Archiwum dla Grudzień, 2018

2019

Posted: 12/25/2018 in Wiersze

*Wypad z koszar Europy*
Zmierzch,
mój oddział ewakuuje się za linię horyzontu
białe flagi powiewają jak chustki żon
w okopach lęgnie się prawdy noc
łgarstwo świata niknie jak za lasem słońce
zmierzch,
mój oddział zluzowany zbiera się na ostatni capstrzyk
bandaże przesiąknięte krwią
hełmy zdjęte z okopconych prochem i kurzem głów
nagła wiadomość z Paryża od generałów:
Gioconda wzięła ślub z Apollinaire`m
zmierzch,
mój oddział niepokonany odmaszerowuje
od czoła słychać śpiew:
„z poza gór i rzek wyszliśmy na brzeg”
zmierzch:
mój oddział: stój!
latryny, łazienki, garkuchnie, izby,
sale telewizyjne, palarnie, śpiwory,
hymny, ody, sny
nareszcie wypad z koszar Europy,
sir Petrarca, sir Rilke, sir Apollinaire
zmierzch,
kamerdyner kammerzimmer camerimage
akcja stop, kamera stop, światła stop
mój oddział: dość!

*Pończochy*
W skończonych, chociaż
na pierwszy rzut oka nieskończonych
pończochach
trzyma serce czyjeś
o, osuwa się do stóp
to prawie tak jak u Jakubczak Ludmiły
naga przede mną Noemi
skończona, chociaż na pierwszy rzut oka
nieskończona
gra
Noemi pończochy Noemi pończochy Noemi
płacze
o, oczy moje stoczyły się do stóp jej

*Ze skowytu życia*
Kwadratura skowytu w atomach bytu
gdzie wszystko jest tą samą elipsą nieznośną
klik klik klik
chyba, że kryształ słowa przełamie
ostatecznością graniastą regularną
niemożność wyjścia poza schemat krążenia
myśli wątpiących
klak klak klak Bądź kryształem zastygłym w lśnieniach
ze skowytu życia twego niech zrodzi się
nowa parabola ducha
w cząsteczkach zmian zamkniętego
jak ziarno wiekuistego istnienia
klik-klak klik klak klak-klik

*Gracz (Spłoszyć wieczór)*
Wszystko lub wiele
zależy od formatu
nachylającego się wieczoru
jak gracz nad stołem
a tu nie jest jeszcze sformatowany
twój spokój schyłkowy
nie jest kreatywnie ściemniony
twój niepokój w protuberancjach
format nieduży ekranu i kart
na ekranie transmitera gra twoja ręka
twoja talia wirtualna
obie miniaturowe a pobrzękiwania
trzosem jak naparstek
i dobrze, blef to blef – wyrzeknij słowa: va banque
to wystarczy, by spłoszyć każdy wieczór
ten za mały, niewykarmiony,
niedojrzały, zbyt płochy
jego pisklę nie twoje
znika na zielonym stole w sobie
graj dalej w ciemno z nim

*Osiem kilometrów na sekundę*
Sen, a zwłaszcza sen
zdobycze kosmosu i walka z mastodontem
gwiazdą w warkoczu kobiety
kobieta w jaskini lewitująca
w stacji kosmicznej wykutej
spacerująca po odległej planecie Ziemia
barwy węże słonie koty płótna
siewcy ciszy orbitalnej wychodzący z rakiet
przy prędkości osiem kilometrów na sekundę
sen, a zwłaszcza sen
serce wpadło w pamięć
pamięta o wieczności w prehistorii
plazmy minerałów górotworów
zwierząt przedludzkich w socjalizacjach
a Ziemia? tak, Ziemia spaceruje w człowieku
elektron pędzi z prędkością
dwieście osiemdziesiąt kilometrów na sekundę
w przyrządzie pana od fizyki
w klasie szóstej realnej
a Ziemia drepcze w człowieku jak mastodont
ciągle zderzając się sama z sobą
śni i tworzy snem

