Archiwum dla Listopad, 2014


Posted: 11/27/2014 in Wiersze

Skorzystaj z moich rad ukochana
ja i ty
odliczaj góry
raz dwa trzy
ja i ty
odliczaj od siebie góry lodowe
tysiąc dwa trzy
ukochana posłuchaj mnie
odejmij te echa od ciszy
te głuche łoskoty
kotwic i orkiestr z dna
raz dwa trzy
odejmij nasze rozstania od powrotów
tysiąc dwa trzy
moja rada jest ostatnią radą
odejmij swoją przeszłość od Titanica
wsiądź do szalupy
a ja wskoczę do drugiej
ten pomruk to nie eksplozje radości
na trzecim pokładzie państwa
to katastrofa
raz dwa trzy
Use my advice sweetheart
me and you
subtract mountains
one two three
me and you
subtract from each other icebergs
one thousand two three
listen to me sweetheart
subtract those echoes from silence
these thuds
anchors and orchestras from the bottom
one two three
subtract our separations from the returns
one thousand two three
my advice is the last advice
subtract your past from the Titanic
take the lifeboat launch
and I jump to the second
the grumbling is not explosions of joy
on the third Board Member States
this is a catastrophe
one two three
Początek i koniec?
toż to początek
jak się rzekło nadworny kwiat
trzeba rzec król
zgaś światło lilio
już czas
pyłek uleciał – to tak na początek
a potem?
szaro długo nudno
a potem?
zaświeć światło
albo poczekaj na brzask
to się zawsze tak zaczyna
i zawsze kończy w snach
a pomiędzy dniem a snem
szaro długo nudno
gdy śmierć nadchodzi
niczym nie różni się od miłości
a po niej urodziny
a po nocy nadchodzi koniec
niewidzialnego królestwa
a oni zawsze bladzi
a one zawsze są rumiane
wtedy kwiat wydaje owoc
płatki opadają na powierzchnię
któregoś księżyca planety
co przemieściła się
z jednej orbity na drugą
w tę noc
a ten ledwo świeci odbitym blaskiem
a ten ledwo jeszcze krąży wokół kwiatu
a ją porywa ptak rozstania
ale nie połyka
ptak niesie ją do gniazda
by otoczyć pierzastym ciepłem wspomnień
wśród piskląt
toż to początek wszystkiego!
The beginning and the end?
‘This is the beginning
as the Court said Flower Power
you say the Kings sin
extinguish the light lily
it is time
pollen flay away-it’s at the beginning
and then?
grey long boring
and then?
shine a light
or wait for the dawn
it always starts
and always end up in dreams
and between day and sleep
grey long boring
when death comes
nothing is no different from love
followed by birthday
and night coming on the end of the
the invisible Kingdom
and they’re always pale
and they are always ruddy
then seems to flower crop fruit
petals fall to the surface of the
one of the Moons of the planet
what displace
from one orbit to another
in this night
and he barely shines with reflected glow
and he barely even circulates around the flower
and she is snatches by the bird of parting
but its no swallows
bird brings it to the nest
to wrap the feathery warm memories
among the chicks
‘Tis is the beginning of everything!
Na wysokości nowiu
czyli dość wysoko
noszę swoją szarfę
znak rozpoznawczy
moje orlęta umieszczono
tuż pod nim
gdy pełnia nadejdzie
zerwę szarfę
wylecą moje małe skarby
lecz, co to, nad gniazdem
nadajnik albo odbiornik
i to ja nie wiem nawet co?!
może to autobus podniebny
albo taksówka planetarna
emitująca niepewność
w czas cieplejszy
da się to sprawdzić
zdetektować emisje .. kiedyś
ale teraz?
zwłaszcza krzyki młodzieży
z najwyższych rzędów
młodzieńców wysoko urodzonych piski
są słyszalne nad zwykłym
przekazem podprogowym
przed nim jest nów mediów
czarne mgławice to nie są jeszcze
cenne zapinki
w kategoriach zasad plasują się nisko
a wręcz ciche nisze
przewyższają je symbolizmem
w jednośladowych neolitycznych chatach
pozostałości orlich śladów
są jak pokaz siły
męskie i żeńskie
kamienie polne
nawet nie właściwych ścian
At the height of the new moon
that is pretty high
wear your sash
My Eaglets were placed
when the full moon comes
sash was break
come out my little treasures
but, what, over a
transmitter or receiver
and I don’t even know what?!
can bus soaring
or planetary taxi
issuing the uncertainty
at the time the warmer
It is possible to check it out
detection emissions.. once upon a time
but now?
especially the cries of young people
of the highest orders of
youths highly born squeaks
are audible above the ordinary
subliminal message
before it is new moon media
Black nebulae that are not yet
precious brooches
in terms of the principles followed by low
and even quiet niches
surpass them symbolists
in cycles of Neolithic huts
the remains of the Eagles ‚ traces
as a show of force
male and female
field stones
for foundation
not even appropriate walls
*Rzekł do złodzieja kpiarz*
Znamienną jest moja otwartość
rzekł do złodzieja kpiarz
moja lenność wobec waszego kierownika
kluczem dla nas jest jego wtórne ześwieczczenie
moja otyłość szansą jest dla wielu
rzekł kpiarz do złodzieja
tak jak wczoraj dzisiaj podkopałem znowu
mierzeję wyborczą i to wyłącznie płaczem
wszystko można wypłakać łzami
i kurzawki i moreny
ja właśnie zaplotłem ośmiornicę
rzekł kierownik więzienia do kopacza
a ty snujesz się jeszcze w palarni,
gdy smród już opadł po twoich wyborach
ale jakże symptomatycznym jest
kazanie do dzieci o dzieciach
rzekł otyły do pielęgniarza
popatrz nadjeżdża wielbłąd na kołach gumowych
cieszy dzieci pochowane pod pryczami
kolejny dzień w tych warunkach
wyłamuje się z zastygłych śladów
błotnego dinozaura na płozach
nikt już nie rzecze – człecze – do człeka
każdy rzecze chochole – raczej
albo – smoku, czemóż nie pijesz już?
czas tobie na znamienny ruch
rozstępujący do granic eksplozji
to nastąpi rzekł kpiarz do złodzieja – zapewne
i kopacz straci znaczenie i kierownik
a chochoł zacznie wyć
* Said the joker to the thief *
Significant is my openness
said the joker to the thief
to your leader my fief
the key for us is the repeated secularism
my carcass as an opportunity for many
said the thief to the joker
like yesterday today I undermined
the electoral headland
crying again only
anything you can cry on tears
and quicksand and glaciers
I just braid the Octopus
said the prison Manager to the Digger
and you wandering even in the smoking room,
when the stench of already settled after your election
but how is symptomatic
sermon for children about children
said the obese to the nurse
look, ride a camel on wheels rubber
enjoys children hidden under bunks
another day in these conditions
breaks free from frozen traces
of marsh Dinosaur on skids
no one says-ye to the man
everyone says-mulch, rather
or – Dragon, why do not drink now?
time for you to significant movement
ascending to the boundaries of the explosion
it will happen, said the joker to the thief – probably
and the digger lose importance and the leader
and mulch will begin to howl
*Święta w kominie*
Ból w kominie
gęś na święta
w choinie chomik
i spowiedź proboszcza
                Miecz w kominie
                Marsjanin przed choinką
                szpic na legowisku
                i mruczek na ogniu
Ruch w kominie
smrek na wietrze
śnieg w pokoju
by firana załopotała
na balkonie
                Byk w kominie
                Azja na szpicu
                szczek w konfesjonale ciszy
                przedprogowej Świadka Jehowy
Bladość świerszcza w kominie
nadzianego na iskrę 
uczucia już przez komin nie ulecą
a dzieci niedociekaną
skąd karpie pod choinką
                Mędrzec w kominie
                steward donosiciel
                i nawet mak rozsypany
                i słoma, co wypełnia serca
                już po pożodze w kominku
Kołowrót w kominie
biała róża sama w domu
bez rachunku za prąd
bez rozgrzeszenia
bez sąsiada bałwana
* Christmas in chimney *
Pain in the chimney
Goose for Christmas
Hamster in Hemlock
and the pastor’s confession
The sword in the chimney
The Martian before Christmas tree
Spitz on Lair
and kitten on fire
Movement in the chimney
spruce in the wind
Snow in the room
by curtain ruffles
on the balcony
A bull in a chimney
Asia on top of the Christmas tree
bark in the confessional subliminal silence
of Jehovah’s Witness
weakness the Grasshopper in the chimney
impaled on spark
feelings have gone through the chimney does not rise
and kids not inquired
whence carp under the Christmas tree
The Sage in the chimney
steward Vector
and even poppy seed spilled
and straw, which fills the heart
After conflagration in the fireplace
Spinning reel in chimney
White Rose alone at home
without your electricity bill
without absolution
No neighbor snowman
Z niejednego ptaka zrobiono boga
z dwóch wojowników zrobiono centaura
a już z trzech kobiet
uczyniono Ewę pramatkę praojca
wielką i ciężką
wprost nienadążającą
za potopem testosteronu
Zbudowano w neolicie arkę
by uniknąć zalania
nikt nie wie dzisiaj
dlaczego nie kamienną
a tak wielu nazywa gwiazdoloty
Prometeuszami i Pterodaktylami
W nowiowej siedzibie
nikt nie chce się kochać
nikt nie chce płodzić dzieci
a to tylko jaskinia jak każda inna
kąsające zwierzęta, choć dzisiaj
są zdecydowanie mniejsze niż przed wiekami
uczucie śmierci przynoszą tożsame
niepewności jadem i zarazą
nie taką jak dla ludzi pierwotnych
ludzkie bydle się ogania przed tym
a co dopiero człowiek bez ogona
i bydle niosące człowieka
Kamień wykorzystywany będzie
nawet na innych planetach
do rozpoznawania chorób i gwałtów
lub rozdzierania ciszy,
gdy okaże się martwa i zbędna
wiele czeka jeszcze kamiennych ludzi
unoszonych przez orły jak bogowie
wiele czeka przedmiotów raniących
jak zwierzęta gryzące wciąż
The many birds made into a god
the two warriors made a Centaurus
and with three women Eve was made
the mother of man for the forefather
a great and severe
not keep up
with the flood of testosterone
Built in the Neolithic period the Ark of tree
in order to avoid water damage
nobody knows today
why not a stone
and so many is called starships:
Prometheus or Pterodactyls
In the new moon headquarters
nobody wants to love
no one wants to beget children
and it’s just like any other cave
biting animals, though today
there are definitely smaller than centuries before
bring the feeling of death the same
uncertainty of venom and wound infection
not the same as for primitive people
Human beast tail sweeps
and only a man without a tail
and cattle carrying a man
The stone will be used
even on other planets
to identify diseases and rape
or tearing of silence,
where dead and redundant
many waiting even stone people
carried by the eagles like a gods
many wounding items waiting for
as animals still biting
for nothing
Puk! puk! – czy to śmierć puka atomowa?
armaty z epoki a dzień barokowy
strzępy koronek strzępy dłoni
on do pocałunku rwie się
miedzygalaktyczne sierpy drum drum
znowu się pokazały nad rabatą Islandii
to on w stroju Ludwika
dryga i bierze nóż, by
pokazać dżihadystom, że jest mocny
owce uciekają, lecz niezbyt daleko
irys w ustach jak szafran
klap klap pod Marksem w Warszawie
sedno międzywiecza jest zigguratem
uczucia są przykrywą piekła
ciężką jak pokrywa atomowego silosu,
gdzie skorodowane rakiety
rozsypują się przy dotknięciu ręką
walizka pełna listów do przeszłości
listów kochanków wieczności
pęknięcie na Islandii
zimnej lodowatej w mediach
meandry skupienia
Watykan odpowiada ziewnięciem
na atak młynów i wiatraków
nie pierwszy to atak
ludwisarze kręcą w tyglu spiż
jak śmietanę na lody
kret stulecia dojrzewa do knucia z koszatką
on nie jest alchemikiem
nie robi nic i nie politykuje tylko je
semafor odmienia się przez przypadki
a potem odmienia zawiadowcę
w jego miejsce demokratycznie wybrany
zawiadowca wkracza pomiędzy zwrotnice
jest pijany jak trzeba
nie potrzebny mu Madagaskar
strzelają z armat i pistoletów
leje się szampan
wjeżdża na stację martwy niedźwiedź
na platformie z baldachimem
Rejkiawik tym razem milczy
pęknięcie tektoniczne zupełne
zamyka drogę tryumfowi czasów
kwiatki kwitną w szczelinach
ludzie je zrywają
bukiety i wiązanki ładnie wyglądają
na tle religijnego nieba
jeszcze ładniej sypane pod nogi żołnierzy,
którzy wracają z zaświatu Herat
to mędrcy i sekwoje
cisza rodzi zgiełk po raz ostatni
nad wulkanem grzyb europejskich myśli
sięga chmur i razem zastygają
jak odwieczny akant – rozpoznwczy znak
on nie jest Aleksandrem ani Krzysztofem
jest sobą w koronkach epok
Knock! Knock! – is it atomic death knocks?
cannon of the era but day Baroque
shreds of lace shreds the Palm
He is eager to kiss
Intergalactic sickles – drum! drum!
again showed on flowerbed of Iceland
He dressed as Louis
skip and takes a knife to
show the Jihadist that is tough
sheep run away, but not too far
iris in the mouth as saffron
flap! flap! – under the stone Marks in Warsaw
the crux between the Ages is ziggurat
feelings are the lid of the hell
severe as nuclear, real silo cover
where corroded rockets
to dissolve when touched by hand
suitcase full of letters to the past
letters of lovers of eternity
crack in Iceland
cold icy in the media
the twists and turns of focus
The Vatican yawn corresponds
to attack of the mills and windmills
this is not the first attack
bell-founders spin in the crucible gunmetal
as the cream for ice cream
mole century matures to the plotting with dormouse
He is not an alchemist
not doing anything and not politicize but eat
semaphore is inflected by cases
and then transforms the stationmaster
in its place a democratically elected new master
enters between the rail switches
It is drunk as you need
not needed him to Madagascar
shoot with cannons and guns
flowing like champagne
the dead bear arrives at the station
on the platform with canopy
Reykjavik and this time silent
tectonic rupture complete
closes the path the triumph of time
the flowers bloom in the slots
people break them
bouquets and bunches of nice look
on the religious background of heaven
even nicer shower falls at the feet of the soldiers
who come back from Herat Otherworld
the sages and Redwoods
the silence was born the last time
over the volcano the mushroom of the European thoughts
reaches the clouds and time freeze
as the eternal acanthus – identifying mark
He is not Alexander or Christopher
is himself in the laces of ages
Z zewnętrznych znudzonych haseł
wyzuty jak z onuc skórzanych
bezzębnej jaskini knuty
wystarczyły za zęby
pokrwawione plecy zakochanego
w muślinach utkanych przez włochatego
bez przypraw mięso zgotowano
dla niego
jak hufiec, falanga i kawalkada
ze wzgórz dziczy i nieokrzesania
w porządku niebnym podniebienie
napadnięto i ze smakiem oskórowano
mamuta cywilizacji
następując na naczynia Syrii przedhetyckiej
rozdeptano Genesis z Ducha
jak na wyrost wyzuty z witktorianizmu Hamlet
albo Achilles szeroki w barach Eginy
jak nizina do bitwy nad Jordanem
jak hetairoi atakujący słonie
marny horyzont po wyjściu z jaskini wygnania
ściana do rozbicia do malowania do osłony
z ogrodu do piekła
słowa zapisane nanizane przekłute
przeliterowane z ogrodu do przededenu
czaszka u stóp góry
czasza i jednocześnie czerep pobratymca
skała czaszka
okrzyk bitewny i ziewnięcie – zdrada
z piekieł do… słów
cedzonych przez zęby węża
External bored passwords
bereft like leather footwraps
toothless cave knouts
enough for teeth
bloody back in love
in muslins were woven by the hairy
without seasoning meat prepared for
for him
as work troopers, phalanx and cavalcade
from the hills of the wilderness and rudeness
soaring in order of heaven
attacked and with gusto skinned
a mammoth civilization
the following on dish of Syria before Hittite
trampled Genesis from the Spirit
How the Hamlet bereft of Victorianism exaggerated
or broad-shouldered Achilles in bars of Aegina
How to plain battle over Jordan
how the hetairoi attacking elephants
sleazy horizon after leaving the cave of exile
the wall to year dawn to paint to cover
from the garden to hell
words written strung pierced
spelled out from the garden to porch of Eden
the skull at the foot of the mountain
the mazer and at the same time, skull of brother
battle cry and yawn-betrayal
from hell to … words
drawling by snake teeth
W takim bólu
nie dało się zamieszkać
wielki zryw się zakończył
zerwano ścięgna
zdjęto kajdany razem ze skórą
sklonowano rany po przesłuchaniach
podsłuchując i oczerniając
gotowe legiony zdemobilizowano
a to byli zaprawieni w prawdzie
mocarze z bliznami na czołach
powiekach, ustach i policzkach
ulicznice z nagimi piersiami
na barykadach ich zastąpiły,
gdy wymordowano księży
odkryto latarnie zielone
i wynalazki świecące próchnicą ideologii
Męskie sprawy nie są zadośćuczynieniem
za sprzeniewierzenia
kobiece nie są sprzeniewierzeniem
zadośćuczynień prawdzie
to gnijące pióro jest pterodaktyla
powiedziano na wiecu
wiecu wyborczym w mediach
wszyscy w to uwierzyli
dopóki nie okazało się, że to bielika
a bielik to nie orzeł
konstytucja to nie elementarz
wtedy zapomnieli wybaczyć
kłamstwo przeszyło osierdzie uczniów
nadchodzących wodzów stuleci,
którzy mieli być jednością kiedyś
miłość miło się zmieniła
w koronę z poziomek bez owoców
za to w kwiatach białych cała
zespół stały wystraszonych wartowników
zaskamlał, okulał i czmychnął w jeżyny
co i tak nie uwiarygodniło już nikogo
– zemsta stała się nieuniknioną
In such a pain
could not live
great spurt has ended
a severed tendon
taken off the shackles together with the skin
cloned wounds after interrogation
eavesdropping and maligning
ready legions demobilized
and they were seasoned in truth
athlete with scars on their foreheads
eyelids, lips and cheeks
streetwalkers with naked breasts
replaced them on the barricades,
when the priests were murdered
discovered green lanterns
and inventions luminous decay of ideology
men’s issues are not remedy
for faithlessness
women`s issues are not faithlessness
reparations to the truth
this rotting feather is from the pterodactyl
said at the mass meeting
election rally in the media
everyone in it is believed
until it found out that it was from erne
and erne eagle is not
the Constitution is not an ABC-book
then they forgot to forgive
lie pierced the pericardium students
upcoming chiefs centuries,
who had to be one someday
love love has changed
in a Crown of Strawberry without fruit
for it in all white flowers
permanent team frightened guards
whined, lame and fled in blackberries
which would not have the authenticate anyone
-revenge has become inevitable
W ilu trzeba wyjść do nich?
w ilu przeprawić?
ile trzeba po nich posłać dziewic?
między nami kolosami
zapadły decyzje
tony złota
sieci ryb
mile morskich podróży
w takim razie odchodzę –
nie wchodzi w rachubę
ani Styks w Hadesie
ani Kserkses w Atenach
ani Aszurbanipal w Suzie
w ilu fortach Indian powstrzymać?
w ilu inkaskich miastach tkać maski ze złota
jak czapki?
w ilu stanąć przed sądem jak Sokrates?
między nami karłami
zapadły decyzje
niech lud kupi niewolę za koprę
lud woli koprą płacić niż zlotem
w takim razie nadchodzę –
wchodzi w rachubę
– sam
In how many you need to go to bring them?
how many of the crossing?
how much you send them virgins?
between us giants
decisions was made
tons of gold
fish nets
miles and miles of sea journey
if so, I am leaving –
not out of the question
nor Styx in Hades
nor Xerxes in Athens
nor Ashurbanipal in Susa
in how many forts the Indians stop?
