1979
Tak żal mi twojej ofiary,
gdy widzę jak rozpostarłeś ramiona,
biegniesz i krzyczysz na wietrzeJa jestem kroplą gorącej krwi, którą ty nie chciałeś być
przychodzę do twych stóp
pomyśl przez chwilę o mnie dopóki tu jestem
Na złotym ołtarzu spaliłeś tysiąc suchych wiązek chrustu
ukryłeś w nich staruszkę o białych włosach
staruszkę obleczoną w białą suknię
masz we włosach pył z popieliska i jeszcze płonącą żagiew w ręce
W każdej zagrodzie słychać twój głos
przekonujesz wszystkich, że słowo winno uświęcać środki
krzyczysz, krzyczysz, krzyczysz
poranne, południowe, wieczorne kazania
błyski krwawych oczu i wszystko cichnie
jeszcze tylko echo powraca na wietrze
jeszcze tylko słychać trzask zamykanych wrót
Przykładasz ucho do każdej ściany
sprawdzasz często czy insekty nie drążą
betonowych zapór
sprawdzasz często czy Opatrzność
już przechodzi na twoją stronę
Ziemia nie stygnie, chociaż krew wsiąkła w ziemię
od linii horyzontu powietrze gęstnieje
przestrzeń ścina się jak gotowane jajko
rzeka roztopionego metalu płynie do twych stóp
spójrz, co zostało z ołtarza pośród hałd śmieci
wiatr znika za twoimi plecami naginając
ostatnie zielone drzewo za zakrętem
Ja zastygam w kamień u twych stóp
twardnieję w walce dla twojej walki
jestem przy tobie, oddycham skalnym oddechem
Wierzysz, że scenę, na której stoisz
zbudowano przed wiekami
Wierzysz, że wszyscy przyszli tu
składać ci pokłony, że nigdy nie odetną ci
drogi ucieczki, że całując dłoń
nie pochwycą ręki
W złożonej ofierze unicestwiłeś kolory
zabity sen zmartwychwstał na jedną chwilę
aby się o tym przekonać
grzech wyciągnął dłonie z wypalonej gliny
jak spojrzenia wyklętych ludzi
Nie wyrosną złote ziarna
nie wyrośnie radosny chleb
nic nie powstanie z twoich żył
Obce błękitnookie dzieci
będą pilnować purpurowych róż
zasadzonych wcześniej czy później na twoim grobie
by przekwitły i zwiędły w spokoju
by pamięć o tobie odeszła na zawsze
>>>
W grudniową pochmurną nocmłode jabłonie w równych szeregach
czernią się na śniegu
wąskie pnie i krzaczaste korony tworzą aleje
oddalające się ze swoją perspektywą aż do granicy snu
zmanierowane myśli wchodzą w te szpalery
i podpalają drzewa jak zapałki
po pożarze sad wygląda jak cmentarz wojskowy
zimowa noc wyłania się przed ostatnim szeregiem krzyży
kosmiczna muzyka mroźnego wiatru
potrąca kikuty wystające z ziemi,
miecie gałki oczne jak śnieg
wibracyjny poszum wydobywa się z rozkładających się
liści i krecich ciał >>>
Ja: jestem tylko własnością samego siebienikt nie jest w stanie odebrać mi wolności na
dłużej
Oni: to schizofrenik trzeba mu pomóc
My: Świat dąży do dobra
abyśmy przetrwali niezbędne jest zachowywanie
praw człowieka
Oni: trzeba ich izolować
to niebezpieczeństwo dla naszych komunistycznych
racji
My: szczęście jest tak blisko jak nigdy nie
przypuszczaliśmy
miłość i twórczość nas łączy reszta nie podzieli
On: moda na szaleństwa zagroziła światu
pracować we śnie, kto to widział
wspomnicie moje słowa to się nie utrzyma
My: pomagamy drugim podnieść się, gdy upadają
po chwili za to zapalają nam w nocy światło prawdy
zmagamy się z sobą, lecz nikt nie ginie
przegrany szuka sukcesu w zwycięstwie
wszystkich
rozmawiamy ze sobą
panują wyłącznie prywatne idee, myśli i słowa
Powstaje żywa ziemska komuna >>>
* Słoneczny brzeg naprzeciw *Słoneczny brzeg naprzeciw osaczył mnie zewsząd
pośród nocy okrążył mnie tysiącem świateł
W pustym akademickim pokoiku na ulicy Dobrego Pasterza
widzę jak na horyzoncie przesuwają się płonące oczy
tysiące zawstydzonych oczu
W innym zakątku Krakowa dolatuje odgłos
umierającego w jazgocie systemu
Ktoś włączył telewizor za ścianą i rozsiadł się przed nim wygodnie
a mój prześladowca znikł w ciemnościach za szybą
wytężam wzrok, lecz widzę tylko
wieże kroczące na Wzgórzach Krzesławickich
i ludzkie sumienia czuwające długo w noc, jak dusze świętych
niemogące w tym kraju oderwać się od ziemi
a może świętość oplotła korzeniami kamienie w podziemiach historii
Przysuwam twarz do chłodnej szyby
nareszcie jestem sam, zasłużyłem na to
nareszcie staram się dostrzec własny słoneczny brzeg
otrzeć łzę biednemu mojemu bratu
Ludzie przychodzą i odchodzą,
złe słowa unoszą się długo w zatrutym powietrzu
ich wspaniałe domy partii jak zamki
wznoszą się na skałach nad tą rzeką
lecz to tylko ty wypełniasz całą przestrzeń
więc pozwól otrzeć tę łzę
Wzgórze wawelskie zawsze pozwala patrzeć daleko, ale czy ponad historią?
stanę na nim, będę młodszy, chociaż o jeden rok
nie będę się już dziwił, dlaczego mój wzrok zamiera wymierzony w kochane twarze
nie będę się już dziwił, że ona chciała być ze mną
Słoneczny brzeg osaczył mnie w nowej pułapce
przede mną w błyskach piorunów osiedla Nowej Huty,
za mną w półmroku Sukiennice
Słoneczny brzeg osaczył mnie wewnątrz >>>
Czy trzeba stracić nadzieję, żeby przyszło zwycięstwo
by skorzystać znów z tej łaski
Zamknięci w sobie krzyczą w tłumie
jakiż dziwny to kraj
jakiż marny wysiłek by ochronić swój dom
śmiejesz się widząc jak gubią się w interesach przegranych
jak gospodarze oczekujący jałmużny
samobójcy w najszczęśliwszym dniu
zamknięci w sobie na zawsze
już nie ma komu powiedzieć: „jestem wolny”
chociaż reguły wolności wymyślono w paleolicie
Patrzą ciągle w niebo zachmurzone
nie chcą odwrócić wzroku na chwilę by obejrzeć
jak po umęczonej twarzy płyną łzy, łzy znów
I znów jak ojcowie są niewinni
i idą tracić nadzieję
gdy jeszcze jeden plan upadł
Nie dają się pochwycić w gorącą sieć
nie dają zamrozić swojego serca
O tak! Złamią to głupie konwencjonalne słowo „wolny”
i potkną o leżący w pyle drogi jedyny kamień węgielny
>>>
Z początkiem maja zakończyła się ulewa
lecz krople deszczu jeszcze teraz
spadają z wysokiego dachu na blaszany parapet
W tej części miasta pozostało tylko kilku ludzi
reszta poszła zatknąć drzewce sztandaru
aby stało się osią świata
Wstałem od stołu aby chcąc wyłączyć radio
w ostatnim ludzkim odruchu
przed chwilą gdy się przebudziłem
uwalniając z jej dziecięcego uścisku
ty powitałeś mnie jak obcy
jeszcze nie wiem czy wstało nowe pomiędzy nami
zrozumiałem, że ktoś tu nie ma racji, ale kto ?
Ze wstydem wyciągnąłem rękę przed siebie
lecz ty już nie nazwałeś mnie moim imieniem
po chwili wahania nareszcie pojąłem
po której jestem stronie swojego własnego życia
ocenę która jest słoneczną pozostawiam innym
Będą zastanawiać się nad śladami słów proroka
w partyjnej prasie lub podziemnej bibule
Spadające strugi wody zmywają gorące uniesienie
politycznych nocy i asfalt staje się czystym lustrem
zamiast twarzy odbijającym krew przyszłych bohaterów
Lecz nie wiem wciąż, który oddech zadecydował
a może przyśpieszone bicie serca w zatłoczonym autobusie
odtworzona manifestacja z upalnych majowych dni
sprzed dwudziestu lat która miała być deklaracją sumienia
wczoraj rozważałem sprawę internacjonalnej wędrówki za chlebem
potrafię dziś uwierzyć że jestem częścią jakiegoś słowa
nawet teraz gdy nie muska rozwiany czerwony sztandar
mojej zmęczonej twarzy
Gdy powracałem z piekła do nieba znowu stwierdziłem
że droga nie prowadzi pod górę a wyboistość
na którą tak liczyłem pozostała dla niego
( i ) Zabrał mi resztę mojej racji gdy rzekł – z mojego
punktu widzenia, co nie znaczy, że zza szyby tramwaju
lub zza szyby szczecińskiego fiata ewentualnie ze szczytu kurhanu,
czyściec jest ostatecznym spełnieniem i gorączka
dyskotekowej nocy jest ogniem prawdziwie ostatecznym –
gdy później wychodzę w deszcz.
Ta odwieczna zieleń wcale nie jest dobrym tłem dla czerwieni
tło wszelkich słów w momencie zatrzymania jest błękitne
Mierząc swoją prawdę powiedziałem nieopatrznie
– niech wszystko co niszczy ten kraj przemieni się w dobro,
a ty jakbym to nie ja był wyznawcą starożytnych dogmatów
zbudziłeś mnie w majowy poranek słowami których wciąż nie znam
Ja tak chciałem się zatrzymać wreszcie
w pamięci mając obraz dopełnienia
teraz pozostało mi już tylko czekać
lecz tam gdzie z tobą
nie spotkam jej już nigdy
>>>
*Agłaja*
Nie mogłem doprowadzić swojej twarzy do płaczu
gdy patrzyłem na roześmianą gębę chłopca
który nabrał do mnie szacunku starając się o twoją rękę
nie wiedział co wyraża moje oblicze
nie wiedział co jego oblicze przynosi dla mnie
nie zgadł i on że uskarżam się na swoje zdrowie
Gdy jestem całkiem sam pokazuję palcem
na swoje chore części ciała i na to czego dotknąć nie można
a budzi się co rano w sumieniu z epilepsją
jako niewykarmiona umierającą część narodu
trzymam się za brzuch i taką samą spuchniętą gazetę
Głośno wyraziłem swoje myśli [nie raz za głośno]
kto za mnie tego żałuje
poniewierają mnie najbardziej wtedy gdy są
uczciwymi komunistami i tak bliscy swoich ideałów
a gdy przestają się mną interesować zaraz stwierdzam
że tylko mnie nie ima się zaraza
wczoraj podawali w radio że udzielono mi pomocy
Teraz gdy patrzę na zdjęcie dziewczyny, która
umarła równo sto pięćdziesiąt lat temu
i widzę jej śliczną schizofreniczną dla systemu twarz
pod nią koronkową białą bluzkę a nad nią kapelusz
przypominam sobie wreszcie to imię – Agłaja
w drobnej ręce trzyma parasol osłaniając się przed
słońcem rewolucji
przypominam sobie wszystkich zabitych i rannych
bojowników o wolność
[..więc teraz proszę cię mój kuzynie bądź mi wrogiem..]
U nas ludzi zorganizowano w trzymilionowy tłum osobników
niosących przez kraj zawał serca dla każdego
[wpadających do wyschniętej studni]
Ja nie potrzebuję pierwszej pomocy ale proszę
zrób sztuczne oddychanie mojemu ojcu
Wczoraj pozwoliłem zakochać się w sobie
jednemu chłopcu i dwu dziewczynom
[dlaczego ja ich nie pokochałem?]
