2020

Posted: 10/20/2019 in Wiersze

https://bonito.pl/autor/alek+skarga/0

*Cztery helikoptery*
Skromne uderzenie gorąca do głowy
było pierwszym akordem na klarnecie
zdawało się zrazu, że będą większe
takie nie były po tej libacji (lekcji homofonii)
ot, libacja na koturnach, a może to nie była libacja
tylko taniec pingwinów po… powrocie z morza
od czego pochodzi słowo libacja? od libido? bilokacja?
rabacja od odrąbywania członków, tak
tak, strachy na lachy przed drzwiami naszymi zastano
dworce niesamowitości zastane spalono
a lewitacje sów, które wyleciały stamtąd
były jak sabat nietoperzy przed… zjazdem… nastroju
byłem tam jak przystało na zoologa po Botanice
pasjonata unurzanego w czci do mechanizmów przyrody
i podziwiacza Kwiatów Zła w Ogrodach koncentracyjnych
na zewnątrz ogłosiłem zaręczyny z piękna gwiazdą narodzoną
a wewnątrz zbratanie z bólem czarnym tła
i jak trasy mrówek rozległym od horyzontu po horyzont
albo grzech pierworodny od czynów od razy pełnych
tak, z parasolkami i wieszakami na dżdżownice poszliśwa do Rycha
i wracając utknęliśwa w słowach: rewolucja aliteracja
oto siedzim w bajorze i patrzim, a tu wu wu wu…
Bayreuth, Wozzeck, tu Stockhausen i cztery helikoptery w głowie tożsamej,
te pulsowania w uszach-skroniach-nosie
sama już tylko depresji demonstracja odbija się w lustrze wody
fuga w atonalnych bulgotach w łazience ludzkości
(Sulima-Strawiński) ech, … na klarnecie… te akordy

*Ponad powierzchnią*
Twój anioł nudzi się w tym mieście od lat
przesiadujesz wciąż na ławce obok jakiejś żeńskiej zawodówki
twoje usta są tylko dla dorosłych dziewcząt
zamykasz oczy, spuszczasz powieki jak klapy czołgowych włazów
a w głowie twojej
mały kulawy psiak zdycha ranny pod płotem – to ty
nurkujesz w puch listopadowych dmuchawców, znikasz tam nagi
i nie byłbyś sobą gdybyś tuż przed Dziennikiem Telewizyjnym wieczornym
nie wystawił na świat wskazującego palca prawdy
ponad powierzchnię tej miękkości opuchłej obłudy
tej społecznego wszech bezpieczeństwa ułudy

*Wielkie te ptaszyska*
Wielkie te ptaszyska – rzekł Baldwin
nie dosięgnę ich mieczem
są w filmach na zakrętach dziejów
epizody z nimi to sceny iluzorycznie fabularne
celebryci zaświatów zwą je epickimi walkami smoków,
gdzie same katapulty nieobsługiwane
wyrzucają bluzgi ludzkich ust
w kierunku murów Salem jeszcze takich sobie
usta nieme strachliwe też splugawione jak ostoje Gehenn
w księgach Dostojewskiego i Camusa
znudzone diabły w duszach zaafektowanych morderców i graczy
telewizyjne pogadanki o sektach wrażliwych dusz –
głowy wrażliwsze, jak sowy wypatrują w nadrzewnych gniazdach:
opuści je kruk, opuści Trocki, opuści Etienne-Emile Baulieu,
opuści Obama, opuści Mahomet, opuści Nobel,
opuści Achilles, opuści Marduk, opuści Titow,
opuści Hu Jaobang, w końcu Wasilij Błochin
a zajmie go papuga spadająca z nieba jak błyskawica albo
jak myśliwiec odrzutowy, wręcz z Marsa przybysz:
„Tajemniczy Podróżnik Kresów RU-486”

*Jadeistyczna*
Jadeit drzemie w niej i czeka jednak
na hasło by wyksztusić poezję leczenia wulgaryzmów
rozerwać ulicznych burd niewolę
śmiecie i popioły z niej wciąż lecą lawiną,
co jadeitu nie znają prawdziwego piękna
jej dusza krwawi w myślach ściśnięta
kolczastą nimfomanią otoczenia
o naiwności społeczna w krematoriach mateczniki masz
o jakże on piękny ci się zdaje nagle ten ateistyczny sznyt
ale budzi się myśl w wewnętrznym sezamie olśnień mistycznych,
jadeistycznych: ja deistyczna? wolna?
– płodna, władcza, mądra, tak!
– chcę być taka! jadeistyczna!
*Ledwo detektowalne*
(Absolutnie zmienić ból w zapamiętany sen w Acapulco)
całokształt tego nocnego czuwania w wydmuszce zapamiętanego snu
jaki pozostał ze skamlenia ledwo detektowalnego
cząstek elementarnych przedistnienia
w obliczu jej potęgi całodziennej niezauważalnej w słońcu
naiwnością niewinności wykarmiony byt
przebywasz z nią razem bez zrozumienia konsekwencji
energii z cząstek tych pochodzącej, niewybieranej z piękna ust ani oczu
ale energii zaniechania uznania zgryzoty rzeczywistych
ziemskich nawoływań eschatologicznych
(Na Aleutach pamięć wspólną w adekwatności pieśni..)
wobec ciszy przeinaczeń chwil wspólnych, godzin bólu
tak nieznośnego jak pamięć twojego ludu wyruszającego w nieznane
pełnego ufności w miłość stadną jakżeż energetyczną
twoją jaźnią pełną odległych miejsc dla pokoleń ona żyje,
a ty jej prześnioną podróżą do nich w tobie
*Przeszyty beznadzieją nie jątrzącą*
Potencjalną ledwie uchylność systemu odchyleń
telewizji komercyjnych rozklekotanych,
upudrowanego i umalowanego jak kurtyzana
na wprost zmierzchu bogów celuloidowych jednakich,
na wskroś poranka holograficznych stworzeń tożsamych
do szpiku przemarzniętych i dobrych w ocaleniach kopii
dzieł wycofanych z publikacji i podziwiania – obserwujesz,
oto zamszowe świty systemów wynaturzeń w sinawych ocknięciach
kadłubów pozostałych po satysfakcjach Nietschego
i szmaragdowe zmiany systemu odznaczeń
a ty na dywanie czerwonym czekasz na nie ze wzgardą
przeszyty beznadzieją nie jątrzącą blokujesz uchylność stopą

*W zaciśniętych ustach*
Emulgatory elipsoidalne ciszy w zaciśniętych ustach twoich,
co są jak assemblery podstawówki
front jakiś się odzywa dudnieniem gęsi wciąż nawołujących Rzymian z Zachodu
gęsi w butach żołnierskich maszerują same na Galów ze Wschodu
kapsuły czasu w rękach onirycznych selenonautów w podstawówkach
(wojennych) wyuczonych przez funkcjonariuszy nowej oświaty,
w piórach miękkich a nie mundurach sztywnych zagadujących:
ten tego, panie, akumulatory naładować trzeba na nową rzeczywistość,
tym tego, panie, e-lekcje odbyć na Skaryszewskich Polach Przeoranych,
dzieciom jak w latach pięćdziesiątych podarować aparat pojęciowy
Błoński i Włodek początkującym ładowali aparaty zdefektowane
reinkarnacją zawieszonej ciszy – tyle zostanie:
padnij w rozgarniętą mgłę bierności, strzeż tajemnicy
strup osiały redaktorze widmo naszych en cyklop edycznych wiadomości
z 47-go z Rakowieckiej Rakowski
cel nauczanie w oleju onomatopei bez względności bez wartości
znika powoli w zaciśniętych ustach

*Góry żalu*
Są takie góry żalu, których
nie rozetniesz żadnym toporem uśmiechu
nie wyrąbiesz żadnej tam trasy
dla wysokogórskiej kolei zapomnienia,
gdy każdy wagonik jakiejś kolejki linowej
przekraczając grań zamyślenia
oderwie się i przepadnie za ścianą powieki cienia
tych lat rozżalonych, rozpłakanych, rozpłatanych,
jak nartostrada w górach poprowadzona aż po sam szczyt,
nie unicestwi żaden stalowy mega robot
strącający lawiny, wywołujący wichry,
raniący niespokojnymi gołoborzami podgórski świat rozczulenia
niw zastanych w rozpamiętywaniu skutków kataklizmów i wojen,
wywołanych słowem jednych lub milczeniem drugich
akupunktura lecznicza na zdrowym ciele wycieńczonych wspomnień,
przebicie tunelu, uszkodzenie aorty w najwyższym punkcie wyniesienia,
urażenia ambicji
– niech ambicja nie stanowi wyłącznie o piorunochłonnym ja
– niech ja będzie krzyżem troski o wszystkich na szczycie, który się ostanie
i pod ciosami natury człowieka nie upadnie w żal

*Do windy etosu*
Złote kręgi wieszczów narodu ale i pasożytów społecznych
widzę wydeptane w zbożach
nadnaturalnie wyrośniętych z nizin aż do księżyca
i to walec słońca nie ma z tym nic wspólnego
draft i drift na przedmieściach półpustynnego żyznego nieba
taki arabski piaskowo-nierealny
jak kobieta w burce na rurze tańcząca
w złotych kręgach widzę jakieś drzwi do windy
może to elewator z jakiejś farmerskiej gry
może fatamorgana albo anioły Polski
znam kilku, ale to nie żaden z nich
jestem oczkiem klejnotem na głowie Apisa
tego, co w klubach westernowych rapuje Pragi
jestem wolnym myślicielem całej przyrody
(a nie pogardy i propagandy jesionów)
dobro stanu pokoleń właścicieli ziemskich te zboża
stoję w drzwiach chlebowych jak sierpowy
a kręgi jak pętle zaciskają się wokół
słońce nadąsane nieco niedocenione schodzi do mnie
otwieram jego drzwi, naciskając przycisk nerki
otwiera się powoli, coś jak neolityczne wrota piątego wymiaru
w środku słońca prawdziwe serce zranione
– wchodzę do windy powszedniości etosu
*Wybryk mózgu*
Karygodny wezuwiański wybryk mózgu
przechodzącego z fazy starożytnej w mniej starożytną
okazał się brzemienny w skutkach,
alternatywne kominy wydaliły cudzo słowne popioły,
jak Herkulanum psów gwiezdnych szczekania
i tak przetrwało w pigułce ich opad na łaźnie deformacje
które bodźce były słuszne? z góry?
A może te wzięte z japońskiego wybrzeża
płynące wtórnie szeroką ławą fal kar w głąb wybrzeża
po uprzednim oberwaniu się dna
nad kraterem sobiepańskim pornografów samurajów samobójców
czy te, co zmieniły sytych Rzymian w szkło na potrzeby
dzisiejszych Samarytan prochowych z Oslo?
czy te, co zmieniły sytych Japończyków w pomniki
na potrzeby przemysłowców nuklearnych ze Sztokholmu?
Działający dla dobra ludzkości panteistycznej uradośnili bezsens
dla dobra ludzkości nie panteistycznej podrzucili pozostałe
dowody, artefakty Gomory i Sodomy
które bodźce były słuszne? z dołu?
ten sam krach, wybryk magmy,
zapadlisko świata kaldery dla postępu,
skamieniałe przestrogi

*Na makatce*
Zmienione kwiaty onegdaj
przysunięte szafki nocne z wazami
kinkiety, kandelabry, lustra, plafony
– dojrzałości fatamorgany
w tym tak zwanym micie alkowy wybrzmiałym,
wygranym, wyśpiewanym przez niewidzącego
onegdaj w zapachu kwiatów tych
zwinięte jak stare banknoty – płatki róż
ona w łóżku w szyszaku z pióropuszem i półprzyłbicą nadobną
jej lampka nocna cała z kości słoniowej
smoczym transportem z Durgi indyjskich świątyń
wprost dostarczona
jeszcze prycha lotny słoń za oknem
słoń zbrojny Hannibala, inny niż mój słoń szczudłonogi,
zasłuchany w nokturnie Chopina rozpisanym na tapecie,
w Sonacie Księżycowej na drumli na jednym wydechu zagranej,
w strofach Norwida wyhaftowanych na makatce,
czytanych przeze mnie zamiast pacierza,
by zasnęła