*Sprzedawcy baloników *
Mój kamrat bliski
gwiżdżący sprzedawca baloników
stojący na moście na tle katedry Notre Dame
nie malutki, ale ogromny
jak prawa wieża katedry
jeszcze olbrzymieje
a jego baloniki stają się balonami Braci Montgolfier
nad Paryżem
całe karmazynowe odbijają nie błękit paryski
w zachodzącym słońcu, ale
blaski kościoła, którego iglicę i dach liżą języki
piekielnego ognia
i jest kwiecień
Mój towarzysz bliski
gwiżdżący sprzedawca baloników
jak fontanna i posąg Neptuna na Długim Targu w Gdańsku
nie malutki, ale ogromny
pompując z butli balony, które wiatr spycha
nad wikingowski tryzub symbol niszczyciela Siwy
jeszcze olbrzymieje na tle Dworu Artusa,
który ozdobiono trzema wielkimi czarnymi słowami:
Dżuma, Ospa, Cholera,

gdy w dali na Zielonej Bramie plakat ogłasza „Piękno nagości”
a za nią Motława kołysze statki na Hel
i jest kwiecień
Mój kumpel bliski
gwiżdżący sprzedawca baloników
przed bramą Belwederu
nie malutki, ale ogromny
jak pomnik marsowy Piłsudskiego
jego baloniki tęczowe jak lotnicze bomby
ich chmura porywana jest w kierunku Ogrodu Botanicznego
miota się i pęcznieje jak wielkie stado przestraszonych gołębi
wirujących nad Warszawą w czasie Powstania
i jest kwiecień
A donekigrzesioirózia
nie porzucają swych zabaw i gier
w klasywojnykrzyżykkółkox
lecz trwają nadal na swoich miejscach
malutcy, zmniejszający się do postaci mrówek,
które chowają się w szczelinach
pomiędzy miejskimi chodnikowymi płytami
ciągle domagając się unijnej ochrony
jakby były pięknymi, rzadkimi rudnicami z Białowieskiej Puszczy

ich piskliwe, balonikowe głosiki nic nie znaczą
po helium
i jest kwiecień
A ja
jak jakaś niebotyczna wojenna machina krocząca kosmitów
jak Optimus Prime
idę Alejami w kierunku Ujazdowa
podczas, gdy obok w Łazienkach Królewskich
eksplodują drzewa i pomniki jeden po drugim
w ogromnych butach Boga idę w kierunku Kancelarii Premiera
przed oknami, której kozłonodzy ustawili przyczepę kempingową
z kolorową nazwą: OTUA
w biały dzień pali się wewnątrz światło,
choć jest zamknięta na głucho
a w niej i wokół ani żywej duszy
soulowym krokiem podążam naprzód w moich nowych butach
nie patrząc pod nogi
nie zaważając na mrówki faraona
tak powszechne dzisiaj we wszystkich miejscach świata
(jestem inspiracją przedwtórną dla Stonesów
niedługo nakręcą słynny muzyczny promoclip
będą jak ja przechadzać się po Manhattanie w Nowym Yorku
Keith Richards i Mick Jagger wielcy jak Empire State Building
przestaną podskakiwać jak Jack Flash przy Brooklińskim Moście,

by z nieukrywaną satysfakcją pochylić się nad kałużą Central Parku
z czystej sympatii dla diabła)
i jest wiosna?
nie, nie, nie
wiosny nie ma
i nie będzie już nigdzie
nawet na Sri Lance!
Miłość jest zbyt trudna
a wiosna okrutna…

*Ona w moim solipsyzmie*
Po dwa kosmyki jasnych włosów
odgarnięte z czoła
żeby nie opadały na twarz
spięte z tyłu głowy
śliczną spinką – broszką
ale pozostałe i tak opadają
kurtka zielona czarna minispódniczka biała torebka
na długim pasku na biodrze
roztargnienie zaginionego świata na wargach
polichromia na policzkach witraże w oczach
przeistoczona miłość nierealnej perspektywy
ona na ołtarzu
ona w moich modlitwach
ona w moim solipsyzmie
kolczyki i półuśmiechy jak komety dla kogo?
a ja zaraz po narodzeniu
jak dym wznoszę się przed nią
i tak już pozostanę
i nie zmienię się w coś bardziej ulotnego
pegaz Chagalla w komeżce
unoszący milczenie Boga
z ust moich do oczu jej