uporczywie przekonywałem ich jednym bezsensownym spojrzeniem
by stali się takimi samymi jak wódz zboczeńcami
Kiedyś gdy wolność dla obojga rodziła sie za ścianą
dotykałem końcem wilgotnego języka słodkiego ramienia kochanki
Mężczyźni z tego baru którzy nie rozumieli polityki
współistnienia natarczywie narzucali mi się cały wieczór
Z tych kilku kart cyganka ułożyła mi daleką drogę
i wizję mnóstwa pieniędzy do wydania
popchnęła mnie tam, lecz zawróciłem
więc wy szukajcie moich pieniędzy
Ale czego chcecie ode mnie, ale czego chcecie
nie jestem młotem ani kowadłem
sierp to wcale nie ja
ani cyrkiel ani węgielnica
Czy mam zwracać się do was po imieniu
ale ja nie towarzysz, ja nie towarzysz
czy mam otworzyć dla was sklep by każdy z was
odczekując trochę w kolejce mógł kupić sobie niezależność
Macie rację ale to właścicielem jej jest wujek z siwą brodą
i z długą siwą czupryną – nie wy
kto mu wydał zaświadczenie że był prawym człowiekiem
tego jeszcze nie wiadomo
wiadomo że wy go nie macie
Mnie wystarcza ta wolność którą mam z jej oczu
z jej papierowych spojrzeń pomiędzy mężczyzną a kobietą
[Kończąc] Pozdrawiam na drogę wspomnienia
[i ty teraz pomyślałeś że to list]
kocham wyraz twarzy chłopca z plakatu i boję się że wszystko
zniknie na zawsze jeżeli coś się nie wydarzy
Gdy znów dotknę palcami twojej twarzy
[po raz pierwszy powiedziałem to głośno]
>>>
Oni są przekonani do swoich barw
twoje rady wzywają do walki
ich kaznodzieja potwierdza pewność racji
unosząc pięści nad głową
ale dlaczego ten ślad uderzenia
stał się na twym policzku czerwony
jeżeli pomylisz się następnym razem
i powiesz białe zamiast czerwone
zostanie ci już tylko ostatnia szansa
będziesz mógł powiedzieć jeszcze
czerwone zamiast białe
gdy nie będziesz mógł zrzucić
swego kryzysu na karb opatrzności
nie pozwolą ci publicznie przyznać się
że jesteś najwyższym kapłanem jakiejś cuchnącej sprawy
Był tu dzisiaj człowiek,
który potrafi dojść do czegoś
i wie na czym polega zwycięstwo
wygłosił jakiś sąd na temat tęczy
która wstaje po burzy
przemykał się pod kościelnym murem
by móc zdążyć na partyjne zebranie
ale zrobiło się już bardzo późno
i wstąpił tutaj bo noc zakryła wszelkie kolory i cienie,
odczekał do świtu i odszedł z uśmiechem
czy ktoś taki mnie uratuje przed klęską
radość to nadzieja
>>>
Maj jest tylko dniem
w roku mej samotności
maj jest tylko w białą ramę
oprawnym zachwytem
maj jest tylko pejzażem
po horyzontu kres zielonym
W moim oknie biel dziewiczych sadów
tak smutne rozpięte między ramami okien
sady, sady, sady kwitnące bezgrzesznie
nadzieje mojego ojca na złotolśniące zapachy
Maj jest tylko wesołym grajkiem
stadem łaciatych mleczarni
rozrzuconych w gąszczu traw
te ciemne bryły cerują ziemię z mozołem
natchnęły mnie kiedyś białkiem
bym mógł je dziś oglądać
z perspektywy innej formy białka
[biel spada z nieba
na kwiecistym śniegu]
odchodzi zachwyt niebanalny
bezkształtny bezdźwięczny
bezparkowo bezwagarowo
płynę oceanem siniejących mgieł
płynę wytężam wzrok
kształty kontury zarys ust
po szczęście zamówić brzęczące
gaduły na urodzaj
W majowym słońcu płowieje świat
a majem rozkwita powoli dusza
dusza roztargniona
muzyka na skrzydłach i płatkach śniegu
chwila wspaniałego nastroju
muzyka na ustach
jak rosa rozbłyska w trawie
wiosenne sprawy zmęczonych głów
opadają jak zmory wbijające szpony
w misternie tkaną sieć z nitek dmuchawców
wewnątrz opuchniętych mózgów
maj z powielanym nastrojem wyczekiwania
spokój wisi kropelkami rosy
na płatkach jabłoni
pachnącej nadzieją konwalii
spokój nadchodzi jak wiatr rozmarzony
tymczasem w moim pokoju
maj z zapachem życia Olimpu
i ambrozja w słowach
>>>
Pędziłem sam
kamienistą stromą drogą
głową w dół
z rzęsami na plecach
ze łzami w oczach
zobaczyłem siebie na szalonym koniu
porwał mnie pęd w siebie
przyjemność spadania którą mam
od wieków przez dziada mego ojca
jeszcze ze stepów
Okrągłym sercem toczyłem na dół
całą swą radość
młodość pozwala wspiąć się w górę
i młodość pozwala runąć w przepaść
padając jak płatki śniegu
za drżenie nóg za mokre czoło
rozwiał mi chwilą wiatr włosy
Czym zachwyca nas wszechświat pędzący
na zewnątrz każdą chwilą
gdy przyjemnością jest nam pęd wichru
niewidzialnych rumaków spadających
jak zwiastuny śmierci na trawę drzew
w pędzie zespolony z kawałkiem metalu
uciekałem przed spalinami
omijałem sprawy ludzi
każdy włos szydził na wietrze
z kurnych chat przebiegających mi drogę
nie dałem zepchnąć się z mego rumaka
ściana spokoju została rozdarta
strzałą mej głowy
pędziłem na złamanie smutku
zgubiłem chandrę w przestrzeni
stanąłem na drżącej ziemi
z bijącym sercem
wśród pustych dni dzień siódmy
dzień spadania
dzień horyzontu
dzień spadania
>>>
W upalnych minutach letnich dni
przekłada słońce ludzkie przekładańce
spocone karki zwisają w trawach
w zwałach tłuszczu perlą się snoby
przybywa wolnych miast
podobni rybom łykamy piach
na rożnach wakacji w milionach aut
w płytkich bajorkach wilgocąc czas
wymiastowieni nadzieją spokoju
znajdujący zwierzchnika pod ziarnkiem piasku
tłoczą się na plażach i pustyniach
a skwar dojrzewa w ziarnach zbóż
a złote bochny chylą głowy spieczone
w oceanie żniw płynącym całym kołysaniem
wibracją horyzontu rozlega się dźwięk
przeszywający łan to kosa i kamień
przepiórka i kombajn
jak wcześniej budząca cisza
zawieszony pod sklepieniem przecierpliwiony
w spiekocie wypala się płowieje ptak
samotny tryl
czas zawsze tak samo płynie płynie płynie
czy chłód czy smutek czy nuda czy skwar
patrzymy w słońce jak w fatamorganę
i drży świat w powietrznej nieznośności
sumienia wysychają serca
stygną
w cieniu
[że chore serce zabito
rytmem życia
że
życia
rytm
zabija]
>>>
Tęsknota za wysokością jest czystym pragnieniem
młodość zrównoważona nie istnieje
samotne pustelnia czeka ciągle
pustynia wrażeń kamiennych
zdrowe własne zmysły nawiedza
dzięki marzeniom gorzkim
czekaniu na chwilę uniesienia
dostrzegam me schody do nieba
z liści łopianu do stratosfery
wytwór wyobłoczonej fantazji
pasionej na hal wyżynach
mdłego ziela długiego jak spaghetti
mającej dość
trwając pajęczyną w smętnym oknie bezczasu
zamiast spojrzeń mam wschód
zamiast spojrzeń mam zachód słońca
czekanie na chwilę radości wstępowania
jest wstęgą łączącą zgrzybiałych starców
z ich nastoletnimi ciałami
>>>
Pamiętam go jak wyruszał na wojnę
idąc pomiędzy ludzi
nie był stary ale miał już dość
usiedli obok siebie po latach
ich miłość odeszła od nich
ludzie patrzyli zadowoleni
lecz słowa które nareszcie przypłynęły
nie niosły niczego wartościowego
Bolesny dzień który przyszedł za wcześnie
ona zjawiła się tu o złej porze
owoc miłości zrobaczywiał na początku lata
U nas możesz zdrzemnąć się po obiedzie
kładąc się w poprzek drogi – przyjdź
Byłaś gałęzią kwitnącej wiśni
na którą nie spadł deszcz moich łez
rozkwitałaś wesoło i spokojnie
rozkwitałaś dla mnie – pogodnie
Potem poznałem że jestem wężem wielkiej sprawy
i powiedziałewm –
nie zaśpiewamy sobie tak bardzo znanych piosenek
nie dotkniemy siebie zdecydowanie
nie wiem co dla ciebie jest dobre i potrzebne
nie potrzebuję twych spraw
mam dość swoich
nie błądzę po twoich drogach
moje są jeszcze niepoznane
Nie jestem pewien sensu i prawdy
tak jak tego że idziesz właśnie przede mną
gdy zatrzymasz zatrzaskujące się
na niebie stalowe wrota
wpłyną za tobą roje białych motyli
dusze twoich bliskich i kochanych
tu krzykliwe mewy krążą nad wzburzonym oceanem
białe rozrzucone na wietrze
zwiastun burzy ich już nie doścignie
choć jego koń wyskoczy grzmotem spoza chmur
wicher nadyma swe policzki
żagle stają się syte przestrzeni
żyły masztów napinają się z wysiłku
twoje okręty płyną przez wrota niebieskie
>>>
Gdy nagle znajdziesz się sam w pustym domu
stając w oknie wyjrzysz na mokre podwórko
zdarzy się czasem że zamkniesz oczy
Gdy nagle ustanie drżenie rąk
ponure obrazy przyniesione z własnej ojczyzny
do własnego domu
ustąpią ze swych starych miejsc
jakiś przypadek da ci uwierzyć w część pamięci
którą nazywasz człowiekiem
Cisza odsłoni choćby w najmroczniejszej nocy
twego wnętrza
dwa nieba osłaniające zenit i dno
jakaś piosenka w radio narzuca się natrętnie
i nie daje spokoju
wtedy ona przychodzi
wyciąga ręce które zarzuca ci na szyję
i przyciska swoją głowę do twojej piersi
chce coś powiedzieć
lecz słychać twój głos
kocham cię potrzebuję cię
jeszcze przez chwilę przytuleni do siebie
zaglądacie sobie w oczy
i wtedy ten refren nabiera sensu
i teraz już żaden komunikat nie jest w stanie
zamącić wiary i radości
Gdy otwierasz oczy dostrzegasz jak
nagle ustaje deszcz
ulatują złowróżbne myśli i słowa
przestrzeń wypełnia się szeptami aniołów
>>>
Ręka młodego malarza posuwa się nad płótnem
leżącym na podłodze
Jego pędzel pozostawia duże jasne plamy
miłość przepływa przez żywe ciało
między jego krańcami
przenika przez niepokój i rozpływa się w powietrzu
tworząc słoneczną mgiełkę
Ciało posuwa się za nią
jak światło wpada w ciemność
pomaga ślepcem dotykając duszy
kolory obrazu poruszają się płyną
kochają się
W marzeniach stają się autoportretem
>>>
1978
Stanąłeś przed nią jak nowy bohater
i otrzymałeś piekący policzek
jeszcze teraz czujesz to uderzenie
Postaraj się to zrozumieć
gdy będziesz wracał z daleka do swojego domu
Stworzyłeś dla niej najwspanialszą
scenę świata
lecz wszystkie palce po spektaklu
skierowane były w dół
Napisałeś kilka książek i podpisałeś – „Wieszcz”
potrząsnąłeś od wewnątrz generacją
odsłoniłeś wady i wzmocniłeś się uprzedzeniem
opracowałeś planowy rozwój planów
jako pierwszy wystartowałeś na orbitę
całkiem demokratycznie
a wszystko to zaraz po wyjściu z lasu
Dlaczego więc ta grupa dzieci szydzi z ciebie
dlaczego ci starcy uśmiechają się
i wskazują na ciebie palcami ?
Teraz będąc bardzo doświadczonym człowiekiem
godzisz materializm z wiarą w Chrystusa
zobacz jak daleko już doszedłeś mając
przed oczami tylko swój interes
Dlaczego twoja dziewczyna unika twojego spojrzenia
a przyjaciele spalili twój dom
przez całe życie pilnowałeś snu tych panien które
odpowiadają za nitkę życia
wpatrując się z białego kamienia w jeden punkt
Policzek drży ci nerwowo gdy widzisz
jak jedna z sióstr wznosi powoli swoją dłoń
chcąc nagłym ruchem przeciąć nić w przebudzeniu
Tak już czas idziesz poprzeć swoją kandydaturę
na bohatera
>>>
Siedząc na brzegu wygnania
czekam na to co wynurzy się
z Chaosu
podziwiam spadające pierwotne błyskawice
historii
czuję się jak osoba
nieprzydatna do niczego
a jednocześnie stwórca
ja obserwator słupnik
pierwotne błyski wypełniają mnie
jeźdzcy apokalipsy zapalają horyzont
anioł stoi obok
z zapalonym mieczem
>>>
Niesiesz ogień w ciemnościach
słyszysz całkiem wyraźnie ciszę
to pusty pokój w wynajętej twojej samotności
podszedłeś z ogniem do okna
i nagle zrozumiałeś jedno
już nie wiesz jakim słowem
nazwać to co wewnątrz i to co na zewnątrz
próbuje zmienić się w prometejską ideę
Jak przed kolejną próbą
z rezygnacją trzymasz w górze zapaloną zapałkę
już nie wiesz czy będziesz miał szansę odwrotu
gdy wszystko się spełni do cna
gdy zapanuje wielki dzień i wielka noc
nazwać, nazwać chociaż to co wewnątrz
(cóż oprócz ciszy pozostanie)
>>>
Gdy powróciłem z tej długiej podróży
pod znajome drzwi
stałem chwilę oparty o poręcz schodów
po których wbiegałem codziennie
przez dziesiątki lat
gdy byliśmy razem
gdy pełni pragnień
traciliśmy wspólne chwile
jak niespodziewane pieniądze
Ta głupia miłość dała nam przecież coś
coś co przetrwało rozstanie
długo czekaliśmy na siebie
na krawędzi nienawiści
nie wypaliliśmy się jednak
w swoim niepokoju
rozbudzone marzenia oświetlały na drogi
Jestem znów przed twymi drzwiami
cóż rozpoczniemy wraz
cóż zakończymy po latach
czy przekroczyć ten próg jak kiedyś
z bukietem wątpliwości
nieoczekujący niczego od życia
>>>
Sen przychodzi
jak kobieta odwraca się w łóżku twarzą do mnie
dotyka policzka
sen przychodzi
z wierzbowych polnych dróg
z ceglanego labiryntu starych fabryk
z zagrody i z nocnej zmiany
pozwala się poznać
w chwili ostatniej przed śmiercią zmysłów
przegradza strumień światła
spadający na ciało z rozdartych chmur
strumień światła towarzyszący pośród rzeczy
i ludzi tworzących sprzęty osobistego użycia
strumień eksponującego i osłaniającego światła
tworzący warunki dla ekspansji cierpienia
Sen wychyla się z tła
jeśli jest ludzki jakże by zapanował
nad ludzką indywidualnością każdej myśli
a może jest boski ?