In how many Inca cities gold mask that weave
how the caps?
In how many stand trial like Socrates?
between us dwarfs
decisions was made
let people buy slavery for copra
the people will pay copra than gold
if so, I come-
out of the question
Z tym kluczem
i z tamtym klownem,
gdy tynk odpada z cyrku
namiot stawiasz nowy
na dnie terasowej półki
zalanej rafy
klucz z koralu wkładasz
między ożywione błogostany oceanu
wkradasz się tam jak ibis do piramidy
w zatopione zamknięte na zawsze światy
zmysłów młodzieńczych obumarłych
gdzie otomany z prętów stalowych
kalumnie i plwociny otoczenia
poduszki chmur nadziei przekłute sprawnie
przez kanibali narodowych i partyjnych
w mętne tłumaczenia braci i towarzyszy
wkradasz się między lękliwe zwierzęta w klatkach
śmiertelnie zranione na sawannach
rozpołowione na rafie
z kluczem w ręku z kłódką na głowie
w kapeluszu nie gór a lodowców,
gdy spadają z nich płatki jaśminowego śniegu
na kolorowe i denne ryby
i przypływają na wiec płetwale z dziećmi
wale i stada biełuch
z tym kluczem do podwodnej odrąbanej kamienicy
czekasz na wybuch lub tąpnięcie
jak w czarnej nieczynnej kopalni
tsunami radioaktywne nie nadchodzi
możesz otworzyć dziś dzielnicę kraj epokę
odrzucony klucz opada w jasne odmęty
na dno liceum morskiego konika
With this key
and with that clown,
when the plaster falls from the circus
tent you put new
on the bottom
of the flooded reef shelfs
put the key of coral
between animated bliss ocean
You sneaks in there like an ibis to the pyramid
in embedded closed forever worlds
senses youth dead
where ottoman with steel rods
calumnies and sputum of entourage
cushion clouds of hope pierced smoothly
by national and party cannibals
in ambiguous explanations brothers and companions
you creep between fearful animals in cages
mortally wounded on the savannas
splitted by the reef
with the key in hand with a padlock on the head
not in the top hat but hat glaciers,
when falls from them the jasmine petals snow
on the colorful and deep fish
and so grey and blue whales with children,
or flock of Belukha arrive at the rally
with the key to underwater amputate tenement house
are you waiting for the explosion or burst
as in black disused mine
radioactive tsunami is not approaching
You can open today the province, country, and era
rejected key in the clear depths falls
until it sinks to the bottom
of the seahorse high school
W poczuciu siebie i mgły
na przedostatniej stacji oczu i serca
wdepnąłem do trafiki,
która została zbombardowana
przez Napoleona, lecz jeszcze istniała
dzięki dwu aniołom
podtrzymującym belki stropowe
już sto pięćdziesiąt lat
zakupiłem papierosy na drogę
by słońce nie zachodziło samotnie
by na ostatni szlak
wyruszyć z głową chmurach
by nie widzieć łez dziecka
żegnającego ojca składanego w ofierze
wśród ryku dzikich zwierząt
bardziej dumnych i bardziej wolnych
niż on sam
za jeden miedziany pieniądz
kupiłem dziecku pomadkę
zakryłem rękami oczy i odwróciłem głowę
by nie dostrzegło rany na skroni,
z której sączyła się krew krzepnąca
i śmierci we mgle na górze Moria
spojonej dymem ogniska płonącej żertwy
(… abyś raczył z Twojego niewolnika
uczynić doskonałą i miłą Tobie ofiarę
całopalenia i cierpliwości)
Obraz (430)f
Tyle miłości w lochach
jeden dwa trzy serca więźniów
wystarczyło by niekończące się jarmarki
wyprowadziły ludzkość z żyznego półksiężyca
ustanowiony odruch płuca
pozwolił zrozumieć na tyle poszum lasu
co odświeżający bardzo energetyczny wręcz
grecki oddech pinii śródakademickiej
gdzie miłość nie czekała zbyt długo
wyrwała hetyckie spiże z ziaren i mąki
by udać się do ludów morza po sól
sól miłości to zestaw krzyży i półksiężyców
znośnych dla ran
a bardziej rannych ramion
ale najbardziej dla samych rannych
miłość rozkrawa i kaleczy
by wyprowadzić poćwiartowanych
z każdego szeolu, lochu i zwierzęcia
scalając muzyką zbóż najdrobniejsze fragmenty
od włosa po paznokieć
w domach metr na metr
na kamiennej podmurówce
z sześciu kamieni polnych
tam w niby lochu narodził się
wyjściowy pocałunek
drgnienia rzęs zamienione w ruch
w kącikach oczu ornament
na pustyni i w pyle ulicy pierwszego miasta
jest rozpoznawalnym znakiem
ziarna zmielonego najdrobniej
przez kobietę i mężczyznę wespół
w deltach sypialni żyznej
wezbranej jak księżyc w pełni
nawet w czasie połowicznego wylewu
a rozkosz zmieszana z bólem
unicestwia wojny w przyszłości
ale wtedy był początek
tam w pokoiku zwanym pierwszym domem
jaskini lochu sercu
należy o tym pamiętać jęcząc
Lewy skośny z lewej skośnie
z lewej powoli w prawo w dół
kraksa gotowa
wolniej stróżu
gdzie schemat myślenia o sztuce neolitu
w statku-pralni
pirackich studni ciemne wody
i strome schody i kręte ulice
pełne starszych pań
powoli skośnie zygzakiem
na dworzec-galerię
jak Picasso i Apollinaire
schody z kafejki Bon Coin
wprost na Cmentarz Montmartre
na grób Juliusza
prowadząc pod rękę
jedną dystyngowaną starszą panią,
która ma wciąż trzydzieści lat
i wciąż nuci piosenkę
o paniach i panach na moście w Awinionie
a dzieci lecą z nieba jak krople
lecą misie i smartfony
jak letnia dżdża
potem Dżugaszwili z Sorbony
wywołuje ciężki deszcz
na pokazie lotniczym
rozpylając z jakiegoś jednogwiazdkowego miga
substancję nienawiści
eliksir mocarstwowości
nad Sacre Coeure
nawet zielone konie zeskoczyły z cokołów
pofrunęły nad Gennevilliers
lekko skręcając do Metz
wśród chmur, aniołów i muz
by przelecieć nad Europą
i zmarmurowieć w wygładzonych arcydziełach
Cmentarza Orląt
Oprócz ołtarzy we własnym garażu
nie mam już nic
łzy są ołtarzami
w zamkniętej łazience
ale to już inna pieśń
echo nadciągająćej burzy to fanfary
a krzyk to wystrzał
na cześć tego, który tu wchodzi
nadzwyczajne cele są wówczas w łazience
a w głowie mikromydła
i francuskie narzędzie równości,
gdy wchodzi zwykły człowiek
aby uścisnąć dłoń
zdruzgotanemu przez miasto-państwo
władcy floty, która zatonęła w barze
szóstej dzielnicy
jest ołtarz na molo
zamkniętego w przerażeniu
ściskającego twarz
jest jeszcze ołtarz na drzewie
ale to już inna epopeja
tam na wysokościach we mgle
siedzący niewidzący
też ma swoje alibi
bo po cóż by ciskał te szyszki
na głowy dzielnicowych
ze wszystkich kwartałów
ze wszystkich posterunków
ołtarz rewolucjonistów bijących z przekonaniem
liberałów bijących z przekonania
jest ołtarz jak most
w depresji poobiedniej
nisko usytuowany pozwala
obsiąść się wronom
nie straszna im tutaj ofiara
z niczego
z ludzi z krwi z siodeł i z tronów
ledwo nad moim przybytkiem zaświeciło słońce
ledwo noc dogoniła dzień
przed misterium zażądano
śniegu z głowy skazańca
a on antyrewolucyjnie stopniał
przestał ciskać nie swoje echa
na wiecach
otworzył się
na doznania i twarze
a sędzia otworzył księgę odczytał zeznania
przydzielił wstyd
poznał jego uległość przedśmiertną
i ściął przy umywalce,
gdy cisnął grymasy pewnego siebie
sędzia i kapłan ołtarza – pewność samego siebie
uderzył w dzwon braterstwa krwi
W brzydocie czasu odnaleźć srebrny ślad
zmienić ludzkość w gwiezdny pył
nauczyć się tak kochać jakby łapać
wiatr słoneczny i zorze polarne
w snach
w sekundach łez nauczyć się łkać
w żałobnych modrzewiach i cyprysach
o północy ukryć się w sercu
i zamieniać ołów w srebro,
którego nie zechce nikt
dopóki nie nadjedzie bezsenna noc
We mnie to nie tak jak w tobie
jest żółw kosmiczny
w moich trzewiach protuberancja
wytrysk czystej plazmy
nie zawsze płynnego szylkretu
jak to szylkretu?
zmieniam się ciągle w coś podwodnego
pod powierzchnią Słońca
planety nie mają powierzchni mistycznych
tak jak ja
jestem żółwiem w przemianach
duszą cywilizacji narodu
miłosne żywioły
termojądrowe przemiany we mnie
to tak jak w piekarniku domowej kuchni
jak w cieście weselnym, 
które wybrzusza się, pęka
wyrasta na pociechę weselników
takie to przemiany
w energii stoika
w energii zamieniającej się w szylkret duszy
we mnie nie ma ciebie całej
a pod tą boską skorupą jak skałą jest
miłość do wszystkiego
co stanowi o twojej energii we mnie
twojego tchnienia
twojego życia i twojej twarzy
ale bardziej przemiany
mojego kosmicznego żółwia w człowieka
W zielonym generatorze grafiki uczuciowej
pojawił się błędny wykres
fal na oscyloskopie
tęcza wyszła poza plan
w panice legalna ekipa medialna
rzuciła się do naprawiania błędów
bo groziło to naruszeniem struktury molekularnej
papierowej naklejki
przygotowywanej w drukarce urządzenia
w celu naklejenia na czole artysty
aby uzewnętrznić dzieło
wprowadzić do obrotu społecznego
pomiędzy tryby kolejnego urządzenia
generującego sofizmatyczne starania o niepodległość
całkowicie zielonych tęcz
gdzie bramiarze i tęczarze
spijają śmietankę praw autorskich
a generatory nie mają żadnych praw
bo są maszynami
ponad wszelką wątpliwość wątpiących
a ponadto zielonych po prostu nie ma
nie występują przed szereg przyrody
a jeżeli już to bardzo rzadko
śladowo można powiedzieć wręcz
w prześwietlonych myślach
Ból społeczny jest nic nie wart
tak jak te rozmowy
przy kawiarnianych stolikach
zapisane na serwetkach
przez agentów a nie poetów
ból społeczny jest tak wiarygodny
jak inwokacja dyktatora
w referacie o blaszanych wiadrach
stojących obok mównic
ból społeczny jest wart tyle
ile spaliny rozwiane przez wiatr
jeszcze śmierdzące w zwojach mózgowych
a już nieistniejące
na kosmodromach autostradach poligonach
i nie wiadomo czy to była rakieta
i czy pochodziła z głowa mędrca
czy z głowy dyktatora
nie uznającego bólu
bezdomnego nieletniego więźnia?
Moja droga twoje usta
twoje usta moja droga
słodkie we śnie i w nocy
były jak wyczekiwanie
na wakacyjny pocałunek
w nagłych krajobrazu ripostach
naszej podróży zagadkach
odnajdowałem twoje uśmiechy
we wstecznym lusterku
nad ranem, gdy dojeżdżaliśmy
do dzikiej plaży
a ty podnosiłaś głowę
na tylnym siedzeniu
ciężką od gwiazd, które zostały za nami
droga się nagle skończyła
noc urwała jak klif
a usta pozostały
odbiły się w moim wspomnieniu młodości
odbiły jak szminka na lustrze zmian
odbiły na moich wargach
poprawiłaś włosy i usiadłaś
niepewnie się rozglądając
samochód już płynął po morzu
kołysał się na falach
i mewa miłość moja droga
To nie jest tak jak mówisz
i ty i twoi prorocy,
co wyszli z kraju
kraj nie jest starożytny na tyle
by ogarnąć myśli
kraj to łysych pseudoproroków
lub skrytowąsych nibymędrców
co w budach zaliczyli szkoły
szkoła ta uwodzicieli mężatek
jak szarlatani i pastuszkowie
nawracający owce, których nie mieli
– to nie jest wyjście z Egiptu
ani Morze Czerwone
to rozpaczliwe skoki w przepaść
tych, co nie wierzą słowom
lecz ufają lotom
zamienieni w słupy przydrożne
zostaną obsikani przez kundle
i odrapani przez stare Skody
wbijające się w nich równie rozpaczliwie
To nie jest tak jak mówisz
o świcie, bo o świcie mówisz,
zbyt sennie
to, co widzisz to nie są krajobrazy wolności
lecz zwykła kolorowa dykta
rosyjskiej propagandy
dobra na budy a nie na szkoły
twoja prawdziwa buda była
beczką Diogenesa
ale to nie był prorok i dlatego
ożywił myśl jak strzała
a ty taisz ją w kołczanie
Nie mów, że w tym kraju
nie będziesz prorokiem
przez jakieś dwuznaczne przysłowia
tylko wypuść strzałę
w słońce
W ten sposób i w sposób inny
zdemontowano sztuczny księżyc
chodzący zakosami po linie
w jego jutrzniach nie było prawdy
w wyrazie był niespołeczny
a w linie niezbyt groźny
męskie nadzieje skupiał w przydawkach
mądrości jego niewierne nie okazały się sądami
sędziowie na dwa sposoby zostali zgładzeni
królowie w tym uczestniczyli
bez afektu wręcz znudzeni
pozostawili wszystko księżycowi
w ten sposób i w inny
polegli także królowie
tylko gwiazdy establishmentu
jak świece świeciły przez wieczór jeden
dopiero, gdy ten i tamten
zauważyli, że gwiazdy nie mogą świecić
jak zwykłe świece
zainterweniowano i zainternowano wszystko
w ten i tamten sposób
wyzwalając społeczeństwo z bylejakości
gwiazdy jak świece – kto to widział?
wrócił księżyc prawdziwy
mordowany, rozpruwany, podduszany i bity
zenitem południa
przetrwał z zakosami
i z tym wszystkim co uwiarygodnia
co jest potrzebne by bezzębny bezpodniebny
bezjęzyczny mężczyzna przywołał kobietę
w ten sposób lub w inny
gdy odrodził się księżyc
odrodziła się prawdziwa kobieta
w zachwycie uczłowieczenia
Obraz (217)f 
Proboszcz z burmistrzem
siedzą na sykomorze
jak Zacheusz
i rozpamiętują
przeszłe zwycięstwa wyborcze
Jezus nigdy
nie będzie tędy przechodził
i oni o tym dobrze wiedzą
język ludzi giętki i miękki
obniesie ich po wszystkich zaułkach
po wsze czasy będą rządzić duszami
i podróżować na ludzkich językach
jak w złotej lektyce
po ulicach otoczonego drutem kolczastym
Cichy naleśnik ponad lasem
sosnowym płonącym
w Santa Monica lub Nettuno
cichy naleśnik z nadzieniem z pigwy
pachnącej wschodnim bractwem pszczół
i lemoniadą pierwszych chwil maja
zaraz po pierwszej komunii,
gdy pierwszy ogień go wypalił – to ja
nie pasiasty szalik jak wąż w atelier
ani modelka przy Placu Matejki
zrzucająca szlafrok przed klasą
rzeźbiarzy z klasą
Cichy jastrząb nad dachami Krakowa
nad jazzowym Barbakanem
przesiadkowym przystankiem pod Jagiełłą
przystankiem miłości wakacyjnej
zagubionej na Olszy, w którymś liceum
Bezwonny flakon z fiołkami
nad Miraculum i Zabłociem
nad szwedzkim stołem z kwiatami, pyłkami
i żądłami świata
ustawionym w Sukiennicach
ciągle pobożnie średniowiecznych
Balon nad Paryżem
ulotny jak chwile z Proustem
nad Sekwaną płonącą w czasie Rewolucji
lub Sekwaną zawstydzoną
krwią Męczenników z Montmartru
i samotnością Joanny
pośród wszelkiej maści tchórzy
i Anglików
Nawleczona na igłę nitka
nitka w kolorach tęczy
zszywająca ręką Boga samego
lechickie obrazy
odnalezione przy piciu herbaty
w salonie piękności dwudziestego pierwszego wieku
w kieszeni podartych szortów
na słodkiej trasie
zbombardowanej smutkiem
umierającego września
poza wszelkimi granicami
Na środku drogi
pędzących ślimaków
ktoś podstawił tamę
skrytobójcze samoloty
porywają mięczaki
zanim rozbiją się o zaporę
z muszli
woda na swetrach prawie
niewidoczna jak śluz
gotowany rak w dużym kotle
składa szczypce do modlitwy
kruczoczarne sójki pierzą się
jak liniejące węże
przyroda przechodzi metamorfozę
jak zbrodniarz, który się spowiada
nawet kangur nawet dusiciel
na autostradzie ślimak
a przed nim zapora jak tama Hoovera
powiększona w Chinach stukrotnie
dzięki kamieniom i cegłom z Wielkiego Muru
wracamy do suchej Mahabharaty
i po chwili Wielki Aśoka oducza nas
spożywać mięso i sukcesywnie wybijać braci
a na końcu pustynne zwierzęta podrzynają nam gardła
powoli, acz konsekwentnie
i to na środku drogi
Lantastyczny dziś nie istnieje
Gromki także
raz miałem chrapkę na komizm
wtedy wydarzyło się to
co zwą wszyscy klęską
i emigracja i internetowe przekazy
wtedy wydarzyło się piekło w e-kurniku
i norz-e
letni wiatr zaniósł iskrę
przestraszyła się lokomotywa
i uderzyła w leśny wiadukt
dukt – dukałem, duktem zaleciał
lis spłonął żywcem
a taki był przebiegły
nie zmieścił się w Internecie
przebiegł prawdziwą drogę,
która z nim spłonęła
w piórach
jak sekwoi szyszka
polubiona przez grom
z samego niebieskiego serwera
otwierającego żywy świat
Moje cierpienie na każdym drzewie
w każdym jego liściu
ono wyrąbuje puszcze
by pustynie mogły pomieścić
pick-upy terrorystów
śmieszne burze wpadają tu cały czas
jak drony penetrująco-eliminujące
jak drwale w przerośnięte lasy
zbyt dojrzałe by
z nich zadrwić by ich powstrzymać
krew płynie w żyłce liścia
w liściach wszystkich drzew
jest ocean krwi, który
kołysał się pod dnem
Sahary i Namibii
moje cierpienie ze słów
tożsame z cierpieniem snów
czarny las zmieniony w czarny czas
po północy mój zawój na głowie
robi się biały
czerń spływa z niego
wsysana w piach, w który
zmienia się dywan pamięci
obumarłe drzewa pamięci
skamieniałe drzewa walą się z hukiem
już po pierwszym pianiu koguta
las grzebie drwali i terrorystów
moje cierpienie zwęgla się nad nimi
pod ciśnieniem bolesnej krwi
Stamtąd jaśnieje niebo
tam czeka ptak
cicho cicho już płynie Księżyc
nagle zniża się samolot odrzutowy
na pobliskie lotnisko
przelatuje ogromny transportowiec
wprost przez tarczę Księżyca
czyniąc hałas nie z tej ziemi
drży nawet Księżyc
patrzę przez lunetę na partnera Ziemi
w pełni sił
stojąc na rozgrzanym balkonie
drży nawet balkon
sowa wylatuje z ciemnego modrzewia
modlitewnika znikającego słońca
frunie nad trawnikiem
cicho cicho płynie jak Księżyc
w świetle latarni solarnych
za późno na reakcję
uderza mnie w głowę
luneta spada z balkonu na taras
modlitwa zamiera
sowa chwyta moje oczy
wyrywa mi policzki
rozszarpuje usta
ściska moje ostatnie spojrzenie i samolot w nim
szpony jak Księżyc nie dają dokończyć
Ojcze nasz – nim hałas wybrzmi do końca
i słońce zgaśnie
Drugi dzień z rzędu
niech te żółwie Tasmana
zalegną jak desant morski
niech drugi dzień z rzędu
na plażach będzie podzwonne
dla lóż piasku
rzek zbóż podwodnych
wielkich kwadryg kontenerowców
Jeżdżąc wzbija kurz
pływając rzeźbi kilwater
zalegając zostawia ślad
żołnierz na quadzie
żołnierz na morskim koniku
żołnierz na kocu
legendy literackich syren
wypełzły zawodząc
jak sam Boreasz,
który z Bachusem nie ma nic wspólnego,
syreny i żółwie to makatki
w nadbrzeżnych tawernach
rozkołysanych na północnych
morzach do północy
rozdzwonionych na Lofotach
syreny wpływają w ujścia i dorzecza
szukając zaginionego Posejdona
żółwie zalegają na Tasmanii
bo to żółwie-dzwonnicy
dzwon jeszcze dzwoni w odmętach
dla humbaków wędrowców
a one w nowej roli oswobodzicieli
niewolników wolnych rynków
Testowane wczasy jak koncerty
z prorokiem z wdową z miarką czasu
z wiarą w odbudowanie młodości
człowieka maszyny organizacji
jednakowe skarby
wydobyte odkurzone przemilczane
na sympozjach rekolekcjach
przetestowane w pasażach urn
jak nuty
pod ciemnym mostem
przegrana bitwa nad nim
metalowe kości kosmity
grawerowane na długim targu
ozdabiane na piotrkowskiej
i nowym świecie
oprawione na długiej
maszyny sprawdzono pod kątem
ludzi sprawdzono pod kątem
kąty zmierzono
i rozdano biednym
sprawdzono luksusowy grób
sprawdzono luksusową harfę
w dolinach królów (na górze królów)
na wyżynach filozofów (w dołku filozofów)
jedynie dziewięćset lat testowano
życie mędrców
jedynie jedno życie skierowano
do pracy nad księgą mądrości
o wolnym czasie,
który wybuchł i skurczył się
Stan na szczytach ducha
nie tak szczytny jak
by się wydawało po ścianą
wyższe partie dla ryb
w dolnym biegu dla płetwonurków
z błędnej krainy błędnych rycerzy
wyruszyli speleolodzy by przekopać
przekserować podkopać i zgłębić
ale zamiast przed dziurą
stanęli przed ścianą
jak głusi przed muzyką
jak ślepi przed tęczą
zdjęli pianki zapięli raki
nałożyli uprzęże i wdrapali się
na cykl wykładów Wałęsy
o chodzeniu w samolotach
o goleniu klaty
i jak w Spa pokonano komunizm
nikomu niepotrzebny
Kolędnicy ze Stanem na czele
wzięli turonia za brodę
a ten powiedział – chcę być
wicepremierem w pogardzie
gospodarz z gumna zapytał
– w czym?