*Wiosna to nie cha-cha*
Krok w tył – niech będzie
wiosna to nie cha-cha
rumba czy samobójstwo zwycięstw
w komórkach przysadkowych?
krok w przód – niech będzie
wiosna to nie samba
szaleństwo czy awangarda
sztuk w sercu zachodniego świata?
a moja Afryka dla pokrzewek gdzie
– w głodzie?
a mój samotny rejs w łupinie orzecha przez Horn gdzie
– w poezji niebycie?
krok w tył, krok w przód
krok w nicość, krok w wieczność
krok tylko, mały krok w przepaść
świeć gwiazdo, świeć
leć ptaku, leć
płyń rybo, płyń
myśl człeku, myśl
wierz w piękno zasad
światem rządzących w pokoju
twym
myśl, myśl, myśl
tej niedzielnej słoty
no niech, no niech…
cha-cha łyk łyk

*Replika własnej maski*
Kompilacje sploty przewleczenia na skróty
jesteś jak Paganini a twoje osnowy skrzypcowe
letnią lotnią okrążają chłodny dom twój
albo lecą w helikopterach, co dym widziały tęczowy nad miastem
te serpentyny sylwestrowe sokratejskie
to akuratne wstążki pewności i powinności istnienia
wplatasz je w jestestwo karpia
w maski własnej replikę
jesteś lotną rybą wykręconą na zewnątrz spiekot niemych
z wnętrza fabryk i pieców serc
w rybackim mieście Świętego Piotra
niekończących się opowieści świętych ludzkich
piszesz opowiadanie rybackim wierszem
i zmieniasz sploty sztuk w sieć adoracji
dla karpia z Jeziora Genezaret
jesteś jak nowy latający zadziwiający Zaratan ludzkich ech
ponad ponad nad wszystkim, co wysnuwa się z er

*Podniebny list*
Będąc w takiej sytuacji
jak akrobata, chociaż
nie w grupowej osobowej asekuracji
sam wykonujący ewolucje doskonalące
w przedmieściach przedśmiertnych
roztkliwień nad siatką zabezpieczającą
lecący saltem ku trapezowi środka
znajdujesz ludzkie zapytania szeroko otwartych oczu
dlaczego on? dlaczego ja? dlaczego cyrk?
dlaczego ktoś na tniutni gra? dlaczego światło go smaga?
to śmierć i pochówek w powietrzu?
będziesz latał nad ziemią – woltyżer, linoskoczek gimnastyk,
aż nadejdzie czas natrętnej asekuracji i spadniesz
w ramiona klowna dyrektora cyrku
ten odejdzie zanim otworzysz podaną kopertę
zaczytasz się, zbledniesz, zemdlejesz
dlaczego ktoś czyta list? – dobiegnie z widowni
dlaczego ktoś? dlaczego list?
dla czego? dla czyjego?
dla lwów na arenie? dla nich jeden sam?
otwarte przestrzenie samotności
ponad ziemią lecisz tylko ty
nie spadniesz nigdy w czyjeś dłonie?
jak liść – jak ten podniebny list

*W czyjejś samotni*
Nieskoordynowane usłużne kontemplowanie
czasem błędnie naszkicowanych wyjaśnień
do obrazów niecierpliwiących, druzgocąco
przeinaczanych przez czas, wciąż doskonałych
jak idealna kreska, soczysty kolor
w treści światłocienia
roztkliwia tych, co wciąż
zachodzą do duchowych szkut, galer i zachęceni
medytacją po wyjściu z wind
na kanapach specjalnie przygotowanych
pod ścianą lub na środku wyciszonej sali
zawsze w cieniu uczuć i myśli,
by jednym spojrzeniem odgadnąć
Boga intencje w ludziach zniewolonych pędzlem lub dłutem
nagle zaczynają płakać pięknem samym
i szeptać własnymi barwami w czyjejś samotni

*Jedź mną*
Jedź, nie jesteś niewolnikiem zakamuflowanym
choć w hostię wieczoru przeistoczonym
nie wiem, czy ty nie możesz się zmienić we mnie
Jedź, jesteś wojownikiem wyzwolicielem
oczekiwań gwiazdozbiorów prostych i świętych racji
tych aniołów Bożych fanatyk nie telewizyjnych wariacji
Jedź, jesteś akupunkturalnym
przymiotnikiem ciszy w dotykaniu ciał
bądź mi jutrznią nieba tej dzisiejszej nocy
wolnością snów w zwojach myśli
zakończ moje oczy na zawsze raz teraz
zakończ cząstką siebie elementarną pradawny
rozpoznaną w kraterze istnienia antymnie
Jedź mną, jesteś dopóki ja

