2017

Posted: 01/24/2017 in Wiersze
http://virtualo.pl/ebook/piotr-zawrocil-i228835/
Złymi świadkami są oczy i uszy dla ludzi, którzy mają dusze barbarzyńców
*Jak Reja*
Nie można się skupić
na celach propaństwowych
bo grudniowa miłość nie pozwala
każe bliźniego szukać
w szopach bydłu przyzwoitych
a ojczyzna czeka i czeka
nie wystarczy jej pasterska dumka
ona to nie bliźni
nie można nic zdziałać bez niego
tak jak bez siebie samego?
dobrze więc, wracam do Rzymu
do stolicy imperium
pożerającego niewinnych zatroskanych ludzi
jak ubóstwiany tu Saturn własnych synów
wracam by oddzielić ojczyznę braci
od państwa kanibali
i rozpaczać przy płótnach Goi
w czas przesilenia
dzielić się nowożytnym słowem i odwiecznym chlebem
jak Reja
>>>
*Pit-stop wymiana elit*
Uwaga na pit-stop
nadjeżdża cygański tabor
uwaga Kazimierz nad Wisłą
to pit-stop
teraz, teraz, teraz wymiana elit
a co na to Wisła?
co na to łozy wikliny międzywala?
co zrobią kupcy, orylowie i flisowie?
ja za nimi się nie ujmę, gdy powódź nadejdzie
w Puławach może
ale w pięknym Kazimierzu nie
pit-stop każdy ma swój
to mój kolejny wyścig do Warszawy
nie zaskoczy mnie wysoka fala
nie zaskoczy mnie mróz i kra
mam swoją cygańską elitę
samego siebie i wiersze
na każdą porę
na każde warunki
za każdym rzeki zakrętem
pit-stopy mi nie straszne
>>>
*W antonimów lawinie*
Złudny jak synonim toboganu
karetki pogotowia
oto lawina niesie ratowników
tak w tym świecie wygląda
demokratyczny spór
ranni sami z siebie
nie za przyczyną gór i chmur
najczęściej za przyczyną słowa
ratownicy opatrują złudy
bandażują nawzajem usta swoje
a karetka leci na łeb na szyję
w antonimów lawinie
wtedy to prawdziwy koniec
synonimów wyciągniętych z głów ofiar
>>>
*Dysonans w organach*
Plasowane wkłady w jedność wspólnotową
częste w korporacjach
rzadkie w organach państwa
o dziwo
tylu ich plasuje siebie w jedność narodową i nic
tylu ich znika z worami jak Mikołaje nie święte
telefony wyłączone potem
gdy stacje i opery przedwojenne
obskurne odremontowano
telefony włączono
za pieniądze nieukradzione pierwszy raz
naród wjechał na o-peron
plasowane wkłady w jedność
giełdy kościoła sztuki głoszono
a oni nie wierzą w Boga
chcą się zjednoczyć z kimś takim jak Dziadek Mróz
kimś, kto już nie istnieje, chociaż żyje w mitach – są tacy
tylu ich czyta poezję swoich ulubionych
partyjnych wierszokletów i o dziwo nawet wybitnych poetów
tylu ich nasłuchuje Szymanowskiego, który coś pisze dla mas
klawisze fortepianu
brama więzienna
dźwięki hymn – kto zaśpiewa, kto zagra?
nuty zamazane bez kluczy
papiery wartościowe ojczyzny sprzedane
pieniądze roztrwonione
orkiestron pusty
wokaliza nieistotna
mezzosopran w kaloszach narodowych
źle plasowany
dysonans w organach
>>>
*Trepanacja kuli ziemskiej*
Skalpel zatrzymał się na nieustępliwości czaszki
to czaszka świata
to trepanacja kuli ziemskiej
a ja jestem tym chirurgiem,
który wykonuje tą skomplikowaną operację
odchyliłem skórę odsłoniłem
nieskazitelną biel bieguna
sięgam właśnie po coś przydatnego
żeby przeciąć kości lądolód
tak, ja sam operuję po krótkim kursie
dla niezależnych operatorów
zdalnych kombajnów terapeutycznych
wiem, że dam radę
chociaż to moja pierwsza taka operacja
odkładam skalpel i włączam kombajn
to moja pasja naprawcza – uzdrawianie świata
zaraz dostanę się do serca królestwa idei
co napędza ten świat o tysięcy lat
i oto nagle – co to? idee to już nie wrząca lawa?
nie plazma żywiołów wzniosłych myśli
nie rozżarzona magma dobrych intencji
nie jasna dobroczynność śniona
coś dziwnego, brunatnego, scalonego i zimnego –
w czerepie cywilizacji połyskuje wyłącznie
zamarznięta czekolada
destrukcyjnej przyjemności  nieustanne zarzewie
czas zdemontować i przetopić na surrealistyczny sen
a teraz czas podłączyć w jej miejsce
ideę sztuczną czystą z ceramiki i krzemu
w sterylnym laboratorium przez roboty wyhodowaną
ideę nareszcie niezniszczalną
>>>
*Dziwolągi, straceńcy*
Po drodze anielskiej
mknie ślimak neandertalczyk
jakiś symbol chyba
bo to niemożliwe by był taki dziwoląg
po drodze snu
posuwa się wąż niebezpieczny
oczywiście biblijny
na brzuchu w pyle a jakże proch jedzący
z uśmiechem szyderczym
pędzi motocykl łamiąc przepisy drogowe
na tej drodze go widać, ale
jest jeszcze daleko
stąd dostrzec już można jego szatańskie zacięcie
kłótnia przed kamerą
woźnicy z kierowcą tira
koń parska tir syczy opony parują
obok na wierzbie siedzi sroka
symbol kolejny niecnej pokrętności
ale dlaczego właśnie droga nazywa się anielską?
jest człowiek szatan zwierzęta symbole mechanizmy
brakuje aniołów
chyba, że wszystkich nazwie się aniołami piekieł
jak w każdym obrazie w każdej scence rodzajowej
mieszanej ludzko-nieludzkiej
dziwolągi straceńcy z koszmarów na drodze życia
tak jak to zwykle bywa
>>>
*Kraken*
Piętnaście istnień tajemnych w kredensie masz
kosmos łazienki i jeszcze jedno życie w nim
astralne nierozpoznane
a ponadto takie tam – nieistnienia pajęcze
ale po te musisz sięgnąć do piwnicy
kilkanaście ozdób smoczych nozdrzy
w fotelu przed komputerem
a co z tatuażami ostróg i płomieni? też?
tu możesz polecieć jak smok przez ten nieważki świat
ale smokiem wciąż nie jesteś – i dobrze
jesteś za to kimś ważnym na uwięzi
w niekończącej się opowieści fantasy
nie do ogarnięcia rozległym nawet sieciom
zatopionym Krakenem bodajże czy coś?
są w twoim najbliższym otoczeniu
takie emocji bezcennych elewatory pneumatyczne
gdzie skorpiony łagodności rdzewieją śpiące
wytworzone w epoce przemysłu lewitującego umysłu
ale ich sen jest barierą trudną do sforsowania butnym
i to nawet ty nadwrażliwiec mityczny tam nie masz wstępu
ale wyobraź sobie, że na szczycie takiego elewatora
kwitnie żółta róża w purpurowej rynnie
wyjdź z cyfry siedem podejdź pod osiem
rozbłyśnij czymś, może nagłym laserem z ust
zapal kosmicznej róży silniki w sercu
jeden dwa trzy – wystartowała leci
trzy dwa jeden – wystartowała również druga?
– nie, to jedna i ta sama róża dwu światów
twoje ptaki podobnie, wszystko ale nie ty – Kraken
kto zgodził się na takie odliczanie? kto je przeprowadził?
– suchotnicze morwy obok wież przekaźników
nadajników radarów stacji radiolokacyjnych?
jeżeli
jeżeli musisz coś widzieć stań na nich
i patrz w ślad za różą
patrz skuty istnieniami za wolnością
popatrz tam na wzgórzu jeszcze tkwi
wbita w ziemię rycerska średniowieczna kopia
co chybiła nieosiodłanego dzikiego smoka
nie płacz to nic nie da
wieże oblężnicze się przybliżają do twoich okien
a ty widzisz kubistyczne rzeźby lub techniczne urządzenia
istnienia
leci strzała oszczep bełt
list pean wiersz dialog
piętnaście mgnień ciszy i już po
piętnaście lat niewoli i już po
piętnaście lat samotności i już po
rozpoczął się atak bezsennych pajęczyc z Marsa
one jednak istnieją?
z jaj wylęgły się dzieci piątej kolumny salonu
roboty nieinteligentne stwory pełzną już przez korytarz
ociekające oliwą płodową łożysk zatartych w pamięci
zbudź się, stań do walki sam jeden
– ty symultanicznego Krakowa wiślany Kraken
naprzeciw smogowi ewolucji pradawnych kamienic
grzeszności emitujące w pleśni i niesłusznych torturach
z dmuchawą na gołębie symbole opuchnięte
a na ptasie odchody, tak ptasie – radar
– czasom nie dziw się
bezcenne odchody lecą z daleka, zza startowych wież
jak symboli deszcz
komentujesz gołębi peregrynację wtórną
przynoszących rozkazy nakazujące ostateczną przemianę grodu,
kilkunastu chwalby godnych skorpionów i samego Krakena
w tętniące tobą miasto pokoju
z rynną i różą w herbie
>>>
*Nad nad wprost*
Nad leci nad wprost
kiedy ktoś myśli pod
kiedy myśli nad
jak wówczas gdy cisza jak zzz
chociaż jest sam
w niej środek lotu
i pod i nad
kamień jest uosobieniem www
więc?
więc, czas obok
nie sztampowo
uleczy uleci ulewa
u bram kamienia
www a co nad a co pod?
kiedyż którędyż jakżeż?
martwy kamień – ptak wspak
wpatruje się ktoś w myśli
smak
czuje dźwięk ciszy i brzmienie
zboczenia kamienia
wpatruje się w czas
w czyj czas?
ale czy nad czy pod?
skrą życia
mgłą skry
krą mgnienia
krew www
i nad nad wprost
>>>
*Ratownicy w lawinie*
Złudny jak synonim
karetki pogotowia
toboganu anagram
oto lawina niesie ratowników
tak w tym świecie wygląda
demokratyczny spór
ranni sami z siebie
albo za przyczyną słowa
co straciło sens
ratownicy opatrują złudy
a karetka leci na łeb na szyję
to koniec sporu
synodziwów gramu
>>>
*Industrialny anioł*
Industrialny anioł miłości
mechaniczno-elektroniczny
zaprogramowany informatycznie
na sfery erotyczne
kłania się siada całuje na C++
mówi – piękny, piękna, och
zdalnie sterowany bezprzewodowy
industrialny anioł androidalny
potrafi nawet odlecieć
i nie powrócić
jak duch naszej cywilizacji
jak kobieta i mężczyzna
>>>
*Rzut beretem*
Rzuciłem przed siebie beret – wrócił
rzuciłem myśl – wróciła
rzuciłem swoją głowę – wróciła
rzuciłem swoje serce – nie  wróciło
nie wróciło
bo nie jest bumerangiem
nie wróciło
bo nie było komu go odrzucić
albo
może stał za daleko
>>>
*Rzadki krajobraz*
Krajobraz ziemski jest zimnym krajobrazem wodnoplanetarnym
aczkolwiek bardzo rzadkim w tej części galaktyki
Mars na przykład generuje obrazy jakżeż atrakcyjne
ale nikt nie mówi, że jego równie rzadkie piękno jest wręcz urokliwe
tak i o tobie powiedzą – on jest jak rajski ptak dziwak
aczkolwiek ptaków ci u nas dostatek
weźmy choćby takiego
dzioborożca smutnego nie wiadomo dlaczego
albo kulawą perliczkę nie wiadomo dlaczego
w tej części planety nie wiadomo dlaczego
atrakcyjny, bo rzadki koliber dziwadło
wszystkiemu więc winne niepoślednie przypadłości
i wszystkiego zasługą błędy ewolucji
notabene bardziej przypadkowość niż błędy
oto cały ty nienazwany ty
w gorączce rozgadany półnagi Osjan
na pustyni słowińskiej nad północnym morzem
eskapiczny platonik tylko w idee odzian
stopiony w jedno niespotykane z ziemskim krajobrazem
>>>
*Na padok łez*
Skokowa zależność od podniebnych koników
– galopady odruchowe rzęs
to botaniczne czy zootechniczne
ujarzmienie purytańskich pojęć?
gnanie z wiatrem gniadych chmur
to przecież ten sam złudny trend
od zwykłych kopnięć zależy twój spokój
od uderzeń nieba natchnieniami zależy twój blask
zawiaduje tobą wypełnieniowy wyprzedzeniowy czas
dni w słowach żywotnych jaśnieją
koniecznie purytańsko do końca biegnąc
do stajen nocy jak do celownika
a step niebieski wolnych rumaków uwikłany w przedmowy
skokowa przemiana w układ na torze
jednego elementu w drugi
skokowa galopada zwykła
nie mylić z niesieniem humanoidalnym
prawie wiatr tak robi
prawie wiatr, czyli bryza mnisia
dopóki mgły wiszą wysoko
przesłaniając słońca kopytne
dopóty możesz iść niosąc siodło sam
botanicznie usiądź w piekle
na dyni tej ogromnej ona zdusi ogień
a pestki z niej zmienią się w chmury
chmury w koniki żwawe
koniki w kłusaki a te w bieliznę aniołów
prawdziwy deszcz
co spłynie z rzęs
na padok łez
>>>
*Kloc drzewa z czystego niklu*
Kloc drzewa z czystego niklu
niklowe drzewa, a to gdzież?
a w ustach twoich tudzież
gdy wyleciały już wszystkie prehistorii gady, ptaki i ćmy
gdy wyleciały straszne sceny
Sądu Ostatecznego z Kaplicy Sykstyńskiej
i zaświeciła jak opowieść fantasy
odlana w pozłacanym brązie brama Raju
– drzwi Baptysterium przy Santa Maria del Fiore
we Florencji ze starotestamentowymi scenami
z kamieniem, mieczem i grzechem w roli głównej
to teraz sięgnij głębiej
z głębi zwanej ostępem i ust matecznikiem
wydobądź w sam raz do obróbki kloc
wtedy rzeźba Świata Madonny Boga
połyskliwa na tle nieba
i siebie samego w okoleniu dzieła
może powstać w przestrzeni wypowiedzianych słów
szlifierzu trójwymiarowych niezniszczalnych snów
naładowanych przyszłością dusz – emocją,
co nigdy nie pokryje się patyną zła
wydobądź pocznij stwórz
dla niej ołtarz z powietrza przeczystych drgań
>>>
*Niesiesz swój rower*
Z wielu dróg, z żalu pszenicy i gryki
po stoku gdybania w akacji
niesiesz tędy swój rower na plecach
stary z jednym kołem jak żarna
z mogił powstańców styczniowych
(tylko kilku na tym cmentarzu)
wyniesiesz całe Beskidy waleczne
przyglądasz się bliżej tym tworom, a to nie góry
to ławka bez jednej nogi
kto na niej siedział?
kto ją nosił przed tobą na boje czatowania?
miej myśli powstańcze w takim momencie
złóż je na rowerowym bagażniku
jak znieść i te grabie bezzębne i kosę
Bartka hoplity z Propylei na Cergowej?
