Archiwum dla Grudzień, 2018

2019

Posted: 12/25/2018 in Wiersze

*Salto życia*
Zaniedbano dokręcenia śruby w trakcie ewolucji
kot ją wykonał poprawnie – dokręcił
wylądował na cztery łapy
piąte koło u wielkiego wozu odpadło niedokręcone
a piąte przez dziewiąte okazało się trafieniem w dziesiątkę
dwunastka dwucyfrowa dopilnowała lingwistycznego
przeinaczenia prostego hasła do galaktyki spiralnej
a galaktyka akrobatyczna prawoskrętna, dwunasta do ósmej, odkręcona
zamiast się odtworzyć otworzyła się i tak
wtedy nagle ty, jako hasłotwórca okazałeś się
opiekunem matematyki pielęgnacyjnej
mitów wstępujących na skłonnym niebie
gdzie lew krab pies lewitują do góry nogami
bez ewolucji
zero jedynkowy zakończyłeś pokaz
saltem życia

*Bożę chroń Matkę!*
Jam wdzięczny oto skrzat
za dobrodziejstwa łaski ofiary
w mitologii barwnej zadośćuczynić czas
figurze Matki Ojczyzny nieskończonej w blasku
jestże coś milszego sercu niż Matka
dla jej żołnierza wykrwawionego po bitwie
dla umierającego w okopie strzelca
dla marynarza pod pokładem
idącego na dno razem z wrakiem państwem
dla uchodźcy wygnanego z własnego kraju
jestże coś głębszego w uczuciu
niż szacunek do łona, które nie jest ciałem
niż jakakolwiek osnowa, która
jest pamięcią i błogosławieństwem
skaut jest niezłomnego bytu dzieckiem

żołnierz czasu bohaterem
bohater pomnikiem murem
matka jest domem
a wiersz śmiercią niezbędną,
co pozostaje po walce
w starości pociechą
oprócz makatki w kuchni
na lodówce magnesu
pozostaje też szczęśliwa codzienność
podarowana przez kogoś z królewskiego rodu
jam wdzięczny oto skrzat losu
snuję piórem gęsim hagiograficzną niepodważalną legendę
i wołam z życia chaosu
Boże chroń Matkę!

*Kraków Cyryla i Metodego*
Oto rozbiegające się obwarzanki lewitujące
a w nich twarze jak w nimbach złotych
nowosielskie ikony świecą w popołudnie piątkowe
na holu Dworca Głównego w Krakowie
pod peronami ukrytego jak katakumby Kaliksta
dziesiątki setki tysiące mieniących się twarzy
tysiące ikon w obwarzankach
nad którymi zawisają oscypki
niezidentyfikowane obiekty latające
oscypki jak języki ognia z obrazu El Greca
przypomina to bardziej Ostatnią Wieczerzę tego tygodnia
a nie Zesłanie, gdyż wszyscy poruszają wargami odsłaniając zęby
to jednak sam El Greco nie jest tutaj obecny
przebywa w Siedlcach na delegacji
obecny jestem za to ja z aparatem, kropidłem i sztalugami
patrzę na te twarze pięknych dziewcząt
odwiecznych Madonn z Europeum
w długich włosach skrytych jak w chustach Orientu

to one świecą dla mnie najjaśniej
gdyby nie ten ikonostas nieświęty
zasłaniający mi drogę do prawdy
odnalazłbym siebie samego sytego
od lat zagubionego w Krakowie Cyryla i Metodego

*Ule UJ*
Zza ogrodzenia Ogrodu Botanicznego w Krakowie
widziałem raz Lenina i Che Guevarę,
którzy krążyli długo wokół Ronda Mogilskiego
nie mogąc go opuścić jak jakiś Fasola Jaś
Lenin z chustką do nosa zawiązaną na łysinie
obuty w łyżworolki niczym Justyna Kowalczyk w lecie
krok za krokiem sunął do przodu
przekładając nogi i machając kijkami
Che Guevara na motohulajnodze bujał się

jak to tylko on umie
balansując między samochodami
omijając je z rozwianą czupryną czarną
i czerwoną chustą zawiązaną pod szyją ciasno
ten taniec niemożności obu trwał długo
prawie jak Eurokomunizm
w głowach praktyków i teoretyków
lecz zamieniony w Eurokomizm nagle znalazł swój finał
Lenin wyjechał w kierunku Huty w końcu
a Che Guevara w kierunku Placu Wszystkich Świeckich
jednak Policja zgarnęła obydwu
wtedy schowałem się za drzewo
widząc kątem oka jak pszczoły raju z pasieki UJ

wyroiły się wcześniej by polecieć za rewolucjonistami
policjanci obydwu odwieźli na komisariat przy Gołębiej
gdzie już czekał na nich półnagi Picasso
artysta, jakich wiele dzisiaj po tej stronie czasu
zaświadczył o niewymijalności obydwu przez gołąbki białe
wtedy posterunkowy odstąpił od kroków dalszych
by po chwili wręczyć im łańcuchy złote i srebrne klucze
do miasta swobody
widząc to pszczoły z estymą powróciły do mojej ręki,
która spoczęła z rezygnacją na ulu UJ

