Archiwum dla Styczeń, 2018

2018

Posted: 01/03/2018 in Wiersze

*Fides quaerens intellectum*
Kręta droga w środku rozgwiazdy nocy
noczy yczo oczy uhh
kręte śmierci prakosmosu to po prostu jedno życie
ono najczęściej toczy się pod osłoną ciemności
w niej tak rzadko jesteśmy szczęśliwi
wi i wi utihmę
w centrum czerni powolnej śmierci tu
gwałtownego życia tam tato tato
nocny ync ihm tatoo
kręte ścieżki życia widzialnego bez światła
jak wielobarwne szaliko-węże materii bez koloru
wijące się u stóp, nad i w głowie
najczęściej siedzisz na biurka blacie
majtając pomalowanymi gołymi nogami
tak jakbyś czynił to na krawędzi krateru
na jakiejś zagubionej planecie
zagubionej gwiazdy w nieuchronnie znikającej galaktyce
mający przed sobą katastrofę w gwiazdozbiorze
mgławicowych myśli stwórczych predestynowanych
co je wyróżnia to ich próżnia
pęka bańka zmysłów
gaśnie obraz planety
siedzisz rzeczywiście na krawędzi biurka
i kaszlesz
czy jasny dzień kosmosu nigdy nie nadejdzie?
tato tato ukh toat tao teo
>>>
*Opera*
Nawet zbyt pośpiesznie nadany list ostanie się
we framudze drzwi
rozkołatanych jak niejedno serce opuszczone
zgotuj ciszę ptakom
uwertura
w miedzi podróż
libretto
za późno na libretto
nawet zbyt pośpieszne motto
może być w ciszy oazą dla ptaków
chronologicznie rzecz ujmując
– najpierw przeleci coś jak cień
ktoś powie – szatan…
a potem zatrzyma się w powietrzu ktoś
ktoś powie – ktoś, ktoś ważny…
nawet pośpieszne gołębie pocztowe
nie zdąża przed zmierzchem
i oto umierasz sam
z listem w ręce
ten, co do nieba nie zdążył dojść, bo i jak
ewolucja cofnięta raptem została
człowiek znów jest ptakiem czy pterodaktylem?
ale to nie finał, nie koniec opery
koniec jest w słowie MIŁOŚĆ,
co pędzi za cieniem jak promień
i dopada go w uchylonych drzwiach
>>>
*Potencjał skromności*
Potencjał skromności jest nieprawdopodobny
tak, twoje marzenia powinny być skromne
okiełznane w ramach, granicach i kształtach
nie nieskończoności tylko Wszechświata niewidzialnego
to wystarczy
przedzierzgnij się nocą w szerszenia robotnicę dzierzbę
i na świecy ziggurat znoś swój wosk jak pierzgę
by w końcu zażec móc
coś, co ludzie nazywają światłem,
aniołowie duszą a Bóg sam drogą ku…
pokora ostatniego ogrodu
a ogród w ciszy
(nieznany fakt)
potencjał mózgu
nie zmusi świata do eksplozji
ale świat i tak eksploduje fajerwerkiem,
gdy zaśniesz
milcząc jak Bóg
nagle zwaśniony z ciałem świecą zigguratem
dnia hardego rozgardiaszem
>>>
*Eulogio wierna*
Ja jestem piedestałem
okruch na nim postawię
okruch twojego serca
w pięknym adoracyjnym relikwiarzu
(refektarz już lśni)
na tabernakulum mojego zachwytu
(w prezbiterium półcieni)
prospekcji naszej kwietni i płonięć
eulogio wierna
>>>
*Jasny i gotowy*
Nawet, gdy słońce kruszeje
jak zając na balkonie
to ty, jak gdyby od niechcenia tężejesz
w przepowiedniach spojrzeń,
co każdy kontrapunkt przestrzeni
postrzegają w długowieczności
planet niebanalnych zdumiewająco szlachetnych
w wytryskach
niegodziwości pozostałych sublokatorów
kosmicznego szaleństwa
zwanego życiem powszednim
dla kanarków i dzierzb za dnia
o dziobach ibisa w słonecznych splotach
ubóstwianego żertwa
wtedy słońce nadaje się na pasztet
wystarczy zdjąć je z haka
a zawiesić tam kapelusz
pełen myśli zatęchłych, rozmiękłych
by przewietrzyć myślenie
by przewietrzyć myślenie
by przetrzymać myślenie tchórzliwe
by przewietrzyć układ powierniczy kul i ofiar
tam będzie wolność
gdzie pasztet zajęczy czerwony
a ty w pokorze jasny i gotowy
>>>
*Sekcja ósma*
Sekcja ósma szósta czwarta
sekstans jedźmy nikt nie woła
woły czas wyprowadzić
burza na morzu a statek pirania
wół by się zdał tu
nie na drodze nie na ornym polu
sekcja karambol sekcja
boks ósmy boks szósty boks czwarty
okrutny koń skrzydlaty drr pin dżar żar
jest już flauta cisza spokój
amok fal przeminął piana zaschła
na wantach i rejach
woły grają na flecie
a żyrafy? a nosorożce? a pelikany?
jak syreny śpiewają?
jesiotr węgorz troć to trr trawers, bo to
już góry
wół pnie się po skałach
słynną drogą Długosza
wbija zęby w szczeliny
a półka a bułka a buty a but butt errr
pójdź ity dzin ze hen wola modlitwa
modlitwa woli ity
pójdź pójdź kiki ki ki siwa twa mewa na
skraju przepaści grań uskok żłób żleb
skrup skrup w przepaść mewa spada
rozbija się o skały
a wół odfruwa kle kle
sekcja ósma sekcja szósta sekcja czwarta
mewy burzy ka
>>>
*Okrutne zdziwienie*
Skorzystałem na tej poobiedniej drzemce
wtedy, gdy ona jak pająk
wisiała na żyrandolu
i wachlowała mnie z góry
żebym nie odczuwał
upału
kiedy to somnambulizm opanował mnie raz jeszcze
i wniknął w moje poglądy
na raz zacytowany szlagier świata zmysłów
ona nie wiedziała, że to ja właśnie jestem
pająkiem pająków przemian paramaterialnych
myślała, że nie ja a ona
dlatego tak okrutnie zdziwiła się,
gdy przeciąłem nić jej szansy jawy
i złapałem ją w swoją sieć snu
miała mi za złe,
gdy zbliżałem się czule po jej strach
z błyskiem w oku odwróconym
potem wyzbyła się go
i została moją branką omdlałą
do zakończenia dnia tak dziwnego
jak jej szczery uśmiech
teraz nie ockniemy się już nigdy
w splotach wiecznych okrutnie nierealni?
oby!
>>>
*Łap dech*
Koń ponosi strażnika gwiazd
stłumiony popęd unieruchomionego
alternatywnie jegomościa, co spadł
z jakiejś ksylofonicznej nuty
by znów pożreć batutę jak książeczkę prawd
słodko gorzki świat
ksylofony trąby trąbity
zagłady nie będzie
dzisiaj zadzwoni dzwon archanioła
zwołujący na pożywny ratujący posiłek
kolację na trawie przed Białym Domem
policyjnym wszechschronem tutaj
na dworze króla bieli
koń ponosi powóz strażnika gwiazd
łap dech i w czas stań
>>>
*Kata dekapitacja*
Dekapitacja w dell`arte
sok kolorowy kapie na ciało w scenicznej agonii
uciec z wydmuszki, którą uchwycił sokół
myśląc, że to jajo świata
to było jajo Dalego
w nim skamlenie świata tak tylko
skamlenie chemia nie
wystarczyła, aby rozbujać dzwon
namiętności narodowej chemia wystarczyła by
wejść na dzwonnicę tak tylko
kto pociągnął za sznury na tej starej wieży?
kto przestraszył sokoła?
gniazdo świata w dell`arte rozdarte
dekapitacja chęci
wtedy nozdrza wydymają się,
gdy chęci brak
modlitwa zamiast huku dzwonu
modlitwa zamiast huku zmysłów i ciał
modlitwa zamiast huku armat
modlitwa sokół z dell`arte
błazeńska dekapitacja masek myśli
to dobra myśl
kata dekapitacja własna
>>>
*Szklane pelikany*
Metalowe szpilki sosny miotają się w górze
gałęziami jej targa wicher
dziwny szalony wiatr wspomnień dnia
wymachuje biczami nade mną
nagle szklane pelikany
kołujące nad moją głową
tworzą świetlną aureolę
zderzają się ze sobą gwałtownie
stymulując szklany dźwięk destrukcji zła
powtarzające się jak u Reicha takty i frazy
wciąż szpilki pelikany wciąż szpilki
by w końcu uderzyć o metalową rurę po środku
wywołując apokaliptyczny grzmot
to ja sam jestem dźwiękiem
dzwonów rurowych w finale
tej symfonii wiatru zbuntowanych myśli
burzy niemilknącej we mnie
uderzają dzwony rurowe
uderza wielokrotnie gong
pelikany szklane rozpadają się
patrzę w dal
na pobliskim rondzie karkołomnie prowadzona
przewracając się koziołkuje wielka ciężarówka Biedronki
rozgniata drogowskazy i bratki
moja burza uchodzi z miasta razem z duszą kierowcy
przy akompaniamencie dzwonów rurowych,
do których dołącza się solówka Hendrixa
jak piorun uderzający w środku nocy
potem zalega cisza
w końcu w kołysce zasypiam
>>>
*Kropla miasta*
Kropla miasta miasta strach
czerwono czarny kropla mm miasto w
kroplach kropkach
zełgany nawet nie musnął dnia
zełgany gany gany weź sobie ech
do serca domy bloki wieżowce
drapacze chmur prawda hę
prawda kropla miasta kropla
światła refleksy dusz deszcz wiatr
zełgany kapelusz neon on wiatr
liść smutek samotny liść
kropla miasto miasta miast
z krop woda świat świat gazet
mąż żona taksówka księżyc neon kolekcja
znajdź siebie w kolekcji znaczków
miasto jest pocztą ślij się ślij się
nie śliń śiń
ślij kropka ciebie krop krop tele gram
krop kap kap łza fontanna gra
gwiazd fontanna grzechów
miasto miast będzie znów spać
w pustyni kosmosu twojego nie ja
znajdź źd się sam as
>>>
*Trzeba umierać stojąc*
Połączenie aż tak niezwykłe w sobie?
źródłem tych wszystkich natchnień
jest Duch to oczywiste
Wespazjan miał na takie pytania odpowiedź gotową
– trzeba umierać stojąc
są skrótowe opisy dokonań
w przestrzeniach materii,
która wygląda jak Duch na pierwszy rzut oka
są idee wykołysane w wierzbowych witek
kolebkach natchnień
przewrotne jak życia pokręcone skłonne
połączyć to, co powyżej z tym, co poniżej
i wykorzystać Izajasza na zmianę z Webernem
przy lepieniu glinianych latawców lampionów
a to się kłóci z przesłaniem
dzikich dzieci – proca tylko proca abstrakcji
perswaduj dobro zaskoczeniem radosnym
– wierzącym, co posiedli skalę akupunkturalną
dodekafoniczną w głowie najeżonej gwiazdami
swojej dołączonej na własność danej
jak gdyby nigdy nic
>>>
*Odkapryszone istoty*
Jak rozedrgany nasunięty na zegar księżyc
zdecydowałem się zmierzchać
by w swój nie do odczarowania dzień
ukorzyć jego odwzorowanie w mitach nut
taka zmienność by potem paść na twarz
przed słońcem skupionym
na moich ułomnościach brwi rzęs i grzywki
jazzowej notabene ukośnej
i septymowej w wolności wiatru
potem znosić cudze mgławice
wyprężone na piedestałach ciszy
nie do odratowania w kontraktowanej
bezczelności białych nocy
co wędrują za mną po świecie
nawet podczas przekraczania równika
nierówności dusznych
by posiąść to, co najcenniejsze
we mgle stwarzanych przeze mnie istot
mnie podobnych jednakowoż
ale odkapryszonych nieco w bezcennych myślach
bezksiężycowo jak dzisiaj nie do odnowienia
>>>
*Kredyt Picabii dla Xenakisa*
Kredyt Picabii dla Xenakisa
to jadło chłopskie dla Ludwika XIV
jadło to ja Kowno Troki Kłajpeda
Saloniki 7 Kościołów i dzban whisky
kreteński labirynt Knossos
kredyt Miro dla Varese
Reicha dla Kandinsky`ego
La Monte Younga dla de Kooninga
deszcz monet pędzlem uszkodzonych
a ja mówiłem kiedyś, że padł silnik Moskwy kretyński
Szary Wilk zjadł kebab z psa i konia
potem wyskoczył na mur świata
odleciał na lotni Ikara w tatuażach
wylądował przed Bankiem na Cyprze
tu wśród wielu Mogołów Syberii
rozmienił Scytów tetradrachmy na drobne
jest taki kraj gdzie malina dojrzewa jak kokos
dojrzewa dojrzewa zasypia oczy się kleją
mgła litewska zmienia się w cholerę
w Konstantynopolu a ten w Stambuł I, II i III
kredytu nie udziela się konkretnym biznesmanom
tako rzecze siedzący nad stawem
bankier wygnany ze świętymi sztuki z City
ale to tylko słowa słowa słowa
nic nie kupisz za nie od Scyty
(nie to, co kropki, plamy i kreski zmieniające się w nuty)
>>>
*Drohobycz*
Banderowcy za kontuarami w cynamonowych sklepach?
czy są większe zagadki świata kainowego?
kalafonia z Malabaru i wódka (na pohybel Lachom)
– obok siebie?
