nie mogła się wspiąć na krzyż swój, potrzebowała dodatkowego wsparcia
a to przecież on miał być nim, podparciem, jako swoista woli pergola
istnienie róży poezji wielorakie, niezdecydowane, znalazło przypadłość
w staropanieńskiej modlitwie, która rodzi racje święte
rani pokolenia racją i leczy je
raczej istoty naprawia, to prawda, olejkiem różanym ód
rano świat zbawia szeptem, grzmiąc o zmierzchu hymnem świtu
z rosą bosa schodzi elegią do czyśćca osobowego, wieszcza każdego
wraca przez limbo z duszami żołnierzy miłości i prawdy z neolitu
raczej zmieni każdego w rozpromieniony owoc oczarowania, niż
zostawi tam kogoś w sobie nieukochanego
róża, cierpliwy kwiaty wyleczony z walki o realny byt
pięknym zdecydowaniem na krzyżu światła wsparta dziś
oplata pięknem, świeci i leczy, gwiazdami słów krwawiąc sama
*W kropli*
Wrogowie ciszy w kwiatach liczni – zmysłowe zakończenia kwiecistości
znośny aplauz owadzi w niekończących się pozyskiwaniach barw
brzęczenie nieustanne – rozdzwanianie się kolorów pragnień wszelakich
z hipokrytycznej palety 365 barw wybierają błędniki, zmylenia, opuszczenia
mozaiki, witraże przeważnie symfoniczne, polifoniczne. polikasandryczne
kondensacja sielskości na złudnym dywanie aprobat sztuki absolutnej natury
kalejdoskopowość pulsuje od krańca po kraniec
– wypełnia rozszerzenia wizji tętniącej upałem
przedczasowe uderzenia w dzwony rurowe na łące łąk
skomponowanej z prostych, najprostszych wyczekiwań tęcz
– bębnienie kozackie w kotły konieczności ptasich magle zamiera
wypełzają w znikającym świetle wątłe łodygi: seledynowych wątłości samych w sobie
w tym macierzanki i rzeżuchy, tej niewinności łąkowej symbolicznej
dla nazw tylko okrążających kwiecistości owe właśnie
nazwy osiadają na rzeźbionych liściach krwawnika i rumianku
bławat rozczula nadciągające burze bezdennością lustra błękitu własnego
mak pomarańczowieje (wieje zapachem polnym pomarszczonym) w jej odgłosach
a kąkol traci purpurę władz na rzecz wichrzycielskiego pospólstwa traw
znika gwar, tęsknota matematycznie się rozwiązuje w postrzeżeniach
płacz owadzi ucina błysk, na przepowiednię szybki nazbyt
nadchodzi elokwentna wypowiedź nieba, ale po jakiejś chwili
w nim odbija się kobierzec potrzeb i zaspokojeń odwiecznych pustyń
współczuć planety, miłośnie spełnionego marzenia w deszczu kropli
*W kopalni szkła*
Pędzę z wichrem pod kopytami
dźwięczą podkowy wyniosłego centaura
osiodłać dał się wczoraj
i zespolił swoje poglądy pierwotne z moimi inteligenckimi aspiracjami
technika współpracy identyczna z tą na Pandorze
więc pędzimy razem przez alejki na plantach w Zabrzu
gnamy przez stronice książek o kopalnictwie muz
od Sukiennic solnych droga nasza wiedzie
aż po czarną kopalnię Guido
wpadamy do muzealnego szybu traktem królewskim znudzeni
on zawisa na pasach do transportu koni
ja kieruję się ku sztolni Batmana nieludzkim lotem błyskawicznym
ale i tak wicher wpada pierwszy, ściele nam drogę sobą
widzimy oto zielone gnomy racji pracujące na poletkach
współczesnej mitologii
widzimy, że wszystko jest tu rozumom obce, nie tylko my
gnomy się trudzą, wydobywając szkło
szkło potrzebne żeby uzbroić oko
szkło jest wielokolorowe, ciemne jak wieki, których bać się trzeba
centaur już jest na dole, znów mogę go okulbaczyć
jego tak, ale jak okulbaczyć coś takiego, jak myśli wiatr
i to w kopalni szkła?
oto jest pytanie w wiedzy podziemiu, a tu wszystko gna wspak
nawet gnoza nie ta co prawda
co prawda to prawda, co gnoza to awatar Chirona
ale cisza, nic tu nie gra!
*Na krawędzi ideospadu: akrecja skrajnej miłości*
Szukam w wewnętrzności swojej samej skrajności
czy uda mi się ją odnaleźć, tak, jak i zewnętrzności antypody?
Epistemologia prawidłowa wymaga przeciwstawienia się radykalizmowi serc
wymaga poszukiwań i dzielenia na czworo, nie tylko włosa, ale i dowodów
nieprzekraczalności wyznaczanych słupami, kamieniami i sferycznością zapór
a w skrajności ukryta jest poezja prawdy światów przyszłych i odległych
zapewne jeszcze nie poznaję wewnętrzności samej skrajności
usta ułożyłem w ciup i zbliżam do warg uniwersum w zdeklarowanej miłości
czy można pocałować gwiazdę, galaktykę, usta całej ludzkości?
ot taka skrajność metodologiczna, na próbę
pocałunek wszechświata jest możliwy, gdy będę
w centrum idei nieskończoności realnym człowiekiem myślącym
to znaczy, gdy moje ostateczne, dokończone ja
na brzegu skrajności przetrwa zniszczenie i włączy się w ideę
nie zawaha się na zdefiniowanej krawędzi ideospadu
– z najpospolitszego przed niewyobrażalnym strachu
*Sądy, sądy przesądy*
Jedność w kwestiach umownej niezawisłości sądów przedwstępnych
– osiągnięto ją na ostatnim zlocie neotranscendentalistów
gdy Sulla powycinał już drzewa w Gaju Akademosa
niewielu przewidywało takie rozwiązanie, jak rozwiązanie Akademii
złożono papirusy w urnach, pergaminy, także perypatetyckie, pocięto na fiszki
i odesłano do Egiptu wszystko, co wydawało się nieeuropejskie
sądy starożytne zawieszono do czasów bardziej nowożytnych
Rzymianie sądzący na zimno powoli zmienili się w podsądnych
brewiarzy nie tykali już z salomonowym zacięciem
a wiązki i topory przechodziły z ojca na córkę
i potem z rąk do rąk po śmierci demokratów
postulował to Dante (ten od Wergiliusza, nie Witruwiusza)
by zaufać jednowładcom, postulował Platon wcześniej
sądy pozostały sądami, nawet te skorupkowe, elitę wyniszczające
w czasach dyktatur sądy mieszały się w głowach, a głowy pod sądami
dziś padło pytanie: a może ordalia? może rozstrzyganie walką?
czemu nie, ale może jakieś bardziej klasyczne, więzienne
nie te od Berii i jego dublerów z obecnych partii sloganu
chwila, chwila, a truci, ścinani, końmi rozrywani, spalani
– mieli tak samo, jak w czasach rozbicia i chaosu, to jest republiki
jedność przesądnych przyniosła śmierci tamy, czy raczej w Bieszczadach łuny?
ale w bardziej artystycznej oprawie żeńcy siedzieli na ścierniskach potem
i łzawie patrzyli na neobociany wracające z Sumeru i Egiptu
umierali rycersko, symbolicznie, z głową sceptycznie podniesioną do góry
gdy jednomyślni ławnicy trzymali kciuki skierowane w dół
ci w poselskich ławach, ci bezpardonowo socjalistyczni i narodowi
żeńcy z Pokucia to jednak nie rezuny z Wołynia, na razie, cóż
*Moje locja somnambuliczne*
Wybrzeże snów moich, cóż to jest? wybrzeże omamów?
dlaczego płynę wzdłuż niego, a nigdy ku niemu?
moje locja są błędne, czy tylko to somnambuliczne treści?
kolorowy kubistyczny statek mój, jak prawdziwy
przesuwa się przed linią brzegową nierealną
fraktalicznie perfekcyjną, jak idea Platona
a cóż to takiego, ten mój statek?
to urągające mi zjawiska bytu nieuznającego istnienia mojego
pełnego zachwytów nieprzydatnych do cna
zachwytów żeglarza nad dziewiczą przyrodą
światowych wysp widzianych z morza
na środku Pacyfiku ostatecznie niespokojnego
żeglarza wychylonego przez burtę swojego brygu krańcowo
ten żeglarz odkrywca w pełnym słońcu, a wyspy we mgłach
tylko ta nitka, tylko ta linia brzegowa, drażni ta geometryczna doskonałość
sny kolorowe a lądy szare, mapy kolorowe, a brzegi realności strome
stroje żeglarzy, piratów kolorowe a ziemia obiecana armady, nieokreślona we łzach
wychylam się i ja przez burtę, wyciągam rękę jedną
z drugą na locji, na sercu – do załogi krzyczę: tam, tam, tam
kotwiczymy, lądujemy, przybijamy – tam i oto jesteśmy tu
wiersz, werset, strofa locji rozstrzyga
we łzach czeka ona, moja dziewczyna tubylcza, miłość wymarzona
dziewczyna z księżyca wypływa, trzymając w zębach rekina przebudzenia z mórz
rekina mojego lirycznego nieopisanego ja
*Rzeka z dziecięcych snów*
Bystrze, które przepływa przez mój mnisi pokój
pełne jest jakichś rybek z epoki krótkich spodenek
latających w powietrzu, cudem niewyłowionych przez lata z rzeki dzieciństwa
zmagam się ze skurczem ręki odkąd zaprzestałem połowów
może to jest powód przetrwania nienaruszonej pustelni żywiołów
a one figlarnie poruszają się pod prąd nurtowi
dzielące ze mną słońce na trójkąty coraz mniejsze
zmieniają się w dzieła Braque`a
i zastygają w końcu na samym środeczku koryta
a koryto, to spora, ale jednakowoż rynna w pokoju, jak w Rydze Dźwina
ale Dziwna jest ogromna, zwłaszcza u ujścia
pod prąd płynie czasem zapomnieniowo, czasem zapamiętale
a pokój mój jest malutki, jak
przystało na celę, erem, na Morzu Północnym platformę
rzeczka jest na tyle dziecinna, że nie ma w niej
larw komarów, ważek i skrzeku ekologiczne nadzieje skupiającego
zielone trzciny nie porastają brzegów typowych
śmiga ci ona wśród starych olch, po dość płaskiej równinie Jezreel
księżyce rogate do niej nie zaglądają, ani piżmaki buntu się tu nie kąpią
ot, bez jednej chociażby czapli, bystrzyca pięciolatka z opowiastki dziadka
bajki wydanej w niezbyt twardych okładkach
dużo później w serii „Poczytaj mi ..”
bliżej końca nie ma wodospadu, tylko za zakrętem
rozlewa się szerzej, jak w deltach imaginacji aryjskie dunaje
w małomiasteczkowym bluesie odkryjesz może jej nazwę
taką, co to Loebl wymyślił dla Nalepy
najpierw nazwa, potem poszum wody czystej, jak kryształ
skończy się w wielkomiejskim korku i uchu Irka Dudka
zniknie z oczu przed katedrami i straganami, zabudowana książkami
i ocementowana intencjonalnymi zranieniami, jak Kocyt postindustrialny
Rawa każdego dzieciństwa wpływa do kopalni w miasteczku górniczym
przed wzrokiem żywych kryje się, jak Tyropeon pod Świątynią
albo Cedron – w dolinie wyroku
a tu widzę dzisiaj: ofiary z dzieci zamienione na ofiary z ich snów
*Rzeka płynie na północ, wiatr dmie na południe,
każdy człowiek ma swoją godzinę*
Jaką czcionką Bóg napisał 10 przykazań na Tablicach Mojżeszowych?
jakim językiem posługiwał się patriarcha
po wyjściu z niewoli, po latach posługi pasterskiej u Jetry?
– te pytania mnie nie dręczą
w sercu jestem eremitą uciekinierem spod Góry Synaj, jak Eliasz
przechadzam się wśród jej egipskich skał dzisiaj
nie widuję tu Pawła, Antoniego i innych
oni Morza nie przeszli stopą suchą, bo i po co
za to kruka mam na wyciągnięcie ręki
chleb i ser i owoce i śpiew, cały współczesny zestaw
wiatr ze szczytu wieje na mnie radośnie, nie żałobnie
miło łaskocze uszy, tarmosi siwe włosy na głowie
proste już, jak trzcina nilowa ta moja strzecha
zadaję sobie wtedy pytanie – skąd u mnie
tyle wizji, przewidywań i pewności
po Wulgacie Hieronima i biografiach pustelników
przyszła moda na Księgę Umarłych, amulety i zaklęcia agnostyków
tu na Synaju każdy chce być pochowany wśród światowych lwów
w piramidach ze swoimi bogami kont, samochodów i telefonów
i to nawet w wykopanej przez demony jamie, tylko ja nie
teraz Google map przez Riwierę trasę wyznacza do raju
kilku starców stuletnich, w tym ja, ogrzewanych ciepłym wiatrem tylko
półnagich w każdym aspekcie słowa tego
nie marzy, nie myśli, nie mówi
o wątpiach z piekieł świadomości wydobywanych i nieokiełznanych
z Synaju patrząc na gruzy Sodomy, szczęśliwie głosuję na ptaki i chleb
nie moje te Pola Jaru, nie moje kratery wrzącej smoły
nie moje przechwałki grawerowane na sarkofagach trumien przez 5 tysięcy lat :
(Nie grzeszyłem przeciw ludziom, nie szkodziłem poddanym, nie czyniłem nieprawości w miejscu prawdy, nie znałem zła, nie popełniałem grzechów. Nigdy nie starałem się być pierwszym ani też, by dzieła rąk poddanych moich dawano mi wobec innych ludzi, nie stałem się przyczyną nędzy biedaków, nie robiłem tego, co jest wstrętne bogom. Nie oczerniałem sługi wobec przełożonego jego, nie stałem się przyczyną głodu, nie stałem się przyczyną płaczu, nie zabijałem sam ani nie kazałem zabijać, nie zadawałem cierpienia nikomu. Nie pomniejszałem ofiar w świątyniach, nie umniejszałem chlebów bożych, nie zabierałem placków duszom zmarłych. Nie oddawałem się rozpuście ani samogwałtowi…)
czekam na kruka i cud, białe włosy moje wciąż rozwiewa wiatr wiar
*Noworoczne przedpołudnie*
Jak o poranku na łące zapomnianej przez zające
jak w noworoczne przedpołudnie na plantach w Krakowie
jak w Gdyni, w opuszczonej łodzi podwodnej, co
opadła w akwanarium na dno
po ekspulsji załogi spacyfikowanej przez różne trans prądy
tak ja odmieniony, w wianku z rumianków stoję półnagi
w muzeum cieni ponadnarodowych, jak śnieg biały
czekając na pierwszy czerwony pociąg w tle
i oto pierwszy z kolei marznę ukwiecony przez Kupidyna
styczniowy poranek nareszcie we mnie brnie po swoje
funduje mi bicze wodne i chmurne i piaskowe i po ludzku durne
w swej filo coś tam lub fobio coś tam, gorąco czekam
zimno się niecierpliwię z moją przemianą
z nadzieją na pierwszą, drugą dekadę czegoś tam
na pierwszą absolutnie szczęśliwą Idę
pierwszą córę Psyche ze mną
na skraju wielkiego zegara serc
w noworoczne przedpołudnie
na zapomnianej przez nienawiść łące
nieśmiertelnieję ponownie
*Zmielone skały prawd*
Zmielone skały snów niebieskich gór
są dla mojej myśli
tym, czym dla ust otwartych nagle burze i trąby powietrzne na pustyni mów
wielki młyn do mielenia skał wymiarów i prawd stoi
w każdych górach poznania od zarania
niebytu zenit nad nimi się pochyla: dolina logicznie kosmologiczna trwa
tu młynarz krajobrazów nieskończonych poczyna sobie śmiele
nadchodzi czas, gdy piaskowe burze polemik zawisną nad każdymi wzgórzami
życia każdego słowa wyzwolonego, jak para z ust, jak obłok nad wulkanem
góry pewności najwyższej przemienią się w organy grzmiące akordami
dźwięki toccat nieustannych dadzą znać o końcu somnambulicznej abstrakcji
życia naszego powszechnego, z szeptu codziennego poczętego
i młynarz w zieleni z drewna puści w ruch żarna skrzypiące
– te kamienie i spiże młynów niebieskich życia wiecznego
różowy pył pokryje wyrównane doliny, nie tylko myślenia na wyrost
ojcowizny wszelakiej pamiętania statycznego
góry pozostaną bez skał, jak symbol, a kolor upomni się o prawdę
góry dywanami zaścielą świat zrównania i płacz filozofów jedynie da się słyszeć
w kościołach ostatnich kubistów słów rzadkich, jak witraży etyka
ostatni oddech skał będzie melorecytacją, modlitwą wzmaganą
wymazana empiria przestanie być faktem poznania siebie na kliszy
bezwymiarową prawdą nie do podważenia, jak proch stereometryczny
geometryzacja, synteza, a nawet odrzucenie perspektywy, wymiar jeden
czy ciało jest maską czy przestrzeń? czy wypowiedź obrończa zbawionych?