*Ślepaki*
Jechałem z nią latem
w pamiętnym osiemdziesiątym drugim
pociągiem do Warszawy z Mazur
staliśmy na korytarzu przy otwartym oknie
gdzieś między Olsztynkiem a Działdowem
ona tuliła się do mnie i pieściła długo moje ręce
w bardzo podniecający sposób
w Działdowie gdzie przesiada się podróżnych tłum
zobaczyła na peronie jakiegoś oryginalnie wyglądającego faceta
i odpowiedziała uśmiechem na jego pożądliwe spojrzenia
to był jeden z przywódców Khmerów Czerwonych Sary Ieng
gładko w Paryżu wykształcony jak wszyscy oni
wtem nagle zamiast gładkich delikatnych

długich muzycznych palców mojej Thirith
poczułem chłodną śliską stal lufy rewolweru
zamiast ciepłego nadgarstka
szorstką rękojeść ciężkiego pistoletu
to ona wsunęła mi go w dłoń niepostrzeżenie
trzymałem go zdziwiony całą drogę,
gdy ona zasępiona paliła kolejne papierosy
wjeżdżaliśmy właśnie do Warszawy
gdzieś na Średnicowym Moście
patrząc na Ogród Zoologiczny w oddali
skąpany w promieniach słońca jak w rzece
plaże i piaszczyste łachy Wisły bielejące jak kości

pomyślałem o polach śmierci w sercu,
które zmieniło się w kambodżańską dżunglę
przyłożyłem broń do głowy
i powoli pociągnąłem za cyngiel
strzeliłem sobie w skroń
lecz o dziwo chybiłem
i za pierwszym i za drugim razem
przeżyłem jak jakiś sekretarz partii albo wicepremier
nieodwołalny Brat Numer Jeden
przewidziany widać właśnie
na przewodniczenie
ślepakom i ślepaczkom

*Dla ludzi jestem po zmartwychwstaniu*
Jestem znakomicie uposażonym
robakiem duchowym cywilizacji
jestem sowicie wynagradzanym
sępem spadającym na jagnię obecnego złotego wieku
jestem wynoszoną pod niebiosa
larwą kosmicznych przygotowań państw
jestem absolutnie ponadprzeciętnym
płazem w symbiozie pierwszych kultur wyrażonym
jestem nie do przecenienia
kopytnym ssakiem zamienionym w ptaka sztuki
jak jakaś służka bogini bez ciała
jestem nawet wyniesionym wysoko ponad wzgórza
kretem epigramatu zdesakralizowanego słońca
dla ludzi dla ludzi dla ludzi
dla prawdziwych ludzi po ich słowa zmartwychwstaniu
jestem

*Zaduma Tomasza*
Mój samozwańczy nastroju zadumy
nieogarnione wzrokiem i uczuciem
połacie skrajnie wynędzniałej stanowczości
przemierzam skuterem leśnym mimikrycznym
by zrozumieć ciebie
w tym epokowym odkryciu,
jakiego dokonałem analizując dane z drona zebrane,
który podfruwał jaskółką młodą
we wnętrzu moich zaszczytów i dum
we wnętrzu kratera eksplodujących wątpień
niebotycznie wspinającego się
ku poobiednim filozoficznym

drzemkom w budyniu dni
uznanych przez media za stracone
dla świata, a które nie kremem słodkim
a gorzką lawą się okazały,
co zmieniła roztargnione myślenie
naturszczyków wokół mnie
zapatrzonych w moją zadumę Tomasza

*W 3D*
Drukarka 3D drukuje
powoli wyłania się z niebytu
coś na kształt megafonu
coś na kształt protezy ucha
coś na kształt twardego języka
coś jak oko białe w szkiełko oprawne
drukarka zatrzymała się
poprawiasz projekt
zmieniasz zamiar
schemat koncepcję
wizję masz nową
awangardową
drukarka znowu rusza
i jest – oto dusza
w 3D
gotowa
ślepa i głucha

*Dalekosiężna penetracja*
Powodem twojej dalekosiężnej penetracji
ciszy nieludzkiej
jest nie tylko myśl i uczucie nieodkryte
ale prawdopodobnie odległe zasłuchanie cielesne
w to, co z zamieci niegdysiejszych złych zim
wyłania się i jawi apokalipsą duszy
rżenie koni bez ciał
wulgarne słowa szkieletów bez oczu
szczękanie gruchotanie szuranie
pobrzękiwanie kości
obleczonych w zardzewiałego żelaza pogardę
ale ty słuchasz zaciekawiony jak demiurg,
który spuścił tych towarzyszy ze smyczy

i lubuje się w nasłuchiwaniu
nadjeżdżających jak rozwijająca się
ostateczna poświata pogrzebu w czerwieni
w purpurze w szkarłacie grzechu bez kary