świt już – mogiły się otwierają na przestrzał
i pierwsze wrony w nie wlatują
z dróg bliskich wyjedź czymś
na gąsienicach stalowych
traktorem, spychaczem, czołgiem
smutek jest dzwonkiem rowerowym
jakaś szmata albo skrwawiona koszula
owinięta na zardzewiałej ramie
gdybyś, albo, no cóż, niestety, lecz..
to w worku kamienie na szaniec
szaniec na końcu drogi
czy on cię obroni przed Egiptem, Sodomą, Samarią?
to, co tam świta za grobem,
to już nie szałas jednego dnia to wieczny płomień
idziesz w dobrym kierunku,
ale jeszcze rzeki przed tobą głębokie jak Styks
ten wulkan, co ci się marzy, ten tufu dywan
jak tatrzańska dolina we mgłach
nie roztańczy panoramy kwieciem
nie poderwie drżeniem twoich nóg
wlecz, więc nogę za nogą, but za butem
przybijesz je później do drzwi
ale nie nazwiesz ich: „moje złote buty”
– to nazwa zastrzeżona przez Hasiora, szkoda
margines drogi na zwierzę
ale czy udźwigniesz słonia, wielbłąda lub konia,
kolegów obrazy i bicze władzy
na swoich barkach tak wątłych?
śpiewaj międzynarodówkę indoeuropejskich plemion,
co chciały się zbratać z plemionami Chama i Sema,
ale coś poszło nie tak
rowery i okna z wybitymi szybami
karuzele całkiem kolorowe i harfy
aniołowie niepełnosprawni
– to z tobą udaje się w świat i oni
z ust aniołom wyjąłeś ziarna
nie mogły ich zżuć a tobie się to uda
na mękach wypowiesz słowo – klucz
schodząc z ubitych dróg beskidzkich do domu
powszedniego chleba
>>>
*Teleskop myśli o tobie*
Mam głęboko ukryty w sobie skarb
dość techniczny, ale nie na tyle
żeby nie ożył w twoich rękach
i nie stał się twoim uśmiechem
ofiaruję ci go dzisiaj
z okazji ustanowienia świata
opisania duchowych dróg kosmicznych
jak my odwiecznych
milczących w oddaleniu
lecz szepczących w zbliżeniu
– teleskop myśli o tobie
rozłóż go i zobacz nas
>>>
*Czekoladowe łabędzie*
Czekolada nadrzewna na łapu-capu
nie sen to, nie sen, oj!
łabędzie są czekoladowe na drzewach
kosmonauci w stanie nieważkości na płotach Chagalla
cukier lukier spierniczały anioł
zawinięty w kolorowe papierki świat prowincji
bydlęta, ludzie i szklane gwiazdy
czekolada śpiewa, siano truchleje
bieda szyby w kominie
Mikołaj to czy kometa – coś błyszczy z dala
no nie – to tylko ktoś kominek rozpala
zatrzymać – zatrzymać go
Baba Jaga ucieka do lasu a Jasiu Małgosię
częstuje czekoladą z drzewa
odłamują po kawałku na łapu-capu
nie sen to, nie sen, oj!
bociany gipsowe ikony przynoszą świętą rzecz
– wieść z Południa
odwróciła się stacja kosmiczna
zamiast marszów przekazuje kolędy
lukier kapie na Grenlandię
sykomory bieleją i broda
ssyk sań słychać na Północy
przybywa on czy ona?
>>>
*Zakneblowane uczucie*
W mojej matni…
– piszesz tak mocno
a myślisz tylko o głowie i pokoju
tak naprawdę to matnią jest
nieziemska twoja praca
o włos a powiedziałbyś – podróż
w twojej matni jest wyobrażenie
o niej samej
w twojej matni jest przekonanie
o beznadziejności ucieczki
w twojej matni jest marzenie
o wyrwaniu się z niej samej
ulotne
dlatego o włos chybiłeś z jej dookreśleniem
gdyż freudowski błąd i lapsus poselski
zaprowadziłby cię do własnej głowy
a tam nie ma głosów-szeptów-miauknięć
tam jest uczucie
zakneblowane uczucie, które
wyzwolić w pełni może tylko śmierć
nie przystaje moc krat
moc sarkofagu jestestwa – matni
do jego mocy
>>>
*Kierowca bombowca*
Jest noc otchłanna bezdennie
słychać gdzieś jakieś odrzutowce
przelatujące nisko nad osiedlem
huk, detonacje i wystrzały
może to odrzutowce albo i nie
może ktoś po prostu użył broni palnej
jak się wsłuchać lepiej
to może to są drapieżników pohukiwania i jęki
albo nieprzejednane ujadanie psa
udomowionego jak ja
jeżeli to jednak odrzutowce to bezsenne jak ja
osiedle Muminków śpi nie ja
chociaż jest jeszcze ktoś lub coś więcej
co burzy padołu letarg
ktoś trzepie dywan za rogiem
o drugiej po północy na trzepaku z księżyca
i choć jest noc
słychać grzmiące jak dzwon
jakiegoś Husajna zapamiętałe uderzenia
przy śmietniku echo samotności ości kości koty
wściekłość niemoc niemoc nieoznaczoności
wiem, że dalej nie da się tak w półlotosie trwać
czas wstać i z domu wyjść
na ulicę opętaną mrokiem niewymiernego istnienia
czas wykrzyczeć boleść swoją jak pies do odrzutowca
jak desperat z dywanem wyładować się
poszybować jak nocny jastrząb
– baśniowy Salomon światowiec,
któremu nie straszna tortura tysięcznej i jednej nocy
dla pokazania swojego ja
a może dla tej jedynej bezsennej nocy
odlecieć stąd z pilotką
indywidualistką małą Mi
bombowca kierowcą?
>>>
*Zwiastowanie Wszechświata na kolanach*
Zwiastowanie Wszechświata na kolanach
co? komu? czego?
zwiastowanie mnie?
oj! nie!
żadna poza, żadne zaskoczenie
żadna łagodność, żaden komplement
nie, nie i nie
ja chcę żyć i być
a ty świecie nie masz dla mnie nic
poza rolą osła historii
pożytecznego idioty,
co słońce cały czas w oczach nosi
umierające z każdą sekundą
w spazmach tęsknoty za człowiekiem, który
i tak opuści je na wieczność
słońce i księżycu doczesności gwiazdy
tak mi przykro, ale cóż
wasze na kolanach zwiastowanie
życia na chwilę
– nie dla mnie już
>>>
*Portret w złotej ramie*
Misternie wyrzeźbiona rama obrazu
wzory roślinne jak żywe
wrastają w sam obraz
panoszą się na krawędziach płótna
naruszają stopniowo integralność kanwy
akant winorośl lilia
bakłażan papryka figa
niepokonane liście i owoce
śródziemnomorskich stref i krain
secesyjnie pokrętne naturalnie rozwijające się
pomimo ciężaru złota
pokonujące behawioralny komponent podstawy sztuki
prawie żywe prawie kwitnące
chociaż pokryte płatkami złota
jak stemplami urzędniczej machiny
na obrazie moje wyobrażenie o mnie
o sobie sen własny
portret niedościgniony autora
moja twarz poddana roślinnym zabiegom rozlicznym
pokrętnie unieśmiertelniona
przerośnięta pędami drewnianej winorośli matecznej
powoli oddaje ostatnie drgnienia policzków i powiek
ramie złotej i lśniącej
martwej dla efektu galerii
wystawy cieszącej się ogromną popularnością
w Narodowym Muzeum Ramowym
>>>
*Przed zamianą światów*
Kamień to usta twojego przyjaciela
cichsze – ciężar i szarość smutku zapomnienia
Katedra to usta twojej przyjaciółki
zrezygnowane – modlitwa jak echo przebrzmiała
ale będzie wysłuchana to pewnik
Kolejowy semafor to usta twojej matki
niecierpliwe – semafor przestawiany jest,
żebyś mógł żyć – przeżyć i dożyć do świtu
Kwadratowy samochód to usta twojego ojca
konsekwentne – głoszą uniwersalne kierunki
w najbardziej nierealnym świecie
Sam chciałbyś raz otworzyć usta,
które masz na pożarcie świata
one są jak śpieszący zegarek miniaturowy,
co zmienia się w przystrojonego słonia
narowiście biegnącego po pustych ulicach
molocha-miasta jak lawina pojazdów
by zdążyć na czas
przed zamianą światów
>>>
*Czas żniw intymnych*
Będę zbierał malwy
będę siał śmiechu skowronki
dmuchał jak dmuchawce na latawce
i pił sok jak pinia
pobrzękiwał podśpiewywał podskakiwał
ledwo pszczoły zaanektowały mój sen
lata nektar prawdziwy
a ja w ciszy bezlitosnej zimy
już kwiecę kwieciem kosmicznie nie regionalnym
słowno-obyczajowym
słonecznie wszędobylskim
i ku tobie rozedrgany
polatuję nieskazitelnie powietrzem
nadętym jak strach
w śnieżynkach jak w róży płatkach
wesoły rozdzwoniony
zima w pełni a ja w kwietniu
jest grudzień czas żniw
intymnych dla mnie
to moja pora pora maja
mojego nie poranionego jeszcze
uczuciami i wspomnieniami
co z duszy wyleciały na mróz
intymny czas żniw dla nas obojga
stojących bez ubrań w malwach miłości
jak zapomniane strachy na wróble albo chochoły
będziesz zbierać malwy ze mną – prawda?
– tak, bardzo?
– bardzo? jak?
>>> 
*Summa humana*
Czy ono pozwoli?
zastanawiasz się właśnie
ono, czyli kto?
jaki ma kształt? jaki kolor?
w jakim jest nastroju?
jest to osoba czy jednak zwierzę?
a może rzecz zwana energią lub materią?
czy ono pozwoli ci być człowiekiem?
to twoje dziecko czy rodzic?
czy aby jest widzialne?
a może tylko odczuwalne?
więc duch – tak, lecz nie byle jaki
może rzucić na kolana
lub podnieść z błota i ścierniska
wygoni z lasu i do lasu zwiedzie
przegoni przez wysypiska wszelakie
wywiedzie z łanu i ukryje w spichrzu
ono pozwoli na wiele?
a może wcale?
aby nie zdradzić się przy nim
czujnie uważasz na słowa i myśli
pożegnaj się z matką i ojcem
jeżeli zniknie ci z oczu
pożegnaj się z żoną i synem
jeżeli zajdzie jak słońce
za chmurę łez, ocean płaczu
ten krajobraz i tło – duchowe dziedzictwo
ono jest wielkie jak Ararat
nie przelecisz nad nim niepostrzeżenie
nie pozwoli ci osiąść i odetchnąć wreszcie
jaką ma płeć, jeżeli jest ludzkie?
jaką ma substancję, jeżeli jest bytem?
tak odczuwalne jak pieczęć
z całą siłą odciśnięta na czole jestestwa
ono sprawia, że jesteś – opieczętowany
o tak, ono jest echem, echem, echem
echem nie z tej ziemi
sumienie, sumienie, sumienie – powtarzaj
tak, to summa humana
>>>
*Czy można płonąć stale?*
Powiedzże substancjo ludzka
czy można płonąć stale?
z mojej ręki został opalony gnat
a energii wyemitowałaś tyle co kot napłakał
i zwiał
raczej kwant
jeżeli mierzyć ją kategoriami
ontologicznymi
daj mi spokój wolności
nie zapłonę już dla ciebie
tak estetycznie jak raz
ta kaźń zbyt długo trwa
a efekt przemiany termicznej
koci
oto ja już bez ręki i kot bez łez
a siła bólu i smutku
w wolność się nie zmieniła
ani na krztę
siła energii wewnętrznej,
która pochodzi z substancji łatwopalnej rąk
może poruszyć cały skuty świat
to już wolę tobą pisać
nanosłowa o mrugnięciach oczu
swobodnych dusz
niż się napalać na ich niewoli czas
co w parsekach trwa
>>>
*Kwiat Dolorsa*
Jak kwiat Dolorosa
krwawy kwiat męki we własnym pąsie
tak świat cały w kwiatach męki
jeden z nich kwitnie na stokach Czomolungmy
a łan cały pokrywa Mariański rów
zlany potem budzisz się ze snu
westchnąłeś, uff!
a tu krew na poduszce
a tam znów kobiety lico blade
przez środek pokoju ktoś przeciągnął szarfę błękitną
przedziela go na pół
pończochy zwisają z żyrandola – lawendowe
ściany pokoju – oliwkowe
na nich obrazy i gdzieniegdzie freski – wielobarwne
są też szlaczki u góry pod sufitem – fioletowe
dźwięk słyszysz – przeciągły tusz – uuu!