ja sam już nie wiem na jawie
*Mnemotechniczne napięcie synestetyka*
(Czemu Patrzysz Żabo Zielona Na Głupiego Fanfarona)
Czasem w czasie pojawia się także
mnemotechniczne napięcie zapamiętanego w sobie
jest ono wywołane generalnie kołysaniem planet prywatnych
zbaczających ze swych torów dla draki
przypadkiem potrącających o swe nieodrodne księżyce, w których
lęgną się, jak dinozaury, mitochondria wieczności, a wtedy
wszystko staje się nazbyt wrażliwe fizycznie
jedni podpadają w melancholie
(głównie męsko imienne planety i gwiazdozbiory nacji)
a inni zwalniają swój ruch wokół luster przyrodzonej grawitacji
nieuniknionych apologii, protekcji, prawideł,
i biadolą w dekadenckiej depresji swego zastygłego wnętrza
czasem w czasie zaistnieją także napięcia
gdzie materia rozpraszająca wyprzedzi rozpraszaną
jasna ciemną albo odwrotnie
i dochodzi wskutek napięć do spięć, wtedy siły orbitalne niweczą siły grawitacyjne
a astralność miałkości ruchu staje się widoczna, aż nazbyt
chyba tylko tak można ostrzec próżnię przed DNA
oderwanego od rzeczywistości, jak meteory i komety
nabierające ducha wolności nieposłuszeństwa
emocje sił przemijającego rozumu równoważą strach
przed mitochondriami przyrodzonej wieczności
meteory wygrywają na tym i rozgrzane kule myśli
już śpiewająco opowiadają o cudzie inteligentnej duszy
*Asocjacje i aprecjacje nowonarodzonych*
Asocjacja nieprzyjemności w krainie pierwszych chwil życia
nowonarodzonych
ze zgiełku narodzin wychodząc
porzucili siebie ulotnych w skupieniu i ciszy matek
w przypadku użycia sieni rozegrali kwestie poczekalnictw i zniecierpliwień
oświeconych
od chwil pierwszych narzuca się im nieustanność bierności artykulacji
*Chwytaj piołun* Otwórz ramiona i chwytaj piołun spadający na ziemię z nieokrzesanych chmur ordynarnie rozmazgajonych w niedzielne popołudnie chwytaj łodygi i liście związuj je w snopki wysusz, zmiel na proch załaduj go do armaty sylwestrowej i rozstrzelaj wszelkie przesłodzenia minionych chwil rozpamiętywania, roztkliwiania i rozczulania jednym salutem fajerwerkiem efektownego uśmiechu – 2019!
*Zamki, zapadki* Wnikam w stłumioną cząstkę jakichś drzwi w sobie w jakieś klamki zamki zapadki wnikam głęboko a ty je nagle otwierasz i czuję się rozdarty twoją obecnością w czasie nie swoim
*Laureat* Numer jeden na świecie… mam zacząć wyliczać? chcesz się znaleźć w gronie laureatów? muzyka literatura nauka polityka mam podawać nazwiska i profesje? numer jeden w świecie… mam zacząć wyliczać? chcesz się znaleźć w gronie noblistów? chcesz otrzymać Oskara od świata? za całokształt… smutku? za postawę, dzieło, rolę czy życie? tak, oczywiście – w kategorii: NN Niczemu Niewinni/Niewinne
*Tąpnięcia* Chciałbyś powiedzieć jak wielu przed tobą – to nic wtedy mógłbyś nawet beznadziejnie nierealne tąpnięcie nagiej świadomości skonfudować i opatrzyć bandażem po zranieniu emocjonalnym niebanalne – to nic niech to zmieszanie nie nadużywa twojej gościnności niech będzie na sklepieniu dumy ponętną kometą gawiedzi ale nic nie warte zapewnienia krasnali z zakamarków poniżenia rozlecą się po kątach żeby strzelić focha – to nic trzeba przekłuć balon nicości własnej i depresji z krasnalami w roli głównej na kubkach na mleko i szczoteczki do zębów trach – to nic to tylko pycha lecz tak wielu… nie, nie tak wielu
*Fides quaerens intellectum* Kręta droga w środku rozgwiazdy nocy noczy yczo oczy uhh kręte śmierci prakosmosu to po prostu jedno życie ono najczęściej toczy się pod osłoną ciemności w niej tak rzadko jesteśmy szczęśliwi wi i wi utihmę w centrum czerni powolnej śmierci tu gwałtownego życia tam tato tato nocny ync ihm tatoo kręte ścieżki życia widzialnego bez światła jak wielobarwne szaliko-węże materii bez koloru wijące się u stóp, nad i w głowie najczęściej siedzisz na biurka blacie majtając pomalowanymi gołymi nogami tak jakbyś czynił to na krawędzi krateru na jakiejś zagubionej planecie zagubionej gwiazdy w nieuchronnie znikającej galaktyce mający przed sobą katastrofę w gwiazdozbiorze mgławicowych myśli stwórczych predestynowanych co je wyróżnia to ich próżnia pęka bańka zmysłów gaśnie obraz planety siedzisz rzeczywiście na krawędzi biurka i kaszlesz czy jasny dzień kosmosu nigdy nie nadejdzie? tato tato ukh toat tao teo
*Roland i Mustafa* Za drogą jest pole bitwy to nie jest pole po kukurydzy to jednakowoż rżysko bitwa tam się rozegrała: ty kontra reszta świata pamiętaj o bliskiej śmierci, chociaż przeżyłeś gwoli ścisłości wciąż jesteś ninja rozegra się jeszcze bitwa o sny – dodatkowa zdejmij zbroję, ale uważaj przejdź na drugą stronę drogi Mustafa i Roland ty i reszta orkiestra migają przelatujące pociski sójki migają pory roku droga, którą idziesz jest jak piosenka bez refrenu bitwa rozstrzygnąć może wiele i treść i formę i normę drogą jedzie limuzyna bogacza a skrajem drepcze pastuszek z gęśmi kto ustąpi z drogi? jest się, o co potykać drewniane lance bez grotów będą dozwolone proce bez kamieni wydane ze zbrojowni magazyn broni zatrzyma pociski samosterujące bitwa na słowa i rymy hymny po i arie przed to nieunikniona bitwa samogłosek i wołaczy zdania Prousta nie mają szans za drogą widać już stado dzikich wielbłądów i jest jeden osioł somalijski jak zebra ujeżdżają go Mustafa już na wzgórzu Pepin z Rolandem na drugim droga po między nimi a tam wciąż pastuszek i oligarcha a co będzie jak przyjedzie radiowóz? co to będzie, co to będzie? aklamacja syren policyjnych droga polska bez wątpienia anioł i diabeł to jak przewoźnik i przewodnik jak transportowa specjalność Holendrów i Polaków miedza sąsiedzka wyniszczenie przedbitewne drugi Grunwald Somosierra I t e p e dzieci psów smoki gumowe jak balony na drucikach o co się będą bić, o co zaczepią, o co ułożą nagle? triumf leży w zasięgu ręki Roland z młotem Pepin z Plątonogim – Wersal pełen tańczą na łące przed drogą menueta który to wiek, która godzina? leśne kapuściane pyłowe ciężarówki zarejestrowane w systemach nowożytnych podle czekają pełne dzieci niczyich zawrotne ptaki i uciułane grosze zamienione na sztabki złota koronne dowody w sprawach sądowych miedź z cyną i kartofle w pianinach ragtime słucki berłem dano znak a może to buzdygan ruszyła armia Rolanda z Mustafy nie zostało nic nawet namioty porwał wiatr a tabory się rozprzęgły do wieczora i po nich i po co to było czekać? Roland wrócił zza drogi nie ma miejsca na trakcie już kupcy rozłożyli stragany tam u góry wiszą drony plebejusz gramoli się z torfu w rowie rowy pogłębiono ostatnio ciężko mu idzie zeschłe liście listonosz kramarz to wszystko znieruchomiało kropla dżdżu by się przydała na tą krew a nie wino w szynkach korona na poduszce z pluszu nie bordowa a złota poduszka, bo korona bordowa Roland (głaszczę kota) jest portretowany w VIII wieku powstają w słońcu lichtarze jak durendale w kierunku centrum zbliża się mgła z wulkanów i wybuchów jądrowych z każdej strony świata jedzeniem zajęci wojowie zaniemówili, usta pełne mięs sztandar i skaldowie to jedynie ożywia scenę mgła powoli dociera do Rolanda uświęca go punkt po punkcie kreska po kresce czarnobiały anturaż nadaje nowy wymiar zwycięstwu kochaniem obrzmiałe serca oddały życie za wiarę i drogę, która sama z siebie zawróciła we wskazane z góry miejsce a dusza jak dron poszybowała hen
*Co z tobą?* Jeżeli ktoś zapyta co z Polską? co ze światem? nie czekaj, uciekaj jeżeli ktoś zapyta co z wami? co z nimi? nie czekaj, uciekaj jeżeli ktoś zapyta co z tobą? odpowiedz – nie lękaj się, stwarzaj pozostań poza światem jak ja
*Wszystko, co przelatuje przeze mnie* Ja kocham orle ptaki, pterodaktyle i samoloty hipersoniczne, lecz elektryczne to, co jest niesamowite, bezspalinowe obiekty lotne wszystko, co przelatuje przez mnie jak mgnieniooka strzała i trafia w czyste sedno lądowania na cztery a najczęściej mniej zmysłowych łap i mówi, złap mnie jeśli potrafisz – jestem całe zbudowane z elektronów – dodajmy z elektronów ruchu w duchu (tzw. ran) a po wylądowaniu wygląda dla mnie na obiekt godny pokochania, jeżeli jestem jeszcze w drgającym powietrzu
*Znaczna septymalna okołonaczyniowa dokładność delikatności* Ze znaczną septymalną okołonaczyniową dokładnością delikatności opiłem się łzami w dzień powstania zamierzchłych powinności serca, które nie dotrzymało obietnicy słońc zmieniających się błyskawicznie w księżyce jak za dotknięciem różdżki mniej czarodziejskiej a totalnie opozycyjnie boskiej w stosunku do zakamuflowanych sygnalnie wielkotygodniowych tchnień płuc tak blisko serca leżących, płuc martwych przez lat czterdzieści i cztery ale zmartwychwstałych dla sygnału powstania symetrii duszy i wyszeptania słów niezbędnych dla miłości w krzyżowych ogniach diagonalnie utrwalonej na płaskowyżu pochylonym nieśmiertelności sygnowanych ustami półotwartymi pocałunkiem, zachwytem, wyznania bólem na wieczność
*44 i * Ty jeszcze w Asyrii a twój grobowiec naszykowany w Lidzie ani deszcz ani monitoring przystanku Hattusza ani perfekcyjny kulomiot w nosie ISIS ani wiatr historii ani nietoperz symbol ani gładkolufowa broń ani eksplodujący osiołek ani zburzony pałac w Palmirze nie zrównają szans bytów zagrożonych i nie zapewnią unikalnej nieznikalności zważ na bezpieczeństwo Aleppo w kontekście bezpieczeństwa Litwy zanosi się na kolejne postradzieckie klęski i zamiany ichnich kodeksów oj zanosi, jak zwykle w świecie terrorystów i mumii Łotwa i Estonia patrzą na Polskę i walczą jak Litwa a ty w grobowcu Faraona jak mumia wieszcza ani Ptah ani tutejsza jego cisza złowieszcza jąkania skarabeuszy w zamieci piaskowej burzy ibisów ostentacyjne pobrzękiwania kajdanami zesłańców dopiero Pentagonu egzorcyzm a potem cisza poprzedzą odkrycie twojej złotej maski pośmiertnej po przebadaniu izotopem C14 odkryją imię: 44 i Lenin
*Rogi we wnykach* Mój las zszyty śniegu ściegiem drobnym, ale wyraziście haftowanym jakby na tamburynie łaski natury spięty pośrodku zamkiem błyskawicznym zimy rozsuwam powoli, powoli z szelestem wyskakują z niego łanie, łanie z młodymi a na końcu rogacz przepiękny dumny, majestatyczny, idylliczny symbolizujący moje nowe życie na rogach władczych ma splątaną stalową linkę to pozostałości wnyków zerwanych w szale wyniesionych z muzeum pamięci mojej rogi ogromne połamane, pokiereszowane brak tchu, tchu błysk w załzawionym oku a potem, a potem przeciągły, rozpaczliwy ryk z cyfrowego playbacku
*Mnóstwo* Szumów pisków poruczeń płomieni najazdów na gniazdo szurnięć skomleń abdykacji splunięć kiksów podwieszań kleksów mrugnięć koronacji podpatrywań gniazda osunięć gestów zamarć zaniechań lotów z gniazda odkryć achów bluzgów odepchnięć targnięć ześlizgów z gniazda obtarć nawrotów odskoków gdaknięć memłań w ciszy nocy i z rana lotni rezygnacji abnegacji podskoków w koturnach obiektywu narodu świętującego niepodległość bez ograniczeń mnóstwo
*Belzebub ty Pio* Belfegor ty Mona analiza piktogramu Braque`a Belladonna ty Caravaggio analiza muzogramu Lee Hookera Belzebub ty Pio analiza monogramu Izajasza Baltazar ty Gąbka analiza eprogramu Tramiela w wynajętym pokoju tajemniczej kamienicy w Krakowie przy Rakowickiej gdzie gołębie wokół zrobiły swoje a okna i podwórza są Rauschenberga i DeCaravy popijasz spokojnie wino białe zakupione w pobliskiej Żabce gdy kończysz dopalasz krokieta na patelni zrywasz zamarznięte firany podkręcasz piecyk na max sprzęgasz wszystko z wszystkim zmieniasz się znów w Belfegora czasów i z Moną wychodzisz szczelinami na Lubicz kierując się w stronę Rynku pod nosem śpiewasz: „A Hard Rain`s a-Gonna Fall” mijając „Biały domek” komunistycznych tortur na placu dworcowym pęknięty atomowy łuk przebija ci serce złowieszcze dziecinniejesz na szczęście twarz odwracasz po wielokroć obserwując w żłóbku uratowanego siebie
*Ani jabłko, ani wąż* Kiedy bezsenne przymioty boskich zwierząt egipskich opanują twoje wnętrze jak hieroglify grobowca ściany powstań nagle i zakrzyknij – nic nie trwa wiecznie: ani mumie ani kapłani ani wylewy ani szakal ani mrok ani dzień ani kot ani ibis ani czas ani kamień ani Nil ani len ani sokół ani papirus ani wiersz ani byk ani jabłko ani wąż podnieś rękę nad głowę i powiedz – skończyłem ze słowem w sobie jak nadchodzący nieśmiertelny sen
*Krótki kurs* Krótki kurs dla ratowników roślin: punkt pierwszy – odnalezienie kwiatu paproci punkt drugi – długie sztuczne oddychanie w najkrótszą noc punkt trzeci – wezwanie wsparcia posiłków mchów łukami brwiowymi, zapalającymi strzałami miotanymi w serca przez robaczki świętojańskie stygmatyzowanie prostokątami z kropek sinych bladych czół zmarszczonych pożądaniem jak Mgławica Magellana w apogeum punkt ostatni – zwrócenie kwiatu ożywionego naturze paproci już zapominającej dzień nocy
*Kropla miasta* Kropla miasta miasta strach czerwono czarny kropla mm miasto w kroplach kropkach zełgany nawet nie musnął dnia zełgany gany gany weź sobie ech do serca domy bloki wieżowce drapacze chmur prawda hę prawda kropla miasta kropla światła refleksy dusz deszcz wiatr zełgany kapelusz neon on wiatr liść smutek samotny liść kropla miasto miasta miast z krop woda świat świat gazet mąż żona taksówka księżyc neon kolekcja znajdź siebie w kolekcji znaczków miasto jest pocztą ślij się ślij się nie śliń śiń ślij kropka ciebie krop krop tele gram krop kap kap łza fontanna gra gwiazd fontanna grzechów miasto miast będzie znów spać w pustyni kosmosu twojego nie ja znajdź źd się sam as
