2015

Posted: 12/02/2013 in Wiersze
Życie jest usiane jest cudami, których zawsze mogą się spodziewać ci, co kochają”

Marcel Proust

http://virtualo.pl/ebook/piotr-zawierzyl-i229490/

https://ridero.eu/pl/books/widget/piotr_zapewnial/?book3d=true

>>>

DSCN1715f
Akwamaryn wykrystalizował
na policzku
słońce zrodziło pokój
lekki dreszcz muśniętego stolika
szum wytrąconych fal
blask zalał akwarium
duszą się ryby
policzek przy szkle
dusza morska
wydobyta z wodorostów
duża ryba biblijna
wypuszczona z uwięzienia
ze słowami
– płyń po morzach i oceanach
potoczyła się
przez pokój wprost w otwarte
balkonowe drzwi
promień uniósł niespodziewany dar
cienki pisk sopli za oknem
marynistyczna pieśń podróżna
akwamaryn rozbłysnął
tęcza pod choinką przed oknem
usta na szybie
zaśpiewały jak ryba
w wigilijną noc
policzek przy policzku
lekki dreszcz cudu
intaglio wyzwolonej
kamea wyzwoleńca
>>>
DSCN3211f
Węgiel drzewo liść
ptak przestworza wolność
ja
bądź ze mną
leć ze mną
skacz ze mną
do szybu kopalni
w ciemność własnej duszy,
która zapłonie
jak węgiel
zapewne
diament prehistorii
zajaśnieje jutrem
ogień płomień dym
przestworza Bóg
my
>>>
DSCN1281f
Ledwo nastał dzień
a człowiek otwierając oczy rzekł
– to jest dzień ostatni
dlaczego ostatni? – odrzekł człowiek drugi
albo to ja wiem?
jak tak czuję, jestem
prze-ra-żo-ny
przerażeniem moim jest materialne światło
zobacz – tam wstaje słońce
tam świeci jeszcze księżyc
i nad horyzontem wciąż
moja betlejemska gwiazda
oblewa mnie łuną
a ja ani pasterz ani król
ani polityk zdobny animator szopek
ustawiony w okienku sławy
ledwo gipsowa figura w stajence
z kredensu zielony wyświetlacz komórki
i jeszcze czerwone światełko
uśpionego na ścianie telewizora
świecą na mnie
boję się, że są to duchy świata materialnego,
który nie istnieje
więc – to jest dzień ostatni
– rzekł człowiek
dla istoty niebędącej aniołem
tylko dzień się zaczął
– odrzekł człowiek drugi
ale mój strach się nie skończył
noc tylko go skryła
jak w bajce w bezkształtnym płaszczu
teraz wybuchnął jak płonący modrzew
w krainie kości i krwi
człowieka prze-ra-żo-nego
po skurczu oka
i płonie solarnie, wodorowo grzeszny
geotermicznie, nieokrzesanie śmiertelny
podpalony przez świat pierwotny
oto ja człowiek wilczego strachu
pozbawiony wiary
bez wytchnienia dla snu
czekający, nasłuchujący, rozedrgany
prze-ra-żo-ny brakiem brzasku
poświaty i rozbłysków poza słońcem i księżycem
stale spodziewam się dnia ostatniego
ja tak czuję
w galaktycznej perspektywie pozawymiarowości
bez końca i początku
bez strachu nie istnieję
– rzekł człowiek
ale dlaczego? – odrzekł
nieczuły człowiek
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Ze stopu magnezu i manganu
wykonany w komórce
z dodatkiem węgla i krzemu
siny amulet
artefakt jak gadżet
znak nowego wieku nowej ery
figurka jak figurka
interfejs raczej
coś bardziej nieokreślonego
wyjątkowej piękności
innowacyjnie kształtne
w wymiarach
aczkolwiek abstrakcyjnie ulotne
w zaokrągleniach
coś wyraziste w połyskach
lekkie twarde oddające
modlitwę aurę wyznań
miękkie niegrube jak to ikona
znak nowej kultury
materialnej lecz zrodzonej z idei
wykluwającej się uprzednio
w gniazdach doświadczeń bolesnych
coś skupione na wyrzutach sumienia
nieudanych osobniczych zamyśleń
piktogram
jak nowe okno
zupełnie nowe słowo
początek języka nowoludzi
pierwsze słowo
wypowiedziane w nowy rok
zaledwie
nowy rok
niewiniątek
>>>
dscn0357f
Odludek wizjoner
– mówili na niego
natchniony dziwak
– szeptali
taki jakiś niedzisiejszy, nieżyciowy
wciąż oskarżający obecne dni
będzie w przyszłości
samotnym żeglarzem albo wróżbitą
obserwował ptaki i niebo
nieustannie zadzierał nosa
nawet miał zamiar zostać kapłanem astrologów
fakt – od ludzi stronił pysznych
fakt – sam się nie pysznił
gdy władzę zdobył absolutną
otoczył się prostaczkami
z ptasimi móżdżkami
pozostałych poddanych został sędzią i katem
z wyroku gwiazd
wyczytywał im przepowiednie
jak wyroki śmierci
wszystkie się sprawdzały
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Bo boli ząb
bądź gdzie
bo boli krtań
we śnie
bo boli pierś
na jego dnie
bo boli jaźń
we mgle
gdzie ząb – w jaźni?
gdzie jaźń – na dnie?
a gdzie ty moja mgło
– w boleści?
ust otwartych nocą
bez tchnienia
moja mgło śmierci
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Twój pełny skan
za wszelką cenę
ultrasonografia prześwietlenie
cokolwiek
jakieś remedium na sfinksa
niezbędne od zaraz
w prasie tebańskiej już piszą
o czymś
co ukryte trwa w tobie
przyczajone nieodgadnione
koledzy zawsze powtarzali
– on coś ma w sobie
policjanci i sędziowie systemu
kiwali głowami
– coś w nim podejrzanego jest
tomografia w maszynie kosmicznej
i wiwisekcja potrzebne
w stanie nieważkości
rozpytywanie rozeznanie
analiza złości i kości
wejrzenie w psyche, soma i polis
we wszystko
– niezbędne od zaraz
rodzice z lubością patrzyli
w twoje oczy w kolebce
– cóż one kryją?
potakiwali sąsiadom mówiącym coś o Hydrze
i biały jastrząb wyfrunął z nich
przed bitwą z moskiewskimi pacyfistami
po zakończeniu misji w Mezopotamii
machał skrzydłami intensywnie
zawieszony nad jednym miejscem
potem zerwał się i poleciał w bok
gwałtownie uderzył o mur
na ścianie zakończywszy żywot
co oznaczał tak dziwny ptak?
przed czym uciekał?
nad twoją trumną pochyliły się plemiona
i znowu
ktoś wyrzekł te słowa
– popatrzcie na tę twarz
coś w niej jest zaklętego
niesamowitego
czy to tylko oblicze człowieka
wyrazistego?
czy sfinks rzucił się w przepaść?
teraz sekcja
oby nie było za późno
czy sfinks przeraził się człowieka
będącego odpowiedzią na wszystko?
oby!
>>>
DSCN0004ff
Można wyręczyć się onomatopeją
można chrząkać
schodząc po schodach popularności
pamiętacie też te slogany
skręcone ze śmieci
lub wygrzebane na wysypiskach słów
konglomeraty zasupłanych przemówień nicieni
można próbować za dzieła uznać
pochrząkiwania teoretycznie pomnikowych
odlewów, które nocą w centrach miast
w okropnej męce ust
usiłują przypomnieć światu swoje schorzenia
i upodlenia w psychicznych niszach
można słuchać tych brązowych niemot
to jest udawać, że słyszy się jakieś idee
w śpiewie tłumu zerkającego
mijającego ich wybujałości
Jest też inny sposób na oddolne rozsuwanie wierszy
w kreśleniu z przygodami szkiców
dzieł beletrystycznie zwanych rymowankami
natchnionych
omijających śmietnik duszy bełkoczącej manifestacje
zaprzeczeń dobra
to czasem jest dramatem
a najczęściej tragikomedią
wideo-domofony na budynkach przy głównej ulicy
toż to amfiteatr
albo arabskie targowiska różności
to może być tam samodzielnym przekazem
jako że mruczenie gwiazd na wizji
jest zachwycające dla tamtejszej publiczności
poza treścią sformowane dla amfiteatrów Kartaginy
dla ludzi w maskach
na widowni a nie proscenium
oborana Kartagina czołówek wszystkiego
przyjmie każdą formę jak kot,
którego się nie wyżyma w Zalipiu
na scenie w świeckim Krakowie zwanym Zakopanym
na razie jeszcze góralskim
można na fortepianie schodzić nad Wisłę
i na trąbce piąć się na Wawel
ale po co?
dramat to jest dziś muzealny eksponat
w wierze w finałową tragedię nie ma formy
ekspresji i eksperymentu tak jak i
w ekskrementach ekspertów
byłych sekretarzy dziś prezydentów
co walają się w publikacjach
ich eksżon
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Niech się znów obudzi pierwsze słowo
w tobie w nas
siostro, bracie, swacie, primadonno
popatrz pomnikowy wieszczu
na ten obecny wspólnotowy tłum
tłum czysto polityczny panegiryczny
to totem miasta-państwa
nie ma w nim twarzy ani słów
tylko chaotyczne rozbryzgi-jęki z luster
tylko obrazy-wrzaski z plakatów
więc zawołaj z attyk i wież
ej hej kumoszki, bankierzy, jadownicy, dyrygenci
stop karierom
stop klakierom
stop kelnerom
stop tancerzom i cyklistom
na urzędach wyższych
stop oracjom i laudacjom
ze słów prawd wdów
ze słów prawd sierot
ze słów prawd samobójców
a gdzie słowa idee pierwszych Piastów Sumeru?
a gdzie słowa piramidy bogobojne
znaków wymyślonych w łużyckiej Hattuszy?
w zigguratach ledwie z mułu acz
do gwiazd wyniesionych aż
lecz myśli a nie muł sięgną po ich blask
słowo wzniosłe jest prawdziwe
bo nie ma ważnych nieprawdziwych słów
mierniku czujniku ścierwniku
plemienny gazetowy ulotkowy bilbordowy
więc obudź się pod cokołem
kiedy spadają gwiazdy
na ostatni napis etnosa
wejdź na ten cokół i wykrzycz do gwiazd
cokolwiek człowieku cokolny
Gąsko Stasiu nasz
>>>
DSCN1641d
Był sobie raz
nad brzegiem morza
niebieski głaz
ledwo zdążyłem
dookoła obejść go
gdy fale dziewcząt
wdarły się na ląd
głaz błękitny
otoczyły zewsząd
wskoczyłem nań
raz dwa trzy
niespodziewane tsunami sięgnęło
tylko moich stóp
głaz oderwany
od rzeczywistości
uratował mi życie
i sakwę
z sympatycznym
atramentem do serc
oraz rylcem
do diamentów
wyryłem nim
w policzkach swojej twarzy
obraz kamienia
na cześć piany
fal i błękitu
mitycznego zaledwie
bytu
>>>
DSCN1714f
Zaniemówiłem siostro!
ot tak, z wrażenia
och! ach!
jakżeż ty wyglądasz cudnie
siostro w wierze
w naszą miłość
twoje skołatane serce
ponoć odwrócone już na drugą stronę
jak moje
przenicowane latoś
ponoć twoje włosy rozwiane na zawsze
jak moje myśli
przed tobą
już nie mam nic do powiedzenia
siostro w wierze
w nasze życie
bądź ze mną niemową
w drodze
do wieków fal raf zórz
światów i zaświatów
w ciszy, bez słów westchnień
och! ach!
jakżeż ty wyglądasz cudnie
wciąż
>>>
dscn0370g
Według mnie
kręci się ten świat jeszcze
wyłącznie poruszany
mniemaniami i domniemaniami
na sworzniach, rolkach i piastach
wystruganych z gęgorośla szorstkiego
rzadki to materiał w przyrodzie
ożywionej wcześniej
dla mnie władcy stworzeń nierealnych
kręcenie wciąż jest bezprzykładne
ale przecież świat już nie ten
jak mniemam
roślin zamiennych brak
gęg za gładki
sworznie stworzeń marne
to i obrót marny
gdy świat wyjdzie z założenia
że nic się już nie da skręcić lepiej
wtedy to ja zacznę – o dziwo
– w przyrodzie i nie tylko
przykładnie – na nowo
poruszę wszystko ab ovo
przez siebie stworzonymi
zupełnie nieznanymi ulepszonymi
mniemaniami osobistymi
szorstkimi jak moja chrypa
gdybiącego ojca chrzestnego
i kręcić będę ad mala
>>>
W bitewnej wrzawie wyrwane
z piersi serca
i słowa z gardeł
milionów solidarnych
na barykadach wolności
wszystkich poetów marzenia
są jak ręce wystawione z mogił,
których nie ma na cmentarzach
ale są za to w chmurach na wieki
ręce, które pochwycą i podźwigną
każdego osuwającego się w przepaść
ludobójczych wykluczeń
>>>
 
*W imię stabilizacji*
Tędy droga za mną bracia kozice i muflony
jest w nas wiara i ogień skoczny
choć nawoływań i cierpkich słów wypłakany czas
minął bezpowrotnie jak burza na szczytach
w imię przyjaźni i walki w snach
ze zniewoleniem stania w obojętności kuźnicach
z torturą kucania na piargach komercji
zwisania na linach wyciągów
śmierci odwiecznych praw
spadania tylko w monitorach nierealnych limb
i programów Eko
niech się więc knury pną do góry
samotnie
w agencjach aprecjacjach atencjach
my nie
a więc teraz wraz
nie, ku szczytom spowalniającym wiatr
ku przełęczom, tędy!
teraz marsz ducha maratoński bohaterski
stukrotnie błogosławiony męczeństwa pomnik
naszych stad podniebnych postawimy jak nikt
w imię stabilizacji przyrody
na płaskoniżu pradolin
>>>
dscn0991f
W słowotoku oczy
otwierają się i zamykają
usta szepczą, mówią, krzyczą
niemo
brwi się marszczą, ręce gestykulują
w słowotoku gdacze kura, gęga gęś
niemo
skwierczy bekon i pohukuje lotna maszyna
nic nie przerwie słowotoku
żaden liść historii i mistyki
spadający samotnie na łan gryki
z szelestem
bo ani gryka nie jest rzeczywista ani liść
jest pierwotnia samotni
słowotok dookreśli elokwentnego
muchomora, krasnala, piewcę
bez interlokutora mchowego
las, samotnia, Baba Jaga
i mały bohater pozytywny
w słowotoku zadrapane policzki i broda
bohatera bajdurzącego nad śpiącą królewna
przestał gadać, gadać, gadać
pocałował ją wreszcie
zobaczył całą we łzach
oczu otwartych
powrócił do prawdziwie męskiej postaci
zamilkł na zawsze
pod przyłbicą, kapturem, kaskiem
jak był zaczął niemą krucjatą
tak skończył dźwięcznie modlitwą, zaklęciem
w przepaść małostkowości
strącając Jagę
>>>
dscn0601f
Żeby było bezkarnie i pusto
absolutnie przestrzenniej i krańcowo wolnościowo
wcześniej ktoś musi zadbać o kolory
i wyprać z nich rojne jak mrowiska centra miast
pełne reklam skwery i ulice
wielkie defiladowe i wiecowe place
Żeby na wydmowych kompletnie szarych
krajobrazach posturbii ginącej w pustynnym pyle
można było dojrzeć nomadę wędrującego samotnie
w spiekocie dnia jak juczne zwierzę odłączone
z karawany izmaelskich kupców –
wcześniej ktoś musi wyciąć puszcze i dżungle
spychaczem zepchnąć do wąwozów oazy
przeorać buldożerem ogrody botaniczne i rezerwaty
zbezcześcić sady i centralne parki
Żeby było bezkarnie i pusto
absolutnie przestrzenniej i krańcowo wolnościowo
zanim zostanie uruchomiona kamera
a reżyser da znak i ktoś powie
– klaps, scena sto ósma, film o samotności:
egzystencjalisty w kościele bez Boga
bezrobotnego licealisty bez matury
wypranego z innowacyjności ludzkiego łachmanu
innowiercy mieszkającego w beczce obfitości
uzależnioną od szukania muz śmierci
i usprawiedliwień upadku człowieczą zjawę
dyrygenta wyłącznie pogrzebowych marszy
podmiot zaniechania protestowania aż do
niszczenia wewnętrznych światów
wreszcie człowieka bez ducha i poetyckiej wiary w siebie
Żeby było bezkarnie i pusto
krańcowo wolnościowo  i absolutnie przestrzenniej
wokół takiego miejskiego troglodyty posturbii
z tulipanem w oberwanej butonierce
w cylindrze bez denka
przemierzającego puste ulice na szkielecie technicznego wielbłąda
Żeby esteci filmowi zachłysnęli się do końca
Bezosobowym Absolutem –
ktoś musi usunąć ostatnią przeszkodę
– wciąż widoczny w tłumie szarego miasta
kolorowy pomnik Boga
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Waga problemu
twojego jest jaka?
jest noc niby nie widać problemu
nie widać wymiaru, obiektywu i kliszy
lecz oczy to nie wszystko
bywają natchnienia nieświetlne
i oto nowy problem jest
skrajnie odpowiedzialna troska
lub niebotyczne góry wyostrzonych zmysłów
nie do przebycia dla fal
i gdzie twoja oczekiwana spójność jaźni
w krwawej serca łaźni?
nie ma czekana, butów i raków
dla zmysłów i serc
nie zdefiniujesz problemu
to tak jakbyś oczekiwał
porażki społeczeństwa
po śmierci Zbawiciela
chociaż w głębi zwykłego myślenia
wiesz, że inaczej jest
bo zmysły pryskają jak meteory
przy pierwszym widnokręgu apokaliptycznego dźwięku
i drugiej linii obrony kosmicznej fatamorgany
a rozum stoi na tej samej wadze co ból bytu
test wygrywa neurastenia
ale egzamin zdaje z ciała ciężaru
sokratejska cierpliwość torturowanego Boga
czekanie na śmierć jest twoim żłóbkiem
wpatrzony w widny kres nocy
bezkresnej
niedożywiasz świtu i ulgi poznania
odetchnąłbyś schodząc z wagi świata
ale rozum na niej pozostał
i stąd twoje problemy
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Ile trzeba mieć lat,
aby wszystkie kobiety
noszone od młodości w egzaltowanym męskim wnętrzu
jak medaliony gwiazd powracające
z przeszłości emocjonalnej burzy postnuklearnej
stały się tylko porcelanowymi figurkami
japońskich gejsz
pomalowanymi w żywe kolory
co wprowadziły się na górną półkę kredensu?
Ile trzeba lat mieć,
aby wszystkie kobiety
ukryte we wnętrzu spełnionego mężczyzny
stały się zaledwie jedną białą figurką Wenus z Milo
ustawioną na okapie kominka?
Ile lat trzeba mieć,
aby wszystkie kobiety
w męskim sercu chłodnym już jak kometa
zatrzymane miłością na łut czasu w gramie materii
stały się zaledwie jedną
Nefretete, Giocondą, Primaverą,
Primabaleriną absolutną, Dianą,
Afrodytą, Florą, Mają nagą
i Ewą przechadzającą się wśród paproci raju
lub z fal wyłaniającą w macicy perłowej
depczącą owoce lub muszle
niezapomnianych wspólnych chwil,
ozdobą sentymentalnego bezzmysłowego salonu pamięci
i jego wzniosłym znakiem rozpoznawczym?
Ile trzeba mieć lat by boskie piękno wszystkich kobiet
stąpających przed mężczyzną zmieniło się w jednego
czarownego motyla szacunku?
Zapewne trzeba mieć – nie mniej niż osiemdziesiąt osiem a najlepiej sto osiem
a może dokładnie tylko tyle co umierający Platon i Deotyma!
>>>
dscn1623f
Mam przed sobą własną samosiejkę
nawet i to co jest w jądrze komórki
gen ludzkiej godności i chwały
mam siejkę siebie
własnego przekazu
co zahacza o wieczność
jestem w niej cały
w płynach ustrojowych i cytoplazmie neuronów
jestem zaczynem kosmicznej ludzkości
nie marzeń jej, nie
nie myśli i nie uczuć, nie
jestem w samobycie nowej
istoty niewymyślonej
ziarnem, lotnym nasieniem
mam przed sobą okruch samobłękitu i samonocy
i już w wizjach kiełkuję wokół
opadając, obumierając, zmartwychwstając
to samosiejka wigoru,
co jak samba taniec żywiołu
jest ruchem dłoni, rzęs i oczu
rytmem woli pulsującej w trzewiach
w skondensowanej formie
w kropli energii ducha
nie, nie kropli, tylko zaczynie ruchu
drgnieniem mechanizmu startowego, też nie
nie rotor to, napęd, sprężyna czy potencjał
to siejka sama we mnie nabrzmiała ciszą i głosem
strachem tłumionego ja
porywana przez wodę i wiatr
odpadająca w glebę, gdy już czas
wdeptywana w nią przez niecierpliwych ludzi
i wręcz dzikie zwierzęta
jak wykiełkuje i wzejdzie cała z ciała
to w blasku pioruna zobaczysz co to za jedna
wzejdzie z niej początek mnie
poza cywilizacją tkanek walczących
człowiek nowy z nilowego zaczynu
wznoszący się w chmury galaktyk
zastępując ginącego staroczłowieka
przekazu bezznakowego
>>>
DSCN3021f
Wśród bydląt urodzony
w nędzne szmaty przyodziany
wyruszyłeś z zapomnianej mieściny
bez trzosa i zapasowych sandałów
tylko z laską i w jednej sukni
Ziemię przemierzyłeś
idziesz przez wieki i tysiąclecia
potem zatrzymujesz się
i pozostajesz tak za bramą
pasterz końca czasów
wszystko zatrzymuje się razem z tobą
wszechświat wstrzymuje oddech
i zamiera przed ścianą
ale nasze wielbłądy idą dalej
i przechodzą przez ucho igielne
widząc je już po drugiej stronie
zrzucamy swoje bogate stroje
kapelusze zdobne w pióra ptasie
zsuwamy buty z krokodylej skóry
strząsamy płaszcze aksamitne z pleców
błyszczące kamizelki
odwijamy słuckie pasy
zdejmujemy spodnie cekinami haftowane
odpinamy diademy i obroże z diamentami
rozpinamy bluzki Armaniego i Diora
odkładamy torebki Prady i Vuittona
ściągamy z nadgarstków drogie zegarki
a z palców pierścienie
zrywamy z piersi odznaczenia i medale
ale
ale
ale
za późno
niestety
już jest
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Fabryka składuje a nie produkuje
zadajesz sobie pytanie
czy to jest fabryka?
Mózg gromadzi a nie wymyśla
zadajesz sobie pytanie
czy to jest mózg?
Refren: pytasz, błądzisz
               pytasz siebie
               najbardziej błądzisz
Ciemna istota nie jest istotą lub nie jest ciemną
zadajesz sobie pytanie –
czy ona jest mną?
Świetlisty punkt nie jest otoczony ciemnością
lub wydaje się, że widzisz go mimo to
zadajesz sobie pytanie –
czy jestem przed sobą czy już za sobą?
Refren: pytasz, błądzisz
               pytasz siebie
               najbardziej błądzisz
Karty i szklana kula pokazują, że
ludzie ziemscy są bez przyszłości
zadajesz sobie pytanie –
kim jest Cyganka, co to wszystko znaczy?
Organizacje międzynarodowe i ich przywódcy
wyznaczają cele i wytyczają drogi
zadajesz sobie pytanie –
co ja tu robię, w tym ich złudnym świecie?
Refren: pytasz, błądzisz
               pytasz ludzi
               najbardziej błądzisz
>>>
dscn0455f
W kierunku przejrzystości
przejrzyści lecz nie do końca
czołgamy się w sztolniach
przeciskamy w ciasnych korytarzach grzechu
na zakrętach życia ochlapywani błotem
idziemy zatrzymując się nad urwiskami kłamstw
chwiejąc się, potykając przed upiornymi
górskimi rozpadlinami występków
ta grań pod nogami to nasza ostatnia szansa
grań co przełomem jest epok
kolejnych naszych nieprzejrzystych
pełzniemy nią po omacku
jak aniołowie uduchowieni
jak aniołowie świetliści
jak ludzie przezroczyści
lecz jakby nie do końca
chwiejąc się, potykając idziemy
w kierunku przejrzystości
co jest jak cel walki z samym sobą
jest w nas coś co nie daje się prześwietlić
żadnymi promieniami gamma supernowych
nad horyzontem rozbłyskujących
w gwiazdozbiorze Psa
lub gromadzie Plejad umiejscowionych
nawet na planecie dojrzewającej miłością
nie jesteśmy w stanie przeniknąć jednego elementu
jedynego własnego przełomu nieosiągalnego
jedynego buntu do końca niepowstrzymanego
na kliszy czarnej naszego duchowego życia
nie pozostaje ślad indywidualnego serca,
które zatrzymałoby obraz tortury wspinaczki
całą przejrzystość serca przeczołgani do końca
okazać tylko Bogu możemy
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Nie bądź tylko opadającym, umęczonym liściem
ale idź z radością w park
czas nastaje na ciebie nieludzko samotnie
jak wiatr jesienny niezbędny
jak katar sienny nieleczony
jak deszcz zamętu niezielony
jak błyski lęku niezszarzałe
lecz ty nie bądź tylko opadającym, umęczonym liściem
zmierz się z łkaniem dnia
wieczorów bądź tytanem
brnij w nich w czymkolwiek po pas
rozgarnij coś jak czas lub pragnień szok
nabierz pełne wiadro zapomnień słot
popatrz ostatni raz w te czeluście
wciąż płynnych niescalonych łez
i zwróć się do świetnej, mroźnej pogody z weselem
na świat z każdej czerni wyglądaj nudnej
strzelaj w pustkę krajobrazu
gałęziami wyciągniętych, bezlistnych rąk
z ćmą kurzawą ku nowemu poleć tak samo
jak z szarańczą upałów
na krańce świata
aż śmiechu tren zbieleje
i zaperli się od niego wzrok
upadły liść zbrata się ze śniegiem,
co odnowi oblicze ziemi
>>>
dscn1227f
W świątyniach słońca elit
nie ma żadnego autorytetu prócz wiedzy
ludzie sami nie są tu autorytetami
ludzie są głównie zabójcami idei
hakerami myśli i podpalaczami bibliotek
w świetle jedynej latarni wiedzy
widać i to dobrze,
że na gruzach transcendencji
spolegliwe kamienie, usłużne piargi,
namiętny piach i zwykły uczuć kurz
nie szokuje już wyniesieniem
do godności, podniosłości, doniosłości
mimik, gestów, języków ciał
nic co ludzkie nie jest jasne
i już
to co ludzkie nie jest autorytetem
dla dusz
nie ma ścianek do wspinania dla serc
kamienna ścianka piramidy też się przewróciła
na jej gruzach leży Ra i Ozyrys
z miękkiego gipsu
ranne zwierzęta umierają obok
jak żertwy bez potrzeby
poćwiartowani ludzie wznoszący ręce
szukają swych głów
znajdują tylko martwego sfinksa
krew spływa z ołtarzy jak olej z frytek
kapłani mediów to głównie zabójcy dzieci
kult Molocha w każdej ich publicznej spowiedzi
wznosi się jak wieczny ogień spalanych marionetek
na gruzach ich wyżyn gnijące systemy
rozsiewają woń oczekiwanego końca ludzkości
agora, forum, cardo, promenady
wszystko pełne krwi
zburzony Efez, Pergamon, Berlin i Drezno
zaorana Kartagina i Moskwa
oborane ich cmentarzyska i trony
to cel upragniony i efekt
ludzkiego władztwa ministrów i elit
dziś najpotężniejszy na Ziemi człowiek
jest zaledwie zabójcą dzieci
ołtarze Gehinnom płoną wszędzie
i świecą w noc jak cud z Faros
wyżyny dzieł ludzkich trzęsą się w posadach
daleko od zapadłych mórz skaczą pagórki
figury, posągi, stele same przechodzą przez ogień
kamienne pociski lecą i płoną jak komety
kamienne pojazdy zmieniają się w zwierzęta juczne
twarze ludzkie nie są autorytetami dla spojrzeń
one nie są autorytetami nawet
dla zranionych orłów i lękliwych lwów
na szczycie piramidy lub góry królów
w świetle jedynej latarni wiedzy
po zburzeniu gontyny transcendencji
nie stoi już człowiek godny
na ruinach wśród potrzaskanych dusz
widać zawsze zabójcę dzieci i piekieł ruszt
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Grzmot
nad sceną
nad lasem
potem błysk
z nieba spada
martwy wół piżmowy
Huk
nad sceną
nad jeziorem
potem błysk
z nieba spada
martwa mrówka faraona
Trzask
nad sceną
nad bagnem
potem błysk
ze szkieletora spada
na krakowską operę
martwy spadochroniarz
Wrzask
ludzki krzyk
nad sceną
nad rynkiem
z Wieży Mariackiej
zamiast hejnału Polaków
spada na ludzi
wielka klata
pusta –
kurtyna
światła
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Ledwo podświetlony łzami słońca
jakby na jakiejś gumeczce zawieszony
obłoczek dyndający nad polem bitwy
jak małpka przy lusterku w samochodzie
po absolucji zbiorowej od grzechów i ciał
duszyczki obok niego wznoszą się jak mydlane bańki
jak pęcherzyki gotującego się pokawałkowanego powietrza
jak krople krwawej mgły niepasującej do pory dnia
słońce zachodzi po całodniowej bitewnej rzezi
i dobijaniu rannych mizerykordią
po zdejmowaniu skalpów i obcinaniu głów
po podrzynaniu gardeł jeńcom
ledwo lśnienie nad wzgórzem górującym nad doliną
obłoczek podrygujący w spazmie słońca
ciężka praca bojowników o przestrzeń, wolności, niepodległość i demokrację
zastyga powoli w sześcianie czystej śmierci
trwała równo sześć tysięcy lat, sześć miesięcy i sześć dni
złotoczerwone powietrze wypełnione kurzem
parą z ust i zmaterializowanym rzężeniem konających
wznosi się nad doliną wdeptaną głębiej
pomiędzy pagórki jak trawa w piasek
tą plastyczną mapą z odciskami stóp
ludzi, koni, wielbłądów i słoni
drży samo słońce wciskające się w formę zachodu
za ciasną dla ludzkości
upychanej w czeluściach bez wyjścia
w chmurnej studni miłosierdzia, do której wpadają
zasysane dusze zabitych nie zmieści się cywilizacja
ledwo obłoczek pozostanie
mijamy Megiddo autostradą pędząc na złamanie karku
w bolidzie rodzinnym ucieczki
rozmywamy się w ogromnej kuli ostatni raz
zachodzącego słońca
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Ojciec mój jest patriarchą
bez siwej brody
bez wyniosłej postawy
zgięty w bolesnych, mnisich przyklękach
niesie pochodnię rodziny
drżącą ręką trzyma ją nad głową
jak papieros
jest żywą skamieliną
dumy i wiary
Ojciec mój nawołuje wciąż
z Horebu
– zgromadźcie się dzieci,
podejdźcie – coś wam pokażę
i wskazuje źródło życia
tryskające w olszynowym lasku
wskazuje ziemię obiecaną za rzędem tui
nie jest odkrywczy w wizjach bitewnych
telewizyjno-gazetowych dzisiejszych dni
lecz jakby pod dębami Mamre
siedząc w kwitnącym sadzie zasadzonym własną ręką
trzyma w górze wśród kwiatów i pszczół
różaniec przeszłości
zakrwawiony, wytarty, potargany
a na piersiach pektorał dwudziestu wnuków
te kamienie szlachetne umocowane na nim
to dzieje rodu,
który rozbłyska jego przemowami i łzami
żywymi wciąż
i rozświetla się jego śmiechem
coraz rzadszym
***
Matka moja, która zrodziła
wszystkich stu proroków
przekracza dziś rzeki czasu
jest duchem ponad dachami
i dachem każdej kapliczki
postawionej w zaciszu serc
wnuków i prawnuków
Moja matka, którą czcimy
w tych kapliczkach jest obarczona
lękami wojny
lękami krzywd i poniżeń socjalizmu
niesie je idąc z kuchni do łazienki
wracając z piwnicy ze słoikiem
sałatki z zielonych pomidorów
Matka moja, która kiedyś
nosiła na swoich rękach
wszystkie dzieci i tornistry
maluchy i dyplomy ich i napomnienia
młodzieńców, dziewczęta
i ich ślubne buty
wciąż kołysze kołyski z niemowlętami
ustawione we wszystkich pokojach
dogląda piekarnika z karpiem
wygląda gwiazdy i powrotu syna
Matka, której syn
prowadzi pośpiesznie karawanę z Harranu
by zdążyć na czas
do Betlejem
>>>
dscn1695f
Pytanie – czy szczęście ci dopisze?
ty mój mastodoncie płetwojaszczurze
i czy szczęście dopisze coś
do zakończenia ludzi?
pytasz mnie co ci dam?
mój ty trąbolubny
płaszczoluźny szczelinowy schematycie
– ja?
przebiegam przed kamerą er
w twoim jurajskim świecie z niczem
a ty płaczesz jak gąbka
skarby den nie są moje – mówisz
plan nie jest mój – mówisz
pytanie – czyj w takim razie?
Labiryntodoncie zamierzchły
rogaty mój wrogu amonita
Allozaur cię już namierzył
nie omieszkam być może zajrzeć,
gdy szczęście ci dopisze
do twojej chaty w brzuchu
ale gdy szylkret nie zdradzi
mych skłonności w słońcu
postawię ci pasjans z podwodnych mchów
mój ty terraidalny punktowcze oceaniczny
jest kraj na dnach
i wnętrze na ich krańcach
sanie składają się z raf i płóz
Mariańskich rowów
twoje ortodontyczne sklepienie ust
wynika z płaszcza wód
i stwory i byty i wydobyte z otworów mity
suną po plażach jak pierwsze okrzyki
Pytasz słupów bazaltowych w wodzie
i okrętów ludzkich nad nimi
co mi da
uśmiechnięte poszukiwanie i zachwyt
to zapatrzenie w tonie i dna?
ja szukam duszy a nie szkieletów
nie artefaktów z wapieni i pereł
raczej szmaragdów i skał półpłynnych
mam chęć na odkrycie skarbu er
– przyczyny
a ty przebiegasz przed kamerą triasu
jak obcy trylobit
zahukany, nieobmyty lawą zmian
próbujesz dogonić erę grą
próbujesz zadać mi pytanie
konsternujesz mnie ssakolubnego,
gdy tak się wpatruję w orbitę mant
wokół platformy wiertniczej
ustawionej na zrębach krzemowego mózgu
zrośniętego z koralowcem
terra apsyda ad cynodont
>>>
DSCN0141f
Świeci na ciebie szalony diament
splecione nogi
kolana między udami
biodro przy gorącym biodrze
brzuch dotyka falującego brzucha
Świeci na ciebie szalony diament
stykają się głowy
wargi penetrują zaplecione ucho
przesuwają się po spoconym czole
wargi szczypią kłujące brwi
muskają zamszową powiekę
dotykają gładkich rzęs
Świeci na ciebie szalony diament
wargi obejmują nos
pieszczą ciepłe policzki
rozpaczliwie szukają ust
przesuwają się po okrągłej brodzie
wargi nie znajdują warg 
Świeci na ciebie szalony diament
ręce przesuwają się w dół
wzdłuż pleców z jedwabiu
gładzą emanujące pożądaniem ramiona
ręce dotykają szyi
powoli obejmują piersi
Świeci na ciebie szalony diament
palce uciskają i wnikają w ciało
pomiędzy tkanki
pomiędzy kości
palce się wydłużają
rozpaczliwie szukają serca
przebierają krwinki w arteriach
jak paciorki różańca
palce nie znajdują serca
Szalony diament nagle gaśnie
brak uczuć
brak słów
>>>
DSCN1485f
Idę, idę, ciężko jest iść niestrudzenie
ale idę w kierunku słońca
– to to świetliste miejsce tam u góry
po prawej stronie
ona macha do mnie ręką
ona z obnażoną piersią stoi jak posąg
na podwyższeniu
ona jest sama a ja niosę
dziecko na ręku
dzieckiem jest nasza młodość
i marzona, tęskniona ona
idę drogą wymalowaną pędzlem
mistrza Renesansu
na płótnie ostatniego pejzażu
letni to krajobraz a serce gorące
droga polna rozjeżdżona
przez powozy i bryki sześciokonne
podąża nią pięknie ubrany mężczyzna
na rączym wierzchowcu
skrajem jej idą w dali
kobiety w długich sukniach
z białymi kapturami na głowach
ja w pełnym słońcu, zapłakany, bosonogi
idę, idę krokiem pielgrzymim
trzymając mojego Ikara
kwilącego, gaworzącego, pytającego
ufnego, zapatrzonego w moje skrzydła
i otwarte przestrzenie
on dziecię pierwszej miłości
ona biała, marmurowa, zreplikowana
z uniesioną ręką
na drugim, trzecim i czwartym planie
gestem zaprasza do tanecznego korowodu
wszystkich ale już nie mnie
>>>
dscn0321f
Tam i z powrotem
jak Odys i Eneasz
w przeciwne strony wraz
po myśl złotą, odwieczną
z żelazem, garnkami, zbożem i solą
na falach średniowiecznej, renesansowej, barokowej
doskonałości, wielkości i prosperity
Wisłą i inszymi rzekami
przypadającymi do niej wiernie
spuszczano do Gdańska
dzieła rolników, górników, hutników
Tam i z powrotem
płynęły tratwy wolności
tratwy zbawienia od złego
kozy, komięgi, dubasy, szkuty
z szyprami, z flisami, z orylami, z włóczkami
polskie prace i dni
i zjawiały się dymarki, fryzernie, kuźnice
w portach, przystaniach, spichrzach, targach
otwierały się podziemne komnaty kopalń
jak wołyńskie łany złotej pszenicy
w Kazimierzach, Zakroczymiach, Czerwińskach
Płockach, Toruniach i Gniewach
Grudziądzach, Elblągach i Gdańskach
Tam i z powrotem
płynęły haftowane tradycje i nieskazitelne racje
płynęły wytarte talary i nowością lśniące idee
bogactwo delt i mórz
by popatrzeć na nie z wiślanego brzegu słońca
by zaczerpnąć horyzontów, światów i oceanów
przybiegły tu miasta, zgromadziły wioski
Jak inwentarz wszelaki schodzący do grząskich brodów
tak moja dusza rządna przemiany, spragniona wolności
jeszcze żeglowna, jeszcze nieprzehandlowana
odcisnęła ślady wśród oczeretów
Tam i z powrotem
dla Krakowiaków i Górali
Sieradzan i Mazowszan
Kujawian i Pomorzan
moja dusza wypłynęła na odwieczny
lechicki szlak
jakżesz miałbym się nie podzielić
z wytwórcami dóbr wieczystych
i ich sługami wśród pobożnych kupców
słowem czerstwym jak pajda chleba
Ja – niebieski flis
coś więcej wiozę jeszcze
niż tylko
dorobek, urobek i zarobek
więcej niż tylko
zbytek, zachowek i zastaw
ja wiozę nadzieję dla przyszłości tego dobrego bytu
trwania w bezgrzesznym szlachectwie i pokoju
wracam z bogactwem złotowiecznym
tradycją co nie zwietrzeje
oliwą na rany narodu
tą rzeką miodem i mlekiem płynącą
przez kraj pięknym czynem stojący
od aniołów wynajętym galarem
wiozę relikwie wieszczów i wodzów,
których dzieła zaklęte na zawsze
w falach Wisły
bogactwo miarodajne
ten galar to kres tułaczki Eneasza
moja Tratwa Meduzy
>>>
DSCN0070d
Ta noc do innych
ten dzień do innych
ja w konaniu zórz
jak w liściach kapusty
zwinięty, zgnieciony
w samo południe zaćmiony
przebity myślą piorunem
zenitu podwójną belką spojony
z powałą siebie
sobą będąc w podwalinie
niechcący swoich potrąceń o lśnienia
ten zegar stary niby czas
nasłuchuje mojego chrapania,
które się nie wzbudza
bezsenność
w nocy innej
w dnia bezcennych den
szmaragdowych
somnambulicznych
ta noc do innych
odeszła
beze mnie
ten dzień do innych
potoczył się
z wnętrza mnie
a tam wahadło
wskazówki
tam bim bam księżyc
i moja waga równikowa
jak niebo całe
czarno-białe
ono jest już inne dla mnie
a ja
w zmartwychwstaniu
płód z Aquariusa
Orfeusz z Liry
tej nocy nadir
>>>
Tuż nad zroszoną potem
spracowaną, umęczoną ziemią
pokrytą pajęczyną tysięcy lat wyzysku i rewolucji
porośniętą poplonem odwiecznych rabacji i wojen
snują się widma nie z hekatomb ludycznych waśni
ale z aktów fanatycznego terroru
ślepego i nieprzejednanego w imię Boga samego
jak smugi ofiarnego dymu odrzuconego przez niego
pełzną nocne zjawy – dziady wiosenne
strachy jak cienie morderców
z filmów Hitchcocka, książek Agaty Christie –
chociaż te były mniej przerażające
gdybyż ich było parę lub sto?
gdybyż pojawiały się nagle?
zapowiadane muzyką, emocją, napięciem
i gdybyż nagle znikały wyłącznie
szokując wstrząśnięte serca?
ale one jak mieszanie zaczynu
ugniatanie dłońmi ciasta z mąki i wody
jak codzienne formowanie powszedniego chleba
jak wykuwanie z marmuru posągu Afrodyty
jak mozolne usypywanie kurhanu i spajanie piramidy
powoli, powoli, powoli, stopniowo, wciąż i bezustannie
pokazują się na ekranach kalendarzy i dni
przechodzących w koszmarne sny
niekończące się pobudką i jawą
to postępująca entropia milionów serc i dusz
kawałkowanych i unicestwianych
dla odwiecznych kananejskich bóstw
to spektakle rozrywania dziecięcych ciał
odcinania palców, ramion i nóg
dla zbawiennych choć urojonych cnót
i krążące helikoptery niewinnych głów
nad lasem pięści wygrażających im
spadające plejady kul przebijających z suchym trzaskiem
czaszki opróżnione z myśli szlachetnych
w nieustających kinowych maratonach
terkot wojennych projektorów Belzebuba
nazywanego jedynym mistrzem planu
projektorów pracujących dla niemych filmów-horrorów
subiektywnych arcydzieł niewoli obiektywnego zła
inspirowanych kultem bezpłodnych i wyuzdanych
władców much
sceny ataków zwierząt kosmicznych w pałacach dominacji
zapowietrzonych sfinksów totalitaryzmu
opłaconych doraźnie dla naiwnych przechodniów i gapiów
koncerty młotów, gwoździ i halabard zawodowych katów
brodatych bohaterów potężnych tylko w znoju zabijania
apoteoza apokalipsy miażdżenia siłą bezbronnych
powoli, powoli, powoli z centralnego Egiptu
jak fioletowa mgła płynie dziesięcioma nurtami plag
wprost nad centralną Europę
pełzająca śmierć, która nie jest tylko karą za wiarę
bez nadziei
>>>
DSCN5522f
Maleją szanse
na spokojne wysłuchanie tej symfonii
bez oznak zdenerwowania
jedni z pasją poruszają smyczkami z łozy
i dmuchają w piszczałki z łyka
palta pozostawili w szatni za kulisami
drudzy szarpią kartki z kalendarza powiek
i targają siwą brodę partytury
ty nie wiesz jak wiele czasu
pozostało do finału
i te jesienne szczury biegające
wokół dyrygenta nawiedzone nie wiedzą,
nie znają stanu depresji i załamania w orkiestronie
ty znasz apogeum emocji
nawet na balkonach i w jaskółkach
cisza co kwili w obojach
światło co wibruje w waltorniach
w mózg przez oko wbija się fagot drewniany ostrzem ustnika
szczur jak kawałek pizzy niesie batutę do dziury pod chórem
a dyrygent aż przykucnął i płacze zraniony wewnętrznie
deszcze rozszalały się na zewnątrz
sieką w gzymsy i w kariatydy primadonn
uwznioślone – uściślone
po kraniec materii za okapem wzruszenia
wewnątrz łzy demolują już widzów ich loże i fotele
na kanapach zasypiają tchórzofretki roztargnione
pęka szklany sufit
gałęzie platanów wbijają się ze śpiewem, chóralnie
w środek sali koncertowej
jakżeż żywe i żwawe żagwie samotności
uosobione w zacięciu żniwiarza nut
snopy światła padają pod ciosami kontrabasistów
grzmi kurtyna malowana antycznie w kubistyczne mazy
jak bitewne pole ćwierćnut, alikwot i wielotonów
tremola ześlizgują się w kakofonię dysonansów
symfonia sera wykrzyczeń rozlicznych giermków kota
apel do historii powozów konnych błędnych kompozytorów
piłka różowa toczy się po schodach
tik nerwowy
tik konesera zmienia się w eksplozję jesieni
w mieście drapaczy i piszczałek
pa pa pa pi pi pi
wchodzi do opery szkocka orkiestra gryzoni
za piłką nocna zmiana maszeruje z góry do proscenium
na finał erupcji symfonii
flażolet braw nieosiągalny
euforia na wyjście palt i futer
>>>
DSCN0188fg
Nakłoń swe ucho i oko do snu o modlitwie
nakłoń niebo i ziemię do konsumpcji twojego ciała
czy potrafisz?
twoje wielbłądy były obecne w karawanie Abrahama
a słonie solne w wędrówce wulkanu za Lotem
twoje sny były najpierw zwierzętami jucznymi
dopiero później stały się bolidami wyścigowymi
napisz ręką uzbrojoną wyłącznie w pochodnię
– przyszedłem, zobaczyłem,
pod tym znakiem zwyciężymy smoka ośmiorękiego
ręką uzbrojoną w wyrocznię i ręką skonsumowanego ciała
– modlitwą
i pojawi się węgiel z Polski na ścianie pałacu
Baltazara, Kserksesa, Nimroda
nakłoń nogi i ręce by szły, szły, szły
przesuwały paciorki, paciorki, ziarna kłokoczki – źrenice
nakłoń ptaki by odleciały nad beskidzkimi przełęczami
wzdłuż rzek na pastwiska niebieskie nad górnym Nilem
kiedy na wolność wyszedł twój pies Snofru
sąsiad w turbanie upierał się, że to wielbłąd pościgowy
a dokąd to? – powiedział
zdjąłeś go z czereśni i zawiesiłeś na płocie jak garnek
bezzębni gitarzyści robili swoje przed koncertem w Mekce
to była Mekka krakowska
strój imigranta – tors Planta
pieśń Skrzeka – mycka Niemena
fraza Zawinula w Rotundzie – rozbiegane oczy Kopacz-Dody na telebimach
to wymagało samozaparcia takiego jak w patrzeniach bilbordowych
głosowania w zawołaniach śródleśnych ostępowych
gdy powiedziałeś – kolor jest ważny dla mas
nikt już nie zliczył kart do głosowania
było ich tyle ile potrzeba do tarota
głosowanie na koncercie zastąpiły solówki i uderzenia
potem piorun z kolaski rozbił bolid turystyczny
nakłoniłeś ucho porannym szczytem
ale oko zaginęło we mgle
ręce i nogi poszły na zamek
a kopiec sturlał się do przedpokoju
postanowiłeś wyrwać myśli
wyrwać szybkie quady z szuwarów i oczeretów
by te mogły zostać nazwane charapuciami rocka na zlocie
uczucia zabębniły, gdy wielbłądy zrezygnowały z jesieni
na rzecz oaz
gdy w końcu ucho i oko nakłoniłeś do snu
ciało zniknęło w ustach aniołów
>>>
 