to drewniane trombity Górali
to Hebrajczyków blaszane fanfary
potężne podwójne kakofoniczne dźwięki
jakby wydobywane z naturalnych żlebów i przełęczy górskich
z jaskiń nad Morzem Martwym
oczywiście wieje wiatr wiatr wiatr
na tej obcej planecie wiatr
na hipnotycznej powierzchni serca wiatr
na rozkołysanej grani co wyrosła w pokoju wiatr
na całej połaci uciekającego życia wiatr
ty stoisz na jej krawędzi nad przepaścią
pośrodku nieuniknionego rozstania
ze złamanym sercem
wychylasz się by zerwać
z policzka śpiącej nimfy
jak żywy romantyczny kwiat Dolorosa
wytatuowany ręką bezwzględnego mordercy uczuć
na pościeli zaschnięte tęczowe łzy
zrywasz go – wywołujesz jej
uśmiech przez sen
>>>
 *Wciąż*
Był Nabuchodonozor, Neron, Luter i Cromwell w obeliskach, popiersiach i sztychach
byli uwielbiani eksterminatorzy Karol Gustaw, Napoleon i Król Belgów Leopold
na rycinach w książkach a potem w latarniach magicznych i fotoplastykonach
bezwzględni Rurykowicze i Romanowowie na obrazach i w przedstawieniach
Lenin, Stalin i Hitler na filmach w popularnych kinach i czołówkach gazet
była Rote Armee Fraktion, Brigate Rosse i Action Directe
byli Renato Curcio, Urlike Meinhof, Ensslin i Baader
– przemawiający i komentujący w światowych telewizyjnych serwisach
tak jak pokazywane ciała rozszarpanych, zmaltretowanych przez nich
Bubacka, Ponto, Schleyera i Moro
w końcu do światowych salonów wjechały całe hufce jeźdźców Apokalipsy
– Hamas, Hezbollah, Strażnicy rewolucji, Świetlisty Szlak, FARC, LFWP, ETA i IRA
nadszedł Czarny Wrzesień i czasy masakr na Olimpiadach
wreszcie Bagdad, Moskwa, Biesłan i Grozny
dzisiaj na Facebooku, Twitterze, You Tube, w tabletach, Iphonach
fruwają miliony nietoperzy nienawiści i galopują piekielni rycerze zamętu
w tysiącach scen mamy zbliżenia ofiar z Bostonu, Nicei, Manchesteru, Paryża
powtórki non stop scen z umierającymi
na Moście Westminsterskim i Berlińskiej Promenadzie świątecznej
tętent jazdy Lucyfera słychać już niemal w każdej wiosce globalnego świata
transmisje strumieniowe w Internecie ze ścinania głów Chrześcijanom
na pustyniach, plażach i metropolii placach już nie stanowią sensacji
nie ma dnia w mediach by nie zabijano niewinnych dzieci w Syrii i Jemenie
by nie wyniszczano wiernych twoich synów
w ich własnych domach i na ulicach kolebkach
nawet na Cardo, którym ty sam Chryste szedłeś z krzyżem
i przez tysiąclecia idziesz nadal w tłumie Panie
opuściłeś rodzinne strony przed tysiącami lat
odszedłeś już z rewolucyjnej Francji niszczącej bazyliki i kapliczki
z Anglii, która robiła to już za Henryka VIII i ze Szwecji Wazów
odchodzisz powoli z nawet Włoch i centralnej Europy
tolerowani metalowcy w Norwegii spalili twoje bezcenne drewniane kościoły
dokładnie tak jak komuniści przed laty w Rosji, Litwie i na Ukrainie
pełzający mrok jak egipskie plagi jak cień pogańskiej śmierci
spowija dziś głowy, mieszkania, kraje i kontynenty
czarny smok fantasy to nie smok św. Jerzego
czarne flagi ISIS to nie sztandary wiary
czarne marsze feministek to najzwyklejsze Danse macabre
odchodzisz Panie nawet ze świata wirtualnego
przez cyberterrorystów zaatakowanego
odchodzisz Panie z tego świata, który dla nas zbudowałeś
zabierając wytrych Nieba, pin, klucz, login, szyfr i hasło – swój krzyż
dokąd idziesz z nim Panie, dokąd odszedłeś z serc?
Quo Vadis Domine?
– Kto? Ja? Ja jestem
– wciąż i wciąż i wciąż we wszystkim na co patrzycie!
>>>
*Zamiast symboli memoriał*
Zawsze będzie istniał zew życia
i krzyczał w śmiałych kolorach świata
fizycznie dźwigających ułudę kształtów i form
jak niezmordowany atlant
aż po klęski grzmot
a dusza, a idea, a tęsknota
zawsze będą nieme?
oto zew świata otwiera drzwi teraźniejszości
i ręka wysuwa się z czerni
pisze na ścianie jak w pałacu Baltazara
przez drzwi wewnętrzne ręka w świetle pochodni
kreśli matematyczne równania
wzory rozwijają się i rozwiązują
odrywają się od powierzchni ściany i falują w powietrzu
działania algebry pokrywają przestrzeń jak szybę
obok cyfr pojawiają się najstarsze znaki – litery
wszystko rozedrgane nabrzmiewa i pęcznieje
zbliża się do krańca abstrakcji
a potem zapada w dziurze śmieszności
z wzorów wynika zagłada ale to są tylko słowa,
w które zmieniły się rzędy i kolumny cyfr
matematyka porzuciła kształty wieszczby
niezrozumiałej dla nikogo
śmierć w oczy zaglądnęła kształtom i formom
a tam zamiast symboli memoriał barw
niezważonych niepoliczonych niepodzielonych
z ciemności jednako krzyczących
a dusza, a idea, a tęsknota
zawsze będą nieme?
ta pisząca ręka to ręka demiurga czy poety?
>>>
*Śmiech pusty*
Jest śmiech pusty i śmiech pełen treści
jak lęk widoczny i niewidoczny
do cna wyczerpany
gdy cno nie jeszcze
Ariusz i Luter zachłysnęli się dymem
własnej bogobojności
umieścili na obrazie twarzy
inną część ciała
karygodny błąd
a karą będzie lęk właśnie
odżywotni nieodkłamany jak odśmiech
i nietwarzowość
>>>
*Vlad Palownik z Wall Street*
Jesteśmy zastawiani przez tabelki i arkusze
wyglądamy przez okna okienka
ikony paszcze wielorybów konta
kolorowo żyć nie znaczy mądrze
niecnie? nie cennie?
bardziej jak utylitarnie i zwierzchnie
jesteśmy nabijani na słupki
przez Vlada Palownika z Wall Street
i jak ratunkowe wieści chowani do butelek
a butelki trafiają do trumien
przeraźliwy dźwięk jest gestem, gdy jest nieciekawie
krzywda znaczy alarm w ukrytych raportach
pojawiają się gdzieniegdzie splątane strofy alertów
o nierozwiązywalnych równaniach z niewiadomymi potęg
Algebra ciągnie się wszędzie jak spaghetti na widelcu świata
jak kolumny niepokonane Aleksandra lub SPQR na traktach pamięci
kolumny? cyfry? ludzie? słupy? pale? smród?
tak, to nie oznacza tylko pochodu cywilizacji
przychodów obojętnego dobra
może być storno liczb?
nie, tu bywa storno idei i słów!
jesteśmy eliminowani z własnych mieszkań
przez zdziczałe kwoty
jesteśmy eliminowani z własnych serc
przez zdziczałe alikwoty
fakultatywne do chmur wyniesienia rozrachunków z ludźmi
szaro? mało zwierzęco, cicho wręcz? zabójczo?
a witraż Excel w oknie werandy wciąż świeci
zaprasza na zewnątrz i więzi jednocześnie
to prawdziwie żywotny program komputerowy
– zechciej mieć przewagi, rozlicz się z dąsów, służ
dalej krwawią pulsary bogactw w bankach wszelakich
ale ile ich jest, ile? kto je opisze do cna?
można wymieniać nazwy – zastawiają je fasady
zakrywają oblicza teraźniejszości ludzkich gwiazd
kto? co? ile? ile?
tabelki, arkusze, bilanse nut
mniejsze zło, gdy bilans cnót
większe zło, gdy niedobór ust
zastawiają kościoły i przedszkola
autostrady w spiżarniach i szlaki piesze w stołowych
kto? co? ile? ile?
Matrix finansowy wampir – ktoś powie?
Vlad Palownik z Wall Street – może?
na bosaka ciągłe bieganie wokół osi sprzedaży
zeskakiwanie z chudych żeber niedokończonej arki
dla umierających z głodu
konstrukcja wieloryba i od razu
Jonasz w garniturze przemawiający w Niniwie
a tam Bank Światowy rozkłada waluty na rynku
molestowanie ławek banknotami bitcoinami
molestowanie przyłbic kupców zakutych na amen
jakiś słup zasłania giełdę
czy to aby nie osinowy kołek?
cyfry wyswobodzone biegają na placach mistyfikacji
ukazując ociekające krwią kły
skazanym na chłosty pokrzywami sum
prosty zwykły dzień mnożenia bogactw
chyli się pod ciężarem wieka zysków i strat
skróćmy jego męki zatrzaśnijmy wieko wieku
>>>
*Taka lekka siła*
Zmierzch
taki lekki zmierzch
w rytm krakowskich tramwajów ostatniej zmiany
zjeżdżających do zajezdni
taka lekka jazda
dym zasnuł wszystko
a może to noc niezauważalna
taka lekka noc
znowu stoję na przęśle mostu Piłsudskiego
coś mnie tu popycha i przyciąga
do tego miejsca zamurowanego w pamięci
jak Brama Wschodnia dla księcia
do tych jak żagiel wybrzuszonych
struktur stalowych gna
jakaś siła może nie od razu tajemna i zła
może to wiatr od rzeki
albo raczej wewnętrzna potrzeba
taka lekka siła
lubię z tego miejsca oglądać
śmierć słońca i zmartwychwstanie gwiazd
zamiast rzeki zamiast miasta
można wszystko dostrzec stąd
nawet Ostateczny Sąd
można nawet oceniać minione godziny
bezpowrotnie stracone dla samego siebie
i choć obok mnie staje tutaj zawsze
Ezra poeta ze szpitala wariatów
a nie Albert brat z ogrzewalni dla takich jak ja
to wizje zmieniają się tu w proroctwa eschatologiczne
ot taki most!
takie przęsło łączące
Wielki Wschód z Wielkim Zachodem
Łuk żalu i Łuk miłosierdzia stopione w jedność
Jego Wysokość Skok
w mrok
w tajemnicę lekkości
ma tu wstęp wzbroniony surowo
>>>
Zarzewie miłości jest w nas
czy jesteśmy w ulotnym momencie oczekiwania na nią?
nasza jaskinia nowoczesna
i troglodyckie autonomiczne pojazdy
przygotowane do schadzek
biały kieł biały gorset biała lilia
podniebne balety kwiatów i dusz
naszych chmur nabierają rozmachu
jednego dnia polecą jak agawy oderwane od podłoża
z kwiatami jak żaglami
innego dnia staną się sowizdrzałem wczesnych wieków
gdy kret podziemi będzie z lilią słońc
gdy rakieta będzie człowiekiem
to miłość mogłaby być czasem
a choć tak to jest tylko zegarem
w naszych głębiach odmętach stułbie
przeżycia pożądanie płci
wypływają jak meduzy z milczenia zakrzepłych serc
leż w buduarze w łożu z baldachimem
potem wstań szybko w środku nocy i wyjdź
ogień się pali tam gdzie leżałeś
nie wypieraj się przeżyć uczuć wzgardliwych
oto słoń przechadza się w tramwaju
a drwal rąbie księżyc kawałek po kawałku
nie bój się to nic, to tylko dziś
Temistokles i Wergiliusz też byli nienasyceni
aczkolwiek słońce świeciło tak samo
co godzinę, co dzień, co jest nakazane czyń
święty ogień podsycaj żywicą cnót
pokoleń głosem, co nie przeminął
oto zamach smoczy na zamek dziewic,
których miałeś bronić
z baszty zwisa sznur
a ty?
białe kości kolczyk w nosie
ptak i chmura motyl i czołg uczucie i strach
nadlatują samoloty porównania jak tygrysy groźne
rzucają się do gardeł salwami ognia
rzecznik myszy wybrany przez roboty jaskiń
wskazuje katastrofy sfer i er
potem udostępnia zasoby miejskie
złoża kopalnie niewyczerpane naszych er i sfer
zamyślenie powściągliwości jest okiełznane
i wybucha namiętność
sterowana przekazem nisko glutenowym pokarmów
świat zmierza ku miłości, zarzewie się tli
co wieczór, co godzinę, co myśl
eksplozje o sile wypatrującego męża
trzęsienia o sile kobiety stęsknionej
wywołują zewsząd narzekania na potrzebne cuda
a one się dzieją
wśród serc głębinowych ryb lub ryb jaskiniowych
ułożonych na słońcu równo
dla myślowych penetracji mędrców morderców
>>>
Kłótnie nad spalanym igliwiem
nie mirrą kadzielną
lecz pachnącym podobnie
miała być miła woń a nie jest
jest tylko nieznośny zapach ludzi lasu
ich wielka kadzielnica uszkodziła ściany bazyliki
oto cały ambaras
są mocne słowa słabych mężczyzn
odurzonych organicznym dymem
kwilenie zaszczutych piszczałek
podzwonne dla zmanierowanych sygnaturek
kompletne już zamieszanie pośrodku głównej nawy
pielgrzymów i żebraków nie ma w jej wnętrzu
emocjonalnych młodzieńców i starszych pań też
usunięto szopkę, żłóbek i grób
ołtarz z tabernakulum przesunięto do nawy bocznej
by zrobić więcej miejsca dla wymiany poglądów
w istocie kadzenia totalnego i pełnowymiarowego
oto wchodzi orszak prawie jak procesja
całkiem bizantyjski aczkolwiek republikański
kroczy przez środek kościoła
baldachim na czele
prawie procesja rozdziela kłócących się zaciekle
zapach z kadzielnicy nie zabił nawet obcej muchy
zapach nie zabił fetoru z przybyłych podsądnych i sędziów,
gdyż rozbujano emocje bardziej niż kadzielnicę
więcej mężczyzn do niej potrzeba
pod feretronami politycy
na feretronach też
pod baldachimem fałszywy biskup bez monstrancji
i cesarz racjonalnej Europy kroczą ramię w ramię
zażenowane witraże stopiły się jak wosk
nawet dzieci w komeżkach uciekły za mur
jest dzień świętych wyborów
beznodzy żebracy powstali i kręcą somnambuliczne filmy
przed frontonem kościoła
maszkarony i chimery gotyckie a jakże ożyły
wyjęły smartfony z uśmiechem
i tłitują dla sprawy narodu oświecenia
jak flesz grom spadł z jasnego nieba
ogłoszono, że spory i wybory w Polsce
decyzją mistrza kolegium
przeniesiono do pobliskiego centrum dialogu
zadymiona bazylika wreszcie odzyskała sacrum
>>>
*Bez sumienia*
Nie ma śladu
po skrzywdzonych ptakach miłości,
które w sumieniu wiły gniazda
spalono je
widzowie misterium ognia w kajdanach
klaskali i bawili się dobrze
przy tym
a gniazda z mirry uwite były nieziemskie
pachnące i nieskazitelne
jakkolwiek sumienia pozostały
ptaki spalono z gniazdami
nad wszystkim świeci słońce jaźni
i zamienia się w bóstwo
personifikuje się samotność geniuszu
dzioborożce niby pelikany łask
usiadły wyżej pohukując i złorzecząc
nie wiesz, że słowa skruchy
nie dotrwają do letargu, nie dotrwają do snu
nie dotrwają do przemiany słońca w bóstwo
ostatni władco ptaków
poderwij służby, poderwij samoloty gaśnicze
niech nabiorą wody w kary słonych jeziorach
niech na słońce zrzucą te bomby wodne
zanim się w nie zmienisz bez sumienia
gasnąc nieodwracalnie
>>>
*Spektrum*
Są słońca i są polaroidy
wyjmij swoją twarz
z jednego i drugiego
i co? zrobiłeś to?