*Nawoływania eskapicznych celebrytów* Asocjacja niedużego rozmachu scenek na podłożu integralnych rozwarstwień czasu wolnego to niezbyt eleganckie podjęcie druzgocącej bądź, co bądź krytyki długofalowych, niezwykłych w wydźwięku społecznym będących nagminnie spolszczanymi demonicznymi nawoływaniami obcych eskapicznych przedstawicieli różnego autoramentu celebrytów kiedy grom odległy skutkuje przestrachem nadętych konferansjerów a każdego autoramentu kierownicy znikają w iluminacyjnie somnambulicznych przedawkowaniach pleśni pas słucki pamięta czasy dekatolizacji na Wschodzie takie jak obecnie w Zachodniej Polsce ewidentne, skłaniające się ku ohydzie desperacje teatralnych uwodzicieli uczynią z podłoża kultury deskę do prasowania teatrów powszechnych bądź, co bądź ale nie po to mamy psyche i somę by rozwarstwiać niedojrzałych emocjonalnie chłopców na płatki reżyserów i aktorów a przecież jednakowoż i jedni i drudzy są nagminnymi łapaczami depresji nie w tłumach, nie pod teatrami a w sobie samym ukartowanym bez sumienia na gruncie zapomnianych steli hetyckich lub aryjskich jak talie – wszystko jedno będzie zaledwie jedna cząstka kilogramowa szczytu niebieskiego w oczach i potem niezbywalnie w mózgu, bo nigdy nie ma tak, że kwiat jednej nocy zamienia się w kwiat jednego dnia to dotyczy ludzi wielkiego formatu, ale nie przyrody nierozumnej bądźmy, więc poważni na niegrzesznych drogach oczekiwań na letnie przekierowania amplitud ciał niebieskich, gdy w mątwie galaktyki zauważa się nieokiełznane pożądanie unicestwienia partnera lub własnych dzieci wtedy można domniemywać wśród nieboskłonnych popatrywań przez słupy wody kosmicznej, że krętogłowe dziwactwa nie z kosmosu a z przepaści słów docierają pierwej niż elokwentne zaniemówienia prorocze prestidigitatorów prześmiewców propagandzistów prawie z każdej partii toć, cały kosmos, wszechświat, uniwersum lub jak kto woli debilizm chwil publicznie naginanych do własnych emocji, gdy kurczy się przestrzeń ta, co miała się rozszerzać wtedy dusza woła – ahoj przygodo i wyruszamy z mantą albo ośmiornicą na słońce, które istnieje poza oceanem bladzi jak boże krówki albinoski albo niezapominajki dotknięte bielactwem prowadź, ktoś powie, prowadź, ktoś powie i umrze a potem tylko kłopoty, gdy zaczną się nawoływania sotni ważek, szerszeni, kruków i wampirów mniej rumuńskich a bardziej zakarpackich somnambulizm, powiecie, to taki śląski wymysł ale to nie prawda to wymysł Nimroda, mątwy i genseka matrioszki to wymysł wieloręki i wielogłowy jak epoki prehistoryczne wielokrotny, nawracający w wolnym czasie nudą przedstawień ekshumowanych z dehumanizacji jaka zdarzyła się w Humaniu
*Pieśni wiecznie zielone* Ojciec przemówił do Izajasza podyktował mu słowa do miliona pieśni wiecznie zielonych dzisiaj listy przebojów wciąż okupują piosenki z ósmego wieku przed naszą erą tylko w hymnach państwowych nic nie ma o Ojcu same dyrdymały o potędze uzurpatorów chwały Izajasz zapisał słowa Ojca powiedział – Ojcze skończyłem ogłoszę to mojemu narodowi i ludziom z kosmosu powiem im o twoim Synu rozumiem cię Ojcze mnie też urodził się syn duma rodu radosna nowina stanie się pieśnią galaktyk i światła na rozweselenie kobiet kobiet jak moja niewiasta płochych uświęconych jednak uczestnictwem w stwarzaniu dusz w chwilach ucieleśnień w chwilach pokoju Ojciec przemówił do Izajasza podyktował mu słowa do miliona pieśni wiecznie zielonych i na ucho szepnął – obyś mnie dobrze zrozumiał, zachowaj pokorę i spokój, odłóż już pióro i zanuć wreszcie sam pieśń narodzin prawdziwego Człowieka Boga
*Opera* Nawet zbyt pośpiesznie nadany list ostanie się we framudze drzwi rozkołatanych jak niejedno serce opuszczone zgotuj ciszę ptakom posłańcom uwertura w miedzi podróż libretto za późno na libretto nawet zbyt pośpieszne motto może być w ciszy oazą dla ptaków chronologicznie rzecz ujmując – najpierw przeleci coś jak cień ktoś powie – szatan… a potem zatrzyma się w powietrzu ktoś ktoś powie – ktoś, ktoś ważny… nawet pośpieszne gołębie pocztowe nie zdąża przed zmierzchem i oto umierasz sam z listem w ręce ten, co do nieba nie zdążył dojść, bo i jak ewolucja cofnięta raptem została to człowiek znów jest ptakiem czy pterodaktylem? ale to nie finał, nie koniec opery koniec jest w słowie MIŁOŚĆ, co pędzi za cieniem jak promień i dopada go w uchylonych drzwiach
*Zgromadzenie delikatnonóżkich* Zgromadzenie delikatnonóżkich podziwiane i opisywane w tak subtelnej tonacji i atmosferze niechcianego błękitu paryskiego Korsyki od niechcenia łapką motyla spychanego w piach klepsydry plaży będącej współczesną odpowiedzią na byłe egipskie plagi skoordynowane w czasie biblijnym zbutwiałe dziś jak papirus w piramidach i to nie ich szczytowych fragmentach a niestety niestałych komorach grobowych – utraconej na zawsze a motyl spycha i spycha błękit więdnie i koroduje jak tarcza Achillesa niecność niepowstrzymanie kołysze się na wantach Odysa rozchyla poły namiotu Menelaosa Zgromadzenie delikatnonóżkich podziwiane i opisywane nie stroi wysoko prawdziwych a tylko cykladzkie namiętności, których strach słuchać wcześniej, gdy jest śpiewem syren i podziwiać, gdy jest tylko tańcem Salome na piasku Święty przelatujący tu często powie: jest szansą kochane rozluźnienie międzynamiętnych powiązań miłosnych korzystających na takiej sytuacji niezwykłą szlachetnością błękitu tych oczu zastygłych na zawsze w słoneczne wiersze Pokolenie dzieci delikatnonóżkich zbuntowane w kolebkach mitów na plażach już pełnych szorstkości choć na zawsze w bursztynowej bryzie zanurzonych okaże wreszcie zawstydzenie jak Kalipso i ukryje się w świniach
*Potencjał skromności* Potencjał skromności jest nieprawdopodobny tak, twoje marzenia powinny być skromne okiełznane w ramach, granicach i kształtach nie nieskończoności tylko Wszechświata niewidzialnego to wystarczy przedzierzgnij się nocą w szerszenia robotnicę dzierzbę i na świecy ziggurat znoś swój wosk jak pierzgę by w końcu zażec móc coś, co ludzie nazywają światłem, aniołowie duszą a Bóg sam drogą ku… pokora ostatniego ogrodu a ogród w ciszy (nieznany fakt) potencjał mózgu nie zmusi świata do eksplozji ale świat i tak eksploduje fajerwerkiem, gdy zaśniesz milcząc jak Bóg nagle zwaśniony z ciałem świecą zigguratem dnia hardego rozgardiaszem
*Razem* Stwórzmy to razem nie jakieś tam hokus pokus ale zwyczajnie jak modlitwa przelewająca się z myślowo odległych kontynentów swawolności w mistyczny kryształowy kielich oczywistości stwórzmy to razem tak jak powstaje siano i kiełbasa zróbmy to z wysoką dozą miękkiej bolesności zetnijmy i zmiażdżmy sedno naszych spraw i tchnień wtedy jak noc odległa od dnia będziemy szukać zjednoczenia białą śmiercią poranka bądźmy w tym jak sargassowe węgorze jak dwie chatynki na wzgórzach wśród słoneczników bądźmy ciszą lasu poobiedniego i nim samym gdy wdzierają się w niego czołgi durniów ponure a wiatr odmowy wieje stwarzajmy decydujące stąpania po gwiazdach niech te chatynki nasze na marsjańskich wzgórzach oświetli wreszcie zachód słońca a my powiemy – to nasi rodzice i pradziadowie antyczni to nasi antenaci żyli w nich spotkajmy się jak kiedyś w walce o świty niech ta rzeka czołgów nie zmiażdży naszego lasu czołgów głupoty społeczeństw i alienacji jednostek, co są jak węgorze na drogach wodnych nęcących ku rozmnażaniu gwiazd w naszych pelerynach przeciwdeszczowych ty bądź ostoją dla genów księżycowych ja będę lasem dla zachodów słońc zejdźmy z gwiazd odległych przetrwajmy pomimo wbrew jednak dla jedności
*Trzeba umierać stojąc* Połączenie aż tak niezwykłe w sobie? źródłem tych wszystkich natchnień jest Duch to oczywiste Wespazjan miał na takie pytania odpowiedź gotową – trzeba umierać stojąc są skrótowe opisy dokonań w przestrzeniach materii, która wygląda jak Duch na pierwszy rzut oka są idee wykołysane w wierzbowych witek kolebkach natchnień przewrotne jak życia pokręcone skłonne połączyć to, co powyżej z tym, co poniżej i wykorzystać Izajasza na zmianę z Webernem przy lepieniu glinianych latawców lampionów a to się kłóci z przesłaniem dzikich dzieci – proca tylko proca abstrakcji perswaduj dobro zaskoczeniem radosnym – wierzącym, co posiedli skalę akupunkturalną dodekafoniczną w głowie najeżonej gwiazdami swojej dołączonej na własność danej jak gdyby nigdy nic
*Eulogio wierna* Ja jestem piedestałem okruch na nim postawię okruch twojego serca w pięknym adoracyjnym relikwiarzu (refektarz już lśni) na tabernakulum mojego zachwytu (w prezbiterium półcieni) prospekcji naszej kwietni i płonięć eulogio wierna
*Jasny i gotowy* Nawet, gdy słońce kruszeje jak zając na balkonie to ty, jak gdyby od niechcenia tężejesz w przepowiedniach spojrzeń, co każdy kontrapunkt przestrzeni postrzegają w długowieczności planet niebanalnych zdumiewająco szlachetnych w wytryskach niegodziwości pozostałych sublokatorów kosmicznego szaleństwa zwanego życiem powszednim dla kanarków i dzierzb za dnia o dziobach ibisa w słonecznych splotach ubóstwianego żertwa wtedy słońce nadaje się na pasztet wystarczy zdjąć je z haka a zawiesić tam kapelusz pełen myśli zatęchłych, rozmiękłych by przewietrzyć myślenie by przewietrzyć myślenie by przetrzymać myślenie tchórzliwe by przewietrzyć układ powierniczy kul i ofiar tam będzie wolność gdzie pasztet zajęczy czerwony a ty w pokorze jasny i gotowy
*Hagiograficzna kartografia* Od jutra będę prowadził zajęcia z hagiograficznej kartografii to moje postanowienie otworzę przykatedralną szkołę map dla dziewczyn zagubionych we mnie podczas śnieżnej burzy uczuć od jutra schody do panteonów kontynentów będę budował dla nienagrodzonych zdobywców biegunów Ziemi oni byli napiętnowani psami i kucami a ja uszczęśliwię ich schodami ruchomymi napędzanymi lawą lodową serc o Enceladusie o wodo o Encyklopedio o wolo o moja katedro katedro moich przekroczeń od jutra zachwycająco zdefiniuję natury ucieczki od rzeczywistości czerwonej ku białym jak śnieg biegunom duszy przypadki religijnej emocji górotworu zastygłego opiszę i nauczę każdego procedur odnajdywania i odkrywania na nowo łez kto uzna mnie za profesora chłodnego umysłu chemicznej literatury zamieci słów geograficznego awatara stałości niebios nakreślonych mapą ratunkową bezcenną w odpowiedniej skali
*W duecie z Bergiem* Atonalny mój koń w letniej pelerynie głowę ma wypchaną sianem jak trawą ja kłusuje po poręczach, barierach po dywanach z asfaltu Sodomy Amarantowy mój koń całuje zmalowanymi ustami księżyce, co rusz, co noc co będzie, gdy mnie ucałuje? zatrzymuje się i zastyga jak nieznana kometa Goryli Mój nowo zelandzki koń fetyszyzuje wszystko co nie jest stepem a ja koszę łąki brzytwą dla niego gdy cały świat ze stepo wieje zacznę tańczyć na forte pianie i to wówczas, gdy w duecie z Albanem Bergiem będzie na nim grał: Lulu Lulu koń ten
*Szklane pelikany* Metalowe szpilki sosny miotają się w górze gałęziami sosny wicher targa dziwny szalony wiatr wspomnień dnia wymachuje biczami nade mną nagle szklane pelikany kołujące nad moją głową tworzą świetlną aureolę zderzają się ze sobą gwałtownie stymulując szklany dźwięk destrukcji zła powtarzające się jak u Reicha takty i frazy wciąż szpilki pelikany wciąż szpilki by w końcu uderzyć o metalową rurę po środku wywołując apokaliptyczny grzmot to ja sam jestem dźwiękiem dzwonów rurowych w finale tej symfonii wiatru zbuntowanych myśli burzy niemilknącej we mnie uderzają dzwony rurowe uderza wielokrotnie gong pelikany szklane rozpadają się patrzę w dal na pobliskim rondzie karkołomnie prowadzona przewracając się koziołkuje wielka ciężarówka Biedronki rozgniata drogowskazy i bratki moja burza uchodzi z miasta razem z duszą kierowcy przy akompaniamencie dzwonów rurowych, do których dołącza się solówka Hendrixa jak piorun uderzający w środku nocy potem zalega cisza w końcu w kołysce zasypiam
*Sekcja ósma* Sekcja ósma szósta czwarta sekstans jedźmy nikt nie woła woły czas wyprowadzić burza na morzu a statek pirania wół by się zdał tu nie na drodze nie na ornym polu sekcja karambol sekcja boks ósmy boks szósty boks czwarty okrutny koń skrzydlaty drr pin dżar żar jest już flauta cisza spokój amok fal przeminął piana zaschła na wantach i rejach woły grają na flecie a żyrafy? a nosorożce? a pelikany? jak syreny śpiewają? jesiotr węgorz troć to trr trawers, bo to już góry wół pnie się po skałach słynną drogą Długosza wbija zęby w szczeliny a półka a bułka a buty a but butt errr pójdź ity dzin ze hen wola modlitwa modlitwa woli ity pójdź pójdź kiki ki ki siwa twa mewa na skraju przepaści grań uskok żłób żleb skrup skrup w przepaść mewa spada rozbija się o skały a wół odfruwa kle kle sekcja ósma sekcja szósta sekcja czwarta mewy burzy ka
*Okrutne zdziwienie* Skorzystałem na tej poobiedniej drzemce wtedy, gdy ona jak pająk wisiała na żyrandolu i wachlowała mnie z góry żebym nie odczuwał upału kiedy to somnambulizm opanował mnie raz jeszcze i wniknął w moje poglądy na raz zacytowany szlagier świata zmysłów ona nie wiedziała, że to ja właśnie jestem pająkiem pająków przemian paramaterialnych myślała, że nie ja a ona dlatego tak okrutnie zdziwiła się, gdy przeciąłem nić jej szansy jawy i złapałem ją w swoją sieć snu miała mi za złe, gdy zbliżałem się czule po jej strach z błyskiem w oku odwróconym potem wyzbyła się go i została moją branką omdlałą do zakończenia dnia tak dziwnego jak jej szczery uśmiech teraz nie ockniemy się już nigdy w splotach wiecznych okrutnie nierealni? oby!