na pewno na pewno
jest mój i twój
właśnie teraz nareszcie
>>>
Czy miejsca ci brak
że tak rozpychasz się łokciami
Czy straciłeś już wszelką nadzieję
że patrzysz tak obojętnie
nie przekonujesz już nikogo
do własnych poglądów
co z tobą bracie
Jeszcze wczoraj namówiłeś mnie
na kilka pochwał twego systemu wartości
w który dzisiaj sam wątpisz
pochwały tylko powtarzasz bez końca
jakby to miało jakiś sens
Oni już mają swojego bohatera
a my kreujemy męczenników
tylko na jeden dzień
oddajemy swoją wolność przeznaczeniu
wierzymy w formę lecz co to da
Czy już wizja twych najlepszych dni
tak owładnęła tobą
że poniechałeś całkiem walki
a może jasny anioł wskazał ci
jak masz czekaniem wypełnić
tych kilka ostatnich chwil
Sobie samemu odbierasz prywatne opinie
lecz zawsze znajdzie się w pobliżu
choćby jeden sędzia, choćby jeden uzdrowiciel
twoje słowa lub milczenie mogą okazać się
całkiem bez znaczenia
Czekałeś na to przez 20 lat
nie mogłeś zasnąć żadnej nocy
tysiące bezsennych nocy
zabijanie ostatnich przyjaciół
twoje szczęście nie pozwoliło się
wyhamować na twojej drodze
pomimo twoich wysiłków
wszystko musiało nastąpić
Sobie samemu odbierasz szept
śmiejesz się jak szaleniec
domagasz się sądu
gdzie byś go odnalazł
gdyby wszyscy byli po twojej stronie
>>>
Ile to już lat przeskakujesz z kamienia na kamień
zeskakujesz ze stopnia na stopień
jak linoskoczek nad przepaścią
idziesz krok za krokiem
podczas gdy horyzont gdzieś się rozmywa
i tak trudno ci dotrzeć tam gdzie chcesz
próbujesz odważnie zdobywać świat
a czasem znów zatrzymujesz się na długo
i stoisz pośrodku drogi w zamyśleniu
Krople muzyki spadają z głuchym łoskotem
na dno pustego serca, rozlega się echo samotności
jedyne co posiadasz dla siebie to tylko
ten odwieczny wewnętrzny zew
Podczas popołudniowej drzemki olśnił cię
nowy metafizyczny system
zbudowałeś swoje zdanie i żyłeś zdrów
przez noc aż po kolejny świt
pojawiająca się nad ranem krytyka
dosięgła ciebie samego
twoja droga załamała się w kolejnym zakręcie dziejów
Wpatrujesz się długo w kochaną twarz
otaczasz ramionami swojego przyjaciela
dyskutujesz z uczniami nad kuflem piwa
i nagle przypadkowa osoba
jakiś prawicowy katolik lub lewicowy spekulant
odbiera ci resztę światła
oddajesz je sam w zamian otrzymując jedynie życzliwość
Wszystko przez te przypadki wzniosłości
których szukasz wciąż
w swoim własnym wnętrzu
>>>
Mówiłeś, że dałbyś tak wiele
że wymieniłbyś połowę swojego życia
za jedną cichą noc, która zakryłaby
twoje wielkie pragnienie
Mówiłeś, że chciałbyś w niebieskich oczach
przeglądnąć się jak w jeziorze
i pójść zaraz potem dalej w swoją stronę
by znowu czekać wśród kamieni na swoją kolej
Mówiłeś, że odzyskałbyś siłę
i popatrzył przed siebie jak prorok
gdyby ta noc niespodziewanie nadeszła
mówiłeś, że na pewno odmieniłaby
twoje oblicza lecz nie porzuciłbyś drogi
Ja pamiętam, nie odszedłeś o świcie
nie chciałeś niczego dać sobie wydrzeć
krzyczałeś, że odnalazłeś to tylko dla siebie
i musisz tu pozostać bo tu twoja nadzieja
i tu zacne spelnienie
ona odwróciła się za siebie by popatrzeć
jak silny kiedyś byłeś
>>>
Jakie masz imię?
Jaki numer piętnuje drzwi twego domu?
Jakie są twoje znaki szczególne?
Czy znów muszę to wszystko rozważać
by móc wyruszyć dalej?
Teraz zwieszam nogi przekładając je przez parapet
siadając w moim oknie
teraz nie jestem już taki skulony w oczekiwaniu
lecz wyprostowany i swobodny
zciszam głos, mróżę oczy
Nie mogę dostrzec doliny
w której wzrastasz w słońcu dla mnie
nigdy jej nie widziałem ale nazwę jej znam na pamięć
Z wysoka dostrzegam przecież więcej niż tylko
dno przepaści
widzę wyraźnie faszystowskie i komunistyczne ślady
pozostawione na drogach i sercach
widzę bezimienną śmierć, męczeństwo bojowników
Nie mogę dostrzec doliny, w której wolna wzrastasz
w słońcu dla mnie
Ojczyzno!
>>>
Płomień, który wznosi się zbyt wysoko
gaśnie jakże szybko
Ślady zostawione na piasku
nikną pod byle pyłem
Ze wzgórz spoglądasz na dolinę swego życia
i nie widzisz w niej nawet siebie
dziś dość wszystkiego już masz
Wyprzedane na targowisku pychy radosne chwile
jednym dobroczynnym gestem rozdane bolesne dni
na ich numizmatycznej wartości
nie poznał się i tak prawie nikt
Powracasz w odwieczną ciemność
by czekać tam na promień wiedzy
Płomień płonie wciąż podsycany przez wiatr
śpiew lecący z nim przez świat, uchwycony nad głową
nagle wybrzmiewa w ustach milionów
W ciszy nad stawem nasłuchujesz przy wieczornym ognisku
melodii dolatującej z przybrzeżnych trzcin rezygnacji
W samo południe zaczynasz śpiewać
razem z zatłoczoną, gwarną ulicą
Leżąc w wysokiej trawie wsłuchany
w tykanie zegarka nad przegubem dłoni
myślisz o śladach na drodze, którą zamierzasz powrócić
do świata dzieciństwa
Pieśnią rozświetlisz ciemności jeżeli będziesz
cały muzyką i tylko wtedy
plomień niwe zgaśnie jak zapałka
>>>
Długa droga wprowadziła cię do tego miasteczka
jak do jednego z wielu, które
się przy niej przyczaiły
Najpierw wygodnym autobusem aż do
pierwszej budki z piwem
potem rozklekotanym samochodem przewożącym
robotników aż do
pierwszego większego miasta
Pozdrawialiśmy dziewczyny stojące przy drodze
machaliśmy rękami do dziewczyn zbliżających się
do nas szyba w szybę
W towarowym furgonie śpiewaliśmy piosenki
których nikt nie słyszał
spod grzywy włosów dostrzegliśmy
dziesiątki kominów strzelających w niebo
dymami kolorowymi jak na koncertach rockowych
Trzęśliśmy się na drewnianej ławeczce
obok przechylających się na zakrętach
beczek z lakierem i klejem
Oddech wydobywał się z naszych organizmów
tak samo jak z organizmu kraju totalnie nieświeży
brudne nasze ręce podróżnych
ściskały krawędzie ławek
tak samo jak ręce więźniów w eszelonach
jadących w nieznane
Każde z punktów na mapie było miejscem urodzenia
każde mogło być miejscem czyjejś śmierci
Wciąż w tym domu samotni
oglądający z korytarza dziesiątki zamkniętych drzwi
Przed wieczorem załadowani na wielką ciężarówkę
pędziliśmy po siniejące mgły, po czerniejące
na wzgórzach lasy, za daniem umykającym coraz szybciej
W oszołomieniu złudzeń, bez racji i szans
przemierzaliśmy kraj szukając swoich dolin i ostańców skalnych
setki kilometrów w kurzu i skwarze, dnie i noce
na królewskich traktach włóczęgów, przekraczający
narodowe rzeki
Na drodze sumienia, na drodze wielkiej bibliotece
na drodze powodzi, na drodze beczce historii,
na drodze prawdy i codzienności, na drodze pękających zapór
Uderzyliśmy w największą tamę swoimi ciałami
jak kamieniami
uderzyliśmy ciężarówkami serc
zaobserwowaliśmy pierwszy wyciek nad głowami
>>>
Na tej pustej szosie stanąłeś twarzą do wiatru
popatrzyłeś w niebieskie oczy swojego nieba
wybijając stopą rytm o gorący asfalt
powróciłeś myślą do tej swojej jedynej dziecięcej miłości
Zanim stanąłeś na szosie spędziłeś lata
na wpatrywaniu się przez otwarte okno
w krajobraz absolutu nocy
spędziłeś młodość na przemierzaniu dolin górskich
zdradzany przez sąsiadów, wytykany palcami
oszukiwany, oszukiwany wciąż za karę
wracałeś jesienią na niziny z zaciśniętymi zębami
aby umierać na progu orlich snów
Teraz już tylko sznur samochodów i rytm
w drgającym powietrzu, teraz tylko spóźniony woźnica,
teraz już tylko spóźniony szept, teraz nikt nie usłyszy
gdy będziesz wołał o pomoc
Zagadka odgadnięta znów przeradza się w kolejne pytanie
stoisz bosy na gorącym asfalcie, wypluty z historii toniesz dziś,
między palce wciska się czarna teraźniejszość,
fale narzuconej wesołości, fale obłędu zbliżają się
w samo południe wiatr zakrywa ci głowę chustą gwieździstego nieba
niebieskie oczy nieba zamknięte
>>>
Zbliżył się do niej by popatrzeć w jej twarz
chciał poznać po wyrazie twarzy czy jeszcze jest jego
nikt nie potrafił przekonać go do czegoś
zdradził się w jakimś klubie ze swej absolutnej pewności
niczego
ona rzeczywiście się już dziś tak nie uśmiecha
szuka innej drogi
ona, która nosi bliskie mu imię modli się
innymi słowami tylko przez niego
a może stara się tylko zapomnieć
Szedł dziś kasztanową aleją jak prorok pełen natchnienia
zagłębiał się w myślach chcąc zrozumieć
nowe słowa uchwycone we śnie, daremnie
przefiltrowane do świadomości nie istniały dla niej
chłodną wodą zmył ich sens tak jak sen
Czy wie, że nie musi udawać samego siebie
czy wie, że nie zmieni spojrzeniem niczego w czegoś
gdy braknie słów, nikt nie pójdzie za nim nawet
gdy zwrócą na niego uwagę, tak samo jak ona
Poczuł jakiś ciężar na swoich kolanach
jakaś ręka objęła go za szyję
ktoś przylgnął do niego swym ciałem
jeszcze raz wyznano mu miłość na odchodne
ona pęłna czegoś
ta która uznała, że jest wolna zatrzymała się w drzwiach
ci, którzy wymachiwali pięścią przesłali pozdrowienia
Wskazującym palcem kreśli w powietrzu nowe przesłanie niczego
wreszcie mówi, że wierzy w zwycięstwo
zwycięstwo, zwycięstwo, spełnienie, błogosławieństwo
wieczny pokój za śmierć bohatera
ręka wznosząca się w geście zaproszenia
wszyscy, którzy go otaczają są niemi
Ona znów stoi obok niego okazując spokój i obojętność
choć nie rozumie nadal nic z jego przesłań
ma w sobie coś: inną dojrzalszą wiarę
znikł z jej warg kpiący uśmieszek
czeka znów na spragnione spojrzenia
rozbudzona nową gorączką miłości
Przesłania tymczasem zapalają świat, tak jak chciał
na gruzach siebie staje nowy budowniczy
w przymrużonych oczach obserwuje zachodzące słońce niczego
obejmuje wzrokiem wielką kamienną płytę słońca
czerwieniejącą nad wzgórzem
czegoś mu brakczegoś od niej chce
ciepła
>>>
Mój cierpiący antyczny brat zaopatrzył się na długą drogę
zacisnął w zębach miedzianą monetę
i rzucił się wpław
Kiedyś z krakowskiej galerii wyszedł płonący mężczyzna
podał mi rękę i rzekł
spójrz na mnie – tylko zwęglone ciało może się na coś przydać
gdy opuszczasz progi rodzinnego domu
Jeden z dawnych znajomych rodziny
nie mówił nigdy nic ale wszędzie gdzie się pojawił
dawał świadectwo swojej drogi dźwigając
na swych plecach ogromny jak dżungla drewniany symbol
własnej śmierci
Dziasiaj zacząłem się rozglądać za odpowiednim
sumbolem mojego przejścia
zobaczyłem w Bramie Floriańskiej
swoją matkę i swoją łzę
wielką jak konfesjonał
>>>
Wewnątrz mojego dnia potrafię dostrzec puste miejsce
oni wiozą mnie tam gdzie chcę lecz omijają mój cel
czekam spokojnie, uczę się spojrzeń od nowa
by znów zapomnieć by zacząć jeszcze raz
Wewnątrz wielkiego miasta już nie potrafię się zgubić
obelgi na każdym kroku są moją mapą
każdy pozbywa się swoich obelg w publicznych miejscach