na rynku wypalonym morderstwami idei słońc
zamiast wszystkiego, co kryją
wnętrza sklepów cynamonowych
jeden transparent na ratuszowej wieży
osmalonej dymem z płonących kościołów i gett
– chwała bohaterom UPA!
z uliczek schodzących się do rynku jak Chasydzi na modły
słychać wciąż tylko świąteczne tra ta ta ta bum bum
ludzie wychodzą z cerkwi nędzą zmęczeni
malutki konik ciągnie wielki wóz na gumowych kołach
z wiązką słomy na drewnianej platformie
konik krwawi wciąż a słoma płonie jak polska strzecha
sklepy cynamonowe fruwają nad miastem
nie jak iskry ale jak bociany
czy to bociany na pewno?
czy to nie kochankowie z obrazów Chagalla?
a może to anioły, które zgubiły ludzi…
>>>
*Antymateria widzeń*
Jadeit kochana
jak pobladły nagle koniec lata
opal tęskniona
jak twoje włosy rozświetlone o zachodzie słońca
granat umiłowana
jak twoje oczy gasnące nocą
diament radioaktywny
jak pluton egzekucyjny
niewidzeń chwilowych naszych
nie nie nie
antymateria widzeń właśnie
najdroższa
już wieczna
>>>
*Mnóstwo*
Szumów pisków poruczeń płomieni
najazdów na gniazdo
szurnięć skomleń abdykacji
splunięć kiksów podwieszań
kleksów mrugnięć koronacji
podpatrywań gniazda
osunięć gestów zamarć
zaniechań lotów z gniazda
odkryć achów bluzgów
odepchnięć targnięć
ześlizgów z gniazda
obtarć nawrotów odskoków
gdaknięć memłań w ciszy nocy i z rana
lotni rezygnacji abnegacji
podskoków w koturnach obiektywu
narodu
świętującego niepodległość
bez ograniczeń
mnóstwo
>>>
*Tylko w mojej głowie*
Na litość, co to?
jastrzębie polują w mojej głowie?
czy to jakieś zamieszki uliczne w mózgu?
coś się rozpada, jakieś przepowiednie
się sprawdzają fatalistyczne
tak, tak, i to w mojej głowie tylko
na ulicy rząd z narodowcami maszeruje Poniatowskim
niesamowite czasy ostateczne
widzę przez ciasną szparę
to marzenie Dmowskiego i Piłsudskiego
Paderewski gra na syrenach
Prymas Kakowski błogosławi fajerwerkami
w opłotkach Marszałkowskiej
faszyści gonią bolszewików do Brukseli
Kruczą i Alejami
czy jakoś tak
na odwrót
za tym oknem oka coś się kończy
jakiś strach
kończy się pogoń za wolnością
kończy się denuncjacja brata
i donoszenie do Moskwy
bo Moskwy już nie ma
w Donbasie pagibła
jeszcze w mojej głowie mieszka tylko
strach tylko pozostał gasnący
nad drzemiącymi pomrukującymi fokami
kołują jastrzębie z Etopiryny
ułuda bladej niewoli bolesnej
umiera ostatnia w mojej głowie
>>>
*W dolinie rozbitych witraży*
Gniewni pozostają w cieplarniach
a zagubieni wprost naśmiewają się z nich
i ich niedoinwestowania w cel
w zakamarkach ciszy panieńskich cnót
w takich zamierzchłych miastach
co z uliczek nadwątlonych poniewierkami koni
wyruszają w deszczu przed kościoły
by rozstrzelanymi zostać przez gołębie
niewarte słów i straszenia strachem nielotnym
na gołębie spieczone warte śpiewu z rana
jak fiakier w zakrzykach czarny i zełgany artysta
będący w nauczycielskim zrywie
taneczne bary pouczając namawiają
wychowując zapijaczonych braci
włóczykijów mostowych spaczy
taki obraz malują poniewiereki w dolinie rozbitych witraży
schrystianizowanej dzielnicy horroru
mitów paryskich legend krakowskich
ich ich ich
i zaniesie się do kolegium gołębnika
giełdy, co porzuciła partię lumpenproletariatu
by wyzbyć się na zawsze
biednienia zbuntowanych żebraków pod kościołami
dla bogaczy lotnych strachem mimem
zagubionym chochołem
>>>
*Zmysły w uszach całe*
Muzak w uszach lewak w poglądach
kalosz w koszu papieros w klombie
Gavroche w salonie pijak w galerii
mój prawy mundur w opłakanym stanie
stan w kraju kwitnącej wiśni
skrzypek w szaleńczej solówce
dyrygent w kościele Bacha szepty w organach
siepacz w parlamencie wiesiołek w herbacie
mamut w luksferowych refleksach
tęcza w Nowym Świecie Zbawiciel w niej
na karb lewaków poszły rozszczepienia sumienia
homar w menu w szczypcach akompaniujących kapar
zawsze to samo w galerycznych rejsach
punkt zwrotny w cieście australnym miodnie
jądro ciemności za czarną dziurą
(już nie będzie się można odwrócić wstecz
i zrozumieć, co i jak było,
podczas gdy po śmierci będzie można)
śmierć tylko w getcie Bajkonur w Semitpałatyńsku
monster wy w Disneylandzie
jak Disney w ciekłym powietrzu czekający na lek w prochu
monsieur ja przy zdrowych zmysłach
a zmysły w uszach całe
tylko cicho sza, w tle muzak, lewak, prawak
monogamista polifonii odwzorowany w polichromii
OCZY w sercu, uff
DSCN1345
>>>
*Wędrówki kres*
Stąd a dokładnie
sprzed klawiatury białej w tym pokoju
do wieczności czerwonych zórz hen
stąd do bram zachodu
ze stadnin wschodu
od ąk do mąk od mąk do ąk
niebieskich
szybko by a dokładnie
bko
w najgłębszej ranie
twoje blizny są tą wiecznością przyszłości
ładu estetyczno-etyczno-etatystycznego
stą z ąk do mąk daleko
do grających wierzb malowanych zbóż
niedaleko leko kko kjuż
więc
wstań, ech ty
ać ja pobruszę
kolejne stolat sto lat niebieskich
Otto bracie dla mię
wędrówki kres
>>>
*Tajemniczy przybysz*
Tryl jakiś tryl jakiś tryl coś pędzi
po klawiaturze nowych dni
tremolo vibrato staccato
ale to nie są ręce pianisty
to nowy ty w skowronkach
jaśminach promyczkach półuśmiechach
dźwięków jak puch jak kurz jak pożądanie
pustynna burza
błysk burza gwiezdna
co to za przybysz na niebie?
rozświetla noc i łuną spadającą zadziwia
nie jest inteligentny tak jak ty
jest za to niesamowity
nieznajomy tajemniczy z gwiazd
detonujący ponad ludzkością całą
meteor jesieni
pędzi faluje płonie
twój nowy model pozaziemskiej muzyki emocjonalnej
do cna rozkochany
w cichnącej Ziemi
>>>
*Zdrój*
Piłem jej różany żywot
jak wodę ze zdroju namysłów
gdy będąc pięcioletnim chłopcem
dojrzałem w jednej chwili
matador ranny w pierwszej walce
ale przygody jej oczu do moich przybiegły
chęci zamknięcia czasu łopotały
jak sztandary kuse
chustki, spódnice, co odkrywają znamiona
biegłem do tych wód jak
Miltiades na starcie z wrogiem
biegłem spokojny i pewny
niecierpliwy żądny pełni kochania
na kanwie radosnych tortur utkałem arrasy
zbudowałem pomosty przerzuciłem je
by abordaż się powiódł
zrealizowany w pragnieniu
zaspokojonym, co zamiast warg
dostało żywej wody nie ginącej prawdy o sercu
dotarłem do tej głębi i do jej ciszy chłodnej
zerwałem chustę nieba ostatnią co ją skryła
i wygarnąłem garścią jej zasób mądrości
mądrości seksualnie porywczej,
co chce świat zmienić
zanim pragnienie opadnie
jak listek brzozowy pożółkły
na dno sadzawki w tej źródlanej ciszy
widzenia piękna jej ukrytego
>>>
*Hagiograficzna kartografia*
Od jutra będę prowadził
zajęcia z hagiograficznej kartografii
to moje postanowienie
otworzę przykatedralną szkołę map
dla dziewczyn zagubionych we mnie
podczas śnieżnej burzy uczuć
od jutra schody do panteonów kontynentów
będę budował dla nienagrodzonych
zdobywców biegunów Ziemi
oni byli napiętnowani psami i kucami
a ja uszczęśliwię ich schodami ruchomymi
napędzanymi lawą lodową serc
o Enceladusie o wodo
o Encyklopedio o wolo
o moja katedro katedro moich przekroczeń
od jutra zachwycająco zdefiniuję
natury ucieczki od rzeczywistości czerwonej
ku białym jak śnieg biegunom duszy
przypadki religijnej emocji górotworu zastygłego
opiszę i nauczę każdego
procedur odnajdywania i odkrywania na nowo łez
kto uzna mnie za profesora chłodnego umysłu
chemicznej literatury zamieci słów
geograficznego awatara stałości
niebios nakreślonych
mapą ratunkową bezcenną w odpowiedniej skali
>>>
*Aż stąd do światłości*
Bum ska skra trwa
szum wyje wyj wyjście
jęczy w otworze coś
Wigilia Święta Zmarłych
ścisk deszcz pisk wzrok słuch
ja wysokie C biorę ać
kleszcz kluszcz klusk
wynajduję wyjmuję onomatopeją klęskę ciszy
język zyk kzy uzy
lu Lu Lu na na wymiar Mi
ryk szum piszum
gdybanie świerszcza w silniku czasu
wieczności auta chrobotanie dusz
autobuszz ludzi zmarłych
smęt cmę cment aż do
aż stąd do światłości świetności
jęk jużnie jujutrznia jutro
>>>
*Zalegnie każdy niemorwa (MEHR LICHT!)*
Jeśli masz kłaniać się górom wysokim
to wiedz, że nie musisz
one są niższe od ciebie nawet
niższe niż doliny twojego mózgu
zrównają je kiedyś z tobą
morwy kroczące szczytami ku morzom
i zadepczą kozice uciekające przed morwami
po skałach przepastnych jak nerwowe komórki
rzeknij morwie słowo (jedno)
a rzuci się w przepaść z przesadą
rzeknij sobie – MEHR LICHT!
– chcę światła a nie mroku
a wyrośniesz jak szczyt szczytów
ponad swą głowę
tak więc zapamiętaj – Bin Laden sułtan mordu,
który powalił wieże World Trade Center
i na kolana Pentagon
wyrzekł następujące ostatnie słowa
– zgaście te światła
i spoczął martwy na dnie oceanu wśród małż
nie jest kotwicą (czegoś) lecz wrakiem (wszystkiego)
jak wszelka góra (niebotyczna)
bez jasności Słowa w najgłębszej głębi świata
zalegnie każdy niemorwa
>>>
*W duecie z Bergiem*
Atonalny mój koń
w letniej pelerynie
głowę ma wypchaną sianem jak trawą ja
kłusuje po poręczach, barierach
po dywanach z asfaltu Sodomy
Amarantowy mój koń
całuje zmalowanymi ustami
księżyce, co rusz, co noc
co będzie, gdy mnie ucałuje?
zatrzymuje się i
zastyga jak nieznana kometa Goryli
Mój nowo zelandzki koń
fetyszyzuje wszystko
co nie jest stepem
a ja koszę łąki brzytwą
dla niego
gdy cały świat ze stepo wieje
zacznę tańczyć na forte pianie
i to wówczas, gdy w duecie z Albanem Bergiem
będzie na nim grał: Lulu Lulu
koń ten
>>>
*Razem*
Stwórzmy to razem
nie jakieś tam hokus pokus
ale zwyczajnie jak modlitwa przelewająca się
z myślowo odległych kontynentów swawolności
w mistyczny kryształowy kielich oczywistości
stwórzmy to razem
tak jak powstaje siano i kiełbasa
zróbmy to z wysoką dozą miękkiej bolesności
zetnijmy i zmiażdżmy
sedno naszych spraw i tchnień
wtedy jak noc odległa od dnia
będziemy szukać zjednoczenia
białą śmiercią poranka
bądźmy w tym jak sargassowe węgorze
jak dwie chatynki na wzgórzach wśród słoneczników
bądźmy ciszą lasu poobiedniego i nim samym
gdy wdzierają się w niego czołgi durniów ponure
a wiatr odmowy wieje
stwarzajmy decydujące stąpania po gwiazdach
niech te chatynki nasze na marsjańskich wzgórzach
oświetli wreszcie zachód słońca
a my powiemy – to nasi rodzice i pradziadowie antyczni
to nasi antenaci żyli w nich
spotkajmy się jak kiedyś w walce o świty
niech ta rzeka czołgów nie zmiażdży naszego lasu
czołgów głupoty społeczeństw i alienacji jednostek,
co są jak węgorze na drogach wodnych nęcących
ku rozmnażaniu gwiazd
w naszych pelerynach przeciwdeszczowych
ty bądź ostoją dla genów księżycowych
ja będę lasem dla zachodów słońc
zejdźmy z gwiazd odległych
przetrwajmy pomimo wbrew jednak
dla jedności
>>>
*Profesor Rzyg*
Profesor Rzyg wszedł do Urzędu Ludowego
a Złodziejaszek Himalaj uciekł z niego
gdy dokonywała się ta swoista wymiana
stałem wtedy za ladą portierni
bez uprawnień fajtera póz
lecz z legitymacją prasową słynnego The Sun
zanotowałem ten fakt
na sam widok Profesora
odezwałem się – Rzyg, Rzyg, wow, wow
sowa śnieżna i ja od dziś
Curiosity i Mars
piszę o tym właśnie
będzie Pulitzer, hau, hau
i ha ha
makabra „na jeźdźca” tu
Profesor rzyg, rzyg i ha ha
rewolucja rewolucja
jeszcze jednaaa
>>>
*Słoneczko*
Słoneczko ty moje ostatnie,
zachodźże, skoro masz zachodzić
bo mnie już oczy bolą
od patrzenia tylko
na się
słonko to ptak jeden
a ja to miłości lot do gwiazd
od patrzenia do zrozumienia
od zrozumienia do patrzenia
na cię
>>>
*Nie okrutniej bez niej*
Miej oczy i patrzaj w oczy
sny niech sny znaczą
a marzenia marzenia
oczy jej są twoją sennością
zamknij je czułością
i więcej nie okrutniej
bez niej
>>>
*Dokończyłem żucie*
Zszedłem z pala zapatrzenia
wszedłem na pole zachwytu
a co, czy ja jestem aby kormoran łowny?