*Rapsodia Cyganerii*
Przewróciłem te znaki drogowe
walcem, którym jadę do opery
na Cyganerię
z partnerką (…)
nieoznaczoną
w falbanach pofalowaną (w woalach i lokach)
powściągliwie konsekwentną, a jakże
jak mój walec
droga między nami utwardzona już także
i znaków ostrzegawczych brak, no cóż (…)
Cyganeria czeka na nas
ale ja stoję
na czerwonym
świetle

oby się zmieniło na czas
oby droga nie pofałdowała się
ponownie
w mojej głowie
jak wspomnienie pod dachami Paryża
obyśmy weszli wreszcie w takt
po czerwonym
dywanie
do Wielkiej Półstarej Łopery
Krakowa (już bez czerwieni dla smoków dziwaków)

*Romantyczność*
Złotouste trzmiele polatują nad dziedziną kwietną
romantycznością owianą jak wiatrem letnim
bladoróżowe płatki kwiatów aksamitem oczy pieszczą
zielone liście i łodygi w zapachu toną lata
trzmielej tęsknoty nektarem się śnią tęcze łąk,
gdy bezsłowny strach kroczy już za opłotkami poranka
a strach to większy od miasta
rozgadanego wszystkowiedzącego nic nieprzeczuwającego
miasta ucieczki rozumu przed światem natury
strach – E-platforma Nabuchodonozora
strach – Transformer Megatron
strach – Mechagodzilla Kosmitów
strach na embriony, wiersze, kwiaty, motyle i trzmiele
lecz i trzmiele się nie boją,

gdyż są romantyczne skrajnie
jak pędzący przez step
do Świtezianki Giaur
(mardukowa nienawiść atomowego ataku
nie wykiełkowała przecież na Ziemi czułej)

*Zapis prognozy pogody*
Jesienny zakamuflowany muflon
zmiennej pogody
jak Zawinul uderza w bezkompromisowości akordy
szkarłatem monotonnej onomatopei
zadęcie w ślimy
albo z księżycowej grani łoskot
jestem chyba Zawinulem
jesiennym zakamuflowanym
od natchnień zbliżającej się zimy
we frazach kosmicznych zawity
dla łowców mamutów z Krakowa
i profesorów z Zachodniego Wybrzeża
zazdroszczących niedyplomowanym odkrywcom
systemów operacyjnych
tak udanych dzieł
jak liścienny świszczny deszczalny
zapis na gwiezdnej CD-Audio
wszelkich prognoz pogody
trwałej dla wszelkich stacji
we wszelkich układach

*W koniecznościach*
Jak niedzielna bryza bezduchowości
zerwany szal faluje
w koniecznościach otwartych
przestrzeni dla kobiety
czerwonolicej we fragmentach
zimy ukrytej
by przemierzać z koniecznością
niekorzystne epopeje aury
tak lekkiej w swej naturze
jak zero bezwzględne zamieci
pojawiającej się, gdy miłość
znika za zegarami stycznia
później dwie kobiety bez szali
rozmawiając o nagich mężczyznach
z konieczności omdlewają z zimna
wymieniają się wizytówkami obuwników
w centrum Warszawy przy Placu Bankowym
na rogu Próżnej i Złośliwej
jak Metro i Koritto

*A ty tu po co?*
Luksusowy rozplątywacz kwiatów namiętnych
niewiarygodnie onirycznie przystojny
spotkał pospolitego zaplątywacza zardzewiałych
metalowych przewodów, kabli i erotycznych rur
spowolnionego w par excellence brzydocie
jak w mazi kanału
spotkał go na drodze prowadzącej do duchowego piękna
zdziwiony rzucił – a ty tu, po co?
szczurze kwitnących miast
zaplątywacz odrzekł hardo – a ty tu, po co?
bukoliku wymierających wsi
tajemnica tego spotkania
wciąż nie została odkryta i wyjaśniona
zresztą oni obaj też nie

*En t*   
Boli ten czas boli to miejsce
boli ten boli to
bo ten bo to
o ten o to
ten to
en t

*Wiatr od serca*
Zerwałem się na równe nogi,
gdy poczułem wiatr wiejący
nie od morza, nie od gór
a od serca
pobiegłem do studni idei i słów
jak do źródła jedynego
zaczerpnąłem wody żywej by w małej czarce rąk
podać ją wiatrowi
ten odrzekł –
skąd wiedziałeś, powiedz skąd?
skąd ci to do głowy przyszło?
jak na to wpadłeś?
jak zrozumiałeś spragnioną duszę
wiatru, który przybywa po ciebie?
poczułem siłę wiatru
spojrzeń, dotyków dłoni, oddechów, min
poczułem, że jestem już nim
zaspokojony na zawsze ciszą i pełnią
jego woli nieujarzmionej