*Łap dech* Koń ponosi strażnika gwiazd stłumiony popęd unieruchomionego alternatywnie jegomościa, co spadł z jakiejś ksylofonicznej nuty by znów pożreć batutę jak książeczkę prawd słodko gorzki świat ksylofony trąby trąbity zagłady nie będzie dzisiaj zadzwoni dzwon archanioła zwołujący na pożywny ratujący posiłek kolację na trawie przed Białym Domem policyjnym wszechschronem tutaj na dworze króla bieli koń ponosi powóz strażnika gwiazd łap dech i w czas stań
*Kata dekapitacja* Dekapitacja w dell`arte sok kolorowy kapie na ciało w scenicznej agonii uciec z wydmuszki, którą uchwycił sokół myśląc, że to jajo świata to było jajo Dalego w nim skamlenie świata tak tylko skamlenie chemia nie wystarczyła, aby rozbujać dzwon namiętności narodowej chemia wystarczyła by wejść na dzwonnicę tak tylko kto pociągnął za sznury na tej starej wieży? kto przestraszył sokoła? gniazdo świata w dell`arte rozdarte dekapitacja chęci wtedy nozdrza wydymają się, gdy chęci brak modlitwa zamiast huku dzwonu modlitwa zamiast huku zmysłów i ciał modlitwa zamiast huku armat modlitwa sokół z dell`arte błazeńska dekapitacja masek myśli to dobra myśl kata dekapitacja własna
*Odkapryszone istoty* Jak rozedrgany nasunięty na zegar księżyc zdecydowałem się zmierzchać by w swój nie do odczarowania dzień ukorzyć jego odwzorowanie w mitach nut taka zmienność by potem paść na twarz przed słońcem skupionym na moich ułomnościach brwi rzęs i grzywki jazzowej notabene ukośnej i septymowej w wolności wiatru potem znosić cudze mgławice wyprężone na piedestałach ciszy nie do odratowania w kontraktowanej bezczelności białych nocy co wędrują za mną po świecie nawet podczas przekraczania równika nierówności dusznych by posiąść to, co najcenniejsze we mgle stwarzanych przeze mnie istot mnie podobnych jednakowoż ale odkapryszonych nieco w bezcennych myślach bezksiężycowo jak dzisiaj nie do odnowienia
*Kredyt Picabii dla Xenakisa* Kredyt Picabii dla Xenakisa to jadło chłopskie dla Ludwika XIV jadło to ja Kowno Troki Kłajpeda Saloniki 7 Kościołów i dzban whisky kreteński labirynt Knossos kredyt Miro dla Varese Reicha dla Kandinsky`ego La Monte Younga dla de Kooninga deszcz monet pędzlem uszkodzonych a ja mówiłem kiedyś, że padł silnik Moskwy kretyński Szary Wilk zjadł kebab z psa i konia potem wyskoczył na mur świata odleciał na lotni Ikara w tatuażach wylądował przed Bankiem na Cyprze tu wśród wielu Mogołów Syberii rozmienił Scytów tetradrachmy na drobne jest taki kraj gdzie malina dojrzewa jak kokos dojrzewa dojrzewa zasypia oczy się kleją mgła litewska zmienia się w cholerę w Konstantynopolu a ten w Stambuł I, II i III kredytu nie udziela się konkretnym biznesmanom tako rzecze siedzący nad stawem bankier wygnany ze świętymi sztuki z City ale to tylko słowa słowa słowa nic nie kupisz za nie od Scyty (nie to, co kropki, plamy i kreski zmieniające się w nuty)
*Tylko w mojej głowie* Na litość, co to? jastrzębie polują w mojej głowie? czy to jakieś zamieszki uliczne w mózgu? coś się rozpada, jakieś przepowiednie się sprawdzają fatalistyczne tak, tak, i to w mojej głowie tylko na ulicy rząd z narodowcami maszeruje Poniatowskim niesamowite czasy ostateczne widzę przez ciasną szparę to marzenie Dmowskiego i Piłsudskiego Paderewski gra na syrenach Prymas Kakowski błogosławi fajerwerkami w opłotkach Marszałkowskiej faszyści gonią bolszewików do Brukseli Kruczą i Alejami czy jakoś tak na odwrót za tym oknem oka coś się kończy jakiś strach kończy się pogoń za wolnością kończy się denuncjacja brata i donoszenie do Moskwy bo Moskwy już nie ma w Donbasie pagibła jeszcze w mojej głowie mieszka tylko strach tylko pozostał gasnący nad drzemiącymi pomrukującymi fokami kołują jastrzębie z Etopiryny ułuda bladej niewoli bolesnej umiera ostatnia w mojej głowie
*Drohobycz* Banderowcy za kontuarami w cynamonowych sklepach? czy są większe zagadki świata kainowego? kalafonia z Malabaru i wódka (na pohybel Lachom) – obok siebie? na rynku wypalonym morderstwami idei słońc zamiast wszystkiego, co kryją wnętrza sklepów cynamonowych jeden transparent na ratuszowej wieży osmalonej dymem z płonących kościołów i gett – chwała bohaterom UPA! z uliczek schodzących się do rynku jak Chasydzi na modły słychać wciąż tylko świąteczne tra ta ta ta bum bum ludzie wychodzą z cerkwi nędzą zmęczeni malutki konik ciągnie wielki wóz na gumowych kołach z wiązką słomy na drewnianej platformie konik krwawi wciąż a słoma płonie jak polska strzecha sklepy cynamonowe fruwają nad miastem nie jak iskry ale jak bociany czy to bociany na pewno? czy to nie kochankowie z obrazów Chagalla? a może to anioły, które zgubiły ludzi…
*Antymateria widzeń* Jadeit kochana jak pobladły nagle koniec lata opal tęskniona jak twoje włosy rozświetlone o zachodzie słońca granat umiłowana jak twoje oczy gasnące nocą diament radioaktywny jak pluton egzekucyjny niewidzeń chwilowych naszych nie nie nie antymateria widzeń właśnie najdroższa już wieczna
*W dolinie rozbitych witraży* Gniewni pozostają w cieplarniach a zagubieni wprost naśmiewają się z nich i ich niedoinwestowania w cel w zakamarkach ciszy panieńskich cnót w takich zamierzchłych miastach co z uliczek nadwątlonych poniewierkami koni wyruszają w deszczu przed kościoły by rozstrzelanymi zostać przez gołębie niewarte słów i straszenia strachem nielotnym na gołębie spieczone warte śpiewu z rana jak fiakier w zakrzykach czarny i zełgany artysta będący w nauczycielskim zrywie taneczne bary pouczając namawiają wychowując zapijaczonych braci włóczykijów mostowych spaczy taki obraz malują poniewiereki w dolinie rozbitych witraży schrystianizowanej dzielnicy horroru mitów paryskich legend krakowskich ich ich ich i zaniesie się do kolegium gołębnika giełdy, co porzuciła partię lumpenproletariatu by wyzbyć się na zawsze biednienia zbuntowanych żebraków pod kościołami dla bogaczy lotnych strachem mimem zagubionym chochołem
*Zmysły w uszach całe* Muzak w uszach lewak w poglądach kalosz w koszu papieros w klombie Gavroche w salonie pijak w galerii mój prawy mundur w opłakanym stanie stan w kraju kwitnącej wiśni skrzypek w szaleńczej solówce dyrygent w kościele Bacha szepty w organach siepacz w parlamencie wiesiołek w herbacie mamut w luksferowych refleksach tęcza w Nowym Świecie Zbawiciel w niej na karb lewaków poszły rozszczepienia sumienia homar w menu w szczypcach akompaniujących kapar zawsze to samo w galerycznych rejsach punkt zwrotny w cieście australnym miodnie jądro ciemności za czarną dziurą (już nie będzie się można odwrócić wstecz i zrozumieć, co i jak było, podczas gdy po śmierci będzie można) śmierć tylko w getcie Bajkonur w Semitpałatyńsku monster wy w Disneylandzie jak Disney w ciekłym powietrzu czekający na lek w prochu monsieur ja przy zdrowych zmysłach a zmysły w uszach całe tylko cicho sza, w tle muzak, lewak, prawak monogamista polifonii odwzorowany w polichromii OCZY w sercu, uff
*Krówki w węglowodorach* Za mgłą niedzieli nikną krówki w węglowodorach czy wręcz odwrotnie? wzrok słabnie, zamglony obraz świętości świetności gości one w nich oni w onych zaokrąglenia one nieznośne stawiaj na jedno pytanie czy są zdrowi? czy to ozdrowi? wtenczas na pojedynek wyzwą zegar, za którego nagłym porywem cukru śniegu odkręcą zaszłe naddatki bocianowa strzecha, blizna stawu, wiatraka wariacje koczkodan, goryl, szympans i człowiek zręczny w poszumie mów, pór w strefach gorętszych jak kokarda na rogu byka ofiarnego uniosą się w górę dla nadętości klucz do interesu – międlenie lnu okazja do międlenia słów po umoczeniu czy wręcz odwrotnie? wtedy wiatr rozwiał mgłę niedzieli rozdarł mgłę ciężkich obyczajów i pożarł ją idą lekkie czasy i ludzie nie zawracają za onych jedzących jęczących mgłą nie pytaj czy i ty udźwigniesz aż tak powszedniego siebie
*Wędrówki kres* Stąd a dokładnie sprzed klawiatury białej w tym pokoju do wieczności czerwonych zórz hen stąd do bram zachodu ze stadnin wschodu od ąk do mąk od mąk do ąk niebieskich szybko by a dokładnie bko w najgłębszej ranie twoje blizny są tą wiecznością przyszłości ładu estetyczno-etyczno-etatystycznego stą z ąk do mąk daleko do grających wierzb malowanych zbóż niedaleko leko kko kjuż więc wstań, ech ty ać ja pobruszę kolejne stolat sto lat niebieskich Otto bracie dla mię wędrówki kres
*Tajemniczy przybysz* Tryl jakiś tryl jakiś tryl coś pędzi po klawiaturze nowych dni tremolo vibrato staccato ale to nie są ręce pianisty to nowy ty w skowronkach jaśminach promyczkach półuśmiechach dźwięków jak puch jak kurz jak pożądanie pustynna burza błysk burza gwiezdna co to za przybysz na niebie? rozświetla noc i łuną spadającą zadziwia nie jest inteligentny tak jak ty jest za to niesamowity nieznajomy tajemniczy z gwiazd detonujący ponad ludzkością całą meteor jesieni pędzi faluje płonie twój nowy model pozaziemskiej muzyki emocjonalnej do cna rozkochany w cichnącej Ziemi
*Zdrój* Piłem jej różany żywot jak wodę ze zdroju namysłów gdy będąc pięcioletnim chłopcem dojrzałem w jednej chwili matador ranny w pierwszej walce ale przygody jej oczu do moich przybiegły chęci zamknięcia czasu łopotały jak sztandary kuse chustki, spódnice, co odkrywają znamiona biegłem do tych wód jak Miltiades na starcie z wrogiem biegłem spokojny i pewny niecierpliwy żądny pełni kochania na kanwie radosnych tortur utkałem arrasy zbudowałem pomosty przerzuciłem je by abordaż się powiódł zrealizowany w pragnieniu zaspokojonym, co zamiast warg dostało żywej wody nie ginącej prawdy o sercu dotarłem do tej głębi i do jej ciszy chłodnej zerwałem chustę nieba ostatnią co ją skryła i wygarnąłem garścią jej zasób mądrości mądrości seksualnie porywczej, co chce świat zmienić zanim pragnienie opadnie jak listek brzozowy pożółkły na dno sadzawki w tej źródlanej ciszy widzenia piękna jej ukrytego
*Aż stąd do światłości* Bum ska skra trwa szum wyje wyj wyjście jęczy w otworze coś Wigilia Święta Zmarłych ścisk deszcz pisk wzrok słuch ja wysokie C biorę ać kleszcz kluszcz klusk wynajduję wyjmuję onomatopeją klęskę ciszy język zyk kzy uzy lu Lu Lu na na wymiar Mi ryk szum piszum gdybanie świerszcza w silniku czasu wieczności auta chrobotanie dusz autobuszz ludzi zmarłych smęt cmę cment aż do aż stąd do światłości świetności jęk jużnie jujutrznia jutro
*Zalegnie każdy niemorwa (MEHR LICHT!)* Jeśli masz kłaniać się górom wysokim to wiedz, że nie musisz one są niższe od ciebie nawet niższe niż doliny twojego mózgu zrównają je kiedyś z tobą morwy kroczące szczytami ku morzom i zadepczą kozice uciekające przed morwami po skałach przepastnych jak nerwowe komórki rzeknij morwie słowo (jedno) a rzuci się w przepaść z przesadą rzeknij sobie – MEHR LICHT! – chcę światła a nie mroku a wyrośniesz jak szczyt szczytów ponad swą głowę tak więc zapamiętaj – Bin Laden sułtan mordu, który powalił wieże World Trade Center i na kolana Pentagon wyrzekł następujące ostatnie słowa – zgaście te światła i spoczął martwy na dnie oceanu wśród małż nie jest kotwicą (czegoś) lecz wrakiem (wszystkiego) jak wszelka góra (niebotyczna) bez jasności Słowa w najgłębszej głębi świata zalegnie każdy niemorwa
*Wyobraźnia*
Zgarnąłem moją niezależność ze stołu
wybiegłem na deszcz upychając ją za pazuchą
świt uderzył mnie w twarz i znikł
upadłem na pelikana
odlatującego właśnie do zoo
z tobą szamoczącą się w ogromnym dziobie jego
wcześniej nigdy bym sobie czegoś takiego nie wyobraził
zbolała wyobraźnio zostaw mnie zostaw
na zawsze
w klatce
*Profesor Rzyg* Profesor Rzyg wszedł do Urzędu Ludowego a Złodziejaszek Himalaj uciekł z niego gdy dokonywała się ta swoista wymiana stałem wtedy za ladą portierni bez uprawnień fajtera póz lecz z legitymacją prasową słynnego The Sun zanotowałem ten fakt na sam widok Profesora odezwałem się – Rzyg, Rzyg, wow, wow sowa śnieżna i ja od dziś Curiosity i Mars piszę o tym właśnie będzie Pulitzer, hau, hau i ha ha makabra „na jeźdźca” tu Profesor rzyg, rzyg i ha ha rewolucja rewolucja jeszcze jednaaa
*Słoneczko* Słoneczko ty moje ostatnie, zachodźże, skoro masz zachodzić bo mnie już oczy bolą od patrzenia tylko na się słonko to ptak jeden a ja to miłości lot do gwiazd od patrzenia do zrozumienia od zrozumienia do patrzenia na cię
*Zgasłość* Nestor leksykon źródło przesłań źródło żywe na scenie ona jedyna kurtyna w kwiatach wchodzą aktorzy z bielmem Nestor narodowcy mnich pochodnia zasadniczo nic się nie dzieje reżyser kuca za kulisami snadnie chęć mu odjęło wypłakania się przez aktorki blond niema wchodzi stąpa delikatnie jak szepty czułe żeby nie zbudzić reżysera nie zbudzić psów na widowni nie zbudzić nimf na kurtynie antycznej w krajobrazach greckich tkanej wiecznie błędny wzrok psów gaśnie lampa jedyna nad sceną to słońce sztuczne jest do opisania blado złociste pulsujące ekstrawagancko wybuchami na powierzchni swej świecące jak zmurszały pień sobą same będą dzieci śnić o nim, gdy zgaśnie wchodzi blond bóstwo solarne bez narodowości i języka w gębie zapominalskie bóstwo zachodu stoi kolumna a przy niej mnich bladoróżowy już tylko nosorożec wbiega wreszcie czas na chwilowe spustoszenia psy klaszczą na opak czas na kurtynę och, nie, nie jeszcze jeszcze Nestor wnosi encyklopedię jak Biblię rzecze – leksykon świata psy zjadły po spektaklu wczorajszym och, nie – rzuca kurtyna czasów w ustach słońca gaśnie słowo za słowem zgasłość pozostaje: policzono, zważono, rozdzielono