patrzę a tu kremowy kwiat smukły
od pierwszego wejrzenia… o ho ho
zerwałem i zjadłem go ze smakiem
jakem przeżuwacz wszelki
zatuptałem i hops na pal
dokończyłem żucie
(ech, życie, życie wewnętrzne)
>>>
*Fuga miasta opustoszałego*
Ulica krótka, zegar senny
jedno na drugim
spływa coś, co powinno sterczeć
jak maszt radiowy
wczorajszość wszechobecna
zbyt krótka twoja ulica na te czasy
lewa, lewa, prawa, prawa
(bach)
leży coś, co powinno chodzić
znalazłeś się na wstępie do podziemi
w ostępie piekieł i przedzmartwychwstań
wśród korzeni, studni i domysłów
politycznej dintojry zamglonych latarni gazowych
utrzymujesz dystans do niepodległości swej
kijem splunięć opędzasz się przed światłem
kłamstw tak naturalnych jak padlina
jak miasto opustoszałe przez czas
na życzenie nieodparte w porę
pustynie jaskrawości w dali
a tu ciemność rozszarpuje wszystko jak hiena
roboty sarkastyczne kradną zegary a ty?
lewa, lewa, prawa, prawa
(bach)
>>>
*Na morzu informacji*
Takie dzisiejsze nagłówki gazet
mogą wywołać tylko artretyzm na morzu
informacji jak burze fal odpływu
bo ślepota zupełna jest zakazana
na pokładach i mostkach
raczej zarezerwowana dla nabrzeżnej gawiedzi
w portach iluzjach
patrz – co widzisz?
widzisz – co to jest?
jest – baner skuteczny o treści:
„serce mierz na zamiary oceanu
a kości lecz pianą reklam”
pokręcony szkielet Latającego Holendra
z gazetą w zębach zamiast noża
na rogu każdej ulicy
w pirackiej zatoce milionowego miasta
propagandy
to już ty?
>>>
*Alek jak?*
Alek jak
alek jak nazwać
alek jak nazwać twoje serce
Alek – x? jak?
>>>
*Fuzja gatunków*
Nakręcony, ale niedziałający
skarlały powolny lękliwy
bądź, co bądź znamienity – dźwięk
z obu perkusji i Fendera
gdy oni nadzy na okładkach
ty na okrętach już wierszy zamaszysty
oni zeskakują z okładek
perkusja pulsuje
Billy Cobham szaleje na werblu
twój statek to statek śledczy
ty masz włosy na szczęście
w kamieniu czarnym trzymasz pamięci formułę
to kamień tylko muzyczny
choć ty filozoficzny
jęczysz wyjęczasz sny jak nakręcony, ale niedziałający
potem artykułujesz te jęki
osaczany rytmem przez serce Billy`ego
bum, bum, bum
nostalgia tłumów wali stopą perkusji
jak śnieg w okno a tu nie zima
fuzja gatunków
i dopiero czas zamawiania win
zapisanych na kartach Wierzynka
bądź, co bądź cokolik dla lampki
wina wśród zniczy
herb serca Billy`ego
targasz kotwicę zegara
zeskakujesz z konglomeratu czerni
stajesz na winnym pomoście żeglownej muzyki
zakaz recytacji słów śpiewu tańca
nakręconych brzmień – wielkiego dnia
>>>
*Pokost*
Poświata postrzegana jak pokost
na trawie jakieś delikatne drgnienia
albo zroszonych pajęczyn rozpiętych na winorośli
zasnuwającej altanę zielonych
wspomnień według bajkopisarzy
pojaśnienia zmrużone połyskliwe do końca
na zachód od stawu,
co ciemnieje jak grób w zakątku
ogrodu wielokwiatowego i wielowątkowego
w oddechu motyla Apollo pośpiesznym
ciebie śpiącego w pudełku po zabawkach,
które Święty Mikołaj przyniósł czterolatkowi
za domem za domem za domem
za … wydawać by się mogło
świtem
jego
>>>
*Przedlarwia fizjonomia*
Skomplikowany przekaz jednostronny
wynurzył się z wypowiedzi
mieszczańskiego dziecka w fazie
dorosłej znajdującego się na fasadzie
siedmiu maszkaronów fetujących
zobowiązanie do przekształcania miast
w głosowaniach prostych, gdy fascynująca
jego przedlarwia fizjonomia
odnalazła się w minach sztywnych facebookowych
z rana po rosie nie z wody
a z azotu ciekłego, co przeistoczyło
nie tylko brwi, wargi, ale i kończyny całe w szkło,
kończyny machające za Polskę przed
podpisaniem zobowiązania tegoż
złożenia życia rozbitego w razie czego
Krzycz echu do ucha frontmanie
motyla galaktykoskrzydłego
skazo na ciele kwiatu rozumu ust
bo prohibicja kolaudacji fekaliów
w mediach żertw forsownych
była zawsze rozciągliwa we Wszechświecie zadłużenia
w uczuciach stałego czasem owego dziecka
górniczo-hutniczo-rolniczo-prasowego
zabezpieczonego w kodeksie – artykuł 148 paragraf 2
a na tablicy 2 od góry wiersz 2
trwa zima dla larw szepczących
poezja księży milczących za innych
bulwersująca cisza zbyt skomplikowana
dla prawodawców,
gdy orkiestra interpretatorów mimiki twarzy zgasłych
i niedojrzałych gra
>>>
„Twój kolos”
Kolos to jest ciemność
nie za widnokręgiem, oj nie
w twoich ramionach raczej
ospały dzień zmienił się w ospałą noc
ledwo dotrwał do zmierzchu
lecz cóż to,
to nie zgasił księżyc twojego ognia,
który płonął
i poblaskiem zaznaczał się w oku
jak cyklon bytu?
a teraz musisz zgasnąć sam bez niego
jak słońce iskierka galaktyki
i nie możesz
wtulasz się w pustkę materii
kolos wapiennych skał jawy
jak demiurg świt
trzyma cię w uścisku mocno
był jaspisem potem zmienił się w granit
a teraz… czas na magnetytowy bazalt
a ty, zgasłeś już? do rana łkasz?
może jeszcze, w tysięcznych chwil popiele
żyjesz ostatnim promieniem
wtulony w kolosa tchnienie
swoje gorzkie dopełnienie
>>>
*Zarzuć Wszechświat na plecy*
Jak to jest?
ty tego nie dźwigasz
czy świat
nie chce dźwigać ciebie?
opis przyrody – makro zmienia się w mikro
onomatopeja kwantu zmienia się
w parseka symbolu
bądź wtórnym wybuchem ducha
po erupcji grawitacji
w sercu
czerwony pulsujący zachód słońca
nad lasem pełnym płomieni,
gdy wiatr nie świszczy w gałęziach,
lecz szepcze ci do ucha
wstawaj szkoda dnia
zarzuć Wszechświat na plecy
to tylko plecak nie krzyż
i bezkrwawo jesienie poetycko wyrusz
>>>
*Zeznośności zesnu zezwłok*
Zbytnio nie ufam zimnym słowom,
co z zamierzchłych niw językowych
zrozumiałą ledwie polszczyzną
przywołują pożądania pobratymców
śmierci czerwcowej zjełczałej
od pojękliwych bakterii nieznośności
nieczułej a są ledwo wyczuwalne
w pozamózgowych zaświatach
przynależności do zboczonych filakterii
i uwarunkowanych centralnie podrygiwań obleśnych
w idei zakamarkach ukryte
na czas zeznośności zesnu zezwłok
a przecież nie wyglądają tak wcale
w chwili, gdy młoda dziewczyna wchodzi do pokoju
i mówi – kocham cię
a ty jesteś w kwiatach a ona
w jasnoniebieskim kostiumie niezakrywającym niczego
nawet uczuć spąsowiałych w słowach
co wydrgały na języku zanim weszła
okrutnie zimnych jak odwieczność świata
>>>
*Ściśnięte w garści gardło*
Ściśnięte w garści gardło
grdyka zadławiona dłońmi
zapalczywości wtórują halne słowa
w chwili samounicestwienia
słowa obrażonego zatrzymane na zawsze
Tatrami zębów i warg
jak klocki lego maluszka
zestawiane w ciszy na podłodze
rączkami jak zabawki
strachu symultaniczne
ściany przewieszki z nadąsanego milczenia
>>>
*Mrugnięcie powiek*
Zrozumiałem, że w moim jedynym
mrugnięciu powiek, błysku oka
zawiera się cała przedszkolna sfera
wyobrażeń o kobiecej bieliźnie
i jej mutacjach
na czas pokoju i wojny ze światem
oko ześlizgnęło się z piedestału
krągłości kobiecości na własne nogi
spodnie do kolan, podkolanówki
stopy w małe buty odziane
mrugnięcie powiek
smętniejące z godziny na godzinę
z roku na rok
widzące co lato szykuje na zimę
by jak larwa zaistnieć znowu
wszetecznym kojarzeniem
kobiety z ciężko rannym ciężkozbrojnym
janczarem mamelukiem przedszkolakiem wojen
mrugnięcie powiek
ruch delikatny wieka trumny niemowlęctwa
by spoić bieliznę z ciałem
białym namiętnie delikatnym
przed poszarpaniem nieuchronnym
w ramionach światów cywilizacją
skażonych symbolem Ewy
>>>
*Deforestacja przemielonej niepoprawności*
Najzdrowsze bodajże są pomysły takie
jak ten, kiedy to raz gazda
zapomniawszy kapelusza
założył na głowę, co miał jak arbuza
w ramach: trzeba sobie jakoś radzić
żelbetowego nausznika kawałek
(głuszącego i zapobiegającego przeinaczaniu głosek)
był jak taki Kościelec co zmienił się w Mnicha
zastygł i tyle po nim pozostało co widać –
sza, sza, cicho sza, sza
opowiedział mi o tym
pewien polityk, który opuścił partię mniejszościową
przed rozpadem tejże żeby zapobiec
odstępstwom takim, jak –
Goralen i Slonzaken Volk
Schlessien Beratung i Kaszebsko Odroda
słysząc o tem
się zmazurzyłem i szadziłem jabłonkując jednocześnie
zostałem na probę
Drzymałą Ślimakiem i Żelewskim Szelą
w jednym kościelcu gołogłowy
natomiast nasz gazda do dziś paraduje
w nauszniku jęcząc niezrozumiale pod nosem:
hvala ljiepa, hvala
Kleinpolen und Karpatenvorland
Alba Chrobatia Mater Polonia
kasaj huby Rasiu i na lędo
albo bruszyć
>>>
*Bądź mi sakramentem światła, nadziejo*
Bądź mi sakramentem światła
nadziejo
w poniżeniu moim rozgrzeszona
z miłości daremnej
nadziejo na życie
po kres mózgowych komórek
odczuwanie świata
błędnie rozumiana ciemności
rozpłyń się w zmartwychwstaniu serca
błogosławionego tobą
>>>
*Dlaczego Ziemia jest tak potężna?*
Za każdym razem
spadam
dlaczego Ziemia
jest tak potężna
we Wszechświecie?
(za każdym razem spadam)
>>>
*Akuratny motyl*
Akuratny motyl
tak nazwałaś mnie
w szkole
śniłem dzisiaj o tobie
o latach naszych wspólnych,
gdy ten woźny od ORMO
z tą od wszystkiego partyjnego
łapali nas siatką na motyle
a my uciekaliśmy przez łąki miłości
skacząc po ławkach w klasie
starając się dobiec do otwartego okna
a potem dopaść pobliskich wzgórz
ratując swoje dorosłe życie
ja już hippizujący dzieciak w paski i szlaczki
ty nadobna nowofalowa córka grabarza
pierwsza wyfrunęłaś w wieczność
ja roztrzaskałem się na szybie
zew krwi biały kieł motyl, ech
tkwię do teraz w szkolnej gablocie
zazdrosny eksponat, skostniały cały
dźgany wskaźnikiem przez panią od wszystkiego
akuratny?
>>>
*Kto przeżyje?*
Kto przeżyje niespodziewany atak kałamarnicy miasta?
Kto przeżyje nuklearną noc w sumieniu?
Kto przeżyje Sąd Ostateczny?
Nikt?
