duszywe mnie nie ma ciebie całeja pod tą boską skorupą jak skałą jestmiłość do wszystkiegoco stanowi o twojej energii we mnietwojego tchnieniatwojego życia i twojej twarzyale bardziej przemianymojego kosmicznego żółwia w człowieka>>>W zielonym generatorze grafiki uczuciowejpojawił się błędny wykresfal na oscyloskopietęcza wyszła poza planw panice legalna ekipa medialnarzuciła się do naprawiania błędówbo groziło to naruszeniem struktury molekularnejpapierowej naklejkiprzygotowywanej w drukarce urządzeniaw celu naklejenia na czole artystyaby uzewnętrznić dziełowprowadzić do obrotu społecznegopomiędzy tryby kolejnego urządzeniagenerującego sofizmatyczne starania o niepodległośćcałkowicie zielonych tęczgdzie bramiarze i tęczarzespijają śmietankę praw autorskicha generatory nie mają żadnych prawbo są maszynamiponad wszelką wątpliwość wątpiącycha ponadto zielonych po prostu nie manie występują przed szereg przyrodya jeżeli już to bardzo rzadkośladowo można powiedzieć wręczw prześwietlonych myślach>>>Ból społeczny jest nic nie warttak jak te rozmowyprzy kawiarnianych stolikachzapisane na serwetkachprzez agentów a nie poetówból społeczny jest tak wiarygodnyjak inwokacja dyktatoraw referacie o blaszanych wiadrachstojących obok mównicból społeczny jest wart tyleile spaliny rozwiane przez wiatrjeszcze śmierdzące w zwojach mózgowycha już nieistniejącena kosmodromach autostradach poligonachi nie wiadomo czy to była rakietai czy pochodziła z głowa mędrcaczy z głowy dyktatoranie uznającego bólubezdomnego nieletniego więźnia?>>>Moja droga twoje ustatwoje usta moja drogasłodkie we śnie i w nocybyły jak wyczekiwaniena wakacyjny pocałunekw nagłych krajobrazu ripostachnaszej podróży zagadkachodnajdowałem twoje uśmiechywe wstecznym lusterkunad ranem, gdy dojeżdżaliśmydo dzikiej plażya ty podnosiłaś głowęna tylnym siedzeniuciężką od gwiazd, które zostały za namidroga się nagle skończyłanoc urwała jak klifa usta pozostałyodbiły się w moim wspomnieniu młodościodbiły jak szminka na lustrze zmianodbiły na moich wargachpoprawiłaś włosy i usiadłaśniepewnie się rozglądającsamochód już płynął po morzukołysał się na falachi mewa miłość moja droga>>>To nie jest tak jak mówiszi ty i twoi prorocy,co wyszli z krajukraj nie jest starożytny na tyleby ogarnąć myślikraj to łysych pseudoprorokówlub skrytowąsych nibymędrcówco w budach zaliczyli szkołyszkoła ta uwodzicieli mężatekjak szarlatani i pastuszkowienawracający owce, których nie mieli– to nie jest wyjście z Egiptuani Morze Czerwoneto rozpaczliwe skoki w przepaśćtych, co nie wierzą słowomlecz ufają lotomzamienieni w słupy przydrożnezostaną obsikani przez kundlei odrapani przez stare Skodywbijające się w nich równie rozpaczliwieTo nie jest tak jak mówiszo świcie, bo o świcie mówisz,zbyt sennieto, co widzisz to nie są krajobrazy wolnościlecz zwykła kolorowa dyktarosyjskiej propagandydobra na budy a nie na szkołytwoja prawdziwa buda byłabeczką Diogenesaale to nie był prorok i dlategoożywił myśl jak strzałaa ty taisz ją w kołczanieNie mów, że w tym krajunie będziesz prorokiemprzez jakieś dwuznaczne przysłowiatylko wypuść strzałęw słońce>>>W ten sposób i w sposób innyzdemontowano sztuczny księżycchodzący zakosami po liniew jego jutrzniach nie było prawdyw wyrazie był niespołecznya w linie niezbyt groźnymęskie nadzieje skupiał w przydawkachmądrości jego niewierne nie okazały się sądamisędziowie na dwa sposoby zostali zgładzenikrólowie w tym uczestniczylibez afektu wręcz znudzenipozostawili wszystko księżycowiw ten sposób i w innypolegli także królowietylko gwiazdy establishmentujak świece świeciły przez wieczór jedendopiero, gdy ten i tamtenzauważyli, że gwiazdy nie mogą świecićjak zwykłe świecezainterweniowano i zainternowano wszystkow ten i tamten sposóbwyzwalając społeczeństwo z bylejakościgwiazdy jak świece – kto to widział?wrócił księżyc prawdziwymordowany, rozpruwany, podduszany i bityzachwytemostrzeliwanyzenitem południabombardowanyprzetrwał z zakosamii z tym wszystkim co uwiarygodniaco jest potrzebne by bezzębny bezpodniebnybezjęzyczny mężczyzna przywołał kobietęw ten sposób lub w innygdy odrodził się księżycodrodziła się prawdziwa kobietaw zachwycie uczłowieczeniaakrobatka>>> Proboszcz z burmistrzemsiedzą na sykomorzejak Zacheuszi rozpamiętująprzeszłe zwycięstwa wyborczeJezus nigdynie będzie tędy przechodziłi oni o tym dobrze wiedząjęzyk ludzi giętki i miękkiobniesie ich po wszystkich zaułkachpo wsze czasy będą rządzić duszamii podróżować na ludzkich językachjak w złotej lektycepo ulicach otoczonego drutem kolczastymJerycha >>>Cichy naleśnik ponad lasemsosnowym płonącymw Santa Monica lub Nettunocichy naleśnik z nadzieniem z pigwypachnącej wschodnim bractwem pszczółi lemoniadą pierwszych chwil majazaraz po pierwszej komunii,gdy pierwszy ogień go wypalił – to janie pasiasty szalik jak wąż w atelierani modelka przy Placu Matejkizrzucająca szlafrok przed klasąrzeźbiarzy z klasąCichy jastrząb nad dachami Krakowanad jazzowym Barbakanemprzesiadkowym przystankiem pod Jagiełłąprzystankiem miłości wakacyjnejzagubionej na Olszy, w którymś liceumBezwonny flakon z fiołkaminad Miraculum i Zabłociemnad szwedzkim stołem z kwiatami, pyłkamii żądłami świataustawionym w Sukiennicachciągle pobożnie średniowiecznychBalon nad Paryżemulotny jak chwile z Proustemnad Sekwaną płonącą w czasie Rewolucjilub Sekwaną zawstydzonąkrwią Męczenników z Montmartrui samotnością Joannypośród wszelkiej maści tchórzyi AnglikówNawleczona na igłę nitkanitka w kolorach tęczyzszywająca ręką Boga samegolechickie obrazyodnalezione przy piciu herbatyw salonie piękności dwudziestego pierwszego wiekuw kieszeni podartych szortówna słodkiej trasiezbombardowanej smutkiemumierającego wrześniapoza wszelkimi granicami>>>Na środku drogipędzących ślimakówktoś podstawił tamęskrytobójcze samolotyporywają mięczakizanim rozbiją się o zaporęz muszliwoda na swetrach prawieniewidoczna jak śluzgotowany rak w dużym kotleskłada szczypce do modlitwykruczoczarne sójki pierzą sięjak liniejące wężeprzyroda przechodzi metamorfozęjak zbrodniarz, który się spowiadanawet kangur nawet dusicielna autostradzie ślimaka przed nim zapora jak tama Hooverapowiększona w Chinach stukrotniedzięki kamieniom i cegłom z Wielkiego Muruwracamy do suchej Mahabharatyi po chwili Wielki Aśoka oducza nasspożywać mięso i sukcesywnie wybijać bracia na końcu pustynne zwierzęta podrzynają nam gardłapowoli, acz konsekwentniei to na środku drogi>>>Lantastyczny dziś nie istniejeGromki takżeraz miałem chrapkę na komizmwtedy wydarzyło się toco zwą wszyscy klęskąi emigracja i internetowe przekazywtedy wydarzyło się piekło w e-kurnikui norz-eletni wiatr zaniósł iskręprzestraszyła się lokomotywai uderzyła w leśny wiaduktdukt – dukałem, duktem zaleciałlis spłonął żywcema taki był przebiegłynie zmieścił się w Internecieprzebiegł prawdziwą drogę,która z nim spłonęław piórachjak sekwoi szyszkapolubiona przez gromz samego niebieskiego serweraotwierającego żywy świat>>>Moje cierpienie na każdym drzewie w każdym jego liściuono wyrąbuje puszczeby pustynie mogły pomieścićpick-upy terrorystówśmieszne burze wpadają tu cały czasjak drony penetrująco-eliminującejak drwale w przerośnięte lasyzbyt dojrzałe byz nich zadrwić by ich powstrzymaćkrew płynie w żyłce liściaw liściach wszystkich drzewjest ocean krwi, którykołysał się pod dnemSahary i Namibiimoje cierpienie ze słówtożsame z cierpieniem snówczarny las zmieniony w czarny czaspo północy mój zawój na głowierobi się białyczerń spływa z niegowsysana w piach, w któryzmienia się dywan pamięciobumarłe drzewa pamięciskamieniałe drzewa walą się z hukiemjuż po pierwszym pianiu kogutalas grzebie drwali i terrorystówmoje cierpienie zwęgla się nad nimipod ciśnieniem bolesnej krwi>>>*Księżyc*Stamtąd jaśnieje niebotam czeka ptakcicho cicho już płynie Księżycnagle zniża się samolot odrzutowyna pobliskie lotniskoprzelatuje ogromny transportowiecwprost przez tarczę Księżycaczyniąc hałas nie z tej ziemidrży nawet Księżycpatrzę przez lunetę na partnera Ziemiw pełni siłstojąc na rozgrzanym balkoniedrży nawet balkonsowa wylatuje z ciemnego modrzewiamodlitewnika znikającego słońcafrunie nad trawnikiemcicho cicho płynie jak Księżycw świetle latarni solarnychza późno na reakcjęuderza mnie w głowęluneta spada z balkonu na tarasmodlitwa zamierasowa chwyta moje oczywyrywa mi policzkirozszarpuje ustaściska moje ostatnie spojrzenie i samolot w nimszpony jak Księżyc nie dają dokończyćOjcze nasz – nim hałas wybrzmi do końcai słońce zgaśnie>>>Drugi dzień z rzęduniech te żółwie Tasmanazalegną jak desant morskiniech drugi dzień z rzęduna plażach będzie podzwonnedla lóż piaskurzek zbóż podwodnychwielkich kwadryg kontenerowcówJeżdżąc wzbija kurzpływając rzeźbi kilwaterzalegając zostawia śladżołnierz na quadzieżołnierz na morskim konikużołnierz na koculegendy literackich syrenwypełzły zawodzącjak sam Boreasz,który z Bachusem nie ma nic wspólnego,chociażsyreny i żółwie to makatkiw nadbrzeżnych tawernachrozkołysanych na północnychmorzach do północyrozdzwonionych na Lofotachsyreny wpływają w ujścia i dorzeczaszukając zaginionego Posejdonażółwie zalegają na Tasmaniibo to żółwie-dzwonnicydzwon jeszcze dzwoni w odmętachoceanówdla humbaków wędrowcówa one w nowej roli oswobodzicieliniewolników wolnych rynków>>>Testowane wczasy jak koncertyz prorokiem z wdową z miarką czasuniewyczerpanąz wiarą w odbudowanie młodościczłowieka maszyny organizacjijednakowe skarbyepokwydobyte odkurzone przemilczanena sympozjach rekolekcjachprzetestowane w pasażach urnjak nutypod ciemnym mostemprzegrana bitwa nad nimmetalowe kości kosmitygrawerowane na długim targuozdabiane na piotrkowskieji nowym świecieoprawione na długiejmaszyny sprawdzono pod kątemstuleciludzi sprawdzono pod kątemnanosekundkąty zmierzonoi rozdano biednymsprawdzono luksusowy gróbsprawdzono luksusową harfęw dolinach królów (na górze królów)na wyżynach filozofów (w dołku filozofów)jedynie dziewięćset lat testowanożycie mędrcówjedynie jedno życie skierowanodo pracy nad księgą mądrościo wolnym czasie,który wybuchł i skurczył sięponiewczasie>>>Stan na szczytach duchanie tak szczytny jakby się wydawało po ścianąwyższe partie dla rybw dolnym biegu dla płetwonurkówz błędnej krainy błędnych rycerzywyruszyli speleolodzy by przekopaćprzekserować podkopać i zgłębićale zamiast przed dziurąstanęli przed ścianąjak głusi przed muzykąjak ślepi przed tęczązdjęli pianki zapięli rakinałożyli uprzęże i wdrapali sięna cykl wykładów Wałęsyo chodzeniu w samolotacho goleniu klatyi jak w Spa pokonano komunizmnikomu niepotrzebnyKolędnicy ze Stanem na czelewzięli turonia za brodępotrząsnęlia ten powiedział – chcę byćwicepremierem w pogardziegospodarz z gumna zapytał– w czym?i tak zostało to zarejestrowaneWisła wezbrała w Sandomierzui po raz kolejny osunęły się schodywidać nie pisane im poziom Gostomianumna galery do Grudziądza przytakim poziomie pójdziem – rzucił Kazeki zrezygnowałnie przyznając się do nie tylko homiliiwewnętrzne spory w Puławach stanowiłykanwę epopeii Cichy Don wpłynął poprzez Bugna polską ziemięto nie był koniec Połocka a początek Pułtuskabo półbogi z tevauenu zamiotły szybko deptaki zadeptały śladystanowisko zajął prezydentw nimbyło oczywiste przy tak niskim poziomiedebatyoraz Wisły i Donua speleolodzy już byli się pięliw górę nie w dółna pochyłe czołakozice pouciekałyświstaki zryły podstawówki dla byłychsekretarzy Zakopanegoprzy okazji powstały narożne jaskiniea ujawnieni grotołazi strzelali z gumekdo ludzi pod skoczniąbyli na górze, gdy w pierwszej jaskinipożarł niedźwiedź górnikaani Szwedzi ani Rosjanienawet Sasi z Litwinami nie kiwnęli niczymby ratować Sarmatęani Miśnia ani Czerwieńskie Grodynie wysłały prezydentowi wyrazówubolewaniaw tak strasznej tragediina Krupówkach zwanych już Poroninemstan gór był bardzo niskiDon rozlał się na Podhalewyżłobił małą strugęi Orkan nazwał ją Donkiem w tajemnicyprzed Witkacym,gdy ten zrezygnował z wyższych partiii zszedł>>>Tak zwane serce w tak zwanym cielekrzyczy jakby istniałonie tylko, jako słowo, któreciałem się stałomyśl ucieka jak płonąca żyrafaa płonące serce musi trwać do końcaspłonąć z dzielnicą miastaowładniętą rewolucyjnym szałemludzi niosących papierowe kwiatymałe kwiaty zbyt małejak na tak zdecydowane działania militarneprzed muzeami kłębią sięludzkie przezroczyste zbiegowiskapod byłymi maszynowniami cmentarzywciąż trzymają straż mastodontytak zwana para zakochanychniesie uczucie w klatceniesie uczucie wachlowanepiórami strusi, któresame nie przetrwały pożogiczy to jakiś znak?słowo nie jest w stanie wyrazić tego uczuciaserce może zostać słowemmoże tak skończyć,gdy je pomieści>>>Srogi zawód mieć musiszstworzony dla ciebieby bały się przecinki leśnekanały łączące Wisłę z czymkolwiekby bali się pastuszkowie leśnii ich stada mróweka nawet intarsje na stolikachflisacy na kamiennych tratwachi malowidła wioseł w jaskiniachGdy uwierzą w przedmiot stworzeniapodmiot odejdzie we łzachi nie dość, że umniejszydoskonałość pod słońcemnie dość, że umniejszy słońceto klękając w zaświecie tyłemdo wielkiego wybuchupowie – teraz to, co ja mogę?Wtedy srogi zawód się przydabo cierpienie rozleje się jakwolność od zapracowanej miłościani kanały tymczasowe nie pomogąani przecinkiani alejki żwirowew wirydarzach klasztorówSrogi zawód depilatora pantei w Kacapiiucz się przemawiaćucz się machać rękami,potrząsać głową znaczącoczas na działanie politycznew straszeniu tyranizatorów słowarównie profesjonalnych>>>Zamek jak Camelotsamolot jak Boeingwłasne ja jak – ja jestemona sama jak drzewko kruszynyjej oczy jak kolce różyjej usta jak owoce głogujej ramiona jak gałęzie brzozyale moja miłość do niejto nie lotniskoani blanki murówani wieża oblężnicza przy nichani jeziorko Narcyzato tylko słoik na przetworyna konfitury lekko cierpkielekko trujące słodycząz małą domieszką krwiz palca, który ją wskazał>>>Przepłynąłem swoje Morze Czerwonena głównej ulicy miastana falach ludzkich twarzynurzając się w pianie ich spojrzeńw zalewającej oczy kipieliich przerażeniaw ostatecznościach popołudnianie rozstąpiły się bałwanynie pojawił się suchy lądmusiałem w głębinę skoczyćprawie jak samobójca licząc ledwiena listek Calineczkipapirusową łódź rolników egipskichresztki mojej nadziei w trzcinowym koszuutrzymały się wśród wzbierającej rozpaczysamotnych matek i ojcówdzisiejszej samotnej dobypośród wygłodniałych aligatorówchrześcijańskiego wygodnictwai rezygnacji>>>W ciągłych nawrotach tornadze strony drgających snówskojarzyłem letnie księżycespadające, burzące, rozdmuchującemiłości w pyłledwo z oka cyklonu wyszedłema już popadłemw wieżowców stanie nad przepaścią miastaw miłosnym pyleptaki i smoki zadomowiły sięw księżycowym mieście drapaczy chmura maszkarony i gargulce na gzymsach i attykachpartyjne i okultystyczne wrazwykrzywiły twarze na ludziwychodzących z teatrów i klubówi zmieniły się w najzwyklejsze rzygaczeto zagrożenie przybyłoprzez ulewę, grad i huragansamochody z kochankamifruwały nad miastem jak liściepończochy rozrywane łopotałyna masztach radiowychfeniks nawracający z zachodu słońcaklonowany, kserowanypowielany, małpowanyprzez oszalałego przywódcę żywiołówkulką mirry poskromił tornadaspojrzałem na szczątki miastaw mojej dłonito była miłość>>>Na nowy dzień miałem pozdrowienie snuzanim noc się skończyłaona odeszław jej ręce wstążka żółta i róża czerwonaw moim pokoju otwarte drzwia za nimi wodospad Niagaraona odeszła pod osłoną nocyjak bogini Persefonadobiega tu jeszcze jej głoswyraźnie słychać go wśród hukuspadających kaskad rzekikosmicznych zjawisk sercajej czysty operowy głosoto perlistym altem koloraturowymwoła do mnie z dna nocy– żegnaj chłopczebądź szczęśliwy z nią!Zamknąłem drzwi mieszkaniastarłem z podłogi i ze ściankrople realnościoparów rosy mgły i łezrozejrzałem się wokół– oto dzień wstaje nowyw oknie brzaski ona pojawia się znowu jak motylmoje słońce moje życiemoje najsłodsze pozdrowieniekolejnego złudnego dnia>>> Wtórują mi wichry marsjańskiea ja lewituję i gwiżdżęnad galicyjskim miasteczkiem zabitymnieheblowanymi deskamimam na sobiebiałą nocną koszulęi złotą koronęfeniks okrąża mniei pieje szósty razpotem ląduje na zgliszczachja układam się w półksiężycmoja miłosna suknianocą błyszczy jak srebroa oczy moje jak gwiazdyw nadfiolecie emocjinad drewnianym szczerbatym płotemi rozeschniętym kulawym domemzastygam z głową królikamoja ukochananie mogąc otworzyć okiennicrozbija je siekierąjak mgła wydostaje się z matniszybuje jak lampion i karabinwpadawprost w moje rozwiane ramionajak bukiet iskier i płomieni>>>Jedwabny frędzel u mojego tałesu wygnaniafilakterie z delikatnym pokarmem letniej nocysatynowy sen pod całowanymi powiekamimitologiczny olbrzym śpiący w głowieprorok lewantu siedzący w nogachnagle potrząsną głową i zażądałczegoś szorstkiegomniej puszystegocałkiem gorzkiegoa on nie uznaje sprzeciwubo to przecież anioł pokusyi jej pożeraczgdy zaczął zionąć ogniempodsunąłem mu dziewicęczterdziestoletnią z Azowaale potem baranka krakowskiegowypełnionego jego ulubioną siarkąpożarł go i splunął do rzekigdy ten nieśmiertelny ateistausłyszał hukjuż był w siódmym niebieale i to nie wyszło mu na zdrowienajważniejsze, że wszyscy obywatelew mojej głowie znani z szarościz przyzwyczajenia do delikatnościprzed każdym murem obojętnościodetchnęlii zasnęli w jesiennym pasie słuckim>>>W trzech wymiarach ustanowiłnowy porządekusta odmówiły i zamilkłyjego jeżozwierzbył osobistym czekaniemna przyszłośćjej pokłute ciałonie miało opuchliznyjednak miało ją miećw najbliższą niedzielęze skrajnych słów ułożył dla niejtampon na kalectwo całejej rozpostarte ramiona sprawiły,że stała się wiatrakiemi nawet mełła językiem słowaprzeszła się po pokojużeby dzień był radośniejszya on z jej powodunie będzie tylko jestmiała zegarków sześćnie wszystkie na sobieczęść kolekcji wisiała na ścianieczęść miała stanąć na kredensachon (jej) potrząsnął (jej) klepsydrąon (jej) odwrócił (jej) klepsydręwziął trójząb i uniósł nad głowęradośnie ominęła go jednakradość się rozrosła w przestrzeńi pozostała w czasieprzyszłość zwycięska jak sztandar,który wzniosła samaw czasie koniunkcjidobra alternatywnegoi rozumnego>>>W mojej trzeciej odsłoniezakryłem duszę przed wiernymimojego kościołazerwany kaptur wrócił na swoje miejscew trzecim moim akciewniesiono strzelby, szable i zbroje,które statystowały w napięciuw mojej trzeciej tercjiWolskowie, Etruskowie w skórachJobowie i Wandalowie przemknęliprzez miejsca straceń przyszłych Chrześcijanw mojej trzeciej godzinie dniazabiły dzwony, które były znakiemdo szybkiego ukrycia sięw zbożu rosnącym w jaskinitam zamieszkałembez losu, bez upadku ostatecznegobez świętowania miłościi w końcu odkryłemmojego Saula spoczywającego samotniena wyciągnięcie rękii dusza rozpoczęła królewski żywotw psalmach trzeciego wiekuwyszedłem z jaskini całona słońce samopoznania>>>Już nie płaczę po niejnie mam oczu przecieżwypatrywałem wypłakiwałemwyczerpałem zasobyoczy jak szklane kulkiwypadły z oczodołówmam dwa groby puste czarnesarkofagi minionych uniesieńw cmentarzysku głowyna przestrzał otwartegalaktyczne wrotado światów lekkich jak puchbez ciężaru i kształtuw bezruchu w bezzapachuw jej ogród zapatrzonyzapomniałem, że kolory mogą zgasnąć,że radość wypalić się możejak płomień świecypoza widzialnym światemjej pięknapozostałem sam jedenbez oczu, co zmieniły się w dymradar cierpienia ciągle nasłuchujeantena serca ciągle odbieraniewidzialne sygnały płynące z wyobrażeniaz wyostrzenia zmysłów nadmiernegona podszepty chwilz tęczowych wspomnień sferycznej miłościskowyt ucichł jęki przyciętoruchem dyrygenckiej batutyi wtedyzapłakało nasze dzieckoniemowlę sztukina widowni>>>Taka nagła zmianapana w pidżamach –zjadł chlebkotu wypił mlekoszczeknął na brataznów posmarował kromkę chlebawręczył łapówkę komentatorowi ekonomicznemuwziął czapkę, papierosy, splunąłi wyszedł trzaskając drzwiami –a taki był raptus w swojej służalczościw nawoływaniu do opamiętaniakrzyczał – opozycjo będziesz martwajak się nie uspokoiszi wiecie co? –na ulicy, bez rękawiczek, na mroziepo wyrzuceniu petai ostatnim spojrzeniuw lustrzaną wiatę przystankupalną sobie w głowęputim leżał spokojnydo końca igrzyskpostnarodowych>>>Moje serce wystawiono na ciężką próbęwojną naznaczono czarną krew,którą musi przyjąćwzbrania się, lecz wypełnia się nią powoliMoje myśli wystawiono na próbę wodypustynię zainstalowano w miejscedżungli lasu deszczowegona ekranie filmie obrazie wyciosanym w kamieniuwewnątrz głowy w czaszce arcestatku kosmicznymMoje nogi wystawiono na próbęciężkiej wodymam maszerować przez pustynięz Egiptu pod Aleppoby stoczyć wielką bitwę z islamskim gigantemmoje sny nie przeżyją kolejnej próbyTa wojna już kiedyś rozpoczęła sięw ogródku dziadka na polach ojcao wolność białych sadówoaz dla życiodajnych pszczół i wiatrówprzeciw mężczyznom z Wenus>>>Krwawią głowykrwawi kamieńkrwawią drzewanawet dymczarny zmieniający się w postacipod wpływem wiatru,który nie wiadomo skąd wiejepokaleczony rozpruty zmiażdżonyna Majdaniebraci różni wszystkooprócz krwi>>>Ja już poznałem swojego misiaoto prawie żartobliwyz giewontem w łapie stoi na Granatachalbo częściej z granatem na Giewoncielub sprzedaje buty w warzywniakuspod ladyprawie jest pluszowy,gdy mówi – a kartki gdzie?bawi się radiemstojąc w kościele za filaremstroi je i durnia wrazpyta kościelnego o złoty sznurdo sygnaturkiale nie wie tak naprawdęgdzie dzwoniąmiś nawet czyta gazety i tygodnikiod jakiegoś czasuczyta Misia i świerszczykistaje się przez to doroślejszydostał na urodzinyw łapęksiążkę o Indianachz serii „Poczytaj mi ojcze narodu”,„Poczytaj mi matko partio”łapa go swędzi, gdy bijąinnychsam bije i chodudo kina w październikuklaszczetak, klaszcze tak,że opuchły mu dłoniejeździ na traktorze tak długo,że prawie z niego nie schodzifilmują go do programuw telewizji propagandowej i śniadaniowejgdzie ma swoje okienko,gdy kiedyś się zranił pod stoczniąwezwano karotkę, bo dyspozytor nie znał polskiegokiedy się zorientował w szpitalu,że przyjechał marchewkąna izbie nie było już przyjęciai trafił do pakitłucze się teraz wśród innychzabawek historiiwyrzuca innym, że jego własna głowabyła z siananikt go nie słucha jużnigdy nie było w nimlogikitylko przycisk i beczenie jakby kozymnie już nie śmieszy>>>Na tyleile możnamożnajuż można? –powiedział przywódcai zamknął sięw świecie sprzedajnych książekchciał przejść do historiii poprawiając Wikipedięstanął w drzwiach Ipeenupokazując nagi torstym razem zaproponował zgodę na wszystkonie można! –chórem odkrzyknęliurzędnicynie można i tyleprzywódco jesteś potrzebnynarodowiwróć w lata 70-te i 80-tete latate fascynacjete marzenia i nadziejeta zwielokrotniana śmierćwymaga tortury dla ciebiewymaż ten podpiswymaż te zdaniazjedz te karteczki z notatkamiileż można zjeść? –odrzekł przywódcazagryzając jabłkiem, przepijając koląna tyle ile cię staća potem wymaż zapis w encyklopediiręką z brązugumką jak wieko trumnyjak drzwi, na których ponieśliJanka Wiśniewskiego –nie możnai jużprzejść do porządkubez historiibez histeriiprzywódco>>>
2013
*Znów pod Megiddo*
Obserwuję przez lornetkę ziemię przedpotopową
wypatruję znaku, zastanawiam się, kiedy znowu nastąpi Armagedon?
Brytyjczycy, jak faraonowie walczyli pod Megiddo, i co?
czas Rosjan i Chińczyków tam też już minął
a tu kolejny nadchodzi potop dla potęg
mój rower z Sumeru trójkołowy, symboliczny, mezolityczny
czeka pod ścianą płaczu dla każdego tą samą
dzban z winnicy patriarchalnej pęka na dwoje, tak samo jak świat
dziesięć dzbanów, dziesięć latarni morskich, dziesięć strażnic i oaz ostoi stoi
tam ruiny Megiddo słynne we mgle majaczą
płoną moje oczy oddane dziecku dziesięciorękiemu w zwojach
o której godzinie nastąpi zaćmienie Księżyca pierwsze?
a potem Enceladusa? a potem.. ostatnie
wypatruję znaku, zastanawiam się, kiedy znowu nastąpi Armagedon?
pytam, obserwuję ciała niebieskie
ustawiam ostrość w mojej lunecie na słoneczne baterie
trochę za jasno w tej pełni szczęścia i pełni czasów, to tylko przemijanie może
znad powierzchni morza słowa, znad powierzchni pustyni życia
znad wojny, ognia, głodu i powietrza, znad płonącej Ziemi Boga
znad grobu Europy zeświecczonej do cna obserwuję świat przedpotopowy
martwiejący powoli, świat nienawiści z odwróconych Indii
palących słońc w swastykach powszechnego kultu
przez lunetę moją, co jest teraz, jak peryskop
w batyskafie hollywoodzkiego reżysera potopów
wędrówki ludów się nie zakończyły – i ludów morza, i ludów ziemi, i ludów podziemi
choć runęły mury Jerycha i Kremla, runął przynajmniej w części mur chiński i berliński
trąby jeszcze grają, jeszcze gra harfa dziesięciostrunna Dawida
Pink Floyd jeszcze coś sugeruje w coverach
kałasznikowy Arabów w Londynie strzelają na wiwat
Mongołowie złoci szyją z łuków w górę, obok jurt komunistów ostatnich
kule i strzały lądują na Księżycu, drony AI atakują mojego Enceladusa, mój azyl
wypatruję znaku, zastanawiam się, kiedy znowu nastąpi Armagedon?
nie pod Megiddo, nie pod Dachau, nie pod Mostem Poniatowskiego
z wężowych iFonów, z pychy, z buntu, z grzechu najpospolitszego
z obnażania płyną rozkazy nieme
apokaliptyczne duchy influencerów skojarzonych z piekłem
walczą już z nami wszędzie
na miecze świetlne
Dusza wolność i jajakdźwignia koło bloczekz takich mechanizmówpowstają cywilizacje, imperia i potęgijak urojeniaunieruchomiony na chwilęza murem dziewiczego centrumduchagdzie prywatnie zawładnąłem światłemzawyły hieny i monstraświatów ciemnych cierpiącychbestie waliły czaszkami pomordowanychw podniesiony zwodzony mostlokalne władze z obrażonymi kumplamimiotały zapalone głowniew wieże z kamieniadziennikarze i politolodzy szatanaokrążali miastow którym moje ja śpiewało hymnprawdy o sobiew którym moja miłośćzasadzała ogrody sady i parkipełne uwielbienia dla Stwórcy.. wolny człowiek jest bastionembramą lwów dla Ogrodów Semiramidytylko dźwignia, koło, bloczekw ość jadu usz lśni>>>
*W tarninie IPN-u katalogi*
Stado sójek zapracowanych w lesie czeremchowym,
nad którym górują pojedyncze osaczone tarniną jarzębiny,
a wśród pani drzew leżą głowy krewnych odcięte w 1864 roku
siedlisko ptaków towarzyszących, w które zmienili się polscy powstańcy
wykpieni w literaturze faktu przez rewolucjonistów po piórze
o nazwiskach sugerujących szlachectwo niesakralne i zbrukane
lampiony unoszące się nad weselnymi głowami
brutalnie pomordowanych osadników z Wołynia
na brązowym zdjęciu z atelier małomiasteczkowego fotografa
przechowane w zabłoconym albumie jeszcze z 1920 roku
wywożonych z lasu na posterunek UB w Tarnogrodzie w 1946 roku
koczująca rok później grupa Banderowców
z Tarnawy w zasadzce na Tarnicy pod krzyżem
rozpadający się kościół w Świętej Katarzynie
zwalający się cegłami i dachówkami na głowy rekolekcjonistów w 1951 roku
dżdżownice różowe wspinające się po ścianie budynku
Związku Literatów Polskich z petycją antykościelną
w Krakowie na ulicy Krupniczej w 1954 roku
ostatni włóczęga pchający wózek ze swoim dobytkiem
sarmackim, choć szmaciano-tekturowym, polną drogą,
w którą zamieniła się poniemiecka granitowa brukówka nazwana Eeecztery w PRL-u,
pomiędzy Tarnowem a Dębicą w 1959 roku
samochód pędzący tą trasą, ale zawieszoną we mgle
tuż nad ziemią bez kierownicy
nakłaniany przez prowadzącego oficera do zmiany kierunku jazdy
za pomocą balansu ciała i ruchów
rozpostartych ramion w 1977 roku
chłopiec czteroletni płynący na plecach w dół Wisły w okolicach Puław
z wiankiem świeżych kwiatów na głowie zwróconej ku morzu,
jak jedyna świtezianka sprzeciwu w 1968 roku
grupka polskich hippisów po zakończeniu festiwalu Pop Session
przechadzająca się przed bramą stoczni gdańskiej w lipcu 1980 roku
tabor zjeżdżający z drogi w kierunku wierzbowych gąszczy
nad brzegiem Wisły w Sandomierzu tabor, w którym nie widać Cyganów
tylko sowieckich żołnierzy uchodzących z Polski w 1990 roku
(przy ogniskach i wozach bojowych machających kurami)
huk armat Konfederatów barskich broniących ostatniej reduty,
w Zagórzu warowni klasztornej w 2023 roku nad Osławą,
takie bywają sny, gdy kłamstwo zawisa w świetle księżyca i świeci złą sławą
nad rozstajami dróg Słowackiego i Mickiewicza,
znów wychodzących z Polski na tułaczkę nieromantyczną
i wszystkich innych umierających daleko od rodzinnego kraju
w roku logiki narodu bez historii i chociażby katalogów IPN-u
Jestem posłańcemminionych chwilw kulturalnym słońcu przychodzęw spiekocie przynoszę słowaone o zemście opowiadajątylko na pozórwylewają wiadra wodyja posłaniec czasem wylewam pomyjemoich spotkanych trędowatych władcówhuczy wodospad słówhuczą knieje i stoczniewyją syreny chamstwaa ja przemierzam polskie drogisam skowyczę sam zawodzęszumię jak dąbpogwizduję jak kaloryferwyrzutnia rakietw sodomim borzejestem sową z północygermańsko-gockim pomiotemna kantatach Bachajak na dromaderach Madianitówwiozę stukrotną soję amerykańskąi złoto wprost z Indiimaleńki odźwiernylekki gołąb pocztowylecę nad mołdawskim rajempo zemście na Besarabachdźwigam literackiego Noblai dzieła wszystkie oprawione w cielęcą skóręz wytłoczonym wizerunkiem autora na okładkachkulawe watahy dziennikarzywtórująi toczą się jak lokomotywy pozłacaneszerokim torem do polskich sercwypchanych siarkąja posłaniec ostrzegłem Dratewkęnie ostrzegę jednak smokau bram Krakaja dla smoka mam wiadomość –zemsty czas nadchodziCon amoremio przywódcaWolsków czy już Wagrów?nie powróci nikt z Syberiigdy słowa eksplodująw ustachnie ma już Wisłyidę dalejOdra jak Obranie ma już Dróżkiidę dalejpod Hamburgze słowem Obodrycapod Święcianę jak posłowiec>>>Skała stworzenie wydobywczy areszt kusze bezsłowny manekin zmiana maskonur piorun nad Arizoną burza nad pustynią kaktus mazowiecki uderza kamień w kaktus siła znoju między nowymi księżycami Jowisza nielot nietoperz słodki owoc kaktusa nietoperze z Polski odlatują zapylać kaktusy w USY znowu szkoła chińska teoria podkupu Tajowie kopią w głąb Chińczycy w poprzek ich mur dochodzi do Księżyca to księżyc w nowiu księżyc Jowisza skała nieprzepustna burza zwrotna trójkąt łódzki kwadratura koła Jowisza Idy marcowe idą Galowie przez Arizonę gęsi lecą w miejsce nietoperzy tym razem się udaje tylko pióra pozostają po tej stronie z piór wiadomo co można zrobić ale z czego procę wyrzutnię miotacz z czego z aresztu wódz wzywa do innowacji z aresztu pisze listy matka wynalazku odwiedza go wnosi paprotki, tuje i figowce wnosi kaktusy wtedy chińskie dziewczyny lądują przedłużają wszystko do końca zabierają plany i matkę wynalazku odjeżdżają rydwanami na piorunach ciągnionymi przez nietoperze Jowisz jaśnieje by po chwili zajść za kamień w murze >>>Wojennych krzyków zawierucha nie, to nalot gawronów na orne pola desant zamilkły historie wojenne na zawsze kołczany strzały pociski harpuny noże granaty tego Mikołaj już nie przyniesie ani żaden car będzie ciepłe miejsce przy kominku i samotność feministki zabijającej dziecko po amfetaminie wtedy stopnieją lodowce bezgłośnie i gawrony posiądą ziemię bezdzietną>>>Ten ból przy pierwszym spotkaniu był zapowiedzią ławka płonęła Beethoven nucił na kasztanie dumkę brzdąkając na banjo kruk zwoływał kruki na pobojowisko Ten ból od pierwszego spojrzenia w oczy był jak zwiastun kakofonii miłosnych uniesień w anarchicznej niecce stadionu cola popita wodą jak wódka kawałek pizzy dławił serem i papryką Ten ból wisiał nad miastem, gdy spacerowaliśmy pod rozgwieżdżonym niebem potykali na schodach w przejściu podziemnym przeskakiwali bramki w metrze jeszcze radośni Ten ból wdzierał się do przedziału przez otwarte okno studził oczy na wietrznym peronie spływał po policzkach jak woda z oceanów zrzucona z kosmosu na niewinną twarz Ten ból rozdarł ciszę dworcowych maszkaronów narastającym stukotem odjeżdżającego pociągu pociąg znikał stukot się nie kończył zniknął w strugach wodospadu codzienności na rogatkach za ostatnim zakrętem Ten potworny ból był wodospadem zastygłym w sercu od początku tej tragicznej miłości w końcu runął na nas jak lawa z pokutnego wulkanu>>>Oto jestem w raju na dnie martwego morza statek przybył za późno żeby ocalić mój gatunek Oto jestem w polskim raju na dnie Wisły zaraz ukażą się moje stopy nad powierzchnią wody rzeka wysycha żaden statek już nie przybędzie Oto jestem w powiatowym raju na dnie baru woda wdziera się każdą szczelinę do mózgu i do kościoła papierowe łódki pod mostem woda czarna skażona woda z martwych sumień raj to czy Sodoma łódki zaczynają płonąć >>>Pisałem o Ledwożywie w młodości potem modliłem się o przebaczenie jej grzechów z pisania mogłem umierać z przebaczeń mogłem żyć Ledwożyw wskakiwał mi na barki częściej niż siedem razy w tygodniu gdy z psem płoszyłem Indian plącząc się po samotnej okolicy krew lała się z serca okna otwierały okiennice by szyby mogły odetchnąć bym zrzuciwszy Ledwożywa mógł wreszcie poszybować pokaleczony ale przewietrzony za Indianami, którym nie straszna męka ani długi marsz ku świtaniu ludzkości ku świtaniu męskości Ledwożyw był inicjatorem stawania się z psem z łukiem z lekturą okna otwarto jednak na cierniowy ogród wyszedłem tam wpatrzyłem się pozostałem z Ledwożywem sam z bliznami i otwartymi ranami grzechu >>>Małe złudzenie w jesiennych szatach wpada jak muszka w abażur samotności śnij imam się kowalstwa na dnie oceanu wykuwam gwiazdy i jeżowce małe poirytowane tuż w grudniu tuż za mną już znowu zaspałem w muzeum tuż przed bitwą miałem dołączyć miałem polec miałem zasłużyć zaspałem w okopie z głową w piachu i torfie Małe marznięcie na jednej nodze tuż przed Wigilią gdzieś na polskiej Syberii a może w Kanadzie by przetrwać by zachować religię zabrałem pisma i przepłynąłem Bajkał i Zatokę Hudsona wraz Małe serce wstrzemięźliwie kochało małe serce kryło się po krach nie krach i przyszła nadzieja >>>Dostrzegłem w jabłku zaklęte kształty pięknego kobiecego ciała krągłości i słodkości aseksualnie smakowite rozpocząłem jak Michał Anioł wydobywanie z materii piękna ukrytego w niej od wieków Używając paznokcia wymachując kciukiem formowałem wyobrażenie kobiety z mozołem na ławce nad Wisłą woda przepływała u moich stóp woda samotna jak ja szumiała w swojej nazwie ja zastygałem w swojej Dłubałem w jabłku cierpliwie, gdy z rzecznej piany wyszła Afrodyta odsunęła nogą szczeżuje rozchyliła tatarak rękami usiadła mi na kolanach objęła ramionami i odebrała jabłko uśmiechnęła się rajsko i ugryzła raz po czym podała mi tablet z jego słynnym logo przestałem myśleć straciłem rozum zapatrzyłem wtuliłem się ugryzłem drugi raz >>>Pomniejszone atuty rtęciowców wciąż na siłę się przywoływały jak pulsowały w krajobrazie księżycowym jędrne klocki elementów matematycznych nagle zaschły jak wodospad zamarznięty w chwili spadania jednostek miar w obliczu spowolnił się wielki zawód mistrza ministra leje po oczach zapadły się nawet skończony dyrygent w kraterach nie drgnął batuty jak odrzutowce przestały smużyć zamieniły się w wykałaczki a jednak prawdziwe tasiemcobokie chwile wychynęły ze smutku z kraterów spojrzeń uśpionych by poczuć biedę dawnych poczęstunków porykiwań, pohukiwań, pouczeń wał drzewny jak usta stoczony kornikami nie był w stanie zmięknąć, skurczyć się w snach odmieniony zadośćuczynił nowym zjawiskom spróchniał a potem wyżarzył >>>Dusza wolność i ja jak dźwignia koło bloczek z takich mechanizmów powstają cywilizacje, imperia i potęgi (a urojenia?) unieruchomiony na chwilę za murem dziewiczego centrum ducha prywatnie zawładnąłem światłem zawyły hieny i monstra światów ciemnych i cierpiących bestie waliły czaszkami pomordowanych w podniesiony zwodzony most lokalne władze razem z obrażonymi kumplami miotały zapalone głownie w wieże z kamienia dziennikarze i politolodzy szatana okrążali miasto w którym moje ja śpiewało hymn prawdy o sobie i świecie w którym moja miłość zasadzała ogrody, sady i parki pełne uwielbienia dla Stwórcy .. wolny człowiek jest bastionem duszy bramą lwów dla przyszłych Ogrodów Semiramidy tylko dźwignia, koło, bloczek i ty >>>Amalgamat pokory stworzony z dnia na dzień wręcz z godziny na godzinę pokora Marsa z pychy Wenus (czerwieni) (wstydu) przynosi ptak konglomerat kosmicznego pyłu napis: „Najwyższy czas” bełtają się k..kultury w Europie księżycowej w muzycznej rybie woda nie wokół a wręcz w rybie półryby z orbit postsowieckich półryby z Nebraski a amalgamat płaskiej twarzy z milczenia owiec anachoreta pisze wiersz pokornieje jak zając nie ucieka wzdycha w blasku księżyca, który jest zimowy a nie kosmiczny boli prawa pierś anoreksja planety jabłka pychy >>>Ochżesz stój! moja błękitna trawo nie faluj i nie blednij żołnierz zaległ w mojej trawie żołnierz pokroju Andersa wyskoczył wtedy z niej zając pokroju Engelsa zaczął biec pod górkę na szczyt błękitnego wzgórza Och żesz zającu ty! wojnę sprowadzisz miotaniem z miotaczem miotasz kicami a za wzgórzem urząd Goebellsa nieniemca pokroju łosia i klępy wraz umysłowej łoś zielony nie żre błękitnej trawy zielony łopaciarz internetowy żre natenczas struktury dziury potem jak po robakach w prokuraturach w wojsku w sądach żołnierz kiedyś wstanie ponad trawą pokaże się hełm biada ci wtedy zającu szary eminencjo w zieleniaku trawochwaście Och żesz!na szczyt błękitnego wzgórzaooo to nie byle dubelt…..uwaOch żesz!>>>Ta miłość popłynęła ku duszy jak mgła na złotych pajęczych łąkach o poranku rozświetlanych falą czerwcowego słońca przypływu po ciemnej nocy świętojańskich przygód nastała jak chrzest pokolenia chociaż była jednostką jej ptaszyna kwiliła w pociągach jej gniazdo wito na dworcach łzy spłynęły jak deszcz na czarne pokopalniane wyrobiska i hałdy zagłady Jeden głos rozległ się jak szóstego dnia jeden dźwięk potoczył się przez nocne zatoki i redy miasta latarń i muzycznych ławeczek parków skwerów klombów teatralnych bzów pocałunki wyrwane księżycowi westchnienia wyrwane grzechowi mgła opadła za miastem na ścierniskajak wyrąbane parki sieć oplotła zaorane skibyjak splątane tramwajowe szyny dym się snuł wśród pól czerwieniejących z ogniskami planet muzykantów pasterzy odległych wojowników gdy cygańskie wozy odjechały do zamków do warowni serca pierścienia>>>Znawcy wystaw ci z księżyca twierdzą, że właśnie nadchodzi świt sztuki nadchodzi to zbyt wielkie słowo nie zawsze znawcy mają rację a już na pewno nie ci wywrotowi jak Sztuczna Szczęka Onegdaj cała Werona szarpała kotwicę dramatu i spajała malarstwo włoskie od Giotta a znawca zaszczuty i spalony na stosie jak Savonarola otruty jak Sokrates piękno Grecji to nie jest piękno nagich kobiet choć tu od nich się wszystko zaczęło a piękno Toskanii to nie same męskie pośladki chociaż zrodziło znawców Meteory jeszcze są i Pammukale są Carskie Wrota i Brama Lwów od zawsze jest lustereczko Księżyca i odbicie snów tych co się nie znają i nie mają lecz wierzą w piękno>>>*Mój dżdżysty nastrój*Mój słoneczny jar wypełniony dżdżystym nastrojem pełnią człowieczeństwa w godzinie śmierci w głębi na zamulonym dnie kwitną kaczeńce snów ale w Janusowych pozach ależ zamieć w lipcowych porach pyłek traw i skrzydła motyli żądła szerszeni schodzę w kaczeńce w ledwo odkryte jary marny mój zachód słońca jeden jar rozświetlony kamieniem filozoficznym odbiciem nieba i chmur cmentarz na skraju schodzi w głąb mnie z krzyżami łzami pochówkami Indianie Tatarzy Scytowie bezgrobni wołają wędrowców z odwiecznych brzegów świata na głębiny życia w jasnych kwiatach w błękitnych kwiatach z mulistych śpiących sumień wyrastających w wąwozie Jozafata w godzinie Zmartwychwstania>>>W moim dusznym oknie widać firanki płaczu z odległości parseka, gdy wchodzę w koniunkcję z Alfą C parę lat wcześniej już mija mnie Omega widzę świeczki w oknie w kolejnym okrążeniu widzę świeczki w oczach zapewne smutne przyciągania depczą struktury płaszczyzn równoległych w poziomie (nieistniejących w pionie) ona przychodzi od strony słońc strząsa łzy rozsuwa firanki w kolejnym świecie po przejściu przez ciemny tunel odnajdujemy siebie odnajdujemy miłość odnajdujemy inny wymiar radości żywi wciąż w węglu i wodzie>>>Tej miłości głodni tej miłości godni będziemy szczęśliwi rzekł Adam w jaskiniach naznaczeni cieniem własnej tęsknoty odwróceni tyłem do wejścia gdy miłość w błyskawicy uderza tuż obok – prawda Ewo?![Jaskinie władz duchowych Toną w blaskach pochodni]>>>Jeden zakątek zawarł przestrzenie jeden zakątek zawarł podwoje niesieni nocą toniemy w jaskiniach własnych namiętności odżywcze wichry słodkie letnie burze nad rozkołysanym światem traw soczystej wilgoci wchodzimy wjeżdżamy w pustynie pierwszego dnia opalamy sierpień nad płomieniem nocnej lampy naftowej drugiego dnia walczymy o opaleniznę wyrywając ją sierpniowym sprawom jednoczymy się z imieniem i czasem zagłębiamy w pełnię jestestwa miłość trzeciego dnia jest bezkresem życia przychodzi nagle po burzy i tonie w blaskach naszej twarzy szczęśliwej>>>Moje serce ze srebrnych atomów zawisło nad wodospadem ognie staczają się w przepaść te ognie to supernowe namiętności, które z kwarków zmieniły się w gwiazdy Runąłem kiedyś w czarną otchłań z nocną rzeką ukochaną, której uciekła ziemia spod stóp ja jak huśtawka ona jak koń na biegunach wszystkie krople drgały wszystkie strugi były napięte lecieliśmy w otchłań pożądania i namiętności chłodni prawdziwi żywi popłynęliśmy osobno wskrzeszeni w blaskach księżyca światłami wielkiego miasta sobą dotykiem wśród pohukiwań sów rozpłynęliśmy się na różne wyspy znacząc ślad pianą na wodzie elektryczną pianą srebrnych serc szalonych miłością rozstania dla wieczności w komputerach>>>Gdy cierpienie stanie się kwiatem lipy mój koń wskoczy na lipę przegoni stamtąd pszczoły jej cień cień runie na moje: bądźcie i będę skarżył się sędziom jak Trybunałowi w Jałcie ze skazą miodną na odwłoku chwilowo szerszenia chociaż już we wtorek mniej niebezpiecznego zwierzęcia od zwłok pszczół odlecę by ule przewracać cierpienie ginącego gatunku ludzkość obojętna fraszki na papieży piszę na papierze pojawia się pył a nie miód zemsta szerszeni już wyruszyły rojem składającym się z matek oburzonych cierpienie ginącej ludzkości jest w zapachu lipy z samego zapachu nie będzie ratunku homeopatycznym leku starości straty dymu czy w węglu czy w drzewie byle nie w lodzie pszczoły złożyły nadzieję a szerszenie nie zawładną światem mediów w grillu wyobrażeń i pasiece stęka rój trudzi się jakież osły tworzą karawanę zmniejszone, zamknięte w psich budach oczywiste miodobranie w Afryce walka z cieniem lipy walka z cieniami Hadesu greckie wyspy cywilizacji swojskie znaki wolności przedśmiertnej pracowitej i okrutnej>>>Któż odczuwa pod stopą obroty kuli ziemskiej oprócz Carole King poza niektórymi zwierzętami Wszyscy tacy zagonieni nieobecni w tym świecie nie czują na sobie kosmicznych run… cum za dnia a przecież za dnia gwiazdy (też) są obecne nad głową a przecież Ziemia się rzeczywiście kręci cały czas Któż widzi jak wzrastają liście na drzewach poza niektórymi muzykami którzy słyszą jak trawa rośnie (oprócz samych drzew w ich ziarnach) Kto z ludzi odczuwa zło świata w każdym człowieku grzech, który krzyczy w myślach i czynach miliardów poza Jezusem w koronie z róży wszyscy tacy zaaferowani polityką i spłacaniem kredytów Tak, że Ziemia się kręci bez udziału inteligencji i uczuć ludzkich namawiam więc do przykładania ucha do ziemi dłoni do lustra wody i serca do człowieka>>>Wczoraj zrozumiałem, że ten witraż nade mną ta mozaika tęczowych wspomnień to wciąż jedna kobieta w sanktuarium mikroduszy cudownie jedyna czczona jak w młodości choć tak wiele ma twarzy i wiele imion nosi przeobrażona w spektrum miłości przeobrażona w ciasnych zakrętach cierpień przeobrażona w wybrankę serca wczoraj była albumem fotografii i tysiącem klatek filmu mojego życia teraz jest na piedestale mężczyzny w jej ręku berło i jabłko święta dziś grzesznica kiedyś jak ja prześwietlona miłością okrywa moją głowę czarownymi dłońmi czasu dłońmi wyciągniętymi w przyszłość bajecznie kolorową>>>W szuwarach wesołości rozszumiały się plotki dziewczęce niewinne a potem dorosłe kobiety poczęły kląć Nagle z tataraku wiatr porwał gardłowe łkanie zamiast perlistego śmiechu świat poznał czarną prawdę o feministkach Tak naigrywał się w stawie Strzyg nocą i w dzień a miał być gąsiorem do śmierci w święta miał się rozpaść na pierzy puch tak orzekły matki blożki i premierówny szmateksolożki na wieczór na kolację miał Strzyg być gąsiorem nie zdążył nawet zawyć w gnijących wierzbowych liściach złapany musiał udać się na plażę dodową polską kobiecą potrząsać uszytą z kolorowych okładek przez TVN kiecą i stracił pomruki rezon i płeć a w szuwarach i w stawie plotkarskim ani radości ani treści czasy nastały nijakie>>>Łatwiej odpowiedzieć na miłość, gdy liście z drzew spadają zabrać się z żurawiami do ciepłych delt Łatwiej gdy mróz zetnie wykroty i koleiny na drogach wczesnnośredniowiecznej tęsknoty do zakochania do poprawy bytu poturlać się jak gruda Z zębnych wiatrów zeświszczony zmierzch nakłada się na kakofonię mruczących kolorów rozpylonych sprayem wprawną ręką półnagiej giewonciarki z Krupówek Przedtatrza a ty patrzysz na jej piersi i mówisz – kocham bo zimno już Możesz pierwszy odpaść od skalnej ściany wyrywając linkę albo szkolną wycieczkę polecieć do Słowaków i powiedzieć – piany nie mam, piasku nie mam a Słowińcy wymarli niedawno jesienną miłość więc przynoszę Wiślan łatwiej będzie się rozgrzać i wtulić w puste gniazda z nizin Łatwiej, mówisz? a bo ja wiem? ja nie nie nie wiem marzę o delcie w Rumunii może jestem wyłącznie Białym kochliwym Chorwatem z dżdżystego Krakowa?>>>Zanim noc zapadła w snach dni się wydłużyły o jedną wojnę światową we krwi pulsował pokój ale nic z tego Jakieś zwierzę przestraszyło żołnierzy zanim wkradły się zmory w sny rozbłysła jasność miała być miłość na skałach Golgoty mieli ludzie już nie zamarzać pod jej szczytami ten łańcuch górski Golgot odwiecznych przechował echa eksplozji przechował przez noc eksplozja wywołana przez zdesperowanych głodomorów jak z Kafki zwiastował wojnę światową była epizodem jak miłość była epizodem snu serca>>>Znajdźcie mi promyk, który bym ukochał bardziej w jakiejś odległej krainie zrodzony w bryle iskier z rzeki lub jej wodospadu niech do mnie przemówi z odległego lądu dzikiej przyrody w samotni mojej zachodzi słońce nad wydmami w życiu moim w czerwieni słońca znikają kolorowe balony unoszące się nad pustynią na tle gór sucho w gardle sucho w myślach marsjańsko w pamięci beznadziejnie w bezkresie państwa świat zachodzi za demoniczną noc a ja znów taki spragniony zmięty jak sterowiec po katastrofie jak niepotrzebna skórzana otoczka gadziego jaja po wykluciu bestii jak ugryzione jabłko odrzucone przez Ewę precz dajcie mi promień,który jest wilgotnym oceanem łaski na krańcach świata niech stanie się życie w moim sercu>>>Zaledwie jeden dzień moich serc stworzonych jeden dzień serc jak Orion czułych, zadziwionych ciszą gdy nadeszła noc miłości w jednej lotnej strzale wyzwolonych uczuć przemierzyłem przestrzeń od myśli do słowa od słowa do człowieka Bóg stał obok jak kibic trzymał kciuki za moje galaktyki Bóg machał szalikiem czasu myślałem, że to był jeden dzień miłości przeleciał przez okolicę mojego urodzenia przez miasta i wioski a ja głupi nie przyglądałem się ludzkim twarzom dość uważnie a ja nie rozmawiałem z przechodniami dość składnie mój jeden dzień to było moje życie zaledwie>>>Wtulony w swoje cierpienie w obolałych pleców sumienia roztkliwiony na gałęzi żalu przeciążony myślami i uczuciami pustynnieję w sadzie w nadziejach soków drzew, kwiatów i pszczół wyzbywam się otuchy wieków W przodkach którzy dotarli na to miejsce odkryłem prąd dzieciństwa dynastii brodząc w nim bez strachu W pradziadach widziałem zorze narodu i przetrwania płynąłem rzeką wśród śmieci miast nic sobie z tego nie robiąc strząsałem razy i rany ze skóry jak z płaszcza nie przejmowałem się szaleństwem władz i płynąłem Wisłą pełną sprośności w kierunku Warszawy przede mną był błogostan przyszłości w fajerwerkach synów i córek jak mi się zdawało teraz zgasł w bólach wypączkował tą wielkość do oczu przed ujściem rzeki dostrzegłem pękającą tamę>>>Zewsząd zjechali naturyści boscy przypięte ciała do skrzydeł niczym nie osłonione na brzęczących motocyklach okrążyli mój dom jak duże ptaki wzbudzili powietrzne wiry wokół siebie i mnie owinęli wokół swoich pieśni Gorączka wiosenna odnalazła mnie w podsuszonym igliwiu i czarnych szyszkach zacząłem prawie wić gniazda na świerkach dla moich sympatii pośpiesznie przed burzą Znalazłem odpowiednie rozwidlenie przebytych dróg w sam raz na puchowy schowek Lewitowałem w snach półśnieżny gdy otoczyły mnie istoty powietrzne i w powietrze uniosły rzekły: zostaw to wszystko zrzuć ubranie stalowe załóż skrzydła fruń z nami tam gdzie w przedziwnej ostoi czeka prawdziwa miłość człowieka wolnego na rozstajach czasu>>>Jesteś tam,gdzie chciałbym byś była jesteś tą która powiła jaskółkę we mnie, która wypuściła strzałę w słońce moją indiańską wycieczką W twoich skromnych – hwq słyszałem odgłos prerii i stad a potem wędrowałem z tobą Jesteś ciągle w drodze a ja marynarz z Myflower żegluję na grzbietach obcych bizonów kiedyś odkryłem twój ląd, a jakże przyjazny i cierpliwy dla mnie dla moich lęków i nerwic niezbyt endemicznych i dzikich jesteś jeszcze tam gdzie wymarzyłem i jesteś kobietą z dziecięcych snów marynarza wędruję ku czerwieni słońca niosąc ciebie z dziecinnych łąk z malutkich rączek z malutkich rybek z rzeki która wypływa w lesie przyjaźni w lesie jaźni w lesie gdzie śni mój anioł dzieciństwa idę do ciebie płynąc na falach tłumów bizonów bufonów w środku miasta miły obraz umierania w środku dziczy polityków nowego świata obywateli zielonej prerii wyspy obfitości dla niewinnych kochanków>>>W mojej małej siedzibie źdźbłowej jak sporysz kołyszę się na wietrze razem z moim chlebodawcą oni wywołali wiatr oni zasiali zboże a ja ziarno burzy (o którym jeszcze nikt nie wie) żerując zagrażam technicznej postawie polityka telewizyjnego odnalazłem moment rozchwiania systemu propagandy urodzaju więc wcisnąłem stopę wbiłem szpilę wsypałem piasek i odbieram rozedrganie głupka za sterem państwowej nawy Ptak uwił gniazdo nad wejściem do mojego domu zachęcony moim trelem i koloraturowymi westchnieniami jak oddech wzrastających szyszek potem ogłuszyłem go metalową burzą i to wtedy gdy miał się wykluć Tak w życiu zachęcałem dziewczyny by je potem pozbawiać złudzeń zachęcałem w zbożu plony jak sporysz Zniechęciłem za to polityków wniebogłosy żałosnych chcących rozpaczliwie rozkołysać przyszłość do dobra greckich pól logiki beznadziejnie bez sukcesu (tylko balans pozostał dla mas)>>>Płakałem dzisiaj cały dzień w pracy bo straszny polityk zawitał na przeszpiegi w korku płakałem bo straszny bałagan płakałem w ogrodzie bo sroki zniszczyły gniazdo i porwały młode zięby płakałem bo piekły mnie oczy ze zmęczenia bo spać nie mogłem całą noc komary mnie pogryzły i zawistny kuzyn obmówił bo sąsiad naruszył po raz kolejny mój mir domowy płakałem bo wieczorem potwornie bolał mnie kręgosłup i zobaczyłem jak bestia zbliża się do okien domu a potem do kolebki ze śpiącym synem płakałem bo przypomniałem sobie grzechy moje z mijającego dnia a potem nagle przeczytałem w blasku północnej lampki o tym kogo i jak zamordowanoz rozkazów Dioklecjana za miłość za chwilę przestałem płakać>>>Przesączyć życie przez gazę rozlać do butelek i słoików w momencie średniowiecznym natenczas dojrzałym W kilkuletnią noc zmierzyć się z własnym osadem i fusami oddzielić je od istoty przetrwania od sedna snów Słodycz miłości prawie dziecięcej uchwyconej w zapachu siana w letnią noc na Mazurach poznanej w smaku wina gdzieś w zatoczce bezludnej pomiędzy Śniardwami i Mikołajskim w ramionach nastoletniej dziewczyny z krakowskiej Olszy nad Soliną Przesączyć przez sny jej zapach i smak ust naturalnych jak letnia łąka pod gwieździstym niebem wyrazistych jak tęcza po lipcowej burzy Włożyć do słoika i zakręcić wieczko zamknąć esencję młodości dziewiczej jak dowód zbrodni popełnionej na sekundach godzinach datach w sobie samym>>>Serce składa pasjans życia nawet gdy boleje nad własną rzeką siadając zawodzi by milknąć na zmianę Serce emigruje dobrowolnie nie wygnane nie rozproszone wśród wrogów odkłada lutnię spokoju i radości odsuwa ją daleko od siebie i zanurza się w obcych wodach by poczuć całkowite odrzucenie kosmosu prawdziwą samotność w bezkresie złudzeń swój brzeg określa jako grób a nie obiecaną ziemię patrzy nań tonąc na środku rzeki wyjścia Serce niezmierzone rzuca się w otchłań serce bezgraniczne pędzi w nieskończoność serce roztęsknione nie daje się utulić światłu materii czasowi serce upodobało sobie słowa wzniosłe w nich upatruje miłości bezbolesnego początku jak i końca rozkołysania fal w nim samym nasłuchuje echa pieśni z dna pieśni powrotu z poza siebie sekwencji bólu istnienia>>>Jej ciemne przygody pełzające w trawach pokryte pogardą wybujały jak jej serce odkryły mgliste poranki w zaświatach zbudziła słońce w rzeczywistości ceglanej na złomowiskach uczuć będąc stworzoną dla twórczości poświęciła się dzieciom bardziej kreatywnym jej myślenie o Bogu największym Stwórcy było jak płomyk świecy oświetlający najstarszą ikonę Chrystusa jej mądrość nie była złowieszcza ani ciemna lecz wepchnęła ją w ciemne przygody gdyż mądrość zbełtana na skraju lasu monsunowego wpadającego do wulkanu nie dźwignie lotu w przepaść makroświata nie wyląduje jak motyl na rozkruszonych uczuciach pośród koralowców lub orchidei gdy wyląduje tam będzie jak piasek żup solnych i zastoiska asfaltowego błota w jej kreatywnej tęsknocie sztuka pojawiła się jak ocalenie obrazy fantasmagorie zjawiska irracjonalne modlitwy złożone z zapachów i smaków czciła Stwórcę w locie powtarzając akty strzeliste tulipanowi przed obiektywem aparatu fotograficznego czciła Stwórcę potrząsając aparatem przed pyszczkiem jaszczurki zdejmowała chmury strząsała pyłek traw wprost w ramy na kanwy zwyciężyła w przygodach i odwróciła kartę wygnania odrodziła się w pieśniach dla dorosłych>>>Liczył na swoich wyznań tchnienia, co są jak meteoryty przedzierające się przez chmur zawoje pragnął zdzielić toporem przestrzeń poza czasem zbudować cokół udało mu się rozrąbać społeczność i już wie, że agonia miasta jest niemal pewna, lecz nie będzie rozbłysku na koniec tyrady nie będzie słyszalne westchnienie nie będzie odczuty ciepły powiew zgon zgon całej wycieczki szkolnej do Warszawyw ósmej klasie zgon jego piłkarskiej drużyny, w której grał wreszcie jego klasy maturalnej następował jakżesz cicho i powolnie w oparach mgieł solnych lecz jednostajnie miarowo permanentnie oddawali ostatnie tchnienia towarzysze Peerelu i znikali ze zdjęć wyznania pożółkły na kartkach i tylko serce przetrwało bo zawsze miał nadzieję jak topór>>>Niebo nie zawstydza bo jest w nas cierpienie wielkich sfer odtwarzane w nas w kółko w kółko jak płyta galaktyki nie zgłębianego cierpienia obracają się każdej nocy na niebie które jest w nas chcemy wyzwolić się z kłopotów ratując krople prawdy w sumieniu strumienie wiary w samoświadomości wielkie rzeki nadziei we własnym ja zatrzymując myślimy, że tortura przeminie gdy lodowiec ogarnie wszystko wokół i w nas chłodna wygoda codzienności w uczuciach i zaspokojeniach marzy się płciowym istotom a woda i czas płyną jak chmury po niebie jak natręctwa myśli w szarej masie głowy niebo kręci się jak karuzela patrzymy na torturę nocy gwiezdną i nie wierzymy w nieuchronność