*Nie okrutniej bez niej* Miej oczy i patrzaj w oczy sny niech sny znaczą a marzenia marzenia oczy jej są twoją sennością zamknij je czułością i więcej nie okrutniej bez niej
*Dokończyłem żucie* Zszedłem z pala zapatrzenia wszedłem na pole zachwytu a co, czy ja jestem aby kormoran łowny? patrzę a tu kremowy kwiat smukły od pierwszego wejrzenia… o ho ho zerwałem i zjadłem go ze smakiem jakem przeżuwacz wszelki zatuptałem i hops na pal dokończyłem żucie (ech, życie, życie wewnętrzne)
*Fuga miasta opustoszałego* Ulica krótka, zegar senny jedno na drugim spływa coś, co powinno sterczeć jak maszt radiowy wczorajszość wszechobecna zbyt krótka twoja ulica na te czasy lewa, lewa, prawa, prawa (bach) leży coś, co powinno chodzić znalazłeś się na wstępie do podziemi w ostępie piekieł i przedzmartwychwstań wśród korzeni, studni i domysłów politycznej dintojry zamglonych latarni gazowych utrzymujesz dystans do niepodległości swej kijem splunięć opędzasz się przed światłem kłamstw tak naturalnych jak padlina jak miasto opustoszałe przez czas na życzenie nieodparte w porę pustynie jaskrawości w dali a tu ciemność rozszarpuje wszystko jak hiena roboty sarkastyczne kradną zegary a ty? lewa, lewa, prawa, prawa (bach)
*Fuzja gatunków* Nakręcony, ale niedziałający skarlały powolny lękliwy bądź, co bądź znamienity – dźwięk z obu perkusji i Fendera gdy oni nadzy na okładkach ty na okrętach już wierszy zamaszysty oni zeskakują z okładek perkusja pulsuje Billy Cobham szaleje na werblu twój statek to statek śledczy ty masz włosy na szczęście w kamieniu czarnym trzymasz pamięci formułę to kamień tylko muzyczny choć ty filozoficzny jęczysz wyjęczasz sny jak nakręcony, ale niedziałający potem artykułujesz te jęki osaczany rytmem przez serce Billy`ego bum, bum, bum nostalgia tłumów wali stopą perkusji jak śnieg w okno a tu nie zima fuzja gatunków i dopiero czas zamawiania win zapisanych na kartach Wierzynka bądź, co bądź cokolik dla lampki wina wśród zniczy herb serca Billy`ego targasz kotwicę zegara zeskakujesz z konglomeratu czerni stajesz na winnym pomoście żeglownej muzyki zakaz recytacji słów śpiewu tańca nakręconych brzmień – wielkiego dnia
*Pokost* Poświata postrzegana jak pokost na trawie jakieś delikatne drgnienia albo zroszonych pajęczyn rozpiętych na winorośli zasnuwającej altanę zielonych wspomnień według bajkopisarzy pojaśnienia zmrużone połyskliwe do końca na zachód od stawu, co ciemnieje jak grób w zakątku ogrodu wielokwiatowego i wielowątkowego w oddechu motyla Apollo pośpiesznym ciebie śpiącego w pudełku po zabawkach, które Święty Mikołaj przyniósł czterolatkowi za domem za domem za domem za … wydawać by się mogło świtem jego
*Jakiś Polak Numer 5* Podsumowanie zdrad rodaków to praca nad obrazem hiperabstrakcyjnej hiperemocjonalności chlapanie pędzlem po płótnie w zapamiętaniu z wściekłością żalem miłości spazmem ziuch ziuch pac pac ja ty on oni POPIS PISPO OPPIS Palikot PIES Nowoczesny Zielony Burak Arkebuz Patron SZLAM hlap hlap kleks plum plask hipernonszalancja hipergłupota ekspresyjna plucie krwią na płótno Mazowsza i Pomorza obsmarkiwanie kanwy Wielkopolski i Lubusza wymiotowanie na papier Śląska i Małopolski kto jeszcze, jaki książę nadąsany bez dzielnicy władzy rzuci się Polsce do gardła z watahą obcojęzycznych? jaki ogłupiony andrus z KOD-u i libertyńskiej stajni francusko-belgijskiej, niemieckiej twierdzy hitleryzmu pruskiego, ruskiego bunkra narodowego orthodoxsocjalizmu, czy zatoki upadłego luteranizmu wazowskiego? rozświetlając motywy i ożywiając kolory dokończy paraboliczny bohomaz: „Jakiś Polak Numer 5” za jakieś marne miliony
*Na morzu informacji* Takie dzisiejsze nagłówki gazet mogą wywołać tylko artretyzm na morzu informacji jak burze fal odpływu bo ślepota zupełna jest zakazana na pokładach i mostkach raczej zarezerwowana dla nabrzeżnej gawiedzi w portach iluzjach patrz – co widzisz? widzisz – co to jest? jest – baner skuteczny o treści: „serce mierz na zamiary oceanu a kości lecz pianą reklam” pokręcony szkielet Latającego Holendra z gazetą w zębach zamiast noża na rogu każdej ulicy w pirackiej zatoce milionowego miasta propagandy to już ty?
*Alek jak?* Alek jak alek jak nazwać alek jak nazwać twoje serce Alek – x? jak?
*Przedlarwia fizjonomia* Skomplikowany przekaz jednostronny wynurzył się z wypowiedzi mieszczańskiego dziecka w fazie dorosłej znajdującego się na fasadzie siedmiu maszkaronów fetujących zobowiązanie do przekształcania miast w głosowaniach prostych, gdy fascynująca jego przedlarwia fizjonomia odnalazła się w minach sztywnych facebookowych z rana po rosie nie z wody a z azotu ciekłego, co przeistoczyło nie tylko brwi, wargi, ale i kończyny całe w szkło, kończyny machające za Polskę przed podpisaniem zobowiązania tegoż złożenia życia rozbitego w razie czego Krzycz echu do ucha frontmanie motyla galaktykoskrzydłego skazo na ciele kwiatu rozumu ust bo prohibicja kolaudacji fekaliów w mediach żertw forsownych była zawsze rozciągliwa we Wszechświecie zadłużenia w uczuciach stałego czasem owego dziecka górniczo-hutniczo-rolniczo-prasowego zabezpieczonego w kodeksie – artykuł 148 paragraf 2 a na tablicy 2 od góry wiersz 2 trwa zima dla larw szepczących poezja księży milczących za innych bulwersująca cisza zbyt skomplikowana dla prawodawców, gdy orkiestra interpretatorów mimiki twarzy zgasłych i niedojrzałych gra
„Twój kolos” Kolos to jest ciemność nie za widnokręgiem, oj nie w twoich ramionach raczej ospały dzień zmienił się w ospałą noc ledwo dotrwał do zmierzchu lecz cóż to, to nie zgasił księżyc twojego ognia, który płonął i poblaskiem zaznaczał się w oku jak cyklon bytu? a teraz musisz zgasnąć sam bez niego jak słońce iskierka galaktyki i nie możesz wtulasz się w pustkę materii kolos wapiennych skał jawy jak demiurg świt trzyma cię w uścisku mocno był jaspisem potem zmienił się w granit a teraz… czas na magnetytowy bazalt a ty, zgasłeś już? do rana łkasz? może jeszcze, w tysięcznych chwil popiele żyjesz ostatnim promieniem wtulony w kolosa tchnienie swoje gorzkie dopełnienie
*Zarzuć Wszechświat na plecy* Jak to jest? ty tego nie dźwigasz czy świat nie chce dźwigać ciebie? opis przyrody – makro zmienia się w mikro onomatopeja kwantu zmienia się w parseka symbolu bądź wtórnym wybuchem ducha po erupcji grawitacji w sercu czerwony pulsujący zachód słońca nad lasem pełnym płomieni, gdy wiatr nie świszczy w gałęziach, lecz szepcze ci do ucha wstawaj szkoda dnia zarzuć Wszechświat na plecy to tylko plecak nie krzyż i bezkrwawo jesienie poetycko wyrusz
*Zeznośności zesnu zezwłok* Zbytnio nie ufam zimnym słowom, co z zamierzchłych niw językowych zrozumiałą ledwie polszczyzną przywołują pożądania pobratymców śmierci czerwcowej zjełczałej od pojękliwych bakterii nieznośności nieczułej a są ledwo wyczuwalne w pozamózgowych zaświatach przynależności do zboczonych filakterii i uwarunkowanych centralnie podrygiwań obleśnych w idei zakamarkach ukryte na czas zeznośności zesnu zezwłok a przecież nie wyglądają tak wcale w chwili, gdy młoda dziewczyna wchodzi do pokoju i mówi – kocham cię a ty jesteś w kwiatach a ona w jasnoniebieskim kostiumie niezakrywającym niczego nawet uczuć spąsowiałych w słowach co wydrgały na języku zanim weszła okrutnie zimnych jak odwieczność świata
*Ściśnięte w garści gardło* Ściśnięte w garści gardło grdyka zadławiona dłońmi zapalczywości wtórują halne słowa w chwili samounicestwienia słowa obrażonego zatrzymane na zawsze Tatrami zębów i warg jak klocki lego maluszka zestawiane w ciszy na podłodze rączkami jak zabawki strachu symultaniczne ściany przewieszki z nadąsanego milczenia
*Mrugnięcie powiek* Zrozumiałem, że w moim jedynym mrugnięciu powiek, błysku oka zawiera się cała przedszkolna sfera wyobrażeń o kobiecej bieliźnie i jej mutacjach na czas pokoju i wojny ze światem oko ześlizgnęło się z piedestału krągłości kobiecości na własne nogi spodnie do kolan, podkolanówki stopy w małe buty odziane mrugnięcie powiek smętniejące z godziny na godzinę z roku na rok widzące co lato szykuje na zimę by jak larwa zaistnieć znowu wszetecznym kojarzeniem kobiety z ciężko rannym ciężkozbrojnym janczarem mamelukiem przedszkolakiem wojen mrugnięcie powiek ruch delikatny wieka trumny niemowlęctwa by spoić bieliznę z ciałem białym namiętnie delikatnym przed poszarpaniem nieuchronnym w ramionach światów cywilizacją skażonych symbolem Ewy
*Deforestacja przemielonej niepoprawności* Najzdrowsze bodajże są pomysły takie jak ten, kiedy to raz gazda zapomniawszy kapelusza założył na głowę, co miał jak arbuza w ramach: trzeba sobie jakoś radzić żelbetowego nausznika kawałek (głuszącego i zapobiegającego przeinaczaniu głosek) był jak taki Kościelec co zmienił się w Mnicha zastygł i tyle po nim pozostało co widać – sza, sza, cicho sza, sza opowiedział mi o tym pewien polityk, który opuścił partię mniejszościową przed rozpadem tejże żeby zapobiec odstępstwom takim, jak – Goralen i Slonzaken Volk Schlessien Beratung i Kaszebsko Odroda słysząc o tem się zmazurzyłem i szadziłem jabłonkując jednocześnie zostałem na probę Drzymałą Ślimakiem i Żelewskim Szelą w jednym kościelcu gołogłowy natomiast nasz gazda do dziś paraduje w nauszniku jęcząc niezrozumiale pod nosem: hvala ljiepa, hvala Kleinpolen und Karpatenvorland Alba Chrobatia Mater Polonia kasaj huby Rasiu i na lędo albo bruszyć
*Bądź mi sakramentem światła, nadziejo* Bądź mi sakramentem światła nadziejo w poniżeniu moim rozgrzeszona z miłości daremnej nadziejo na życie po kres mózgowych komórek odczuwanie świata błędnie rozumiana ciemności rozpłyń się w zmartwychwstaniu serca błogosławionego tobą
*Gdyby w Niniwie działy się cuda…* Ze wszech miar nadęty strącony będący po napitku winoroślą wciąż jak zgiełk cały, za który się płaci o tym, który wychodzi z mroku, by stąpać zwolna z wysokiego zamku ku planetarium dolin plebejskich i nieokreślonych lepkich idei narodu bo właśnie wtedy na smoki się poluje właśnie wtedy mordują dziewice zamiast nich, gdy opowieść jest sama w sobie nieodkształcona ześlij a nie zagarnij będąc ukrytym w kufrze i to w kufrze jafskim wniesiony zostałeś w nim w europejskie populacje symbol gdzieś znikł nad Jerozolimą ożywczy jesteś wolnością swoich myśli Betlejem kruchych szklanych wyrobów jak ten ptak tak mówił potem skręcił w uliczkę prowadzącą jak gdyby do studia TVP Łódź to nie była uliczka… przesmyk w bramie i pasaż na trąbce Stańko grał Czarną Madonnę transmitowaną bezpośrednio z Hajfy na Karmelu do Łodzi – ptak-znak tyś powiedział, po coś powiedział zniesiono zakazy razem ze stertą dokumentów w tym samym postkufrze pustym plądruj plądruj w swetrze z dziurami plądruj archiwa Aszurbanipala Białego ciągle jesteś jak deska w kirkutu płocie trąbisz od murów… leci leci leci wyrok spada kamień z gwiazd grdyka słabsza oczy stuleci sokole mumia język bydlę życiodajne w Europie okraszony dźwiękiem trąbki rozwijasz się jak sztandar baner hymn państwo nowożytne skulony przyjaciel wszystkich dwunożny i nie wiesz gdzie i skąd ta wolność? biegnące po płotach parkanach Parki ty znowu – ławeczka muzyczna znowu blask znowu jutrznia znowu schron spękany w duszy kosodrzewiny słów zasadziłeś nad fiordem w Ein Bokek przemagnetyzowanym za koło polarne oniryczny wieczór Skaldów w turbanach tylko to pozostało na Północy po przejściach i przetłumaczeniach tabliczek i nadpalonych zwojów
*Dlaczego Ziemia jest tak potężna?* Za każdym razem spadam dlaczego Ziemia jest tak potężna we Wszechświecie? (za każdym razem spadam)
*Zmagazynowany zapach* Zmagazynowany zapach kasztanowca w codziennej twórczej pracy bezzębny okaz jaskini kiedyś stalaktytowej niesiesz Syriusza protezy odległe giną, jako wasalni dziedzice jego dzieci nocy Krzyż południa rozkwita w maju w Ojcowie i Skale wiewiórki tworzą wśród kasztanowców Drogę Piwną będzie pienił się nimi wiosną każdy park a ty znikniesz w gwiazdach jak zapach kwiatów majowych zanim nadejdzie skumulowana w owocach jesień świata dla zapracowanych w tobie jaskiniowych gryzoni snu
*Granica spotkania naszej miłości z masakrą* Ktoś powiedział (może ty), że pod wpływem aromatu chwili czułość zginąć może nieopatrznie przemielona pokrojona słowem na desce oto koper delikatnie posiekany rozdrobniony snadnie czule potraktowany nożem barbarzyńcy zapach nowalijki rozszedł się i wyznaczył granicę spotkania naszej miłości z masakrą jak zwykle?