>>>
*Ostatni chuch*
Para rządcy dusz
między skrajnościami ust
niewinnych leniwych podległych
skandal ciśnie się na nie
jak zemsta
milczenie
jak obłuda
milczenie
składam rezygnację
z rządcy
ostatni chuch
chuch ostatnich słów
>>>
*Apokaliptyka poety*
Zamierzałem właśnie spocząć na laurach,
gdy przeleciał on
wysłaniec posłaniec zesłaniec
niebieski chowaniec pocieszyciel za nic
anioł łez czarno-białych moich i moich uśmiechów
zadrwił trochę ze mnie,
bo rzeczywiście moje bóle spełzły na niczym
okazały się nosorożcami strachu post czegoś
a wszeteczny dzień wampirów
mojej beznadziejnej pracy
objawił się tylko samymi krwistymi wierszami
anioł porwał je jak orzeł
zaniósł na wieżę wysoką
i ukrył w światowym gnieździe jak swoje pisklęta
nie mam, co prawda do niej dostępu
ale jestem spokojniejszy, swobodniejszy i autokefaliczny
bez łez już, wewnętrznie spójny
wiersze z wysoka teraz świat obserwują
wyczekują pierwszych jeźdźców Apokalipsy
z taką pewną niecierpliwością strażniczą
jak kusznicy nieustraszeni acz okresowo tak jak ja zakazani
wreszcie eksplikowani, eksplanowani i ekspiowani
do walk z grozą wszelaką
przez papieża moich snów
zostaną, więc przebite z łatwością
tarcze i zbroje jeźdźców z koszmaru milionów
a oni sami zamiecieni jak liście przez historii wiatr
a czasy ucisku? a laury?
laury to korona nie cierniowa królewska wszechwieczna
wieniec chwały dla tego, który nadjedzie na końcu na koniu białym
przywoła orły młode
i stracą znaczenie pieczęcie, trąby, grzmoty i czasze
[Wtedy ci, którzy pozostaną przy życiu w swoich ciałach, nie umrą, ale w ciągu tego
tysiąca lat zrodzą nieskończone mnóstwo dzieci … . Słońce stanie się siedem razy jaśniejsze
niż teraz; a ziemia okaże swoją płodność i wyda obfite plony. Zwierzęta nie będą już żywić
się krwią (Divinae Institutiones VII, 24; 304 r. Laktancjusz)]
>>>
*Polska apokaliptyczna*
Polska potężna orędziem?
Polska orężna poezją?
Polska chędożna herezją!
                      Hartman III
>>>
*Upadki filozoficzne*
Ujawniłem nieskończone plany
gdzie ja Boga zamierzałem poznając nakłaniać
do umysłowych zwycięstw bezmyślnych
w godzinach wytchnień w pracy dnia
dla rodziny nacji ludzkości
skrytych w moim ekspansywnym ja
bez trudu anioł rozpoznając wszystko
szepnął – ech, chłopie, chłopie
jesteś synem i ojcem
zrozum Ojca i Syna
więc nie planuj niczego
poza klęską tu
filozof z morskiej pianki był już
w twoim ogrodzie myśli przemądrzałych
jak w Heliopolis, w Abderze i Kition
niech starczy oka i (s)tarczy pokory
Promienna Rozumna Kwitnąca
niech raczej odziewa cię w codzienne
upadki twe filozoficzne
>>>
*Globalny prozelita*
Ja na frontowych polach Megiddo
na Syjonie zamglonym
na wilgotnych łąkach Drohiczyna
na Tabgi skale porfirowej
na rozgrzanych piaskach wydm słowińskich
ja na Masady pochylni
ja nie Semita a prozelita
prozelita regionalnej miłości
Ja we frontowych ziemiankach i okopach Wizny
na pokładzie Guido mrocznym
w grocie betlejemskiej i w Qumran i na Karmelu
na gnieźnieńskich stawach jak prastara mgła
pod Jerycha murami
na szańcach Woli i Pragi
ja nie Semita a prozelita
prozelita regionalnej miłości
Ja z Lędzian, tych co Wiślan namówili na misteria Polańskie
na zawsze skrywszy ja w jaskini
Ciemnej w Ojcowie
będę się już tylko ukrywał i rodził orędzia
białych nietoperzy
swoją mumię zawijał w bandaże spowiedzi nacji
mumifikował my
ze starszymi i młodszymi  braćmi w wierze
ja nie Semita regionalny
ja prozelita globalny
>>>
*Lot nowej ery*
Ze zdarzeń najszlachetniejszych
minionych wysnułeś ciąg myśli
z myślami zdążyłeś na koniec wieku
a tam przyszłości przepaść
a ty jak rzeka szalona
siadasz na gwiezdnego konia – Pioruna
i skaczesz ponad wodospadem
wczorajszym sobą
wizją uskrzydlony
bądź duchem zdarzenia nowego,
w którym srebrne nici będą myślami przednimi
samotny świt prząśniczką ową
z osnowy i kanwy, z kierunku światłości
powstającej z burzy i wodospadu
utkaj ten lot nowej ery błyskawicy
>>>
*Krucjata pokonanych*
Okrutnie okaleczone sny
wyrwane ręce chwil
niepełne z nich kawałki spraw i dni
niemowlęce mruczenia i gaworzenia
okrutne dla niechcianych
będę karmił ptaki grzybami
szlachetnych lasów
ptaki cmentarne pełne nawoływań dzieci neurotycznych
owoców jarzębiny i czeremchy niesytych
obelisk ich śmierci rozliczony
przez darczyńców mniej lotnych
pióra i cele pióra i nietoperze
obyś nosił ich spojrzenia
odwrócone, jeśli zgrzeszysz
wtedy błędnik będzie jak odcięta noga
kurhany mózgów nie wystarczą
płacz niedorozwinięty, lecz nie martwy
ptaki dla kolb ptaki dla ziarna
a wojna rozrzuca śmiercionośne myśli
co to to nie – powie ból głowy
do głowy
nie ma żołnierzy nie ma ich żon nie ma ich kolb
okrutne jesienie przed nami
dzwonią dzwony sarny
obłędny wzrok myśliwych
krucjata pokonanych – walcz z inwalidami urzędów
z tamtejszymi kobietami w przebraniach katów
i bądź okrutnikiem dla bezprawia gór szczodrych
w tablice życia boleści
>>>
*Stanowcze wywołanie*
Wobec nieufnych i zwaśnionych pomocników bytu
apel o zgodę był okazją
do wyzwolenia napięć, które
rozładowały nadzieje
bo to był apel niesłusznie zdyskredytowany
bo imiesłów ciszy
nie byłby pożądany w sytuacji takiego odwrócenia
od siebie czynników waśni
z jakimi mieliśmy do czynienia
w głębinie psychologicznej
dziczy anytidealistycznej
w grotach pokątnych ideologicznie
skrajnych pierwotności
co jak zależne od ewolucji mamuty
przeszły po powiekach i spojrzeniach
ciszy w skrytościach delikatnego serca
już prawie człowieczego każdego
odzyskującego wiarę, chociaż przebitego
w pułapce śmiertelnej
skończoności ciała skazanego
na stanowcze i nieodwołalne wywołanie z niej
>>>
*Ja gwiezdny pies twój*
Jestem z tobą kochanie
nie wiem tylko
ile masz rąk par oczu policzków
nie znam wciąż ostatecznego kształtu
twoich form atomowych i duszy imponderabiliów
z teatru MegaFlorenceMachine +
w skali absolutu uczuć
jestem z tobą na zawsze
ja gwiezdny pies twój
trzymany wolarza ramieniem
na smyczy rzęs i łez
wypłakiwanych o wschodzie słońc
z opali szczęść
>>>
*Fantasmagorie refrenów*
Spełniam wymagania proste
ustalone zwyczajowo wskutek
nabić ćwieków stalowych
nie w podkowy i buty a w mózgi nieczułe
bladym świtem zbudzone ze snu
oczu, które marzyły wieczorem
o drgnieniu śmierci
w mózgu pozwalającym im się zawrzeć
na wieki
a to tylko po to by przecedzić
dni już byłe odmierzone
nicością naznaczone w celach
komercyjnych i edukacyjnych
jak pieśni tworów nie ludzkich
tworów nie zwierzęco-roślinnych
a wręcz jak fantasmagorie refrenów
niedookreślone w niedokończeniu
zawsze światami zaświatów
truizmy truizmy truizmy
spełniam wymagania proste
zwyczajowo zastanych galaktyk wszechświata
ja, który stoją pośrodku – SŁOWA
>>>
*Pod parasolem łez świętego Wawrzyńca*
Duchu wielokrotny
prosty niezniszczalny duchu świata
we mnie
ja przemawiam do ciebie
gestykuluję stroję miny
Peryklesa i innych wzbudzając w sobie
duchu bystry astronomiczny
biegle władający kwarkami galaktyk
widzę cię prawie, jako tajemniczy obiekt
w mgławicy Kraba,
jako mój mózg własny
przemawiam do ciebie z gruntu posłuszny
mową ciała sugeruję emocje
Homera i innych przywołując w sobie
duchu absolutny
w ekstremalnym spokoju kreacji
w tworzeniu z próżni
z pyłku kwiatu z zarodka ludzkiego
przemawiam do ciebie skrycie
pod baldachimem spadających Perseidów
pod parasolem łez świętego Wawrzyńca,
których nie mogę wypłakać do końca
zraniony do żywego wołam
zraniony do żywego twoim milczeniem
narodzin karą
>>>
***
Adwokat kwiatów
sugestia Mony Lisy
łąka za mną
nieśmiałość policzek
mina usta łąk sąd
***
Potrącony przez ludzkiego osła
wyżywam się na ludzkości
stojąc obojętnie
obojętny na kary i zachęty
***
Międzyseksualny ludzki popęd
stworzony albowiem świat
wygenerowany
jeżeli nie ludzki
zdegenerowany
***
Pamięć moja aniele
– pamiętaj aniele
pamięć jest moja
jak twoje ostrzeżenie
daremne
pamięć – pamiętaj
>>>
*Tak, żal*
Zwrot ku światłości
nagły
na środku oceanu zła
dinozaury ćma
rozklekotany autobus wypełniony wodą
Eryk Muzułmanin
dawca organów
cytowany organ prasowy partii Putina
zdechły wielbłąd
milimetr snu w superodrzutowcu
hekatomba
nie
Australia to pozytywna beza (bryza) czułości
zwrotnik Koziorożca
zwrot przez sztag
zwrot przez top
westchnienie
światło piekarnika
równik
odwrót od ciemności
myśl, nagły akt
tak, żal
>>>
*Przy tej wersji pozostańmy*
Boże, przecież gdybym nie istniał
gdybym w ogóle nie zaistniał
czy świat by to zauważył?
bo na pewno nie ja!
czy świat by innego adresata cierpienia
sobie nie znalazł?
mojego dzisiaj jak rzęsy i ślina
bo ja myślę, że tak!
ale ja już istnieję z moim ja
i przy tej wersji pozostańmy
(trzymajmy się życia krzyża bez alternatywy)
>>>
*Niecnie o nicieniach zła*
Będziemy niecnie mówić o nicieniach zła
albowiem królestwo błazenady ich środowisk
nie mieści się w czystoplanach nieokultystycznych
przyjemności okupionych byle jaką koprą
wschodnich klondajków i zaginionych tam świątyń ducha
niebagatelnego niezmącenie radosnego
w wyziewach przepowiedni
kamiennych bóstw z czystoplanu
monsunowych dżungli ukrytych w nich
tak małych jak obojnacze dzieła tychże nicieni
w skromności bydlęcej posunięte aż do
centralnych zadziwień królów niebóstw
co dźwigają na barkach
nie tylko obawy wszechjenieckie komunistów i faszystów
ale imperialnych przedstawicieli ludzkiej rasy
żółtej w tej części świata
bo już w innej potworniejsze
wyłupień ścięć obrzezań i przebić
w imię idei obłych jak galaktyki grzechu rozbiegające się
w oczach niezaspokojonych nosicielską zawiścią,
których jednak stworzone dla trucizn świata nicienie
nie mają
>>>
*Na starych kalendarzach*
Najlepiej pisać wiersze
na starych kalendarzach
cześć, moja pierwsza kochanko, ech
z dziewczęcych lat i zim
twych, naszych, ech
kalendarzy już nie ma
oprócz tej jednej karteczki świętojańskiej
w wieczności wyznaniami zapisanej
>>>
*Twój, jeszcze nasz*
Stukot kół tylko albo
stukot tam wysoko nisko nisko
to na torach dzięcioł
TGV przejedzie światowe
och tylko Interregio
tam za wzgórzem
lądują kosmici albo
kosmaci rąbią piłują coś odwiecznego w człowieku
sędziowie poprzedzają królów
a prorocy obcych to kosmici
piłują sobie
drzewa na protezy laski władzy nad nami
stuka w prawym lewym prawym
przednim i tylnym kanale
oto zjawia się (wychodzi z nieoczekiwanego)
kuternoga przesławny od rana malarz
wolności niepełnosprawnej
nasz ptak dziobak
a może pirat
Wesoły Kapitan Roger Hak
er
ej ej że
coś żre
pluje na nas
tak to pirat
stuk stuk stuk w barierkę w policyjną tarczę w godło w krzyż
w ekran
twój jeszcze nasz
>>>
*Primabalerina skrzyżowania Lema z Dąbską*
Nocny łabędź Dąbskiego Stawu
chciał być zjawą trójwymiarową, ale nie był
kaczka niedyskretna go wystawiła do wiatru zmierzchu
Imax świecił nad nimi neonem beznamiętnie
bezwzruszeniowo i to był duch, duch wieku
pusty w środku czasu i przestrzeni pieniądza imaginacyjnej
księżyc zapatrzył się na mnie kuśtykającego jak Quasimodo
wokół takoż kulawego ronda Plazy
i walną głową w komin łęskiej elektrowni
zapatrzył się na mnie schodzącego ku Tauron Arenie
z Montmartre Sacre Coeur Bateau Lavoir
aż po instrumenty muzyczne Pigalle
moje sztalugi gitary skrzydła kule
zatrzymałem się na przejściu przed Tauronem
Taurus Taganrog Trzygław Trismegistos Trzmiel
wreszcie … zaledwie Tremeloes przebrzmiały
ból w nodze i sierpniowy smutek szerokiej ulicy
opustoszałego niespodziewanie jak ona otoczenia hali
i mrocznego parku lotników płotkarzy-plotkarzy
kto znów wzleci tu nocą, jaki człowiek, jakie zwierzę?