*Hiszpanka*
Jesteś tam na górze – woła żona
– zejdź na dół, ktoś do ciebie, pan Kostrowicki przyszedł
wyszedłem na balkon, żeby zobaczyć go
odsuwając fotel od klawiatury, stanąłem ponad nim
popatrzył w górę spod hełmu, tam pod drzwiami
poprawił karabin z ogromnym bagnetem – witam pana, rzucił
– witam i ja, to zaszczyt gościć taką osobistość u nas,
co sprowadza mistrza surrealizmu w nasze polskie naturalistyczne progi?
– widziałem się z pana dziadkiem, który wyjechał z Paryża
bronić swojej Polski, szedł sam drogą obok kurhanów tragizmu
za resztkami Armii Karpaty i Kraków, ciągnął na Lwów,
a ja wciąż szukam frontu, który mi przydzieliła Francja
i oddziału z kosami, na dobry początek
(idę zakosami, trochę mnie zniosło z Galii w Galicję),
widzę, że Pan ma róże przed domem, chciałbym kupić jedną
na swój grób, jutro mają przysłać ambulans po mnie,
taką depeszę dostałem, pewnie coś wiedzą,
to już pewne, zabłąkany szrapnel trafi mnie pod wieczór,
potrzebuję, więc jedną różę – białą koniecznie, na grób, już mówiłem,
chyba miałem walczyć o Zelandię, chyba o Francję, chyba..
– niech pan patrzy, ta głowa w bandażach będzie cała,
jak pański dziadek wyglądać będę bez mała,
cóż, to ile za tą różę?
nic – panie Kostrowicki, łany i naręcza ich dla pana, przeżyje pan
czy aby na pewno ona róża na grób? (jak tam Lilla, Lou, Madeleine..?)
pan jest świata różą już a ja
cieniem orła wciąż, na tym balkonie osiwiałym
mitami obaj już Guernic i Wizn wszelakich
a śmierć naszym gniazdem i ojczyzną
lepiej niech nie będzie więcej w tej śmiercionośnej Europie
wie pan, co to pandemia, lockdowny, co to szaleństwa kubistycznych kobiet?
– nie, drogi panie, u nas przewagę w pląsach ma ognista Hiszpanka, widziałem się z nią..
inna jest niż u Picassa, Trakla, ochotna, ochotnicza, och..
*Statystyka Pascala*
Statystyka Pascala cierpiącego, kochającego, wierzącego
jeden koniec, koniec, nie koniec, ale jeden na pewno
to takie trudne zrozumieć bezwzględną próżnię na zewnątrz
on ją odkrył w sobie, w centrum ja i dostrzegł gwiazdy
uciekające przed nim jak przestraszone jaszczurki
był pełen gwiazd ja, ja gonad
moje myśli w jego próżni
moja cna podróż do źródeł nocy wiecznej,
gdy pewien typ ja odzywa się w gęstej materii
słońc zmieniających się w eksplodującej czerni
w statystyczne, eksterytorialne wypluwki plazmy
wystarczające dla koczowania mędrców
a wiatr słoneczny rozpędza się wśród miłości cyfr
bez ogłady, ale z masą nachalnego wdzięku
tak, to miłość – narzędzie i atrybut mędrców
*Po akceptacji krajobrazu Bieszczadów*
Z męskiego podbródka wzięte po akceptacji krajobrazu Bieszczadów
i takich tam karpackich schodni ku oberżom widzeń
podniesione do rangi katedr Beksińskiego wśród pokrzyw cudo
galijskie, nieco przerażające, swobodne w węgierskim wyrazie
po walkach komunistów z banderowcami
jak topole kwaśne krople piwnych skojarzeń dawnych
latających miłosnych Żydów z drewutni ukraińskich
sięgających Rymanowa i Krynicy bezwiedni talmudycznych
nad stogi Łemków wyfruwające z obrazów i instalacji paryskich surrealistów
kęsy, okruchy krzemienia z Rozsypańca, pniaki sczerniałe z dna zalewu,
warszawskie madonny z koryt i po detoksie anioły z przedmieść Katowic
widok z Połonin trwalszy niż wszystkie przejścia i bitwy narodów
zestawia myśli w uspokojonych chwilach zadumy
nad Sekwaną niespokojną przeciskającą się przez Chorwację Białą
po akceptacji krajobrazu Bieszczadów
bądźcie zwiedzeni zamyśleni zagubieni zawzięci
* Pobudka *
W dwóch kącikach ust szept mojej duszy trwa
uciszony rózgą nauczyciela ulicy mrużę oczy
kraty rzęs uchylają się
wpuszczają do świadomości dziecko
ten mały indiański dzieciak to ja o świcie
step wolności daleki to mój Manitou
spojrzenie oczu
moje poczęcie tam
mój koniec świata tu
wychodzę z dzieciństwa by odejść na zawsze
z epoki i kontynentu
by spędzić życie na szukaniu
chwil bez hipokryzji całunów
w gniazdo szerszeni wbity sosnowy kij
dzwon, w którym się odbija echo burzy
w ustach język mocniej naciska na podniebienie
drgają wargi
falują policzki
rozchylają się szczęki
usta otwierają się szeroko jak brama obwarowanego miasta
z zadrutowanego gardła
z cywilizacji głów snów słów
wysuwa się głowa koguta z czerwonym grzebieniem
wolność czy szaleństwo?
pobudka dla świata? dla mnie tylko?

* Istota ludzka może *
Istota ludzka może i potrafi
nie bać się niczego i nikogo zanim..
udowodnione to zostało już nie raz,
że istota ludzka może zapanować nad
wpływami kosmosu,
może wszystkie znaki zodiaku
wpisać w swoje życie rylcem lub skalpelem
istota ludzka może też usiąść
na kamieniu przy drodze i czekać bez końca
a jeżeli ktoś będzie chciał ją przepędzić
jest w stanie w każdej chwili popełnić samobójstwo
istota ludzka może podzielić wszystkie ryby na nieskończoną ilość części
może je też liczyć w nieskończoności oceanów i sklepień
a może to robić całą gwieździstą noc pod Krzyżem Południa z otwartymi ustami
istota ludzka może kochać w przedziwny sposób
obrażona w uczuciach może posłużyć się gazem pieprzowym
albo cyklonem B wobec innych
może przeistoczyć się bardzo łagodne zwierzę
lub w bezwzględnego drapieżnika z Komodo
istota ludzka może chcieć coś ponad wszystko
i może za to dać się zniszczyć,
gdy zacznie jej coś chodzić po głowie
może stać się godnym litości nadąsanym dzieciakiem
istota ludzka nie zawaha się wypić trucizny życia,
jeżeli tylko jej serce skonfudowane będzie na to przygotowane
w deszczu słowach może utonąć na zawsze milcząc
może też do końca walczyć o swój byt naostrzoną piką idei
może szukać w sobie galaktyk matematyki lub małży
ale istota ludzka rzadko jest w stanie poniżyć siebie przed samą sobą
dlatego tylko niekiedy pozostaje wolna przed nieba bramą

*Pałac świecy*
Zanadto ją znam, by skwierczeć jak dopalająca się świeca
na jej świeczniku, to nic nie da
boleć, że to już mija, ten płomień gaśnie, a ja z nim
zanadto jej się przyglądam (w oczach widzę niebieskie znaki),
by rozmyślać jak cherubin tylko o zawartości arki przymierza
a ona arkę złożyła we mnie, miejscu mniej świętym
zanadto jej złoto przeniknęło do mnie, zanadto pożądanie
zapaliła moją milenijną świecę pocałunkiem w parku, ot tak
w dłoniach słów ją trzymam i w żyłach wynamiętniam cenny jej kruszec
będziemy ścierpiać od niej ochędóstwo ciągłych przemian pokór
w kosztownych ornatach odmiennej zwierzchności wyniosłej
dla jednego jedynego dnia wspólnego majestatu dusz
zanadto ją znam, tą moją z Saby Makedę
ja król snadnych pocałunków w dłoń umykającą ku pustyniom
nie będę podążał wargami za bóstwem jej piękności wszetecznym
zdmuchnę w sobie pałac świętej świecy
– w kopalniach bogactw ulotnych obrazoburczy
niech pozostanie tylko arka zaginiona w pamięci uścisków i pieszczot

*Pouczenia bez marzeń prawdziwych*
Ze skromnych jednobarwnych, niesamowitych
w usłużnościach, pouczeń księgowego marzeń zastanych
wychynęli jak pokora z manifestu księcia rewolucjonistów
wciąż czekających na dogodny moment
do podniesienia pirackiej flagi wcale nieoznaczającej dobra ludu
tylko zwykłą grabież zeznośności przewidywanego bytu
przedrewolucyjnie nieoznajmianego landlordom,
królom i nawet jegomościom w koronkach złotych na zębach
zwykłym kryminalistom ideologii złośliwych
czasu skazanego na zagładę u węgła świata
zmyślonego bez marzeń prawdziwych

*Po prąd*
Skruchą napełnion płynie pod prąd
jakby łodzią a nie łodzią
zasromany sromotny Skuba Skubiszewski
ten, co był przeciął pępowinę Protokraka,
co ze smoka wyrasta ła
zgiełk go ogłuszył, więc wyruszył
łe, z jamy za miast z miasta
pod prąd, co kiedyś był bystry
a onegdaj będzie jak zawrót głowy świetlisty
sennie kołysze się na rzece jego galar
hejnał grają, podnieś się już Skubo
hejnał dla chińskiego smoka to
komary gryzą, oni wędkują, one wtórują
cudowne bolenie wrzucają do zwykłej łodzi
zapełnili ją po burty i prawie toną
on na dziobie – rozpostarł ręce
i chwyta wiatr historii
nie ogania się ogonem złotym (jedyny)
dzielnie puchnie, stoi z grzywą rozwianą, płową
splątaną, jak koń
on, stajenny, plaże mija skruchy zaznaje
nurt prądu wyławia go z sedna miejskiego oddalenia
prąd nurtu szepcze: zewsząd przyszli by napoić stepowe konie
gdy Nike na kopcu wzniosła jakiś znak republikański
zawrócił wściekły i został królem
na wzgórzu wśród błot
nie Karol Młot
lecz Skuba znany smokolota jeździec
znów dziś w łodzi a nie łodzi jakby
pod prąd jednak wciąż

*Morze Łaptiewów*
Zgorzało słońce, patrzcie, i co teraz?
serce się rozpłynęło we łzach,
poczujcie tą pustkę, i co teraz?
miłość spłynęła do morza, Morza Łaptiewów, niewolników
stójcie, patrzcie jak zamarza jej delikatna struga,
i co teraz?
Wiedza wyparowała jak eter w laboratorium MIT,
zobaczcie, nie ma tu nic,
nie ma słońca i życia, miłości i wiedzy,
i co teraz?
Śmierć nadchodzi, jak wam się zdaje?
nie, śmierci nie uświadczysz
symboliczne Morze Łaptiewów znowu ruszyło
to już tylko mit minionej zbrodniczej epoki,
a sama śmierć tkwi w nas już bardzo głęboko
jak europejskie wyzwolenie wolnej wolności

*Zorza spodziewanego bólu*
Okazjonalny strach tylko
wewnątrz butelki, która
odlana została z diamentu ciekłego
w stanie półkosmicznym półatomowym
dla hardych dusz niby
Napełniam ją sobą czasem jak Dżinn
zdecydowanie zbyt szybko
jak na fizykalne właściwości osobowej materii
będącej lepką mieszaniną serca i mózgu
a nawet tylko ich emanacją
wciąż przerażanych determinizmem
choćby złudnym jak zorza spodziewanego bólu

*W pamfletach na oczach*
W pamfletach na oczach myszkuję po wielkim domu
Ojcze! – wznoszę modły – oj, co dalej?
doszukuję się, wyszukuję, oszukuję się, wolnością oną
hen, po zapomnianej kuchni biegam, zrywam niezapominajki
wyczołguję się spod publicznej wersalki
w krwią nabiegłych zdaniach staję prosto,
jak cel, jak tarcza dla Kupidyna
chcę barw czystych narodowych dla siebie
i sklarowanego barszczyku po północy dla niej
chcę podróżować w solówkach jak deszcze
i refrenach dzielnic jak łąki
palce w kształcie chmury wiszą nade mną jak miecz
jakby krzyczały – stój! stój! – ból oswój
staję więc na baczność, czuwam przez chwilę
w szortach na chocholej głowie
i okularach białych na uszach misia
z Ziemi skażonej wyłuskuje mnie cisza,
gdy wyschnę, wypalę się, wydam owoc stukrotny
antidotum dla miast produkt skruchy
wąski język jeziora tam, wąskie pasemko śliny tu
otwieram wydawnictwo, otwieram oczy
patrzę w lustro, znowu widzę politykę w tle
oczy moje widzące, oczy mylące, ech wy
z oczu kpię jak z Kupidyna, który wciąż chybia
nierozważnie, oj, nie rozważnie, oj, pochopnie
pamflety zmieniają optykę domu zniewolenia