*Światowid Wielkiego Zachodu*
Na zewnątrz establishmentu farb
wyrażasz zachłyśnięcia popędami,
co w tobie jak pająki zjadają muchy stopniowo
w kokonach utkanych z sił twoich zamszowych
zastygnięte drgają pejzażem emocji
pobrzękiwanie łańcuszków na kołach ciężarówek
na drodze górskiej to twoja biel
zimą przeszedł kierdel bałwanów to zamieć
zostałeś sam w górach zniewolonych serc
z hal naświetlonych wyprowadza się właśnie
stado nierozumnych liderów czerwieni
kopulacyjno-okultystycznie zmumifikowanych w alkoholu sztuk

bełkot ścian bełkot klawiatur bełkot scen
płócien papierów nutowych ról
czerwień tapet czerń dywanów
bulgocze kocioł na środku filharmonii
baca naturszczyk dyryguje piątą symfonią
elita miasta pobrzękuje złotymi łańcuszkami
na nadgarstkach na sygnał
pohukuje na trombicie zombie sekularyzacji
stalowe nadzieje na wzniosłości w gaciach haftowanych
zabawnymi hasłami dziewiętnastowiecznej encyklopedii
niesie na służbę Światowida Wielkiego Zachodu

*Samsung*
Wszedłem znowu do przedziału wagonu
w pociągu do sztuk
usiadłem zaraz przy wejściu i złączyłem twarz z ksiażka

ona siedziała przy oknie
ona – moja Dama z łasiczką chyba
świetlistolica młodociana niewiasta
już studentka a jeszcze kochanka księcia Suburbii
patrzyła śmiało przed siebie
głaszcząc łasiczkę wyglądającą na jej kolanach jak kotek
potulną jak baranek, samotną jak kwadralny księżyc
rozbłyskujący pełnią za każdym dotknięciem jej ręki
głaszcząc zwierzątko powodowała rozbłyski
na powierzchni jej futerału futerka
(eksplozje wulkanu, wyrzuty lawy, sumienia, snu)
krajobrazy za plecami Damy z łasiczką
zmieniały się renesansowe
krajobrazy w miarę upływu naszej wspólnej podróży
toskańsko – bocheńskie wzniesienia w winnicach całe
i sadach oliwkowych jak odległe Tatry w śniegach
pokrywała czerń puławskiego konesera zniewolonych zachowań
nabrzmiewająca czerń jak rozbiory w książkach i na filmach
rozlewająca się czerń jak upadek Polski
pełzająca czerń jak żałoba po Kościuszce

jak czarne łzy toczące się po białej satynowej szyi anioła
a twarz delikatniała, gdy tężała noc
profil kruchej Damy wydelikacony moim spojrzeniem
stawał się idealny jak opłatek przełamany zimą
(tak chciałem drżącymi wargami dotknąć kącika jej ust
i poczuć miękkość tajemniczą warg)
cicho przelatująca sowa trzymająca ludzką czaszkę
zapach jaśminu w maju zbyt krótkim
i zapach maja w krypcie Leonarda
szelest białej karty lub białej alby fałdy
kaczy puch opadający na stawy w łazienkowskim parku
a ja w tej idylli Świątyni Sybilli
zadumany przejrzałym natchnieniem
przez ten idealizm postarzałem się fizycznie
wyrosła mi broda siwa i całkiem odsłoniła łysina
szaty się wydłużyły znacznie i kolana zadrżały
stałem się patriarchalnym filozofem greckim w jednej chwili
wpatrzonym w wejście do jaskini
rozbłyskujące błyskawicami prawdy
a moja Dama wygłaskiwała długimi palcami nokturny zwierzęcia,
którego sierść rozjaśniała się pod opuszkami z porcelany
(w oddali umierał Chopin na obrazie Barriasa)
poświata rozlewała się wokół jak requiem dla poety
a jej twarz pochylona karmiła się poblaskiem metafizycznym Rembrandta
i wszelkich holenderskich naśladowców Caravaggia

cóż mi pozostało w zachwycie? wysiąść w Krakowie,
czy zginąć odmętach kolejnej miłości?
utonąć Styksie za oknem jej postaci?
wysiąść czy porzucić nadzieję?
jednak wstałem ostatkiem woli zranionego kosyniera najmity
(odczułem los beznogiego Sowińskiego na reducie Woli)
jeszcze zaciekawiony rzuciłem kątem oka
ostatnie płoche spojrzenie na zwierzątko żywe
tak ciekaw, czy to może łasiczka samiczka?
i wtedy łuski opadły mi z oczu
to był samsung – on zabójca,
rozdzielacz twarzy i książek!