łabędź poderwał się pierwszy
i z krzykiem przeleciał nad moją głową
jakby miał wylądować
na wysepce pomiędzy pasami ruchu Lema półkosmicznego
tego od Summy technologii poplątanej moralnie i naukowo
i cóż, że agnostyka jak zagubionego w galaktykach
zjawisk i praw, które zastraszająco i nigdy,
gdy opuścił UJ nie zrozumiał kompletnie
o prorocka naiwności
o łabędzi śpiewie
o ptasie oczy
ni świń ni psów ni Watersa
rozpylona tylko nienawiść latarni
ból kształtów nocy nierozpoznanej
i oto anioł wylądował przede mną zamiast łabędzia
szczupła długonoga w szortach z zorzy
pończochach za kolano
w koszulce bez rękawów
w złotych prostych włosach do bioder jak kometa w warkoczach
Neferetiti supernowych
liceum anioł powiedzmy zjawisko: „Great Gig in the Sky”
zakręciła piruet przede mną
na rolkach błyskających kolorami tęczy
lazerwheels Perseidów z bateriami w butach,
jakich Lem w głowie nie miał nigdy
księżyc roztarł już guza
otworzył oczy i usta szeroko jak ja
jeszcze piruet jeszcze jej przejazd przez pasy
jeszcze spojrzenie w moim kierunku
i zmieniłem się w kaczkę złotą
osiadłem na środku alei sponiewierany jak księżyc
rockowa poświata szkolnych lat dyskoteki
zapłonęła na beczce hali, z której już
faszystowski psy i świnie wyleciały kominami
nieczynnej okładkowej elektrowni w Battersea
poszybowały w kierunku Drogi Mlecznej
i rozpłynęły się w jej mgle jak era Wodnika
czy tylko on nie przyjął tego do wiadomości?
a elektrownia w Łęgu na tle wzgórz Wieliczki
generowała postać Mony Lisy XXI wieku pędzlem megawatowym
malując szesnastoletnią słodką rolerkę w dziewictwa aureoli
co jak Kypris wyłoniła się z pary unoszącej się
nad niebieskimi kominowymi chłodniami
Summa technologiae skurczyła się przed Cudownym Krzyżem Mogilskim
jak zbity vocoderowy kundel
z gnostyckiego cudu pozostał prześmiewczy robot-gnom
do zwalczania JPII prawd
i sprzęt w Ogrodzie doświadczeń działający średnio
a faszystowskie owce z Battersea, co z nimi?
pasą się same za halą, już nie na hali?
a pasterz Minimus w niebiosach?
nie, jeszcze nie,
no to gdzie?
>>>
*Nie międzyludzkie współzależności*
Na budowie zakasane rękawy
na wszystkich rękach po cztery zegarki
współzależności bodajże robotów wysokościowych
i niebieskich ptaków
nie, nie międzyludzkie współzależności
jakby się wydawało po lekturze
antycypacyjnych skojarzeń Kapitału z Mein Kampf
a tam w sercu masz współ(u)zależnienia
Nowy Świat Stare Elity Stara Pomarańczarnia Nowy Dwór
idzie człowiek powiedzmy taki jak ja
z rękami w kamieniach w kieszeniach niszach
stolicy ulicą
niszowy poeta i niszowa metropolia
no dobrze, niech idzie robot
hollywoodzki z coltem z rękami przy udach z..
a na wysokości GPW staje przed nim Przewodniczący
Związku Nagradzanych Pisarzy Polskich na Wygnaniu w Warszawie
w siodle na Koniu Trojańskim z szablą opuszczoną
patrzy jeden patrzy drugi
nagle Przewodniczący wyciąga rękę
zamaszystym ruchem odciąga mankiet koszuli
i patrzy na zegarek
mówi: Koń-stój-ty-cojamówię-Bucefale
robot w przód pada i się rozpada
współzależności akcji, miejsca i Aleksandra
a słońce, a gwiazdy na niebie, a czas?
aktor niepokorny czerwony na twarzy
cwałuje na koniu z desek jak Diogenes,
bo koń przypomina beczkę
nagle konfrontacja z falangą maszyn
automatów do produkcji aut
reżyser przerywa scenę
chce zatrzymać cywilizację robotów
przed zachłyśnięciem się
krwią ludzką bladą
współzależność Zachodu i Grecji
zadbano o prawdę, złożono ją na marach uczciwie
odprawiono przedchrześcijański obrzęd
uczczono zniczami i pochodniami przed Sądem Ostatecznym
czarnego konia mechanicznego przez włócznie przeprowadzono
wywróżono, jutro z wczoraj pożeniono
o`key, współzależność potępienia i zbawienia
na Monte Cassino kasyno
>>>
*Szpilki*
Okoliczności znalezienia tych niebanalnych szpilek
zaskoczyły najwierniejszych przedstawicieli
przemysłu pogardy krojonej z materii
i to w sytuacji, gdy rozbestwiony tłum golasów
atakował przedszkola i skandował hasła
delikatnie mówiąc pedofilskie i antydziecięce,
które mogły uchodzić za coś jak pielucho majtki
lub sądy spolegliwe szyte na miarę
dla opozycji w najgorszym stadium starczej alienacji
powszechnie uznawane za zbrodnicze myśli
rozeźlonych na samych siebie
za niezakłócone wewnętrzne kłucie bezmiaru natręctw
pochodzących z podszeptów obcych embrionów
snobizmu i pychy jakże prostackich krawców
(wbite w poduszki z wosku wydawały się niebanalne)
>>>
*What the Hel?*
Ja chmury ja ponury
kąpię się w wannie
kiszę się w wannie
ja na Bałtyku jeszcze
nos marszczę
ja już nie w Helsset
ja chmury ja ponury
ty wiatrem płoniesz we mnie ciągle
stado przede mną brnie szlachetne
przez odchody polskie
do ciebie chmura prowadzi mnie bura
i dobrze
oto węszę śledzia dla nas
ja i ty lepszy czas
ale co to? what the Hel?
jednak Gdańsk?
jak kiszony śledź?
ja c.. ja p..
>>>
*Blady jak Bleda*
Kobyle mleko wypiwszy
pognali wierzchem jak wicher przez step,
który kiedyś zmieni się
w jedno wielkie miasto Europy
pornograficzny księżyc polityczny zawsze
nigdy nie wiedział, że świeci golizną
całemu światu antyku periodyku
Olejem spici hołdowali
zmianom ujeżdżających konie elektryczne
idealne transformery transformatorów transponowały
światło nie z nieba samego
ale ze spodka latającego nad miastem
ostra smuga
plazmy plama
magnolię Attyli powala w końcu
i jego 300 żon wyzwala
rzeki zatrzymuje na zawsze w biegu
i sprośne anioły gwałtu
i on
pornograficzny księżyc popolityczny zawsze
blady jak Bleda
biada Ojczulek nad ciałem
mitologiczny talerz latający historii dzisiejszej i nie
Europy rozstępów rozstań opatrznościowych
najeźdźcy bezprzewodowi teraz
jak nigdy
kobyle mleko i światło z kosmosu maszyn
to za mało by przetrwać tu
bez powrotu
do greckich idei tablic
jak Aecjusz czas spalić na stosie siodła
>>>
*Wysokie napięcie*
Baczność
bacz byś nie stracił ręki albo nogi
kucając i bazgrząc
po napisie: wysokie napięcie
albo gorszym: śmierć na zawołanie
urodzony od zawsze
bo myślący alfą i omegą
pantofelku bakterio amebo
pisania odwiecznego chemicznego
termojądrowego
dziś bardziej niż kiedykolwiek niebezpiecznego
jak rozmnożenie przez podział
mutanta
baczność
wielki wybuch słowa
rozbłysk sława
i co dalej beznogi bezręki bezgłowy?
>>>
*Czuły dotyk muchy*
Skonstruowane z lepkich pociągnięć długopisu
nieodkryte zagłębienia wewnętrznych skomleń
wydłużanych młodzieńczo w starość
jak ciągutki i gumy widzeń,
by odetchnąć pośrodku galerii obrazów
zawieszonych jak pajęczyna na leśniczówki drzwiach
życia pośredniego w natury ostępach
i powstaje absolutny bogobojny opis pająka
w afekcie odtwarzającego jak płyta zdarta
te same dzieła bez końca bez początku
bez tego wszystkiego, co sofiści
nazywają ciągutką jedności
czasu, przestrzeni i ducha w przesłodkiej nicości,
co marksiści zwą zamordyzmem panów
ubranych w togi, peruki i cylindry kapitału
(ekolodzy dodają – efekt sprośnego człowieczego państwa)
a pająki wprost czułym dotykiem muchy
>>>
*Otchłań Boża*
Zew poetów polskich
antypody miłości i kangur
muskat korek namiętność ust
burze filozofii greckiej much
zdystansowanie się od Krakowa
antypolskie nienawiści i kot
puls mitręgi powstańczy
kamień filozoficzny i złoto w grobowcu wawelskim
zaglądanie do Odysei
żeglowanie w pościeli
zew gęsi przylatujących przelatujących
korale Wyspiańskiego
ampułki Wojtyły
młot miłości w jaskini śmierci
koło zatoczone historii
to grobowiec nie koniec
zew się rozlega w grobowcu
eksploduje Czyściec wier-rzy
czyli Otchłań Boża
>>>
*Orszady*
Orszady, Orszady, Orszady
najpiękniejszy zakątek Warszady!
wyspowiadał mnie tu
sam Bojanowski Edmund
trochę łysawy i z lekka otyły
wyspowiadał mnie z tęsknot bezprawnych
i przeniknąłem przez ogromną szklaną hostię
wprost na wilanowskich błoń półdzikie ostępy
deweloperskimi pieczęciami ostemplowane
jak dekret Jana Trzeciego
Orszady, Orszady, Orszady
najpiękniejszy zakątek Warszady!
Polska Opatrzność Zwycięstwo
wreszcie, wreszcie pełne zwycięstwo po wiekach
kopuła nad a pod laskiem jeszcze kontener bezdomnego
Orszady, Orszady, Orszady
najpiękniejszy zakątek Warszady!
więc z powrotem w górę historii
choćby na skarpę wiślaną kiedyś
po zapach koni umoczony w niej kasztanowo
potem Nowoursynowską rozgrzaną
na pizzę z jajkiem i szparagami
popijaną nad wyraz radośnie cytrynówką wyborną
z miętą, melisą a może marychą?
Orszady, Orszady, Orszady
najpiękniejszy zakątek Warszady!
dzieci nastoletnie patrzą mi w oczy
półnagie w szortach, t-shirtach, szorstko
dziewczęco wołają matki ich śmiałością zdziwione
Orszady, Orszady, Orszady
najpiękniejszy zakątek Warszady!
na Pistacjowej – róg Imbirowej
smród wita skośnookich z kontenera za suszibarem
pogawędka ze starą wroną jakby obcą
równie szorstka, bo skrzekliwa niemo
jak nocne zawołania sów
popiskujących na wznoszące się
z Okęcia samoloty ofiary
Orszady, Orszady, Orszady
najpiękniejszy zakątek Warszady!
dzwony biją na Święto Dziękczynienia
a dzwony Bojanowskiego dla czekających na
z palety bied wyzwolenia
przypominają oddalające się echa Wisły bezgrzesznej
lodowcowe wygibasy przed plemienne od.. Wisły
do Czerska, Ujazdowa, Czerwińska
dolecą szybciej niż wszelkie dreamlinery
Orszady, Orszady, Orszady
najpiękniejszy zakątek Warszady!
w wiklinach, wierzbach i bażancich odchodach
ukrywam swoje łzy
na końcu obelisk katyński
śmierć, która nadchodzi jak ostateczne wyzwolenie
skarpa osuwa się na kolana przede mną
ja przed bazyliką
bazylika przed moim dziadkiem i babką
i nieznanym kimś
Orszady, Orszady, Orszady
najwonniejszy zakątek Warszady!
niebawem, ujrzycie jak dziękczynienie Opatrzności
niespodziewane
nie wierzycie?
>>>
*Niesieni w wieczność falą pauz*
Zakotwiczyć
była pauza, zakotwiczyć
niesieni falą pauz
w sobie eksplozją znienacka odkrytą
blado pomarańczową w czerni
zmysłową ową dziewczynę
po ustach tychże poznajesz
w antrakcie pauz
kandelabr szkolnych zaskoczeń jej dłoń
czuły dotyk jak czas nieprzerwany
korowód na szkolnej zabawie rozpoczęty
trwa dalej w niebie
woźny piekieł gromi a ty na rowerze
jeszcze pedałujesz podczas lekcji bólu
za szkołą w wąwozie historii niecnej
przeżyć tę chwilę jeszcze raz
i zrobić sobie pauzę
wieczną właśnie
krokiew przedmiotów maturalnych
bądź gdzie a ona wśród chmur idąca ku tobie
anioł szkoły zwieńczeniem
na dworcu we Lwowie
wśród uczennic w Weronie
samotna w La Salette
ona w zagrodzie Mesety cieniem
twoja studnia pauz
jak sen tu
zwierzenie zwierzę spragnione jak ty
bez dna twoja studnia pragnień młodzieńczych
zakotwiczyć kiedyś w niej
ech na jawie
>>>
*Bezlitośnie rozpuzzlowany*
Zło złem wyłącznie przypadkowym
taka opowieść snuje się jakoś
poprzez tysiąclecia
taka narracja artystów cegielnianych
grobowo wywyższanych
a potem on rzekł do mnie
stroń od…
a ja jak Jafet nie wiem, co i gdzie?
idę przed się…
i rymuję usilnię
puzzle chleba i herbaty
składam jakoś bezwiednie tak
a puzzle mówią do mnie
siedź tu i przytakuj
… złu?
no nie, aż tak, to nie!
rozkładam, więc
na dzisiejszy dzień
atrakcyjny świata obraz
władców jego
tak sklecany mozolnie
– bezlitośnie
rozpuzzlowany
znaczyć będzie odtąd roze źlony
a co potę?
a nic, charakterystyczne fragmenty spakuję
i… odeślę
Skan_20180705 (4)f
>>>
*Gimlea w Spalarni*
Kiedy se leję herbatę,
to se leję herbatę,
a kiedy leję co insze,
to leję co insze..