*Krzyk (Munch)*
Idziesz przez molo w Sopocie, niesiesz smalec ciszy
wskazującym palcem sprawdzasz plastyczną konsystencję tłuszczu
w ten lipcowy przydługi bezludny dzień
schodzisz na pustyni plażę
stopą mierzysz poziom Morza Bałtyckiego
wciąż czerwonego słodko-kwaśnego
skarlony w swoim rozgrzanym organizmie
w letnie południe jak szpiczasty szczyt zbyt wąski dla dwojga
odlatujesz nagle stąd na skrzydłach metalowych
przyczepionych do pleców bez tatuażu
lecisz nad Helem i Zatoką Pucką
lekko lądujesz na wyspie pełnej fok
palcami stopy prawej gładzisz sierść odwróconego samca foki
ten się budzi, prycha i przewala poirytowany
patrzysz zdziwiony, a to długowłosy Karnowski przecież
nie foka, nie zwierz, nie bies
obok coś jak wielki głaz, który jak mors ciężko sapie
kopiesz to coś, a to rzeczywiście żywy morski słoń
lecz raptem okazuje się, że to Lenin
Lenni i to bez kaszkietu
Lenin wściekły jak na wiecu
krzyczy – Niesiołowskiego z Poronina wołajcie mi tu
a ty już jesteś treserem, cyrkowym pogromcą
zakładasz cylinder na głowę, bierzesz bicz, uderzasz nim
wszystkie ssaki morskie posłusznie unoszą się
na przednich płetwach i podrzucają piłki plażowe tęczokolorowe
zakręcają nimi na swych owąsionych nosach
uderzasz biczem – porzucają wszystko
i jednocześnie wskakują do szarej wody
z fal, które je zakrywają
wyłania się Afrodyta jak łódź podwodna utracona kiedyś
przez imperium zmysłów w ruinie
zakładasz chustkę do nosa na rozgrzaną głowę
uderzasz biczem w piach wydając dziki krzyk
zmieniasz się w żurawia z półpłynnego wosku
i tak z wolna zastygasz
z uniesionymi skrzydłami na wychłostanym brzegu
zalewanym czerwienią, co rusz

*Rodacy krokodyle*
Co za rodak z ciebie Julianie, co za krokodail?
See you later.. Amigo, amigater
westchnął Ibis Andrzej i wskoczył do…
jedni twierdzą, że na, a inni, że do …
potem Soros go wyjął ostrożnie z Huang Ho
płuca miał chore, znaczy Soros (SARS)
szukał leku, znalazł długowieczność
nie w rodzie, nie w narodzie, (nie w nie na)
ale poniżej, tak poniżej wiary
gdzie kruchy mandat palestyński (Palestyny)
za sojusz gwardii hipopotamów nilowych z czołgami T-55
a na pustyni Negew a a Asuan a i Tamy Przełomów Trzech
no więc, Soros wydobył ptaka z grobu,
co się potem działo nie wiem
nikt nie wie, nie, ktoś wie, ech ten wiew
ludzkość się myli, jak trzeźwy raper tylko raz
co w zamian za rodaka dostaniesz? wiesz?
pieśń pleśń pieśni pleśni
są dni w katakumbach pomidorów i noce w piramidach szparag spędzone
twoje – śliczny ziomalu hybrydowy światowy
obelisk z Teb
dla motocyklistów homoseksualistów surrealistów wieź
zaszłość to niezła, mielenie mgły w podczerwieni
ani to nie my ani oni a my toniemy
w grobach obcych (Nilach rzekach Babilonu,
Renów pełnych aligatorów)
– see you.. w rozkwicie Florido Fauno
rodzie Robaka otwórz się sam..
nie za bardzo

*Języczki bezmyślnych emocji*
Kłótliwy do zniewolenia języczek we wnętrzu storczyka,
co jest taki sam jak wnętrze maszyny,
która wydaje się zbyt ludzka
zakręcona, splątana sterownia samobójczego pilota
malkontent, struchlały, mechaniczny, zaprogramowany,
obskurant z piekła rodem w niej,
rzeźbiarz fallusów w przedsionkach cerkwi,
malarz korowodów śmierci na drzwiach szpitali,
diabelski stwór wywołany pokuszeniem
z koźlej, zygzakowatej procesji podburzonej Galicji
albo z elipsoidalnej panachydy oszukanego Wołynia
wysuwające płazów języczki bezmyślnych emocji
straszne mogą być stworzenia z kolorowych, zdziczałych ostępów
ludzkiego umysłu

*Rodzaj oniryzmu*
Jest taki mało popularny i niepoprawny rodzaj oniryzmu
gdzie subtelne żołnierki i strażniczki obozów koncentracyjnych
na fotografiach przypadkowych pożółkłych
nie tylko wąchają czerwone maki przytulone do nosa i warg
a nawet uśmiechają się ukradkowo
do mężczyzn znajdujących się po drugiej stronie
Ja jestem psem, który zawisa lotnie nad bankiem tortur i świeci jak księżyc
brutalność mierzy do mnie z ukraińskiej wioski a ja z tego nic sobie nie robię,
gdy konstruktor katapult rzymskich myśli w taką noc o zdobyciu Troi,
która już została zdobyta i zburzona przez Achajów
lub obaleniu murów Konstantynopola, które osmańska nawała dopiero unicestwi
Ja pies Czomolungmy gram na skrzypcach śnieżnych z KPCh
szczekam z bardzo wysoka błyskając gwiazdami – ślepiami nocy na
żołnierki w biustonoszach khaki i strażniczki purpurowe od stóp do głów
strzelające strzelające strzelające prawdziwie z łuku
do mnie – subtelnego Sebastiana śmiejącego się śmierci w twarz

*Dżuma 2020*
Wewnątrz zwykłego domowego światła wieczornego
wewnątrz poematu Słowackiego
zagubionego w pustyni jak Samarytanin i Hiob
przykucasz na dywanie w namiocie swoim
w otwartych drzwiach balkonowych czyniąc Dawidową Bramę wieczności
manną napełniasz usta i hyzopem skrapiasz pokój nomady
sprawiedliwość i pobożność na względzie mając
czekasz na Księżyc wieczorny pierwszej kwadry
słuchając Teleexpresu czytanego w kuchni składasz ręce
jest czerwcowy długi dzień, ale nie ma śladu Księżyca
tylko gwiazdy, gwiazdy, dziwne gwiazdy korundowe
myślisz o Słowackim i Egipcie pełzającej śmierci
a w twoim namiocie pojawia się nieznana obca ptaszyna
nie mniej wylękniona od ciebie myśl
– dżuma 2020

*Dezelator przemiany*
W moim zbyt ciemnym pomieszczeniu sterowniczym,
o którym śpiewają pieśni
nazywając go: pakamerą, dyspozytornią, mostkiem kapitańskim,
politbiurem duchowości albo wręcz centralą utopii neurealnej
jest beznadziejny jeden element
to takie coś rozbłyskujące w najmniej oczekiwanych momentach jak meteor,
jak skalpel wysupłane z zanadrza inteligencji, by trepanować skały
ukazywanie głosem zbyt cichym, mimiką, gestem
poirytowania: pychą, zazdrością, gniewem ledwo okazanym
z ducha historii zwanego histerią zmierzchu
przyrządów nawigacyjnych wszelakich
w czasach odpowiedzialności zbiorowej za grzech indywidualny
taki nieoczekiwany sztos myślowy w bezdenną ułudę świadomości,
o której nikt wiersza nie napisze a szkoda, szkoda nas i jej
jeden beznadziejny element – dezelator przemiany dobra

*Łąka samopoznania*
Kruche, małe, delikatne
w swoim zaniedbanym anturażu uczuć nieskoszonych
kłosy tymotki, wiechliny na mojej tyczce
naszkicowanej emocjonalnej łąki
zasługują na mocniejsze oświetlenie
oczami zająca, sowy, lisa, świerszcza zaledwie
a ja czekam z kamerą na wzgórzu z setką reflektorów
zaraz padnie klaps
i ruszy machina ekipy zniecierpliwionych filmowców
szarża na wszystko, na aspekty zadeptania akcją
albo istoty bezruchu w wieczystym trwaniu,
utrwalenia za wszelką cenę dla pokoleń
tej samopoznania łąki we mnie
ktoś mnie właśnie obraził ordynarnie:
światła, kamera, akcja…

*W otulinie*
Otulony podróżą orientalną na koniu rączym skrzydlatym
on w uprzęży strojnej, a ja Rudger w lśniącej zbroi
nad dachami zmierzam w kierunku Pomnika Kościuszki
na końcu Piotrkowskiej
tam jacyś Murzyni sprayem malują na nim sierpy i młoty
a wózki z bawełną gnijącą mocują do barierek
odrzucam podróż fantasy jak kołdrę
przywdziewam na zbroję miast manifest buntu
flagą Bradamanty rozpędzam much stada nad padliną rozumu
baraszkujące
biorę do ręki Pomnik Kościuszki i odkładam na dach Atlas Areny
stawiam na jego miejsce
Indianina w otoczeniu dzieci Donbasu
zamawiam taksówkę pod opuszczonym kościołem Zesłania Ducha Świętego
i mówię: wieź mnie Ozzy do Wojewódzkiego Komitetu Peeselu
ozdrowieńcu, jeśliś swój
a tu taksówka zamiast zatoczyć koło unosi się w powietrze
jak Starman Muska przelatuje
nad zwalonym kominem woli, nad zrujnowaną przędzalnią snów,
nad kolorowym posągiem sztywnego Tuwima, Memoriałem Dekalogu,
nad tajemniczym kufrem, na którym siedzi Reymont niewidomy
zatacza koło i wpada na jakieś podwórko,
wprost pod siedzibę TVP Oddział Łódź
i cóż tu jest już?
jest wszystko od Statui Wolności po Lenina
a nawet spiżowy odnowiciel Zorobabel i pogrążyciel Soros
znajduję pod śmietnikiem Zdanowskiej urbanowy koc
otulam się sam i bezdomnego psa
jestem znów w otulinie Iranu i Indii
– ja, rzeczony, jeszcze nie spiżowy dziś
– trzy, treis, tin
odnajduję wspólnotę: siebie ciebie ich

*Jej cień we mnie*
Jej cień podjeżdżał za moim samochodem blisko
przyspieszałem ciągle a to nic nie pomagało
ona była górą, chmurą, koniem, bazyliszkiem, lustrem
Pegazem, prosperitą, zwyżką akcji, struną w ruchu ciągle
pędziła za mną zderzak w zderzak jak w bolidzie Senna
ja biedny kierowca samochodu dostawczego tylko,
półciężarówki wystawionej na stojących przy drogach spojrzeń łup
rozgrzewających piasty i łożyska nadmiernymi wyrzutami
w okolicy szesnastej alei zatrąbiłem na mandarynki i gęsi polarne
maszerujące zgodnie w jakiejś sprawie
ale wprost pod koła śmierć niosących dezeli
złapałem gumę, wypadł sworzeń z silnika, silnik wypadł z trucka,
truck z trasy, ja z kabiny wprost przed wejście banku
ona dopadła mnie w przebraniu prezydenta miasta zakażonego już
zanim się podniosłem by ją uścisnąć wylewnie właśnie tu,
ten cień, ach ten cień wciąż pędzący
uderzył we mnie z impetem crash testu
o dziwo, żyję, ale to coś, jej coś, wbiło się przemiło
i tkwi już wiernie we mnie
nadwyżki na wszystkich kontach rzeczonego banku