*Salto życia*
Zaniedbano dokręcenia śruby w trakcie ewolucji
kot ją wykonał poprawnie – dokręcił
wylądował na cztery łapy
piąte koło u wielkiego wozu odpadło niedokręcone
a piąte przez dziewiąte okazało się trafieniem w dziesiątkę
dwunastka dwucyfrowa dopilnowała lingwistycznego
przeinaczenia prostego hasła do galaktyki spiralnej
a galaktyka akrobatyczna prawoskrętna, dwunasta do ósmej, odkręcona
zamiast się odtworzyć otworzyła się i tak
wtedy nagle ty, jako hasłotwórca okazałeś się
opiekunem matematyki pielęgnacyjnej
mitów wstępujących na skłonnym niebie
gdzie lew krab pies lewitują do góry nogami
bez ewolucji
zero jedynkowy zakończyłeś pokaz
saltem życia

*Bożę chroń Matkę!*
Jam wdzięczny oto skrzat
za dobrodziejstwa łaski ofiary
w mitologii barwnej zadośćuczynić czas
figurze Matki Ojczyzny nieskończonej w blasku
jestże coś milszego sercu niż Matka
dla jej żołnierza wykrwawionego po bitwie
dla umierającego w okopie strzelca
dla marynarza pod pokładem
idącego na dno razem z wrakiem państwem
dla uchodźcy wygnanego z własnego kraju
jestże coś głębszego w uczuciu
niż szacunek do łona, które nie jest ciałem
niż jakakolwiek osnowa, która
jest pamięcią i błogosławieństwem
skaut jest niezłomnego bytu dzieckiem

żołnierz czasu bohaterem
bohater pomnikiem murem
matka jest domem
a wiersz śmiercią niezbędną,
co pozostaje po walce
w starości pociechą
oprócz makatki w kuchni
na lodówce magnesu
pozostaje też szczęśliwa codzienność
podarowana przez kogoś z królewskiego rodu
jam wdzięczny oto skrzat losu
snuję piórem gęsim hagiograficzną niepodważalną legendę
i wołam z życia chaosu
Boże chroń Matkę!

*Wiersz uratowany z pogromów*
Minął późnozimowy podpromienny eklektyczny czas
naginasz wskazówkę zegara jak gałązkę mirtu
do ust swoich,
gdy mirt znaczy dzieciństwo przed śmiercią
lub dzieciństwo przed weselem
zjawa dzieciństwa – schody na strych dziadka
upadek – schody na strych ojca chrzestnego
schody wśród mirtów – twoja we mnie pamięć udoskonalona
jest niebo na tym strychu? jest wspomnienia treść?
zapewne jest, twoja czarodziejska wierzba przed oknem stale rośnie
staje na palcach, zagląda do komina
jadą niezaprzężone sanie po niebie
kiedyś dojadą do księżyca
– patrzysz, widzisz je jak wtedy tak dziś
sanie są księżycem samym
– teraz już wiesz
a na Księżycu nie ma wątpliwego Twardowskiego

– teraz to wiesz
jest za to widoczny wiersz wątpliwego Trembeckiego
suną osłonięte ołowiem ptaki-konfederaki
po-między ramami okna śmierci
suną nie na fruną
ptaki są życiem twoim, powrotem do Okopów Trójcy
stopiłeś się w jedno ze swoją wiosną kolejną prawdziwą
nie wejdziesz już na schody na strych po mirt
– teraz już wiesz, nie musisz
masz ponadpromienny wiersz uratowany z pogromów
– choć eklektyczny to wawrzynowy czas