czarna plama? – a jednak!
są kwiaty uśmiechające się na oknie w donicy
i kolorowe twarze zadumanego bukietu
na stoliku w dzbanie
wyjmij swoją z jednego i drugiego
i co? zrobiłeś to?
biała plama? – a jednak!
są twarze jak plamy i są kolory jak twarze
wyjmij czerń i biel z wszystkich
i co? zrobiłeś to?
no widzisz – tak wygląda twoja osoba!
zbyt tęczowo niestety!
utrwal to spektrum
zachowaj ten wynik do analizy
rozszczepialności twojej fotograficznej wolności
>>>
*Bóg, słowo … wszystko*
Można być notariuszem w Hrubieszowie jak Leśmian
albo jak Antoniewicz Jezuitą przez wszystkich najbliższych odumarłym
to nie ma znaczenia dla Boga
to nie ma znaczenia dla słowa
można być majętnym albo nędzarzem
sekretarzem potężnego króla na Wawelu jak Kochanowski
albo jak Norwid głodować w podparyskim przytułku
tęskniąc za krwawiącą Ojczyzną w niewoli
to nie ma znaczenia dla Boga
to nie ma znaczenia dla słowa
można ucieleśniać się w morderczej walce o naród i państwo jak Baczyński
można jak ksiądz Twardowski zrezygnować z całego świata plugawej materii
to nie ma znaczenia dla Boga
to nie ma znaczenia dla słowa
można też być Prymasem-masonem i opuścić zdradzoną Polskę
wyjeżdżając z kochanką do Marsylii
albo powstańcem z kosą w sukmanie ginącym przy rosyjskiej armacie
można być konfidentem zewnętrznych sił dławiących i wyniszczających kraj
można będąc ostatnim niezłomnym żołnierzem wolnej Polski
jeszcze w 1963 roku z bronią w ręku
ukrywać się przed komunistyczną bezpieką w chlewie
Można zrezygnować z idei*
narażając się wyłącznie na śmieszność i pogardliwe zaśpiewy,
które są ledwie cienkim głosikiem w chóralnym chichocie historii,
co nie ma znaczenia dla wielkiego świata na dłużej
tylko tyle?
nie, nie tylko!
albo Bóg, słowo, … wszystko 
————————- 
* W 2000 roku na Zjeździe Prezydentów Europy w Gnieźnie ówczesny Prezydent Niemiec Johannes Rau wezwał do „poszukiwania pozareligijnej koncepcji człowieka”, którą Prezydent ten umiejscawiał poza Dekalogiem tzn. poza Chrześcijaństwem.
 >>>
*Szampan przemilczeń*
Razem otwórzmy szampana
napęczniałą deltę przemilczeń wspólnych
jakże ludzkich przecież
chociaż raz uwolnijmy eksplozywnie
przemilczenia jak gaz
zamiast ciągłego komentowania zła
zaklętego w obmowach
i zlewniach fałszywych świadectw
niech nastąpi eksplozja radości
smak zmian w szczerości
lubość konsternacji uśmiechniętych ludzi
na twarzach na zawsze
niech pozostanie wyrafinowana
smaku prawda
>>>
*Prestidigitator*
W salce przedszkolnej dzieci trzymają na podołkach
ziemskie kule zrobione
z samych włókien rzadkiego niebieskiego słonecznika
takie planety jak awatary
ta ich rozrywka, pasja i posag w rękach albo na kolanach
siedzą w krąg w przedszkolu pierwszej natury
słodkie maluchy cywilizacji dronów i iPhonów
kule ziemskie powiększają się w czasie zajęć
z uczuciologii i ociepleń klimatu
kule są posklejane i pokolorowane czym się da
jak trzeba
włókna pachną leczniczymi endemitami chronionymi
dzieci zraszają śliną małe Ziemie z góry
dmuchają na nie i chuchają od czasu do czasu
niebieskie kule narażone są na polizania i ugryzienia
w tym pomieszczeniu brak jest ptaków
ale są dla nich krzewy cierniste wokół jak zasieki
napomnień, pouczeń i zakazów
dzieci będą pewnie w przyszłości inżynierami bezwiednej śmierci
nie płaczą, gdy ziemskie kule rozpadają się i kruszą
niespodzianie do salki wchodzi gość słońce
prestidigitator zaproszony przez panią
zamienia okruchy w całości
jednym zwinnym ruchem
dzieci zachwycone gościem i jego sztuką
jedną po drugiej miażdżą swoje kule
>>>
*To może ja krótko o sobie*
To może ja krótko o sobie
no więc
pochodzę z Majdanu
zwanego w Warszawie dworzy-skiem
a w Krakowie o-polem
szczycę się muralami anty to moje matury
od czasów Solidarności jestem sprzymierzeńcem ptaków
generalnie zawsze byłem po stronie biedniejszych
jestem obywatelem światła
mam obligacje kilku państw środkowosyberyjskich
co – nie ma takich? fakt – one dopiero powstaną!
skończyłem z nałogami nie tylko u siebie
to może tyle o mnie
czy macie państwo jakieś pytania?
aha zakochałem się jakiś czas temu
tuż przed urodzeniem
>>>
*Przebiegunowanie*
Krajobraz podbiegunowy
mniej syberyjski a bardziej skandynawski
a może nawet svalbardzko-islandzki
w każdym razie fioletowy, kompletnie fioletowy
albo więcej, powiem to dosadnie – ultrafioletowy
odpowiadający człowiekowi z uwagi głównie na
estetykę sterylnych ciał jaśniejących pokorą w ciemnościach
i ciemniejących butą w jaskrawościach tundry
piękno gamy kolorowych porostów i malutkich słońc
wydobyte fluorescencją z wnętrza śnieżnej burzy fatamorgany
– oto mój sen
jakże kontrastowy i dobrze widoczny, świecący w nocy
albo więcej, powiem jednak co to naprawdę jest
– oto moje życie obecne krańcowo i nagle sięgające po
przebiegunowanie chłodnych mniemań
na tle wczesnego, atomowego dzieciństwa,
które minęło w ponaduczuciowej podczerwieni
i tak odzyskawszy tę utraconą zdolność poruszania się w nadfiolecie
zdobyłem pełnię życia osy i renifera
w bryłach lodu i kroplach bursztynu zastygłych mistycznie
dla nocnego w naturze trwania bez oka mrugnięć i skrzydeł drgnień
– do rana
>>>
*Palma pierwszeństwa*
Nazwa towaru –
wierszyki krupnicze damskie
etykieta zastępcza –
pomadki akceptacji wyborne
o o tam stoją psze pani
to poproszę jeden egzemplarz, ten z przodu
ale zaraz, co mi tu pani daje?
– jak to co?
to sprzedaż wiązana, jeszcze grzebień i smalec
jak każdy wziąć pan musi
– wie pan, bijemy się o proletariacką palmę
a może N-palmę w przyszłości
>>>
*Wyeliminowany z gry ewolucyjnej*

Ze względu na oślizgłość osobnika tego

został on wyeliminowany
z gry ewolucyjnej dość dawno,
jakieś trzy lata temu
jego kości jeszcze nie bieleją w muzeum
nie jest ani niespotykanym egzemplarzem
ani przykładem niezwykłego czegoś
uczniowie nie walą głowami w szyby gablot,
w których jego szkielet jest eksponowany
nie ma też słoików z formaliną,
w których lewitowałyby jego miękkie narządy
ze względu na oślizgłość tego osobnika
nie zdołano go pochwycić
ale uszedł z kraju i ma się dobrze
wyeliminowano go wyłącznie z gry,
ale i tak miał kontuzję
taką, co się zowie, taką, że ho ho
zowie się z laicka jednorożność osobowości
cmoka na to e-mitolog i zasypia ze świadomością,
że ewolucja wciąż trwa
ewolucja jednakowoż w inną stronę poszła
przepaściście szorstką dla śluzowców wikłaczy,
ale tylko dla nich stety czy niestety?
>>>
*Katalonia maszeruje*
Zamykam oczy na ławce u wylotu Las Ramblas myśląc o śmierci
obok drzemiącego kibica Barcy pamiętającego czasy Kubali
wokół niego wielu takich kibiców porozumiewających się szorstko
urywanymi katalońskimi wyrazami i półzdaniami z bogactwem dwudźwięków
na tle Placu Katalońskiego miejscowi policjanci i stróże prawa
z Guardia Civil i Mossos d`Esquadra uzbrojeni po zęby
w kamizelkach kuloodpornych
w czapkach z daszkami i jaskrawo żółtych koszulach
obok wejścia do metra czyśćca otchłani
przy wejściu do Rambli śmiertelnej pułapki
kiedyś z arabska zwanej piaszczystą rzeką
dzisiaj promenady zmienionej w nowoczesny europejski Hades
co za paradoks, znów przez przybyszów z Afryki
zmasowane siły bezpieczeństwa chcą stworzyć żywą barykadę strachu
jednak rozmywa się on w urzędników płochych uśmiechach
ruch na Rambli przeogromny jak róża wiatrów na Placu
fontanna w dali – daje radę na wietrze
rozbryzgami aż przesłania wylot Pasażu Dziękczynienia
i wielki napis na publicznych budynkach
na banerze widnieje hasło: Si! Hola Democracia!
dziękczynienie zapomniane, wyparte przez demokracji gorączkę
przybywające wciąż furgonetki i osobówki policji blokują wjazd na deptak
falujący jak historyczna rzeka, która płynęła tędy ku nowym światom
czy popłynie znowu? czy zatrzymają ją stosy ludzkich ciał?
autobusy paradują jak słonie na uroczystości w Indiach
motocykliści i skutermaniacy śmigają jak świerszcze
właśnie przemknęli za nimi dwaj kolejni policjanci
włączając sygnały dźwiękowe
starcy stojący wokół ukoronowanego lampą ulicznego zdroju Canaleta
pokazują coś palcami
turyści nagabują mundurowych wyciągając z plecaków mapy i plany
machają rękami jak wiatraki w La Manchy
grożące niepodległości wiatrom wiejącym ze wschodu
gęsty pochód Ziemian z Rambli jest nie do zatrzymania
pęczniejący i krzepnący tłum do końca nie do rozpoznania
można wyłowić z niego najwyżej dwóch zakonników w niebieskich habitach
z różańcami przy boku i rudego Wikinga z Danii
można zszokować się widokiem marokańskiej kobiety
przemykającej chyłkiem ze spuszczoną głową w hidżabie
można zauważyć na balkonie wygibasy klona Marylin Monroe
podwiewanego podmuchami z wentylatora
dla pokazania ogłupiałym facetom majtek i pończoch
gołębie jak wszędzie obchodzące stragany i siedzących
zaglądające pod ławki i drzewa
czułe na każde sięgnięcie do torby, plecaka, kieszeni
na każdy szelest papierka
nikt z ludzi nie jest tutaj tak czujny jak one
nawet po rzezi urządzonej przez rajdowca z Mekki
śniadzi uchodźcy biedy dźwigający w białych płachtach
tandetne podróbki wszystkiego z całego świata
jak dzikie kojoty i lisy reagujący uniesieniem głowy i skręcaniem uszu
na dźwięk słowa – policja
zwijający i rozwijający te płachty co rusz w różnych miejscach
nie bacząc na miejsca śmierci i jeziora posoki pozostałe po niedawnym zamachu
żywe roboty ubrudzone kurzem i smutkiem egzystencji niechcianej
ustawiają i przestawiają magnesy, torebki, selfiesticki
nikt tu nie baczy na kratery śmierci po upadłych, którym przetrącono serca i kości
nikt nie zamyśla się nawet przez chwilę nad okropnością terroru
jaka niedawno popłynęła obficie wezbraną falą w tej kosmopolitycznej rzece
zmierzającej nieuchronnie do nacjonalistycznego połyskującego morza
Katalonia maszeruje, Katalonia wyrywa się do przodu
przeskakuje zastoiska dziecięcej krwi i depcze zakrzepy bólu matek
podążając za mirażem wolności i dobrobytu
fatamorganą szczęścia w sztuce i awangardzie codziennego chleba
krew i śmierć nie jest obca ludziom nowoczesnym
doświadczyli jej w historii narodu i wyrazili w pieśniach
bojownicy Daesz i rewolucyjne socjalistyczne sotnie nieznające litości dla księży
– dla tutejszych katolików z Sagrada Familia – to już było
to już jak weszło tak wyszło z osocza pokoleń i ich łez
dziś zasługuje na wzruszenie ramion bez zatrzymywania się
dzisiaj nic nie dziwi ani Miro ani Picasso ani Klee
dzisiaj anarchizm nie dziwny w znakach i publicznych zawołaniach
islamski morderca to tylko szaleniec
pobratymcy zbrodniczego Che Guevary to też tylko brawurowi buntownicy
a skrajny katolicyzm Gaudiego to przejaw skonfundowanej wyobraźni dziwaka
jego symboliczne dzieła to lekcje sztuki nie moralności
Katalonia narodowa kryje w zanadrzu tajemnice
oby tą tajemnicą była z Montserrat Czarnulka
co przetrwała panowanie obcych Saracenów
świętokradcze zapędy napoleońskich zagonów
lewicowe i frankistowskie eksterminacje
nędzę i prosperitę tej krainy
Katalonia wyrusza w nieznane
dobrze obeznana z Bogiem i śmiercią
czy zmartwychwstanie?