nie tak znów daleko od swojego domu
Walczę z tłumem o okruchy wolności
sprzedałem wczoraj jakieś śmieci które były moim życiem
dorobiłem się niezłego kapitału jak na początek
zakupiłem cukierek wypełniony zdradą i cierpieniem
owinięty w błyszczący papierek systemu
Gdybym jeszcze pochwalił ich stałbym się na pewno
przedmiotem uwielbienia
podnosząc się z posłania śmierci uderzyłem głową
w niski pułap historii
Przeglądnęłaś się w moim źródle
pocieszyłaś swoje odbicie łagodnie falujące w ciszy
– nie pozostaniemy tu na zawsze
– dotknij mnie jeszcze zanim odejdę
czarna toń zmącona wchłonęła twoje drugie ja
na przerażenie było za późno na wstyd w sam raz
Wewnątrz mojego dnia jest puste miejsce
oni kołyszą moje sumienie w takt nieskończonej muzyki
jeszcze wolno drga struna która wydała wysoki ton
kiedy zamilknie wreszcie na zawsze
Ponoć tanio można kupić samego siebie
szkoda tylko że pieniędzy jeszcze nie wymyślił nikt
Zabłysnąć jak gwiazda choć raz a potem skryć się
choćby w cieniu kamienia zła
przesunąć wargami po jej policzku a potem zniknąć
w burzy oceanu
takich rad mi udzielono by podsycić desperację wyrzutka
Wewnątrz wielkich dni jestem na drodze
dni muzyki i słów rozpoznawalnych, słów dla rozbitków
Siostry i bracia nie zasłaniają uszu tak jak oni
droga biegnie od przyczyny do skutku, droga zgubiona przez rozum
podniebne wędrówki w sercu miasta są takie zwykłe
Jestem wielkim wędrowcem stojąc samotnie
w zaułku tuż przed północą otoczony czarnymi oknami
zatrzymuję się by przepuścić pędzący w ścianę
więzienia sen
wielka wędrówka zaczyna i kończy się w duszy
Mój ukochany poświęcam ci wszystkie swoje sprawy,
których natłok nie będzie ci przeszkodą w destrukcji
do której zmierzasz – twój powrót zaskoczył mnie
chcesz złożyć swój podpis pod moim krwawym przesłaniem
ty jesteś stworzona do rewolucji nie tak jak ja
moja zgarbiona sylwetka samotna na tle tłumu
jak Quasimodo na szczycie miasta uruchamiam dzwon
Witaj druhu przypadków, witaj wariacie, witaj aniele
twoja gwiazda w konstelacji narodu którego nie ma
twoja gwiazda w ekspansji wszechświata w leśnym źródle
krwawe bandaże powiewają na drzewcach przypadków
czy to możliwe aby można było zatrzymać ich dzień
Twoje czoło jest dla mnie tablicą
przywołam dla ciebie prawdę mocą twych sił
obelgi poniosę dalej nad brzeg rzeki tam mnie oni nie znajdą
>>>
Leżę w wannie pełnej wody i piany
zanurzony we stygnącą od trzech godzin wodę
wokół głowy mam aureolę pływających włosów i mydlin
zastanawiam się nad nowym sposobem ukrzyżowania Chrystusa
odkąd wstąpiłem do partii
prawie słyszę jak umiera na Rakowieckiej
W wyobraźni nie wiem dlaczego mam drogę
w której pyle odciskają się ślady wielu bosych stóp
moja egzekutywa powoli zaczyna dyktować warunki
zanurzam się w wodzie nie szukając tam wstydu
Jestem odurzony cierpieniami mojego gatunku
nie znajduję w wodzie ukojenia
szukam celu snując się wewnątrz dwuznacznych pojęć
włócząc się w cieniu półprawd
dusząc się na dnie wanny
nie ufam odkupieniu
Chciałbym uwierzyć że w jakiejś walce jest miejsce dla mnie
chciałbym powiedzieć jej że jestem wojownikiem
chłód nie udzieli mi rozgrzeszenia chłód mnie nie wybawi
choć czuję go jak muzykę nie złożę mu hołdu
nie uwierzę że może sam w sobie być jakimś celem
Słucham jak w radio piosenkarz uśmierca Chrystus
widziałem jak tacy jak ja kompletnie pijani towarzysze
przykuwali go wczoraj do ściany Pałacu Kultury
jeszcze teraz mam to przed oczami
z wody wysuwają się czyjeś ręce
pochwycony za nadgarstki czuję nagle jak
pomiędzy moje kości pomiędzy żyły i tętnice
w sam środek ścięgien ktoś wbija olbrzymie gwoździe
dwa stygnące niebieskie ćwieki pełne tęsknoty
przeszywają moje dłonie
trzeźwieję
>>>
Robotnik powracający z pracy
duszący się autobusie zatłoczonym do granic możliwości
Stara otyła kobieta, która stanęła na ulicy Grodzkiej w Krakowie
w kolejce po mięso o wpół do trzeciej nad ranem i to jaka szósta
Pijany mężczyzna, który wyszedł po pracy z tarnowskiej fabryki
przewrócił się i zasnął na torach kolejowych
Dwudziestoletnia dziewczyna dźwigająca na ramieniu roczne dziecko
i niosąca w drugiej ręce siatkę z książkami
Czternastoletni chuligan bity po meczu „Wisły”
milicyjną pałką po plecach i rękach
Schizofreniczny wieśniak kłaniający się wszystkim samochodom
przejeżdżającym po międzynarodowej trasie koło Brzeska
Grupa dziewczyn śpiewających religijne pieśni
w wagonie restauracyjnym na trasie Częstochowa-Łódź Kaliska
Dziesięciomilionowy Polak wpadający w szał przed telewizorem
po strzale Deyny w czasie meczu piłkarskiego Polski z Argentyną
Stary stukilowy wrocławianin zgorszony prawie wszystkim
mówiący dziewczynie z naprzeciwka w obcisłych dżinsach i rozpiętej bluzce:
„jak ci nie wstyd”
Młody człowiek ze spuszczoną głową oczekujący na autobus linii 119 w Krakowie
i już przeszło godzinę wpatrujący się w wielką czerwoną planszę na skwerze
obo Teatru „Stu”
upstrzoną symbolami i emblematami,
w tym humorystycznym napisem o treści:
„PZPR PARTIA NARODU”
Moje życie jest jak moje połatane spodnie
pełne codziennych niespodzianek
>>>
Tocząc się wolno przez własny kraj
słyszysz tysiącletnie echo życia narodu
głosy wędrowców, którzy kiedyś poili konie w tym źródle
szczęk zbroi rycerzy niosących na drzewcach sztandary
krzyk orła zrywającego się z gniazda na skale
Tocząc się wolno przez własny kraj
widzisz przestrzeń szerokich równin
ziemię w którą wsiąkła przed chwilą czerwona krew
sprawdzasz czy aby tobie jeszcze pulsuje ona w żyłach
Toczysz się wolno przez własny kraj
chcesz odnaleźć kogoś bliskiego
ludzie wsiadają do pociągów by wyruszyć tam
gdzie czeka na nich miłośc, gdzie czeka nadzieja
Toczysz się wolno przez własny kraj
na ziemi leży wiara i honor
pamiętasz o czymś co nazywa się domem
o czymś co jest celem wędrowców:
własny kraj
>>>
Patrzyłem kiedyś na twarze mężczyzny i kobiety
przeklinających siebie,
z wściekłością skaczących sobie do oczu
nie słyszałem ich okrzyków, gdyż zasłoniłem swoje uszy dłońmi
Jesteś dziś przy mnie
ja mężczyzna mówię do ciebie kobiety
zasłaniasz mi oczy rękami
ja mężczyzna mówię do ciebie kobiety
po raz pierwszy –
kocham cię
>>>
Siostro mojego pustego serca
czy wiesz coś o prostej śmierci
w snach i w pamięci nie pozostało już nic
jeszcze wczoraj potrafiłem coś odnaleźć w swoim przeznaczeniu
jeszcze wczoraj patrzyłem na profil jej twarzy
na mieniące się na niej uśmiechy,
depresje, zdarte złudzenia i ból
Dziś na Mlecznej Drodze policzkuję Chrystusa
dziś pragnę umrzeć pod jednym z mostów nie z żalu
lecz z głodu
>>>
Nadzwyczaj chłodne lato przyniósł jubileuszowy rok
w strugach zimnego deszczu niczym nieokryty
zmuszony byłem stać na betonowym cokole
mazurskiego kanału
obok pijanych przemokniętych szesnastolatków,
którzy dla zgrywy darli swoje koszule w strzępy
uderzony znienacka w jakimś porcie kląłem długo w noc
chociaż dobrze wiedziałem, że nie ostatni to cios
a kogóż mogłem zapytać od czego tak szumi mi w
głowie i dlaczego tak kołysze się świat
milicjanta?
przecież wówczas patrzyłem podejrzliwie w każdą
zmącona wodę
W wielkim poszukiwaniu, pogoni i ucieczce
trząsłem się miarowo setki smutnych godzin
w pociągach pośród tysiąca smutnych ludzi
przemierzając kraj z południa na północ,
ze wschodu na zachód
Umierałem i rodziłem się na nowo na każdej stacyjce,
w każdym mieście, nad każdym jeziorem
od czasu do czasu poiłem swoje serce
w najmniejszym źródełku chłodnej radości
odchodząc mówiłem – takiej jak ty nie spotkam już więcej
przeskakiwałem kałuże i odwracałem się jeszcze raz
żeby usłyszeć jak szepcze Ostateczny Koniec:
„czy uczciłeś tak naprawdę to święto?”
żeby zbudzić myśli wciąż po tej samej stronie
czy to w sudeckiej kotlinie, czy na małej stacyjce
kolejowej na Pomorzu, czy pod Kościołem Mariackim
zziębnięty słuchałem jak grają mi na pożegnanie
przemoczony modliłem się zasłyszanymi słowami:
„och siostro może już nie zobaczysz mnie więcej,
zostawiam ci szansę i winowajcę”
>>>
Jak powiew czerwcowego upału
przychodzisz tu w środku zimy do studenckiego pokoju
Sprawiasz, że odwracam się nagle za siebie
by spojrzeć na ciebie
Wchodząc z latem zatrzaskujesz siarczysty mróz za sobą
Patrząc na ciebie widzę topniejący zeszłoroczny śnieg
i siebie wychodzącego w czerwonej kurtce
z domu innej samotności
schodzącego ostrożnie w dół śliską ulicą Uroczą
przechodzącego przez tory kolejowe prowadzące do Zakopanego
przeskakującego kałuże na przystanku tramwajowym
na łagiewnickiej pętli
wbiegającego na schody Uniwersytetu
patrzącego znudzonym wzrokiem przez zabytkowe okno
na szalejące Planty
na zieleniący się od początku kasztanowiec
Widzę cię stojącego w epicentrum autobusowej sprzeczki
toczonej w narzeczu suahili
pełnego wzniosłych myśli w Restauracji „Żywiec”
nawołującego do buntu na cokole bohatera
wypełniającego jakieś rubryki wyrokami sądów ostatecznych
płynącego przez jezioro rożnowskie z mieczem nad głową
nad brzegiem mazurskiego kanału znajdującego metalowy guzik
wyskakującego z morza we wrześniowy dzień
wchodzącego do pokoju w jakimś akademiku
patrzącego na odwracającego się od stołu młodego mężczyznę
Wyciągam z tylnej kieszeni spodni
wymięty kolejowy bilet z lipcową datą
którego nie wykupiłem nawet, bo nie miałem za co
i podaję mu
W koszmarnym śnie ciągle czyhasz na kogoś
i przemykasz się w ciemnościach z nożem w dłoni
W bezsenną noc decydujesz się na morderstwo
>>>
Już teraz wiem, że to nie twoje życie ukryje się w moim
tajemny znak pozwolił mi to zrozumieć
otrzymałem go od jeziora, gdy pierwszą miłością karmiłaś mnie
Burze gwałtownie próbowały złamać nasz prywatny nastrój
fale ognia uderzały o nasz brzeg
a my byliśmy na dnie spokoju, choć to trwało kilka dni
W ciemności i we mgle odkryliśmy nowy ląd
nie bacząc jaki okaże się dla nas
wiedzieliśmy, że nawet na złej ziemi, żadne z nas
nie zapłakałoby i tak
Ten twój dom od którego uciekasz
ta samotność której nie musisz szukać, zawsze jest pod ręką
ta twoja droga, która przecięła moja drogę
wyboista droga przecięła drogę krętą
wierzyliśmy że można nimi gdzieś dojść
Tanie wino dopijane w plastykowym kubku
pastylki dla zaspokojenia twojego drugiego ja
dymiące ognisko ze starych szmat
wszyscy oni fałszywie śpiewający hymn rewolucji
Powiedziałem, daj mi rękę pomimo skrupułów
niech cały niepokój przeniknie na zewnątrz
choćby na krótką chwilę
przecież nie twoje życie ukryje się w moim.