bólu patrzymy na komety przemierzające czarne sferyczne przestrzenie spadochronu na miliardy spadających gwiazd i nie wierzymy w cierpienie,które nie zawstydza krąży nad nami jak kosmolot jedyny pojazd mogący nas przenieść na drugą stronę nas ze śmiercią wpisaną w serce wielką jak noc>>>Wewnętrzne przeżycia chłopca jagnięcia w złotoustych czasach w miododajnych przekazach nie były jaśminowe były raczej speleologiczne dla zdrowia raczej niekorzystne gdyż płakał przez nie nocą w koszmarach jaskiń i spadał w szorstką otchłań szybów pokopalnianych w pokoju na poddaszu pognębionych tłumił w sobie płacz – odlatywał jak ptak z Araratu – gdy wyglądał na ulicę zza firanek połykał łzy skarcony przez sąsiada rzemieniem unurzanym w mące ale w dziennych potyczkach podwórzach propagandy mienił się przywódcą dzielnicy sukcesów od niechcenia sukcesorem historii przedkomunistycznej niezlodowaciałej mienił się by wyżarzyć i zgasnąć umarł gdy na Księżycu wylądowali jego wrogowie postawił stopę na dojrzałej planecie kochanków zgasł w odpowiedzialności i nadeszła nowa era złychtoustych>>>Tajemnej sile chciał podziękować bo nie rozróżniał opłatka od tarota wniebowzięty służył kobiecie a leśne strachy okazały się grzechami młodości kobieta uklękła przed nim czcił skrajny hellenizm w masach dorastając w polskiej uczelni nadrzecznej aż postpunkowe przywary obnażyły w nim martwotę bezbożnej nauki gdy wylądował samolot samotności wysiadł z niego wraz z tłumem kibiców zdążających na ustawkę miłości (nie do kibucu) on miał puste ręce (bez kastetu i maczety) a one naprzeciw (tylko) skromne pejcze bity do krwi ostatniej westchnął zwiesił głowę i został pilotem (by) znowu poderwać maszynę z rzeki i cmentarza pradziejów prostota spowiedzi w skrajnych stanach odrodziła jego pragnienie wędrówki rejsu lotu z Argonautami przyjaźni płynął we mgle miłości w listkach komórkach promykach w molekułach usłyszał głos jak drżenie rozeschniętych desek poszycia skrzypienie desek na kapitańskim mostku skrzypienie wieka trumny w ładowni łopot pirackich żagli i świst wiatru w olinowaniu masztów i bukszprytów dla mew i Charona przykuty łańcuchem do miłości nie zawinął do żadnego portu żalu i zmieszania .. dzielny jak Odys nie zagubił się w złodziejskiej zatoczce diabła popłynął dumnie na kraniec świata człowieka do Raju, który czekał za tajemnicą jego wiary>>>W imię wędrówki przez pustynię w imię gwiazdy w imię miłości do kwiatu celu dziewczyny wyruszali wojownicy krwią znacząc drogę w bezkresnej pustce kosmosu w samotnej otchłani swego serca ich los przypieczętował idee grzech pozbawił nadziei litość przyszła na skraju czasu i wyzwolenia bliscy zawrócili znad molekularnej przepaści by wypłynąć z prądem oceanicznym myśli gotowych na wszystko i odnaleźć zwykłe stworzenie zakrwawione brudne zmiażdżone ufnie patrzące im w oczy szepczące: zaopiekuj się tylko mną>>>Atom do atomu Księżyc nad linię horyzontu marsz zgubne wpływy wpatrywania się w gwiazdy zgubny w żyłach napięcia fałsz serwowane anaboliki poezji na zatracenie cząstek neutrina mezony przez parseki uczuć wiersze w wieczorach wieczne apostazje realności mikroskrytki w myślach atom do atomu oko do oka ząb do zęba rzęsa do rzęsy łza do łzy wpatrywanie się w kobiety wypatrywanie zachodów Księżyca ledwo dniejących wierzb by zapłakać monstrualnej drogi do wyciągnięcia nóg noga do nogi ręka do ręki marsz przenieść się z komórki do galaktyki zanieść siebie w brzask marsz armii atomów na Zachód marsz>>>Aksamitna noc nie nad Tell el-Amarna lecz nad Beskidem smutek pielgrzymów ten sam dokąd pielgrzymują w samochodach zdążających na Południe dokąd lecą na złamanie karku jak ptaki noc skrywa zamiary ludzie kryją się w lasach jak mumie w nieodnalezionych jaskiniach splądrowano piramidy zniszczono gniazda ptaki i mumie chowają się w ciemnościach Afryki Polska wyludnia się każdej zimy bardziej, gdy katastrofa nadciąga jak kolejna dzicz ze Wschodu noc drży w migotaniu gwiazd a ja płaczę nad brzegiem autostrady gitarę zawiesiłem na znaku „stop” za wzgórzem płonie miasto słychać gąsienice czołgów i miażdżenie kości mumie nie zdążą ptaki nie zdążą Polacy umkną w ostatniej chwili ukryją się w górskich sanktuariach życia a ja… spłonę nad akadyjskimi tekstami jak ibis>>>Stella Maris patrzy na północ z miejsca gdzie zaczyna się rajski ogród patrzy na muszle wyrzucone na brzeg patrzy na wraki statków płytko zakopane trupy zmarłych na cholerę patrzy na skorupy glinianych naczyń, które zebrałem w Cezarei a teraz trzymam stojąc na brzegu morza u stóp Karmelu w zatoce śródziemnomorskiej plaży ktoś gra na trąbce melodię „Czarna Madonna” a ja zapatrzony w artefakty cywilizacji opuszczam redę zaczynam wchodzić do portu mojej wodnej cywilizacji radość przebytej drogi w moich strofach świeci jak morska latarnia dla statków kosmicznych>>>(skończył się sierpień) Dzisiaj jest piątek siedzę na parapecie okna patrzę na stary zegarek liczę krople deszczu liczę kormorany i kartki z kalendarza jak sekundy liczę zięby na niezliczonych ziarnach słonecznika od rana leje jak z cebra w ten wrześniowy smutny dzień zwycięstw ducha myślę o jaskiniach homo neandertalis i klimatyzowanych apartamentach w Burj Dubai myślę, że nie jestem człowiekiem zbyt głęboko oddychającym stęchłym powietrzem dominacji by dać się zamknąć w czymś takim liczę nogi nie skute łańcuchem liczę ręce nie związane wierzbowym łykiem liczę palce u nóg zwisających nad przepaścią miasta liczę nietoperze w swojej głowie (moja głowa wciąż mroczna jak jaskinia) i maszty żaglowców na morzu tysiącleci skąd się wziąłem nagle w tym sierpniu skąd w oknie – nie wiem skąd przegrane bitwy na nizinie pode mną skąd samoloty ze swastykami strzelające wokół kartoflami protestanckimi i spirytualiami pruskiej szlachty nie wyleczony solipsyzm jak nie wyleczone porażenie rzęs nie odgadniona dziewczyna poza czasem nie odnalezione pochówki homo sapiens w brązie mijające) dziesięć tysięcy lat – i ta naprawdę cudowna ciepła sierpniowa noc czeka za ścianą chmur strach przed.. homo sovieticus sapiens ile palców będzie miał homo sapiens sapiens sapiens? biały kormoran bezsenności i chłodem wyimaginowanym topniejących na niby lodowców tworzących jeziora i bagna jak samotne chwile w jaskiniach piątek przyszedł z zewnątrz wstaję jaskiniowiec w Ja>>>Strojąc duszę do wielkiego forte na walki kosmiczne duszę zbierającą siły ziemskie nadszedł mocarz narodów stanął pierwszy w dolinie kometa przemierzyła niebo lekki zapach Drogi Mlecznej historia zatacza ko…ło wraz księżyc nocą rumieni się anioły krążą wokół leśnej myszy wychodzi spod kokoryczki zmienia się w człowieka jest potrzebny człowiek na odwieczną bitwę, który poprowadzi ludzkość do nowej ery ducha (Słowacki, Aleppo… ) kosmos potrzebuje dziś narodu i bohatera duszy brzmiącej jak organy skalne Himalajów tokkaty grzmiącej nad stworzeniem.. świetlnym duszy potrzebna jest myszka bujająca się na belce bajki i przemiany w człowieka heros zginął nagle nadęty zbyt wcześnie przez słoneczny wiatr>>>W takiej samej kolebce wykołysany co Herkules otworzyłem oczy szeroko na świat niedowierzanie które w nich zagościło pozostało do dziś potem ktoś pochylił się nad twarzą dziecka cień padł na czółko i brwi potem Hydry się zleciały by tarmosić becik Harpie i Holofernesy zamrugało do nich powiekami raz dwa trzy i potraciwszy głowy poznikały w czterech stronach świata porodzony pozostał tylko i kobiety w kątach pokoju z czterech jego ścian wyleciały gołąbki Picassa małe rączęta różowe uniosły węża w powietrze i rzuciły nim o piec wąż rozpękł się na kawałki i tak powstało wężów tysiąc chwil gryzących boleśnie w piętę tym dziecięciem byłem może rok może dwa by szybko dorosnąć w dziennym koszmarze uzbrojonych hien niespotykanie szeroko otwartych oczu dzień nigdy nie stał już za brzaskiem świtem przed zachodem w wojnach bitwach kampaniach środkiem nocy polowań na demony Hunów Chanów Humerów już zawsze był >>>Otoczaki obracane przez galicyjskiego Syzyfa pięły się w górę protoeuropy po ogień z Olimpii i dym z wyroczni delfickiej jeden kamień literatury pięknych łez narodzonego drugi kamień poezji snów zamarzniętych czterolatka trzeci kamień muzyki snów nadąsanego czternastolatka czwarty kamień filozofii snów czterdziestolatka które obrosły mitem toczony kamień jak sam mech objęty jest ścisłą ochroną >>>Obserwuję jej serce na noszach Księżyca patrzę przez lunetę reguluję ostrość balkon z którego patrzę w bezchmurną noc drży trzęsie się cały budynek wybrukowaną ulicą przejeżdżają czołgi potem przepędzają stado byków na corridę wreszcie dziesiątki jeźdźców w szalonym wyścigu kołysze się doniczka na parapecie moje serce próbuje ją złapać zdołało uchwycić kwiat moje serce trzyma kwiat a doniczka leci na kocie łby żeliwna barierka balkonu odpada kamienne podpory kruszą się zdziwiony ściskam lunetę przygarniam do siebie zaczynam lecieć do wnętrza hiszpańskiego miasta upadam na powierzchnię Księżyca tuman kurzu zakrywa moje nagie ciało staczam się po zboczu krateru turlam się z lunetą z kwiatem wbitym w serce na dnie turlam się do białych noszy dotykam ich zasypiam na zawsze śmiertelnie poraniony kwiatem >>> Ja wcale nie magnificencja i eminencja do ciebie ekscelencjo piszę te ciepłe słowa bo detektor moich nastrojów już nie wykrywa gniewu urywa się irytacja z korków na autostradach peregrynacja bólu po infostradach przechodzących szybko w neurostrady z tych samych pni i gałązek jak lewitacja beznadziejności państwowych myśli w wolnym powietrzu moich płuc, że piszę do ciebie wybacz kacie mój za zbyt ostre słowa w czasie egzekucji wypowiedziane pod gilotyną moja głowa potoczyła się wściekła lecz w koszu obok innych (jakież zdziwienie) rektorskich biskupich królewskich zrozumiała, że na koniec ciepło wybaczyć trzeba>>>W kronie tysiąca snów zachodzi słońce tylko raz mały gitarzysta zamiast na gęsi przemierzać fiordy sepleni wplątany w struny wyszarpuje z nich palce i włosy zachodzi słońce dźwięków i myśli odgłosy chmur i wiatru stają się muzyką awangardową gęsi jak obrazy i litery alfabetu kluczą po niebie wysokim nie odnajdują ciepłego kraju za to mają dla siebie czarodziejskiego gitarzystę na skrzydłach riffów i refrenów leci zapamiętany w sobie przyrodzie i historii jak legenda i baśń przemierzająca Europę z Laponii do Itaki by upaść w sen>>>Myśli krążą wokół słońca jak anioł który spłonąć nie może a jego ogień jest po tysiąckroć gorętszy myśli krążą wokół grobu jak człowiek który umrzeć nie może naznaczony grzechem może z niego już nie wyjść myśli krążą z aniołami lecz i anioły upadły człowiek ma oparcie na ziemi ziemia jest tak blisko myśli o sobie i o swoim życiu jest ciągle przerażony nie ufa nawet sobie i aniołom ale słońce wciąż świeci i myśli rzucają cień>>>Wykropkowany gadżet pokrył się cementem odstał swoje tak, że go wiosna nawet nie zaskoczyła był we mgłach i łzach a potem w cemencie rozmazane kropki miał za kto wie co czerwone były kiedyś póki mu nie puściły nerwy przed randką o mało nie rozbił się na moście nie dostarczony o mało co nie wręczony prawie przez tą trzęsiączkę gadżet zmiękł w trakcie randki może po przejechaniu przez tira może od dotykania króliczą łapką się wziął i rozmazał w smutku i użalaniu odstawiony na kredens zmumifikował się prawie przestał odbijać światło jak szyba w oknie lub karafka zszarzał do cna,gdy ruszyła budowa marketu cielesnych rozkoszy dla trefnisiów transwestytów i towarzyszy z budowy dodmuchało pył jakieś turbiny czy kośne wiatry pył biały na osiwienie na otępienie gadżet skamieniał pokropiony święconą wodą gadżet – serce bezużyteczne na końcu stał się skałą gotową do wyrzeźbienia głowy sporej głowy>>>W miłości przez życie z filozoficznym zawołaniem w jedności z kobietą wynurzałem się z fal zalewających miasta kataklizmy dotknęły ciała katastrofy rozsadzały serce ledwo odratowany po tylu powodziach tsunami i po tornadach wskrzeszony obok stopionego rdzenia reaktora wzbudzony w cmentarzach systemów odrodzony z epidemii głupoty kochałem wciąż jedną kobietę idącą przez Ziemię jak wiosna wiozącą moje słabości na swoim oślęciu przez płonące miasta i lasy pędziłem męski jak bogowie Rzymu potężny jak wspólne duchy Akkadu i Sumeru przekroczyłem wielkie rzeki cywilizacji wspiąłem się na śródziemnomorskie kolosy lęku w miłości zaufany zadufany dzięki kobiecie odnalazłem bramę mądrości prowadzącą do kryształowego dziecięctwa>>>W skuleniach wyprostowany jak struna a początek drżenia w niebiosach mniemający w odpowiedni sposób, że trzeba być usłużnym tak wychowany tak zastraszany można wymieniać demony po nazwisku przywoływać wiedźmy z Uralu dygoczący całym sobą w stanie wojennym ulotek i piwnic zimne posiłki zimne pokoje (posiłki nie nadeszły pokoje zahuczały bitwami) ogień na ołtarzach(ołtarze w hutach) w katedrach głów i pięści w poskromieniach ambicji.. ulepiony z haseł(gazet)jak szczur niezwyciężony w odnowionych śmietnikach pełzający przez świat w prokreacji spakowany jak pigułka na wielkość narodu po odtrutkę lekarstwo na cynizm(mas) wiele razy dzwonił do drzwi aptekarza po nocy bo kotłował się antyseptycznie(na resztkach powietrza) w granicach państwa na krańcach, gdy zamrugał oczętami lekarce i dojarce poznały jego fobie przytuliły się obie ogrzały jego namiętności w granacie obronnym raził potem setki kilometrów od domu rozprężony jak wybrzmiała struna dźwięk dzwonu zamienił się w echo leśne chociaż z jego konwalii wychynął zapachem nawet struna się zadziwiła jak można wzbudzić taki dźwięk poza czasem w cyfrze(w ciemnej dolinie psalmóww cytro-lirze)>>>Wiele wskazywało na to, że cukierkowe spoty skończą się wraz z tą kampanią jednakże po kampanii zaczęło się w tiwi oziębiać celebryta znalazł bowiem kulę śniegową i zgodnie z jej logiką otoczył się ujemnymi ładunkami więc przybrał na wadze spoty stały się bardziej celebryckie i nawet premier okazał się bardziej ohydny od publikatorów, które polewano gnojówką z pokrzyw w okienku pojawił się miś satanista sypnął wulgaryzmami na dzieci odsłonił zęby i bliznę zebrał brawa w studio i zabrał krzyż po prostu zdjął ze ściany i wyszedł plakaty jak zombie otoczyły miasto wypełzły z bieda-dzielnic i zadomowiły się na domach centralnych nie prywatnych ktoś krzyknął: to już było za Kiszczaka Moczara Olszowskiego ktoś odpowiedział był brąz było żelazo było złoto czas na efekt błota nuklearnego miedziane czoła wyzłocone (to normalność – szarość – banał) aktor wyciągnął rękę pomalowano mu złotolem paznokcie założono pilotkę luzaka z tokszoł gadające głowy potrząsnęły głowami (jakby narodami) tłumacz zamrugał zbawca wystąpił w ostatnim spocie po czym przyjął pozę gladiatora z boiska dożywotnio już zombie w centrum wyszczerzyły zęby dożywotnio>>> W tych głupich snach aranżacje jak firanki przesłaniały częściowo widok a bluszcz treścią wił się w oknie jego macki niespokojne szalały dając dowody żywotności firanki pełne roślinnych motywów zanudzały odsłonami a motyw wiądł w oczach jej wielkie oczy będące kiedyś studniami dziś stały się zjawiskowymi oknami w spojrzeniach i w patrzeniach pogrążyła krajobraz bez reszty myśl przewodnia jakżesz się wiła w ciemnej zieleni pieśń słowa i melodia jak burze nadchodzące z zachodu powoli wypełniała przestrzeń miłość otoczyła dom zajmując drzwi, okna i komin przejmując na własność ściany zaaranżowane przejęcie z pomocą skłonności, historii i senności miało odebrać mnie rzeczywistości utkanej z woli i wiary i faktycznie pieśń wdarła się do wnętrza mojego domu młodość osaczona nie miała drogi ucieczkirozpierzchła się jak baranki boże wiek męski zawył jak zwierz starość zagrała na trąbicie miłość jak bluszcz zacisnęła się na sercu a ja stałem obok domu wśród drzew na zewnątrz przyglądając się (moim owieczkom niespętanym skubiącym trawę spokojnie na hali wolności)firankom w oknie>>>Akurat nie nie nie teraz a przecież ty ty zawsze przecież wiesz skoro jesteś świtezianką jakżesz piękną a przecież moją w burzach śnieżnych nie zamarzłaś w moim sercu nawet nie nastręczałaś problemów z przekolorowaniem światła w krasnych jaskiniach moich myśli jak kropla spadałaś jak sekunda jak plusk na dno mojego życia akurat nie teraz musisz rozwalać ten stalaktyt gasić swoje oczy gdy nagle przestałem pisać o tobie>>>By kochać trzeba śnić by śnić trzeba być dzieckiem dziecko to symbol miasta miłość nawiedziła miasto w ruinie matka zabiła dziecko Oliwka jest cywilizacją wyrosłą z pestki wiary dojrzewającą na kraterze ofiary tłocznia stoi na kartach Księgi nad przepaścią sumienia starca winnica zdeptana przez dzikie zwierzęta wieża strażnicza powalona przez trujący bluszcz Nawet dzieci wyrastają na zbrodniarzy a prorocy bywają zaprzańcami wcześniej dzieci są masowo zabijane przez budowniczych autostrad dzieci nie winne ruinie miast dzieci zrodzone z miłości by śnić spokojnie dzisiaj trzeba być płodem>>>Boleść jest naturą drzewa płaczą wierzby dęby łkają łzy spływają i kapią na zimię z obciętych ramion brzóz cierpienie aniołów zaklętych w świątki posągów w pogańskiej gontynie znane jest wszystkim zmarłym na cholerę pochowanym zbiorowo pod lasem frasobliwość spróchniałego klonu wśród czarnych pól przeoranych wojną wystawiona na próbę chmur limba znad Morskiego Oka i sosna nad przełomem Dunajca serce samobójcy skaczące z Sokolicy w gliniane fale wiosennej rzeki jak sosnowej trumny w grób ból każdego dnia człowieczego w sztachetach płotu rozeschnięty parkan brama i wiatrak drewniane gumno chylące się do ziemi wóz drabiniasty ciągniony przez konia trojańskiego pełen drewnianych franciszkańskich ptaków co przysiadły na nim przybite ciężarem nie swoich grzechów wśród wiejskich sadów wóz podąża na Zachód spala się powoli w blasku czerwonego słońca które jest spełnieniem i celem czyśćcem dla gnijących liści stosem dla pokutnych ołtarzy przetrwaniem eremity w drewnie zaklęta zabrana z drzewa ośmioramienna gwiazda poety anioła przybita do krzyża lasu krzyk drzewa zapala las wyzwolonego oczyszczonego>>>Jej słodkie oczy popełniły zaproszenie na ucztę, która zakończyła się w gorzkim morzu popełniły wskazanie miejsca za stołem wśród solniczek i czarnych placków asfaltowych mlaskań trwało to chwilę zwaną potrąceniem kryształu oczy zamrugały przemowa została zakończona wewnętrzne słoności wypłynęły by cucić oczy popełniły otchłań dworcowych rozstań zamiast pociągów z dworca odpływały żaglowce cień rozmazanych ciast w kawiarenkach bydlęce wagony na bocznicach dla pozujących celebrytek oczy zawarły podwoje a w nich zawarte były uczucia, których nikt nie odkrył i nie odkryje wpatrzony popełnił zbrodnię zakochał się i odjechał zgorzkniał w eremie głodny i spragniony wśród zrujnowanych akweduktów i wyschniętych fontann pokutnik słupnik miłośnik niebo spełniło dla niego oczy niebieskie a z nim pozostała sól ziemi miłość>>>Już więcej nigdy nigdy więcej ale za morzem jest chwała za morzem namiętności oswobodź swoją przebiegłość idź na barykady zajmij pozycje na tysiąclecia jesteś chińskim dysydentem środka jesteś filozofem z Indii z pestki jesteś lewitującym prorokiem z Tybetu z muszli ciągle głodnym dźwięków i spojrzeń Już nigdy więcej nigdy nigdy jak wojna dała chwałę trupom tak miłość samounicestwieniu poproś serce o chwilę spokoju duszę o jasną pustkę swoje wnętrze o biel i jednostajny ton dzwonu pamięci nie jesteś walecznym Hetytą lecz bronisz pokoleń Izraela jak Uriasz niesiesz falangę i żelazo na zagładę Hattuszy płyniesz z Persami pod Salaminę by rozbić potęgę Aten ale gołąb z twej arki już nie powróci zza morza namiętności nigdy więcej nie podniesiesz ręki na Grecję>>>Wtórują mi zewsząd świsty wiatrów północnych każdy chce do mórz ciepłych (jakoż i ja) a ja teraz na fujarce z wierzby popiskuję majtam nogami na gałęzi dębu odgarniam włosy z czoła targnę powietrze jak nadzieję chłodnego października roztkliwiając łagodnością słowiańskich leśników i drwali potrząsam głową zakręcam palce na dziurkach popluwam ptaki ciągną rozerwanymi kluczami nad moją chorą głową ledwo sięgam ręką ale wyłapuję je pojedynczo przytulam głaszczę dmucham im w dzioby i wypuszczam macham ręką do tych co w dole kuropatw i bażantów to moi wierni druhowie potrafią zamarzać ze mną wszędzie gdy odwrócą się wszyscy boscy ludzie gdy lodem skują się strugi i oczka wodne w ogrodach parweniuszy gdy śnieg pokryje wzgórza a las zmieni się w katedrę Laponii dla nocnej fugi zagranej na organach żalu zamarzłem w ludzkich spojrzeniach wystygłem w ludzkich sercach w środku lata mogę i potrafię zahibernować się razem z umierającym na brązowo październikiem na moim dębie ostatni liść i ja zasuszony jak moja niesforna grzywka odwraca się do słońca na przekór za późno jednak na wędrówkę przez kraj nachylający się ku górom liść zerwany spływa skosem w gnijącą trawę zeskakuję z dębu łamię kręgosłup wpadam w grób nieruchomieję w sobie i w Polsce zatrzymanej w czasie>>>We wnętrznościach czarnej góry zwanej sumieniem tajemnicze rytuały zakapturzonych mnichów mamrocząc modlitwy spacerują pod skalną kopułą, z której wystają korzenie śmierci śmierć przebija skałę i czaszki mnichów głowy spuszczone na pierś kaptury na czoło przerażenie w oczach wśród drgających rzęs Do jaskini sumienia nie dociera poblask Paryża i Vegas jest za to katownia Kremla i Dolina Gehenny słońce tylko czasem nieci brzask poranka, gdy miłość matki i dziecka ślizga się nad horyzontem po trawach zmrożonych zroszonych zdeptanych w dzieciństwie W jaskini życia mrocznych cywilizacji grzechu płonie ogień i w tyglach i w kadziach bulgoczą roztopione metale żarzą się węgle jednakowoż dobyte z wnętrza Ziemi purpurowieją noże i ostrza mieczy latają iskry nad młotem Thora i tarczą Achillesa grzech wali hukiem i wrzaskiem atakujących stad i hord sotni i falang a mnisi spacerują i modlą się szepcząc komplety W wnętrznościach czarnej góry ludzkość przemadla nowe ..więzy.. obmyśla przeprosimy przełyka upokorzenia tęsknie spogląda ku wyjściu gdzie lewituje srebrzyste niemowlę jak listek kołysze się na świetlnej fali która spływa wśród kości i czaszek do stóp Demiurga podtrzymującego płomień wielkiego ogniska cywilizacji sumienie bulgocze góra drży wulkan ludzki ciągle przed erupcją prawdy>>>Problematyczna podróż koleją do wnętrza Ziemi a jednak wyruszyłem zagnieżdżony w odwiecznym ruchu koła byłem sam przez wiele lat jak Szymon Słupnik wyniesiony wysoko przez ludzi błądziłem myślami w chmurach modląc się za nich dzień i noc w słońcu i burzy nie miałem dzieci gdyż odeszły na górską wspinaczkę z reżyserem filmów o głębinach i szczytach pozostawiły mnie w eremie uściskawszy pierwej nie miałem nocnych widzeń gdyż patrzyłem w gwiazdy bezpośrednio widziałem bitwy na niebie stale prawdziwe bitwy niebios ani dachu ani kapelusza nic nie miałem zwieszałem głowę nadludzkim wysiłkiem w czasie snu jedzenia innych ludzkich czynności kruki mnie odwiedzały kruki dawały pożywienie i lekturę pisma przynosząc w dziobach ser i papirusy Ohydne bitwy w trawie mrówek zabalsamowanych ze skorpionami porządku i skarabeuszami destrukcji były spektaklem, na który musiałem patrzeć odkryłem tu swoją nogę lewą potem prawą odkryłem dawne przyzwyczajenia pisanie listów napisałem piórem kruka atramentem niewiedzy na komecie Trojan kometa spadła na ziemię uderzyła w Achillesa potem w Troi zrobiła dziurę do wnętrza Ziemi rosyjski pociąg wjechał w nią kołysząc się śpiewająco od modlitw zesłańców zeskoczyłem z mojego słupa pobiegłem za nim wskoczyłem do ostatniego wagonu chcąc być z moimi zesłańcami przejść przez dantejskie sceny Syberii przenieść przesłania wieszczów przez środek Ziemi aż do renesansowej Florencji>>>Wtórne wstrząsy w płucach pierwotne w sercu ciemny wybuch wulkanu w głowie rozbłyski lawy w oczach rozbłyski (powtarzające się stale co tysiąclecie) fontanny iskier ogień zapatrzenia ona szła korytarzem przed mną wyniosła spokojna jasna daleko przed mną w krótkiej czarnej sukience letnia zwiewna jak bryza znad oceanu ja stąpałem daleko za nią bardzo ciężko jak grizli przedzierający się przez gęsty kanadyjski las nie mogłem jej dogonić i dosięgnąć patrzyłem jak znika we wnetrzu rakiety gdy ucichły odgłosy erupcji pozostały mroczne echa symfonii ducha łamanych gałęzi deptanych przed chwilą paproci dudnienie stad w ostępach serca pomruki z dzikiego lasu w głowie trzewi wyrywających się z przestrzeni zapatrzenia splecione dłonie w modlitwie do świętego od trzęsień ziemi statek na redzie gwałtownie zepchnięty odpływem na pełne morze żaglowiec nie mogący dotrzeć do kei w kolejnym halsie i bezwietrzność zapadniętych płuc>>>Klimat na Ziemi zmienia się co jakiś czas cierpienie jest stałe (od poczęcia ducha – cywilizacji) zmienne kosmicznenie wyznaczają lotu serca nad oceanem piasku spalonego ognistym pocałunkiem zdrad szukających chłodu jaskiniowcy poszli szukać ciepłych zatok i dzikich winorośli dusze jak orłosępy fruwały w mgłach nad skałami półkami sądów aż runęły na padlinę na przedgórzach myśli w piorunach a oblicze marmurowe w chmurnych myślach kryje stukot dłuta kata rzeźbiarza porzuconego artysty przebiegłego poety zabitego brata wiatr wieje z różnych kierunków ból zawsze unosi się ku górze>>>Klęska w oczach, uszach i ustach ząb nie do zniesienia szmaragd komety przepowiednia dusza krzyczy: otwórzcie serce przechodzi przez drzwi zamknięte zbyt niecierpliwe kolorowy rozbłysk na niebie pełnym czerni czerń przechodzi w błękit zmowa rąk gesty sumienia maluczkich uniesienia wywyższenia do kajdan spokojny marsz mrówek kontestujących po stole po ręce po twarzy okrzyk spod stołu głuchy łoskot krwi zdziwienie skrzata i myszki blade lico pielęgniarki rozlana rtęć mija gorączka cichnie skowyt w płucach dobija sznurem kaszel koszmar twardnieje znienacka spadanie szorstkie nagłe znieruchomienie po utracie przytomności mgliste spojrzenie kata roziskrzone oczy zachmurzonego skazańca krew nie do zniesienia z tronu szyi fontanna nadziei jak trap przejście po mokrym bruku w błyskach fleszy gilotyn zdarzeń wyrywających poniżających wynoszących po gzymsie okruchu zabawce marnych tęsknot chłopca z dziesięcioleci do wieków w ustach łany i pieśni język nie do zniesienia w ustach bezzębnych>>>Żołnierzto nie Baudelaireropucha wychodzi z oczkaw panicebędzie wojna?raczej Apollinairewojnasłychać odgłos koncertu Lamb of Godz chorzowskiego stadionuw tle nadlatujące samolotyto Ślązacy wypuścili dronyna Polaków?Apollinaire już w mundurzeDylan i Ginsberg uciekają jak żabya na scenie pojawiają siępunkowcy narodowi i westerplatczycyŻołnierzto nie pokrzewka wyprowadzającamłode z gniazdachce chronić swoje okaleczone dzieckoczłowiek wyrzuca takie niechcianeprzez balkon w Stalowej Woli i WarszawieWojnaszerszeń wgryza się w próchnoszerszeń to żołnierz klasycznyto żołdaknie taki tam Apollinairejakżesz on potrafi zabijać pszczołychociażbynawet jest o tym film na YouTubeŻołnierzEwa broni resztką siłczłowieczeństwa i suwerennościlecz daje się wyrzucićprzez balustradę na Placu zamkowym w Warszawiespada wprost na zatopioną Wisłostradęprezydent stolicy nadlatuje jak szerszeńa telewizja rozgłasza:to on jest Apollinairemta pryszczata z językiemta pokrzewkatrzymająca w dziobie zasuszonego dorsza za osiem złotychSłychać wystrzały armatniesłychać huk atakujących dronówto nie jastrząb ani srokato Ślązacy, Kaszubii fałszywa szlachta z Litwynadciągają pod częstokołyGnieznaze swoją poezją wiosnyjuż po Wielkanocyukrzyżują ją w swoich gwarachw gniazdachpozostanie szloch nadwiślańskiprzedzmartwychwstańczy>>>Budzisz się w nocy, która nie jest nocąwśród nietoperzy, które są ludźmisny odlatują jak grzechy po złożeniu ofiaryfiranka wydyma się jak kurtyna,za którą stoją aktorzyi chór mozartowskijuż po spektaklua ty na scenie oczekiwaniana aplauzaplauzu nie maświatła zgasływ teatrzeza oknem na ulicygasną w oknachnoc operowa to noc kosmicznanoc poszukiwania Boga w sobietłuką się okiennicećmy trzepoczą w kątachhoryzont, w który zmienia się łan lasuszept modlitwy blask piorunówgasną światła w lasachgasną światła w oczachgasną światła w duszachwstajesz z łóżka by patrzećna galopujące konie metalowych jeźdźcówto nie rycerzeto nie krzyżowcyaplauzu nie będziedopóki nie wybrzmi symfonia naturynie przestraszy się miastozadufane w fontannach swego zakłamaniapotem Bóg przyjdzie jak cisza po burzyzaklaszcze w dłoniepierwszy>>>W takiej samej kolebce jasnejwykołysany co Herkulesotworzyłem oczy szeroko na światniedowierzanie, które w nich zagościłopozostało do dziśpotem ktoś pochylił sięnad twarzą dzieckacień padł na czółko i brwipotem Hydry się zleciałyby tarmosić becikHydry Harpie Holofernesyzamrugało do nich powiekamiraz, dwa, trzyi potraciły głowypoznikałyraz, dwa, trzykobiety pozostały tylko i wążczający się w kątach pokojuskąd z czterech ścian wyleciały gołąbki Picassamałe rączęta różoweuniosły węża w powietrzei rzuciły nim o piecwąż rozpękł się na kawałkii tak powstało kolorowych wężów tysiącchwil gryzących boleśniew piętętym dziecięciem byłemmoże rok może dwaby dorosnąć szybko w dziennym koszmarzeumundurowanych hienniespotykanie szeroko otwartych oczudzień nie stał się brzaskiemświtem i przedzachodemw wojnach bitwach kampaniachpolowań na demonyHunów Chanów Humerówod kolebki był>>>Potężna wymowa nocygdy naród śpiutulony przez opiekuńcze demonywykowane w grotach Hebrajczykówrozśpiewane jak koń Aleksandramaszerujących legionów silne łydkibyły umocnieniem w Europienaród polski wykrwawionyw swoich wspomnieniachi fantazjach jest jakzadufany pan elektrykprzerżnięty w końcu piłąprzez austriackiego agentaSzelę w wianku z barszczu Sosnowskiegonaród ukołysany w kolebceśpi udając poroniony płódw najdłuższą noc sumieniaśpigdy Galowie już na murach i skałachjeszcze nie jest za późnobyle gęsi nie odleciały za wcześniegęsilegendy i kaczki>>>Jej sercena noszach Księżycapatrzę przez lunetęreguluję ostrośćbalkon, z którego patrzęw bezchmurną nocdrżytrzęsie się cały budynekwybrukowaną ulicą przejeżdżają czołgipotem przepędzają stado bykówna korridęwreszcie dziesiątki jeźdźców w szalonym wyścigukołysze się doniczka na parapeciemoje serce próbuje ją złapaćzdołało uchwycić kwiatmoje serce trzyma kwiata doniczka leci na kocie łbyżeliwna barierka balkonu odpadaszesnastowieczne kamienne podpory kruszą sięzdziwiony ściskam lunetęprzygarniam do siebiezaczynam lecieć w przepaśćdo wnętrza hiszpańskiego miastaupadam jednak na powierzchnię Księżycatuman kurzu zakrywamoje nagie ciałostaczam się po zboczu krateruturlam się z lunetąz kwiatem wbitym w sercena dnie turlam siędo białych noszydotykam ichzasypiam na zawsześmiertelnie poranionykwiatem nocyjej nocy>>>Wiele wskazywało na to,że cukierkowe spoty skończą sięwraz z tą kampaniąjednakże po kampanii zaczęło sięw tiwi oziębiaćcelebryta znalazł bowiemkulę śniegowąi zgodnie ze znaną zasadąotoczył się ujemnymi ładunkamii przybrał na wadzespoty stały się tylko bardziej celebryckiei nawet premier okazał siębardziej ohydny od publikatorów,które polewano gnojówkąw okienku pojawił się miś satanistazebrał brawa i zabrał krzyżnajpierw plakaty jak zombie otoczyły miastowypełzły z bieda-dzielnic jak biedai zadomowiły się na domach centralnychktoś krzyknął – to już byłoktoś odpowiedział – był brąz było żelazoczas na epoką złotamiedziane czoła wyzłocono więcznany epicki aktor wyciągnął rękępomalowano mu złotolem paznokcie na początekzałożono pilotkę luzaka i tokszoł na wieczórgadające głowy potrząsnęły głowamii tłumamizamrugały gały gawiedzi w studioi zawyła – yeahhzbawca wysp wystąpił w ostatnim spociepo czym przyjął pozę gladiatora z boiskadożywotnio jużzombie prawdziwe w centrum systemuwyszczerzyły dwa zębydożywotnionieosądzone niezwyciężonejuż bezsmakowo celebryckie>>>Tym jednym ruchemzrzucił odzieniez króla purpurysam odebrał mu berłosam powalił strażetym jednym ruchemskrzyżowanych palcówrozdarł zasłonę dziejówbłogosławieństwemrozjaśnił bazyliki lądów i mórzruchem nad głowami miliardówpłynnym spokojnym czułymokrwawioną dłoniądobił króla w szkarłacieunicestwił karmazynowego władcęi westchnąłpo skończonym dzieleżyciasynowskiegocicho zapoczątkowując uśmiechzanucił melodię wolnościco zabrzmi jak fanfaryna wejście pasterzanieśmiertelnego(na wejście zwykłego– człowieka)>>> Skała stworzenie wydobywczy aresztkuszebezsłowny manekinzmianamaskonurpiorun nad Arizonąburza nad pustyniąkaktus mazowieckiuderza kamień w kaktussiłaznojumiędzy nowymi księżycami Jowiszanielotnietoperzsłodki owoc kaktusanietoperze z Polskiodlatują zapylać kaktusyw USYznowu szkołachińska teoriapodkupuTajowie kopią w głąbChińczycy w poprzekmur dochodzi do Księżycato księżyc w nowiuksiężyc Jowisza gorącyskała nieprzepustnaburza zwrotnatrójkąt łódzkikwadratura koła JowiszaIdy marcoweidą Galowie przez Arizonęgęsi lecą w miejsce nietoperzytym razem się udajetylko pióra pozostająpo tej stroniez piór wiadomo co można zrobićale z czego procę wyrzutnię miotaczz czego?z aresztu wódz wzywa do innowacjiz aresztu pisze listymatka wynalazku odwiedza gownosi paprotki, tuje i figowcewnosi kaktusywtedy dziewczyny lądująprzedłużają wszystko do końcazabierają plany i matkę wynalazkuodjeżdżają rydwanami na piorunachciągnionymi przez nietoperzeJowisz jaśnieje by po chwilizajść za kamień gorący>>>Tej nocy stanąłem śmiałow oknie swojej bezsennościz szeroko otwartymi oczymaby horror dnia wystrzeliłw stronę księżycai konturów sadu nad rzekąby lęk pobiegł za szumem liścina srebrnej tafli ogrodowej ścieżkigdy zamajaczyły krwawe ślady obcychto okno tęsknoty zmienione w okno bezsennościjak brama dzieciństwa otwarta wprost na cmentarzklony strachów na wróble przedszkolachwiały się na wietrze sylwetkami modrzewiskrywających nietoperzea pisk sowy i ryk jelenia zmieniał się w odgłossamolotu schodzącego do lądowania znad Karpattreść trzewi zgniłego dniapełnego nienawistnych spojrzeńagresywnych słów i nieprzyzwoitych gestówzakotłowała w mózguzarechotała jak ropuchyzakipiał reaktor bolesnych sądóww ciszy stałem w okniea jazgot szatańskiej kawalkadynadciągającej hałaśliwie z historii wiekówzłączył się z odgłosemkosmicznej bitwy w planetarium duszywpatrzone w ciemny ogród przerażone oczydostrzegły w końcu białą postać kobietyjak ognisty miecz Archanioławyłaniający się z chmur modlitwyrozpruwający wszystkobrzask zagładynocy>>>W zimowy płaszcz zanurzył sięblady polski Eskimosnie żeby był zmarzniętym żeglarzem śniegubył po prostu beznadziejnym obywatelem podkategorIi:oglądanie się za siebie –na gazety wiece i wyborywyczerpało go to termiczniepoczuł się jak rozbitek śmiećnic nieznaczący, szeregowy członek partiiwychłodzony na stacyjce kazachskiej w pustyni zławiatr nim miotał poglądów niewczesnychprzez ostatni tydzieńbo premier zarządził wyboryby pognębić demokratów ostateczniew płaszczu żołnierskim chodziłjakiś czaspotem w ornaciea ostatnio w samych stringachstał na platformie kolejowejmknącej ponaddźwiękowo ku tęczy z bibułekdzięki lokomotywie sloganupo propagandowej koleinie przyszłej drogiprzemarzł, zrosił siębo lato odeszło jakoś naglepremier wygrał wybory na trąbcei zakazał kolejnych koncertówz wieży piastowskieja orkiestry internowałi wszystko zapadło w senzanim zacharczał i odszedł grać gdzie indziejwięc nie mając schronieniakolejowy płaszcz zamienił na krecią noręi afrykański odlot w pilotce z lamy strachuwtulił się w niąby przeczekać wieczną polską zmarzlinęciekłe witraże zatrzymane w kościelnej pieśniwiatr zatrzymany jak sopel loduw skansenie zdziwionych mariackich strzechmetalowe dźwięki organówzamarłe na mgłach Myślenickich Turnikrzyż nieruchomiejący z przerażeniaod Tatr do Bałtykuzahibernował się w przetrwalniku wolnościwywalczonej w czasach studenckichprzedeskimoskich>>> Ja magnificencja i eminencjado ciebie ekscelencjopiszę te ciepłe słowabo detektor moich nastrojównie wykrywa gniewuirytacja z korków na autostradachperegrynacja bólu po infostradachz pni i gałązeklewitacja beznadziejnościz państwowych myśliżepiszę do ciebie wybaczkacie mójza zbyt ostre słowaw czasie egzekucji wypowiedziane pod gilotynąmoja głowapotoczyła się wprawdzie wściekłalecz w koszu obok innychrektorskich, biskupich i królewskichzrozumiałaże na koniec kwestiiciepło wybaczać trzeba>>>Czy widziałeś kiedyślas na szczycie góryzza którego wyłania sięzmrożone wschodzące słońce?Czy widziałeś kiedyśprześwietlony pomarańczowymi promieniamileśny klonbez liści jak pylon lub obelisk?Czy widziałeś kiedyś w złotej poświaciegałęzie drzewa wyrzeźbionegojak mała piramida piękna?Czy widziałeś kiedyśogromne słońce wstające z horyzontujak z kuźni Hefajstosajak Afrodyta z kąpieli wulkanuwyłaniające się z listopadowego budzeniaprzesłonięte samotnym drzewemjak ręcznikiem?Czy widziałeś złotą kulęna której wymalowanoprążki i desenie jakby byłapstrym cętkowanym zwierzęciem?Czy widziałeś kiedyśdrzewo Jessego, z którego jesiennewschodzące słońceuczyniło bramę w zaświaty pokoleń minionychi przodków?Czy widziałeś kiedyśo wschodzie słońca powolirozświetlające się drzewona szczycie wzgórzaoddzielone wiatremod firanki lasu?W świątyni Bożego Miłosierdziamożesz je zobaczyćzobaczysz je na pewnoi korzenie swoje i liście>>>Porównywanie narodowych klęskrenesansu i złotych wiekówma senstrójpolówkirzezi i rewolucjiteżgdy w głębokim przekonaniukłamców cynicznychpowstańcy to przegrańcyporównywanie bitwy aniołówi bitew ludzima sensotrząsania się z brudui błagania o wybaczenieteżpo osobowym pieklenastępuje galaktyczny deszczjakieś przeloty niesubordynowanych meteorówbłędne ogniki mydlące oczymydła kalające a nie czyszczące tronyklejące oczy trupówporównywanie zwierzchnościprzed tronem Bożymi tyranii ludzi głupich i nieczułychna tronachma senstym ostatnim najczęściej się wydajeto i owopotem spadają ich gwiazdya zwykły człowiek zaczyna opływaćw dostatek rajskich jabłekna swą zgubę>>>To, że gremialnie wyludniły sięprzymiotnikinie zawdzięczamy profesoromz Nowej Młodej Polskiani kolegiów gorajskichlub ich pińczowskim obrazoburczymprywatnym objawieniomTo, że ciągle mamychęć na malowanie ikonna okapach kominkówszeptania za filarami kolorowego kościołapod figurkami biedaczyn w łachmanachi książąt kościoła w powłóczystychszatachnie zawdzięczamy profesoromz kamiennych miast karolińskichnieokrzesanym handlarzom jedwabiemlub uległych barbarzyńcomani medyceuszom niosącym światłoTo, że skandowanie ideinie zostało zaprzepaszczoneani zatrzymane w pół słowaindiańskiego hawkzawdzięczamy profesoromz Nowej Angliiz wysp i zatokwykupionych od barbarzyńcówtylko za pieniądze awangardowychlingwistów>>> W ciszyw nocyw głowiekur piałgdy ktoś kazał potrzymaćgwoździe i sznurpotem Dyzma kasłał całą drogęledwo osły patrzyływ zupełnej ciszyw samo południeszli złorzeczącżołdacyw czasie okiełznanymgrzechemLongin popychał jak każdymiasto zamarło nad dolinąmury przestały rzucać cieńkrew wiekówznalazła się w jednym miejscubez szmeruArka opuściła świątynięz cierniem i młotemw spiekocienie radził sobie Szymonpoprawiając belkę, co chwilaMarie z Janem stąpały patrzącludzie z placów i ulic z podcienibez oczu i uszuzwieszali głowybłyskawica bezgłośnieprzebiegła przez niebozawył szatan trzeci razi runął z narożnika świątyni samtaka sama wizja błyskawicyprzeszywała moją głowękażdej nocydzisiaj dopierozaczął padać deszczzmywając z Cardomój grzech>>> W ruinach wspomnieńspalonych miasteczekbłąka się kulawy końchromy, pogański, białyzlitowania szukajakiejś rzeźni wypatrujei ciała zabitego husarzarany zadał mu zakłamany czaskrwawiący koń samotnywśród zgliszcz kamieniczek i kapliczekszuka jeszcze zgiełku bitwy lat i dniW ruinach wspomnieńspod gruzu połamanych cegiełnadpalonych belekz gasnącej pożaru łunywygrzebuje się poraniony chłopiecna czworakach przez kałuże krwipełznie powolido studni na środku rynkuW ruinach wspomnieńze szlamu powodziwyczołguje się ostatni aniołposklejane błotem skrzydłanie pozwalają mu się uwolnićwyszarpuje je tracąc zniszczone pióraunosi się ponad ziemięociekając brudną wodą jak grzechemAnioł sadza chłopca na już prawie martwym koniua sam usiada za nimrozwija skrzydła, trzepocze chwilę nimistrącając zasychające płaty muługdy z głębin pamięci odzywa się dzwonrozhuśtany dźwięk unosi ich w góręodrywają się by poszybować w dymie i smrodzieku słońcu zapomnieniaMiasto zniszczone przez czterech obscenicznych analfabetóww różowych tiulach dwudziestego wiekupodających się za jeźdźców pokojujuż nigdy się nie odrodzijak Palmira i Trojajak oaza zasypana piaskiem przez pustynny wiatranioł, koń i chłopiec opuszczają to miejsceprzeklęte przez prawdę>>> Otoczaki obracane przezgalicyjskiego Syzyfa pięły się w góręProtoeuropypo ogień z Olimpiii dym z wyroczni delfickichjeden kamień literaturypięknych łez narodzonegodrugi kamień samej poezjisnów zamarzniętych czterolatkatrzeci kamień muzyki i rytmusnów nadąsanego czternastolatkaczwarty kamień filozofiispojrzeń i wglądów czterdziestolatka,które obrosły mitemtoczony kamień jest jak sam mechobjęty ścisłą ochronąpo dziś dzieńna terenie Posteuropy>>>
lateksdzielonyzmuremzęby jak cegływ barbakanielatawcedziewczynyw skórachkoszelimuzyny
obcisłośćprzyleganiecelw namiocie (tu)szeptanie pod lasemw bramieflagiuczennicew minispódniczkachkochaniedorosłość
>>> To polskie miasto zatopionekolejne tej wiosnyswoje ruiny zmieszało z błotemnędzę zmieszało z błotemcmentarze pokryło błotemkolejna parafialna Atlantyda zniknęłakolejna diecezjalna cywilizacja ukryła grzechwe wstydzie nicościręce poetów żyjących tamzniknęły pod falami bezczeszczenianadziei i chwil odkupionychmożliwych końcafilozofowie drgających w spazmachśmiertelnych wyrokówodwołali niewzruszone poglądyprzed sądami żywiołukolumny świątyń przewróciły sięa posągi boskich sięgnęły dnawiekowe dęby wyrwały korzeniezanim wciągnął je wir odmętuburze szalejące nad miastemprzeorały okolicę żelaznym hakiemodwieczne, kosmiczne, nieludzkiepioruny i trąby powietrzne złączyły sięjak wątki i osnowy na sztalugach niebazgasły witraże i lampki nocne wrazmalutki zwierz futerkowyprzygarnął łapkami swoje dziecii zamknął oczy na zawszekwiaty literatury i muzykioblepione błotemsolarnie i lunarnie odwołały światełka w tunelumiasto pogrążyło się w powodzi historii,gdy oto Papież ogłosił beatyfikację esesmanaw przygranicznym mieściena styku cywilizacjiCeltów i Chorwatów>>>Mój rower z Sumeruczterokołowysymbolicznymezolitycznydzban z winnicy Bogapatriarchalnydziesięć dzbanówdziesięć latarni morskichdziesięć strażnic i oazdziesięć kandziesięć posterunkówmoje oczy oddane dziecku gwiazdyo której godzinie nastąpi zaćmienie Księżyca?pytam, bo obserwuję goi ustawiam ostrość w mojej lunecietrochę za jasnow tej pełni szczęścia i pełni czasówznad powierzchni morzaznad powierzchni pustyniznad powierzchni asfaltowej drogiznad grobu Europy zeświecczonejobserwuję świat nienawiścicały w kolczastych drutachprzez lunetę jak peryskopz wieży Dawida w Jerozolimiewędrówki ludów się zakończyłyludów morza i ludów ziemirunęły mury Jerycha i Kremlarunął w części mur chiński i berlińskitrąby jeszcze grająjeszcze gra Pink Floydkałasznikowy strzelają na wiwatMongołowie szyją z łukóww jurty sąsiadów i Wrocławkule i strzały lądują na Marsie czerwonymdrony atakują peletonyw powietrzu i w wodziekolarze kończą etap prawdyz Nazaretu do Megiddoa ja z ucieczki już dawno na mecieponad drogą na wzgórzu w ruinachłapię zasięg ifonemdzwonię do Brukselipytam o zaćmienie>>>Podróżowanie parostatkiem przez życiedzieckopodwodne umieranieBliski WschódJerozolimyPodróżowanie dyliżansem przez życiemwielokrotne dzieckolekki strójharfananizane na sznurgliniane wazy Greków(nanizali je Scytowie przewlekającprzez ucha sznur do wiązania koni)Podróżowanie koniem trojańskim przez życieplaża dzieciństwa z Itakistrzelanie z procy do Persówa potem do turecki plemiongawrony przemówiłyTurcy i Persowie urządzili rzeziekrzyż rozbili na części i rozesłali je po świeciePodróżowanie balonem przez życiezamarznięte dzieckospalone w piecu dzieckoutopione w bagnie dzieckoomułki i chleb na śnieguszczeżuje i rogale na piaskublade palce poetyokrążającego życie i krainę zmarłych dniLewant to śmierći zmartwychwstaniewędrującego w sobieżyzny półksiężyc rewolucjipoczątek wędrówki w sobie samymdo dzisiaj>>>Otoczaki na moją twarzza kłusownikiem pamięcibeton beton dombeton beton Sejmoto kat na cokolesumiasty pokręcony zbójlewa lewa lewąsobota komuniściwciąż ładują drzewoa ręce polityków aż lepią się od brudunie to nie to nie czekolada z orlikato wciąż brudmyśliwce wysłanoniszczyciele wysłanozomo wysłanozłomy wysłanoa przyszła pocztą nadziejaz Watykanumuzyka potoczyła się jakzardzewiała miłość Tatarówmchem obrosły wrzeciądzeBarbakanu w Warszawiepleśnią pokryły się drzwiKatedry świętego JanaBrama Lwów przywieziona z misjistanęła naprzeciw Namiestnikowskiego Pałacuurzędujący rzucił nieczystościamiw tablicę Lechakura zwykła wojskowa kurauraa zakrzyknąwszybiegła biegła przez Nowy Świati wystartowałapoleciała na południepierwszego wrześniadrugiego września skręciła na wschódpo skręceniu pozostała dwugłowai zniosła czerwoną gwiazdę w lociePolanie-Lędzianie z Podola poderwali się z miejscprzesunęli pionki na zachódpodle się dzisiaj czująotoczeni w padoleGiecza betonowym>>>W niecnocie… niesie zimapracęw krótkich spodniachbrrzębata soplamiręce grabiejąposiwiała Matka Boska z jasełekprzestrzegapastuszkowie nie słuchajcieharf tylko piszczałekdzieci bądźcie dziećmiw zgrabiałych rękach proca Herodachciał być Dawidemniecnota nie pożył długoprzez tą sprawę MłodziankówŚwięty Józef z szopkistary komandosukrył Zbawiciela w kępie papirusuza bazą ONZ-tu nad Nilempoprószył śnieg i zaczęła sięburza piaskowaniecnota Herod uciec chciałna Wschódale tam już czekali Mędrcyz pierwotnego kościoła syryjskiegozostał rozpoznany zawrócony do Idumeino i klopsbez wyjścia zestarzał się w jeden dzieńwyrzuty sumieniaproca jednak zadziałałapomimo mrozujak na Szczepanaz jaźni kamień poleciała potem rozsypała się w prochbabilońska zawieruchaPolacy opuścili Ghaznia Maryja, Józef i Dziecięwyszli z Egiptu do Gazypewnej ciepłej godziny>>>Upodlony potoczyłemkulę gnojową do Egiptuprzez pięćdziesiąt lat tkwiłemw ciele skarabeuszapotem przepoczwarzyłem sięw Faraona z drugiej kataraktyporzuciłem miejscowy gnójprzez chwilę podróżowałem po Afrycena koźlęciuzastawiając ogniste odchody za sobąinnym stoczonympotem powróciłem samolotemdo Warszawyporzuciwszy nawracanie Zulusów i koźlęciana drogę dobrobytuna późno egipski dżihadze skarabeusza wyszedłemz defektemdrganie lewej powieki było udrękątik nerwowy w czasie wywiadów na żywobył nie do zniesieniaobrzuciłem, więc Polakówtamtejszym błotemwślizgnąłem się na powrótdo rajskiego ogroduw żyznym Edenie na Wschodzieza szmacianymi pałacami Jerychawcześniej ugryzłem gnojową kulętuż za Moskwąi Ural się przede mną rozstąpiłzajaśniała droga do Syberiiucieszyłem się prawdziwąkrainą śmiercizmałpowałem nietoperzazamarzłem na sto lataż do kolejnej rewolucji Żydów>>>Nad moim krajemnie krążą już duchyz wieków rycerzy i poetówz chmur wyłaniają siędrobne przedmioty codziennego użytkuz ambon słychać głosyproroków z giełd samochodowychznawców wszystkiegoa patriarchowie doby obecnejto smakosze taniego winai snobujący się na jotpedwapokolenienad moim krajemnie słychać odgłosówburz powstańczych i okrzykówzagrzewających do bojusmutni łapówkarze biją sięo miejsca na okładkach pismi codzienne informacje o ichromansach na portalach internetowychgrzmot burzy nadciągającejz czarnych chmurnie niesie przesłania wieszczajest tęsknotą zaprywatnym odrzutowcemnowobogackiego esbeka uwłaszczonegona państwowym groszubyli księża i zakonnicypotrząsają litościwie głowaminad losem krwawego tyrana, którego nikt nie ściganikt nie próbuje zrzucićz tronu historii dziejów naroduwszyscy wołają – chcemysłodkiego miłego życiai robić pod siebiew psiej budzie demagogiitrzech wieszczów dumniepatrzących spod spiżowych powiekkiedyśdziś patrzy błagalniespod stosu gołębich kupgdzieś pomiędzy parasolami piwnych ogródkówbyć może usuną to niedługousuną też tych smętnych przegrańcówz miast szykujących centralne placena sylwestrowe fajerwerkidla mas zarażonych niewolnictwem>>>Bolesne dotknięcie ognistych dłoniw zabawach przedszkolakaktoś uderzył uszczypnął przewróciłbolesne dotknięcie ognistych dłoniktoś objaśnił litery i podarował książkębolesne dotknięcie ognistych dłoniw letnim strachu zagubionego dzieckaktóre zmyliło drogę do domuw czasie rozpoczynającej się burzybolesne dotknięcie ognistych dłonipieszczota dziewczynki i komplement chłopcaw szkolnych chałatachw nagle otwartych oczachbolesne dotknięcie ognistych dłoniwizja końca świata i szatana spychającego wszystkichw pumeksową przepaść bez dnaw wizjach sennych nastolatkabolesne dotknięcie ognistych dłonipolityczne katastrofy krajuw studenckim balansowaniu nad obywatelską anarchiąi wreszcie wykład Ducha Świętegoktóry jednym słowem zbudził duszęz ułudy życia ponownie do życiaw prawdziedotknięciem ognistych dłoni akuszerkiw prawdzierówniejakżewciążbolesnej>>>Astrachański płaczwyschnięte oczyradziecka przyszłośćKipczaków i Sarmatówbez kawioru nawetpłacz dziecka stepuw warownym zamku Europyw weneckiej bibliotecew brytyjskiej gnijącej wioscebez koni bez wodybez łez płacz>>>(Twoja) Moja obecność(nie) jest wymagana w tym świecieraz dwa trzy …(Twoja) Moja obecnośćnie jest oczekiwana (w tym świecie)abc …gdyż jestem (jak ty)początkiem i końcema nie środkiem>>> (Amor i CaritasCiemna noc)
* O modlitwę Jana Kowalskiego*
Modlitwą i pracą
wizje się tłumaczą
na język Padołu
między Indianami na język Manitou
między jałowcami i kolumnami Edypa
na przesiadywanie w beczkach.
modlitwą pospołu
jak mnogie zastępy bogatą
w aniołów
w ludzi
w zadumanego młodego człowieka
który musi umrzeć
zaraz
pożądania się tłumaczą
w społeczeństwie nastawionym
jak tokarka albo dziennikarz
modlitwa dzierżyć może prym
w środkach przekazu nakazów
w wewnętrznej potrzebie Jana
nie musi zwyciężać Kowalski
pędzący autostradami najszybszym samochodem
na polowanie na dziewczyny
gdy modlić się zacznie nie tylko ustami
spuścić racz Panie odrobinę łez
na Padół, ten Padół w czasie deszczu
niekoniecznie powodzi
niekoniecznie wichru
zwykłego dżdżu
odrobinę łez
z powodu sąsiedzkiego krzywopatrzenia
z powodu pomyłki kosmetyczki
odrodzi się prawdziwa modlitwa wówczas
w każdym Janie Kowalskim
ja akurat jestem w to
wierzący
>>>
*Ararat wybranych*
Jestem na mentalnym zesłaniu z poczucia obowiązku
moje serce wygnało mnie z kraju transcendentalnych przodków
ściskam w dłoni przesłanie Jafeta i idę na wygnanie dobrowolnie
razem z Lotem wędruję z Maszkowic po sól do Bochni
Elamici z Moraw wciąż mi zagrażają, tak jak Amalekici z Komi
Lucice ze Szczecina razem z Prusami z Gdańska
domagają się restytucji pogaństwa
a ja mój lud wyprowadzam z Giecza z wyroków jedynego Pana
nie dam się zwieść, nie dam się zatrzymać, zastraszyć Trzygławom
gdy jeźdźcy Apokalipsy Persowie zniknęli za murami Kremla,
odetchnąłem na krótko
w karczmie grzechu uznanego już powstaje
nowy Attyla, nowy Szela historii
na szczęście dawny Attyla oszczędził Rzym, kto oszczędzi mnie i myśl
muszę uciekać z Sodomy, muszę biec na pomoc obrońcom Syjonu
muszę znów skrzyżować miecz z ludami stepu i morza
serce wygnane chce powrócić na Ararat, górę narodów,
ale nacji wybranych już nie ma, każdy wizją ze snu walczy sam
*Wino na Poniatowskim*
Czemu tego nie powiesz… jemu?jego pies tak łasi się do ławylewy tytoń z Bałkanów dał cina drogę dzisiaja ty kryjesz przed nim koniecznośćwycięcia suchych drzew,które zasadził w młodościskuteczne korespondencje lotniczesą pierwowzorem demokracjikulawa czereśnia spadła z dinozauraale na szczęście to nie byłjego dinozaurjaki chleb, jaki schab, jaki joker?przeplatane psy przeplatane powrotyno, czemu, czemu, no, czemuszmaty, butelki i tektura – temuPolska buduje sobie doma niech te żółwie Madagaskaruwreszcie dojdą do imperiumUral, jaki Ural? zimno, jakie zimno?następna rewolucja Pana Miszki zwalicokoły i wreszcie skończy nieopłacalnąprodukcję suszu i korków z czereśniszatan pytał się dziś o duszę słabegonie otrzymał jednoznacznej odpowiedzi ze strony środowiska trucicielizgrzebne banki w paski niebiesko-zielonekłusownicy eksportujący zasady moralnei wnyki do puszcz pełnych sitowiaKierbedź na winie wino na Poniatowskimluksusowy temat na wieczór w Bydgoszczyzapal już tego papierosa i idź na spotkaniejego otwarcie kiszek nie jest oczekiwaneprzez skrzydlatego
>>>
* Moja dzikość ucieka *Pocałuj tego pająkaw sieci go odnajdźto zaczarowany pająkobdarzy cię złotą rybkąkorytem i legitymacjągdy zmieni się w wodza z wąsamiliny, trakcje, przewodymuska je jaskółka wiatruuciekając od opola do opolapospiesznie moja dzikośćnurkuje w lata dziecięceprzerażającoty nadchodzisz z gór cieniachcesz do światłanie widzisz siecinie boisz się pająka
>>>
Kotwice na wichry epoki Mdlący zapach kotwic wydobytych z mułu stulecia na dnie pozostały czaszki bohaterów, po tamtej stronie epoki ich losy morze wyrzuciło kolor nieba, niepotrzebny wrak statku z napisem „MS Zemsta” na burcie i posągiem pogańskiej bogini wojny na pokładzie i zardzewiałego kapitana z wąsem sumiastym kotwice historii na wichry epoki całe w glonach i omułkach stały się symbolem walki o suwerenność każdego człowieka morza wolności
>>>
*Marnie się czułem*Towarzyszyłeś mi w ciemnej kaplicypod betonowym baldachimempostmodernistycznej śmierciW ciemności przed Twoim Boskim Sercemwpatrywałem się modlitwą w siebiew własną marność – cóż za pokuta –marnie, marnie się czułemPokrzepiony prywatnym rozrzewnieniempodbudowany głazem miłosierdziawydobytym z sumienia i wiarywziąłem na siebie ten przeciążony grzechami kościółCały czas czułem na sobie Twój wzroktak jak kiedyś znów trzymałeś mnie za rękęprzez czterdzieści lat na Górze Taborw tym właśnie kościeleZ tyłu na chórze rozległy się krokiktoś otworzył drzwi, zapalił światłozszedł po schodach na dółŚwięty Paweł przeszedł obok mnieskinął ręką na mniepowiedziałem – marnie się czuję…ale powstałem z klęczekposzedłem za nim do Afuli
>>>
* Tak i nie *Maryja znad brzegu Galileiczyż mogła Bogu samemu powiedzieć – „nie”?Chrystus znad brzegu pustyni Judzkiejczyż mógł szatanowi powiedzieć – „tak”?Czy ja mogę powiedzieć – „tak” lub ”nie”proboszczowi w czarnym jaguarzepozującemu do zdjęć przy molo w Sopocie?Gdy stanę na klifie jerozolimskiej świątyniprzy Jezusie i Maryipomacham mu ręką,przelatującemu obok nas skrzydle spadochronuby zniknąć za Jordanemz wykupionym karnetem na sporty ekstremalne
>>>
* Na falach *Czuję, że duch kołysze się we mniejak mewa na falachwewnętrzne skłonnościzagłębiają się w moje jajak grotołaz w jaskinię polskąduch niespokojny polatujei siada na falachnurkuje w odmętachnawiedza kopalnie podwodnebryłę węgla lub solialbo rybę wydobywaMój duch karmi siędwutysiącletnią rybążyje prawdziwie to boskie stworzenielotne i drapieżneudając gołąbka pokoju pozwala mi cieszyć sięwodnym światem błyszczącym w słońcuza przyczyną samego Bogarozkołysanym jak ludzkie – „jestem”
>>>
*Czy zauważę, że jestem w Niebie?*Wybacz Panie moją nieufnośćTy zawsze ulegasz mia ja nie zawsze to zauważamTy zawsze wysłuchujesz moje prośbya ja nie zawsze to zauważamwczoraj kotka powiła młodena moim strychujeszcze ich nie widziałemwczoraj zakwitła jabłoń na mojej działcejeszcze w to nie uwierzyłemzmieniły się pory rokuzmieniły wiekinawet tysiącleciawpatrzony cały czas w kalendarznawet tego nie zauważyłemmoim marzeniem jest tulić miłośćjak młode kociętawdychać zapach wonnego kwieciaobcowania z Tobąale czy zauważę to, że jestem już w Niebie?!