*Kraków Cyryla i Metodego*
Oto rozbiegające się obwarzanki lewitujące
a w nich twarze jak w nimbach złotych
nowosielskie ikony świecą w popołudnie piątkowe
na holu Dworca Głównego w Krakowie
pod peronami ukrytego jak katakumby Kaliksta
dziesiątki setki tysiące mieniących się twarzy
tysiące ikon w obwarzankach
nad którymi zawisają oscypki
niezidentyfikowane obiekty latające
oscypki jak języki ognia z obrazu El Greca
przypomina to bardziej Ostatnią Wieczerzę tego tygodnia
a nie Zesłanie, gdyż wszyscy poruszają wargami odsłaniając zęby
to jednak sam El Greco nie jest tutaj obecny
przebywa w Siedlcach na delegacji
obecny jestem za to ja z aparatem, kropidłem i sztalugami
patrzę na te twarze pięknych dziewcząt
odwiecznych Madonn z Europeum
w długich włosach skrytych jak w chustach Orientu

to one świecą dla mnie najjaśniej
gdyby nie ten ikonostas nieświęty
zasłaniający mi drogę do prawdy
odnalazłbym siebie samego sytego
od lat zagubionego w Krakowie Cyryla i Metodego

*Ule UJ*
Zza ogrodzenia Ogrodu Botanicznego w Krakowie
widziałem raz Lenina i Che Guevarę,
którzy krążyli długo wokół Ronda Mogilskiego
nie mogąc go opuścić jak jakiś Fasola Jaś
Lenin z chustką do nosa zawiązaną na łysinie
obuty w łyżworolki niczym Justyna Kowalczyk w lecie
krok za krokiem sunął do przodu
przekładając nogi i machając kijkami
Che Guevara na motohulajnodze bujał się

jak to tylko on umie
balansując między samochodami
omijając je z rozwianą czupryną czarną
i czerwoną chustą zawiązaną pod szyją ciasno
ten taniec niemożności obu trwał długo
prawie jak Eurokomunizm
w głowach praktyków i teoretyków
lecz zamieniony w Eurokomizm nagle znalazł swój finał
Lenin wyjechał w kierunku Huty w końcu
a Che Guevara w kierunku Placu Wszystkich Świeckich
jednak Policja zgarnęła obydwu
wtedy schowałem się za drzewo
widząc kątem oka jak pszczoły raju z pasieki UJ

wyroiły się wcześniej by polecieć za rewolucjonistami
policjanci obydwu odwieźli na komisariat przy Gołębiej
gdzie już czekał na nich półnagi Picasso
artysta, jakich wiele dzisiaj po tej stronie czasu
zaświadczył o niewymijalności obydwu przez gołąbki białe
wtedy posterunkowy odstąpił od kroków dalszych
by po chwili wręczyć im łańcuchy złote i srebrne klucze
do miasta swobody
widząc to pszczoły z estymą powróciły do mojej ręki,
która spoczęła z rezygnacją na ulu UJ

*Ślepaki*
Jechałem z nią latem
w pamiętnym osiemdziesiątym drugim
pociągiem do Warszawy z Mazur
staliśmy na korytarzu przy otwartym oknie
gdzieś między Olsztynkiem a Działdowem
ona tuliła się do mnie i pieściła długo moje ręce
w bardzo podniecający sposób
w Działdowie gdzie przesiada się podróżnych tłum
zobaczyła na peronie jakiegoś oryginalnie wyglądającego faceta
i odpowiedziała uśmiechem na jego pożądliwe spojrzenia
to był jeden z przywódców Khmerów Czerwonych Sary Ieng
gładko w Paryżu wykształcony jak wszyscy oni
wtem nagle zamiast gładkich delikatnych

długich muzycznych palców mojej Thirith
poczułem chłodną śliską stal lufy rewolweru
zamiast ciepłego nadgarstka
szorstką rękojeść ciężkiego pistoletu
to ona wsunęła mi go w dłoń niepostrzeżenie
trzymałem go zdziwiony całą drogę,
gdy ona zasępiona paliła kolejne papierosy
wjeżdżaliśmy właśnie do Warszawy
gdzieś na Średnicowym Moście
patrząc na Ogród Zoologiczny w oddali
skąpany w promieniach słońca jak w rzece
plaże i piaszczyste łachy Wisły bielejące jak kości

pomyślałem o polach śmierci w sercu,
które zmieniło się w kambodżańską dżunglę
przyłożyłem broń do głowy
i powoli pociągnąłem za cyngiel
strzeliłem sobie w skroń
lecz o dziwo chybiłem
i za pierwszym i za drugim razem
przeżyłem jak jakiś sekretarz partii albo wicepremier
nieodwołalny Brat Numer Jeden
przewidziany widać właśnie
na przewodniczenie
ślepakom i ślepaczkom