>>>
Jestem przedstawicielem
zdrowej młodej socjalistycznej generacji
inspirowany zmianami systemu wychowawczego
a także częściowo własnymi myślami
stoję właśnie po tych wszystkich latach
na zewnętrznym parapecie okna na czternastym piętrze
obserwuję ruchliwą ulicę gdzieś na samym dole
zastanawiam się jak bardzo wyprzedzam swoją epokę
zawsze odważny wciąż słaby sprawdzam samego siebie
w prawej kieszeni kurtki mam pisemne potwierdzenie
właściwego systemu wartości dla Młodego Polaka
lewą mam wolną na wypadek gdybym odnalazł wreszcie
swój dowód osobisty i książeczkę wojskową
wcale nie czuję się zamknięty w stalowych konstrukcjach wieżowców
nie działają na mnie destrukcyjnie
ani potoki smrodliwych samochodów ani wielkie miejskie aglomeracje
mam czystą spokojną duszę i zielono-niebieską wiejską wyobraźnię
echa letnich burz płyną ku mnie na falach odległych horyzontów
powtarzające się groźne pomruki
utrwalane są na trzęsawiskach podświadomości
z każdym dniem nawet w słoneczny niedzielny poranek
zbudowany z czarnych chmur nie daję się strawić przez system
widzę wręcz ponury koniec tej egzystencjalnej epoki
ja nie mam tych problemów z przetrwaniem
patrzę na Godność i Sprawiedliwość
które jak i ja przewieszają piętro wyżej nogi przez parapet
nie wiem tylko czy z odwiecznej przekory nie dziwię się nawet temu
w moim kraju młody ohapowiec który nagle
poczuje w sobie coś co inni nazywają sercem
zamyka się w ustępie i wiesza na pasku od spodni
a ja stoję ze swoim solipsyzmem w politycznych rękawiczkach
i już od dłuższej chwili patrzę sobie spokojnie
na roje słowiańskich ciał krzątających się tam w dole pode mną
wymyślam dla siebie ciekawe pseudonimy,
fantazyjne kształty orderów, treści nekrologów
widzę jak ogromne białe marginesy otaczają wąskie trotuary
na których zapisywane są bezsensowne czarne znaki interpunkcyjne
podobno biel jest skażona obłędem
chociaż przemawiam do siebie z jej krawędzi
jestem jednak przy zdrowych zmysłach
o krok od prawdziwej akceptacji
życia poza systemem
>>>
Jak to się mogło stać
że już dziś mówię do siebie ty
że na mojej dwudziestoletniej głowie tyle siwych włosów
że ludzie odebrali mi wszystkie moje cele
że przywłaszczyli sobie całą moją nadzieję
na darmo szukam już żywych wokół siebie
nie widzę życia w figurach woskowych aniołów
strzegących niby moich coraz to innych postaci
Jak to się mogło stać
że przeżyłem prawie cały wiek sam
że nie umiem nic
że zachwycam się byle czym
że prawda mnie wypluła
że zwierzęta mnie opuściły
że dzieci zrezygnowały ze mnie
że społeczeństwo mnie odepchnęło
Jak można będąc nastolatkiem myśleć tyle o śmierci
stojąc w miejscu obserwować potworności
na wiecach na szosach na stadionach
w zarządzone święta
Jak to się mogło stać
że przestałem cenić pieniądz
że nie wiem teraz ile mam do wzięcia
a ile mogę jeszcze podarować
Czy żeglarze wielkich oceanów powinni
brodzić w płytkich nurtach górskich strumieni
być może jednak powinni
Jak to się dzieje
że tonę w asfalcie nie mogąc zrobić jednego kroku
Jak to się mogło stać
że mimo wszystko nie potrafię
dotrzeć suchą stopą na drugi brzeg
Jak mogłem dopuścić do tego wszystkiego
wiem że dziś pozostało mi już tylko
to pisanie nocą po murach miasta
pełnego ograniczeń
>>>
Już teraz wiem – powiedziałem
to nie twoje życie ukryje się w moim
tajemniczy znak pozwolił mi to zrozumieć
burze gwałtownie złamały ten głupi nastrój
gdy pierwszą miłością mnie karmiłaś
a fale jeziora znienacka uderzyły o nasz brzeg
razem znaleźliśmy się na dnie spokoju
choć to trwało jedno popołudnie
odkryliśmy nowy ląd w ciemności i we mgle
nie dbając o wylane łzy
Od jakiego domu uciekasz – spytałem
czy jest taka samotność, której nie musisz szukać?
czy wiesz to na pewno?
Wszystkie drogi przecinają się tam gdzieś
nawet tak kręte i wyboiste jak nasze
obok których popijaliśmy wino z plastykowych kubków
a narkotyk zaspokajał twoje drugie ja
przy dymiącym ognisku ze starych szmat
wszystkie boże dzieci śpiewały tego lata
hymn rodzącej się rewolucji
Podałaś mi rękę mimo skrupułów
twój niepokój przeniknął na zewnątrz
to tylko na jedną chwilę – powiedziałem
i wymieniłem ciebie na tajemniczy znak
który sobie uroiłem
>>>
Zadowolony syty po niedzielnym obiedzie
usiadłem z papierosem wygodnie w fotelu
relaksowałem się rozważając najbłahsze sprawy
zanurzając je w to cudowne popołudnie
stare dobre drogi pamięci otworzyły się dla mnie
wolne pod mrużącym oko letnim słońcem
marzenia poprowadziły mnie tamtędy do ukochanej i przyjaciół
a później, gdy myśli krążyły zmęczone
już tylko wokół własnej mej głowy
porwał mnie w siebie prawdziwy sen
i oto znalazłem się w pokoju jasnym pełnym rozkoszy
w cudownym uroczym miejscu pełnym drogich złoconych
sprzętów i obrazów na kolorowych ścianach
znów przyszli do mnie znajomi
tak blisko przynosząc swe twarze
a także ci, których chyba znam
postacie dziwne poczęły mnie otaczać
wchodząc przez setki drzwi
pośród przemówień, recytacji, rozmów i bełkotliwego hałasu
otworzyłem drzwi zamknięte dotąd i wszedłem do innego pokoju
zacząłem szybką wędrówkę po nieznanym mieszkaniu
przenosząc się pomiędzy coraz to inne ściany
w coraz to inne wnętrza
kolory ich zmieniały się a nastroje tężały z czasem
jasność migotała przechodząc z szarości w inną
szarość tak szybko szybko
patrzyłem cierpiałem patrzyłem śmiałem się
patrzyłem bałem się a potem byłem dumny
szalałem a zaraz potem czułem smak szczęścia, wąchałem pogardę
znalazłem się nad wielką czarną rzeką u stóp ołtarza
potem znów pośród dzikich zwierząt w hali w tysięcznym tłumie
potem pośród kłębiących się w ekstazie nagich kobiecych ciał
zobaczyłem larwę na ustach Giocondy
przeżyłem śmierć w cichej topieli
zbliżyłem się do wielkiego stołu konferencyjnego
wyłożonego zielonym suknem, przy którego
przeciwległym końcu siedział Breżniew
białe myszki biegły od niego do mnie
pomyślałem wówczas – gdzież ona jest?
Ojczyzna!
śmiertelnie przestraszyłem się w jakimś polskim lesie
w środku kolejnego pokoju stało jedno drzewo
a wokół niego leżało na podłodze pełno igliwia
w czerwonej klatce palił się ogień, który poczułem
na swoich skroniach
wędrując przebiegając widziałem ludzi chwytających
się za krtań, gdy usiłowałem spojrzeć im w oczy
ludzi przecież skądś znanych
zatrzymałem się na sekundę by zamknąć oczy nabrać tchu
z czasem zwolniłem tempa biegu napełniony zwycięstwem
znudzony obojętnie patrzyłem gryząc jabłko na to
jak ukochana zdradzała mnie z kimś podobnym do mnie
dwie szpile z napisami Geniusz i Idiota wbite
w plastykowy mózg na stole potrąciłem dla zabawy
rozkołysały się jak wahadła
i nagle upadłem na kolana niespodziewanie
na pewno niewyczerpany pełen żalu
niespodziewanie oszukany ze łzami w oczach
dostrzegłem na posadzce żelazne kolucho kamiennej pokrywy
dotknąłem go ująłem w dłoń
poczułem się bardzo dziwnie
zacząłem podnosić zimną pokrywę
ogarnęło mnie znów szaleństwo przyjemności
moja pierś moje genitalia omal nie eksplodowały
gdy wieko znalazło się już w górze wsunąłem głowę
w czarny kwadrat i spojrzałem w dół
w wytryskującą smugami ciemność gdzieś z samego dna
czysta czerń wystrzeliła na złote ściany
i nagle przeżyłem kataklizm lęku
otrzymawszy cios umarłej rzeczywistości
przerażony dostrzegłem potwora na dnie kosmicznego lochu
widok nieokreślonego stwora przebił moją świadomość
jego uśmiechnięta twarz i spojrzenie prosto na mnie
wzbudziły we mnie miliony dreszczy, które przeszyły
mnie jak stalowe igły
porążając jak prąd
zbudziłem się i otworzyłem oczy
usłyszałem –
mamusiu ja szukam smoczka pod łóżkiem
zabierz mnie z tego żyrandola
na chodź tu wreszcie marznę cały goły
czy pan chce ze mną sympatyzować
idzie zbliża się jaka wspaniała
dzień dobry czy pan mnie zna, ja znałam pańskiego dziadka
kochany koniu twoje kopyta dotykają moich ust
mamo on umarł dziś po południu
>>>
Pamiętam kartę, która wygrała dla mnie śmierć
ty śmiałaś się wtedy wesoło
ja zmrożony spojrzałem daleko ponad wzgórza
to ty do tej pory byłaś potencjalną samobójczynią
czy pamiętasz słowa, które rzucałaś na wiatr
czy pamiętasz jak zabarwiałaś swój wewnętrzny świat
przyjmując mnie jak kolejną dawkę
rozwiane nasze włosy, żar ognisk, błyszczące oczy
i te drzwi ciągle dla nas wszystkich zamknięte
i te sny pełne niespodzianek, pełne nadziei
i ten strach przed nadciągającą burzą ze wschodu
Gdy uwierzyliśmy w tą złą kartę zaśpiewaliśmy
piosenkę o ostatnim już lecie
gdy krew nam w żyłach rytmem dała znak,
że świt nad jeziorem się budzi, powiedziałem:
spójrz moja samobójczyni trzeba wyruszać
przed siebie po raz ostatni
opuścić ten świat graczy i samobójców
>>>
Unoszę się na powierzchni rzeki
na falach, które mnie podtrzymują
leżąc na plecach zakładam ręce za głowę
by mieć coś w rodzaju poduszki
patrząc się przed siebie widzę jak czubki butów
to wynurzają się to znikają w wodzie
torując mi drogę w dół rzeki
gdy minąłem Tyniec w kolejnym zakolu pojawił się Kraków
moje odświętne ubranie nie przemokło jeszcze
ale Wisła je zbrudziła
Widzę już jak żelaznym mostem z hukiem
przejeżdża tramwaj z bezwstydnym numerem
jakieś dzieci biegną brzegiem i coś krzyczą do mnie
przestrzegłem ich
przecież nie kroczę z podniesioną głową
lecz sunę w dole mając z lewej i z prawej obłok
tak ta dziura w chmurach to moja głowa
w tym miejscu burzy się nawet ta spokojna rzeka
Wszystkie stare miasta osuwają się nad sam brzeg
aby zaglądnąć mi w oczy i płaczą
Jakieś szumowiny zbierają się u moich butów
nad własnym brzuchem widzę,
że to okruchy betonowych zapór i tam
Tuż przed Warszawą stwierdziłem
że czuję się jak kochanek wszystkich topielic
a nie mąż tej rzeki
to czego mogłem się spodziewać
stało się właśnie tu
ktoś zaczął trącać mnie wielkim drągiem
usiłując doholować do brzegu
jaki to wstyd – krzyczeli ludzie z Mostu Poniatowskiego
trzeba z nim coś zrobić
to się nie mieści w głowie
wyciągnijcie tego skurwysyna
przecież on sobie z nas kpi
nas chodzących po ziemi
>>>
Już teraz wiem – powiedziałem
to nie twoje życie ukryje się w moim
tajemniczy znak pozwolił mi to zrozumieć
burze gwałtownie złamały ten głupi nastrój
gdy pierwszą miłością mnie karmiłaś
a fale jeziora znienacka uderzyły o nasz brzeg
razem znaleźliśmy się na dnie spokoju
choć to trwało jedno popołudnie
odkryliśmy nowy ląd w ciemności i we mgle
nie dbając o wylane łzy
Od jakiego domu uciekasz – spytałem
czy jest taka samotność której nie musisz szukać ?
czy wiesz to na pewno ?