i tak zostało to zarejestrowane
Wisła wezbrała w Sandomierzu
i po raz kolejny osunęły się schody
widać nie pisane im poziom Gostomianum
na galery do Grudziądza przy
takim poziomie pójdziem – rzucił Kazek
i zrezygnował
nie przyznając się do nie tylko homilii
wewnętrzne spory w Puławach stanowiły
kanwę epopei
i Cichy Don wpłynął poprzez Bug
na polską ziemię
to nie był koniec Połocka a początek Pułtuska
bo półbogi z tevauenu zamiotły szybko deptak
i zadeptały ślady
stanowisko zajął prezydent
w nim
było oczywiste przy tak niskim poziomie
oraz Wisły i Donu
a speleolodzy już byli się pięli
w górę nie w dół
na pochyłe czoła
kozice pouciekały
świstaki zryły podstawówki dla byłych
sekretarzy Zakopanego
przy okazji powstały narożne jaskinie
a ujawnieni grotołazi strzelali z gumek
do ludzi pod skocznią
byli na górze, gdy w pierwszej jaskini
pożarł niedźwiedź górnika
ani Szwedzi ani Rosjanie
nawet Sasi z Litwinami nie kiwnęli niczym
by ratować Sarmatę
ani Miśnia ani Czerwieńskie Grody
nie wysłały prezydentowi wyrazów
w tak strasznej tragedii
na Krupówkach zwanych już Poroninem
stan gór był bardzo niski
Don rozlał się na Podhale
wyżłobił małą strugę
i Orkan nazwał ją Donkiem w tajemnicy
przed Witkacym,
gdy ten zrezygnował z wyższych partii
i zszedł
Tak zwane serce w tak zwanym ciele
krzyczy jakby istniało
nie tylko, jako słowo, które
ciałem się stało
myśl ucieka jak płonąca żyrafa
a płonące serce musi trwać do końca
spłonąć z dzielnicą miasta
owładniętą rewolucyjnym szałem
ludzi niosących papierowe kwiaty
małe kwiaty zbyt małe
jak na tak zdecydowane działania militarne
przed muzeami kłębią się
ludzkie przezroczyste zbiegowiska
pod byłymi maszynowniami cmentarzy
wciąż trzymają straż mastodonty
tak zwana para zakochanych
niesie uczucie w klatce
niesie uczucie wachlowane
piórami strusi, które
same nie przetrwały pożogi
czy to jakiś znak?
słowo nie jest w stanie wyrazić tego uczucia
serce może zostać słowem
może tak skończyć,
gdy je pomieści
Srogi zawód mieć musisz
stworzony dla ciebie
by bały się przecinki leśne
kanały łączące Wisłę z czymkolwiek
by bali się pastuszkowie leśni
i ich stada mrówek
a nawet intarsje na stolikach
flisacy na kamiennych tratwach
i malowidła wioseł w jaskiniach
Gdy uwierzą w przedmiot stworzenia
podmiot odejdzie we łzach
i nie dość, że umniejszy
doskonałość pod słońcem
nie dość, że umniejszy słońce
to klękając w zaświecie tyłem
do wielkiego wybuchu
powie – teraz to, co ja mogę?
Wtedy srogi zawód się przyda
bo cierpienie rozleje się jak
wolność od zapracowanej miłości
ani kanały tymczasowe nie pomogą
ani przecinki
ani alejki żwirowe
w wirydarzach klasztorów
Srogi zawód depilatora pantei w Kacapii
ucz się przemawiać
ucz się machać rękami,
potrząsać głową znacząco
czas na działanie polityczne
w straszeniu tyranizatorów słowa
równie profesjonalnych
Zamek jak Camelot
samolot jak Boeing
własne ja jak – ja jestem
ona sama jak drzewko kruszyny
jej oczy jak kolce róży
jej usta jak owoce głogu
jej ramiona jak gałęzie brzozy
ale moja miłość do niej
to nie lotnisko
ani blanki murów
ani wieża oblężnicza przy nich
ani jeziorko Narcyza
to tylko słoik na przetwory
na konfitury lekko cierpkie
lekko trujące słodyczą
z małą domieszką krwi
z palca, który ją wskazał
Przepłynąłem swoje Morze Czerwone
na głównej ulicy miasta
na falach ludzkich twarzy
nurzając się w pianie ich spojrzeń
w zalewającej oczy kipieli
ich przerażenia
w ostatecznościach popołudnia
nie rozstąpiły się bałwany
nie pojawił się suchy ląd
musiałem w głębinę skoczyć
prawie jak samobójca licząc ledwie
na listek Calineczki
papirusową łódź rolników egipskich
resztki mojej nadziei w trzcinowym koszu
utrzymały się wśród wzbierającej rozpaczy
samotnych matek i ojców
dzisiejszej samotnej doby
pośród wygłodniałych aligatorów
chrześcijańskiego wygodnictwa
i rezygnacji
W ciągłych nawrotach tornad
ze strony drgających snów
skojarzyłem letnie księżyce
spadające, burzące, rozdmuchujące
miłości w pył
ledwo z oka cyklonu wyszedłem
a już popadłem
w wieżowców stanie nad przepaścią miasta
w miłosnym pyle
ptaki i smoki zadomowiły się
w księżycowym mieście drapaczy chmur
a maszkarony i gargulce na gzymsach i attykach
partyjne i okultystyczne wraz
wykrzywiły twarze na ludzi
wychodzących z teatrów i klubów
i zmieniły się w najzwyklejsze rzygacze
to zagrożenie przybyło
przez ulewę, grad i huragan
samochody z kochankami
fruwały nad miastem jak liście
pończochy rozrywane łopotały
na masztach radiowych
feniks nawracający z zachodu słońca
klonowany, kserowany
powielany, małpowany
przez oszalałego przywódcę żywiołów
kulką mirry poskromił tornada
spojrzałem na szczątki miasta
w mojej dłoni
to była miłość
Na nowy dzień miałem pozdrowienie snu
zanim noc się skończyła
ona odeszła
w jej ręce wstążka żółta i róża czerwona
w moim pokoju otwarte drzwi
a za nimi wodospad Niagara
ona odeszła pod osłoną nocy
jak bogini Persefona
dobiega tu jeszcze jej głos
wyraźnie słychać go wśród huku
spadających kaskad rzeki
kosmicznych zjawisk serca
jej czysty operowy głos
oto perlistym altem koloraturowym
woła do mnie z dna nocy
– żegnaj chłopcze
bądź szczęśliwy z nią!
Zamknąłem drzwi mieszkania
starłem z podłogi i ze ścian
krople realności
oparów rosy mgły i łez
rozejrzałem się wokół
– oto dzień wstaje nowy
w oknie brzask
i ona pojawia się znowu jak motyl
moje słońce moje życie
moje najsłodsze pozdrowienie
kolejnego złudnego dnia
Wtórują mi wichry marsjańskie
a ja lewituję i gwiżdżę
nad galicyjskim miasteczkiem zabitym
nieheblowanymi deskami
mam na sobie
białą nocną koszulę
i złotą koronę
feniks okrąża mnie
i pieje szósty raz
potem ląduje na zgliszczach
ja układam się w półksiężyc
moja miłosna suknia
nocą błyszczy jak srebro
a oczy moje jak gwiazdy
w nadfiolecie emocji
nad drewnianym szczerbatym płotem
i rozeschniętym kulawym domem
zastygam z głową królika
moja ukochana
nie mogąc otworzyć okiennic
rozbija je siekierą
jak mgła wydostaje się z matni
szybuje jak lampion i karabin
wprost w moje rozwiane ramiona
jak bukiet iskier i płomieni
Jedwabny frędzel u mojego tałesu wygnania
filakterie z delikatnym pokarmem letniej nocy
satynowy sen pod całowanymi powiekami
mitologiczny olbrzym śpiący w głowie
prorok lewantu siedzący w nogach
nagle potrząsną głową i zażądał
czegoś szorstkiego
mniej puszystego
całkiem gorzkiego
a on nie uznaje sprzeciwu
bo to przecież anioł pokusy
i jej pożeracz
gdy zaczął zionąć ogniem
podsunąłem mu dziewicę
czterdziestoletnią z Azowa
ale potem baranka krakowskiego
wypełnionego jego ulubioną siarką
pożarł go i splunął do rzeki
gdy ten nieśmiertelny ateista
usłyszał huk
już był w siódmym niebie
ale i to nie wyszło mu na zdrowie
najważniejsze, że wszyscy obywatele
w mojej głowie znani z szarości
z przyzwyczajenia do delikatności
przed każdym murem obojętności
i zasnęli w jesiennym pasie słuckim
W trzech wymiarach ustanowił
nowy porządek
usta odmówiły i zamilkły
jego jeżozwierz
był osobistym czekaniem
na przyszłość
jej pokłute ciało
nie miało opuchlizny
jednak miało ją mieć
w najbliższą niedzielę
ze skrajnych słów ułożył dla niej
tampon na kalectwo całe
jej rozpostarte ramiona sprawiły,
że stała się wiatrakiem
i nawet mełła językiem słowa
przeszła się po pokoju
żeby dzień był radośniejszy
a on z jej powodu
nie będzie tylko jest
miała zegarków sześć
nie wszystkie na sobie
część kolekcji wisiała na ścianie
część miała stanąć na kredensach
on (jej) potrząsnął (jej) klepsydrą
on (jej) odwrócił (jej) klepsydrę
wziął trójząb i uniósł nad głowę
radośnie ominęła go jednak
radość się rozrosła w przestrzeń
i pozostała w czasie
przyszłość zwycięska jak sztandar,
który wzniosła sama
w czasie koniunkcji
dobra alternatywnego
i rozumnego
W mojej trzeciej odsłonie
zakryłem duszę przed wiernymi
mojego kościoła
zerwany kaptur wrócił na swoje miejsce
w trzecim moim akcie
wniesiono strzelby, szable i zbroje,
które statystowały w napięciu
w mojej trzeciej tercji
Wolskowie, Etruskowie w skórach
Jobowie i Wandalowie przemknęli
przez miejsca straceń przyszłych Chrześcijan
w mojej trzeciej godzinie dnia
zabiły dzwony, które były znakiem
do szybkiego ukrycia się
w zbożu rosnącym w jaskini
tam zamieszkałem
bez losu, bez upadku ostatecznego
bez świętowania miłości
i w końcu odkryłem
mojego Saula spoczywającego samotnie
na wyciągnięcie ręki
i dusza rozpoczęła królewski żywot
w psalmach trzeciego wieku
wyszedłem z jaskini cało
na słońce samopoznania
Już nie płaczę po niej
nie mam oczu przecież
wypatrywałem wypłakiwałem
wyczerpałem zasoby
oczy jak szklane kulki
wypadły z oczodołów
mam dwa groby puste czarne
sarkofagi minionych uniesień
w cmentarzysku głowy
na przestrzał otwarte
galaktyczne wrota
do światów lekkich jak puch
bez ciężaru i kształtu
w bezruchu w bezzapachu
w jej ogród zapatrzony
zapomniałem, że kolory mogą zgasnąć,
że radość wypalić się może
jak płomień świecy
poza widzialnym światem
jej piękna
pozostałem sam jeden
bez oczu, co zmieniły się w dym
radar cierpienia ciągle nasłuchuje
antena serca ciągle odbiera
niewidzialne sygnały płynące z wyobrażenia
z wyostrzenia zmysłów nadmiernego
na podszepty chwil
z tęczowych wspomnień sferycznej miłości
skowyt ucichł jęki przycięto
ruchem dyrygenckiej batuty
i wtedy
zapłakało nasze dziecko
niemowlę sztuki
na widowni
Taka nagła zmiana
pana w pidżamach –
zjadł chleb
kotu wypił mleko
szczeknął na brata
znów posmarował kromkę chleba
wręczył łapówkę komentatorowi ekonomicznemu
wziął czapkę, papierosy, splunął
i wyszedł trzaskając drzwiami –
a taki był raptus w swojej służalczości
w nawoływaniu do opamiętania
krzyczał – opozycjo będziesz martwa
jak się nie uspokoisz
i wiecie co? –
na ulicy, bez rękawiczek, na mrozie
po wyrzuceniu peta
i ostatnim spojrzeniu
w lustrzaną wiatę przystanku
palną sobie w głowę
putim leżał spokojny
do końca igrzysk
Moje serce wystawiono na ciężką próbę
wojną naznaczono czarną krew,
którą musi przyjąć
wzbrania się, lecz wypełnia się nią powoli
Moje myśli wystawiono na próbę wody
pustynię zainstalowano w miejsce
dżungli lasu deszczowego
na ekranie filmie obrazie 
wyciosanym w kamieniu
wewnątrz głowy w czaszce arce
statku kosmicznym
Moje nogi wystawiono na próbę
ciężkiej wody
mam maszerować przez pustynię
z Egiptu pod Aleppo
by stoczyć wielką bitwę z islamskim gigantem
moje sny nie przeżyją kolejnej próby
Ta wojna już kiedyś rozpoczęła się
w ogródku dziadka na polach ojca
o wolność białych sadów
oaz dla życiodajnych pszczół i wiatrów
przeciw mężczyznom z Wenus
Krwawią głowy
krwawi kamień
krwawią drzewa
nawet dym
czarny zmieniający się w postaci
pod wpływem wiatru,
który nie wiadomo skąd wieje
pokaleczony rozpruty zmiażdżony
na Majdanie
braci różni wszystko
oprócz krwi
Ja już poznałem swojego misia
oto prawie żartobliwy
z giewontem w łapie stoi na Granatach
albo częściej z granatem na Giewoncie
lub sprzedaje buty w warzywniaku
spod lady
prawie jest pluszowy,
gdy mówi – a kartki gdzie?