>>>
* Opuszczone groby *Panie, Twój Grób w Jerozolimieponad moim grobemponad grobem ludzkościprzenosimy, my ludzie, swoje grobyw nowe miejsca bitewzapełniamy je w nieskończonośćciałami nieprzyjaciół i ludzi, których kochamyTwój Grób, Panie, wciąż ten samjedyny, u stóp Golgotyna Miejscu Czaszki AdamaTwój Grób pusty jak grób Adama cała Jerozolima jest cmentarzemkrólów, narodów, państw i mitówpod jej murami spoczywająwszyscy herosi od czasów Ewyw jej Dolinie Jozafata czekają oni na sąd,na Twój sąd Panie, który jesteś stąd,tego, którego wykarmiła Kolebka Jezreelwalczącą o trony ludzkość zrównują grobyzabijających w imię religii jednoczy ziemia, która przyjmuje ich prochy jak zbędne kadzidłokiedy nastanie pokój pod tym wciąż czynnym wulkanem cywilizacji,wtedy nastąpi pokój na ZiemiTy schodząc znów z Góry Oliwnejwejdziesz przez Złotą Bramę do miasta pokojumijając w szpalerach salutujące grobyi nas synów człowieczychbłagających o miłosierdziebłagających wreszcie o jedność w Tobierzucających liście palmowe, ścielących płaszcze,składających dary i kadzących jak zawsze
>>>
* Czerwony sztandar *Wyrwany z koszmaru tuż przed świtemporwałem się na komunępo jakiejś pile wchodziłemby zerwać czerwony sztandarporaniłem kolana, poraniłem ręcesztandar splamiła moja krewi jak śnieg wybielałale nadal łopotał dla ludzibez nadziei
>>>
* Słowa wyrwane z kontekstu *Słowa wyrwane z kontekstulecą ponad łąką historiijak ptaki szybują ponad miastemosnuwają jak mgła więzienia, pałace i zamkisadzają szronem na chłodnych marmurach pomnikówSłowa wyrwane z kontekstuwylatują przez okna szpitalistrzelają jak race z trybun stadionówstartują jak rakiety z grobowej ciszy cmentarzySłowa wyrwane z kontekstu –Ratunku! Pomocy!
>>>
* Kocham sąsiada *Porozumiewam się z moim sąsiademwyłącznie za pomocą ulotek wyborczych Krzaklewskiegoja wieszam je na klatce schodowejon zdziera i targa to w strzępyja je wieszam codziennie on je codziennie zrywawybrałem się wczoraj na wieczorny różaniecprzed wyjściem zawiesiłem zdjęcie Marianaw kościele spotkałem sąsiadaobok mnie klęczał i modlił się w skupieniu,gdy wracał po nabożeństwie znów potargałten spłachetek kolorowego kartonui rzucił pod moje drzwidomyśliłem się, że bardziej niż diabłanienawidzi Solidarności i Marianaa ja znów rano zawieszę nową ulotkębo kocham sąsiada-katolika, bo chcę go uratowaćz okropnej paszczy lewiatana Kwaśniewskiego!
>>>
* Hieroglify nienawiści *Zachód słońca nad koronami drzew przypomina mi czerwień wzgórz Galileilecz tam w oddali nie widać jeziora za lasem,tylko światła Krakowanad lasem, który oglądam z balkonunie szybują lotniarze jak nad Górą Tabor,co najwyżej ledwo dostrzegalnedusze rozstrzelanych przez Niemcówto one kreślą smugi na niebie jak odrzutowcebiałe krechy układają się w krzyżeGalilea podzielona dziś pomiędzy Żydów i Arabówa moją ziemię najechali przed tygodniemtym razem Hunowie z koszalińskiegozadomowili się tu szybkoi spłodzili potomstwo ze Słowinkami,które wolą żyć niż zostać rozstrzelanymi,które wolą poniżenie niż skazanie na poniewierkę w Saksoniiprzepustkę na sąd ostateczny Słowińcówjuż rośnie następne pokolenie,które będzie profanować świątynie i stawiać gontynya na niebie zobaczymy – hieroglify nieufności
>>>
*Ameba nad Zachętą *Cień ameby nad Zachętąanimatorka mieni się jak witraż antykościelnyprzed ołtarzem całopaleń autorytetówołtarzem na cześć Leninanikczemny cień amebywyliniałej, choć podmalowanejz kredką na wargachz leśnej głuszyz Bitwy pod Grunwaldemw Muzeum Narodowym Kordianwymachuje halabardą nad głową afiliantki halabarda frunie do wyspy magnetycznejwyrwana z rękiścina po drodze przypadkowo głowę Leninaa wolny kat Jaruzelski przemawia w telewizjiznów w dniu 13 grudnia 2000 rokuPolska Akademia Nauk zastanawia sięnad wnioskami o tytuły naukowe dla byłych esbekówkobiety odmawiają różaniecpod kinem „Wanda” w Krakowieprzed premierą filmu o wypaczeniach Chrystusapo Jaruzelskim występuje w telewizji wściekła krowaz loży P2 i oskarża Wielki Wschód o skażenie paszyteatralna kłótnia w rodzinie animatorówameba niepolska stoi w Sukiennicachna dwóch nogach i na jednej ręcewymachuje pawim piórem jak czapkąśmieje się i rzuca oskarżeniawprost w Kordianaoskarżenia przyklejają się do jego twarzyon stara się je zdziera i odrzucać na bokjednak bardzo kaleczy tym twarzniespodziewanie Leszczyński klęka obok Kościuszki na Rynkucoś szepce mu do uchaanimatorka rzuca macewę i meteoryt,który leci przez historięi upada do stóp Karola Wojtyłynie czyniąc mu krzywdyw Kalwarii ZebrzydowskiejSzatan kusi papieża– daremnieSzatan kusi naród– nie nada…
>>>
*Bankructwo*Jasne miecze jak rozchlapywana lawalecą na miastojak spadające gwiazdy nadlatują grzechytego stuleciaw strzechy i drewniane dachywbijają się płomienne sopledeszcz nieczystości i śmierci niewinnych dzieciuderza w domy i stajenkimiasteczko pasterzy pogórskichdosięgają wyroki spóźnionedzieci widzą koniec świataswoich rodzicówdzieci przeżywają sprawiedliwość Opatrznościuświęcają się płonąc w Pompejach Beskiduwioskę w skansenie spopiela karadziś to nie Swarno Chmielnicki ani Ugedej Telebogadziś to nie strzały Amora ani miecz Michaładziś to lecące z nieba jak deszczpozostałości sowieckich sputnikówi stacji kosmicznychbankructwo sowietyzmu w sercachwywołuje ten kataklizm
>>>
2001
* Człowiek godzien Matrixa*Znamię rewolucjonisty na czolew oczach błysk piorunaaura wokół niesamowitościoto wielki człowiek StalinJego imię zna cały świato nim dzieci śpiewają pieśnion zna serce człowieka jak niktoto wielki człowiek StalinWiele uczynił dla ludzkościwyzwolił ją z odwiecznych okowówpozwolił śmiało popatrzeć w przyszłośćmałym dzieciom darował radośćI choć działalność dla ludzkości prowadził pod pseudonimemmożemy odważnie głosić na dachach, że Stalin:„To nasz Wielki Odwieczny Brat!”godzien Nagrody Noblagodzien statuetki Oskaragodzien statuetki Feliksagodzien statuetki Matrixagodzien statuetki Urbana godzien diamentowej spinkigodzien czerwonej gwiazdy z szarfągodzien szarfy i fartuszkagodzien młota i sierpagodzien młotka i kielnigodzien ekierki i cyrklagodzien Orderu Uśmiechugodzien Medalu Drogi Mlecznejgodzien wszystkich brzęczących medaligodzien nagrody polityka roku w Europie i Azjigodzien nagrody Gospodarza Rokugodzien nagrody Gościa Wyczekiwanegogodzien nagrody Przedsiębiorcy Miasta i Wsigodzien nagrody sołtysa rokugodzien nagrody kapłana rokugodzien nagrody strażaka roku gaszącego o zmrokugodzien nagrody samorządowca tysiącleciagodzien nagrody prezydenta tysiącleciagodzien nagrody stratega mileniumgodzien nagrody największego przywódcy ludzkościgodzien nagrody filozofa wszechczasów w całym świeciegodzien nagrody pisarza wszechczasów Pen Clubgodzien miana największego społecznikagodzien miana Kosmonauty Uciskanych Zwierzątgodzien Wielkiej Nagrody Leninowskiejgodzien Nagrody Rewolucji i Postępugodzien Nagrody Kochających Wszelakogodzien Nagrody Niosącego Światłoi wreszciegodzien Wielkiej Nagrody Stalinai w końcugodzien Wielkiej Nagrody Węgrzyna
>>>
*Moje klaustrofobie*Moje klaustrofobie w dorzeczu Wisłyokazały się cennym balastemopadnięcie na dno Naroduokazało się cennym doświadczeniemPrzybyłem nad tamę, z której zrzucono ciałoKsiędza Jerzegopopatrzyłem na błyszczącą wodę rozlaną szeroko,w której przebywał święty z workiem kamieni przeszłościmoje serce zapałało wiarą i nadziejąściśnięte serce nie uroniło krwiwody mętnej Wisły obmyły moje rany,które były tymi samymi tysiącletnimi ranami NaroduMoje klaustrofobie przy ujściu czasówokazały się cennym balastem,który pozwolił mi opaść na dno sumieniazaryłem w mule grzechu i rozpaczyi zobaczyłem zmartwychwstałego Chrystusa w delcie OtchłaniMoje serce zapałało tym samym ogniem Księdza Jerzegoz syczącej wody wydostałem się jak morska torpedaby poszybować do Warszawy parabolicznym lotem tęsknotywyrwany z klatki światowej beznadzieiznalazłem się w milionowym tłumie na Placu Piłsudskiegonaprzeciw krzyża i stuły – kotwicy naroduMoje klaustrofobie upuszczone na schodachSaskiej Kępy znowu potoczyły się w kierunku nadbrzeżnych zarośli nie wytrzymującpresji niebieskiej kopuły nad bohaterskim miastemwrzuciły w błogosławiony nurt nieśmiertelnościten sam gejzer znerwicowanej nadziei
>>>
*Wiosna wolna w negliżu*Lekki kwietniowy deszczykskrapiał czarną dermęmojej dziurawej tureckiej kurtki,gdy śledziłem tokujące czajkina łączce pośród wzgórzrozczochrane wierzbywypalone przez młodych poganzamiatały niebo naprędce,gdy mijałem je schodząc do ludzkich siedzibskowronki – obywatele wiejscy – dzwoniły na nieszporyjeszcze nie w niebie, jeszcze w gałęziach drzewpierwszy żonkil w ornym polu eksplodujący jak wulkanzszokował mnie bardziej niżskromne mlecze i zawilce na środku błotnistej drogijasnozielone przykrótkie listki brzozynieśmiałe nastolatkimigocąc zalotnie sprawiły, że odwróciłem wzrokwstydząc się patrzeć na wiosnę w negliżuzłamałem łodygę zeszłorocznego suchego osturaniącego dziewiczość wielkanocnego popołudniaczystolicej pogórzystościschodząc w oczerety życiodajnej narodowej rzekimając przed sobą komin w Połańcumusiałem ustąpić drogi motocyklistomz warkotem wdzierającym się na Yamahachw ostatni wolny lasek, w ostatni swobodny wąwózw ostatni niepokalany zawstydzony krajobraz
>>>
*Morwa zaczyna szaleć*Wiatr wiejeleszczyna rozpędza sięmorwa zaczyna szalećzmierzwione witki wierzbyukładają sie w portretyz okładek winylowych płytmoja głowa zmęczona porannym bólemnapina się od tęsknotytężeje jak cięciwa łuku refleksyjnegozatrzymana dla światowej energiistrzały miłosnejnakierowana w kosmosw wietrze budzą się rude samochodyterkoczące jak cietrzewie i klekoczące jak bocianyostatnie z epoki przedpoduszkowejryby i pluszcze w chmurachpierwsi górale przytupują pod sklepamitam gdzie krzątają się jeszcze roratni sprzątacze i księżablady księżyc rozpływa sięnad stropami blokowiskaw chmurze gołębipuszczyk na kominie piekarniwydaje ostatni ostrzegawczy piskrobotnicze myszy uciekają gdzie mąka rośniezanim słońce wstanie wiatr wyczesze skwer z papierków po cukierkachi pozrywa z drzwi plakaty nienawiścimorwa się znów zazieleni w październikua moja głowa powróci od morwy do normynad gazetą z artykułami o wschodach słońc
>>>
*Między cierniami*Nastała światłość światawidzę lilię między cierniamiw okolicach miasteczka pasterskiegow drodze na szczytpozostawiam smolne szczapyna swojej ścieżce nadpalonejjak wątpiące sercePan jest w gorejącym krzakuwidzę rozradowaną twarz dzieckażebrzącego na ulicy miasta,które buduje pierwszą linię metrajeśli Pan nie powołaktóż zdoła dojść na szczyta to dziecko jest już na szczycie
>>>
2003
*Myślenie tobą*Myślenie tobąnacinanie brzozowej korypłócien Renoiraale tylko do miejsc niezabliźnionej wilgocizwijanie na przekrwionym kciukuprężącego się żaglaz tkaniny twego biodra nazbyt spierzchłejfarbązabłąkany w tobiew dźwięczne mrowisko grudekna odwrocie łydkizwiany z suchą watą przesileniadostrzegalny w listopadach światełwzbierającyw sypką łachęprzyśnionego tobie ciałaoboje powtórzeni w sobowtórach naszych ust– niepowtarzalniwydobyci z ciepłych kropel snu– niedocieczeniprzygarnięci w popielatej wnęce– czasu? siebie? snu?ogarniający wnękęczasu-siebie-snupejzażu serca
>>>
2006
*Feniks*Z niebiosdoleciałna czasi zamknął mi ustapłomieniem sparzył językwcześniejwestchnąłem ogniemi zamilkłemmęki spadły na mojetrzewiai właśnie wtedyw zupełnej ciszyFeniks wzbił sięna skrzydłach duszyi poszybował we wnętrzuciałajak w kosmicznej przestrzenikryształu wszechświatado celu mojego życiana skale litejdotarłna czas zwątpieniaognisty język spoczął na mnie
w ostatniej chwili
>>>
2008
*Ostrowy serc połączone mostem łaski*(Wszechczasowe, wszechprzestrzenne pary ostrowów wieczornych)Dwie odnogi rzeki padające sobie, co pewien czas w objęciana pożegnanie na powitanie na pożegnanieDwie wielkie stopy Sokratesa smagane wilgotnym wiatrempomalowane czerwonym sprayem przez prawnuków BolesławaDwie zasuszone gałązki jemioły przywiązane do zielonego przęsła mostu Tumskiegokołyszące się w takt kroków zakochanych wchodzących na mostŚwięty Jan Chrzciciel oblewający wodą z muszelkibeanki uczuć niespotykanychnaprzeciw świętej nastoletniej Królowej rozdającejindeksy, certyfikaty i dyplomymężczyznom dzielącym wiek umysłowy przez wiek życiaOjciec grający na flecie pastuszkaobok swej córki wystukującej rytm na bębenku dawidowymprzycupnięci na ławeczce przy nadbrzeżnej alejceNarzeczeni kręcący się jak bąk w kajaku na środku rzekiSiwobrody staruszek z gitarą w ciemnych okularachgrający „Barkę”Czarnobrody zdezintegrowany aktor bez spadochronuza to w czarnej pelerynie przy fontannie Nepomucena uczący się roli na głosZakonnice niemymi ustami szepczące rozgrzeszenia wystraszonym kochankom wieszającym kolejną kłódkę na mościeTranskrypcje Segovii dźwigające na sobie strofy Szekspiraponad głowami spacerujących katedralnym traktem BolesławowemDwa rzędy nadbrzeżnych latarninurkujących za swoim światłem w ciemnobrązowej rzeceDwaj chłopcy na drugim brzegu rzekispotykający się na muzealnej górceby rzucać gałęzie akacji do aportowania swoim psomDwa łabędzie z pokrzykiem tęsknotyprzelatujące szybko nad wyspamiPięknie uformowany cisowy krzak w biskupim ogrodziei dziecięca czapeczka z włóczki kiwająca się na jego gałązkachw rytm zielono iglastych podrygiwańPara młoda klęcząca w katedrzeprzed świętym Janem Pawłem II udzielającym im ślubuw kolorowych zonach witraży przepuszczających światło Wschoduw kierunku kaplic i ołtarzy ZachoduPolski latarnik i latarnie gazoweze swym mistycznym światłem historii kluszczanejWieże katedry smagane elektrycznościąpulsujące jak atomowy reaktorszykującej się do startu w ciemnogranatowe przestworzaZałzawione lekko zmrużone okna Uniwersytetu prawie z iskierkami łezpodglądające stado kaczek przy kolacji żerujących na środku Odryi szykujących się powoli do chybotliwego snu na przewalających się szumiących skibachRzeczna toń dziewiczego falowaniaw której zagłębiają się świetliste słupy miastaKsiężyc pod rękę z gwiazdą wieczorną pojawiający się nagle nad miastemjak przypomnienie żłóbka, jak wspomnienie Orientu kolebki ludzi i ptakówsprawiające, że oczy świętych na cokołach zwracają się nagle w jednym kierunkua ich spojrzenia otulają mężczyznę i kobietędotykających w tej czarownej chwili swoich bladych dłoniDwa anioły pląsające na ceglanym murze łączącymtaflę wody z ławeczką w biskupim ogrodzieDwie gotyckie dusze zachwycone sobąprzelewające się powoli do jednego kielicha wspólnego życiaorazcienie poetów i rzemieślnikównawiedzających od tysiąca lat kamienne zaułkiciągle żywej tumskiej starówkiwyłaniających się z jej duchowego światłajak na nowo zrodzone nadzieje
>>>
2009
*Ty i ja*Feniks górnych dróg powietrznychsfrunął wieczorem w centrumelektrycznych spraw wirtualnego megamiastarozsypał iskry, a płomieniepognały za jego zamiatającym ogonem w oknach domówi na szklanych taflach wieżowcówzatańczyły pomarańczowe wstążeczkiruch serc i umysłów zamarł na ulicachzatrzymały się w locie pojazdy powietrznetwarze milionów zastygłytylko ty i jaszliśmy wciąż przed siebiez odległych od siebie dzielnicw kamiennej metropolii zatrzymanego czasuFeniks w kolejnym nawrocieprzeleciał tuż nad naszymi głowamigdy wyszliśmy na główną ulicęzobaczyliśmy wreszcie siebie z oddaleniaz płomieniami we włosachz rozpalonymi oczamizaczęliśmy biec do siebiemiasto rozsypało się w popiółgdy padliśmy sobie w ramiona.zapachniało akantem i mirrą
>>>
*Transcendentny kwiat*Transcendentny kwiatzakwitł w świętojańską nocpod jasnymi gwiazdaminagimi symbolami czasukwiat rozwinął pierwszy różany płatek– czerwony – nostalgii i wspomnieńpotem wzrósł drugi różany płatek– żółty – pragnienia i rozdarciawreszcie pojawił się trzeci różany płatek– purpurowy – podróży i namiętnościpo chwili uniósł się w górępłatek pachnącej lilii– kremowobiały – prawdy i dziewictwaza nim rozchyliły się nieśmiało dwa jęzorki lilii górskiej– pomarańczowe, cętkowane – emocji i pieszczotya wówczas począł wysuwać czubek noskapłatek lilii pachnącej jak cały Orient– złoty – poznania i odnalezieniaz dna kwiatu w końcu wychynęłowiele delikatnych płatków niezapominajek i bławatów– niebieskich szalenie – jak podróż w górę zmartwychwstałej miłościby w końcu ukazać się mogły skłębione fale morskiepłatków najrzadszych ziemskich orchidei– we wszystkich kryształowych kolorach tęczy –tęsknot, oddania i zjednoczeniakwiat transcendentny zachwycakwiat transcendencji pachniekwiat miłości odwiecznejoddanej ludziomnieupadłej pomimo grzechuna zawsze w nim zaklętej jak absolutwciąż się rozwijawciąż rodzi nowe kształty, kolory i zapachygdy zakochani prawdziwi poza czasempatrzą sobie w oczyw kolejną świętojańską noc
>>>
*Bicie serca*Mój anioł zwiastowania powiedział –popatrz w te dwa nieba,to twoje przeznaczenie.zbliżyłem usta do jej ustpotem pocałowałem delikatnie w szyjęmusnąłem językiem mleczne guziczkiby rozkosznie przylgnąć do białego łonai usłyszałem bicie sercasyna
>>>
* Postsowieckie nieszpory *Rozchwiane sercestary zdezelowany rowerrozkołysane serce łkającejak pęknięty ze spiżu dzwoncerkiewka na wzgórzuz dziurawym dachempo której zmurszałych ścianachpłyną strugi deszczuserce ikoną świecącąw niejktoś klęczyktoś pozostawił rowerpod drewnianym parkanemto staruszka przyjechałaz zapadłej wioskiw deszczu rozpaczyw błocie samotnościwezwana na nieszporydo ruin swegopostsowieckiego życia
>>>
*Ktoś powiedział*Ktoś powiedział –wzgórza nieutulonego żalumlecznej delikatności, którejnie dotknęło wschodzące słońce obłudynie spiekło zachodzące słońce zwątpieniaKtoś powiedział –piramidy radościkryjące szczątki ziemskich ograniczeńDotknąłem twych piersiopuszkami palców, wilgotnym językiemmusnąłem łaskoczącymi rzęsamibladoróżowe drżące kuleczki życiawtedy nad doliną utuleniazapłonęła tęcza naszej jednościmy wpatrzeni, zachwyceniprzesunęliśmy spojrzenia w góręw zenicie odkryliśmy nasze oczyoddane sobie na zawsze,wpatrzone w siebie odwiecznieKtoś powiedział –to zakochani nieśmiertelninie żałujmy im szczęścia
>>>
*Lorelei dzowni do mnie co rano*Lorelei dzowni do mnie co ranoze swojej skały na Renieja odbieram te telefonycoraz to w innych miejscacha to na Krywaniu Baców i Janosikówa to w Grocie Króla Góra to znów na statku Wazaa to w karawanie do PetryGdy właśnie byłem na kosmicznej stacji Alfadostałem mmsa wstrząsającegozobaczyłem ją jak szlochanad przepaścią pośród burzya jej włosy jak warkocze wszystkich kometwplątane są we wzburzone fale rzekizmarłem z przerażeniaNatychmiast zrobiłem słodką fotkęz wiatrem słonecznym nadlatującymod strony supernowej królówi spróbowałem wysłaćmojej nagiej drżącej Loreleinie udawało mi się totraciłem wciąż zasięgprzelatując nad Syberią i WorkutąW sumie to dobrze się stałojak się okazało po chwilina mojej fotce była jakaś kometa,która w powiększeniu jawiła sięogromną bryłą lodua jej warkocz śniegiem białymna ciemnej stronie kometywidniał wielki czerwony symbol –skrzyżowany sierp i młot oraz broda starcaZasnąłem przy próbie skasowania fotytelefon wypadł mi z rąka potem z Alfy gdzieś nad Donempoleciał ku ziemi pomimo braku grawitacjiprzestraszony wyciągnąłem mojąkilometrową rękę jak manipulatornie zdążyłem go złapaćzniknął w atmosferzeodetchnąłem jednak widząc rozbłyskhistoryczny krwotok z mózgu cywilizacjiLecz Lorelei płakała wciąż,gdyż nie otrzymała odpowiedziłzy zmieszały się z wodami powodziwir pochwycił cudne kędziorywezbrany Ren zlitował się nad ukochanąotoczył ramionami i zaniósł dalekoopadła na dno Oceanutam spotkaliśmy się i utuliliw łodzi podwodnej Kapitana Nemo
>>>
*Dzieciństwo ostateczne *Samolociki na gumkę nielatające dzieciństwoodpustowe śmigiełka z blachy wypuszczane ze skręconego drucikaraniące palce jak żyletkidzieciństwo krwawiącerozsypujące się piaskowe babkinad brzegiem królowej rzekdzieciństwo upokorzonezachowanie na przedszkolnej sceniedzieciństwo nieporadnewigwamy z koca i strzelanie do ptakówognisko rozpalone przy ścianie domudzieciństwo zbuntowanezakochanie w dziewczynce,która stała się na zawsze aniołemskaleczonej duszydzieciństwo ostateczne
>>>
*Dziewczyny z Karyai*
Dziewczyny z Karyaipowróciły w wizjach retrospekcjidojrzałego mężczyzny,który zasnął na plakacie pożądaniależącym na mościewciąż pijany miłością nie dowlókł siędo zarośniętego dziki winemdomu samotności duchowejułożył się do snu na szczątkach sercazerwanego z ogłoszeniowego słuparzuconego dramatycznym porywem wiatruna środek dwudziestowiecznego mostuzdobnego w pylony egipskich i babilońskich świątyńi posągi boginek płodnościsamochody i tramwaje omijałytruchło zakochanego władcy snówanioły stanęły w locie nad nim na rozkazmędrcy z magistratu przyszli wręczyć nakazon otworzył nagle oczy i wszystko zniknęłopoza jedną niebieskooką dziewczynądotykającą spracowaną dłonią jego policzka
>>>
2010
*Książę zasnął tam w dole*We śnie czy w marzeniach?Książę sam już dziś nie wiewidział ją w kosmicznym świetle Drogi Mlecznejbyła jego Różą, lecz białą jak lilianie była królewną a nawet księżniczkąjak męczennica spięta i czystadzieckiem przystępującym do Pierwszej Komunii Święteji Chrztu jednocześniebyła Panną Młodą w bielutkiej sukni do ziemilecz Książę nie dostrzegł bucikównawet jednego pantofelka, ach bosa dziewczynkaprzestępująca niecierpliwie z nogi na nogęKsiążę wytężał wzrok by lepiej ją dojrzećby rozpoznać rysy jej twarzylecz delikatny obłok zasłonił mu ją –co więcej, w oczach dymnie dawał się spłukać łzami tęsknotyi Książę stał się niewidomy– do czasu – zagrzmiał nad nim głos Archaniołaa dziewczynka już żywa,oto z ławeczki się podniosła, gdzie była przycupnęłacichutko przeczekała tu w kolejce wiek całyzarzuciła na plecy różowy plecaczek z misiemkryjący wiele niebieskich skarbówspakowany na drogę przez samego anioła,lekko podbiegła do diamentowych wrót miłości i życiaprzymierzając swoje ziemskie ciałozmieniła się cała w słuchzerkając w zieloną przepaść za progiem,gdy Książę zasnął tam w doleona usłyszała nareszcie jak Jezuswymówił głośno jej imię>>>*Rozstanie róży*Samotna herbaciana różabiegnie radosna przez asfaltowe ścieżkimiejskiego parkuskulonego w drzemce styczniowej szadzitrąca każdą z rozespanych latarniwychylającą głowę z ciemnościzmieniając kolor ich księżycowyna złoto-pomarańczowyza sobą zostawia niecodzienną auręnieśmiertelności i kuszącej nadzieiherbaciana róża napełnia parkuniesieniem miłosnym przeżytego rozstanianiosąc na płatkach zapach ukochanego.z jej rozchylonego serduszkawylatują świetliki słodkich pocałunkówa w środku zimy na klombach tuż po północywyrasta dla nich bursztynowe kwiecieby mogły podzielić się czułością, która nie przeminie.złociście rozmarzonaprzysiada na ławeczkach wspomnieńi wtedy śnieg przestaje padać na kwiatya wprost ze snów zakochanychprzylatują ptaki i pszczołynatchniona słucha ich powtarzającychjak echo bezdomnesłowa szeptane tylko dla niejjeszcze sekundę temu
>>>
Wiele sercWiele uczuć spłonęło tego lataw pożarach rzekwiele serc spopielałow smogu namiętnościoczy widzącego są jak gwiazdygwiazdy patriotów zabitych nieludzkoręce wyciągnięte z potrzaskuku światłościusta nieme otwartegdy miecz przeszywa miłośćwielu ludzi zwątpiło tej jesieni w przemijanieuszy słyszące są jak dęby świętewsłuchane w modlitwyszepty pomordowanychw Smoleńsku
>>>
*Alchemia nieba*Spojrzałem w nieboa tam, nade mnąwielka srebrno-zielona pastylkaz dodatkiem arszenikujakiś cień przemknął obok mniegóra zadrgała na horyzonciepoczęła się wznosić wyżejna tle wielkiego zmysłowego oka nocy,to rósł wulkanzrodzony w noc dzieckapastylka na niebie pomarańczowiałagdy zapach światła gorącej lawyzbliżał się do zmaterializowanego smaku mięty i szafranuwtedy wielki kreator snówzakręcił światemze snów wypadła dziewczynawprost w moje ramionajuż jej pierwszy pocałunekbył odtrutką i antidotumktóre uratowało moje dogorywające sczerniałe sercewulkan eksplodowałlawa zalała księżyc strachu i uprzedzeniai srebro zmieniło się w złoto>>> *Polska*Trzynastego po południu pada deszczleżę na tapczanie zbity aurą jak pieswymoczony w martwej solance oknaw gwarnym bloku szepty ludzkie ujadanie psów polskichzza ściany dolatują dźwięki marsza żałobnegospiker w telewizji wypowiada imiona i nazwiskaw różnych odstępach czasuzegar odpowiada – amendziecko gdzieś na parterze kłóci się z matkązegar dopowiada – amenlepka krew sączy się na szare płytkize szpar w drzwiach lodówkistopy pieką, w głowie szum wiatrukatyńska mgła spowija blokowiskodeszcz bębni o blaszane parapetystuka w cembrowiny głów i parasolekolejne nazwisko i imięrozdziera mgłęna latarni nagle rozśpiewał się kosJezus otwiera oczy na karcie ściennego kalendarza Radia Maryjaze starej tapety patrzy i nasłuchuje – Kwiecień 2010kolejne nazwisko i imię wypowiada spiker za ścianąkatyńska mgła wczołgała się już do mieszkaniakrew powoli przepływa z kuchni do pokojunagle rozjaśnia się aureola wokół głowy Jezusajedna ręka cała w strzępachporusza się by wskazać serce w cierniachdruga powoli unosi się w góręprostują się palcezłocisty płaszcz wypełnia się czerwieniąa królewska tunika bieleje jak śniegJezus wypowiada słowo – Polska!
>>>
*Nie rozdziobią nas kruki i wrony*Obudzony dudnieniem głuchym stukaniempomyślałem w chwili świadomości –moje serce bije ciepłą miłością skowyt mroźnego wiatru nakłonił uchoku Męce Ukrzyżowanego w spiekocie jak wielkopiątkowe drewniane kołatkiechem rozległo się nawoływaniew katakumbach grzechu w jaskini usprawiedliwieniaw duszy skutej mrozem otworzywszy oczy zobaczyłem naprzeciw siebiewielkie czarne ptaki kołyszące sięna balustradzie balkonu za oknemniezgrabnie jak chochoły narodowetracące równowagę w porywach styczniowej zamiecipodszedłem bliżej do balkonowych drzwilecz nie wystraszyłem ptakówwielkich jak sępy lub orłyz tupotem twardych łapze zgrzytem szponów po metalowej oblodzonej bariercebuńczuczna horda najeźdźcówprzysuwała się do karmika sikorekcarsko-asyryjska sotnia schodziła w dółokraczając linki suszarki na pranieby skraść ziarna lichym ptaszkom polskiej demokracjistojąc tuż za szybą mogłemz bliska dostrzec tę ohydę panoszącą się nad polskim żłóbkiemodwieczne wojska Babilonu, czarne zagony Rosjinie zatrzymały się za oknemprzeniknąwszy przez szybę obsiadły mnie całegojak w scenach z horrorów wczepiły się w pidżamę i ciałoszybkim uderzeniem dzioba ptaszyskorozpłatało moją pierś i wbiło głęboko w sercezakrzywiony kieł czasu, dziób krwawej historii,katyńsko-wołyński miecz pogromuwtedy jak piorun z jądra bólu okrutnegoz jestestwa myśli męczeńskiejidea uderzyła w mózguczucie zmienione w jaźńi zajaśniał sztandar świadomości i napis –nie, nie, nie –nie pognębią, nie zabiją nasnie rozdziobią nas nigdy… tak jak WRONA
2011
*Poematy dla pszczół*Miłosierdzie i miłość w jej zapachuprawda i sumienie w jej przeznaczeniuwijące się zorze dusz jak bukietyjej kwiaty kwitnąjej łąki zachwycająowady ze snu letnich łąkptaki kolorowych krajobrazówi płowa zwierzyna wylęknieńjej bladość jak liliijej rumieńce jak różz błękitu wypadają pokręconestwory chmur i przeskakująmost tęczy tam wysokonad głową zadartą do górydroga, pastwisko i atelier artystyna chmurach siedzą skrybowie cierpliwibalonami nadlatują jak motylebaletmistrze realistycznych poematówby nad kolorową dolinąrozpinać parasol ideiw miłości i miłosierdziudla pszczół strażniczek kruchego życiaw światłości
>>>
*Ucho igielne*Schodziłem z Góry Oliwnejtrzymając za ręce dwie kobietyja wracający z Betanii w zielonej tuniceone w białych powłóczystych sukniachz Meah Shearim i Ein Karemich błękit i ich czerwień były naturalneżółty pył drogi i szary kurz na grobachzłoto świeciło nad nami sztuczneArchanioły i ludziewitali mnie jak nawróconego Herodamój smutek dźwigany na kiju kurczył się, gdy zbliżałem się do Złotej Bramyosiołek przyprowadzony przez czarnego islamistęzastąpił mi drogędziwny osiołek, który pod derkąbył obwiązany pasem szachidaa z boku miał wiązkę sianapuściłem ręce kobiet i wsiadłem na to bydlęująłem gałązkę palmy w dłońw tę, na której miałem kardynalską rękawiczkęi skierowałem się do Złotej Bramyludzie zgromadzeni wokół murów Jerozolimyrzucili się do panicznej ucieczkiz Doliny Gehenny na pastwiska Scopusgłosy trąb zagrzmiały metalicznie na Wzgórzu Świątynnymsłyszalne nawet podczas huku eksplozjigałązka palmy nagle stała się kałasznikowemZłota Brama zamieniła sięw ucho igielne dwudziestego pierwszego wieku
>>>
*Łut świąt*Po tańcu śmiercizapracował elewator miłościna zakończenie płaczuzwanego jesieniąonomato wiatrempeistycznie splinem chorych na pojedynczośćpodbiegliśmy pod choinkiwczołgaliśmy się pod żłóbkizakryliśmy się sianemzamaskowali bydłem skuleni w kątach strachóww pobudowanych wytrwale piramidachlabiryntach dni minionychwspomnień umarłychzałzawione tęsknoty wtórują duszom naszymzawodzą z nami znicze niedoczekańi gdy rozbłysk kosmiczny znika w piachuwzbudza ognisty grzyb pustynnych namiętności,co wznosi się aż do komunikacyjnych satelitów Ziemiłącza niewidzialne wypełniają się słowamirozgrzewają się świątecznymi bajkamia szepty stuleci szepty miliardówod czasu Adama bez żebramieszają ukorzenia, spopielają nadętościdzwonią bezbronnościąna to nam przyszłona pierwszy Dzień miłoścityciej tylutkiejjak pierwsza cząstka materii Wielkiego Wybuchubozon myśli łut słowa ciut światłałut świątciut przebaczenia i nadzieisupernowa uśmiechu
>>>
* Garść światła*Garść światłagarść wody górskiejgarść chłodnych iskierz wnętrza Giewontuzaczerpniętych w Dolinie StrążyskiejGarść światłagarść lawyz islandzkiego wulkanuz mistycznej kuźni greckiego bogaEuropytego, który stał się legendąza życiazamienił się z prawdą miejscamibył od początku Achajów i DorówmitemGarść światłagarść jasnych włosóww których igra zalotna miłośćuniesionych w zachwyciedo ust drżących w ciemnościGarść światłagarść spojrzeń przemieniających duszęprzemieniających światz zaprzeczenia świata w miłośćmłodzieńca, co płoniemężczyzny, co cierpiGarść światłagarść gwiazd wirującychz serca Mlecznej Drogiwyrwanychjak krople myśli samego Stwórcyrozsypanescalające sięGarść światłagarść dobrych uczynkówwiejskiego pastuszkaklęczącego przy kapliczcena rozstajach polnych drógwidzącego Ducha Świętegow płonącym krzaku głogupod postaciąbłękitnookiej dziewczynygarść pocałunkówjak koraleza jej zasmuconą twarz
>>>
2012
*Pustynny kwiat*Zdumiony pustynny kwiatsmutny rajski ptaknad pustynią przeleciałsamolot z moimi marzeniamirozsypał tęczęspektrum umierania w spiekocie sercakolory opadły na kolce kaktusówwzbudziły zapachy jednego latazakwitły ich kwiatykwiaty jednej nocywiatr w ciemnościach potoczył kule starożytnościprzez zasuszone snyprzez puste koryta rzek bolesnychzaleczonych rozpaczy i miłościwiatr muskał kolce kaktusówrajski ptak z pobliskiegopoligonu dojrzałościzniknął w puchowej skalezmieniając się w Feniksa z nicościnieśmiertelnego ptaka bez imieniapustynia życia może skrzywdzić wędrowcapustynia życia może zakwitnąć cierpieniempustynia życia i tak jest fascynująca i tajemniczakażdej nocypomiędzy stuletnimi kaktusamiprzejeżdża kawalkada aniołów w sombrerachna czarnym niebiecałują się kometypatrzy na to samotny kwiatnadlatuje nietoperzzamienia go w kamieńwieczysty owoc
>>>
Oto jestem w raju
na dnie martwego morza
statek przybył za późno
żeby ocalić mój gatunek
oto jestem w polskim raju
na dnie Wisły
zaraz ukażą się moje stopy
nad powierzchnią wody
rzeka wysycha
żaden statek już nie przybędzie
oto jestem w powiatowym raju
na dnie baru
woda wdziera się każdą szczelinę
do mózgu i do kościoła
papierowe łódki pod mostem
woda czarna, skażona
woda z martwych sumień
utracony raj to czy Sodoma?
gromnica wpada do wody
łódki zaczynają płonąć
Pearl Harbor to czy Lepanto?
>>>
Pustka wszechświatów równoległych
pies zaszczekał w jednym z nich
mroźna noc
księżyc
dzban
światło
w dzbanie życie
i jeszcze życie w psie
życie równoległe
wszechwładna trauma narodowa
Polska równoległych grobów
ciemność nad Warszawą i Pułtuskiem
ryby płyną w ciemnym nurcie
kule staczają się po zboczu
myśli pulsują
w elektronicznym mózgu,
który rozbłyska
w jednym ze światów
najbardziej pustym
życie jak pies
pustka równoległych światów
Polska znika tutaj
by pojawić się pośród innych galaktyk
obok martwej gwiazdy Rosji
>>>
Hotele Las Vegas
sfinksy, raje, lwy, czaszki i neon: kaplica
spa, jacuzzi, sklepy, sklepy, sklepy, bary
ruletki
miliony zagubionych ludzi z całego świata
dziesiątki tysięcy jednorękich bandytów
Sklecony z kamieni kościółek półlegalny
w wiosce wśród gór nad rzeką Hu
legalne kury, świnie, wódka i tytoń
półlegalna bieda narodu chińskiego
legalna bezpieka
Kolorowy targ w kolumbijskiej wiosce
biała fasada kościoła
wokół dym, smród, błoto
bose nogi, narkotyki i broń
W Las Vegas, Chinach, Kolumbii
ludzie leżą przy drogach
trędowaci, nieprzytomni, zapomniani
bogaci i biedni w jednej lawie katastrofy
z nędzy natury, z nędzy jadła
z nędzy pragnienia, z nędzy zaspokojenia
wyciągają ręce krwawiące
i dłonie z sinymi palcami
kurczowo zaciśniętymi na różańcach i banknotach
>>>
W tonacji wybuchającej supernowej
(jak ja lubię te tajemnicze zakątki wszechduszy)
rozbrzmiała pokusa
jesiennej miłości
po śmierci wszechświata rządowego
oto kolejne odrodzenie prywatności
na skrzydłach wiatru słonecznego
wśród fal melodii
rzek rozśpiewanych jak Wisła,
które uleciały w sumieniach
rzek jednak podniebnych
płynę lecę faluję
unoszony przez podmuch nowego życia
przemierzam obszary serca
pustki niewyobrażalnej dla słowa
mojej własnej natchnionej
samotności
gdy pada pytanie –
„czemuś mnie opuścił”
a potem wybucha światło
w niedzielny wczesny poranek
a potem kosmiczna eksplozja
wolności dla wszystkich wyznań i szeptów
supernowa era miłości
płynie jak manta ku światłu
>>>
*Pod chórem*
Patrzę na hostię w tabernakulum
patrzę spod powiek posępnych
przywleczony do kościoła jak
strzęp ludzkiej nadziei
przez zdesperowane anioły
białka oczu
spuszczona głowa
lęk
poszarpany przez katolików
znienawidzony przez siebie samego
Patrzę na hostię klęcząc przy filarze
pod chórem
patrzę i widzę księżyc w pełni
na firmamencie gwiazd ponad pustynią
spokojny ciepły jak sen
bajkowy
dziecka
oczekującego Bożego Narodzenia
Otwieram oczy szerzej
otwieram drzwi duszy
otwieram sejfy, piwnice, lochy
otwieram walizki dawno już spakowane
otwieram dzieciństwo i młodość
otwieram radość z prezentów
otwieram korytarze weselne
i pokoje światła
pióra białe spadają z chóru na moją głowę
wstaję
wychodzę
przydeptuję samego siebie
w przedsionku kościoła
lęk odpływa na środek oceanu
jak solna bryła
Atlantyda
>>>
Pęka nić
tama pęka
pęka naręcze kwiatów
na końcu serce
w mglistym lesie
na taflach łąk ściętych mrozem
Szerszeń biedy jak lis
okopany w wosku
dziewczyna nie jest królową
nie ma własnych zastępów
owadzich
nie ma owoców chwil jasnych
nie ma już spożytej wczoraj słodyczy
przez chwilę chociaż widzi anioły pieszczot
fruwające nad łąką
wszyscy jej mówią, że to mgliste opary znad rzeki
że to łabędzie
że to płatki śniegu –
jest zima przecież
a jej serce pęka
a jej sny oplatają ją jak ciernie
widzi je, jako zamróz kwietny na szybie
płacze, bierze aparat i robi zdjęcia
zamarza pęknięte serce
w każdej fotografii
wspomnienia uczucia minione chwile
powstaje niezapomniany witraż
wniebowziętego serca
>>>
Skoro nawet
głowy potracili
skoro
ja ty mama tato
mamy głowy
urodzeni z głowami
w miastach
skoro do wiosek
no niech tam
pędzimy
by wyciszyć serca
głowy w miastach
zostawiając
serca za górami lasami
Skoro nawet droga daleka
nawet pańskie przyłbice
ciastka z kibucu
klimatyzacja w zbożu
skoro już jesteśmy
w wiosce
zwalniamy
zwolnijcie
hej!
wy też
skąd tu czołgi
w Dolnej Polsce
skąd tu tyle czołgów
uważaj!
to nie komar
czołg nie motyl
uważaj muszka!
uważaj na głowę
>>>
Pisałem o Ledwożywie
w młodości
potem modliłem się
o przebaczenie jej grzechów
z pisania mogłem umierać
z przebaczeń mogłem żyć
Ledwożyw wskakiwał mi na barki
częściej niż siedem razy
w tygodniu
gdy z psem płoszyłem Indian
plącząc się po samotnej okolicy
krew lała się z samotnego serca
okna otwierały okiennice
by szyby mogły odetchnąć
bym zrzuciwszy Ledwożywa
mógł wreszcie poszybować
pokaleczony, ale przewietrzony
za Indianami, którym nie straszna
męka ani długi marsz
ku świtaniu ludzkości
ku świtaniu męskości
Ledwożyw był inicjatorem
stawania się
z psem z łukiem z lekturą
okna otwarto jednak na cierniowy ogród
wyszedłem tam
wpatrzyłem się pozostałem
z Ledwożywem sam
z bliznami i otwartymi ranami grzechu
by kreślić słowa
oliwną gałązką na piasku
>>>
Małe złudzenie
w jesiennych szatach
wpada jak muszka w abażur
samotności
śnij
imam się kowalstwa
na dnie oceanu
wykuwam gwiazdy i jeżowce
małe poirytowane
tuż w grudniu
tuż za mną
już znowu
wyklepuję kopułę
zaspałem w muzeum
tuż przed bitwą
miałem dołączyć miałem polec
miałem zasłużyć
zaspałem w okopie
z głową w piachu i torfie
Małe marznięcie
na jednej nodze
tuż przed Wigilią
gdzieś na polskiej Syberii
a może w Kanadzie
by przetrwać by zachować religię
zabrałem pisma i przepłynąłem
Bajkał i Zatokę Hudsona wraz
Małe serce wstrzemięźliwie kochało
małe serce kryło się po krach
i przyszła nadzieja
złudzenie poirytowane
>>>
Nawet wrony
ze mną nie zginą
ani żadna rzecz
która się odnalazła
w Seleucji
po Aleksandrze
słonie nie zginą
w bitwach starożytnych
nawet pamiątki świętych
po przejściu Persów
nie zginą chusty
w Rosji po wtargnięciu Arabów
nawet matrioszki komunistów
ale czy wiara nie zginie
po totumfackich postpapistach
>>>
Dostrzegłem w jabłku
zaklęte
kształty pięknego kobiecego ciała
krągłości i słodkości
aseksualnie smakowite
rozpocząłem jak Michał Anioł
wydobywanie z materii
piękna ukrytego w niej od wieków
Używając paznokcia
wymachując kciukiem
formowałem wyobrażenie kobiety
z mozołem
na ławce nad Wisłą
woda przepływała u moich stóp
woda samotna jak ja
szumiała w swojej nazwie
ja zastygałem w swojej
Dłubałem w jabłku cierpliwie,
gdy z rzecznej piany wyszła Afrodyta
odsunęła nogą szczeżuje
rozchyliła tatarak rękami
usiadła mi na kolanach
objęła ramionami i odebrała jabłko
uśmiechnęła się rajsko
i ugryzła raz
po czym podała mi tablet
z jego słynnym logo
przestałem myśleć
czegoś dotknąłem
po czymś przesunąłem palcem
straciłem rozum
zapatrzyłem
wtuliłem się
wziąłem z jej ręki
i ugryzłem jabłko drugi raz
>>>
Pozdrowienia klaustrofobiczne z obmywanego deszczem autaśle Jim Morrison z radia na falach oślepianych drzewjesienna nostalgia wdziera się do środka,podczas gdy pamięć wyrywa się w dal za znikającym miastemmrok rozstania powoli, struga za strugą, zalewa sercełzy na szczęście szybko zbiera wycieraczka-strach
>>>
ajgajonowe psy baskervillów i putinów biegają w podwórzach kampusów krzemowych dolin
światło tkliwości w przestrzeni uczuć jest tylko zjawiskiem nudnym, złudnym
niebanalna ciemność zaś przeciwnie, wciąga
całą wypełniającą ludzkość próżnią piekła zachwycić się można, jak tajemnicą
szkarłatno-purpurowe płaszcze i pióropusze króla Internetu są najmodniejsze dziś
każdy takie chce mieć w swoim własnym domu – swojej twierdzy i rządzić
>>>
*Manifest Nieznienawidzonych*
Śródziemnomorskie Wybrzeże Dalmacji słowiańskości i tysiącletnich wojen pełne
klif normandzki Świętej Teresy symbolizujący Norwegię kościołów płonących
bielejące z dala wybrzeże Albionu dumnego ruinami filozoficznych klasztorów
skaliste sumienia prawosławnego Wschodu utopionego w Białym Morzu czerwonego komunizmu
puste plaże Morza Północnego z militaryzmu niemieckiego „Gott mit uns” wywdowiałe nagle
w Ameryce wyspa u ujścia rzeki Hudson z Niosącą Światło Opatrzności wolnego panteizmu
mała aktówka pełna tekstów Izajasza porzucona na brzegu Morza Martwego żywy Manifest Nieznienawidzonych
serca krwawiące skruchą ponad oceanami chrześcijaństwa grzesznego jak Adam i Dawid
1999
>>>
*Modlitwa pochylonego*
Przed siebie wciąż, przed siebie
rok za rokiem, ze spuszczonym wzrokiem
krok za krokiem, metr za metrem, mila za milą, za słowem słowo
kilogram, litr, kęs, sekunda, spot, paliwo, emota, post
ciemności nie ogarną spojrzeń i wynurzeń
ciemności nie ogarną percepcji mów
ciemności nie ogarną polubienia ciał
ciemności nie ogarną nieporozumień
ciemności nie ogarną nastroju niezrozumień
ciemności nie ogarną podniet i czuwań
ciemności nie ogarną odsłon i zdrad
ciemności nie ogarną ani ciebie ani mnie
ciemności szaleją nadaremnie
nasze laptopy działają na baterie
nasze iPhony ładują się słońcem
* Serca*Nie wiem na ile jest to prawdą, że ich serca skonały z głodunie można poznać po nich, że mają sercaszkielety suną jak zjawy nocą wśród trawnie chcę na pewno by mnie dogoniływykonuję gesty na rozkaz sumienia, lecz zbyt powolneptaki umierają na czarnych gałęziachpo i przed konwulsjami czekam na samoloty,które mają wykonać dla mnie specyficzny spektakl na niebiesłyszę, że nadlatują, choć jeszcze nie wyłoniły się z za wzgórzai oto wyłaniają się ponad zielona ścianą lasu na horyzonciew chwili przelotu nad doliną obrzucam je marmoladądobrze wiem kto w nich siedzimógłbym wymienić nazwiska, lecz sumienie każe się na razie wstrzymaćigła wbija się w sumienie moje i brataigła rozpala wzrok, odlatujące samoloty odbijają się w szklistych oczachkapie z nich marmolada wieloowocoważyczę moim wrogom wszystkiego dobrego tak jak każdy normalny aniołprzełykam ślinę, karczuję nożyczkami pelargonie, stojąc w oknienie wiem jeszcze nic o ich sercach i już nie chcę się dowiadywaćniech miotają się te ciała, niech słońce wreszcie zaświeci dla mnieigła wbita w piętę jest kroplomierzem krwi dla serca
>>>
* Oskalpować duszę *
Dziecię moje racz wspomnieć lekcje logiki
tak, tak!
właśnie te z odpustem związane
fajerwerki to prawie ale nie wszystko
logiki niearystotelesowskiej a romantycznej
konie spragnione wody i ludzi takich samych widziałeś
w stepach i śniegach,
ja wiem!
dziś lepszy w garści ubek niźli na dachu kat
oskalpować duszę to jak oskalpować wiatr
skopiować do pamięci samochody, głuszca i serce
dzisiaj się da
pędzące serce, pędzące serce, pędzące serce
na Litwę i Żmudź
przez Krzemieniec
po slowa prawdy
do życia przywrócone cudem
>>>
* Wykukałem grzechy *Napięcie mięśni twarzyprzyjęcie Komuniimała jadowita kobra na każdą okazjęnie ustępuje spod balasekJebusyci nadarzają się, co i razlewa duża, szaty białe, wąsy, dziecko nieślubne Marmoladę serwuję na Małym Rynku wykukałem swoje grzechy teraz wybiję sobie świętość lemiesz tnie ciepły asfalt przewrotności traktują mnie poważnie, chyba zgłupieli chcą uczynić ze mnie preliminarz dociekań przyszłego posła jakie są dziś okoliczności każdy widziGnębią nas choroby mózgu, gnębią spinające pierwsze noclegitam nad Popradem chciałbym się widzieć z nią jeszcze razna Jaworzynce jeszcze raz wejść w baranią kupęręka w rękę z dziewczyną schodzić z górwatra niestety nie płonie, rzadkie lasy państwowea chłopy i juhasi w Warszawie Taki rzeźbiarz, co przyznaje się do wojny a ja mu nie mam za złe, po prostu mu to wybaczam taki malarz, co przyznaje sobie rację może czasem cierpieć w ubikacji publicznej, może drapać drzwi lub rysować na nich pompa ostygła, wielbłąd wyszedł z bramy butla gazowa poleciała przez okno i doleciała do Huty napięcie pozostaje>>>* Kaptury niewinnie nałożone na głowy *Zeznałem dziś w sądzie przeciw koledze pijakowizeznaję teraz przed świętym obrazem, jest wieczórkaptury niewinnie nałożone na głowyco można rozstrzygnąć, to można,jednak ten dylemat odwieczny, czy wypasać na cudzymczy też z głodu paść, jest jak orzechmówią, ekspresjonista to chyba jestja na widok łódki przybijającej z jego dziećmido mojego brzegu rzuciłem krótko: cukiernik!ogólne wejrzenia na problem zabijania przynoszą stwierdzenie następujące:sroczka jest myślą i pagórek jest zawiściąokrzyk na pagórku falującym jest tylko powietrzemkropka nad i to głodująca rodzina w szczęściuteraz nie pomoże nawet prom kosmicznypewnie zgodziłbym się na podróż kosmicznąza te trzydzieści lat gdybym wiedział, że moi dzisiejsipracodawcy nie zabiorą się tym samym kursemzatoczył się pod mój samochód stojący na parkingunadepnął na mojego kogutao tym tylko zeznajęschizofreniczne wycieraczki zaczęły nagle pracowaćwiatr podrzucił w górę informacje zignorowane przez biznesmena w todzeporządnieję, gdy ich nie widzę, nie mówię o nichi nie osądzam
>>>
* Zatocz się i ty *Obiecywałem sobie, że nie będę wymieniał jego imienialecz tysiąc razy wychodziło inaczejzdradzałem tajemnice publiczne, za które grozi śmierći jeszcze ten sąddałem się ponieść fali, drgnieniu alfa i o mały włosnie wylądowałem w barze jak onzatocz się i ty psie, rzekł do mnie,pomyślałem wtedy, że ma rację, coraz gorzej ze mnąstoję sztywno jak Pałac Kultury i Naukii idiotycznie wyglądam tak na Chmielnej
>>>
*Pocałunek nadziei*Zaledwie cień rzęsy wskazuje mi drogę do niejzaledwie jej spokojny senokna zarastają kamieniemprzybywa pajęczyny na drzewach wokół domumam jakąś taką nadzieję i wiarę jakąśmam podczas wieczornej kontemplacji krótkie obfite wizjedrepcze mały człowiek, drepcze do mnie niezdarny człowiekjasna linia z lewej na prawo, przesunięcie dźwięku z góry w skos w dółpuszcza miłości jak gdyby odwieczna nie jest tą samą, co obecnalecz ja wierzę w nią stojąc na kopcu młodości i spoglądającą ku śmiercija wierzę w kłębiącą się zieleń wolności wśród wieżowców strachuona i ono krzyczą radośnie skacząc z wersalki na stokrotki i fiołkisen unosi radio, sen unosi światło, sen unosi ich obojeczołgam się w cieniu jej rzęsy do linii drzew i zaroślipocałunku nadziei
>>>
*Idziemy z ludźmi na nocną zmianę*Tędy idziemy do ludziskądże znowuna ten wieczór pełno niezadowoleniagawęda na całą nocskromne a wręcz nędzne szatysamotne spacery nocąludzie niechcący klepią biedęzesłani na wyspy szczęścianie widać nawet kominówpotworne serca za chmuramizbliżamy się do wiedzy bez świeczasłony ciężkie haftowaneukuty spisek na żużlowej drodzelepkie wspomnienia na wysokości podniebieniaidziemy z ludźmi na nocną zmianęwedług dzisiejszego zegara lekko spłyną sekundywzbiera powódź tak jak przed każdą rewolucjąwypinamy piersi po hiszpańskie odznaczenianikt nie strzela, nikt nie strzela do bocianasłychać odgłos przejeżdżającego autobusuwypełnionego ludźmiautobus wpada do rzeki na końcu drogizabawny ssak leży w kałuży księżycaznów zasłabł ten, co obserwował krzywe liniew poświacie boskiejczłowieka cień na każdej ścianie blokówmiasto tonie w mrokupogrzeb posuwa się o północyskrajem cmentarza zdąża do kościołaza chmurami
>>>
* Wrażliwy mężczyzna *Jaki z niego wrażliwy mężczyznajuż jako dziecko był takibył przez krótki okres zakonnikiemale cóż, później odszedł od ołtarzaprzystał do rewolucjonistówmiał w oczach krzywdę robotnikówwcale nie chciał z początku rozlewać krwizjadł lody, lody fruwające w kosmosiezanim ocenił ich smakwytrysnęły z nich długie gąsienice motylipopatrzcie nie może przełknąć tego bogactwajak się czujesz patrząc na walkę idiotysamotna noc po białym rozdrażnieniurzeka płynie ze wschodu, chciałbyś przedrzeć sięwśród trupów do źródławiesz że to niemożliwenie ostygnie ziemia ani serce dopóki konwulsja nie rozszarpie tkanki czarnejjezioro wypluwa wspomnienie, cierpienie, lewiatanadrzewa z lasu zderzyły się w kosmosiedrzewa z morza stuknęły o siebie sękamiwieża w tobie największa na świecieszkoda, że nie możesz tego ścierpiećjesz małżę, chociaż w ustach krew, ranazjadłbyś i jej wrażliwość by stać się wrażliwym rewolucjonistąw oczach masz bólstajesz się powoli zakonnikiem
>>>
*Dźwigaj swoją głowę*Ciężar sumienia jest wielkigdy boli cię głowa myślisz, że to onostuka gdzieś w zamkniętych strefach zimnapod skórą i trochę głębiejzamykasz oczy słyszysz krzyk gęsiKurczy się twoje ciało, boleść jest wszechwładnazamykasz swoją przeszłość we wstydziejak jabłko dojrzałe na gałęzi drzewatwój mózg zaczyna się kołysaćMasz swój ekran w oczach, w szyszynce, w przeskoku iskryoddala się w kosmos, lecz nie pokazuje ci nicnic prócz zwariowanych zabaw z dzieciństwareszta umyka zbyt szybko by zasłużyć na szacunekLament nad rzeką nie nazwaną jeszczekonie lub koty płynące korytem w roztopionym żeliwielament nad rzeką wyłaniającą się z chmurplakaty zniszczone w nadbrzeżnych szuwarachśmierć ukryta głęboko we śniesen zanurzony w świadomościświadomość tkwiąca głęboko w mózguMózg, jako temat opowieści sprzed miliardów latzegar stymuluje dwie rzeczy: strach i nadziejęi to przychodzi jedno po drugimdźwigaj swoją głowę, dźwigaj cierpienieprzepaść dobroci głęboka tak samo jak bólco ci zależy i tak jesteś straceńcemskacz nawet w to żeliwo
>>>
* Moje serce wystarczy na opus magnum *Moje serce wystarczy jeszcze na wiele, wiele latpojemność mojego domu jest prawie nieograniczonakubatura życia w ogóle nie do zatruciajasne wierzby grają country musik na gitarach dobrosłońce dla braci i sióstr świeci, więc wszystko gramoje serce wystarczy na opus magnumprzyszli wypełnić je cynizmem, przyszli wypełnić je kłamstwamizataiłem przed nimi prawdziwe zamiary znów przyczaiłem się jak za dawnych latopłakałem poręcz mostu, rzuciłem listek do rzekizebrałem myśli, oni wciąż wracają i wracająnie uwierzyłem i nie uwierzę w miny kwaśne na życie całetym bardziej teraz, kroplo dżdżu, jakżeś potrzebnanumizmat leży na szybie na łasze wiślanejto ja zagubiony przez Krzyżowców z Sandomierzaspada mewa z chmur, nie, nie, nie przejdąszyba pękabędę jechał, jechał, jechał nowym samochodemdo nowego domu w Zawichościezegar stanie, kopa siana spłonie, za górą wskrzeszę diamentserce rośnie samą tylko pulsacjąwychodzą goście spoceni, nie masz chwili zielenia wierzyszmalowanie farbami czasu staje się mniej skomplikowanewiem, w tej dziurce jest skołowana myszdrżą ręce, rosną ręce, przemiana następujecynizm nie ustępuje, mina kwaśnieje, wokół mina kwaśniejeza łagodny jestem dla słodkich nagietek dzisiajgorzknieję w wymysłach lotnychbij głupszego, wal go witką wierzbową – woła rozumtowarowy pociąg zajechał pod pałac namiestnikatowarowy pociąg zmieścił się cały w tunelu duszyskomplikowany poród stanu duchaserce wyjechało na słoneczną nizinę polskąciągnąc czterdzieści wagonów szarego rozumu
>>>
* Literki po makiwary *Jakże stęchłe zeszyty przy lampiekochasz, że ślimaki i makiwary?lufy na dół potem koleś kogoś wyprowadzajego skarpetki, nienawiść ta sama do tych samychLukrecja idzie alejką w ogrodzie cyprysowympodjeżdża kwadryga i wysiada z niej Pogromca Słowianotwierają się bramy na arenę wypada biznesmenkwitną kwiaty, ale nie jest ich zbyt wielechociaż chcą nie są w stanie stworzyćniczego, co przypominałoby łąkędrży ręka Hortensji, drży ręka w sławojcejakże stęchłe książki na ekraniekurczy się arena pozostają na niej mrówkijak literki po makiwary
>>>
* Figurka z brązu *Jesteś Finem kolegojeszcze nie wiesz, że jesteś Finemja pierwszy zawiadamiam o tym twój mózgty jeszcze o tym nie wieszjawne są chwile poniżeńtragiczne są chwile odłożonej torturyKomiak jak Malaj jedzie rykszą, ryba płynie rzekąkocham ciebie sercem całym– na makatce Lelum Polelum – na kromce chlebakiedyś pajęczyna ratowała życietopiła się kobieta, nie Finkakawałek antracytu u podnóża góryswędzi przegroda w nosiegęsi znów pod murami a na murachFinowieprzeciwnicy badają opinię publicznąja szukam przyjaciół i broduponiechaj zemsty Hamlecie z Daniijawnogrzesznica rozpuściła włosyudano się do kościołaprzy księdzu stoi plotkarz, na nim dudy i gęślejeżeli nie chcesz być Finem zapłacz nad ludową Brzezinkąw Galicji Austriakównasza wieś spokojna kręci powrósłakwaśne mleko, zapadłe w pamięć bociany i prochybocian odwraca się tyłemkle, kle, coś leci, my lecimy w kurhanywtedy właśnie Fin czeka na zimępo niewczasie teatr spłonąłteatr wojny Estówwyczytano nazwisko, zakrzyknęli zboczeńcy –kochać, kochać, kochaśSamojed ma na pieńku z twoim wspomnieniemburzenie jest czarnym bocianem w Druskiennikachsą nazwiska pełne dreszczu, pełne Junga i Freudanos jak rynna, dogorywa szczur na środku ulicymówię o tym, słyszę o tymbardzo dojrzałe ptaki spadają z drzew jak larwyojciec dojrzewa do syna, syn dojrzewa do matkizakołysały się łany traw od horyzontu po horyzontUngarzy przekroczyli Karpatyzemleć ściśnięte słowa, stworzyć nowy językw zgiełku racja, jabłko, ptaki, ptakkochają ciebie, ale jako Fina, ja ci to mówięwychodź, że z tej piwnicy, uważaj na strop, uważaj na głowęw której masz jakie takie poglądyźdźbła zbliżają się do siebie jak falanga do jazdyoni plwają na masy, plwają na ulicach, plwają na uroczyskanie mszczę się na maluchu, oni są zawsze w mniejszościty wysiadasz z auta w korku, biegniesz ulicą do mniekrzyczysz cały czas uraaapo chwili uderzasz mnie w twarz, umieram natychmiastwzrasta kwiat, rośnie, rośnie aż do niebałopocą flagi, kury bez piór, krew lepi się do asfaltuz czerwoną brodą, jako Fin nachylasz się nad moim ciałemw agoniinie, nie będziesz deptał tym razem, boisz sięmojej figurki z brązu
>>>
* Zwędzić coś*Zdałoby się trochę słońcaJanosik siedzi na kominiecały czarnysadza wali, wali i wali z kominazdałoby się trochę światła – tako rzeczeczarny most, pod mostem butelka,żołnierzyk z jedną nogą, szczury cztery z dwomaJanosik już nie siedzi w fotelu w podartym szlafrokuna kominieJanosik już wisi sobie półnagina hakuszuwary telewizyjne, telewizor płynie w rzecekołczan nocy zapchany gwiazdamipieniądze świecą na niebieczarne ściany robotniczego miasta jak strzały zatrutektoś skulony je margarynę za garażemczekając na Janosikastatek spacerowy wyprzedza telewizorktoś kładzie rękę na szyniepotem głowęserce nad brzegiem czeka jeszcze na oddechkomin pada razem z ciemnościami imperiumludzie chodzą, deszcz pada, ludzie wspominajądobre czasy upodlenia z wędzonkąmodlą się do JanosikaJanosik już wisi i wszystko na to wskazujeże jest martwym symbolemktoś wędzi węgorza elektrycznego w wieczornych szuwarach propagandy
* Zwędzić los*
Zdałoby się trochę słońca… nadziei
Janosik siedzi na kominie cały czarny
sadza wali, wali i wali www komina
zdałoby się trochę światła – tako rzecze
czarny most, pod mostem butelka po czymś mocniejszym
żołnierzyk z jedną nogą, szczury cztery z dwoma
Janosik już nie siedzi w fotelu w podartym szlafroku
na kominie
Janosik już wisi sobie półnagi na haku
szuwary telewizyjne, telewizor płynie w rzece ścieku
kołczan nocy zapchany gwiazdami samymi
pieniądze świecą na niebie jak strzały zapalające
czarne ściany stołecznego miasta i cienie jak strzały zatrute
ktoś skulony je margarynę z chlebem za garażem
czekając na Janosika
statek spacerowy Bajka wyprzedza telewizor Rubin
ktoś kładzie rękę na szynie, a potem głowę
serce nad brzegiem czeka jeszcze na oddech
komin partii pada razem z ciemnościami imperium
ludzie chodzą, deszcz pada, ludzie wspominają
dobre czasy upodlenia z wędzonką w portfelach
postmoderniści modlą się do Janosika
Janosik już wisi i wszystko na to wskazuje,
że jest martwym symbolem nadziei gawiedzi
ktoś wędzi węgorza elektrycznego
ze szlamu wyłowionego
w wieczornych szuwarach zielonej propagandy
>>>
* To jeszcze nie kataklizm*Zamążpójście przeciwnika to jeszcze nie kataklizmwydziobano katolikowi oczy w urzędzie stanu cywilnegowyłączono na chwilę rozum w Polscetrzy kilogramy marchwi wrzucono do urnZarzynanie cietrzewi to jeszcze nie kataklizmprawicowy zakrystian jest ostatnią osobąkultywującą tradycje narodowewyłączono rozum, pozostał uśmiech młodego socjalistyJarzębina zwisa jak kiść winogronlecz nie będzie z niej winakalesony zwisają na marszałkuale nie będzie z niego mężczyznyZarzynanie karpi złocistych to jeszcze nie kataklizmcios w stos kart kredytowych, zbiegły naprawiacz chce powrócićJezus puka do drzwi, niektórzy katolicy przebrani za Dziadków Mrozówudają, że niczego nie słyszą, myszkując pod choinkamichleb wzywa pracę, praca sprawiedliwość, sprawiedliwość wzywa towarzyszy z niższych piętertowarzysze z niższych pięter klnąc na kler i Solidarnośćidą z torbami na BetlejemZarzynanie Polski to jeszcze nie kataklizm
>>>
* Na dnie Morza Białego *Przemieściłem się w kierunku swoich słabościna lodowcu wielkim jak kontynentprzepełzłem na Półwysep Kolazapaliłem papierosa, czarny dym wypełnił płucasmród rozszedł się wokółani przez chwilę nie poczułem ciepłażarówka zakołysała się nad Syberiąziemianka zatrzęsła sięPodano kergulenę za lasem, wszyscy tam pobieglinogi akurat mnie odmówiły posłuszeństwaprzemieściłem się znów w kierunku nienawiścipopadłem w nią na amen na chwilęwezbrała we mnie gorzka falaprawda pobita, zgwałcona stanęła przed mnąStolica morderców gdzieś na północy, za kołem podbiegunowym
przywołała mnie na plac defilad
kartka upadła na podłogęgóra zawisła nad Atlantykiemzawyły maszerujące demony Rosjirozglądam się za strzelbą a jestem już w Murmańskurozglądam się za różańcem a jestem już na barce rozglądam się za miłosierdziem a jestem jużw krasnym kraju na dnie Morza Białego
>>>
*Jest ciemna noc* Jest ciemna nocidę ulicąjest ciemna nocidę ulicąjest ciemna nocwchodzę w duszę świataidę, idęwchodzę do lasunie mogę opuścić tej ciemnościbłagam samego siebie o wytrwałośćzapuszczam się w dżunglę niebezpiecznąnie ma mnie na ekraniepatrzę w tunel wojnysłyszę pomruki lewiatana –szydzić, domorosły, skrzywionytunel Hitlera pod Krosnemecho – wspomnienie, szpieg, olcha, całować stułę, idę dalej, jaśniejjeszcze nie rozpoznaję konturów strachugroch pęcznieje pod ziemią, wypuszcza pęd jak ząbwyjście z tunelu przed świtemprzecież to kanał na Starówceścieki nie płyną, suchy kanałsłychać nadjeżdżający tramwajwczorajszy strach zatrzymuje się zamiast tramwajuwysiada teczkarz w peruce i perukasz z teczkąmotorniczy to aniołśmierdzi nieświeża ryba smażona na szynachidę, idęwychodzę z kanału nad brzegiem rzekiszarzeje noc i zmienia się w świtobcy kraj zmienia się w kraj matkisowa czeka na mnie na kolumnierzucam się do rzeki, w jej chłodny nurtpłynę powoli w ubraniupłynę ku fabrykom na drugim brzeguceglane mury pokryte sadzą są moim celemdzieci na nabrzeżu z balikończy się noc, słabnę zziębnięty, lecz dopływam do celuociekający wodą wchodzę w robotniczą dzielnicęsam skręcam za rógsam przechodzę przez ulicę praczekszyny tramwajowe srebrzą się jak mydlinywchodzę po drewnianych schodach na pierwsze piętrowchodzę do mieszkaniasiadam przed telewizorem czarno-białymza oknem świtcichną odgłosy powstaniadolatuje delikatny pogłos silników i stukot gąsienicnadjeżdżają sowieckie czołgi
>>>
*Cóż można zrobić*Cóż można zrobić z całkowicie polskim mózgiem?czy można na przykład z trzynastu miliardów komórektworzących w sumie galaretowatą piłkęuczynić wykałaczkę na tyle twardąaby mogła się zdecydowanie wsunąć w dziurę w zębie?Cóż można zrobić z całkowicie polskim sercem?czy można z wypełnionego krwią ludzkiego strzępuuczynić bagnet niezłomny tak długi, żeby można nim byłopogrzebać w księżycowym gruncie?Cóż można zrobić z całkowicie polską duszą?czy można ją zawrócić z Drogi Mlecznej?