Wszystkie drogi przecinają się tam gdzieś
nawet tak kręte i wyboiste jak nasze
obok których popijaliśmy wino z plastykowych kubków
a papieros zaspokajał twoje drugie ja
przy dymiącym ognisku ze starych szmat
wszystkie boże dzieci śpiewały tego lata
hymn rodzącej się rewolucji
Podałaś mi rękę mimo skrupułów
twój niepokój przeniknął na zewnątrz
to tylko na jedną chwilę – powiedziałem
i wymieniłem ciebie na tajemniczy znak
który sobie uroiłem
niespodziewany przypływ uczuć
>>>
Zgasł nagle świetlny punkt
na granicy zamglonego horyzontu
i nawet nie dostrzegłeś kiedy
patrzysz teraz tam i rozglądasz się wokół
pusto wszędzie, nie ma nic za wyjątkiem niepokoju
oprócz ciemności nie pozostało już nic
chcą ci zabrać nawet to krótkie życie
chcą ci zabrać nawet to wątłe sumienie
nie chcesz szukać odpowiedzi na ich głupie pytania
nie akceptujesz ich podpowiedzi
z walki ojców pozostały popioły prawd
spalone serca i stratowany łan dorodnego zboża
ty ze środka swej bitwy nie wymkniesz się
chyłkiem o zmierzchu
ale i tak nazwą cię zdrajcą
nie patrz w stronę łysych komunistów
czekaj na śmierć z zamkniętymi oczami
walcz w ciemności
>>>
1977
Krople deszczu spłynęły
po szybie mojego jedynego okna
zobaczyłem jak tam za nim w dolinie
smutny w oparach socjalizmu
spokojnie drzemie stary Kraków
Oto obcy wschodni wiatr z deszczem
chłoszczą stare mury
niepewność wisi ciemną chmurą
nad tysiącami głów opuszczonych na pierś
i nawet wróbel i jaskółka pod okapem
czują, że przeżyły tysiąc lat
czują, że życie zakończą swe
niebawem w szarości
Szum deszczu w upadłej ciszy
tonie głęboko w mojej duszy
jak w pustym dzbanie dzwonią
krople goryczy spadające na dno samotności
wewnętrzny świat stygnie
a miasto zamienia się w bazaltowy głaz
I choć wiem, że jutro wyruszę znowu z Podgórza
z karabinem słowa w kierunku Śródmieścia
potoczę się jak kamień w kierunku rzeki
przekroczę Rubikon epoki
wystrzelę, potrące kamień
pociągnę za sobą lawinę
kwiatów, ptaków, wojowników
>>>
* Wrześniowy dzień *
Zbudziłem się we wrześniowy pogodny dzień
ująłem głowę w dłonie
za oknem małe i duże sprawy już tonęły
w świetlistym powietrzu
odsunąłem nogą rozrzucone ubranie
składając jednocześnie w całość porozrywane myśli
spiker w radio właśnie dobijał moje marzenia
kolejna noc strasznie je pokaleczyła
kolejny dzień zaczynał się dla nikogo
człowiek na koniu przejechał topolową drogą
stara kobieta wciąż żywa znów przyszła na wzgórze
Wyczuwając pulsowanie w skroniach
radio i krew dały mi do zrozumienia, że system już pracuje
Moje minuty ciszy trwały wciąż nadal
rzuciłem zbędne myśli w kierunku kubła na śmieci
zdemaskowałem fałszywe słowa szacunku
odczyściłem je, jeszcze mogą się przydać
wiatr poruszył firankę, szyby kredensu zadzwoniły o siebie
kat z prasy pojawił się w lustrze obok mojej twarzy
spojrzeliśmy na siebie i umknął przestraszony moją dojrzałością
cofnął się w tył pokoju
z mojego lęko pozostal ledwo cień
dotknalem jeszcza raz swojej głowy
zegar ze srebrnym wahadłem zatrzymał się
zobaczyłem siebie wędrującego za trędowatym
Wrześniowe dni są jak zwykle bardzo upalne
wzbudzają tumany kurzu na przegranych polnych drogach
jak co roku przeglądnąłem się we wrześniowym niebie
na krawędzi wspomnienia popatrzyłem w przepaść
gdzieś na jej dnie dostrzegłem czołgi pełzające po
podłodze w moim pokoju i jej zdjęcie oprawione w
plastykowe ramki
podniosłem to zdjęcie z kanionu i ustawiłem na stoliku
jej uśmiech wybawił mnie
od nadciągających Niemców
>>>
We wrześniowym niebie przeglądamy się cierpiąc siebie
wczorajsze dni urastają do rozmiaru łańcuchów górskich
dzisiejsze spływają z nich rzekami
Wspomnienia nad brzegiem przepaści dzielącej łóżko od podłogi
Zatrzaskuje się wielka księga
w tej właśnie chwili podnoszę jej zdjęcie oprawione
w plastykowe ramki
zdjęcie, które wysunęło się spod łóżka
tak to wszystko przychodzi właśnie wtedy gdy już nie masz nic
wszystko przychodzi z historycznych snów nad ranem
jej uśmiech ze szkolnych lat uśmierza każdy ból
jej uśmiech pozwala zatrzymać się na krawędzi historii
jej uśmiech ze szkolnych lat pozwala przetrwać minuty ciszy państwa
Wahadło zegara rusza powoli
>>>
* Dzieci w kalejdoskopie *
Dzieci ptaki dzieci kwiaty
obracają się w politycznym kalejdoskopie dorosłych
czekają całymi grupami siedząc w dziwacznych strojach
na barierach mostów w wielkich miastach świata
pod murami Jerycha lub Kremla
czasem w pasiastych przebraniach udają robotników
pomiędzy błyskotliwymi racjami stanu
Te nierozumne siły witalne są tylko tłem
dla pustej rycerskiej zbroi
która z przyłbicą dawno niekryjącą już twarzy
z wzniesionym mieczem prze wciąż naprzód
na obrazie socjalizacyjnych epok
potykając się tylko czasem o zmumifikowane trupy
tolerancyjnych starców
W podwórzach szkół i przedszkoli
systemy filozoficzne porozkładane są w formie
babek z piasku lub wielkich piaskowych zamków
pod wieczór i w tym świecie zaczynają się pojawiać kontrowersje
z maleńkich wojskowych zabawek wysiadają wtedy
maleńcy żołnierze i jak mrówki po maleńkich
stópkach i chudych nóżkach
wdrapują się na fartuszki dzieciom
a one zapatrzone w ten kolorowy kalejdoskop
dotknięte historią dorosłych
padają jak strute rybitwy na brzeg
więdną jak rośliny od radioaktywnych pyłów epoki
w taki sposób wkraczają w uliczny gwar z cichego podwórka
tak naprawdę umierają ich sny
dzieci obłoki zaglądają w szkliste oczy szyb i kałuż
niektóre deprawując się dążą w dół
inne osłaniają Słońce przed widokiem Ziemi
>>>
Wy młodzi nic nie jesteście warci
Wy młodzi nic nie jesteście warci
tylu was błądzi bez celu
wy młodzi burzycie nasze świątynie
niepotrzebnie zjadacie nasz chleb
nie jesteście wszyscy godni
naszej mądrości i dobroci
My zawsze szliśmy pod górę
i zawsze zdobywaliśmy szczyt
teraz dumnie mieszkamy
w swoich jednorodzinnych domkach
maluchami na ósmą jedziemy
co dzień pod te same drzwi
Przeklinajcie dni bez pieniędzy
tak jak my a zwyciężycie
bądźcie bogaci dla bogatych
mądrzy dla mądrych
kochajcie nawet narzuconych nauczycieli
zwyciężycie tak jak my
Hej, czy słyszeliście te słowa
gdy nogi nasze tak obojętnie
kołysały się przewieszone przez poręcz mostu
gdy z tym tłumem pędzili na polityczny festyn
hej, czy dostrzegliście w swych chłodnych spojrzeniach
że nie mieli nic dla siebie
goniąc po darmowy kufel piwa
błyskają w słońcu szkiełkami
pozłacanych pamiątkowych podarowanych zegarków
strzyżeni pędzeni pętani
porykujący w pierwszomajowym redyku
>>>
*Chwila i miejsce – Kajdany *
Siedzę na wielkim kamieniu
patrzę na rozpostartą u stóp wzgórza zieloną dolinę
fajne miasteczka ukryte w kępach drzew
zdradzające się czerwienią dachów
trafiającej do mnie na fali szarego smogu
patrzę spokojnie na nieduże rzeki przecinające równinę
powietrze drży w upalne przedpołudnie
mrużąc oczy dostrzegam granicę lasu na horyzoncie
we wsiach i miasteczkach sterczące wieże kościołów
Tak piękna jest Polska w kilka godzin po wschodzie słońca
oparty jedną ręką o brzozę rozmyślam o radościach i kłopotach
tak mi sielsko i dobrze tutaj
rozpościeram ręce na długość łańcucha
łączącego moje kajdany
chcę objąć rękami cały mój kraj
>>>
*Przekleństwa*
Zza jednej ściany dolatują mnie przekleństwa
dochodzę do wniosku, że sąsiedzi nie są zdrajcami
Druga ściana sprzedaje mi płacz
zawiedzionej dziewczyny
mam pewność, że to nie donosicielka
Zastanawiam się, jakie są moje cele
co wzbudza we mnie szczery śmiech
ufam, że nie jest nią cela na Montelupich
Wykrzyczałem swój gniew w łazience
lecz nadal nie znajduję sensu życia
Wsłuchałem się w radiowe doniesienia ze świata
które przekazał nam sowiecki satelita
dobrze że ktoś jeszcze broni moich interesów
przed tą nachalną fortuną – pomyślałem
Teraz słyszę karcianą kłótnię
teraz mnie ciśnie się na język przekleństwo
przechodzące gdzieś z samej głębi zniewolenia
w tysiącach powtórzeń w tysiącach brzmień
które chciałbym nucić niemocy
Zwymyślałbym cię od dziwek lecz jesteś matką
lecz się nie godzi
lecz słyszę płacz dziewczyny
chcę być sprawiedliwy
lecz muszę znaleźć
choćby jednego towarzysza
Rzuciłbym się z pięściami na tych sutenerów
lecz czy mam bezcześcić groby
czy mam policzkować przodków
czy wystarczy mi odwagi
Jakże się wstydzę tej miłości
moim spowiednikiem jest szpicel
moim powiernikiem policjant
pozwól wypłakać mi się w rękaw świtu
ocierasz mi pianę z kącików ust,
które milkną nad ranem
>>>
Od dawna wymierzone odległości
Ponad krótkimi ulicami i piętrowymi domami
wznoszą się wysokie drzewa
i dwie zegarowe wieże kościołów
jak w każde niedzielne popołudnie
małymi kroczkami suną znajomi ludzie
ojciec z matką pod rękę spaceruje
idą spokojni – patrzcie jesteśmy tu
Wszystkie od dawna wymierzone odległości
od dawna skrócone kroki
posuwają się jednak z każdą chwilą
zatrzymują swego synka przy sobie
poprawiają mu jego biały kołnierzyk
patrzcie, już doszliśmy dotąd
Młodzi mijają starszych idących parami
zginając się w ukłonach
przechodzą krótki most na rzece
mają czyste buty i wymyte uszy
wymierzają dla siebie kilka dobrych lat
wspólne ścieżki na wiele niedzielnych spacerów
w popołudnia wyryte w kamieniu
>>>
*Potrzebuję słonecznych promieni*
Potrzebuję słonecznych promieni
dla mojego życia
tylko ciemność pozostała wokół
potrzebuję słodkiego owocu
dla swoich młodych ust
tylko goryczą karmią mnie gazety
idę drogą pustą aleją
niosąc samotnie własne cierpienie
czerwone sztandary jak przydrożne drzewa
chcę zrzucić z pleców tych kilka kamieni
idei fałszywych jak góry
lub zabrać prawdziwe kamienie ze wszystkich pól
gdy kiedyś przegrodzę nimi
wielką burzliwą rzekę wspomnień
zbuduję dobry dom
dla moich i twoich dzieci
stoję skryty za załomem muru
lecz słońce rzuca mój cień
na twoją jasną drogę
pragnę słonecznych promieni
dla wilgotnych moich traw
pragnę blasku księżyca
bym przemyśleć mógł to jeszcze raz
jak zacząć budowlę prawdy
>>>
*Zgubiłem swe młode serce*
Kiedyż to? kiedy?
zgubiłem swe młode serce
odwiedzając co dzień
twoje wąwozy i grabowe skarpy
jakbym stamtąd nigdy już nie powrócił
żywy
jeszcze wczoraj urządzałem tam
swoje bitwy i pościgi
Gdy patrzę z wysoka
czy widzę ciebie taką jak dawniej
czy wydaje mi się że
nic się nie zmieniło
ty dawałaś mi miejsce
tak dzikie i tajemnicze
gdzie pośród drzew nie biegł
żaden ważny handlowy trakt
gdy jakiś pan i jakaś pani nieostrożnie
dotykali mojej dziecięcej duszy
byłaś dla mnie ucieczką
a gdy rozpoczynałem
wielkie polowanie z przyjaciółmi
dawałaś mi wspaniałe okropne zmęczenie
tak chciałbym jeszcze raz powrócić
zabłocony ze swym psem
pod wieczór do domu
i oczekiwać czarnych chmur
zwiastujących burzę
a potem spływał lekki wiosenny deszczyk
i mogłem wiele razy zasypiać
nie myśląc o innym kraju
zatrzymaj mnie dla siebie
w mojej pieśni
zatrzymam cię w sercu
mojej pamięci
>>>
* Zakwitnę tylko dla ciebie *
Nie wypędzam cię
z moich rozłożystych pagórków
które są lepsze niż biodra
twojej dziewczyny
nie zabieram ci zapachu
mojej księżycowej nocy
nie zapomnę nigdy co uczyniłeś dla mnie
mój jedyny kochany synu
potrafię zakwitnąć tylko dla ciebie
gdy staniesz ostatni raz
pośród moich rozkosznych traw
moje lasy wykarmiły ciebie
moje zioła napoiły ciebie
tutaj byłeś sobą i stawałeś się sobą
więc pamiętaj o tym mój synu
ten który przyszedł przed tobą
powitał mnie
lecz gdy odszedł już nie powrócił
więc pamiętaj o tym mój synu
ten któregom ukochała dał mi tylko ciebie
więc nie odchodź i ty mój synu
jedyne moje młode kochanie
przecież wiesz że straszno mi samej
źli ludzie zabijają moją ciszę
złe drogi prowadzą przez mnie
twoje słowa dolatują tu jak echo
i nie słyszę ich w zgiełku miasta
tracę swoj krajobraz bez ciebie
znikam za własnym horyzontem
>>>
*Tak wiele ścieżek i dróg *