bawi się radiem
stojąc w kościele za filarem
stroi je i durnia wraz
pyta kościelnego o złoty sznur
do sygnaturki
ale nie wie tak naprawdę
gdzie dzwonią
miś nawet czyta gazety i tygodniki
od jakiegoś czasu
czyta Misia i świerszczyki
staje się przez to doroślejszy
dostał na urodziny
w łapę
książkę o Indianach
z serii „Poczytaj mi ojcze narodu”,
„Poczytaj mi matko partio”
łapa go swędzi, gdy biją
sam bije i chodu
do kina w październiku
tak, klaszcze tak,
że opuchły mu dłonie
jeździ na traktorze tak długo,
że prawie z niego nie schodzi
filmują go do programu
w telewizji propagandowej i śniadaniowej
gdzie ma swoje okienko,
gdy kiedyś się zranił pod stocznią
wezwano karotkę, bo dyspozytor nie znał polskiego
kiedy się zorientował w szpitalu,
że przyjechał marchewką
na izbie nie było już przyjęcia
i trafił do paki
tłucze się teraz wśród innych
zabawek historii
wyrzuca innym, że jego własna głowa
była z siana
nikt go nie słucha już
nigdy nie było w nim
tylko przycisk i beczenie jakby kozy
mnie już nie śmieszy
Na tyle
ile można
już można? –
powiedział przywódca
i zamknął się
w świecie sprzedajnych książek
chciał przejść do historii
i poprawiając Wikipedię
stanął w drzwiach Ipeenu
pokazując nagi tors
tym razem zaproponował zgodę na wszystko
nie można! –
chórem odkrzyknęli
nie można i tyle
przywódco jesteś potrzebny
wróć w lata 70-te i 80-te
te lata
te fascynacje
te marzenia i nadzieje
ta zwielokrotniana śmierć
wymaga tortury dla ciebie
wymaż ten podpis
wymaż te zdania
zjedz te karteczki z notatkami
ileż można zjeść? –
odrzekł przywódca
zagryzając jabłkiem, przepijając kolą
na tyle ile cię stać
a potem wymaż zapis w encyklopedii
ręką z brązu
gumką jak wieko trumny
jak drzwi, na których ponieśli
Janka Wiśniewskiego –
nie można
i już
przejść do porządku
bez historii
bez histerii


Dusza wolność i ja
dźwignia koło bloczek
z takich mechanizmów
powstają cywilizacje, imperia i potęgi
jak urojenia
unieruchomiony na chwilę
za murem dziewiczego centrum
gdzie prywatnie zawładnąłem światłem
zawyły hieny i monstra
światów ciemnych cierpiących
bestie waliły czaszkami pomordowanych
w podniesiony zwodzony most
lokalne władze z obrażonymi kumplami
miotały zapalone głownie
w wieże z kamienia
dziennikarze i politolodzy szatana
okrążali miasto
w którym moje ja śpiewało hymn
prawdy o sobie
w którym moja miłość
zasadzała ogrody sady i parki
pełne uwielbienia dla Stwórcy
.. wolny człowiek jest bastionem
bramą lwów dla Ogrodów Semiramidy
tylko dźwignia, koło, bloczek
w ość jadu usz lśni
Jestem posłańcem
minionych chwil
w kulturalnym słońcu przychodzę
w spiekocie przynoszę słowa
one o zemście opowiadają
tylko na pozór
wylewają wiadra wody
ja posłaniec czasem wylewam pomyje
moich spotkanych trędowatych władców
huczy wodospad słów
huczą knieje i stocznie
wyją syreny chamstwa
a ja przemierzam polskie drogi
sam skowyczę sam zawodzę
szumię jak dąb
pogwizduję jak kaloryfer
wyrzutnia rakiet
w sodomim borze
jestem sową z północy
germańsko-gockim pomiotem
na kantatach Bacha
jak na dromaderach Madianitów
wiozę stukrotną soję amerykańską
i złoto wprost z Indii
maleńki odźwierny
lekki gołąb pocztowy
lecę nad mołdawskim rajem
po zemście na Besarabach
dźwigam literackiego Nobla
i dzieła wszystkie oprawione w cielęcą skórę
z wytłoczonym wizerunkiem autora na okładkach
kulawe watahy dziennikarzy
i toczą się jak lokomotywy pozłacane
szerokim torem do polskich serc
wypchanych siarką
ja posłaniec ostrzegłem Dratewkę
nie ostrzegę jednak smoka
u bram Kraka
ja dla smoka mam wiadomość –
zemsty czas nadchodzi
Con amore
mio przywódca
Wolsków czy już Wagrów?
nie powróci nikt z Syberii
gdy słowa eksplodują
w ustach
nie ma już Wisły
idę dalej
Odra jak Obra
nie ma już Dróżki
idę dalej
pod Hamburg
ze słowem Obodryca
pod Święcianę jak posłowiec
Skała stworzenie wydobywczy areszt
bezsłowny manekin
piorun nad Arizoną
burza nad pustynią
kaktus mazowiecki
uderza kamień w kaktus
między nowymi księżycami Jowisza
słodki owoc kaktusa
nietoperze z Polski
odlatują zapylać kaktusy
znowu szkoła
chińska teoria
Tajowie kopią w głąb
Chińczycy w poprzek
ich mur dochodzi do Księżyca
to księżyc w nowiu
księżyc Jowisza
skała nieprzepustna
burza zwrotna
trójkąt łódzki
kwadratura koła Jowisza
Idy marcowe
idą Galowie przez Arizonę
gęsi lecą w miejsce nietoperzy
tym razem się udaje
tylko pióra pozostają
po tej stronie
z piór wiadomo co można zrobić
ale z czego procę wyrzutnię miotacz
z czego
z aresztu wódz wzywa do innowacji
z aresztu pisze listy
matka wynalazku odwiedza go
wnosi paprotki, tuje i figowce
wnosi kaktusy
wtedy chińskie dziewczyny lądują
przedłużają wszystko do końca
zabierają plany i matkę wynalazku
odjeżdżają rydwanami na piorunach
ciągnionymi przez nietoperze
Jowisz jaśnieje by po chwili
zajść za kamień
w murze
Wojennych krzyków zawierucha
nie, to nalot gawronów
na orne pola desant
zamilkły historie wojenne
na zawsze
kołczany strzały pociski
harpuny noże granaty
tego Mikołaj już nie przyniesie
ani żaden car
będzie ciepłe miejsce
przy kominku
i samotność feministki
zabijającej dziecko
po amfetaminie
wtedy stopnieją lodowce
i gawrony posiądą ziemię
Ten ból przy pierwszym spotkaniu
był zapowiedzią
ławka płonęła
Beethoven nucił na kasztanie
brzdąkając na banjo
kruk zwoływał kruki
na pobojowisko
Ten ból od pierwszego
spojrzenia w oczy
był jak zwiastun
kakofonii miłosnych uniesień
w anarchicznej niecce stadionu
cola popita wodą jak wódka
kawałek pizzy dławił serem
i papryką
Ten ból wisiał nad miastem,
gdy spacerowaliśmy pod
rozgwieżdżonym niebem
potykali na schodach w przejściu podziemnym
przeskakiwali bramki w metrze
jeszcze radośni
Ten ból wdzierał się do przedziału
przez otwarte okno
studził oczy na wietrznym peronie
spływał po policzkach
jak woda z oceanów
zrzucona z kosmosu
na niewinną twarz
Ten ból rozdarł ciszę dworcowych maszkaronów
narastającym stukotem odjeżdżającego pociągu
pociąg znikał
stukot się nie kończył
zniknął w strugach wodospadu codzienności
na rogatkach za ostatnim zakrętem
Ten potworny ból
był wodospadem zastygłym w sercu
od początku tej tragicznej miłości
w końcu runął na nas
jak lawa
z pokutnego wulkanu
Oto jestem w raju
na dnie martwego morza
statek przybył za późno
żeby ocalić mój gatunek
Oto jestem w polskim raju
na dnie Wisły
zaraz ukażą się moje stopy
nad powierzchnią wody
rzeka wysycha
żaden statek już nie przybędzie
Oto jestem w powiatowym raju
na dnie baru
woda wdziera się każdą szczelinę
do mózgu i do kościoła
papierowe łódki pod mostem
woda czarna skażona
woda z martwych sumień
raj to czy Sodoma
łódki zaczynają płonąć
Pisałem o Ledwożywie
w młodości
potem modliłem się
o przebaczenie jej grzechów
z pisania mogłem umierać
z przebaczeń mogłem żyć
Ledwożyw wskakiwał mi na barki
częściej niż siedem razy
w tygodniu
gdy z psem płoszyłem Indian
plącząc się po samotnej okolicy
krew lała się z serca
okna otwierały okiennice
by szyby mogły odetchnąć
bym zrzuciwszy Ledwożywa
mógł wreszcie poszybować
pokaleczony ale przewietrzony
za Indianami, którym nie straszna
męka ani długi marsz
ku świtaniu ludzkości
ku świtaniu męskości
Ledwożyw był inicjatorem
stawania się
z psem z łukiem z lekturą
okna otwarto jednak na cierniowy ogród
wyszedłem tam
wpatrzyłem się pozostałem
z Ledwożywem sam
z bliznami i otwartymi ranami grzechu
Małe złudzenie
w jesiennych szatach
wpada jak muszka w abażur
imam się kowalstwa
na dnie oceanu
wykuwam gwiazdy i jeżowce
małe poirytowane
tuż w grudniu
tuż za mną
zaspałem w muzeum
tuż przed bitwą
miałem dołączyć miałem polec
miałem zasłużyć
zaspałem w okopie
z głową w piachu i torfie
Małe marznięcie
na jednej nodze
tuż przed Wigilią
gdzieś na polskiej Syberii
a może w Kanadzie
by przetrwać by zachować religię
zabrałem pisma i przepłynąłem
Bajkał i Zatokę Hudsona wraz
Małe serce wstrzemięźliwie kochało
małe serce kryło się po krach
nie krach
i przyszła nadzieja
Dostrzegłem w jabłku
kształty pięknego kobiecego ciała
krągłości i słodkości
aseksualnie smakowite
rozpocząłem jak Michał Anioł
wydobywanie z materii
piękna ukrytego w niej od wieków
Używając paznokcia
wymachując kciukiem
formowałem wyobrażenie kobiety
z mozołem
na ławce nad Wisłą
woda przepływała u moich stóp
woda samotna jak ja
szumiała w swojej nazwie
ja zastygałem w swojej
Dłubałem w jabłku cierpliwie, gdy
z rzecznej piany wyszła Afrodyta
odsunęła nogą szczeżuje
rozchyliła tatarak rękami
usiadła mi na kolanach
objęła ramionami i odebrała jabłko
uśmiechnęła się rajsko
i ugryzła raz
po czym podała mi tablet
z jego słynnym logo
przestałem myśleć
straciłem rozum
wtuliłem się
ugryzłem drugi raz
Pomniejszone atuty rtęciowców
wciąż na siłę się przywoływały
jak pulsowały w krajobrazie księżycowym
jędrne klocki elementów matematycznych
nagle zaschły jak wodospad zamarznięty
w chwili spadania
jednostek miar
w obliczu spowolnił się wielki zawód
mistrza ministra
leje po oczach zapadły się
nawet skończony dyrygent
w kraterach nie drgnął
batuty jak odrzutowce przestały
zamieniły się w wykałaczki
a jednak prawdziwe tasiemcobokie
chwile wychynęły
ze smutku z kraterów spojrzeń uśpionych
by poczuć biedę dawnych
porykiwań, pohukiwań, pouczeń
wał drzewny jak usta
stoczony kornikami
nie był w stanie
zmięknąć, skurczyć się
w snach odmieniony
zadośćuczynił nowym zjawiskom
spróchniał a potem wyżarzył
Dusza wolność i ja
jak dźwignia koło bloczek
z takich mechanizmów
powstają cywilizacje, imperia i potęgi
(a urojenia?)
unieruchomiony na chwilę
za murem dziewiczego centrum
prywatnie zawładnąłem światłem
zawyły hieny i monstra
światów ciemnych i cierpiących
bestie waliły czaszkami pomordowanych
w podniesiony zwodzony most
lokalne władze razem z obrażonymi kumplami
miotały zapalone głownie
w wieże z kamienia
dziennikarze i politolodzy szatana
okrążali miasto
w którym moje ja śpiewało hymn
prawdy o sobie i świecie
w którym moja miłość
zasadzała ogrody, sady i parki
pełne uwielbienia dla Stwórcy
.. wolny człowiek jest bastionem duszy
bramą lwów
dla przyszłych Ogrodów Semiramidy
tylko dźwignia, koło, bloczek
i ty
Amalgamat pokory
stworzony z dnia na dzień
wręcz z godziny na godzinę
pokora Marsa z pychy Wenus
(czerwieni) (wstydu)
przynosi ptak konglomerat
kosmicznego pyłu
napis: „Najwyższy czas”
bełtają się k..kultury
w Europie księżycowej
w muzycznej rybie
woda nie wokół a wręcz
w rybie
półryby z orbit postsowieckich
półryby z Nebraski
a amalgamat płaskiej twarzy
z milczenia owiec
anachoreta pisze wiersz
pokornieje jak zając
nie ucieka
wzdycha w blasku księżyca,
który jest zimowy
a nie kosmiczny
boli prawa pierś
planety jabłka
Ochżesz stój!
moja błękitna trawo
nie faluj i nie blednij
żołnierz zaległ w mojej trawie
żołnierz pokroju Andersa
wyskoczył wtedy z niej zając
pokroju Engelsa
zaczął biec pod górkę
na szczyt błękitnego wzgórza
Och żesz zającu ty!
wojnę sprowadzisz
miotaniem z miotaczem
miotasz kicami
a za wzgórzem urząd Goebellsa
pokroju łosia i klępy
łoś zielony nie żre błękitnej trawy
zielony łopaciarz internetowy
żre natenczas
dziury potem jak po robakach
w prokuraturach w wojsku w sądach
żołnierz kiedyś wstanie
ponad trawą pokaże się hełm
biada ci wtedy zającu szary
w zieleniaku
Och żesz!
na szczyt błękitnego wzgórza
ooo to nie byle dubelt…
Och żesz!
Ta miłość popłynęła ku duszy
jak mgła na złotych pajęczych łąkach
o poranku
rozświetlanych falą czerwcowego słońca
po ciemnej nocy świętojańskich przygód
nastała jak chrzest pokolenia
chociaż była jednostką
jej ptaszyna kwiliła w pociągach
jej gniazdo wito na dworcach
łzy spłynęły jak deszcz
na czarne pokopalniane wyrobiska
i hałdy zagłady
Jeden głos rozległ się
jak szóstego dnia
jeden dźwięk potoczył się
przez nocne zatoki i redy miasta
latarń i muzycznych ławeczek
parków skwerów klombów
teatralnych bzów
pocałunki wyrwane księżycowi
westchnienia wyrwane grzechowi
mgła opadła za miastem
na ścierniska
jak wyrąbane parki
sieć oplotła zaorane skiby
jak splątane tramwajowe szyny
dym się snuł wśród pól
czerwieniejących z ogniskami planet
muzykantów pasterzy odległych wojowników
gdy cygańskie wozy odjechały do zamków
do warowni serca
Znawcy wystaw
ci z księżyca
twierdzą, że właśnie
świt sztuki
nadchodzi to zbyt wielkie
nie zawsze znawcy mają rację
a już na pewno nie ci
jak Sztuczna Szczęka
Onegdaj cała Werona
szarpała kotwicę
i spajała malarstwo włoskie
od Giotta
znawca zaszczuty
i spalony na stosie
jak Savonarola
otruty jak Sokrates
piękno Grecji to nie jest
piękno nagich kobiet
choć tu od nich się wszystko zaczęło
a piękno Toskanii
to nie same męskie pośladki
chociaż zrodziło znawców
Meteory jeszcze są
i Pammukale
są Carskie Wrota
i Brama Lwów
od zawsze jest lustereczko Księżyca
i odbicie snów
tych co się nie znają
i nie mają
lecz wierzą w piękno
*Mój dżdżysty nastrój*
Mój słoneczny jar
wypełniony dżdżystym nastrojem
pełnią człowieczeństwa
w godzinie śmierci
w głębi
na zamulonym dnie
kwitną kaczeńce snów
ale w Janusowych pozach
ależ zamieć w lipcowych porach
pyłek traw i skrzydła motyli
żądła szerszeni
schodzę w kaczeńce
w ledwo odkryte jary
marny mój zachód słońca
jeden jar rozświetlony kamieniem
odbiciem nieba i chmur
cmentarz na skraju
schodzi w głąb mnie
z krzyżami łzami pochówkami
Indianie Tatarzy Scytowie
bezgrobni wołają wędrowców
z odwiecznych brzegów świata
na głębiny życia w jasnych kwiatach
w błękitnych kwiatach
z mulistych śpiących sumień
wyrastających w wąwozie Jozafata
w godzinie Zmartwychwstania
W moim dusznym oknie
widać firanki płaczu
z odległości parseka,
gdy wchodzę w koniunkcję
z Alfą C parę lat wcześniej
już mija mnie Omega
widzę świeczki w oknie
w kolejnym okrążeniu
widzę świeczki w oczach
zapewne smutne przyciągania
depczą struktury płaszczyzn
równoległych w poziomie
(nieistniejących w pionie)
ona przychodzi od strony słońc
strząsa łzy
rozsuwa firanki w kolejnym świecie
po przejściu przez ciemny tunel
odnajdujemy siebie
odnajdujemy miłość
odnajdujemy inny wymiar radości
żywi wciąż
w węglu i wodzie
Tej miłości głodni
tej miłości godni
będziemy szczęśliwi
rzekł Adam
w jaskiniach naznaczeni
cieniem własnej tęsknoty
odwróceni tyłem do wejścia
gdy miłość w błyskawicy
uderza tuż obok
– prawda Ewo?!