– jak powiedziała stara matka Grogan
a ja dopowiem
– popijam tę herbatę i tą herbatą
w niewyraźnym krajobrazie biura
papierosowy dym
mgły ludowej władzy niczyjej już
jak Zmierzch Nibylungów
w Bajorze na Kujawach
i Gimlea w Spalarni płuc,
o dziwo się odrodzi tu
a Niewielki Baldur
palenie ludzi
na zawsze rzuci
>>>
*Stocznia w depresji*
Jest stocznia w depresji
gdzie o wodowaniu nie ma mowy
i o chrzcie, z jako taką matką
takie jest dziś nasze życie
w koalicji z PIS-em mówią do mnie
PO pożyteczni idioci
coś o zewnętrznych warunkach
a ja odpowiadam –
czekam tylko na kapitana chama
i wygarnę mu wszystko
on powie – nie moja wina,
że statek jak woda pod górę nie płynie
a ja mu pokażę, jak płynąłem w górę
napierających na rodziny
fal tsunami za komuny
i wtedy uzna wreszcie,
że sam jest w depresji niż stocznia większej
>>>
*Wiosno śmierci*
Dziewczyno, wiosno śmierci
dana mi przez Boga
zaprowadź mnie do Nieba
w kwietniu, w zbożu, z rana
pocałunkiem, gestem, słowem
czymkolwiek nierealnym, nieziemskim
raz na zawsze wyzwól mnie
z obumierającego, wczorajszego ciała,
ukochana
>>>
*Sakramentalny przybytek milczenia*
Sakramentalne spełnienia wieloznacznych czuwań
i małostkowych naigrawań z odwiecznych wniebowstąpień
są konieczne dla będących u schyłku dzieciństwa
ludzi w niedużych cylindrach małomówności,
gdy są zbędne zakulisowe rezygnacje
z niedopełnień obowiązków, które omijają najmądrzejsze głowy
po to, by po prostu zasznurować trampki
przed kościołem wybudowanym celowo blisko boiska,
gdy nieznaczne odsunięcia od krawędzi księżyca
pobudzają w rogówkach cnotliwe drgnienia
budzi się tęsknota za zamierzchłymi wstąpieniami
gdziekolwiek w dzieciństwie
raz pobudzony sakramentalnie osobnik
niezbyt dojrzały ma zawsze za cel
spełnienie swoich pragnień niewinnych
przepełnionych zaczytanymi na zawsze słowami
z ust milczących za karę
za każdą taką nieprzeczytaną stroną
za każdym nieprzeczytanym wierszem
kryją się parseki odległości do światów
kolorowych na pędzlu zatrzymanym przed płótnem
na płótnie wybiegającym mu naprzeciw
Ześlij zbędne odniechcenia tutaj, tutaj do mnie
bym wysmagał nimi przyrodę sztuki
i sprzęty audio-video w mieszkaniu
urządzonym w zaświatach kosmosu jego
co jest jak tarcza każdej myśli
zawietrznej, zasłoniętej, zagłębionej i zakasłanej
chodź do mnie, gdy przybędziesz
w te regiony niezniszczony promieniowaniem bólu milczącego
jak spojrzenia w okna pożądań
nigdy nie mieszczących się w czasie
chodź do sakramentalnego przybytku milczenia
przez opanowanie oczu, języka i powietrza
>>>
*Balans uwzniośleń*
Od wielu znamienitych ludzi
dowiedziałem się o porach na gwiazdę
i gwiazda okazała się człowiekiem naznaczona
oficjalnym w akademiach i pozach
balans uwzniośleń był nieco zdegustowany
moim oddaniem niemocy dla wszecharystokracji
i spojrzeniem zza krat prawdy na niedzisiejsze
ekscelencje
było nie było zacni jak kamuflaż dni
i skansen w telewizji zwierzchności
nieemitowanej od rana samego
przecież zawsze w końcu emitującej
służb ledwo widzialne nastroje
na krańcach myśli i na krańcach słów ich
przewielebni dystyngowani krasnale wizji
mniemania niespodziewane pozostawiam wam
gdy je dostrzegam
pora na gwiazdę, odsłaniam kurtynę
włączam stary projektor swój
pusto, niemrawo, niedzisiejszo to i odświętnie
jakżeż nikłe poparcie akademików tu
morowo, ale niemrawo
były kawalarz zaniemówił
do orderu miny stroił
a order do niego ni razu
bądźcie grzeczni jak dzieci, nie klaskajcie za wcześnie
oto meteoryt pański spada na dystyngowane głowy wasze
celebrujcie achy ochy
zanim wpadnie w strofy
i sztuczne słowo umrze na zawsze
chociaż jaśniejąc ginąć będzie przeciągle
na złotym samouwielbienia ekranie
>>>
*Ciągną konie gwiezdności*
Ciągną konie słuszności
zmierzch już, stadem człapią do stajni
ciągną konie gwiezdności
na pastwiska odkupień
pracy ciężkiej w stępie, galopie i kłusie
oto ja na ich czele
dumny władca stad, tabunów, chmar
oto władca wszystkich zmęczonych koni świata
sam jeden na planecie Ziemia,
która cała zmieniła się w step
niebieski pod kloszem czarnym nocy
nocy, co jest zabawką źrebaków i ratunkiem klaczy
a ja władca koni
już nie żyję w lesie, który jest snem
nie żyję pośród lodowców, które są mirażem
nie żyję pośród wydm pustyni, co jest fatamorganą
ja żyję tym, czym żył mój pradziad
wędrówką przez step bo to mój zew
step to droga do myśli, do samotności, do przywództwa
i przyjaźni indygo
autostrada cywilizacji racji
estrada w sam raz do stepowania
prawdy duszy wolności
>>>
*Wielka noc śmierci*
Rozprzędły się sumienne kłębki pokory
oto stoimy u stóp wielkiej nocy śmierci
przed nami mandryl wielolicy i kaczka zbrojówka – symbole
patrzą na wzgórze belwederskie
dziewczynka usiłuje je karmić nitkami podobnymi do makaronu
karp niebieski ze stawu przemawia – przenośnie
jestem uroczym pyłkiem róży,
gdy wymawiam twoje imię – Polsko
bądźmy razem przez stulecia
ja maszt i ty flaga
ja sterowiec ty hel
zbudzony natchnieniami chmur powstaję
z łoża boleści, zapominam je
zmartwychwstaję jak zwykle w poniedziałek
a ty jak promień słońca na twarz ośmioletniej dziewczynki
upadasz
rozświetlasz jej oczy
podczas, gdy ja zmieniam się w wiatr w Zatoce Gdańskiej
potem w bałtycką ośmiornicę
odwołuję wszystkie elekcje i rozbiory
odwołuję manifesty i pacta conventa
żebracy lgną do mnie jak do Alberta
a ja turysta zaledwie na rynku w Legnicy
prawie radziecki zagubiony żołnierz z aparatem Smiena
i reklamówką z Biedronki
jeszcze nawołuje mnie efekt nocy Wolina
zwiastun burzy, zwiastun Purpury, zwiastun Peruna
chrześcijańskiego, bo w gajach już ordalia dębów
na chwałę jedynego Pana
ordalia z wynikiem pozytywnym
dla podsądnych zmiłowania godnych
ależ bracia snadnie puncowany kurdyban płowieje
w salach tronowych, totalnych,
gdy my poligloci, malarze symboliści, asceci esteci
na masztach zawieszamy części
jedwabnej garderoby naszych ojców
co głowy podgalali
i Sarmatami się zwali przy winach
wielka noc śmierci pęt nadchodzi
co zrobimy z wolnością bez niej?
Polacy nie mandryle, nie kaczki, ale orły
czas artefakty dni wielkich pomalować
i uwiecznić w Ujazdowskim Pałacu
dla Polski, Litwy i Prus
dla uniwersalnych wzorców
dla mieszkańców Perth, Tuwalu i Surinamu
>>>
*Cmok*
Drewniany polityk cmoknął na wizji
wypowiadał się na sejmowej mównicy
cmoknął jakoś po larwiemu i zszedł
widzowie niepełnosprawni drwale
powiedzieli –
to kornik nie komornik polityk
jest zbyt głodny
zbyt kontenty
piarg usypie z trocin
i nie zostawi nic
dobrze, że już zszedł
czerwie pustyni czekają
>>>
*Locus amoneus*
Kocioł czarownic
w nim wiersze Wergiliusza
zdruzgotane dzieciństwo w opoce lamentu,
czyjeś
czyje?
ja miałem wspaniałe dzieciństwo
wprost bukoliczne, aż
na Polach Elizejskich kosmiczne jajo znalazłem
dlatego dzisiaj po latach wypełniania Uranosa dzieł
mogę pisać o lamencie
i jakichś zdruzgotaniach Arkadii,
kiedyś
kiedy?
>>>
*Historia futuryzmu*
Kołowroty młoty
głowy zawroty
historia futuryzmu polskiego
oto
atomy nie złoto
formułą przetopią
w sierpy węgielnice gwiazdy
pały zakute
huta nie piec
piec nie pies
ja nie jo
magia tylko
merd-a
>>>
*Prawo do żucia*
Zastosuj prawo łaski
wobec przechodniów wieku
i naciśnij klakson samochodowy
zastosuj prawo łaski
wobec policjanta na skrzyżowaniu
by amen, gdy nadejdzie pora
– wyrzekła papuga
nauczona w suahili
potwierdzać, że zagrożenie lawą
w miastach europejskich jest poważne,
że ostateczne hurra aniołów
rozlegnie się jak klakson
a potem nie pozostanie już nic
lawa zastygnie z wszystkim
bez prawa papug do żucia słowa
jak wyrzut miłosierdzia
>>>
*Nawoływania eskapicznych celebrytów*
Asocjacja niedużego rozmachu scenek na podłożu
integralnych rozwarstwień czasu wolnego
to niezbyt eleganckie podjęcie druzgocącej bądź, co bądź
krytyki długofalowych, niezwykłych w wydźwięku społecznym
będących nagminnie spolszczanymi
demonicznymi nawoływaniami obcych
eskapicznych przedstawicieli różnego autoramentu celebrytów
kiedy grom odległy skutkuje przestrachem nadętych konferansjerów
a każdego autoramentu kierownicy znikają
w iluminacyjnie somnambulicznych przedawkowaniach pleśni
pas słucki pamięta czasy dekatolizacji na Wschodzie
takie jak obecnie w Zachodniej Polsce
ewidentne, skłaniające się ku ohydzie desperacje
teatralnych uwodzicieli uczynią z podłoża kultury deskę do prasowania
teatrów powszechnych bądź, co bądź
ale nie po to mamy psyche i somę by rozwarstwiać niedojrzałych
emocjonalnie chłopców na płatki reżyserów i aktorów
a przecież jednakowoż i jedni i drudzy
są nagminnymi łapaczami depresji nie w tłumach, nie pod teatrami
a w sobie samym ukartowanym bez sumienia na gruncie
zapomnianych steli hetyckich lub aryjskich jak talie – wszystko jedno
będzie zaledwie jedna cząstka kilogramowa szczytu niebieskiego
w oczach i potem niezbywalnie w mózgu, bo nigdy nie ma tak,
że kwiat jednej nocy zamienia się w kwiat jednego dnia
to dotyczy ludzi wielkiego formatu, ale nie przyrody nierozumnej
bądźmy, więc poważni
na niegrzesznych drogach oczekiwań na letnie przekierowania
amplitud ciał niebieskich,
gdy w mątwie galaktyki zauważa się
nieokiełznane pożądanie unicestwienia partnera lub własnych dzieci
wtedy można domniemywać wśród nieboskłonnych popatrywań
przez słupy wody kosmicznej,
że krętogłowe dziwactwa nie z kosmosu a z przepaści słów
docierają pierwej niż elokwentne zaniemówienia prorocze
prestidigitatorów prześmiewców propagandzistów
prawie z każdej partii
toć, cały kosmos, wszechświat, uniwersum lub jak kto woli
debilizm chwil publicznie naginanych do własnych emocji,
gdy kurczy się przestrzeń ta, co miała się rozszerzać
wtedy dusza woła – ahoj przygodo i wyruszamy z mantą albo ośmiornicą
na słońce, które istnieje poza oceanem
bladzi jak boże krówki albinoski albo niezapominajki dotknięte bielactwem
prowadź, ktoś powie, prowadź, ktoś powie i umrze
a potem tylko kłopoty, gdy zaczną się nawoływania sotni ważek,
szerszeni, kruków i wampirów mniej rumuńskich a bardziej zakarpackich
somnambulizm, powiecie, to taki śląski wymysł ale to nie prawda
to wymysł Nimroda, mątwy i genseka matrioszki
to wymysł wieloręki i wielogłowy jak epoki prehistoryczne
wielokrotny, nawracający w wolnym czasie nudą przedstawień
ekshumowanych z dehumanizacji jaka zdarzyła się w Humaniu
>>>
*W Klubie Kwadrat PK*
Zmyślna bezgrzeszność to jak wspinaczka wysokogórska
beztlenowa aczkolwiek oporęczowanym żlebem
kosmate widma nawiedzają żleb
ale wiesz, że to tylko halucynacje himalaisty
takie same jak wtedy, gdy w klubie Kwadrat PK
patrzyłeś na tą piękną studentkę z II roku Budownictwa
w niebieskich dżinsach i białej bluzce
i nie wiedziałeś czy to ta sama,
co w windzie na 5 piętro się do ciebie uśmiechnęła,
gdy byliście tam tylko wy dwoje
i pojechałeś o 5 pięter wyżej w „Leonie”,
czy to nie ona może?