>>>
*Litwor*Jednym z elementów nadziei jest zielony litwor,gdyby czajnik nie zagwizdał to by słońce nie wzeszłoi lud by nie zatańczyłJednym z elementów wyposażenia policjanta jest pogląd,gdy kiedyś zdrzemnąłem się nad brzegiem jezioraczarny kaczor usiadł mi na kolanach a witka wierzbowapotrącona przez wiatr smagnęła mnie w karkto był powód załamaniawtedy zobaczyłem litwor nad brzegiemzdjąłem mundur, odpiąłem kaburę i medalezatańczyłem wśród ludzi-ptakówbrzask zmienił myśli w słońca
>>>
*Za okruchem*W okruchu bułki, suchym jak tylko może być okruchleżący podczas upałów na chodniku, dostrzegłemcałą literaturę Europy oraz sny Europejczykówsam nie wiem jak mi to się udałoPodniosłem okruch z chodnika obróciłem go do światłaujmując pomiędzy kciuk a palec wskazujący,ścisnąłem tak, że aż wbił mi się w miękką skórę,jego struktura wewnętrzna zwróciła się przeciw mniejak grań górska wielka była jego mączna trwałośćOkruch przeniknął do mojego ciała i począł w nimwędrówkę jak dusza we śnie, jak głębinowa rybaprzez światy podwodnych koszmarówWewnętrzne arterie przepuszczając go informowałymnie o jego bytności cichym szeptem bóluza okruchem posuwały się w głąb mnie betonowepłyty chodnika, kiosk Ruchu, przejeżdżający tramwajniszczące spojrzenia zza szyby zielonego auta,i wściekła myśl o starciu mnie na prochu, jaka zrodziła sięw umyśle mojego wroga, wroga Europy
>>>
*Łzawe terminy*Skumulowane ładunki komercyjnełzawe terminy bez skojarzeńlewe buty na stopyrozkołysane mniszki zrywające łabędzieledwo żywe rybiki na lampachtatuaże na dziobach kormoranówłodzie na poligonach największychpłynące linie na wzgórzachzgromadzone chmury na placachstolice zamknięte w kraterachłzawe tereny skocznikamuflaż planów niecodziennychpatrzenie przez szybę wystawową w niedzielęrzucanie kamieniami w przyszłościzwisające szyszki dla drakiwęże kolorowe w mieszkaniachstawy na głowach w ramach na kanwachspadające z rzęs cukierkiłzawe wspomnienia nad wielkimi wodamigłębia bagna czerwonego nieprzejednanegołzawe terminy wieczornych niewybaczeńgłębia sumienia zapomnianego na jakiś czasgrudniowe dni corocznych terminówłzawe oczy dzięciołów w czołgachkomnaty błędnych rycerzy w tunikachłzawe bariery mostów aniołówciemnota terminowa partii nieodległej
>>>
* Teoria cnoty *Kiedy zacznie padać deszcz?pytasz swojej skalanej cnotycnota nie boi się nawet blasku gwiazdz marzeń droga staje w kwiatacholśniła miłość wielkie twarzejakże możesz patrzeć bez wzruszeniana skapywanie słońca z dźwiękówjakże możesz patrzeć i nie ruszaćdo tańcadeszcz bogów azteckich już nie czeka na krewjest kamieniem, labiryntemjest początkiem zapomnianym wyuzdaniaKiedy deszcz zmyje dzisiejsze wyuzdanie?z wierzb wyzierają podziękowaniapo powierzchni złota ślizga się wodny pająkMamy teorie słońc,mamy teorie kpin,mamy teorie nienawiścinie mamy teorii cnoty
>>>
* Ani anioł *Na pozór wydawać by się mogło,że w Izraelu należy szukać gór, jaskiń lub kawałków pustyni,które zmieniły się w komórki nerwowe kosmitówlub odwrotniea jest chyba odwrotnieNie wiesz nawet jak wysoko sobie cenię piasekw głowie a nie ten w głębokiej studnija tam nie chowam światła, lecz chronić gomuszę przed wiatremledwo, co wicher przeleci przez głowęa ja już wystawiam kosmodrom na zewnątrz i to nie moja wina, że nikt tego nie dostrzegaWcale nie grzeszą pychą skorpiony z Libiiwcale nie są zagrożeniem papirusy z Egiptukumkanie żab pod tunikąto nie dowód, że zaraz wyleje EufratNa gwałt wezwano niebieski rydwan,który zjawił się pośród błyskawic i grzmotówwsiadł do niego ktoś inny a ja miałem taką na to ochotęz ziemi podziwiałem jak zmieniał się w ptakaodszedłem na Północ, gdy odleciał na ZachódKolego – powiedzże mojemu Hammurabiemu, że niejestem winien temu, iż Lew pozostał na niebiemam niejasne przeczucia, że nienawiść wcalenie leży do dziś na dnie morzaprzeczołgałem się na Północ, pokochałem inne miejscepalec skierowany w górę jest teraz moim symbolemnie szukam suchości w gardle, po przepłynięciumorza, wysuszeniu papirusu, odkorkowaniu butelki,zorganizowaniu krótkich szkoleń z zakresu zastosowania pieniędzyZ żoną leśniczką miłą wybudowałem chatę na polaniepierwotnie cięciwy zastępowały mi oszczepylecz dziś mam taką samą armię Tysiącletnich Sokołówi gotowych na wszystko aniołówco chcą polować ze mną bez broninienawiść dalej czuwa w środku wioski, a nie na skraju lasu, gdyż drzewa wymierają latemzimą odrastają i zielenią się bym mógł dowieść, że nie jestem już w Izraelu pełnym paradoksówOpanowałem sztukę rzeźbienia w górach, malowania ścian w jaskiniach,lepienia garnków w deltach, pisania w pałacach,śpiewania na pustyniach, kiedyś żyznego półksiężycamogę robić to wszystko dziś, czego nauczyłem się czołgającnie podniosę głosu, oczu i ręki na Boga jak Jakubnie podniosę nawet komórki mózgowej na Europęani jej aniołaani mój anioł
>>>
* Tłamsić w sobie *Zdziwienie mnie ogarnęło skutkiem czegootworzyłem oczy bardzo ale to bardzo szerokokaganiec zsunął mi się na koniec nosazmarszczki pokryły nosżona zasnęła widząc co się ze mną dziejenawet sobie nie wyobrażacie jak daleko posunęła sięw namawianiu mnie przez sen do porzucenia rockauciekałem w jałowce rytmu by nie słuchać jej wezwańdobra z niej dziewczyna, dba o moje zdrowie psychicznei częściowo fizyczne w kagańcu oświecenianie pozostaje obojętna widząc przez sekundypentagram w moich oczachnie wie, że pentagram to odpustowo-jarmarcznyzdziwienie ogarnęło mnie,już doszło do tego, że o psychodeliczne eksperymentypytam się samego siebiesiedzącego gdzieś na ławce w jakimś węgierskim mieściepopatrzeć na dziewczynę i zachwycić się to jeszcze nieznaczy narkotyzować się lub kaszleć nad ranem opiłkamiw letnich trawach kładąc się z lupą na świerszczezrywać z ludźmi na zawszepo powiększeniu własnego bólu nie ma miejsca na ludzipo powiększeniu własnej jaźni nie ma miejsca na ludzipo powiększeniu pochodu pierwszomajowego nie ma miejsca na własną dróżkępo powiększeniu własnej niedyspozycjiskorzystałem tylko z kwadratury i obojnactwa samotnościspokojny to przecież rytm i nawet tego mi nie wolno– restrykcje zdrowotne jałowcachtłamsić tylko mogę w sobie, co? nikiel, stal? cywilizację?
>>>
*Co tam śluzy*Co tam śluzytrzeba spławiać koszulelepiej jest jeść co prawdalepiej jest pić co prawdaboli głowa o przodownice na śluziecement wysypał się do rzekipodziękował śluzowy za pieniądzetrzeba spławiać te szmaty do Gdańskaakurat jeziora wyschną, akuratzanim urodzisz kapelę podrap się w dziąsłozakładasz szkoły w wannach z korkamizakładasz akademie w lepszych czasachtwoje kroki słychać na bruku, odchodziszciemne są fatałaszki na dnie jak kreacje zjawza bardzo się rozpłakałeś, za bardzo zbladłeśkierownicze dudnienie załamało się na uszachptaki czarne mściły się na chmurach morskichlegwany szare dreptały w twoim śnie wodnymłzy porwały w swój wir tęsknoty jak dniłzy zmoczyły śluzykaniony niespotykane w tych stronachotworzyły się tworząc nowe kanałyjakiś człowiek stanął na brzegujakaś wróżka popatrzyła na wyspękawalkada kioskarzy poruszała się pod prądz gołymi torsamikoszule spłynęły na śluzy
>>>
* Mam tremę *Mam małą tremędziś wieczoremkolega wyfrunął z gniazdazanim dopełnił się czasgladiatorzy pozabijali sięa zwierzęta opadły ich trupyjest taka skała z której startująw niebo nadzy ludzie i to bez silnikówmam tremę przed tym spotkaniemdziewczyna poszła po jajawtedy pokrzyczał, pokrzyczałi zatkał majonezem jedyne wyjście na arenędzwony rozkołysały sięna czerwonym niebiemam cię naciągnąć na serwetkęi nie wiem jak to zrobićtrochę się denerwujętrę mały palec kciukiemale zrobię to dziś wieczorem
>>>
* Przy judaszu *Skamieniałem ze strachu przed złościązłość przykucnęła na klatce schodowej pod moimi drzwiamiwprost na wycieraczcecoś buchnęło, coś wisiało w powietrzu i coś zapowiadało sięna zewnątrzod palców czerwieniałem po oczyod ogniska domowego po iskryod sąsiada po myśliale, od których?od twórcy jaskiń zakupię cały nakład strachumodlę się o miłość jak posąg z kamiennym nosemprzy judaszu
>>>
* Nie doczekacie*Zaprawdę, zaprawdę powiadam wamnie doczekacie się Oleksandra na koniumamuty przejdą z wiosny do jesienimamuty przejdą z Syberii na Alaskęa wy nie doczekacie Oleksandra na karym koniukamień idzie z lekka kuśtykając, przemierza Góry Pieprzowe, wlecze się środkiem doliny Wisłykamień zaprogramowany na wydmę się wdrapujemy go nie zbudzimy, my go nie zbudzimyjak się zbudzi to nas zje, jak się zbudzi to będzie sensacjaa kiedyż to, a kiedyż zwolniłeś się ostatnioz basenu żeby podziwiać Oleksandrajam jamnika sprzedał żeby kupić telewizorprzed wystąpieniem biedaka w Sejmieskoro dał tak do wiwatu, skoro odpadły mu łupinyto niech zjeżdża w dół, to niech zjeżdża na nartachpatrząc szeroko jak to tacy jak on od Kasprowego po Liptowski Mikulaszzaprawdę powiadam wam, nie było lepszegood niego wtedy na tej kupie żwirua może to było wysypisko, a możepatrzyłem na jego łeb raz łysy, raz niegdy mnie mijał bezkonnieledwo podniosłem widelec do usta już zajrzał mi w kaszę, nie dałem mu jednaknapluć, napluł więc w Kościół dyskretniezza duszy wyjrzał żeby pochwalić swoją partięz duszy zrezygnował żeby Nasza Partia mogła powrócićna kasztance ze śniegu
>>>
*Reset dnia*Nogi pod stół, siedzenie na fotelręce na klawiaturębrzuch wypnij, pierś wypnijkawa w gardłooko wykol, sumienie rozpalrozum ukorznabierz powietrza, wyluzuj sięodsapnij, odsapnijjadą tramwaje po ścierniskachto Waszeci problemy, rzecze Twardowskiluzak, biegacz, stonogakawa bulgocze w brzuchujakieś serpentyny wiją się w głowieplastry sklejają pękającą czaszkępierś falujeidzie mól po fortepianie, gra miejscowy hitlerjuż wiesz –Boże broń nas przed księżycowymi dążeniami do władzywewnątrz żyrandola czernieje krążek dziesięciogroszowydrga ulica wisząca nad miastemjedzie auto ośmiodrzwiowe z Belfegorem za kierownicąjakże długa ta ulica, nie dojedzie do końca powietrze nadyma pęcherzyki płucne wchodząc w szczelinyodrywają się dachy wież pokryte blachą, dachy pokryte papą zapadają się na strychydachy na niebie błyszczą, kurz opada na głowylikwidacja poranków, kiełkują ptaki, głowy z dziobami wychylają sięze snówjuż wiesz –Boże broń nas przed snami o władzyresetem dnia
*Reset dnia*
Nogi pod stół, siedzenie na fotel, ręce na klawiaturę
brzuch wciąg, pierś wypnij, kawa w gardło
oko wykol, sumienie rozpal, rozum ukorz
nabierz powietrza wolnego, wyluzuj się, odsapnij, odsapnij
jadą tramwaje po ścierniskach miast
to Waszeci problemy, tako rzecze Twardowski
luzak, biegacz, stonoga faktów
kawa bulgocze w brzuchu
jakieś serpentyny wiją się w głowie
plastry sklejają pękającą czaszkę
pierś faluje jak morze flag
idzie mól tanecznym krokiem po fortepianie
gra na bałałajce miejscowy hitler stanu
już wiesz –
Boże broń nas przed księżycowymi dążeniami do władzy
wewnątrz żyrandola czernieje krążek dziesięciogroszowy
drga ulica wisząca jak wstążka nad miastem
jedzie w dole auto ośmiodrzwiowe z Belfegorem za kierownicą
jakżeż długa ta rozpustna ulica, on nie dojedzie do końca
powietrze nadyma pęcherzyki płucne wchodząc w szczeliny
odrywają się dachy wież pokryte blachą,
dachy pokryte papą zapadają się na strychy
dachy cmentarzy na niebie błyszczą
kurz opada na głowy obce, likwidacja poranków poetów
kiełkują ptaki, głowy z dziobami wychylają się z dzikich snów
już wiesz –
Boże broń nas przed snami o władzy nad światem
reset dnia świętujesz
>>>
* Czysty sygnał *Pomiędzy życiem a śmierciązbudowałeś swoją pajęczynęswoje radary spiąłeś w jedną siećpomiędzy życiem a śmierciąszukasz chwil bez ohydyszukasz miłości nie pokrytej wymiocinamiżelazne drzewa chwieją się nad twoją rzekączekasz na pierwszy sygnał, czysty sygnałpatrzysz na zegary, monitory, wskaźnikirozżarzone węgle spadają w nurt rzekiczekasz na dźwięk, czysty dźwięk z sercanasłuchujesz w ciszy nocypęcherzyki trującego gazu pękają na powierzchni rzekiczekasz na słowo, pierwsze słowo pozbawione podteksturęce poruszają się po pokrętłach urządzeńwyrzeźbiona w skale twoja twarz przegląda się w rzececzekasz na szepty dwóch aniołów z Mamrepatrzysz w niebo gwieździste, patrzysz prosto w twarz BogaBóg wysyła promień laserowy, który pędzi poprzez kosmosdostrzegasz go jak wyplątuje się z gromad galaktykzanim dobiegnie do ciebie w tobie zrodzi się miłość
* Sygnał *
Pomiędzy życiem a śmiercią zbudowałeś swoją pajęczynę
swoje nieskazitelne radary spiąłeś w jedną sieć
tak, pomiędzy życiem a śmiercią szukasz chwil bez ohydy
szukasz miłości nie pokrytej wymiocinami świata
żelazne drzewa chwieją się nad twoją rzeką
czekasz na pierwszy sygnał, czysty sygnał z gwiazd
patrzysz na zegary, monitory, wskaźniki
rozżarzone węgle spadają w nurt rzeki białej i czerwonej
czekasz na dźwięk, czysty dźwięk z serca
nasłuchujesz w ciszy nocy
pęcherzyki trującego gazu pękają na powierzchni rzeki
czekasz na słowo, pierwsze słowo pozbawione podtekstu
ręce poruszają się po pokrętłach zbuntowanych urządzeń
wyrzeźbiona w skale twoja twarz przegląda się w rzece przełomu
czekasz na szepty dwóch aniołów z Mamre
patrzysz w niebo gwieździste, patrzysz prosto w twarz Boga
Bóg tylko tobie wysyła promień laserowy,
który pędzi poprzez kosmos jak jedna prosta myśl
dostrzegasz go jak wyplątuje się z gromad galaktyk
martwisz się czy w swojej nędznej pajęczynie zdołasz go zatrzymać?
zanim dobiegnie do ciebie w tobie i tak zrodzi się miłość
>>>
*Skamieniałości w naszych rodzinach*Skamieniałości w naszych rodzinachpozbierane perswazje i sprzeczkinaleciałości w naszych rodzinacheksponowane dąsy i fajne bójkidrzewiej bywały kosy, drzewiej bywały kłonicekoła młyńskie rozbite na półjakiż przodek nazwał się wujemjakaż przodkini nazwała się stachanledwo zagrają surmy już wszyscy lecą do ulibartnicy?Szumowiny w naszych rodzinachna brzegu wiseł łajna krowietargowice nie żydowskie, targowice nie ukraińskiejakieś błędne koła nie rozbite w czasie powstaniaKorony i jabłka zewnętrzne oznaki władzyto w naszym domu nic warte bibelotyzwada przed pielgrzymką charakteryzuje linie życiaa te zmieniają się często w parabolestrach przed biedą i niewolątruchła bocianów na kołach od wozukoła od wozu na szczytach kościółkówbicze strzelają nad głowamiw ciszy modlitwa, w ciszy serialegęsi się lęgną w fordachakapity najważniejszew modlitewnikachjakiś przodek idzie za koniem, jakiś parobek niesie dwojakiszczęk broni na plebanii, kromka chleba w trawiebieganie po łąkach strachu, bieganie po podworcach pałacudęby rosną rosochate, pnie gniją po kradzieży drzewanie ma skrupułów w naszej rodziniedziadka wyniesiono do komoryzapomniano przenieść tam krzyżkrzyż upadł w pokrzywykrzyż na mogile powstańca
>>>
* Jezus za obrazem *Sam już nie wiem czy to dzień czy nocJezus ukrył się za obrazemnie widzę krajobrazu w oknie i na obrazienapisy kredą nabazgrane na chodnikuwydają się czarne jak nigdypłonie krzyż na ścianiewłącza się nagle kuchenny robotkról jaskiń w mojej duszy wychodzina światło dziennesam nie wiem czy to starożytnośćczy też futuryzm wieków?modliłem się całe popołudnietrzymając głowę w dłoniachgłowę owiniętą w kocpatrzyłem na Jezusa w myślachon stał jak zwykle z raną w sercui uśmiechał sięsyn wskoczył mi na plecyprzewrócił mnie na ziemięJezus odszedł z obrazu na swoją Golgotępozostałem sam, pozostałem samotnyzrzuciłem koc z siebiepopatrzyłem na synazachwyciłem się nimczerń minionej gehenny pokryła krewoczy zaszły mgłąból pozostał w jaskiniachkról zaczął zamurowywać wejścia do jaskińktoś tam pozostał klęczącyplecami do wyjścia>>>* Ludzkie serca *Ludzkie serca nie nadają się do transportubez opakowania są zbyt delikatneLudzkie serca nie nadają się do pokazywania w TVociekające krwią mogą przedstawiać straszny widokLudzkie serca nie nadają się do ekshumacjinajczęściej są przestrzelone i szybko się rozkładająLudzkie serca nie nadają się do wystrzeliwania w kosmoseksplodują w stratosferze przedwcześnieLudzkie serca nie nadają się do konkursówzdradzają rezultaty ustawione pod teścioweLudzkie serca nie nadają się do nominacjiutyskują na władze podczas uroczystościLudzkie serca nie nadają się do koszenianajpierw pokładają się przed ostrzem a później powstająLudzkie serca nie nadają się do transplantacjichociaż jest w nich życie, lecz nie ma miłości>>>* Ona jeszcze jest twoim dzieckiem *Ona siedzi na starej zdezelowanej kanapiew krzakach za wodnym młynem SchnepsaJezusie, jesteś tak bliskobrudną chustkę zawiązała pod szyjąstarą podartą torebkę położyła obokwyjęła butelkę z winemJezusie, ona jeszcze jest twoim dzieckiemsłońce zaszło za częściowo zwalony mur odsłonięty przez Piotra Kołodziejarozglądnęła się wokół szukając miejsca do spaniaJezusie, przyjdź do niej we śnienad ranem, gdy będzie zamarzać>>>* Czerwone hostie *Ja sobie wyobrażam to tak:– tablice postoją, postoją i przewrócą się– tabernakulum zaświeci, na pewno zaświeci– tomahawk-pocisk przeleci, przez scenę, przeleciMam na myśli taką sytuację:– tam w drewnianej szopie księżyc blady wschodzi– tam dziewczyna śniada do moich ust się skrada– tam na worku szarym czekam wynędzniałyWtedy ty odpowiesz tak:– jejku, jejku otworzyli sklep a w nim hostie sprzedają– jejku, jejku hostie nie są białe– jejku hostie są czerwone,och nie, nie to profanacja,(chociaż) mówili, żeChrystus był pierwszym komunistą>>>* O orły w Polsce *Moje serce niespokojnemoje serce skacze jak pchłarwie się do walki – o zamek Draculi w Transylwanii – z Amazonkami w Kapadocji – z samolotami pod Peczengą – z Czerwonymi o kościoły – ze Światłogrodem pod Wandeą – o orły w Polsce
>>>
* Na skórze wołowej *Zanim poniechacie kota przeszłości popatrzcie w kameręledwo, co zamieniłem przecinek na muchę a już odleciałazagadnienie zasadnicze prawie jak malowankazapadł zmierzch nad cudzysłowemwtedy ona wyciągnęła miecz i zrobiła – ciachz pozoru to nie jest takie łatwe jak uliceo zmierzchu powiedział jej – to już koniecjakiś taki niecodzienny zwierzakwynieś to drzewo – szepnął przez senakurat Kleopatra musiała wtedy zaatakowaćpodniósł tego grzyba i zaczął udawać lasno cóż, może i to jest dobre w puszczach, ale wiesz….zewsząd zleciały się wrony a ja to wytrzymałempospolicie nazywa się berberysdługie brody czasem wyglądają jak śniegi cóż z tego, że spadał z wieży katedryprzecież modlitwa nie idzie w lastam na krańcach złudzeń poznali sięmiłość takich drobiazgów w niewoli jest zbędnaskrawek podkładki może się zawsze, ale to zawsze przydaćnie rezygnuj, więc jeżeli deszcz spadnie zbudujesz samochódna pewno dostaniesz wolne nad morzem lub nie na pewnotak się to waha, tak się to waha, tak się to wahaciemne ściany wywołują wilka z lasuprzecież wino nie jest dla wszystkichw poszarpanych ugorach mogą się kryć śmiało Murzyni lub Berberowiewedle stawu przejeżdża na motocyklu rozerwany pociskiem wczorajja nie wiem czy można tak siedzieć z założonymi rękamiprzecież możesz zdjąć nogi ze stołu a nie czynisz tegokrewkie zagadnienia w tłumaczeniach nie wychodząznój jest kwiatem przyszłości a nie przecinkiemmożna wziąć kaczki, ale można też ogarystał nad swoim prądem morskim i zastanawiał się nad sobąwystrzelił raz potem drugi i trzeci, spadł mu powojnik na głowęzaczęło się od prześmiewców a skończyło na zakalenurt był bystry porwał spacerowiczów – ja oniemiałemze skarpy stoczyły się lata wspomnień i dewocjonalialekarze uświęcali środki a dziewczynki skakałyotworzono skarbce i okazało się, że tam jest na tylez uwagi na te prognozy nie skoncentrowałem się na ichnich skojarzeniachbędą zawsze takie, nie martw się, zawsze takiepewnego razu usłyszał spadochrony, choć to takie trudneoczy świeciły w przekonaniach i w skargachzwątp mi tylko, zwątp a zobaczysz, co ci zrobiętułanie to nie takie znowu byle, co, trzeba tułać się dzieciwejdź, skończ, co zacząłeś i nie mrucz, że cię goniązabawne są mrówki zwłaszcza na horyzontachlapidarnie określić a potem równie lapidarnie skwitowaćczemu lub dlaczego lub po coś przyszła lub z czym?krwi – zawołał, stanął tylko po to, aby wyskoczyła w życiu pauzakichnąć można czasem politycznie, ale nie można wysikać się nie polityczniezrujnowana żaba weszła pod siodło, gdy koń zluzowałprzyprawy popłynęły północnymi jeziorami – wyrzuconezgaś światło – przerażony morderca rzekł – moje ordery widaćskurczykoń z niego a jaki nieśmiały a jaki zabawnytak rączkami klaskała, biadoliła, parskała i odleciałapo nocy zszedł przewodnik do groty i zasnąłkule odważyły się przelecieć nad grobowcem milionówzapaśnik kucnął i udał starożytnego satrapę w mieście baranównie chichraj się, cóż ci z tego przyjdzie, że się chichraszlewy kanał potrzebny barkom, prawy kanał wolnościmachasz ręką płonącą jak za dawnych lat i cieszysz sięzabawa przechodzi w kadzenie a dni pokładają się z miesiącamikino za ciasne pod ratuszami zamiast katownia jakże, mogę sobie spadać to sobie spadamzapuść wąsy, zapuść je do rzeki, niech zwisną nad samym dnemkrupnik lizali pod zamkniętymi drzwiami i otworzono imja będę spławiał, mówiłem to już wielokrotniebicie się o klienta lub przeciwnika ma głęboki sensławy zajęte przez ławników i radnychcmokanie na planie demokracji jest smutne jak pokrzywyodwołaj się do narodu i do tych, co są samą rewolucjązaszczuty człowiek – nie, przecież, że może być zaszczuty jeszcze bardziejprzylaszczki są przed sądem, akurat tu, lecz nic to zmieniapikuje orzeł tak jak gdyby nie rozumiał prawdy o grawitacjisum podpływa do źródła rzeki zatyka płetwą dziurkępo coś te wołki pasała gęsiareczko, przecież to nie dla ciebie onesłońce już zaszło, słońce zagasło a gdy ja chciałem to mnie nie słuchałoplwaj na skorupę, podaj ręce biedakowi, pożegnaj odchodzącego przez ucho igielnestymulowanie kobiet do polityki jest tak samo nudne jak oprawianie mężczyznpech chce, że ja też jestem kanarkiem jak wół w Odrzykoniulepiszcze mi wpadło do głowy i zrobiło swojekochajcie to, co złowicie nawet w centralnej Polscejest takie siedlisko dobra i zła gdzie kończy się nietolerancjarzekłaś – stój że, kwiaciarzu, stój, bądź moim sumieniem – no i jestemzapadła noc, psy się uśpiły, gwiazdy straciły cnoty, semafor się zaciąłw twoim śnie jest bardzo ale to bardzo dużo krawędziławice gier prostych niewątpliwie przeszły obok nałoguzapuszczaj więcierze kobieciarzu, tyle już masz doświadczeń i żeberszkło jest podatne na choroby, nie każdy o tym wiepoczekajcie do czerwca, to nie przelewki, poczekajcie tylkojakieś zestawy marzeń, szewc podał odnowione zestawy marzeńna skórze spisane wołowej oprawionej przez Benedykta
>>>
* Wierzba wysokogórska*Sczezła wreszcie wierzba pochylona nad rzeką górwiecznie trwać przecież nie mogłamam ja dziś swój mały intymny półświatek w wazonach bazita wierzba tam rosła nic nie robiąc sobie z koleiz fotoamatorów gapiących się przez obiektywy na przełomya ja mam jeszcze w oczach ten jej ślad, ślad zrobiony korzeniempobiegłszy w usłużne kosodrzewiny, skrywszy siępociągnąłem łyk wina z butelki, fe, co to za smak?nie taki znów mały cmokałem z zadowolenia patrzącna zachód słońca, który mnie dotyczyła nawet krewni przez chwilę huśtali sięna giętkich gałęziach wierzby, mam tą świadomość,że mogli wtedy spaść w szybkie efekty krynici byliby wtedy oniemiali z zachwytu widząc mniespokojnego na brzegu, niemyślącego być możeale i niepalącegowyskoczyłem z krzesełka i jak baletnica pobiegłemświnić, kozić, percić, no, ale cóż tym razem mi się nie udałogdyż stwierdziłem, że wierzba się wykopyrtnęła, to mnie zatkałowięc ponownie napiłem się wina, tfu, co za breja?rozdarłszy koszulę popędziłem z wiatrem, zobaczyłemściany jak w Iranie lub Libanie, może Gruzji, zobaczyłem lasy takieżmoje serce ciosało, moje serce obracało, ledwo koń wyskoczyłna skalną grań a ja byłem tam już z muzykągdy wierzba sczezła i doczekałem się rachunku sumieniana wysokościach, popatrzyłem jakby mnich na doliny różańcami czekające, klęczniki marzeń facetówniedopitych aczkolwiek bardzo już zdecydowanych na świętośći do tego jeszcze wyniesionych nad rzeki górdo piękna bazi>>>* Dziewosłąb kosmicznego zła *Kowaliow onegdaj dziewosłębiłbohaterski osaczony wracał na Ziemię z orbityby dziewosłębić jak Archaniołnapisał książkę o ucieczkach z gułagów w chmurywtedy go nazwali Gagarinem tysiąclecianie doczekał rocznicy bo go sprzątnęło KGBpod biały dywanleciwa Lenina leniwa rzeka wylała na pustynikrakaniem wezwał ludzi ptak srebrnyprzyszli i nadziwić się nie moglijak bardzo się rozlała po pustyniprzyszli z pustymi rękami, raziło ich słońceśmierć morza zeswatana ze śmiercią pustynizatroskany mamut tonący w smole wiekówi oto ktoś zaszczuty przez szakale przyrody to biedny Beria kawaler czarnych wołg i zamurowańodmawia wszystkiego, czyżby był ochrzczonycmoka szyszka jak Chruszczow, czy coś takiegow lesie jodłowym słychać cmokanieniedźwiedzie drapią korę drzew żebydowiedzieć się skąd ten odgłos pochodzispada satelita zepsuty jakby bezużytecznyjak ślina spada w dół wprost pod nogi Beriito dziewosłąb kosmicznego złakonnica-wszawica cwałuje w kierunku jeziora Bajkałszkielety wychodzą ze statków kosmicznychszkielety wychodzą z ukrytych w tajdze miasttaki jest tego skutek
>>>
*Za mną riebiata *Za mną riebiatakrzewinka jest krwiązgadzam się na klęcznikigdzie ten Kierbedź na chrzczonym winieZa mną riebiatazgładziłem znanego aktorawe mnie sen, we mnie katuszekosztowałem masztów i porodówZa mną riebiatamydło z generacji i mydło z cywilizacjizaczadział szef bezpiekikochany stary czarny ludZa mną riebiatanoże poszły w kierunku sadowego okręguna przedmieściach rozgrzebanych śmietniskkursuje ostatni autobuslepszy każdy zgred od zrzucającego gwiazdyZa mną riebiataspada ryba, plecy dotykają, lekkozapada się potańcówkastoik na wzgórzu, na skraju lasuszkło przed oczami pastuchaZa mną riebiataklął szczeniak i podupadał na zdrowiuskradzione mniemania, skradzione kręciołkizaproście mnie do pocałunkuskrzywiony towarzysz dębuZa mną riebiataskoro nie ma samochodu pójdziemy pieszodo Wojwodiny a może i dalejpopatrzcie ludzie leci Nikiforstruchlałe rzeźby w dłoniachkwiatki na poligonachczekałem na majątek otrzymałem psazaszczekał ten pies wściekły nie tak bardzoale za to głupina widok wschodu słońcasłońce będzie zawsze jak krewriebiata
>>>
* Misie *Zerwałem kaptur misiowiskamlał o coś, ale nie miałem litościsikał potem zły pod sosnąlatoś dziewięć panien robiło to samow tym lesienie wiedziały jak a jednak sikałypod lasem wchodziły w gęstwinę wilcząna chwilkęzapadał zmrok nad czubami drzewgdy dzika świnia wydała okrzyk –rozwiążcie chlew dajcie szansę wszystkim świniomja odżegnałem sięKaptur rzuciłem na łóżko zapierzynionei sam na niego, hopwziąłem po chwili Biblię w dłońodetchnąłem po południuby zebrać się skoro, zebrać się wrazodkryć to, co pod poszyciemzacząć od jajpogładzić misie w miastachi wszystko bezkapturowe>>>* Rządzą *Na ulicy jest nijakorządzą bilena ulicy jest bezpłciowokierują bilena ulicy jest wulgarniezapraszają bilena ulicy jest jeszcze pustonie ma chętnych ludzipod grzybkiemz kijami>>>* Zapada zmierzch *Zapada zmierzch, sombrero rzuca ostatni cieńmoja żona łuska ryż na balkoniemoja gitara brzdąka sama za muremZapada zmierzch, koń niecierpliwie zamiata ogonemon chce do stajni a ja niemoje zakurzone spodnie, moje zakurzone obcasymoja piosenka nuci się bez papierosaZapada zmierzch, ulicą wracają zmęczeni ludziewracają z pierwszomajowego pochodu jaki odbył sięjeszcze w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym czwartymto zmierzch bogów tych ludzijak wesoła piosenka na dobranoc
* Zapada zmierzch w 1984tym*
Zapada zmierzch, sombrero rzuca ostatni cień
moja żona łuska ryż na balkonie
moja gitara brzdąka sama za murami naszego getta
Zapada zmierzch, koń niecierpliwie zamiata ogonem
on chce do stajni a ja nie
moje zakurzone spodnie, moje zakurzone obcasy
moja piosenka nuci się sama, bez papierosa
ja gringo socjalizmu zwieszam głowę siedząc oparty o ścianę
Zapada zmierzch, ulicą do domów wracają zmęczeni ludzie
wracają z pierwszomajowego pochodu jaki odbył się
w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym czwartym
oto nadciąga zmierzch brodatych bogów tych poirytowanych ludzi
a wesoła piosenka na dobranoc przeskakuje mury>>>* To zasługa rewolucji *Martwa cisza to zasługa rewolucjirewolucja to zasługa pychylepiej polecieć gdzie pieprz rośniei przywieźć stamtąd korzenie ziemniakaniż kawki grzebać w ziemiDzwoniąca cisza to zasługa Kościołaktóry stawiał zbyt długo opórledwo z karczm wyrzucono Żydówa już wszystkie dzieci poczęływypluwać gumy z ust by mówićPatronująca cisza w oczach jest kosmodromemdominacja ekstazy nad Niemnem i Prutempoleciały bociany w radioaktywne chmurymusimy sobie pomagaćmy przeciwnicy rewolucjiskończ gumę, przestań rozstrzeliwaćtańcz, w rytmie technoprzemów>>>* Prześcieradło grzechu*Rozścieliłem prześcieradło grzechuna placu gdzie mrok dopadał miastona kamiennych płytach przyszłościułożyłem puste butelki i zwaliłem tobół ciaładzień spoczął w parkulewackie historie wypalone na murachwniknęły w moje modlitwy, warczałemspleciony z myślami, które traciły pamięćleciałem w otchłanie równe nienawiścimiliona ludzibogate kwiaciarki wylały na mnie wiadra pomyjśnieg spadł zamiast kwiatów zaraz po tymkamień wznosił się w niebiosaczas zaiskrzył w zębach kwiaciareksto lat, sto lat – rozległo się nad placemto śpiewały nocne gołębie wyruszającena żer jak sowy
>>>
* Nie wiedziałem *Że boisz się ciszyże grzebiesz w ciszy świętość nie wiedziałemTam na grani sadzi góral rojniki zamiast rosiczkiże wyrwiesz go ze snu nie spodziewałem sięMentalne meteory pokazały się nad miastemże zgłosisz policji swoje wizje nie myślałemZgarnąłeś dźwięki i odpryski szumówże wchłoniesz przez skórę ocean nie oczekiwałemZaznacz tęczę choćby skamleniem na dachuzapoznaj się z cierpieniem w piwnicy sumieniaże jesteś tak ludzki w upadku nie wykluczałem
>>>
* Ależ skąd *Ależ skądto trwa już wiele latSkądże znowuto trwa już wiele latzaokrąglenie nie jest mile widzianeja tam wolę wyrzucać samemu sobiegoryczka na płucachrzeka w leciejakże smutne są pastyw popołudnie poobiednie poniedzielneskądś wytrzasnąłem drzwii za nimi zawyłem jak Bonolewy znienacka wyskoczył butskamieniała zbrodnia się rozeźliłaspadła, potłukła się w wykroczeniaskubnąć targnąć zapłakaćrozpaczliwa jest przecież sytuacjabiałych chłopów wśród ugorów umysłupalił znów te lejce?Ależ skąd
>>>
* Krawat poborcy*Mam dziewięć słabości na mościelekkie obrazy ciskam do rzekizaczerwienione nadhoryzoncza błagają o litośćlapidarnie odrzucone ścieki terkoczą przy brzegachdzień na wyścigach, pluję w nurtMam ogromną ochotę odgryźć krawat poborcywkładam swoją sztuczną szczękęmoże to się wydarzy właśnie dziśmuszę być gotowy na wszystkoLew, lewa, wiatr piosenkę śpiewajakiś Nemeczek tonie w maligniepatrzę z mostu na dzieci takie jak onzłudzenie czerwieni bawi mnie trochęDawniej zostawało się krową, gdy chciało się pićkarmiąca matka wyciągała pierś w pociągu,który spadał na dno w miejscu gdzie zerwał się mostSkręciłem ze słabości wiarę i czekamna pierwszą mieliznę, wiem jak wybrnąć bez pagajazłamię wszystko i ster i miecz i masztNo, wyłazi, wyłazi takie mokre stworzeniea to uczony z Kambodży Sorbonyfrancuskie ciasteczka są tak niebezpiecznedecyzje profesorów wybielają nawet czaszkimam nadzieję, że sczerwienieje do reszty ten kolosmiędzy łyżki włożyłem swój włosMała nie fikaj nóżkami – wspominam jej nóżkitak, tak – na poręczy mostu machała czym mogłao włos od upadku, o mój włosPapieru i wody – wołają kandydaci w krawatachoj, uciekli mi kiedyś, oj, ucieklidziś przechodząc główną ulicą zachowywali sięjak gdyby wracali z kościoła a przecież po pochodzieszli topić boga Bęcwała, czyli swoje smutki w wódziei trafili na mnie na tym moście stojącego i jeszcze z nią na poręczyZgasiłem to, co zapaliłem, nadąłem się,zmądrzałem, utopiłem jednego z nichi za nim w te pędy skoczył drugipod siebie powietrze, pod siebie woda, pod siebie słabościchciałem powiedzieć naszej o determinacji pod kościołamiugrzęzło mi w gardle prawie to, co zawszemam mała niańkę będą z nią spał – powiedział skaczącyścieki zaterkotały na koniecbo to był poborca
>>>
* Odpowiesz za to *Odpowiesz za to kochasiuodpowiesz za rzekę zatrutąodpowiesz za nie nauczony pacierzodpowiesz za komputerowe wirusynapisane przez twoje dzieciwirusy niszczące zdrowe systemy, gdy na ekranie monitora wyświetlany jest komunikat: „Glemp …, – podziękuj Kościołowi – zawsze po dwudziestej drugiej”Jakże wiele śmierci na wyciągniętych rękach przywódcówkomuniści ich nie prześcignązasłużą na karę kryjącymorderców twardych dysków i zapisanych słówniepowtarzalnych jak ziarenko dmuchawca i piórko sójki
>>>
*Mądry biada *Mamią grudzień lisy rudebędzie ostry mróz i takbędą białe Gdynie białe Podlasia i Lubuszmogą skarcić za to ich opiekunowieMądry styczniowy kiełzacznie rosnąć tak późnoa gąski już wygonione aż na szczyty TatrBiedne te kułaki, co wiosny nie doczekająza mną stał i Beria i Jagoda i Sołdekale zerwał cumęMądry Jaś po szkodziedziewczę winne zapłaczekiedy pierwsze łozy się zwiną?w tataraku zaświszcze czerwony piesjak niebieski biesBędą biadać nad armiątrzosem pobrzękiwaćnie dajcie się zwieść Dziadkom Mrozomto nie Mikołaje, to działaczelecą odłamki po wybuchu Sojuzalecą aż na Kaukazbiedne dzieci w chustach roniąkrwawe łzya nieposiani wciąż łysieją na Kremlu i w WarszawieMądry biada – biada duszom zabitym na głuchobiada, biada sercom otwartym dla kasy tylkośniady Premier, śniady Prezydent, śniady Ministera śnieg biały, biały, białyw tataraku polski Tatar z polskim Żydem układają siępewnie pójdą na Ukrainępewnie pójdą na Bizancjumodbierać swoją wolnośćwolność bez rodzinnego krajuwolność wiekówani się spodziejesz braciea już cię osaczą nowi łysi siewcyz czarnymi teczkaminowi sędziowie pokojumilczący jak zamarznięte żabyłódź tonie w bladym świciemarmolada nie smakuje jak w sześćdziesiątym szóstymmarmoladę wyjada smok wawelski z rzekiMądrzy w bębny bębnią, dyniami dudniąa zieleń zamiera powoli wszędziemają nadzieję, że zamrze ta stara,że zamarzną pałki tatarakulód skuje wszystkie psya pod lodem usną płazy i larwy
>>>
*Iść na ludzi *Stamtąd zdjął rękębądź jego krawcemzawierucha jakaś czy cośledwo odpuściłem bałwanowia już on przyszedłmam białe rękawiczkiprzebacz miLedwo zapytałem żołnierza o jego skarbya już krew wypuścił z ust na wiatrmam małą drewnianą zagadkę dla pułkownikówcodziennie piję z kranu atramentboję się o towarzyszynie zawsze plucie pomagaczasem tylko marchewka duszonaa czasem znów topienie lwówpopatrz na te gwiazdy w sedesiejakże blade te róże na dniekupić telewizor jest łatwoa wcale nie łatwo kupczyć telewizjąpopleć sobie na drzewachpoczym skróć strzałęmam małą blaszaną odznakę na szycieto ty możesz być studniąto ty możesz być żabąwierzę w ciebie słoneczkokawał drogi do miastakawał zza węgławyrzucone nadzieje na murachmury łamią się w sobieodsłaniają trzy krzyżezapalona zapałka łka ciepłem na wietrzeskupione króliki skowyczą w hałasiemiasto podsuwa się podsuwa sięmatko ranna na szybie popatrz mi w oczychlebie suchy podsuń sięzakochana trawa nad brzegami rzeka w niej mgły i moszczz księżyca ten rower wyjeżdża – spójrzon siedzi na siodełkujakiś taki listonoszzapytałem pracownika o godzinęasfalt – odpowiedziałzapytałem nurtu o szansęszyj – odpowiedział zawsze krawcy będą czerwoni i nalania nie zawsze czekać będzie palącdrżą szyby jak sierśćdrżą białe nasturcje w klasachkości spadają ze szafmiałki stróż nie wytrzymuje porankówpłacz słychać i argumentybrakuje szybkich spychaczy za górkąmaszty wyliniałe głucheucho szklane dość starea tu klną za oknamia t u dziewczyny wchodzą do torebsklepy pustoszejąja jadę w góry na szmatyplącz, nie plącz, spajajw rzeźbach siedź do ranazawsze coś wynajdzie taki skurczymotylbiada na letnie dniebiada na letnie polaziemia służy wykałaczkom i co z tegomiała ci ona biedę, miała?zapomniała już i o biedzie i o partyzantcemech porósł grzyby wysuszonew wojskowych lasachzięba przeleciała nad stadionemoszczep przebił jej sercemłot zaczepił o jej ogonpopatrzcie na faszyzm i komunizmczy widzicie to, co ja?na drogach się plączęwłóczkę ciągnę i jużmam małą trąbę i małe zausznikimiejskie rzeki to nie rzeki podmiejskieja widzę tu dużą różnicękawa nawet stygnie w dzbaniea on peroruje jak w Akademiibrak mi ciebie, bo śpisz obokbrak mi ciebie, bo miłość na dzielistatua na wzgórzu obwieszona medalamigarbarze oceanów w muzeachszukają starych statkówmysz trzyma w łapkach petardęwrzuca ją do worka z kotemskręć w gazecie herbatępopal na żaglówce i idź na ludzipromenadą na stalowych linachzakup gorzałkę, oderwij sięuczcij wieczorne spotkanieidź na odlewprzebacz – pocałuj ją we śnie na odlew
>>>
* Skończ w domu wszechświata *Skończ z tym od zaraz, skończ z tym razpewno, że mogłem skoczyć do rzeźni żywiołówzmasakrować świętego, bo plecienie skończę jednak z tym gdyż królowieginą wciąż jak Tiamatbeze mnie nie cierpisz już takjak dawniej i nie pleciesz już takjak kiedyśpo co te zesłania na skrawki pościelito nie jest bajka taka melodia śniegubądź, co bądźzepsułeś wiadro i nie masz dostępu do serwisuzrozum to nie nalejesz, gdy jesteś zbyt wolnymałe łapiduchy to są woły skarabeusze długie włosy dziewczynki na poczekaniusię przenoszą przez ulicę zanim zdążę westchnąći to ja, jako następca tronu nie mogę nadążyćskończ ladaco te bóleskończ wreszcie zaokrągleniazmacać kostuchem czasy i uśmiechać sięjeszcze przy tymna rynku z anarchistami wieść spór jak Anszarto nie jest proste gdyż pomidorówtyle wokół na wózkachgadzina ten czas popatrz na muzeum śmiercina czaszkach szmatki zwisają jak na dziewczęciubeze mnie nawiązujesz do spowiedzi i snopowiązałekspołecznychpójdź uczyć i obić cię każęwestchnij sobie jeszcze i idźskończ z pracą u podstaw zacznij wystane życieniech wiatr budzi się w snachniech kołysze się popiółu warg pod zadumanymi oczamikorepetycje bażanta są w kolorachoświeceniaświątynie mądrości stanęły na czaszkach oddzielonychty spociłeś się przy gilotynieskończ z przedawnianiem zbrodni w mitachzjedz Woltera jak Easkończ w domu wszechświata
>>>
* Łagodnie to rób *Łagodnie to róbnie czerp z byle czegołagodnie stawiaj banki tęczypatrz jak ładnie wokółgdy kocha cię światpodtrzymuj szlachectwo nocynawet gdy szaleje dzieńprawie zasypiaj naboisku piłkarskim w Krakowieładne oczy zmruż pęknij ze śmiechu wewnątrztocz się gdy ziemia ucieka spod stópza jakimś dziewczęciem poznanymzanim zaczniesz tęsknić za cierpieniempochyl się niskoziemię wręcz całuj przy ulicznym zdrojuwyzwisk nie podnoś z rynkuzaczniesz otwierać kabarety w Berliniezanim się spostrzeżeszolśnić się daj snomkonopnym żytnim gryczanympieska pogłaszcz i Kościuszkęzawadź parasolem o kasztanowca na Plantachkołysz się w takt wypadających zębównietracący nadziei jak baobabspokojny na wiekichroniący bez schronieniapod czapką i pod dachemw cieple namaszczasz paleniska duszyplamisz ogień tkaniną rosołuzdobywasz fragmenty narządówprzy pomocy programupogrzebaczem zdzierasz pajęczynydłonie bieleją od tynkusen zamienia się w kota gitaryzadowolenie po wielkim cierpieniuzakatarzenie po jakimś zamążpójściu cienicierpieć bo jakoś niewinnie jestz winem w lesiecierpieć łagodnie bo jakośschludnie po ciemku nad miastemdocierasz do krańca spokojuzawracasz aby wyczyścić zębyzanim zrozumieszto nic>>>* Pidżama Dalajlamy *Zagadnąłem kapustę i jakieś zwierzęco wy na to towarzyszko materioco myślicie o pidżamie Dalajlamyo jego rączkach i w ogólejaki piękny człek i jak się uśmiechachoć ja mu współczujęCo wy powiecie o takim na przykład Pol Pocie– towarzysze?o panu doktorze – zachwycającoelokwentnym w śmierci Wschoduo ofiarach w Stonehengecoś mi wyrosło pokojui powiem wam, że nie wiem co to jestjakaś wierzba czy coś?wy materio towarzyszycie ideologiiod lat, więc może wy udzielicie mi wyjaśnieńspudłowałem za pierwszym razem,gdy strzeliłem do szeryfa w zookapryśnie zakasłałem zanim opadły płatkikędy ziemia czarna, kędy Himalajezagęgałem na samą myśl o pacyfizmie Lamynapisałem na plecach stworzeniastój – nie podnoś ręki na całusyzamęt w kieszeniach i w bieliźniarce kaplicklękaj na wybiegu dla tygrysaudaj Dalajlamę i gryź trawę przed bestiąskamlanie to nie wybawieniekapłanki to takie małpy zamyślonezadość uczynienie Sorboniezadośćuczynienie za grzechy młodośćtak dozwalane, dozwalane przez władzepreferowana kapusta i pouczenia w sprawie nacjonalizmukapryśnie wyartykułowane zadufaniecham – oczy do niebakości w piachkorzenie do nieba – głowy w piachnie ma wybawienia, gdy nie ma nawozunie ma wysokich grani na wczasachpo co komu byk po łaciniepo co komu bibliotekakolumna przed wojną ruina pozanieś wiatr na szczyty bo zdechnie jak lamatu w dolinie sam nie wychynie na grańbabuleńka i pieniądzpo równopo równi>>>* Obłoki nad jeziorem *Zamówiłem dla ciebie obłoki nad jezioremi szuwarów niezwykły czaroraz jaką taką łódkę płynącą z silnikiem w strefie ciszyJa nie wiem czy można przejść mostem odległymw chmurach bądź co bądź dwudziestoletnichz wódką bez zakąski w niebieskim worku po śpiworze na głowieZamówiłem ciast gromkie brawa w kokpicietonięcie obok glonów i burt nieopodal strachuodległości w przeszłym kraju spocone były jak wydralecz kawałek ich nie należał do spoiwa ciemnościzakręcone uczucie na temat urodzin było widoczneKniaź z ciebie kolego – powiedział karateka walący w warginie wieszaj się przedwcześniedziewczyny nie są odwiecznekaczka krzyżówka wciąż dynda na mościeniebo schodzi w głębinę jaźnia ty czuwasz trzeźwyZamknąłeś spacer po brzegu w slajdziepodczas gdy onposzedł zaspokoić pierwszą potrzebęzamknąłeś krętactwa przed sobą i dobrzekowalstwa na jeziorach nie było co prawdaaż tak możliwe jak obmawianie dzisiajlecz przecież było folusznictwowichry z piorunami waliły jak trzeba w zapamiętanie twojei to było walenie godne kowala czasuZamówiłem nazwę w pamięci i przyszła na czaspuka knykciem w pagajstukanie przenosi się do ust– zęby dzwonią, język dudni– wstawaj już (ze złud)– w kokpicie>>>* Kawalkada przeszła bokiem *Precyzyjnie zaplanowałem ten tętentkawalkada przeszła jednak bokiemzłudzenie tylko pozostało, że bohaterowie odjeżdżająUsiłowałem przewidzieć jak rozłoży siębieda po tej wojnie, wojna nie nadchodziłaa potem nadeszła niespodziewanie i wybiła wszystkie konieZaparkowano czołgi w ujeżdżalniach konizatęchłych tak bardzo, zagrzybionych jak nicgdzie mordowano sekciarzy i chrześcijannarodowcy wynieśli się w ostatniej chwiliPikujące samoloty nie potrzebowały nocywaliły w serca z karabinów i zrzucały bomby atomowena klomby kwitnących kwiatówTo też i ja powstałem w końcu z klęczekpowiedziałem sobie – nie dam się i dopadłem konia, wskoczyłem mu na grzbiet, uniosłem łyżkę nad głową i popędziłem za swoimi planamigdzie indziej, tam gdzie jest inaczeja to przede wszystkim bezgraniczniedo niepalących i celnych w planach swoichkamieniarzy zbawienia>>>* Wtedy płakał Jaruzelski *Konfederaci poranni otworzyli beczkę prochukapuśniak leciał z góry gdy wyruszali do bojuzapatrzeni w siebie zapatrzeni w zwycięstwa czarWodzowie Wolinian skrytykowani na zawsze przez życie byli więksi od niejednego muzeumOszołomy z wielu sotni kucali w bunkrachlecz nie zrobili niczego tak jak trzebaBiałe szyki zomowców łamały się by się odradzaćna tle czarnych fabryk – wtedy płakał Jaruzelski z zachwytuBojówki socjalistów pacyfikowały ulice miastadobijały leżące na nich robotnicze dzieci z ONR-ów i NOP-ówlecz bez zastanowienia i Boga w sercu>>>* Pobiegłem co sił w nogach*Pobiegłem co sił w nogach do Matki Boskiejto już nie ten czas by czekać aż krew spłynie z kotana próg domumoje chmury z miedzi nie spalają kościołównie bawię się w Czterech Pancernych i psadopadłem ogrodu nad rzeką gdzie zdarzył się cudnadinterpretowałem swoje przybycie tamupadłem na kolana w pokrzywyNa Wiśle pogłębiłem korytoopatrznie zrozumiałem dobre intencje Cyganówkapliczki stoją dla mnie otworemdojrzawszy do strojenia w kwiaty upadłem na kolana w zboże zieloneJawnogrzesznica przebaczyła mi już a ja się jeszcze dąsamsumienia przeżarte zhańbione nie dają mi spokojujestem ponad to i idę ulicą z podniesioną głowąludzie uciekają lub milcząc odwracają głowyupadam na kolana przed nadjeżdżającymi autamiPobiegłem co sił w nogach po rozum do głowydopędziłem go po jednej z majówekwsiadłem do tramwaju rozgrzanego pachnącegonie zaniedbałem niczego nawet zemstywęża miałem przecież ze sobą – mój wąż jest jak piesupadłem na kolana rzuciłem go przed siebiektoś delikatną stopą przydepnął mu głowę>>>* Wciąż wysysają krew *Zamknąłem siebie w karcerze –a co siebie ukarać już nie możnaja tam sam dobrze wiem za coktóregoś popołudnia zdrzemnąłemsię po prostu niepotrzebniezimno mi było w tym karcerze jak nie wiemale anioł mi towarzyszyłdotąd dopóki napaskudziłem władzypotem jakoś odpiłował się ode mniezerwałem kawał skarpy nadbrzeżnejco omal nie doprowadziłodo osunięcia się razem z ziemiąniedużego pensjonatu dla katów podziemiaza to właśnie się ukarałemzamknąłem się w karcerze czyli przed telewizoremmusiałem to zrobić, gdyż i takuczyniłby to albo Milczanowski albo Jaskierniajak Kiszczak zamykał kiedyś skrzydłakomary teraźniejszości wciąż wysysają krewcóż to dla mnie takie komaryprzy tym moim zimnie>>>* Obawiam się że nie zdążycie na czas*Obawiam się że nie zdążycie na czaswęgorze popatrzcie na terrorystówjak śpieszą się i mimo to przegrywająabsolutnie nie będę już obiegał lasówkoło Tolkmickawyszło mi to bokiemto obieganiegłowa mnie boli do dziś po piwie, jakie wypiliśmyi obawiam się, że nie zdążycie na czas jak myby zapobiec tragediirozdwojona jaźń komunistów legnie pod gruzami myśli i nie obroni jej ani telewizjaani młynarz ani szewc, co bez butów chodził całe życieabsolutnie nie podam już łapy niedźwiedziowii nawet wtedy, gdy ziewato nie ma sensu już terazpo niewczasie>>>* Krzyż trzeba ponieść *Mam tę świadomość, że krzyż trzeba ponieść aż na koniec świata by przeżyćmam to zakodowane, że krzyż trzeba ponieść aż na koniec świata i dać się na nim ukrzyżować by przeżyćmam przed oczami to, iż krzyż trzeba ponieść ażna koniec świata i dać się na nim ukrzyżować przezjakiegoś gbura by przeżyćmam to przekonanie, że krzyż trzeba ponieść ażna koniec świata i dać się na nim ukrzyżować przezjakiegoś gbura krzywo patrzącego na człowieka zbyt niezależnego w swym cierpieniu by przeżyćno oczywiście, jeżeli będzie koniecznie trzebano oczywiście przez całe życie, czyli plus minus sto lattaka konieczność wcale nie musi wystąpićprzecież wszyscy mogą kochać wszystkich, ot tak bez przyczynyjednakowoż wice wersa umoralniająco krzyżować noszących
* Mam przeczucie *
Mam tę świadomość, że krzyż trzeba ponieść aż
na koniec świata – by przeżyć
mam to zakodowane, że krzyż trzeba ponieść aż
na koniec świata i dać się na nim ukrzyżować – by przeżyć
mam przed oczami to, że krzyż trzeba ponieść aż
na koniec świata i dać się na nim ukrzyżować przez
jakiegoś gbura – by przeżyć
mam to przekonanie, że krzyż trzeba ponieść aż
na koniec świata i dać się na nim ukrzyżować przez
jakiegoś gbura krzywo patrzącego na człowieka
zbyt niezależnego w swym cierpieniu i szukaniu prawd
– by przeżyć ten świat
no, oczywiście, jeżeli będzie koniecznie trzeba to zrobić
dla jakiegoś w końcu porządku tutaj
no, oczywiście przez całe życie jednostki osobo ludzkiej,
czyli plus minus jakieś sto lat
taka konieczność jednak wcale nie musi wystąpić
przecież wszyscy mogą kochać wszystkich, ot tak
bez przyczyny i tolerować ich ekstrawagancje w końcu
jednakowoż vice versa mogą dyscyplinująco krzyżować noszących zbyt irytująco te oznaki desperackiego buntu
– i takie mam przeczucie dzisiaj
>>>
* Kocham to, czego nie widać *Namiętnie kocham to, czego nie widaći przyznaję się ze wstydem, że ja kocham tojeżeli poznałbym siebie do końcaco czasem udaje mi się, lecz nie na długoi nie w taki sposób abym nie naigrawałsię do woli z woli, to pewno kochałbym tylkosiebie najbardziej, gdyż obcuję z sobąjuż tyle lat i widzę siebie najczęściejcokolwiek bym nie kochał to zaraz znikami z oczu i pojawia się w to miejscecoś, co jest materialne jak rozkoszy chwilai nie o to chodzi, że uczucie słabnietylko raczej przedmiot miłościrozpływa się w mroku wyobrażeń o nimmętnie jest w głowie czasem i to od źródła samego zazwyczaj, gdyż nie wytrzymujemy zbyt długo w strumieniach górskichzaraz spływamy w dolinyi taplamy się w tym wszystkim, co gromadzi depresja,czyli w nieczystościach własnych deltone przesłaniają nam obiekty i powierzony nam czasobyście, to co kochacie widzieli do końca
* Kocham to, czego nie widać *
Namiętnie kocham to, czego nie widać
i przyznaję się ze wstydem, że ja kocham to
jeżeli poznałbym siebie do końca
co czasem udaje mi się, lecz nie na długo
i nie w taki sposób abym nie naigrawał
się do woli z woli, to pewno kochałbym tylko
siebie najbardziej, gdyż obcuję z sobą
już tyle lat i widzę siebie najczęściej
cokolwiek bym nie kochał to zaraz znika
mi z oczu i pojawia się w to miejsce
coś, co jest materialne jak rozkoszy chwila
i nie o to chodzi, że uczucie słabnie
tylko raczej przedmiot miłości
rozpływa się w mroku wyobrażeń o nim
mętnie jest w głowie czasem i to od źródła samego zazwyczaj,
gdyż nie wytrzymujemy zbyt długo w strumieniach górskich
zaraz spływamy w doliny
i taplamy się w tym wszystkim, co gromadzi depresja,
czyli w nieczystościach własnych delt
one przesłaniają nam obiekty i powierzony nam czas
obyście, to co kochacie widzieli do końca>>>* Gaduła *Gaduła z niego ledwo dał spinkę już zasnął w Panuprzestał mówić, mleć jęzorem i odszedł w zaświaty snówpopierajcie kuchnie francuskie, oj popierajciemoże każą w zaświatach zjadać swoje znaki zodiakumignął w luminoforze jego głowa jak kapusta zielonacoraz mniej słyszalny udał się po motywację życiaczyli śmierćkorzystajcie z jego doświadczeń póki echa brzmiąpóki góry odpowiadają jego głosem za chwilęwszystko ucichnie i zaśniecie razem z jego światemktóry przeminął>>>* Zesłałeś Ducha Świętego*O Panie! Zesłałeś nam Synapopatrzyliśmy z niedowierzaniem– powiedzieliśmy – nie znamy języka, w którym do nas przemawiaTy nauczyłeś go nas a my powiedzieliśmy– musimy najpierw to, co zostało powiedziane zapisać w książkachksiążki napisano a my powiedzieliśmy– to jeszcze trzeba w życiu sprawdzićPoświęciłeś Syna dla nas a my powiedzieliśmy– no dobrze, a co z Duchem Świętym?Zesłałeś Ducha Świętego, a my stwierdziliśmy– jeszcze tylko musimy zobaczyć Ojca
>>>
* W kurhan chan *Zapłacze ojciec, zapłacze matkazapłacze cała makatkanad sto-łem w kuch-niZapłacze w nas sędzia zapłacze stepu człł-ekzapłacze cała rodziii-naZapłacze bębniarz, zapłacze sprawcazapłacze koło kominaZapłacze Wojciech, zapłacze Ziutekzapłacze cała Milicc-jazapłacze w zbożu też szara myszkaa ja pochowam ofiaręczy ja zapłaczę dziś jeszcze nie wiem?na razie nie mam ocho-tyjeszcze nie jestem całkiem sfrustrowanyjeszcze w coś wierzę i ufamniech się zapłaczą na dzień dzisiejszyniech się zapłaczą w obłudzieja tam nie kwękam nie rwę paznokcinie posypuję popiołem swojego egoa ja go pochowam, a ja ich pochowamja się nie boję chowanianiech się dopełni, co ma dopełnićniech idzie w kurhan channiewoli>>>*Gdzie nie ma wolności *Co było a nie jest do pokazaniato oni maliza każdym razem zrywam czereśnieto oni niedbającypłótno jest szareto oni zakatarzenimoc tego żelazka jest nieznacznato oni zaplucizewsząd zbliżają się pajączki latato oni biednidlaczego kosmate stworzenia są ludźmito oni wybebeszenizapłacone, można wychodzić powolito oni krótsidrgające grdyki w kotłachto oni odrażającyco mieli a oddali mają nadal to oni zepsucikucają przy stosiku pieniędzyto oni zaprani i zapapranilukratywne posadki atakująto oni mącący wodęsą wszędzie gdzie nie ma wolnościmali kucający z przyzwolenia>>> * Osły wydeptały zboża*Ba,ruch to dopierobył za wsiąnakłoniłem więc sąsiadkę przyjaźńdo skorzystania ze mniezapomniałem o ustach szlachetnychBa,za każdym razem zapominałembo tędy przeszły osłypatrzę jak wygląda dziśten kraja jak serca sprzymierzonych z rzekąBa,zagadnij więc sąsiadkę prawośćnakłoń do wyjazdu nad Bosfortam ją dopadnijBa,wiele można zdziałać myśląc o jednymale nie tu gdzie osływydeptały nie tylko zboża i wsie wydeptały sumieniaza płotem
>>>