*Zaciśnięte zęby marzeń*
Sokratejskie niwelacje społecznych wyniesień w słowach
wewnętrznie rozjaskinione skulone jedynie w stalaktytach,
gdy oni mają patenty na życia wszelakie proste,
a ty i ona nie możecie wyżyć z marzeń tłamszonych
sokratejsko-kalifornijskie owoce rozpędów dojrzałych
w durnych rusyfikacjach otaczających naiwnych oczu
ostrzeżenia mafii niespiesznych
grabiących pomoc oczekiwań jak Zaratan przestrzenie
ty jesteś sobą a sobą bywa każdy
gdzie twa cykuta odważny Achilleju?
na Agorze? na stołach Miro?
twój pancerz haftowany dzienny ze starej kuchennej makatki,
z której opadły słowa
makatka z kwadracików tęczowych Kleeego
a słowa z greckich liter tylko
odszukanych w chińskich jodełkach spreparowanych
dla utraty filozofii Akropolu nawet w katolickich niszach
na spławowych wyspach serc podniebnych
zaciśnięte zęby marzeń nieudolnie podrobionych

*W batyskafie*
Zgłębiasz jej ciszę batyskafem, podwodnym pojazdem
serconośnym w ciemnościach rozszeptanym
do penetracji podmorskich rowów sposobnym
udajesz chłodnego naukowca, ale jesteś zbyt rozemocjonowany celem
twoja machina eksplorująca schodzi powoli w odmęty jakieś
otchłanie niezbadane, jakby ostępy Ziemi samej
w zakamarki płaszcza, w lawy rękawy, w kieszenie wewnętrznych snów
w kominy trujących wyziewów przeżytych traum, trywialności rozweselających gazów
nic nie robi sobie z tąpnięć podmorskich jak echa
wulkanicznych uniesień, tsunami płycizn zbędnych szlochań
zasypia w twoich objęciach nieprzenikniona
w końcu to ty płaczesz a ona się uśmiecha
wciąż z oddali jak Gioconda

*Bez ducha*
Jednonoga zięba w dwu kalibrowym ogródku wtórno cyfrowym
ten absolutny czas na pojedyncze myśli o niej w eremie
przyroda kulawa a piedestał – jaszczurka bez ogona
ucieka, wystrzał z pistoletu, a nie, nie
to tylko coś z albumu
Electric Ladyland Jimiego
bez jednej z dwóch płyt
tak, absolutnie wystrzałowych, tak, ale błagam o ciszę (choć przez chwilę, tu)
skupić się muszę na gnieździe
Polaków, na katafalku im bliskich narodów
jedna ślepa gwiazda, wrona jedna (wredna)
cóż to, to też zjawa była
górski kozioł z jednym rogiem (tylko)
skaczący na tarcze i herby
eksplodujący zjawiskowo prom kosmiczny
z pierwszą Żydówka na pokładzie
bez Talmudu
wygnany ostatni Słowiniec, wygnany przez ormowców
z kraju, na robotach (dobrowolnych) w Niemczech
a skąd tu dzisiaj to wszystko, z Zachodu Raju
z Chin bez certyfikatu
a skąd ty i ty bez serca
dla słabych i bezbronnych, z Rosji Seraju
w … tym kraju,
bez ducha

*Chimera Polska*
W koronach drzew tysiącletnich okrutnych i oczywistych
jak, co wyrazistsze obrazy Beksińskiego
zakutane w czas nocy
obłędnie zwisa w konarach osmalonych zemstą
gniazdo ogromne przez wiatr skruszone
gniazdo bestii niezwierzęcej, nieludzkiej
ni to nietoperz, ni bazyliszek z błoniastym skrzydłem
ni maszkaron, ni na kogucie horrendalnym Twardowski
pomiata ich księżycem moralna burza
w koronach drzew stuletnich
Jej chmurna mina politycznego tchórza
jak błyskawica rozbłyska
to gotowe zabić, zniszczyć hymny, znienawidzić ciszę
po skroniach, po łuskach, po strupach toczy
splugawione łzy i sprośną ślinę
ta bestia nie ludzka – bestia polityczna
Na drzewa wierzchołku jak na baszcie w Kazimierzu
w tysiącletniej ruinie nad asfaltową Wisłą nocną
zagnieździła się jak niemoralna rządza
pokłócona z losem ludzkim absolutnie
okaleczona władzą, której zdobyć nie może
bezsilna, zazdrością rozdęta, pychą wniebowzięta
płaz i gad w jednym, chociaż głównie przypomina ptaka
Chimera Polska symboliczna
ducha czystego opozycja
płacząca naiwności deszczem z kosmosu pustki
odwieczna nadrzewna księżniczka Targowic
i spektakularnych spustów surówki
czasem krwi surowic

*Ku zagładzie skostnienia*
Rozkopany w starożytnym zakopanym Wrocławiu
choć rozkochany w jego rozkwitach
rozbrojony w rezerwacie jego wczesno wiosennej aury
roznamiętniony rzeką i ptakami nad i pod mostami
przechadzam się uliczkami Ostrowa Tumskiego
widzę jak młodzi klerycy dowcipkując
zamiatają sutannami rozgrzany nowymi nadziejami bruk,
gdy jeden z nich potyka się przy pomniku św. Jana Nepomucena
– odwracam wzrok
Z Ogrodu Arcybiskupiego widzę jak na drugim brzegu rzeki
na Bulwarze Dunikowskiego nietrzeźwy artysta z kumplami
oddaje mocz po ludzku na jeden z mniej znanych
pomników wrocławskich: „Zalanym artystom”,
mający w pamięci pomnikową powódź w tym mieście
– odwracam wzrok
Na środku Odry pierwsza para kajakarzy kręci piruety niecierpliwe
(czyżby przylecieli dopiero z ciepłych krajów jak bociany?)
wymachując wiosłami, oddalają się od siebie i zbliżają,
gdy stykają się wreszcie burtami, chcą się pocałować
wtedy on przechylony zbytnio wpada pod wodę,
ale przekręca się pod nią, by wynurzyć się z drugiej strony
– odwracam wzrok
Inna para młodych stażem małżonków przechodzi właśnie
mostem strzeżonym przez św. Jadwigę i św. Jana Chrzciciela
choć jest on zamykany kłódkami serc, to nigdy
nie został zamknięty dla miłości
ich pies, ciągnięty na smyczy, podnosi właśnie nogę
i obsikuje przęsło a uryna leci
na płynące pod mostem dwa romantyczne łabędzie
– odwracam wzrok
Z ławeczki filmowców krótkometrażowo-reklamowych patrzę na dziecko,
które zjeżdża na linowej zjeżdżalni na Wyspie Bielarskiej
dziecko zbliża się i zmienia nagle w „Sweet Little Sixteen”
jakąś latkę zwisającą na drążku, tak wyciągniętą na rękach,
że dżinsowa spódniczka podsuwa się aż na biodra
odsłaniając szczupłe nagie uda i bieliznę
żeby nie wpaść pułapkę Chucka i nie skończyć w więzieniu, ja
– odwracam wzrok
Pod posągiem Sokratesa przymierzam moją obutą stopę
do bosej wielkopalcej stopy filozofa
mój but taki mały jak budynek Uniwersytetu
za rzeką prześwitujący przez gałęzie pączkujących drzew
małość logiki obutych i niezależności myślenia odzianych
widoczna gołym okiem nie tylko tu
podczas, gdy Leszek Czarnecki, nie do pomylenia
z Leszkiem Czarnym z Piastowiczów,
tych, co zakładali wrocławski gród,
prowadzi wykład w Auli Leopoldina, ja
– odwracam wzrok
Widzę pod drzewami na Wyspie Słodowej
grupkę młodzieży z gitarą, winem i jeszcze czymś,
co emituje zapach i dym
grają i śpiewają Hey Joe i Smoke on the Water rozanieleni
tonący nie w Odrze, ale w kadzidłach z zielska
nie śląskiego, ale tropikalnego już pochodzenia,
gdy podchodzi do nich Straż Miejska, ja
– odwracam wzrok
Z bramy Uniwersytetu wychodzi śliczna dziewczyna
kometa gęstych jasnych loków omiata jej plecy
w dżinsach i niebieskiej skórzanej kurtce,
z przewiązaną pod szyją czerwona bandaną,
(choć zupełnie nie country ani moto-girl)
szybko bieży do mnie jak Hagia Sophia – Mądrość Odwieczna
z pobliskiego Ossolineum chyba lwowskiego jeszcze wychynęła ona
wchodzi na most, rozpoznaje mnie z daleka
otoczonego wianuszkiem mew siedzących
na Powodziance i na poręczach wokół
uśmiecha się i macha ręką do mnie
wszystkie mewy jak na komendę – odwracają głowy
i patrzą na środek rzeki, gdzie ostatnia samotna biała kra
spływa Odrą wprost na pierwszą kataraktę,
za którą jest Memfis miasto spotkania, zjednoczenia i Ptaha
(boga stwórcy, który stworzył człowieka z mocy serca i mowy)
czarna łyska na białej krze
jak dowódca USS Nimitz zawraca jednym skrzydła gestem
ten lotniskowiec pod prąd pędzący na oślep
ku wiośnie – zagładzie skostnienia i zażenowania
kra wpływa w odnogę Odry po to tylko, by roztopić się w czułości

*Południe o północy*
Zdecydowaliśmy się jechać na Południe
cały czas pod słońce socjalizmu
ona drżała na myśl o mnie
ja drżałem na myśl o niej
Polska drżała na myśl o nas
my drżeliśmy na myśl o Polsce
nie minęliśmy ani jednego kaktusa ani jednego kanionu
przez całą drogę z Międzyzdrojów
jeszcze w Kamieniu po koncercie organowym brazylijskiej artystki
pocałowałem ją na ławce nad Zalewem
Polska wzniosła pochodnię wysoko widząc to
i machnęła nią jak chorągiewką na znak odjazdu z Pomorza
płynęliśmy, kołysali, toczyliśmy się, wędrowali – cały czas na torach
omijając Pałuki, omijając Lubusz, omijając Krzyż, omijając Częstochowę
omijając jeden po drugim rezerwaty narodowe
a może nie, a może wręcz przeciwnie
dotarliśmy w końcu do jakiegoś śląskiego miasteczka
ona już barokowa w Krzeszowie, a ja jak Paczków wciąż
niedostępny, prawie gotycki, trochę skruszony acz obwarowany
słońce zachodziło nad dolnym PRL-em
a my uśmiechaliśmy się do siebie szczerze
pod jego fałszywym promieniem
rozkochani w sobie pod nosem strażników Stasi
tak dotarliśmy na Południe o północy
księżycową historią naznaczeni jak obozowym piętnem
lecz przez wczoraj nie pochwyceni,
bo słońce Moskwy już utonęło w Wełtawie

*Frezja i dzban*
Tych niewidzialnych okruchów przecież
nie da się pozbierać?
akuratny dzban na jedyną frezję niezwykłego dnia
dzban kryształowy polski jak wiara w miłość
zbity o północy
rozbłysnął w tak wielu promieniach kolejnego poranka
kto pozbiera obraz frezji pokruszony?
kto sklei z cząstek dzban obdarowania
– wszystko przepadło?
w czasie można odnaleźć okruchy (duchy)
w czasie można odnaleźć symbole (idole)
w czasie można odnaleźć przyczyny i skutki
utraconej czułości spowitej w kir
ja podejmuję się przywrócić strukturę kryształu,
gdyż widzę przed i po
widzę skąd i dokąd
chociaż w okruchach widzę ją i siebie
wciąż widzę naszą czerwoną frezję na niebie
i jak mit dzban na dnie jasnego morza zauroczenia,
które jest jego jutrem dopełnieniem,
co przetrwa do nocy pojutrza?