pamiętne łkanie w otwartych drzwiach
zastąpiło wspólny grzech
i dlatego teraz możesz zabrać głos
w sprawie wrażeń muzycznych piętnujących mózg
a ona już się nie uśmiecha odpowiadając ci
jak halucynacja zmyślnie o wielkości
ze spokojem pokazuje na szczyt
myślisz – o zdobywcze uniesienia chodzi?
ale ona całuje i nagle odchodzi
już nie wspinasz się dalej, odpadasz od ściany
żleb jaskrawością bieli
rani zmysły wszystkie nie tylko oczy
chcesz całować dalej, co?, halucynację?
ona jest już objawieniem w aureoli
rzuca ci pod nogi orędzie świętości zaledwie
jak linę ratowniczą
(będącą elementem zestawu ratowniczego
do wydostawania się ze szczelin
a nie tylko do asekuracji)
>>>
>>>
 *Wędrówka superiora przez interior*
Wędrówka superiora przez interior
knajackie zachowanie księcia i księżnej
tacy mali cegielniani carowie
z lat 60.
Wędrówka dusz przez superiora eksterior
epickie zachowanie umierających dzieci
rozrywanych kleszczami przez profesorów medycyny
lub starców dobijanych zastrzykami
tacy mali tartaczni naukowcy
z lat 70.
Wędrówka przez bazy danych
komplementarne zachowanie informatyków księży
zbyt delikatnych na wypasanie owiec
tacy mali generałowie z kamieniołomów
z lat 80.
Wędrówka przez plazmy płomienie – magmę
Horror dobrej woli
zdemolowanych mentalnie byłych
miniprezydentów i minisekretarzy
zachowanie na pokaz
z lat 90.
Wędrówka przez Mordor Internetu
akuratnych chłopców z dobrych
katolickich rodzin, którzy wrastają
w buty i ubrania a wyrastają z nałogów przodków
tacy mali bogowie z lat dwutysięcznych
w piramidzie roku 2018 zmumifikowani już
>>>
*Tranquillityite hoplitów*
Stos srebrnych naramienników
nagolenników, napierśników i hełmów
stos włóczni i tarcz
hoplici to też ludzie
a ich bogowie, półbogowie, ćwierć bogowie
to zjawiska
zjawiskowo uśmiercili hoplitów
i samych siebie
ale czy można winić podszepty,
wymysły, przestrachy w sobie
hoplici gdzie? hoplici jak? hoplici?
(zanieśli pojęcia demokracji, wolności, idealizmu
na krańce świata, by je pozostawić tam dla wszystkich)
gdyby, chociaż suche kości powstały w dolinie
ale tu nie ma nic
poszlaki, poszlaki, poszlaki
ślady kryminalistyczne dla Archiwum X
a dzięki nim mamy Iliadę, Odyseję i Eneidę
mamy na Księżycu cień
mamy jego cząstkę – Tranquillityite
– minerał znaleziony tam i przywieziony
przez pierwszych selenonautów
(cudowna metaliczna magma bazaltowa)
mamy pozostałości po kosmonautach z Apollo 11
Flaga amerykańska, tabliczka z napisem:
„W tym miejscu ludzie z planety Ziemia
po raz pierwszy postawili stopę na Księżycu.
Lipiec 1969. Przybywamy w pokoju dla dobra całej ludzkości.”
EASEP – Early Apollo Scientific Experiment Packimge
PSEP- Zestaw do eksperymentów naukowych
Zestaw sejsmometrów pasywnych
Odbłyśnik laserowy (LPRRR)
Grzejnik radioizotopowy (ALRH)
Płat folii – urządzenie do „chwytania” cząstek wiatru słonecznego (SWE)
Niewykorzystany komunikat o śmierci astronautów
(nigdy nie będzie wykorzystany,
bo człowiek jest gwiazdom i ideom pisany,
a nie odwrotnie):
„Będą opłakiwani przez Matkę Ziemię, która
odważyła się wysłać dwóch swoich synów w podróż w nieznane.
bo każdy człowiek, który w przyszłości zwróci nocą wzrok
na Księżyc, będzie widzieć, że jest zakątek innego świata, który
na zawsze pozostanie świadectwem ludzkości”.
Czy ty też widzisz w gwiazdach swych bohaterów –
hoplitów?
Czy widzisz tam kości przodków i swoje?
Kości wyschłe! Słuchajcie słowa Pana!
>>>
*Zawsze w większości*
Zawsze jestem w większości upodlonej
zawsze nie znaczy stale
zawsze nie znaczy w pełni
jestem znany z wielkich rozłamów
w świecie zła, gdyż wybrałem surrealizm przyrody
zamiast ignorancji nocy i dni
wybrałem dobre wizje słońc wśród wschodów rzepaku,
bo solipsyzm mój jest nie do końca
przypadkowym odbiciem światła,
które stworzono celowo dla mnie
zgodnie z planem zagłady i powstania
somnambulicznym ptakiem będę, innym stworzeniem
natychmiast, gdy zapadnę w sen artysty
nie będąc żadnym z Jeźdźców Apokalipsy
zawsze wyklęty, nie zawsze wygnany,
gdyż powrót mi się marzy przeważnie
a marzenie o nim jest sztuką i najdoskonalszym bytem
upodlony znakiem i jego formą, upodlony kolorem
upodlony słowem kluczem, jestem Polakiem i Żydem
na zawsze
>>>
*Ta cisza jak tamta*
Jest znów nieogarniona cisza
na stanowisku numer osiem
wykopano serce człowieka – kamienne
stąd ta cisza
ta cisza jak tamta
niezapisywalna na pięcioliniach
ale słyszalna cisza
dzwoniąca cisza
z wielkomiejskich mogił
z małomiejskich mózgów
pojawiły się jej artefakty
staromiejski nieczynny zajazd tramwajowy w Sztokholmie
modernistyczna elektrownia Battersea w Londynie
pętla tramwajowa na Wieczystej
Jest niwa zielona przed restauracją Katyń w Warszawie
ale kogoś ważnego tu brakuje
przyleciał amerykański dwupłatowiec – Ginsberg Kerouac
zrzucił ulotki biseksualne zamiast bomb
nastała cisza taka jak w Zbąszynku na koniec wojny
tamta cisza jak ta
twoje nowe myśli zmieniły się w stary cichy Don
zniesiono święto
przerwano hejnał
odłączono od aparatury chorego dzieciaka
>>>
*Komers ludzkości*
Skoczny taniec życia
skoczny taniec śmierci
człowiek żyje w podskokach i umiera skacząc
kto zagra umierającym?
kto zagra na zakończenie ery Ziemi?
kto zrobi fotkę na koniec tego ostatniego semestru
cywilizacji przypadkowej jak młodzieńcza miłość?
wesele nie doszło do skutku
ten taniec to taniec śmierci
nie tylko feministek ale i żołnierzy
krwi domagają się homoseksualiści i piloci helikopterów
krwi domagają się zniewieściali politycy
i zadufane siostry miłosierdzia
jeżeli wiatr jest muzyką to zagra nam ostatecznie
ktoś musi zagrać na komersie ludzkości
ktoś musi zrobić fotkę
w końcu wypada to uwiecznić
gdy minie ta chwila – cywilizacja
bo wszystko szybko przemija
– zostanie tylko po nas staromodne
czarno-białe zdjęcie grupowe
Ziemia się przechyla i słońce
kryje się za lepianki Sodomy, w jaskiniach Qumran,
w najstarszych aramejskich miastach świata w Syrii,
znika w atomowym grzybie na Nowej Ziemi
nie będzie orędzia na koniec
bo śmierć przyjdzie jak złodziej
tańczmy więc na dachach teraz
nie schodzimy na kłótnię, rękoczyn, pogawędkę
a słońce zachodzące
niech nas uwiecznia tańczących
>>>
*The Call of Ktulu*
Będąc słodkim dzieckiem skowronka
już o świcie wziąłem do ręki gitarę
i podłączywszy do piecyka
Call of Ktulu zagrałem przekornie
zleciały się kruki i wrony na mój dziwny tryl
węsząc padlinę i mord
zabrzmiały moje traszowe kaskady nut
poleciały w mglisty poranek parku
tysiąca wysp tysiąca natchnień tysiąca złud
ledwo ludzie otworzyli oczy na przystankach
a już zobaczyli taniec nad miastem chmur gołębi
zbudziłem moce
tak wielkie jak jeden deszcz i nic więcej
skowronek piorunodylliczny wyrwany z murów miasta,
który nie odnalazł niw i słońca
zabłysnął w smogu i brudzie bez modlitw dni
a deszcz wyszeptał we mnie
– weź te chmury bracie, pogromco Cthulhu
tnij je skalpelem solówek
rozdaj ludziom jak kanapki do pracy
jak egzorcyzmy
budź nierealne jeszcze w tobie skowronki unicestwienia
ciszy nie do zniesienia
ciszy, która może być zagładą ludzkości
ciszy tuż przed przebudzeniem
Wielkich Przedwiecznych Aglomeracji
/„Dawne Istoty były, są i będą zawsze.
Nie w znanych nam przestrzeniach, ale pomiędzy nimi.
Spokojne, takie same jak za pierwotnych czasów, bezwymiarowe,
istnieją, choć są dla nas niewidzialne.…
Wielki Cthulhu jest Ich kuzynem, a i on tylko niekiedy może je wypatrzyć.
Poznacie Je jako ohydę. Ich dłoń jest przy waszych gardłach,
a mimo to nie widzicie Ich.
Domostwo Ich jest nawet na dobrze strzeżonym progu waszego domu…
Człowiek rządzi teraz tam, gdzie niegdyś rządziły One;
wkrótce One będą rządzić tam, gdzie rządzi teraz człowiek.”
H.P.Lovecraft (?!)/

>>>
*Oczyść sklepienie czaszki*
Oczyść to sklepienie czaszki
– czym? zmiotką z piór?
jednym tylko piórem najlepiej!
jest Wielkanoc Miłosierdzia
oczyść kręgi, piszczele i czaszkę
usuń z drogi mózg na chwilę
jest dobry na to czas
nagi wokół świat
w kącie oczu jest najgorzej
zaglądnij tam
usta rozchyl, wyssij stamtąd kurz
spojenia kończyn i język zwilż
jest wigilii wiosny noc
rośnie ci na czole pierwszy krokus
czas na rozłąkę z zimą stulecia
w nerkach, nadnerczach i przysadkach
kolej na strzeliste akty w płucach
włócznią politowań
przebij je z sercem wraz
niech wypłynie biały i czerwony stracony czas
to może jeszcze cię uratować
byś nie zamienił się w głaz
cały w galaktycznych nieludzkich pajęczynach
>>>
*Potop albo Rejs*
Kanały sejmowych nurtowań zatrute
nurt koniecznie trwały na sądach własnych zanika
będą wymagane dyscyplinowania
twoich deputowanych młynarzy w wodnych młynach
sam ich wybrałeś
a oni z tobą robią, co chcą
strzela z Batorego bosmanmat
strzela z Daru Małgorzata Księżniczka
strzela ze Szlezwika Gustlik
a ty
stoisz dumnie z podniesioną głową
jak kapitan w Kołobrzegu pod latarnią morską
i udajesz Marszałka polnego straszącego Ruś
Gawłowski z Gosiewskim pod Moskwą
a król nie chce dla dobra Polski przejść na prawosławie
rozstrzelanego w Katyniu udaje
chowa się w grobowych jamach
a tymczasem niski szwedzki fiord odkryto w Małkini
kolejny „Potop” albo „Rejs” tam nakręcą chyba
bez ciebie, gdy będziesz pilnującym w Sejmie
rejs to będzie flotylli symbolicznej
z naturszczykami na pokładzie i w kajutach
ale bez Himilsbacha i Piotra Pietrzyka
>>>
*Baraszkowanie słońca*
Słońce i jego promienie baraszkują
powie ci to każda roślina
biochemiczno-genetyczna i chronosynklastyczna
w jej wnętrzu słońce koziołkuje
wygłupia się, podskakuje, podśpiewuje
można śmiało powiedzieć
– słońce i jego promienie baraszkują
w sekwoi? w zielenicy?