[Jaskinie władz duchowych
Toną w blaskach pochodni]
Jeden zakątek zawarł przestrzenie
jeden zakątek zawarł podwoje
niesieni nocą toniemy w jaskiniach
własnych namiętności
odżywcze wichry
słodkie letnie burze
nad rozkołysanym światem traw
soczystej wilgoci
wchodzimy wjeżdżamy w pustynie
pierwszego dnia opalamy sierpień
nad płomieniem nocnej lampy
drugiego dnia walczymy o opaleniznę
wyrywając ją sierpniowym sprawom
jednoczymy się z imieniem i czasem
zagłębiamy w pełnię jestestwa
miłość trzeciego dnia
jest bezkresem życia
przychodzi nagle po burzy
i tonie w blaskach naszej twarzy
Moje serce ze srebrnych atomów
zawisło nad wodospadem
ognie staczają się w przepaść
te ognie to supernowe
namiętności, które z kwarków
zmieniły się w gwiazdy
Runąłem kiedyś w czarną otchłań
z nocną rzeką ukochaną,
której uciekła ziemia spod stóp
ja jak huśtawka
ona jak koń na biegunach
wszystkie krople drgały
wszystkie strugi były napięte
lecieliśmy w otchłań
pożądania i namiętności
chłodni prawdziwi
popłynęliśmy osobno
wskrzeszeni w blaskach księżyca
światłami wielkiego miasta
wśród pohukiwań sów
rozpłynęliśmy się na różne wyspy
znacząc ślad pianą na wodzie
elektryczną pianą
srebrnych serc
szalonych miłością
rozstania dla wieczności
w komputerach
Gdy cierpienie stanie się kwiatem lipy
mój koń wskoczy na lipę
przegoni stamtąd pszczoły
jej cień
cień runie
na moje: bądźcie
i będę skarżył się sędziom
jak Trybunałowi w Jałcie
ze skazą miodną
na odwłoku chwilowo szerszenia
chociaż już we wtorek
mniej niebezpiecznego zwierzęcia
od zwłok pszczół odlecę
by ule przewracać
cierpienie ginącego gatunku
ludzkość obojętna
fraszki na papieży piszę
na papierze pojawia się
pył a nie miód
zemsta szerszeni
już wyruszyły
rojem składającym się z matek
cierpienie ginącej ludzkości
jest w zapachu lipy
z samego zapachu nie będzie ratunku
homeopatycznym leku
starości straty dymu
czy w węglu czy w drzewie
byle nie w lodzie
pszczoły złożyły nadzieję
a szerszenie nie zawładną
światem mediów w grillu wyobrażeń
i pasiece
stęka rój trudzi się
jakież osły tworzą karawanę
zmniejszone, zamknięte w psich budach
oczywiste miodobranie w Afryce
walka z cieniem lipy
walka z cieniami Hadesu
greckie wyspy
cywilizacji swojskie znaki
wolności przedśmiertnej
pracowitej i okrutnej
Któż odczuwa pod stopą
obroty kuli ziemskiej
oprócz Carole King
poza niektórymi zwierzętami
Wszyscy tacy zagonieni
nieobecni w tym świecie
nie czują na sobie kosmicznych run… cum
za dnia
a przecież za dnia gwiazdy (też) są obecne
nad głową
a przecież Ziemia się rzeczywiście kręci
cały czas
Któż widzi jak wzrastają liście
na drzewach
poza niektórymi muzykami
którzy słyszą jak trawa rośnie
(oprócz samych drzew w ich ziarnach)
Kto z ludzi
odczuwa zło świata w każdym człowieku
grzech, który krzyczy w myślach
i czynach miliardów
poza Jezusem w koronie z róży
wszyscy tacy zaaferowani polityką
i spłacaniem kredytów
Tak, że Ziemia się kręci
bez udziału inteligencji i uczuć ludzkich
namawiam więc do przykładania
ucha do ziemi
dłoni do lustra wody
i serca do człowieka
DSCN1053 (2)a
Wczoraj zrozumiałem, że ten witraż nade mną
ta mozaika tęczowych wspomnień
to wciąż jedna kobieta
w sanktuarium mikroduszy
cudownie jedyna
jak w młodości
choć tak wiele ma twarzy
i wiele imion nosi
przeobrażona w spektrum miłości
przeobrażona w ciasnych zakrętach cierpień
przeobrażona w wybrankę serca
wczoraj była albumem fotografii
i tysiącem klatek filmu
mojego życia
teraz jest na piedestale mężczyzny
w jej ręku berło i jabłko
święta dziś
grzesznica kiedyś
jak ja
prześwietlona miłością
okrywa moją głowę czarownymi
dłońmi czasu
dłońmi wyciągniętymi w przyszłość
bajecznie kolorową
W szuwarach wesołości rozszumiały się plotki
dziewczęce niewinne
a potem dorosłe kobiety
poczęły kląć
Nagle z tataraku wiatr porwał gardłowe łkanie
zamiast perlistego śmiechu
świat poznał czarną prawdę
o feministkach
Tak naigrywał się w stawie
Strzyg nocą i w dzień
a miał być gąsiorem
do śmierci w święta
miał się rozpaść na pierzy puch
tak orzekły matki blożki
i premierówny szmateksolożki
na wieczór na kolację
miał Strzyg być gąsiorem
nie zdążył nawet zawyć
w gnijących wierzbowych liściach
złapany musiał udać się
na plażę dodową polską kobiecą
potrząsać uszytą z kolorowych okładek
przez TVN kiecą
i stracił pomruki rezon i płeć
a w szuwarach i w stawie plotkarskim
ani radości
ani treści
czasy nastały nijakie
Łatwiej odpowiedzieć na miłość,
gdy liście z drzew spadają
zabrać się z żurawiami
do ciepłych delt
Łatwiej gdy mróz zetnie wykroty
i koleiny na drogach wczesnnośredniowiecznej tęsknoty
do zakochania do poprawy bytu
poturlać się jak gruda
Z zębnych wiatrów zeświszczony zmierzch
nakłada się na kakofonię mruczących
kolorów rozpylonych sprayem
wprawną ręką półnagiej giewonciarki
z Krupówek Przedtatrza
a ty patrzysz na jej piersi i mówisz – kocham
bo zimno już
Możesz pierwszy odpaść od skalnej ściany
wyrywając linkę albo szkolną wycieczkę
polecieć do Słowaków i powiedzieć –
piany nie mam, piasku nie mam
a Słowińcy wymarli niedawno
jesienną miłość więc przynoszę Wiślan
łatwiej będzie się rozgrzać
i wtulić w puste gniazda z nizin
Łatwiej, mówisz?
a bo ja wiem?
ja nie nie nie wiem
marzę o delcie w Rumunii
może jestem wyłącznie
Białym kochliwym
z dżdżystego Krakowa?
Zanim noc zapadła
w snach
dni się wydłużyły
o jedną wojnę światową
we krwi pulsował pokój
ale nic z tego
Jakieś zwierzę przestraszyło żołnierzy
zanim wkradły się zmory w sny
rozbłysła jasność
miała być miłość na skałach Golgoty
mieli ludzie już nie zamarzać
pod jej szczytami
ten łańcuch górski Golgot odwiecznych
przechował echa eksplozji
przechował przez noc
eksplozja wywołana przez zdesperowanych głodomorów
jak z Kafki
zwiastował wojnę światową
była epizodem jak miłość
była epizodem snu serca
Znajdźcie mi promyk,
który bym ukochał bardziej
w jakiejś odległej krainie zrodzony
w bryle iskier z rzeki
lub jej wodospadu
niech do mnie przemówi
z odległego lądu dzikiej przyrody
w samotni mojej
zachodzi słońce nad wydmami
w życiu moim w czerwieni słońca
znikają kolorowe balony
unoszące się nad pustynią na tle gór
sucho w gardle
sucho w myślach
marsjańsko w pamięci
beznadziejnie w bezkresie państwa
świat zachodzi za demoniczną noc
a ja znów taki spragniony
zmięty jak sterowiec po katastrofie
jak niepotrzebna skórzana otoczka
gadziego jaja po wykluciu bestii
jak ugryzione jabłko
odrzucone przez Ewę precz
dajcie mi promień,
który jest wilgotnym oceanem łaski
na krańcach świata
niech stanie się życie
w moim sercu
Zaledwie jeden dzień
moich serc stworzonych
jeden dzień serc jak Orion
czułych, zadziwionych ciszą
gdy nadeszła noc miłości
w jednej lotnej strzale
wyzwolonych uczuć
przemierzyłem przestrzeń od myśli do słowa
od słowa do człowieka
Bóg stał obok
jak kibic trzymał kciuki
za moje galaktyki
Bóg machał szalikiem czasu
myślałem, że to był
jeden dzień miłości
przeleciał przez okolicę mojego urodzenia
przez miasta i wioski
a ja głupi nie przyglądałem się
ludzkim twarzom
dość uważnie
a ja nie rozmawiałem z przechodniami
dość składnie
mój jeden dzień
to było moje życie
Wtulony w swoje cierpienie
w obolałych pleców sumienia
roztkliwiony na gałęzi żalu
przeciążony myślami i uczuciami
pustynnieję w sadzie
w nadziejach soków drzew, kwiatów i pszczół
wyzbywam się otuchy wieków
W przodkach którzy dotarli na to miejsce
odkryłem prąd dzieciństwa dynastii
brodząc w nim bez strachu
W pradziadach widziałem zorze
narodu i przetrwania
płynąłem rzeką wśród śmieci miast
nic sobie z tego nie robiąc
strząsałem razy i rany
ze skóry jak z płaszcza
nie przejmowałem się szaleństwem władz
i płynąłem Wisłą pełną sprośności
w kierunku Warszawy
przede mną był błogostan przyszłości
w fajerwerkach synów i córek
jak mi się zdawało
teraz zgasł w bólach
wypączkował tą wielkość do oczu
przed ujściem rzeki dostrzegłem
pękającą tamę
Zewsząd zjechali naturyści boscy
przypięte ciała do skrzydeł
niczym nie osłonione
na brzęczących motocyklach
okrążyli mój dom
jak duże ptaki wzbudzili
powietrzne wiry wokół siebie
i mnie owinęli wokół swoich pieśni
Gorączka wiosenna odnalazła mnie
w podsuszonym igliwiu i czarnych szyszkach
zacząłem prawie wić gniazda na świerkach
dla moich sympatii
pośpiesznie przed burzą
Znalazłem odpowiednie rozwidlenie
przebytych dróg
w sam raz na puchowy schowek
Lewitowałem w snach półśnieżny
gdy otoczyły mnie istoty powietrzne
i w powietrze uniosły
rzekły: zostaw to wszystko
zrzuć ubranie
stalowe załóż skrzydła
fruń z nami tam gdzie
w przedziwnej ostoi czeka
prawdziwa miłość
na rozstajach czasu
DSCN0792 (3)
Jesteś tam,
gdzie chciałbym byś była
jesteś tą która powiła jaskółkę we mnie,
która wypuściła strzałę w słońce
moją indiańską wycieczką
W twoich skromnych – hwq
słyszałem odgłos prerii i stad
a potem wędrowałem z tobą
Jesteś ciągle w drodze
a ja marynarz z Myflower
żegluję na grzbietach obcych bizonów
kiedyś odkryłem twój ląd,
a jakże przyjazny i cierpliwy dla mnie
dla moich lęków i nerwic
niezbyt endemicznych i dzikich
jesteś jeszcze tam gdzie wymarzyłem
i jesteś kobietą z dziecięcych snów marynarza
wędruję ku czerwieni słońca
niosąc ciebie z dziecinnych łąk
z malutkich rączek
z malutkich rybek
z rzeki która wypływa w lesie przyjaźni
w lesie jaźni
w lesie gdzie śni
mój anioł dzieciństwa
idę do ciebie
płynąc na falach
tłumów bizonów bufonów
w środku miasta
miły obraz umierania
w środku dziczy polityków
nowego świata obywateli
zielonej prerii
wyspy obfitości dla
niewinnych kochanków
W mojej małej siedzibie
jak sporysz kołyszę się na wietrze
razem z moim chlebodawcą
oni wywołali wiatr
oni zasiali zboże
a ja ziarno burzy
(o którym jeszcze nikt nie wie)
żerując zagrażam
technicznej postawie polityka
odnalazłem moment rozchwiania
systemu propagandy urodzaju
więc wcisnąłem stopę
wbiłem szpilę
wsypałem piasek
i odbieram rozedrganie głupka za sterem
państwowej nawy
Ptak uwił gniazdo nad wejściem
do mojego domu
zachęcony moim trelem
i koloraturowymi westchnieniami
jak oddech wzrastających szyszek
potem ogłuszyłem go
metalową burzą
i to wtedy gdy miał się wykluć
Tak w życiu zachęcałem dziewczyny
by je potem pozbawiać złudzeń
zachęcałem w zbożu plony
jak sporysz
Zniechęciłem za to polityków
wniebogłosy żałosnych
chcących rozpaczliwie
rozkołysać przyszłość do dobra
greckich pól logiki
bez sukcesu
(tylko balans pozostał
dla mas)
Płakałem dzisiaj cały dzień
w pracy
bo straszny polityk zawitał
na przeszpiegi
w korku płakałem
bo straszny bałagan
płakałem w ogrodzie
bo sroki zniszczyły gniazdo
i porwały młode zięby
płakałem bo piekły mnie oczy
ze zmęczenia
bo spać nie mogłem całą noc
komary mnie pogryzły
i zawistny kuzyn obmówił
bo sąsiad naruszył po raz kolejny
mój mir domowy
płakałem bo wieczorem
potwornie bolał mnie kręgosłup
i zobaczyłem jak bestia
zbliża się do okien domu
a potem do kolebki
ze śpiącym synem
płakałem bo przypomniałem sobie
grzechy moje z mijającego dnia
a potem
w blasku północnej lampki
o tym kogo i jak zamordowano
z rozkazów Dioklecjana
za miłość
za chwilę
przestałem płakać
Przesączyć życie przez gazę
rozlać do butelek i słoików
w momencie średniowiecznym
natenczas dojrzałym
W kilkuletnią noc zmierzyć się
z własnym osadem i fusami
oddzielić je od istoty przetrwania
od sedna snów
Słodycz miłości prawie dziecięcej
uchwyconej w zapachu siana
w letnią noc na Mazurach
poznanej w smaku wina
gdzieś w zatoczce bezludnej
pomiędzy Śniardwami i Mikołajskim
w ramionach nastoletniej dziewczyny
z krakowskiej Olszy
nad Soliną
Przesączyć przez sny jej zapach
i smak ust
naturalnych jak letnia łąka
pod gwieździstym niebem
wyrazistych jak tęcza po lipcowej burzy
Włożyć do słoika i zakręcić wieczko
zamknąć esencję młodości dziewiczej
jak dowód zbrodni
popełnionej na sekundach
w sobie samym
Serce składa pasjans życia
nawet gdy boleje
nad własną rzeką siadając
zawodzi by milknąć na zmianę
Serce emigruje dobrowolnie
nie wygnane nie rozproszone
wśród wrogów
odkłada lutnię spokoju i radości
odsuwa ją daleko od siebie
i zanurza się w obcych wodach
by poczuć całkowite odrzucenie
prawdziwą samotność w bezkresie
swój brzeg określa jako grób
a nie obiecaną ziemię
patrzy nań tonąc na środku rzeki wyjścia
Serce niezmierzone rzuca się w otchłań
serce bezgraniczne pędzi w nieskończoność
serce roztęsknione nie daje się utulić
serce upodobało sobie słowa wzniosłe
w nich upatruje miłości
bezbolesnego początku jak i końca
rozkołysania fal w nim samym
nasłuchuje echa
pieśni z dna
pieśni powrotu z poza siebie
sekwencji bólu istnienia
Jej ciemne przygody
pełzające w trawach
pokryte pogardą
wybujały jak jej serce
odkryły mgliste poranki w zaświatach
zbudziła słońce
w rzeczywistości ceglanej
na złomowiskach uczuć
będąc stworzoną dla twórczości
poświęciła się dzieciom
bardziej kreatywnym
jej myślenie o Bogu
największym Stwórcy
było jak płomyk świecy
oświetlający najstarszą ikonę Chrystusa
jej mądrość nie była
złowieszcza ani ciemna
lecz wepchnęła ją w ciemne przygody
gdyż mądrość zbełtana
na skraju lasu monsunowego
wpadającego do wulkanu
nie dźwignie lotu w przepaść
nie wyląduje jak motyl
na rozkruszonych uczuciach
pośród koralowców lub orchidei
gdy wyląduje tam
będzie jak piasek żup solnych
i zastoiska asfaltowego błota
w jej kreatywnej tęsknocie
sztuka pojawiła się jak ocalenie
obrazy fantasmagorie zjawiska
irracjonalne modlitwy złożone
z zapachów i smaków
czciła Stwórcę w locie
powtarzając akty strzeliste
tulipanowi przed obiektywem aparatu fotograficznego
czciła Stwórcę
potrząsając aparatem przed pyszczkiem jaszczurki
zdejmowała chmury strząsała pyłek
traw wprost w ramy na kanwy
zwyciężyła w przygodach i odwróciła
kartę wygnania
odrodziła się w pieśniach
dla dorosłych
Liczył na swoich wyznań tchnienia,
co są jak meteoryty
przedzierające się przez chmur zawoje
pragnął zdzielić toporem przestrzeń
poza czasem zbudować cokół
udało mu się rozrąbać społeczność
i już wie, że agonia miasta
jest niemal pewna,
lecz nie będzie rozbłysku
na koniec tyrady
nie będzie słyszalne westchnienie
nie będzie odczuty ciepły powiew
zgon zgon całej wycieczki szkolnej do Warszawy
w ósmej klasie
zgon jego piłkarskiej drużyny,
w której grał
wreszcie jego klasy maturalnej
następował jakżesz cicho i powolnie
w oparach mgieł solnych
lecz jednostajnie miarowo permanentnie
oddawali ostatnie tchnienia towarzysze Peerelu
i znikali ze zdjęć
wyznania pożółkły na kartkach
i tylko serce przetrwało
bo zawsze miał nadzieję
jak topór
Niebo nie zawstydza
bo jest w nas
cierpienie wielkich sfer
odtwarzane w nas
w kółko w kółko jak płyta
galaktyki nie zgłębianego cierpienia
obracają się każdej nocy na niebie
które jest w nas
chcemy wyzwolić się z kłopotów
ratując krople prawdy w sumieniu
strumienie wiary w samoświadomości
wielkie rzeki nadziei we własnym ja
myślimy, że tortura przeminie
gdy lodowiec ogarnie wszystko
wokół i w nas
chłodna wygoda codzienności
w uczuciach i zaspokojeniach
marzy się płciowym istotom
a woda i czas płyną
jak chmury po niebie
jak natręctwa myśli
w szarej masie głowy
niebo kręci się jak karuzela
patrzymy na torturę nocy gwiezdną
i nie wierzymy w nieuchronność bólu
patrzymy na komety przemierzające
czarne sferyczne przestrzenie spadochronu
na miliardy spadających gwiazd
i nie wierzymy w cierpienie,
które nie zawstydza
krąży nad nami
jak kosmolot jedyny pojazd
mogący nas przenieść
na drugą stronę
nas ze śmiercią wpisaną w serce
wielką jak noc
Wewnętrzne przeżycia chłopca jagnięcia
w złotoustych czasach
w miododajnych przekazach
nie były jaśminowe
były raczej speleologiczne
dla zdrowia raczej niekorzystne
gdyż płakał przez nie nocą w koszmarach jaskiń
i spadał w szorstką otchłań szybów pokopalnianych
w pokoju na poddaszu pognębionych
tłumił w sobie płacz
– odlatywał jak ptak z Araratu –
gdy wyglądał na ulicę zza firanek
połykał łzy skarcony przez sąsiada
rzemieniem unurzanym w mące
ale w dziennych potyczkach
podwórzach propagandy
mienił się przywódcą dzielnicy
sukcesów od niechcenia
sukcesorem historii przedkomunistycznej
mienił się by wyżarzyć i zgasnąć
umarł gdy na Księżycu
wylądowali jego wrogowie
postawił stopę
na dojrzałej planecie kochanków
zgasł w odpowiedzialności
i nadeszła nowa era
Tajemnej sile chciał podziękować
bo nie rozróżniał opłatka
od tarota
wniebowzięty służył kobiecie
a leśne strachy okazały się grzechami
kobieta uklękła przed nim
czcił skrajny hellenizm w masach
dorastając w polskiej uczelni nadrzecznej
aż postpunkowe przywary obnażyły w nim
martwotę bezbożnej nauki
gdy wylądował samolot samotności
wysiadł z niego wraz
z tłumem kibiców zdążających
na ustawkę miłości (nie do kibucu)
on miał puste ręce (bez kastetu i maczety)
a one naprzeciw (tylko) skromne pejcze
bity do krwi ostatniej
westchnął zwiesił głowę i został pilotem
(by) znowu poderwać maszynę z rzeki
i cmentarza pradziejów
prostota spowiedzi w skrajnych stanach
odrodziła jego pragnienie wędrówki
rejsu lotu
z Argonautami przyjaźni płynął
we mgle miłości w listkach komórkach promykach
w molekułach usłyszał głos
jak drżenie rozeschniętych desek poszycia
skrzypienie desek na kapitańskim mostku
skrzypienie wieka trumny w ładowni
łopot pirackich żagli i świst wiatru
w olinowaniu masztów i bukszprytów dla mew i Charona
przykuty łańcuchem do miłości
nie zawinął do żadnego portu żalu i zmieszania
.. dzielny jak Odys
nie zagubił się w złodziejskiej zatoczce diabła
popłynął dumnie na kraniec
świata człowieka
do Raju, który
czekał za tajemnicą jego wiary
W imię wędrówki przez pustynię
w imię gwiazdy
w imię miłości
do kwiatu celu dziewczyny
wyruszali wojownicy
krwią znacząc drogę
w bezkresnej pustce kosmosu
w samotnej otchłani
swego serca
ich los przypieczętował
grzech pozbawił nadziei
litość przyszła na skraju czasu
i wyzwolenia bliscy
zawrócili znad molekularnej przepaści
by wypłynąć z prądem oceanicznym
myśli gotowych na wszystko
i odnaleźć zwykłe stworzenie
zakrwawione brudne zmiażdżone
ufnie patrzące im w oczy
szepczące: zaopiekuj się tylko mną
Atom do atomu
Księżyc nad linię horyzontu
zgubne wpływy wpatrywania się
w gwiazdy
zgubny w żyłach napięcia fałsz
serwowane anaboliki poezji
na zatracenie cząstek
neutrina mezony przez parseki uczuć
wiersze w wieczorach
wieczne apostazje realności
mikroskrytki w myślach
atom do atomu
oko do oka
ząb do zęba
rzęsa do rzęsy
łza do łzy
wpatrywanie się w kobiety
wypatrywanie zachodów Księżyca
ledwo dniejących wierzb
by zapłakać
monstrualnej drogi
do wyciągnięcia nóg
noga do nogi
ręka do ręki
przenieść się z komórki
do galaktyki
zanieść siebie w brzask
armii atomów
na Zachód
Aksamitna noc nie nad Tell el-Amarna
lecz nad Beskidem
smutek pielgrzymów ten sam
dokąd pielgrzymują w samochodach
zdążających na Południe
dokąd lecą na złamanie karku
jak ptaki
noc skrywa zamiary
ludzie kryją się w lasach
jak mumie w nieodnalezionych jaskiniach
splądrowano piramidy
zniszczono gniazda
ptaki i mumie chowają się
w ciemnościach Afryki
Polska wyludnia się każdej zimy
gdy katastrofa nadciąga
jak kolejna dzicz ze Wschodu
noc drży w migotaniu gwiazd
a ja płaczę nad brzegiem autostrady
gitarę zawiesiłem na znaku „stop”
za wzgórzem płonie miasto
słychać gąsienice czołgów
i miażdżenie kości
mumie nie zdążą
ptaki nie zdążą
Polacy umkną
w ostatniej chwili
ukryją się
w górskich sanktuariach
a ja…
spłonę nad akadyjskimi tekstami
jak ibis
Stella Maris patrzy na północ
z miejsca gdzie zaczyna się rajski ogród
patrzy na muszle wyrzucone na brzeg
patrzy na wraki statków
płytko zakopane trupy zmarłych na cholerę
patrzy na skorupy glinianych naczyń,
które zebrałem w Cezarei
a teraz trzymam stojąc na brzegu morza
u stóp Karmelu
w zatoce
śródziemnomorskiej plaży
ktoś gra na trąbce melodię „Czarna Madonna”
a ja zapatrzony w artefakty cywilizacji
opuszczam redę zaczynam wchodzić do portu
mojej wodnej cywilizacji
radość przebytej drogi w moich strofach
świeci jak morska latarnia
dla statków kosmicznych
(skończył się sierpień)
Dzisiaj jest piątek
siedzę na parapecie okna
patrzę na stary zegarek
liczę krople deszczu
liczę kormorany i kartki z kalendarza
jak sekundy
liczę zięby na niezliczonych ziarnach słonecznika
od rana leje jak z cebra
w ten wrześniowy smutny dzień zwycięstw ducha
myślę o jaskiniach homo neandertalis
i klimatyzowanych apartamentach w Burj Dubai
myślę, że nie jestem człowiekiem
zbyt głęboko oddychającym
stęchłym powietrzem dominacji
by dać się zamknąć w czymś takim
liczę nogi nie skute łańcuchem
liczę ręce nie związane wierzbowym łykiem
liczę palce u nóg
zwisających nad przepaścią miasta
liczę nietoperze w swojej głowie
(moja głowa wciąż mroczna jak jaskinia)
i maszty żaglowców na morzu tysiącleci
skąd się wziąłem nagle w tym sierpniu
skąd w oknie – nie wiem
skąd przegrane bitwy na nizinie pode mną
skąd samoloty ze swastykami
strzelające wokół kartoflami protestanckimi
i spirytualiami pruskiej szlachty
nie wyleczony solipsyzm
jak nie wyleczone porażenie rzęs
nie odgadniona dziewczyna
poza czasem
nie odnalezione pochówki homo sapiens w brązie
mijające) dziesięć tysięcy lat
– i ta naprawdę cudowna ciepła sierpniowa noc
czeka za ścianą chmur
strach przed.. homo sovieticus sapiens
ile palców będzie miał homo sapiens sapiens sapiens?