*Dla ludzi jestem po zmartwychwstaniu*
Jestem znakomicie uposażonym
robakiem duchowym cywilizacji
jestem sowicie wynagradzanym
sępem spadającym na jagnię obecnego złotego wieku
jestem wynoszoną pod niebiosa
larwą kosmicznych przygotowań państw
jestem absolutnie ponadprzeciętnym
płazem w symbiozie pierwszych kultur wyrażonym
jestem nie do przecenienia
kopytnym ssakiem zamienionym w ptaka sztuki
jak jakaś służka bogini bez ciała
jestem nawet wyniesionym wysoko ponad wzgórza
kretem epigramatu zdesakralizowanego słońca
dla ludzi dla ludzi dla ludzi
dla prawdziwych ludzi po ich słowa zmartwychwstaniu
jestem

*Zaduma Tomasza*
Mój samozwańczy nastroju zadumy
nieogarnione wzrokiem i uczuciem
połacie skrajnie wynędzniałej stanowczości
przemierzam skuterem leśnym mimikrycznym
by zrozumieć ciebie
w tym epokowym odkryciu,
jakiego dokonałem analizując dane z drona zebrane,
który podfruwał jaskółką młodą
we wnętrzu moich zaszczytów i dum
we wnętrzu kratera eksplodujących wątpień
niebotycznie wspinającego się
ku poobiednim filozoficznym

drzemkom w budyniu dni
uznanych przez media za stracone
dla świata, a które nie kremem słodkim
a gorzką lawą się okazały,
co zmieniła roztargnione myślenie
naturszczyków wokół mnie
zapatrzonych w moją zadumę Tomasza

*W 3D*
Drukarka 3D drukuje
powoli wyłania się z niebytu
coś na kształt megafonu
coś na kształt protezy ucha
coś na kształt twardego języka
coś jak oko białe w szkiełko oprawne
drukarka zatrzymała się
poprawiasz projekt
zmieniasz zamiar
schemat koncepcję
wizję masz nową
awangardową
drukarka znowu rusza
i jest – oto dusza
w 3D
gotowa
ślepa i głucha

*Dalekosiężna penetracja*
Powodem twojej dalekosiężnej penetracji
ciszy nieludzkiej
jest nie tylko myśl i uczucie nieodkryte
ale prawdopodobnie odległe zasłuchanie cielesne
w to, co z zamieci niegdysiejszych złych zim
wyłania się i jawi apokalipsą duszy
rżenie koni bez ciał
wulgarne słowa szkieletów bez oczu
szczękanie gruchotanie szuranie
pobrzękiwanie kości
obleczonych w zardzewiałego żelaza pogardę
ale ty słuchasz zaciekawiony jak demiurg,
który spuścił tych towarzyszy ze smyczy

i lubuje się w nasłuchiwaniu
nadjeżdżających jak rozwijająca się
ostateczna poświata pogrzebu w czerwieni
w purpurze w szkarłacie grzechu bez kary

*Rapsodia Cyganerii*
Przewróciłem te znaki drogowe
walcem, którym jadę do opery
na Cyganerię
z partnerką (…)
nieoznaczoną
w falbanach pofalowaną (w woalach i lokach)
powściągliwie konsekwentną, a jakże
jak mój walec
droga między nami utwardzona już także
i znaków ostrzegawczych brak, no cóż (…)
Cyganeria czeka na nas
ale ja stoję
na czerwonym
świetle

oby się zmieniło na czas
oby droga nie pofałdowała się
ponownie
w mojej głowie
jak wspomnienie pod dachami Paryża
obyśmy weszli wreszcie w takt
po czerwonym
dywanie
do Wielkiej Półstarej Łopery
Krakowa (już bez czerwieni dla smoków dziwaków)