Tak wiele ścieżek i dróg
które deptały moje młode nogi
cienistych lasów wilgotnych łąk
na stokach wzgórz w dolinach rzek
z najwyższych wzgórz patrzyłem na te doliny
obejmowałem wzrokiem całe wioski i miasteczka
kochałem samotnie patrzeć daleko
kochałem w upalne południa
cieszyć się barwą i zapachem
kurz opadał na drogi gdy powracałem
nieśpiesznie każdego wieczoru
powracałem o zmroku wolny i wesoły
Teraz gdy ścieżki trawą zarosły
gdy ptaki śpiewają gdzieś daleko wysoko
i przybyło wygodnych chwil
tam na tych starych wysokich wzgórzach
brakuje nas młodych
>>>
* Coś przemija, coś pozostaje *
Mija rok jak każdy wcześniejszy i późniejszy
śmiało mogę powiedzieć że był czymś nowym
wszystko trwało nadal
w tym samym wymiarze płynęły chwile
wypełnione oczekiwaniem
dziewczyna która zastąpiła ciebie
w ten sam sposób uśmiechała się
zbliżała i oddalała
ja jej pokazałem te sztuczki
po raz pierwszy dla niej
czy ty wiesz że ja ją nazywam teraz
jak dawniej nazywałem ciebie
tylko dla ludzi z zewnątrz
nic się nie zmieniło
i dla mojego drugiego ja
a wszystko jest takie jak bym
wychodził z nocy i powoli
w nią się zanurzał znów
wiem na pewno że coś pozostaje
ale dla kogo wspomnienia są złotem
dla mnie który znam tak niewielu
ludzi pod prawdziwymi ich nazwiskami
coś zatrzymuje się i wiem na pewno
że coś pozostaje
dla mnie którego ni raz nie byłem
jeszcze człowiekiem
>>>
* Ogień *
Ogniska płonęły gdy słońce gasło
na obozowisku pozostawał popiół
ale to było już następnego ranka
cygańskie życie dało mi z siebie okruch
gdy wielkie płomienie rodziły
wielkie straszne cienie
muzyka łączyła się z nami na zawsze
pieśni zabijały niepotrzebne depresje
noc była bardzo blisko
i cisza na skraju lasu
tym lepiej wypadła nocna kąpiel
im bardziej księżycowa była noc
im mniej do zrobienia pozostawało
następnego dnia
wesoło było żyć
nie oczekując kolejnych policzków
wtulonym ukołysanym w bezczasie
patrzeć w wielki ogień wolności
>>>
Wy którym się wydaje
Wy którym wydaje się że
znacie sens wszystkich słów
że wytyczone przez was drogi
prowadzą do celu
patrząc poprzez zmęczone swe oczy
nie widzicie życia które rozkwita
w cieniu waszego słońca
W odwiecznych granicach starego kraju
żyje uczucie i nadzieja
lecz nie w waszych zamkniętych sercach
Wolność która ginęła razem
z tymi którzy znali jej smak
jest słowem którego nie zna wasz świat
Gdy wieczorem rozpoczynacie wielką dyskusję
targacie łańcuch niepewności
niszcząc swoje sumienia
o tak jesteście pewni że ślady
waszych stóp są drogowskazami
ciężko przestraszeni dyktatorzy
o tak słowa są głębokie
lecz nie wy staniecie na dnie
więźniowie obcych złowrogich idei
Młody syn naszego kraju
wypełni treścią wielkie słowa
zrzuci obłudę z zakurzonej twarzy
otworzy drzwi witając się w progu
z wolnością
[zaświeci neon miłości]
>>>
Cześć stary
popatrz, to już tyle lat
patrzymy na siebie z ukosa
Dwadzieścia lat zaglądasz nocą
do moich okien
Swą bladą gębę przekrzywiasz
w milczeniu
jak byś sądził mnie w moim kraju
w którym ty czujesz się jak
przyjezdny turysta
Znamy siebie zbyt dobrze
w swoich kłamstwach kryjemy
czystą prawdę
nawet wtedy gdy chmury
zasłaniają nasze wspólne światło
nawet wtedy gdy próbuję nawiązać
z tobą kontakt
Gdy przychodzisz i odchodzisz
każesz patrzeć wszystkim
w ich własną klepsydrę
w którą uporczywie wlepiają oczy do końca
To już tyle lat jesteś
kamieniem mojej pamięci
jesteś jedynym świadkiem
samotności na tej pustynnej
równinie
>>>
Zabijesz człowieka słowem
jeśli zmrużysz oczy
jego łzy wypłyną
jak krew z serca
powiedz mi
nie jesteś mi potrzebny
wejdź na skałę lub
przetnij żyły
nie chcę mówić
to my to wy
jak wszyscy
ja chcę dłużej żyć
dlaczego mnie nie rozumiesz
przyjacielu
dlaczego mnie zabijasz
dziewczyno
mówię sobie
pójdę i zabiję
lecz brak mi odwagi
bo wiem że to nic
nie zmieni
>>>
Jak trudno jest iść pośród ludzi
jak ciężko jest przyjmować
ciężar ich sądów i pouczeń
żeglarz który samotnie płynie poprzez burze
jest wolny od okrzyków i uśmiechów swoich wrogów
stary włóczęga wędrujący w nocy po górach
wspiera się na wielkim kiju
nie musi głuszyć radości i płaczu
jak trudno jest jest powiedzieć tylko do siebie
coś przeciwko sobie
jak ciężko jest gniew zamienić w spokój
siwy pustelnik jest gorzki i słony
ten żal na którym się wychował
nie zatrzymał się razem z nim
czy na każdej drodze potrzeba burzyć
wielkie przeszkody
jak trudno jest przepłynąć rzekę wpław
jak łatwo jest przejść ponad rwącym nurtem
mostem zbudowanym przez obcych ludzi
we wnętrzu każdego człowieka toczy się walka
którą przyjąć można pośród ludzi
i nie wiadomo kto rozpoczął ją
po raz pierwszy
>>>
*Idziesz zawsze przed mężczyzną *
Jak mam śpiewać
gdy braknie słów
gdy żołnierz przegrywa ostatnią bitwę
nie powraca więcej już
My jesteśmy jak niebo przed burzą
widziałem jak wicher łamał stare drzewa
i wyrywał z ziemi
życie gaśnie bez radości
gdy miłość przegrywa ze snem
masz dość znudzona chlebem
którym być może wykarmisz siebie
i coś jeszcze oprócz ptaków przemijania
to nic że szedłem za tobą
to nic że nie jestem wolny
wiele spraw i dni zasłoniłaś mi kurtyną twarzy
wzbierasz wokół mnie
jak deszcz jak gorzki żal
nie mogę wypluć tego co utkwiło we mnie
chłopcy odeszli i zmienił się świat
powróciłaś razem ze wspomnieniem
gorącego słońca i zapachu trawy
nad wodą stałem wtedy gdy ktoś
poruszył mnie z cicha
och, nie powiedział ni słowa
och, nie nazwał mnie głupcem
nie muszę odpowiadać na głupie pytania
tego który szedł wtedy za tobą
jesteś tą która idzie przed mężczyzną
i myśl ich jest jedna
i moje sprawy stały się twoimi
i nic mi nie pozostało dla siebie
oprócz patrzenia w niebo
zachmurzone
>>>
* Dzień zapowiadał się spokojny *
Dzień zapowiadał się spokojny
po cóż odmówiłem modlitwę
burza nie mogła spaść nagle
chłód nie przeszkadzał nam wcale
gdy przyszliśmy na to samo miejsce
osobno chociaż trzymając się za ręce
czekałem na chwilę w której pokażesz mi
prawdziwą siebie
rzeka nie wzbierała wcale tym razem
lecz poczułem się nią wypełniony
czekałem aż pokażesz mi
prawdziwą siebie
dzień musiał się udać
gdy przed wieloma ludźmi wystąpiliśmy
ty ich zachwyciłaś ja wzruszyłem
tym samym uczuciem
mogliśmy potem spokojnie powrócić
na dawne miejsce w wodospadzie i nawałnicy
lecz po rozmowie z tobą nie było
mi wcale lżej
uznałem że dzień naprawdę był spokojny
chociażnie nie pokazałaś mi
prawdziwej siebie
>>>
Nie poszedłeś to jedyną drogą
Jeśli wiesz powiedz mi
ja także chcę się cieszyć wolnością
jeśli masz daj to mi
gdzie odnalazłeś ją tutaj
Nie okradłeś ludzi
którzy mówią że jedna jest prawda
nie urodziłeś się jako dziecko
gdyż ona matką jest dla nas
Nad brzegami jezior mazurskich
na krawędziach tatrzańskich rozpadlin
szukając siebie w środku lata
wymieniłeś tysiące spojrzeń
słodkich i gorzkich chwil nazbierałeś bez liku
Kochając i nienawidząc szedłeś jednak
wciąż z pustymi rękami
z trzydziestą łatą na spodniach
bez grosza na obiad
bez sznasy na dostatnie życie
odgadłeś jednak wiele zagadek
rozwiązałeś wiele szarad systemu
wydałeś przecież kolejny wyrok
na tych którzy zranili wolność
bo nie poszedłeś
tą jedyną ich prostą drogą
>>>
Ojciec mojego ojca
Gdy byłem małym chłopcem
w zimowy wieczór wtulony w cichy kąt
dowiedziałem się jak ojciec mojego ojca
umierał w pokrwawionych bandażach
uciekając przez lwowskie ulice
sennie snuło się opowiadanie mojej samotnej babki
sennie kleiły się oczy małego samotnego chłopca
Widziałem go wtedy, widziałem wtedy tego bohatera
ominął szansę i hańbę wespół
z bronią na ramieniu przeszedł obok
własnego domu stojącego przy drodze
a potem sen przesłonił wszystko
a potem słońce uśmiercili ich mordercy
a potem mordercy przyszli do naszych domów
Znaleźli u nas czego szukali najlepsi chłopcy z Bawarii
a potem z Rostowa
mój ojciec o tym już dobrze wie
to on mi o tym powiedział,
gdy odprowadzaliśmy na wzgórze jego matkę
Wczoraj usłyszałem jak znowu
wielkim głosem krzyczeliście
chłopcy z obych stepów i miast
nasi przodkowie poznali już wasze znaki
pożoga i śmierć
jeżeli jesteście jeszcze nie dość starzy
chodźcie dziś do nas
znajdziecie i dziś czego szukacie
tak, tak, mój ojciec jeszcze pamięta stare opowiadania
a my nie jesteśmy już dziećmi
mój dziad przeszedł swoja Golgotę,
aby was powitać solą i mieczem
lecz dziś powitań nie będzie
>>>
Wiem że gdzieś jest dolina
którą trudno znaleźć pośród gór
Wiem że gdzieś jest łagodny brzeg morza
gdzie stoisz boso na złotym piasku
a noc opada nań jak deszcz
gdy umiera ostatni promień słońca
w białej szacie unosisz się jak anioł
i płonie wzniesiona pochodnia
nie patrzysz skąd nadciąga burza
i jest gdzieś ślad stopy
odciśniętej pośród małych muszli
i nawet pocałunek na wietrze
nie wyrywa słowa z ust
wiem że zwiastuję ci piorun
który otworzy ciemność nad nami
na białym koniu wykradniemy się
z oddechu wielkiego oceanu
pocwałujemy na falach miłości
>>>
Patrzyłem tego dnia
przez różowe okulary
bo dzień był jasny jak nigdy dotąd
długo męczyłem swoje oczy
wpatrując się w słońce
lecz gdy je zamknąłem
widziałem tak wiele tak wyraźnie
było mi zdumiewająco i olśniewająco
właśnie wtedy byłaś tak daleko
i byłem spokojny o świat
słońce zgasło gdy wszedłem
w ciemny korytarz
i znów musiałem zakładać różowe okulary
bo zobaczyłem ciebie w kwiatach
dawałaś mi do zrozumienia wszystko
o czym marzyłem
gdy tak długo pozostawałaś blisko
prawie mogłem cię dotknąć
nawet bez okularów byłaś cudownie różowa
jak nigdy dotąd
wszystko stało się jednak
na powrót małe i ciężkie
wiele spraw wydało się niepotrzebnych
wszystkiego było brak
próbowałem mówić do ciebie
zatrzymaj się posłuchaj co teraz czujesz
w ciemności
było tak cicho ale chyba
wewnątrz coś wysokiego jak najwyższa góra
następowało było tuż tuż
ktoś nadepnął na mnie
ktoś popchnął mnie w ciemny kąt
ale te czerwone plamy
które gdzieś wewnątrz pozostały
rodziły
słońca
dla ciebie
Ziemio
>>>
Wypadłaś zza rogu czerwonego budynku
wyrwałaś się z moich ramion
opuściłaś koronkową chusteczkę
powiedziałem przepraszam ciebie za twoją krzywdę
nie będę deptał więcej tej białej chusteczki
i odszedłem
a ty nie miałaś w co otrzeć łez
po wdowim rozstaniu
>>>
Łąki soczyste podmokłe
gdzie koń biały nocą stąpał
stawał nad wodą patrzył przed siebie
zanurzył parujące chrapy
w swoim własnym pysku
Koń był tak piękny i cichy jak anioł
tylko żabie lustro
przypomniało mu ciężki dzień
gdy zobaczył własny łeb
Teraz wciągnął powietrze
z wietrzykiem który unosił się na fali
przez czarny jak szkielet wieloryba
drewniany most
przetoczył się horyzontem księżyc
Biały koń westchnął i zniknął we mgle
tylko czas nocy czas ciszy
odmierzały rechotem wszystkie stawy
jak zegarek nocy w trawach wysokich
które chłodną rozkosz sprawiły
twardym kopytom konia gdy szedł umierać
fosforyzowały wskazówki robaczków
a one uwierzyły że są wielkimi gwiazdami
które nawet nie krzyknęły
by ogniem ogniska wyłowić z szuwarów człowieka
mącącego wodę nocy
myślami co są jak błysk ślepi
>>>
*Nad brzegiem jeziora*
Gdy kiedyś o świcie zobaczyłem dziewczynę
która szła brzegiem jeziora
pomyślałem że jest młoda i piękna
Gdy kiedyś szedłem brzegiem jeziora
zobaczyłem że w wodzie odbija się słońce
pomyślałem, że jest młode i piękne
Gdy wieczorem szedłem brzegiem jeziora
myślałem że nawet srebrzysty księżyc
choć tak zimny jak stal i czerń nocnej wody
jest równie młody i piękny
Usiadłem więc na brzegu jeziora
na trawie której soczystość w ciemności
była świeża i zielona
wtedy rosa przypomniała mi chłodne moje łzy
lekki dreszcz wstrząsnął mną
w bezdennej falującej studni jeziora
odbijały się gwiazdy jak dusze świętych zmarłych
nachyliłem się nad wodą
oprócz wielkiego ludzkiego grzechu
zobaczyłem swą pustkę w przestrzeni