biały kormoran bezsenności
i chłodem wyimaginowanym topniejących na niby lodowców
tworzących jeziora i bagna
jak samotne chwile w jaskiniach
piątek przyszedł z zewnątrz
jaskiniowiec w Ja
DSCN1338 (2)aa
Strojąc duszę
do wielkiego forte
na walki kosmiczne
duszę zbierającą siły ziemskie
nadszedł mocarz narodów
stanął pierwszy w dolinie
kometa przemierzyła niebo
lekki zapach Drogi Mlecznej
historia zatacza ko…ło
księżyc nocą rumieni się
anioły krążą wokół
leśnej myszy
wychodzi spod kokoryczki
zmienia się w człowieka
jest potrzebny człowiek
na odwieczną bitwę,
który poprowadzi ludzkość
do nowej ery ducha
(Słowacki, Aleppo… )
kosmos potrzebuje
dziś narodu i bohatera
duszy brzmiącej jak organy
skalne Himalajów
tokkaty grzmiącej
nad stworzeniem.. świetlnym
duszy potrzebna jest myszka
bujająca się na belce bajki
i przemiany w człowieka
heros zginął nagle
nadęty zbyt wcześnie
przez słoneczny wiatr
W takiej samej kolebce
wykołysany co Herkules
otworzyłem oczy szeroko na świat
które w nich zagościło
pozostało do dziś
potem ktoś pochylił się
nad twarzą dziecka
cień padł na czółko i brwi
potem Hydry się zleciały
by tarmosić becik
Harpie i Holofernesy
zamrugało do nich powiekami
raz dwa trzy
i potraciwszy głowy poznikały
w czterech stronach świata
porodzony pozostał tylko i kobiety
w kątach pokoju
z czterech jego ścian
wyleciały gołąbki Picassa
małe rączęta różowe
uniosły węża w powietrze
i rzuciły nim o piec
wąż rozpękł się na kawałki
i tak powstało wężów tysiąc
chwil gryzących boleśnie
w piętę
tym dziecięciem byłem
może rok może dwa
by szybko dorosnąć w dziennym koszmarze
uzbrojonych hien
niespotykanie szeroko otwartych oczu
dzień nigdy nie stał już za brzaskiem
świtem przed zachodem
w wojnach bitwach kampaniach
środkiem nocy
polowań na demony Hunów Chanów Humerów
już zawsze był
Otoczaki obracane przez
galicyjskiego Syzyfa pięły się w górę
po ogień z Olimpii
i dym z wyroczni delfickiej
jeden kamień literatury
pięknych łez narodzonego
drugi kamień poezji
snów zamarzniętych czterolatka
trzeci kamień muzyki
snów nadąsanego czternastolatka
czwarty kamień filozofii
snów czterdziestolatka
które obrosły mitem
toczony kamień jak sam mech
objęty jest ścisłą ochroną
Obserwuję jej serce
na noszach Księżyca
patrzę przez lunetę
reguluję ostrość
balkon z którego patrzę
w bezchmurną noc
trzęsie się cały budynek
wybrukowaną ulicą przejeżdżają czołgi
potem przepędzają stado byków
na corridę
wreszcie dziesiątki jeźdźców w szalonym wyścigu
kołysze się doniczka na parapecie
moje serce próbuje ją złapać
zdołało uchwycić kwiat
moje serce trzyma kwiat
a doniczka leci na kocie łby
żeliwna barierka balkonu odpada
kamienne podpory kruszą się
zdziwiony ściskam lunetę
przygarniam do siebie
zaczynam lecieć do wnętrza
hiszpańskiego miasta
upadam na powierzchnię Księżyca
tuman kurzu zakrywa
moje nagie ciało
staczam się po zboczu krateru
turlam się z lunetą
z kwiatem wbitym w serce
na dnie turlam się
do białych noszy
dotykam ich
zasypiam na zawsze
śmiertelnie poraniony
wcale nie magnificencja i eminencja
do ciebie ekscelencjo
piszę te ciepłe słowa
bo detektor moich nastrojów
już nie wykrywa gniewu
urywa się irytacja z korków na autostradach
peregrynacja bólu po infostradach
przechodzących szybko w neurostrady
z tych samych pni i gałązek
jak lewitacja beznadziejności
państwowych myśli
w wolnym powietrzu moich płuc,
że piszę do ciebie wybacz
kacie mój za zbyt ostre słowa
w czasie egzekucji
wypowiedziane pod gilotyną
moja głowa
potoczyła się wściekła
lecz w koszu obok innych
(jakież zdziwienie)
że na koniec
ciepło wybaczyć trzeba
W kronie tysiąca snów
zachodzi słońce tylko raz
mały gitarzysta zamiast na gęsi
przemierzać fiordy
sepleni wplątany w struny
wyszarpuje z nich palce i włosy
zachodzi słońce dźwięków i myśli
odgłosy chmur i wiatru
stają się muzyką awangardową
gęsi jak obrazy i litery alfabetu
kluczą po niebie wysokim
nie odnajdują ciepłego kraju
za to mają dla siebie
czarodziejskiego gitarzystę
na skrzydłach riffów i refrenów leci
zapamiętany w sobie
przyrodzie i historii
jak legenda i baśń
przemierzająca Europę z Laponii do Itaki
by upaść w sen
Myśli krążą wokół słońca
jak anioł który spłonąć nie może
a jego ogień jest po tysiąckroć gorętszy
myśli krążą wokół grobu
jak człowiek który umrzeć nie może
naznaczony grzechem
może z niego już nie wyjść
myśli krążą z aniołami
lecz i anioły upadły
człowiek ma oparcie na ziemi
ziemia jest tak blisko
myśli o sobie i o swoim życiu
jest ciągle przerażony
nie ufa nawet sobie i aniołom
ale słońce wciąż świeci
i myśli rzucają cień
Wykropkowany gadżet
pokrył się cementem
odstał swoje
tak, że go wiosna nawet nie zaskoczyła
był we mgłach i łzach
a potem w cemencie
rozmazane kropki
miał za kto wie co
czerwone były kiedyś
póki mu nie puściły nerwy
przed randką
o mało nie rozbił się na moście
nie dostarczony o mało co
nie wręczony prawie
przez tą trzęsiączkę
gadżet zmiękł
w trakcie randki
może po przejechaniu przez tira
może od dotykania króliczą łapką
się wziął i rozmazał
w smutku i użalaniu
odstawiony na kredens
zmumifikował się prawie
przestał odbijać światło
jak szyba w oknie lub karafka
zszarzał do cna,
gdy ruszyła budowa marketu
cielesnych rozkoszy dla
trefnisiów transwestytów i towarzyszy
z budowy dodmuchało pył
jakieś turbiny czy kośne wiatry
pył biały na osiwienie
na otępienie
gadżet skamieniał pokropiony święconą wodą
gadżet – serce bezużyteczne
na końcu stał się skałą
gotową do wyrzeźbienia głowy
sporej głowy
W miłości przez życie
z filozoficznym zawołaniem
w jedności z kobietą
wynurzałem się z fal zalewających miasta
kataklizmy dotknęły ciała
katastrofy rozsadzały serce
ledwo odratowany po tylu powodziach
tsunami i po tornadach
wskrzeszony obok stopionego rdzenia reaktora
wzbudzony w cmentarzach systemów
odrodzony z epidemii głupoty
kochałem wciąż jedną kobietę
idącą przez Ziemię jak wiosna
wiozącą moje słabości na swoim oślęciu
przez płonące miasta i lasy pędziłem
męski jak bogowie Rzymu
potężny jak wspólne duchy Akkadu i Sumeru
przekroczyłem wielkie rzeki cywilizacji
wspiąłem się na śródziemnomorskie kolosy lęku
w miłości zaufany zadufany
dzięki kobiecie
odnalazłem bramę mądrości
prowadzącą do kryształowego
W skuleniach wyprostowany jak struna
a początek drżenia w niebiosach
mniemający w odpowiedni sposób,
że trzeba być usłużnym
tak wychowany
tak zastraszany
można wymieniać demony po nazwisku
przywoływać wiedźmy
z Uralu
dygoczący całym sobą
w stanie wojennym ulotek i piwnic
zimne posiłki zimne pokoje
(posiłki nie nadeszły
pokoje zahuczały bitwami)
ogień na ołtarzach
(ołtarze w hutach)
w katedrach głów i pięści
w poskromieniach ambicji..
ulepiony z haseł
jak szczur niezwyciężony
w odnowionych śmietnikach
pełzający przez świat
w prokreacji spakowany jak pigułka
na wielkość narodu
po odtrutkę lekarstwo na cynizm
wiele razy dzwonił do drzwi aptekarza po nocy
bo kotłował się antyseptycznie
(na resztkach powietrza)
w granicach państwa na krańcach,
gdy zamrugał oczętami lekarce i dojarce
poznały jego fobie
przytuliły się obie
ogrzały jego namiętności w granacie obronnym
raził potem setki kilometrów
od domu
rozprężony jak wybrzmiała struna
dźwięk dzwonu zamienił się w echo leśne
chociaż z jego konwalii wychynął zapachem
nawet struna się zadziwiła
jak można wzbudzić taki dźwięk
poza czasem
w cyfrze
(w ciemnej dolinie psalmów
w cytro-lirze)
Wiele wskazywało na to,
że cukierkowe spoty skończą się
wraz z tą kampanią
jednakże po kampanii zaczęło się
w tiwi oziębiać
celebryta znalazł bowiem kulę śniegową
i zgodnie z jej logiką
otoczył się ujemnymi ładunkami
więc przybrał na wadze
spoty stały się bardziej celebryckie
i nawet premier okazał się
bardziej ohydny od publikatorów,
które polewano gnojówką z pokrzyw
w okienku pojawił się miś satanista
sypnął wulgaryzmami na dzieci
odsłonił zęby i bliznę
zebrał brawa w studio i zabrał krzyż
po prostu zdjął ze ściany i wyszedł
plakaty jak zombie otoczyły miasto
wypełzły z bieda-dzielnic
i zadomowiły się na domach centralnych
nie prywatnych
ktoś krzyknął: to już było
za Kiszczaka Moczara Olszowskiego
ktoś odpowiedział
był brąz było żelazo było złoto
czas na efekt błota
miedziane czoła wyzłocone
(to normalność – szarość – banał)
aktor wyciągnął rękę
pomalowano mu złotolem paznokcie
założono pilotkę luzaka z tokszoł
gadające głowy potrząsnęły głowami
(jakby narodami)
tłumacz zamrugał
zbawca wystąpił
w ostatnim spocie
po czym
przyjął pozę gladiatora z boiska
dożywotnio już
zombie w centrum wyszczerzyły zęby
W tych głupich snach
aranżacje jak firanki
przesłaniały częściowo widok
a bluszcz treścią wił się w oknie
jego macki niespokojne
szalały dając dowody żywotności
firanki pełne roślinnych motywów
zanudzały odsłonami
a motyw wiądł w oczach
jej wielkie oczy będące kiedyś studniami
dziś stały się zjawiskowymi oknami
w spojrzeniach i w patrzeniach
pogrążyła krajobraz bez reszty
myśl przewodnia
jakżesz się wiła w ciemnej zieleni
słowa i melodia
jak burze nadchodzące z zachodu
powoli wypełniała przestrzeń
miłość otoczyła dom
zajmując drzwi, okna i komin
przejmując na własność ściany
zaaranżowane przejęcie
z pomocą skłonności, historii i senności
miało odebrać mnie rzeczywistości
utkanej z woli i wiary
i faktycznie pieśń wdarła się do wnętrza mojego domu
młodość osaczona nie miała drogi ucieczki
rozpierzchła się jak baranki boże
wiek męski zawył jak zwierz
starość zagrała na trąbicie
miłość jak bluszcz zacisnęła się na sercu
a ja stałem obok domu
wśród drzew na zewnątrz
przyglądając się
(moim owieczkom niespętanym
skubiącym trawę spokojnie
na hali wolności)
firankom w oknie
Akurat nie
nie teraz
a przecież
ty zawsze
przecież wiesz
skoro jesteś świtezianką
jakżesz piękną
a przecież
w burzach śnieżnych
nie zamarzłaś
w moim sercu
nie nastręczałaś problemów
z przekolorowaniem
światła w krasnych jaskiniach
moich myśli
jak kropla
jak sekunda
jak plusk
na dno mojego życia
musisz rozwalać
ten stalaktyt
gasić swoje oczy
gdy nagle przestałem
pisać o tobie
By kochać trzeba śnić
by śnić trzeba być dzieckiem
dziecko to symbol miasta
miłość nawiedziła miasto
w ruinie
matka zabiła dziecko
Oliwka jest cywilizacją
wyrosłą z pestki wiary
dojrzewającą na kraterze ofiary
tłocznia stoi na kartach Księgi
nad przepaścią sumienia starca
winnica zdeptana
przez dzikie zwierzęta
wieża strażnicza
powalona przez trujący bluszcz
Nawet dzieci wyrastają na zbrodniarzy
a prorocy bywają zaprzańcami
wcześniej dzieci są masowo zabijane
przez budowniczych autostrad
dzieci nie winne
dzieci zrodzone z miłości
by śnić spokojnie dzisiaj
trzeba być płodem
Boleść jest naturą drzewa
płaczą wierzby
dęby łkają
łzy spływają i kapią na zimię
z obciętych ramion brzóz
cierpienie aniołów zaklętych w świątki
posągów w pogańskiej gontynie
znane jest wszystkim
zmarłym na cholerę
pochowanym zbiorowo pod lasem
frasobliwość spróchniałego klonu
wśród czarnych pól przeoranych wojną
wystawiona na próbę chmur
limba znad Morskiego Oka
i sosna nad przełomem Dunajca
serce samobójcy skaczące
z Sokolicy w gliniane fale
wiosennej rzeki
jak sosnowej trumny w grób
ból każdego dnia człowieczego
w sztachetach płotu
rozeschnięty parkan brama i wiatrak
drewniane gumno chylące się do ziemi
wóz drabiniasty ciągniony przez konia trojańskiego
pełen drewnianych franciszkańskich ptaków
co przysiadły na nim
przybite ciężarem nie swoich grzechów
wśród wiejskich sadów
wóz podąża na Zachód
spala się powoli w blasku czerwonego słońca
które jest spełnieniem i celem
dla gnijących liści
stosem dla pokutnych ołtarzy
przetrwaniem eremity
w drewnie zaklęta zabrana z drzewa
ośmioramienna gwiazda
poety anioła
przybita do krzyża lasu
krzyk drzewa zapala las
Jej słodkie oczy
popełniły zaproszenie na ucztę,
która zakończyła się w gorzkim morzu
popełniły wskazanie miejsca
za stołem
wśród solniczek i czarnych placków
asfaltowych mlaskań
trwało to chwilę
zwaną potrąceniem kryształu
oczy zamrugały
przemowa została zakończona
wewnętrzne słoności
wypłynęły by cucić
oczy popełniły otchłań
dworcowych rozstań
zamiast pociągów z dworca odpływały żaglowce
cień rozmazanych ciast
w kawiarenkach
bydlęce wagony na bocznicach
dla pozujących celebrytek
oczy zawarły podwoje
a w nich zawarte były uczucia,
których nikt nie odkrył
i nie odkryje
wpatrzony popełnił zbrodnię
zakochał się i odjechał
zgorzkniał w eremie
głodny i spragniony
wśród zrujnowanych akweduktów
i wyschniętych fontann
pokutnik słupnik miłośnik
niebo spełniło dla niego
oczy niebieskie
a z nim
pozostała sól ziemi
Już więcej nigdy
nigdy więcej
ale za morzem
jest chwała
za morzem namiętności
oswobodź swoją przebiegłość
idź na barykady
zajmij pozycje na tysiąclecia
jesteś chińskim dysydentem
jesteś filozofem
z Indii
z pestki
jesteś lewitującym prorokiem
z Tybetu
z muszli
ciągle głodnym dźwięków i spojrzeń
Już nigdy więcej
nigdy nigdy
jak wojna dała chwałę trupom
tak miłość samounicestwieniu
poproś serce o chwilę spokoju
duszę o jasną pustkę
swoje wnętrze o biel
i jednostajny ton dzwonu pamięci
nie jesteś walecznym Hetytą
lecz bronisz pokoleń Izraela
jak Uriasz
niesiesz falangę i żelazo
na zagładę Hattuszy
płyniesz z Persami pod Salaminę
by rozbić potęgę Aten
ale gołąb z twej arki
już nie powróci
zza morza namiętności
nigdy więcej nie podniesiesz
ręki na Grecję
Wtórują mi zewsząd
świsty wiatrów północnych
każdy chce do mórz ciepłych
(jakoż i ja)
a ja teraz na fujarce z wierzby popiskuję
majtam nogami na gałęzi dębu
odgarniam włosy z czoła
targnę powietrze jak nadzieję
chłodnego października
roztkliwiając łagodnością
słowiańskich leśników i drwali
potrząsam głową zakręcam palce
na dziurkach
ptaki ciągną rozerwanymi kluczami
nad moją chorą głową
ledwo sięgam ręką
ale wyłapuję je pojedynczo
przytulam głaszczę dmucham
im w dzioby i wypuszczam
macham ręką do tych co w dole
kuropatw i bażantów
to moi wierni druhowie
potrafią zamarzać ze mną wszędzie
gdy odwrócą się wszyscy boscy ludzie
gdy lodem skują się strugi
i oczka wodne w ogrodach parweniuszy
gdy śnieg pokryje wzgórza
a las zmieni się w katedrę Laponii
dla nocnej fugi zagranej na organach żalu
zamarzłem w ludzkich spojrzeniach
wystygłem w ludzkich sercach
w środku lata
mogę i potrafię zahibernować się
razem z umierającym na brązowo październikiem
na moim dębie ostatni liść i ja zasuszony
jak moja niesforna grzywka
odwraca się do słońca na przekór
za późno jednak na wędrówkę
przez kraj nachylający się ku górom
liść zerwany spływa skosem
w gnijącą trawę
zeskakuję z dębu
łamię kręgosłup
wpadam w grób
nieruchomieję w sobie
i w Polsce zatrzymanej
w czasie
We wnętrznościach czarnej góry
zwanej sumieniem
tajemnicze rytuały
zakapturzonych mnichów
mamrocząc modlitwy spacerują
pod skalną kopułą,
z której wystają korzenie śmierci
śmierć przebija skałę
i czaszki mnichów
głowy spuszczone na pierś
kaptury na czoło
przerażenie w oczach
wśród drgających rzęs
Do jaskini sumienia
nie dociera poblask Paryża i Vegas
jest za to katownia Kremla
i Dolina Gehenny
słońce tylko czasem nieci brzask poranka,