*Porzecz*
Kamienny z nazwy posąg z uczucia pustki
jestem w nim, mieszkam w nim
jestem Gavrochem ludu Paryża
krwiożerczym jak Jan Chrzciciel Karier
i na nic wędrówki duchów rewolucyjnych we mnie
po rzeziach się nawracam
porzucam Kult Istoty Najwyższej
bo we mnie krwawym jest wciąż koń trojański papieski nadziei
kamienne bywa światło, ja je
uspokajam nieschowanym bytem w posągu Natury,
który jest formą porzeczy
porzecz i przedpłaca to to samo
światło zamiera, gdy zabijam nadczucie
ale latarnia morska trwa nadal
będę rozbitkiem przed skalnym wybrzeżem
zanim zakotwiczę
płynę z Agamemnonem tęsknoty
do latarni, która jest na wybrzeżu
uparłem się jak rewolucjonista racjonalista
jak Kolos z Faros z pochodnią na Rodos
jak Pergamon w Bibliotece zwinięty
koń skacze po falach
koń wypełniony hoplitami wiedzy
dwudziestowiecznej teatralnej
symboliczny jak nie przymierzając Homer z Kretesem

*Mikrobiotyka*
Żebyś nie wiem jak długo czytał księgę stokrotki
nie poznasz prawdziwej Super Nowej w niszy łąki
gdzieś tam zespolone z ciszą zegary duszy tykają
bum, bum, bum, w Grocie Króla Gór kuranty biją
zegarmistrz twój odwieczny wykuwa tam miecz specjalny
do manipulowania w głowach logików nowożytności
(potem na ich głowach)
a ty wierzysz w przedmioty żywe, rzeźby stokrotki
tajemnicze formy miłości w irdze, berberysie, goji
skąd one tam?
mijasz ich piedestał sam
lupa ci pomaga w odczytach takich ksiąg
luneta nakierowana na epizod w Grocie, co jest jak Uniwersum bez gwiazd
jeżdżące na rydwanach rośliny, mgła z gazów nieznanych na Ziemi
rapsodia i preludium dziecięctwa, niewieścienie czytającego,
a przecież pochylenie nad lekko opuchniętą dłonią wybawiciela znasz
gdzie miecz, gdzie kowadło, gdzie młot, gdzie sukno
bladym świtem wyczołguje się stokrotka,
by pochwycić wskazówki przemijania, miecz stalowy
cykada jest tobą, a ty schodzisz z chmur spocony,
logiczny, wiarygodny, podstarzały
szepczesz – po stokroć przepraszam Mikrobiotyko

*Pandemia*
Taka kostka do gry
kremowa z czarnymi kropkami
taka niby nie okrągła, a jak się toczy, jak los
Pan Bóg rzuca kostką losem
kostka świat marny – przypadek
rzuca kostką raz drugi trzeci
Galaktyka, Pangea, Abraham
Pan Bóg się uśmiecha
kostka toczy się na powrót wprost do ręki Boga
a on ją zatrzymuje i zaciska w dłoni
porusza nią i znowu rzuca
Pornografia, Holocaust, Pandemia
zaczesuje do tyłu siwe włosy palcami
poprawia jak grzebieniem rozwichrzoną czuprynę
drugą rękę wyciąga przed siebie daleko,
by dosięgnąć jeszcze raz palca Adama Zrozpaczonego
wskazującym palcem Wszechwiedzącego

*Jak w Zatoce Perskiej*
Zmierzch nad Soliną jak w Zatoce Perskiej
czerń rozlewa się po falach jak ropa i asfalt
ale zalew nie chce znieruchomieć pod hidżabem
statki płyną i płyną, jakby
wiozły niewolników na targ
statki żeglugi, krótko mówiąc krótkodystansowej,
a jednak drgające w odbiciach wśród chmur
jak nieszkockie potwory morskie MAERSK
pełne kontenerów, w których ukrywają się uchodźcy
Bieszczadnicy z Warszawy w szkle zaklętą
czerń ową wysyłają
zrzucając z zapory na karpie
zakorkowane butelki po winie
w każdej miniaturka samolotu transportowego Hercules Lockheed
krzyczą przy tym, rozpychają się jak kangury
chcąc się dopchać z platform do balustrad
czerń, zmierzch, niewolnictwo, grubiaństwo
to wszystko ląduje na falach fosforu terroru
i nawet od koloru toni
wzgórza okoliczne nazwane zostały Czarnymi
Teleśnica tylko Sanna sama kumka zielona
w ześrodku głębi jak przed dżihadem klaczkiwskim
rybitwami niewolników imperializmu z gladiatorami socjalizmu

*Moja wina*
Moja wina generuje potrzebę
ciągłego rozpościerania gigantycznych kopuł
modrych nad zielonymi pozłacanymi dolinami
budowania konstrukcji w kształcie planetarium
wielkości Hagia Sophia albo Błękitnego Meczetu
spod hełmów galaktyk chce wystawiać
zatopione w nierdzewnej stali
gigantyczne niebieskie cyfry czasu minionego
bezowocnie w mrowisku ludzkim

* Trzecie ucho *
Ze studni wiary jak z głębin morskich
wydobywam ucho ludzkie
przykładam je do czoła
przyrasta
wychodzę na ulicę o świcie
idę brudnym chodnikiem
przystaję nad kratą kanału
nasłuchuję tym trzecim uchem szeptów grzechu
goni mnie moja poranna modlitwa
pędząc ze świstem jak poranny ptak
przez zadżumione puste ulice i place
już mnie dopadła, właśnie teraz:
„oczyścić się, oczyścić, oczyść się”
ucho zmienia się w muszlę małży
wiatr dmąc w muszlę
wydobywa z niej woli ryk jerychońskich trąb
łzy spływają nagle po policzkach
ciepło serca roztapia twarz i oczy
Belfegora
Asmodeusza
Ozyrysa
widniejące pod taflą mojego kwitnącego miasta
tak wiem, teraz mam troje uszu
tym dodatkowym z otchłani ducha
słucham trwogi piekieł
przed Rezurekcją

*Z deszczu pod Ryn*
Z deszczu pod Ryn
z Rynu do Mikołajek
płynęliśmy Omegami z rozwianym długim włosem znakiem
zamiast wiatrowskazów na wantach
popijając wodą zza burt rozuroczenia nasze
i dojadając czekoladą Ewedel obiad ziemniaczany
a gdy wiatr prawdy po burzy odszedł na wieczną wartę
my bosonodzy na pomostach wciąż staliśmy na baczność
przed kolejnym generałem losu szkwałem
zmutowanym grzechem serc bitew echem
z „Bałtykiem” w ręce na Mazurach
przemoknięci do krwi ostatniej
mający wojny za nic
i Ryn za plecami

*Skrzywienie wiosenne*
Będzie się działo na powierzchni miast
w snów osnowie jak w tłumów otulinie
niby niechcianych cielesnych smakołyków zrobionych
z wszystkiego, co słodkie na planecie Warszawa
a czemu to one mają służyć?
a temu, że wiosna nie zawsze wybucha
w samym sercu tylko
my wiemy o tym, ale czy wszyscy młodzi?
wiosna wybucha w głowach łaknieniem ludzi
najpierw w dużych aglomeracjach, stolicach
puchnie z nimi na uczelniach, dworcach,
stacjach i w dyskotekach, pubach, pizzeriach
potem rozrasta się wraz z dachami, ścianami po kres impresji
i sama przyroda już nic nie może uczynić, by to powstrzymać
przyjmuje wszystkie cukiernie z bzami i lodziarnie z bukietami
i miliony na językach mają tylko bogobojne słońca jak marcepan
wtedy do każdego człowieka przylatuje papierowy bocian
albo selfieprzylaszczka na YT, FB lub skowronek na Instagramie
wszystko łka ze wzruszenia zamiast śpiewać cienko
chociaż może to tylko tak wygląda elektronicznie
chociaż niby przyrodniczo się rozlewa, rozbawia seksem,
plutokracją rozległych ciepłych chmur,
prokreacją i emocją burzy piaskowej babki
to zapewne tylko pola magnetycznie empiryczne
nachylonej Ziemi skrzywionej dla draki

*Fale*
Fale radiowe uderzają o brzeg
miejskiego urwiska zespolonych słów
hiphopowcy podrygują, raperzy kicają
nad beczką, w której płonie marihuany snop
oni dwudziestoletni zabójcy kwiatów
one lilie zżęte mieczami buntów
radio mlaska i siorbie, radio chlipie i łyka
zdania domniemanych sprawców tych rzezi

Fale marszczą się na krawędziach krawężników
zalewają autonielojalności snobów
zakamuflowani robotnicy udają nierobotników
wieżowce wąchają dym miejskich kadzideł skłaniając się ku
marnościom świata z klocków lego
zmierzch hałaśliwy unosi się nawet nad drapaczami nieba
po ścianami studenci udający docentów
piszą poezje nieszczęsne nieczęste
nieprofesorowie udają profesorów tu
melorecytacje pociągów metra i autobusów
melo recytacje pęczniejącej swoim rytmem nocy
melo recytacje melo melo melo metro
w zakamarkach niezapomnianej
choć nigdy nie wybrzmiałej do końca miłości z urwiska

*W Teleskopie Hubble`a*
To nieprawdopodobne, a jednak –
to skurcze mojej Galaktyki
uchwycone w Teleskopie Hubble`a
na własne oczy widziane – gęś kontra romb na zielonym tle
jarzysz? a Mars, a Jowisz, a Pluton?
(Saturnin do Waleriana: jarzysz jądro?)
wśród skurczów wyłonił się płód
noworodek pokurcz, jaki piękny, jak jednorożec mit
to tabletowy baletowy byt odległy
dziwoląg w projekcie, a jakże jest wizjonerski dizajnerski opcjonalny
byt nowej miary, człek
– chciałoby się rzec pierwotny, lecz to nie tylko człek
na miarę zmalowany, wystrugany, wyklepany miarowym rytmem serca
mierzy już Syriusza zmysłem, jaki wielki jego owal
skłębione chmury buty buntu zasłaniają go
i ją i go i je, skurcze kurczę wciąż
skończyłem akurat podziwiać i onieśmielać ją,
gdy odebrałem ten poród Galaktyki
ja sfotografowany kiedyś przez próbniki w lądownikach Voyagera
dziś niezależny próbnik i lądownik takoż
jest dobrze, ona i ja to już jedno na wyżynach
mamy się czym cieszyć
pangalaktyczne zjednoczenie nasze wydało owoc
i jęła się zachwycać jak to dziecko i tym mnie ujęła
Galaktyka jak pomarańcza ma ona w Mgławicach
gęś kontra romb teraz na czerwonym tle
i to tu przeszło przez wizjer ludzkości i pozostanie na zawsze
sam smak miłości w zmyśle
zobaczyłem jak zrodziła kiedyś ze mną mnie pomyślałem
– nareszcie

*W Teleskopie Hubble`a*
To nieprawdopodobne, a jednak –
to skurcze mojej Galaktyki
uchwycone w Teleskopie Hubble`a
na własne oczy widziane – gęś kontra romb na zielonym tle
jarzysz? a Mars, a Jowisz, a Pluton?
(Saturnin do Waleriana: jarzysz jądro?)
wśród skurczów wyłonił się płód
noworodek pokurcz, jaki piękny, jak jednorożec mit
to tabletowy baletowy byt
dziwoląg w projekcie odległy,
a jakże jest wizjonerski dizajnerski opcjonalny
byt nowej miary, człek
– chciałoby się rzec pierwotny,
lecz to nie tylko człek
na miarę zmalowany, wystrugany, wyklepany miarowym rytmem improwizującego serca
mierzy już Syriusza zmysłem, jaki wielki jego owal
skłębione chmury buty buntu zasłaniają go
i ją i go i je, skurcze kurczę wciąż
skończyłem akurat podziwiać i onieśmielać ją,
gdy odebrałem ten poród Galaktyki
ja sfotografowany kiedyś już
przez próbniki w lądownikach Voyagera
dziś sam niezależny próbnik i lądownik takoż tu
jest dobrze, ona i ja to już jedno na wyżynach stworzenia
mamy się czym cieszyć
pangalaktyczne zjednoczenie nasze wydało owoc
i jęła się zachwycać jak to dziecko i tym mnie ujęła
Galaktyka jak pomarańcza ma – ona w Mgławicach
gęś kontra romb teraz na czerwonym tle
i to tu przeszło przez wizjer ludzkości i pozostanie na zawsze
sam smak miłości w zmyśle
zobaczyłem jak zrodziła kiedyś ze mną mnie pomyślałem – nareszcie, ale…

*Oświadczyny czasu*
Z zadowoleniem przyjąłem oświadczyny nadchodzącego czasu
w kręgach zdobywców trójgłowych, w pałacach czarnogłowych
odrzekłem, więc – yes, yes, yes
z zadowoleniem odwołałem wszelkie Marsze na Waszyngton
i zamówiłem trumnę podróżniczą w sam raz na Wielki Marsz ku,
kałasznikowy butelkowe, bomby wieczorów
i Mrije bojowe dozbrojone tniutniami sukcesów
uniesiony trzema silnikami po każdej stronie jak Mao ostatnich lat
wyszeptałem nad lotniskiem w kształcie kosmodromu Bajkonur,
wyszeptałem – tak, tak, tak, szeptałem, szeptałem, potem spadałem
z kutrem i balonami bajki jego w jestestwo samo
wiedzący o przezwyciężeniach cierpień zbytych,
przenicowaniach lekarstw wyplutych, przeciążeniach lekarstw połkniętych
i mojej własnej niewygodzie w teraźniejszym grobie
– uśmiechnąłem się na jego przeżegnanie, przysięganie, pożądanie
i wyciągnąłem rękę przed siebie
jak panna młoda, zmieszana, zmarszczona wciąż