znowu otwieram oczy, próbuję to wyczytać z lotu ptaków
>>>
*Prosty duch*
Proste czynności i prosty duch
wynosi nad poziomy człeka
stworzonego przez incydentalne okazje
stwórz mu życie, ześlij mu pomocnika
krew z nosa, łza z oka, gardłowy monolog
maluczki wylatuje ponad ducha poziom
duch krwawi za niego w sprawy Ojczyzny sedno
sedno sprawy obywatela
i sedno ostatnie indywidualnego życia
nadaremno szukać sensu w zaprzestaniu krwawienia
kolczyk w nosie i tatuaż nie wynoszą jednak
poezje kontemplacyjne nie wynoszą też
kromka chleba w głodnych ustach zamiast słowa
– wynosi ducha do gwiazd
proste czynności żołnierskie i królewskie
prosty duch, ale kolorowy
nadający się jak tapeta na obraz rzeczywistości
tylko to ma znaczenie
dla górujących pilotów i kosmonautów prawdy
– listonoszy nieba
motyle latają na tapecie jak motywy i czasem pszczoły
zaprzężone woły do prostego wozu
giermek, foryś i kareta na drodze
prosty wóz musi zjechać z drogi
w grząski rów przydrożny i uderzyć w wierzbę
niedoszły poeta Robespierre
jako sowa wychyla się z dziupli na wierzbie
jeszcze nie jest politykiem
jeszcze chodzi do spowiedzi do dominikanów
pohukuje prostymi sylabami
piloci siadają na woły
odpinają, wyprzęgają, odjeżdżają wierzchem
szczery chłop wysiada z karety
zakłada białą rękawiczkę
słychać dzwony pobliskiego miasteczka
prosta gawiedź gdziekolwiek klęka
>>>
*Mamy problem*
Wszyscy mają problem
i Houston i Episkopat
nawet pastuszek bo
już się nie wypasa niczego
i bioenergoterapeuta
bo nie ma pola
Houston ma problem bo tajfuny grożą ziemskie
i burze słoneczne
Episkopat bo zagrożony jest
trójpodział władzy i ostateczny sąd
a kartofle jaki mają problem?
a kartofliska?
a filozofowie?
a filozofowiska?
a dzieci w przedszkolach?
ich rodzice narzekają na złodziei i drożyznę
a złodzieje na pisowców
ci z kolei na kolędników ze Wschodu
przychodzących nie w porę
kolędnicy na turonia
turoń na Mistrza Marionetek
a kłopoty mają problem?
jak śpiewał Dylan –
kłopoty na farmie i kłopoty w mieście
chór grecki na to – ech, problemy, kłopoty
opuśćcie wy niebo i ziemię
a ja śpiewam sobie tak –
bania i czas do spania
a tu panna Mania się rozdzwania
lala
kosmonauci i kosmici
powróćcie wy już wszyscy na ziemię
zdrowi na umyśle i ciele
la la
Ziemia jest cudem
a nie kłopotem-problemem!
>>> 
*Dziewczyna – zbawienna chwila*
Cienki czerwony długopis
leżący na plaży nad Wisłą
pochwycony został przez srokę
właśnie przejeżdża tramwaj mostem
jest niebieski od wczoraj
po lewej piękna panorama Wawelu
po prawej widok na Zamek Królewski i Starówkę
nad Wisłą krąży helikopter
jak ważka – mezozoiczny relikt narodu
helikopter biały jak w sierpniu rzeka
na spadochronie z chmur spływa lekko
jakiś nieszczęśnik, męczennik tysiąclecia
o o o wylądował na bulwarach
o o to ona jednak, to dziewczyna
zatacza się jeszcze, linki podciąga
chcąc okiełznać czaszę
sroka przysiada na poręczy mostu
gubi czerwony długopis
zbiera się na burzę, gdy długopis ląduje w rzece
o o o, jednak nie wpadł do niej
bo barka z pchaczem wysunęła się z pod przęseł
i uratowała cenną pamiątkę
generalicja maszeruje mostem
z naprzeciwka grupy rekonstrukcyjne
z wszystkich historycznych epok
czarna limuzyna wyjeżdża z tłumu,
by zatrzymać się na środku mostu
Piłsudski wysiada z niej, podchodzi do barierki
i łapie czerwony długopis
wyrzucony do góry przez brygadzistę szypra
czeka na podpis
przywieziona wcześniej z Domu Bractwa Czarnogłowych
ostatnia biała karta ryskiego traktatu
tęcza nad Krakowem, letni deszczyk w Warszawie
zatrzymują się autobusy i tramwaje
rozlegają się syreny i dzwony
krzyże kościelnych wież wzrastają szybko w górę
wikliny i trawy nadbrzeżne rozchwiane
bryzą od rzeki zbawienną
sroka odleciała i helikopter, barka odpłynęła
w ciszy delfickiej zmysły się rozmyły
wielka gala na moście dobiega końca
postacie historyczne powoli go opuszczają
trumna z Piłsudskim znika w drzwiach katedry
nacisnąłem migawkę w tej chwili
dokładnie w momencie, gdy z obu zamków historycznych
wyszła ta sama śliczna płowowłosa dziewczyna
– uwieczniłem ją i nazwałem zbawienną chwilą
>>>
*I dziwne jest to*
Brakuje dziś odwróceń i wypunktowań
eksterminacja kropka
ludobójstwo kropka
bestialstwo kropka
deszcz jak deszcz w Londynie i dziwne jest to,
że przecież ideologia to nie wszystko
odwrócone twarze synkopowe wypunktowania
krzyże kropka
ukrzyżowani na stodołach kropka
zagazowani pestycydami kropka
Lenin z chusteczką do nosa
zawiązaną na głowie spacerujący po Krakowie
uśmiecha się jak Joker
wykrzyknik
upał jak upał w Azji i Afryce
ale nawet w Europie po latach zlodowaceń i dziwne jest to,
że od tylu lat wciąż człowiekiem gardzi człowiek
dwudziestu wiek to usankcjonował
dwudziesty pierwszy upowszechnia
Osama z czarną brodą na puszce po napoju energetycznym
uśmiecha się jak Sauron
wykrzyknik
jest bestialsko dziś na Twitterze, Facebooku i nawet w Wikipedii
wciąż nie ma kompletnych wypunktowań i odwróceń
kropka
>>>
*Wydarzenia grudniowe*
Jest dziewiąty grudzień roku fosforycznego rozstania
Klaudia przyjechała właśnie z Nowego Sącza
późny wieczór, pada śnieg wszędzie, niebo się otwiera
jem pomarańczę w korytarzu, patrzę jak się przede mną rozbiera
za oknem czołgi w parku centralnym jak pomniki wspomnień
w mieszkaniu kanonada i pożoga powitania
eksplodują pierwsze pociski uśmiechów
artyleria nastroju strzela w miasto z pobliskiego wzgórza
czołgi walą na wprost słowami-pocałunkami
we mnie jak kiedyś Napoleon w kościoły
moje miasta ucieczki: Paryż, Lwów, Dubrownik, Warszawa
umierają na moich rękach filmowo po raz wtóry
jej idole: Gavroche, Antoś, Mały Powstaniec
milkną wszyscy mityczni bohaterowie lektur i powieści
umiera cały chłód i zamróz wspólnych szkolnych lat
przyniesiony przez Klaudię w komórce pamięci
umiera drżąc nawet gęsia skórka
granaty jej spojrzeń wybuchają wszędzie w mieszkaniu
jest początek grudnia, w sumie nie ma co narzekać
przecież Klaudia przyjechała w końcu z Nowego Sącza
i mówi, że dobrze jej tutaj było i wraca
gaśnie światło w całej dzielnicy, wyją syreny nadziei
umiera Klaudii percepcja, umiera moja obawa
nagle pojawia się fosforyczna gwiazda pozostania
rodzi się dziecina cieplutkiego przytulnego kochania
>>>
*Mistrz ceremonii*
Wysoki w szaliku różowym
strach jest jego znakiem rozpoznawczym
a szaleństwo? jeszcze nie
to tylko krótki skoczny taniec
nagle ruszyły w tan przedmioty w laboratorium
paw symboliczny wyłonił się z zasłony dymnej purpurowej
wysoki w szaliku różowym
muzyk jak mistrz ceremonii
za nim
tańce wokół, tańce w krąg, tańce
przedmiotów i żywych organizmów
tęcze, zorze na koszulach, kwiaty we włosach
szaleńcze zawirowania to jeszcze nie szaleństwo samo?
jeszcze nie
wysoki w szaliku różowym
uniósł batutę a powtarzalny młot odłożył
młot przebił podłogę i wpadł do piwnicy
piwnicy artystów, gdzie trwał
pierwszy prawdziwy koncert
malarzy, węży koralowych, poetów i gitarzystów
paw zapiszczał jak on to potrafi nad ranem
zniósł złote jajo geniuszu
– wysokie Ce
>>> 
*Samotność szukającego*
Dziś jest kolejny dzień samotności?
– nie, raczej nie
nigdy nie byłem samotny doskonale,
dlaczego więc
teraz miałbym się nad tym zastanawiać?
dzieła moje są integralne
i społecznie absolutne
liczę na was pobratymcy
Australopiteki wszechczasów
liczę także na niepoliczonych,
czyli także na tych osiadłych na Marsie
w przyszłości
samotność we Wszechświecie, cóż?
samotność pierwszych ludzi, no cóż?
trudno to sobie nawet wyobrazić
właśnie dzisiaj
zwłaszcza tym siedzącym jak ja przed monitorami,
wyświetlaczami społecznościowych mediów
a jednak ból jest bólem
a jedyne upragnienie nieosiągalne
na tej ziemi, życie w tym życiu
to wyłącznie kroki po śladach uczuć
za znikającym w oddali celem
nierealne kroki w ciszy mrocznej
zwierzęcia polującego nocą
i postzwierzęcia patrzącego wstecz
samotność szukającego samego siebie
w erach przedludzkich
to jakiś fakt niepodważalny?
– nie, raczej nie!
>>>
*Filona archetyp*
Ptak w Egipcie ibisa
to nie to co bocian
w Polsce zawietrznej
czas najwyższy dla niego
porządkującego i zaklętego
póki jeszcze jest
ale czy Feniks to zwykły ptak
uchodzący, odradzający, powracający
Egipt to nie Polska
Polska to nie Galilea
chociaż czas najwyższy i dla niego
właśnie stoją naprzeciwko siebie ptaki
nie zewrą się miłosnym uścisku
ale w śmiertelnej walce
walce symboli-duchów
walce tego, co wymyślił pismo
i tego, co napisał życie
rachmistrza lat z ich właścicielem
Filona archetypem
>>>
*Brak warunków, by zostać wieszczem*
Nigdy nie miałem warunków do pełnej samotności
z powodu rzeszy kolegów i wielu krewnych,
oddziałów zwartych sąsiadów z twarzami w płotach
jak miałem w takiej sytuacji zostać socjalistycznym Wernyhorą?
choć unikałem ludzi i znikałem z pierwszomajowych tłumów
choć nie ma mnie na zbiorowych zdjęciach klasowych lizusów
choć nie wisiałem nigdy w gablotach socjalistycznej pracy przodowników
to jednak nie byłem dosyć odizolowany,
by zostać pełnokrwistym przewidywaczem epoki
lub, co najmniej historycznym malarzem chwały
nawet, gdy porzucany przez jedną dziewczynę
pojawiał się cień nadziei na trwałą mini depresję
zaraz znajdowało się innych dziesięć
bezinteresownie oferujących sympatię i miłość
jako odtrutkę na nihilizm czasów i perspektyw marność
nawet, gdy komuna spacyfikowała już wszystko
i pozbyła się wszelkiego oporu społecznego
to doszło do rewolty w Poznaniu i Budapeszcie
Lalek Franczak dając przykład
wciąż na Lubelszczyźnie walczył, jako ostatni partyzant
wtedy ja już przecież byłem na świecie
ale po odcięciu mu głowy nie mogłem zostać klęsk wieszczem
bo na domiar nieprzerwanych rewolt i buntów wyklętych
krewni z Ameryki i z Francji zjechawszy do Polski
przekonywali nas, że komuna to choroba,
co niebawem musi minąć jak uodparniająca ospa
jak miałem być wyalienowany trwale, wykluczony przez złość
zwątpić w państwo i naród, gdy wkraczając w młodzieńczość
wśród wycia gomułkowskich naganiaczy i gierkowskiej propagandy
przeżyłem najpierw kolejny zryw – marzec 68 w Warszawie, gdy mój wuj
wrócił do domu relegowany z warszawskiego uniwerku
z pozszywanymi byle jak fioletowymi, świeżutkimi ranami
a potem widziałem płonącą Pragę w telewizji,
kiedy sowieckie tanki, skoty i uazy
kolumnami przewalały się po naszych powiatowych drogach
z wracającymi w minorowych nastrojach
rezerwowymi żołdakami ze Wschodu
wyraźnie zainfekowanymi zwątpieniem
jak miałem odwrócić się od Ojczyzny i narodu,
gdy na początku dorosłości Macierewicz założył Komitet Obrony Robotników
po radomskim buncie warchołów,
Wildstein z kolegami w Krakowie słynny SKS
a Walentynowicz, Wyszkowski i Świtoń
rozpoczynali organizowanie wolnych związków zawodowych dla mas,
by potem rozbłysnąć mogła cała Solidarności jaskrawość, która
pokazała jutrzenkę swobody wyraźnie jak nigdy dotąd
i nową nadzieję jeszcze nie wygasłą
jak miałem zwątpić w rodaków i społeczeństwo,
jak poczuć się wykluczony z niego
stojąc przy gorącej jeszcze pompie Badylaka na krakowskim rynku
widząc taką heroiczną desperację jego a Siwca wcześniej,
jak miałem zamknąć się w emigracji wewnętrznej na stałe
lub wyemigrować do Niemiec na prawdę
a co z szaleństwami młodych w Lubaniu i Jarocinie
podczas asocjalistycznych koncertów Muzyki Młodej Generacji
próżno tak szukać samotności we śnie i tłumie
gdy przyśnił mi się jakiś epizod z grą tajniaków,
którzy wkręcili mnie na jakiejś konferencji w układ z przypadkową kobietą,
gdy przydzielono mi pokój i łóżko z najpiękniejszą
pożądaną jak kwiat lotosu, gdy rzekłem: jak mus to mus państwowy
a rano obudziłem się zdziwiony obok mojej słodkiej, lilioustej żony
jak w tej sytuacji można było zostać wieszczem?
jak można było poczuć samotność epoki,
życia własnego i ból egzystencji wszystkich jak swojej,
by wyemancypować się ze szczętem?
czy uciec z przewrotnego pokolenia można było,
gdy moje pokolenie ostatecznie zło przewróciło?