dscn0483f
Ja nie wiem nic o słodkich
jak mandarynkowe ciastko
dziewczętach z Bullerbyn
i ich planach małżeńskich
ze mną w roli głównej
to są tylko dzieci przecież
nie wiem nic o pięknych
jak skórka oliwki
chłopcach z Placu Broni
własne życie przedkładających
ponad panowanie Czerwonych Koszul
to są tylko dzieci przecież
sam jestem tylko orangutanem opowieści
i przesiaduję od lat na czubku drzewa
w polskim lesie deszczowym
nie jest to zaiste drzewo pomarańczowe ani oliwkowe
tylko takie co uchodzi za symboliczny wawrzyn
pogryzam na wysokościach cytrusy zielone
obgryzam pędy młode jawnopączkowe
nazbyt młode – ktoś powie
ale ja jestem takim naturszczykiem lasu mglistego
gdybym był przyrodniczym celebrytą dziecięcym
musiałbym się wytłumaczyć z tego
ale nie mam nawet własnego
porannego programu ani teleranka
nie mam strony na fejsie
nie występuję w serialach dla młodzieży
tak naprawdę nikt mnie nie polubił w naszej klasie
chociaż jestem autorytetem moralnym dla oślich ław
to i niewielu mnie widziało
kołyszącego się tam pod chmurami na baldachimie życia
będę więc nadal beznamiętnie obgryzał pędy i listki
na czubkach drzew w lesie deszczowym
podziwiał z wysoka dzieciństwo beztroskie acz bohaterskie
wspominał i wypominał
opowiadał i ostrzegał
Tomkowi i Winnetou przedkładał przed oczy
niebezpieczne przygody pedofili propagandy
i smutne skutki nieletniego wyuzdania
Pana samochodzika
>>>
DSCN0940f
Świeże powietrze
jest absolut-nie
jak woda krystaliczna
w lód zaklęta
to jest środek na przedłużenie
na Ziemi życia
Atlantyk Grenlandia i ja a ach
to jest jak mleko absolut-nie
czystej świętej krowy
Pacyfik Aleuty i ty y ychm
to jest jak stado białuch
absolut-nie fantastyczne
przy brzegu nad łanem alg
łąki Grantchesteru
gzy i motyle zy le e ech
tyle ciszy ptasiej czystej
haust
zapach
to jest jej
El al El Al Al-hambra
świeżość cienia, wody i ogrodów
wandalska arabska hiszpańska a ach
niedaleko od Aleppo Damaszku
zamkniętego w europejskiej konstelacji
czyste pole egipskiej żydowskiej kontemplacji
i droga do Megiddo wśród zbóż
bum um buch
czyste wody El ja tu u uch
i el-Szejk szarm arm arm
czysty absolut-nie świeżopuch
i miękkodotykowy
porunny pogrecki jogurt
na Olimpie ie e ech
logiczny śnieg wśród chmur
zamiast absolut-nie
głupich eks-plozywnych bomb
niedopuszczalnych wszędzie
i upadnie absolut-nie
despota z Aszur
Nabuchodonozor zglinny
świata król
i wyłącznie po zażyciu
świeżego powietrza w kapsułce
bo to wino z winnicy życia
jest absolut-nie mocniejsze niż bomby
tak jak północnych mnichów napój
whisky z lodem
>>>
Niech żyją te skały opoki
niech żyją błogosławieństw wzgórza
i lasy krzyży niezłomnych
groty i kolumny objawień
ikony symbole Europy
od Fatimy zielonej po szare i zamglone La Salette
od szarego Montserrat po zielone i płaskie Siauliai
proszę państwa
– spójrzmy za okno
poruszamy się wyłącznie po Drodze Jakubowej
od Estonii, Kijowa i Smoleńska
po Lizbonę, Oviedo i Compostelę
oto symbole Europy rzymskiej i świętej – zapomnianej
połączone znów drogą królewską
jadąc mijamy stolice państw narodowych i językowych regionów
co już wniebowstąpiły chociaż
jeszcze do końca nie zmartwychwstały
mijamy milowe kamienie odwiecznych szlaków
zagubionych, zarosłych trawą i lasem
mijamy pomniki, kurhany, kopce i groby
świętych, półświętych i nieświętych co czekali na wyzwolenie
w mrocznych okowach Peruna-Thora
wykutych w przepastnych kazamatach Asgardu
i pielgrzymów z najdalszych krain i czasów
– proszę spojrzeć na lewo
oto legiony Hadriana z Alba Julii
i Marka Aureliusza z Vindobony
do Romy maszerują chwacko
a Konstantyna przynoszą symbole wiecznego zwycięstwa
– a teraz popatrzmy na prawo
do Romy z Suomi i Auksztoty
podążają Karelowie, Kurowie, Litwini, Rusini
przed szybą przednią widzimy grupy
pielgrzymujących do Composteli Franków i Galów
tak jak książęta niemieccy, angielscy, hiszpańscy i szwedzcy
a z tyłu jeszcze dojrzeć można mijanych Polaków
z orężem wiedzy z ziemi włoskiej maszerujących
dla ratowania Ojczyzny
królewskimi drogami ciągną długie kolumny
dźwigające dumnie rozpoznawcze godła SPQR i INRI
Europa wciąż w ruchu od trzech tysiącleci
Europa to niekończąca się wędrówka do prawdy
objawianej prostaczkom i cesarzom
ludom niezłomnym i prawym
niech żyje ten znój, ten trud, ta krew
ta uparta wiara
a wy ekwici, pretorianie, rycerze, książęta
pątnicy dwudziestego pierwszego wieku
dokąd zmierzacie?
>>>
DSCN0644f
Jest czas na błękit
i wtedy mamy okres błękitny
jest też czas na czerwień
i wtedy pamięć nie wystarcza
nie jest tak, że coś krwawi
zachodem a inne coś umiera
lub gaśnie
wtedy nie mamy okresu czerwonego
jest czas na niszczenie
na oślep cięcie mieczem
jest czas na zabliźnienie
i chusty z oczu zdejmowanie
zawiązanej przez epokę i erę
wtedy mamy okres idealistyczny
jest czas na wstawanie
rano do pracy w bieli śniegu
i poranka jak martwy sen
wtedy mamy stulecie
Sagrada Familia
i Nationale Nederlanden
>>>
Zmurszałe pnie, zwalone mury
mech na twarzach ochrony
w końcu przebitej osinowymi kołkami
emu biegnie przez dziedziniec
lechickiego zamku
to nie dziedziniec, to nie zamek
więc co?
świecące próchno wskazuje na
opuszczoną wyrzutnię rakiet
silosy betonowe, ceglane schrony
wszystko porasta trawa i krzaki dzikiej róży
błędne ognie na blankach zamku
nie, to nie blanki
więc co?
to bagna pod lasem w gwieździstą noc
z księżycem pędzącym po powierzchni wody
jak rakieta
nie, to nie księżyc
to nie rakieta
więc co?
to emu
ten ptak to rozedrgana
przyszłość grobów Polski
najszybszy, największy na świecie
nielot
jak bezdrożna machina leśno-bagienna
z antypodów służalczości
kompilacji słowiańskiej
improwizowana
niestrudzona
skuteczna nad ranem
>>>
 
*Do wnętrza człowieka*
Nie trzeba aż przeprowadzać trepanacji czaszki,
wyłupiać oczu, rozcinać piersi
wyrywać serca, wątroby, żołądka i jelit
ani kanałów organizmu penetrować
jakimś robotem robokopem medycznym
aby dotrzeć do wnętrza człowieka
i go czule rozpoznać sentencjonalnie
wystarczy jeden skuteczny
autonomiczny minidron psychologiczny
– samotność ver. rozstanie
>>>
DSCN1258f
Jest takie miejsce w głębinie serca,
gdzie nikt z nikogo nie żartuje,
gdzie wyłączane są dźwięki ulubionych melodii
i ścinane riffy gitarowe
jednym ruchem ręki na gałce odtwarzacza samochodowego,
gdzie nie strzela się do wzlatujących z krzykiem
jastrzębi, nietoperzy i paralotniarzy
jest taka nisza w sercu, ledwo dostrzegalna
w poświacie cudu na tafli ciemnej wody
w promieniach zachodzącego słońca
blisko jego krańca
tylnej ściany ciemnego bytu
to praktycznie jest grota nad stawem
cała porośnięta bluszczem i dzikim winem
grota wyżłobiona mieczem ułudy
w skale wypiętrzonej w poobiednim ogrodzie,
który w sercu się rozrasta i kwitnie jak sielanka
dojrzewając od dzieciństwa owocami szaleństwa
tu u wejścia cichną głosy ptaków,
przemówień polityków i naukowych rozpraw profesorów
milkną karabiny maszynowe
glissanda i sprzężenia elektrycznych gitar
huk startujących bombowców i rakiet
staje się zupełnie niesłyszalny
jeżeli powstaje jakaś jasność
to zapewne nie z eksplozji nuklearnej
tak subtelnej jak neutronowa detonacja
tylko ta lekka poświata przypomina
promienie słońca wschodzącego nad atolem Mururoa
maleńką wyspą Herehereute o świcie umierającą
w miejscu tym tajemniczym
w tej grocie zapomnianej, czasem nieuświadamianej
kryje się tajemnica samego siebie
tak nieodgadnione są schody prowadzące do groty
że nawet aniołowie stąpają tam w zupełnej ciszy
zaglądający tu ludzie, wiatr i zwierzęta cichną na zawsze
tu osobnicza wolność objawia się światu
właśnie tu
i wstydliwa miłość bez słów
tyka gwiezdna bomba gotowa do termojądrowej syntezy
wybawienia? zagłady?
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Ślad jest zapiski są
krewki dyktator dzisiaj
odrzuca wersję wydarzeń
i cóż?
jednak walec przemijania przejechał po stopach świadków
jest jesień przecież
takie jej prawo – puryfikować życie
stopy zmiażdżone pokrył mech a potem śnieg
wiosną odtają i odrosną
i owszem ale powoli
jest nagranie, jest nawet świadek incognito
krewki dyktator jak mechaniczna synogarlica
wzlatuje nad nim i krąży wydając dźwięk
ni to dzięcioli, ni to smoczy
nieudolnie naśladując drona pokoju
i cóż?
tymczasem liście spadają ogonkami na dół
jak zegary Dalego z żyrafy na mrowisko
liście pokrywają tych co nie przeżyli
więdną w oczach babcie ze skweru malarzy
bełkoczą zasypiający pijacy ze skweru Moniuszki
usychają w oknach rozstawieni agenci służb
niewyzwolone czkają w śnieguliczkach czołgi
a sztuk wyzwolonych liderzy czołgają się ku przepaści
kończy się zjazd i synod
demokraci grupkami przemykają ku stadionom łez
krewki dyktator zaprzecza pogłoskom o przemijaniu
i cóż?
czekając na śnieg wierzy w zmianę klimatu
jego czyny wydały tylko nadgryzione owoce gujawy
jego opuncje wcale nie wydały słodkich owoców
jego figi uschły przeklęte na zawsze
jego wszystkie owoce są teraz na czarnej liście
zaprzeczenia pożywności dowodzą żołnierze
zaprzeczenia użyteczności domagają się rzesze
wiatr się wzmaga mroźny
potwierdza zbytnią ekspansywność nieufności
rzesze bojąc się deszczu i wirujących słońc
rewolucji, zamachów, inwazji
okryte niemocą zmierzchu
udają się do domów nienarodzonych dzieci
jest niedaleko z martwych ulic do umierających domów
krewki dyktator ciągle dementuje fakty
i cóż?
choć nie chce ruszyć się z zastanego miejsca
miejsca przed kamerą historii
i udziela wywiadu pod pomnikiem z betonu
co nie przetrwa tej zimy
choć on o tym nie wie
ślady skute zimnem bezmyślności
zamarzają zmieniając się w grudy
i nie da się ich zimnem zatrzeć na żadnej z dróg
gdy stopy odrosną
dopasują się do tych śladów
krewki dyktator zlany deszczem łez
co jak zwykła woda spływa po policzkach
zamarza sam w krwawy sopel
potwierdzenia wydarzeń
i cóż?
rzesze lubią patrzeć na agonie dyktatorów
tak jak na krew
>>>
 
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Kłótnie nad spalanym igliwiem
nie mirrą kadzielną
lecz pachnącym podobnie
miała być miła woń a nie jest
jest tylko nieznośny zapach ludzi lasu
ich kadzielnica uszkodziła ściany bazyliki
oto cały ambaras
są mocne słowa słabych mężczyzn
odurzonych dymem
kwilenie zaszczutych organów
podzwonne dla sygnaturek
i kompletne już zmieszanie po środku głównej nawy
pielgrzymów i żebraków nie ma w jej wnętrzu
starszych pań też
usunięto szopkę, żłóbek i grób
ołtarz z tabernakulum przesunięto do nawy bocznej
by zrobić więcej miejsca dla wymiany poglądów
kadzenia totalnego i pełnowymiarowego
oto wchodzi orszak
prawie jak procesja
całkiem jak bizantyjski aczkolwiek republikański
kroczy przez środek kościoła
baldachim na czele
prawie procesja rozdziela kłócących się zaciekle
zapach z kadzielnicy nie zabił nawet muchy
zapach nie zabił fetoru z przybyłych podsądnych i sędziów,
gdyż rozbujano emocje bardziej niż kadzielnicę
więcej mężczyzn do niej potrzeba
pod feretronami politycy
na feretronach też
pod baldachimem fałszywy biskup bez monstrancji
i cesarz racjonalnej Europy
zażenowane witraże stopiły się jak wosk
nawet dzieci w komeżkach uciekły za mur
jest dzień wyborów
beznodzy żebracy powstali i kręcą filmy
przed frontonem kościoła
maszkarony i chimery gotyckie ożyły
wyjęły smartfony z uśmiechem
dla świętej sprawy oświecenia
jak flesz grom spadł z jasnego nieba
spory i wybory w Polsce
decyzją mistrza kolegium
przeniesiono do pobliskiego centrum dialogu
zadymiona bazylika odzyskała sacrum
>>>
 
Zakazane oczy w kuluarach
natchnionych dolin
że co?
że zbyt skomplikowane takie patrzenie?
lepiej pomyśl, by nie przegapić
w tych dolinach łez i wzruszeń
każde oczy mętnie obce
pretendują do
złagodzeń sankcji zagłodzeń,
gdy szron zawiśnie na krajobrazach
z kamienia wyciętych
a bladolica na nich usiądzie,
gdy zielone mgły dosięgną
nie tylko tęczowych sosen
i w trawach z fobiami
będzie patrzeć w te oczy
będzie przekrzywiać głowę na bok
jak mały kotek
oskarżać o spojrzenia pełne kłamstw
że co?
że zbyt sztampowe
w sytuacji własnych niedopatrzeń
lepiej wychodząc z dolin
na perony wzgórz
zza łaciatych wycinanek horyzontu
nie skamienieć ze wstydu
niedopatrzenie jest równie karalne
jak niedbalstwo oczu zmrużonych
oczu na zapleczu perspektyw sercowych
że co?
że zbyt pokręcone?
że zbyt dębowe?
lepszy jeden dąb z żółtą wstążką na linii
niż tęczowe sosny
zrzucające korę na zimę na opak
a potem szyszki jak oczy nagle
potoczą się z pogańskich wyżyn
bez oglądu rzeczywistości zmyślnej
jakby tylko zapatrzone w miłość zakazaną
jak lato niemowlęcia w pisklęciu
drapieżnika zamarzniętego
na słupie wysokiego napięcia
że co?
że oko z bielmem?
czy, że znowu bielik?
>>>
Przeszedłem przez cmentarz
po wyjściu z dzieciństwa
a nawet wcześniej
odepchnięty skostniały bobas nastoletni
w opończach kuksańców i splunięć
w ciżemkach kopniaków
podnosiłem ledwo głowę z kołyski,
gdy dane mi już było
zapamiętać krajobraz cmentarny na zawsze
ni to wojskowy, ni fantastyczny, nihilistyczny
dane mi było, gdy Hydra szalała w obejściu
dobrze, że krew cała nie wypłynęła z kołyski
towarzyszu pójdź – rzekł do mnie Charon
a ja z Krzysztofem brodziłem w tym Styksie
udając, że nie rozumiem co mówi
on przerażający starzec beznadziei
ja słodkie dziecko komunijne
znaleźliśmy się obok siebie ramię przy ramieniu
krajobraz pojawiał się i znikał
jak Gehenna wciąż żywych jeszcze
nie uciekałem przed nim
kołysałem się w nim do snu
snu nie dłuższego niż baśń
wyskoczywszy z kołyski dosiadałem zwierzęcia
wygramoliłem się na grzbiet kota pustyni
żywego nie stalowego
ale on zamarł, stwardniał, skamieniał
on zapuścił korzenie w piasku
jak piramida
a ja?
a ja zeskoczyłem z niego jak z wydmy
wyszedłem z niewoli
idź śmiało bracie – rzekł Mojżesz
a ja?
ja wśród ludzkich mogił
a ja w umarłej klasie
a ja z nogami w grobowcach
jaka korzyść z nocnej wizyty anioła
przeciętny strach dla dorosłego
na linii walki światła z ciemnością
ale dla dziecka?
chyba strach egzystencjalny
industrialne krajobrazy blokowisk
osiedli mieszkaniowych ugory
szarych jak gaz łzawiący i szeregi żołdaków
oglądane z akademików i koszar
a moje spojenie ich zorzą polarną
stało się wyzwaniem
dla duszy wkraczającej przez wodospad ognia
– zapomnienia
na sąd ostateczny
mającej śmierć już poza sobą
w bańkach horyzontów samotności
przekłutych wieloleciem ciała
witaj oddzielony na zawsze – rzekł Cyriak,
gdy Smaragd i Larg kończyli zwijać cmentarz
jak mapę świata
a ja?
a ja jeszcze we krwi…
>>>
 