*Tylko mi nie mów*
Tylko mi nie mów, że
tylko mi nie mów, bo
tylko mi nie mów aczkolwiek, no wiesz
– choć nie jesteś jeszcze dla mnie ciężarem
zrzucam cię z siebie, ale
wiem, co to księżyc na plecach
wiem, co to gwiazdy na głowie
wiem, co to ciężar słonecznego wiatru
wewnątrz tego lekkiego ucisku na skronie
jest miłości siła ciążenia w swej istocie
wiesz, że kochałem nie tylko ciebie
więc nie mów tego proszę
popatrz na wagę, na wskazówkę,
na skalę czasoprzestrzeni
zrzucasz mnie z siebie jak nicość
gdzieś wewnątrz, gdy się kochamy
nad ranem mówisz – bo bardzo cię cenię
odchodzę

*Syriusz Microsoftu*
Ta elementarna wiedza samouczki
jest ewenementem w wiedzy pełnej filozofki
w której z nacji znajdziesz ją? w każdej?
potem Syriusz wykształca jądro cywilizacji,
co jest jak jajko niespodzianka
potem dzieci Syriusza biegną po myśl, boso jak dni wiary
wali się świat materii drugiej kategorii na głowy,
co są smutne jak bezludne galaktyki
element źródła mocy zmienia się w nicość,
a to jest bytem niezrównanym dziś
od kiedy Syriusz Dogonów goni myśli
hałasują wszędzie królowie, magowie, fizycy
i na pustyniach i na deskach klozetowych i na wiecach
symbole szaleją na weneckich maskach Microsoftu
jest dzielnie na kanałach manifestacji dobrobytu
ich element mocy to element śmierci prawd
każda myśl rozpoczyna marsz, marsz w czasie, marsz w farsie
hybrydą jest filozofka, a takich jak ona wiele
w algorytmach przyszłych niemowląt łkań
od arytmetyki wykoncypowanej początek bierze lingwistyka łez
od palca początek bierze dłubanie w materii
od dłubania w myślach począł się świat, świat śmierci pełnej
Syriusza Dogonów Microsoftu koniec

*Balony peany*
Znaki czasu sportretowane
w obiektywie zielonej koniczynki putinki
to te konie pożogi cwałujące na stadionach życia
skręty gwałtowne i Marycha z Rumiankiem
za Narodowym jedynym
zadość uczyniono Stalinowi pałacem
a Wiejska w środku Warszawy
stała się znowu ulicą Bydgoszczu
znaki wymyślone przez Żubry i Tarpany
z czerwonymi zadami jak pawiany
na balkonie onego PKiN
siedzi Kwaśniewski z Tuskiem
na palcach liczą gołębie i wrony
gołębie kubizmu i wrony surrealizmu
znaki czasu peany kolorowe balony
Niepodległości trującym gazem wypełnione
na zakończenie emisji serialu o Lechu Wu,
co się kulom kłaniał bez mała z tysiąc razy
poza TVP jak Han
wypuszczone z klatek Legii Gwardii Polonii
sport czasu sport rety

*Abordaż najwyższych gór*
Zanim zapomnisz języka w górach
może zapadnie zmrok tam
wtedy korsarze anihilacji zatkną flagi Jolly Roger na Giewontach
otwórz usta, wyjmij go sam
niech rozkręci się, uderzy jak batem w skał zaniechanie
niech wytryśnie siklawa wyższych praw, a co tam
albo w jaskini ust zgaśnie er przesłanie
albo zmieni go w trap do abordażu najwyższych gór z głów
to drugie lepsze, uczyń echo swe tam

*Beneath the Remains*
Piorąc pieluchy w łazience słucham Sepultury
dawne obsesje torturują mnie znowu
mimo, iż jest już maj dziewięćdziesiątego pierwszego roku
wciąż czuję na sobie wzrok czerwonego Al Capone
chyba w znakach zodiaku ukrył się sierp i młot
dziś rano chór kwiczołów przypomniał mi Chór Aleksandrowa
zwiesiłem nos na kwintę nad pieluch grobem
cóż, nie muszę się czuć zawsze tak żywy jak Lenin
mały księżyc zgasł zasłaniając uszy przed riffami Cavalery
róże czerwone swoje korzenie wyrwały
i odeszły na śmierć do Moskwy
jak zgrabna tancerka Degasa
jak tancerka hiszpańska Trakla ognista
Polska jeszcze tańcząca z kogutem w zębach
w brzuchu agnostyckiej maszyny
hałaśliwie wyzwala się ze zła kosmosu układów magicznych

*Dzieciństwa klucz*
Dotknęła mojego uda swoim biodrem
oparła głowę na moim ramieniu
zaczęła czytać książkę w pociągu
cel zniknął, tak jej jak i mój
pomyślałem, że to ona raczej zniszczyła cel a nie ja
sens samotności widoczny, przeżywany co dzień przepoczwarzył się
Przylgnęła ufnie taka delikatna, ciepła do szorstkiego kamienia
w jaki zmieniała mnie ta podróż młodzieńcza
tonąc powoli w niej oddalałem się od bogiń przeszłości,
które nie mogąc dosięgnąć biczem moich pleców
wpatrywały się bezradnie w płynącą po nich wczorajszą krew
Teraz ona otworzyła mój sen przed innym sinym tygrysem
ona, która kiedyś Chrystusowi zostawiła swój adres,
wypaczająca jego Golgotę myślami o tym, że czeka go tylko ciągłe umieranie
nie przypuszczała, że On odda go mnie na zmartwychwstanie
teraz zastanawiam się jak posiąść jej szkolne marzenia
i jak nie przestać jej kochać w paszczy tygrysa
Teraz przytulona do mnie, obejmująca mnie czule
tak kochana jeszcze a może na jutro obojętna
nazywam ją już – dzieciństwa kluczem na niebie

*Arie*
Zespół koloraturowy przenośni
naznaczony zespołem uczuciowych nieznośności
akcja akupunkturalna na przemian
w sercu, nodze, plecach, w harfie kręgów szyjnych
a atonalność ust, języka, warg
zniesienie bólu poprzez klocki lego palców
w lesie norweskim, gdy ciepło doskwiera
płynie śpiew zakochanych nieosiągalnością

Ponętna niech zdobędzie się na
poprawienie wezgłowia w łożyskach
wierszy pod głową poety
atonalność słów jak nagle zerwane struny harfy praw
bez podłości w skroniach
ciągle małostkowości pożądania jej nóg
zabrane pończochy i ona jest bez nich
na karuzeli pomalowanych paznokci
w sukience się kręci
bez bielizny nad trumną i kołyską wiersza

Poeta z zadartą głową gwiżdże arie
prąd wyłączyli, zatrzymała się przed nim
wyciągnęła rękę
poduszka wypadła mu z pod głowy
na zmartwychwstanie wiersza
na wyklucie do końca i ozdrowienie bez łez
z zamachem stanu na śmierć
na cudowność jej stanu
w dłoniach jego

*Kształt owocu piękna*
Moja istoto wyśniona, której szukałem jak zagubionej Itaki
nocą na oślep w jękach syrenich tonąc
z kształtu owocu wywiodłem cię jak kształt pszczoły
moja wyśniona, sen odkryłem proroczy
na czułkach pszczół kreujących światy
podejrzewałem to od dzieciństwa
teraz to wiem na pewno, bo
udokumentowałem ciszę przed i po zapyleniu kwiatów
swoją miną, swoim berłem westchnieniem w ciemności skinąłem na światło
i na dworze tego ogrodu pojawiła się księżniczka lata
w boju towarzysze mi to potwierdzili hasłem:
ona ma kształt smaku bzu we śnie
moja istoto wyśniona, wiem to już
w zapachu i w kolorze cię pojmałem bez formy
oddałem kształty mojego patrzenia pomału
nieznośnym zmysłom wyobcowany z myślenia
po jednej z bitew zrozumiałem, że dowód na kształt owocu,
na kształt piękna domkniętego każdy,
kryje się w pamięci kosmicznej pszczoły
w genie poety stwarzającym pokarm słodki zmysłów
z niczego

*Wiatr buczyny wybrzmiałej*
Lekki powiew wiatru od strony buczyny
jakby ze środka lasu jednorodnego zbyt
wiatr nowy szemrze, szumi, szeleści
potrąca gałązki sztywne jak liry struny
wypełnia miechy, piszczałki organów, fletnie Pana
policzki Boreaszów bezlitosnych nadyma
jest lekki, gdyż porzucił bagażu zamróz przed lasem
w nazwie Bukowina jest splamiony,
gdyż ogołocił istotę ożywczości zielonej
wieje dzięki tchnieniu śmierci zastanej ale zbudzonej
karkołomny jesienny wiatr wypada ze środka lasu
lasu, o który zaczepiasz skrzydłem samolotu tęsknot
uciekając z kraju planowanej zemsty
szumi, gniecie, zabija prawdę i szczere łzy
niesie się jak Apokalipsy wierzchowiec nad ziemią
wierzgający we wnętrzu niewyłonienia
sam wypchnięty spętany oszalały
zapach jakiś dolatuje z wnętrza lasu
zapach nitro benzyny, spalin wiosny, popiołów lata
woń omszałych niedomkniętych prastarych wnętrz
przemian w śmierci dla życia w mitach
nadchodzi, nadchodzi, już nadszedł wiatr gładki
jak łopata i glina na grobach ubita
wiatr leśny wojennej buczyny wybrzmiałej zimą
na zawsze już przeoranej śmiercią

*Natura w kropli anioła*
Zewsząd góry oceanu dążenia buntowników
panika wystraszonych pielgrzymów
skazanych na śmierć konieczności ruchu
w mojej rozkołysanej szklance herbaty
moja twarz kapitana
odbija się jak myśl w bałwanach niespokojnych
od wszechwładzy natury butnej
witam się z pożogą sztormów
serca, które jest dnem uczucia zawsze
ocean nadziei huczy w moim gardle delikatnie
pielgrzymi z barów osłupienia toną w mojej duszy
emocje to miniatury tratwy Meduzy,
to pulsujący obraz natury w haustach życia
jak Bóg niezrozumianej w oceanie obiektywności
zawsze wiernej w kropli anioła wspomożyciela
*Zegar prawdziwego bytu*
Tak najczulej wyrażaj to zapamiętane,
sugestywne spojrzenie poprzez milczenie
dwuznaczny bądź dla burz,
by zrozumiała jak bardzo zależy ci na ciszy bezgrzesznej
tej, co naznaczyła w przepaściach orfickich twojej głowy
namiętne znikania, jakby w jaskiniach niknących nietoperzy
a ty czule szeptaj nie tylko dziś, szeptaj coraz ciszej, ciszej
hieroglify pamięci rozjarz poprzez milczenie
dwuznaczne błyskawic, by zrozumiała, że miasto bez niej
zmieni się zaraz w kosmodrom nudy plugawej
i ty odlecisz pierwszy ku jej neonowym nogom
zamiast chwilom wspólnym poza czasem
ku jej biodrom kinowym
zamiast chwilom wspólnym poza przestrzenią
ku jej oczom demonstrantów
zamiast chwilom bez żadnych ograniczeń
w sumieniu, miejscu głośnych wyznań i serc dotyku,
które jest zegarem człowieczego prawdziwego bytu

*Wieczorem wybaczamy wraz*
Mieszkam z tobą tam
gdzie gwałtem wzięta piekarnia wzywa chlebem brzask
wyłaniające się z niebytu opłotki metropolii,
jej wciąż kurne biurowce i malwy na wszystkich skrzyżowaniach
odkąd śnieg spadł na rzęsy twojej nocy
w naszym czuwaniu pojawiła się odrobina ciepła
co wieczór słyszymy marsz dzielnych zwycięskich legionów,
jeszcze rytm i pieśń ich jak dym snuje się po świt
wąsy bojowników, piersi matek polskich, koronki sztandarów
w ten zimowy wieczór podziwiamy wspólnie na niebie
od żywych gwiazd oddalają nas rzęsy i śnieg
biały niedźwiedź robi sobie zdjęcie z wąsatym przywódcą
potem defiluje naturalnie zgarbiony w kierunku alei
gehenny ciemnej obozy zniknęły już w jaskini historii
a po chwili wyleciały gołębie, a gdy zagdakały kury giełd
żaden Polak nie zaparł się siebie
my razem zapieramy się siebie, co dzień
po to tylko, by wieczorem wybaczać wraz
ech, te ugody gorące, serdeczne, drobniutkie
mrówki śmieszki na ścianach salonu w naszym pokoju błogim
nietoperze, byki, półksiężyce na witrażach pracowitych dni
jakże dawno odeszli stąd ci, co poszli walczyć pod Pszczynę
ginąć za Ukrainę, krwawić za Londyn – brak ich okrutny, cóż
dzisiaj nasze spadochrony i hełmy czekają w kącie a my idziemy do łóżka
popijamy Wysowiankę, wyłączamy silniki tankietek z biur
piekarnia dymi, chrzęści, dzwoni, mruga
jak krążownik cumujący powoli na redzie naszej młodej wolności
ledwie tuląc się do siebie dostrzegamy jak podpala park
kolejny pijany piekarz