*Księga Wyjścia* Są takie góry w moim pokoju skąd Bóg woła moje życie to Księga Wyjścia
*Pola w formularzu* Szkoda tych pól niewypełnionych w formularzu ludzkiego bytu są jak groby nieoznaczone łany zżęte stratowane wypalone pola życia puste rubryki głodu i śmierci z jedynym zapisem oznaki życia przed czy po? (jednak, aby, cóż, ponieważ) nie wiadomo brak wielu informacji o człowieku singlu cynglu cyplu ten nie zasługiwał na nie? dziecko jeździec stary koń koń karawan trumna ostatni zakręt rondo zakole wodospad wszkołę pójście z czystą tablicą płonnym licem czołem zamążpójście z czystą hipoteką eureką apteką wniebopójście z czystym kontem rachunkiem ratunkiem bez danych osobniczych? bez danych o żebrach i ciśnieniu? bez danych o nacji generacji aberracji? bez danych o istnieniu przepaści w globalnym sumieniu? bez danych o duszy świata? bez baz danych mu bez kwitnie bez właśnie tu na skraju cmentarza dlaczego zakurzony? dlaczego nie biały a lila? braku informacji o nim i o nim szkoda wielka szkoda
*Akuratny motyl* Akuratny motyl tak nazwałaś mnie w szkole śniłem dzisiaj o tobie o latach naszych wspólnych, gdy ten woźny od ORMO z tą od wszystkiego partyjnego łapali nas siatką na motyle a my uciekaliśmy przez łąki miłości skacząc po ławkach w klasie starając się dobiec do otwartego okna a potem dopaść pobliskich wzgórz ratując swoje dorosłe życie ja już hippizujący dzieciak w paski i szlaczki ty nadobna nowofalowa córka grabarza pierwsza wyfrunęłaś w wieczność ja roztrzaskałem się na szybie zew krwi biały kieł motyl, ech tkwię do teraz w szkolnej gablocie zazdrosny eksponat, skostniały cały dźgany wskaźnikiem przez panią od wszystkiego akuratny?
*Kto przeżyje?* Kto przeżyje niespodziewany atak kałamarnicy miasta? Kto przeżyje nuklearną noc w sumieniu? Kto przeżyje Sąd Ostateczny? Nikt?
*Ostatni chuch* Para rządcy dusz między skrajnościami ust niewinnych leniwych podległych skandal ciśnie się na nie jak zemsta milczenie jak obłuda milczenie składam rezygnację z rządcy ostatni chuch chuch ostatnich słów
*Apokaliptyka poety* Zamierzałem właśnie spocząć na laurach, gdy przeleciał on wysłaniec posłaniec zesłaniec niebieski chowaniec pocieszyciel za nic anioł łez czarno-białych moich i moich uśmiechów zadrwił trochę ze mnie, bo rzeczywiście moje bóle spełzły na niczym okazały się nosorożcami strachu post czegoś a wszeteczny dzień wampirów mojej beznadziejnej pracy objawił się tylko samymi krwistymi wierszami anioł porwał je jak orzeł zaniósł na wieżę wysoką i ukrył w światowym gnieździe jak swoje pisklęta nie mam, co prawda do niej dostępu ale jestem spokojniejszy, swobodniejszy i autokefaliczny bez łez już, wewnętrznie spójny wiersze z wysoka teraz świat obserwują wyczekują pierwszych jeźdźców Apokalipsy z taką pewną niecierpliwością strażniczą jak kusznicy nieustraszeni acz okresowo tak jak ja zakazani wreszcie eksplikowani, eksplanowani i ekspiowani do walk z grozą wszelaką przez papieża moich snów zostaną, więc przebite z łatwością tarcze i zbroje jeźdźców z koszmaru milionów a oni sami zamiecieni jak liście przez historii wiatr a czasy ucisku? a laury? laury to korona nie cierniowa królewska wszechwieczna wieniec chwały dla tego, który nadjedzie na końcu na koniu białym przywoła orły młode i stracą znaczenie pieczęcie, trąby, grzmoty i czasze [Wtedy ci, którzy pozostaną przy życiu w swoich ciałach, nie umrą, ale w ciągu tego tysiąca lat zrodzą nieskończone mnóstwo dzieci … . Słońce stanie się siedem razy jaśniejsze niż teraz; a ziemia okaże swoją płodność i wyda obfite plony. Zwierzęta nie będą już żywić się krwią (Divinae Institutiones VII, 24; 304 r. Laktancjusz)]
*Polska apokaliptyczna* Polska potężna orędziem? Polska orężna poezją? Polska chędożna herezją! Hartman III
*Upadki filozoficzne* Ujawniłem nieskończone plany gdzie ja Boga zamierzałem poznając nakłaniać do umysłowych zwycięstw bezmyślnych w godzinach wytchnień w pracy dnia dla rodziny nacji ludzkości skrytych w moim ekspansywnym ja bez trudu anioł rozpoznając wszystko szepnął – ech, chłopie, chłopie jesteś synem i ojcem zrozum Ojca i Syna więc nie planuj niczego poza klęską tu filozof z morskiej pianki był już w twoim ogrodzie myśli przemądrzałych jak w Heliopolis, w Abderze i Kition niech starczy oka i (s)tarczy pokory Promienna Rozumna Kwitnąca niech raczej odziewa cię w codzienne upadki twe filozoficzne
*Orzech ciemności* Nawet nie wiesz jak ciemno jest w orzechowym lesie lesie, co do którego istnieją podejrzenia, że nie istnieje a tylko wyobraźnia jakaś kreuje dziwadło głuche niezdecydowanie migotliwe próchnem zamknięte przed ludźmi na zawsze w łupinie głowy jak sowa w dziupli chrzestny dzień po słońcu ciem będzie już jak świeca, co zapłonie zamiast twojego ramienia jak oczy sowy władczyni spojrzeń ty zapłoniesz na krzyżu swym później i to nie będzie jedyny krzyż las krzyży prawdziwych zapłonie jak myśli ciemne w lesie jasnym realnie istniejącym tak, istnieją myśli niewygaszone depresja i pastuszka i centuriona i łotra i króla w strachu łupinie nie gaśnie w głowie – orzechu ciemności
*Globalny prozelita* Ja na frontowych polach Megiddo na Syjonie zamglonym na wilgotnych łąkach Drohiczyna na Tabgi skale porfirowej na rozgrzanych piaskach wydm słowińskich ja na Masady pochylni ja nie Semita a prozelita prozelita regionalnej miłości Ja we frontowych ziemiankach i okopach Wizny na pokładzie Guido mrocznym w grocie betlejemskiej i w Qumran i na Karmelu na gnieźnieńskich stawach jak prastara mgła pod Jerycha murami na szańcach Woli i Pragi ja nie Semita a prozelita prozelita regionalnej miłości Ja z Lędzian, tych co Wiślan namówili na misteria polańskie na zawsze skrywszy ja w jaskini Ciemnej w Ojcowie będę się już tylko ukrywał i rodził orędzia białych nietoperzy swoją mumię zawijał w bandaże spowiedzi nacji mumifikował my ze starszymi i młodszymi braćmi w wierze ja nie Semita regionalny ja prozelita globalny
*Lot nowej ery* Ze zdarzeń najszlachetniejszych minionych wysnułeś ciąg myśli z myślami zdążyłeś na koniec wieku a tam przyszłości przepaść a ty jak rzeka szalona siadasz na gwiezdnego konia – Pioruna i skaczesz ponad wodospadem wczorajszym sobą wizją uskrzydlony bądź duchem zdarzenia nowego, w którym srebrne nici będą myślami przednimi samotny świt prząśniczką ową z osnowy i kanwy, z kierunku światłości powstającej z burzy i wodospadu utkaj ten lot nowej ery błyskawicy
*Krucjata pokonanych* Okrutnie okaleczone sny wyrwane ręce chwil niepełne z nich kawałki spraw i dni niemowlęce mruczenia i gaworzenia okrutne dla niechcianych będę karmił ptaki grzybami szlachetnych lasów ptaki cmentarne pełne nawoływań dzieci neurotycznych owoców jarzębiny i czeremchy niesytych obelisk ich śmierci rozliczony przez darczyńców mniej lotnych pióra i cele pióra i nietoperze obyś nosił ich spojrzenia odwrócone, jeśli zgrzeszysz wtedy błędnik będzie jak odcięta noga kurhany mózgów nie wystarczą płacz niedorozwinięty, lecz nie martwy ptaki dla kolb ptaki dla ziarna a wojna rozrzuca śmiercionośne myśli co to to nie – powie ból głowy do głowy nie ma żołnierzy nie ma ich żon nie ma ich kolb okrutne jesienie przed nami dzwonią dzwony sarny obłędny wzrok myśliwych krucjata pokonanych – walcz z inwalidami urzędów z tamtejszymi kobietami w przebraniach katów i bądź okrutnikiem dla bezprawia gór szczodrych w tablice życia boleści
*Stanowcze wywołanie* Wobec nieufnych i zwaśnionych pomocników bytu apel o zgodę był okazją do wyzwolenia napięć, które rozładowały nadzieje bo to był apel niesłusznie zdyskredytowany bo imiesłów ciszy nie byłby pożądany w sytuacji takiego odwrócenia od siebie czynników waśni z jakimi mieliśmy do czynienia w głębinie psychologicznej dziczy anytidealistycznej w grotach pokątnych ideologicznie skrajnych pierwotności co jak zależne od ewolucji mamuty przeszły po powiekach i spojrzeniach ciszy w skrytościach delikatnego serca już prawie człowieczego każdego odzyskującego wiarę, chociaż przebitego w pułapce śmiertelnej skończoności ciała skazanego na stanowcze i nieodwołalne wywołanie z niej
*Ja gwiezdny pies twój* Jestem z tobą kochanie nie wiem tylko ile masz rąk par oczu policzków nie znam wciąż ostatecznego kształtu twoich form atomowych i duszy imponderabiliów z teatru MegaFlorenceMachine + w skali absolutu uczuć jestem z tobą na zawsze ja gwiezdny pies twój trzymany wolarza ramieniem na smyczy rzęs i łez wypłakiwanych o wschodzie słońc z opali szczęść
*Fantasmagorie refrenów* Spełniam wymagania proste ustalone zwyczajowo wskutek nabić ćwieków stalowych nie w podkowy i buty a w mózgi nieczułe bladym świtem zbudzone ze snu oczu, które marzyły wieczorem o drgnieniu śmierci w mózgu pozwalającym im się zawrzeć na wieki a to tylko po to by przecedzić dni już byłe odmierzone nicością naznaczone w celach komercyjnych i edukacyjnych jak pieśni tworów nie ludzkich tworów nie zwierzęco-roślinnych a wręcz jak fantasmagorie refrenów niedookreślone w niedokończeniu zawsze światami zaświatów truizmy truizmy truizmy spełniam wymagania proste zwyczajowo zastanych galaktyk wszechświata ja, który stoją pośrodku – SŁOWA
*W zakamarkach Łodzi* Na ruinach Troi – w zwaliskach gruzów, zakamarkach Łodzi miasta klęczącego w podwórzach przeszłości fabrycznej miasta krotochwilnego kiedyś pokonanego przez Scytów ze Wschodu zastyga dyskobol i oszczepnik Łódź Fabryczna politechniczna czerwona od cegły na stosach okraszona ledwie białym wapnem ale głównie czerwona jak wielkie graffiti rumowisko przędzalni przypomina zwalone skrzydło zamku w Odrzykoniu rumowisko kotłowni przypomina klasztor Bazylianów udręczony przez władze zemsta zemsta zemsta na wroga z Bogiem lub choćby mimo Boga i jak było za Leszka Millera tak jest za Johna Tardy`ego Zemsta Nietoperza XXI wiecznego wyrwane z korzeniami drzewa wygryziona remontami Piotrkowska już przemienia się w europejską ulicę ludzików nibyludków ludzian udających ludnościowy lud kościół obskurny wita obskurantów z plastikonu komunizmu obscura camera non stop jak peeselu kwatera i Kosynierów urrra z Lechem w ręku oto szturm na halę z Atlasu Obituary Obituary groza Slayera mikoryza hartowanego Atlasa wzrost upadek groza nie Argos nie Arkadia nie Sparta i stolica gruzu i postaci chwalebnych z metalu chropowatość dzikszości kicz nie przetrwa spłonie w gorących sercach Polaków
*Pod parasolem łez świętego Wawrzyńca* Duchu wielokrotny prosty niezniszczalny duchu świata we mnie ja przemawiam do ciebie gestykuluję stroję miny Peryklesa i innych wzbudzając w sobie duchu bystry astronomiczny biegle władający kwarkami galaktyk widzę cię prawie, jako tajemniczy obiekt w mgławicy Kraba, jako mój mózg własny przemawiam do ciebie z gruntu posłuszny mową ciała sugeruję emocje Homera i innych przywołując w sobie duchu absolutny w ekstremalnym spokoju kreacji w tworzeniu z próżni z pyłku kwiatu z zarodka ludzkiego przemawiam do ciebie skrycie pod baldachimem spadających Perseidów pod parasolem łez świętego Wawrzyńca, których nie można wypłakać do końca zraniony do żywego wołam zraniony do żywego twoim milczeniem narodzin karą
*** Adwokat kwiatów sugestia Mony Lisy łąka za mną nieśmiałość policzek mina usta łąk sąd *** Potrącony przez ludzkiego osła wyżywam się na ludzkości stojąc obojętnie obojętny na kary i zachęty *** Międzyseksualny ludzki popęd stworzony albowiem świat wygenerowany jeżeli nie ludzki zdegenerowany *** Pamięć moja aniele – pamiętaj aniele pamięć jest moja jak twoje ostrzeżenie daremne pamięć – pamiętaj
*Dzieci zmysłowego brzasku* Zmagazynowany zapach kasztanowca w codziennej twórczej pracy bezzębny okaz jaskini kiedyś stalaktytowej dzisiaj jak skarbiec państwa niesiesz Syriusza protezy odległe sam kuśtykając jak Voyager giną w puchnących słońcach, jako wasale i dziedzice jego – dzieci wiosny Krzyż Południa rozkwita w maju w Ojcowie i Skale kasztanowiec w lodówce ust wiewiórki już tworzą z marzeń-kasztanów Drogę Piwną dziwną będzie pienił się nimi jesienią każdy sad i park, gdy ty znikniesz w gwiazdach jak zapach kwiatów majowych księżycowy zanim nadejdzie skumulowana pora świata niewidzialnego bezzapachowego dla zapracowanych jaskiniowych gryzoni snu – dzieci zbyt zmysłowego brzasku