Jak zachowuje się twoje serce
gdy nie ma grawitacji?
poza kościołem
poza społeczeństwem
na bezludnej wyspie emocji
w kabinie bolidu,
którym przemierzasz świat myśli
z prędkością światła,
którego nawet nie widać na prostej
lub w przezroczystej kuli, w której
staczasz się po zboczu góry pamięci
z wszystkim co posiadasz
z melodiami, obrazami, frazami,
linijkami, wersetami, refrenami
jak się serce zachowuje,
gdy nie ma punktu podparcia?
w rodzinie
w przyjaźni
codziennością rozhuśtane od ściany do ściany
czy zmienia swoje właściwości substytucjonalne
przypadłości w formy substancjalne?
czy raczej emituje jakieś promieniowanie
wytwarza kwanty energii
dla synergii ciał w polu dramatycznym?
jak zachowuje się serce,
gdy nie znajduje wymiaru czasowego
we własnym roztańczeniu frustracji
lub uwielbienia?
jest lub go nie ma w teraźniejszości?
w perspektywie swojej obcości
na wyżynach zapatrzenia w przeszłe,
niepowstrzymane, nieugaszone,
niezasklepione w blizny
rany krwawiące
samym tylko kosmosem bez materii
próżnią w jednej kropli
jak ból świadomego bytu
>>>
Nad pasmem gór wznosi się powoli
ogromny sterowiec
jest jak rydwan Eliasza
góry czerwone bez krzyku lodowców
bez oznak dumy
bez wiedzy pradawnej śladów
góry przypudrowane słońcem
a sterowiec biały jak prześcieradło
z bawełny
bawełna jest lennem
struś najzwyklejszy
biegnie ostatnią drogą ku szczytom
po grani niebezpiecznej jak zmierzch
struś jest wolnym ptakiem
bardziej wolnym niż orłosęp w locie
potrafi dobiec do granicy słońca
i zawrócić w miejscu
wtedy przykuca i śpi
strzała leci z kierunku przeciwnego
niż słońce
obracają się jej grot i bełt
promień drży jakby strzała była jeszcze cięciwą
przecina dźwięki i kolory
przelatuje nad głową strusia
i podąża dalej
nagle wbija się w prześcieradło
w mój całun,
na którym odbiłem niespełnione marzenie
uchwycone serca drgnienie
>>>
 
Matko, która zatańczyłaś
ze słońcem
Matko, która zajaśniałaś
tęczą po deszczu
Matko, która obce dzieci
do obcych Ziemian
wysłałaś na krucjatę miłości
poznaj w dzień rewolucji
nas rewolucji pastuszków
gotowych do marsjańskiej misji
międzyludzkiej
na trzecim kamieniu od wirującego słońca
gotowych na pląsające różańce z planet, meteorów i komet
gotowych wyruszyć z kwiatami i drogimi kamieniami
we włosach i w oczach
na kosmicznie niecne drogi i w pustki grzesznej ciszy
nas planetariuszy zawołanych
>>>
W tę i tamtą stronę
noszę swoje sobiepaństwo
ileż to modlitw o pokorę
nie pomogło
bo się źle modliłem
bo się za się nie oglądnąłem
a sięgałem wprzódy
w bok
w tę i tamtą stronę planety
a trzeba było słońca
miałem i sznur i róg
ale sobiepaństwo dopadło mnie
i mojego giermka
obydwu
na weselu
w sukmanie chłopskiej
przepasanej powrósłem
grzyby huby po deszczu
wyrosły  na dachu
a gołębie krążyły jak sępy
nad padliną władzy i państwa
bezmiejscne bezmięsne w końcu bezsępne
potem po zderzeniu ze ścianą
zapłakały o zachodzie słońca
ja pozornie zaniedbany
popatrzyłem im w dzioby
i zasnąłem
na niby
to i tak nie była ta strona
wyniosłem się z gołębnika
ponad wszystko
ale pokoju nie zaznałem
giermek z koniem byli daleko
gdzieś pod młynem wiatracznym na pogórzu
nie miał mi kto przyjść z pomocą
więc idę i niosę jak kopię to sobiepaństwo
jak przekleństwo
drogi i bytu
pisarza szwoleżera
druciarza beskidzkiego
solińskiego wajdeloty
błędnego wieszcza
z Wisłą płaczę i Wisłokiem
plączę nazwy lędziańskie
ale napompowany i nadęty ladaco
nie boję się że zatonę
najwyżej utknę
w czasie suszy
na szosie w zwężeniu pod Warką
jak niejeden już kirasjer i lądolód
a pod mostem stołecznym
moje pawie pokory
dotkną złotego jaja zachwytu
i będzie tysiąc lat
fantasmagorii rycerskiej
w wielkopolskiej poezji osobniczej
bo ona musi być sobiepańska
choć stronniczo łzawa
>>>
W kwaterze podziemnej snu czarnego
budzisz się jak przywódca stalowych nietoperzy
co z twoją psychiką?
co to ma być za sen?
gdzie wody płodowe gada?
gdzie ewolucji palisada?
gdzie natchnione opuszczenie wód?
gdzie pierwsze loty nad jaskiniami?
z kwatery jak z mogiły
próbujesz się dźwigać
ty Attyla powrotów
w łożysku kamiennego Dunaju
próbujesz dowodzić wampirami
ty ciężkogłowy motyl Epiru
strach wieków i nacji
dziecko mitologii
płód niesiony przez step
poroniony w Iranie
albo jak chce ojciec – w Indiach
dźwigasz się we wnętrzu telewizora
mówisz – to mój kosmolot
to moja kapsuła czasu
– ciemność
tylko białka oczu nietoperza, zęby, odwrócony czas
błyszczysz na scenie antycznego teatru Posejdona
Kartagińczyk z Atlantydy, Fenicjanin z Pergamonu
w bukłakach seleuckich, w koszu jucznym,
w oszczepie rzymskim lecącym przez świat
– bieżysz
ciemność, blady strach
blade lico, czarna myśl
gdybyś stworzył imperium
dzisiaj byłbyś na cokołach
gdybyś wdeptał w ziemię jakiś naród
byłbyś na portalach świątyń mniemań
– nie zdążyłeś
zalała cię powódź narodów świata
zalały cię liberalne rzeki Europy
po latach powstajesz w kwaterze cieni
odwieczny zew stepu
gnany jak stado ptaków
jak chmura dmuchawców
jak zamieć historii
– głodem
potrzebą – upragnieniem – mirażem
– genem
chcesz zdobyć pola, zamki i urzędy
chcesz skosztować słodkich owoców czeremchy
zwisających jak winogrona
z kamiennych płaskorzeźb w papieskich ogrodach
na dzbanie, na głowie, na twarzy
– wciąż znaki niezaspokojenia
i wtem ciemność w betonowym bunkrze
rozświetla płomień zapalonej żagwi
zatrzymano Dunaj
wycięto las w miejscu egzekucji
wszystkich przybyłych terrorystów
z pierwocin słowa
powstaje pożoga
po niej choćby kolejny wiek
na planetach odnowy mów
ułudy kroplach jak balonach z krzemu
wpychają nowych gości z Satem
na spotkanie z tobą
nowego snu i wyzwania czasy
bez gumowych nietoperzy
>>>
DSCN0026a
Życie i miłość to nie taniec na lodzie
to taniec na ciepłym szkle
z flamingiem partnerką
ze skrzydlicą u stóp rafy
z chmurą, z zorzą, z mustangiem
taniec nie z kroków dostojnych
lecz ze słownych podrygiwań
jakże bolesny nieznośnie
ćma nie da się osiodłać w locie
motyl nie da sobie założyć uzdy
ty tak
ty nawet pozwolisz wbić w swoje boki
pod same żebra
ostrogi jak łyżwy
do jazdy szybkiej  
jak nagły atak kawalerii
choć życie twoje dawno przestało być tańcem
to bok ciągle krwawi
z jednego płuca wypływa krew
z drugiego sączy się woda
z obu połówek mózgu tryska przeszłość
gdy wypłynie wszystka
oczy zabłysną jak latarnie morskie
co poprowadzą statki, ryby i płetwale
wprost na salę balową,
gdzie twój duch bez skrzydeł
zatańczy z każdym z osobna
niech wirują za ciebie różowe satelity
miriady satelitów
niech w tańcu zobaczą ciebie
jak w lustrzanej kuli pod sklepieniem
zastygasz w milionach póz gwiezdnych
fotografiach boleści niezapomnianych
szkło w twoim ciele i pod stopami
szkło w dachu pałacu nad tobą
jak piramida i sarkofag
poderwały się flamingi
spadają sputniki
już wiruje krew na parkiecie
w poczekalni prosektorium
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Serc złości masz
zanim zaświeci przykład
zgadniesz czyich
oliwa przeszłości na serce rozlana
miedź spatynowana
poza tobą
całe kapitalne miasto kolumn z żelaza
spokoju poza tobą
ileż słońc można wydobyć
z jednego stosu atomowego
pytasz mnie
a tych słońc złości masz
zawsze spotkanie pilne
uprzedzi je zanim zgasną
spotkanie z tym, co masz odgadnąć
powoli spływa jak bajka
z matki na dziecko
tyleż złości poza tobą dzieckiem
tyleż słońc
serce matki owinięte w becik
niemowlę kwili bajką zasłyszaną
o tłustej lokomotywie na wzgórzu
niesłychanie przegrzanej
zamiast becika bajka
serc wypowiedzi masz
złość zjeżdża ze wzgórza
potrąca kołyskę
matka podnosi becik
wyjmuje to, co pozostało po dziecku
– kwilenie, pierwsze słowo, dobro
reszta jest milczeniem
serc zgasłych
>>>
Kruchy rozejm liści
walka ich pogrąży niebawem
a odlatujące ćmy dostarczą armat
paradoks, absurd, kakofonia
lasy zawstydzą malarzy
a liście lasy
w liściach są oczy, brwi i rzęsy
w liściach słychać śpiewy i nawołowania
wśród nich szczeka pies gęsiarki
nie w trawach a w liściach
gęsiarka się ukrywa
zgrzeszyła właśnie
westchnęła, zasmuciła się
żal jej tego, co przeminęło z liskiem
niemądra dziewczyna
niebo zwróci jej za gąski
platynę, serbro, złoto
i purpurę, i jedwab, i bisior
ale za patyk i żal nie dostanie nic
kim będzie bez gąsek – liściem?
ogniska dym pod lasem
już nie oznacza szarej jesieni
ta nadchodząca w cudownych zapachach
sadów i winnic
beżowa Pani – owoc światłości omdlałej
z białymi smugami przeszłości
otwiera panoramę
ostatniej bitwy
wszechliści z liskiem
>>>
Zasypani złotoliściem
w jakiejś kopalni babiego lata
co to składa się ze sztolni,
szybu, pokładów, korytarzy
brak tu wyrobiska i Skarbka
bo i urobek ulotny
złotoliść ciągle się uwidacznia
w skanerach snu
radio go odtwarza o poranku
jest jakimś spektrum
realnej górotwórczej syntezy podziemi
w pamięci złotopiaski złotowybrzeży
złotoporażenia złotomyśli
a w ustach
gorycz porażki
lub złotoobrażenia raczej
niedosmakowania trucizny
zwanej latem
zasypani złotoliściem
zapatrzeni w przeszłość
biali jak śnieg
nie widzimy zasobów
szarego piękna,
które depczemy
brutalniej niż wspomnienia
i cudzosłowne marzenia
>>>
DSCN0839f
W takim ty
w takim ja
ty i ja to mgła
dzisiaj
– i jutro
po dniu wolnym kolejnym
dzień kolejny nieznośnie wolny
twój niecierpliwy
moja jedyna
– i jak ja
nieznośny
moje ty
dębolistne serce
w żołędzio-senne
popołudnie złud
podajesz mi twardy dowód
siebie
tabletkę przeciwmgielną
kora twojej choroby jesiennej
mój pień słowa – na zdrowie
ty – i ja w nim
moja wola wolna
twoja wola wolna
po woli wrastamy
w trzeźwe i radosne my
w jasne słońce
wyrastamy ponad ból i mgły
w takim nieznośnym dniu
– jak ja
skryci w oparach swych szarych dni
ogołoceni z wszystkiego
lecz wśród tysiącletnich pni
takich tylko naszych
– ja i ty
>>>
 