tak, można powiedzieć, że w nich też
płatek, listek, mitochondria,
pyłek, słupek, owoc, kolec
wszystko to zabawki słońca
a przecież
rośliny – kosmiczne dzieci
nie mają oczu, dusz i serc
więc jak można miłość, uczucie i myśl
przypisać przyrodzie i gwiazdom
ale popatrz na promienie słoneczne
na Błędowskiej pustyni i na wydmach w Łebie
jak pustoszą piasek,
który jest zaledwie krzemem
pustoszą pozbawiając bóstwa i życia
a wciąż jest w ruchu jak człowiek
i w każdym ziarnku świeci jakaś myśl
zabawna jak krasnal – mit
>>>
*Rój ciem*
To nie ważne, że rój ciem
znalazł drogę do ciebie
to nie ważne, lecz dobre
są takie dni w tygodniu jak czwartek,
gdy wszystkie nocne stworzenia
szukają drogi do ciebie
do twojej słynnej ciemnicy
bo ty w czwartki zawsze przebywasz w ciemnicy
tu twoje uznanie nic dla nich nie znaczy
mówią o tobie do nietoperzy – to hreczkosiej
a na twoją ciemnicę – Łubianka
inaczej niż wszyscy
to jest jakiś typ ciem nowy?
nie, to raczej nowy gatunek ledwie
są nieskazitelne w swej ślepocie społecznej
a może oślepione zostały laserem manipulacji
może potrzebują kondolencji
złóż im je
ty w ciemnicy czujesz się dobrze
nie zamykaj się jak człowiek pierwotny
jesteś już wyzwolony do cna od ran
pozwól cieszyć się wycierpianym sobą
tym natrętnym ćmom a może kiedyś kosmitom
>>>
*Anioł stróż zapłacze za ciebie*
Płacz ze mną rzewnie
czas płaczu nastał
królu ludzki
płacz dopóki żyjesz
to jedynie ma sens
władco ziem
płacz nad swym losem
bezustannie
dyktatorze i prezydencie
płacz dopóki żyjesz
razem z ludźmi w twojej Niniwie
razem z ludźmi chociaż
telewizyjnie
zanim twój anioł stróż
zapłacze za ciebie
>>>
*Walka bezludzia z wiatrem ludzkim*
Tylko ty mój wietrze myśli, tylko ty
osły nie, one nie mają siły
one pną się w górę a potem
stają nad byle przepaściami, ty nie
jest zdecydowana presja na wiatr
preferencja na wiatr, subskrypcja
i promocja
zmień się w burze tropikalne
dla bezludnych obszarów ziemi życiodajne
pokaż się wszystkim w mediach wreszcie
a ja zakupię karnet na te walki
bezludzia z wiatrem
prawdziwie ludzkim
>>>
*Jeżeli sądzisz*
Jeżeli sądzisz
to nie jest to rozsądne
Jeżeli sądzisz rozsądnie
to nie jest to sprawiedliwe
Jeżeli sądzisz sprawiedliwie
to nie jest to dobre do końca
Jeżeli sądzisz tylko siebie
to jest to sądzenie przedwczesne
Jeżeli sądzisz, że kara
nawet należna
może być wyrokiem ostatecznym
to ostatecznie schodzisz na psy
królu życia
>>>
*Lekko skrzywiony*
Mogłem zacząć lepiej
ale nadarzyła się okazja zrobić to gorzej
skorzystałem
nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło
i dlatego mi wyszło
zacząłem od spawania kartek
potem krzywo zespawane kartki utworzyły tamę dla oskarżeń
spawacz we mnie skostniał i sczezł
spawacz oddał papiery
zacząłem tak sobie
ale gdy wieczór zaszedł mnie z tyłu
poprawiłem oceny
wielu ludzi przeszło wtedy na moją stronę
chciały i zwierzęta ale nie pozwoliłem
gdybyś ty wtedy chciała mogłabyś przejść
ale wyjechałaś
nie wiem nawet gdzie
patrzenie sumienne na słowa jak na ręce
wystarcza by kontynuować zaciągi prorocze
zaciągi patriarsze
zaciągi kumulacji wód
na poprawę świata
więc kontynuuję
zaczęte inaczej niż zwykle
Słońc nie gaszę biegunów nie tykam
Ziemi skrzywionej nie poprawiam
Ziemia musi być lekko skrzywiona jak ja,
gdyż tylko wtedy życie utrzyma się na niej
i na mnie do końca
>>>
*Pędź wichrze myśli*
Pędź wichrze myśli wśród skał wznoś się
dusza rozgarnia grań i rozpycha żleb
przekracza niebotyczność wszelką
pędzi za tobą ku nieznanym krainom
ignorując już zdobyte szczyty
jesteś wielkim sprzymierzeńcem duszy
na tle nieba odbitego w lustrze oceanów
obłoki zmitologizowanej przeszłości
gwiazdy gitary
morsy i delfiny homeryckie na scenie Atlantyku
światowy czołg oświadczenie serca – Grenlandii
i prąd morski jak wiatr, co jest myśleniem
o tobie niewidzialny
jak wal szary i węgorz
zmierza w pułapkę życia
życia w zaspokojeniu odwiecznego pędu
oddania pokłonu sumieniu
wszelkiego ruchu
na duszy rozkwit
i panowanie nad ziemi 
>>>
>>>
*Wiersz o znamionach geniuszu poetyckiego,
w trzech słowach diagnozujący sposób powstania
ludzkiej cywilizacji i jej prawdopodobny upadek,
lapidarnością i zwięzłością porównywalny z wierszem e.e.cummingsa:
l(a leaf falls)oneliness (22 znaki)
i chociaż sam wiersz powyższy
jest równolatkiem autora wiersza poniższego
to jednak przewyższa go ten nowy
mniejszą ilością znaków (20, spację uwzględniając)
oraz tym, że daje wciąż możliwość
doktoryzowania się z literatury*
S (ierp
lewy
sierpowy[
>>>
*Breżniewowski maszkaron*
Chmura gołębi nad bernardyńskim ogrodem
kołuje jak łaska Ducha świętego nad przestraszonym Piotrem
to Matka Boża z pobliskiej bazyliki
oddechem tchnieniem popchnęła je
poderwała z trawników i alejek
gołębie nierealnie jak bunt jak myśl
kołują nad klasztornym tuwalem
jak przesłanie jej syna w głowach homo sovieticus
jak jej słowo delikatnie wyszeptane z półotwartych ust:
Fiat
mistyczny ptasi obłok rozdziela się
na eskadry poszarpane zimowym wiatrem
odbijając się cieniem od ciężkiego
stalinowskiego gmachu Urzędu Wojewódzkiego
zatacza koło i okrąża wielkie betonowe
cielsko dziwactwa demonicznego
breżniewowski maszkaron:
Pomnik Czynu Rewolucyjnego w Rzeszowie
– szatana skrzydła zwinięte chwilowo?
>>>
*Zbyt krótka pieśń*
Zbyt krótka pieśń
zbyt krótka sukienka
noc się skończyła
zanim się zaczęła
z tobą jak księżyc
tak mi się zdawało
twoje srebrne nogi
i słowa czułe odlatujące komety
moja melodia międzyplanetarna
zbyt długa cisza o poranku
bezksiężycowa
>>>
*Led Zeppelin*
Zza firanki wychylił się księżyc brunatny
jak ciastko albo kartofel upieczony dla głodnych
pierwszy taki w tych stronach
prawie całkiem zasłonięty przez
obcych nierealnych wizji wzlatujące lampiony
podrygujące jak stado żywych koni
zmienił więc orientację
i stał się chińskim smokiem
w końcu połknął i wchłonął tą eskadrę w siebie
zza firanki zamrugał, pokazał jęzor i grymas
chciał być niestałą perłą nocy
a sam stał się lampionem wielkim
jak balon pękatym
ale już czerwonym od płomieni
wtedy przebił go dipol z anteny
telewizyjnej
sflaczał i zbezbarwniał
na snu balustradzie
za to sen zmienił się w sterowca nocy
zmierzając ku latarni katastrofie
jak Led Zeppelin wykonany z firanki niechcianych dni
w tych stronach pierwszy taki
prototyp, co miał człowieka unieść do nieba
jego pragnienia
lampion nieszczęścia
>>>
*Przeprawa przez noc*
Walczą czołgi bez gąsienic
człapią konie bez pęcin
bez nóg idą kule
fruną ludzkie ciała bez skrzydeł
bez dźwięku hurrraa gromkie
brodzą bezdenne łodzie
latarnia Charona bez światła
przez noc przeprawa
armii zaciężnej snu
pokiereszowanego po bitwie
z wyimaginowanym przeciwnikiem
nikim
ale ale ale
po czy przed?
przeprawa po czy przed?
nikim po czy przed?
>>>
*Świat jeszcze ten sam?*
Zaledwie cień
a może już mrok też
ale przed wszystkim cień
przeczytane widomości ze świata
chwila zastanowienia
zupełny mrok – tak?
ależ nie – zaledwie cień!
na czole zmarszczka
jedna mała zmarszczka
jeden tytuł prasowy
jeden link
jedno zdjęcie
jeden film
to i jedna zmarszczka
na tym samym czole co wczoraj
ta sama co wczoraj – tak?
ależ nie – inna!
świat ten sam tylko w mroku kolejnym
jeszcze ten sam – tak?
ależ…
>>>
*Przez środek Syberii*
Przez środek rozległej Syberii pędzi dyliżans polski
wokół niego na koniach Indianie
to nie sen Janosika ani Wołodyjowskiego
to scena z Bolka i Lolka, a może z westernu hollywoodzkiego
zamiast kaktusów i monumentów skalnych w Arizonie
kominy hut przypominających krematoria i wieżyczki strażnicze
sen filmowego Janosika to jaskinia pełna skarbów
w zapomnianej dolinie tatrzańskiej albo w Krywania skryta cielsku
sen Janosika przed ukrzyżowaniem w słowackim stylu
to koniec tortury bogaczy, oligarchów i głodu biedaków, zesłańców
pierzchają Indianie nagle odwracając konie
w kierunku pasma uralskich gór na horyzoncie
galopem zbijając się w ciasną grupę
zmierzają w ostępy ratunku i ocalenia
co ich przestraszyło, co powstrzymało?
Scytowie, Mongołowie, NKWD, sen?
a może start rakiety balistycznej
a może atomowa eksplozja na Nowej Ziemi
a Janosik śni wyłącznie o wolności i Marynie
to ostatni jego sen?
Karpaty są już Uralem, gdyż rządzą w nich Węgrzy
oni wyszli przecież z Uralu by zasiedlić Pusztę
polski wtręt w historię Syberii to i Tobolsk i Jaxa i polarna zorza
jak wszystko, co na pol jest polskie
tak wszystko, co na u jest węgierskie
Polacy popędzili na Syberię dyliżansami powstań, zesłań i katorg
zasiedlając, nazywając, zasiewając słowa po drodze na pol-u
po wycieku rutenu Janosik jest Indianinem Wschodu
a sen dzikiej Syberii jest majakiem Zachodu
jak słowo Rusina na ru
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
>>>
*Pieśni wiecznie zielone*
Ojciec przemówił do Izajasza
podyktował mu słowa
do miliona pieśni wiecznie zielonych
dzisiaj listy przebojów wciąż okupują
piosenki z ósmego wieku przed naszą erą
tylko w hymnach państwowych nic nie ma o Ojcu
same dyrdymały o potędze uzurpatorów chwały
Izajasz zapisał słowa Ojca
powiedział – Ojcze skończyłem
ogłoszę to mojemu narodowi i ludziom z kosmosu
powiem im o twoim Synu
rozumiem cię Ojcze
mnie też urodził się syn duma rodu
radosna nowina stanie się pieśnią
galaktyk i światła
na rozweselenie kobiet
kobiet jak moja niewiasta płochych
uświęconych jednak uczestnictwem
w stwarzaniu dusz
w chwilach ucieleśnień
w chwilach pokoju
Ojciec przemówił do Izajasza
podyktował mu słowa
do miliona pieśni wiecznie zielonych
i na ucho szepnął
– obyś mnie dobrze zrozumiał,
zachowaj pokorę i spokój,
odłóż już pióro i zanuć wreszcie sam
pieśń narodzin
prawdziwego Człowieka Boga
>>>
*Kamuflaż*
Kamuflaż, generalnie kamuflaż
w kolebce? ależ tak, w kolebce!
dziki solisto, w  k o l e b c e
jest sprośnie wokół nieprawdaż?
a ty niewinne dziecię czasów obecnych
musisz się dobrze ukryć
przed elektryczną nawałą i zajazdem
starych koni futuryzmu
spędź sen, czuwaj! – w ukryciu
kolebka? ależ tak, wyłącznie kolebka
kolorowa – to spectrum ci pisane
już od wnętrza matki
pamiętasz jak potem zabrałeś jej wnętrze i pokorę ojca
z gór zszedłeś w doliny
a góry za tobą nie byle jakie
magnetyczne czarodziejskie
może i nawet czarnoksięskie jak chcieli futuryści
to zależy też, co kto rozumie pod tym słowem
ale zbędne są słowa i przenośnie
na szczytach gór z metalu magnetycznego
tu wszystko wyrywa się w przód
nie ssiesz już piersi matki
nie całujesz ręki ojca
pędzisz w fali elektromagnetycznej przez świat
lepiej ukryj się w oczeretach
muzyki zwanej thrashem cywilizacyjnym
stylizacją danse macabre sprzed niewielu lat
wśród sąsiadów błonkoskrzydłych dorastając
zwinąłeś skrzydła anioła udając halabardnika snów
w wieży jakiegoś szalonego alchemika
wypij jego mikstury władzy nad światem
zatrute i mętne jak krew wirtualnych bogów
rozwiń skrzydła i odkryj nagle prawdę o swojej duchowej niezniszczalności
w kolebce egzorcyzmowanych czasów
wykołysany miłością przyszłości zaklętej w słowach tęczowej nadziei
pulsującej dziką melodią jak pieśń realnego kosmosu
gdzie już kamuflaż nie potrzebny nikomu
>>>