*Poranek promienia, który perspektywę zmienia*
Modlitewny zapał a potem
uniesienie słów dobrych jak powiek
bogobojne o świcie
po całonocnym czuwaniu
we wnętrzu skarbca takiego
jak altruizm zaniedbanych odegrań
odwzorowań pieczęci pierwszych prawdziwych ludzi,
którzy nie znali modlitwy takiej jak my
ani zemsty na bogach słońc butnych
ale wyczekanie do rana,
zamglonego, zranionego poranka
wreszcie promienia, który perspektywę zmienia

*Romantyczność*
Złotouste trzmiele polatują nad dziedziną kwietną
romantycznością owianą jak wiatrem letnim
bladoróżowe płatki kwiatów aksamitem oczy pieszczą
zielone liście i łodygi w zapachu toną lata
trzmielej tęsknoty nektarem się śnią tęcze łąk,
gdy bezsłowny strach kroczy już za opłotkami poranka
a strach to większy od miasta
rozgadanego wszystkowiedzącego nic nieprzeczuwającego
miasta ucieczki rozumu przed światem natury
strach – E-platforma Nabuchodonozora
strach – Transformer Megatron
strach – Mechagodzilla Kosmitów
strach na embriony, wiersze, kwiaty, motyle i trzmiele
lecz i trzmiele się nie boją,

gdyż są romantyczne skrajnie
jak pędzący przez step
do Świtezianki Giaur
(mardukowa nienawiść atomowego ataku
nie wykiełkowała przecież na Ziemi czułej)

*Zapis prognozy pogody*
Jesienny zakamuflowany muflon
zmiennej pogody
jak Zawinul uderza w bezkompromisowości akordy
szkarłatem monotonnej onomatopei
zadęcie w ślimy
albo z księżycowej grani łoskot
jestem chyba Zawinulem
jesiennym zakamuflowanym
od natchnień zbliżającej się zimy
we frazach kosmicznych zawity
dla łowców mamutów z Krakowa
i profesorów z Zachodniego Wybrzeża
zazdroszczących niedyplomowanym odkrywcom
systemów operacyjnych
tak udanych dzieł
jak liścienny świszczny deszczalny
zapis na gwiezdnej CD-Audio
wszelkich prognoz pogody
trwałej dla wszelkich stacji
we wszelkich układach

*W koniecznościach*
Jak niedzielna bryza bezduchowości
zerwany szal faluje
w koniecznościach otwartych
przestrzeni dla kobiety
czerwonolicej we fragmentach
zimy ukrytej
by przemierzać z koniecznością
niekorzystne epopeje aury
tak lekkiej w swej naturze
jak zero bezwzględne zamieci
pojawiającej się, gdy miłość
znika za zegarami stycznia
później dwie kobiety bez szali
rozmawiając o nagich mężczyznach
z konieczności omdlewają z zimna
wymieniają się wizytówkami obuwników
w centrum Warszawy przy Placu Bankowym
na rogu Próżnej i Złośliwej
jak Metro i Koritto

*A ty tu po co?*
Luksusowy rozplątywacz kwiatów namiętnych
niewiarygodnie onirycznie przystojny
spotkał pospolitego zaplątywacza zardzewiałych
metalowych przewodów, kabli i erotycznych rur
spowolnionego w par excellence brzydocie
jak w mazi kanału
spotkał go na drodze prowadzącej do duchowego piękna
zdziwiony rzucił – a ty tu, po co?
szczurze kwitnących miast
zaplątywacz odrzekł hardo – a ty tu, po co?
bukoliku wymierających wsi
tajemnica tego spotkania
wciąż nie została odkryta i wyjaśniona
zresztą oni obaj też nie

*En t*   
Boli ten czas boli to miejsce
boli ten boli to
bo ten bo to
o ten o to
ten to
en t

*Wiatr od serca*
Zerwałem się na równe nogi,
gdy poczułem wiatr wiejący
nie od morza, nie od gór
a od serca
pobiegłem do studni idei i słów
jak do źródła jedynego
zaczerpnąłem wody żywej by w małej czarce rąk
podać ją wiatrowi
ten odrzekł –
skąd wiedziałeś, powiedz skąd?
skąd ci to do głowy przyszło?
jak na to wpadłeś?
jak zrozumiałeś spragnioną duszę
wiatru, który przybywa po ciebie?
poczułem siłę wiatru
spojrzeń, dotyków dłoni, oddechów, min
poczułem, że jestem już nim
zaspokojony na zawsze ciszą i pełnią
jego woli nieujarzmionej