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Świat jest taki różnorodny
Bóg dał go ludziom
w tysiącach kolorów i milionach ich odcieni
w gatunkach zwierząt
w roślin rodzinach
w wiosnach i w pełniach
w szmaragdach i marmurach
iskrzących się lodowcach o świcie
w purpurach zachodów słońc nad oceanami
w jaskiniach u stóp niebotycznych gór
zawilec jest strojny dzisiaj jak Salomon
a najeżka bardziej napuszona niż Putin
surykatka bardziej poważna niż Tusk
i dumna bardziej niż wtajemniczony prezydent Francji
zaskroniec bardziej nabzdyczony niż mułła Ohmar
a modliszka bardziej śmieszna niż Barak Obama
Człowiek zmierzył się ze światem
bo taka była wola słowa przed czasem
taki był nakaz stwórcy cząstek
człowiek dzielnie zmierzył się ze świtem cywilizacji
i stał się panem różnorodności
och, gdyby zrozumiał
że jest tylko zbiorowiskiem cząstek i kolorów
a źródłem wyłącznie humorów i dąsów
może w głębi jestestwa swego
wzdrygnąłby się na samą pierwszą myśl
i nie wynalazłby dziennych
trzystu sześćdziesięciu pięciu sposobów
na torturowanie i zabijanie
roślin, zwierząt, krajobrazów
i ludzi
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Szydzą, potrącają, plwają w żebrotwarz
ponaglają, oszukują, zabijają myśloprawd
w demokracji niedoczas
wciąż dominuje męski i żeński czynnik niemocy
w mikrospołeczeństwie pierwokupuvinculum poprawności niecnej
jeszcze trwa reintrodukcja homosovieticus w cyrkacharenach
meta wioski, meta miasta, meta państwa, meta człowieka
skrawki postczłowieczeństwa wilcze wychodzą z gettbanków
nad nimi niebotyczne kuksańce chmur czarnych w pioruny
piorunów propagandy w samotne drzewa
drzew korzeniami pogardy w sumień podziemia
żarłacza zęby, płetwali fiszbiny unicestwiają makrowioski modlitw
takie same jak w ustach komentatorów mocy
ledwodetektowanej na forach
powstają z materii siły bezwładnej
indukują nieludzkie tętna w ludzkim galopie dni
świadomie zaniedbują patriotyczne pogłaskania noworodków wiary
zanim świt zapieje jak kur prawdydnia
nad odrodzoną narodowym ugorem przewalonych skib w grudy
zanim wzejdzie słońceoświecacz nieludzki
knot wypali dziurę w twarzy
freon rozpłynie się do reszty w ozonie niemocnych dzieci
oby nie sczezły miałkie herbatniki snów o człowieczeństwie jak zorze
zanim w śniadaniach płynnychofiarach zanurzone zostaną
jak w wizyjnym opiumdymu języka ukryte
szydzą, plwają do herbaty na w ekranach
po żołnierskiej zaprawie ogłupiałych żon
padają i wstają dziarscy jak dumni mężowie
zagrożone tarpany i konie Przewalskiego
rżą chociaż już wiszą
jak posolone na płotach połcie mięsa
ledwo skrawki komunizmu wilcze
schnące w atomowych rozbłyskachmirażach
blaskach trzygłowa ostatnich
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Ale kulturalna aluwialna niecka
niby nie terrorystów
a tuż za płotem pałacu awangardy
sztuka zmiażdżona
basen pełen krwi
ale prorocza kulturalna mozaika
niby nie panteistów
a na posadzkach i w oknach salonów
w duszach galeriowidzów
płomyki piekielnych mocy
choć jest niedziela w każdym wymyślonym pojęciu,
gdy pelikany piątku przebijają piersi każdemu z nas
a kamień szlachetny na czole wodza snów
za życia skamieniałego
rzuca światło na drogi splątane
pomiędzy pylony, w arkady grobowców
na nosy narodowych mumii
ale którędy wyjść
z matni labiryntu mamony
zwanej współczesną kulturą,
gdy inscenizacje kompilacji nie są przekazem
a śmiercią idei,
gdy tandetne obrazy niweczą kolory prawdy,
gdy słowa nie zmieniaj się w gesty głów
ale plemiona rozbrajają śmiercionośne ładunki
i nożem milczenia miliardów
unicestwiają sztukmistrzów rody
>>>
Słowna eskapada strollowanych eunuchów
na przedpustyni, w postpuszczy
na quadach z garnkami na głowach
wystawiła ich na upalne prowokacje
a misterne przygotowania zakończyły
bachanalia postne
baznadziejny szach z emirem
kazali wlać nadzieję w baki,
której sami nie mieli pod dostatkiem
palić gumy na pustyni to więcej niż konieczność
to skutkowoprzyczynowa zasada
jak nagminność porzuceń
w wysokiej temperaturze
gdyby chociaż nie imam ani kalif
gdyby quady latały a nie jeździły
gdyby eunuchowie nie mieli bród
a tak to nie mają co liczyć na oazę
zczezną jak nic
ta ich bródka jest zbyt kozia
przypomina średniowieczne mefisto
będzie super kozioł ofiarny
z każdego trzebieńca
w drogę pod słońce
trolle słowne
gdybające
>>>
Ciągle walczę w tym korku ulicznym
z niewidzialnym i nieprzewidywalnym
by dotrzeć do ciebie
ciągle zaciskam zęby i czekam za kierownicą
utknąłem na dobre?
niee, twoja miłość pcha mój samochód do przodu
koła się nie obracają
a jednak jestem coraz bliżej
twojej zatłoczonej dzielnicy
bliżej białych firan w oknach twojego domu
w sercu skrzydła anioła
poruszają się jak skrzydła puchacza
bezszelestnie
głowa obraca się
oczy lustrują ulice i nabrzeże rzeki
oooo, jest już most!
czerwień odbija się w tafli wody
płomień miłości na wieżach kościołów
walczę moim samochodem
z tkanką molocha miasta,
co jak pleśń przerasta nasze przeznaczenie
i jak pajęczyna powstrzymuje myśli
jestem pająkiem zza wzgórza męczenników,
który we własną sieć się zaplątał
przetrwalnikowy kochanek stref, rond, skrótów i sygnalizatorów
teraz w serpentynach uczuć usidlony
i zatrzaśnięty w kokonach zakazów
spowolniony prawie lodowiec zawahań
porażony jadem miłosnej tęsknoty
klaustrofobicznie w myślach wciąż nawołuję –
machaj tymi skrzydłami aniele
machaj tymi chmurami człowieku
unoś się ponad ten ruch uliczny
pchaj ten asfalt jak lodołamacz
roztrącaj te taksówki i autobusy nabrzmiałe
już moja ukochana w oknie zapaliła światło jak gwiazdę
a na mojej drodze wciąż tysiące aut
i kroczące wojenne machiny strachu i pożądania
zakochany w mieście
zakochany w dziewczynie
zmrożony własnym egoizmem
i mocą własnej pychy skuty
zbyt wolny by opuścić most
zanim przęsła wpadną w wibracje
zanim rozhuśtają się nośne liny
zanim zadrży przestrzeń
i miasto pochłonie atomowa fala namiętności
czy pozostaniesz tylko ty – latarnia morska
w odległej dzielnicy niespełnienia
a ja rozbitek na dnie
w pułapce – samochodzie?
>>>
Tak jak zegar
tylko smutniej
we wnętrzu czasu odmierzanego
czuwa odwaga i bojaźń
one obie zapóźnione
tak jak zegar
tylko nędzniej
we wnętrzu czasu niepowstrzymanego
czuwa miłość i nienawiść
one obie zapóźnione
tak jak zegar
tylko prościej
umierasz
nie mogąc rozdzielić swojego ja
i czasu i uczuć
tak jak zegar
tylko szybciej
>>>
A tam za wzgórzem
twoje mustangi na prerii wysypiska
tutaj przed wzgórzem
ulic kin i teatrów
na afiszach złomowisk – huty
a tam rzucasz lasso,
gdzie wzrok już nie sięga
nawet wspomagany pełnią kapelusza
lasso ześlizguje się z karku dzikiego wierzchowca
wraca do ciebie
przez potoki płynnego metalu
jak lawa pomarańczowego
roziskrzonego jak neon
a tu lasso zaciska dramat
twojego miasta nieokiełznanego
jak ty
i wolność
przetopioną w spiżowy posąg
rycerza na koniu
>>>
DSCN1629b
Wiersz
zawieszony pomiędzy niebem a ziemią
jak balon kolorowy nad zieloną niwą
doliny ludzkiej pozłoconej
słowa podwieszone jak kosz obfitości
kołyszą się z lekka
słowa lotne
wcielone
pod warunkiem
że balon
doleci do nieba
>>>
DSCN0685f
Cegła – ale nie wysunięta
w padającym murze zawiści i konsumpcji
tylko cegła w dorzeczu cywilizacji
w nadbrzeżnym mule wysuszona
kostka – pierwsze uczucie
jeszcze nie namiętność
element początkowy
ustawiony po niwelacji
wmontowany w podstawę piramidy istnienia
oto cegła wszechżycia – myśl altruistyczna
oko wykol, zęby wybij
ale nie rań serca
serce jest cegłą
czerwone serce słońcem wypalone
– z błota jaźni wydobyte
człowiek w delcie sumienia dźwiga się sam
ból niweluje jego podstawę percepcji
jak woda rozlana przez kapłana
ból pośrodku piersi
ból architekta
z miłości zadanej, stworzonej, zdradzonej, odzyskanej
serce cegła – budulec
>>>
DSCN0541f
Kawalkada serc, dłoni, stóp, warg
rozmyślna akupunktura dyrygenta
on jest dzisiaj jeźdźcem w oratorium
słuchacze w operze płyną
na żaglowcach żyrandoli
wiszą uczepieni want spojrzeniami
z oczu wczorajszych
ręce drżą, stopy, wargi i serca
ich kawalkada dudniąca
rozbija kandelabr jeden po drugim
wraca do ciał jak tupot do butów
jętka w żarówce to świst batuty
jeden kręcący bączka wodny pająk
zamarł w kotle i basie
w kisielu waltorni topik wąsaty ożywa
błędny rycerz z harfą nadjeżdża stępa
pobija bębenek bileter
kawalkada pikadorów
i szarża byków przed matadorami
galop i skok, kłus, kłus, galop i skok
galop z cwału, cwał z galopu
trzęsie się oniryczny zestaw filharmoników
ktoś porzuca bombę atomową w jaskółce
by zagłębić się w programie
jakiś giermek pali cygaro
pod wiatrakiem w foyer
a żona jego w akcie cała
wszyscy wstrzymali oddech
gita gita gita gita uff guitarra
antrakt nadchodzi jak pierwszy Gupta
odliczając od jedynki do dziesiątki
odszczepieniec Sikh z rodziny Brahmy
na byku powraca ukwiecony
sam byk kryształowy jak arabska cyfra
pomiędzy ćwierćnuty wpada szerszeń brat
Mahabharata mruczy
z pomiędzy much świetlika wylatuje owocarka
pomarańczarka i koronkarka śledzą lot
a światło przygasa delikatnie
jak w kinie krnąbrnych reżyserów
jest przedpołudnie wieku kantaty
kończy się jedna z wojen w ósmej scenie
dzieci zabrały partytury i rzuciły w kałuże
dzieci na pięcioliniach warkoczy
ustawiły babki z piasku
na rynku jak na plaży
przyjechał pociąg niebieski z drewna cały
konduktor nosem podkreślił vibrato
by zniosło fraki nieco w lewo
i smyczki w prawo w skos
brygada pająków zawisła nad proscenium
zamiast arek, zamiast lamp i żarówek
pajęcze jaja
batuta spada pierwsza
jenerał karczmarz do dygającej
– śmiało bezbłędna pani
dokończ młotem wariację, scherzo,
staccato-memento
oto jedność dźwięku w oazie całunu
oto jedność nacji klarnecistów i primadonn
w powtórzeniu melodii
by w finale wybrzmieć mogły
same ściany filharmonii
skażone marzeniami fiakrów i odźwiernych
w uprzężach pajęczych na zawsze
i byków umierających w orkiestronach
nocą
>>>
DSCN0041f
Nie ma takiego czasu,
który zwie się wolnością od płaczu
i raczej nie ma takiego czegoś
jak szansa na stworzenie rozkoszy ciągłej
jeśli już, to razem z pozaziemskością łez
z nie martwych westchnień
i oaz życia spazmów
Nie ma takiego czasu,
który zwie się wolnością od płaczu
ani nad rzekami gór
ani pod szczytami fal
ani na wysokości pełzających chmur
ani ich odbić w wodzie lewitujących
z nurkami i alpinistami euforii
z gdakającym jak kury murem stanu
rozsypującym się w propagandę rumowiska
zbudowanym z ulepek pychy i radości nacji
z tortury i czyjegoś prowizorycznego bólu
Nie ma takiego czasu,
który zwie się wolnością od płaczu
nie ma upływu czasu w kostkach przestrzeni zmurszałych
co zwą się wolnością od krągłych łez
jak fale i lotne sny
zebrani uniesieni ptasi
przywódcy
dają się powiązać i zaprząc do czasu
ale padają w wyrwach ozonu
nie sięgają orbity rozkoszy
nawet, gdy robią to dobrowolnie
dla gwiezdnych, psich i ludzkich przesłań
nawet ładunków wolności
a jeżeli sięgają już zenitu
to razem z pozaziemskością łez
>>>
Widziałem ją
widziałem gwiazdę morza
nad pustynią widziałem
czy to możliwe?
– możliwe!
widziałem ją oczami duszy
oczami duszy swojej
ale przecież ludzie mówią
na mojej ulicy
ludzie i ludziska
błędni rycerze mojej dzielnicy
ludziki z powieści szkolnych
i hobbity z magistratu
niziołki z seriali filmowych
żołnierzyki z kieszonkowych serii książkowych
o bitwach elfów
jednakowo emocjonalnych
ministranci z dróg do kościółka niedzielnego
i procarze z alejki prowadzącej do szkółki sobotniej
krasnale spod grzybków w ogrodzie piwnym
– mówią
ale przecież powtarzają
odkąd przestałem słuchać tłumów
ale przecież ludzie prości mówią
ale przecież ludzie klas średnich mówią
ale przecież ludzie władzy i pieniędzy mówią:
on nie ma duszy i oczu
– więc, czy to możliwe,
że ja
niewidzący
widziałem gwiazdę morza nad pustynią
ale przecież nie iluminat albo romantyk
ale przecież nie całkiem ludzki
zdecydowanie antybajkowy byt
– byt jak ona
>>>
Jestem tutaj gdzie twoje serce
być powinno
ale go tutaj nie ma
jest za to wierzba płacząca
z poobcinanymi konarami
jestem tu sam a woda w rzece płynie tak samo
jak wtedy,
gdy wierzbowe witki listkami czesały jej fale
jednakowo serca nasze biły,
gdy ręce jakby składając się do modlitwy
dotknęły innych czułych dłoni
wtedy podpłynął złocisty karp
wprost do naszych stóp
zanurzonych w wieczornym ruczaju olśnienia
zbierało się nam na płacz obojgu
lecz nie tej wierzbie teraz okaleczonej
jej Golgota bez krzyży
jak zaklęta trwa w ciszy
nad brzegiem przy pręgierzu zakochanych
dzisiaj jest pochmurny dzień
kat ściął mieczem słońce
rzucił mi jego truchło do stóp
kat bezlitosny – rzymski beznamiętny wykonawca prawa
łaski! – nie zdążyło zakrzyknąć
gdy spojrzał na mnie ostatni mój dzień
byłem bez serca
i bez tej dłoni
zabrałaś mi ją na drugi brzeg
>>>
Jest reakcja
na krańcowe niedożywienie
ustępującego prezydenta
jego muskuły były pełne aminokwasów
stresu i podpowiedzi
podkrzemianów depresji i kapitulanctwa
sczezł w pochrząkiwaniu
przechadzając się w korytarzach dworców
z wódką przytwierdzoną do pleców
a potem pochowano go w łodzi
jak Warega w związku z wargą obco zwisającą
a dokładniej nie był to pochówek
tylko takie tam kolebanie
w płomieniach z zamkniętymi oczami
Jego reakcja na sczernienie
była żadna tak jak i jego konia
ale kobiety wyły jak wadery
a dokładniej – nie wyły tylko zawodziły
do księżyca, który
na jego nieszczęście spełnił się
częściej niż raz
co było kompletnym zaskoczeniem
dla mediów i mas
I to była reakcja na zgrzybienie
niedożywionego narodu, którym rządził,
któremu przewodził prawie jak murarz rekordzista
i to nie widząc go twarzą w twarz
jako bądź, co bądź człowiek podziemia
Ostatecznie reakcja na prezydenta
jest pełna i nie chorobliwie przekwaszona
jak słowo „cóż”
przetłumaczone na komiacki,
kipczacki lub mongolski –
talaar
>>>
Chciałeś powiedzieć – to nic
za wszelką cenę
błędy w kokpicie, gdy byłeś nad Dziwnowem
zdecydowały
a potem opadanie z sił w Lubiewie
chciałeś powiedzieć jej – to nic,
gdy ona oplotła cię swoim spojrzeniem
i zdjęła swój niebieski kostium kąpielowy
ale wpadłeś w korkociąg
wtedy wyskoczyłeś na spadochronie
– nad Lubiewem
chciałeś, aby ona powiedziała – to nic
i objęła cię opalonym ramieniem,
gdy wracałeś z nią piaszczystą drogą
z dyskoteki przy plaży
do centrum Międzyzdrojów
ale ona rzekła – przestań okrywać się
tym spadochronem jak jakimś tropikiem namiotu
i nie ważne, co jeszcze zechcesz powiedzieć
wszystkim o nas
chciałeś powiedzieć – to nic
ale, za jaką cenę?
ona odleciała rano twoim gyrokopterem muzycznym
do Trzęsacza
na Wschód
zawróciłeś i doszedłeś do końca plaży
do końca Polski
do końca miłości
już sam
na Zachodzie
w jakimś bezsensownym Enerdee
tylko po to
by powiedzieć w końcu – to już nic
>>>
To już czas nadęty
i z grubsza jak balony ludzie
małe odstępy pomiędzy nimi
tam wciska się namiętność kaźni
a miłość?
jej nie ma – pożarta
po pysze, po zdradzie, po wieczornym
nieumiarkowaniu
i zadęciu jaźni
splunęli liczni w stronę
nielicznych
jakby zajętych bulimią
aż się odstępy spłoszyły
falowaniem światła spłoniły
wyleciały nietoperze walki
a miłość?
jej nie ma – pożarta
jest opuchlizną po zatruciu
słychać jakby tarabany
a to nasi znowu biją
nielicznych już
i wykluczonych
balony nie ludzie
>>>
Ten dzień bez jakiejkolwiek nocy
ta noc bez chmur
jeden nietoperz o zmierzchu
jak jeden księżyc w perigeum
ten wóz pełen siana
to dziecko spadające z niego
ta przestrzeń rozcięta
przez nisko przelatującego bociana
jedno małe istnienie w czasie lotu
dzień bez nocy – dziecko w zapachu lata
usłużny ptak pochwycił dziecko
nietoperz nie zdążył
chociaż skręcił gwałtownie
upolował za to gwiazdę śmierci
samolot pikujący w kopę siana
wyglądającą jak Wielki Wóz
dzień bez nocy – dziecko już w pocałunkach
ci rodzice w perigeum
>>>
Miałem dźwigać trud
po Ziemi Twojej kres, Panie
a Ty wziąłeś mój ból i znój
bym mógł dalej siebie nazywać
człowiekiem
uskrzydliłeś swą krwią ten trud,
gdy to zrozumiałem
wreszcie
od wczoraj stopami ledwo dotykam ziemi
tablice niosąc kamienne
>>>
Jest ciemno jak w deszczu traw
nad wschodnią rzeką pomruków
nadciągających wezbranych fal, stad, hord,
gdy słońce już myszkuje po dachach twierdz
deszcz zastraszony pada wciąż pod okapami
biedne myszy jak biedni grajkowie mostów
w letargu medytacji oddają nawet życie
to niezwykłe jak szumi deszcz
w szyszakach sennych
w uszach odpadłych już od głów
ściętych przez azjatów z różnych kontynentów
napływa jedna odnoga ordy
potem druga i trzecia
stepem obok monastyrów
jarami przedmieść spichrzowych
rzeką pomiędzy przęsłami
szumią jodły na szczytach zajętych przez zamki one
samce zamki obronne
uciszone
nic nie piśnie pod burzą
nic nie piśnie cienko jak jęk powietrza
i jest tętent jak deszcz i deszcz jak tętent
ani to szmer nośników zaborców
ani łoskot pojazdów najeźdźców
głodni ciągną z komarami tundr
po jasyr krwi
rozpalone głowy łupieżców, morderców, ciemiężycieli
deszcz pod okapem dwunastej Europy
złowieszczy – ósmego lipca o szóstej
nie dosięgnie ich?
>>>
Bydlęce wagony, mróz, stukot żelaznych kół
w oczach pasażerów pociągu przyjaźni łzy
a nad głową tęcza z bibułek
Chrystus Zbawiciel pochylony i odwrócony tyłem
do palmy stojącej przy torach
biegnących z Lechistanu aż do Kazachstanu
nad parowozem sapiącym jak perszeron
kołuje bielik wpatrujący się w małe rączki
z metalowymi kubkami i talerzykami
przez kraty z kolczastego drutu
wystawione z okienek wagonów
pociąg zatrzymuje się na chwilę
przed giełdą papierów wartościowych
by przepuścić pijanych policyjnych prowokatorów
paradę gejów oraz grupę lojalnych aktorów
wracających z pierwszomajowej manifestacji
potem rusza dalej
prymas Polski stoi na odnowionej praskiej cerkwi
na jej szczycie jest jak król z krzyżem i szablą
w kierunku bydlęcych wagonów
macha czerwonym goździkiem
proboszcz z bazyliki mariackiej
w przebraniu maga
gra na trąbce „Czarną Madonnę”
zaczyna padać śnieg
ten sam co w stanie wojennym
bibuła propagandy rozmaka
farba spływa powoli jak łzy
dzieci odrzuconych na zawsze
przez Posłanki Polki
>>>
Jutro już naprawdę
i to, co koń wyskoczy
przybiegnie stunoga zmiana
kopytno podobnych, lecz nie kopytnych
będzie ogrzewać się i cię
będzie w słońcu liczyć wydmy,
pod którymi płyną rzeki –
twoje serca
już inne serce wierzga jak rumak
na podwórzu
oczy rozbiegane na stepie
teraz skupiają się wraz
z nadciągającą pustynną burzą
pseudokopytny zwiastun burzy –
życiodajnej
zaraz wyłoni się z chmur,
które są listopadowymi wierszami,
które pobłądziły w stratosferze,
które litosferze przyniosą odmianę –
po latach
jednogarbny twój wierzchowiec
dźwiga ciebie i twoje garby
pędzicie, co koń wyskoczy za tym
co ma dopaść ciebie
ledwo dzień nastanie, brzask zapali świece –
na wydmie
i wybuchnie płaczem miłości
w śladach zakwitną różdżki i laski
a krzew będzie płonął
do czasu twojej śmierci,
która nigdzie nie przebiegnie bez echa,
która nie łapiąc piorunów uciszy gromy,
która sama jedna odbije się echem
w kolebkach golgot –
przedświatów
w zigguratach poronionych słów
w Termopilach obrzezanych mów
na siedmiowzgórzach siedmioskrzydłych kanonów –
miłości obojnaczej
jak lawa nadbiegnie wierzchowiec
z całym twoim rzędem
jak beret przykryje twoje myśli
korona rozedrgana
podniesiesz berło wśród piramid
sfinks powstanie z kolan
Żydzi przejdą przez Morze Czerwone
ty spłyniesz do delty
po gliniane tabliczki z kraju Goszen
wyrwiesz je z pylonów i obelisków niewoli
z ptakami poślesz do Błędowa
sam pogalopujesz leśnym traktem
drogą prostą, dębową – po wolność
z Sącza do Krakowa
>>>
Jest taki kraj jak cierpienie
kwintesencja bólu,
gdy zakwita konwalia na czerwono
a maciejka zakwita z poranną rosą
by zapachnieć burzą do śniadania
Jest tortura jednego komara
dźwigającego kajdany krwi
choć lecącego nad stawem czarnym
z białymi rozbłyskami trumien
Jest dźwigająca wszystko góra
powstańcza
z nigdy nieodkrytą jaskinią radości
w jej wnętrzu
z nigdy niepostawionym na jej szczycie krzyżem
na cześć wyzwolicieli
w kraju, co jak pokuta
ciąży kulą u nogi
ubogim
wznieść się na górę męczenników trzeba
by spojrzeć ku grobom ojców założycieli
ukutym w puszczach sumień
bez krzyży
bez błędów, powtórzeń, zapomnień
ospałości, otrzeźwień i skrótów
bez żołędzi martwych w dziobach
zapobiegliwych sójek
bez plastikowych wypluwek puszczyków
zadufania
bez jastrzębi pikujących w kierunku jaskółki,
co wywijać się musi lotem odpowiedzi
jak samobójca
Jest taki kraj,
gdzie ojcowie ptaków
za cenę śmiertelnych ran
nie pozwalają naruszyć gniazda
byle błyskawicy, byle porywowi huraganu,
byle zadufaniu, byle sile potwora
Jest taki kraj,
gdzie lucerna rozkwita siedmioma kolorami
a koniczyna czterema
lucerna dla koni husarzy białopiórych
pędzących galopem
przez podwórza muzeów
z fałszywymi monetami królów i książąt
zaśniedziałymi tak, że ledwo
zdradziecka czerwień prześwituje
przez zielony obcy nalot
>>> 
Już nie jest taki straszny
nie jest dziwolągiem
nie jest smokiem miasta dziewic
jego oczy to wciąż latarnie morskie
ale gdzieś na Svalbardzie
albo gdzieś na szkierowych wyspach
gockich przesmyków i zatok
a nie przy wejściach do karolińskich portów
już nie majaczy we mgle
jak jakiś Latający Holender
nie pije i nie fika koziołków pod pokładem
nie wie gdzie leżą Wyspy Zakazane,
na których spędził młodość
jest przecież synem cieśli okrętowego
a do tego zawołanym żeglarzem
dziś już bez rogów i magnetycznej ryby na rzemieniu
spokojnie sobie dryfuje na balach Kon-Tiki
gdzie dryfuje, sam nie wie
jak góra lodowa z wodnego do wolnego świata
podśpiewuje – bora, bora, boreasz
i łapie ryby latające
leżąc na wznak na balsie
już nie jest straszny
w swoich bojowych zawołaniach,
gdy schodzi na ląd
jego szanty wzbudzają salwy – śmiechu
wybija szklanki, wybija rytm
wybija zęby muchom lenistwa
i wyrywa do pająków sieciowych
jego wielkie flotylle sterowców to przyszłość
oczy wciąż są jak księżyce
oczy jak przypływy zwodniczych syren
i zakochanych skrzypłoczy
wchodzi do portów
tylko po to, by sprzedać
spreparowane latające ryby szaleństwa
z lat sześćdziesiątych
by zastukać na molo drewnianym kikutem
ale nikt nie boi się kuternogi
nikt tu nie słyszał, co to Jolly Roger
on działa wytoczył i porzucił
on w jaskiniach podwodnych zagubił skarb
magnetyczny, słoneczny uśmiech
nie boi się nawet samego siebie
nawet, gdy się nie uśmiecha
o losie, o losie, o Laosie
– śpiewa z uklejami z Ukajali
wraca na Bora Bora
leżąc na brzuchu
wieloryba płynącego na wznak
(jakby nie żółw już)
jego pora puka, puka w lodowy blok,
w którym zastygł płomień z jego ust
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Stan ducha
– jest taki stan nacji
dowiemy się gdzie i kiedy?
gdy demokracja w fajerwerk się zmieni?
a serce – tak, serce
nie wie gdzie jest niebo
stan ducha więc nic nie jest wart?
to rezerwowy strzał rezerwowego strzelca?
rakietnica – zwą ją też władz szubienicą,
gdy głębokim jarem podjechała konnica
– a ktoś powiedział – tam na blankach błyska
kobieca pierś
– dajmy spokój – wracajmy rzekł inny
ona była wolnością
– sztandar zwinięto
wystrzelono flarę, rakietnicę odrzucono hen
– wpadła do jeziora
teraz jest Ekskaliburem i Świętym Graalem
demokratów
jeźdźcy odwracają głowy
by patrzeć na gwiazdy fajerwerków
w biały dzień
wieszają królów zanim zrobią to
z rewolucjonistami
to stan ducha – jaki stan? jaki duch?
w gracji, w uśmiechu, w dyganiu
umiera demokracja tak jak kiedyś monarchia absolutna
boskie słowa – popędzanie koni
szarpanie za lejce, wodze i uzdy
mierzwa poprawności pozostaje z sądu i zamku królewskiego
przed tąpnięciami puszcz, tronów i parlamentów
które zapadły się w sierść turów wymarłych
a małe bruzdy – to grody, wały i palisady
dzikie oczerety szuwary ostrowów chłopskich
a blanki? a mury?
taki stan Wisły nie rokuje urodzajnego wylewu
a śmierć w Wąwozie Somosierry
jeźdźcy wracają – nie będzie szarży na szczęście
stan ducha jest jak festyn?
ot szczęście, zwykłe szczęście
dzisiaj nikt nie będzie ginął za burzycieli kościołów
nie rozbłyśnie ta pierś jeszcze raz
umarła wolność w ciała bezwstydzie
a stan ducha?
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
*Hydropraca
Pracuj wciąż nad tą rzeką języka
jak Luwijczyk pralingwista
nad przedeuropejską Odrą (Drawą Wkrą i Obrą),
co płynie jak Odrava, Oder, Dore, Eder i Adur
uderz w c-dur smagając wodę wierzbową witką
szarp struny strug
zanurzaj czas, ręce i twarz
w scytyjskim Dunajcu (Dniestrze),
co płynie jak Dun, Dunaj i Don
pracuj bez podśpiewywania
nad gockim Bugiem, co płynie jak Boh
bez kajdan, pasiaków, oskardów i młotów
i tego wszystkiego co oznacza klęskę
jak jeden dzień życia słowem
jak jedno słońce z Mgławicy Żeglarza
jak jeden skulony w kuczkach polarnik
z dziennikiem obserwatora
wpatrzony w zorzę zmienną gasnącą
jak w pracę codzienną
nad dosadnym zniewoleniem oczu
przez brak kolorów materii, ziemi, serc i praw
pracuj nad tą rzeką gwałtownych wirów idei
wyprzęgając i pojąc konie
w celtyckim Sanie (Sannie),
co płynie jak Shannon, Saona i Seine
opatrując galijski wóz z kołem anatolijskim,
gdy księżyc neolityczny w jej toni nie tonie
jak ciężar zawieszony na łańcuchu
potężnego dźwigu cywilizacji
księżyc się przegląda w lustrze tafli czarnej
a ty chcesz go zagarnąć
motyczką budowniczego zigguratu
księżyc się pławi w wolności plemion
pluska jak ryba po zachodzie słońca
a ty zniecierpliwiony jego milczeniem
zarzucasz lasso chybione
zrzucasz cudzą winę do rzeki
podnosisz swoją wolę do wymiaru wód pod sklepieniem
wolę posiadania wolności wszystkich języków i słów
pracuj nad tą rzeką przeznaczenia i wygnania
słowiańską Wisłą (Wisłoką i Wisłokiem),
co płynie jak ślozy pierwszych i ostatnich ludzi
nawet bez lutni pracuj rękami dwiema
na klawiaturze serc,
gdy rozum pragnie omamów przeszłości
i wszystkiego co ulotne i nie ulotne,
co śliskie i pławne a niejadalne,
co spada jak noc czerwoną chustą w Cezarei
zakrywając amfiteatr i akwedukt
kanały irygacyjne, poldery
i wiszące ogrody w Babilonie,
by uprawy i zwierzęta mogły zdążyć
na ucztę życia,
gdzie śmierć jest posiadaniem pełnej władzy
nad pożywieniem
pracuj nad tym, co nie jest jej zdobywaniem
i płacz nad rzeką, płacz, tak lepiej
wszystko płynie owymi rzekami pamięci
właśnie jak łzy pramatek, praojców
wsłuchaj się w ich głos w Wiśle
może ty pierwszy wejdziesz do tej samej dwa razy
ludzie przemijają, tylko słowa pozostają i rzeki
koła-prasłowa na niespokojnej powierzchni
– jeden, dwa, trzy, dziesięć
>>>
DSCN0500f
*Jak sen wróżbity*
Stare źródło pulsuje nowością
jak sen wróżbity
ta moja Polska
jak Chlodwiga Rem w Reims
jak Ren Świętej Kolonii w Tours
jak sen wróżbity
ta moja Polska
jak biały ren z północy
nad Odrą we Wrocławiu
jak esoes aloesu w Ezgotarium w Sosnowcu
dziwny t-Ren, dziwny d-Ren, dziwny P-sen
ratunku – ratunku – ratunku
Polacy już nie tacy jak dawniej
nie służą Karolingom
tylko ludziom ze Wschodu do zmierzchu
nowe źródło polityki pulsuje jak woda
w turbinach jeszcze gomułkowskich elektrowni wodnych
źródło pulsuje, gdy serce okazuje się
niezbywalnym dodatkiem do diademu myśli
a wciąż nad odtwarzaniem
góruje zamek klatki – ranny raniuszek
jak sen wróżbity
ta moja Polska
a drzewiej bywał Niziołek Podolski
Piastun Wisza na gadającym drzewie
drzewa wychodziły ze wschodnich lasów
kroczyły przez mokradła
przekraczały Bug jak Don a potem Ren jak Bug
niepokoiły legiony pogromców bestii,
w które stapiali się rzymscy bogowie
w Austrazji i Neustrii
żadnej zapory nie było
żadnej turbiny na Renie
i była faza błogiego snu
jak Pepina Rawenna cichego
silniki pracujące było słychać w autobusach
jadących z Wrocławia do Saarbrucken
każdy pasażer wiózł ze sobą mech w trzewiach
i źródło, jakie miał, jakie zabrał
a źródło pulsowało
lodem, ogniem, światłem, echem
jednakowe drogi, jednakowe łany
z glacjalnych zboczy ześlizgiwał się mamut
w sylogizm odrębnych prawd
w przepastne ludzkie usto-jassskinie
woda zabierała nasiona dębika ośmiopłatkowego
i niosła Renem do Reims
a w Dunajcu, a w Wiśle, a w Brynicy
ukrył się Niziołek nadrzewny
gdy sen nie nadchodził wyjął korki ze stawów
zwał się Kacprem podziemia słów
zmienił się w robaczka świętojańskiego
gdy na brzegu obsechł
stracił światło chemiczne
zaczął pulsować ideą własną
w karolińskiej winnicy-duszy rannej
jak sen domarada z Brennej
ta moja Polska
>>>
DSCN1345a
Jadą przez świat
jedwabiście nieistniejące parowozy snów
gdyby jeszcze mówił malamut do husky
ależ skarbie – toną – one toną
one niedźwiedzie białe, nasi bracia
to przez bar, stront i freon
jadą przez świat
jedwabiście nieistniejące wagony snów
słychać gdakanie paru a potem wielu
kur w klatkach z cegieł pukanie – puk puk
barbakan-kurnik odpowie – buch buch
i po kurach świecących
to mosiądz, aluminium i pieniądz winien
jadą przez świat
jedwabiście nieistniejące parowozy snów
gdyby jeszcze władca mówił do maluczkich
one ludzkie istoty toną w mgle kolorowej
bracie cyklotronie, parowozie, transformersie
to przez sny radioaktywne giniemy
>>>
DSCN3610f
Pewien zadufany drwal
powycinał w pień malwy zdrewniałe
malwy wysokie – polskości semafory
pozostały zranione łodygi
kikuty drogowskazów rozstajnych
i kolosalne rośliny zwalone wśród róż
drwal upadł na kolana wśród pól
nasiona rozsypał wiatr
krew wypłynęła z płatków
drwal przyjął srebrniki od grud
wziął sznur – przepasał się
i owinął słomą by udawać chochoła niewiniątko
ale malwy martwe znasionwstały
pewnej pomrocznej wawelskiej wiosny
odpolonizowały zrusyfikowany krajobraz
Wernyhora z dworem jeszcze wypiskuje proroctwa
głosem sikorki bogatki wyklutej w inkubatorze
wykarmionej sztucznie na lekcjach w technikum leśnym,
że jedyny prawdziwy jest wschodni horyzont narodowy,
że reszta jest pomalowanym ćwierkaniem sztucznym,
kląskaniem, popiskiwaniem klepaków
ścianą wulgarnej galerii w malwy malowaną
zaśpiewem i głuchym rąbaniem farb w pędzel
dudnieniem kolorów w płótno zmurszałe
kolorów zaczerpniętych ze świata podziemi
a lirnik z Tęgoborza wzywa pod sztandary
drwali kwiatów prawdziwych
nikt nie wspomina wolnych Drewlan
zmasakrowanych jak płatki letnie
przez fałszywych świętych świecących jak topory,
którzy nie ożyją jak malwy
wśród chat Wiślan i Polan
łagodnych ale twardych poranków wieczności
>>>
Ile razy tej tyranii
musimy odpowiedzieć – walka?
walka na ulicach
jak procesja
walka na stadionach
jak litania
walka na ekranach
jak różaniec
walka na mszach
jak uległość
tyranii własnego ja
w teatrach każdego dnia
jak wiele razy?
>>>
Usuń się – rzecze Zaratustra
nie jesteś tu niezbędny
w kraju cumulonimbusów
cirrus jest jak zadra
otworzysz nie zamkniesz
ogłosisz nie odwołasz
przemodlisz nie przeklniesz
co z tobą zrobić?
nie przyznajesz się do winy
w naszym świecie
tylko bieda z tobą
usuń się na swojego Zaratana
wiem, nie ma was tam wielu
tu takich jak ty też
wyznawców ubiczowanych dobrych myśli
oto my święcimy tryumfy
a nawet bezkarność tryumfów
powiedz coś, tylko bez pytań
powiedz żegnam, no powiedz to
milczysz, a my się tak staramy
by sczezło wszystko marne
co nie jest nami
co stoi nam na drodze
co nie podziela i nie pomnaża
nas, nam, naszego
tako rzecze Zara-tow
prymus pomiędzy premierami
i priorytetowymi dziennikarzami
prezydent wszechunii jedności
zawsze w ciemnych okularach
rzecznik osławiony nurtu przemian
wśród oryli
pobłogosławiony pychem jak pastorałem
zastraszeń i tortur
wybierz sobie jedną z nich
albo odejdź
nie zadaj pytania
nie zadaj zadania
nie zadaj myśli
nie zadaj obroku pegazowi
usuń się nawet dokąd chcesz
jesteś wolnym europejczykiem
tako rzecze epikurejczyk Zaratowski
centralny pałkarz i lekarz zaraczonych
usuń się, usuń –
tylko człowieku
>>>
*Patos*
Siedząc nad zatoką
wysoko na wapiennej skale
umykającej pod stopami
gdzieś w kierunku rejowych żaglowców
zakotwiczonych przy brzegu
czekających na więźniów
wydaje ci się przez chwilę,
że patrzysz ostatni raz
na swoją smutną okolicę,
która chce się ciebie pozbyć
na kraj rodzinny, którego rząd
chce cię odesłać do karnej kolonii
byś fedrował rudę metali ziem rzadkich
zdzierając do krwi skórę
na rękach i kolanach
tylko dlatego, że ktoś oskarżył cię
o kradzież kilograma mąki
patrzysz i myślisz rozpaczliwie o tym,
co stanie się z żoną i dzieckiem?
jak przeżyją bez ciebie? kto ich tu obroni?
kto wychowa? kto wyżywi?
kto pobłogosławi wszystkich?
tak siedząc na tym przepastnym klifie
nagle wybudzony z drzemki zaśpiewem kosa
dostrzegasz nogi machające bezpiecznie
nad zwykłym, kamiennym urwiskiem w Polańczyku
gdzie tylko jachty, kajaki i rowery wodne
jak mewy i sny
kołyszą się w wiosennym słońcu
czekając w dole na wystrzał armatni
rozpoczynający kolejny sezon wodniacki
w sumie bez zbytniego patosu
ostatni raz patrzysz na Zielone Wzgórza nad Soliną
przed nieuchronnym wylotem do Irlandii
za chlebem
>>>
Każdy by chciał tak majtać
tymi nogami
za oknem
na grani
w oknie samolotu
na skrzydle spadochronu
w sercu swoim, cudzym
w studiu telewizyjnym
w karecie, lektyce
jedni drugim buty noście – rzec
niech bosi mają szansę
ostentacyjni niech idą przodem
zdolni do majtania jedną stopą
niech niosą huśtawki
zdrowi myślą, że zaskoczą mimiką łokcia
nie zawsze tak bywa
czasem nie zaskakują piętą
a czasem zaskakują czołem
każdy chce bujać
na linie jak na kiełbasie
na strunie fortepianu jak na wysokim Ce
na włosku smyczka z koziego ogona
wołaniem wskrzeszać przepaście dna
majtaniem, nieokrzesaniem, parskaniem
wywoływać zaganiaczy z szałasów
ale przecież nie każda chmura
jest bezdeszczowa
i nie każdy wiatr liczy drzewa
są liście i są ziarenka
w oczach wolnych i spiętych
skupionych do bólu zaciśniętych ust
są zęby dzwoniące strachem na czarne msze
są myśli wykute w czeluściach wieżowców
i czeluście serca owdowiałe
jak chatynki leśne w nieludzkich borach
bez pieśni i ech, odgłosów z porąb
bez czasu
nie każdy może bez lęku
majtać nogami nad krawędzią
szklanego kanionu słów
nie każdy
a ty?
w głuszy?
>>>
Jest taka wiosna,
która jest jesienią
oto ona
król gramoli się na ołtarz
niezdarnie, bo
ołtarz jest już mównicą
a amboną policyjna pałka i gaz
konfesjonał – zaklinaniem kłamstwa
wiosna jest jesienią
oto król
udziela reprymendy i rozgrzeszenia
król prawie ludzki, lecz nie judzki
a jesień w środku maja złotopolska
wiosna niebiesko-zamszowa stłamszona
tańczy bosa na potłuczonym szkle
krach na giełdzie snów wasali
wora dla króla
i Kanossy
za nie nasze
ekswiosny
>>>
DSCN3331f
Prodiż wypiekł ciasto
dzieci się zbiegły
małe brzdące – jak zwał, tak zwał
kicające wszędzie
teraz już z plackiem pudełkiem kwadratem
rozbiegane oczy w pokoju
pokój za duży na małe stopy
na placek ani tyle
na drzwi pochlapane lukrem
dla niepoznaki w sam raz
prąd w cieście już za nimi
i korytarz i schody
biegną dzieci łąką
zapadają się ze smakiem
rozsiewają okruchy jak pyłki wyczyniec
ptaki zbierają okruchy w śladach
miękka ziemia powstaje
unosząc maślanki jaskrów niezapomnianych
dom w napięciu czeka jeszcze
a dzieci za wzgórzem
pies czeka z łapą
za późno na kość
wieczór już
ślady całe powstały i poszły
okruchy wydziobane odleciały
księżyc samotny doczłapał
do budy i do wejściowych drzwi
wszedł do domu
zapytał – gdzie macie kuchnię?
cisza, tylko przewód zaiskrzył główny
pusty prodiż zdradził ciasto
z prądem
zapłonęła noc bez dzieci
one z rozkoszą rozbiegły się
po wszystkich okolicznych kontynentach
księżyc stary ratownik
wyłączył pusty prodiż
i za chmurą zgasł
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Len to woda i przemoc
potem rany na ciele
od płócien
potem płótna odwzorowujące rany
len to moda i przemoc
woda ciecze od blach
i dzbanów – kranów
od do i od po
niebieski kwiatek niezabudki, jako deseń
mały gwóźdź puchnący w ciele
koszatki wokół kwiatów
w klombach
w sednach klombów – dni dnach
będąc małym kwiatkiem
nie stworzysz pułapki
potrzebny jest kwiat nocy
lepki sen mrocznych kilku stajań
piekła w ruchu
płonącym zarzewiem
nawet nie myśl o łanie
biała pościel może być, co najwyżej
kartką papieru,
gdy ona wchodzi do alkowy
i zabiera peniuar
potem unosi poszwę, wygładza prześcieradło
i międli do rana
len modry na rany
poduszki
>>>
DSCN0493f
Patronem dzisiejszego dnia
jest słońce
w jego obłędnych, zamkniętych oddziałach
można się leczyć, relaksować i trzeźwieć
bądźcie wszyscy pod słońcem
dzisiaj o dwunastej
ja przyjadę też jakimś wehikułem
z kredy, jaspisu, brązu i tytanu
jeżeli słońce zadzwoni
wtedy my zaśpiewamy zgodnie
nie chórem, lecz po kolei
jak leci ten refren? jak leci światło?
tak – otwórzcie się oczy, otwórzcie
taa taa taa
otwórzcie się kielichy kajdan
na naprzemianległych rurkowatych szponach
ciemnej masy nietoperzy
tej morowej nocy podbiegunowej
w owej cytadeli wojen zaświatów
z żyjącymi
bezbłędnie utrafione
zwykłe wypływanie krwi
ze skroni otwartej jeszcze promieniem słonecznym
wczoraj
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Stochastyczne melodie przedmieść
są jak preludia wielkich miast
na obrazach
zarumienione estetyką
samą w sobie
nierozwiązywalnością przestrzeni
zasiedlanej przez nieumiejących
liczyć, pisać i słuchać tęcz
zewnętrzne obrazy nie śpiewają
ludzie nie śpiewają w ciszy przedmieść,
które gniją
ale o krok dalej rozkwitają
panaceum na dobro
jest składnikiem muzyki
trzeba go wydobyć
wysublimować z przypadkowych przekleństw
to cisza właśnie
zgubna – nie, nie zgubna
cisza ponad świtem po pijanej nocy
dźwięki zórz, dźwięki wiatrów słonecznych
uderzenia pioruna w dzwony rurowe
uderzenia w gongi sopli spadających z dachu
szmery w śmietnikach
tniutnia z dziurawych ścian
algorytm burz rodzinnych
prawdopodobieństwo uderzenia pioruna
w dorożkę
w zaczarowany samolot
w zaczarowany czołg – na cokole w parku
miasta wyciągają kominy i drapacze, które nie są rękami
ale skrobaczkami blaszanymi
raniącym szkłem
szorstkim trwaniem w miejscach gładkich
przez jakiś czas
dostępnych i otwartych jak tramwaje
a ludzie, a myśli, a znaki?
w kuluarach ponagleń
woźniców – tramwajarzy
przewoźników – bileterów
motorniczych – wsiadających
stukot, dzwonienie, przestrach
przed świtem
strach, blady strach jak piorun,
który sięgnął głównej ulicy miasta –
niespodziewanie
suma kosmicznych przyciągań
światła i dźwięku
bez uczuć na promenadzie
wyliczone koła, kwadraty i trójkąty
linie, stochastyczne łamańce ucieczek
człowiek wysiada z rikszy i łapie piorun
wygina go w elegancki wykrzyknik
podsumowuje nim przerażającą samotność liczb
na ostatnich przystankach
na pętlach podzwonnych
sumy wyrwanych z miasta serc
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Wielki nastał wiatr
porywisty i dziejowo pokrętny
zderzył się z miastem i tłumem
lecz z głów kapelusze i kaptury
zerwał jeszcze bocian agnostyk
lecący od okrągłych Gór Stołowych
już wczoraj przybyły z Nirwany
wcielony inaczej – radiowo telewizyjny
wiatr nastał wielki
ci z różańcami i rozwianymi chustami
wytrzeszczyli oczy zdumieni
jak to odwieczne owieczki
ci z pistoletami w rękawach
wkładając papierosy do ust
odsłonili spróchniałe zęby
jak to poganiacze stad
świece uniwersyteckie pogasły
jak dusze zakłamywaczy
ogniska co odżyły bezczelnie
na szczytach Gór Apostackich
wiatr pogasił wielki od przełęczy
na skalnym Ateiściu
zapiszczała kurcząca się tradycyjna bieda
zakumkała żaba niedoodczarowania
ostatni raz
w ciemnościach szelest drzew
poprowadził regimenty regli strażniczych
ku dolinom uśpionych krzyżowców
zaklętych w płótnach barokowych malarzy
w ołtarzach głównych
wiatr po raz pierwszy
od wielu lat naprawdę święty
dotarł do wszystkich miast
przy traktach królewskich
stłamsił błędne ognie przedmieść emocji
nad bagnem w śródmieściu prawdy
rozwiał tuman zapiekły
zajaśniały wreszcie odkryte uniesione głowy
>>>
DSCN1667f
Zabić te partie polityczne,
co to nie wiadomo gdzie dom ich
i gdzie są rodzice?
a w sercu lisie zamiary
Świtezianki są po to
by je na moczary zwabić
i zabić
ale nie pokazują się jeszcze
są marą wodną, więc tylko one
mogą rozprawić się z czymś
co jest antyromantycznym
i do końca zdradzieckim
partie polityczne jak topielice
jak Zielenice, jak Świtezianki
nikt z bliska nie widział
ich dobra wspólnego
na wiecach
ich sprawiedliwości dla bezbronnych
na zjazdach
nikt nigdy nie widział ich troski
o granice głodu i honoru bezdomnych
na konwencjach
tylko ognie świętego Elma
wskazują ich obecność
w narodowym bycie,
co złem burzy się i wzdyma
Świtezianki zabierzcie te partie
pod powierzchnię Ducha
pęcherzyki powietrza i ocieplenia bagien
to będą oznaki wiosny
na ziemiach polskich
a potem jaskier papieski
pierwszy znowu ożyje
>>>
DSCN1316b
Nie ma we mnie wątpliwości
nie ma cienia rozpaczy
nie ma zahamowań dziennych,
gdy patrzę na ludzi w metrze
nie ma we mnie nocnej nostalgii
jeśli jestem nawet na stacji sam
nie ma smutku jak grań
w wagoniku linowej kolejki
nie ma trawiących społeczności pragnień
nie ma tożsamych z nimi
wielkości ułud
nie ma we mnie jakiejkolwiek tyranii
ani, ani, ani ciut
jest raczej cichy baranek uratowany z pożogi,
który leży na peronie dworca Roma Termini
jest jastrząb samotnik metroskrzydły
przyczajony na dachu windy wieży Eiffla
patrzący okiem proroczym
na ofiary swojej miłości,
gdy porywam baranka jak jastrząb
niosę go na skarpę wiślaną
do ogrodu zoologicznego w Płocku
na spotkanie z dziećmi
a nie na ofiarę całopalną
na swoją cześć
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Nie jesteś sam
nad tapczanem, na którym leżysz
zawisł twój anioł
anioł to czy skowronek?
skąd ten srebrzysty tryl?
nie, nie jesteś sam
nie, niemożliwe, żeby to był skowronek
jest późne popołudnie przecież
nad tapczanem pochylił się
model samolotu
nosem w twoim kierunku
kabiną pilota w dół
pochylił się tak, że możesz
dostrzec wnętrze tekturowej kabiny
nie, nie jesteś sam
w kabinie jest pilot
właśnie zdejmuje kombinezon
odłącza maskę tlenową
rozpina klamry hełmu i zdejmuje go
potrząsając głową rozpuszcza włosy
długie ciemnoblond loki
zamiatają zgarbione plecy
uśmiecha się do ciebie
już bez maski
samolot na żyłce pikuje w kierunku tapczanu
zmierzch, kurtyna, cisza…
acha!
i jeszcze ledwo słyszalny szept zza niej –
nie, nie jesteś sam…
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Joanno – sztandar łopoce
Sebastianie – fruwają strzały
Aniołowie – lecą ptaki
sztandary – łapcie wydmy z wiatrem
podniebne ikony – pędźcie stójcie trwajcie twórzcie
nie zgnębieni
nie okaleczeni
nie zamordowani bestialsko
zawsze pieśni pełni
skrzydlaci męczennicy powietrza
czystości przezroczystości motyle
Młodziankowie ptasi
– zatrzymana ostatnia burza piaskowa
przed wzgórzem w Megiddo
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Mątwa w słoiku w dziecinnym pokoju
w greckiej laserowej epickiej otoczce
na białym regale przed różową tapetą
achajscy bogowie schodzą z górnych półek
prawosławny kościółek na zdjęciu
jest celem ich wędrówki
przez oschłe zdawkowe odpowiedzi
na dziecięce pytania
dostają się do wnętrza
za ikonostasem pytań półbogowie spotykają bogów
bizantyjskich przedefeskich przejściowych
skrzypłocz wychodzi ze słoika zamiast mątwy
koniki czekają z rydwanami
na skrzypłocze bitewne
dzieci zadąsane w pokoiku dziecinnym
fototapeta przedstawia Akropol
i hoplitę rodziny
z wyciągniętą włócznią
słychać skrzypienie skrzypłoczy
słoik przewrócił się pod sufitem
potoczył po desce i runął
do Morza Egejskiego, którym był niebieski dywan
pod wodą czekał mężczyzna w białych kalesonach
z wyciągniętą do przodu nogą
skinął paradygmatem trójdzielnym
dziecko zmieniło się w stułbię
Grecja i Europa – polip i meduza
dziecko rozpościera ramiona we wszystkie strony
jak wielokrotne sznury dzwonu
jednego dzwonu
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Niwy zielone
na porządku dziennym
jak biurka z kartkami papieru
jak szklana menażeria w promieniach
wieszcz zatęskni – nacjonalista nie
a pielgrzym gdzie jest?
Polak – wędrowiec, gdzie?
pies i dziewczynka z nim?
niwy i wiatraki
bolesne rany i mity
chłop-skrobek otwiera gumno i wyjeżdża
do miasta traktorem
polityk-skorek otwiera gazetę z programem
program – raczej pogrom
nienacjonalnie, nieracjonalnie – szklany
po rannej rosie biegnie na niwy
gęsiarka
a mój dron – wiatrolot
powiększył się nad nią
kamera – bezruch – błystek
słońce wzeszło nad niwą
jak niedziela, złota niedziela
w Polsce
dron spadł wśród białych gąsek
na zieloną niwę
pies warczy, gęsiarka się tuli
a ja – Koszałek z piórem
w samej koszuli
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Tymczasem nie
znaczy tak
zwykle bywa tak,
że nie zastanawia się nad tak
a potem mówi nie
myśl się waha jak wola
zatrzymuje się, wybiera,
żałuje
a może, a może, a może
nie wiem,
kiedy
jest zbyt późno
pada tak
wola podnosi tak
otrzepuje porzucone z kurzu
wola to nie wolność
że tak mówi nie –
to już wiemy
ale,
że wolność mówi tak
woli –
to ci dopiero
wola mówi tak nie
i wyzwala się z
nie
go
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Serce nad Krakowem
to samo serce,
które trzepocze ponad biegunem
lecz nie to samo,
które trzepocze na Evereście
jak brahministyczna
to znaczy
hinduistyczno-buddyjsko-lamaistyczno-szintoistyczna
z dala widziana dewa Weda
Brahma Świata Śrimolungma
są jednak pewne różnice w mangach
Wisła to nie powyginany wieloręki
Siwa w wężach cały
Wilga to nie Kriszna z sitar
Prądnik to nie Iśwara po przejściach w rozkroku
Rudawa to nie demoniczno-smocza Kali
a Kraków, choć poskręcany w sobie
jak szkielet mamuta walczącego z niedźwiedziem
to taki skupiony,
że aż wzbudza w trzewiach dźwięk
patrzeniem na serce
zatrzymany w marcowym świetle
mumifikuje się i kostnieje w arkadach
jazzowym septymowaniem
wątpiących w wykrzywione twarze
ale wierzących w uśmiechnięte dusze
Trębacze ustawiają wciąż te maszty
i wciągają na nie serca
te same, co w latach sześćdziesiątych
wszystkich wieków
i strzały lecące w ich kierunku
dobrze, że tego popołudnia
tylko strzały tulipanów
tak samo z wysoka
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Marzenie
– zespół poirytowań
niezrozumiałych
dla opatrzności
wielowiekowej
nieustannie gwałconej potrzebami
modlących się
małej wiary
w absolut
niebędący żadnym snem
>>>
DSCN0129f
W każdym – ja jestem
jest ziarno prawdy o sobie
w galopującym koniu jest
zawsze horyzont stepu
w twoich prośbach o rozgrzeszenie
jest galopujący koń
w samych rozgrzeszeniach zaledwie bezkres
ja jestem tym słońcem wstającym
jak atomowy grzyb nad stadniną
tego się bój
takich poranków jeźdźca
jedna galopująca myśl
jedna gwiazda
zwana słońcem nuklearnym
w ciszy twojego sumienia
radioaktywny pluton egzekucyjny
dla ciszy twojego snu
jedna noc inicjująca eksplozję
termojądrową
protuberancję
trinity
by tabun koni nadaktywnych
pognał ku rozbłyskowi przemiany
własnego jak ja –
żałuję – wybacz
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
W tej niszy zamknąć rycerzy po przemarszach
od morza do morza
jak Krzyżowców
jednak nieudających się nad Bosfor
stworzyć im warunki obozowania
by mogli zdjąć zbroje
ale nie takie warunki by skamienieli
jak pylony
sfinksów i umarłych nikt się nie boi
nisza niech będzie jak dolina rzeki
nie jakaś cieśnina lub Styks
pomiędzy światem żywych
a żywych bez duszy
i jak dolina Arkadii
kolebka myśli szlachetnej
niech rycerze zdejmą zbroje
po tygodniach wędrówki
marszu jak muzyczne tremola
na pięcioliniach krwawiących stóp
spoconych koni
zakurzonych taborów
rycerze ulepieni z wulkanicznych pyłów
i tufu zlepionego bryzą mórz północnych
zawróceni
biegunem magnetycznym, który
się odwrócił od nich
od Europy ku centrum Ziemi
w niszy zagubionych zwierząt
służących człowiekowi
niech rycerze jak koty przeciągną się
przy ogniskach
rycerze jak Krzyżowcy wezwani ideą
duchem Bogiem samym
Jerychońskimi trąbami,
którzy poszli na wyprawę
po runo wolności
pociągani i odpychani radościami, cierpieniami
namiętnościami i przemyśleniami
niech w dolinie odpoczną przez tysiąc lat
i zaleczą rany po buntach
i rzeziach
w miastach centralnej Europy
>>>
Obraz (134)f
Temat nieba i niedzieli
jest plażowaniem na słonecznym wybrzeżu Italii
wśród lazurowych zatoczek
zwielokrotnionych portami wojennymi wszechnacji basenu
wśród etruskich wilczyc wyjących dziko
w czasie karmienia nocą
wśród sabińskich dziewic
obejmujących jeźdźców
porywających ich z rodzinnych domów
wśród półbogów męskich
zsiadających z rzymskich rydwanów
zdejmujących nagolenniki z opalonych łydek
wśród warkoczowłosych longobardzkich
i brodowłosych ostrogodzkich nieokrzesańców
wdzierających się z nagimi torsami
do kobiecych przybytków
wśród pisków i okrzyków
wyrywających się z nieosłoniętych piersi
wśród normandzkich i napoleońskich najazdów
tak pobożnych jak gwałty na ziemiach świętych
wśród kołyszących się w zatoczce Sorrento
łodzi i okrętów wszystkich ludzi morza
spragnionych nowych podbojów
jak kupcy i korsarze
wśród gór i dolin pod niebem Kampanii
zasadzonych i zaoranych
spragnionych słońca i wypoczynku
jak nieba niedziela
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
W obliczu nadciągającej wielkości
rzek, lądów i chmur
musisz przyznać rację słowom
ich naturalność oznajmiająca
przyczyniła się ożywczo
do zrozumienia aktualności
powiązań kolorów w kształtach
niezbadanie różnych
jak różnorodne są dowiesz się,
gdy poznasz ostateczne
oceany, lasy tropikalne i burze
w pierwszych podbiałach
w obliczu
niespotykanej swojej zimowej małości
tej nadchodzącej wiosny
>>>
Bezchmurnie w salonie
czas deszczu w sypialni
smętek w smutek w smutę
przy kominku bezchmurnie
znaczy bez zwierząt
w myślach
sny w przedpokoju jak oni
a oni odeszli, bo im kazałem
powiedziałem – nie możecie pójść tam gdzie ja idę
jak wondering Jezus
zwiędły kwiaty na firankach
słońce zaszło za okap kominka
nie ma grymasów biedronek
w rogu futryny
uśmiechów pajęczych
w szapocznikowej bańce żarówki
są krety zadomowione w człowieku
w efekcie na sercu
powstają kopce jak smu smu
smugi ziemi z wnętrza
do mózgu protopowietrza
już rozbłyskującego
beze mnie – człowieka, który odszedł
w ogrodzie od zmysłów
zanim zasnął przy kominku
>>>
Skąd te znane kolokwialne
buraki?
tutaj?
to tylko rynek stołecznego miasta
ale zamiast drobnego handlu – uprawa
zamiast bruku – ugorek
Skąd te znane kolokwialne
lodziarnie?
tutaj?
to tylko główny deptak stołecznego miasta
ale zamiast Polski – handel
pod bannerami: „Niech się święci”
– Ojczyzna sprzedawana
jak burak cukrowy
pazernemu cukiernikowi,
który na cukier go przerabia
i spławia tenże w górę rzeki
do lodziarni w Cisnej
Skąd ta trywialna tęcza nad kolokwialnym
placem ziemniaczanym?
tutaj?
kartoflisko obok narodowego panteonu?
Skąd te wyuzdane
tańce?
tutaj?
skrwawione tysiąclecie wolności
jak swawola w jeden dzień
słodkości?
>>>
DSCN1660f
Pożar –
znad lasu wygrawerowanego
na kopule pokrytej złotymi płytami
wieńczącej Panteon niesławy
wznosi się dym
pożar –
płonie Panteon?
nieopodal rzeki na skałce wapiennej
a może to złudzenie optyczne
bo innych złudzeń tu nie ma
nad scenami z Biblii
wygrawerowanymi w złocie – misternie
można powiedzieć wręcz – anielsko
a niesławni powiedzą – renesansowo
ogniste języczki pojawiają się
to tu –
to tam
sceny z Biblii są wyobrażone w obrazach
niesławni powiedzą – w obraźliwych nawet
bo przecież nie ma Boga
bo kopuła jest odwzorowaniem czaszki
a nie sklepienia niebieskiego
bo modre niebo to czysta fikcja
jeszcze złudzenie optyczne maminsynka
lub wcześniejszego ulubieńca chłopców
pożar –
las głów wygrawerowany płonie
jubilerskie gałązki drzewa Jessego
rozświetlane są przez całkiem spore płomienie
oto już –
oto szum –
oto trzask
jak gdyby szyszek pękających w ognisku
jednak płomienie jak ogniki świętego Elma
nie topią złota
nie czernią drewna
nie rozgrzewają kamienia
niesławni zadziwieni
niesławni dostrzegają sensualne idee
w ornamentyce protoreligii
w sercach lęk niewytłumaczalny
pożar –
Panteon w ogniu
złoto w ogniu
świadomości –
nie, mądrości
niesławni oświeceni
jest bosko –
jak bosko?
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Sygnał karetki w głowie
w oku
w uchu
oo..
wyjechała karetka
sygnał wyleciał.. z głowy
przeciągły był
przeciągnął się
jak kot w marcu przy garncu maku
ale już znika
to znaczy milknie
pomiędzy sanktuarium a ohydną elewacją
komendy miejskiej policji
karetka powróciła do szpitala
skąd wyjechała
przywiozła jedną zrozpaczoną myśl,
która udawała ranną w wypadku
i całkowicie zniszczony aparat
do wzbudzania strachu, drżenia i paniki
obaw przed władzą siekierowych
dyrektoriatem (centaurów) cmentarza
zwany syreną zdrowych pni mózgowych
stojących przy skrzyżowaniach
z poręby percepcji i analizy
niepotrzebujących pomocy
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
 Stara się zmienić prawo kości
w prawo szczegółów sierści
lecz jest człowiekiem a nie mamutem
jego zęby to nie są zęby smoka z Elamu
zwane też zębami boga wylewu
lecz zęby bezpieczniackiego
janczara tajgi mameluka tundry uralskiego znajdy
dlatego nie śpiewają o nim
homeryckich pieśni Dawidowi (Dylanowi) podobni
a jedynie stare baby porykują w kuckach
do wtóru harmoszek rozciąganych nad głową
toż on zaledwie ludzi zjada jak matrioszka
a nie wulkany, skały i kolumny
to przecież nie jakiś Mitra lub Perseusz
tylko Samojed – a to zobowiązuje
i Wojów jeszcze nie ma
wokół niego są tylko łowcy
on nie buduje ołtarzy na poczekaniu
samotnie na pustkowiu,
gdy zobaczy baranka zaplątanego w ciernie
tylko piargi z czaszek braci
zatrzymuje je i podsuwa nogą,
gdy się toczą w dół satrapii
na jedno skinienie wiejadła-motowidła En
to może upaść boski lud przed bogiem
na jedno skinienie młota-sierpa
pada na twarz plemię szamanów
z długimi do ziemi oszronionymi brwiami
zamiast powiek przesłaniającymi oczy
klan szamanów klęski odwiecznej jak niewola
mamuta przebudzonego w człowieku
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Pęk kluczy? Nie – pęk snów
pęczek świeżych nadinterpretowań
wrażeń sennych w południowym nadfiolecie
pobrzękiwań, niedopowiedzeń (niedokończonych podpowiedzi)
sumienia na głównym placu miasta (trzecim ważnym rynku miasta)
gdzie wiadra tulipanów
rozlewają wonie i jaskrawe kolory wiosny
co zwie się modlitwą poety
u stóp bazyliki z kopułami tęczy
Pączkujące kasztanowce (a w nich jeszcze pękające przypalane kasztany)
z gałęziami bezlistnymi, za to każda
z ławeczką lekko oślinioną
odświeżającym podmuchem słonecznych promieni
zmartwychwstałych nagle wśród szeptów
ani to malarzy ani literatów (z jednego domu)
ani profesorów stróżów ani kotków aaa
dzikich, miejskich staroświecko kulawych
starożytnie? – nie, staropolsko
Pęk kluczy do serca? Nie – do ekspansji uczuć raczej
ledwo popiaskowanych ledwo zsokowanych
ledwo istniejących pod słońce
miażdżonych wypiekaniem w brytfannie parku
lotnisku zapachów marcowych
to starter, to pedał gazu, to klomb
przylądek dla rakiet wyrzucanych ręcznie
z katapult oczu
przez długowiecznych, zdziecinniałych
odwiecznych studentów
w czapkach z daszkami książek zakazanych
nagich na cokołach miasta
nagich jak konwalie
biednych jak gołębie na ubitej ziemi
wokół nóg bezdomnego, (co zszedł z cokołu by się podpalić
przy studni jak każdej wiosny i znów znieruchomieć)
cokolwiek zapachnie
będzie eksplozją, nalotem i bombardowaniem
cokolwiek rozbłyśnie
stanie się odwiecznym cieniem samego słońca
zza rzeki
Ponad największym bezlistnym drzewem
na wzgórzu górującym nad miastem
pojawi się zamek
w kłującej żółci widziany z kościelnej wieży
do zamku potrzebny jest król,
który tuli w ramionach młodą królową
w otwartym oknie dobroci
zapatrzoną w jego czarną brodę
na pokaz dla bezdomnych z budek telefonicznych
do zamka potrzebny jest pęk
nagich białych konwalii
i wiecheć leśnej kokoryczki
jak obcy sen..
pękających kulek zapachowych
eterycznej wiosny
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Niech ta klaka się skończy
towarowe nowiny
w gęstej mgle skupione
rezerwowe siły
za parkanem lasu i bagnem
zapasy w skórzanych czarnych worach
niech ta klaka się skończy
weźmie nogi za pas
póki demokracja trwa
póki słowa prawdy stoją jak ministranci
w równych szeregach,
gdy oko swędzi podrażnione
kobietami z polityki
niech nie dziwią się matki
niech odetchną senne.. same mgły
i opadną w westchnieniach łosi
odetchną na mchach
a każdy eremita zakuty w zbroję
odrzuci pikę i tarczę
niech to zniknie pod wodą
jak happening na jeziorze w Poznaniu
niech klaka się skończy po spektaklu
niech piki i szczudła
zapisane w telewizji kampanijnej
nie wypłyną nawet,
gdy prawda przegra
na półwyspie pozostanie ryba
>>>
DSCN1862f
Z krańca Wszechświata jak Voyager
wołam do ciebie
patrząc na znikające słońce
z huśtawki za domem
już wyczerpałem energię
zbytnio się rozbujałem, oddaliłem
i.. przygasiłem miłość
to ostatni przekaz moich snów
kruchy rozejm asteroid i komet
pozwolił na krótką drzemkę
wtedy cię prześniłem
wtedy czule wycałowałem
już znikającą za bramą galaktyki,
która jest naszym Wszechświatem
ty otwierasz kopertę
nad swoim radarem jak nad świeczką
i wołasz wiatrem słonecznym
jeszcze raz
jeszcze raz ostatni
a ja spadam z huśtawki
i uderzam twarzą (kruchym przekaźnikiem)
o gotujący się lód
planety obcej
rozciąganej wewnętrznym rozkapryszeniem
na twarz upadam
nosem w dół
czołem w dół
ustami w dół
w niematerialny, plazmowy, stadialny
solipsyzm
naszego wspólnego ostatniego kosmosu
w ogrodzie za domem
>>>
DSCN3498f
Zryw – pasja
zryw – jakieś nadzieje
zryw  – pensja
zryw – ugryzione jabłko
smak,
gdy grzmot – uderza piorun
jesteś w akcie drugim
mięso i kwiat
jak słowo – zarzut,
gdy klękasz piorun – przed tobą
– słychać grzmot z daleka
pasja jak jeździec
kolumna pod wielotonowym blokiem skalnym
ociosanym kiedyś – jak
blok skalny na pochylni – tak
mózg pochylnią gwiazd
kolumna – wymarsz – gniazdo
w świątyni zwięczenia pierze – i
akurat korona
jak słowo – wyrzut
pasja na kolanach
miękki – słodki – kolorowy
a do tego pachnący
jednooki jednorożec jednoręki
flotylla – słowo – piasek plaży
podryw – słowo – zrzut
na gniazda olimpijskie Inuitów
na Gotlandię Gotów
na kasyno Czejenów
na język Czuwaszów
zryw – w kierunku – w kierunku
poćwiartowany człowiek rozsyła
siebie samego – taka historia
zryw – kosmos – wyrwa
– jak brak głowy
a do tego – jabłko ugryzione
piorun – jakieś nadzieje
>>>
DSCN1399g
Moje skały dla wraków
moje skarby
a to gdzie?
moje wielokrotne nadzieje rozbitków
rzekłbyś?
ale ciebie tu nie ma
nigdy nie wyjdziesz z cienia
kotwic wielkich jak porty
by odsłonić się w portowych kawiarenkach
kasynach mafii choćby tylko
dla starego kapitana
latarnika zaczytanego w księgach locji
przegranego na lądzie bez nieba i wiatru
moje skarby są wszędzie
a to gdzie?
konkretnie na niebie kretów
nawet nie odgadniesz
jak? gdzie? skąd tutaj?
nawet nie próbuj
zmelodramatyzowane popędy kretów
utrwalone trędowatym jakby niebyło
ryciem w gwiezdnych pojawieniach
są światłem dla gospodyń
zakochanych w facetach
przeskakujących kałuże
z kapeluszami, postawionymi kołnierzami
z karabinami maszynowymi pod prochowcami
a ułudą jest dusz kiwanie się w krecich kanałach
zjawisk, stanowisk, opinii
o pieniądzach
moje skarby moje beckettowskie
dzyń dzyń dzyń
w ciszy
i w burzy na morzu
wystarcza na tą jedną sylabę
samogłoskę, odchrząknięcie jakiekolwiek
przestałem czas unoszenia kretowisk na morzach
poczęstowałem mafię czekoladą
przyleciał ptak z hollywoodzkiej stajni policyjnej
a skądże?
z gniazda na wu
i zbeształ gospodynie przed ekranami
ja zmartwiałem
i jak gwiazda wskazałem siebie
– agenta bez przeszłości
z wciąż postawionym kołnierzem
bez przeszłości gangstera
bez przeszłości kreta plaży i portu
latarnią odkopałem skarb ukryty
szkwału
w deszczu
>>>
 
KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
Ten dzień nazwę dniem skali,
gdy jej oczy nie były oceanami
lecz wtedy leśnymi stawami
w takiej skali numer jeden
jest porywem spojrzenia co nagina dąb
a te dwa dni z nią rozmyły postrzeganie
wygasiły patrzenia w sedna
pradawnych puszcz i ciemnych wód
Ten dzień nazwę dniem skali,
gdy jej piękno nie było ciężkie
w gorącym uścisku serca
jak scherzo i capriccio ważki
leśny chwiejny jego krok
przez rzadki mech i rzęsę ze złota
oczeretu kawalkada pędziła przed nami
a za nią jak puch
skala numer dwa
meandry mnogich pouczeń promieni
niezrozumiałych dla trzcin
Ten dzień nazwę dniem skali
w takiej skali numer jeden
jest stawem, który odbił się
od lilii i uwodzenia na zawsze
słonecznego piękna wśród drzew
odbił się w gorącym uścisku serca
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
To już nie przystań
dla latającego spodka
pośród łanu litewskiej gryki
nie dziewanna i dziurawiec na wyrzutniach
nie kotły donbaskie ani śnieżne
lecz wierne jak stare psy samoloty
zbliżające nas do końca czasu
gwiazdoloty w potrójnych katastrofach
w wypalonych kręgach
w wypalonej do cna ziemi
w spopielałych kościach
(luminofory epilepsyjnych elipsoidalnych twarzy-dusz)
w której stronie świata są słowa i dzwony
je rozgłaszające jak obrazy
w sanktuariach
ikony komputerowych mistycznych winiet
i pałające serca na randkach
zawsze od neolitu (neolitu od zawsze)
pałające choćby i zakute w stali
nie ołtarz nie pas startowy
znienacka wyłaniający się we mgle
przed pilotem powracającym z misji
do granic cywilizacji
gdzie profanuje się ludzkie ciała
nie przepaście kolejne sąsiedzkiej wojny
zaledwie miedza zaledwie płot zaledwie okraina
zżęty łan pszenicy rzędy kop
na siedem kop osiem wież kontrolnych
miliony strzelniczych baszt i barbakanów
mur wirtualny mur z pieniędzy, interesów
i niemożności
wielkie ptaki krążące nad miażdżoną planetą
planetą jezior krwi
małe króliki miłe jak kaczuszki
siedzą na pancerzach czołgów
gryka więdnie w ustach uczonych
mumie wysiadają z przyziemionych gwiazdolotów
zmutowani jedni drugich popędzają
żywi z przepaskami na oczach
mgła opada nad deltą Nilu
litewskie bociany dostrzegają Cypr
chłopskie dłonie nie trzymają dwojaków
ani dwunastoksięgów
nie wodzą palcami po tabletach
patrzą w niebo dzierżąc zwykłe deski zamiast grabi
to deski ratunku z zadziorami i drzazgami
a nad głowami rakiety bez ludzi
gęgające ideologicznym rajem
spadające z ogniem na polskie pozostałości
>>>
KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERAOdwrócony orzeł
odwrócony stołek
przewrócony stołek
po kiblowych procesach
ostatnie rzezie kończą krwawy dzień
minister ociera spocone czoło
teraz już w kraju nastanie spokój
wreszcie ich nie będzie
to ostatnia lista zdrajców
to punkt zwrotny
a jednak
to punkt martwy
w dziejach Polski
orzeł nie patrzy
na sądowe mordy
komunistycznych dygnitarzy
wzrok utkwił
w podziemiu
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
To już tyle lat solidarności
a słowo – nie ma
ciągle nie traci na wartości
straci kiedyś? być może?!
czaszka odnaleziona po latach
jakich? czyja?
ma właściciela?
wieczne odpoczywanie
głowie
myśli to nie nagrobek dla niej
ale popatrz, żyją wciąż!
na pomnikach i tablicach
wyklętych zakatowanych
ale czy są dla ich sprofanowanych ciał
miejsca na cmentarzach?
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Tak jak w twoim przesłaniu
słońca zdeptane przez słonie
– przez kogo prowadzone?
kto mógł to zrobić? – przecież nie
Aleksander? Pyrrus? Hannibal?
czas sprawdzić to w zenicie
Tak jak w ekwadorskiej wiosce
na antenie Pałacu Kultury
– Komunistycznej Katowni
zmniejszone głowy
na pamiątkę wydarzeń przesławnych
w oceanie żywych
prądy martwych
dzieci skrajnych łodzi
dzieci skrajnych postękiwań
dzieci polujące z kormoranami
na palach
na wioślarzy
w głównym nurcie
śródmiejskie płetwale w twoim przesłaniu
są ciągle żywymi walczącymi osobnikami
przemierzającymi place defilad wszelkiej fauny
mitologicznej, ludzkiej, zwierzęcej
stukot ich kul i łańcuchów słyszalny
z Pałacu Nauki
– Naiwnie Niewinnej
Starożytne Słonie już wyszły z Krakowa
płetwale wypłynęły z Zawichostu
kto je prowadzi?
Goworek? Gierek? Grabarczyk?
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
W germańsko-słowiańskim
zagłębiu zdrewniałych chmur
nad Czomolungmą czół
jak jak jak..
w Himalajach głu.. głupoty
długowłosy, zziębnięty i tak
bezbożny lama
w kołysce lodowców pomiędzy brwiami
zamarzła myśl antyczna
kandelabr Nepalu z napalmem świecącym
spada jak żuraw
na ciemny klasztor Szaolin
nie mogąc się wznieść
powyżej grzywki myślenia
zeszłej nocy drewno skamieniało
ptak się poderwał znowu jak adept karate
bił skrzydłami
złapał wiatru podmuch
religii z grot nieodległego ateizmu
krewki krzyk krewkiego chana z gliny
za pół darmo przebiegł drogę filmową
międzykontynentalną jak gdyby
międzyplanetarną z uwagi na
nieherbacianą cywilizację z prochu i jedwabiu
poza morzem piasku i chmur
gdzie góry nie są czerwone
po wyzwoleniu Afganistanu
grzywka spada na bok
głowa opada na bok
ucho dotyka ramienia
ucho Azji w karolińskim pokoiku
metr na metr pod wieżą Eiffla
myślenie obrażonego mnicha
przepływa nad Himalajami
nie.. nienawiści
gasną zbawienne śniegi Arktyki
wyłączają światła w samolotach
lecących z oka do oka
nos staje się mniejszy
usta sinieją
kaskada snu
zamiast żalu spada na policzki cienia
w lesie zębów zaciśniętych
rozcinanych piłą tarczową informacji
dla dławienia strachem kolejnej nacji ulotnej
żurawie nad Himalajami
zwyciężają zwątpienie Europy
bijącej skrzydłami bez piór
>>>
KWyruszam ze strachem ale i nadzieją
wiszącą kładką
na drugą stronę kanionu
zwanego z góralska
Przełomem Dunajca
na ramieniu niosę pisklę jaskółki
– cały drżę
smok jak orzeł przelatuje nad głową
chce wyrwać mi laskę i latarnię
chce porwać bukłak z winem
chce zabić jaskółczą dziecinę
gwiazda świtu spadająca
z wymarzonego miejsca na firmamencie
pęka na niebie jak bańka mydlana
jej fragmenty jak iskry spadają na głowę smoka
przepalają jego błoniaste skrzydła
i bestia wali się na Sokolicę
to nie jest gwiazda
to zepsuta posowiecka stacja kosmiczna
ze zmumifikowanymi ciałami zauralskich kosmonautów
Tatarzy atakują w tym czasie pieniński zamek
używając strzał i chińskiego prochu
chiński proch dobija chińskiego smoka
królewskie wdowy i białe zakonnice
wzlatują wolne ponad wapienne szczyty jak gołębice
niosę jaskółki córkę do Czerwonego Klasztoru
dziś jest tu muzeum czechosłowackiego komunizmu
zamienione w sanktuarium wolnoflisactwa
i nikt za chińskiego boga nie wie dlaczego
przechodzę ponad spiętymi czółnami
i kajakami z plastyku
płynącymi w mętnym nurcie
dziejów niesfornej rzeki
wszystko kołyszę się pod stopami
i powietrze i deski i poręcze
wszystko, co znam
wszystko, co widzę
wszystko, co czuję
i oryginalne serce kołysze się
śmiertelnie niezmierzoną przestrzenią zagrożone
gdy patrzę w przód
gdy patrzę w bok widzę, że
dziecię uśmiecha się do mnie
już nie jest jaskółką i mówi mi, że
zna historię chińskiego boga
i polskiego opata latającego na smoczych skrzydłach
nad nefrytową górą
bo jest potomkiem pierwszego człowieka,
który zawrócił z Ameryki
w Chinach nazwany Potomakiem Indusem,
co znalazł drogę północną
zanim wody się podniosły
odcinając odwrót
przejdźmy jeszcze raz na drugi brzeg – rzecze
zanim wody się podniosą w Dunajcu
o osiem metrów
zanim pęknie tama w Niedzicy
zanim spłonie od błyskawic ta niepewna kładka
przejdźmy nad Przełomem ostatni raz
i tak wraca on z wygnania do Chin w Europie
a ja wracam do Słowian i Szwabów
do arki rasy niesmoczej
do domu ludzkiego
refugialnego
>>>
 