* Nie można mieć Morza lecz można mieć miłość *Demonstracyjnie wyszedłem ku miłościpochwaliłem się nie byle czymsamym Chrystusem i jak sprytnie zauważyłŚwięty Augustyn nie można mieć Morzalecz można mieć miłośćPokazówkę urządziłem nie na darmoz procesją wyszedłem na wywieszone transparentyczłonków rady parafialnej składającej sięz dawnych dygnitarzy partyjnychto mnie gdzieś zadzwoniło nie imZatańczyłem, zapłakałem, skorzystałemz kilku upokorzeń i ozdobiłem sięmedalamipokój poczyniłem w domu, zjednoczyłem sięz dziewczynąw imię Ojca i Syna i Ducha Świętego poszedłemstworzyć podwaliny Nowej Ojczyznymaszerowałem długo i kłaniałem się ludziomdotarłem do balasek i wmurowałemco potrzebaswoją historię, swoje uczucia minione,swoje zaskarbione tęsknoty, swoje upragnienia,swoje dostojeństwa ministranckie, swoje złudzenia ministerialne,narodowe – wmurowałem nowe: OK (okay)zamiast: SB (stara bieda)
>>>
* A jednak kochać – woła on *Rozkochany w zbożu rozkochany w pniakachciąży kolektywnie ku zapowietrzonej Ukrainiemam z czego się naigrawać ale nie będęon i ja to wychowankowie pokrzyw i krasne mamy licaz dziewięciu nas było z Albatrosa i zewsząd wiało chłodemszkielet konia poczwórny gonił przez step a fale historii uciekały spod kopytw oczach miałem słońca blask dopóki mnie nie dopadłpotem siedziałem zgaszony na jakiejś grzędzie w Austriirozmiłowany w zbliżających się wyborach marchwiczegóż mógł oczekiwać od swojego spowiednikazapłacił za grzechy więc wyszedł z klasztoru i tyle go widzieliZarąbali mu szkapę, dopuścili do rozeschnięcia się łajbyzalali mu wóz strażacki jakąś pianą bez sensunie mogąc wypełnić rozkazu przeoryszy postanowiłkochać bez ograniczeń a ja mu na to tak:ciężki z ciebie ciemięzca i nie wiesz nawet co to Biskupinbędziesz czkał i czkał i nie doczekasz się w Gileadzie na sera dzwony biją w małej katedrze a drakkary płoną w Szwajcarii spadły skały na swoje odbicie w wodziei wiecie co się stało potem wieszcz spłonął w purpurowej dyskotecei nie napisał o tym jak wyrywali mu żebra, skrzydłai paznokcie w Kazachstanie w dowolny sposóbposkromiłem szczękanie broni i strzykanie nogi lewejzasłoniłem bagnety wiernych muzyków i zrobiłemto w miarę poprawniegdy dzisiaj wspominam o strachu to mówię sobiegładził on gładzę ja sumienia czekaniem nie czkaniemna niewiele się to zdaje ale przynajmniejryby biorą w rzekach wspomnień przedszwajcarskichkopyto podkute to i większa pewność siebiekochać jak to łatwo powiedzieć, nie operuję datamiterminy nie obiecują a jednak kochać – woła on – dzwonjakbyś mógł podać mi to, jakbyś mógł podać mi twarzręcznikiem wytarłbym ci ją na zawołaniei książkę bym wydał z kawałkiem tego ręcznikapędźcie dzieci pędźcie na łeb i na szyję na Ukrainęi co opowiadali to opowiadali o Zachodziei porobiło się nagle w miłości, w portykach stepukap, kap, toczy się w snach, toczy się łza, łza starcanad brzegiem samotnościgdy nie ma wolności w wierze>>> * Komin fabryki *Komin fabryki majaczył betonowywystawał ponad zabudowania rolnikaa rolnik jeszcze bardzo młodyrozmawiał z obcą kobietą o Nowym Jorkua wyglądał z daleka jakbyzjadał komin który ich dzieliłpod wielką jabłonią zagnieździł sięchrząszcz typowo polskipo remontach stu utrzymujących goprzy życiuW skrajnym przypadku młody rolniknie wstępuje do partii chłopskiej i wypluwa kominpopatrzcie jak wypluwa kominnie znajduje niczego nowegopoza ciągotami do nowojorskiego biznesunowego lecz korzystnego bez szpanerstwakomu uda się zwalić komin polityki nie warty nicby nie wystawał ponad te czasy
>>>
* Leć biała gołąbko *Zagrzać miejsca Jebusytom lub Waregomzapełnić dziuple koczkodanami lub węglemon to wiedział, ale nie tyjakże ona miała wszystko załagodzićjakże biała ptaszka miała to uczynićprzecież poleciała za Jasiem do Śląskaa Jasio Bóg wie gdzie?teściowa nic nie wie na ten temata jej pies warczy na mniebiała gołąbka i rasowy piesze wzgórz porośniętych winoroślamiprzepięknie rozpiętymi na stalowych drutachkręciłem film niezłą ręczną kamerągdy zapadł zmrok zastanowiłem się nad grzechemodpuściłem moim winowajcomi schowałem kamerę a życie potoczyło się dalejjak butelki po rieslinguo krok dalej potoczyło się życiebłona bębenkowa w uszach muezina pękłapod wpływem śpiewu, jaki rozległ się z minaretui to był jego własny śpiewo dziwo minaret nie poszedł w bagnastał ciągle na niewinnym wzgórzuskąd rozciągał się niezły widoki skąd zawsze rozpoczynano bitwyostatnio nawet pobudowano tu stację telewizyjnąbocianów pełno i pocałunków doczekanych teżlecz sporo mniej niż bocianówgdy rozdano karty dobra wróżka męskim głosem rzekłaspójrzcie to śmierć a to życiea to dodatkowy As to jest As Aliale baba nie dokończyła i odleciała na miotlei co się okazało nie była to dobra wróżkatylko samiec Beria w przebraniua Ali był z minaretuseler wystawał z kieszeni jednego kuternogidrugiemu kuternodze dano szansęprzeproszenia za to, co uczynił bliźnimpierwszy kuternoga a było, za co przepraszaćkuternoga odkręcił zapasową rękęi tą, która mu pozostała wyjął seleri zaczął gryźć powoli jego biały miąższszansa na szantę przeprosin zniknęłajeden taki nie duży zapalony myśliwypochwalił się wyczynem nie ladaupolowawszy swojego przeciwnika i zawiesiwszy na ścianie trofeum, powiedział –toż to był wróg ludu pracującego miast i wsii cóż się znowu okazało – ten zastrzelony nibyprzeciwnik nie był wcale martwy tylko udawałbędąc postrzelonym i w jednej chwili zszedł ze ścianyopluł tego nie dużego burmistrza jak się okazałoa potem przeprosił i powiedział – leć biała gołąbko
>>>
* Rumpelstiltskin i Syberia *Pomyśl, co z wyrokiem, pomyśl co ze mnąKarmazynowym Piratem miałem byćzostała mi tylko nienawiść, ale zmienię sięz szablą miałem pobiec na szanieczryłem tylko kartoflisko jak dzika świniaPomyśl, ile czasu zajęło ci dźwiganie zegaraa we wskazówki piorun trafił i tak po drodzejakieś wąwozy sprawiły że zgubiłeś jelub zamieniłeś na pomarszczony krajobrazZapytałem tylko, co z wyrokiem dzieżytak jak piec dymiący, grzejący, samotnyRumpelstiltskin zbudził mnie ze snuale tylko jeden raz i wiedziałem co mu powiedziećpomyślałem i szybko odpowiedziałemw zamian czekoladkę czy coś dostałemZapchana droga zepchnęła moją ciężarówkęa ja podążałem na wojnę i nawet miałem pamiętnikchciałem bandaży i pielęgniarek a oberwałemtylko jeden guzik od rozporka zapinanego pod KCZamyślony w śladzie czołgu dopijałem kompota Pan Propper strzelił z palców i pękła z trzaskiemmucha siedząca na moich szarawarach Jakiż ciężki był los upadłej kobiety myjącej sięw rzekach nieznanych wcale nie małych, kamienistych i rwącychjakiż ciężki był los plastykowych lalekpogubionych leżących przy żelaznych traktachwiodących na Syberię do Magadanu
>>>
* 2000 rok *Lecą małe pomarańczejakiż cel tego lotulecą kabaretyjakiż piorun to przerwiemaleńkie zęby na trawiekiedyż to ciasto zapieczeulica omdlała na wietrzebiegną zalani towarzyszeniedola ich matkąmądrość obca ich rozdartym sosnomrządzić tego im trzebakule nosi jeździec chmurnykule lecą poprzez świattowarzysze lepią pomarańczez czegoś pomarańczowegona jajach usiadł ptakwspiął się na gniazdo niegodnyzegarek zgubił mniej niegodnynad jeziorem zgubił tenże zegareka oni się kochali wtedy na łodziwulkan o mało co nie wybuchłw jednym z ich miastz pozoru były ich tak jak i wulkannic z tego mały –powiedział bez do mleczatwoja koncha pełna mleka
zniknie przed czasem
rodziny pełne łez, a jakrodziny pełne miłości, marzą sięzbliża się to co nieosiągalnejeszcze wydawało się sto lat temuzbliża się dwutysięczny rokjak lot elektrycznej pomarańczy
>>>
* Piratów tragedia *Zazgrzytały łańcuchy pirackiezerwał się statek z cumkotwica odpadła z pluskiemłysy kapitan krzyknąłstraciłem oko – ruszamyróżowa papuga zazgrzytała –Naród z Partią – Partia z Narodemi pofrunęła na lądbezdenny kapitan wzruszony odpływemzapalił wrogą łódźstatek wyszedł na redęci, którzy nie zdążyli na pokładrzucili się wpław, ale nie wszyscyniektórzy odpuścili tą sytuacjęi poszli od razu zgłosić się na policjępo falach potoczył się zgrzytpiana porwana w powietrzezmieszała się z dźwiękiemi osiadła na wąsach kapitanaumysłowy kuternogaprzemówił ładnie do załogi– jak nabiorą w usta wody na nasz widokto łupy już prawie nasze,tylko wy nie zróbcie tak jak ostatnio– zwalniając spinakery, gdy wstała tęczana pełnym morzu flaga poszła w górępiękna czerwona trzepotała na wietrzesierp zgrzytał o młota w bocianim gnieździezieloni majtkowie rżnęli w kartyaż puch sypał się w dółpo przebyciu oceanu wielkiego jak wannapiraci napadli na rybacką osadę chodowców konopiichłopi rzucili kosy i sieci byprzyjrzeć się atakującymbaby odwracające flądry popatrzyłypod słońcezgrzytnęły kurki w pistoletachłodzie dobiły do brzegubose stopy zetknęły się z mokrym piaskiemwtem na dźwięk dzwonueksplodowały płynne ładunki jądrowezakopane na plażyPartia bez Narodu poszybowała w niebona zawszepo chwili tylko zgrzytanie zębówłysego kapitana rozmodlonegonie wiedzieć czemu na topieprzypominało o niedawnejpiratów tragedii
>>>
*Zakrwawiony świat Plastusia*Zakrwawiony świat PlastusiaPlastusia trzeba wychować bezkrajobrazów śmiercinie można zapomnieć o tymże na froncie jest Plastuśchciał być uczciwy niech wieże atrament to coś, co plamigadulstwo małych obywateliczai się jak wąż na ulicybędzie głupota szalećludzie szykują siędo wyjazdu do Warszawykocha Plastuś wrogakochać Plastusia tylko dlategoże uczciwy, ale jeszczenie przecierpiał swojegoproboszczowie idą na współpracęaby przeżyć i giną pomimo tolewicowość małych obywatelizamknięte karły jak zwyklew księgach zdrad pełnoco w niektórych dużo autentyzmunie można nienawidzić PlastusiaPlastuś nie nienawidzizagadnął lisa rudy złoczyńcawrzucił granat do kościołabyły komunista jest proboszczema były proboszcz komunistąnawet, jeżeli bzy nie przystąpią do programuto i tak nie uwierzę w ludzi zadających bólale po co cierpieć nadaremnoku prawdzie trzeba iśćnawet jeśli liść zakrywa udo Plastusiakoniecznie Plastuś musi zjeść swoje aktaprzecież feudalne rewolucje się ciągną i ciągnąmamuty się zdarzają w smolnych trzęsawiskacha co dopiero pasożyty w strukturach żywych
>>>
*Nieopodal Pireusu*Zakopano końce jak grulenieopodal Pireusuzamknięte zjeżdżalnie zardzewiałybyle jakie drzewce wbito w szczytzagadnięty Achaj wyjął fajkę z usti rzekł – to ona mi tak dopiekłaże uciekłem na tę wyspęjęzyk tu niczego sobie i trawaprawie zielonakupczyć można byle czymbo zjeżdżają Persowie co dzieńlato prawie każde wydaje się większemiękkie części pilota są widocznena falach i szczytachzakończenie stalowej siecizwisające z portyku dynda jak trzebadzieci wybiegają doić owcena podwórzach akademiiz piórkami czekają najeźdźcyz duszami na ramieniu tubylcywęszą za złotą kaczkąotworzyli wreszcie hamburgerodajnieoszczepamiotworzyli wrota portów bezcłowychser i kolumny weszły w piąty wymiarrzekł pasterz broniący ojczyzny– pieniądze mogą wiele zdziałaćdla urzeczywistniania idei
>>>
*Włączyłem baterie czuwania*Gdzieś w przestworzachzacząłem myśleć za dniawłączyłem baterie czuwaniajak jakiś statek kosmiczny półautomatycznyjak wół roboczy bliskiego zasięguwysłany dla bladych jaj wylęguzdumiały się moje oczyna widok cierpieniatam daleko od Ziemiwyszły z orbit nie całegdy wchodziłem w strefę cieniGdzieś w przestworzachnatknąłem się na własne przeistoczenienigdy bym się nie spodziewałże może tam byćnie wierzyłem że może mi się to przytrafićbyłem przecież osłemjak zwał tak zwałNadąłem się jak bacaz czułkami jak jakiś odludekzakląłem, zrzuciłem co miałem zrzucićcofnąłem maszynędmuchnąłem świeżymi spalinamina blade jajaPrzecież przestrzeń jest taka przestronnaa mnie akurat udało sięnatrafić na cenne znaleziskotak potrzebne jakże prywatneo wydźwięku totemu lub ideiale ideologia zaspała nie wyczuła tegoczegoś mi było brak a jednakona we mnie nie wyczułaco się święciW przestworzach zabrakłomiernika i zwykłego odczucia pięknaprzerażony pchnąłem maszynę ku Ziemizerkałem jeszcze za siebiena cudowne blade jaja pozostawionena planetoidach dla wylęgumoże beze mnie nie zginąa ja cóż muszę wracaćw końcu stałem się odważnyto oczywiste, że i konsekwentnyto normalne, że i prostszynastawiony na powroty choćby takie jak tenzawróciłem, gnam jak szalonyjestem zdumiony przeistoczeniemwalę na oślep dłońmi po przyrządachnic mnie nie obchodzi oprócz radościzwycięstwa wszystko na szalę zwycięstwamiłość tam czeka obok hańbywiem co wybrać wiem co zwyciężąjaja inteligencji i tak się wylęgnąludzkość i tak zbuduje te domynie ma mowy o strachu, gdy chodzio przyszłość>>>*Przybysze*Zamieszanie powstało wskutekniezrozumienia opcji górnolotnychw kwaśnym mleku pływały bowiemlodowe bryły a w kakale odbijały sięszczyty górto nie prawda jakobym był wędrowcemod dziewięciu miesięcykolegę stworzyłem sobie sami za dryfowanie wiedźm odpowiadamy razemkolejne miesiące wspinaczkistały się gehenną zabezpieczeń dzwonniczawsze mówiłem – oni powiadają, że prawda to, na co dzień zbędna rzeczwystarczy plwać na skorupęale ja się pytam kolejny raz –czy to zmieni jaja w coś innego?bociany odlecą ze swoimi rocznymi dziećmia ja będę czekał znowu w Sudanienie mogę streszczać cudzych błędówswoich wystrzegam się, lecz dopierood niedawna odkąd pokochałem ranę mam w ciele głęboką na cztery rosyjskie czarne wiorstyspójrz – oni są przez coraz mniejsze „O”a prawda i tak jest nie na pasachco prawda ja nigdy nie byłem na pasacha chcę być na terenach wypalonychprzez dobrych komunistówjakaż panie kompromitacja te składy radyjakież panie zgorszenie ci niewierzący u władzytoż to bocianięta nie ludziea jak podkręcają wąsy jak cesarz Franciszekalbo jak Piłsudski a niektórzy znów jak Wałęsaa przecież to przybyszeziemniaki zawrzały w kotłachpo przestygnięciu wypłynęłyna powierzchnię oliwypo dopadnięciu do nich mlaskalidłuższą chwilędzięcioły stukały przywożono komputerydo chat gdzie wymieniano je na kolorowe szkiełkawłaściciele chat poszli po rozum i po powrocieprzestali zakładać komitety gminne partiiskończyli z tym i wypromowali wieszczaPanoramixa, który dał im eliksir z jemiołypadły wszystkie koty od jego zapachupadły wszystkie w całym państwieno i bardzo dobrzeone też nie widomo skąd są gdy nadejdzie noc można je pomylić z wszystkim
>>>
* Tablice na Wschodzie*Zamknięcie tego typunie było przewidziane dlaludwisarzyo, dziwokędy lał się żarCzeremosz błyskał z dalaa ja jak zwyklebiedny ogorzały antykosmitanie widząc gniazdaszedłem krainą skrajemzamknięcie jakoś nie pasowałodo formy zwiniętejw skrzydło Belfegoramanny nie było na graninie było po co tam iśćledwo spadły pierwszedzwony jak deszczzerwał się kaptur z oczuzobaczyłem roztrzaskane tablice na Wschodziepopatrz matko tammordują Ukraińców czy naszych?nie waż się im przeszkadzaćto dusz wyłuskiwanie jenomieszkaj w nędznej chaciepóki ci pozwoląbo jak braknie im łańna tych pustyniach przyjdą po twojewszystkolecz potem spłoną na szczytach zbrodnizamknięcia przechodzącew zakończenia blednącesą całkiem podobne do gwiazda ty wymawiasz gniazdjeszcze straż i wielkie głupie narodyco nie usiądą aż zapomnąmiędlisz w ustach – ledwo ledwopal się nie naostrza samprzeszły głodne dropie i perlicezawaliły się mosty po powodziachtętent usłyszano nawet w kuczkachczterech jeźdźcówbiada biada usłyszano na strzechachdyrygujących w rządach nienawiścikły zwisają od uszu by wyseplenićpouczeniamakabryczne odkrycie hańbycałego narodu, który dał się stłamsić widłom i siekieromprzeżywają stłamszone narodyw górskiej dolinie cię opijepotem zedrze skóręnabije na czubek gwiazdy wieczornejzamknięcia tuż przedi tuż obokzamknięcia ciał po wyjściu dusza nawet nie drasnął go kot jak ktośzaczekasz – to i tak nicto nie da tobienie zaczekasz to i takpaństwa ci nie dalisie kity odróżniająSamojedów od skinówpowiesz – kocham Żydów nieeksmitującychchciałbym widzieć ich sławęna Synaju po powrocie z niewoligdy wydadzą swoich mordercówwskazując ich palcem z Ukrainyw Megiddo
>>>
* Kawałek zagrody*Kawałek zagrody czy to kawałek niepogody?jadę bardzo szybko z przeciętą oponąjakaż zemsta na usta się ciśnie?w rękach nie pozostaje nic –czekaj na mnie na Ibiziesmród jak tęgi rosyjski mrózwielu się uratowało z pogoniwielu nie dojechałoja dojechałemjednego drzewa mi trzebapowietrza słodkiego po burzykawałkuję serca i odklejam sumieniajej oczy zaplątują się, choć jestjuż po ślubiemewa stanęła w pracy na wentylatorzesą to jej piersiczy ja wiem, co się święci?kandydat nie zrozumiał, że mówię do niegoale zapłon zdecydował o tymże odjedziemy na czas pożogitam miota się złotowłosa bez przyszłości –za plecami miota się złotowłosabez przyszłościdlaczego ja patrzę na to?nie wiemnie kocham jej nie kocham nawet szybkościjej piersi w kąpieliskojarzenie uczucia z piaskami i w tym samym momenciez Tatramijedź – powiedziała – tam gdzie nie ma wyrzutówi spotkaj się ze mnąnie powiedziałem – trawa już porosłaścieżki do twoich panowań i pęknięć bosychnie piję – podczas gdy ptaki zniżają sięw okolicach grani siadają jak czarne cieniedziecko na rękach jak na noszachma bieliznę w zębachskalny uśpiony nie okrywa biednych deszczowychzetrę na proch myśliwych polującychna ranne zwierzętao czym tak naprawdę myślała Caryca Zydeco?gdy ten z harmonijką z Missisipi dukał poezjędokończono na winie usmażone jedzeniezawołać kelnera pędzącego – rzeczono –doprosić będących na szlaku –kłaniać się kłaniaćzaśnij – zaszemrał górski strumieńwielkie jelita ciągnęły się od Krymu do Rzymuwięc podniosłem je a nóż są świętenocą stanęła jak wybawicielkapo tym jak zastukałem w ścianęotworzył się znowu na rany zmartwiony człowiekodważył się przemówić do ludzipo raz trzeciw opłakanej skale
>>>
* Zawiodła mnie mięta*Zawiodła mnie miętaspuściłem oczy na ziemięw zdewastowanych chruśniakach chruściele westchnęły cichoi powiedziały wreszcie, żefaktycznie są też zdewastowane przez wiatrmały piaskowy skrzypłocz poddałton takim jakimś spróchniałymdentystom i zaczęło sięblaga goniła blagę w tej niby kaplicy jesienizeschłe liście służyły za ławkikoklusz był spowiedziąmetodycznie odsuwany w zarzeczezdenerwowany tym okropniewalnąłem wreszcie pięścią w lustro wodykogoś macie, przyznajcie sięczy to pasterz, czy to chłopskiprzewodnik czy to może bacaja to wyniucham wcześniej czy późniejjak już miętę nie razi nic nie osłoni tej tajemnicykopać dżdżownice w taki deszczwykopać metro i foremkę do pisakuto zbyt mało żeby posłyszeć niesłyszalnena co dzień klaps, klaps to idzie letnio obuty reżyser z Nowej Hutymiędli lebiodę i chłepce z manierkitargać mu brodę – rzekłem – targać muzdecydował się na przekroczenia stanówprzestano wtedy spychać gniazdawyeksponowano na perciwyeksponowano na gruszyjechać – padł rozkaz nawet i pod góręzachwycony rynkiem zabytkowympodciąłem konie i zapuściłem silniki wrazzaczesany stróż zdenerwował mniekoniecznie chciał obejrzeć jasełka ziółi nie straszne mu były jutowe worki suszuco przykryły oczy zapatrzył się na śmierćpoczekaj kochanie kolegopoczekaj na maj i rożki do pierogóww łopianach jak drzewaw szalejach jak telefoniczne słupymiała być mięta a nie całującanachalnie dziewczynamiała być rodzina a przez chwilębyła odlatująca łyskarodzina jednak zwyciężyłai wystartowała jak chruścielsponiewierany, potargany, ale prawdziwy
>>>
* Wyspy Dziewicze*Zdecydowanie zaszczepiono lekkim sokołom twardośćpozbyto się helikopterów w sercach jest pustomęczenie kapusty stało się niekoniecznie okrutneponieważ dzieci ubyło i dzieci nie wystarczagdzieś koniunkcja dąży do alternatywy i poci siężeby zobaczyć to wszystko trzeba wielu lat bezustannegopatrzenia w okna jesienne a nie tylko także białe wiosenneTyniec popłynął rzeką w dziesiątym wieku jakimś promemzebry spłoszone w Krakowie zapłakały po cegieełachrzuconych niedbale przez kochanieńkich milusińskichDługi Targ zrobił się jak kiszka i kawa smakuje lepiejdziecięce poglądy w takim miejscu służą wytryskom Neptunapopatrz jak kołują nad miastem Kant i Siemens drewnianya Memling memłał – miałem te notatki przed katedrąpięknie grają w Kamieniu na chórze piszą w prezbiteriach gaszą w ścianachnawet baca nie może na Montrmartre zaśpiewać „Bo jo cie kochom”taki tu rozgardiasz hałas memento mori i szelest w Okręcie Pralniże trzeba przepłynąć Bałtyk wolnościSokoły defilują wręcz lub homoseksualnie paradują nad góramiw Nowym Jorku prawie tak samo jak gdzie indziejpomarańczowi przenoszą się na okręty wypływają w najkrótsządrogę do Polski poprzez Gdynię – Wejherowo – Lublin i Stanisławówmarne te czaszki powiedział ukochany nie warto ich szukaćprodukować nowe zewnętrznie podobne do tamtych bardziej brudnychzachciało się rodakowi zachciało się rodaczce zachciało synowi takiemulepią żołnierzy wysyłają sprośne kartki lepią kolorowe bałwanyciemnieją pamięci umierają na szosach nie tylko cykliści padają pszczoływybuchła zima cudowna i radosna mafie zakochane w miastach i ministrachjeżeli zdecydujesz się zastawić miłość i życie choroby będą omijać ciędo czasu a kapusty nie będziesz musiał nosić w beczkach tylko w butachukryta nienawiść paskudzi miejsca w parkach krytyka nie twórczastaje się obmową wyzwiska tworzą aureolę dorosłych trawa więdniepraptaki kołują nad polskimi górami spadają jaja jakieś na sklepybieda-szyby nie są powszechne na przemyskich wsiachnazwiska polityków zdobią ściany kościołów jak symbole szatanaatakującego Chrystusa ze wszystkich stron przerażonego Lucyperaskręt skręt jeszcze raz skręt kierownica urwana skręt nie wyszedłdzieci płaczą na reklamówkach dzieci płaczą w reklamówkachkrokodyle czekają pod statkami sępy czekają na grani Pałacu Kulturykochać tendencyjne programy kochać tendencyjne czasopisma kochać tendencyjnych ludziależ to skomplikowane gdy drżą ręce z przepicia przepalenia i głoduWyspy Dziewicze wzywają trzeba kupić nowe butyMiles Davis gra po cykucie właśnie w Komańczy sennej w łunachzapadła w pamięć grzybówka pozwala umierać godnie trzy tygodnielukratywne miejsca w siatce społeczeństwa przed telewizoramisprawiły że wielu wybitnych przedstawicieli i członków zdarło sumieniakora była kiedyś sumieniem drzewa jak ubranie lasu jak trwanieniewinne decyzje przyrody daleko mają do okrucieństwazdecydowanie nie można zjadać komarów tak jak hamburgeryto nie to samo w pępku świata może tak ale nie tu w Polscetrawestacje Toski w wykonaniu Hendrixa nad Wisłokiem w Babim Dolepo cegieełach
>>>
* Penicylianie*Skonsolidowałem moją teczkę zabrałem dwa pióra po prostuona dzielna kobieta wyszła właśnie ze szpitala a jazapadłem na uszy wyjechałem przez kiszkę z miastanie śniłem wtedy tak często zgadywałem co jest z tym pasztetemzanim dopytała się o jakieś jestestwa już miałem własną Summęnadzwyczaj korzystne jaja wysublimował wczoraj czarnoksiężniknie wiem jak mu było na imię i nie dowiem się pewnieponieważ został nad ranem zabity jakąś deską przez nasłanychod króla zbirów ale to już tradycja tego dworu gdakaniei zabijanie nawet nad ranem co się nie mieści w głowietu nawet masłem się myją i uprawiają bezpieczny folkw samo południe Asyria mi w głowie przestawiła głowy ściętew głowach sprawiają że ludzie się obijają długo się obijająskonsolidowałem piechotę i klawiaturę mam ich teraz dwieściew każdej kieszeni bez obrazy snują się jak dymnad jeziorem byłem teraz myślę jak to dobrze że nie jestemdymem snującym się po tafli jeziora po pożarze dyskotekimartwić się w takiej chwili nie wchodzi w rachubęmodlić się w takiej chwili to jest na miejscu modlić się trzebabyli już Szwedzi byli już Rosjanie byli już Tatarzyteraz przyszli Penicylianie i napaskudzili odgryźli łeb koniowii rzucili go w stronę Polaków nie jedzących koniny nie doleciałzaznaczam nie doleciał mam starte kości i dokumenty nawetzewnętrzna powłoka statku z pierza była jakiś czasprzerobili oj przerobili dali drzewa hebanowego i trochę cieciorkigustował pancerny w zbożu ale pan Jemiołuszka powiedziałkiedyś w telewizji że tak jest nie zdrowo i przestał terazmyje gary w Londynie i dojeżdża tam Syrenką gdyż Premiernie kupił mu Poloneza jak obiecał a zamiast tego puścił bączka dzieciomjak to Premier zepsuli moje przesłania w mieścinie w wysypiskujednak nie mszczę się już od dawna już od jakichś trzydziestu godzinpowiedziałem sobie koniec z tym przysiądę fałdów usiądę na stolcuskonsoliduję zasiądę nareszcie no i stało się macie powiedziałem ja powiedziałemmacie rodzino nie tłumaczyłem sobie po północy tykaniai plumkania lecz prosto z mostu walnąłem zebrać się w kupę i w kułaki ruszyć ławą na pastuchów i łańcuchy pogubiwszy ruszylino i wyszło z tego ni mniej ni więcej tylko jak się już samidomyślacie korridzisko biurokratyczne
>>>
* Popielate słowa – kolorowy taniec*Popielate słowa mi mówpopielate serce mi daj Cyganko mojaw kręgu ogniska tańczja będę upijał się tańcemzwęglone sny w ucho mi kładźuderz w kule nad ranempo pewnej niedzieli zastygnie koguta czarmy nie przestaniemy tańczyćzza płotu wyjadą wozykolorowe przeważnie zieloneskończy się świat nad Wisłątabory zgotują się do drogi w Puławachjuż koła zdejmują z drzewdzieci zaganiają do budPopielate słowa mi mów Cygankooczy moje zabaw grąpęcznieją wikliny i gniazda spadająSandomierz czerwony Sandomierzochrzcił was Cyganów dziśruszajcie z Bogiem niech prowadzi was świtPolska płynie do morzajak tabor kolorowa w tańcu
>>>
*Wolność w koszu nad Rawą*Sam stóg paproch kurdesz idą przez placdwa gołębie piją wodę z kałużjak w Kuropatach ciemno jak nie wiemto ludzie to ludzie to nie gołębie kopalnianegołąb oddał obrączkę i pożegnał sięfedrunek i malowanie jakaś cepeliowskakoronka ze Śląska mandatowa strefaubodzy duchem zniemczeni zapadająna grypę pod krzyżami jest ich trzechludziom dobrej woli można pogratulowaćcenny złom i fujarka skrępowanegow błocie krwi dosyć poniemieckiejporosyjskiej popolskiejKatowice zimne jak neon betonowyznak cnoty nad wielkim centrumChrystus w dymie oddalił się do Giszowcanie widać go teraz na jasnym niebienad hutami pancerzownice hucząZurik gazeciarz zdrzemnął się na chodnikuślusarz go zbudził obu chodziło o polskość na przodkupadły pierwsze strzały to koła strzeliłyautobus się przechylił i palić się począłpotem wyskoczył górnik i zaczął walić oskardempotem wyskoczył azylant począł przepraszaćpotem wyskoczył Jaworowski z gołębiem nowinypotem wyskoczyła Glewczyńska i poczęławolność w koszu nad Rawą
>>>
*Jeżeli nie ja? *Jeżeli nie My to ktojeżeli nie kwiecistość mowy to copapugi decydują na ten czas to i coskrewi – tak powiedział Miller Niemiecskrewi – tak powiedział Janosik Słowakskrewi – tak powiedział Pawlak Polakskrewi rządnawet wet wet gdyby to i cozapodzielmy się tym co mamypodrywaniem bez przerwy i bez końcaJeśli nie Oni to któżskorzysta z miejsca przygotowanegow nicości i wieczności lecz czy wyjdąz Otchłani Oni tak jak MyniezawodniPosilcie się wy stróże porządkuczas będzie wyruszać na przejażdżkęmoże po ucieczce zginiecie na czczoa może po zatrzymaniu będziewam burczeć w głowachZaprzestano rozdawania krajów pod zastawOni chcą mieszkać obok nasMy nie chcemy mieszkać z nimiOni wracają pod swoje gruszestrach jest zrozumiałyto szalony naródJeśli Kościerzyna zbliży siędo Kobierzyna a Kobiór do Łomżyto wtedy można będzie liczyć naspłynięcie po sobie odstających uszuJeśli nie My to Oni zbudująredutę taką jak zbudował we LwowieOrdon ale bez niepotrzebnego śpiewaniapo nocy i bez niepotrzebnego sądzeniakatów winnych krwi rewolucyjnejw kompletnej piramidalnej ciszyWandeę pod Kolbuszowągdzie sam Maczek został wujkiemzdecydowanie odtrącając swoją pozycjępokurcze i mdłe muchomoryw rządachja im dam przykład solennyja im dam kawałek stali do obronyJeśli nie Ja to ktojeśli nie ja to kto policzy kościjeśli nie ja to kto policzy im kościtym co skrewijają
>>>
* Ojcze! Ocal*Marzyłem, Pragnąłemserce spłynęło krwiąOjcze! Ocal chociaż moje grymasyWierzyłem, Kochałemserce sczerniało w bóluOjcze! Ocal chociaż moje gestyDążyłem, Walczyłemserce jak szron mieniło się w słońcu bieląOjcze! Ocal chociaż moje milczenieserdeczne
*Ojcze! Ocal!*
Marzyłem, Pragnąłem
serce spłynęło krwią czerwoną
Ojcze! Ocal chociaż moje ludzkie grymasy
Dążyłem, Walczyłem
serce sczerniało w bólu
Ojcze! Ocal chociaż moje prorocze gesty
Ufałem, Kochałem
serce jak szron mieniło się w słońcu bielą
Ojcze! Ocal chociaż moje milczenie
serdeczne powszednie
>>>
*Poniewczas*Zasnąć poniewczasiejak prawdziwy Polakwpaść w przeciętność Zamojszczyznyz wyjątkowego Szczebrzeszynado przyjęcia sloganu w wystąpieniachwystarczy popatrzeć na Kerouac`azdmuchnąć powodzią statekzapragnąć deseru znowu po herbaciew górach na szczytach liczyć lawinyjak kiść ścisnąć prawicę Mikołajowijak prawdziwy Polak nie wytrzymać i puścić się w te pędyw zepchnięty z Lidy Mohylewpowiedział spiker piłeczek –zaczęte drzewa mają się ku sobiepewnikiem jedzie Zazu z Zawichostuśpiewa w kinie w kabinie –muszę odejść sambo żadna praczka nie wyszła za filozofaa mamałyga Hucułów zadzwoniłanie, to łyżka, kumo, to łyżka – rzekła Bojkakurhan począł się pocićprawdziwi Polacy zbezcześcili jego otoczenieodpadkami po bitwachwybuchł jednak wulkan emocjiw środku Europy jak w szkoleZenon stał nad brzegiem stawuporuszał spokojnie patykiem w wodziegdzie lśniły rybie ogonyz dębów podrywały się żołędzie jak ostatnie Su siedemto bezczelność, na Boga – wołałbezkościelny syn PartiiNiewielkiej Niewielkiej Nieczasowej bez matury z filozofii stoickiej
>>>
* Zemleć czas *Znowu mielenie ziaren czasuznowu ciasnota zegarówpoprzednio stłukłem białego gawrona z porcelanyw młyniepoprzednio wniosłem do ogrodu strachjak kamienieznowu dało znać o sobie mieleniejakiż powód ku temu by w śniegu się nurzaćgrawitacja w śniegu lewitacja po obiedzieSkądże znowu moja panno nie ja tym kierujęprzecież nie stałbym na beczcechoć w niej właśnie zamieszkujęLedwo zamknął się w tym więzieniuledwo zdjął kalosze a już go napadł zbój okrutnypożeracz prochu i sekundz lewej strony sceny aż poleciało pierzedla równowagiNie poruszysz się w Paryżunie poruszysz w Twerzeczas pomiędzy nie istnieje starty wojnąjakiś olbrzym trzyma wiśnię zęby do ciebie szczerzyzęby jak stępydo miażdżenia godzinPościła ta tłuszcza pościła ażwreszcie wkurzona się obnażyłai sięgnęła po władzę jak gdyby nigdy nicZapada w pamięci ciasnota zegarówpamięć pamięci nie równa trzebakochać nam na kresach trzebai w centrum obejmować PołudniowcówZmielone organy nie wystarczająna wieczór i trzeba lecieć po jeszcze a ja mam tam intymnypodworzec co czeka na stangretanie leć, więc na oślep i na piechotępopatrz w lewo popatrz w prawozgotuj to przymierze ja ci odpowiemgdy zapieje kur a ja miotłę złożęi słońce zaglądnie do gumnagdzie nie ma już czasu
>>>
* Zapłać i idź*Zapłać i idźzapłać i jedź na wakacjerzekła i jaka szkoda, że pękłazmniejszyła się potem, o jejzewnętrznie nie do określeniapogardzała małymi uszamizakatarz się nawet, jeżelitaka potrzeba wystąpimanna pada na falę rzekicebula kwitnie i pachniezakaź i idźzakaź i idź na wyborywrzuć do urny prerogatywęgminną i ludowąprzeoraną łapówką jak lemieszem
>>>
* Nosy*Zepsute kości w nosiekarmienie deszczu miasteczkamipospołu z drewnianą nogąmałe miasteczka kostniejąpopularne zamiecie są jak porywkwiaty wąchane jak chmurypełen kosz baranówstruktury węgla w bryndzyna łąkach leżą skoroszytyzamknięte dziewice na szczytachporuszony statek powietrznyledwo idące zegary z ptakamizaproszono kiedyś ten wiatroto i on nad połoninami jak echobednarz spokojnie studzi wodęskorzystała na tym wiewiórkapodeszła pod zagrodę mistrzapopasał popasał odszedł pod studnięspodziewany dywan rozsnuł się jak mgłaponad małymi górami nad morzemspodziewany koklusz dziecka małopolskiegozapadły bierwiona na capstrzykpopędzić skamielinę stądzewsząd bociany na wieżachwystające władze szurają słomąwysoki profesor doi małą owcęhelwecki deser w zepsutej kaszubskiej wsikoniec studni jest świtem bladymzakochany drewniany ślusarzskostniałe dewocjonalia państwowościzamruczały telefony postsomnambulistów nie byle jaki dochód na kolebkę tyranazepsute kości w uszach łysegokrzyż stoi na szczyciekrzyż stoi na szczyciekrzyż przymocowany jest na szczyciekrzyż wznosi się ze szczytuzadarli nosy obolałe
>>>
* Na grzbiecie*Maltretowanie misia na grzbieciepocieszenie towarzystw miejskichblaga na całego w części północnejniegdysiejsze nadzieje drapichrustówgołoborza ich mózgówmelodramat za duże pieniądzeotumanienie sporej grupypewnie, że obywateli a nie zwykłych ludziskuteczne stworzenia czasupotem zstąpił anioł ciszy krwawejtrzeba się wynosić stąd, ale gdziekoledzy zastępują zwykłych ludzidrzewa wiją gniazda w ptakachoto twierdzenie na obraz i posłuszeństwopośrednie definicje kanibaliłodzie płynące na skrótyzebry w kolorze czerwonej Saharysekty na polanach za góramimyszy i obywatele buszujący w kukurydzykopcowanie zboża na dnie rzekiprzed zaporami przed elektrowniamiprzewrotne ludziki idą od wsi do wsirobią dokładnie to, co im kazanozakopcowani stworzyciele cywilizacjiczernieją czaszki w ziemiankachpelikany twardnieją na widok uniesieńdzieci wszystkich stanównad ranem pada deszcz przepiórekniosą baldachim przed monstrancjąpoprawne decyzje wygoniły żubrybuki pikują wprost na helikopteryzapachniało sosem miedzianymna krańcach zdrowia zakwitł grzybw popłochu uciekają politycygonią ich żółwie z mieczami w pochwachśpiew dokoła pnia, na którymukazuje się rzecznik prasowybiałe chusty dojarek białe ręce naganiaczychwalą kandydata chwalą pierwszegozbója w tych górach mówią, żeoddany sprawie pomaga biednymłupić topić bić skamleć skórowaćpomaga biednym wymachiwać członkamiodciętymi
>>>
* Dziękuję ci malkontencie za twoją krew*Zapadają czasy zapada kreww potulnym człowieku drzemie meczspadły już kogutki dzieci wyczołgują sięz bogatych miast dążą ku wsiomZrywa się garść ptaków ciemne góry płynąniebem w kierunku wsimałe baranki przenoszą się razemz dokumentami osobistymi i flaczkamikucają pod biernymi mostami przez chwilkępoczęty wieczór reklamowany w prasieprzedwojennej zmięty jak gazetawięźniowie szykują się do snuModre drzewa nachylają się nad grzybamiserca serca serca czekają na malowaniekurczy się każde działanie w zamianorkiestry wychodzą na łów ku centrommiast ziejących kraterami i braterstwempoprzednie zioła zamykają pałanie i dusznościzagadkowe miny prezenterów przeradzają sięw perłowe uśmiechy ciągłych kandydatówmający rację jedzą jedzą w otwartych oknachdziękuję ci malkontencie za twoją krewwoda tryska z dziur w rurach kochają myszystartuje latarnia startuje pogoda spadapokraczny niewybredny śnieg jakindiański taniec nie na tę okazję
>>>
*Zawróciłem spod Golubaca*Zdecydowany na likwidację Golubia-Dobrzyniazawracam spod Golubacarzekę wyzwoliwszy przerwaną tamąpokochałem folklor zniszczeniazostałem na dłużej pod dnemobserwując szalejące żywioły pchnąłem we śnie TurkaKomendant wezwał mnie celemuskutecznienia spowiedzi i to tejbez bólu głowy po i przednatychmiast wyznałem jak dzieckoswoje przesłania zapomnienia podnietyOko zmrużyło się zadzwonił dzwonposzły spać brednie zbudziły się we mniezadośćuczynienia krople i bekasyNie zdążyłem wrócić przez Pusztęzamknięto Uniwersytet GołębiowskiPopatrzcie jak oszukują spokojnych ludzipopatrzcie na ich sterane bronią ręcekrew wypływa spod murówobserwuję smoląc szczapy jak Gedeon Jerrubalwkracza w granice Polski ze swoim swojskim wojskiemPerpignan do dyspozycji Zawiszy Czarnegobyło jak zwykle w tych latachwyprawiłem się zamiast niego na ichnich Szkotówjedno pchnięcie spadł z konia Szkot TurekŻyd i Czech i Europa zadrżała konie zarżałyrapujące konie odjechały ku granicomZewsząd nadzieja matka zewsząd dobre chęcimalkontent zdrajca żyjący w Kijowiemalkontent zdrajca żyjący w Chorzowiemalkontent zdrajca żyjący w Spychowieprzeprany wrócił z zagranicy i usiadł na zydlusowa spod okapu przeniosła się pod wielką krokiewkręcąc głową słuchała i notowała w swymasfaltowym notatniku wojnyPsiakrew! Zaklął wierny druh, miałem senw czasie bitwy, gruchałem z jakąś snajperkąpokalane jej nogi widziałem przed śmierciągdy kula trafiła wyjąłem miecz rozciąłemotwór wlotowy i wydłubałem pociskodrzuciłem go w kierunku Garbowa i Goleniowa jednocześniei tam eksplodował raz jeszczezaszyłem ranę jak Rambo wsiadłem na motocykli pojechałem za psem biegnącym obok koniaPsiakrew, zaklął wierny druh i umarłw sali rycerskiej, pochowano gona środku piwnicznej izby w Opatowie w centrumw jakiejś starej kamienicy nogamiw kierunku Wisły Malinki i Dunaju jednocześnie
>>>
* Na terenie przylegającym do więzienia*Pełnił zaszczytną służbę na terenie przylegającymdo więzieniastary dąb chronił go przed deszczempiękny rozłożysty stary dąb nad strumieniemwystrzelał wszystkie naboje i usiadłotarł czoło podczas spożywania drugiego śniadaniarównież w trakcie spożywania kichnąłzakrakał kruk na czubku drzewazza góry wyleciały trzy helikopteryi przeleciały mu nad głową gdyż leciałybardzo nisko jak w Wietnamienie przerwał jedzenia gdyż byłbardzo ale to bardzo głodnya poza tym był po przepiciu i pragnął wciążNiewiele brakowało i porzuciłby tę służbęw młodości zaczętąpoproszono go do zdjęcia i stanął zaszczotką do zamiatania podłoginie wyszedł na tym zdjęciu oj nie wyszedłmiał niezachwiane poczucie płcii nie oddał się nikomu ani w więzieniuani przedjego oczy wyrażały ból egzystencji o porankua wąsy umoczone sztywniały na wietrzePowiedział po jutrze wyjdę z tego miejscaale wtedy to już nie tylko tu nie wrócęale nawet więcej będę wędrował po Wielkim Świeciedo końca życia wypełniając się świeżą wodąpo horyzont
>>>
* Krucjaty skończone *Skończone absolutnie krucjaty najpierw decyzje potem oskubaniezabawa dla wszystkich wszyscy dla zabawyBudionny pożarł dinozaura to takie modneskąd zepsute gady wtargnęły na posady?okrutnie zdeprecjonowane ludzkie zachowaniakochaj albo czuj to samo na wszelki wypadekżeby mojego kolegę mysz kopałazastanów się nad pamięcią tego tamkoniecznie zaniepokoić konduktorkę na zakręciejeden dodać jeden to dwóch lekarzyjeden choruje drugi nie, ale perspektywa kolegopokażcie, na czym jedziecie pokażcie cośzerwane sztandary poszły w lasodłożyć kopie miecze wysmarować zakopać konieBrzetysław krąży w okolicznych lasachkiedyś Japończycy wyjdą z beczek pójdą w obce krajeproste słuszne krewkie i na domiar tego absolutnejak Jowisz jaśnieje pomarańczowa mgłaponad Etiopią ukazał się deszczowy samolot smokaBajdar zapadł się w las kędy zwijałasię skóra czarna jakiegoś podolskiego wężapowiedzieć na wskroś to jeszcze nico kogóż walczyć, gdy naród tak wspaniały?nocą kazirodczą przewidywać wykorzystanie robotnikówwieszać wilki na skałach pędzić terapeutyczniepo wielkie kamienie do stacji benzynowychpowiększenie jakiegoś domu powiększenie pieśnitam skrył się Batu jakże smutnyPol-sportPol-satPol-kaPol-akpo krucjacie
>>>
*Pocierpieć chciałem*Żaluzje i story zasunąłem pocierpieć chciałemw samotności brakło smutkuich szyderstwa zastąpiły pamięć i prawdęPomalowałem szyby na czarnopocierpieć chciałemw samotności brakło skruchycałowanie ścian i portretów przodków zastąpiło jasną przeszłośćZabarykadowałem drzwi regałami z książkamipocierpieć chciałemw samotności brakło nawet łezleżenie krzyżem w kuchni zastąpiło ich poniżeniaWyłączyłem prąd, zakręciłem wodę i gazpocierpieć chciałemw samotności brakło prawdziwego eremunagłe mistyczne olśnienie zastąpiło drapanie podłogi
ktoś zapukał do drzwi
zawyłem z bólu
*W samotności*
Żaluzje i story zasunąłem
pocierpieć chciałem
w samotności brakło smutku
ich szyderstwa zastąpiły pamięć i prawdę
Pomalowałem szyby na czarno
pocierpieć chciałem
w samotności brakło skruchy
całowanie ścian i portretów przodków zastąpiło jasną przeszłość
Zabarykadowałem drzwi regałami z książkami
pocierpieć chciałem
w samotności zbrakło nawet łez
leżenie krzyżem w kuchni zastąpiło poniżenia
Wyłączyłem prąd, zakręciłem wodę i gaz
pocierpieć chciałem
w samotności brakło prawdziwego eremu
nagłe mistyczne olśnienie zastąpiło drapanie podłogi
ktoś zapukał do drzwi
zawyłem z bólu%MCEPASTEBIN%
>>>
* Poskromiłem czarne łabędzie nocy*Poskromiłem czarne łabędzie nocydotarłem na nich wszędziepopłakałem się na obcej plażystworzony obraz człowieka wymknął się spod kontrolibędzie mała kolektywna korekta na słońcachświat zamknął się w czerniłabędzie zatrzepotały wielkimi skrzydłamipo pachy zapadłem się w piachkogóż można tu odnaleźć samemu będączagubionym tonącym w oczywistej słabościPerłowe mechanizmy wodne wydostały sięna powierzchnię morza całe w wodorostachpędźcie kochani ja pogonię za wamizęby szczękają z zimna jak małżapewnie lunie tropikalny deszczsputnik odkrył serce burzychmury wybiegają na demonstracjęczerń nade mną pióra rozrzuca wiatrklaustrofobiczne wspomnienia z przebytych piekiełnade mną miotają się pękającpragnę odmienić stracone chwilepragnę odmienić biegnące chwileperyskop wystaje z dzioba ptakamarkuję powrót nikt na nim się nie poznajegrzęznę dopingują mnie ptaki ptakipopatrz na jej sen nie oddalaj sięśmierć na plażach Falesy to nie twoja sprawato sprawa żółwi to sprawa stalowych żółwito sprawka żółwi z Warszawy żółwi telewizyjnychudających pacyficzne
>>>
* Gniazdo ze styropianu*Ze styropianu gniazdo spoczęło na dachudobiegliśmy do tej chaty w samo południemy do bocianów urnami innej nacjia bociany do nas swoimi odchodamijakże długo trwała ta wymiana ciosówodchody spaliły jedną stronę domukrzew bzu i starą syrenkę a mynie wcelowaliśmy ani razupotem odeszliśmy do lasu po grzybymyśląc, że może jakimś zasuszonymmleczajem uda się dosięgnąć te ptakizanim osiągnęliśmy pierwszy zagajnikz wioski nie pozostało już nicogłuszający klekot poćwiartował zabudowaniaptasie kupki wypaliły wszystko, co zielonena ziemi i w powietrzułopot skrzydeł wzbudził huraganktóry zmiótł tą polską wioskępozostały tylko w okolicy żydowskie cmentarzeklekoczące niegdysiejszą rozpaczą
>>>
* Skuteczny dzwon katedry nadmorskiej*Jak to było z tym morzem?jak było z wybrzeżem?grzeczniew otchłaniach świadomościwertując czasopisma na plażyz pozoru rozkoszne dzieci zabawiały sięjak truskawką małym palcemrozebrane glony wypłynęły na brzegona jedna z blizną w kąciku ust paliła trawkęsiedząc przed Grand Hotelemjakimż to zamiarem było połyskiwaniew słońcu na molo białą koszulą swetrem rozwianą blond czuprynączemuż to wyszywany dżins wstydliwieokrywał muszle krabówze schodów na górze wyfrunęły kawkimam wciąż nadzieję – rzekł latarnikradary obracały się jak gdyby nigdy nicwzdłuż siatki ogrodzeniowejpod ciągłą obserwacją żołnierzy,którzy wysiedli z autobusu podjeżdżającegowłaśnie pod bramę jednostki jak jakiśattache Ukrainybębniąc na puszce po oliwietykając wzdętego konia na zwodzonym mościepatrzysz na ostatnią parę na piaskukochającą się oddalającą się ku wydmomsen w pianie cały dociera do kocyspadają staniki żubry podnoszą łbymówisz – idź dziewczę tędy prowadź elektrowozyprzez mosty i wiadukty do brzegu stromegozałożono kaftan na blade ramionazaprowadzę cię Syreno na kamień posadzęprzyprowadzę ci Syreno rycerzy stołów okrągłychzaśpiewaj stołeczny kwiecie wysłany za rybąpowiedzieć o bałwanach to jeszcze nicpopatrzeć na majorową opalającą się jak glonyto móc przebiec jedną noc jak kostuchapelikan na przystanku tak zdewastowanymobok przeszłości obok przyszłościpadają na wodę już trupy lub jeszcze żywi ginącyz barek desantowychlapidarnie przebiegli marynarze w słowachdo mety przy latarni przybiegł Polak Biedny Pierwszyskuteczny dzwon katedry nadmorskiejniesie wezwanie pogan i echo morszczynupopraw lata bukłaki i sieci nad wpadającą rzekąkomunikacja zorganizowana w dworce i przystankirybami smażonymi powiewa w kurortachjedzą lizaki patrzą na chińskie smokiłodzi podwodnych na lekarstwo desant wysiada z zaświatówby uspokoić sumienie wodorosty pływają jak rybydocierają do czekających siecipęcznieją piosenki dziewczynekpo powrocie gryzą komary to potępienie jaźnitam na dnie lochu spotykamy Neptunaani słowiańskiego ani germańskiegoani nordyckiego ani fińskiegotylko aliancko uniwersalnego
>>>
* W hełmie z butlami i detektorami*Początkowo polatywałem na podwórzuona patrzyła z oknaczerwone maki padały do jej stópkrew tryskała na niejechać kazałem wszystkim czołgomwozy strażackie ruszyły samestatki kosmiczne zamieniały się w plackipetardy wybuchały jak Elvisblues towarzyszył mi pod jej oknemjeżeli kochałem cokolwiek to ptakizaśmierdziało za bramą pokazał się diabełpopędziłem za nim w zbożekora odpadała od drzewwierzby płonęły gdzie stąpałziemia wybrzuszała się gdzie tchnąłposzedłem w skafandrze do bitwyw hełmie z butlami i detektoramiwspinałem się na konie i przyczepyzegary spadały jak gwiazdyblues towarzyszył im, gdy kaleczyły mi uszyZiemia jak miednica dzwoniłauderzana patykiem jak kościąa kościoły frunęły w powietrze i spadałymuzyka ludowa siadała na piórachkręciły się siły państwowezamiatały sobą towarzyszki z obozówpo każdym skurczu demonstracyjnieupijały się nauczycielki i biły uczniów szpicrutamiszkoły przemienione w centraświatowych namiętności rosły w oczachobradowano dzielnie tygodniamiobradowano dzielnie nad kokosami i naciąmałe rzeki w Afryce były na widokumalowano krzywe historie wiecznościzebry wracały do Kapadocji z Cylicjilwy ryczały z bólu zębówwychodzili z Hadesu i wchodzili w Styksśnieg padał na kwitnące sady jabłoniowemrówki wytaczały przeciw termitompropagandowe działa prasymałym sercem miotałem się na greckim targuwidziałem ją w koszach pomarańczona wychylała się z każdej oliwkiśpiew muezina jak ryk rakiety-lwapacierz już na Księżycutak nie długo już polecimyby spotkać ją polecimy całą rodziną
>>>
* Drżę dziś jak Ezra*Drżę dziś z powodów przynależnych poetomdrżę dziś jak Ezra w szpitalu dla wariatówmając rację nie więdnę jeszcze pokryty śniegiemludzie poczęstujcie się świeżymi bułeczkamiwędzonymi na wietrze historii w sposób tradycyjnyjakbym widział nietoperza mam w tym udział – rzekłna bagnach nie tonęli Polanie, lecz stali na palachkapelan pali bożka kapelan umiera na przedpolachwschodnie soprany nad brzegami rzekzimne kry z dziećmi zimne sanktuaria opustoszałeczekam na Cyganów, którzy mają dziśprzypędzić konie z nad CisyDrżę przywalony ping-pongami po same uszytonę w ping-pongach jak w jajkachnad nimbem księżyca dostrzegam duszone selerynać zwisa nieodcięta zasłania jakiś oceancisza w tej zgrozie ludzie idą do szkół i przedszkolicoś ich niesie jakieś licho a może to sam Duch Święty w sprytnym przebraniuwyrażenia są jak sowy polatują nad urnamicmentarze świecą oświetlają twarze politykównaród bez nadziei lud bez nadziei dźwigana barkach swoich ciemięzcówDrżę na ich widok
>>>
* Koczował w urwisku*Pomyślny – tak go nazwano, gdy koczował w urwiskuzdychaj – słyszał jakiś głos na kirkuciezaczepiony na moście kopnął konia z zamachempoleciały kwiaty w bukietach wprost do rzekizapanowało zamieszanie na przyczółkachposypały się stare kamienie i zatrzymano autobuswysiadł z niego zdesperowany mnich i splunąłw twarz komendantowi, który nie chciał zasłonićtablicy ku czci funkcjonariuszy strzelającychdo Semitów w sposób specyficzny i narodowyZewsząd nadchodzili ludzie i nieśli płyty kamiennenowego typu zamaskowani ludzie WschoduPomyślny niezadowolony z przezwiskazdeptał żmiję niechcąco i podkasał nogawkibył gotów znowu zaskoczyć
>>>
* Lepszy w garści ssak*Lepszy w garści ssak niż wróbellepszy najmita w domu niż Aborygen na wygnaniumęskie piersi opalone są porywającena katamaranach płynących do Australiizwisają transportowane ryby latającewczepione w wanty jak w makaronlepsze czterdziestki niż trzydziestkipo co tam aż zawędrował Dżingis Chanmur przeszedł jakby go nie byłopotem się wycofał przez jego pozostałościdziecko służyło w zastępachposłużono się dzieckiem zanim urosłowięźniowie narzucali głazów w parkachpogonione wiewiórki założyły sprzysiężenielepszy orzech zgnieciony niż żadentymczasem mleko wylało się z Chinsurowe mięso wystawało z ust Aborygenai to go zgubiło wyrwali mu je wraz z językiemprzyszli więźniowie i założyli obozypomodlili się do Dżingis Chana Onegopadł rajski ptak i zsunął się z dachuwprost w dłonie bohatera narodowegoa ten zawołał – spójrzcie jak śpiewnie ryczy ocean jak ryby powiewają na wantach>>>* Idealny człowiek świata*Stworzyłeś coś, co nie miało ulec zniszczeniustworzyłeś idealnego człowieka idealne państwoa przepadło jak maraPowiedziałeś – odwiedzę cię w więzieniusamotność pozwoli ci dojrzeć nieznanea umarłem nim ty się zjawiłeśSkorzystałeś z jedynej nadarzającej się okazjipodniosłeś sztandar wysokoa niespodziewany atak mrozu usztywnił płótnoi nie załopotał nad głowamiMiałeś podziwiać mnie i moje dziełaja miałem pracować dla wszystkich wyzwoleńcówa ostał ci się jedno krzyżna szczęście niezniszczalny*Jaworowi ludzie*Hej tam pod jaworemjaworowi ludzie czerwone ich nosywskazują na samobójców z Bieszczaduciekali przed życiem uciekają do dziśprostowali na beczkach wszystkonawet dewocjonalia z Jasnej Górywyprostowali krzyż na beczceoto Polska niezwyciężona przez obcychzgnieciona przez odmrożeńców nowobogackichzakasłali pod jaworem z głoduzarzucili wory na plecy w słońcu jak skanseniezadzwoniły pogięte mosiężne krzyże połamane orły cynowe
>>>
* Sprostowanie*Sprostowanie, czas na sprostowaniesukces przychodzi po niewczasie,gdy już wszyscy wyleczyli kacamam mambę na takie sukcesystolica jadu zamieniła się w klubherbaciany nowalijkowy, ale cóżdobre i to na długie zimowe wieczorypatrzcie jak w muszlach kwitną różęnawet nie wiedzą o tym i nie wiedząkto, w co gra na olimpijskim stolcupewien zadufany w sobie skamlaczobudziły duchy wysłał na tamten świattych, co nie potrzeba kazał się chwalića nienawidziła go większośćpoczuć wolność i swobodę nie będąc w górachkazać sobie podać całą krowę w oliwkachbędąc w bardzo wysokich górachgdy rzeki płyną, płyną i stajązamiast kruchych chrustów zeszklić smalectrociny się mogą wysypać po wybuchucałkiem realne zagrożenia stolicylecz nie całego kraju, gdyż będą wyrywać powolizłorzeczą strumienie a armia nie przekraczaa armia nie rzuca kościarmia podjudza>>>* Dewocjonalia kremlowskie*W zapadłej mieścinie czas dłuży się gąsioromich pułap sczerniał od sadzydewocjonalia kremlowskie spaliło słońcenie ma co pokazać wieśniakom ze Słowacjiodwiedzającym kurnik o wczesnej porzeTruchleją na połoninach konielekko oswojone trochę wolne z naturydosiedli ich wieśniacy z Polski PołudniowejMembrana nieba drgnęła wypadły śmigłowcepo niebie jak meteory przemknęłynieostrzelane oddaliły się w kierunkukrakowskiego Dien Bien FuStolnica wypadła z rak leśniczcepierogi potoczyły się pomiędzy kuryi pijanych drwali leżących pod progiemktoś w kapturze na głowie zapalił papierosapod stogiem siana puścił dymkaZahuczało zapachniało karbidemżona sekretarza partii pokazała rogitelewizor rozpadł się na dwojezakrzyknęły zwierzęta lasów i póllasy wydały westchnienie i zwiędłysekretarz partii wyszedł z wybuchuz uniesionymi rękami pokazując rogi>>>* W drewutni na księżycu *Znajdziesz wszystko co zostało zgubioneciemny las i suche wierzby przy drodzetwoje korzenie już nie zatrzymają cięna skraju wioski lub miastaBiały dym snuje się pośród bezgłowychmały kotek rozmawia z osłemdopiero będą robić zakupy w geocentrycznychsklepach na dnie piramid dopiero w przyszłościZnajdziesz złoto w koniunkcji zebry i kotłazadrzyj głowę popatrz przez spódnicęmęczona samica jest obrazem Ziemiskąd wiesz i skąd przychodziszskąd go znaszto nic, że wierzby uschły możesz spalić wszystkomożesz iść nad skraj gazety wielkiej jak kosmosznów tętni życie w sercu ptaka i senpojawia się znowublade kominy i kaniony w głowachsam zapalisz znicze na wulkanachsam powiesz zjedzmy parlamentarny serZewsząd biały dym dziecię choruje w tympoważne gazety stają się słupami Heraklesapotem zgasły świecące nogi weszły w ciżemkipostawiły spody na schodkach, gdy dym białysnuł się po kamiennych płytachdrzewa poszły i tyle ich widzianodrzewa poszły w góręzadarte głowy zadarte sumienia nie korzystaj ze słabości poćwicz idź długo idźzasmarkany na drogach nie zatrzyma ciępowiesz – gwałtu rety, co się dziejedrzewa się przewrócą pioruny pójdą w helale zawsze łzy prowadzą i wiesz, żepo mgle następuje bitwa czołgów na płaskowyżachlub pod wzgórzami tam się to wszystko skończyi będzie jakiś czas spokójw drewutni na księżycuza słupami
>>>
1996
*Napić się cieni w klasycznej Grecji*Czy mamy dzielić się codziennym chlebem z poszarzałymi stworzeniami kłamstw?czyż nie lepiej napić się prawdziwych cieni w klasycznej Grecji?pobitej Grecjipolec w Termopilachuczyć się trzeba jak ginąć w walcena redutach Warszawy i szańcach Lwowacóż, czy sczezniemy na kopalnianych hałdach?zmiażdżeni przez czołgi w bramach stoczni i hutczy padniemy jak rybitwy na wiślanej łasze w Sandomierzu?zatrute słowem Podstolegoczyż nie lepiejz Lacedemończykiem Nowosielskim na Ochocie?