gdy miłość matki i dziecka
ślizga się nad horyzontem
po trawach zmrożonych zroszonych zdeptanych
w dzieciństwie
W jaskini życia
mrocznych cywilizacji grzechu
płonie ogień i w tyglach i w kadziach
bulgoczą roztopione metale
żarzą się węgle
jednakowoż dobyte z wnętrza Ziemi
purpurowieją noże i ostrza mieczy
latają iskry nad młotem Thora
i tarczą Achillesa
grzech wali hukiem i wrzaskiem
atakujących stad i hord
sotni i falang
a mnisi spacerują i modlą się
szepcząc komplety
W wnętrznościach czarnej góry
ludzkość przemadla nowe
obmyśla przeprosimy
przełyka upokorzenia
tęsknie spogląda ku wyjściu
gdzie lewituje srebrzyste niemowlę
jak listek kołysze się
na świetlnej fali która spływa
wśród kości i czaszek
do stóp Demiurga podtrzymującego
płomień wielkiego ogniska cywilizacji
sumienie bulgocze
góra drży
wulkan ludzki
ciągle przed erupcją
Problematyczna podróż koleją
do wnętrza Ziemi
a jednak wyruszyłem
zagnieżdżony w odwiecznym
ruchu koła
byłem sam przez wiele lat
jak Szymon Słupnik
wyniesiony wysoko przez ludzi
błądziłem myślami w chmurach
modląc się za nich
dzień i noc
w słońcu i burzy
nie miałem dzieci
gdyż odeszły na górską wspinaczkę
z reżyserem filmów o głębinach i szczytach
pozostawiły mnie w eremie
uściskawszy pierwej
nie miałem nocnych widzeń
gdyż patrzyłem w gwiazdy bezpośrednio
widziałem bitwy na niebie stale
prawdziwe bitwy niebios
ani dachu ani kapelusza
nic nie miałem
zwieszałem głowę nadludzkim wysiłkiem
w czasie snu jedzenia innych ludzkich czynności
kruki mnie odwiedzały
kruki dawały pożywienie
i lekturę pisma
przynosząc w dziobach ser i papirusy
Ohydne bitwy w trawie
mrówek zabalsamowanych
ze skorpionami porządku i skarabeuszami destrukcji
były spektaklem, na który musiałem patrzeć
odkryłem tu swoją nogę lewą
potem prawą
odkryłem dawne przyzwyczajenia
pisanie listów
napisałem piórem kruka
atramentem niewiedzy na komecie Trojan
kometa spadła na ziemię
uderzyła w Achillesa
potem w Troi zrobiła dziurę
do wnętrza Ziemi
rosyjski pociąg wjechał w nią
kołysząc się śpiewająco od modlitw zesłańców
zeskoczyłem z mojego słupa
pobiegłem za nim
wskoczyłem do ostatniego wagonu
chcąc być z moimi zesłańcami
przejść przez dantejskie sceny Syberii
przenieść przesłania wieszczów
przez środek Ziemi
aż do renesansowej Florencji
Wtórne wstrząsy w płucach
pierwotne w sercu
ciemny wybuch wulkanu w głowie
rozbłyski lawy w oczach
(powtarzające się stale co tysiąclecie)
fontanny iskier
ogień zapatrzenia
ona szła korytarzem
przed mną
wyniosła spokojna jasna
daleko przed mną
w krótkiej czarnej sukience
letnia zwiewna jak bryza
znad oceanu
ja stąpałem daleko za nią
bardzo ciężko
jak grizli przedzierający się przez
gęsty kanadyjski las
nie mogłem jej dogonić i dosięgnąć
patrzyłem jak znika
we wnetrzu rakiety
gdy ucichły odgłosy erupcji
pozostały mroczne echa
symfonii ducha
łamanych gałęzi
deptanych przed chwilą paproci
dudnienie stad w ostępach serca
pomruki z dzikiego lasu
w głowie
trzewi wyrywających się
z przestrzeni zapatrzenia
splecione dłonie w modlitwie
do świętego od trzęsień ziemi
statek na redzie gwałtownie
zepchnięty odpływem na pełne morze
żaglowiec nie mogący dotrzeć do kei
w kolejnym halsie
i bezwietrzność zapadniętych płuc
Klimat na Ziemi
zmienia się co jakiś czas
cierpienie jest stałe
(od poczęcia ducha –
zmienne kosmiczne
nie wyznaczają lotu serca
nad oceanem piasku spalonego
ognistym pocałunkiem zdrad
szukających chłodu
jaskiniowcy poszli
szukać ciepłych zatok i dzikich winorośli
dusze jak orłosępy fruwały
w mgłach nad skałami
półkami sądów
aż runęły na padlinę
na przedgórzach
myśli w piorunach
a oblicze marmurowe
w chmurnych myślach
kryje stukot dłuta
kata rzeźbiarza
porzuconego artysty
przebiegłego poety
zabitego brata
wiatr wieje z różnych kierunków
ból zawsze unosi się ku górze
Klęska w oczach, uszach i ustach
ząb nie do zniesienia
szmaragd komety
dusza krzyczy: otwórzcie
serce przechodzi przez drzwi
zbyt niecierpliwe
kolorowy rozbłysk na niebie
pełnym czerni
czerń przechodzi w błękit
zmowa rąk
gesty sumienia
maluczkich uniesienia
wywyższenia do kajdan
spokojny marsz mrówek
po stole
po ręce
po twarzy
okrzyk spod stołu
głuchy łoskot krwi
zdziwienie skrzata i myszki
blade lico pielęgniarki
rozlana rtęć
mija gorączka cichnie skowyt
w płucach
dobija sznurem kaszel
koszmar twardnieje znienacka
spadanie szorstkie
nagłe znieruchomienie
po utracie przytomności
mgliste spojrzenie kata
roziskrzone oczy zachmurzonego skazańca
krew nie do zniesienia
z tronu szyi
fontanna nadziei jak trap
przejście po mokrym bruku
w błyskach fleszy
zdarzeń wyrywających poniżających
po gzymsie okruchu zabawce
marnych tęsknot chłopca
z dziesięcioleci do wieków
w ustach łany i pieśni
język nie do zniesienia
w ustach bezzębnych
to nie Baudelaire
ropucha wychodzi z oczka
w panice
będzie wojna?
raczej Apollinaire
słychać odgłos koncertu Lamb of God
z chorzowskiego stadionu
w tle nadlatujące samoloty
to Ślązacy wypuścili drony
na Polaków?
Apollinaire już w mundurze
Dylan i Ginsberg uciekają jak żaby
a na scenie pojawiają się
punkowcy narodowi i westerplatczycy
to nie pokrzewka wyprowadzająca
młode z gniazda
chce chronić swoje okaleczone dziecko
człowiek wyrzuca takie niechciane
przez balkon w Stalowej Woli i Warszawie
szerszeń wgryza się w próchno
szerszeń to żołnierz klasyczny
to żołdak
nie taki tam Apollinaire
jakżesz on potrafi zabijać pszczoły
nawet jest o tym film na YouTube
Ewa broni resztką sił
człowieczeństwa i suwerenności
lecz daje się wyrzucić
przez balustradę na Placu zamkowym w Warszawie
spada wprost na zatopioną Wisłostradę
prezydent stolicy nadlatuje jak szerszeń
a telewizja rozgłasza:
to on jest Apollinairem
ta pryszczata z językiem
ta pokrzewka
trzymająca w dziobie zasuszonego dorsza za osiem złotych
Słychać wystrzały armatnie
słychać huk atakujących dronów
to nie jastrząb ani sroka
to Ślązacy, Kaszubi
i fałszywa szlachta z Litwy
nadciągają pod częstokoły
ze swoją poezją wiosny
już po Wielkanocy
ukrzyżują ją w swoich gwarach
w gniazdach
pozostanie szloch nadwiślański
Budzisz się w nocy, która nie jest nocą
wśród nietoperzy, które są ludźmi
sny odlatują jak grzechy po złożeniu ofiary
firanka wydyma się jak kurtyna,
za którą stoją aktorzy
i chór mozartowski
już po spektaklu
a ty na scenie oczekiwania
na aplauz
aplauzu nie ma
światła zgasły
w teatrze
za oknem na ulicy
gasną w oknach
noc operowa to noc kosmiczna
noc poszukiwania Boga w sobie
tłuką się okiennice
ćmy trzepoczą w kątach
horyzont, w który zmienia się łan lasu
szept modlitwy blask piorunów
gasną światła w lasach
gasną światła w oczach
gasną światła w duszach
wstajesz z łóżka by patrzeć
na galopujące konie metalowych jeźdźców
to nie rycerze
to nie krzyżowcy
aplauzu nie będzie
dopóki nie wybrzmi symfonia natury
nie przestraszy się miasto
zadufane w fontannach swego zakłamania
potem Bóg przyjdzie jak cisza po burzy
zaklaszcze w dłonie
W takiej samej kolebce jasnej
wykołysany co Herkules
otworzyłem oczy szeroko na świat
niedowierzanie, które w nich zagościło
pozostało do dziś
potem ktoś pochylił się
nad twarzą dziecka
cień padł na czółko i brwi
potem Hydry się zleciały
by tarmosić becik
Hydry Harpie Holofernesy
zamrugało do nich powiekami
raz, dwa, trzy
i potraciły głowy
raz, dwa, trzy
kobiety pozostały tylko i wąż
czający się w kątach pokoju
skąd z czterech ścian wyleciały gołąbki Picassa
małe rączęta różowe
uniosły węża w powietrze
i rzuciły nim o piec
wąż rozpękł się na kawałki
i tak powstało kolorowych wężów tysiąc
chwil gryzących boleśnie
w piętę
tym dziecięciem byłem
może rok może dwa
by dorosnąć szybko w dziennym koszmarze
umundurowanych hien
niespotykanie szeroko otwartych oczu
dzień nie stał się brzaskiem
świtem i przedzachodem
w wojnach bitwach kampaniach
polowań na demony
Hunów Chanów Humerów
od kolebki był
DSCN5011 (3)f
Potężna wymowa nocy
gdy naród śpi
utulony przez opiekuńcze demony
wykowane w grotach Hebrajczyków
rozśpiewane jak koń Aleksandra
maszerujących legionów silne łydki
były umocnieniem w Europie
naród polski wykrwawiony
w swoich wspomnieniach
i fantazjach jest jak
zadufany pan elektryk
przerżnięty w końcu piłą
przez austriackiego agenta
Szelę w wianku z barszczu Sosnowskiego
naród ukołysany w kolebce
śpi udając poroniony płód
w najdłuższą noc sumienia
gdy Galowie już na murach i skałach
jeszcze nie jest za późno
byle gęsi nie odleciały za wcześnie
legendy i kaczki
Jej serce
na noszach Księżyca
patrzę przez lunetę
reguluję ostrość
balkon, z którego patrzę
w bezchmurną noc
trzęsie się cały budynek
wybrukowaną ulicą przejeżdżają czołgi
potem przepędzają stado byków
na korridę
wreszcie dziesiątki jeźdźców w szalonym wyścigu
kołysze się doniczka na parapecie
moje serce próbuje ją złapać
zdołało uchwycić kwiat
moje serce trzyma kwiat
a doniczka leci na kocie łby
żeliwna barierka balkonu odpada
szesnastowieczne kamienne podpory kruszą się
zdziwiony ściskam lunetę
przygarniam do siebie
zaczynam lecieć w przepaść
do wnętrza hiszpańskiego miasta
upadam jednak na powierzchnię Księżyca
tuman kurzu zakrywa
moje nagie ciało
staczam się po zboczu krateru
turlam się z lunetą
z kwiatem wbitym w serce
na dnie turlam się
do białych noszy
dotykam ich
zasypiam na zawsze
śmiertelnie poraniony
kwiatem nocy
jej nocy
Wiele wskazywało na to,
że cukierkowe spoty skończą się
wraz z tą kampanią
jednakże po kampanii zaczęło się
w tiwi oziębiać
celebryta znalazł bowiem
kulę śniegową
i zgodnie ze znaną zasadą
otoczył się ujemnymi ładunkami
i przybrał na wadze
spoty stały się tylko bardziej celebryckie
i nawet premier okazał się
bardziej ohydny od publikatorów,
które polewano gnojówką
w okienku pojawił się miś satanista
zebrał brawa i zabrał krzyż
najpierw plakaty jak zombie otoczyły miasto
wypełzły z bieda-dzielnic jak bieda
i zadomowiły się na domach centralnych
ktoś krzyknął – to już było
ktoś odpowiedział – był brąz było żelazo
czas na epoką złota
miedziane czoła wyzłocono więc
znany epicki aktor wyciągnął rękę
pomalowano mu złotolem paznokcie na początek
założono pilotkę luzaka i tokszoł na wieczór
gadające głowy potrząsnęły głowami
i tłumami
zamrugały gały gawiedzi w studio
i zawyła – yeahh
zbawca wysp wystąpił w ostatnim spocie
po czym przyjął pozę gladiatora z boiska
dożywotnio już
zombie prawdziwe w centrum systemu
wyszczerzyły dwa zęby
nieosądzone niezwyciężone
już bezsmakowo celebryckie
Tym jednym ruchem
zrzucił odzienie
z króla purpury
sam odebrał mu berło
sam powalił straże
tym jednym ruchem
skrzyżowanych palców
rozdarł zasłonę dziejów
rozjaśnił bazyliki lądów i mórz
ruchem nad głowami miliardów
płynnym spokojnym czułym
okrwawioną dłonią
dobił króla w szkarłacie
unicestwił karmazynowego władcę
i westchnął
po skończonym dziele
cicho zapoczątkowując uśmiech
zanucił melodię wolności
co zabrzmi jak fanfary
na wejście pasterza
(na wejście zwykłego
– człowieka)
Skała stworzenie wydobywczy areszt
bezsłowny manekin
piorun nad Arizoną
burza nad pustynią
kaktus mazowiecki
uderza kamień w kaktus
między nowymi księżycami Jowisza
słodki owoc kaktusa
nietoperze z Polski
odlatują zapylać kaktusy
znowu szkoła
chińska teoria
Tajowie kopią w głąb
Chińczycy w poprzek
mur dochodzi do Księżyca
to księżyc w nowiu
księżyc Jowisza gorący
skała nieprzepustna
burza zwrotna
trójkąt łódzki
kwadratura koła Jowisza
Idy marcowe
idą Galowie przez Arizonę
gęsi lecą w miejsce nietoperzy
tym razem się udaje
tylko pióra pozostają
po tej stronie
z piór wiadomo co można zrobić
ale z czego procę wyrzutnię miotacz
z czego?
z aresztu wódz wzywa do innowacji
z aresztu pisze listy
matka wynalazku odwiedza go
wnosi paprotki, tuje i figowce
wnosi kaktusy
wtedy dziewczyny lądują
przedłużają wszystko do końca
zabierają plany i matkę wynalazku
odjeżdżają rydwanami na piorunach
ciągnionymi przez nietoperze
Jowisz jaśnieje by po chwili
zajść za kamień gorący
DSCN5851 (2)d
Tej nocy stanąłem śmiało
w oknie swojej bezsenności
z szeroko otwartymi oczyma
by horror dnia wystrzelił
w stronę księżyca
i konturów sadu nad rzeką
by lęk pobiegł za szumem liści
na srebrnej tafli ogrodowej ścieżki
gdy zamajaczyły krwawe ślady obcych
to okno tęsknoty zmienione w okno bezsenności
jak brama dzieciństwa otwarta wprost na cmentarz
klony strachów na wróble przedszkola
chwiały się na wietrze sylwetkami modrzewi
skrywających nietoperze
a pisk sowy i ryk jelenia zmieniał się w odgłos
samolotu schodzącego do lądowania znad Karpat
treść trzewi zgniłego dnia
pełnego nienawistnych spojrzeń
agresywnych słów i nieprzyzwoitych gestów
zakotłowała w mózgu
zarechotała jak ropuchy
zakipiał reaktor bolesnych sądów
w ciszy stałem w oknie
a jazgot szatańskiej kawalkady
nadciągającej hałaśliwie z historii wieków
złączył się z odgłosem
kosmicznej bitwy w planetarium duszy
wpatrzone w ciemny ogród przerażone oczy
dostrzegły w końcu białą postać kobiety
jak ognisty miecz Archanioła
wyłaniający się z chmur modlitwy
rozpruwający wszystko
brzask zagłady
DSCN5853 (2)d
W zimowy płaszcz zanurzył się
blady polski Eskimos
nie żeby był zmarzniętym żeglarzem śniegu
był po prostu beznadziejnym obywatelem podkategorIi:
oglądanie się za siebie –
na gazety wiece i wybory
wyczerpało go to termicznie
poczuł się jak rozbitek śmieć
nic nieznaczący, szeregowy członek partii
wychłodzony na stacyjce kazachskiej w pustyni zła
wiatr nim miotał poglądów niewczesnych
przez ostatni tydzień
bo premier zarządził wybory
by pognębić demokratów ostatecznie
w płaszczu żołnierskim chodził
jakiś czas
potem w ornacie
a ostatnio w samych stringach
stał na platformie kolejowej
mknącej ponaddźwiękowo ku tęczy z bibułek
dzięki lokomotywie sloganu
po propagandowej koleinie przyszłej drogi
przemarzł, zrosił się
bo lato odeszło jakoś nagle
premier wygrał wybory na trąbce
i zakazał kolejnych koncertów
z wieży piastowskiej
a orkiestry internował
i wszystko zapadło w sen
zanim zacharczał i odszedł grać gdzie indziej
więc nie mając schronienia
kolejowy płaszcz zamienił na krecią norę
i afrykański odlot w pilotce z lamy strachu
wtulił się w nią
by przeczekać wieczną polską zmarzlinę
ciekłe witraże zatrzymane w kościelnej pieśni
wiatr zatrzymany jak sopel lodu
w skansenie zdziwionych mariackich strzech
metalowe dźwięki organów
zamarłe na mgłach Myślenickich Turni
krzyż nieruchomiejący z przerażenia
od Tatr do Bałtyku
zahibernował się w przetrwalniku wolności
wywalczonej w czasach studenckich
Ja magnificencja i eminencja
do ciebie ekscelencjo
piszę te ciepłe słowa
bo detektor moich nastrojów
nie wykrywa gniewu
irytacja z korków na autostradach
peregrynacja bólu po infostradach
z pni i gałązek
lewitacja beznadziejności
z państwowych myśli
piszę do ciebie wybacz
kacie mój
za zbyt ostre słowa
w czasie egzekucji wypowiedziane pod gilotyną
moja głowa
potoczyła się wprawdzie wściekła
lecz w koszu obok innych
rektorskich, biskupich i królewskich
że na koniec kwestii
ciepło wybaczać trzeba
Czy widziałeś kiedyś
las na szczycie góry
zza którego wyłania się
zmrożone wschodzące słońce?