*Tak, żal* Zwrot ku światłości nagły na środku oceanu zła dinozaury ćma rozklekotany autobus wypełniony wodą Eryk Muzułmanin dawca organów cytowany organ prasowy partii Putina zdechły wielbłąd milimetr snu w superodrzutowcu hekatomba nie Australia to pozytywna beza (bryza) czułości zwrotnik Koziorożca zwrot przez sztag zwrot przez top westchnienie światło piekarnika równik odwrót od ciemności myśl, nagły akt tak, żal
*Przy tej wersji pozostańmy* Boże, przecież gdybym nie istniał gdybym w ogóle nie zaistniał czy świat by to zauważył? bo na pewno nie ja! czy świat by innego adresata cierpienia sobie nie znalazł? mojego dzisiaj jak rzęsy i ślina bo ja myślę, że tak! ale ja już istnieję z moim ja i przy tej wersji pozostańmy (trzymajmy się życia krzyża bez alternatywy)
*Niecnie o nicieniach zła* Będziemy niecnie mówić o nicieniach zła albowiem królestwo błazenady ich środowisk nie mieści się w czystoplanach nieokultystycznych przyjemności okupionych byle jaką koprą wschodnich klondajków i zaginionych tam świątyń ducha niebagatelnego niezmącenie radosnego w wyziewach przepowiedni kamiennych bóstw z czystoplanu monsunowych dżungli ukrytych w nich tak małych jak obojnacze dzieła tychże nicieni w skromności bydlęcej posunięte aż do centralnych zadziwień królów niebóstw co dźwigają na barkach nie tylko obawy wszechjenieckie komunistów i faszystów ale imperialnych przedstawicieli ludzkiej rasy żółtej w tej części świata bo już w innej potworniejsze wyłupień ścięć obrzezań i przebić w imię idei obłych jak galaktyki grzechu rozbiegające się w oczach niezaspokojonych nosicielską zawiścią, których jednak stworzone dla trucizn świata nicienie nie mają
*Na starych kalendarzach* Najlepiej pisać wiersze na starych kalendarzach cześć, moja pierwsza kochanko, ech z dziewczęcych lat i zim twych, naszych, ech kalendarzy już nie ma oprócz tej jednej karteczki świętojańskiej w wieczności wyznaniami zapisanej
*Twój, jeszcze nasz* Stukot kół tylko albo stukot tam wysoko nisko nisko to na torach dzięcioł TGV przejedzie światowe och tylko Interregio tam za wzgórzem lądują kosmici albo kosmaci rąbią piłują coś odwiecznego w człowieku sędziowie poprzedzają królów a prorocy obcych to kosmici piłują sobie drzewa na protezy laski władzy nad nami stuka w prawym lewym prawym przednim i tylnym kanale oto zjawia się (wychodzi z nieoczekiwanego) kuternoga przesławny od rana malarz wolności niepełnosprawnej nasz ptak dziobak a może pirat Wesoły Kapitan Roger Hak er ej ej że coś żre pluje na nas tak to pirat stuk stuk stuk w barierkę w policyjną tarczę w godło w krzyż w ekran twój jeszcze nasz
*Primabalerina skrzyżowania Lema z Dąbską* Nocny łabędź Dąbskiego Stawu chciał być zjawą trójwymiarową, ale nie był kaczka niedyskretna go wystawiła do wiatru zmierzchu Imax świecił nad nimi neonem beznamiętnie bezwzruszeniowo i to był duch, duch wieku pusty w środku czasu i przestrzeni pieniądza imaginacyjnej księżyc zapatrzył się na mnie kuśtykającego jak Quasimodo wokół takoż kulawego ronda Plazy i walną głową w komin łęskiej elektrowni zapatrzył się na mnie schodzącego ku Tauron Arenie z Montmartre Sacre Coeur Bateau Lavoir aż po instrumenty muzyczne Pigalle moje sztalugi gitary skrzydła kule zatrzymałem się na przejściu przed Tauronem Taurus Taganrog Trzygław Trismegistos Trzmiel wreszcie … zaledwie Tremeloes przebrzmiały ból w nodze i sierpniowy smutek szerokiej ulicy opustoszałego niespodziewanie jak ona otoczenia hali i mrocznego parku lotników płotkarzy-plotkarzy kto znów wzleci tu nocą, jaki człowiek, jakie zwierzę? łabędź poderwał się pierwszy i z krzykiem przeleciał nad moją głową jakby miał wylądować na wysepce pomiędzy pasami ruchu Lema półkosmicznego tego od Summy technologii poplątanej moralnie i naukowo i cóż, że agnostyka jak zagubionego w galaktykach zjawisk i praw, które zastraszająco i nigdy, gdy opuścił UJ nie zrozumiał kompletnie o prorocka naiwności o łabędzi śpiewie o ptasie oczy ni świń ni psów ni Watersa rozpylona tylko nienawiść latarni ból kształtów nocy nierozpoznanej i oto anioł wylądował przede mną zamiast łabędzia szczupła długonoga w szortach z zorzy pończochach za kolano w koszulce bez rękawów w złotych prostych włosach do bioder jak kometa w warkoczach Neferetiti supernowych liceum anioł powiedzmy zjawisko: „Great Gig in the Sky” zakręciła piruet przede mną na rolkach błyskających kolorami tęczy lazerwheels Perseidów z bateriami w butach, jakich Lem w głowie nie miał nigdy księżyc roztarł już guza otworzył oczy i usta szeroko jak ja jeszcze piruet jeszcze jej przejazd przez pasy jeszcze spojrzenie w moim kierunku i zmieniłem się w kaczkę złotą osiadłem na środku alei sponiewierany jak księżyc rockowa poświata szkolnych lat dyskoteki zapłonęła na beczce hali, z której już faszystowski psy i świnie wyleciały kominami nieczynnej okładkowej elektrowni w Battersea poszybowały w kierunku Drogi Mlecznej i rozpłynęły się w jej mgle jak era Wodnika czy tylko on nie przyjął tego do wiadomości? a elektrownia w Łęgu na tle wzgórz Wieliczki generowała postać Mony Lisy XXI wieku pędzlem megawatowym malując szesnastoletnią słodką rolerkę w dziewictwa aureoli co jak Kypris wyłoniła się z pary unoszącej się nad niebieskimi kominowymi chłodniami Summa technologiae skurczyła się przed Cudownym Krzyżem Mogilskim jak zbity vocoderowy kundel z gnostyckiego cudu pozostał prześmiewczy robot-gnom do zwalczania JPII prawd i sprzęt w Ogrodzie doświadczeń działający średnio a faszystowskie owce z Battersea, co z nimi? pasą się same za halą, już nie na hali? a pasterz Minimus w niebiosach? nie, jeszcze nie, no to gdzie?
*Kogo bije dzwon* Zegar bije jak dzwon – ty żyjesz, ty czujesz? powiedziałem jej, że zegar mnie uderzył wyartykułowałem srebrną nić symultaniczną uczucia wysnułem jak z mów z bicia zegara, co jak prorok oznajmia powszedniość dni, a one są najważniejsze zegar znowu – sakramenty, pamiętaj zegar znowu – a ona? co z nią? zakasłałem a ona rzekła: to już koniec z nami? Komu bije dzwon napisał Hemingway a wyśpiewał Hetfield potrącił struny nostalgii ciosem w tremolo (piórkowanie, vibrato – to bonus) zegar bije – wielki dzień wielki naprawdę szybko deska uderza o deskę głucho żebro uderza o żebro perkusja wali, riffy zagłuszają ból owszem koniec, ale nie mój znalazłem myśli trupa – czas zegar – szafa piecyk perkoz punkowiec metalowiec mamut o, to już rogi i kły polodowcowy skansen ludzi mamucich jak my, co dzwonią zębami w takt w sam raz na atak zegar – bum bum bum bam bam bam ty napiszesz: Kogo bije dzwon a wyśpiewa Lamb of God
*Nie międzyludzkie współzależności* Na budowie zakasane rękawy na wszystkich rękach po cztery zegarki współzależności bodajże robotów wysokościowych i niebieskich ptaków nie, nie międzyludzkie współzależności jakby się wydawało po lekturze antycypacyjnych skojarzeń Kapitału z Mein Kampf a tam w sercu masz współ(u)zależnienia Nowy Świat Stare Elity Stara Pomarańczarnia Nowy Dwór idzie człowiek powiedzmy taki jak ja z rękami w kamieniach w kieszeniach niszach stolicy ulicą niszowy poeta i niszowa metropolia no dobrze, niech idzie robot hollywoodzki z coltem z rękami przy udach z.. a na wysokości GPW staje przed nim Przewodniczący Związku Nagradzanych Pisarzy Polskich na Wygnaniu w Warszawie w siodle na Koniu Trojańskim z szablą opuszczoną patrzy jeden patrzy drugi nagle Przewodniczący wyciąga rękę zamaszystym ruchem odciąga mankiet koszuli i patrzy na zegarek mówi: Koń-stój-ty-cojamówię-Bucefale robot w przód pada i się rozpada współzależności akcji, miejsca i Aleksandra a słońce, a gwiazdy na niebie, a czas? aktor niepokorny czerwony na twarzy cwałuje na koniu z desek jak Diogenes, bo koń przypomina beczkę nagle konfrontacja z falangą maszyn automatów do produkcji aut reżyser przerywa scenę chce zatrzymać cywilizację robotów przed zachłyśnięciem się krwią ludzką bladą współzależność Zachodu i Grecji zadbano o prawdę, złożono ją na marach uczciwie odprawiono przedchrześcijański obrzęd uczczono zniczami i pochodniami przed Sądem Ostatecznym czarnego konia mechanicznego przez włócznie przeprowadzono wywróżono, jutro z wczoraj pożeniono o`key, współzależność potępienia i zbawienia na Monte Cassino kasyno
*Szpilki* Okoliczności znalezienia tych niebanalnych szpilek zaskoczyły najwierniejszych przedstawicieli przemysłu pogardy krojonej z materii i to w sytuacji, gdy rozbestwiony tłum golasów atakował przedszkola i skandował hasła delikatnie mówiąc pedofilskie i antydziecięce, które mogły uchodzić za coś jak pielucho majtki lub sądy spolegliwe szyte na miarę dla opozycji w najgorszym stadium starczej alienacji powszechnie uznawane za zbrodnicze myśli rozeźlonych na samych siebie za niezakłócone wewnętrzne kłucie bezmiaru natręctw pochodzących z podszeptów obcych embrionów snobizmu i pychy jakże prostackich krawców (wbite w poduszki z wosku wydawały się niebanalne)
*Politycy i poeci*
Wielcy politycy tego świata mali są
w królestwie niezniszczalnych poetów
ich niemierzalnych wierszy wszechideologicznych
wielcy poeci tego świata mali są
w królestwie władców imperiów rozedrganych dusz
nawet małe ja tam zbyt obce jest wy
wdziękowi głów gadających za cię ustępujące
nazwą cię złem Kali Kaa Kaliguli
bóstw i cesarzy państw grani
nawet innego Kaa niż myślisz
Kaliguli innego myślisz
nawet innej Kali
tych i innych, co swoje ja unieśli pod sufit emocji
żaden poemat sam
nie zmienił prawdy ciszy w wojnę oni my
w duszy pokonującej siebie ostatecznie
palącej berła i poematy delty jak mosty
*What the Hel?* Ja chmury ja ponury kąpię się w wannie kiszę się w wannie ja na Bałtyku jeszcze nos marszczę ja już nie w Helsset ja chmury ja ponury ty wiatrem płoniesz we mnie ciągle stado przede mną brnie szlachetne przez odchody polskie do ciebie chmura prowadzi mnie bura i dobrze oto węszę śledzia dla nas ja i ty lepszy czas ale co to? what the Hel? jednak Gdańsk? jak kiszony śledź? ja c.. ja p..
*Blady jak Bleda* Kobyle mleko wypiwszy pognali wierzchem jak wicher przez step, który kiedyś zmieni się w jedno wielkie miasto Europy pornograficzny księżyc polityczny zawsze nigdy nie wiedział, że świeci golizną całemu światu antyku periodyku Olejem spici hołdowali zmianom ujeżdżających konie elektryczne idealne transformery transformatorów transponowały światło nie z nieba samego ale ze spodka latającego nad miastem ostra smuga plazmy plama magnolię Attyli powala w końcu i jego 300 żon wyzwala rzeki zatrzymuje na zawsze w biegu i sprośne anioły gwałtu i on pornograficzny księżyc popolityczny zawsze blady jak Bleda biada Ojczulek nad ciałem mitologiczny talerz latający historii dzisiejszej i nie Europy rozstępów rozstań opatrznościowych najeźdźcy bezprzewodowi teraz jak nigdy kobyle mleko i światło z kosmosu maszyn to za mało by przetrwać tu bez powrotu do greckich idei tablic jak Aecjusz czas spalić na stosie siodła
*Wysokie napięcie* Baczność bacz byś nie stracił ręki albo nogi kucając i bazgrząc po napisie: wysokie napięcie albo gorszym: śmierć na zawołanie urodzony od zawsze bo myślący alfą i omegą pantofelku bakterio amebo pisania odwiecznego chemicznego termojądrowego dziś bardziej niż kiedykolwiek niebezpiecznego jak rozmnożenie przez podział mutanta baczność wielki wybuch słowa rozbłysk sława i co dalej beznogi bezręki bezgłowy?