>>>
*Jesteś słoniem*
Są takie dni… ale to już było!
były takie dni… a to już lepiej
jesteś słoniem albo słońcem
już nie jesteś człowiekiem
były dni…
były cienie na skórze
były cienie na skórze służby
skowronek cię zdradził
a Tobiasz?, Tobiasz wybawi?
oko opatrzności zgasło nad Europą
zaszło bielmem
krata licencjonowana szkocka przykryła
jar edukacji
jary na księżycach Jowisza
są takie dni… żółć ryby
czołgi jadą ulicą
telefony piszczą odłożone
zerwane zblokowane zniedowierzałe
bity pamięci, krew na dyskach, smutek ryb-planet
były takie dni… zapamiętane
gdybyś stał nawet przy oknie
przy przepięknej firanie w pałacu Guermantów
w Faubourg Saint Germain
albo usiadł przy stoliku w jednej z tamtejszych restauracji
gdybyś liczył przy bulwarze nie tylko pierwsze czołgi
ale także karety pustej arystokracji
kolumna, portal, schody, balustrada, słowa
wszystko z kamienia
dni przybyły z Tytana…
dni się skończyły lub powróciły
pięść ponad czerwonymi sztandarami
słońce prowadzi egzystencjalne słonie
nie zgadasz się z sobą? masz rację?
masz siebie!
pięść się rozluźnia
wkładasz ją do cynowej misy
polewasz wodą
pomyśl, dlaczego dni się zmieniły
w parowozy śmierci
parowozy z Tytana białe
pytanie zawieszone jak pięść w wodzie
spadnie na dno dni czy nie spadnie?
dni a gdzie sekundy?
wszystko powraca…
ty słoniem pozostaniesz opatrzności
bez wpływu na poganiaczy i siebie
>>>
*Błyskaj myślą monochromatyczną*
Skromnie a jednak altruistycznie
z gitarą i bez strusich piór
z fiołkiem i konwalią, ale bez makijażu
zbierasz ferajnę na bój
prawdziwy Tymoteusz i reszta
kolorowe kwiaty na koszulach nie są w modzie
monotonia z monochemią i bardzo jasne 
przewodniki oczyszczania szlaków
myślowy tor wodny
jakieś mega miasto połączone kanałem
z pustkowiem
nie zdziesiątkowane stado wron
ani czaszki bielejące na stoku wulkanu
ale wiatr i kaszlący jenot
pójdzie z tobą w bój
rozważasz ten ból półspołeczny
czy jest silny, czy da się zwalczyć tabletką?
skromne środki ci nie pozwolą
będziesz walczył boleśnie raniąc
siebie a walka, cóż walka, jaka walka?
altruistyczna z własnym sercem – tak walka!
spójrz przez okno na księżyc
on też przyłączył się do ferajny
zezuje jak zboczeniec żwawy
skromne środki na reakcję na obrazy jego
ale jest też strona zórz
radioaktywnych twierdz strona
od Uralu po Cova da Iria
sfera wynaleziona przez Hindusów i Cyganów
zlatynizowanych metalem i kłosem
słowem, co zapomnieli praprzodkowie już nie
zaklęć, które noszą na ramionach stokrotki
także nocą, także w trakcie zaćmień wszelakich
także w trakcie obrazy przyjaciół
są wymyślone zwierzęta
i zwierzęta ludzkie
i stepowe w pasy
i morskie w lampasach
w kratę są uczucia spętane walką
w zaświatach myśl jak fajerwerk, jak lawa
myśl błyszcząc zwodzi
ty błyskaj raczej myślą monochromatyczną
zanuć pieśń dwukolorową ofiarną
>>>
*Bądź nam bratem Herkulesie*
Bądź nam bratem Herkulesie
nawet, jeżeli jesteś postacią bajkową
cierpimy z powodu twojego braku
tutaj w Akademiach
siedzimy tu wszyscy
towarzysze patriotycznych bojów
bojowie towarzyszący wodzom
wodzący na szańce ziomków

krwawimy sobie tak od niechcenia

jak zwykle w przerwach myślenia
patrzymy na twój plakat, co twarz zmienia
w tej komórce, która jest arkadyjską doliną
widzieliśmy już śmierć braci i swoją własną
ty żyjesz w naszych snach
zastąp ich miejsce sam
przybądź na gromie
okiełznaj smoki latające
nad opętanym lasem schwarzwaldzkim
Belgia się wyrywa do przodu
Luxemburg i Alzacja
chcą z nimi w zaświaty zła
chcą dosiadać lekko smoków z Południa
ty wybijesz im to z głowy, tylko ty
zejdź z plakatu
bądź nam bratem
ta samotność krwawiących starców
jest nie do wytrzymania
oddajemy ci hołd i wzywamy
stańcie do walki technicznej na pięści
Herkulesie i Holyfieldzie Evanderze
a ty przyjacielu ludzkich pocisków, trzód i mów
w łagodności krainie
gromowładny Chryste
patronie dwunastu prac, pokoleń i Apostołów
bądź sekundantem obu
>>>
*Rewolucyjna strofa*
Znużona śmiercią rozpoczęła życie
podeszła do wysoko umieszczonej książki
zdjęła ją z półki pod samym sufitem
a książka jak to książka
otworzyła się sama na najlepszym cytacie
i śmierć, która była zakładką
oniemiała na te zapisane słowa
wypadła na podłogę jak balon z wodą
zapadła głucha cisza
potem dźwięk zrywającej się półki
potem spadanie żyrandola
potem …świst i tynk odpadał ze ścian
tapczan ukrył się w ścianie z hukiem
zadzwonił parkiet i podskoczył do góry
klepki spadały głuchym łoskotem na księgę
rozbudzone cytaty zakwitały jak kwiaty
potrącone strofy rozpalały jak żarówki
a kartki się same przekręcały
rozbita śmierć rozlała się wodą
zamoczyła wszystko i spłynęła
przez drzwi na balkon
i jak siklawa wprost na piątą aleję Krakowa
na parasole i kapelusze przyjezdnych przechodniów
ona zaczytana zniknęła wśród kwiatów,
które wysoko wzrosły i zakwitły jak łąka
odłożyła pistolet gotowy do strzału
w głowie odkąd była internowana
warto mieć pod sufitem coś odłożone
na czarną godzinę
jakąś eksplozywną rewolucyjną strofę
>>>
*Wolność, równość, braterstwo*
Prawie nadepnąłem wielką, kremową, kropkowaną gąsienicę
wchodząc rano do garażu
w ostatniej chwili jakiś impuls kazał mi spojrzeć pod nogi
i zatrzymałem stopę, co była jak młot parowy
nad tym stworzeniem wijącym się i podrygującym
w betonowym miejscu szorstko nieprzyjaznym
liszka podniosła czubek swego ciała
zaopatrzony w jakieś receptory chyba
i badała świat kiwając się na boki
jakby mój but obwąchiwała
wiszący nad nią jak miecz Damoklesa
jej bezmózgowe działania były aestetyczne lecz proskuteczne
moje wysublimowane prazmysły wewnętrzne
zadziałały na każdą sferę podświadomości, świadomości, nadświadomości
i uruchomiły akcję centrum uczuć wyższych
jak kreator i opiekun bytów wszelakich z wyżyn intelektu
wyobraziłem sobie oto larwę zmienioną w motyla
mojego ulubionego pazia królowej
częstego gościa, który pojawia się zawsze latem w moim ogrodzie
przypomniałem sobie wszystkie przyrodnicze książki
przeczytane w dzieciństwie
i kolorową stronę małej encyklopedii podarowanej mi
przez znajomego mojego ojca
popatrzyłem jeszcze raz na ślepą gąsienicę roztrzęsioną
w chwili jej życiowej apokalipsy
popatrzyłem z wysokości orbitera kosmicznego
na słodką w uśpieniu, letargu porannym, pieleszach
zamgławioną, załzawioną, ziewającą na tle Mlecznej Drogi
pełną białych lilii, niebiesko-zieloną ojczystą planetę
powierzoną mojej pieczy jak niemowlę Herakles Amfitrionowi
w zatroskaniu demiurga oto stałem z kluczem do garażu na jednej nodze
noga krzywo postawiona zadrżała
ciało pozbawione właściwego podparcia
straciło stabilność i runęło jak wieża w Siloe
tak znalazłem się twarzą w twarz z moją gąsienicą
stworzenie chełpliwe ze stworzeniem marnym
w konfrontacji jak równy z równym
wolność stworzeń potwierdziło braterstwo betonowej gleby
>>>
W upiornym skowycie gwiazd słuchasz wycia przełęczy
ona tak sama z siebie
czy to tylko wiatr pomiędzy punktowcami?
na blokowisku przyszło ci spędzić noc
ty podwieszony na wieży ciśnień alpinista
szkoda, że nie jesteś speleologiem,
że nie masz dobrego zespołu na Gouffre Berger
jak tak pomyśleć o ludziach, o mieszkańcach, o tubylcach
to strach się wspinać w górę o trzeciej nad ranem
jedenastego listopada roku pańskiego
jak pomyśleć o tych zasmarkanych kacykach podwórkowych,
co urośli do rangi jego wysokości burmistrza i prezydenta
jak tak pomyśleć o snach magistrackich szczurów,
co nad dachy wynoszą pastuszków umysłowych czyny
– to zmora, która wtedy w głowie czyha
do najgłębszych jaskiń spycha
skąd wyszliśmy dla władzy nad światem
tak więc lampka na głowę, liny, czekan
i w drogę w głąb tajemniczej społeczności
w głąb ziemi piwnicznej górniczej niczyjej
kumple druhowie kamraci wespół?
no cóż, jednak nie? szkoda!
a może inaczej tak jak Doba
Atlantyk w kajaku przepłynąć samotnie
Atlantyk wzburzony korupcją i nepotyzmem
oszustwami przy urnach wyborczych
Atlantyk przestwór wolności dla poddanych carom
jak tak pomyśleć o szansach jak Syzyf o szczycie
to nic tylko w kłębek się zwinąć i stoczyć
runąć, sturlać się i odpaść
nic nie jest oczywiste dla wiszącego alpinisty
pod skalną półką narodową
na 10 piętrze wieżowca z balkonami języków
nietoperz nie człowiek zazwyczaj aliści
muchy nie ludzie przeważnie
blokowiska śpiące nie jaskinie jednakowoż
miasta tętniące nie morza a stajnie nota bene
gdzie pędzący wiatr rozwiewa pozostałości niedawnego reżimu
atoli Gouffre Berger czeka prawdziwa na śmietniku wyjątkowości
ty alpinista w grocie filozofów codzienności
wsłuchujesz się w skowyt idei zarzynanych w snach habitatu,
co przetrwały nielicznie w jaskiniach skarlałych dusz
czujesz, że możesz je dosięgnąć, ocalić
>>>
*Internet bezosobowy*
Wody potopu prawie przepłynęły
przez moją stronę w Internecie
a ja w arce w moich wierszach
unosiłem się bezpiecznie
na falach polubień i znienawidzeń
w oceanie znajomych, obserwowanych
i pożądanych ulubionych
wystawiony na wichry emotek i memów
mądro-głupich komentarzy i wpisów
moja chytra gołębica trzymała w ręku gałązkę oliwki
od początku cały czas
nie musiałem się o suchy ląd bać
w czasie społecznościowych burz
na mojej stronie
ściskałem gołębicę kurczowo w dłoni
jak długopis, którym odpisywałem
z monitora własne wiersze
na wszelki wypadek
by potem przenieść je na piasek plaży Falezy
albo jakiejś bezludnej wyspy
z samym tylko Internetem bezosobowym
>>>
*Zanurzony we wpływowym środowisku*
Zanurzony we wpływowym środowisku
umierasz z głodu prawdy
głód jak głóg jak epitafium Ekskalibur
miecz wbity w taflę jeziora
reportaż nocny z otwarcia pretensjonalnej galerii
na wernisażu tylko nagie celebrytki
i prezenterki satynowych piekieł
nikt nie wie jak wypłynąć z twarzą
w tym środowisku pośladków
wszyscy toną w sloganach a ty umierasz z głodu
radosny pawian artystyczny jeden jedyny
skacze na skalnym Podhalu po halach i beczy
ktoś myśli może, że to owce
owce gdzie? hej hrabio-juhasie odpowiedz, gdzie?
czyż zostały zabrane przez ekipę telewizyjną
na statystowany kolejny performance naturszczyków profesorów?
na reportaż płytki kąśliwie kudłaty?
cóż za zbieg okoliczności ludowe Podhale Dunajec Poronin
i nowa fabryka Opla w Murzasichlach
beczenie stad jeszcze słychać zamiast klaksonów
w zamian sądowy wymiar świerków
i leśny wyrok na szyszki eksponaty
zgadnij gdzie jesteś wełniana meduzo nieśmiała,
i o której obraduje Stanu Rada
zewsząd zachęty – wypłyń, wypłyń, wypłyń – ty
a słońce na dnie oka
a grzech nie zrobić zdjęcia sobie wśród owiec ostatnich
a owce gdzie? wśród małp? hej hrabio-juhasie, gdzie?
Percival Janosik nie przyjdzie popatrzeć na redyk?
zejdź tutaj ze mną, zejdź z halki i zaśpiewaj cienko
i ty wsiądź do opla przesławna już białogłowo
Halszko Hanko moja warszawska naturystko na wywczasach
we wpływowym środowisku
punktowy reflektor wbity w dziuplę na wierzbie
wierzba pochylona na Szopenem
sceniczny Szopen nad fortepianem
nokturn nad przyrodą skalną słowiańską
białe łabędzie nie płyną przez Czarny Staw
one są ze stali, ani drgną
fruną za to bociany jak dźwięki
fruną bociany nie nasze
fruną skrzydlate pawiany, nietoperze
fruną by prosić o azyl
nie poznajesz swojego nosa
odbitego w zaimprowizowanym łazienkowskim stawie
ale słyszysz flesze, pracę kamer
pokrzykiwania reżyserów na polityków
i buczenie aktorów, bu, bu, buuu
wciąż niesytych jak ty
niezadowolonych z obiadów czwartkowych
przygotowanych przez niemieckich górali
dla hrabio-juhasów dzisiejszych dni
>>>
Jest jesień w lecie zachodniej cyganerii
z września zeszło powietrze
samoloty bezsensu zanurkowały, zrzuciły bomby i zawróciły po nowe
tak, tak, to unijne samoloty jednokolorowe
ale przecież unia nie zawsze znaczy jedność
a już wcale eksperymentalną indywidualność
jest jesień w lecie moich społecznych popatrywań
ze mnie też zeszło powietrze
samobójcy spadali na mnie jeden po drugim
skacząc z balonów manipulacji i zakłamania nad Bolkowem
przeżyli i solidarnie rzekli
bękarci szloch też ma prawo zaistnieć w centrum
każde istnienie może być manifestem mainstreamu w letargu
lub manichejskim dążeniem ekstremy
ale czy musi? nie, nie musi!
ein Kampf mein Fuhrer? ein Volk meine Adelheid?