*Napić się cieni w klasycznej Grecji*
Czy mamy dzielić się codziennym chlebem
z poszarzałymi stworzeniami kłamstw?
czyż nie lepiej napić się prawdziwych cieni
w klasycznej Grecji?
nawet pobitej Grecji
polec w Termopilach jak zwycięzcy ducha
nauczyć się trzeba jak ginąć w walce
na redutach Warszawy i szańcach Gdańska
cóż, czy po prostu sczezniemy wszyscy na kopalnianych hałdach?
albo zmiażdżeni przez czołgi znikniemy w bramach stoczni i hut?
czy padniemy jak rybitwy na wiślanej łasze w Sandomierzu?
zatrute słowem Podstolego i Podsędka
jednak lepiej
z Lacedemończykiem Nowosielskim na Ochocie lec
w walce
>>>
* Pominąć schody *Pominął schodyw kwestii niewygodyjaśmin za załomem przepadłna wylot ścierwo tchnęłow akademiku jak w jamietrolejbus za załomemspadał samobójca Ledwo żywy wyszedł z opresji prędzej go obniosły przekupki na mostach prędzej go wykształcił prezydent z memorandum nad wodąPokrewieństwo z diabłemjest na językach nie był w Palestynienie zgubił paszportunie najadł się do syta Po czym zapachniały pomarańcze temu na miseczkę a temu łyżeczkę dziegciu załopotały wielkie liście wyrastające z ziemi zafajdanejZetknął się z jaśminem w końcubuszmeni przyszli do tego wielkiego domukrzyczeli grozili rzucali dzidamiserce się rozwarło za kolejnymi drzwiamiktórych nie było i zdecydowanieniepamiętliwy łkał w kotłownikurczące się węgle wychodziły mu na płótnojednak się wykaraskałchoć pominął schody
>>>
* Domagam się powrotu zewnętrznych oznak burzy *Zwróć mi moje plany moje zamieszkizapalczywością znaczone domysły i wybiegipopatrzyłem na bitą blondynkęzdecydowałem się w sekundzie zostać premieremi poświęcić się dla blondynek społeczeństwademolujące spojrzenia demolujące ruchygoście w kaskach z tarczami pod wpływem narkotykuona jak na paradzie prowadzi siebie prowadzi swoje nogistocznia staje Kędzierzyn Koźle wyłania sięobcy przekazują sobie kluczyki od polskich drzwija szemrzę uderzając o brzeg smutkuprzepaście zamieniają się w klifybłędne ptaki kołują nad demonstracjątelewizja nakręca wszystko ze strychutam gdzie serce toczy pianę – mówię– chcę mieć na powrót ucieczki z flagamijakie lapidarne uśmiechy pomieszają sięz byle jakimi bliznami na policzkach blondynekZwróć mi moje cierpienie na dojściu do wejściabez pieniędzy bez oscypek bez myślenia o niemożnościachpowróciły w furtce skojarzenia ze statuamipowiększył się sezonowy upływ krwi w dziąsłachzaprzepaszczone modlitwy stały się wyzwoleniem dziśto dziś skakało na widok okutych zomowcówdziś domaga się poszanowania wolności miłości zeznańbałagan w kolanach pewność krążeniajakieś biurko przed stocznią na plaży jakieś pudładomagam się powrotu zewnętrznych oznak burzyna zamkniętych koncertach przed halamina zdjęciach beznagich beznowych na bezgałęziachzabrano odtwarzane portrety telewizyjneskurczyły się komórki gwiezdne muzyczne patriarchalnepo co więc zaczynano – żeby nie kończyć?i to, kto? MY – spowiednicy blondynek samych wolności
>>>
* Śmierć złudzeń *Żeby krwawy sen zamienić w krwawienienie wystarczy potrzeć różą skrońŻeby zdecydować o śmierci złudzeńnie wystarczy pomacać bałwanaKurczą się moje pola hasania i płakaniamodlitwa je zastępuje i ukojeniejak mam cierpieć teraz, gdy wolno mitylko cichnąć cichnąć lub błogosławić ludziomMam małą drewnianą kołyskęukładam w niej instrumenty muzyczneraczej staroświeckie i raczej ludowegdy krew wciąż wylewa się z kołyskido kurnej chaty gdzie stoi kołyskawpuszczam kury by przyglądały siętemu, co nazywa się pieczeniem chlebapo polsku dla maluczkich dla pokoleńŻeby tak raz zdecydować o śmierci złudzeńi bogacić się bogacić w nieskończonośćnieskończenie kochać wszystkichi zapominać o bożym świecie na planecie bez krwiżal jednak umierać bez cierpienia
>>>
* Mydlenie jaskini podczas zamieci *Jutro nadejdzie jutropotem spory kawał kosmosu uczyni zadość kamieniompomodlić się można wtedy do toporówczyżbyś słuchał mnie?omdlewa księżniczka pomorskajak miałem na celu zniszczenie to stałeś przed tarcząjutrzejsze młyny w tobie drzemiąkoryta porastają mchemmogłeś zabić a jednak nie zrobiłeś tegopotem ona rzekła – z kolei tymeandry rzek pod prąd zimorodkinawet krzyżodzioby nie śpiewająprzed bitwami z komisjami kosmitówpotężne grejpfruty i słodki uśmiech ze śmietanąszałowe gofry na dworze wiatru obok turzycyi jakież te kobyły były sprytne na grani!rzucając do kosza trafiały zawsze dwa razypolepszony barszcz bez czapki w telewizjidenne zapytania na wizjion wiedział, że marnotrawimydlenie jaskini podczas zamiecimewy tam nie zamieszkająwywiad przeprowadzony z kustoszem państwamałpa na łańcuchu na monitorześpiące drewniane lalki w Dwerniczkuczyżbyś wysłuchał mnie?
>>>
* Koniec epoki karłów *Skoligacony z kołtuństwempatrzący nań mam od wczoraj torsjezapadam się w gniew chwytam się żeber wystających z brzegu rzeki krwiwichry porywają wszy do miastkaraczany polują na koczkodanyktoś zapomniał o metodachjakiś bohater miał dość na dziśwystawiam bociany na strzałpradawne zamiary dziewictonę w zawiści chwytam sięwarkoczy rosnących na brzegu stawu łezpopadam w osłupienie osuwam się w gnuśność skrzykniętych na pokaz rac ludzkichzerwij totemy – woła Pradawnyja skomląc pukam do drzwi Barankaich wejrzenia nie przerażają mniena mnie nie pada cień na mnie padają ich spojrzenia pełne oczekiwaniazdecyduj sam jak prowadzić dalejlute spory na korzyść kamienicypełnej wzbierających ciał zamiastpęczniejących mózgów kamienicywezwanej do nieba wyrywającejswoje fundamenty z ziemi i udającej się tambiorę odwet na kołtunachprzewiduję zamianę szaleństw na świętośći koniec epoki domniemanych karłównie rozstrzelamy kołtunównigdy takiej mody nie było i nie zanosi sięna to, lecz coś z nimi zrobić będzie trzebai z ich partiami przy władzyjak zmienić ich w gigantów tablicdepczących karaczany?
>>>
* Powiedzieć kocham to zbyt mało *Powiedzieć kocham to zbyt małonajważniejsze jest sklepienie nieba nad morzemlekkie nuty płynące jak życzenia po falachpoprzez popołudnia ciekawościpowiedzieć pocałuj mnieto jeszcze tak niewielezewsząd znudzone damy w samych kapeluszachkrajobrazy w doniczkach przedokiennych –popatrz na tę łanię jak czuwazrównałeś z ziemią księżyce pobożnościpotrzask uczucia okazał sięcałkiem przytulny dla chcącegomarzenie ziściło się jak koloryna rynkach i forachjak kolory na wzgórzach jak wzniesienia na tęczachjak palec w oku cyklonupopatrzeć na pewność małych zwierzątgoniących się na wzajempo pustyni pod brzegiem rzeki powiatowejlub wielkomiejskiego nilumędrcy kochają popołudniamiczekają na drabiniaste bankowozy pieniędzy i drzemią spokojniepopołudnia przechodzące w wieczoryjak słowa w sento miłości
>>>
*Wyjąć strzały z sumień *Zapadły się genetyczne sumienialudu mój ludu po cóż ci te strzały?jakieś drzewce i tarcze wbite w ziemięczaję się jak druh na dębie wśród gąszczabędę napadał mimikrąupodabniam się do otoczeniawymierzyłem kolejny raz wyszczerzyłem zębyokiść na jeziorach dumnychleci ten mój prom na księżyc pływający w wodzieślizga się jego odbicie startowegorące palce u nóg i serce wielkiew marnym, ale to marnym cieleciemność dostępna dla sumieńpo pewnym czasie na jeziorach łysii niewykształceni w śnieżkach ślubować poczęlimeble się przesuwały same w pokoju gdy orędowali –zęby w ścianę zęby w ścianęzapaść gęgniętych perkozów na takichwyspach jak to molo wypadło przedstromizną pojezierzasiedziałem w gnieździe poetyzapadły się historyczne tezy w chłopachale jeżeli będziecie przezywać chłopówto ja wyjdę z tego miejsca, czyli z Sejmuwprost na Wiejskąpogoniłem kota na wschód odbił sięod częstokołu uderzył o bramę zębempoczwarki wychyliły sięz organizacji wiecznie żywych plwają na nie zebry plwają na słusznych obydwożerca jeździ autem a nie czołgiem – powiedzmy sobie to – powiedzmy wreszcie sobie to –czas wyjąć strzały z sumień
>>>
* Na moście w Awinion*Ostatnia wybiła godzinana moście w Awinionostatni przejechał pociąg baletowyz Biskupina do Budziszynawedle stawu posypały się razyprzeszedł wykopany majsterpo pewnym czasie spopielone szczątkiprzemówiły, bracie, oj przemówiłyostatnią wole wyraziłyna zebry weszły wbrew kwiatomoprócz koneserów ciężkich przestworzyzmuszony jestem zapraszaćniewybredne sprzątaczki lewych patronówspójrzcie chociaż na ciemięzcówoni biegają po klatkach zachwalają radyodezwij się do takiego, to ci zapłacii wykona przysługęostatnie szelki nad oceanem trzasły z bicza wtedy, gdy był to momentnajbardziej nieodpowiednizgromadzenia guru podeszły do sprawynader siermiężnie i siarczyściepodejdźcie no tylko – wykrakali Polacy– podejdźże no tylko – wykrakali Polacyz nami jest Niemiec, z nami brat Wandalwielkie smutki i oczywiście nie nadworne sumieniaz nami zanim znikąd krewostatni Moskwianin tarmosi Europę za poływy mię wy mnie poznacie towarzyszeKujbyszew nie zawierał w sobienic a nic wulgarnościzaprzepaścił grzebieńnie mało strąceń za toostatni raz podaję ci raphaholinkomuś trzeba skraść komżęzakończyć razem z gawronamijestem dudek jak trzebaumiem się stroszyć w trawach i czekaćjak Basajew jak Yehudi jak Pendżabjak wszyscy na moście z Pięcioksięgiem
>>>
* Among *AmebaArmstrongAmong ludwisarz klawikordAntoineAmerigoApostrophe piszczałka strzelistaAndegawenkiAsztarotAmur szczęk łańcuszków i zameczkówAnnoAprecjacjaAszu ciągle dzwonią brodaci naciągacze
>>>
* Moje Ja *Wdał się w pyskówkęjak długa jest rola pewnego tułaczaa tego mi nie żal, co nie czuwazmień teraz sercepo którym spotkaniu wystąpisznawet nie wiesz jeszczejak wielkie są oczekiwania Teresywypaplała, co wie i nie wie zarównosowicie nagrodzony i popularnyz którym porównasz sięz którym wygrasz tę bitwęmoje jawne kontakty są skończonedumne tłuste ryby we wnętrzu uchapokaż mi drogęa nie mówiłema nie mówiłem, że z tego nic nie będziepo twym mleku można się spodziewaćjuż dokładnie wszystkiegospójrz na dziewczę i piorunskończył podstawówkę i pod wieczórzerwał z niej odzieniepowiedzmy o wierzbachjak na złość jej wierzbachpodjechać czy nie podjechaćludowe skamlenie w Zawichościetam dają ludzie prawdziwimoje skamlenie się nie liczywedług Wisły kolejarze rządzączerwonuch płynie do nurtu głównegopiasek przestano wydobywaćczerwonak stoi na czatachjesiotry wykończone turlaniem stanęły okoniemczarownympo kolejnym krachu ockniętatam slipy leżą po niewczasiezaiste spadł z drabinyocknął się i rzekł –a moje ja to już się nie liczy
>>>
* W mezozoiku *Spróchniałe rzeźby dewocjonalia małezaprzestałem ich nazywaćsą i bliscy i pukają do drzwi niebaw zielonych płaszczach i kapeluszach nałaciatych głowach nieobraźliwychprzede mną drżą w świetle ołtarze zaprzestanianaprzeciw zgubne ich czupryny i zegarkimam świadomość, że nie żartujągazety weszły tylnym wejściemczuwam nad ich uczłowieczeniem ostatecznymwierzby zaskrzypiały w dewoniepoświeciło poskrzypiało puściłokartki papieru na podłodze deski zostawiają śladyzmożona chorobą siećzmrożona śniegiem Ulena Rosjankapotwarze na zebraniach gdaczącychzaokrąglone twierdzenia biednych robotnikówwezwany karnista struchlał na wiecupo pewnym czasie zatrzymała się kolumnaza załomem zaczęli się myć i pienićon wytonował wypowiedzi a onago zaczęła naśladowaćpoprawnie skrzeczące łapserdakina plaży w lutym na plaży bez psajak odludnie jakby organy przestały graćjakby harfy zatonęły przed klifemw mezozoiku>>>* Z peronu na Marsie *Z peronu na Marsie wyruszył pociągto nie była stacja to był peronpo pewnym czasie zastopowanyprzez wieszających kiełbasy – stanąłW tunelu śmierci zakłamani politycyzaczęli budować drezynę na prądwyszedł z tego wieloryb stalowyna kołach żelaznych i dało się nim jechaćruszał płetwami jak aniołŚmiało podnieśli szlabanyludzie zapłakali nad rzeką, gdywjechało to to na przedmieścia ich wodnej wioskiZ oazy na Marsie wyruszyła karawanasen morzył po drodze dźwigającychłzy nie dawały spokoju jak purpuraotaczająca chytrze krajobrazdostrzegli spadające ze skał nagie dzieciPod górą zaczęto wyrąb przedświątecznykobiety zerwały się do życzeńmężczyźni nie byli tacy zadufanio potem to ich już wcale nie byłoUderzyła na alarm Wenusdosłyszały to inne planetypogalopowały telegramy i kondolencjePierwotna śmiałość dzieci w tunelachzmieniła się w zakłopotanie nastolatkitunel świecił pustką, gdy świece gasłyPokaleczone warkocze skręconych rakietspocone karki stojących w oczekiwaniuna wędrowcówbanalne chwile skupione w kulachpożądanie Słońca na szczytach wulkanówomdlewające dziewczęta w ramionach chłopcówwielbłądy w ramionach kobiet z Marsa>>>* Planeta do budowania kościołów *Zerwałem mosty na Saniepanie przeszły wcześniej zostałem sampod drugiej stronie ja łowca łopianówDziękowałem za deszcz dziękowałem za pamięćpodszedłem do brzegu by się zachwycić kobietamiNie dane mi było poprawić się w siodlesiodło odpięło się odpadłozostałem bez konia, który pierzchłSzkielet spadł z konia jeszcze w stepiena kurhanach płakałem i patrzyłemna dziurawiec smętny w rowiePo kolejnym wyroku Kozakówposzedłem z procesją pod sztandarySobieskiego po to by się napatrzećpo to by się nie spalić ze wstydu do cnaMała moja z włoska się wołałapieliła sałatę i karczochy zanim przyszedł Attylai zabrał do haremu trzystuPodpaliłem Grody Czerwieńskie zanimzniknęły w bagnie jak Biskupinzaopatrzyłem mumie Słowian jak jakiś profesorpograłem im na gitarze zaraz po tym jakspadł śnieg i zamarzły pierwsze kawkizanim jeszcze zanim zamieniono ich w mumieNasz niesforny brat Abimelek poszedłobrażony nad rzekę Moskwę i odgrażał sięja stałem i patrzyłem jak odchodziz zielonych moich wzgórz wytęsknionychgrałem na gitarze bogaty patrzyłem na samolotostatni polski samolot jak Broniewskina Broniuszyca pod Grunwaldem przed bitwąZa mną drgające kogucie grzebieniepode mną łamie się powierzchnia jeziorapo którym zacząłem iśćwłóczędzy wołają mnie nad Bajkałkobiety częstują ogniem na odległośćpoczekajcie jeszcze muszę pokochać dzikusównie pozwala mi sumienie zwiedzaćplanety bez miłości wrogówz dziesięciu przykazań któreś obróciło sięprzeciw mnie i jestem biedny tak samojak Chińczyk obecnej dobynierobotniczy, ale jakże wschodnichoćby księżyc był jak kobietamnie planeta się marzy do budowania kościołówstamtąd wyruszyć można bez płaczuw zaświaty* Tam tamy słów *Żeby mówić skromnie nie tylko się trzeba urodzićale także trzeba umieć się uśmiercać w sekundachponadto, co wystaje z trawy nigdy nie dostrzeżeszzbędnych myszy mających ślinotokJak każde dziecko skorzystasz z lotów jastrzębia po niewczasie skumulujesz zawartości chmuri powiesz: oni nie są małostkowi oni nie mówią nicJednakże krew w żyłach rytmem daje znakicałując usta gorzkie nachylając się nad grzybamiczujesz tam tamy słów i ucieczki uczuć jak krowyPo co wędrują cienie do gór srebrzystych po co może ty to wiesz może, lecz czy powiesz?Pewien mleczny starzec tarmosił kolana gładkienie nie mówił oczywiście nic robił to w milczeniui zasłużył na miano strajkującego prezydentaFajnie to powiedział jeden zjadacz kapuśniakóww jakimś sklepie z wannami i masłami w kącieucz się dziecino ucz skromnie pracuj na jutropo jakimś czasie jastrzębie się zatrzymają na niebiemoże usiądą na brzegu wanny może na parapecieGrzebalne wiatraki na wzgórzu majaczą w oczachostatnie podrygi wiatru przemiana kontynentupo każdym lecie w lesie po każdym lesie w świetleNie kop w dekadenckich miastach szukając rurnie wgryzaj się w ziemię przed księgarniaminaprzeciw restauracji najlepszej w krajuzamiast poematów i ciszy ślina ślina ślimakw skorupie* Zaanektuj pierworodne skamlenie *Zaanektuj pierworodne skomlenie i miłosierdziez Kitajcem przysiądź się do stolika nad brzegiem rzeki Amuroj, brzegiem – jak Grudziądz całymewy skośnookie będą siadać ci na wytatuowanym ramieniubrawo decydent, brawo – tak zawołajądziecko tonie w bieliźnie – otrzaskany w pianachtym razem zaniemógł z miłości – uratował dzieckoponownie można istnieć, ponownie można zjeżdżaćprzerzucając się z tematu na tematpo jakimś czasie wsiąkną wrogowie w woalkijakiś król napoczął tort w kręgu betonowymprzykucnął jak błazen nad szeroką rzekąoj, szeroką – jak lotnisko w Królewiepoprawione zeszyty poprawione przemówienieto jego twórczość to jego nie odejście w cieńtylu było patriotów, tylu było utyskiwaczyna litość Hitlera, na litość Tantalapowąchać różę skorzystać z zamieci trafić w ten czasrzeka jeszcze płynie mróz krzepi jąoj, mróz – jak skomlenie węglarek
>>>
* W Niedzicy *Kaptur zerwałemstanąłem w Niedzicypomarszczyłem flagę na pewnoW kiosku pod zamkiem grali w zechcykakusił do kamaza gliniarzBerło ci dam – rzekł diabełwejdź ze mną tylko na góręja zeskoczyłem z tamywprost w słowacką dziuręZaczepiony na brzegach tęczyrozwiodłem się ze Słowaczkąnie ze swej woli, gdzieżby tamz woli samego OtrębyPobladła matkadziad puścił laskęciupaga pod ladę się schowaładyszel wybił dwa prawe zębywoda zalała odcinekPomarszczyć da się da i nic więcejpokątnie sprzedawać włóczkębladzi tartacznicy spijają denaturatpokurcze dymiąmielerzeorły zawzięły się na eskulapypofrunęły za miedzębiedne skręcone latarnie Bojkówwiszą ponad tym lasemMam małą składaną kózkęi granatów coś ze trzydzieścipowiem jej – tak przyszedłem k-tobiemoja dziewico z Zawratuk- tobie moja Niedzico suchaJak amentak skończę
>>>
* Martwe oczy Buddy *O Panie! Miłosierdzia wzywampotem skaczę w otmęt skalnyjak desperat czarnych różBoga wzywam z ekstazypewien nastrój może zabićkonieczność zbratanych różjak eskulap na rozgrzanym kamieniupotęgom urągam zasilony spokojem łez spokojem cudówmam w kącikach oczu świątynieodeszła kolumna i popiersie cesarzajestem jak studnia rozpaczybez dna wypełniona Jezusemniechaj Cyklady i fiordy wespółniechaj cedry Libanutylko raz popatrzę w oczy Buddy martwepotem Bóg mój spotka mnieumorusanego pijącego wodęna zakręcie historiizabierze leżącegowprost z łąkowego ruczajumeandry mórz śródziemnychpoczynam sobie żwawobo wiem, że jestem nieśmiertelnya po tym jak skupiłem swoje myśliufam westchnieniombiałe karty żółte place bojuwzywam siebie do powrotu z ideipomiędzy stworzeniaMiłosierdzia, Miłosierdziadla stworzeń nieidealnych
>>>
* Od głowy zaczyna się wszystko*Od głowy zaczyna się wszystkoserce przebite na wskrośod głowy ryby i człowiekadynamit w sercu skrzatastojący na wzgórzu rzuca hasłalecą ponad bagnamizaprzedany nie cierpi a jęczyzaprzedany pulsuje życiem perwersjiOd uszu zaczyna się koszmarna cienkich linach stanąćzakołysać się zdecydowaniena wszystko opaść na wszystkopewnego razu omdlałe kotynie zdążą przed zmierzchemgdzie nie zdążą?od głowy można wymagaćże przestanie ręka katować człowiekaod uszu nie
>>>
* Działa jak utleniacz na korę mózgową *Otwarte są przestrzenie śmiercidla wszystkich otwarte, tak jakprzestrzenie życia wiecznegomożna rozbłysnąć gwiazdą w sercukosmosu lub w sercu dżunglimiałem słuszne poglądy nawetdzieci je tolerowały, ale to byłydzieci kosmicznemiałem czarne westchnieniamogłem je zanieść do Harlemuale gdzie go znaleźć w Szopienicach?po tym trzęsieniu ziemi, gdy spadł meteori ukazała się kometa podszedłem do ciotki by opowiedzieć jej o symbolachczasu i archetypach czasówzrezygnowałem jednak z tegoi wypowiedziałem tylko jedno słowo – przestrzeńale i tak wyśmiała mnie różańcem twierdzenie jeźdźców przekraczających rzekę,że Dziki Zachód jest dla wszystkichwydawało się przesadzone na wskrośjednak po namyśle uznano je za słusznekogoś można się wystrzegać zawszeBoga nie można się wystrzegać dłużejpo prostu pewien rodzaj czasu pewien rodzaj przestrzeni działa jak utleniacz na korę mózgowąjeżeli nie wpuści się kosmosu przezdziurki w nosie do chińskiej dzielnicyto sam Konfucjusz nie będzie w staniebez pomocy Jezusa powstrzymać rdzewienialuf myśleniai zamilkną na tej wojnie światów
>>> * Sagittarius *Sagittarius czuwa, nie śpinie można go zaskoczyćchoć czołgi można wytoczyćzza wzgórza, gdzie stoją szklarniepadajcie cietrzewie Pusztykulejcie byki Baszanupopiskujcie ranne łosie Kareliizasypiajcie niedźwiedzie Uraluniech zadrży grot srebrnySagitarius zza siedmiu mórzprzybył do nas statkiem-arkązmęczony zasnął jednym okiemjak to możliwe?podtykają mu pod noswodę mineralną z solami światadziecko tarmosi go za ogonlecz jego ręce opadły wzdłuż ciałacięciwa nie dzwoniczarny pień przy nabrzeżurozbija falą niesioną meduzęa piasek na plaży rozciera jej resztkiSagittarius pomału zaczyna domyślać siępoczątku i końca swoich snów
>>>
* Wyniosłe dzieło *Wyniosłe metasekwoje to więcej niż dziełowyniosłe kobiety to pozy i pozowaniestojąca z pięścią licząca na kochanienie jest arcydziełem, lecz jarmarkiem próżnościpotężne nieba potężne tęcze potężne błyskawiceniewyniosłe potężne kobietydeszcz do potopu podobny zaskakujący na piramidziestwórzcie coś na kształt ucieczkiklatki większej niż historia lub sercesosny na maszty szyszki na granatyto mi dajcie, gdy zdrzemnę się przy wiśnipomiędzy olbrzymami z bajekwyniosłe wieżowce nie będą mi nigdy dziełemdinozaury spalone w kaprysie kosmosui ja w ucieczce odwiecznej z talentem i gniewemna purpurowym tle – to jest arcydziełoostał się zgnilizny czad ostał się po czasach niedawnych ostał się pień i węgiel z sekwoia w nim otwarte szyszki to miliardów milczących nadziejaarcydzieło zasypia za drzwiami dziecięcego pokojululajże mały piorunie, kometo, zesłańcu, metasekwojolulaj!
>>>
* W kręgach niebieskich *Zamknięci w kręgach niebieskichpamiętamy o władcach tego światażmudnie przewracamy skiby czasudo znudzenia do znudzeniadewocjonalia dzielnic i wsi zapomnianychkołyszą się ponad głowami lasamizaprzedajemy historię wynaturzamy wspomnienialuksusowe nastroje niosą nas jak latawcepo jakimś czasie wracamy w snachtam gdzie rozbita budka telefonicznaa w niej dzika gryka i lebiodapewni swego dusimy indyki klęsk narodowychrozwijamy sztandar śpiewamyod twardych skał przyjmujemy pouczeniaod skał wulkanicznych uczymy się modlitwżeby ciąć równo podglądamy nauczycieli w domachwystajemy na dachach oparci o antenyzdmuchnięci w końcu przez byle zamiećłapiemy się parasoli lub dojrzałych dmuchawcówpo co żyjemy dobrze wiemypo co żyjemy zapominamy zbyt pewni siebie niebianie
>>>
* W rozbitej szybie *Smutny dzień w końcu lataukraiński barszcz płynie po schodachkrewki uchodźca skacze do oczujakiś cygan rozbiera się w okniesmutny dzień w rozbitej szybieniemieckie sztandary zwisają podartelitewskie strzały wciąż lecą ze Średniowieczapo takich samych letnich burzachnadchodzi taki sam zwiastun pokojusmutniejsze od Dziewiczych Wysppo sezonie kurorty Syberiitam bezrobotni łudzą się nadziejąbetonują nogi cmokają i gotują sięw międzyczasie Abraham ponowniewyrusza z Ur i idzie tym razem na Wschódna wycieraczkę kapią krople barszczutętent konnicy czasu słychać wciążrosa na brwiach jest jak potrosa butelkowana w cieniach i lasachsponiewierane obrzmiałe ręceklaszczące za naród tłuczone jak mięso na kotlety zsiniały całepancerniki cumują spokojnie w Azjiomułki pacyfistów zbliżają się do ich kadłubówsmutny dzień w końcu latajest jak pocałunek zasypiającego koniaw policzek śpiącej królewnymodre natchnienia ulatująbarszcz wzbiera
>>>
* Poczęła skruchę *W zaokrągleniu powierzchni poczęła skruchęw zepchniętych z drogi wrakach zakotwiczyłamałe dinozaury na wymarciu cmokały w łopianachnie wymarły jeszcze długo jak się spodziewanomiliardy złotych i srebrnych dusz wypełniło sięjak mgłą zarzewiem okropności niedzisiejszychmądre ranne rosy zrodziły bielmo dla oczuskoro świt wstałe zdmuchnięte jak świeczkapo upadku planety na planetępoczęła skruchę bezwstydną na długie wieczoryznienawidzono ją w kręgach organizacjizdrzemnęła się podczas obrad w kirkuciei wykluczono ją definitywnie pozbawiającpokuty, legitymacji i środków pikadorasłuchajcie jej jak zawodzi niewidocznapo co tak zawodzi, dlaczego tak zawodzi?powodzie wywoła i zaczną śpiewać o tym pieśniprotestujący od zawsze, protestujący w każdym pokoleniuzemsta w łazienkach czeka jak sztuczny kwiatpewne ręce niewidzialnych osób wyłaniają siępośród liści jak realny celuloid marzeniaporwij ją na księżyce zasłuchania z wannyporwij ją podczas zaćmienia porannegozwycięży i tak w każdej sytuacji rozetniekażdą mgłę będącą wyrzutem>>>* W miejscu dawnej katowni *Pocisk i JaźwiecBiodrowicz i Rawicznazwiska wydrapane na tynkuratusz mieści kawiarenkęw miejscu dawnej katownijak tu miło dziśspotkać można kumoszka jak chmurkęwesołego jak wicherek wesołego jak zbireki Sklęczan i Drwęczani Hanus i Zaciosnazwiska wydrapane na tynkuPod papugami jest długi cętkowanyoburącz przyciśniętyi rozparty o bar konfederat kujbyszewskiten ma nie daleko do klasztoruma nie daleko do bronima nie daleko do grobu pod krzyżi Specjalnościowy i Faktowiczi Mazan i Lubicznazwiska wydrapane na tynkukaczan na frontonie, a kyszstara frajda stara jak szkapaona nie nasza gdyżbiegnie po falacha kysz takie kawiarenki>>>* Międlenie na słońcu *Zaprzestanie międlenia na słońcuto jest pewien procestego się nie robi, ot takmiędlenie różni się też od zaprzestaniaTejkowski, Tejkowski, Tejkowski Żydzi to Syjoniści, Żydzi to Syjoniścito zbyt logiczne chybawięcmiędlenie przenosi się na terenylenne>>>* Miki do Herszta Piratów*Abrarakurciks zagadnął Wercyngetoryksa– powiedzże mi bracie, jak to zrobiłeś,jak wyprowadziłeś w pole Juliusza CezaraWercyngetoryks mu na to – brachu,sam wyszedł, samiuteńki – po latachMiki skorzystał z okazji i podszedłdo Herszta Piratów – nie uderzał go tylkospytał delikatnie – jak ci się wiedzieherszt piratów mu na to – brachu,wiedz, że piracenie nie jest łatwe – i zniknął>>>* Odejść bez ciebie *Zrozumiałem, że nie mogę odejść bez ciebiezrozumiałem, że mogę zrobić tylko tona co ty mi pozwolisz, że mogę mówićtylko to, o czym ty pomyśliszzawiodłem się na samym sobie, takaplażowa słabosilna wolaPowiedzże kokietko, co myślisz o mnie?wstaję w nocy podchodzę do oknawypatruję ciebie tam gdzie osiedleprzechodzi w buraczane polagdy tak stoję w pidżamie jak Zappa,co myślisz o mnie?Wietrzę podstęp, kupiłem koniapogalopowałem tam gdzie kazało mi przeznaczenieskąd dolatywał twój zapachskurczyłem się jak tylko mogłem najbardziejpokurcz z ciebie – powiedziałaśten twój głos dolatujący z fabrykite twoje okrzyki dolatujące z zagajnikachciałbym poszukać tego ptakachciałbym się ruszyć wreszciei nie mogę, bez ciebie nie mogęruszyć z mojego miejsca przed oknem
z którego widzę wszystko nawet nocą
>>>
* Pomniki *Rzeźba kaktusa, kaktus jest sumieniemheloderma zasypia w jego cieniuja nie mógłbym zasnąć jak onachociaż jestem w samych plamachskamieniałe wypowiedzi historykówzamienione w marmur postaciNeron najpiękniejszy tam ze wszystkichniezapomniany podpalacz i żona Justyniana W.wielki kamieniołom nie zawsze jest świątyniąwielkie samochody wywożą pokruszony materiałna drugie wcielenie Breżniewa i Jaruzelskiegoa szczury są większe w lochach Ławry Peczerskiejjuż ostrzą zęby na ikonypodźwięk nad wielką wodą sunącą do nikądnikt wpław nie przeprawia się dziśkoniki kosmate nie niosą strzałobrewychczekam przy brodzie na lewiatana żywego wciążalbo go zatrzymam, albo zginęzamieniony w słup soli kamiennejnie oglądając się na innychtoć, męczennicy nigdy nie umierająkardynałowie czekają zawsze na śmierćtoć, święci nie mają pomnikówtylko ludzie
>>>
* Tu nie poili *Zewsząd przybywszy napoili konieponiechaj złota, to nic, Bonanza może poczekaćzapłać, co masz zapłacić i spadaj w kanionjest taki stolik we Frampolu, stoi w barzesamotnych pijaków, na zapleczu oblegany grillty tam siedzisz, wielki Grizzly ze swoją rodzinązłotodajne dziecko nie sięga głową blatutwoja pamięć w sosie na talerzurosyjskie wspomnienia, oj wspomnieniaZewsząd przybywszy, zerwali pagonyrzucili je do stóp, nie, nie moichdo stóp kelnerki, kierowniczki urzędu strachujest taki odpust we Frampolu, nieopodalcmentarza, na dojściu do kościołaciągle słychać tam – jedźmy, nikt nie woła, pójdźmy do klasztoru w Leżajskuzapytajmy brata furtiana o punkt zwrotnyw dziejachdobrze trafiliście złotoszukacze – powieOdzyskawszy wiarygodność sięgnęlipo narzędzia zniewolenia, i jeszczeten kompot na stole i słowa – tu nie mai nie było ich koni, tu nie poili, zdawało ci się
>>>
* Otworzył Anioł *Zapukałem do drzwiotworzył anioł –czyżby to już się wydarzyło – pomyślałemnie przypominam sobietych dziesięciu krokówzapukałem do drzwi nieba,otworzył mi Archanioł Gabrielpopatrzyłem na jego ognisty mieczna którym wsparty stał jak Michałzdjęty strachem pomyślałem –chyba jednak coś się stałozapukałem do drzwi nieba –ktoś stamtąd zakrzyknął – czego?zemdlałem z wrażeniacucony energicznie przezzawrócone z drogi diabliceotworzyłem oczy –stał nade mną Jezustaki czuły, uśmiechał siępodał mi rękę i rzekł– popatrz nawet stracone aniołyodzyskałem dzięki tobie –i ciebie dzięki nim
>>>
* Co z wyrokiem?*Trefniś zaszedł dziś na rynekprzechadzał się pomiędzy kupcamipobrzękiwał trzosemkról go dostrzegł w tłumiekiedy był przechodził i domyślił siępo co on tu jestkazał go przywołać i podarował mu krowęco mu przykuło uwagęSamica krewetki wyszła na łówstąpała nowymi nogami ciężkoszukała błota i chłodulecz gdy nie znalazła wyschnięta wywiesiła jęzorstułbia się tym zachwyciłato jej przykuło uwagęKolejarz zwrócił mundurpo naprawieniu awarii sieciowejrozpłakał się, wbił sobie żelazny pręt w brzuchkrew wypłynęła szybko i była widocznana białej koszulito przykuło uwagę wszystkich strażaków,którzy ochotniczo byli w podobnych mundurachSekwencją filmu była budowa hutyw jakiejś wsi zatrzymał się autobuspasażerowie wysiedli z niego pokazali rękami – tami już po chwili poszli podziwiać piece do wytapiania żeliwaokazało się, że tę zagadkową budowlęprzystosowano ostatnio na wylęgarnię bocianówbo to przykuwało uwagę bardziejPochwalono rzucającego oczamii ten zaśmiał się rubaszniena okna wyszedł mróz a na kominy Murzynek Bambosłońce stanęło w tej samej chwili, gdy spóźniły się zegaryciało jamiste pokazało się na księżycu w kraterzea pijawka zaczęła ssać poziomkęi tylko to przykuwało wtedy uwagęTurbulencja boczna spowodowała opadanie balonunietaktowne na kwiaty w zimieupadku nie złagodził agent ze łzami w oczachcieć chciał mieć stanowisko, pieniądze i racjęwięc donosił na baloniarzywszystko przykuwało jego uwagęa co z wyrokiem formy?co z wyrokiem, który zapadł tak dawno?co z karą nieodbytą ani w niedzielę ani w poniedziałek?a co z cieciem, na którego nikt już nie zwraca uwagi? >>>* Stowarzyszenie Niedoszłych Kangurów *Stowarzyszenie Niedoszłych Kangurówjest dziś rozwiązywane w sądzieprzyjdź popatrzeć na piękną rozprawęstary mniszek lekarski został zasypany śniegiemkawałek tortu pofrunął ponad dolinąotworzyłem usta chcąc go złapać na ząbledwo uszedłem z życiemprzed rogiem zwisającym celowo z chmurnos mi na kwintę się przekręciłskoczyłem więc po obiad to znaczy po kotletdo baru SNK>>>Wykopano w jamach szkielety robotnikówna czaszkach chwiały się kaskisosny w dolinie chwiały się, oj chwiałyzawadiackie chmury jakieś takie czeskielont sprzedano dzikusom zapałki sami dorobilia ponieważ nie znali słowa nieśmiałośćosmalili sobie wewnętrzne strony dłonikrew się kąpała w osoczu, gdy nadchodził czas jej i jegoza szafą się ziściły plany podboju ląduza szafą zszarzały oczekiwane realizacje planówtak źle jeszcze nie było w torbachzewnętrzne zebrania skusiły tancerkimniej było nagości więcej wirowaniamniej było inteligenckich dąsówza to więcej trwogi w losie jak księżycbieda się rzuciła na wędceoczy otwarły się szeroko na biedęi dostrzegły miłość w małości>>>* Materializm nie wytrzymał kolejnej próby *Wyrzuciło tę skargę na brzegwyrzuciło miotłębracia syjamscy oderwali się od ziemi i opuściwszy ją na zawszeudali się na poszukiwanie wolnościkażdy w swoją stronęMaterializm nie wytrzymał próby kolejnejbędąc człowiekiem bojaźliwym oddał się na służbęnie skorzystał z prawa łaskiZakręcono statkiem powietrznymzakręcono ludźmi znajdującymi się w nim przypadkowołatwy proces rozmnażania przestał być łatwym niespodziewaniezniknęły prawie ruchy wskazówek z cyferblatów rozszalałych w dwójnasóbTotemy kambodżańskie przestały być kamieniemw kierunku zachodnim przerzucono je ponad Tybetemtotemy zaryte w stepach nad Donemjawiły się monstrualnym meteorytemjawiły także się wyrostkiem robaczkowym AzjiOśmiornice oceanów zmalały równieżjednak zostały tak podzieloneże przypadło ich milion na jeden litr słonej wodyto spowodowało ich ekspansję od portóww kierunku wulkanicznych, ale młodych i starych górZaprzestano produkować plwocinęzakasłano na cześć wiatrupotrząsano buzdyganami tatarskimirzucano oszczepami bambusowymitargano kołtuny ludzkieZdrój leśny uciekł do miastanienawiść zduszona przez ośmiornicenie stała się pożałowania godnapewni mnisi donosili zwycięstwa do głównego placupozytywne kule zanurzyły się w wodziei nie wyparły jej – to były idee* Teraz nawet konwalia płacze*Teraz nawet konwalia płacze materiał ludzki zrobiony ze słowa widziano młynarza w kuźni widziano wóz przed koniemTeraz nawet mysz płacze mimetyzm człowieka potrzebny jest wiekom w porcie stoi okręt w przystani stoi żaglówkaTeraz nawet strzecha roni łzy gniazda ludzkie pełne są odchodów rozcięto kaszalota na pół rozcięto młynarzowi łuk brwiowyTeraz nawet zima płacze puch ludzki nie może wciąż opaść na ziemię radzieckie młyny zmieliły mózgi Boga utożsamia lud z kaszalotemTeraz nawet tęcza płacze duch ludzki wciąż jest jajem na stu młynarzy tylko jeden miele na stu młynarzy tylko jeden nie donosiłkowalowiTeraz nawet dziecko płacze rodziciele zapominają o czasie, przyczynie i słowie po stu latach spędzonych w kaszalocie młynarz jeszcze nie dojrzał do prawdyw wątpiach zanurzony>>>* Tędy przeszedł wiatr *Tędy przeszedł wiatrnadęty jak upiór z piramidykorytarz dla niego ma specjalne zakrętynietoperz dla niego z najgłębszych jaskińlaweta służąca wiatrowi zepsuła się niespodziewanielegenda śmierci i pogardy poległa na dnieczarna konnica przecwałowała podziemną katedrąkorzystna pogoda zmarnowana trwalejeżeli deszcz podjął temat symfoniijeżeli sen podjął temat symfoniijeżeli ciemność udowodniła, co udowodniłato czas na wyznania żyjących skrzypkówmajaki wiszące, kościoły olbrzymie, wieczystośćciepło poszło za cieniem wiatruserca kolejne nie wytrzymały cięć inteligencji>>>* Smętek*Zamieszczono kolejarskie rymy w czasopiśmie dla kobietprzeczytały je emerytkiz dwóch ich jedna zasłabła, z dwóch ich jedna pokochałasumienie odezwało się w jednejSmętek czający się w szuwarach rymówwyskoczył nagle przed drugą, co ją przeraziłoZamieszczono kuchenne reprodukcje w kalendarzu dla premierówjeden kwadratowy poeta amerykański syczał, grał na czymś i pojadał serweszły wysokie-śliskie eremitki i podjęły tematwślizgnęły się obrotne i skutecznie omówiły problem płciZamieszczono drewniane grafiki w czasopiśmie dla wchodzącychkolejarze całowali na śmietnikach bardzo odważnienieprzespanie stali za szkołązirytowali i zestarzeli się czołgającjeden zdenerwowany, jedna pałająca* Tewje *Tewje wyszedł z portretu dziadka– za mną batiaryzadzwoniły witebskie moździerześmiech mierniczego padający na deszczTewje wysiadł na bocznicy– nie widziano zdenerwowanego psaw starym edytorze tekstów jakieś „Q”za prymulą utworzony doniebny połyskprzez drabinę widać aniołyprecz uprzykrzone muszkiTewje zjechał na zawsze w nowy świat– akurat tyczka utrzymała wiatr w powietrzukroczy w oficerkach bekaszałomy snu w takich wiekachz łańcucha, kotwicy i kul armatnichpowstał TEWJEzanim wszedł w portret dziadka
>>>
* Gorycz po latach *Skądś muszę to wziąść, ale skądjakieś suknie księżycowe, jakieś zestawy planetskądś muszę to wziąść, ale skądledwo odpadłem w niebiesiech od siebiejuż każą mi na powrót przyodziać się w jaźńi to nie byle jaką, moją własną jaźńSkądś przyjdzie to, co jest przeznaczeniem orławtedy wystrzelą korzenie zerwanekościoły polecą za grobamiKiedykolwiek zetkniesz się z cokołamijeśli kiedykolwiek zetkniesz się z mauzoleamipamiętaj o niewdzięczności, lecz nie chowaj urazyJeszcze zielone anioły nie sfrunęły w to miejsce przegranejeszcze skrzydła nie dotknęły ziemi jeszcze wiatr nie osuszył śliny na wargachpolowanie rozpoczęło się znów, polowanie na ziemiMuszę wziąść jakieś rzeczy by wypełnić tę pustkęmuszę mgłami dopełnić magazyn czasunie wiem gdzie niejasności kryją się takienie wiem jak porwać się na kometypasujące do pełniZmurszałe tchnienia człowieka idącego po szczytachnie na wiele zdają się dziśdziś potrzeba goryczy spływającej ze snówsnów wysyłanych w galaktyki, co nocgoryczy powracającej po miliardach lattak spokojnej jak miłośćby wziąć udział w misterium trylogii istnienia
>>>
* Oś waszego mózgu *Nie wierzcie tęsknocie, nie wierzcie lebiodzie obie rosną bez sensu na rozstajach drógNie wierzcie politykom, nie wierzcie obskurantom oni dmą w rogi na wiatr na rozstajach drógNie wierzcie mężczyznom, nie wierzcie kobietom oni i one czyhają na waszą cześćNie wierzcie zasługom, nie wierzcie i biedzie jedno płynie rzeką, drugie pije wodęNie wierzcie księżycom, nie wierzcie łunom „ to tym jeno jest, co jesień zamruga na ścianach”Nie wierzcie konnicy, nie wierzcie sztandarom duma rozpiera wtedy, gdy rozumu brakNie wierzcie rewolucjom, nie wierzcie kaktusom z zawziętości na świat tak blisko do kłuciaNie wierzcie pauzom, nie wierzcie falowaniu stan waszego serca temu nie odpowiadaNie wierzcie ludzkości, nie wierzcie narodom oś waszego mózgu wiarą w Boga jestOn tylko czeka z jakimś sensem na rozstajach dróg>>>* Szeptała, szeptała *W świetle osiedlowych latarnizaznaczyła się sylwetka z dziecięcych marzeńodnalezionych w małym pokoikunie rozbłysły fajerwerki na niebienie zagrały fanfaryona przyszła wprost z ogrodu socjalizmustrzeżonego przez chłopskich synówzrzuciła ubranie na podłogęjej nogi w tę noc, cudowne nogizaznaczyły moją bezsennośćskromny pacierz opuścił jąi wszedł we mniesunęły te nogi jak dwa wężepo białej pościeli, sunęły nogi cichoby dotknąć nieśmiertelności mojego oczekiwaniaby zagłuszyć wycie fabrycznych syrenz demonami, ze śmiercią wtuliła się w moje ramionakrojąc każdym ruchem półmrokwyzwoliła się ze wszystkich wspomnieńoddała mi całą przeszłość, szeptała, szeptałasłowa jej zrywały się jak nocne ptakiszybowały w pokoju, szybowały nad miastemuleciały do nieba, aby dziś właśnie powrócić
>>>
* Nie sarkać, gdy przeszłość jeszcze przed nami *Kultywowanie sarkastycznych obruszeńnie prowadzi do niczegoten spacer nad morzem nie może być sarkastycznymoże też nie być fali na wybrzeżupodczas wymiany poglądówmewy narzekają, śledzie narzekająna pustej plaży każdy może być samotny,ja zawsze jestem samotny na plażyniebezpieczne są puste domki kampingowei sale kasyn z kłócącymi się żołnierzamizawijające do kanału kutry z makreląnormalni rybacy z okolicznych wsi klną na RządTo wystarczy, nie trzeba być nie w pełni aniołemczuć się jak pies przechodzący przez ruchliwą ulicęa można też sarkać na pogodę i na siebiepodczas pielgrzymki do LicheniaSuchy piasek w październiku, ciesz sięsuchy piasek w maju, ciesz sięjaskinia sucha, ciesz sięnieba zachmurzone, ciesz sięśmierć uśpiona w bagnach, ciesz siętatarak, świecące bagno, mokradła, dojście do morzaNie wolno sarkać, gdy przeszłość jeszcze przed namiłapać złamane latawce, łamać motyle latającesojusz starych koni, krokiew za molem, w koszu na plaży keczup– niech to wszystko leci ponad falamiMiłość wbita w piasek, chusta zmoczona ciśnięta w koszczule głaskać psa, muszlę, czule głaskać helikopter na niebiecierpienie w nocy obok radaru nie może być przyczynąnarzekania na ustrój człowieczy i nastrój nieboskiprzecież można zdeprawować nie tylko dziewczynęręce mogą zaplątać się w linynie plwaj, nie wyrzucaj sobie, nie krztuś się otulony gazemzapal jeszcze ognisko nad morzemzapal stos gazet na betonowym nabrzeżupomyśl o wielorybach samotnych bez ciebie
>>>
* Kadłuby funkcjonariuszy zawisły na basztach*Rynek przebiegł przed traktoremosły zaryczały na widok mułówciupaga została wbita w pień drzewapiorun przeleciał obokwielka ciężarówka skręciła w polną drogęJaś zachichotał w Oświęcimiukapelusze pospadały z główzamęt stał się naturą pewnej partiipewna partia ludzi wynaturzyła siękura wypadła na Rynek, krwiożercza kurazaszumiały wierzby płaczące pod pomnikiem żołnierzy radzieckichludzkie kości wysunęły się spod łopatz odkopanej rury zamiast wody trysnęła krewJaś zachichotał na dziedzińcu pewnego zamkuodbudowanego z popiołów zdradgłowy jego rezydentów obsypał srebrny pyłlampiony zakołysały sięksiężyc zakołysał się, sczerniał rozstrzelany przed latyjakiś facet o nazwisku Sobiesław Klepaczsikał na skałę z urwiska za miastemwielkie rzeki podmyły swoje miejskie skarpywielkie rzeki wylały i przeniosły brudy na ludzimuły rozpierzchły się po starówkachkadłuby byłych funkcjonariuszy bezpiekizawisły na blankach i basztachdo wyschnięciaich żylaste kończyny na kablach do prania
>>>
* Wiśni kiść *Deszcz objaśnia stany duchaniech nad moim gniewem zawiśnieposmutniałaś, wiesz, że się gniewamnie poradzę na to nic,że wciąż widzę spadające z nieba owoce kaktusówniech nad twoim smutkiem zawisnąukorz się, teraz, właśnie terazwciąż widzę spadające z nieba królikiniech nad twoim smutkiem zawisnąpowiedziałaś – dziś jest twoja szansarzucaj piłką do kosza obfitościalbo napisz przemówienie na przyszłą sesję parlamentulecą znów, lecą z nieba toporyniech nad twoim smutkiem zawisnąłzy pokazały się w oczach,czyż nie, nadchodzi wieczórkabała czeka na Żydów w Rymanowieniech nad twoim smutkiem zawiśniepokaźnych rozmiarów cieńpokazał się na suficie nad tobąniech nad twoim smutkiem zawiśnietak ciemno już jest na dworzechociaż wieczór długimasz mi za złe, że wciąż żyjęniech nad twoim smutkiemzajdzie słońcea ja spadnę ci w wyciągnięte ręcejak wiśni kiść
>>> * Wykopana kość *Spokrewniony z lisemzapas na całe życiemóc, mieć, potem brodzićzabrano spocone dłonie z książkispokrewniony z obsługującątemu krzynkę, temu na koniuszekod tamtego czasu fundują lewatywyspokrewniony z licytującymale to nie jest nisza czapkującegoza tego jeden, za tego dwaspokrewniony z rolą i solądługa podróż do Krakowapokierować wspomnieniamizapadła w śpiączkę, wyrosły chaszczespokrewniony z rytmem Milesacienko kogutom, zabraknie ukłonówdłonie czepiające się skałspokrewniony z kopaczemmieć na całe życiegadulstwo ukarane przez psawykopana kośćwykopana kośćwykopane pudełko i coś
>>>
* Nad oceanem krwawi lewiatan *Kupujcie w jedwabiachna południowej półkulitam zamontowano malujących w cudzysłowachwypiętrzone jak marketymiętą pachnące w środku miastadźwigające się pięścidecydujcie na rogatkachtam wyciągają ręcenieplujący, nienękającywszy na południowej półkulioprócz twoich łez możesz stracić tak niewieletiul trenu powiewa na schodachpatrzy ze stacji kosmicznejotwiera się dłoń jak nieboskłonnad oceanem krwawi lewiatanto łódź żaglowa uniesionaponad zmysły Neptuna
>>>
* Niewyspany biały legionista *Skory do gniewu i nie taki łaskawymemorandum wysłał na księżyc już w piątej klasieopublikował wspomnienia swojenapisał w nich o rogatym dinozaurze,który jest jego przyjacielem orazo filatelistyce i alpinizmie po lekcjachnadąsany na widok i nadąsany z dalekawidział pochody napawające odraząszarych ludzi pędzonych na śmierć w odświętnych strojach przed wstrętnymi trybunami ludowymiszukający kamieni, duszący gwiazdypędzący za bażantami młodości, prawie wychowanypieniący się przy byle okazjispiął dwa pasiaki oświęcimskiei podarował grającemu w kości cyganowizerkał, zerkał w trakcie na niąna niewymowne spędzanie czasu i przyjaciółmogli być oboje roznosicielami ulotektylko jego prywatnymi roznosicielami tylko jego uloteka zostali podpalaczami, koksowymi, wajhowymiwalczącymi z aniołem, napinającymi mięśniebrykał, brykał na bulwarze Waszyngtonatargał szmaty zwane szturmówkami i wrzucał do Wartyszturmował bezowocnie życie psaprzeżył, o dziwo, atak czołgów na jego harcerski obózdziś spisuje w memorandum żądanianiewyspanego białego legionistycoraz łaskawszy
>>>
* Spichlerz *Zawalony spichlerztakiż sam meliniarz Paprochi ta Luba, co podeszła pod drabinęweszła na niązaśpiewał ten gość z Ljubljanyzaśpiewał zauroczonyzamroczony wspiął się za niąspichlerz przewróciligołębnik przewróciligołębie uleciałynie bacząc na widoki z dachui na wieżę kościelną >>>* Po morze *Spojrzałem na polesiedemset lat zleciałopoleciwszy Wedy poleciawszy na Pomorze Zachodniespojrzałem jeszcze raz dokładniejprzemądrzałe panie na czubku palcawyspierobota gigantajednakowoż męskiej części dolinyspodobało się przejścieprzez Morze Czerwonei zalała się aż po piachzawrócili świnie z drogiposzli jeszcze raz po paniezaczytane zapatrzone zapomniane
>>>
* Tioma i ja *Spotkałem swego anioła w dzieciństwieTioma się zwał, gdyż Breżniew go wymyśliłpowiedział mi, że kołchozy to rajja zapytałem – co to kołchozy?nie umiał mi bliżej tego wyjaśnić, więc skrewiłto nie był anioł, na pewno nie, choć tańczył,ale tak jakoś pokracznie w półprzysiadzieSpotkałem żurawia frunącego tuż nad moją głowąciągle za mną jak cień, ciągle obok mnie jak pieszłapałem go za nogi i ściągnąłem na ziemięstój skurczybyku, krzyknąłem, szpiegu jedenja do ciepłego kraju tylko na wakacje Spotkałem jakieś monstrum w lustrze górskiego potokunatknąłem się tam na niego zamiast własnej twarzyskoczyłem w nurt rzeczki ciężkimi butamijak motyl zamachałem skrzydłamimój prawdziwy anioł złapał mnie za kołnierzmoje nogi przebierały pod powierzchnią bystrzajak po klawiaturze fortepianuzagrałem hymn radziecki z przyzwyczajenia
>>>
* Naprzeciw witryny z bielizną*Wiem, że muszę zdecydowanie wyjść naprzeciwtej samotnej ulicy w Krakowiewiem, że stanę na pewno naprzeciw witryny z bieliznąpowiem do siebie – to ja w stanikachmógłbym nie przestawać modlić się idącale przystaję by pomodlić się na prawdę głębiejwierzba za Kościołem Mariackim szumi a ja nasłuchujęmałżowina uszna rozrasta mi się nieprawdopodobniekości rzucono na bruk, kości wołówperły rzucono na bruk, potoczyły się jak muszlewprost pod nogi ojców założycieli komunizmujak każda pielgrzymka, tak i ta przez Plantywiedzie do Sanktuarium pod figurę Maryi przy Collegium Novumszkoda, że to czasy stanu wojennegoszkoda, że to czasy wrogów Papieżypijani zomowcy, pijani profesorowie, pijani dorożkarze kandydująświęci piją piwo, zwołują się pod wieczór na Brackiejwyruszają pod Hutę a potem na racławickie polawiem, że potoczę się z wału wiślanego jak pusta beczka po kleju i wpadnę w wodę jak nicwiem, że popłynę do Gdańska po zwycięstworusałka patrzy na mnie z tonirusałka w samym biustonoszujak ja
>>>
* Schody do nieba *Ze spokojem serca patrzę na łanieprzechadzające się wśród regliczyżbym odczytał coś na ich bokachWidzę też kózki skaczące po skałach pustyni– po skałach pustyni Moabuspadną, nie spadnąa ja nic sobie z tego nie robięa one ani tyleZęby wyczyszczoneczas przegryźć czystym kłempępowinęjaskinia ciemna to nie dla mniejaki ze mnie Dawid?czas na świat ChrzcicieliMoje drewniane myślipomieszczą larwy, ale nie pomieszczą gniewuwedług słońca oceniam cienieTe schody prowadzące do niebajedni schodzą drudzy wchodząja wchodzę z trąbą jerychońskąNa stromej dróżce pnącej się ku szczytowikolumna wojskowych ciężarówek mozoli się jak karawanana ich bokach widzę czerwone krzyżeNa odległym zboczu górydostrzegam grupkę dzieciaków arabskichz izraelską panią przedszkolankąna szczycie stoi krzyż
* Schody do nieba *
Ze spokojem serca, ale z zainteresowaniem patrzę na łanie
przechadzające się ostrożnie wśród regli pod Giewontem
czyżbym odczytał coś na ich bokach, jakieś symbole?
Widzę też kózki skaczące po skałach pustyni
– po stromych uskokach pustyni Moabu konkretnie
spadną, nie spadną, spadną, nie spadną
ja nic sobie z tego nie robię a one ani tyle.
Zęby wyczyszczone
– czas przegryźć czystym kłem Orientu pępowinę
jaskinia ciemna – to nie dla mnie, jaki ze mnie Dawid?
czas na świat Chrzcicieli stojących w rzekach Europy.
Moje drewniane myśli pomieszczą larwy korników,
ale nie pomieszczą gniewu millenium
według słońca oceniam cienie ludzkich sumień.
Te schody nad górami widzę prowadzące do nieba wprost
jedni schodzą drudzy wchodzą w ciszy
ja wchodzę z fasonem z trąbą jerychońską
na stromej dróżce pnącej się ku szczytowi
kolumna wojskowych ciężarówek mozoli się jak karawana
na ich bokach widzę czerwone krzyże, uff!