*Czuły dotyk muchy* Skonstruowane z lepkich pociągnięć długopisu nieodkryte zagłębienia wewnętrznych skomleń wydłużanych młodzieńczo w starość jak ciągutki i gumy widzeń, by odetchnąć pośrodku galerii obrazów zawieszonych jak pajęczyna na leśniczówki drzwiach życia pośredniego w natury ostępach i powstaje absolutny bogobojny opis pająka w afekcie odtwarzającego jak płyta zdarta te same dzieła bez końca bez początku bez tego wszystkiego, co sofiści nazywają ciągutką jedności czasu, przestrzeni i ducha w przesłodkiej nicości, co marksiści zwą zamordyzmem panów ubranych w togi, peruki i cylindry kapitału (ekolodzy dodają – efekt sprośnego człowieczego państwa) a pająki wprost czułym dotykiem muchy
*Limbus Polonorum* Zew poetów polskich antypody miłości i kangur słów korek muskat kielich namiętność ust burze filozofii greckiej much chwilowe zdystansowanie się od Krakowa antypolskie nienawiści i kot pantei a potem puls mitręgi powstańczy kamień filozoficzny i złoto w grobowcach wawelskich zaglądanie do Odysei a potem żeglowanie z jemiołą w pośmiertnej pościeli zew gęsi przylatujących przelatujących rozkrzyczanych korale Wyspiańskiego ampułki Wojtyły porzucony młot miłości w jaskini śmierci koło zatoczone historii to tylko grobowiec nie koniec zew się rozlega w niszach katakumb ducha eksploduje Czyściec wier-rzy czyli Otwarta Otchłań Boża
*Serce dzwonu* Zawieszony w sieci napiętych oczekiwań pod sufitem pokoju swego międzyplanetarnego tak mały jak skorek w katedralnym dzwonie snuję plany wojen z królami światów, z tobą, z sobą myśląc, że jestem sercem dzwonu zwycięstw kogoś wiecznego a nie ściszonego głosu śmierci swojej chwalebnej nieodwołalnej jedynie
*Orszady* Orszady, Orszady, Orszady najpiękniejszy zakątek Warszady! wyspowiadał mnie tu sam Bojanowski Edmund trochę łysawy i z lekka otyły wyspowiadał mnie z tęsknot bezprawnych i przeniknąłem przez ogromną szklaną hostię wprost na wilanowskich błoń półdzikie ostępy deweloperskimi pieczęciami ostemplowane jak dekret Jana Trzeciego Orszady, Orszady, Orszady najpiękniejszy zakątek Warszady! Polska Opatrzność Zwycięstwo wreszcie, wreszcie pełne zwycięstwo po wiekach kopuła nad a pod laskiem jeszcze kontener bezdomnego Orszady, Orszady, Orszady najpiękniejszy zakątek Warszady! więc z powrotem w górę historii choćby na skarpę wiślaną kiedyś po zapach koni umoczony w niej kasztanowo potem Nowoursynowską rozgrzaną na pizzę z jajkiem i szparagami popijaną nad wyraz radośnie cytrynówką wyborną z miętą, melisą a może marychą? Orszady, Orszady, Orszady najpiękniejszy zakątek Warszady! dzieci nastoletnie patrzą mi w oczy półnagie w szortach, t-shirtach, szorstko dziewczęco wołają matki ich śmiałością zdziwione Orszady, Orszady, Orszady najpiękniejszy zakątek Warszady! na Pistacjowej – róg Imbirowej smród wita skośnookich z kontenera za suszibarem pogawędka ze starą wroną jakby obcą równie szorstka, bo skrzekliwa niemo jak nocne zawołania sów popiskujących na wznoszące się z Okęcia samoloty ofiary Orszady, Orszady, Orszady najpiękniejszy zakątek Warszady! dzwony biją na Święto Dziękczynienia a dzwony Bojanowskiego dla czekających na z palety bied wyzwolenia przypominają oddalające się echa Wisły bezgrzesznej lodowcowe wygibasy przed plemienne od.. Wisły do Czerska, Ujazdowa, Czerwińska dolecą szybciej niż wszelkie dreamlinery Orszady, Orszady, Orszady najpiękniejszy zakątek Warszady! w wiklinach, wierzbach i bażancich odchodach ukrywam swoje łzy na końcu obelisk katyński śmierć, która nadchodzi jak ostateczne wyzwolenie skarpa osuwa się na kolana przede mną ja przed bazyliką bazylika przed moim dziadkiem i babką i nieznanym kimś Orszady, Orszady, Orszady najwonniejszy zakątek Warszady! niebawem, ujrzycie jak dziękczynienie Opatrzności niespodziewane nie wierzycie?
*Niesieni w wieczność falą pauz* Zakotwiczyć była pauza, zakotwiczyć niesieni falą pauz w sobie eksplozją znienacka odkrytą blado pomarańczową w czerni zmysłową ową dziewczynę po ustach tychże poznajesz w antrakcie pauz kandelabr szkolnych zaskoczeń jej dłoń czuły dotyk jak czas nieprzerwany korowód na szkolnej zabawie rozpoczęty trwa dalej w niebie woźny piekieł gromi a ty na rowerze jeszcze pedałujesz podczas lekcji bólu za szkołą w wąwozie historii niecnej przeżyć tę chwilę jeszcze raz i zrobić sobie pauzę wieczną właśnie krokiew przedmiotów maturalnych bądź gdzie a ona wśród chmur idąca ku tobie anioł szkoły zwieńczeniem na dworcu we Lwowie wśród uczennic w Weronie samotna w La Salette ona w zagrodzie Mesety cieniem twoja studnia pauz jak sen tu zwierzenie zwierzę spragnione jak ty bez dna twoja studnia pragnień młodzieńczych zakotwiczyć kiedyś w niej ech na jawie
*Bezlitośnie rozpuzzlowany* Zło złem wyłącznie przypadkowym taka opowieść snuje się jakoś poprzez tysiąclecia taka narracja artystów cegielnianych grobowo wywyższanych a potem on rzekł do mnie stroń od… a ja jak Jafet nie wiem, co i gdzie? idę przed się… i rymuję usilnię puzzle chleba i herbaty składam jakoś bezwiednie tak a puzzle mówią do mnie siedź tu i przytakuj … złu? no nie, aż tak, to nie! rozkładam, więc na dzisiejszy dzień atrakcyjny świata obraz władców jego tak sklecany mozolnie – bezlitośnie rozpuzzlowany znaczyć będzie odtąd roze źlony a co potę? a nic, charakterystyczne fragmenty spakuję i… odeślę
*Gimlea w Spalarni* Kiedy se leję herbatę, to se leję herbatę, a kiedy leję co insze, to leję co insze.. – jak powiedziała stara matka Grogan a ja dopowiem – popijam tę herbatę i tą herbatą w niewyraźnym krajobrazie biura papierosowy dym mgły ludowej władzy niczyjej już jak Zmierzch Nibylungów w Bajorze na Kujawach i Gimlea w Spalarni płuc, o dziwo się odrodzi tu a Niewielki Baldur palenie ludzi na zawsze rzuci
*Stocznia w depresji* Jest stocznia w depresji gdzie o wodowaniu nie ma mowy i o chrzcie, z jako taką matką takie jest dziś nasze życie w koalicji z PIS-em mówią do mnie PO pożyteczni idioci coś o zewnętrznych warunkach a ja odpowiadam – czekam tylko na kapitana chama i wygarnę mu wszystko on powie – nie moja wina, że statek jak woda pod górę nie płynie a ja mu pokażę, jak płynąłem w górę napierających na rodziny fal tsunami za komuny i wtedy uzna wreszcie, że sam jest w depresji niż stocznia większej
*Wychodzę na świat* Zagadkowe katakumby niemiłosne egipskie, perskie, rzymskie, własne moje zagadkowe poobiednie zakopanie w pracy przy biurku z kamienia katakumby niebieskie wysokie, gdzie zaklęć kolekcje czerwone zagadkowe jak idiotyzm urządzonego świata zmysłów pod powierzchnią porządku niechcianego parskam na to, prycham i wychodzę z owych katakumb zamykam moje biuro na głucho z telefonem, komputerem, kserokopiarką, laską przewodnią i segregatorami milczących przemów w niszach i sarkofagach niech to umiera tutaj beze mnie, jeżeli jeszcze żyje wychodzę na świat kolorowej jaskrawej jawy odwijam się z bandaży światła fikcji i prenatalnej złudy jakże inny już, mistyczny, ocalony, uwielbiony Łazarz eremita miastem zakochanych wskrzeszony
*Wiosno śmierci* Dziewczyno, wiosno śmierci dana mi przez Boga zaprowadź mnie do Nieba w kwietniu, w zbożu, z rana pocałunkiem, gestem, słowem czymkolwiek nierealnym, nieziemskim raz na zawsze wyzwól mnie z obumierającego, wczorajszego ciała, ukochana
*Sakramentalny przybytek milczenia* Sakramentalne spełnienia wieloznacznych czuwań i małostkowych naigrawań z odwiecznych wniebowstąpień są konieczne dla będących u schyłku dzieciństwa ludzi w niedużych cylindrach małomówności, gdy są zbędne zakulisowe rezygnacje z niedopełnień obowiązków, które omijają najmądrzejsze głowy po to, by po prostu zasznurować trampki przed kościołem wybudowanym celowo blisko boiska, gdy nieznaczne odsunięcia od krawędzi księżyca pobudzają w rogówkach cnotliwe drgnienia budzi się tęsknota za zamierzchłymi wstąpieniami gdziekolwiek w dzieciństwie raz pobudzony sakramentalnie osobnik niezbyt dojrzały ma zawsze za cel spełnienie swoich pragnień niewinnych przepełnionych zaczytanymi na zawsze słowami z ust milczących za karę za każdą taką nieprzeczytaną stroną za każdym nieprzeczytanym wierszem kryją się parseki odległości do światów kolorowych na pędzlu zatrzymanym przed płótnem na płótnie wybiegającym mu naprzeciw Ześlij zbędne odniechcenia tutaj, tutaj do mnie bym wysmagał nimi przyrodę sztuki i sprzęty audio-video w mieszkaniu urządzonym w zaświatach kosmosu jego co jest jak tarcza każdej myśli zawietrznej, zasłoniętej, zagłębionej i zakasłanej chodź do mnie, gdy przybędziesz w te regiony niezniszczony promieniowaniem bólu milczącego jak spojrzenia w okna pożądań nigdy nie mieszczących się w czasie chodź do sakramentalnego przybytku milczenia przez opanowanie oczu, języka i powietrza
*Balans uwzniośleń* Od wielu znamienitych ludzi dowiedziałem się o porach na gwiazdę i gwiazda okazała się człowiekiem naznaczona oficjalnym w akademiach i pozach balans uwzniośleń był nieco zdegustowany moim oddaniem niemocy dla wszecharystokracji i spojrzeniem zza krat prawdy na niedzisiejsze ekscelencje było nie było zacni jak kamuflaż dni i skansen w telewizji zwierzchności nieemitowanej od rana samego przecież zawsze w końcu emitującej służb ledwo widzialne nastroje na krańcach myśli i na krańcach słów ich przewielebni dystyngowani krasnale wizji mniemania niespodziewane pozostawiam wam gdy je dostrzegam pora na gwiazdę, odsłaniam kurtynę włączam stary projektor swój pusto, niemrawo, niedzisiejszo to i odświętnie jakżeż nikłe poparcie akademików tu morowo, ale niemrawo były kawalarz zaniemówił do orderu miny stroił a order do niego ni razu bądźcie grzeczni jak dzieci, nie klaskajcie za wcześnie oto meteoryt pański spada na dystyngowane głowy wasze celebrujcie achy ochy zanim wpadnie w strofy i sztuczne słowo umrze na zawsze chociaż jaśniejąc ginąć będzie przeciągle na złotym samouwielbienia ekranie
*Ciągną konie gwiezdności* Ciągną konie słuszności zmierzch już, stadem człapią do stajni ciągną konie gwiezdności na pastwiska odkupień pracy ciężkiej w stępie, galopie i kłusie oto ja na ich czele dumny władca stad, tabunów, chmar oto władca wszystkich zmęczonych koni świata sam jeden na planecie Ziemia, która cała zmieniła się w step niebieski pod kloszem czarnym nocy nocy, co jest zabawką źrebaków i ratunkiem klaczy a ja władca koni już nie żyję w lesie, który jest snem nie żyję pośród lodowców, które są mirażem nie żyję pośród wydm pustyni, co jest fatamorganą ja żyję tym, czym żył mój pradziad wędrówką przez step bo to mój zew step to droga do myśli, do samotności, do przywództwa i przyjaźni indygo autostrada cywilizacji racji estrada w sam raz do stepowania prawdy duszy wolności
*Wielka noc śmierci* Rozprzędły się sumienne kłębki pokory oto stoimy u stóp wielkiej nocy śmierci przed nami mandryl wielolicy i kaczka zbrojówka – symbole patrzą na wzgórze belwederskie dziewczynka usiłuje je karmić nitkami podobnymi do makaronu karp niebieski ze stawu przemawia – przenośnie jestem uroczym pyłkiem róży, gdy wymawiam twoje imię – Polsko bądźmy razem przez stulecia ja maszt i ty flaga ja sterowiec ty hel zbudzony natchnieniami chmur powstaję z łoża boleści, zapominam je zmartwychwstaję jak zwykle w poniedziałek a ty jak promień słońca na twarz ośmioletniej dziewczynki upadasz rozświetlasz jej oczy podczas, gdy ja zmieniam się w wiatr w Zatoce Gdańskiej potem w bałtycką ośmiornicę odwołuję wszystkie elekcje i rozbiory odwołuję manifesty i pacta conventa żebracy lgną do mnie jak do Alberta a ja turysta zaledwie na rynku w Legnicy prawie radziecki zagubiony żołnierz z aparatem Smiena i reklamówką z Biedronki jeszcze nawołuje mnie efekt nocy Wolina zwiastun burzy, zwiastun Purpury, zwiastun Peruna chrześcijańskiego, bo w gajach już ordalia dębów na chwałę jedynego Pana ordalia z wynikiem pozytywnym dla podsądnych zmiłowania godnych ależ bracia snadnie puncowany kurdyban płowieje w salach tronowych, totalnych, gdy my poligloci, malarze symboliści, asceci esteci na masztach zawieszamy części jedwabnej garderoby naszych ojców co głowy podgalali i Sarmatami się zwali przy winach wielka noc śmierci pęt nadchodzi co zrobimy z wolnością bez niej? Polacy nie mandryle, nie kaczki, ale orły czas artefakty dni wielkich pomalować i uwiecznić w Ujazdowskim Pałacu dla Polski, Litwy i Prus dla uniwersalnych wzorców dla mieszkańców Perth, Tuwalu i Surinamu
*Cmok* Drewniany polityk cmoknął na wizji wypowiadał się na sejmowej mównicy cmoknął jakoś po larwiemu i zszedł widzowie niepełnosprawni drwale powiedzieli – to kornik nie komornik polityk jest zbyt głodny zbyt kontenty piarg usypie z trocin i nie zostawi nic dobrze, że już zszedł czerwie pustyni czekają
*Locus amoneus* Kocioł czarownic w nim wiersze Wergiliusza zdruzgotane dzieciństwo w opoce lamentu, czyjeś czyje? ja miałem wspaniałe dzieciństwo wprost bukoliczne, aż na Polach Elizejskich kosmiczne jajo znalazłem dlatego dzisiaj po latach wypełniania Uranosa dzieł mogę pisać o lamencie i jakichś zdruzgotaniach Arkadii, kiedyś kiedy?