*Wiosna 1980*
Ptaki obce przesuwają się po niebie
nocne klucze jak sputniki z numerami od 988 do 1088
przelatują nad naszym domem skostniałym
dziś nastaje picassowska wiosna
od rana tylko Narcyza władzy słychać w radio
zespawani wąsaci starcy w spódnicach z cokołów
kupują mleko w proszku i odżywki dla niemowląt świata za łuski
dostałem przez umyślnego zaprzańca wezwanie na wojskowe ćwiczenia
będę musiał wykuwać okopy w znanych lodach Syberii
patrzeć pod nogi liczne jak przebiśniegi
zaszczuty, zapędzony do tunelu duszy bez wyjścia
muszę zrezygnować z myślenia o Kantorze i Wielopolu w Delcie Missisipi
muszę zrezygnować z myślenia o kobietach Baudelaire`a w Paryżu
muszę zrezygnować z myślenia o obsesjach Dostojewskiego w Petersburgu
muszę zrezygnować z myślenia o ogniach Hendrixa na Wyspie White
muszę zrezygnować z myślenia o koniecznych zezwoleniach Wojewody Krakowskiego na wszystko
przynajmniej na jakiś dadaczas do lata,
ale nigdy nie wyrzeknę się zapatrzeń
i długich nocy spadających gwiazd,
które nadejdą w sierpniu nieodwołalnie

*Meteoryt uderzył w Paryż*
Nienaruszone gzymsy, portale, chimery i rzygacze
a przecież meteoryt uderzył w Paryż
w socjalnej jego otoczce spadła na miasto epidemia klisz
królują w dyskotekach ewidentni a w galeriach nieoznaczeni
meteoryt wbił się ostatecznie w ścianę Centrum Pompidou
wichura rewolucji się zerwała, rozerwała sztandar Joanny
niechodzący dźwigacze nitów jeżdżący bolidami jeszcze podtrzymują go
epidemia manifestów pod triumfalnymi łukami póz i kolumnami mód
oto ja, Gavroche z Polski stoję na La Roche, patrzę w niebo
mam otwarte usta, trzymam w nich odłamek meteorytu
w postrzępionej kamizelce wyglądam jak Chimera Apollinaire`a

*Fowistyczny Parys*
Wewnętrznie sprzeczny jesteś skrzacie kupidynie zwany kogutkiem
emulgator twoich obsesyjnych narracji zawisł w próżni
wewnętrznie logiczny, to i owszem, jak łuk, strzała i jabłko
w obrazowaniu zbyt duży jest poziom napięcia emocjonalnego i pola bio
w przypadkach takich jak moje zauroczenia nią
ekspresjonizm fowistyczny w słowach, które wypowiadam,
zmienia się bardzo często w płaski nadrealizm
jej żagle, moje porywy, jej rabaty, moje kolory, jej spokój, moje płomienie
to jakby logiczna całość nastroju, ale to tylko pozór
wędruję z nią uwiedzioną wokół mojego pokoju
trzymam ją za rękę i wtedy pioruny uderzają z lamp oliwnych,
których jest kilkanaście, a może nawet więcej nade mną
konia z rzędem temu, co powie, że
ona nie jest starożytną epopeją całą
albo tylko grecką boginią – wszyscy to mówią
elipsa smak elipsa smaku elipsa sosna hiperbola pycha
ku nowym horyzontom coś, chyba wyrok pcha
dopływa uczucie z cząstek niepoliczalnych
jak okręty Agamemnona pod Troję
i mamy obraz sercem malowany
stoję na murach i spokojnie jem jabłko z Hesperyd sadu
zaraz zginę jak Achilles tam na dole
przez te oczy na środku pokoju
w nią jak w horyzont zapatrzony
nieśmiertelnością jej nieoczekiwanie rażony
*Nad rowem oceanicznym*
Pływam w oceanie śmiałków na głębinach niebezpiecznych
kobiecych zachwytów i syrenich przyzywań
(od skrajnych emocji prawie śnięty,
skołatany, spięty, skuty i zaprzęgnięty
do miłosnych tratew meduz oraz trujących ślimaków morskich)
nad rowem oceanicznym ledwo zbadanym mitem
zanurzony po uszy w odmęcie idei – Amor
utrzymuję się na powierzchni jeszcze
resztką sił trzymając ręką ratunkowe koło
– Caritas

*Pierwsza para*
Jeden prosty gest wykonać
objąć ją za szyję, przyciągnąć do siebie
zatopić swoje wargi w jej słodko-słonych wargach
rozgnieść je jak owoce morza koralowego
posmakować jak papaję pitaję mango
jeden prosty gest
i ziemia, na której stoimy nagle
zmieni się w niebo albo piekło, kto wie?
objąć ją za szyję, przyciągnąć do siebie
przytulić policzek do policzka
i trwać tak do końca świata
nie będąc mężem i żoną
a wyłącznie Adamem i Ewą
ludzkości pierwszą parą świętą
jeden prosty gest
objąć ją za szyję, przyciągnąć do siebie
jej zapach za uchem w siebie zagarnąć zmysłami
i wyszeptać – razem na wieczność
tej przemijającej chwili,
w której przychodzi miłość

*Dramat namiętności*
Ileż to razy usta moje całowały
śliczne kolana krągłe rozedrgane ubóstwieniem moim
ile?
byłem szczęśliwy, nieszczęśliwy, szczęśliwy
Ileż to razy palce moje dotykały
delikatnie szorstkiej albo satynowej łydki
i zagłębiały się ciepło w pulchności jej
przesuwając z emocjami międzyplanetarnymi
swoje kubki smakowe muśnięć w dół i w górę
ile?
byłem szczęśliwy, nieszczęśliwy, szczęśliwy
Ileż to razy moje policzki rozgrzane
otulały uda roztkliwiającą stroną wewnętrzną
marsjańską nieskończonością delikatności
ile?
byłem szczęśliwy, nieszczęśliwy, szczęśliwy
Ileż to razy moje ręce obejmowały gładkie pośladki
jak rozległe horyzonty kobiecej niepowściągliwości
wewnętrznie zapadające, ustępujące pod palcami,
co jak języki lawy wytapiały pożądanie
zastygłe wcześniej w kobiecości jak idol dla zapatrzonego
ile?
byłem szczęśliwy, nieszczęśliwy, szczęśliwy
A teraz patrzę na swoją Batszebę
przysiadającą się do mnie w króciutkiej sukience,
gdy zakłada nogę na nogę
i wiem, że to najpiękniejsze nogi na świecie
przynajmniej w tej chwili nietuzinkowej emocji
w oczach moich, niemo ich, moich
najpiękniejsze, długie nogi świata widzialnego
najdłuższe piękności człowieczego świtu
najświętszy przekaz długich promieni świetlnych
odbitych od nich ich od nich
najświatlejszy nawrót piękna do nich
w mojej duszy
jestem nieszczęśliwy, szczęśliwy, nieszczęśliwy
tak, nieszczęśliwy w moich okowach wartości
duchu mój ulatuj z kamienia żelaza ciała
ulatuj póki czas, odlatuj na Olimp bogiń nieskazitelnych w absolucie
i zostań tam daleko
od niebezpieczeństwa nóg pierwszych, rajskich, zakazanych
zostań chrześcijańskim aniołem Amorze w Aurorze czystości
niech piękno Hesperyd i mojej Afrodyty
wykuje go w skalnej grani jak napis:
TO JEST DRAMAT (NAMIĘTNOŚCI)

*W sacrum nieprzytomnych*
Od kiedy zamówiłem usługę latania nad
noga mi się nie powinęła w młodości
wtedy gdy gdybanie miało jeszcze sens
parcie na szkło było w tych czasach powszechne
wszelkie szkło alter ego dominowało, panowało
i ocierało się nawet o publiczną abstrakcję
od czasu tych lotów osławionych, opisanych, lecz nieprzeczytanych
zemsty nabrały charakteru zniewag w gumowych oprawach bulionizmu
prosić można było przed zamachami, żebrać w antraktach krwawych
wtedy ochy, achy, strachy nie były wołami jak dziś
nic wskórać uporem nie mogły na straganach dusz
leśnym duktem zmierzały pytony i kabarety za nimi,
pytony zeskoku, nie ześlizgu wartości, należy dodać
weź się za siebie, kup lotnię, obuwie i wiertarkę – powtarzano
mnie i brulionizmu szorstkim wyznawcom
są skośne chmury w sam raz i sklepienie już wyziera z nieba ran
wywierć tam otwór, zapuść sondę rozkoszy prawd
spójrz, sięgnij i spuść litr ambrozji z wyżyn
na zgromadzenie świeckich w sacrum nieprzytomnych
wyczaruj im wszystkim ich własny spełnień świat

*Tautologia*
Bóg jest przyczyną mojego patrzenia
Bóg jest przyczyną mojego słuchania
Bóg jest przyczyną mojego myślenia
Bóg jest początkiem i końcem mojego świata
to truizm czy transcendentalia?
ja jestem początkiem i końcem mojego wiersza
to prawda czy truizm?

*Sznur*
Sznur korali w Stawie Dąbskim
jej kolano na moim kolanie
sznur żurawi nad lotniskiem wojskowym w Łasku
jej ręka na moim udzie
sznur pereł czarnych zamiast łańcucha
na szyi sędziego Juszczyszyna

jej ręka na moim pośladku
sznur politycznych widziadeł nad Mostem średnicowym
jej ręka na mojej piersi
sznur kolorowych żarówek
na choince w Ogrodzie Botanicznym na Ostrowie Tumskim
jej ręka na moim brzuchu
sznur samochodów w Gorzyczkach na Autostradzie Słońca
jej ręka na mojej dłoni
sznur katowski z ledowej taśmy tęczowej Biedronia
jej palec na moich ustach
a potem nieme wargi
sznur diamentów tuż przed moimi oczami
albo to jej roziskrzone oczy
spętane miłością gwiazdozbiory jeszcze bez nazwy

*Zauroczenia*
Nawet zamieciony pod zegar
kurz namiętności
zdradza tam swoje przywiązanie

do jej cudnego łokcia i dłoni
w zamierzchłych osłupieniach
w pączkujących nadziejach
rozpyla chwile jedności zauroczenia
wczoraj i dziś

*Eurydyka*
Ona wciąż idzie za mną
jak przynęta niesłysząca w ciszy
Eurydyka niezłomna porzucająca dawnych bliskich
boję się, więc szeptam – miła, co robisz, zatrzymaj się
idziemy ku przepaści naszych wczorajszości i swojej
ku katastrofie kosmicznej – eksplozji emocji supernowej
na razie wchłaniamy sympatię, czułość, delikatność
chłoniemy to wszystko, co nieme
nie chcąc się odwrócić, by to przerwać
i skłonić niebo w nas do refleksji nad śmiercią
ona idzie wciąż za mną tak cicho, potulnie
a ja popisuję się łabędzim śpiewem przed nią
śpiewem dni moich wciąż pędzących w nieznane
czym zakończy się ta nasza wędrówka
– gromem oczu, wypadkiem pędzącej lokomotywy
burzą śnieżną w środku lata, – kto wie?
idę dalej a ona to wie, że idę dla niej
jednak nie jest mojego Hadesu cieniem
raczej realnym dniem, ciała schlebieniem
z jedynym ciszy dotykiem