Na odległym zboczu góry Skopus
dostrzegam grupkę dzieciaków palestyńskich
z izraelską panią przedszkolanką
prowadzącą za rękę pierwszą ich parę
na szczycie stoi krzyż złoty
>>>
* Na palu Napoleon *Podjęto tę rękawicęjak zniewagępurpurą strojne licaoburącz przysunął go do ustto był palmiękki jak aksamitz ogniska na wzgórzuwyskoczyła żaba wskoczyła dzikusowito należy stwierdzićto domaga się stwierdzeniajak gdyby samoPodjęto rękawicę i wsunięto z tyłu za kubrakręka tam zostaławino polało się po stolenie miał kto utrzymać kielichaZagrzmiały armatyjako dziecię powiedziałem –mogę wspominać zarzewia wojen światowychmogę się wstydzić za niemogę przetaczać armaty przez Europęlecz tak naprawdę nie chcę gnićmoje myśli okrążają hrabiego de Sadei po chwili wykrzykują – Aaa! Fe!Taboret zbombardowany jak kościółgołębie Montmartru się podniosły co niecoponad stokimiednica zabrzęczała na schodach
rozstrzelani z armat potoczyli się na dół
Podjęto z ziemi rękawicę nadzieiodjęto pokutę lecz czy to dobrze
ustawiono naostrzony pal
Europa spiekła rakaja razem z nią wciąż żywypatrzę na wbity palna kurhan w deszczuna palu Napoleona pod nim de Sade
>>>
* Tam droga, gdzie droga *W którą pójdziesz stronę mój smokunie wiesz gdzie udać się na rozstajach drógpewnie myślisz, że jesteś zbyt głupi by zanurzyć się w pracy dla innychpewnie nucisz dla innych piosenkęsłużącą do marszrut przez światW jakich będziesz jeszcze opałach aligatorzetobie pieśń śpiewają bosonodzynie podobasz się tęsknotom gdyż podrywasz, co raz, co raz się co raz się podrywasz na próżnopucołowaty zbyt jesteś na żniwoPo twoich drogach czołgają się beznodzyzostawiasz ich za sobą w trawiegdzie spojrzysz tam droga gdzie drogagdzie droga tam księżyc tam księżyc w kałużachzabójca smoków>>>* Zapada noc *Powoli zapada nocgasną reflektory na sceniea zapalają ponad miastemludzie padają tak jak stoją na ulicachsekty podpalają zabudowaniastojący z baldachimem przebierańcywygrażają Jezusowizapada noc koty karmione są kulkami mlekana asfaltach rozgrzanychnie wracające do domówkoty wyzwolone drapiące łopianykoty szarpiące szaleje na dzikich skwerachdo pierwszej cykutypowoli rozlewa się nowa truciznapowoli umiera Sokratesjak socjalizm
* Koty drapią łopiany *
Powoli zapada noc
gasną reflektory na scenie polskiej
a zapalają się jedynie ponad stołecznym miastem
ludzie padają na kolana tak jak stoją na ulicach
sekty byłych ormowców podpalają jeszcze zabudowania przedmieść
stojący z baldachimem majowi przebierańcy
wygrażają jeszcze Jezusowi nie doczekawszy się wyreżyserowanej procesji
powoli zapada noc
koty bezpańskie karmione kulkami mleka na asfaltach rozgrzanych
nie wracają do domów sloganów i utartych haseł
koty już wyzwolone drapią łopiany
koty szarpią szaleje na dzikich skwerach
ranią do pierwszej cykuty wszelkie kudłate zielsko
rozlewa się wokół nowa trucizna sądów nieoklepanych
umiera w teatrze telewizji nominowany do Oskara Sokrates
wreszcie zapada przezroczysta noc
dzień jak postkomunizm gaśnie
>>>
* Wrosnąć ze smutku *Zasmucasz kolejny raz, zasmucasz małe dzieckomatka płacze po kryjomużona po kryjomu wyciera łzytwoje gepardy zasypiają na drzewach głodneślina z pyska im cieknie jak wodospadpodszedłeś pod skałę tam była jaskiniawszedłeś by popatrzeć w oczy nietoperzomnaraziłeś swoje życie zbytnio dlatego zapłakali najbliżsi właśnie dlategojeden gepard spadł z drzewa we śniezbudzony nagle pognał co sił przed siebie po sawanniea to dlatego, że upadł na jeżozwierzanietoperze z wielkim krzykiem wyfrunęłyz jaskini i poleciały na księżyc jak wampiryw to nikt by nie uwierzył lecz zrobiłeś zdjęciazostałeś bohaterem i nic ci się nie stałotych parę uczuć tych parę chwilcóż małe dziecko powoli dorośniewyrośnie ze smutkuoj, ty chyba nie!gepard goni, wciąż gooni…
>>>
* Przodkowie *Począłem martwić się z byle powoduty wiesz o tym i jaa stało się to w młodościstwierdziłem, że pośród moich przodkówzbyt mało jest carów ze Wschodui jak Kain zamartwiałem się dymemDeszcze przyniosły potop to oczywistejednak moją arkę zdążyli spalić carowiecóż miałem tym razem racjęa ty mówiłaś – nie zamartwiaj sięGawędziłem z braćmi o poczęciurewolucję chciałem zacząćpotrzebna była ściślejsza niewolapotrzebne były pułapki na cywilizatorówdostarczono wszystko pobito wszystkichi tak można było zacząć tę pszczelą pracęNad oceanem barszczu w lodówcezaczaił się pająk sfrustrowanyjak tam się dostał?to było nieprawdopodobnenie był chłopem przecieżnie był plebanem ani panemnie był zdecydowany na żaden biznesokazało się, że lodówka jest wyłączona,że siedzi tam z indiańskim wodzemz zaklinaczem deszczu z ZachoduPopłakałem sobie w kąciezjadłem tubkę pasty do zębów za kotarąwyszedłem znienacka by nagrać na magnetofon głos usłyszany w ciemnościachto był głos trąbki w mojej głowie tylkoSpokojnie począłem wycofywać sięnawet spuszczone psy nie przeszkodziły mi w podwórkowej akcjimałe pijawki podrosły i przegrodziłymi drogę do krainy przodkówpoczuwszy odwieczny zew krwinarysowałem drzewo palcem na piaskudrzewo Jessego
>>>
*Nie Politbiuru*Pośrodku politurowanego mebla wbito gwóźdźpośrodku ściany śmiechu wmurowano stołową nogękrasnal przysiadł na suficiew fotelu przyklejonym do sufituciułam komiksy? ale to nie ważnepo cóż miałbym tak czekaći nic nie robić, choćby nad rzekąrzeką wielką jak Cisa?patrzę na mieszkanie swoje nie swojesiedzę jak krasnal na Kremluboję się nie bojęufam NIE POLITBIURU
>>>
* Duch z Ur *Spada jak szalony z podniebnej przełęczyja mam na to patrzećja widzę oczami sumienia Trójcę Przenajświętsząspada z najwyższej góryoczy ma jak gwiazdy i księżyce w pełninie podobny do mnieja mam na niego patrzećja widzę oczami sumienia Trójcę Przenajświętsząspada z najwyższej kopuły w mieścierzuca się pod tramwajeogon ma jak kometazamiata nim ulice Krakowaja mam na to patrzećprzykro mi demonie z Urnie widzę nic oprócz wiatrunie widzę nic oprócz halnegonie widzę nic oprócz zamiecia oczami sumienia widzę jedynie Trójcę Przenajświętsząnie czuję się winny cywilizacjiani ogłupieniu narodów
>>>
* Żołnierz polski *Żołnierz polski jest tym, co zbędnew mniemaniu o sobieżołnierz gruchający wśród jastrzębina obrzeżach Ukrainymądre niechciane sierotypostanawiają skruszyć jego sercea ty wzleć biała sroko nad poziomy niecnotyprzeleć porohy powróć z witką w dziobie, na który nałożono uzdęwysmagaj generałówz piętra na piętro w dółz balkonu na balkon w dółspada sombrero mongolskiełapaj, chwytaj konie i jaki na lassopod Zawoją nie ma już wojska słowackiegopod Zawichostem Batuw Bytomiu Barbarossya pod Ujściem Karolakażdy żołnierz wystawia się dziśna czacie pod Szczebrzeszynem czekając na samego Chmielnickiegona próżnonadchodzą tylko jacyś ludzie z Gacimniemam o sobie patrząc z dachuwydaje mi się, że jestem Wielki Olekz k na końcu każdego słowakarabin mam na plecach przywiązany sznurkiemtrzymam straż krótkogryzę ziarna kminku gdyż ryżu nie dowieźli z marketupo jakimś czasie zamojskie zabytkiprzemieniły się w kopy siana na rzadkich ścierniskachorzełek przekrzywił się na furażercea ja poczułem się zbędnyi zacząłem strzelać do tych kopjak do srok udających gołębie
>>>
* Góra objawień *Po dziś dzień ją pamiętambyła Złota i Błękitnabyła dumna pośród kwitnących lipwyciągała do mnie ręcedziś to widzę dziś rozumiem Po dziś dzień majowe słońce jakby dla mnie stworzone woła mnie w każdy wieczór, o jak woła mnie! jakbym żył we śnie moje narodziny to modlitwaNieustannie dzwonią dzwonynieustannie drży dzwonnicazapach kadzidła umykaw szuwary nad rzekęniosę do domu pieśństarą pieśń z rzymskich czasów Nieustannie kwitnie dziki bez nieustannie kręci w nosie zapach czeremchy iluż ludzi biednych wędruje na iluż drogach tego świata szuka swojej góry objawienia ja biedny dotarłem do jej stóp i czekam
>>>* Zamieć *Spodziewałem się nawrotu zimyw środku lataspodziewałem się, że zmienisz sięwreszcie jak janiebawem spadł śnieg, piękny lipcowyśnieg padł na szczyty gór i na oceany zbóżmały chłopiec zanurzył się w łanstrzepywał płatki śniegu z kłosówtak spełnił się sen tak rozpoczęło się najkrwawsze lato w historii WschoduNie ważny rok i dzień, ważny fakttuż po rozlaniu krwi rewolucyjnejnadleciały anioły by posprzątać ziemięmogłem tego oczekiwać, zerwałem sięjak wiatr, runąłem sam na twoje łzy,z górskich kotlin jak cięciw wypuściłem się oszronionyZanim anioły dokończyły dzieław moich zeszytach pełno było pieśnitakich pieśni, których tylko rewolucjemogą wyzwolić w sercachzamarznięte ziarna, zamarznięte krople krwizamarznięty na ustach śpiew jak bólto wszystko znalazło się w koszachto wszystko pozostało tylko dla mniena zawsze i nie wróci więcej jużani zimą ani latem
>>>
* W stronę wieloryba *Skończyć z pewnym rodzajem złao tak, jakże łatwo zawołać – Moby Dick!skończyć z pewnym rodzajem złarzucić harpunem, ot, takw coś monstrualnie niepowtarzalnegostoję na rufie statku wielorybniczegosłucham słowiańskich syrennawołujących do zasadniczego zwrotuw życiu dotychczasowym, życiu nieuporządkowanym jak oceanpełen przypływów i odpływówgłębin i niespodziewanych rafSkończyć z jakimś rodzajem zławykonać solo na złotej trąbcesolo Dizzy`ego, solo Milesadokończyć je już na gitarzepo czym cisnąć oba instrumentyw stronę wielorybabiałego, uśmiechniętego
>>>
* Gwóźdź w dziąśle *Zaparło mi dechzaparło mi dech w piersiachpojadę samochodempojadę samochodem po naukęwszedłszy do zegarawszedłszy do zegara po wskazówkipo jakimś czasie zadzwoniłapo jakimś czasie zadzwoniła do mnieale żeby miotać sięale żeby miotać się jak pijakgra na kongachgra na kongach łokciem knykciami nigdy palcamioto ja powstajęoto ja powstaję na horyzonciepotem kucam w kąciepotem kucam w kącie za firankąona powiedziałaona powiedziała to zamiast niegopodświadomość go powstrzymywałapodświadomość go powstrzymywała przed zerwaniemzakotwiczyło moje jedynezakotwiczyło moje jedyne dziewczęhuta toczy, walcuje, kłuje, roztapiahuta to wszystko przetapia w nasi kotwicekot dmucha na zimnekto dmucha na zimne jak kot syberyjskigalimatias amerykańskigalimatias amerykański jest jedzony jak gulaszjedzenie smakowało i poszlijedzenie smakowało i poszli po łyżkę z drewnagwóźdź w dziąślegwóźdź w dziąśle to jak niespodziankazaparło mi dechzaparło mi, przeto dechsztachety służą w Polscedo gry na kongachdo jedzeniado rozmowygwoździe między zębami ranią
>>>
* Podwoje butiku *Zdumiałem się na widok twojego lasupowiedziałaś – zaufaj miwszedłem, więc weńdrwa leciały, wióry leciałygniazda rozbijały się o ziemięrozszarpane wcześniej przez świerkowe gałęziew lodówce siedział niedźwiedźcały struchlały ciemnościachczekał na mniezdumiałem się na widok twoich mchówpo rannej rosie poszedłem śmiałoprzez pajęczyny traw wszedłem na te poduchyzatonąłbym w tych mchachgdyby nie buldożer dziki jak ryśon wyciągną mnie stalową linągdy byłem już blisko dnaotworzyłaś swoje podwojeto były podwoje butikuzaproponowałaś mi układ a potem umowęzawarłem i podpisałemobiecałem dostawy drewnianych garniturówposzedłem na śniadanie by zapomniećoparty o ratusz jedną rękąwspominałem góry i lasywszystkie, które poznałemtwoje orły kołujące nad historiąmoje przemoczone butymoje kapelusze pełne kleszczymoja siekiera uśpionabyły jak krata i zwodzony most
>>>
* Jak druciarz *Nie idę drogami Beskidu jak druciarzsmutny koniec druciarstwa nastąpiłjest to po prostu nie możliweNie idę polną drogą beskidzką jak Świadek Jehowyzdobywający zapadłą wioskę polskądla religii wielkiego amerykańskiego biznesuAle wiem skąd wzięły się aligatoryw Popradzie, Rabie i gdzie indziejsą szybkie trudne do podpatrzeniałatwiej obserwować jest porzucone dzieckopłynące na krze lodowej – po DunajcuWiem też jak przeorać skroń Olkazmarszczką głęboką od troskizałatwię mu tę troskę – nie wykupiępolisy na swój uśmiechWiem jak przeorać policzek Olinapaznokciem wielkim i tępymjak laska sejmowabędę się bronił jak ryś z Maguryi nigdy nie pozwolę im podobnympogładzić się po policzku
* Na krze *
Nie chodzę już drogami Beskidu jak druciarz
smutny koniec druciarstwa nastąpił przecież
jest to po prostu nie możliwe
bo nieopłacalne i bezsensowne
dla racjonalnie myślącego człowieka obecnej doby.
Nie chodzę już polnym traktem beskidzkim jak Świadek Jehowy
zdobywający w garniturze zapadłą wioskę polską
dla religii wielkiego amerykańskiego biznesu.
Przewędrowałem tutaj jednak wszystkie szlaki i drogi
dlatego wiem skąd się wzięły gigantyczne aligatory
w Popradzie, Rabie i gdzie indziej,
choć są szybkie, zmyślne i do podpatrzenia trudne.
Łatwiej jest zaobserwować pociętego skalpelem
krwawiącego człowieka porzuconego w reklamówce
płynącego na krze lodowej po Dunajcu
ojców Sarmatów
>>> * Chórem z Babilonu *Spokój tylko śniętych elektrycznych węgorzyna Jeziorze Genezaretpodszedłem do siecipodniosłem jezarzuciłem z molo w KafarnaumŻydzi przerażeni pierzchlido Nowego Jorkuspokój tylko syrenyzaplątanej w sieci w Tyberiadzieakurat zagrzmiałodeszcz deszcz deszczowe uspokojeniestrach na dnienie dawał znakuspojrzałem w głębię grzechuz satelity zawieszonegoponad Palestynąspokój czołgów zardzewiałychpod Bagdademgruzy gruzy o czymś świadcząziggurat był, czy go nie było tutaj?wieża Babel była, czy nie?jem kisiel na schodachnie widzę ich końcamanna, o tak, mannagrzmi jeszcze?nie – odpowiadają chóremŻydzi z Babilonu
>>>
* Mój zamek na polach *Po ubogaceniu wszcząłem rewoltęmur postawiłem w dwa miesiąceskorzystałem ze światła księżycazdobyłem ostrogi i doświadczeniena stepach zbudowałem zamekcałkiem podobny do tego, co uprzedniosczezł na wiszącej skalepawie pióro sobie wetknąłemi powróciłem do korzeni byubogacać się ponownie od zarazkiedy się zagłębiłem w puszczę Drewlanwciąż myślałem o stepiekiedy z niej wyjeżdżałem na bułancenikt z jadących Tavriaminie chciał ustąpić mi miejscazgnieciony tuż za Przemyślemposuwałem się nadal na Zachódjuż dwukółką przez bagnamiałem wizje i widziałem już nowe polalądowałem i wzbijałem się nieustanniepotem na ostrowach czatowałem z pełną piersiązaczytywałem się gazetachwciąż zabrudzonych skandynawską smołą i ropąjakieś nadobne zające wyrywały z krzakówsarny migały między świętymi dębamizęby się ruszały na szczytachkorony nadlatywały w helikopterachdmuchałem na zimne bagnetyzadośćuczyniłem na stogachpogłaskałem dzieciątka i wrzuciłem pieniążekdo źródła poezji i pracy natchnionejpokiereszowany stałem u bram jak Rakoczy jakiś albo coś?wygrażałem pięściami sowieckim bramomjak jakiś Chazar albo coś?przecież i nie mnich kijowskichoć z brodą, muszlą, z laską i z woremzasnąłem wypełniony snem słowaw Gieczu
>>>
*Postanowiłem zasadzić skośne wiśnie*Postanowiłem zasadzić skośne wiśniewstałem skoro świt, odkopałem ze śniegukrzewinki i wyszedłem do saduprzebrnąłem przez dożynkowe wieńceodkopnąłem na bok pierwszomajowe szturmówkistanąłem nad ruczajemzacząłem kopać pierwszy dołekna jego dnie odnalazłem złoty rógpo chwili zastanowieniaprzyprawiłem go sobie do czołaa wiśnie wkopałem skośnieudeptałem ziemię i posikałem jąz tymi skrzydłami z papieru,które kołysały się przypięte do plecówi tym rogiem dyndającym z czoławracałem niezbyt szybko do domuwracałem sflaczały i zadumanynad losem pioniera w czasachjurajskiego socpostmodernizmu
>>>
*Nowe krzywdy wybaczyć daj*Powiedziałaś – stój na zielonych pastwiskach – zatrzymałem siępowiedziałaś – skacz w pustynię – skoczyłemłatwe zebry poczęstowały mnie krówkąniebne rozstępy były nadmuchane wiosnąpo pomarańczowym kokluszu pojawił się błękitnawy bronchitzłamany kasłałem, aż wiatr zawył z zazdrościkomin zachwiał się i upadł obok sfinksanie zdążyłem go złapać w fartuszekPalestyna wzywała przez radiobyła wojna chwiąły się katedry jak kominystanąłem na wzgórzu –nad murem płaczu zjadlem lodazałożyłem związek zawodowy rosyjskich pisarzy piszących w języku hebrajskim– bo to język sztucznyja zapisałem już pismem klinowymkolumnę w niewoli, tak to ja, jateraz zapiszę się do NKWDz takim losem, z takim posłuchemco powiesz to zrobię z sobą i z tobąPalestyno obiecana Piastowinowe krzywdy wybaczyć dajpowiedz – wróć
>>>
* Przejdź *Zanim skończysz te swoje lataprzejdź na chwilę do porządku dziennegonad tym, co nagromadziło sięi w suchej i w wilgotnej pamięcioświeć iskrą bożą te pokłady grzechui po rozhuśtanej kładceprzejdź nad nimi jak nad przepaściąPodpatrywane czajki, w którezamieniły się pulchne sąsiadkiwiklinowe witki wystające z zielonej łąkinad ruczajem, to małe dziewczynkisamotne i zagubione trzymające cię za rękęWrzeszczące gawrony na drugi dzieńgrzebiące w zgliszczach twojego ogniskato nastoletni chłopcy uciekającyprzed samym sobą, goniący samych siebierzucający w ciebie grudami ziemiJakiś skromny ciężar wymodlonyprzed kapliczkami w brzegach i urwiskachkapliczkami z ziemi i polnych kwiatówRyby po spuszczeniu wody ze stawuryby na patelni stojącej na rozgrzanej blaszeskowronek na tle słonecznej tarczyzraniony zwierz, zraniony człowiekczłowiek przygnieciony ciężką maszynąŁąka wzbierająca kwiatami to przeszłośćdziś łąka wzbiera krwią niesprawiedliwościdziś strumyk niesie zamiast larw i wodnych pająkówzwały lodu dając początek lodowcowirozorywającemu narodowe dolinyA gdzie indziej, tam gdzie stąpaszotwiera się ziemia grzechu upaństwowionego– niewybaczalnego Przejdź modlitwą przejdź wzdychaniemprzejdź ostatecznym oddaniem się Bogujak twoje dziewczynki na ruczajem
>>>
* Po przygodę *Poszliśmy więc po przygodęciemne mury podświadomości zatrzymały nasprzez bramę musieliśmy przejśćprzeszliśmy przez nią nad jakąś rzekąmam mało czasu mówiłaś – pośpiesz siębrak ci wiary – odpowiadałemziemia trzęsła się wszędzieja twierdziłem – to bagna podświadomościty – nie, to Barbados!dlaczego akurat Barbados? – ja nie muszę widzieć tego tak jak tyskoro zostajesz z tyłu i nie jesz tejpieczonej od rana gęsi, to zauważ,że przygoda czeka, że deszcz może zacząć padaćże wszystko to, co jest przed namiwzywa, wzywa i wzywanie narzekaj na żubry w Niepołomicachnie narzekaj na tamę Dobczycachściśnij mózg, wyduś wiarę z sercaBóg ci dopomoże, znajdziesz ludziktórzy cię poprowadzą przez tamyznajdziesz bladych i krwawych,którym ty z kolei dopomożeszwyjmiesz im te noże z ich plecówalbo zaorzesz im pole leżące sto lat odłogiema, ta przygoda jak grzyb po deszczubędzie rosła – szkoda, że tylko jednaale za to duża
>>>
* Mruczaj leśny *Mruczaj leśny stęchł w niedzielęposzły jeże po mchuza którąś miejską paprociąosiadłą w lesie przewróciły się na plecy, czyli na kolce stoczyły w wodęz zaczęły mruczećstąd ten mruczaj leśnyŚmierdzi, to las ci czy nie?siarką zalatuje, grzybów i tak pełnogdyby tak na rynku, ale tu są blisko lasupij piwo, jedz ogórki, wąchajjeśli chcesz, choć nie musiszpowiadam ci – niezłe są leśne mruczajezamiast wąchać możesz słuchaćpo co czekać, po co wzdychać, po co?Niedziela jest po to by się cieszyći świętować, bądź nabożnylas nie jest wrogiem, ani jeż, ani koleczarodniki paproci się starzejąa ludzie są nieśmiertelninauką ganiaj w las po naukęmruczysz coś pod nosem – słyszęnie dręcz lasu i nie dręcz mniepowiedz wreszcie głośno to słowoSTWÓRCA leśny
>>>
* MI*„A imię jego …”i od tego wszystko się zaczyna ….jeśli to wiesz to nie zabłądzisz ……..i nie dopytasz się jak nie wiesz ………JESTEM, KTÓRY JESTEMnic dodać nic ująći czego tu szukać więcej, jeśli to zrozumieszA ponadto angielscy policjancinie mogą należeć do masońskich lóż ………..a co z Mickiewiczem i Słowackim …….?co z współczesny – MI……………?co z kraksami na autostradach…..?co z polskimi policjanta – MI?!JESTEŚ?
>>>
*Co w twej otchłani tkwi?*Co w twoim sercu czai się?czy pamiętasz, kiedy tam się to wkradło?może to było w szkole podstawowej a może w liceum?może na jakimś studenckim rajdzie?pomyśl dziecino – kiedy to było?pomyśl dziecino – co czai się?miałeś być przewodnikiem maluczkichmiałeś nauczać, miałeś chrzcićmiałeś iść prostą drogą do Panai skręciłeś przy ognisku w lesietam cię zabrał biesgdy nie miałeś sił już bronić siętam cię porwał w siebiewypluł dziś samotnego i skruszonegojeszcze patrzysz na popiół ogniskai zastanawiasz się, co pozostawiłw tobie ten rajdotchłań strachu, otchłań, otchłańco w sercu czai się już wiesz?jest tak odległe, lecz wiesz, że jestbędziesz przewodnikiem maluczkichbędziesz nauczał i chrzciłbędziesz szedł prostą drogą do Panalecz nie zapominaj, co w twej otchłani tkwi
>>>
* Na przesiece sobie gram *Gram i gram, coraz lepiej gramnie mogę skończyćwpadam w euforię na przesiececzekam już tu od trzech dniHenryk nie przyjeżdżao mamo, nie przyjeżdżaBarbarossa nie przyjeżdża,o tato, nie przyjeżdżaślęczę nad elementarzem Falskiegojuż smrodem Nowej Hutyprzeszły mi rajtuzy i nicwalę w perkusję i targam strunycoraz lepiej, wszyscy widzą postępyzmarzłem już – jak to tak?w samych slipkach na przesiece
nie wysiedzę
tam na przeciw na bilbordzietwarze Hitlera, Stalina, Szeli odwracam się wstaję – gitara pod pachęperkusja na plecy i w drogędo Częstochowynucę sobie, nucę sobie arie Rossiniegoi przyśpiewki Slayeratłumaczę z frankońskiego na podolski
>>>
* W Królewcu*Zdarzyło się to w KrólewcuKant prawie to widziałniestety na własne oczydemonstrując kometa wpadłapomiędzy cierniegłowy nic nie warte zatopiono w jeziorkuszyba brzęknęła rozbitaksiężyc to był zrobiłwdzierając się do wnętrza bajorkaKrólewiec zadowolił się morzemmilutki filozof pogłaskałwarkocz tejże kometyco zamierzała szyć już sztandaryludzie wchodzili na statkinie wielkie dla samej rybyryby nie tak bałtyckiejjak pozbawionej siłypo latach przelatywały bombowcetych, co to umieją lataćsenne ich oczy zawiodłyspadły na idei stosmój ty Kancie zastygłyczemuż nie wyciąłeś z logiki kartgłodujących dzieci Afrykigłodujących lat dwieściea potem była PeczengaDniepropietrowsk i Uralpotem była Workuta, Kołyma, MagadanKancie, Kancie kosmicznydlaczegoż właził na wieżędzieci płoszyłeś, śpiewałeś jak kotja carowałem już w niebiewidząc cię jak dojną krowęcmokałem łysiejąc z wolnaza praczką się oglądałemlecz tylko Katarzyna była oddolnana samą myśl dziś startuję z samolotamiz Peczengina samą myśl dziś wydajęprzez ciebie krocie mitręgibo Belzebub jest zawrotnyprzez wieki idzie jak brudasco to każdemu pachniegdy upity bzdur nastularzucanie młotem powtórzęchoć nie Thor mi na imięrzucę nawet oszczepem i sierpemprzelecę się na strzale jakiejśdla dobra jabłek, dla czuwańlogiki w akademiach powąchamlogiki czułejodwrócę się do ćwiczącychwybierając jaskinie gburamodre usta marksistówich krew zsiniała ze złościtak dobrze chcieli dla biednychdziś nie pozbierasz ich kościmarnie okute dziś butykopią dzieci opuchłew Królewcu trzysta tysięcyprzeżartych, żrących, żebrzącychpodrapać się po tych skryptachprotestanckie wybiegi rozpoznaćwyruszyć na krzyżową wyprawędać się zestrzelić nad Moskwąmijam Mieriesjewa, niech czołga sięwiem, że dojdzie do gułaguRusini uciekają od Rosjiwiem, że nie dadzą radykto pomoże głodującym?na Kubaniu, Kurdom lub Hutunie ma Wańki i Wstańkinie ma Clintonanie ma też Hermaszewskiegowylatał całe otrębycałe spodnie pobrudziłdam na zapowiedzi w kościeledam na wypominki za ludzibuduj duszę bez KANTApopatrz z wieży w Królewcu300 000 ich tu jedzie – pobitychwokół wciąż w pędzie i w pędzieświat analityczny…………… alogiczny
>>>
* Nanosekunda *Jego tchnienie, moje poczuciejakiś zagarnięty, przez ekspansywny wszechświat, skarbmodlitwa w ciszy, napromieniowane łzyskorzystałem z tej nanosekundy Wielkiego Wybuchumiłość, a gdzież ona, tylu ludzi się urodziłoi oto jeszcze nie ma dziecka, i oto już jestpuder strząśnięty z akacjowych rzęspoparty w lustrach, zapomniany po WybuchuSekunda jak kropla, sekunda jak cywilizacjauciekam od miłości lub raczej uciekałem od miłościdziś na pewno nie, nie, niena niebie sutanna zakrwawiona, płonący laspomruk polskiego zomowcana przeciw jakiś wymachujący ogonem stwórjeszcze lecą petardy, jeszcze lecą ułamki materiiżyje jeszcze poeta Herbert, żyję jeszcze jakwiaty jak sputniki, zwierzęta jak meteorywszystko żyje i chwali Bogaw moich trzewiach uwite gniazdo dla duszydusza pływa w wodach płodowychoby już nigdy nie przesiąknęła alkoholem łzawiącymoby już nigdy nie tchnęła wieprzowiną hakówwyczyść szczoteczką siódmy krąg sercaodłóż szczoteczkę na półeczkę, odłóż jąpopatrz przez okno, spójrz ponad rogami diabłanad kapeluszem chochoła zobaczulatującą w nieskończoność materiędusza podchodzi ci do gardłato twoja ostatnia nanosekunda
>>>
* Raj utracony *Buszuję, żegluję w trawachgoni mnie mały jasnobrązowy wążnie jest jadowitymoje serce tęskni do Boga przestrzenichciałbym upaść do jego stópspojrzeć na jego siwą brodę wędrowca z bliskaa on tymczasem zaznacza swą obecność przy mnie ciałem małej dziewczynki podającej bukietkiścią bzu rzuconą w szuwary nad łącznym stawemwężem co z pala zszedłdobuszowałem do spojrzenia na siebieoto wąż i dziewczynkai łzy mojego ojcaczas na ważkie decyzjeczas zostawić martwe owady i sterty gazetczas zostawić łąkę na dobreczas ukryć się na morzu prawdziwym
>>>
* Imię *Spocony dobiegł do krańca czasówzemdlał na widokspocony nacisnął klamkę otworzył drzwidrżąc cały podniósł głowęspojrzał i dostrzegłw ogniu swoje imię
>>>
* Już prawie umieram na pustyni rozumu *Sięgam intelektem po to, co nienazwanepatrzę na obraz Matki Bożejwytężam wszystkie zmysłypatrzę na obraz Matki Bożejsuche szczegóły mojego rozumunienapojone konie bałwochwalstwapatrzę na obraz Matki Bożejmoje serce nienapełnione i niezaspokojonepatrzę na obraz Matki Bożejmodlitwa otwiera mi rozumczytam Platona i Machiavellegopatrzę na obraz Matki Bożejkontempluję głębokie myśli Tomaszapatrzę na obraz Matki Bożeji gdy już prawie umieram na pustyni rozumuporuszają się moje ustaw rytm słów Matki Bożej
>>>
* Lewiatan opadł *Zdrzemnąłem się na plażyskorzystał na tym zmutowany lewiatanprzygoda podarła na strzępy czuwaniewiatr uniósł lewiatanato nie był znak śmierci, choć był czerwonyjak czajnik przeleciał nad rzeczką-prypećkąlewiatan komunistyczny opadł na wschodnią Ukrainęz Helu nad Prypeć za mnąw pysku jak jaskinia trójząb miałi z jednym okiemz wielorogiemmajstersztyk antycznyz tych późnych zjaw Babilonuczemuż mam zadawać się w środku lataz powolnym sepleniącym ogórkiem z mułunieprzebadanym na wypadek nosicielstwa,na którym śmierć wystrugała na skórce – teraźniejszośćdegustacja ukraińskich lodówodpadnięcie z mola na tereny lennepale Czerwieni łabędzie Zamarstynowaoprócz noworocznych sióstrczegóż więcej potrzeba do zaproszeniana kolejny festiwal poszukiwań pohukiwańWiatyczówodsuń pysk lewiatanie odsuń pysk wstrętnygdzieś tu był gróbgdzieś tu była kołyska
>>>
* Potomkowie kosmitów obciążonych legitymacjami*Potomkowie oby dożyliPotomak przyjmie ich ciała potemdziś ważą się losy mówiących w suahilia ja mam grypę po ciosieMęczą się z wiosną stworzeniawiędną jesienią i cóżzawsze kreskują po jednympotem plusują pod prądDziś ładnie, dziś rozpromienianas blask pochodni na skalemając rogi i sznurymożemy trąbić lub wcaleJeżeli zdmuchną i to, jeżeli poturbują ciebieja powiem nic to, ja powiem nic tośpij, lecz swoje ranynie pij więcej kumysuzakop się pod tym miastemi szturchaj z sensem hołdysówKoniecznie zagracić muszę komórkipokrzyżować plany zboczeńcomrzucić oszczepem w ten Sejmzanim otorbi nad miarę kanguryPodziękował potomek i poszedłpo lesie włóczyć się juhazamiast paść mi te owce skromneco z radosnymi wilkami chcą się kumaćPędzi wiatr nad PotomakiemPontiac mu kłania się fająTatanka Yotanka zaklinaa biały ucieka jak zającZając ucieka z prawościzając nie czeka na koniectej epopei czerwonejCzerwona epopeja rozgrywa sięw sercach i sumieniach potomkówkosmitów obciążonych legitymacjaminiebieskokoszulich brzdąców
>>>
* Bordowotwarzym*Skończyłem z tymi tortaminie rzucam i nie jem niczegoco przypomina pianęza młodu napatrzyłem się zjazdówpopatrz na skalne kwiaty – rzuciłaśzałapałem, popatrzyłem, skamieniałempowąchałem – byłaś w cuglachdotknąłem cię, ruszyłaś z kopytaprzesłanie prawdy, nad Niemnemrozesłanie kłamstw, nad Moskwąa my bieżymy żebracy zaświatówskończyłem z kwestionowaniem zasługpokurcze niech mają się dobrzemieć za nic to jeszcze nictylko oddawać, oddawać, to cośkiedyś kwiaty przemówią z nagrobkówzdecyduj się wreszcie staruszku – syknęłaśobiecałem, cmoknąłem krawat zaciągnąłem na obcej szyikrawat beżowy na karminowej koszulipiana wyszła na ustaa tak od lat chciałem poluźniaćpo latach poluźniać wreszciedać poluźnienie bordowotwarzyma tu trach, poleciał tortkolejny tort na cześćwykrzywionych gęba teraz muszę modlić się za rzecznikacałego w ptysiowo- wuzetkowym cieściemodlić się wreszcie ostateczniew piwnicyna Starym Mieście!
>>>
* Przydałem się w końcu *Zapomniałeś o mniea ja czekałem cierpliwiei byłem pod tak zwaną rękącichutko w kącikupodjadałem pastę do zębówwyciskając ją chłodnąna ciepły, drżący językwcale nie podglądając w tym czasienauczycielki zdradzającejmęża, dzieci i wartościmógłbym opisać skupieniejakie mi wtedy towarzyszyłomógłbym strofować mrówkiwłażące mi na gołe nogiopisując zdziwieniejakie mi wtedy towarzyszyłomnie odwagi nie zbrakłosiedziałem jak trusiawiedziałem, że zapalą się światławiedziałem, że wcześniejczy później zapalą sięte reflektory prawdya ja opowiem, co widziałemzawsze byłem pod tak zwaną rękąskończyłem rajtuzyskończyłem trampkibagna zaliczyłemszczyty zaliczyłemi urwiskai przydałem się w końcuolśnieniu zmysłów wielu* Modre usta ideologów *Modre usta ideologówich krew zsiniała ze złościtak dobrze chcieli dla biednychdziś nie pozbierasz ich kości
>>>
* Gmach prawdy *Stwórz miejsce czystenieobdarowane ciemnością gwiazdy złagmach prawdyty wiesz, czego mi trzebaja skorzystam z wszystkiegoco nade mną się otworzykażdego i tego wieczorustwórz dla mnie zimę dniabym zadrżał na widok słońcaodpieram ataki i wylewy kłamstwpo czym spadam, spadam, spadamoczekując dna świętościmoje łzy nie mogą mnie zdradzićnie mogąwierzę, że czyste obłoki faktów miłościstworzysz tylko dla mnieja poprowadzę tam ludzkośćjak to zrobię jeszcze nie wiemdla czego ja – tego nie wiem teżlustrzane odbicie złego świata w fotozjawiskachjakie to przyjemne patrzeć, patrzećgmach prawdy taki ogromnyzawsze stał w tym miejscuzmieniało się jego oświetlenienocą przecież
>>>
* Serwilizm paszy*Serwilizm paszy miał skazę antymoskiewskązdjęto z niego ukute osądyspławiono Donem o w pół do dziewiątejmeandry paszy były psychologicznewpadł w ordę na końską uzdę i skwaśniałniektórzy napadnięci nie przypuszczaliże to nie Goci ani piloci tylko Rusiniprzegnali miśka przegnali w pieleszeserwilizm mlaskającego na modłę tatarskąpoczęstowano zatem czudiesną horiłkąna czosnku i końskich gnatachto nie były gnaty końskie daję głowę –rzekł eksportowy car, toż to gnatynie cygańskie nie pańskie to gnaty zawołżańskiesąsiednie porohy spieniły się w nędzyparskał szkielet hucuła nad brodem, nie chciał iśćjaśniał księżyc nad stepem grzyby rosływ nieskończoność jak drzewa tajgmędrek z Krakowa przez Zamość dotarł doSiczy, serca Kozaczyzny i oszczekałprzybyłego Żyda jak Dzieduszycki i Winnickilubisz parzyć gnaty – rzekł ten z kickąpotrząsając buńczukiem i łukiemlubię z kaszą i dziewanną – odrzekł tenco siedział w turmie przedkomunistycznejw samej Moskwie carów, ogarów i groźnych samozwańcówo jej!, dziewczyno, branko ty moja!paszy nie ma, wina nie ma, łodzie jenowięc wsiadaj, czekają, Rublew namaluje cięi na ikonostasjego bracia w aureolach, nasi bracia tożtopasza w ordzie bierze co swojewięc my tymczasem wyzwolimy się cichaczempobudujemy miasta nad lochamii zakotwiczymy na czarnoziemiach i skałachjak prawdziwi Lędzianie
>>>
* O! Rozkolcu! *Spójrz rozkolcu na tą mątwęjak mąci wodęStalin by jej nie dorównałw mąceniu na dniejak tu koralowo jak na Kremlusłowo Kreml pochodziz dawnego podwodnego językazatopionychScytówi oznacza czaszkę w przezroczystej wodzie
płynacej ze szkierolądu
jako podmorski prąd
wulkan z morza był dla słabszychtakich jak Perseuszdla pozostałych drętwe wody mątwty to jesteś chyba konikiem huculskimpodobnym do morskiegoco czyta, co wieczór podrzuconetekstyw telewizyjnych dziennikachoj!śśś siczy coś pod kamieniema to głębia Rowu Mariańskiego a nieporoh Dniestruobok wysp gdzie doszło do wsypkozackichchciałoby się powiedziećjam ci sułtananiejak tyrozkolec miękkialbo npjam ci ostrosz Wiperaanie kogut Twardowskiegoco niesie nad stepynie dotykając ziemia nierozkolec jak tyja nie mącęty mąciszon oni mącąw Mullin Rouge śpiewająa kysz a kysza pójdziesz tymaniaku denmiękki jak usta Mariana ze Żninasuszą się sieci na wantach szkunerakrząta się bosman rybaczącbosakiem nakłuwa powierzchnięnie wiedzącże dno jest tuż tużzielone sekwoje rafyfalują pod brzuchem mantyzaskakują Orwella wieprze wostocznyjektóre nadziewane melancholiąpreparują muzykędo tańcaw kuchni zmytej świeżodzwonią talerze i szklankijak zęby rekinatoż to sygnał dla Kozaczyznywyruszać na złotoustego synamiauczą kotki miau miauja spowiadam Zosięzadaję jej dodatkowe pytaniao głębię, rozdennienie, itepeleżeć rozkolcu leżećty się wzbraniasz ajakupiwszy płetwy w supersamierozciągam się tam i siamw grocie wierzgając nogamigłowę mając w paszczach rekinówa nogi w atramencie mątwno i czyja to robotata koralowa robotaStalinaczyjakiegoś neptunowego synaod Morza przez porohy do Morza
>>>
* Bank Niestałych Serc *Znalazłem w wierszach osiemdziesiąt milionów szkieletów zaufańsamych Europejczykówzadzwoniłem do stryja literata w niebie– co słychać w kwestii zadłużenia natchnionych w Banku Niestałych Serc?
nie wiem czy dobrze wybrałem numer
dziwny głos w słuchawce wycharczał bez zająknięcia:wszystko w porządku, zapraszamy ponownie z nowymi przyjaciółmioferujemy jeszcze szesnaście innych form niewiernych usług bankowycha obsługujemy aż do całkowitego wyczerpanialudzkości
* Bank Niestałych Serc *
Znalazłem w wierszach osiemdziesiąt milionów szkieletów zaufań
samych Europejczyków
zadzwoniłem do stryja literata w niebie
– co słychać w kwestii zadłużenia natchnionych w Banku Niestałych Serc?
nie wiem czy dobrze wybrałem numer
dziwny głos w słuchawce wycharczał bez zająknięcia:
wszystko w porządku, zapraszamy ponownie z nowymi przyjaciółmi
oferujemy jeszcze szesnaście innych form niewiernych usług bankowych
a obsługujemy aż do całkowitego wyczerpania
ludzkości
>>>
* Droga coraz prostsza, gdy krew tryska z kolan *Dla mnie to już prosta drogachoćby na kolanachserce nie chce słuchać chcę się wyprostowaćdla mnie te lasy to już drzazgimogę podpalać sercem wszystkodla mnie domy nie istniejągdzie wychynęły ze strzech płomieniemogę tkwić miesiącami w karcerachgdyż modlitwa nie jest mi obcachciałbym tak kochać jak zesłańcydźwigać wszystkie wyrąbane lasy jak zesłańcy na plecachja na kolanach a na grzbiecie tajgaja bosy a pod stopamichłodny beton placu defiladpłoną kraty w oknieoj dobrze, dobrzepłonie krajobraz nienawiścipłonie dzieciństwo bez marzeńdroga coraz prostszagdy krew tryska z kolanpłonie asfalt pierwszomajowy od drzewc jak zapałkiniech spłonie ta droga do piekła
>>>
* Wisła płynie…*Zdruzgotany po spojrzeniachza ciemieniem zerkaponiżony w spacerkachogłady szuka w partyjkachzamiast ruchów zaprezentował czołganienie jeździł sam na nartach wodnychspostrzegał ważki nad morzemlody w kasyniebrody w kiniena rzece czeskich idolijakież muszą być koniki szwejkówskłony prażangdy na przedpolach Małopolskijeszcze dymią fortyzerka zza włosówjak na jakimś pokazieopresją zasłania się przed światemtendencyjnie kusi los w pokojuzaspokójże swe namiętnościbarem czarem skwaremWisła płynie pod góręmleczne bez pulsowaniaświatła na południebociany wsteczŚmiały na południeWawel w góręzdecydował się dopolszczyćspołłeeczeńństwo
>>>
* W polskiej tajdze*Poświata w łagrzeksiężyc jak ja pada ze zmęczeniaa jednak świeciśnieg pada na rozbite wojskoto drzewa padłe pod ciosamizdrzemnutsa, zdrzemnut..?, achtung! Miętlik – świetlik pośród łanów krzyży chylą się świerki albo sosny chutor został daleko na Ukrainie wolni umarli w nim z głodu tutaj jest lespromchoz jak to na północyPoświata na grobach jak czeremchamałe, zbyt małe buty i ubraniesłoma wszechobecna, słomagnijące kołki i darń na głowienie uświadczysz tu Leninaon w rozkładzie gdzie indziej Grają w karty strażnicy grają o czyjeś zdrowie doświadczeni jak żółwie rogate pijani czołgają się beznamiętnie te cienie w lesie to owi byli funkcjonariusze KPPZPRKPZBRrrr.. Mogą to być ćwiczeniamoże to być śnieżne piekłotak, tak to piekło Syberii,które może się powtórzyćw każdym polskim lesie zimąw każdym czasiezdrzemnutsa, zdrzemnu..?, achtung!
>>>
* Uf, jak gorąco! Uf, jak śmierdząco*Zatrułem się w tych czasachdymem, pastą, słowemprzez to merkantylne stawanie się, co dzieńmówi Marszałek, mówi zdrajca –zapatrzyłem się na bijącychzapatrzyłem się na tłukącychz otwartą gębą stojęnaprzeciw walących głową w murUf, jak gorąco, uf, jak śmierdzącorobi to belfer, robi to jakiś jeden ksiądzrobi to robotnik, robi to nawetchłop z Bieszczad powtarzającyoj k…, oj k…, oj k…..oni wszyscy trująsię trują głosując w te i we w tew duszy gra struna smutkupolska dusza przecieżłany się śnią białe jak marmura to zima serc, a to zima czynówbełkot chochoła i rechot czartaw studniach kawaleriiw partyzanckich studniachw cembrowinach internowaniaszukam elegancji w śpiewie i echuzaglądam w przezwiska,które dziś zastąpiły pseudonimyw tym fetorze zmysłami nie poznaszkto jest kim?
>>>
* Jak szalupa Batorego*Zacząłem spokojnie tyćnarzekać na zegarkiklęski począwszy ode mnieskończyły się na kimś tamzaproszono na klęski cały naródprzyjęto zaproszenie na klęskiwystraszeni braciapo cóż ta matapo cóż ta watahapo cóż nóżZacząłem porządnie tyćwierzgać językiem i mlećw ciszy reaktorapod stogiem sianaja polna mysza kysz, a kyszZ drewutni wyszedłem z naręczemzapamiętałem naręczapokłóciłem się o drzewajabłka i obierkiz niańkamiKonieczny był skokna koronę Polakówco go to obchodzi? – mówilico go obchodzi patriotyzm? – mówilia ja tyję a oni nieja tyję z powodu gazetja wyprawiam sięna wieloryby partyjnepo przygodę i tran dla dziecijuż sam jedenjak szalupa Batorego,który zatonął>>>*Wezuwiusz dla Europy*Zdobyłem ostrogi czasujak Wezuwiusz dymię od czasu do czasutrzymam pikę w kanalejak Wezuwiusz mam za plecami wiedzę głębinwęże krnąbrne wygrzewają sięna stolikach żłobionych przez lawęzbrojną rękawicą na odlew w leja jak strzepnąć czapę Wezuwiuszato na Europę leci czadsą tacy, co bez broni zaglądająw oczy smoka i ptaka śmierci wrazerupcja tradycji z kraju EneaszaCyklop Wezuwiusz macha do mnie rękąpo co śmiga biały ptak nad kraterem,który przykryłem tarczą Jozuegonie zmąci spokoju kwiatna stokach ostrych z żużluczołgam się w zbroi przepasany kiremjak nie ja to ktoś innyodetka ten komin dla prawdy
z głębin
>>>
*Priap Polski – 1996*Zmuszony do porwania się na Trojęze słusznym gniewem bez najmniejszej racjipopędził Agamemnon, popędził Achilles,rozgardiasz zrobili pod wrogimi murami, że hej!On stał na murach, on ogłosił się Priamemzszedł na dziedziniec zamku, włączył się w biesiadęon miał być Priamem, a został tylko Polski Priapemlecz nawet złodziei nie odstraszyłto jak miał zatrzymać falangi Jaruzelskiegozłóżmy mu w ofierze …aferze… jurnegoOSŁA WYBORCZEGO
*Ofiara dla Priapa*
Zmuszony do porwania się na Troję
ze słusznym gniewem bez najmniejszych racji
popędził Agamemnon, popędził Achilles
rozgardiasz zrobili pod wrogimi murami, że hej!
On stanął na murach, on ogłosił się Priamem
zszedł na dziedziniec miasta, włączył się w biesiadę
i pląsy wokół jakiegoś monstrum obcego.
Miał być Priamem, a okazał się tylko Polski Priapem
lecz nawet złodziei nie odstraszył
to jak miał zatrzymać falangi Jaruzelskiego
złóżmy mu w ofierze …aferze… jurnego
OSŁA WYBORCZEGO
>>>
1997
* Króle witają *Jego cygaroposłuszne w ustachmiędzy wargamistworzony na obrazwojska Czeczeniiskała nad oceanemMontserratMołdowaMediacjeMonter jak MonsterJej usta czekają na świtstworzenie kuleje w lesiepod obstrzałemiluminacje sylwestrowew KrakowieGandhiegoodwieczny konflikt osłaze słoniembadacze pisma utknęli w Warszawiezanosiło się na lanczale cygaro spłonęłoMożna było się piąćdopalać leniwielecz stało się inaczejJego usta rozchyliły się bardziejcygaro wpadło w gardzieldziwne to jak tanki na ulicach Delhigąsienice jak mszycenie do jedzenia a nie święteza tym pustym dzbanemnie ma miejsca na wyrzeczeniekorzystne decyzjeterminatorów w PolsceJej usta rozchylają się namiętniebo styczeń ma na głowiea tu zdecydowanie wolą blondynkikuchtę na gałązce rozmarynujak ptaszek zmarzniętyi cygaraOrkiestry już grają a króle witająale to królowie już niekomunistyczniz cygaramijakby trochę kapitalistyczni?
>>>
* Poświata *Poświata na parapecieskoligacone wróble teżdokarmiam je, czym mamskórką chleba, igliwiemścieka z serca poświatawypływa za okno na gzymsdlaczego mam być radosny?i dlaczego wyprzedawać krzyże?dzisiaj skarżą się na księżybo śnieg depczą w zimiei choć dynamicznie rozwija się lebiodaw środku styczniato wróble nie chcą jej jeśćmili milusińscy milionami szczękają w sejmachstraszą wróble nabici na kołkipoświata zmienia ichw wilkołaki łase na wszystkoa moje wróble stęchniętedziobią serce świtem jęczące
>>>
* Jestem niewierzący i nieczuły *Niech mi nikt nie mówi, że nie ma Boga Ojcanigdy nie uwierzę, że wszystkim jestWszechświat i Przyrodajestem na to zbyt cwany i podejrzliwy!Niech mi nikt nie mówi, że nie było i nie ma Jezusaalbo, że Jezus to healerkontaktujący się z Wyższą EnergiąNigdy nie uwierzę, że świętość toaura ludzka, czyli promieniowanie ciaław formie mglistej poświatyjuż jedna Wyższa Energia okazała się zaledwie – Dynamem Moskwa!Niech mi nikt nie mówi, że nie ma Ducha Świętegojakoś nie odczuwam mimo wszystko we Mszy świętejBIOENERGOTERAPIIchoć dreszcze i mrowienia czasem, fakt!
>>>
* By i oni nie odlecieli *Moje proste słowa odleciały jak śpiewające ptakido ciepłych krajówteraz kraczą czarne gawrony na podwórkutargają skórę słoniny, kłócąc się o niąnie mogę zrozumieć żałobnych tych dźwiękówwydobywanych z omszałych cembrowin czasuMoje proste słowa skrzypią jak rozeschnięte żurawieprzy zasypanych studniachi dziadkowie odfrunęli stąd jak ptakii stryjkowie na latających dywanachzabrali stąd spiekotę, kurz polnych drógi podążyli zawczasu na południeMoje proste słowa wyruszyły przez winnicedo bogatych w perkal miast śródziemnomorskichna zasypanym śniegiem podwórkuchłopcy siadają na ławce jak na koniuspluwają bluźnią rysują swoje graffiti na ścianie blokubluźnią przemocą przesłańbluźnią spojrzeniami na obcychzaczynam się modlić tak jak potrafięsnami, przeliterowaniami, westchnieniamiby i oni nie zamienili się w słowai nie odlecieli
* By i oni nie odlecieli *
Moje proste słowa odleciały
jak śpiewające ptaki do ciepłych krajów
teraz kraczą czarne gawrony na podwórku
targają skórę słoniny, kłócąc się o nią
nie mogę zrozumieć żałobnych tych dźwięków
wydobywanych z omszałych cembrowin czasu
Moje proste słowa skrzypią jak rozeschnięte żurawie
przy zasypanych studniach
i dziadkowie odfrunęli stąd jak ptaki
i stryjkowie takoż na latających dywanach
zabrali stąd spiekotę, kurz polnych dróg
i podążyli zawczasu ku pradawnym ogrodom
nawet echo nie woła już w cembrowinach
Moje proste słowa wyruszyły przez wirtualne winnice
do bogatych w perkal i mirrę miast śródziemnomorskich
na zasypanym śniegiem polskim podwórku
chłopcy siadają na ławce jak na koniu
spluwają, bluźnią, rysują swoje graffiti na ścianie bloku
bluźnią przemocą ojczystych przesłań
bluźnią wrogimi spojrzeniami na obcych i siebie
zaczynam się modlić tak jak potrafię
przeliterowaniami, westchnieniami, snami
by i oni nie zamienili się w moje słowa proste
i też nie odlecieli stąd
>>>
* A bracie fakty *Zwierzchnik piekieł zapytał karłowatego namiestnikaczy wiesz, że nadymanie pochwał jest skuteczne?owszem, wiem – ten mu na toto twórz fakty dokonane zanim Michał zejdzie z pomnikapo prostu puszczaj je jak latawce i dmuchawceten zaczął pompować, nadmuchiwać, rozdmuchiwać i tak to bywa do dzisiaj w krajachpostskandynawskich zaliczanych do średnio-zamożnych arbuzowato-konfesyjnych pneumatyczno-mniemanych imperiów
>>>
* Seplenimy ze wstydu *Pod Twoją obronę uciekamy sięco wieczórciężko jest nie seplenićuklęknąć jak należyi nie ziewać w kierunku pełni księżycaPod Twoją obronę uciekamy sięmyślami krążymy po kontynentachszukamy objawień tylko dla nasi wciąż stukamy, pukamy, wiercimy dziurę w czymśPod Twoją obronę uciekamy sięobrazy mając w sercumyślami opływamy wyspy naszych grzechówwczorajszych, zamierzchłychi seplenimy, seplenimy coś ….ze wstydu
>>>
* Cmentarz jest dla świętych*Czy strach zgromadził nas czy wiara?oto pytanie Hamletademony idą z nami na spacerdemony idą z nami na zebranieczy widzidzie je wszyscy?ja nie wiemja chcę zostawić je na cmentarzulecz cmentarz jest przecież dla świętychchcę zostawić je w urzędachi to mi się dopiero udajestają potem z daleka w pozach zatroskanych o ludzkośćlecz tylko ja widzę je w wyrazistych kolorachzgromadzeni w imię Jezusaczasem wątpimy strachemczy tylko ja widzę demony w kolorach?o dziwo nie boję się ich wcalecmentarz jest przecież dla świętychcmentarz jest przecież dla mnie i ciebieopuśćmy urzędy – idźmy na cmentarze
* Cmentarz jest dla świętych*
Czy strach zgromadził nas czy wiara?
oto pytanie Hamleta
demony idą z nami na spacer
demony idą z nami na zebranie
czy widzidzie je wszyscy?
ja widzę
ja chcę zostawić je na cmentarzu
lecz cmentarz jest przecież dla świętych
chcę zostawić je w urzędach
i to mi się dopiero udaje
stają potem z daleka w pozach zatroskanych o ludzkość
lecz tylko ja widzę je w wyrazistych kolorach
zgromadzeni w imię Jezusa
czasem wątpimy strachem
czy tylko ja widzę demony w kolorach?
o dziwo nie boję się ich wcale
cmentarz jest przecież dla świętych
cmentarz jest przecież dla mnie i ciebie
opuśćmy urzędy – idźmy na cmentarze
>>>
* Zieloność w Bieszczadach *Melduję w ziemniakachtu miedza tam miedzaobieram ogórkizieloność w Bieszczadachobierki delikatne obierkilecą z Tarnicynacieram na kruki ukrytepod skalnym szczytem Krzemieniato przyszli przywódcy partyjniwięziony w Kalnicyobrywam kuponyobrywam pagonyspadają deski z kościelnych wieżłapać składać sklejaćjak kuglarz poniemiecki więziony w namiocieze smyczy spuszczony wilkzakąszam chleb z mielonkącały czas słyszę nad Solinąwarkot czołgów jak motorówekbanderowiec a może zwyczajny chłopbratanek Bojko czy brat Bolkowita czyta częstuje puszcza okopijemy w leśniczówce jak krewninie ma zacieśniania kręgów wokół sercaprzez tych, którym się wierzynie ma obaw, gdy wykonuje sięrozkazy dla wyższych celówryzykując nawet śmierć z ręki brata
>>>
* Spulchnianie w kosmosie *Lepiszcze statku kosmicznegoz pierza jestmoment przed startem, gotowość najwyższazdecydowani na wszystko na kosmodromiemleko na do wiedzeniaona jest na tyle duża żeby płakaćna piersi krzyżykpióra sięgają do ramionopadają nawet na plecygrzyb na górze będącej półwyspemczyta robot – robot czyta książkęmewa to pewny symbol polotuwolność pośród pobieraniaSpulchniamy meteorytytam gdzieś na podniebnej podłodzedojeżdżam, serce matowiejetam gdzieś wybieram się – docieramo tak, tak jest to możliwestep płowieje pod wpływem ogniaz ogona rakiety wydobywającego sięmogę stwierdzić, ocenić, poczućza jednoryję w komecie, nakłuwam planetoidęskumuluję ból i zgaszę nimsamo słońceczy to możliwe na starcie?płonąć możnaspłonąć możnadrętwe kwanty nie pozwalająposzalećducha ratuj, nie startuj*Na kośnych łąkach*Motywuję siebie samegochlebem powszednimsłucham serca jak nigdypatrzę na obcych bez obrzydzeniaultras, contras, hoolsto też baranki bożeczęstuję ich papierosamiktórych sam nie palękwitnie palma na stadioniepodlewam ją z mojego balkonudosięgam ją strumieniem z wężaPeregrynują moje modlitwywiem, że zdążą na czasw tłumie ludzi pogryzam bułkębez pasztetu i marmoladystudiuję wycieki mózgowenie denerwuję się z powodunieznośnych pomówieńtak chciałbym nie odpłacaćmarmoladą za pasztetJeszcze dziś modlitwy peregrynująkośne łąki na wzgórzach czekająja z pasterzem i plemieniemidę drogą chlebana końcu wloką się malkontencikocham ichjak marmoladę>>>* Właścicielki oczu czarnych *Pomyślałeś o wychowawczyniw sposób, który przyprawić mógł ją o rumieniecgdybyś wtedy na nią spojrzał?Z internetowym adresem wyszedłeś do niejnie tak znowu wiele, ale jednak starszejzaprosiłeś do przeżywania ukrytych miłościna ekranie wspomnień – nie – snówSen nie ziści się nigdynawet, gdy ptak z wiosny zaśpiewaa ona rozpozna w nim ciebiepopatrzy ci w oczy głęboko jak nigdyo wiele za dużo cielesnościromantyczności – nie – erotykiZerkała na ciebie w przedszkolutwoje ja zagoniła znienackaw kozi róg w otchłani źrenicprzyprawiła cię o rumieniec spojrzeniemSkala uczuć kosmicznaza oddalającą się kometąpomknęły wstydliwe westchnieniado właścicielek oczu czarnychjednej wschodzącej drugiej zachodzącejwespół wychowującej – wychowywanej
>>>
*Do domu gdzieś poza Ziemią*Pomyśl chłopcze o wystrzelonych na Księżycgdzie ci się śpieszy – ilu z nichtak naprawdę wróciło?marzysz o mieszkanku małym spokojnymna Manhattanie Trytonaale zważ na jednojacyś bogowie może tam i są, ale spokoju nie mastamtąd wracają tylko niewolnicya i credo powracających –pozostać na zawsze na Ziemimeandry kosmosu przyciągają cięjak delta każdej rzeki mułprzemierzając ją statkiem rozumuwidziałeś ptaki na falachowce pijące z brzegu wodękrowy wylegujące się nad brzegiemkąpiących się w nurtach niebezpiecznychdusza rwie sięw przestworza wolności i miłościkażdy ma takie chwile porywutwój zegar smutku tyka inteligencją kosmosuchcesz popędzić za kometątopniejącą od ziemskiej zazdrościpomyśl ile czasu musiałbyś miećby ją dogonić – w nicości?a dusza tęsknoty pełnazraniona przez złych ludzia dusza płacząca wzruszonawidziała Zstępującego z Niebiosposłuchaj duszy – ona chce za nim w przestworza miłości i wolnościchłopcze, ja wiem, wciąż chcesz domu gdzieś poza Ziemiąty o tym nie zapomniszbo to miejsce czeka na ciebie
>>>
*Zdrzemnąłem się na wulkanie*Mogłem zdrzemnąć się na wulkanieale ledwo zasnąłem wulkan wybuchnąłprzeleciałem parę mil w powietrzuspadłem na salami na twoim stoleKtoś powiedział – to gość z przestworzyprzywitajmy go jak przystało na opozycjęna gwiezdnych awanturników i robotówMiąłem czapkę stojąc na przeciw tronuty gapiłaś się na mniezadrgały struny w gardłach tak samojak w gitarze glissandodzieci posnęły ty śpiewałaś wciążja słuchałem po locieTrzymać krnąbrne dzieci, trzymać krnąbrne dzieci– tak śpiewałaś kochanasalami odkleiło się od moich ustzaszczebiotałem i jaa jednak jeszcze zionąłem ogniemspaliłem tych twoich dworzanroześmialiśmy się wtedy wrazPopiół powoli opadał na liście oleandrapapuga poruszyła się w gęstwinierajski ptak przefrunął na gałąźpocałowałem twoje usta karminoweodpiąłem rękę całązmieniłem coś w programiei zdrzemnąłem się przy twoim wulkanie
>>>
* Otworzyło się Niebo w tym roku *Otworzyło się Niebospadły anioły na ziemięludzie powsiadali, na co tam moglia co służyło do lataniai wdarli się przez pozostawiony otwór do Niebaanioły podjęły pracę na ziemii od razu zrobiło się przyjemniejniebo błękitniejsze zieleń drzew zieleńszaw niebie ludzie na przeciw Bogauciszyli swój gniewpowstydzili się zawiści i przekoryw Niebie ludzie padli na twarzzrobili wreszcie tona co nie mogli się zdobyć na Ziemiotworzyło się Niebo w tym rokui sporo aniołów przetrwałow zapomnianych wioskach>>>* Oddziaływanie biopola *HealerzyFeng-shui
Yin i yang
oddziaływanie biopolakontakt z Wyższą Energiąprzekaźnik Wyższej Energiiwróże i spirytyściwróżenie z barwnych plam,które rozciera się na kartonikachaura ludzka – promieniowanie ciała,widziane przez niektórych w formie mglistej poświaty– o zarysach kształtów ludzkich/niektórych nie można wyleczyćbo ich aura stwarza zaporęi broni się przed przyjęciem energii uzdrowiciela/dobieranie zgodnie z znakiem horoskopu biżuterii i ozdóbzdrowa żywnośćoczyszczanie uszu płonącymi świecamibezkrwawe operacje bez skalpela – dłońmiScjentyści New Age Bahaiazapaść mózgu to pół biedyzapaść duszy to dopiero cała bieda
>>>
* Coraz bliżej Matki Bożej *Płacz, dziecino płaczrycz, dziecino ryczjesteś taka słaba, że nie możesz unieśćswoich własnych myśliwięc podrzucasz jeMatce Bożeji słusznieOpromieniona sławąopisującej Wielki Wybuchłkasz na ławce w parkuzrujnowanego przez ateizm miastacoraz bliżej apokalipsy wyludnieniałkasz w rozpaczycoraz bliżej Matki Bożeji słusznie
>>>
* Ocalenie *Modliłem się za niąmodliłem za niegociemności otoczyły mnie zewsządpiorun uderzył nieopodalbłędnie mierzony błędnie wyprowadzonytrafił w modlitwęta rozpadła się w pyłja ocalałemona ocalałaon ocalał
>>>
* Nad Niemnem *Lepki wiatr usiadłna moim przedramieniuskleił włosy na ręcezdmuchnąłem go do Niemnapołknąłem kamienie powstańcówwychyliłem kielich wodyza kolejnym zakrętem pośrodku rzekiczarny bocian podleciał kilka metrów dalejktoś zakrzyknął po rosyjsku –cziornyj aits!Gdy łódź się zatrzymałapoczułem, że znosi nas prądna poziomkowy przeczysty brzeg rozłąkipowstały zrujnowane kościoły Litwyi przyszły tu do mnie nad rzekępokaleczone, całe w rusztowaniachna stromej skarpie otoczony zewsząd przez laszapłakałem jak to zwykle jałódź kołysała się nieopodal jak wyrzutmiałem wracać przez historię plemiennąwybrałem bystrzejszy nurtpoprzez religię mieczaZgodziłem się nie tylko na płaczzgodziłem się na prawdziwy wspólnypolsko-litewski ból
>>>
* Na skróty przez niebo *Począwszy od pierwszej kropli zachowywał się jak prawdziwy deszczpomogłem mu unieść się ponad chmurępierwszy razdrewniane błyskawice klekotały w niebiedrewniany koń ze skrzydłami zmieniał tęczępiekielny żywot mituzapłonęła tęcza zapłonęła planetaz wizją końca antyku zaraz po potopieposzedłem na skróty przez niebootworzyłem arkęodtworzyłem rajski ogróddla zapłakanych
* Po potopie *
Począwszy od pierwszej kropli
zachowywał się jak prawdziwy deszcz
pomogłem mu unieść się ponad chmurę
pierwszy raz
drewniane błyskawice klekotały w niebie
drewniany koń ze skrzydłami zmieniał tęczę
w piekielny żywot mitu
gdy zapłonęła tęcza zapłonęła planeta
z wizją końca antyku zaraz po potopie
poszedłem na skróty przez niebo
otworzyłem arkę serc
odtworzyłem rajski ogród dla zapłakanych
zwyczajnym ludzkim gestem zatrzymałem deszcz
łez
>>>
* Widziadła *Stworzenie – marne obiekty, widziadłaperspektywa – rośnie dzika grykaprzed jaskinią ustStworzenie – marne obiekty, widziadłaokólnik z mrowiska dla matkizbiega się wszystko, co obceprzed jaskinią oczuRuszam na przeciw przygodziepolitycy drżą ze strachuto nie robotnice przecież –widząc moje ruchy i moje determinacjePerspektywa przeraża –stworzenia przecież boskie
>>>
* W szuwarach *O jej!jezioro i przystańpłyniemy, zatrzymujemy sięgłupiejemy w portachwyruszajmy jak najszybciejłabędzie w portachzjadają nasz chlebnie, nie!musimy wspinać siępo stromych drewnianych schodachdo tawern i leśniczówekSzatan szepcze w prasłowiańskich szuwarachszmmmmmurrrjaaamiłość na pokładzie znówto wynagrodzona cierpliwośćmemento – nieten akurat pieklił się wśród lasów* Drewniane mózgi *Można skrzyżować świnię z owcąMożna sklonować Lenina i Matkę Boską– ku uciesze ortodoksyjnychMożna nawet uwieść dzieci sąsiadówi cieszyć się z powodziZłote Stoki – Złote Kamienie– Złote Młoty – Złote Jabłka– Złote Kopuły – Złote Zęby –wszystko i drewniane mózgi
>>>
* Na Marsa by.. *Skulony we wnętrzu maszyny czekałem na senmodlitwa przyniosła ulgę – sen nie nadchodziłpotoczyłem się po raz pierwszy po powierzchniczerwonej planety na kołach z rzęszamieszkałem tam na stałedrzewa omijałem z kamienia i włosy z pyłówgrzebałem się w świadomości zbiorowejnacji Marsjan
>>>
* O jedność *Tyle grzechu w Czechachoni wyjdą z tym na drogę do Gnieznapotem wprowadzą swoje dzikie zwierzętado polskiej katedry i stwierdzą –najpierw chrzest potem hańba naroduTyle grzechu na Rusioni przekonają do prawosławia wszystkichzbudują na tym potęgę Cara, Lenina, Stalinaalbo imperium Pimena-Aleksego z wyjawionych spowiedziTyle grzechu na Ukrainie i Białorusiokrucieństwa wobec swoich i obcychoni wyciągną rękę po polskie skalpypo skórę polskich księży jak po macewyTyle grzechu u Niemcówpomału wykupią u nas wszystko jak Sztynortwyłowią poolskie ryby o zmierzchupociągną za sobą zarazę światai wprowadzą się na MazowszeA my do udamy się do Rzymualbo na wydmy Słowińców, którzy wymarli
>>>
* Kto steruje mózgiem?*Neurony ta moja wielobilionowa zagracona pakamerastworzona dla mojej reakcji na próżnię uczućprzeładowana dziś znówŚwiadomość nieokiełznanego wirowania całego kosmosuw ciele jest katorgą gwiezdnego pilotapołączyć głęboką wiarę w celz mniemaniami o sobie i świeciejak o katastrofiestaram sięna próżnoto nie wykonalneLepiej zahaczyć o słońce skalpelemlepiej o duszę zahaczyć skalpelemskupieniaKawałki ciała jakby porozrywanea jednak stanowią całość przedśmiertnączuję fizyczną niemoc i fizyczną potęgę wrazzaciskam pięści, napinam muskułynie mogę skomleć, nie mogę mówić, nie mogę wyćmogę myśleć, mogę walczyć, mogę działaćMózg jest jak akceleratorszukam duszy w nim pospiesznieszukam ostoi światłakto steruje tym mózgiem po 0macku?jeśli nie moje neurony i moje jato może oni
*Manipulatorzy*
Neurony ta moja wielobilionowa, zagracona pakamera
stworzona dla mojej reakcji na próżnię uczuć
przeładowana dziś znów
Świadomość nieokiełznanego wirowania całego kosmosu
w ciele jest katorgą gwiezdnego pilota
połączyć głęboką wiarę w cel z mniemaniami
o sobie i świecie jak o katastrofie, która nas ominie
staram się na próżno, to nie wykonalne?