– nein!
katorżniczy wrzesień zakotwiczył w moim życiu
na pół wartym na pół nie wartym spiętrzeń
i już nie będzie inaczej
żaden upał nie zwiedzie moich mogił mokrych od łez,
które nakrywają się stopniowo liśćmi
zatrzaskujących się bram telewizyjnych cmentarzy
po spektaklach eksterminacji jasnych pomników chwały
i choć wszędzie łapy klaszczą zawsze w tym samym czasie
na zgubę przywódcom narodów spuchniętym od wina
ja na razie zamykam piwniczkę ziemną, w której trzymam
zamiast napoju bogów koktajle Mołotowa
zwykłe butelki z francuską totalną benzyną na finał
jest odzew nikłych ptaków – skrzeczenie zamiast śpiewu
w kniei alei frankońskiej Propylei
zamiast zniczy płoną ludzie nabici na pale za wiarę
nad Brukselą zeppeliny flaczeją, flagi zwisają
i całkiem wiotczeją myśli krótszych dni
popularne sumienie unii zmienia się w ser limburski
lecą śnieżki kamaszki fatałaszki we wrześniu obleśniu
lecą od ciebie z Pigalle listy polecone
lecą karygodne żądania gołe –
być w niebie a bądź gdzie to różnica – stwierdzasz
nikt karygodnych żądań nie spełni jedynie dla obnażonych piersi
zdemolowano nasze noce księżycowe – zakazane gontyny spotkań
kwiaty, owady i wiatry już nie wyznaczą alei do nich
noce pozostaną na dłużej w Metz i Antwerpii
świeckie niemiłosne noce służby ludom wędrówki
już bez wszystkich krajów proletariuszy
ubaw po pachy mają mrówki, co przetrwały
lecz nie pracowite pszczółki co ducha już oddały
bo się do cna wyzbierały w staraniach
a i wrogowie naturalni zniewieścieli w morwowych gałęziach
zeszło życie z pogodnych dni, zdechł ostatni europejski jedwabnik
ktoś jeszcze chce się zabawić w wojnę, w państwa miasta,
w statki, w chowanego, w policjantów i złodziei?
gdy bombardowana, duszona i molestowana jest
gdy poddawana litościwej eutanazji
gdy abortowana z lata
choć jeszcze nie całkiem jesienna
ostatnia szansa Europy – Polska
w kolejną rocznicę zwycięstwa – czego? kogo?
nadziei? babiego lata?
DSCN0539f
>>>
*Jurek Dratewka z CBA*
Smok w każdej róży
klombie, witrynie, upamiętnieniu, obelisku
smok w każdej twarzy
ludzi przechadzających się
i z ukontentowaniem kiwających głowami
na promenadzie miasta
rządzonego przez burmistrza
wojującego antyklerykała
po wyczerpaniu zasobów dziewic
liga smoczych miast
jak na wybawienie
czeka na Jurka Dratewkę z CBA
>>>
*Kolejny Franklin*
Kwadratowa twarz kandydata gdy trzeba
nawet purpurowe żyrafy biegną żeby
pomóc mu w kampanii wyborczej
piorun kulisty zapewnień przelatuje obok księżyca
łaskawie nie tykając krzyża
kiedy kolejny Franklin znów wygra wybory
wszystko tu będzie kuliste
ale i piorunująco inne
>>>
*Ofiara za dorosłych*
Za wszystkich wizjonerów giną „Orlęta”
masakrują ich już sto tysiąc lat bez ustanku
kiedy skończy się ta mitologiczna męka
młodych bohaterów?
tak często bezimiennych ideałów
dla dorosłego świata plemion, nacji i państw
skąd ta tradycja składania ofiar
z dzieci u ludzi, której nie ma u małp?
składania nawet dzieci nienarodzonych mentalnie
w ofierze za dorosłych
duchowo czasem abortowanych
>>>
*Baton*
Baton, sprasowany wafel wielozbożowy
w nim ziarna wciśnięte jedno w drugie
każde zawiera i chroni swojego gatunku tajemnice
(co za mozaika)
smakuje jak – naród
zmasakrowany żniw tysiącleciem
przemielony słodkim ogniem historii
scalony wiary karmelem!
>>>
*Cenotaf*
Popatrz tam, widzisz tę samotną brzozę?
gdzie?
tam na wzgórzu pod sosnowym lasem
gdzie?
przecież to jest krzyż!
a tam spójrz, widzisz ten plac zabaw?
gdzie?
no tam, zaraz obok przedszkola
gdzie?
przecież to jest cmentarz!
a tam daleko za drogą jest stadion
gdzie?
tam jak ten rząd topoli
gdzie?
przecież to jest stary kirkut!
a tam, tam ten czerwony dach i brązowa elewacja,
to nie twój dom, aby?
gdzie?
no zaraz przy tym sadzie, tam na początku ulicy
gdzie?
przecież to jest cenotaf rodziny i Polski!
>>>
*Rzeźnia numer pięć*
Boże!
czy to jest Ziemia?
czy to jest rzeźnia numer pięć?
– wolna wola
wybór należy do ciebie!
Rewanż!
czy to jest myśl?
czy to jest atawizm?
– wolna wola
wybór należy do ciebie!
>>>
*Po nitce do kłębka*
Pocałowałem twoje białe ramię
potem twoją miękką szyję
raz drugi
musnąłem ją wargami jak kotek
swoimi długimi wąsami
odrzuciłaś głowę do tyłu
włosy spłynęły jak fale wodospadu
kłębek potoczył się po twoich plecach
rzuciłem się w pogoń za kłębkiem
twojej namiętności
uwielbiam te gonitwy kocie
dopadłem go w ostatniej chwili
zanim się rozwinął i zatracił cały
>>>
*Oracz i czarodziej*
Kiedy byłem małym chłopcem
powędrowałem wśród pól samotnie
oddaliłem się daleko od domu
miasto zniknęło za wzgórzem
usłyszałem skowronka śpiewającego niezmordowanie
i zobaczyłem niespodziewanego ostatniego oracza
pod samymi chmurami w górze
mozolnie piął się krok za krokiem trzymając lejce i pług
koń prychał, oracz sapał, gzy latały wokół
w krzakach tarniny zatrzepotał ptak
jaszczurka pobiegła w dół na łąkę
popatrzyłem na komin piekarni górującej jeszcze
nad skłonem brunatnego pola
ten szmer, ten widok rakiety startującej, to słońce czarne
poczułem przerażającą samotność i strach,
pojawiła się myśl, że za chwilę wydarzy się coś przerażającego
słońce histeryczne z horroru w zenicie ptaka zadusiło
zamiast jaszczurki Godzilla z bajek się pojawiła
jak kolorowy balon, powstając nad horyzontem
ziejąc smoczym ogniem oracz oddalił się
nie miał mnie kto przed nią obronić
biegnącego wśród rzeżuchy i ostrożni
potknąłem się i upadłem jak zraniony żołnierz
zanurkowałem w trawy na łące
leżąc twarzą do ziemi spostrzegłem pasikonika,
świerszcza we fraku albo sutannie,
który pierwszy się do mnie uśmiechnął
i rzekł niespodziewanie
– ja nie jestem jeźdźcem Apokalipsy, lecz czarodziejem,
chcesz to w coś cię zmienię
– dobrze, rzekłem, chcę być wiatrem niewidzialnym
i zniknąłem po chwili razem z wszystkim
>>>
*Białe jest czarne*
Czarne – oczywiście – pantery i gawrony!
czarny – a jakże – metal lub humor!
czarno – ależ – to widzę!
czarni – pewnie – gorsi, nieroby!
czarna – zgadłeś – rozpacz i dziura!
czarniawy, czarnuch, czart –
a więc – symbole czy stereotypy?
znaki czasów czy natręctwo prostactwa?
biały kruk nie dziwny?
biała dama nie straszna?
biała mgła nie dławi?
biały kieł nie rani?
biały śnieg i lód nie zagraża sercom?
biały wywiad nie oburza?
biały kwiat nie ośmiesza?
biała śmierć nie zrównuje?
>>>
*Zderzenie z kometą*
Miazga z kory mózgowej inteligentów
zdmuchnięta świeczka duchowego świata
bałwany miast topniejące
turlający się bałwan w kulach uzbrojenia
wicher gazów technicznych skażonych
gejzer banknotów i monet wypranych
papier-mache granic i symboli okrutnych
brykiety traktatów politycznych złamanych
ciekły azot ciemnych międzynarodowych powiązań
zamarznięty tlen mafijnego bezkarnego dyktatu
kogel-mogel głów państw głodujących
lawina sądów i wyroków sprośnych trybunałów
kęsy niestrawionych ONZ-towskich przesłań bezsensu
bitwa na miecze świetlne feministek z homoseksualistami
burza gradowo-ideowa sprzysiężonych nocą
gnijące okoliczności awarii elektrowni atomowych
zorza oszustw olimpijskich
wybuchająca w Europie lawa emigracji islamskiej
wojna starych koni z płodami ludzkimi
brutalny atak nosorożca Facebooka na surykatkę selffotki
terkoczący bezustannie karabin kłamstw w przestrzeni publicznej
nadciągająca śnieżyca przewrotów wojskowych
pełzający wąż totalitarnych prowokacji
halucynogenne środki opatrunkowe dla poparzonych przed kamerami
pieśni żałobne flamingów dżihadu
plama krwi z robota humanoida
upadek plemiennego drzewa tradycji narodowej
katastrofa okrętu widmo pornografii
holocaust nieświadomych ofiar eutanazjonistów
mumie urzędników unijnych w Dolinie pogrzebów demokracji
nieuchronne zderzenie z kometą Bożego gniewu
>>>
*Ekologia dominacji*
Partie polityczne są jak lis nie wiadomo skąd,
który złożywszy głowę na przednich łapach
rozciągnięty przed moimi drzwiami
filuternie przekrzywiwszy ją
i rozchyliwszy drobne kły
wywiesił proszący język
zdając się mówić
– daj choć kosteczkę na przetrwanie gatunku
na żywą jeszcze ekologię dominacji
>>>
*Historia magistra vitae*
His­to­ria ma­gis­tra vitae
można cytować Cycerona
można się historii uczyć i można przemilczać
można się uczyć na historii błędach
można historię prostować i można naginać
można zaprzeczać faktom i je pokrętnie objaśniać
można wybielać dyktatorów i zbrodniarzy
można ich unieśmiertelniać w umundurowanych pomnikach
jednemu nie można zaprzeczać:
rozpadli się w proch ziemi mocni wojskiem Jaruzel i Kiszczak
zniknęli w niej na zawsze jak pułkownik Kaddafi i Generalissimus Stalin
– czołem żołnierze … cisza!
>>>
*Homo habilis*
Jestem człowiekiem zręcznym
to nie ulega wątpliwości
dzisiaj ulepiłem kule ze śniegu
i cisnąłem nimi w wuja i brata
wszyscy mi zazdrościli celności gestu
chyba potrafię ulepić podobną z błota
zaciekawienie wszystkich moim ciosem
wywołuje u mnie uczucie zadowolenia
i grymas warg niespodziewany
pokażę ziomkom, że i okrągłym kamieniem
umiem rzucić celnie
jestem tutaj najzręczniejszym miotaczem
miotam zapamiętale w otwartą brata gębę
jestem człowiekiem zręcznym manualnie
– już to wiem teraz na pewno
uznano mnie oczywiście za przywódcę stada
wygrywam z początkiem ewolucji
czas teraz na zręczność słów i myśl
na cywilizację Homo – zakręt historii
>>>
*Tak jak niezapomnianym 1977.*
Siedzieliśmy zaraz przy wejściu do Muzeum Narodowego na ławce
drzwi były zamknięte bo pora późna
„Dama z łasiczką” i „Omdlewający młodzieniec”
nie chcieli nas już dzisiaj widzieć
pozostało nam kontemplować „Tężnię sztuki”
prawdziwą graciarnię naszej peerelowskiej młodości
ustawioną na betonowej łące dla irytacji wielu
Bartosz Kapustka z Leicester City F.C. wielkości hotelu
vis a vis na bilbordzie, na którym siadały wygłodniałe wrony
kpiąco przyglądał się tej odsłoniętej socrealnej nędzy
na dobre zaczęło padać
ty wzięłaś mnie za rękę i zapytałaś
– to co będziemy teraz robić?
zasępiłem się na moment jak Wyspiański
ale rzekłem po chwili z weselem
– mamy parasole, obejdźmy dookoła Muzeum
i Bibliotekę Jagiellońską trzy razy
zjedzmy po drożdżówce
wypijmy piwo w „Nowym Żaczku”
może nam coś mądrego przyjdzie do głowy
tak jak w niezapomnianym 1977-mym roku*
______________________________
* w tym roku w maju został zabity przez SB student UJ Stanisław Pyjas , który z kolegami bywał w
położonym niedaleko od Muzeum Narodowego i DS „Żaczek” letnim barze przy Błoniach: „Pod Płachtą”.
Był on zaangażowany w tworzącą się organizację opozycyjną KSS KOR (Komitet Obrony Robotników).