 
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Zewsząd narzekania
stracisz to i tamto
będziesz pił i jadł
nadaremnie
stracisz cokół i rakietę
w perspektywie teleskopu Hubble`a
jest taki dzień, gdy
traci się wzrok
jest też dzień, gdy
zyskuje się szkła polerowane i kontaktowe
nie narzekaj więc za wcześnie niecierpliwie
jak czerwony olbrzym na białe karły
jak galaktyka na gwiazdozbiory niejawne
jak jasno oświeceni w kinach
na ciasnotę umysłową szerokich warstw społecznych
tylko skup się w lądowniku modułu
przy okularze wziernika
iluminator z luminoforem nie kłamie
obrazy w bulaju ziemskim nie kłamią
jesteś wybrańcem tłumów
zobaczyłeś to pierwszy
bogowie mediów są sceptyczni
ale co to za bogowie wyciosani z technologii
bez imperiów pozaziemskich zaledwie stratosferyczni
zawieszeni na jakichś chmurkach
ponad szczytami gór ledwo ośnieżonych
na jednej łajbie orbitalnej kołysani mniemaniami
weszli w ruch obrotowy z orbiterami
krążą wokół czegoś czego sami nie stworzyli
patrz, jak się wzorcowo traci prędkość i wysokość
A ty powiedz –
nie będą indyjskie słonie
patrzeć nam w oczy podczas ablucji
nie będzie baktryjski lew
łypał na nas jak na Roksanę
nie będą dekańskie krowy
zastępować karolińskich świętych
my narzekając na osy i psy
rozczulimy roboty rustykalne
lecz myślące od czasu, gdy
bogowie chmurni przestali myśleć
a nawet istnieć
A ty wiedz –
gdy Sokrates umierał
cykuta stała w dzbanie
na centralnym miejscu Agory
jak wino w Kanie
przynieśli ją tutaj jednak niewolnicy
A ty zrozum –
człowiek zrodził się z przestrzegania innych
przed groźnymi przedmiotami w przestrzeni
jak prawdziwy Duch
i z narzekania nie na brak jadła
ani świętego spokoju
ale brak prawdziwego Boga
w politycznej perspektywie Hubble`a
>>>
dscn0785f
Na temat tej afery
 
wypowiedziała się dziewczyna na fejsie
na temat tej dziewczyny
wybuchła afera na fejsie
na temat samego fejsu
nikt nie może się wypowiedzieć
bo nie istnieje taki twór ani słowo w żadnym języku
ani to byt realny w wirtualnym świecie
ani vice versa
wygłaszane, zapisywane, zaklepywane w necie
jak słowo tron w Polsce – afera
– aczkolwiek byt niewirtualny
Na temat moich dłoni
mogę się wypowiedzieć twarzą w twarz
z nimi
mogę opowiedzieć historię niezłą
o nich, o ich czynach, o tych dziewczętach
co ich dotykały czule
o owych-onych gestach-skinieniach
nie wiem, dlaczego mogę je utrwalić
na murze, desce, papierze, w węglu i stali
w jakiś sposób
dłonie gesty-miny – moje manifesty?
tak, to one oto!
ale po co mi one po śmierci
w pamięci sieci niezmierzonej Nieogarnionego
nie baczę na słit focie na fejsie
z ręki i lustra
Nie ma takich słów na klawiaturach i w zecerniach
w słownikach, na przyciskach, w prompterach
na pewno nie ma takich słów jak i wielu innych
bezgrzebalny bezpalny pościsk selfociak
ale afera jest i to wieloznacznym
fepaństwem, ukrytym niepaństwem
abezpieczniackim, proprzestępczym, atwarzowym
trybem machiny – w Polsce
w zegarku jakiegoś dociskacza foć do twarzy
wysyłka, pakiet, studio pod, bez i nadwyborcze
nie jest aferą okraść ludzi z pieniędzy i godności
w prasie, necie, w pracy i na wyborczym cmentarzu
na umarłej ziemi marzeń nadziei prawdy
nie jest przestępstwem uśmiechać się
do okradzionych przez siebie za życia
w kinie, necie, w pracy i w katakumbach mediów
za życia całego lub jego części
nie jest, bo nie ma takich słów
jak profejs, afejs, podczas i nadczas
Na temat tej afery wypowiedział się
opiekun stały blogerek paniątek lajkerek
a one płakały by ująć tym stalkerów
płakały z całą grupą ulubieńców władzy, płakały, płakały
a oni się wypowiedzieli krótko: precz
one płakały, bo użyto słów, które nie istnieją
w ich języku
oprócz nacisków słownych są dla nich drony falliste
gadające, obłapiające i kolorowe jak etui
etui afery jest zawsze kolorowe i słodkie
nikt nie widział ożywionej prawdy
w pigułkach, kulkach i klockach postów
są jak twarzowosztuczne organizmy blag
twarzoksiążkowe myśli blagerek i aferałów,
w których nie ma słów tylko samfałsz
chociaż takie słowo jak fejs nie istnieje w Biblii i Mein Kampf
chociaż jest drogą do Megiddo zakłamania pojęć ostatecznych
nieunikniony jest los martwych memów słodziaków fejsa
a fe!
stalkerzy – wizjonerzy świata bez fejsa:
owak i pustak
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Więc jednak
to nie tak
więc to nie tak
jak w książkach
jakie było pierwsze i ostatnie słowo na Księżycu?
więc to nie tak jak na uratowanych taśmach
więc to nie te nagrania
jakie będą pierwsze słowa na Marsie?
więc jednak to nie tak
jak w Księdze Rodzaju
pierwsze słowo było dotykiem?
szept był tylko tchnieniem?
zanim przebiegł swoją drogę
z Ziemi do Księżyca
z Księżyca do Marsa
z Marsa do Bazyliki
wiary w słowo
przedwieczne
więc jednak słowo?
więc jak?
>>>
Smoleńsk, Uchta, Pieczenga
Smolnik, Uherce, Polańczyk
ludzie osmaleni węglowym pyłem
ludzie uchwyceni w locie śmierci
ludzie pieczeni w ogniskach
ludzie polewani gorącą smołą
ludzie wbici na pale
ludzie zjedzeni przez współbraci więźniów
ludzie nabici na sztachety na płotach
ludzie zamrożeni w ziemiankach
ludzie zasypani w podziemnych leśnych bazach
ludzie rozerwani przez konie
ludzie jak smolne szczapy – płonący długo
ludzie jak umorusane małpoludy – charczący
ludzie jak pieczone kartofle – czerniejący
ludzie zlikwidowani na zawsze
ludzie rozczłonkowani na zawsze
ludzie rozdzieleni na zawsze
ludzie wyrwani na zawsze – z ciał
nienawiścią – grzechem
ostateczną daniną dla ducha Północy
przybywającym w powiewie cywilizacji SUP
wszędzie superior
wszędzie interior
śmierć wszędzie
w imperium
– ja
 
>>>
DSCN5594f
Głogi jak czołgi na przedpolach
naszego miasta zamarłego ze strachu
przed mroźnym powiewem zimy
rozpalają silniki
gotują pociski burzące spokój
twoja twarz jak owoc róży
twoje ręce jak pędy tarniny
zastygłe w gestach z przeszłości
twoja sylwetka kołysze się lekko w oknie
właśnie sójka odleciała
unosząc w dziobie czerwony pocałunek jesieni
jej krzyk zabrzmiał jak larum
ręce się poruszają, usta rozchylają
gestem przyzywasz mnie
mój czołg sunie powoli na gąsienicach chłodu
ośnieżony skręca w twoim kierunku
jest coraz bliżej
kolczaste zasieki z książek i serc
nie zdają się na nic
koncentracyjnych przedmieść wczorajsze bastiony
padają pierwsze
głogi i róże splątane bitewnym wichrem
nurzają się w białej zamieci rozszalałych pretensji
by po chwili stać się jednym płomieniem
jednoczą się w koalicję przeciw zimie
miasto miłości znów triumfuje
w cierniowej koronie
na pewno przetrwa do wiosny
>>>

Nazywam się Konrad Kordialny z Dzięcielina
 
zawsze miałem chrapkę
na wzloty, z reguły gdy dzień się nachylał
w przeciwieństwie do sąsiadki
nieregularnej obrończyni mniejszości
w encyklopedii odnalazłem
definicję słowa – „chrapka”
– moje jej oczekiwanie
zdziwieniem znalazło i sąsiadkę
zbudzony tuż nad ranem
z legalną już chrapką na byle nagrodę
dla świętego spokoju kucnąłem
za firanką i zasłoną niepokojąco modernistyczną
za szafą w salonie z wieloklawiszową fisharmonią
za mną było pierwsze okno siódmego piętra
zjadłem coś niejadalnego tej pięknej nocy
zakończonej właśnie
można było powiedzieć – nocy
aczkolwiek okno miało wygląd
kibica – patrioty,
co woła – jutro pod zegarem
notabene w słowniku języka polskiego
słowo – „noc” – znaczeń miało wiele
znaczeń i synonimów
a wywodziły się one głównie
z określeń chęcińskich łupek marmurowych
spojonych zaklęciem kiedyś
i zaklętych w świętych kolumnach narodowych
a obecnie
więzienno-jarmarcznych wciąż sowieckiego pokroju
z czasów dla mnie nie kordialnych całkiem
chociaż żyłem w nich jak Konrad Królewiecki ze Świerzopina
nie znając batożenia panien
nie znając ulistnienia w ogrojcach chłopców
nadwątlonych wól w sercach żaków
jak na Kraków w rezerwacie
tak na ziemię miałem chrapkę
na własną ziemię
nie na kopiec
nie na jamę
nie na ziemiankę
nie na wyspę, łachę
a poletko raczej
nie pruski a ruski już był miesiąc,
gdy ona wzbudziła pragnienie
bezkonne, bezowocne jak huta
topiąca Marzannę z Brennej w Sanie
zamiast żelaza z Troków
Konrad pozostał w moim imieniu
a wolność wzleciała i zaległa na Litwie
na zawsze
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
W przebaczeniu ułudy
szukasz zagubionego pyłku
jak trzmiel
wielokondygnacyjne kwiaty
wystarczają ci na teraz
brzęczysz i mruczysz
tak bez słów
sabotujesz każdą noc, w którą
kwiaty pachną równie bogato, co w dzień
i bardziej kwieciście srebrzyście
pachną z wykrzyknikiem pełni księżyca
ułuda słów wypowiedzianych
prawie znika jak cień o północy
jesteś owadem zespolonym
z własnym oczekiwaniem
nocnym trzmielem zgułą
i robotnikiem pańskim trzeciej zmiany
z miłości mamroczącym
na betonowym murku w wypalonej donicy
w glazurowanym ogrodzie
plastikowego oczka wodnego
gdzie księżyc pozjadał
twoje karpie złociste
niemoty
słów ułudy
>>>
DSCN1678f
Wzburzone wody płodowe zerwały pępowinę
zatopiły i odcięły od Stwórcy
wewnętrzny świat
chcę być jak arka patriarchalna
dla jednego chociaż wylęknionego
małego smutnego ptaka
zwiastuna przetrwania
lub zmartwychwstania rasy umarłej
i domu ludzkiego
Europy obrońców
każdej spragnionej życia
cząstki
aminokwasu
tchnienia
uczucia
myśli
nadziei
wznoszący się
książę wśród lilii
po potopie śmierci
>>>
DSCN5584 (3)f
W głębinie tęsknoty
ryba głębinowa
z lampką na głowie
z zębami jak szable
kolczasta nadęta
jak ja
czeka na podwodną erupcję
wulkanu
(siebie w zaginieniu)
Atlantyda jakaś
(Atlantis platonis samotnis idealis)
sto lat tęsknoty
starożytności legendy
Zmieniam się w rybę
na powierzchni
łykam piach powietrze i ludzi
zdychając w sercu miasta
śnięty z braku wody
twojej miłości
zdycham z braku ciśnienia twoich oczu
i nadmiaru światła wewnętrznego
(jeżeli eksplodowanie można nazwać zdychaniem)
wokół trzęsienie ziemi świeckich
łysi premierzy potrząsają
miastem państwem metrem sklepem
jak grzywką
rozedrgana cała Atlantyda
nowożytna latoś
nie moja nie
zato ostatnie moje chwile
na rynku starówce deptaku
przy fontannie na klombie
nie przychodzisz
nie zbliżasz się
pękam powoli pijany powietrzem zakazanym
tęsknota rozdziera powoli wnętrze
ból wychodzi przez usta
a w nich szable
słów niewypowiedzianych
>>>
 
Martwa droga ludzkości
w korytarzach wyżłobionych w nienawiści
(stalowo-śnieżnej planowej śmierci)
morderczo wytapiana poprzez białe pustkowia
powolną rzeką żeliwnej surówki
wypływającą ze zmarzliny jak krew więźniów
(planowych spustów z martenów Magnitogorska)
tu na krańcach człowieczeństwa
perfidne kłamstwa spuszcza się do formy – czaszki
potem koronuje się złotem odlew zimny
kompletnie nienadający się do ukoronowania –
cierniem
odlew skupiony w atomach –
metalu
(tak jak zapisano w planach pozyskania – spokoju)
Martwa droga ludzkości – na północ
dla pozyskania wszystkiego kosztem ludzi, zwierząt i roślin
ale nie kosztem atomów
bo te są niezależne od siebie i nikogo
i nigdy nie będą martwe
tak jak ludzkie myśli
Martwa droga ludzkości – na wschód
myśli wyżłobiły ją z Semipałatyńska do Norylska
dla życia we własnym ja bez horyzontu
(zaplanowanym do końca
a więc martwym od samego początku)
>>>
DSCN5585 (3)f
Jutro już zabrzmi głos śniegu
będzie wielkim wołaniem
i chórem w hymnach lub odach
nadejdzie jak płomień białego nieba
bez spektrum lub halo
głos śniegu spokojny
jak moralne prawo w każdej szarotce i limbie
jedne drugich brzemiona poniosą płatki
okiełznają na wyżynach pogardę
bogów Północy, którzy są strachem strachów
odwieczną błyskawicą zniewolenia
nie ludzi radosnych w dolinach
jak wicher budzący śmiechy
rozsypią po świecie śnieżki
jak kule stalowe i miedziane szyszki
pieśni wieków i dudnienia płetwali
księżyc zgaśnie jak grzech ostatni
zmysły zgasną jak płonące lasy
chorągwie namiętności potargane świerki
postrzępione historią czasu
na drzewcach kości zmienionych w lód
zamieć ożywi myśl
załopocą bogatych królów sumienia
ich giermkowie, ich wojowie, ich dwory
pojawią się w przepychu
w granicach zapomnianych wiosek
trolli i elfów, hobbitów i śpiących rycerzy,
w które zmieniły się udawane kiedyś postaci
kosmiczny wymiar upadku świata
w baśniowość egzystencjalną
niezastygłej wciąż w konfliktach planety
będzie miało kolejne
zlodowacenie Europy
lecz nad zatrzymanym wodospadem materii
będą wirować stale śnieżynki uczuć
szepty nadziei
>>>
DSCN1532f
Już nadeszły czasy ducha
czasy łez z najczulszych hamaków
pajęczych
sercowej tkanki
gdzie wykluwa się uczucie jak pisklę
kosmiczne, niebotyczne, energetyczne
widziałem dzisiaj swoje odbicie
w lustrze, które przemawiało do mnie
słowami ze szkła
lecz szkła kolorowego
płynącego w marzeniach świetliście
zupełnie innego niż wczoraj
te ścielące się po atomach dźwięki
same się naznaczały
wiarą i wiatrem
widzeniem i wkradaniem się materię,
która jest jednocześnie ideą
jak gdyby duch wychynął z serca
jak gdyby serce wypuściło gwiazdę
zrodzoną w kokonie delikatności
a skrzydła dla myśli i działań były ogromne
bez przegród bez ogrodzeń
bez dźwiękoszczelnych gumowych barier
zasłon kwadratowych uszczelnień
zorza była motylem
albo motyl wydał się tak ogromny
ściszyłem krzykliwe zdziwienia
zobaczyłem miłość na drugim planie
miłość słodkich nastolatek
w kształtach gitar i harf
ani to aniołowie
ani to zwierzęta
jak gdyby ludzie tyranozaury deszczu
w chmurach z samych tęcz
(w dmuchawcach, w okowach)
dzisiaj znowu zasłabłem przed lustrem
na trzecim planie padał deszcz gwiazd
rozpadały się światy
ukute przez słońc wirowanie
a ja nie mogłem dosięgnąć swojej ręki
w lustrze nawet
a ta trzymała koło ratunkowe
biały kwiat, który był gęsim piórem
rozwinąłem księgę chcąc dokończyć
myśli proroków
lecz tylko kwiatem mogłem postawić znaki
duch się zniecierpliwił
duch się uniósł
duch uniósł mnie
poza wszelkie ramy
westchnąłem głęboko
zerwałem delikatne tkaniny serca
wszystko, co kołysało się na niebieskich hamakach
runęło w dół i rozsypało się u stóp
mojego kamiennego pomnika
ze spiżowymi oczami
>>>
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Światy, światy, ile światów?
wielkoformatowe, równoległe
ciągle banalne i tak
na przekór stwórcy
pomimo rozlicznych talentów
energii zapisanej
w historii, ontologii, mitologii
ciągle banalne jak ruch i gest
mylące strony i czasy
światy, światy, światy
niesamodzielne
>>>
??????????????????????
Ja już dawno oniemiałem
i nawet wrażeń mi odmówiono
by stworzyć ją na piedestale
zakupiłem podium i tron
lecz to nie zadziałało
potem nabyłem baldachim i feretron
w Lasku Wolskim jak Bulońskim
puściłem latawce z jej podobizną
w zachwycie nad tęczą nad kopcem
nikt nie zniżył się do lotu mojego latawca
onieśmielony dziwadłem jak chmurą chimerą
jej włosami
chciałem w pochodzie ponieść fotografię
mojej królowej
jak przygłupawy aktor i sportowiec
ponieść jej marzannę przez celtycki Kraków
i krzyczeć – na Wawel na Wawel,
chodźcie z nami, chodźcie z nam –
ale było za wcześnie
wraży przywódcy stali na trybunie pierwszomajowej
a wrażliwi robotnicy jeszcze byli na mszach z rodzinami
tylko Pan Bóg wychyliwszy się z chmurnego krzaka
pytał – jaka to dziewczyna? jaka?
wtedy pokazałem portret i oczy
własne oczy
sam Bóg poradził grzmotem
– wyrwij serce, do Wisły wrzuć –
co uczyniwszy odetchnąłem
pod wrażeniem
domknięciem ust
>>>
Nazino – dantejskie piekło wierzbowej wyspy
stworzone na krańcach cywilizacji
dla ciałożerców przez duszożerców dwudziestowiecznych
odczłowieczone bytowanie szkieletów figuratywnych
w ramach specjalnego planu zaludnienia Syberii
Martwa droga nad kołem polarnym
– szlak wyrąbany zardzewiałymi oskardami
w ułudzie racjonalizmu z centrum komunizmu
do… nikąd
poprzez głód, chłód, knuty i białą śmierć
skoncentrowaną w obozach 501 i 503
kolejowy szlak znaczony dziś już tylko zmurszałym żelastwem
w subpolarnym bezludnym bezkresie bezmyśli
znikająca nagle w porostach tundry kolejowa trasa
jak śnieg w czasie odwilży nad Obem
jak ludzkie istnienia – pękające pęcherzyki piany
na powierzchni napiętnowanych sądów
nierealna inwestycja jak człowieczeństwo planistów Moskwy
Nazino i Martwa droga – dzieła sztandarowe
Stalina fałszywego proroka i zbawcy Lucyferii
– mitycznej wręcz krainy bezbożnej myśli
czerwoni ludzie zmieniali w niej ludzi wszystkich ras
na wszystkich poziomach śmiertelnej bieli
w czarne fantomy – posągi wykute w lodzie
jak słupy soli Sodomy – świadczące, pilnujące
niedojedzonych ludzkich ciał i nienieckich reniferów
legend o dobrych chęciach wodzów pseudonaukowej rewolucji
dające świadectwo ostatniej walce duchów Północy i kanibali
Nazino i Martwa droga – kręgi, pentagramy, symbole
pieczęcie faryzejskie na grobie Bolszewii
>>>
„Gdy w górze niebo
nie zostąło nazwane
poniżej ziemia
nie miała swego imienia
zaprawdę stworzę istotę
człowiekiem ona będzie
trud bogów będzie dźwigać
by odpocząć mogli”
 

2022

Posted: 01/06/2022 in Wiersze
*Plateau nihilizmu*
Emanacje uczuciowe skonfundowanych
zapaśników życia i śmierci
kołaczą do serc tak odwiecznych jak skały
wyrzeźbione w kształcie ojców założycieli beznamiętnych
wielopoziomowe ambicje kumulują się w eksplozjach
wywoływanych przez nadętych strażników pogrobowej ekstazy
w ciszach nisz glacjalnych głów
pierwotny walec rozległych serc
przemierzył plateau nihilizmu
ubijając głosy z ust bezgłowych
powstało (pozostało) lotnisko lasu wgniecionego obok w lód
mnisi wyrzeźbieni w górach
w czuwaniu posnęli jak niewolnicy (głodu snu ciszy)
aprecjacje snów ich ożywiły rytm po wchłonięciu miasta
lód zdziecinniał w klubach jazzowych
jęzor czoła lodowca wyrzucił rocka
nieartykułowane dźwięki ekstaz
nadeszła epoka jąkań
nie tyle gór z ich posłańcami pospołu
ile raczej światów równoległych zamkniętych postoratorskich sztuk
w odwiecznej zmarzlinie myśli nie wybrzmiałych
myśli nie podniosły się już z plateau obrazoburczości
*Jak to jest?*
Jak to jest? – pyta biolog..
kaczuszka za malutką kaczuszką płynie przez staw
takie wszystkie żółciutki i zabawne
pilnuje je matka kaczka
kręcą się jak bąki czarowne w sielskiej bajce
Jak to jest? – pyta matematyk..
sarenka przybiega nad staw
pije cichą wodę z głębiny,
wydawać by się mogło bez dna
czujnie podnosząc głowę, strosząc i kierując uszy
na szelest każdej witki
Jaka to jest? – pyta filozof..
trzy dziewczynki wychodzą z lasu
zmierzając do stawu w kolorowych sukienkach
starsza niesie najmłodszą na prawym braku
średnia idzie obok jak nimfa uśmiechnięta
niosą leśne owoce, całe w wiankach
z paproci i kwiatów polan i miedz,
przystrojone latem i miłością z dzieciństwa
Jak to jest? – pyta poeta
takie arkadyjskie widoki są odwzorowaniem
nie rajskiego, czy narodowego ogrodu,
czułości przetworzonej światłem gwiazdy i elektrycznością mózgu,
nie platonicznego umiejscowienia napięcia myśli w idei,
tylko parafrazą zuchwałości mistrza widm
Jak to jest?
– pyta astronom wzgardzony,
z pękniętym astrolabium duszy
jak to jest tam, gdzie obrazów i myśli nie ma?
.. i znika
*Serce planetarne*
Włożyłem serce w Ziemię, w jej kształt ciągle nieprzewidywalny
nie ustała na szafce jak globus zimny
roztętniła się eksperymentalnie
od Sum do Summerville, a ja z głębin
patrzyłem sam na moje serce planetarne
i zapuszczałem korzenie, by zakiełkować i zbawiać
włożyłem moje serce w Ziemię
zaludnioną noworodkami, choć doskwierającą samotnością czaszek
polegli we mnie nie byli wojami,
byli odkrywcami i przodkami w każdym calu
niechciane kondygnacje serca w umarłych wulkanach
teraz tak bardzo się przydały poznaniu
po katastralnych powierzchniach przyszedł czas
wstąpił na immanentne struktury przeżyć
– od uczuć do myśli z logiką w tle
moje serce ziemskie nadało nią kształtu polityce państw i władz
ślizgających się po teraźniejszej powierzchni widzialnego dobra
ostał mi się jeno szkielet ducha, gdy zawisłem nad Ziemią serca
jak słońce nad sobą samym, wypełnionym ludzkością,
przezwyciężonym delikatnością law,
które wzeszły jak ziarno
niezniechęconym przecie kolebką plugawą stanowionych praw
*W nędzy*
W nędzy ja jak w kwieciu łąk snu się nurzamy
brodząc w ciszy oliwnych lamp
naszej niezłomnej dumy osobowych czeluści
nieprześwietlonych spazmem żadnego płomienia
w nędzy, jak w płytkiej zatoce somnambulizmu brodzimy
uspokaja nas ciepłą falą laguny skinień mnogość gestów,
wahnięć ku słabości nie swojej
gorzkniejemy na chwilę zdejmując potem ze stóp sinice,
oblepiające sińce nieodpuszczenia
w nędzy jak chmurach bezprzytomności z wiatrem pędzimy
intelektu rozmarzonego panowaniem pychy
rozgwiazd i świec w niebie zatopionych
widzianych pod kopułą własnej nieustępliwości
wobec dogmatów świata nierozumiejącego zmysłów,
ale w nędzy nie pozostaniemy, bo
wijemy się w niej nie zastygając
pod powierzchnią zmierzchu w obrazie swoich piękn
*Kombinacje rozkoszy*
Po to, by skumulować odległe od siebie i Marsa
nieodrodne uczucia ludzkie
zmarłych przed epoką kosmiczną
skonstruowano hiperboliczną maszynę agregatywną
arytmetycznych algorytmów sumowania nieskończonych serc
tych źródeł uczuć, jak się wydawało demiurgom
efekt przeszedł wyobrażenia najśmielsze
Marsjanie Delt pojawili się w snach wielu, a tożsami Sumerowie Pisma
stanęli w bramach lwów, bramach Jeruzalem, bramach wiecznych miast
i zaintonowali bramne „Imagine”,
kultowe w kulturze przed monoekspansywnej, emocjonalnie niezbieraczej
która, wiemy wszyscy jak się zakończyła,
no przecież tym wbiciem w Słońce jak w dumę serc sytych,
spłonięciem przedwieczornym nieakceptowanym
z uwagi na kombinacje wynikowe filozofów
rozkoszy samej dla siebie
walczącej z dobrem uczuć wszędzie
*Architraw dla idei*
Złożyłem na architrawie całą moją miłość
stał się wezgłowiem portyku mojego wzniesionego dla niej
kunsztowny, podparty ozdobnie, bogaty roślinnie
mój słowny podest dla myśli zwyciężających brutalną śmierć
jak przyszłość nieznana,
zwątpień przedświątecznych, zmagań z mgłą, zanim przyszła
wzmocniony tymi kolumnami portyk wyroczni wciąż nadchodzących wojen
trwa już drugą dobę jak wieki w modlitwie mojej,
co wyraża się w tkaniu łkań serca powolnym nieszczęśliwie
choć szczęśliwe fale wysp łagodnych klasycystycznie
pieszczą marmury moich pałaców w centrum łaski,
która wyniosła mnie dawno ponad wyrocznie antyczne
i ołtarze zdobione uśmiechem i życzliwością z północy barbarzyńców
nagle zachwyconych stoicyzmem stabilności
nad zatoką winnic, w centrum ułożonych psalmów z kamieni i mórz
krainy błogości zaklętej w Arkadii idei nadziei i wiernych ód
*Na drodze siedmiu kolumn*
Szedłem drogą siedmiu kolumn dysputy
w lesie postasyryjskim aramejskiej Palmyry
miałem plecak Platona z manuskryptem Flawiusza
i Cervantesa w zwojach jak Torę
w wersji demo byłem ja Don Kichot
w wersji hard grecka Persja, rzymska Iberia i ruski Bakczysaraj
ułożyłem się na noc w przydrożnych harapuciach
nieopodal Gór Tarnowskich
przeczekałem zmory, maszkarony i smoki krakowskie,
które atakowały sny moje w teatrze nieszekspirowskim
jak wiatraki i pasterze zewsząd atakowały,
tylko nie z góry
nawet z
Gór Magnetycznych Okolicy,
ale nie z góry,
jak harpie i ptaki.
Ku brzegom zaufania doczesnego płynąłem znów drogą jak łódź
z Fajdrosem płowowłosym i Afroamerykaninem z Kentucky na czacie,
ale nie na dziobie
solo pędzącym przed wszystkim i wszystkimi
anioł pisał na plecaku moim,
węglem i wapnem
ręką, którą widzieli ziomale wszyscy, gdy
doszedłem do celu przeczytałem napisane –
nieś arkę zaufania zawsze
– koślawym pismem klinowym napisano tak,
koślawe zostawiające znamię,
ale nie kryptograficzne logicznie
przeczytawszy zmieniłem się
wreszcie w słup kredy jasnej aksjologicznie
na zawsze
na drodze kolumn z marmuru,
ale nie było już lasu.
*Sztuczne upokorzenia z wyrobisk górniczych*
Nieznośne rustykalne obostrzenia powątpiewań
w zgodność natur odkrytych
zakasują rękawy, zaciskają pięści
w nadąsaniach mowy,
gdy lejce popuszczasz sztygarom uczuć
zaprzężonym do kolejek podziemnych
w kuluarach kopalnianych pokładów wyrobisk
i ścian uprzedzeń i wspomnień
kawałek po kawałku z trudem
wyrąbujesz mniemania zapomniane jak skarby
po reprymendach
dźwigasz z epok minionych przestarzałe
uduchowienia obraz i zmitologizowanie pąsów
za szkół buntowników
zaginionych w miastach górniczych wymarłych
pełnych kiedyś filharmonii natury jak zwierząt futerkowych
choć bez oratoriów requiem
nieutulenia w żalu do świata nienaturalnego
godząc się na milionowe straty
w tych kanionach wyrobisk niewydobytej platyny
ociekającej słońcami zachodzących dzieciństw
jak srebrem tańszym
stajesz się dojrzalszy, choć bardziej osmolony
niż słup spalonej stodoły pełnej tańczących ludzi
na weselu upokorzeń sztucznych

2021

Posted: 01/03/2021 in Wiersze

Ze względu na was – 2021 – Alek Skarga — Ridero

*Lustro 3D*
Trzymam lustro 3D przed sobą
na wyciągniętych rękach
jestem niespójny wewnętrznie
to widać gołym okiem w nim
zbyt wielowymiarowy, wielopłaszczyznowy,
wieloręki, wielomyślnie wielonarządowy,
wielokrotnie wielopokoleniowy, wieloszczegółowy
w rozległościach wielu za mną zbyt rozświetlonych
łunami luksów znikąd laserowych
a wokół mniemań zagubionych w wietrze słonecznym
miliard lat temu powstałych profile.
Które pokolenie ważniejsze,
słuszniejsze, bitniejsze, bezprawnie słuszniejsze
to z lat sześćdziesiątych końca wyostrzone, czy może,
to z pierwszej dekady nowego wieku zamglone?
które zgorszenia w skrzywieniu brwi prostsze?
a które zachowania przeszłe w oczach pokrętniejsze,
służące uniknięciu akceptacji, w wyrażaniu dezaprobat?
w lustrze 3D na wyciągnięcie ręki
lustro owe nie kłamie, aby?
a piąty wymiar poza nami, poza nim
poza tobą zestalonym, już spójnym,
nie płaskim, jak sztandar na wietrze wieczystej prawdy.
*Ze skały Tarpejskiej Kapitolu*
Znamię sługi twego zakonspirowanego w gałęziach wiosennego westchnienia,
które jak wierzba babilońska rozkołysuje się nad mglistą rzeką powrotu
niech wyróżni cię tym, co wskazuje biegnącego przed legionem Sabinów
z wieści o nadchodzącym jak kwietność zwycięstwie pełni twoich oczekiwań
w sumieniu niech się rozkołysze
nie strach przed nią a łagodność brzasku uczucia nieziemskiego w pokorze
sunącego mgłą nad łąkami, ku światłości słońca zenitu dziejów twoich
błogich jak sprawiedliwość dla niewolonych
to znamię, to łaska czasów w pieśni okupionych walką o nich
napisanych na i dla prowincji dzieciństwa wspólnego predestynowanego
widzianej jakby ze skały Tarpejskiej Kapitolu
przez patrzącego na wskroś zdrady w czasie upadku
*Agens i Agentyw*
Studniowe skrytolubne imaginacje umysłu
studniowe jego wyczekiwania ośmiornicze w nieutuleniu
apokaliptyczne niestrudzenie imiesłowy jego wypowiedzi
i to jednego dnia, sądnego dnia,
gdy usta zamilkły na stulecie wiernych
w głębokim jarze uśpionych nadziei
studniowe skrytolubne dęby przeinaczeń
kosmologicznego języka
niereagującego na bodźce imiesłowów
lęgnących się w pieczarach bezdomności
wszelkiego zapomnienia uczuć
miłości jak sezam rozbójniczy
acz skarbów pełen po brzegi
– odeszły bez wypowiedzianego zaklęcia,
jak ona
*Konsternacja*
Konsternacja, ja w ty i
konsternacja, oboje, oni wszyscy jacyś inni
pąs, róż, zmierzch w policzkach twych
i oczach moich też róż snu
zsunęłaś delikatnie wazon naszej historii z kominka okapu
no, więc, nie złapię go, nie mam zamiaru
niech leci de Chirico w Pamukkale
w hetyckie pismo zmienia się obraz mitu,
a my,
my w oni,
oni w eposy przez ślepców wyśpiewane
tudzież konsternacja naszej dwuosobowej nacji, a ta
nie powstała ze skorup jeszcze
dobrze, że nasz Abraham nie zawrócił do obcego Ur
gdzie ziggurat pychy powstał z mułu
a Tygrys mój ostateczności pożarł Ganges nieostateczności
zaryczał jak brzęk uderzającej o posadzkę wazy
i ta ruina Jerycha powiedzmy emocjonalna
taka ta konster nacja
*Ikony porównania*
Nie tylko Montparnasse, ale Kraków w okolicach dworca
nie tylko Montserrat, ale Kalwaria w okolicach Wadowic
są twoje
takie porównania są trafne
zestawienia miłosne pełne sztuk, akuratne
zespolenia piękna, jako takiego, pojedynczego
z narodowym postrzeganiem, słuszne
jak Ambrożego, Ireneusza, Franciszka myśli złote
wszechmiejscowe wszechczasowe wszechobecne
nie pamiętaj, ale trwaj
nie zachęcaj, ale bądź
w.. powszechne
trud historii tworzenia piękna jest
równy trudowi jego odkrywania
po wiekach, prawie
skoro ruch pędzlem jest równy
ruchowi piórem gęsim, zawsze
– nie, więc enter amen
zakończy poszukiwania wyrazu na Antypodach
i ukróci swawolę gdybania
o krańcach Wszechświata słowa
w kształcie ikony
porównania prawdy