Lepiej zahaczyć o słońce skalpelem proroczym
lepiej o duszę zahaczyć skalpelem skupienia
Te bolesne kawałki ciała jakby porozrywane
jednak stanowią całość przedśmiertną
dzięki nim czuję fizyczną niemoc i fizyczną potęgę wraz
zagryzam wargi, zaciskam pięści, napinam muskuły
nie mogę skomleć, nie mogę mówić, nie mogę wyć
mogę myśleć, mogę walczyć, mogę działać
Mózg jest jak akcelerator materialnych uczuć
szukam duszy w nim pospiesznie
szukam ostoi światła niezawodnej tu
kto tak naprawdę steruje mym mózgiem po omacku?
jeśli nie moje ja i nie moje neurony
to może oni – MANIPULATORZY!
>>>
* Wytrwać do wieczora *Pałałem miłością w zamierzchłych czasachczasy się zmieniłya może miłość się zmieniłamoje snobistyczne miłościmoje martwe miłościmoje oszukańcze miłościegoizmem napełnione, choć szczerePałałem miłością jeszcze wczorajOjczyzna mi była tylko w głowieOjczyzna się zmieniłaa może moja ofiarnośćchoć wiem, że rozstań żadnych już nie będziePałam miłością od rana do obiadupałam i przy podwieczorkuteraz chcę oddać życie za wiarę w to, że żyjęczy wytrwam do wieczora?
* Wytrwać do wieczora *
Pałałem miłością w zamierzchłych czasach
czasy się zmieniły
a może miłość się zmieniła?
moje snobistyczne miłości, ech!
moje oszukańcze miłości, ech!
moje martwe miłości, ech!
egoizmem napełnione, choć szczere
Pałałem miłością jeszcze wczoraj
jak dziewczyna Ojczyzna mi była tylko w głowie
Ojczyzna się zmieniła a może moja ofiarność
to wiem, że rozstań żadnych już nie będzie
ech! ech! ech!
Pałam miłością nadal
od rana do obiadu
pałam i przy podwieczorku
teraz chcę oddać życie za wiarę
w to, że jeszcze żyję
ale czy wytrwam do wieczora?
ech!
>>>
*Miota siebie*Szaleje i miota się jakiś czasw przydrożnym rowie jak zwyklemiota miota siebie ledwo, co odrosło od ziemia już miota hymnyprzygotowane na wszystkopatriotyzm, religia, poezjamożna je wysłać do Korei lub Kazachstanumiotać będzie obrazy i dźwięki i prawdy i wolności– ciemno w Szwajcarii – ciemno i w Turcjikuzyn na laweciea księżyc czekający na żywych –mam sambę na statku – aha!koluszki, co to takiego?meandry wartościmodląc się modląc sięi pierogi i kopytka i gołąbkii piekielne kotły gulaszowe śniegi zabójców niezrzucającychjadą pany jadą panny jadą any…tańczy z pełnym szacunkiemtańczy już on – nie zwierzęnie można wywabiać nie można osłabiaćnierealny tętent gąsienic w wysiedlonym mieścieanioły w bunkrachhistoria na zawołaniepowodzie na zawołaniekończy się jakiś rodzaj kraju jakiś rodzaj powiatujakiś rodzaj kontynentu jakiś rodzaj ulicypo księżycowej tafli para parę goniw sto koni po Ukrainie –Montrmartre –MO –Mo-ment wyzwolenia rac, czyli opuszczenie cyrkupo co kukiełczyć, gdy można topićpo co psioczyć, gdy można ledwożyćsto koni zdecydowanych jest lepszeod konika garbuska z bajkidajcie mi sannę dajcie mi dywanjadę właśnie po samochódkogóż właśnie zaprezentowaćmogłem upić się winem inie zrobiłem tegorozmnożyłem tylko piwo popatrzyłem na Kościuszkę razpopatrzyłem na Kościuszkę drugi razczkając podziękowałem za błogosławieństwomimo wszystko mimo proroków w nie swoim krajuSłowackij i Mickievicius nie dorośli do zwycięstw, jakie ja mogę dać trzeźwemuspołeczeństwu polskiemu na emigracji wszelakiejszkoda im tylko, że ja nigdyże nigdy, że nigdy nie wyemigruję na serio jak prawie wszyscy oniuciekam w dziecka ciało uciekam w onodo Paryża za Towiańskimdo Paryża za Wyspiańskimdo Paryża za Boznańskądo Paryża za Łempickątam gdzie malował polski malarz pokojowyrodzę się na nowo z Papieżemgdy dorastam do drogiza rączkę wyprowadzam ego z przydrożnego rowuciągle w hymnach całe
>>>
*Musorgskiego w bramce zastąpił Romanow*Pornografia i narkotykiwszystko złe, co stamtąd przychodziwszystko, co szkodzi Rosjiz Polski według muminków pochodziA oto dwudziesty pierwszy wiekpróg albo szczebel, jak kto wolijest prawie pewne, że ty i ja będziemy za tydzień na Księżycujeszcze trzeba tylko wyzwolić Rosjan w nowiuJuż szczupaki wypłynęły na powierzchnięjuż żaby wypełzły ze skrzekustanowiska już prawie do objęciajeszcze tylko poświęcić wszystko dzieckujeszcze Rosji posłużyć, co niecoJak Borodin i DostojewskiTołstoj, Gogol i Riepinrozdaję mydełko FA i jak RMFkondomy na zabawie w chutorzeRosja! Rosja! – RadnajaMozolnie zdobywam Pondicherrymozolnie zdobywam Kabulmozolnie tłukę w tykwy w Addis Abebiei wspominam szesnaście tysięcy szybówgdzie zasypywano radzieckich ludziCzytam Babla i palęczytam Puszkina – Jesienina i palętoczę kulę na tokarceRosji oddaję cześć dymemHokeista nagły przemknął przez staw poezjiKuskin i Zajcew jakiśa Musorgskiego w bramce zastąpił Romanowpadł dobity gol jak Israelian –minister spraw zagranicznychRosji!Kiedyż, ach kiedyż, powrócimy znowu do naszych pólchociażby z krzyżem w Interneciedojdziemy do brzegów pustyni i Bajkałuz nimbem my Polanie znad Donu
>>>
* Ratuj ciuchy *Ratuj ciuchya może tylko cyrklejakże serce krwawina stepach Arkadiiwypuszczać tylko królikamoja sercubliskamoja cersublizkawyjeżdżam na tymczasemza mną rytm – memłany skrzatmotownjam ci to i moje rany zmienionetewje ripdalammon kuchta i ta inteligencja od ostatniej niedzielimensa jak wrota gwiezdneco za bzduramemłać w ustach rytm – pićchodzić po mieście zmoczonymoi drodzy moi krewnijakiś Ka i Kraków Krakówjechać w korkuby pić powystrzelać skoczków i zusowcówledwo trzymać się środkanigdy z żulikamigłosować na żołnierzyna progu Podgórzaplan Paryża i cyrkiel w uchuglissando jeżaza mną piasek – rozmemłany wczesno rynkowysound?
>>>
* Stolica otchłani *Głębia odczuć stolicą otchłanipiszę o nienawiści, która nie wiem czym jestliść spada z dębugdzie nienawiść a może odwet śmiercisplamione fartuchy zamiast peniuarówtoniesz w odczuciachjakbyś był Szwajcarem Watykanujakbyś był Szwajcarem, to byśsiadał przy wrotach tysiąclecipo niektórych można się było spodziewać,że skoczą w głębiętymczasem gołębie tylko przepłoszyli z dachówdobre i togołębie płoszy się najlepiej orłamimożna sępami lub chimerami – nigdy maszkaronamiszwajcarskimi depozytami ja mieszkam na górzety mieszkasz na dolezamieńmy się miejscami i kluczamilwia paszcza leży na wersalcejest piąta rano koniec wrześniaterkoczą czołgi rżą koniesłychać z piekieł huk motorówodczuwasz cienie słyszysz dźwięki z otchłanimlenie na przekór młynom trudno przekroczyćmlenie na darmo łatwo ponieśćw przyszłośćnienawiść trzeba zostawić przed wrotamiczasu* Szukam wiary w świecie inteligencji *Skorzystałem z Namibiito tak jakby rewolucjonistów skusićprzykład idzie z górySkorzystałem ze zwyczajuodpokutowałem w skansenietworzyć lepszy świat w dziełachMam Pana na co dzieńSkorzystałem z derwisza i psapoczułem zew puszczyPan stał tuż za mnąciemne interesy w puszczy mózguPoprawione teksty dla sektciemność puszczy w duszymentalność Nowosilcowa symbolicznegood kaduka do kadukaSkorzystałem z cieczy w Marrakeszuprzybyłem na odsieczpożyczyłem miecz w raju odnajsłynniejszego archanioładowódcy naszych sprzymierzonych wojskPodarowany meander na antenieczekajcie towarzysze na stułbie napięciato nie napięcie to wiara to wiaraAla i omega skutecznych powiązańSpluwając w Orinoko z zezempoczwarka telewizji dzień i noc przędzietu nie ma nic wolę się przemieścićdorzecze myśli słów czynówwiary wiary w Casablance
>>>
* Nie byłbym taki pewny *Dzień i noc drepczę po piętachstawonogom dumnym, a ja skromnyPo prawych dniach stawonogi zasypiająja drepczę dalej po śladachMija kolejny rok szczęścia nad Orinokoprzyszły w Tybecie a później Czarny LądMamaja oczekuje Magomajewaten śpiewa w Stalingradzie pieśni i arieo strusiach o brzydocie o krwiPo czwartej spuszczam kurtynępo piątej spuszczam z tonu – odchodzępodziwiam w stawach rechot żaba to tak naprawdę echo historiiMuzycznie – perfecyjnie muzycznie – ból bulIdą wprost przed siebie karawany prawosławnychidą wyprawy kołchoźników po zapłatędo Moskwy do Aleksego IIDoczekać się nie mogą i nadziwić się nie mogąże w Abisynii nie ma już wpływów generała Zoszczenkinigdzie go nie ma a jest Lew Lechistanu ooobo tak chcę patrząc na ssakiuskok Somosierry głęboko skaleczył dziejedo stworzenia świata dalekotak samo jak i do Apokalipsy JanaPłazy szydzą a ja czuwam patrząc na roślinynie byłbym taki pewnynie byłbym taki pewny siebiewidzę jak stawonogi rozbrajają atomową walizkęnie byłbym taki pewny siebie nawet za chińskim muremnawet w torbie u kanguraza bardzo się te nogi trzęsą w stawach
>>>
* Staw ciemnej miłości *Stworzyłeś rozkosze podniebnelatasz samolotami by je dosięgnąćprzesiadasz się do rakietStworzyłeś koterie podniebnemasz zamiar kochać, kochaćżądasz miłości, nikt jej nie planujeMeandry podniebne, bagna podniebnedla kogóż to, dla kogóżmiesiączek jasny świecity wędrujesz z kogutem po stawiePokolenia dziesiętne pokolenia chwalebnenieme stojące stawy wiary i nadzieistaw ciemnej miłości w chmurach burzowychposrebrzonych księżycema ty toniesz
>>>
* Szeol jest jak telewizja *Otrzymałem nauczkę sensowną zatrzymałem siępozwoliłem koniom odpocząćnauczyłem się sensu tchnieniapozwoliłem odpocząć lwomPouczony na okoliczność wolnościzdecydowałem się przejść przez piekłona ziemi ludzi niczyichDantejskie twarze zastygłe w bryłach kwarcunadlatywały lekkie jak balony z krzywymi uśmiechamistanąłem tam gdzie stąpała ludzka stopanad miejskimi kanałami zaszlamionymipatrzyłem w przeszłość zwycięstwa słowakolejny dowód istnienia BogaMimo szans, pomimo kolejnych przykładówciągle w strachu przed śmierciąciągle wątpiący w ratunek dla siebiewidziałem Szeol, który jest jak telewizja – zawsze bardzo przekonujący, stąd ten strachCzy dniem czy nocą śniłem dotądteraz zamiast snu mam silną wiarę potwierdzonąnie mogę jej nazywać tak jak dawniej wizjąto natchnienie nie jest tym samymwyobraźnia mistyczna nie tym samymNapięta cięciwa zmysłów nie mogła wypuścićstrzały w kierunku Nieba – to oczywistewszystko wówczas spadało na ziemięmoje odbite strzały żłobiły podziemne korytarzeWyraziłem żal, że nie błąkałem się po pustyni40 dni i nocy i nie pościłem wśród skorpionówpotraktowałem więc obecne czasy jak przejście przez Szeolale niewinne zastygłe w moich spojrzeniach twarze zbyt często były nie rozpoznawane w bryłachchoć tak się napraszały z powitaniem – czyż nie?Zatrzymawszy konie szaleństwa w polskiej wsizobaczyłem, że odrazu zaczęły skubać trawę na błoniuignorując zniecierpliwionego prorokaUwolniłem więc lwy zwycięstwa, ich skrzydłaponiosły je w przestworza, w chmurysam odpasałem miecz pokrwawionyległem na stogu niebieskiego siana – zasnąłem, aby zbudzić się, jako eremita naznaczony ludzką klęskąOtworzywszy oczy zobaczyłem nad sobąniezwykle jasną twarz Króla Zwycięstwa, który będąc całym Niebemschodził po moją duszę samotnąpo jakubowej drabinie wśród pegazówz ludzkimi twarzami
>>>
* Moje siano tegoroczne dla ptaka *Spójrz na ten stógsiada na nim raróggłównie po uderzeniu piorunazapala się sianoczy ptak zdąży odleciećtym razem?ptak jest w ciemnościachi Morze Białe jest w ciemnościachtoną tysiącektoś przechodzi po lodziezamarzniętą cieśninę Beringaczy wróci z sianem?dlaczego piorun nie uderza?Cokolwiek spyszniałow tym naturalnym świecieto głód i śmierćdługie kolejki po sianonawet alert wśród łąknie pomaga na ospęa tylko straszy rarogitak jakby zepsuł się kolejnystatek kosmiczny w pobliżu księżycamizantrop pilot – ktoś rzekłBerezyną pachnie łotrzejuż grudzień na karkuczas spalić lub zjeść –to sianoczas najwyższy nietypowy raroguna stogu na zasiadceducha upolowałeś?
>>>
* Przez rzeki Polesia i drogi Podola *Płacz nic tu nie pomożesiedzących w szlafrokachnie ukoi bukiet różmniej więcej cisza najwięcej ciszawierzbowe rzeki Polesiadzwoniące ze wszech miarMogę kucać nad ruczajemmożesz ze mną, możesz?tam dziewicze karpie pływająharpunem wielorybniczym mierzysz w niełzy kapią do wody, kap, kapharpie na dnie skomląwypuścić je?Len zmęczony czytankądym zmęczony szkołąmit owiany dymempolska szkoła pod strzechąróże koją kaszel znośnyNa piedestałach światastaję nagi, prosząc o miłosierdzieprzed tobą stoję nagi na poleskiej drodzezakrwawiony, obandażowanyobok ciebie kucam jak Tatar i Litwinzabiłem stonogę nie mamprawa do karpi?ale do harpii takwierzbowe drogi Podolaczarnoziem i drzewa przy drogachrzeki te same, swojskieczuwam, czuwam – ty odpływaszna Krym po morzu traw jak apostoł pogan
>>>
* Ku Tobie krok za krokiem *Każdy krok Twoim krokiemKażdy gest Twoim gestemKażdy szczyt Twoim wyzwaniemKażda głębia Twoją próbąPrzed siebie wciąż, przed siebieMila za milą, metr za metremKilogram, litr, sekunda,Ciemności nie ogarną czuwaniaCiemności nie ogarną ufnych spojrzeńCiemności szaleją nadaremnieIdę ku Tobie – wybrany pośród narodówPoza przestrzenią i czasem
>>>
* Dokarmiasz szeol!*Dokarmiasz szeol w swojej duszycodziennie rano i potem w pracyw południe, o zmierzchu i w nocySycisz go kosmiczną ilością postrzępionej materiialbo sfermentowanych ideiale domaga się więcej i więcejLejesz w niego wodę stołową i toaletowągazowane piwo i cytrynowe winosypiesz tony wołowiny i ścięgienłuski rybie i ości a on woła – mało!Szeol ogniste wargi rozchyla w tobiei ryczy basem – maało, maało!Jedni posyłają tam ludzkie ciałanarody całe, inni dusze całych pokoleńty tylko jadło i napój, ale nie możesznastarczyć go bestiiGdybyś więcej palił lub piłmiałbyś chwile wytchnieniagdybyś, chociaż narkotyzował sięlub wąchał klej podczas czarnej mszy– miałbyś chwile wytchnieniaGdybyś, chociaż deprawował dziecigdybyś, chociaż więcej wpatrywał sięw kobiety upadłe i mniej upadłe cięższych obyczajów– to wtedy miałbyś wytchnienieDobrze, że ślęczysz przed szklanym ekranemcałe wieczory pochłaniając przy tym tony gazet– to koi cierpienie z otchłaniRano kawy, potem kawy, potem mięsapotem mięsa, ciastek, ziemniaków, chlebawieczorem smalcu, jabłek, migdałównad ranem całych koni i świnio-ptakówna koniec kłamstw, kłamstw, obłudy i pychy– domaga się i pochłania szeol to wszystko,to wszystko niknie w tobieprzez innych i przez ciebieto spada w twoją duszęspragnioną świętego postu[To Pan daje śmierć i życie,wtrąca do Szeolu i zeń wyprowadza. (1 Sm 2,6)]
>>>
* Swobodne marzenia *Zwolnione z uwięzi latawcea może wściekłe psypędzą jak oszalałe – marzeniaBędziesz wierutnym weteranemjeżeli ich nie powstrzymasz– nie mogę, nie mogę,nie panuję nad nimi!Jak tęczowa szmata zawinęły się na widłachPosejdona czy Lucyfera?jak klucz kolorowych samolotówprzefrunęły lekko pod łukiem triumfalnymwolnościowym czy gnostyckim?jak żółta łódź podwodna kłamstwpopłynęły czerwoną rzeką rozkoszy czy bólu?Moje marzenia ludzkie swobodne jakAdam i Ewa po wyjściu z raju!
* Swobodne marzenia *
Zwolnione z uwięzi latawce
a może wściekłe psy spuszczone ze smyczy
pędzą jak oszalałe – marzenia moje tęczowe
będziesz wierutnym weteranem beznadziejnego wiatru
jeżeli ich nie powstrzymasz
– nie mogę, nie mogę, nie panuję nad nimi
jak tęczowa szmata zawinęły się na
trójzębie Posejdona czy widłach Lucyfera?
jak klucz kolorowych samolotów
przefrunęły lekko pod świata łukiem triumfalnym
wolnościowym czy gnostyckim?
jak żółta łódź podwodna pełna pospolitych kłamstw
popłynęły czerwoną rzeką
rozkoszy czy bólu?
moje kolorowe balony
marzenia ludzkie pędzą jak oszalałe
swobodne jak
Adam i Ewa po wyjściu z raju!
>>>
* Zadufany w wolności *Stworzyłeś mnie na obraz i podobieństwo Swojekroczę, więc ulicą cieni domagając się boskiej opiekipoddaję się złu i mniemam, że pancerz Twójmnie i tak ochroniPoddany wojnom świętym przechodzę prawie na islamprzechodzę w stan spoczynkuprzechodzę na słoneczną stronę ulicy diabłabo uważam, że wolność jest racją samą w sobieStworzyłeś anioły i mojego stróża teżzapominam o upadłych aniołachunurzany w rozkoszach ziemskichpędzący w sto koni ze Lwowa przez Wiedeń do Paryża na balpędzący w sto słoni na aukcję starodrukówdo BabilonuLecz śnieg miłości, lecz piasek miłościskrzący się w oczach wpatrzonych w daljest realnością wnikającą w moją duszę boskąotacza mnie, otacza moje stada, otacza moje kobiety i dziecizniewala mnie jak śmierć jeszcze wczorajPoddaję się kolejnej niewoli, chociaż jestem człowiekiemzadufanym w wolnościciągłym jej niewolnikiem
>>>
* Mikroprocesory wolności *Mikroprocesory nastają na moją duszęrtęć połyskująca truciznąw dziełach wiekuistych człowiekanastawianie serca i nakłanianie rozumupochówek czarnych myślibezkres zniewolonej miłościlogika starożytnych, względność XX wiekuMikroprocesory nawracają moją duszęna stechnicyzowane dzieła obstrukcjikarłów dusznychmoment śmierci styka się z momentem olśnieniaw kosmicznych światach sercana to liczy słaby kosmita o imieniu człowiekwolny wśród gwiazd, wolny wśród myśliJa dostrzegam sterowanie mikroprocesorowew głębi sumienia ludzkościto lekkie zaczerwienienie społeczeństwjest objawem zaraczenia tkwiącego w mózgach i sercachtemat na walcowanie staligłębsze oddziaływanie Koranułyse medytacje w Himalajachrtęć w morzach, ryby wynalazkóww sodowych jeziorachJedyne olśnienia stykają ze się ze śmierciąsam Bóg wychodzi z niejaby ofiarować pokój sercom, umysłomsam Bóg wychodzi z mikroprocesorówby nam wskazać ogrom pustej wolnościprowadzącej do inteligentnej wojny światówbez Niego
>>>
*Wszechobecny*Miałem małą lalkę do zabawyukładałem jej loki, układałem ją w kołyscelalka była podobna do księżycaświeciła przykładem, zadbana, ładna, przyjaznaWojny w dziecięcym pokojutoczono o rękę lalkipiosenki nucono w żywopłociena chwałę małej kobietyIlekroć zaczynałem modlitwęlaleczka roniła łzyilekroć odmawiałem zdrowaśkęlalką dostawała drgawekGdy przyjąłem Pierwszą Komunięlalka sczerniała, wylała czarną krewzawirowała, podskoczyła jakby chciałarzucić się przez okno otwarte w nocGdy pojawił się we śnie moimwielki krzyż na niebie nad miastemi ludzie biegnący do kościołai niebo spadające na głowęlalce wyrosły piersi, wydłużyły się nogizaokrągliły pośladki, na palcach zabłysłysrebrne wężowe pierścienieksiężyc zamigotał jak nigdy dotądczarna chmura podeszła pod samo oknoze strachu cisnąłem w nią lalkęotworzyłem szerzej dorosłe oczyna wszechobecną śmierćna wszechobecny grzech>>>* Żniwa u stóp Syjonu*Połyskują starocie na żniwaidzie pielgrzymka przez poledzyń, dzyń dzwoni ptak i kosaludzie nie czekają na kombajnGawrony z trudem podnoszą liszkisczerniałe ze starościludzie wędrują ku przyszłości przez ścierniskamodlą się w przyjaźni z Bogiemchrum, chrum chrzęszczą łamane źdźbłaMiędzy stare a nowe zamiast kombajnów wjeżdżająskoty z Meggidoorły ulatują w Karpaty by się skryćpielgrzymka wciąż podąża przez łanypielgrzymka łamie kanonbez strachu, dzyń, dzyń, dzyń – do Kanysiwe brody ministrów nosiwodówszpiegów i kolaborantóww ustach generałów ciężkie kłosy żytaa na nich sporysz i tłuste larwystrzelają szampany, warczą karabinyterkoczą maszyny do pisania, klawiaturypropagandzistów komuny, którzy przetrwaliw jarach i ruinach sprawiedliwościPielgrzymka zbliża się do Jasnej Górytysiące, miliony, pokoleniaszwedzkie muśliny, chińskie waciakifrancuskie rydle i przebogate w smródwnętrza rosyjskich czołgówŻniwa tuż, tuż, nieopodal prawiekrew płynie polną drogą do spichrzapolskość śpiewa pieśni wejściado Jasnej Góry jak wyjścia z Egiptuprzemawia Prymas Wyszyńskina kolanachpowalony ostatnimi ciosami propagandzistów>>>
1998
* Tatuaże *Stosowane jak silnia tatuaże na wstępie matematykibyły nowelizacją korzystnych apanaży nieukówtamtejszej Genowefy sprzedajne zwierzętamogły osłabić nacjonalizację piramidgdyby nie jedna amerykańska stołecznicanie wydoliłby na wstępieani potem nie skorzystałby z memuarówniewielkie widzimisię kosmonautywychodzącego w kosmos nie wiadomo dlaczegopowodowało kołysanie w buduarachledwo żywe sprzedajne koty Genowefypopatrywały na mięsożerne w peniuarachkołysanie ustawało na widok tatuażywielu zaangażowanych kołowało nad sanktuariamijak sępy nad ledwo żywymichciano spełnić klątwychciano spełnić trójjednię perkusistóww nocnych klubach tęsknoty palono trawkę, smrodzonoi to tylko pozostałopo oświeconych władcach duszdyskutantach mało inteligentnych i bezwynikowa kombinacja tatuaży
>>> * Na odwrót *Na odwrót robią wszystkoi nawet się żeniąna odwrót sadzą drzewa i nawet rodząpełnią obowiązki na odwrótmienią się wysłańcamikołyszą dziecko czartui to jest tylko jedyny faktGdyby wystarczyło kolejnych przeinaczeńna pewno pozwoliliby napodniesienie pokrywy lochuna pewno miesiączek ozłociłby kratęz resztkami dla ludożercóww lochu ogromne czarne coślata trzymane na uwięzi strachuposyłające na światczarne smugi nocytryskające żywotnym grzechemśmierdzące, używane, na co dzieńgotowe do unicestwianiaPatrzę z wysokiej góryna duszę skrywającą somnambulizm >>>* Niezgorszy moment *Moment wybrałem niezgorszytwarz odwrócona i grymascierpienie i brak nienawiścipowiadam – pocałuj mnie proszęWrogowie sosen i wojny nieletnichpokiwają głowami zapewnezdecydowanie wolę mieszczuchówzdecydowanie wolę nadziejęMoment wypadł tuż nad ranempoczołgawszy się parę kilometrówwrzuciłem granat do ziemiankimałego Koniewa i Żukowarozerwało towarzystwo bez walkija zdrzemnąłem się potemgrzyb wyrósł na brzegu skarpynie byłem wypełniony nienawiściąto była walka z szatanemobaj już dawno zostali straceni
>>>
* Owoc mojego ja*Pouczasz mnie Panie jak mam napisaćto krótkie wypracowanie –mówisz, pisz spokojnie do rananie licz gwiazd ni piania kogutówraz, drugi i trzecimasz za patrona słońce, czyli promień jasnościnie śpij podczas pisania, choć sny przelewaj na papierMówisz mi Panie – pocznij wreszcie to dziełomam się niezgorzej, gdy strofystają się moim mieszkaniemmoim spojrzeniem codziennymmoim zamkiem warownym odebranym wikingomRęka nie drży, gdy wrzosy kwitną na poligonachwrzosy kołyszą się podczas pszczelej inicjacjimiarodajne usługi życia wyczerpują znamiona rozsądkupodczas ćwiczeniaMam kochać za wszelką cenęmyśli, które nastają na moją jaźńTy jesteś słońcem dla jaźni rozległej jak wrzosowiskobądź miodopodobnym owocem mojego jaktórego nigdy nie zerwę na próżno
>>>
*Stworzony z niczego*Stworzony z niczego prócz glinyjakby zawieszony pomiędzy fosforanem a trójnitrotoluenempomyliwszy kadzie znalazłszy się retorcieopuściłem srebro i alchemikapotajemnie ochrzczony w baptysterium ze złotasławę przyniosłem widzialnemu światuswoim nawróceniem na pisanie formuł
>>>
*Lustro wawelskie *Brnąłem przez Arktykę i Syberięz butelką piwa w ręcezasłuchany w skowyt ciałaBrnąłem przez piachy Gobi i Saharyw ciemnych okularach wiedzyw czasie postojudrapałem strupy, rozrywałem historyczne ranyToczyłem intuicję narodu jak Syzyfw górach Harzu i na Śnieżkęwystarczyła za nadzieję, za intelektChrystus płakał policzkowany przez systemczekał na mnie wśród traw dzieciństwaczekał na ławeczce na d WisłąSłuchałem głosów proroków w tajdzeprzebierałem ziarenka różańca w oazachwiele dałem za sen, wiele dałem za fatamorganęModliłem się w Arkansas i Arrasduszy szept był moim echemskały czerwone odbijały twarzejak lustro wawelskie tapiserieZielone pastwiska niebieskieznów falują morzem trawidę zanurzony w nie po pasświerszczy słychać tylko dzwonidę naprzeciw ChrystusaWielka rzesza świętych zatrzymuje sięprzede mną – Chrystus na czelełzy obeschły już na jego twarzyupadam mu do stópwtulam głowę w jego długie szatyświerszcze dzwonią kosmiczniekometa nadlatuje jak Alfawyją międzygalaktyczne wilki – to moja tęsknotaminęło czterdzieści latdobrnąłem do Jordanuwyrwałem się z oczeretów i skowytówjaźni
>>>
* Mangrowce w piramidach myśli *Malowany w akupunkturzezaczarowany śliską powierzchnią na skalez kulek z komórek zebrał się w sobiemniem mniamPoczwórny kilogram tłuszczunad miastem jak feniksmortalny w zawieszeniuponieważ zdechł ani rusz ani ruszkonwencja wzgórz nad kamieniołomemw nim miasto smokajadę na południe na ośleponieważ słońce zachodzimaluję strachem ruiny miastadusza spowiada się nad rzekąza wierzbą za zakrętemjedziemy po czereśniachstoczona bitwa do cna wyczerpała nasze zasobywalą się wieże głodnych diabłówjest nadzieja wyjściaz piramidy myśli powstająpiramidy zamieniają się w labiryntymyśli zachowują się jakomułki w cieścielub niejadalne zwierzęta mangrowcówwychodziTuszów mangrowy i Jarocin w zimie>>>* Późny dzień *Bydło nierogate szło wczesnym rankiemna nadsańskie łąkigdy szlakiem na Wschód zbliżałem sięod Muninyza Jarosławiem grzało za Orłami dęłoczambulików ani śladumoje myśli wracały do Sandomierzamoje myśli wymyślały autostrady obok Zawichostumoje myśli spolszczały nazwy miejscowościczarnoziemy i lessy od Zamościa po Brzozówa skarbów tyle ile jasyr nie pomieści żadenmdlące łopiany i szalejepośród przydrożnych lebiod i pokrzywgdzie mnie dzieckiem zabranogdzie mnie dziecku pokazano wypalone miejscagdzie zostałem porwany do siódmego niebapo stodołach, na których krzyżowano Polakównie zostało już ani śladugawrony tylko krakały, gdy zjeżdżali młodzi z nakazami pra pra pracy na te te te terenya witały ich tylko ruiny dworów i folwarkówczarne place pośród zielonych trawresztki ziemnych piwnic i opuszczone sadykrew polska wsiąkła już w ziemięto nie Litwini, to nie Tatarzy, to nie Turcyto Słowianie
>>>
Nad dachami Rzymu iskra lecinad Krakowem pokazał się czerwony kurod Dębicy nadlatuje kometatrzęsienia ziemi i powodzie wiekówod Ziemi Ognistej po EłkKopiec pobudowano na cześć ludzkich wodzówi to nie dało nickopce pobudowano wszędzie jak piramidy, jak zigguraty, jak wieżeto nie dało nicLodowe sople wciąż kaleczą duszęwilki rozszarpują świeże ludzkie mięsopouczeni w tajdze, pouczeni w dżungli i pustynipouczeni na morzach, w brzuchach rybszukający Biblii wszędzie i zawszerozpaczający, rozdrapujący rany, niepewniliczący egzotyczne ptaki, obserwujący rzadkiezwierzęta, które giną, co dnia –podróżowaliśmy w wyobraźnimodląc się szukając miłosierdzia –łodzie zaryły dziobami w brzegkomety mędrców odleciałya planetoida wciąż zbliża się do ZiemiLiczymy na politykówbudujemy na gwałt kosmiczne stacje i rakietyto nie da nicSerce kamienieje ze strachu i żaluwiara leci pod sklepienia kościołówcoraz więcej kościołówcoraz więcej modlitwcoraz więcej ludzi kochającychod Ziemi Obiecanej po Uherce –a może to coś da?
>>>
* Dawka cienia *Może by tak zaaplikować pacjentomsolenną dawkę cienia w palącej nienawiścikorzystanie z miłości stało się niemodnecały wiek temuzarazygłodne górypiskorze ideologiizarazychłopy i powietrzeprzed hakiem wykonujący wyroki ludzkieSzela postąpił pół kroku w światłość ziemskąto wystarczyło by spuścić psy rzeźnicze,które biegają wokół domu do dziśdwudziestowieczne psy zła ujadają w mediachSzela poszedł jak Jarosław Dąbrowskiza pieniądze strzelać do baszty w Zawadziejakby chciał ustrzelić samą Matkę Boskąa Janosik?
>>>
* Monstrancja *Zmiłowania godni idą wciąż pod góręzjednoczeni w spiekocie dnianiosą monstrancje i dziecisą jak karawana wędrująca przez pustynię złaWierzący niedzisiejsiprzyzwyczajają obcycha oni tutejsiboją się samych siebieRozmnożeniniewspółmiernie do strachupoliczeniidą pod góręsłużą prawdzie pośród nieprawdziwej prawdyświerki jak stułbie, jak świetliki świeceoceany żywiciele w sumieniachChlupie ryba w misce głowynad rzekami stali za młodu dziś są procesjąnajdłuższe dni pośród dążeniawiara ich mocna jak akacje mijane w spiekocieponad głowami gołębica białapod stopami kramarskie płótnaWczuwasz się w wiatr śpiewasz psalmdziękujesz zły i gniewny jak osaprawdziwy jak muchomor pąsowiejeszbez samochodu bez konkretnej barwypoplamiony zmieszany wierzącypod górę się pniesz za swoim Papieżemdo grobu babki idziesz mijając grobyBełzy, Lelewela i Konopnickiejw spiekocie galicyjskiej toczysz stary dzwonpolną drogąw dzwonie pamięć przed tobą monstrancja serca
>>>
* Kwiaty pokoju i mój strach *Na dowód, że miałem urazpokazuję bliznę za uchem po białaczcemontuję strach na skocznimontuję strach na wyżynachledwo spojrzałem na okopynatychmiast wystrzelono przepiórkępo ukraińskie nadania na Wołyniumusiałem o to toczyć boje z sokołemskończyło się na głębokim Wschodziegdzież to kazali mi wtedy iśćgdzież to dziś każą mi iść narodowcyNa dowód, że zmierzyłem się kiedyśz lewiatanem zostały mi żółte kalendarzedrzewa skojarzone z armatamiliście skojarzone z zielonymi munduramipociski jak lalki trzy messerschmitty jak gołębiestrach nadleciał z obu stronkrzyże rozpierzchły się po niebie jak ptakipo kolejnych zmaganiach umysłowychserce odżyło pokarane smutkiemteraz czasy sercawięc nowy kwiat i ptakpokoju
>>>
* Sferyczne namioty Boga *Z pomiędzy ludnych sferycznych namiotów Bogawyszedł lekki wiatr podniósł dziecięcą czapkęwiatr pocałunkiem uśpił dzieckocisnął czapkę na jego łóżeczkorozkołysały się śródleśne konwaliedzieciak spał bez przerwybez przerwy na ojcowskiego papierosaserce zmięło swoją czapkęjego sny powędrowałynad czyste wodywiatr nucił piosnkę jak dorożkarzmotyl tłumaczył dźwięki sferycznemiłość senna zielona falowałamiłość żywego dzieckaktóre ojciec pijak głodził do dziśbrakiem pocałunku>>>* Krzesło arytmetyczne *Moim zadaniem jest miłośćnie poradzi tu nic nowe krzesło arytmetyczneani świadomość z Czomolungmymoim zadaniem jest miłośćdźwiganie krzyża z Szymonemciesz się, że cierpiszbodaj byś cudze krzyże nosiłtak rzec trzebanie poradzi tu nic nowe autopodarytmetycznena nic świadomość z Czatyr-daha– dźwigaj!ponagla facet z Cyreny
>>>
* Żegnam dzieci wrzasku *Jeszcze wczoraj żegnałem jakąś ciszędziś żegnam inteligenckie dzieci wrzaskupouczony przez skrzydlate stworzenieo wiele lepsze ode mnie, bo mocne Bogiemwiele jest do nauczenia, wiele do pokochaniao wiele więcej do wybaczeniaJeszcze wczoraj korzystałem z ciszy obcejjak tylko może być cisza w więzieniudziś wolny jak wyspowiadany z kraty ptakmiesięcznie wykorzystuję jakieś ćwierć mózguto bardzo wiele jak na dzisiejsze czasyto wiele jak na stan duszy i sumieniaaniołowie grają przy mnie wolniejnadal bardzo głośno i szybko, ale jużwolniej i ciszej niż w czasach komunypomimo wszystkojest czas na miłosierdzie – to ten spokójbrzegi Wisełki, Wisły, Wisłoki i Wisłokapo prostu państwo Wiślan ze stolicą w Wiślicyktóra powitała mnie orkiestrą CherubinówTu urodziłem się w kajdanachprzywieziony z emigracjii emigrujący przez całą młodośćtu umrę wolny i szczęśliwyw Polsce wolnej choćby na gruzachcywilizacjiprzejdę przez bramę ciszy – źródła bóluJeszcze wczoraj kradnący obraz Chrystusa,który idzie po powierzchni polskich rzekkradnący mękę Chrystusa,który idzie ponad polskimi zbiorowymi mogiłamikradnący miłosierdzie Chrystusa,który przemierza wyboje ulicy UroczejCzy można ukraść swoje własne dziedzictwo?czy można ukraść miłość synaalbo ojca?żegnajcie funkcjonariusze wrzasku
>>>
* Spisek dzieciństwa*Sięgając do zarzewia dzieciństwamożna ukuć spisekdziś już nie wiem jak to się stało, że stworzyłem hybrydę dzieciństwa i starościw czasach pogardy dla mężów stanuhybrydę myśli i czynu bez sercamodlę się teraz, błagając o przebaczenienie było miłości, nie było porannych słońcrozgrzeszenie przyszło jak skok z mostuna poduszkę rozłożoną przez strażakówmędrcy świata – monarchowiewszelkich maści zaczynali jak jalecz jalecz janigdy nie zdradziłem dzieciństwawspomnienie dzieciństwa tliło się w sercua tam kolejny skowronek polatywał w wiosnę dojrzewania z tym samym trylemhybrydy socjalizmu i rzeczywistościpozwoliły na przeżycie stanów wojennychnie przeżyły jednak same„nie dziwota” – jak mawiają drwale z Górnych Lasównie poszedłem z czarnymi flagami pod plebanięnie stanąłem z wyćwiczonymi psamina rozstajach politycznych drógnie palnąłem kazania dzieciom satanizującymw miejskich strzelnicach i siłowniachżałuję wielu zgubionych cnót, lecz nie wiarywiary nie zgubiłemlecz nie nadzieinadzieję miałem zawszelecz nie miłościmiłości służyłem zawszepognany z bułankami aż za porohy ojczyznybiegnący za antylopami w snachdosiadający jaków i dzikich wielbłądóww końcu zasnąłem na Wierzbie pośród tarpanówtliło się w sercu zarzewiewybuchło płomieniem, gdy zechciał Bóggdy moim zmianom nadeszła pora – rzekł– obywatelskie dziewictwo wartościądziś prostota i ufność wartościąapostołowanie koniecznościąjak zamazywanie enerdowskich symbolijak fotografowanie satanistycznych napisówna murach w jakiejś pipidówcerzeki płyną a my po nichlecą obok czarne bociany w Druskiennikachmewy rzadkie jak złote karpie w Puławachi umierający narkomani śpiewają pielgrzymi ze swoimi bólaminiedoinformowanispisek ciasnoty z bezsumieniemwykluły się maszkaryna murach katedrwędrując z cisem w rękachniosąc bukiety bławatówprzekraczając małopolskie strumienie w Ojcowie budując w skarpach kapliczkiprowadzony przez anioła z brodądotarłem na pole bitwyprzed pierwszy szeregstanąłem jak pod Troją pod Pałacem Kultury popatrzyłem na tiary niemodnezdecydowany na wszystko polski Centaur i z brązu i z żelaza
>>>
1999
* Lekcje w historii miasta*Prowadzący zaległe lekcjejako poprzedni nauczyciel wszedłem na katedrępomruk ustał w suwakach zamknęły się kałamarzedzieci piszczały pod ławkami a ja waliłem szpicrutą w pulpitkoń do taktu zamiatał ogonemFredek kreślił kredą kołakolorowa kreda olimpijska łkałana ścianach, zasłonach i czołachnadjechało ZOMO i otoczyło szkołęgłośne modlitwy odstraszyły Panów Porucznikówi całe watahy psów, wilków i tajniakówna końcu zarządzono odwrót zomowcówpięknych dorodnych wysokich i czerstwychnadleciały ptaki podczas doświadczeniaporwały nadmanganian i podsódusiadły na szkolnych dachach i dziobały jak orzechynastępowały, więc eksplozje dziobównastępowały oczywiście po sobiepodprowadziłem lekcje do południazawołałem na woźnego – Honotuten porzuciwszy kablowaniena wszystkie strony krzyczącstawił się z pianą na ustachrozpoznałem go to esbek noszący baldachimyna procesjachrzekłem do niego – idź preczwielbłąd szkolny podszedł do tablicyzrobiło się słodko, dziewczynki zaczęły się chełpića chłopcy czkać po miętowej paście do zębównie zwracając uwagi na nikogowstawiałem oceny do dzienników i dzienniczkówrżałem razem z wielbłądem polskimkuliłem się na samą myślniechcący otworzyłem sezam uczuciaw którym szkoła znalazła swoje świecea w końcu i kagankimoje lekcje przeszły do historii miastakronikarze piszą już pięćdziesiątą dobęwypociny na mój tematniestety beznadziejną łaciną
>>>
* Auto się stoczyło *Rozpocząłem naprawę autapo wypadku przedwczorajstoczyło się bowiem jak nie wiem coz górki po stoku namiętnościbez kontroli straciło stabilnośćnikt nad nim nie zapanowałwyjąłem dwa zardzewiałe błotnikiaby wyklepać i pozłocićsilnik nieremontowany od latsam wypadł na bruk jak fortepianmłotek fruwał nad głowąkawki spadały jedna po drugiejz pobliskiego drzewaa bez kołysał się w zimiew takt melodii narzędziaauto rozłożyłem na częściblachy wyprostowałemjest okazja by się tym zająć wreszciepo wczorajszym stoczeniudziś jest czas remontunadania blasku temu, co pogięte i przegniłezłom ląduje w dobrych intencjacha przydaję apetycznych modelowaństroję w nowy lakier i zalewam olejempo wczorajszym stoczeniudziś jest czas ekskursjidziś wieczorem wyjeżdżamdo ukochanejobym się nie stoczył
>>>
* Skrucha skarabeusza *Skrucha małego skarabeuszamodlitwa dziecięcia jak kwiatniewinnie naiwnego pacyfistybył spokojny podczas snu i podczas atakuczerezwyczajkiprzy tym bledną miałkie pejzaże francuskich impresjonistówwilgotnieją myśli w winoroślachusychających na wydmachmądre mierzeje nadmorskich sławoczekują stóp Czirokezatakiego jak ono – bosego z czubempowrót z odwołanego koncertubędzie lekkim stąpaniem po plażach poczekalni dworcowejpowrót będzie pływaniem w borowinie na posterunkupowrót w młodości zasady będzie wyławianiem z tłumuprzez zwyrodniałych esbekówa potem skrucha upartego skarabeuszakrzyk wolności poprzez bicieśmiech wśród lasów kula na torach w Babim Dolei plucie krwią w Gdańsku-Oliwie w już nieodwołalnym 1982-im roku
>>>
* Powtórka z inicjacji *Powtórka z inicjacjitemat zeropocząwszy od kościoła dreptałemprzez życiepocząwszy od małej rzekikulawiłem codziennośćzgrabnie odkrywałem bzy i czeremchynieopodal Źródła Łasktak dobrze było siedzieć na WysokościachPowtórka z całonocnych walkz czarnymi chmurami w ciemnych oknachzjeżdżania po pile cierpieniadojrzewanie wśród ptaków i kwiatówmałe pagórkimali chłopcytortura wielka jak lasmądre nauczycielkiksiążki o podróżachInicjowałem leśne echapodnosząc głos w głuszyuderzeniem woźnego pośród łanów paprociobrywaniem skarp w czasie przerwlotem w przepaść wąwozumałe powodzie wielkich roztopówniecne widoki wiosnyŹródło Łask promieniowało na ręce i głowępozostawiło wdzięczność dojrzałąnapiętnowało niewidzialnym pejzażemInicjowałem nowy system wartościsystem jak echow lesiez Wysokości
>>>
* Jedź Jadwigo *Jedź Jadwigo ku lepszej przyszłościnabawiony kokluszemnabawiony bitwąprzerzucony przez mury trzech więzieńJedź koniu mimo kaktusa obozowegopo kawę, ser i pieprzziemia ognista to ta znad Orinokomiędzy zębami pieśńjedź Iwanie jedźmogłoby się wydawać, że skromnośćdotyczyć może igłya nie kłucia zanim deszcz spadniete pomniki na prerii, te pióropuszez NRDseans jazdy jak na szpilkachcałość kominów zniewoliła Jadwigęzatrzymała się nad śpiewającą rybąkoło Płockapieśń zamarła na zatorze lodowymJadwiga nabawiła się grypy jak Tomkowa społeczność
zbyt gwaltownie przemieszczana
w strefach
>>>
* Do Nawakszut *W dzień radosnyw dzień pogodnyświeci słońce kędy chcemiałem lecieć, lecz zostałemprześwietliło mnieMorze wielkie mnie oddzielaod Mauretanii i od Maurówtam moje myśli biegnąale, po co, ale, po co,co tam jest?W dzień świetlistyw dzień kolejnyJowisz z Wenus tańczy znówja nie widzę tych zalotówja już lecę do NawakszutW dzień bolesnyw dzień nijakijuż ląduję w dole skwarjakaś stacja towos koleijakiś Tuareg ssie tu piachja oclony z burzyruszam skrótem przez pustynięgnam jak Pyrrus na, na… Kartaginęw dzień powrotu walczę skatemz jakimś turbanemDzień już mijaznów tu siedzęchoć nawet dżdżu nie mapośród książek, nut, dyskietekpatrzę w okno – widzę kościółChwała Bogu!widzę krzyż!
* Do Nawakszut *
W dzień radosny, w dzień pogodny
świeci słońce kędy chce
gdzieś lecieć miałem lecz zostałem
– prześwietliło mnie
morze wielkie mnie oddziela
od Mauretanii i od Maurów
lecz tam moje biegną myśli bose
ale po co, ale po co, co tam jest?
w dzień świetlisty, w dzień kolejny
Jowisz z Wenus tańczy znów
ja nie widzę tych zalotów bo już świt
ja już w myślach lecę do Nawakszut
w dzień bolesny, w dzień nijaki
już ląduję, w dole skwar
pas, terminal, jakaś stacja towos kolei
jakiś wielbłąd i Haratyn ssą tu piach
ja oclony z burzy ocalony
ruszam skrótem przez pustynię
gnam jak Africanus na, na, na, … na Kartaginę
gdzieś między Casablanką i Tunisem
w porze powrotu walczę skatem
z jakimś rozwianym turbanem
dzień już mija, wciąż tu jestem
na pustyni mej zmyślonej
choć nawet dżdżu nie ma od millennium
wilgotnieję pośród książek, dyskietek, nut
Noc w Tunezji mnie obchodzi – z prawej i lewej
Dizzy, Charlie, Miles za plecami skradają się
patrzę w okno – widzę jakby kościół
ni gruzów Kartaginy, ni meczetów
Chwała Bogu, widzę krzyż!>>>* Powołanie *Powołanie moje jest jak wiatrnieustannie pojawia się z wiosnąna szczytach Tatrpędzi przez haleturla barany GąsienicowePowołanie moje jest jak pszenicarosnąca tylko po toaby ukrywać przepióreczkęjastrzębie głupieją w błękiciegdy śpiewa jak ja tańczęPowołanie jest jednoznacznym znakiemzaznaczonym dość znaczniew przeznaczeniu– tak rzecze żartobliwie o rzeczach ostatecznychi z uśmiechem o platonicznej idei – sam SamSkierowany w dzieciństwie na kosmodromymogę tylko wystartowaćmoje powołanie nie jest drogąjest nim cel ponad głowącel tyle strzelisty co stroma drogaŻycie nie jest śmierciąchociaż do niej prowadziśmiej się ze starego roweru,którym przyszło ci jeździć po kosmodromieszukając ukrytej rakietyśmiej się z ran i łezjeżeli masz pewne miejsce w kosmolocieJezusa Chrystusajeżeli masz miejsce w prawdziwym życiuna tylnym siedzeniu aczkolwiekKrywaniu nie do ukrycia
>>>
* Utrwalacze na mszy *Spokojny dzień dla Panazapowiada mniejsza skromnośćwięcej dni takich przed namimogłeś zbliżyć się do szczęściajeszcze nie wiesz, z czym wyjść do Niebiosjeszcze spożywasz śniadaniekrzew zielony i zieleńszyogień w domysłachSpokojny dzień nam Panie dajniech słońce plami nasze twarzenie będziemy pić piwaani gonić kotów po dachach dziśz grzybami też nam nie wyjdziedzieci idą skrajem szosydzieci idą do kościołaz lampionami z wieńcami z kwiatówna szyjach jak w Papeetew Wólce święty dzieńw Warszawie pracują żółte żurawieskromnie wychodzą żebracy na łówrodzina wyjeżdża na wieśpłacą za gazety płacą za potwornościszatan nawet kiosk ruchu wykorzystujew niedzielę w niedzielę w niewidzialnościpłoną płyty i płytkie żleby pod blokiem
od jego zachęt niemych i nawoływań
olej z Amoco Cadis wylewa siępod urzędem gminnym na bratkipastuch pędzi bimber w piwnicach komendy rejonowej policji,która pracuje w niedzielę i świętalecz już nie zabija i nie torturuje w te dniwciąż chwalą tu bohaterskich utrwalaczyale utrwalacze są na mszyutrwalacze niosą baldachimz wyhaftowanym złotym napisem Amor Caritas
>>>
* Dzień przedostatni *Mam nadzieję wiejskąchcę dotrzeć do sednamam ochotę miejskąchcę biec ku przyszłościmoje łany falują ciepłem sercamoje łachmany słów powiewająna mnie jak na służącymOto nastał dzień przedostatniwiele można zrobić jeszcze dziśdla uratowania swoich najbliższychnajbliższych setek milionówwyrazić nadziejęwyrazić miłośćtę ciepłotę sercawysłać na orbitęniech rozjaśnia sądny dzieńi zostać nagim dla bliźnich
* Dzień przedostatni *
Mam nadzieję wiejską
chcę dotrzeć do sedna strachu
mam ochotę miejską
chcę biec ku bezpiecznej przyszłości miliardów
moje łany myśli falują ciepłem serca
moje łachmany słów powiewają
na mnie jak na służącym wieku
Oto nastał dzień przedostatni dla Ziemi
wiele można zrobić jeszcze dziś
dla uratowania swoich najbliższych
najbliższych setek milionów
wyrazić wiarę
wyrazić nadzieję
wyrazić miłość
tę właśnie ciepłotę serca wysłać na orbitę
niech rozjaśnia sądny ludzkości dzień
zostać nagim i bezbronnym dla bliźnich jak noc
>>>
* Dyktator w każdym z nas *Toczy się łez pociągprzez kontynentyledwo spojrzy dyktatorjuż umiera setka dzieciątekKarawana nienawiścibieży przez pustynie ludzkiegdy tylko wskaże dyktatorpłaczą miliony gwiazdKosmiczne pociągi przyszłościzdążają do Saturnazanim zamruga dyktatorjuż drugi miliard istnień znikawyludnia się planetaI otoparę paciorkówi jeszcze kilka zdrowasiekz murzyńskiej chaty wylatujei spod świerka w SwierdłowskuI otonagle dyktator w każdym z naszaczyna drżeć i blednąć jak księżycjużJezus nie krwawi na krzyżu codziennie nawet po zmierzchudziecko się do nas uśmiecha
>>>
* W Bieszczadach zmiany *Miałem róg miałem sznurperegrynowałem w Bieszczadachpędziłem na złamanie percidopadły mnie zmory w Trembowlinie dotarłem na BukowinęMoje serce pozostało we Lwowiemoja chata z kraja rozbłysła na chwilęporodziłem dzieciątkopochwaliłem Matkęwydałem z siebie okrzyk jak kaniapo okolicy przeleciał dreszczdrobne stworzenia boże zielonez piskiem rzuciły się do ucieczkispadł deszcz i rozmył ich śladydziecię wstąpiło na próg chatyi popatrzyło z Harty przez Bojanóww kierunku Gwoźnicy i Rogówjuż nie było Wandali i Galówjuż nie było czerwieńców Szelijuż nie było zielonych żabek skrzekliwychtylko czyste niebo nad Bieszczadamii wzgórza…. błękitne nad Solinązachwycały wolnością >>>* Zaćma *Miałem zaćmę i to był powódmiałem zaćmę i to wszystkobałem się myśleć o prawdziebo cierpienie zawsze wzbudzało we mnie strachniewygody omijałemegzaminy przekładałemw swoich ogrojcach trwałem w nieskończonośćegzamin życia trwał a ja spałemjak ptak kląskałem nad ranemnocny ptak czuwaniazamieszkujący nieopodal świętych miejsckaleczyłem prawdę, profanowałem tradycjęmiałem krótkotrwałe odloty w słońcamiałem krótkotrwałe poloty na kometachpokaleczony wracałem z przegranych drógktóre miały być spokojne i radosnedziś święty za świętymiidę w dal na spotkanie całego niebapo krwawej operacji oczuidę cierpiący w kolorowej prawdzietrójwymiarowej
>>>
* Narzędzia *Będziemy powracać ze spuszczoną głowąniewiele bohaterstwa w naskto więc stworzył te bohaterskie czasyjeśli nie mytak, marnymi narzędziamibyliśmy w rękach Bogatoczyliśmy nasze omszałe kamieniepo drogach tego światanieśliśmy zerwane kajdany dla władcówgdy władcami zostaliśmyzakuto nas w te kajdanymały lekki przytulny czołgnasze życienad nami śpiewnad nami czysty ciepły wiatrwilgoć sierpniowa polskaw trawach i na rzęsachkomputer do góry – to my
* Zwycięzcy z konieczności *
Będziemy powracać ze spuszczoną głową
– maszerujących przestrzegał ktoś
wiele konieczności i niewiele bohaterstwa w nas
– stwierdził ktoś
kto więc stworzył te bohaterskie czasy
jeśli nie my?
– pytam się, więc
tak, marnymi narzędziami byliśmy w rękach Boga
toczyliśmy niepewnie nasze omszałe kamienie
po wyboistych drogach tego niecnego świata
toczyliśmy uparcie w górę nasze nieoszlifowane dusze
ponieśliśmy zerwane w końcu kajdany
dla znienawidzonych władców ciemności
zakuto nas w te smutne okowy,
gdy niespodziewanie sami staliśmy się władcami
dziś mały, lekki, przytulny czołg
– to nasze duchowe życie
utajone pociski diamentów skrywa
nad nami śpiew serafinów chwały i łabędzi zwątpienia
nad nami czysty, ciepły wiatr wolności
wilgoć sierpniowa polska w trawach i na rzęsach
wzrok na kwiaty, wzrok na skały, wzrok na chmury
– podnieśmy
komputery pochodnie do góry – to my
zwycięzcy odwiecznej bestii
>>>
* Kazamaty głów *Mątwa w Morskim Okui lajkonik na dachu ratusza w Toruniumądrzejszy niźli Bismarck, któryz półek zdejmował gotowe plany wojen– może być większy głupiec?W każdej kałuży jest pełno życiadrogie pijawki i larwy muchmchy i porosty jak goryle górskieżremy to, co u progu chatyjej próg, czasem jej dachwpadamy w ten dawny rajpłynie nad Ameryką żagielto skrzydło orła lub promkosmiczny jak wypowiedź indiańskiego wodzazamiast walczyć inwestuje na giełdziemyszy w kanałach tokijskiego metranad światem ludzkości strachkażda data rozbrajakażdy rok podwaja rozbestwieniaJezus patrzy na to wszystkosiedząc na kaplicy Boimów we Lwowieze spuszczoną głowąopiera się o krzyżpo swojej walcejak bokser w narożnikuludzie walczyć już nie powinnipo jego kaźninie powinno być zakamarkówzmieniających się w kazamatyw głowach w sercach w miastach
>>>
*Na lotni serca*Doszedłem do swojego przeznaczeniajak Adam do Albertawiem, że niecni ludziesą na spytkia cni nie znają odpowiedzia białe brzozy nadają się na ziemskie krzyżeby zbudować krzyż trzeba mieć tartak i hutęwystarczy wystartować na lotni sercaby przelecieć ponad nimizostawić przeznaczenie za sobą >>>*Potknąłem się o miłość*Potknąłem się o miłośćtego dnia, gdy maszerowałem w kolumniePigmejów sercowych i Eskimosów uczuciowychjasne horyzonty zwiastowałysen jak płonącą trawę po wybuchu meteorytua moje sny zardzewiałe statki w portach ukrytych we mglea moje sny księżycowe unoszone przez maszyny na gumkęa w sercu tylko spojrzenia wielbłądzieWstrząs po potknięciubył rozstaniem kochankówbył narodzinami, był śmiercią, nie kłótniąmiłość pozostała w pyle drogi samaszara niewidoczna jakby nieistniejącaale realna, jedynie realnaa ja nieistniejący, jakby nierealnypotknąłem się o życie warte snui przebudziłem na chwilę
>>>
* Koniec pogaństwa na tej ziemi *Zmierzch słonecznych gawronównad łysą rzeką bez dnamodły szczere jak zbożemodły wielkie jak spektakljuż nadchodzi przełom wiekugdzieś w górachodnajdujesz wielką Świętą Kingęna lotni szybujesz nad przełomempatrzysz na swoje życiezmierzch odlatujących bocianówciepły koniec wiekuniechętnie odlatują bocianydo muzułmanów w Sudanierzeką płyną włosy wplecione w wiankito włosy Marzannypogańskiej boginki śmiercito już przełomkoniec pogaństwa na tej ziemiczyżby koniec pogaństwana tej ziemi?
>>>
* Milczę pocieszony *Możecie mnie pocieszać w nieskończonośćjestem do pocieszenianiewiele słów potrzebaprawda wymaga trzechkto dużo gadapłaza wygadaprawdę prześwietli jak w oświeceniuzmieni w negatywi człowieka i ptakaPod skorupami sumieńmilion poziomów pychypod skorupami łezjeden poziom modlitwyczułość w wiernościdelikatność w łagodnościgotowość na cierpieniegłaskanie małego ssakazamkniętego w dłonidmuchanie na dmuchawceMożecie dmuchać na moją twarzw zimie i wiosną, gdy marzęszczególnie wiosną, gdy marzę,gdy wracam z poligonubez broniwtedy jestem jak jajo pterodaktylaskupiony cierpliwy oddanymatcemilczę czekając na ponowne wykluciepo krwawej walce z sumieniemz nieumiarkowaniem w gadaniuo prawdzie
>>>
* Lawina *Żeby ruszyła lawinapotrzeba okruchów skał na szczytach,które tworzą jedno serce niewieścieżeby ruszyła lawinapotrzeba męskiego kopnięcia kamieniaw przepaśća potem potrzeba piękności sercpiękności porywajcejjak lawina uczuć spadających w otchłań życia
* Lawina *
Żeby ruszyła lawina
potrzeba okruchów skał na szczytach,
które tworzą jedno serce niewieście
żeby ruszyła lawina
potrzeba męskiego strącenia kamienia
w przepaść
a potem potrzeba piękności serc
piękności porywającej
jak lawina uczuć spadających w otchłań życia
>>>
*Zmniejszając tramwaje w myślach*Zmniejszając tramwaje w myślachbłądziłem po liberalnym Krakowiew smoczej jamie byłem przechodniem między kloszardamimaszkarony Sukiennic pozdrawiałem tępym spojrzeniemi fascynata i ordynata i predystynataNatknąwszy się na rekruta w fartuszku udałem siępod siedziby gazet rozpowszechnianych na papierze czerpanymOdnowionym spojrzeniem zlustrowałemprzechodniów-stańczyków z Londynupoprzedzanych przez lewe interesy zurbanizowanych cietrzewiZ dawnej miłości pozostały zakochane spojrzenia zza kratwielkie tramwaje w oczachwielkie katastrofy duchowości Krakowianw witrynach i bramachNa rynku rozglądałem się za miejscemna pomnik dla Chrystusa Królaale zobaczyłem tylko zbyt wielu przekupniów, zbyt wielu bankierów,zbyt wiele za dużych tramwajówzmniejszając to wszystko błądziłem w myślach starychjak hołdy i rozbiorykroczyłem wśród przechodniów w kierunku przejściapodniebnegoNa dworcowym placu kosmodromie rozglądałem się za miejscemna pomnik dla Chrystusa Królaale zobaczyłem tylko zbyt wiele wielbłądówzbyt wielu Madianitów i Elamitówzbyt wielkie teatry i saturatorycofanie się przed tym wszystkimzaprowadziło mnie w okolice muzeów rozdeptane butami kapitulantóww muzeach święci krzyczą i w winiarniach zwyczajowoświęci krzyczą nadal w tym mieście na każdej ulicylecz nikt ich nie słuchamalutkie tramwaje wożą sercazbyt małemalutkie tramwaje wożą malutkie serca rosnące staleZwiększając tramwaje w myślachodnalazłem się w liberalnym Krakowie
*Zmniejszając tramwaje w myślach*
Zmniejszając tramwaje w myślach
błądziłem po liberalnym Krakowie
w smoczej jamie byłem przechodniem między kloszardami
maszkarony Sukiennic pozdrawiałem tępym spojrzeniem
i fascynata i ordynata i predystynata
Natknąwszy się na rekruta w fartuszku udałem się
pod siedziby gazet rozpowszechnianych na papierze czerpanym
wyczerpany emocjonalnie zawróciłem
Odnowionym spojrzeniem zlustrowałem
przechodniów-stańczyków z Londynu
poprzedzanych przez lewe interesy zurbanizowanych cietrzewi futuryzmu
Z dawnej miłości pozostały zakochane spojrzenia zza krat
wielkie tramwaje w oczach naiwnych
zliczalne katastrofy duchowości Krakowian
w witrynach i bramach
Na rynku rozglądałem się za miejscem
na pomnik dla Chrystusa Króla
według projektu A.Chmielowskiego
ale zobaczyłem tylko zbyt wielu przekupniów,
zbyt wielu bankierów, zbyt wielu celebrytów
zbyt wiele za dużych tramwajów widmo
zmniejszając to wszystko błądziłem w myślach
starych jak hordy, hołdy i rozbiory
kroczyłem wśród przechodniów w kierunku przejścia
podniebnego acz wąskiego
Na dworcowym kosmodromie rozglądałem się za miejscem
na pomnik dla Chrystusa Króla
według projektu A.Salawy
ale zobaczyłem tylko zbyt wiele wielbłądów i dromaderów
zbyt wielu Madianitów i Elamitów z Podlasia i Podhala
zbyt wielkie teatry, sanitariaty i saturatory
cofanie się przed tym wszystkim
zaprowadziło mnie w okolice muzeów
eksponatów rozdeptanych butami kapitulantów
w muzeach święci jak zwykle krzyczą
a w winiarniach zwyczajowo klaszczą
święci krzyczą ciszą nadal w zaułkach i pasażach
na każdej ulicy, na każdym skwerze
lecz nikt ich nie słucha
malutkie tramwaje wożą serca
malutkie tramwaje wożą serca zbyt małe
malutkie tramwaje wożą malutkie serca
rosnące stale
Zwiększając tramwaje w myślach
odnalazłem się w liberalnym Krakowie
według projektu A.Mickiewicza
>>>