Czy widziałeś kiedyś
prześwietlony pomarańczowymi promieniami
leśny klon
bez liści jak pylon lub obelisk?
Czy widziałeś kiedyś w złotej poświacie
gałęzie drzewa wyrzeźbionego
jak mała piramida piękna?
Czy widziałeś kiedyś
ogromne słońce wstające z horyzontu
jak z kuźni Hefajstosa
jak Afrodyta z kąpieli wulkanu
wyłaniające się z listopadowego budzenia
przesłonięte samotnym drzewem
jak ręcznikiem?
Czy widziałeś złotą kulę
na której wymalowano
prążki i desenie jakby była
pstrym cętkowanym zwierzęciem?
Czy widziałeś kiedyś
drzewo Jessego, z którego jesienne
wschodzące słońce
uczyniło bramę w zaświaty pokoleń minionych
i przodków?
Czy widziałeś kiedyś
o wschodzie słońca powoli
rozświetlające się drzewo
na szczycie wzgórza
oddzielone wiatrem
od firanki lasu?
W świątyni Bożego Miłosierdzia
możesz je zobaczyć
zobaczysz je na pewno
i korzenie swoje i liście
Porównywanie narodowych klęsk
renesansu i złotych wieków
ma sens
rzezi i rewolucji
gdy w głębokim przekonaniu
kłamców cynicznych
powstańcy to przegrańcy
porównywanie bitwy aniołów
i bitew ludzi
ma sens
otrząsania się z brudu
i błagania o wybaczenie
po osobowym piekle
następuje galaktyczny deszcz
jakieś przeloty niesubordynowanych meteorów
błędne ogniki mydlące oczy
mydła kalające a nie czyszczące trony
klejące oczy trupów
porównywanie zwierzchności
przed tronem Bożym
i tyranii ludzi głupich i nieczułych
na tronach
ma sens
tym ostatnim najczęściej się wydaje
to i owo
potem spadają ich gwiazdy
a zwykły człowiek zaczyna opływać
w dostatek rajskich jabłek
na swą zgubę
To, że gremialnie wyludniły się
nie zawdzięczamy profesorom
z Nowej Młodej Polski
ani kolegiów gorajskich
lub ich pińczowskim obrazoburczym
prywatnym objawieniom
To, że ciągle mamy
chęć na malowanie ikon
na okapach kominków
szeptania za filarami kolorowego kościoła
pod figurkami biedaczyn w łachmanach
i książąt kościoła w powłóczystych
nie zawdzięczamy profesorom
z kamiennych miast karolińskich
nieokrzesanym handlarzom jedwabiem
lub uległych barbarzyńcom
ani medyceuszom niosącym światło
To, że skandowanie idei
nie zostało zaprzepaszczone
ani zatrzymane w pół słowa
indiańskiego hawk
zawdzięczamy profesorom
z Nowej Anglii
z wysp i zatok
wykupionych od barbarzyńców
tylko za pieniądze awangardowych
Obraz (448)d 
W ciszy
w nocy
w głowie
kur piał
gdy ktoś kazał potrzymać
gwoździe i sznur
potem Dyzma kasłał całą drogę
ledwo osły patrzyły
w zupełnej ciszy
w samo południe
szli złorzecząc
w czasie okiełznanym
Longin popychał jak każdy
miasto zamarło nad doliną
mury przestały rzucać cień
krew wieków
znalazła się w jednym miejscu
bez szmeru
Arka opuściła świątynię
z cierniem i młotem
w spiekocie
nie radził sobie Szymon
poprawiając belkę, co chwila
Marie z Janem stąpały patrząc
ludzie z placów i ulic z podcieni
bez oczu i uszu
zwieszali głowy
błyskawica bezgłośnie
przebiegła przez niebo
zawył szatan trzeci raz
i runął z narożnika świątyni sam
taka sama wizja błyskawicy
przeszywała moją głowę
każdej nocy
dzisiaj dopiero
zaczął padać deszcz
zmywając z Cardo
mój grzech
W ruinach wspomnień
spalonych miasteczek
błąka się kulawy koń
chromy, pogański, biały
zlitowania szuka
jakiejś rzeźni wypatruje
i ciała zabitego husarza
rany zadał mu zakłamany czas
krwawiący koń samotny
wśród zgliszcz kamieniczek i kapliczek
szuka jeszcze zgiełku bitwy lat i dni
W ruinach wspomnień
spod gruzu połamanych cegieł
nadpalonych belek
z gasnącej pożaru łuny
wygrzebuje się poraniony chłopiec
na czworakach przez kałuże krwi
pełznie powoli
do studni na środku rynku
W ruinach wspomnień
ze szlamu powodzi
wyczołguje się ostatni anioł
posklejane błotem skrzydła
nie pozwalają mu się uwolnić
wyszarpuje je tracąc zniszczone pióra
unosi się ponad ziemię
ociekając brudną wodą jak grzechem
Anioł sadza chłopca na już prawie martwym koniu
a sam usiada za nim
rozwija skrzydła, trzepocze chwilę nimi
strącając zasychające płaty mułu
gdy z głębin pamięci odzywa się dzwon
rozhuśtany dźwięk unosi ich w górę
odrywają się by poszybować w dymie i smrodzie
ku słońcu zapomnienia
Miasto zniszczone przez czterech obscenicznych analfabetów
w różowych tiulach dwudziestego wieku
podających się za jeźdźców pokoju
już nigdy się nie odrodzi
jak Palmira i Troja
jak oaza zasypana piaskiem przez pustynny wiatr
anioł, koń i chłopiec opuszczają to miejsce
przeklęte przez prawdę
Otoczaki obracane przez
galicyjskiego Syzyfa pięły się w górę
po ogień z Olimpii
i dym z wyroczni delfickich
jeden kamień literatury
pięknych łez narodzonego
drugi kamień samej poezji
snów zamarzniętych czterolatka
trzeci kamień muzyki i rytmu
snów nadąsanego czternastolatka
czwarty kamień filozofii
spojrzeń i wglądów czterdziestolatka,
które obrosły mitem
toczony kamień jest jak sam mech
objęty ścisłą ochroną
po dziś dzień
na terenie Posteuropy
zęby jak cegły
w barbakanie
w skórach
brama huty
słuch sowy
na kopule
w dżinsach
pocie ranie bosych stóp
w namiocie (tu)
szeptanie pod lasem
w bramie
w minispódniczkach
To polskie miasto zatopione
kolejne tej wiosny
swoje ruiny zmieszało z błotem
nędzę zmieszało z błotem
cmentarze pokryło błotem
kolejna parafialna Atlantyda zniknęła
kolejna diecezjalna cywilizacja ukryła grzech
we wstydzie nicości
ręce poetów żyjących tam
zniknęły pod falami bezczeszczenia
nadziei i chwil odkupionych
możliwych końca
filozofowie drgających w spazmach
śmiertelnych wyroków
odwołali niewzruszone poglądy
przed sądami żywiołu
kolumny świątyń przewróciły się
a posągi boskich sięgnęły dna
wiekowe dęby wyrwały korzenie
zanim wciągnął je wir odmętu
burze szalejące nad miastem
przeorały okolicę żelaznym hakiem
odwieczne, kosmiczne, nieludzkie
pioruny i trąby powietrzne złączyły się
jak wątki i osnowy na sztalugach nieba
zgasły witraże i lampki nocne wraz
malutki zwierz futerkowy
przygarnął łapkami swoje dzieci
i zamknął oczy na zawsze
kwiaty literatury i muzyki
oblepione błotem
solarnie i lunarnie odwołały światełka w tunelu
miasto pogrążyło się w powodzi historii,
gdy oto Papież ogłosił beatyfikację esesmana
w przygranicznym mieście
na styku cywilizacji
Celtów i Chorwatów
Mój rower z Sumeru
dzban z winnicy Boga
dziesięć dzbanów
dziesięć latarni morskich
dziesięć strażnic i oaz
dziesięć kan
dziesięć posterunków
moje oczy oddane dziecku gwiazdy
o której godzinie nastąpi zaćmienie Księżyca?
pytam, bo obserwuję go
i ustawiam ostrość w mojej lunecie
trochę za jasno
w tej pełni szczęścia i pełni czasów
znad powierzchni morza
znad powierzchni pustyni
znad powierzchni asfaltowej drogi
znad grobu Europy zeświecczonej
obserwuję świat nienawiści
cały w kolczastych drutach
przez lunetę jak peryskop
z wieży Dawida w Jerozolimie
wędrówki ludów się zakończyły
ludów morza i ludów ziemi
runęły mury Jerycha i Kremla
runął w części mur chiński i berliński
trąby jeszcze grają
jeszcze gra Pink Floyd
kałasznikowy strzelają na wiwat
Mongołowie szyją z łuków
w jurty sąsiadów i Wrocław
kule i strzały lądują na Marsie czerwonym
drony atakują peletony
w powietrzu i w wodzie
kolarze kończą etap prawdy
z Nazaretu do Megiddo
a ja z ucieczki już dawno na mecie
ponad drogą na wzgórzu w ruinach
łapię zasięg ifonem
dzwonię do Brukseli
pytam o zaćmienie
Podróżowanie parostatkiem przez życie
podwodne umieranie
Bliski Wschód
Podróżowanie dyliżansem przez życiem
wielokrotne dziecko
lekki strój
nanizane na sznur
gliniane wazy Greków
(nanizali je Scytowie przewlekając
przez ucha sznur do wiązania koni)
Podróżowanie koniem trojańskim przez życie
plaża dzieciństwa z Itaki
strzelanie z procy do Persów
a potem do turecki plemion
gawrony przemówiły
Turcy i Persowie urządzili rzezie
krzyż rozbili na części i rozesłali je po świecie
Podróżowanie balonem przez życie
zamarznięte dziecko
spalone w piecu dziecko
utopione w bagnie dziecko
omułki i chleb na śniegu
szczeżuje i rogale na piasku
blade palce poety
okrążającego życie i krainę zmarłych dni
Lewant to śmierć
i zmartwychwstanie
wędrującego w sobie
żyzny półksiężyc rewolucji
początek wędrówki w sobie samym
do dzisiaj
Otoczaki na moją twarz
za kłusownikiem pamięci
beton beton dom
beton beton Sejm
oto kat na cokole
sumiasty pokręcony zbój
lewa lewa lewą
sobota komuniści
wciąż ładują drzewo
a ręce polityków aż lepią się od brudu
nie to nie to nie czekolada z orlika
to wciąż brud
myśliwce wysłano
niszczyciele wysłano
zomo wysłano
złomy wysłano
a przyszła pocztą nadzieja
z Watykanu
muzyka potoczyła się jak
zardzewiała miłość Tatarów
mchem obrosły wrzeciądze
Barbakanu w Warszawie
pleśnią pokryły się drzwi
Katedry świętego Jana
Brama Lwów przywieziona z misji
stanęła naprzeciw Namiestnikowskiego Pałacu
urzędujący rzucił nieczystościami
w tablicę Lecha
kura zwykła wojskowa kura
uraa zakrzyknąwszy
biegła biegła przez Nowy Świat
i wystartowała
poleciała na południe
pierwszego września
drugiego września skręciła na wschód
po skręceniu pozostała dwugłowa
i zniosła czerwoną gwiazdę w locie
Polanie-Lędzianie z Podola poderwali się z miejsc
przesunęli pionki na zachód
podle się dzisiaj czują
otoczeni w padole
Giecza betonowym
ZS Betlejem 20bd
W niecnocie… niesie zima
w krótkich spodniach
zębata soplami
ręce grabieją
posiwiała Matka Boska z jasełek
pastuszkowie nie słuchajcie
harf tylko piszczałek
dzieci bądźcie dziećmi
w zgrabiałych rękach proca Heroda
chciał być Dawidem
niecnota nie pożył długo
przez tą sprawę Młodzianków
Święty Józef z szopki
stary komandos
ukrył Zbawiciela w kępie papirusu
za bazą ONZ-tu nad Nilem
poprószył śnieg i zaczęła się
burza piaskowa
niecnota Herod uciec chciał
na Wschód
ale tam już czekali Mędrcy
z pierwotnego kościoła syryjskiego
został rozpoznany zawrócony do Idumei
no i klops
bez wyjścia zestarzał się w jeden dzień
wyrzuty sumienia
proca jednak zadziałała
pomimo mrozu
jak na Szczepana
z jaźni kamień poleciał
a potem rozsypała się w proch
babilońska zawierucha
Polacy opuścili Ghazni
a Maryja, Józef i Dziecię
wyszli z Egiptu do Gazy
pewnej ciepłej godziny
Obraz (96)d
Upodlony potoczyłem
kulę gnojową do Egiptu
przez pięćdziesiąt lat tkwiłem
w ciele skarabeusza
potem przepoczwarzyłem się
w Faraona z drugiej katarakty
porzuciłem miejscowy gnój
przez chwilę podróżowałem po Afryce
na koźlęciu
zastawiając ogniste odchody za sobą
innym stoczonym
potem powróciłem samolotem
do Warszawy
porzuciwszy nawracanie Zulusów i koźlęcia
na drogę dobrobytu
na późno egipski dżihad
ze skarabeusza wyszedłem
z defektem
drganie lewej powieki było udręką
tik nerwowy w czasie wywiadów na żywo
był nie do zniesienia
obrzuciłem, więc Polaków
tamtejszym błotem
wślizgnąłem się na powrót
do rajskiego ogrodu
w żyznym Edenie na Wschodzie
za szmacianymi pałacami Jerycha
wcześniej ugryzłem gnojową kulę
tuż za Moskwą
i Ural się przede mną rozstąpił
zajaśniała droga do Syberii
ucieszyłem się prawdziwą
krainą śmierci
zmałpowałem nietoperza
zamarzłem na sto lat
aż do kolejnej rewolucji Żydów
Nad moim krajem
nie krążą już duchy
z wieków rycerzy i poetów
z chmur wyłaniają się
drobne przedmioty codziennego użytku
z ambon słychać głosy
proroków z giełd samochodowych
znawców wszystkiego
a patriarchowie doby obecnej
to smakosze taniego wina
i snobujący się na jotpedwapokolenie
nad moim krajem
nie słychać odgłosów
burz powstańczych i okrzyków
zagrzewających do boju
smutni łapówkarze biją się
o miejsca na okładkach pism
i codzienne informacje o ich
romansach na portalach internetowych
grzmot burzy nadciągającej
z czarnych chmur
nie niesie przesłania wieszcza
jest tęsknotą za
prywatnym odrzutowcem
nowobogackiego esbeka uwłaszczonego
na państwowym groszu
byli księża i zakonnicy
potrząsają litościwie głowami
nad losem krwawego tyrana, którego nikt nie ściga
nikt nie próbuje zrzucić
z tronu historii dziejów narodu
wszyscy wołają – chcemy
słodkiego miłego życia
i robić pod siebie
w psiej budzie demagogii
trzech wieszczów dumnie
patrzących spod spiżowych powiek
dziś patrzy błagalnie
spod stosu gołębich kup
gdzieś pomiędzy parasolami piwnych ogródków
być może usuną to niedługo
usuną też tych smętnych przegrańców
z miast szykujących centralne place
na sylwestrowe fajerwerki
dla mas zarażonych niewolnictwem
Bolesne dotknięcie ognistych dłoni
w zabawach przedszkolaka
ktoś uderzył uszczypnął przewrócił
bolesne dotknięcie ognistych dłoni
ktoś objaśnił litery i podarował książkę
bolesne dotknięcie ognistych dłoni
w letnim strachu zagubionego dziecka
które zmyliło drogę do domu
w czasie rozpoczynającej się burzy
bolesne dotknięcie ognistych dłoni
pieszczota dziewczynki i komplement chłopca
w szkolnych chałatach
w nagle otwartych oczach
bolesne dotknięcie ognistych dłoni
wizja końca świata i szatana spychającego wszystkich
w pumeksową przepaść bez dna
w wizjach sennych nastolatka
bolesne dotknięcie ognistych dłoni
polityczne katastrofy kraju
w studenckim balansowaniu nad obywatelską anarchią
i wreszcie wykład Ducha Świętego
który jednym słowem zbudził duszę
z ułudy życia ponownie do życia
w prawdzie
dotknięciem ognistych dłoni akuszerki
w prawdzie
Astrachański płacz
wyschnięte oczy
radziecka przyszłość
Kipczaków i Sarmatów
bez kawioru nawet
płacz dziecka stepu
w warownym zamku Europy
w weneckiej bibliotece
w brytyjskiej gnijącej wiosce
bez koni bez wody
bez łez płacz
(Twoja) Moja obecność
(nie) jest wymagana w tym świecie
raz dwa trzy …
(Twoja) Moja obecność
nie jest oczekiwana (w tym świecie)
abc …
gdyż jestem (jak ty)
początkiem i końcem
a nie środkiem
(Amor i Caritas
Ciemna noc)