*Skonfundowany*
Skonfundowany stetoskopowy detektor
i emiter stroboskopowy nagłości w sekundach
w kącie szuflady życia czeka na napraw przemiany
w nawykach biegłych w lat oddanych postępach
niknie jak sonda opuszczająca zmroku galaktykę
w zaciszu ponad łomotem dni przekuwających lęki
jak dzwony w ciałach otwartych milknące
słońc obce elokwencje w zwrotach zbyt powolnych zachodzące
doktorów pocztowców obce nieodebrane awiza
służy zagładzie głów kosmicznych zamkniętych jak szuflady serc
skonfundowany przez żyjącego niestałe ja
*Natężenie hałasu*
Natężeni hałasu w lukratywnych przyczółkach namiętności
było zbyt duże,
to wiedziała ona i skręciła wzmacniacz
siły odśrodkowe w subiektywnych
trochę zbyt ekskluzywnych czułościach
eksplodowały w formie strukturalnych brył magmy
skrywanych pocałunków ujawnionych
i skończyło się jak się skończyło
podwórkowa parada wyrzutów własnych jej krągłości
i jego sumienia skończoności
przeszła przez podwórza powojennych ruin
gitary użyte zamiast karabinów maszynowych
ucichły i nie wybrzmiał hymn galaktyki
tej miłości, do której mieli dotrzeć
pozostało dziecko Voodoo – ich wspólny pobyt na Balearach opętany
i co się okazało, hałas zmysłów był powodem strachu,
lecz nie epidemii strachu
strach w silniku odrzutowca spłonął
metalowy akrobatyczny jej odrzutowiec?
tak, ten sam! och, rozmowy
– tak, spadł w ciszy postmiłości przed blokiem
*Wytyczne skierowane do somnambulistów*
Wytyczne skierowane do somnambulistów
w zakresie sposobu erupcji samoświadomości zła
nie będą efektywne
tak, jak presja na gwałtowne odrealnienie snów
w kołach zbliżonych do wyznawców kwadratur kół,
kół muzycznych w kolorach pór,
nie będzie oddziaływań skutecznych dla lukrowanych głów
wytyczne dróg prostych zmienią się
w pustowyrazy pustosłów pustogłów
w pustostanach po aquawyparkach medialnych oligarchów nocy
a dzień zeswatany z możnowładztwem duchowej niemocy
zarobi na swoje fantazje w nocy
też, dzień zeswatany z możnowładztwem
zarobi przemowami w lodówkach na swoje świetlne fantazje!
i ktoś za dnia rozkaże.. precz – folie zła, ha ha ha
ze studni życzeń biedaka
wytyczne przepompowane do cna
*Dekapitacja*
Smutno mi Boże,
uchwyciłem właśnie nienawiści topór lecący przez świat
zatrzymałem go nad własną głową
i wbiłem z mocą
w pień ściętej brzozy, czerniejący przede mną
przerąbałem na wylot kamień na niej leżący
przeciąłem jak hubę
z pnia wypływały soki
jak woda
z kamienia popłynęła krew
jak z poranionego ciała
smutno mi Boże,
wypłakany ze świata grzech
tylko jak łza jest
to jeszcze nie przeszłości dekapitacja przecież
(a krew?)
*Kustosz znudzonych dni*
Kustosz tych znudzonych dni
pracę twórczą zamyśla
sam rzeźbić zaczyna w czymś plastycznym jak myśl
tak na początek, szepcze do siebie
kustosz dni umykających z ogonem podwiniętym
tworzyć zaczyna dzieło własne
rylcem, dłutem pogłębia rowki w eskapicznie nakreślonym
westgraficznym projekcie ornamentalnym własnego cienia
kustosz dni policzonych pomiędzy zaginione
nagle odkrywa w sobie pragnienie ponownego ich zaistnienia
w brzaskach, blaskach i nieprzewidzianie rozgrzanych
wsamopołudniach dni jak szczwany lis umykających
rzeźbi zapamiętale w czymś bardzo plastycznym
czymś, co samo wpadło mu w ręce
rzeźbi w wenie z laku i nadziei
w wenie ziem i słońc rzadkich
niespodziewanie przydatnej
*Kometa uczucia*
To nic, że czarny skrawek nieba
tak wbija się w twoje złociste spojrzenia
nie odwracaj oczu, nie przecieraj ich
niech źrenice nabiorą barwy permanentnej prawdy
ukrytej we Wszechświecie tam jak błysk
będą się kumulować skołatane gwiazd epizody,
kumulować w jedną czystą opowieść dusz,
scenariusz filmu nadziei dla zgorzkniałych domowników Hiberny
zamkniętych w niekończącej się kopule zmierzchu
bez wyobrażeń zbuntowanych zórz,
bez smutku dla egzystencji ekliptyk mateczników,
bez wpływów księżyca dla oblewających serca pogańskich mórz
oczy niech wypełnią się jak studnia burz
otchłanią czystych pragnień, która nie kłamie, gdyż
czekaniem na nie wypełnia czas, a czas prawdy nastanie
film życia się wyświetli, gdy nadleci pierwsze kruche uczucie,
pierwsza kometa uczucia
*Ekspresja nadrealna*
Skromne odyseje ekspresji nadrealnej
w jazgocie uczuć niesłyszalne a nośne
i obładowane treścią intymnych dźwięków
o znaczeniu kosmicznym dla atmosfery uczuć w galeriach tęsknot
w licznych kołtunach noblistów, w koronie jedynego cezaro-cara,
rytuału krokach ukryte jak nieznane, nieoczekiwane znaczenia
wyrwać się niemogące ekspresje
lotni mistrzowie znośności brodzą w błocku oczekiwań władz tego świata
a władze tego świata zanurzone
w oczekiwań niejasnych, niekolorowych marzeń – toną
maszyny klekocą, te z lat sześćdziesiątych szalonych zbyt
i buczy coś, jakby nadlatujące bombowce
z ichnich nostalgii wylatujące ku dżunglom niepocieszonych wściekłości
z trudem maskowanych przy sztalugach powszechnych irracjonalności
ustawionych na alejach metropolii, które zapadają się w nas
sztalugi stoją na resztkach asfaltu nad przepaściami
a my ekspresyjnie machamy warkoczami
choć są to warkocze komet nie wiemy,
czy coś z tego wyniknie dla nieastrologicznej już populacji?
*Pralód*
Szpilki sosny wakacji wspólnych dodajesz do siebie
nie matematycznie
szpilki pachnące żywicą lodowcowych tysiącleci
ciemnozielone, kłujące jak iron maiden na żywo
ośrodek centralnego odczuwania nakłóć
zmieniał się w samą dźwięku świadomość jak nóż
i choćbyś szedł z muzyką jak Orfeusz
przez te wieki i te odległości ducha
wypływającego z pra pra pralodu
nie odwrócisz odczuwania ciepła
nie zmienisz przeszycia istotą materii obcej
w przeniknięcia twoich emocji dreszczu
nawet w myślach, które są tylko białą pustynią już
zapomnianych w przyszłości nadziei nie zmienisz
na wierne jej serce zastygłe bursztynie twych łez
pieszczone dzisiaj w twoich gładkich dłoniach
jak w satynowych rękawiczkach
*Zatrute jabłko wiosny*
Zew kwiatów na kolorowych łąkach pamięci
tej naturystycznej, ale prawie nie sprośnej
stoisz z nimi na środku pokoju
w tchnieniu zapachów raju
właśnie zrzuciłeś ubranie
podchodzisz do okna wiosny
smutny dzień nie może rozpocząć się
od radosnej przygody z naturą
więc wspominasz ją,
tą, która podała ci zatrute jabłko
sama je ugryzła pierwsza,
żeby się uwiarygodnić przed tobą
leży teraz w szklanej trumnie w stroju księżniczki
w koronie schizmy aureoli tęczowej
ty nie słyszysz jej oddechu
słyszysz za to zew kwiatów wokół
na jej ustach składasz pocałunek
pomimo wszystko czule
*Twoje klisze słońc*
Są zmutowane słońca twoje własne
jak niebotyczne antypody chaosu
w gusłach kwarków unurzane
na skrzydłach niesione wiatru,
który nazywany bywa schizofrenią gwiazd nagłej konieczności
po skumulowaniu kosmicznych odczuć
nastąpi zminimalizowanie wyniku kompilacji logik
z różnych stanów, etapów twojej epistolografii,
by zmutowane, już wspólne słońca jednak odnalazły
w reakcjach nie astrologicznych drogę do pulsarów naszości
w wysławianiu się embrionów matematycznych przeczuwań
w tobie twórcy klisz słońc
*Seledynowa mgła poprawności*
Te zobaczone w seledynowej poświacie postępu
ekskrementy pawiana poprawności lecące na Demokratów,
albo wyzwolicieli nonszalanckich wyznawców tarota
obserwowane przez Kresowian z El Paso i nie tylko
także aglomerantów (z) ważnych ulic i alej (na które uprzednio wylano olej)
np. 3, 4, 9, jedynastej, dwunystej i osiemnestej bestilskiej
cóż oznaczają one? ustawki plugawe?
one wizje, one cyfry, slogany one
my w kałuż zapatrzeniach
sów marsjańskich symbole
w szponach ich zaniesione
na drżących kraterów stokach złożone
uniesień nieokiełznanych politycznych dandysów
w seledynowej poświacie, o, tak
protesty nasze w kuluarach parlamentów Ozyrysów (targu)
i Posejdonów (dobicia)
wieców (uczt) Attyli i Wilków Szarych
na krańcach przekraczanych państw i limitów (limesów)
praw i dociekań, ohyd ustawowych
niepozbawionych doczesnych kar limbusów
my widzący w uzdach, Psy w konstelacjach
w aureolach auror dyktatorzy
emanacje rudawych wulkanów nietolerancji w seledynowej mgle
wyrzucają nam niewinne niesubordynacje
*Monster Led*
Monster Led
świetlny diplodok wstający z kolan
(ni nazwy łacińskiej ni greckiej)
widziana z morza farma wiatraków na wybrzeżu
wracam z Bornholmu
jak T.Rex wpatruję się w latarnię morską w Niechorzu
pędzę w sumie dość szybko wodolotem Kalinin
goni mnie morski dusiciel
pyton historii bolszewickiej
zmysłowy różowy nadmuchany
jak niegdyś Zygmunt na Bornholm porwanym MIG-iem
ja z Bornholmu do Polski uciekinier powracam
teraz ku Pogorzelicy wypalonym lasom
gdzie czasy mgnienia niedostępne wypalone laserem KGB
lecę nad wodą zawrotnym wodolotem
zwrotnym historii potworem
potworem historii przewrotnie powrotnej
na powrót w zagrożeniu pogorzelnej poddany machinie
ku sławie słowiańskich wydm i plaż
noc zapada koło brzegu nad technologicznym wybrzeżem
lecz słońce na zachodzie zapala latarnie zwierząt
te oczy Monster Led
dusiciel nie ma szans na pamięci fal
oto ja już na fal ochronach
w Athenry tęsknotach
jak cnót polskich płodnych polach
bez Słowińców wymarłych jak dinozaury Hamburga
po mordach Iwana i Kalinina
przybywam
*Zapada zmrok w starym Krakowie*
Zapada zmrok w starym Krakowie, czerwienieją strzechy
deweloperskich osiedli
ostatni traktor zomowski trajektorią przelatuje nad Czyżynami
zmieszane z błotem ścinki komunistycznej tęczy
wschodzą nad częścią wielkiego supermarketu
dobudowanego do dwóch kościołów
przylaszczki święte nie winne dziczy dzielnicy
cieszą się rudawym upojeniem wstających mgieł Mogiły
a moja ranna kawka wciąż kulejąc przemieszcza się wciąż
jak zjawa znikąd Pendolino
w kierunku kurhanu na Krzemionkach
dwutorowo
akuratne słońce dzierży tu prym szybkości dzikości
zjeżdżając z wizji ku wieżom pojednania
przekaźniki czerwone zer złości
nie mając nic do powiedzenia
zemszczą na dzisiejszy przekaz nic nieznaczącego dnia
dzieci poranne starszy pokurcz wiadomości wzywa na ablucje
poczyna sobie jak kniaź Igor na zebrze
a koń jego prycha przywiązany w operowym stabulum
czeka, czeka na dowiezienie złotego owsa, który jest czarnym snem
w kolebce stepu takiego, gdzie każde miasto zapada się we własne curriculum
ostatnie strzały świetlne przelatują nad Mongołami Zachodu
szturmującymi dyskoteki w Śródmieściu
*Zausznicy*
Zniosłem zauszników szepty po kątach
i ich popleczników, strażników caratów
jako Europejczyk nie mogłem inaczej
jak zniosłem ograniczenia w dostępie do mojej sieci
dla much i ich władców
wychwyciłem zdalnie wrogów pojękiwania
oznaczających czasem synonimy pojednania
amulet z kości czaszek opróżnionych
zawisł na mojej szyi
a pierś się wypięła po medale z mamroczących ust śliny
zausznicy stali się bliżsi niż mocodawcy próżni
na koniach zjeżdżający z gór tak zwanego Uralu
wprost w moje zabudowania idei idylli drogami wszystkimi
prowadzącymi do domniemanego Rzymu
jakże słowiańskie moje barbakany z brzozy przyjęły ich spokojnie
w ciszy bez wystrzałów z kusz i arkebuzów
miej słuch, słuchaj popleczników ofiar zauszników
znikaj w zamkach, które zbudowałeś przed nimi
zapraszaj ich schodzących z pomników
ze złotymi i brązowymi intencjami
*Kos śpiewa o poranku*
Tylko dla panów zaśpiewał kos o poranku
ledwo zadrgały pierwsze struny skwaszonego słońca
ledwo zabrzmiały w mgłach dzwony rurowe miasta
dał się słyszeć tryl jak grom
jakaś osika zadrżała jak kot
szum wiatru przeniknął zagajnik jakiś
za lasem tym stał ułanów pułk
kawaleria bestii czasów współczesnych
zniknęły w trylach ich okrzyki przedbojowe
utonęły w śpiewie echa dzwoniących szabel i lanc
kos przedstawienie skradł
wojna panów siebie zmieniła się
w wojnę światów pariasów ich
jakieś miasto zamarło w mojej głowie
pobitewnej apokaliptycznie
*Niewód skrzyniowy*
Skrzyniowy niewód w opanowanym ratuszu,
regionalny sak na epopej narodowych raki,
amortyzatory marszałków do ludowej kolaski na wodór (z kloaki)
wszystko to wyeksponowane zamaszyście zostanie
w krakowskiej mansardzie warszawskich sekretarzy stanu (klanu)
tuż obok pułapu nieświadomości tłumów
dla jednego z wielu standardowo umieszczanych szklanych sufitów
w rozlicznych gniazdach Piastów,
także kijowskich, (chociaż bez anglosaskich skandynawskich)
choć będą jeszcze skruchy polityczne, gdy wiatr zawieje skądś
choć będą wymieniać chiromantów oraz kacerzy na hierarchów i harcerzy
choć będą dla zatrzymania wolnościowych spławiań to robić
pytanie nawet padną – czy w wieczornych wiadomościach
wspomną o kuratorze memów i tweetów płynącym znów
Wisłą z prądem na plecach,
zbliżającym się do Włocławka jak słowo łamacz fałszywego etosu
– do zapory postępu, co będzie właśnie jak niewód
już
?
*Lego Aztekowie*
Klucz moich przydomowych lego Azteków
poderwał się do lotu
a hieny zaćmienia nie zdążyły ich dopaść
są więc światowe te loty teraz
ponad wszelkim usposobieniem do czynów ohydnych
lecą nad Europą moi Aztekowie przykładu
a hieny ich gonią
wyłupionym oczom nikt nie wróci spojrzeń
wyrwanym sercom nikt nie przywróci rytmu
w gestach bogów ich oddanie
temu, co w Europie najważniejsze – kult śmierci
ignorowanej, a hieny nie zdążyły dopaść żadnych bogów
choć bogowie Europy są nielotami z kamienia
nikt nie zrozumiałby, dlaczego nie można ich rozkawałkować
dla ewolucji i postępu jak dzieci dla kremu
– oczywiście bez Azteków
*Pątników zaspokojenia*
Skołatane serca pątników niosących chrztu żagwie
zmierzających z Kijowa do Composteli
sponiewierane nogi i skołatane serca
w nich zwaśnione pająki tkające smutek
rozdwajają się pajęczyny bezpieczeństwa
ufności w to, co istotne
dla trwania w wierze bez filioque
jak iść, gdy nie można trwać?
w nogach palą rzeki siarkowych law
płynących z wygasłych wulkanów wędrowców
Afryka wydała człowieka sanktuaryjnego na poniewierkę
Azja Mniejsza uszlachetniła jego pochód ku wodospadom gwiazd prawdy
Europa nauczyła trwać przy mądrościach cudownych i szlachetnych
Ameryka dała uśmiech wolności sponiewieranym wyrzutkom, więc
skołatane serca trwają w drodze
powrotnej pierwotnej
z wnętrz ku prawdzie drodze odwiecznej
otworzą się one serca i nogi poniosą jak wiatr
Makarego z Moskwy do Makarego z Egiptu
Pimena do Polikarpa
Peczerskiego do Piotra
skały na wodzie zaspokojenia i ukojenia stojącej jak Krym
*Z Tagasty do Tebaidy*
Zneutralizowane zapachy benzyny w płatkach pustynnych kwiatów
w oczach marksistowskich Beduinów jak mgły
wędrowny autobus w kwiecistej odsłonie
na festiwal zmierza samotnie z Tagasty do Tebaidy
do klasztorów egipskich legend
wiezie celuloidowe dusze pątników Zachodu
i zaklęte w gitarach późniejsze riffy wątpiących
za piramidami słońce truchlejące od tysięcy lat
nuci Zappy pieśń ciastowatych prawd
a nilowe malwy podziwiają różę pustyni na autobusie z Tagasty
piorun, żmija, jasny znak i symboliczny ptak
pierworodni uciekają przed nim
w autobusach zniewoleni wolą chorzy
szukają miejsc kuźni dla łańcuchów rozkucia
raczej znajdą kaźnie w świecie Hurghad
znajdą zapach benzyny zneutralizowany w pustynnej burzy
klasztory i anachoretów wysadzono w powietrze
mnisi jak mumie krążą na orbitach Ziemi
pielgrzymi Slayera pozostaną w łańcuchach
Tagastę złupią Wandalowie z Doliny Krzemowej a może zasypuje piach kłamstw
*Nowo naoliwione rozległości pojęciowe*
Absolutnie naoliwiłem tą maszyną
przypominającą atomową lokomotywę tuby
rozległości pojęciowe sofizmatycznych wojsk wyzwoleńczych
cmoka ociekając lubo: pokój, demokracja, socjalistyczny, ludy
spokojnie jem kanapkę w przerwie wyzwoleń nowożytnych
za chwilę generalna próba kolejnego
Achmatowa kłębiaste porywy zna przywódcze
z Rosji pochodzi, bowiem jak Majakowski i Pasternak, ech
te cumulonimbusy zgromadzone przed Kremlem
to plastik, ta mgła to z reaktora jego para stara
a przemówień wodza laserowe zorze nowe nad
naoliwiłem, więc maszynerię XIX/XX/XXIT, w trakcie
i czekam na dogrzanie w kotłach sprawczej siły,
co poruszy ten zaprzęg mułów stalowych, powiedzmy
ja mechanik z harpunem na foki i hamburgerem McDonalds
na Starym Arbacie poprawiający listy, wiersze, cnoty towarzyszy,
cechy starożytnych Samojedów spazmami maszyn,
i lotnymi gazami mocy
zaklętej w zakłamanych przemówieniach niewykorzystanych dotąd
to moje odkrycie zakamuflowane
to ruszy zaraz, to ruszyć musi, to imperatyw zaszły, to mus
maszyna do naoliwiania użyta, a ja, a ja, jak powódca
przerwa na kanapkę i spojrzenie w chmury – grzmi rubin,
powstaję, powstają, wolności Mamaja
*Błędny rycerz w covidzie*
Wprost ze złotych gór na rączym koniu
zjeżdżam wąwozem ciemnym cierni w doliny,
w które wlewa się za mną lawina chmur
rząd mego konia ornamentem złocony
pas mój w złotych ćwiekach cały
i złota lanca w ręku
i szyszak jak Achillesa hełm
(zbroja cała wygrawerowana ornamentami siedmiu cudów ducha
można rozpoznać je wyżłobione
delikatnymi rowkami wprawnego snycerze wycierpliwione
jak nerwy, jak arterie krwioobiegu wyłaniają się ze srebrnej poświaty,
jak zza kurtyny bytu jakiegoś fantastycznego uśmierzonego
pawie pióra, liście akantu, małe ośmiornice, winne grona
z zakręconymi wąsami pędów, papryczki i oberżyny dojrzałej
jak małże i morskie koniki pastylki
zbroja i ciało jak płaszcz kosmiczny lekarza planety
narzucone na ducha bohatera z pozaczasu
św. Jerzy i husarz spod Wiednia w jednym
wśród mgieł Enceladusa epidemii
kipiących jak azot u wrót miasta
w takiej zbroi zjeżdżający ze wzgórz śmierci zwolna)
zjeżdżam wierzchem odchylony do tyłu
na bólu szczyty patrząc śmiało
nad mlecznym kłębowiskiem świecące jasno
w kipieli wokół, w kłębowisku muślinu,
w rozrzuconej jaśminowej zamieci gasnąc
przytwierdzone bandażem podrygują moje skrzydła husarskie czerwone
na tle nieba błękitnego
jak żuraw głowę wyciągam ku prześnionym i śniącym miłościom
rycerz błędny, ja oto bez Sancho Pansy, Dulcynei, ale z uśmiechem
jak cała La Mancha o świcie
przed mną w dolinie budzi się ledwie
Nowy Jork Nowa Nachodka w covidzie
lanca ma we mgle zdaje się strzykawką być
a wiatraki na niebie z realności kpić
*Niekończące się falangi zomowców*
Pierwsza falanga zomowców przeszła spokojnie
jakby w spacerowym poruczeniu kapitana
druga żwawiej natarła ponaglana generalnie
a trzecia w pędzie runęła na nas
ściśniętych w małej grupce
broniącej dostępu do zigguratu wolności na Placu Bezmyślności
nie mieliśmy się gdzie cofać
nasz Żuk oklejony plakatami buntu płonął jak stos
a wejście do grobu cywilizacji
przypominające tomb Tutanchamona Wszechklasowych Mąk
czerniało odrazą materializmu rozkładającego się za nami
na widok trzynastej wroniej zwątpienia falangi
nie naprzód Sabaudio krzyknąłem, ale naprzód lechicka Polsko
zastawiając się ryngrafami tak jak milicja tarczami
odparliśmy ataki wielu narkotycznych sekretarzy i odnieśliśmy zwycięstwo
wolność nasza wyszła z Egiptu sowieckiego
pomiędzy bałwanami zomowców plag rozlicznych,
by pomaszerować na komuny pustynie rozkradzione
ale tam czekały już kolejne falangi bojowe składających dzieci w ofierze
Kronosowi, Molochowi, Sikkutowi, Kewanowi, Melkartowi, Refanowi, Baalowi, Nergalowi…
(Ra-Horachtiemu, który raduje się na horyzoncie w swym imieniu Szu, który jest w Atonie-Leninie)
*Światowcy*
Ze względu na zewsząd zbliżającą się mgłę obcej nacji
zasiadłem przed oknem przy kaktusowych kwietniku,
by przyjrzeć się postępującej penetracji okolicy
mojego ciemniejącego eremu
drzewa wisielcze kruszone były mlecznie, zadziwiająco sprawnie
latarnie odludne przedstawień jakoś mniej spektakularnie
skonfundowany ptak wolności wypadł z niej jak z foyer teatru
tak, to była sztuka przewrotna, ptak nie był czarny, ale krogulczy
wyglądał podobnie, lecz nie był to mój feniks osobisty
mgła nacji nie naszej dotarła jeszcze do drzwi mojej samotni
na wrzosowisku przedmieścia, gdy
poprawiłem kilt, wyjąłem z drewnianej szafy kobzy, piszczałki
i kawał kraciastego płótna
zmarłem na chwilę, gdyż zobaczyłem motyle
po chwili zdzielony w potylicę bombą, która wypadła z kominka,
odkryłem, że to nie motyle,
ale już bombowce wynajęte przez najbogatszych ludzi Rosji
światowców używających życia publicznego indywidualistycznie
*Diabeł świata*
Diabeł świata roztrzęsiony
ów lunatyk idący o lasce
jest czasem żałosny,
jak dzieciak rozkapryszony,
ale nie
pożałowania godny,
nigdy
 
*Sierp wolności i młot pokoju*
Putorsja jest wciąż tylko znakiem czasu
sierpem wolności i młotem pokoju,
które periodycznie okrążają planetę
krwawym lotem orbitalnie arbitralnym
do sześciuset jej milczących obozów koncentracyjnych
widocznych wciąż z kosmosu jak aglomeracje rozświetlonych cmentarzy
brakuje, jak kosmodromu trucizn, sześćdziesiąt pięć lotnych mauzoleów
źle zabalsamowanych krzyżołamaczy oraz światła wyłudzaczy
aby skompletować w pełni dantejskie przedpiekle, wieżę Babel upadłych narodów,
puzzle jaśnie nie do końca oświeconego człowieka wczoraj
obraz pokawałkowany duszy prawdy świata
onego psubrata..

*Topory*
Zupełne znikanie we mgle zostaw na jutro
przeproś teraz, przeproś się z dziś
włócznią bitew podpierając się nie idź przez świat
chwytaj topory latające po wojnach jak ćmy
z bezkresu zbożowego łanu kosmicznej niwy
wylatujące rakiety przyszłości chwytaj w siatki na motyle
przeproś teraz, przeproś się z nimi dziś, ucałuj czoła czule
chwytaj topory zawiści lecące przez świat
w siatki na kwiczoły
zagarniaj do dzież bazaltowe nabrzeża naszpikowane
gniazdami karabinów maszynowych
wciskając swoje palce w nie, jak w miękką
plastelinę stygnącego pumeksu
mgła wulkaniczna nad każdym wybrzeżem
znikanie w niej odłóż na później
fanfary imperialnego życia twego jak misja śmierci ma kres
chwytasz, widzę, zatrzymujesz je,
lecz zbyt wiele leci tych kolczastych gwiazd
zagarnij najbliższe góry dumy rękami czarnymi
zagarnij dalsze, kominy i koronę światów pych
to nic, że gwiazdy wbijają się w twoją głowę
jedna po drugiej
to nic, że mgła spowija pobitewny łan
fantasy świat dziecka zmieni się w Disneyland
kościoła holocaustu nie będzie trzeba dla żertw,
gdy przytulisz do piersi stygnący porfir kosmosów
trwających w niewinności, jak czarny opal poza duszą
skazaną na logikę wyjścia z gniewu
zawitaj w świecie wybaczeń wzajemnych energii materii czasu
zdefiniuj siebie w diamencie z miłosnej mgły
ociosanej tkwiącym w głowie z toporem rozumu
*Perseusz przed Perseidami na Pegazie*
Perseusz przed Perseidami przemierza starożytne nieba współczesności
materializuje pismo klinowe, w arytmetykę zmienia zamierzenia
Babilon zniszczony przez Persów tam i tu też jest
to astrologizowanie jest już wszędzie w historii i w gwiazdach, w kulturze
w religii zaczyna przecierać szlak ku determinacji przekonań
paszkwil gwiazdozbiorów na dziury czarne wysłany wiatrem Heroda
a nie wiedziały o gromadach rzymskich galaktyk, gdy go pisały
idą mędrcy przez Etiopię a za nimi mały Dżyngis-chan
idą mnisi przez koptyjskie pola pustynne licząc na palcach znaki gwiazdy
mędrcy, mnisi jak królowie, to już tu, czy wół wąż wóz powtórzy się tam
nie ma Kanału Sueskiego i socjalizmu w Egipcie jeszcze
z Aleksandrii do Kolonii droga spływna, tam spoczną ich kształty i formy
by gwiazdozbiory mogły wywołać najazd Mongołów koni na Europę wozów
irracjonalny, abstrakcyjny, dziś putinowsko dadaistyczny
okrężną drogą z Syberii do Europy a gwiazdy milczą strudzone, sterane
odgadywaniem przyszłości, jak mędrcy, jak celebryci
i doszli, zasiedli, na sklepieniach katedry w Kolonii zaświecili
złożyli swoje kości w charlemańskiej kolebce świata
kosmosu lub kosmicznych er, albo, jak kto woli Laurentego łez
ja wolę wolną wolę z Ur boskiego wyprowadzenia
*W kapsułkach pomidorów ze szkła*
Snów kolorowych miriady w kapsułkach pomidorów ze szkła
te noce dla nich stworzone
na dnie ekstremalnego strachu,
gdy drzewa ronią czarne łzy,
gdy wiatraki pompują wodę dla tulipanów
nie takie, nie takie moje sny
przerżnięte piłą jawy w krtani i przełyku,
gdy stoję w łazience oparty o umywalkę
ten brzeg krateru wulkanu ostatniego na ziemi zionie
daremnie szukać tu kwiatu, ziela ukojenia
piła rozdziera tępo nie tylko gardło i ciszę,
nie tylko kaszel i słowa, nie tylko sanktuarium wszelakich gór
we wraku planet jakichś, ale ten krater jest twój,
krater w łazience nad ranem,
gdy snów kolorowych miriady stają się czyimś życiem
w tęsknocie ukrytym na zawsze,
gdy pomidory ze szkła to tylko pastylki czasu jak latarnie zielone
z krateru wydobywa się skażony ból
wdychasz go po dziesięciu nieprzespanych nocach
płaczesz i płaczesz, bo płaczesz, gdy widzisz twarz
nie swoją w lustrze
prostujesz się i mówisz do siebie – nie mam słów,
nie mam snów, nie mam pretensji,
wreszcie twój
*Szekla*
Satysfakcja umiarkowania do cna zjełczała
w osnutych pajęczyną butelkach
ukrytych w zakamarkach piwnicy tawerny
– szekla
spięcie żagla nocy z szotem dnia a potem
– cud
między satysfakcją a pomnikiem porażki
z bocianich gniazd dostrzegany codzienny trud
leżakowania w wiedzy duchowej
– bez przydawek cnót wielu
na dnie łodzi gromadzi się dwutlenek etopiryny
– a ty wyniesiony do snów trzeciej potęgi głowy
dźwigasz na fali ułomny duch czasów
– trzy
jak trzy serwituty zdrad
bez grzechu w przedziałach zegara zmysłów
skisła satysfakcja pokory
– nie trudź się
duch wstrząśnie i tak letnią mieszanką gron niewinnych
i eksplodują zimą w tobie
nie trudź się szukaniem trapów, schodów, zamków
piwnice są wszędzie
– dwa, jeden
oszczędzaj energię dla zamieszkałych planet
w okowach zła czekających na wybuch emocji
dojrzewających na wyjałowionej wyspie inteligencji
czyjejś, jakby twojej
chociaż skwaszonej smutkiem klęsk natury
grono niewinne, ale ty tak
jak korek bez satysfakcji wyjęty z gardła cywilizacji
choć bez pogardy
– zero
*Terra celebryta Wezuwiusza*
Stał Zniesław influencer nad kraterem
uwznioślał hymny sekt bożych wybrańców koloraturowym altem
terra, terra incrediblea
stał Pan hrabia z cyrklem i tvsetem nad kraterem
nucił śpiewki ludowe basem deathmetalowem
terra, terra diaboliquea
stał Vlad hospodar z Transsylwaanii z palem i szalem nad kraterem
śpiewał arie Nietoperza falsetem
terra, terra draculea
celebry ci bum, bum, bum ci
tłukli głowami we same eekrany etabletów
oraz obiektywy drogich cyfrówek i kamer,
gdy echo odpowiedziało z krateru wypadłszy
przewróciło górę do góry nogami
i image jak wszystkie ejakulacje pustomózgowe
zostali potraktowani jak tuf z Herkulanum
zatrzymani w kadrze w Pompejach i innych
nie do poznania ongiś znane ich ciała nagie
na Europy wywczasów południach
fatalnie skonfudowane pozostały terraz
*Konieczności usidlającego ducha*
Nagle oczarowanie wylądowało na kosmodromie namiętności
jak chleb powszedni pojawiło się na stole?
piórko do wyściełania gniazda znalazło się na gałęzi tuż obok
znikome zdecydowania wyszły z orbit zawstydzeń kruchości,
by zjednoczyć się z pąsem eksplodującym w przestrzeni zaniemówień
w zapadłych ułudzonych pięknościami pożądań szczęściach wspólnych
stworzenie nowe otworzyło oczy na przyszłość wszelaką w okowach stałości
i tą, co zamieszkuje w wyznaniach przeszłości
i tą, co się spełnia w niejasnościach pieszczot teraźniejszości
i tą przyszłość okupującą pełnię serca
czerwone tło, zielona gałąź i postać stworzenia niebieska
z kosmodromu namiętności spoglądającego ku gwiazdom grawitacji
zadośćuczynienia bytowi w materii przynaglającej
z powodu nieprzymuszonej konieczności usidlającego ducha