*Ami Amo*
Gdzieś na dnie tych zauroczeń kobiecych i męskich
przysypiają anioły Caritas i Amor
w wymiarze państwa jednacy
w wymiarze serca niezwykli
narażeni na wojny ubogich z bogaczami
w nie zaangażowani
ami Amo zerwij jutra światło
chęć cię nie opuszcza, czyż nie?
chęć niesienia pomocy oby tylko
rękom nogom głowom sercom
a nie niewidzialnym duszom
skrytym w półperkalu osobistym
pływające nagminnie westchnienia
jak marionetki zakute w pielesze toną
a pielesze kryją walczących o sprawiedliwość społeczną
bezustych, ty jesteś bezręczny
jak rycerz zbyt surowy dla siebie
akurat zakochany jak Pierrot bezsłowny
wtedy Amor i Caritas zespolą się w jedno,
gdy rycerz zacznie płakać
na turnieju skołatanych rządz
w szrankach rozstrzygających piękności
ale nie po rzeziach uczuć
czuj duch, zaurocz się i ty
ami Amo

*Najmłodsza*
Kochaj mnie ty, która jesteś
wśród muz najmłodsza
stojąca w drzwiach z szeptem
na wargach zamarłym,
co wydaje mi się pocałunkiem powitania
wysłanym w powietrze
odwzajemnionym takoż przeze mnie
lecz na pożegnanie
kochaj mnie, pochylonego
nad klawiaturą albo wyświetlaczem
bo kogóż możesz kochać bardziej w tak dziwny sposób
i z większą wzajemnością najmłodsza
branko ust i jasyrze mój

*Szepty namiętności*
Gdy roztrącasz natchnienia łasząc się do jej płomienia
z obnażonego ramienia wybuchającego,
co jest zaledwie urzędniczym stemplem każdego dnia
smakujesz kruchości jej koniuszkiem oka
i ty i ona smakujecie siebie nawzajem
ona tak to lubi i o tym mówi
a ty sam nie wiesz, czy ból nieprzezwyciężalny
już jest częścią oka a może języka
ta kruchość, ta blaga, sen, zaświat gestów jak cud
więc roisz sobie sen o wolności w jej piersi,
w jej piersiach, u jej piersi, pomiędzy piersiami
aż strąca cię z siebie tą niepowtarzalną delikatnością boską,
co znów w szeptach szczupłej namiętności zamiera
dla twojego zbawienia

*Poezja, akcja, światło*
Jądro ciemności między nami jak jej telefon wyłączony
niegotowy, by przesłać głosy
wyrażające nienawiść na przykład: posłów kurtyzan rolników zagłębian
połączenia nieodebrane na moje szczęście
światło nie niesie przesłań obcych, ale i bliskość jeszcze niewidzialna
cisza działa na korzyść moich szeptów rozbłyskujących jak iskry
tańczące na jej włosach płowych
węgiel jej umysłu nadzieją jest moją
na kolejne kopalnie odkrywkowe i podmorskie,
bo bloki energetyczne w piersiach jej pracują już z mocą
oddech wysyła uczucia do mnie
oczekiwań wspólnych rozgrzane z chłodni obłoki
różowe paznokcie wypielęgnowane ostoją zielonego czasu
wbijają się jedynie w moje oczy
schylam się po dłonie cudne rozbudzony,
gdyż ona klęczy przed mną w czerni i czerwieni
jak to kobieta z głową na moich kolanach
pająk z czarnym krzyżem zjeżdża powoli po nitce jak komandos
wprost na klawiaturę telefonu
wciska odwłokiem przycisk: miłość
a ja patrzę czysto technologicznie na to
i mówię: poezja, akcja, światło, światło
więcej światła
*Epoka drewna*
Zanurzony w opiniach drwali socjalnie zdegustowanych
po szalejącym tajfunie parweniuszy miedzianych
na widok przełomów, co zastąpiły regularne wyręby,
skostniały na arendach agend geniuszy z celulozy
przerzuciłem, przewodziłem, przedmieściłem się
miastem wymarłym za częstokołem z zaostrzonych pni nowych tępych dni
ludzie w domach, parkach, co natchnione hałasem tramwajów drewnianych
nie doczekały się ostrza siekiery i piły, więc się ostały,
rozpaczając na krawędzi błoni
i strumyków bełkoczącej gawiedzi opasujących miasto,
akuratnie poderwani ze snu śpieszyli do działania
w okrążających wciąż legendach pradawnych borów
kryjących dzikie zwierzęta moralne,
które zastąpiły powolne leniwe dinozaury
jak capstrzyk elity reality zbyt leśny dla stalowych charakterów
jak siekiery zdegustowanych drwali
stanąłem, by przeczekać epokę drewna

*Adoracja*
Adorujesz zachodzące słońce
tak jak Najświętszy Sakrament
(stworzenie Bogiem nie jest
ale ma go w sobie jak idę i zasadę, więc…)
to nie kult solarny
ale po pięciu tysiącach lat rozwijania teologii i filozofii
obraz apoteozy człowieczeństwa
(zrodzonego dzięki słońcu)
w myśli najszlachetniejszej z konieczności rozbłyska
widzisz ten opłatek bursztynowej gwiazdy
kruchy jak śnieżka prześwietlony
w monstrancji bezlistnych, styczniowych drzew koron
na ołtarzach złożonych, wzniesionych jak do modlitwy
dłoni domów i kominów
wśród teoforycznych procesji wysokich wietrznych chmur
w styczniowe popołudnie od emocji niecichnącego serca
serca jednoczącego i jednoczonego
w strzelistym akcie zrozumienia wszystkiego wzdychasz

*Do kroćset*
Jakąż skałą krwi jest ta kroć?
krwawię ciągle, bo wiem,
że ja sam i serce jedno jak słońce ran
krwawię, bo to już nie kroć jest jutra
ale dziś, księżycowe dziś
westchnienie płuc jak gór – gdybyś, chociaż ty raz
lawina myśli nie zastąpi wodospadu słów opisujących ciszę
a kysz świecie pusty i zły, a kysz
tylko ty ja tylko ja ty wreszcie
nawet – do kroćset
otwartych serc i nieb

*Noc sylwestrowa*
Serce męczy się pochylone
nad swym losem spętanym
gwiaździste niebo ledwo przynosi
rozluźnienie jego więzów
serce łka w sylwestrową noc
nic zmienić już nie może
nic nie zmieniło i chyba nie zmieni
nawet, jeśli samo zmieni się w cnotę lub grzech
w trój jedni zawieszone – siebie, jej i miłości
cierpi, cierpiało, wycierpieć musi
skutki zjednoczenia z galaktyką nieznaną
ot prawda, gwiazdy nie uwolnią od uczuć i marzeń
marzenia nie uwolnią z teraźniejszych kajdan
noc ostatnia to ich nieubłagany kat
gwiazdy, serce i żal

*Reinkarnacja rozkoszy samej*
Od do idę przez śnieg, tonę w tym śniegu
płatki różnoramienne wciąż padają
zastygającą ciszą na moją głowę katedralną
zamarzam jak witraż biały, przez który prześwieca tęcza
w kolorach siedmiu, a raczej odcieniach szarości pleśń
tęcza duszy wędrującej przez cmentarze dogmatów
hipopotamy północy, ibis obcy, krokodyl Nachodki taki słodki
i mini smok z Nostromo Sodomy
niosę jajo Morza Martwego unicestwione w soli i asfalcie
jajo, które umarło w człowieku, kiedy spoczął pod dębami Mamre
jakim byłem jeszcze rano, kim byłem, Abrahamem?
przechodzę przez bramę zimy, którą wzbudzono wirtualnie,
by odżyła reinkarnacją rozkoszy samej zastępując wszelkie czułości
nazywane onegdaj ogniskiem miłości żywotnej
od do idę przez śnieg, padam weń i zastygam na chwilę, lecz powstaję
nie chcę się poddać niewoli
nie chcę się poddać niewoli tej zdrady

*Drąg fyzykalny*
Drąg fyzykalny i grówniane nożyce
dorzucone do pogrzebacza fynansowego
tak sobie to leży na złomu kupie
jak niegdyś pobitewne, popowstańcze aruże
ale dzisiaj już nikt nie powie
– to w Polsce, czyli nigdzie!
oto ja, który zakupiłem
maszt ogrodowy właśnie
na pudełku napis – produkt typu Germany
w Wuhan zdjełany
ustawiłem i zawiesiłem na nim
wimpel w barwach polskich
niech powiewa nad dziedziną Polaka
właściciela kupy złomu
post.., post.., post…, post…
oto ja, stoję pod nim z włosem sczochranem
Polak żywy i wciąż niemartwy
moja dziedzina oblewana jest Morzem
niezłowrogim i gościnnym
zapraszam do się orły, orłosępy, orliki
wszelkie wirtualne i nie
tylko nie czerwone

*Zżęte kłosy kolejnego roku*
Zżęte kłosy kolejnego roku
w mumie zmienione wczorajsze dni
nic żywego tu nie znajdziesz
w noc sylwestrową
kabaret ukraińsko-śląski wypowie ostatnie kwestie
w języku kaszubskim do górali w Kruszynianach
z piedestału Światowida komercji – i tyle
owce przewag i strat postrzyżone
w Ełku kot ogaca jeszcze zapomniany dach
kogut pieje w Lubaniu po organowych koncertach
Jaksa panicznie bije ostatniego denara północy
denar płacze jak żywy brakteat południa
niewczesny motocykl księżyca rozjeżdża ślimaka miłości
nienadążającego za gwiazdą przyszłości
– motocykl na gąsienicach
jest Lublin w Stoczku i na Wawelu Wawer
za późno na snopy
wymłócono wszystko w trakcie
– całorocznych żniw osobowych
jak świt powiecza teatr jest narodowy
na rynków prawdziwych scenach
aktorów światła brak

*Oczy i serca splątane*
W jej zachowaniu niecodziennym odczytałem kierunek
marszruty moich ocznych gałek
kiedyś były pełne wyrazu
plemiennego krajowego wielkopolskiego
jakieś takie były mrugające
czerwienią zielenią pulsujące
światłem zwykle dobrych, ale i przeciwnych zamiarów
ożywcze w swej lapidarności przekazu
dla komsomolskich maszkaronów kultury
teraz kurczowo uchwyciły się jej błękitu
moje gałki oczne nazwane przez nią:
„och, jaki ty jesteś dobry” z powodu napisu wewnątrz
za nią pomaszerowały w mundurach na kurhan,
wzgórze, jakiś wierzchołek Nebo samych górnolotności
chyba zmienią się już jutro w kosmiczne statki
od wtedy przecież szykują się startu jak gdyby
choć niebieski stał się dominujący
to nie pulsuje w nich zerkających
jest tylko rozbłyskiem jedynym ciągłym
a wzrok mój wszystek sam jest poza nimi
już jest cały w niej jak cel

i oto zaczęły się lekcje tanga Chagalla na niebie karminowym
oczy i serca splątane tańczą przytulone do siebie
obejmują się czule, wypełniają sobą, lewitują nad horyzontem omdlałym
to już ta jednia, to uniesienie do gwiazd wyczekiwane
skrzydlata pieczęć przełomu epok,
roku, dnia, godziny, sekundy … życia zrywu?
czy wielokolorowy fajerwerk nad nekropolią uczuć?

*Kamień filozoficzny nowej ery*
Skorzystaj z ciągłego odlotu samolotów
wszystkie jak na komendę odrywają się od ziemi
unoszą się w górę i lecą w jednym kierunku
jakby gnane popędem w istnienie wpisanym,
zewem wędrówki a przecież ludzką ręką kierowane zdalnie
skorzystaj z lotnych czasów
skorzystaj z tarasu widokowego nowej ery
skorzystaj z tych dziwów maszyn
kto konkretnie kieruje tym skoordynowanym odlotem?
a kto twoimi wizjami na wysokościach?
czyżby antyczarnoksiężnik z Florencji – Savonarola
Dominikanin rozpalony nadto nienawiścią do złota
albo ten, co zamieniał ptaki w samoloty – Leonardo
co zamienił twoje wszystkie wizje w obrazy
albo Michał
ten, co zmienia wciąż skały w dusze czyste i rzeźbi sumienia
patrz na odlatujące samoloty lat
i zmieniaj słów ołów w złoto jak puch jak oni
ołów, mosiądz, oto zachód słońca
a ty jesteś kontrolerem lotów
zbywcą słońc po zmierzchu
tych, z których wyłoniły się czyste złote dusze
rozpięte na sztalugach nieba dusze z renesansu przestworzy
sam jesteś dziś w nich kamieniem filozoficznym

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s