Grupa przyjaciół i znajomych zmarłego zorganizowała po mszy pogrzebowej w dniu 15 maja 1977
manifestację (tzw. „Czarny Marsz”). Wieczorem 15 maja 1977 (na zakończenie „Czarnego Marszu”) pod
Wawelem odczytano deklarację zawiązującą SKS (Studencki Komitet Solidarności) i wzywającą do ujawnienia winnych zbrodni. Sygnowało ją dziewięcioro studentów UJ i studentka ASP w Krakowie.  Była to pierwsza tego rodzaju organizacja w Europie Wschodniej. SKS – to także pierwsza w Polsce organizacja antykomunistyczna mają w swej nazwie słowo „solidarność”. SKS zainicjował w 1977 roku akcję protestu przeciw cenzurze w Bibliotece Jagiellońskiej i blokowaniu dostępu do wielu wybitnych dzieł nieprawomyślnych z punktu widzenia komunistów (słynne „RESy”). W 1980 członkowie SKS zaangażowali się w tworzenie struktur NSZZ Solidarność i Niezależnego Zrzeszenia Studentów (T.Kensy, B.Wildstein)
>>>
*Porzucone skrzydła*
Leżą na skale
skrzydła odpięte, porzucone, zbędne
wysoko na skale, na grani
nikt nie może się tam wspiąć
obowiązuje zakaz wspinania się
wysokogórskimi trasami i ścieżkami
i to w całym państwie, a nawet regionie i kontynencie
zakaz uchwalono na międzygalaktycznej
sesji starparlamentu
– dla dobra hominidów skarlałych
i tak to zostało opublikowane
w mediach społecznościowych progresywnie antycznych
kontrolowanych w gwiazdozbiorach
bez wyjątku wszystkich
przez bezskrzydłych
>>>
*Nie całkiem przyziemne myśli*
Słucham koncertu System of a Down
i jednocześnie czytam Mickiewicza
Wieczne Miasto pełne jest turystów
z Tunezji i z Maroka
Plac Świętego Piotra nie jest na razie wykorzystywany
do islamskich modłów i samobójczych rytuałów
nowy Michał Anioł przemalowuje Kaplicę Sykstyńską
w kierunku Ziemi leci jakaś większa asteroida
nad Japonią fruwają zabawki Kima
Chińczycy wymyślają koło po raz drugi
w daczy na Syberii mentalnie dogorywa Putin
bezpieczniak i przywódca starej daty
Karolińskie Odrodzenie staje pod znakiem zapytania
SOAD kończy „Antenami”
Mickiewicz w ostatnim poemacie też nawołuje
do uwolnienia się od przyziemnych myśli
sprawdzam w lustrze czy aby to nie ja
stałem się nowym Michałem Aniołem, Putinem lub muzułmaninem
tak czy siak rosną mi bokobrody
– jak widzę
>>>
*Ludzie jak pytajniki*
Służyć? komu? głupcom?
wierzyć? w co? w zdradę?
na rogu ulicy przystanąłeś
podchodzi bezdomny z bolącym zębem
i dziewczyna z witryny
przypomniałeś sobie teraz
wszystkich nienawistnych ludzi,
którzy obrócili się przeciwko tobie
i nagle chcieli cię unicestwić
kot przeleciał przez ulicę
na jej ciemną drugą stronę
przez mgłę widzisz fasadę kościoła i teatru
dorożka stoi i czeka
konie w cygańskiej uprzęży
koń coś mówi
kot śpiewa
a ludzie jak pytajniki
no rusz się, odpowiedz
>>>
*Epicki obraz*
Niezwykłość?
to nie tak, że patrzyłem całą noc przez okno na ulicę,
że na pobliskim rondzie samochody krążyły jak ćmy
a ja nie mogłem spać
to nie tak, że bałem się swojego sobowtóra,
który czekał na rogu pod sygnalizatorem
nie wiadomo na kogo
a asfalt błyszczał pod jego stopami
kolorami zmieniających się świateł
to nie tak, że ty przechadzałaś się o drugiej po północy
z białą torebką wzdłuż ulicy,
gdy stojący w bramie faceci gwizdali na ciebie
a ja drżałem o twoje bezpieczeństwo w tej chwili
bardziej niż o całą twoją przyszłość
to nie tak, że z okna na piętrze obserwowałem zza firanki
płowe zwierzę przebiegające ulicę po pasach
tam i z powrotem kilka razy
myśląc, że jest bardziej głodne niż ja
Raczej to noc nadawała tym zdarzeniom wymiar niezwykły
i jakiś taki niecodzienny
jakiś psychologicznie nieujarzmiony
przecież mógłbym iść z tobą tą ulicą w dzień
nawet nieść twoją słynną torebkę
uśmiechać się do tych samych facetów co ty
a za nami mogło dreptać płowe zwierzę
przez nikogo nie niepokojone
albo ty mogłabyś trzymać zwierzę na ręku
a ja malować twój niesamowity portret na środku ronda
i nazwać zwierzę twoim imieniem
gdybyśmy tylko zdążyli z tym wszystkim do zmierzchu
naszego epickiego uczucia
Alek Skarga
>>>
*Przerębel chaosu*
Zawlecz ją do przerębla chaosu
i utop w cieczy w punkcie krytycznym będącej –
znaczy nudę
jeden gest, jedno cięcie i koniec
wolność powoli rozdzwania się na masztach żaglowców
przemierzających ocean niezbywalnych snów
krewni obcego wypytują o ciebie
jeden mostek, jeden skok i znowu
będziesz w stadium przetrwalnikowym
pełnokrwistym człowiekiem
kołysze się tarcza strzelnicza ustawiona dla łucznika
jak on ma celnie strzelić – no jak przebić nudę?
dodatkowo zdzielony w głowę obuchem
przez zabawnego faceta w rajtuzach
z wydatnym jabłkiem Adama
bądź godnym przy ostatniej posłudze
dla drzewa smutku
– wtopi się jego przebrzmiałe życie
w kołatkę wielkopiątkową na zawsze
zapragnij dzwonów żywotnej puszczy
– tak odmiennych od szklanek na wachtach psich
nuda już nigdy nie wychynie
z żadnej czasoprzestrzennej dziury
w punkcie krytycznym światów równoległych
przerębla twojego chaosu i zniecierpliwienia
>>>
*Przemiany magia*
Dawno tak się nie zmartwiłem,
gdy pociąg niespodziewanie
przejechał przez nasze podwórze
– kiedy oni zdążyli ułożyć tu tory?
podbiegł zaraz nosorożec i kucnął przy drzwiach
taki wprost wzięty ze sztuki Ionseco
i to jeszcze nic
leżąc na tarasie jeszcze niezmartwiony
sam zacząłem się zmieniać w robaka
jak do tego doszło i co to za przemiany
we mnie nastąpiły wcześniej
ani ja ani rodzina nie rozumieliśmy wtedy
żeby chociaż zjawiskom paranormalnym był kres
a tu nie
spokój i domowy mir na naszej posesji
zakłócił i zburzył ostatecznie wąż strażacki
o długości jakieś 60 metrów,
który zachowywał się jak prawdziwa anakonda
owijając się wokół nosorożca
już tego było mi dość
zdruzgotany, w depresji, zdesperowany
odbiłem się od brzegu filiżanki po kawie
i wyskoczyłem na pobliskie drzewo
łamiąc czułki przy okazji
a tu dopiero był przepał
bo ten orzech włoski zwyczajnie zapytał mnie o Wybickiego
po czym zakrzyknął: „Naprzód Sabaudio”
nagle runął na ogrodową kapliczkę Matki Bożej
w ostatnim szepcie wyrzekając zaklęcie
Hermesa Trismegistosa: „Ankh!”
jak chłodne echo dzwonu zabrzmiało jeszcze:
„ciebie też dopuszczono jak brata Garibaldiego
do 33 poziomu wtajemniczenia
rozłóż chitynowe skrzydła i wzlatuj do latarni przy molo”
skąd tutaj molo – pomyślałem w rozpaczy
zanim mnie capnął nietoperz z twarzą Marksa
przeczucie, iluminacja, magia?
>>>
*Karuzela na zatoką*
Twoje lata są szczupłe dziewczyno
a ty, ty generalnie jesteś słaba, rozciągliwa
oto zapach lawendy w lawinie
i nad zatoką karuzela,
co zakręci twoją niezależnością
zmienisz się dziewczyno,
bo natura wzywa przez wrażenia i sny
niech nie dławi cię sztorm ani bryza
żaden zapach nie zniechęci przykry
czuwaj w mroku, śpiewaj w słońcu
kręte nadwątlone pieczary nadbrzeżne
wyrzucają Jonaszów, Dawidów, królów,
gdy ty wkraczasz z plaży
z rybą na głowie, z zasłoniętą twarzą
szczupłe twe oczy i spojrzenia,
a ty rozmarzona
nie chcesz być królową a jedynie ptakiem symbolem
niesiona przez chwilę jak baletnica
ponad falami w upiornej zastygła pozie
zmieniasz się w wieloryba
i padasz jak kolumny Edypa po trzęsieniu ziemi
w tonie pierwszych lat dorosłości
teraz syta będziesz pływać tuż pod powierzchnią
z rzadka wynurzając się dla nabrania powietrza
i spojrzenia na karuzelę z bajek dzieciństwa
spójrz na mnie raz ostatni
to ja zakręciłem twoją karuzelą jak demiurg wszechpędu
z oceanu kolebki spozieram jak zza krat
z mojego stabilnego dna
>>>
*Milczenie martwych puszcz*
Trzymam w ręce nóż jak długopis
nie mam pomysłu
na zmianę świata urządzonego
przez szaleńców
jak we własny język
wbiję go w białą czystą kartkę papieru
leżącą przede mną
ale wcześniej nakryję ją własną ręką
niech ten przekaz pójdzie w świat
dosyć idei, myśli i słów
teraz już tylko milczenie martwych puszcz
>>>
*Defenestracja*
Sąd nad kwiatem to nadużycie powiecie
bądź, co bądź to sąd, widzę barierki
chcę przemawiać w imię ich obrony
łąka mnie opuszcza nie chce tego słuchać
amerykański traktor orze łąkę
pod uprawy soi i kukurydzy
Tusk chce dotacji do nowoczesnej łąki asfaltowej,
zaczynam mówić jak widzę traktory
zdobywające wiosnę dla Tuska,
a co z latem dla bezrolnych najmitów wolnych?
ja przemawiam wzniośle do turkucia podjadka
– tylko on się tu ostał
zwierzęta, co cenniejsze
uciekają wszystkie sukcesywnie z lęgowisk
recytując słowa piosenki Golec Orkiestry na odchodne
świat polski przewiany oceanicznym wiatrem
na wskroś jak emigracja
Pan Bóg patrzy na Tuska, na mnie i podsądnych
uderza młotkiem raz, drugi, trzeci, jak Thor
moje skrzydła dosięgają ziemi ornej
– milknę na chwilę
wiatr historii wieje, skowyt nieziemski
słychać eksplozje skwierczące, to ziarna soi i kukurydzy
zmieniają się w smażone kotlety i popcorn prażony
bocian przychodzi mi w sukurs
kwiaty zła wyłapuje i przenosi do gniazda
wysoko na grani Pałacu Kultury Codziennej
znacząca przewaga spławnych opiera się
o przystań na Wiśle
pod naporem skarg nabrzeże faluje razem z rzeką
jest pierwsza reakcja na moje wystąpienie
kwiaty płyną nurtem uwolnione
skąd wezbrały wody, skąd sąd, wyroki skąd?
Pan Bóg uderza ponownie – słychać jego grom
ściemnia się w Warszawie
jeszcze jedna podsądna czeka na reakcję Tuska
Unia przełamuje bariery, narzuca zasady
na praskim polu elekcyjnym zapadają decyzje jak w 68.
konie tratują trawę, namioty rozbite jak banki
dzieci pierzchają, gęstnieje tłum decydentów konnych
z okien wyrzucane są wazy i wazony
jeden wypada z okien Pałacu zamkowego
roztrzaskuje się na głowie posła po narkotykach
czuwającego ze smart fonem na Placu
to tylko defenestracja tuskowej Polski
pierwszych lepszych zdrajców wieszają in effigie w TV
Pan Bóg przechadza się Bulwarami Pattona
podczas, gdy przywołuje mnie Andrzej Duda
i prosi osobiście bym zamilkł na chwilę
a Pan Bóg po imieniu woła każdego z Polaków
oni chórem z wiklin odpowiadają nadbrzeżnych
– wstydzimy się, gdyż jesteśmy nadzy
>>>
*Storczyk*
Jadąc tramwajem ósemką
odkryłem jak nieznany storczyk w botanicznym ogrodzie
dziewczynę, która była moim ideałem
jej twarz, jej oczy i spojrzenie,
jej włosy, usta, biodra i nogi,
jej cała w świetle postać
to był mój sen na jawie
młodzieńczy
wyskoczyłem na przystanku przy Filharmonii
bo na zajęcia musiałem biec
z obowiązkowej marksistowskiej filozofii
powlokłem się zmartwiony i załamany, gdyż zrozumiałem,
że już więcej jej nie zobaczę
i nie będę miał, po co żyć
długo cały dzień o niej myślałem
gdy potem miałem przesiąść się na autobus
na chwilę o Bożym świecie zapomniałem
poszedłem do domu piechotą przez park,
przez bulwary i podwórza całkiem mi obce
jak dotarłem do mojej uroczej samotni
przy pętli na przedmieściach sam nie wiem?
w drzwiach zobaczyłem białą kartkę papieru
piórem anioła skreślony z zaświatów tekst
mój własny wiersz
ona we mnie cały czas pisała
ten sferyczny list – manifest całego życia
zapewniała w nim o swojej wiecznej miłości,
której nie pokona forma i czas,
podczas, gdy ja myślałem
o literackim samobójstwie
– unicestwieniu serca dla niej
>>>
*Skrót myślowy*
Jakiego skrótu myślowego użyjesz
aby nazwać swą miłość po imieniu?
zamykasz oczy i odlatujesz w zazmysłowe zaświaty –
twoja wyrachowana rozgrzana maszyna mózgowa
chcąc uzyskać odpowiedź
pracuje na maksymalnie wysokich obrotach
i wypluwa z wnętrza zwojów i neuronów,
chemiczno-elektrycznych czynności, programów i procedur –
pozostałości fascynacji, bólu, strachu, oddania i zazdrości
a po zadyszce chwilowej –
pożądania, poczęcia, spełnienia,
myśli wszelakich samobójstwa
i wreszcie konglomerat pojęciowy jak supernowa
jedno krzykliwe słowo – alfawielkiwybuchżycia
>>>
*Sen ostatni*
Błądzę we Wszechświecie
zapuściłem się w jego najdalsze ostępy
nie czytam niczego
nie odpowiadam na wołania
nie słucham już dźwięków
nie podziwiam obrazów i widoków
wygasły uczucia zabrane z Ziemi
korzystam z toi-toi na przygodnych meteorytach
na kometach dokupuję zmrożoną colę
nawet jeść mi się nie chce
żuję źdźbło trawy niebieskiej
i o kobietach nie myślę i wrogach
– szukam Boga
protonowym pojazdem zbliżam się do ostatniego przystanku
położonego przy samej granicy Wszechświata
świat się już bardzo zakrzywił tego wieczoru
krzywizna zrozumiała acz kłopotliwa
papierową książką podpieram tytanowy regał
ale i tak wszystko spada na mnie
za chwilę pewnie dotrę do kresu podróży
widać już pole sił kolorowych
a tam w mezonowym motelu
w gluonowej łazience
fotonową szczotką umyję zęby
wezmę prysznic z plazmy kwarkowej i zórz
przebiorę się w elektropidżamę
no i jeszcze leki na sen
sen wyjątkowy
nieśmiertelny
ostatni