*Łożnice czyli Wrota pieca*
Kawaleryjskie umocowania chłopców asyryjskich wodzów
będą się uwidaczniać wiele lat po odnalezieniu biblioteki Asurbanipala
będą tysiące lat straszyć nocą w pałacach duszną szorstkością żołdaków
za dnia półnagich na koniach onych w zbrojach całych
a potem głównie w sukniach na rydwanach poetycko-muzycznych
i nie będą przypominać Amazonek niepiśmiennych w żadnej pozie
ani tych, dla których Holofernes stracił głowę
pisma klinowe przeniosły akadyjskie wersy na oszczepach kawalerii
a pęd ku przemocy raju zaprowadził ludzkość do wszetecznych łożnic
łożnice stały się z konieczności czytelniami pałacowymi
nagie spieszone kobiety symbolami upadku religii jazdy
a wiersze, gdy okazały się zbyt homoseksualne to również pospadały z koni melodii
dopiero od wczoraj się dźwigają z podłogi
dzięki sprytnym umocowaniom widocznym wciąż na reliefach,
co było jeszcze w Ur nie do pomyślenia
*Bibelot*
Opleciony pajęczyną namiętności
sznurem korali
hebanowym spojrzeniem
zestalony nagle w pędzie miasta
onieśmielony zatrzymaniem serca
wtrącony
wprost spod matrycy piękna
pod prasę snu
znieruchomiałem jak miłosny bibelot
w jej panoptikum cudów
*Lista nowych sag*
Zaledwie sztuk kilka ospałych
na wierzchołku świata odnalazłem
w pierzu i kościach uwitych w kolebkę ohydy
te niby ludzkie sagi wyklute z mitów złych
znienawidziły mnie krusząc metale wzrokiem wojennym
odwróć się od tego – rzekł prorok słupnych ksiąg
jesteś w jak gdyby gnieździe os
patrz, chmury z ołowiu nad tobą jak kopuła
w tym iridium obcej wzniosłości drewniany, smutny kres prorokowania nizin
wesprzyj je pomimo wszystko i podnieś
w greckiej liczbie uduszone ptaki spadły na ziemię sfinksa
w skałach pysznych orły odwieczne
dziobami wykuły pohańbienie wojennych wron, znajdź je,
przynieś na dwór pogańskich bożków cesarskości współczesnej
pęta im przypraw i zapędy ich padlinożercze stłamś
one figury woskowe z piór oczyść, pozostaw nagie
stop pogardę razem z nimi, ze skałami i płaczem nibygwiazd
uformuj ofiarę, unieś w dłoniach w górę
listę czystych sag do nowych gniazd
*Bałwany przy saniach*
Ekotermalne niewzruszalne pokłady
zadość uczynień za efekty cieplarniane
w bałwanie z lodu podwójnym
odkrywasz ciskając śnieżki weń
skulony bałwan zmiata świat by zamiatać czas
to nie są przechwałki zimy, to są cekiny
koszmarnych pogodowych zmian
nadęty w okruchach spazmów tajfunowych
bałwan tegoroczny wynurzająco wymiotny
zamieciami dawno doznanych okaleczeń katastrof
spółkowanie wierzb z szelestem kolczastego drutu
nieprzyzwoicie pornograficznie nastraja o zmierzchu
podglądane wierzby, te smutne zimowe nokturnowe
przeciskają się przez wąskie mazowieckie drogi donikąd
wytryska gejzer sań zaprzężonych w czwórkę
koni rozbuchanych rubasznie przez powożącego Zagłobę
ciągnących sanie bałwanów czerwonych prawie wieczorem
sanie kolebkę skostnień nieuważnych grajków
karnawałowych polek w skansenach gazet osiemnastowiecznych
przebrzmiałych w ogniskach północnego zła
bałwany toczą pianę przy saniach jak taczanka Czapajewa
bocian na fortepianu wierzbie stalowy wiatrowskaz
wskazuje kierunek nowy głów zamarzania
*Plansze dla dzieci*
Na stołach świetlic państwowych zagadkowe plansze bitew
dla dzieci porzuconych przez ideologicznych rodziców
zmagania zaszeregowanych pionków
z tym odwiecznym porzuceniem kostek socjalnych systemów
ich zewnętrzna powłoka okrutności to dzieci stłoczone rozwiedzionych
zmuszane do gier mimiczno-egzystencjalnych w czołgach z papier mache
albo matki z oseskami na rękach upchane jak w metrze
w komorach gazowych przez naukowców planety
sedno okrucieństwa i jądro beznadziei
z ust ludzkich się wychylające jak wąż paw żelazny
język sedno jądro język słowo ideologa natury – dla reguł wojny
okrutnieje wciąż wiatr konieczności w płucach ideologów
klaszczące za lud dłonie nie puchną
nie stygną zmysły zemst
węże spartańskie wiją się w domach dzieci bez matek i ojców
skorpiony janczarskie trzymają straż na graniach łez najmłodszych
ty też jak każdy strażnik ciemnych i jasnych prawd
stoisz na Tamie Przełomów i patrzysz
z oddali na kremlowskie bijące czasy
na los sierot wychowanych tylko do walk
*Nabożne postawy bezbożnych aktorów*
Z trudem przychodzi zrozumienie nabożnych postaw
aktorów, ich gestów wyrażających i obrażających człowieczeństwo,
gdy żyją jak kapo w obozach skoncentrowanej zawiści o role
ty arlekin zaledwie w komedii dell`a..
daleko ci do tragizmu postaci Makbeta
odgrywanej w ich Globe Theatre z klimatyzacją
lud cierpi grzechy główne w teatrach aktorów
zachwycających się męstwem wczorajszego rozumu
wydalającego siebie z siebie
skorpiony poglądów pieszczone na podołkach Mon jak robótki
role, kostiumy, dekoracje z Aidy
drewutnie zaledwie rozpadające się
w żydowskich chlewikach miasteczek ukraińskich
(gdzie Schulz miał prawd zmyślonych cynamonowe fantazje)
w ich krokach, pozach, gestach pałace Cyganów z Siedmiogrodu
Templariusze zwycięskich cisz na amerykańskich bazarach ziół
codzienności wyuzdania cele Brytów uwięzionych in carcere
amerykańskie, albo francuskie i niemieckie, gdy
polskie sklepy kolonialne Różyckich
zalewają rynek mediów sieciówkową tandetą postaci
pijanych grą w zacietrzewieniu
z bajek Lema antybogobojnych
jak siedem cnót rzeźników z Anatolii i Bałkanów
w otoczce religii Wschodów
z masy sezamowej dla słodkolubnego Baala Internetu
*Kankan w Per-Lachaise*
Zewnętrzne dylatacje schizofrenicznych umysłów
niosą na fali emocji jakieś pozgniatane
półprawdy oddzielone od siebie
wyglądające podczas trzęsień i tsunami psyche czasem jak norma
odwiecznych zasad postępowania bezpiecznego na marsowych drogach
poddania się nie swojej woli jakiegoś ósmego pasażera
gdy w każdym Amadeuszu zagra menuet zamiast requiem (pro defunctis)
wtedy to znany psychiatra ma prawo powiedzieć w telewizyjnym talk show –
nadchodzi era dezintegracji męskich ambicji wojennych
a wszystkie dziewczyny z agencji, niedojrzałe do prawd prostych
jak ich opiekunowie, wyskoczą z okien na spadochronach sześciokątnych,
podczas pracy dnia skromnego
telewizje nagrywając relacje z tego wydarzenia zamieszczą,
nie, nie w dziennikach wieczornych, – ale w telewizjach obiadowych
z półdrzemką depresantów tylko dla dorosłych
– atak kankana zamiast w Moulin Rouge, w Pere-Lachaise

*Tyjesz*                                                                                                                                                                                                Ty
jesz
bije
zegar

*Tonący to nie my, tonący to nie on*
Zjełczałe słońce w oktagonalnej firance
z kolczastego drutu Zachodu Piękna
tnący piekący zmierzch nie do końca
gdzież to słońce tonące?
statua z kamienia czuwa nad tonącym
bizon pozuje na prosperity drabinie
straż ochrony przyrody wokół
jak eses czuwa w ujednolicania brzezinie
toczy się w ramach konglomerat piguł równości
czarnych godzin sklejonych na poczekaniu
de Kooning przywołuje DeVosaa jak Kapitan Ameryka przygodę
kojot broni młodych, skacze w toń rwącego Potomaku
tonie, nie jak kuguar i lisica, lecz jak syn pumy
widząc jaguara na Piątej
tornado nad Memphis, Marx nie tonie
wszystkim ton nadaje Chuck Berry
a jemu przyroda ożywiona na odciski lekiem
Hollywood na dnie
już na dnie w kaczym chodzie
Dylan jeszcze na desce
na Wschód od Florydy wpół zgięty
choć mikrobiolodzy chińscy odradzali podróż morską przecież
w ten sposób, o tym czasie, o takiej porze, w takiej pozie
tonie Dylan z nagrodami
nie nie nie to nie on
jak Mojżesz z głębin rozstępujących się dla niepodległości
wolnym pociągiem przyrody nieożywionej wyjeżdża on
wprost w słońce odpowiedzialności
*Zimowe szanse płodów*
Zderzenia zimowe z rozumem hipokryty
były takowe zawsze i wszędzie będą znów
więc idź na skalne wybrzeże, pokryte tolkienowskim śniegiem
na otaczające twoje miasto pylony wichru
zawołaj na stado mew drepczących powoli po krze
zawołaj do nich – szybciej, dalej, wyżej
stado to czeka na decyzję rozjemcy zamieci
prezydenta zjadającego własne dzieci
między rozumem i hipokryzją pada śnieg
pozornych prawd letnie kłosy kolosy sczezły jak szanse płodów
dzisiaj antyczne lotosy wschodnich substancji mgielnych
są jak nowości zakłamanych poglądów o ich nieistnieniu
bryza z katedr skalnych zerwanych brzegów
upada na szkiery tkwiące nieprzytomnie na szlakach morskich ku Indiom
nie służąc medytacjom nowobogackich o korzyściach z przedżycia
w inteligentnych bankach braków pomysłów
kroki słyszę, kroki do wykonania ku uwznioślonemu słońcu
głos echa słyszę, echa przed odbiciem od skał
takowych ludzi niewyjętych spod praw
niewyjętych ze stada, pędzących ku morzu
głowami w dół
nie wołaj do nich, zagłusza wszystko mew krzyk
*Godot*
Znajdźcie mi to stworzenie
to, które odczuwa ból, ból przed narodzeniem
ześlij Panie chwalbę w komórkach pozazmysłowych nisz
dla stworzeń takich jak moje
kogut galijski na wozie galijskim
jak woźnica przetacza się z ładunkiem węgrzyna
prze moją myśl
snadnie – rzucił Staś – snadnie, zmierzchać będzie
o której popas waści – kogut odpalił – na stos zegary, wio
zmierzcha, Godot przyszedł do skrzyżowania
Godot stanął na środku, na środku ronda ostatniego
mijający go kogut strzelił z bata jak baca z Antypodów
armia Anglosasów wyszła z cienia Godota
autostradą myśli poczłapała na krańce wyspy – to odwrót Brytów
kolejne czasozmierzchy nie zatrzymały nikogo na piędzi obiecanej ziemi
ani niewiast, ani aniołów, ani myśli niezbożnych zmysłowców
kogut w końcu zapiał, gdy do Metz wszyscy dotarli
w sławetnym marszu na Wchód
zaparkował wóz jak rydwan, z fasonem przed dworcem ostatnim
fontanny miłości wytrysnęły w mieście kolorami tęczy
warszawski sygnał przymierzy sterował wytryskami ledowych zmian
w sercu Europy, Europy dla biedniejących biednych
ześlij Panie chwalbę dla nich sytych w niszach narodzonych
przy przedceltyckich studniach żywej wody
*Zakochanie w dorosłości świata*
Witraże dzieciństwa, perspektywy strachu,
korytarze katedr najeźdźców,
obojnacze zdziwienia na kurhanach upokorzeń pobitewnych
ona nieśmiałość zdławiona, sztandar zwinięty bohaterstw,
kurtyny opuszczone szaleństw
nie waż się mówić, nie waż się zasypiać w dorosłości
zdegustowany pegaz zmienia się w jednorożca powoli
dzieciństwo przemija różowe, waż się być sprawiedliwym,
czarnobiałym w nim
porzuć jej obronę bezwarunkową, jej tron,
ona zdradziła maluczkich, konie odjechały do cara
z Garbuskiem płomiennogrzywym snem
powstanie się zaczyna, świeci słońce na lustra w podłodze i ścianach
oświetla twoją twarz prostopadle odbity promień
klęczysz w tęczy dzieciństwa nad nizinami społecznymi ważkości
modlisz się za nie, wszak żeś heroldem niewinności
na zdrad wiek
odstaw narkotyczną muzykę armat na rok
oto saksofon, ołtarz, twoje baldachimy schizmy, sarkofag
– życia i śmierci
pobłogosław Panie twarz moją maskę światła z nizin
oto strażnik kończy solówkę nakłonień
pies gończy warczy zawsze
ze skruchą Piłata rozpoczynam zasłanianie okien historii
scenki rodzajowe znikają, święci pozostają
wzbudzam ciszę piorunami nad bazylikami przyszłości
ciszę wiekuistą obydwu zachowanych głów moich
jestem sam w rzece głów uśmiechniętych
wirów świętych
z deszczem spadają filakterie z głów
i igliwie jodeł z puszcz wiekuistych Serafinów
pozostałością transcendentnych widzeń widzialne
namawiam zwierzęta do pokory, wół klęka pierwszy
to moje przedszkole, ibis unosi choinkę – to jasełka pasterskie
poszliśmy razem jak dzisiaj
witraż wygasł częściowo, kur pieje nad pustynią świata
gwiazda miłości prosi mnie do tańca
zakochuję się
w dorosłości świata
tańczę z nią
*Wyłupienie*
Jest twoim obowiązkiem braterskim i społecznym celem
wyłupienie spojrzeń człowieka niegodnych
wyplucie słów pogardy
amputowanie zamachów na życie niewinnych
*Iglostos*
Bądź grzeczny, oszczędzaj pieniądze
jakie żądze, jakie gorące
bądź Eskimosem nie łódź się i glostanem i glostosem
na zaspach lekkich, a co z lodowcem?
masz ciarki w Zakopanem na Równi?
patrzysz na osłupiałe wierchy
bądź grzeczny, nie idź na to przedstawienie słońc, zórz
patrz, patrz, zhakowany śnieg, zhakowany świat, zhakowane bieguny
nie chodź tam, gdzie psy,
nie jedz żółtego śniegu jak w KE wszyscy oni
w domu oszczędzaj prąd, w domu dzierż prymat i histerię
opowiadaj albo twórz
się otwórz na zieleń, ale oszczędzaj się
miłość wystarczy Eskimosom Kwiatom
jak ty w ich TV?
*Wśród zniekształconych powątpiewań*
Podróżowanie wśród zniekształconych powątpiewań
aczkolwiek jest jak jedno z wrót wygnania
to już bywa nie w wagonach bydlęcych na zsyłkową Syberię
lecz chińskim szklakiem jedwabnym w kontenerze Maersk
powątpiewania bezzmysłowe nie ostaną się dziś w Ałtaju i Changchun
tak, wracasz zbity jak pies z głową lwa jak Aleksander aczkolwiek
podnosisz ją i potrząsasz, och, gdyby twoje cheruby przemówiły,
cóż by powiedziały o tych lwach, twoich lotach
piorun zastępuje śnienia i myśli lotną
przebija skórę, choćby była smocza lub bawola
bądź przez chwilę własnym żubrem racjonalności,
sprawdź, poczuj jak to jest w pewności
powątpiewasz w historie krwawe Batu i Berii
powątpiewaj w takież skowronków i żabek słodkości
jest zmysł zamysł zmyślność bezmyślność
jest i przywołanie Helego
i wielokrotne przychodzenie do niego, aż po słuszność
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
*Testamenty Ego*
Jak koszulę w zębach niosąc sponiewierane zaufanie
parciejesz jak voodoo polskie w koguciej spiekocie transu nienawiści
tylko te podwórza praskie przeczołgane nago pozostały ci,
byś wspominał w styczniu o wakacyjnych miesiącach plażowania, zdegustowany
taki marynarz dłubiący w zębach kotwicą na bukszprycie siedzący
taki smutny księżyc z Samos, nad nim drugi taki sam jak w zatoce tonkińskiej
przez zaufanie przedzierzgnąłeś się w marynarza Wschodu
przez zwątpienia w zachodach słońc byłeś kiedyś prawie kosmitą wierzpem
on latał przecież jak sterowiec?
– kto? wieprz? ten z elektrowni Battersea? ten polityk wyrzucony z PO? kto?
być może nad Samos księżyc i ryby śpiewające marynarzom politykom mantry
to zsinicyzowane latające płetwoskrzydłe w twojej głowie ikony idei manty
jesteś rozczarowany ich jawną i niejawną amerykańską logiką?
– chyba nie..
niosąc zaufanie jak Dogonka balię z praniem na głowie, idący przez pustynię globalną
parciejesz w roli kopieniackiego strażnika pamięci milionów?
– nie, chyba nie..
teraz potrzeba pokornych opowieści płaszcza i szpady w nowym wydaniu
i trumien Edgara Poego nawet dla testamentów Ego
wykorzystanych w zmumifikowanym pustynnym zaufaniu
*Sarkofag*
Letnie śnieżyce płatków jaśminowego kwiecia
rozczłonkowanego wspomnieniem jej warg
niesionego jesienią w przepaście duszy
na tchnieniu ciszy zapadłej, która
utkwiła w sarkofagu jej serca jak zaklęte kadzideł pierwociny
dla glorii zmartwychwstania wszystkich wiosen naszych
tylko po to, tylko dlatego, tylko dla życia.. nowego
zstępuję w te otchłanie z deszczem jaśminu
ja feniks zimy
*Braterstwo bytu*
Ośmiornico siostro i ty bracie grzybie,
cóż to stało się takiego, że się na siebie boczymy,
że już się do siebie nie uśmiechamy w rodzinie
czy wielorękość Śiwy, a może natrętne szlachectwo borowicze
sprawiły, że czujmy się ciągle nieswojo
mimo zręczności i myślenia (zmyślności) w krainie odległych habitatów
i nielotnych okoliczności oddalenia naszego,
od siebie i Stwórcy
cierpimy jakąś samotność my ziemscy bitnicy, my słoneczni cwaniacy,
wodni naigrawacze, księżycowe batiary,
hippisi zmienni w miłości, jak pory roku
wyznaczające rytm w nas, co jest
Santany scenicznym pulsowaniem sumiennym
niech dotrze też w głębiny mórz,
lasów ostępy psychologiczne naszych homo dusz,
co o braterstwie bytu prawie zapomniały
niech wspólnie zanucą pieśni nasze wargi, dzioby i strzępki
pieśń zmartwychwstania szacunku
i czystej miłości atomów ku sobie wzajem
pędzących bez zatrzymania nawet, na zwątpienie w siebie
*Efekt emanacji kondominium opinii*
Skonstruowany z samych przynależności
przemutowany uzależniony od władzy
społeczny efekt emanacji w kondominium opinii nie do końca
równoległych w środowisku eliptycznym
stworzonym w ciężkich czasach odległości społecznych
dystansu naukowców do siebie
samych, lecz nie obiektu badań,
co wynika z kurialności przyjętych przez nich ogólnych zasad
muminkowości dzietnej młodszych wspartych o jednorożce
cokolwiek nieufne wobec roztrząsań zmierzających w kierunku tez
kategorycznych obrazoburczych, takich jak śmierć powszechna
niejednokrotnie chybionych, jak to było już
w przeszłości z wyjątkiem Średniowiecza
bez uszczypliwości wobec dzieci i docentów
*Zakładka*
Znajdź taką zakładkę w duszy
taki szkic do uciekającego w mgłę lub deszcz pejzażu,
co skłoni cię do zastanowienia nad
pornograficznym pontyfikatem twojego mniemania
o dziełach ludzi pokroju malarzy abstrakcjonistów, takichże muzyków i poetów
niby to przetwarzających widzialność na niewidzialność
lub odwrotnie albo wręcz profili na en face w snach,
gdzie światło ciemnością jest a ciepłem chłód
lecz naprawdę kumulujących rozedrgania fałszywe w widzach
materializując emocje nierozwiane, emocje przemoczone,
czasem emocje latem przepalone, emocje emocji materii,
które nigdy nie istniały w nich ani w innych wcześniej
potrzebnych jako wzorzec piękna okrzykiem westchnienia będący tylko
choćby z Enceladusa wypluwek lub z wnętrza Gwiazdy Śmierci samej,
choćby z Inferno – cokolwiek skrajne to dantejskie piękno
termojądrowej reakcji na przegrzanie zbyt ludzkiej miłości
w piecu pozmysłowych oddaleń od Absolutu
lecz potencjalnie możliwych do wytrwania
w mniemaniu, w spojrzeniu, w zamyśleniu
nawet przy kresce termometru ze wskazaniem: 250 000 C
(stwierdzona temperatura wrzenia duszy CZŁOWIEKA)
*Indywidualizm statyczny*
Znużony tym rozedrganiem, co z liczby pojedynczej emanuje
wkradam się w komnatę zadośćuczynień mobilnych i mnogich,
by nie tyle roztańczać, roztkliwiać, co raczej
rozpoławiać arystokratyczne grupy indywidualizmem statycznym,
jestem atroficzny we mgle spolegliwych wynaturzeń tych, jakichś, czyichś kast
odchodzących wciąż w świetle pychy w półświatki
a jednak półcieniem wyobcowania liżącym skronie owładniętych jak ideą uśmiercania
zaznaczają praprzyczyny wszystkiego, co czułe i nie małostkowe, z pozoru.
Tykam tam jak zegar wielopiętrowych katedr na jej wieżach zamontowany
poruszam wskazówkami ciepła, gdy przed drzwiami wieków ich trwania
odlanymi w brązie, za tłumem zmarzniętych bałwanów
macham lewymi ramionami wyłącznie śniegiem ciskając energetycznie
w nich niemogących w zaślepieniu zimowym celnie uderzyć zwrotnie
przekleństwem w tabernakula odwiecznej mądrości, która wyczołgała się
z bagien pierwszych, przeżytych, przybrzeżnych lagun
i mną potrząsa jak wiatrakiem, manekinem, robotem,
mną lepkim od błota pośniegowego sługą wszechgwiezdnej otchłani czasu
patrzącym przez teleskopy, które oczami już prawie się stały
baterią rozjarzane i napędzane galonem łez
tęsknoty za Uniwersum pełnym Boga samego
oddalającym się stąd z szybkością ustaloną przez stworzeń pierwsze prawo
dlatego drgają owe tęsknoty, dlatego czuwają wokół otoczone popiołami zórz
jakie wzeszły u zarania indywiduów

Gwiazda poranna wzejdzie w waszych sercach – Alek Skarga — Wiersze z 2020 roku autora, którego twórczość nazwana została kiedyś „poezją rozdarcia posierpniowego”. Zestawiana była z twórczością Barańczaka i Kornhausera jako rozwinięcie oraz dopełnienie Nowej Fali. Dzisiaj również jak kiedyś dotyka ona aktualnych problemów, opisuje rzeczywistość wokół nas i społeczne nastroje. Nie stroni od psychologizmu i uniwersalizmu.

Źródło: Gwiazda poranna wzejdzie w waszych sercach

2020

Posted: 10/20/2019 in Wiersze

https://bonito.pl/autor/alek+skarga/0

Księgarnia internetowa Wydawnictwa ASTRUM

https://ridero.eu/pl/books/widget/gwiazda_poranna_wzejdzie_w_naszych_sercach/?book3d=true

*Na przestrzenie w kajdanach*
Przez sklepienie ukwiecone symbolem stworzenia
lecę jak meteoryt wstrętny przestrzeniom wolnym w kajdanach
wypluty z teraźniejszości atlasów podtrzymujących sklepienie owo
– sztywnych osnów upadłego buntu niemego żywota
lecę kwietnie, jak na sługę przystało natury
lub na czarownego niewolnika zguby
i przeleciawszy Italie oraz Sybiry Europy
upadam w krater pełnika, co jest jak dolina wspólnoty
w żółte płatki kulawych lekko różowiejących słońc,
co zamykają nade mną swoją ułudę westchnieniem
pochwycony jak trzmiel obskurant graniczny
w poczuciu końca czasu swego wiecznego
zdziwiony euforyczną chichotliwością pręcików
nie w empatii, a w uwielbieniu życia masztów stłamszonych
moim ego zbyt lotnym
jak na przestrzenie w kajdanach
w embrion zmieniwszy przepych początków osoby
siebie dla zachwytów unicestwiam
*Szczyt głupot *
Na sam szczyt tego masła góry
z Dylanem w wannie
niesiem go z osiełem – napisali
tak, tak, nieśli osła żołnierze, choć to dziwne
pomógł on bardzo na szczycie
w barciach Benedyktynów na MC,
gdzie ukryli broń jak V-2 oni z SS
prozaiczne to takie, nienoblowskie, nie muzyczne, acz..
Potem ten szczyt smalcu, w Brukseli,
bo powiedzieli, że,
gdy odbędzie się ostatni Summit
nie będziecie już sami
powiadali, w Północy Piemoncie
Parlamencie.. UE.
Dylan zaśpiewał protest song – World War III
zrozumiałą tym czasem wyśpiewał zapowiedź,
a może on tak tylko na Key West jak Ernest,
a może jak Jackowski jasnowidz pnie się w Onecie
na głupoty szczyt.
Z gór w Dolinę Łez płyną znów
pieśni Rilkego ze starej wieży Muzot,
któż pokolenia zawierzy jemu
i jego paneuropejskim skargom
– tylko ja?
sam na szczycie karmelu
*Liści osady*
Letnie liści osady świecą na skarpach nadbrzeżnych zimy
a my w pidżamach na lotniskach podziwiamy pustych łkań samoloty
jak w klatkach spacerujące tam i z powrotem czarne pantery
my znosimy ten płacz w sobie a samoloty pomrukują dziko
kołując jak nad padliną lata orłosępy
ta zima płynie z wolna korytem po śmierci startowym pasie
ludzie krzyczą w wąwozach skażonych oceanów miejskich
na siebie zarzucają sieci ośmiokrotne
fala epidemii wzbiera a cywilizacja oktagonalna spływa do słońca delty
ja, ty i my miotamy się w klatce sczepionej z miastem przyrody
urosną nam kły i szponów zgrzebne smutki do zimy
wychłostają witki wierzb płaczących w dziczy kosmodromów
i domów wielopiętrowych, domów starości złotych zbożnych myszy
do mów ciężkich dorastamy z balkonów ciemniejących świtem
a serce snu i jawy czuwa nad światem
serce obce dinozaura czasu czule zjadającego liście paproci
ze skondensowanej w smogach, zestalonej schyłkowej stali
*Splecione ciążenia ulotne*
Zadośćuczynienie uczyń spleceniom wiklinowym ciał
duszom w hołdzie zaniechanych wyznań
sercom w hołdzie przeczytanym wyznaniom
– zechciej pozostać dłużej po spektaklu serc,
który zmienia się w ofiarną ucztę..
to obrzęd miłości
zwany inicjacją zasupłanych
ale zdarzający się tylko w kurortach bezodpływowych marzeń
skazanych klimatycznie na wyspy zakazane niewtajemniczonym
ech, wyspy nasze na rzekach dni porośniętych wikliną spojrzeń
w wiklinowym koszu spławiane powiek drgnienia
w wiklinie wzrosłe i z nią spokrewnione gatunkowo westchnienia
przez rękodzieło słów niewypowiedzianych
uznanych za ważne przez pierworodnie zakochanych
w rękach księżniczek uzdrowień
spolegliwość uczuć i historii osobniczych
ciał i osnowy bytu – splecionych ciążeń ulotnych
uzdrawia
*Horacy*
Horacy, Horacy, ty znowuż, czego chcesz?
ze stoickim spokojem zaakceptowałem
wymuszającą propozycję twoją, aby w wierszach
wspomnieć o Masadzie,
tym symbolu beznadziejnego oporu Żydów przed rzymskim porządkiem
jednym dłuższym atakiem wzniesionym, nasypem,
usypanym po sam szczyt góry i murów na niej jak wulkan
– symbolu przełamanym
rzec można cierpliwością republiki, która już tkwiła w cesarstwie
tuptając miesiące całe wokół zbuntowanej góry legioniści i wódz
Flawiusz późniejszy, jak Flawiusz wcześniejszy, cierpliwy do bólu,
palący niechcący Świątynię zbędną już na nieodległej Górze Moria
– stali się symbolem konsekwencji w uczuciach
i porządku w celowym myśleniu
Horacy, Horacy (złoty środek słowotwórstwa w marszu każdego imperium),
ty przełamanych oporów zdyscyplinowany piewco
nie kieruj łodzią moich wierszy zbyt często
dotrą do namiętności same płynąc lodowatym oceanem Charona
i za obola
wykupią utracone miłości, beznadziejne,
które jak ogniki pogasły w ciałach zaraz po erupcji emocji Wezuwiusza
Horacy, Horacy, ty we mnie jak ster jesteś
– ster przełamany,
gdy jestem pusty i losem zniewolony,
nad przepaścią serc bez jednej łzy
*Ucieczka od rutyny*
Poruczone sanie przez kogoś, kogo, uzurpatora Christiana?
oto ja śnieżny, oto ja Kaj taki trochę
a ona do Śniegu przyzwyczajona Królowa
pędzimy przez Kalahari Pustynię
zewnętrznie wyglądamy jak Baudelaire i Safona
nic nas nie łączy, nawet śnieg
emocji żadnych nie ma, w sercu lód