obok przebitego serca dziewczyny
dwie płonące gwiazdy rozpaczy
>>>
1976
Pędzące chwile poruszyły czuby drzew
w górach, gdzie hen, hen wysoko
duch swoich pastwisk strzegł
Przestąpiłem próg Ojczyzny
wyfrunąłem jak orzeł ze skał
ochrypłym głosem rozdarłem ciszę chmur
zakołysały się ballady nad dolinami
radość witała nastrojem poranka
śmiech poprzedzał każdy zmierzch
Złożyłem głowę w dłoniach Ojczyzny
pomyślałem, że teraz napiję się
z jej źródła ukojenia i ciszy
by ruszyć na łąki podniebne
Ojczyzny źródło było zatrute
zakołowałem bezradnie spętany zdradą
próbując uchwycić wiatr
>>>
Bluesowa nagość
siniejące na zachodzie słońca
rezygnacje dziecięce
Jeden pan spał w okularach
na kamieniach i miał wizje
biedny był tak jakim stworzył go ojciec
Gdy ojciec odwiedził go w domu
usiadł z nim na progu
zaśpiewali razem piosenkę
by ukoić smutek i ból
prostym śpiewem, prostą melodią
skarżyli się na swój los
We niej było wszystko
piękna dziewczyna i piękny koń
przyjaciele rzekli mu
to taka piękna muzyka
och, śpiewaj, śpiewaj
powtórz to jeszcze raz
i tak stowrzył nagiego bluesa
ze szczerej rezygnacji
>>>
W miasteczku dzwoni dzwon
gdy idziesz samotna pustymi ulicami
kot lub pies przebiega ci czasem drogę
o czym myślisz podnosząc kwiat do ust
czy może cierpisz gdy jesteśmy sami
czy wiesz czym pachnie zieleń pól
zamknięte brązowe drzwi
zasłonięte białe okna
odwrócone szare twarze
zakurzone filetowe bzy
sennie płyniesz w ciszy domów
nie żal ci ludzi
choć kwiatów
nie oddałabyś nikomu
i mnie ich żal
chociaż kwiaty
złożyłem u ich stóp
>>>
Och, biedni ludzie żyją w naszym biednym kraju
dziś widziałem jak z okropnym mozołem
uczyli się śpiewać piosenki
w wielkim skupieni kręgu
tajemnicze miny zakwitły im na twarzach z wysiłku
najstarszy bardzo doświadczony w interpretowaniu tekstu
pokazywał pozostałym młodym jaki wywołać
grymas na twarzy w trakcie otwierania ust
dziewięciu przejetych
w końcu zanuciło coś jakby od niechcenia
patrząc na te warsztaty partyjne
widziałem ich już pośród umarłych przywódców
widziałem w wyobraźni
jak umarli śpiewali pieśń śmierci
ale oni potem wyruszli na ulice miast
w czołgach
zagrały karabiny maszynowe
przed hutami i stoczniami
i nastała cisza
>>>
Nie bójmy się siebie samych
powiedzmy głośno o co chodzi
wykrzyczmy myśli wraz
chcesz miłości, dam ci ją
tylko wyciągnij po nią dłoń
chcesz rozpaczy, proszę bardzo
tylko spójrz na otaczający cię świat
chcesz być gwiazdą, targnij kajdany
daj się skatować na rynku chociaż raz
Nie bójmy się siebie samych
nie uciekajmy od siebie do barów i knajp
urządź fiestę i podaj kufle na stół
w zaciszu własnego domu
albo odpowiedz na wołanie starego człowieka
za ściną
nie wstydź się pocałunków, nie wstydź się słów
potrzebujesz tak nie wiele by sobą być
lecz zbyt wiele by nie zachwiać
stabilnością Państwa
zbyt wiele dla jej wyobrażeń o miłości
nie uciekniemy od wolności
>>>
Jeszcze w pamięci nie zatarł się ślad
dawnych spokojnych dni
kiedy w twych smutnych oczach
odbijał się wielki świat
Ile uderzeń przyjąłeś bez skarg
wiesz o tym tylko ty
ile chęci prawdziwych i dobrych
na których nie poznał się nikt
Nie przygarniano ciebie matczynym ruchem ręki
nie gładzono po zwichrzonych włosach
nie dawano zbyt wielu szans
a ty z uporem wracałeś do źródeł, do ran
Nie spotykałeś hardych serc
pośród kłótliwych ludzi
spadały smutne noce w środek radosnych gier
ludzie przychodzili i odchodzili
i sumienie budziło świt
nadaremno
>>>
Ilu nas jest szczerych i prawdziwych
ta nasza pewność gdzie ona jest
te nasze złudzenia ile nas kosztują
gdy kochamy, płyniemy, idziemy przez kraj
zbliżamy się do horyzontów prawdy
wciąż rozmywających się
Słodką myśli pośród radosnej pustki
ogrzewamy w swoich sercach
słodki głos pośród umilkłych idei
niesiemy jak pobudki zew
Wyruszyć dziś trzeba
choćby ciernistą drogą
podać sobie ręce wraz
przemierzyć kraj odwiecznej burzy
omijając pola bitew i groby
dotrzeć do każdej samotni
Prze puste ulice wymarłych miast
przez dzikie pustynie wymarłych lasów
nieść mity i legendy Słowian
nieść w pamięci iskrę narodu
ocaloną na wyspie
w gnieździe
na zgliszczach
na nowo
zapalić miłość
>>>
Na krańcach mojego świata
przeciągnięto podniebną smugę
patrzę w dal
tam gdzie domek mojego dziadka
tak malutki jak gwiazda
gdzie ulica pośród lasu
pośród sinych wzgórz
gdzie stalowe wieże kroczą samymi szczytami
na kurzej stopce stoją chaty
czerwone płomienne
całe stado przycupnęło ich na krawędzi słońca
jakiś olbrzym zasnął kiedyś w dolinie
gdzie wąski strumyk wygłodniały
zjada lessowe wąwozy
Gdyby słońce przestało świecić
musiałbym przestać patrzeć
na podniebną gonitwę chmur
a tak jeszcze sam biegnę po ziemi
pełnej rozpadlin i dziur
musiałbym zastygnąć daleko od tych
wzgórz porośniętych sierścią olbrzyma
żeby nie wpaść do wnętrza ziemi
za dziadkiem i jego domkiem
z płonących pni
>>>
W miasteczku główna ulica
przebiega z krańca na kraniec
nie zatrzymuje się tu nawet na chwilę
nie ogląda sie na nikogo
zabierając w swój bystry nurt
wystające niepokorne kamienie
wyrwane kamienie szlifują się
katastrofami pamięci o górach
kruszą się w szaleńczym pędzie
ku dolinom szczęścia
pozostaje z nich pył powracający na wietrze
wiatr od morza dociera tu raz na stulecie
zakurzony krzak bzu kwitnie
przy bramie cmentarza
nie pachnie nawet w maju
>>>
Jeśli ukryjesz dłonie swoje
w dłoniach przyjaznych i ciepłych
Jeśli otworzą przed tobą drzwi
do których pukałeś od lat
Jeśli otrzymasz słowo otuchy
na długą samotną wędrówkę
Jeśli poczujesz słodki ciężar kamienia
który przygniata twoje plecy
Jeśli uśmiech będzie ci towarzyszył
gdziekolwiek zawitasz
Jeśli powiesz to jest moja ostatnia droga
na każdej drodze
Jeśli nie sprzedasz obrazu
który malujesz tam gdzieś wewnątrz
Jeśli się narodzisz
nie umrzesz
1972
Gdy miłość powraca spóźnioną porą
marą snu
bladym wspomnieniem
późno
za późno jest już
serca skalistym wybrzeżem
wzrok martwą falą
daremnie
tuman mgły rozdzierasz wspomnieniem
słońce twych uczuć
już horyzont czerwieni
zagląda w oczy
blednących snów
>>>
Przeciął świt świst
wstające słońce zaryczało
tak jak stary człowiek, który wydarł
życie stworzeniu
a nagły z szuwarów płacz
błagał go by
umarł z głodu
(sam)
>>>
Spadał rozgrzany kamyk
jak łza starca
drgnął cień powieki
gwiazdeczka nie dożyła swego celu
przeznaczenie zakwitło w tym dniu
chabrami nocnych wspomnień
starzec płakał naprawdę
Przy ognisku jarzyły się nasze oczy
zasypialiśmy wtuleni w siebie
i zielony odmęt traw
chociaż chłód wypieścił stopy
dla nas był to wesoły czas
A starzec czarny żywot miał
i tylko blizną chlubił się
pieśń jego łkała nad ziemią
poruszona struna budziła przeszłość
Tak starzec śpiewał naprawdę
tak śpiewaliśmy razem z nim
to jego życie jak echo
powracało na wietrze tylko dla nas
w pieśni starego włóczęgi
>>>
Opleciony pajęczyną namiętności
opleciony jej hebanowym spojrzeniem
opleciony sznurem korali
ginę w oplotach niewiary w miłość
tylko jej tchnienie rozgrzewa
wnętrze moich martwych płuc
oddycham jeszcze
oddałem perłę
za życie
>>>
Moim szczęściem jest
żyć w kraju który kwitnie dla niej
wzbudziła kłęby srebrnych gwiazd
z popieliska mojego życia
wstępuję teraz po kryształowych schodach
w aureoli łez
w rozbłysku rozbitych światów
dni minionych
falują dzisiaj strzępy wiosny
pragnienie czyste
jest bramą fabryki snów
serce czerpie z nich
słodkie soki nowego bytu
w symbolicznych liczbach
są popioły pokoleń
natchnionych zmartwychwstaniem
>>>
Otworzono sezam
uderzeniem pięści
zasypały wszystko klejnoty
kłamstwa
Alibaba rządzić będzie
na pustyni
>>>
Nową dobrą matrycą
tłoczę ze snów ideały
kobieta to odbicie
pozytywnego mężczyzny
(w śniegu i zastygłej lawie)
przyjmuję miłość
za dobrą monetę
>>>
Despota pomiędzy gąsiorami
milknie po chwili
Galowie już na murach
jego zawahania
>>>
Odwiedzasz puste klasy
całujesz wytarte ławy
tapetą kalendarzy są chwile
które zapamiętałeś obok niej
w szkole miłości dziecięcej
łzawisz krwawisz bezradny
deszczem wiatrem są sekundy
gdy trzymałeś ją za rekę
rozlega się ostatni dzwonek
wychodzisz ze szkoły sam
>>>
wtłoczony pod prasę życia
w okulary swojej profesji
>>>
O czym śni moja gitara
gdy zasypiamy w obłokach domów
gdy zasypia nocą serce miasta
gdy zasypiaja kolory nut
wtedy w strunach miłość łka
Ona marzy o ptaku z tęczy
który wraca do niej z kwiatów
Zapach zieleni ją męczy
zasypia na poduszce dźwięków
>>>
Granat wiersza
skorupa słów
wnętrze myśli
rażenie uczuć
>>>
Nadchodzi burza jak
gromki śmiech
wychłostał asfalt deszcz
ukryto dłonie w dłoniach
Gdzieś na krawędzi
stanął czarnoksiężnik czerni
jak cień
trzymając pająka w dłoni
swój strój sporządził
ze skóry pokonanego smoka cywilizacji
Wrócił zza ram pejzażu codzienności
wyciągnął dłonie dwie
tak barwny świat zakreślił
by był też synem
czarnoksiężnika czerwieni
Ze skały patrzy
wyciągniętą dłonią wskazuje
pokonanego potwora historii
Choć wie że zachwyca dziś
przez chwilę
choć dziwi się człowiek
to on go stworzył w wyobraźni
w godzinie pracy
w godzinie próżności
>>>
Wielka wzbiera powódź
stojąc na skale dostrzegasz
zamglony zielony brzeg
Ojcowie rodzin biednych
szli kiedyś pośród pożogi
bronili starych granic
umierali widząc tylko ogień wokół
Aniołowie jaśni
czy dostrzegacie ten kurz i pył
który wznosi się nad bitwami
toczonymi tu od tysiąca lat
Ten tłum młodych chłopców
bez wiary i nadziei
pod czerwonym sztandarem
zalewa wszystko jak
wezbrana powódź
I ciebie uniesie martwa ta fala
jeśli nie masz wiary i nadziei
na to że można coś zmienić
przetrwają tylko poedynczy
aniołowie stojący na skałach
w nadchodząca noc żywiołów
>>>
Zaznaczasz ślady stóp w pyle
biegnąc bezdrożami krainy zła
nie uderza grom
nie wstaje tęcza
lecz zatrzymujesz się znów bo zabrakło ci tchu
Ze wzrokiem utkwionym w ziemię
z kapeluszem nasuniętym na oczy
idziesz pędzisz choć nie wiesz co za granicą snu
znów wstaje mrok gdy
kurz dzieciństwa opada powoli
Jak dobrze jest nie mieć niczego
dźwigając na sobie tylko osiemnaście lat
jak dobrze czuć się zmęczonym
nie znając zwycięstwa dobra lub zła
Szczera nienawiść dopiero wstanie
na gruzach zburzonych państw
zabita miłość wykrwawi się
jak ostatni zachód słońca
A przecież dobrze wiesz
jest gdzieś dobry kraj
gdzie zostawiłeś serce
są gdzieś ściany domów ogromnych
i tłumy ludzkich ciał
okrzyki srogie tysiąca gardeł
i sztandar dwukolorowy
powiewający nad grobem
nienawiści w tobie
>>>
Najsłodsza jest pierwsza miłość
najpiękniejsza jest pierwsza dziewczyna
nie zapomnisz nigdy jak goniłeś ją
myślą nieśmiałą a ona pieściła cię swoim
uśmiechem
nigdy nie ukryjesz tych wspomnień przed sobą
nigdy nie ukryjesz tego w nienawiści
gdy piętnastoletni serca biły tak mocno
nie chcieliście przecież zbyt wiele
gdy piętnastoletnie serca wyskakiwały z piersi
nie chcieliście nic oprócz wspólnej gorzkiej śmierci
w Weronie
>>>
* Przy ognisku włóczęgów *
Przy ognisku włóczęgów zziębnięty
wsłuchany w ich pieśń
chciałem doczekać świtu
doczekałem go i stałem się włóczęgą
na resztę urzędniczego życia


Akwamaryn wykrystalizował
na policzku
słońce zrodziło pokój
lekki dreszcz muśniętego stolika
szum wytrąconych fal
blask zalał akwarium
duszą się ryby
policzek przy szkle
dusza morska
wydobyta z wodorostów
duża ryba biblijna
wypuszczona z uwięzienia
ze słowami
– płyń po morzach i oceanach
potoczyła się
przez pokój wprost w otwarte
balkonowe drzwi
promień uniósł niespodziewany dar
cienki pisk sopli za oknem
marynistyczna pieśń podróżna
akwamaryn rozbłysnął
tęcza pod choinką przed oknem
usta na szybie
zaśpiewały jak ryba
w wigilijną noc
policzek przy policzku
lekki dreszcz cudu
intaglio wyzwolonej
kamea wyzwoleńca
>>>
Węgiel drzewo liść
ptak przestworza wolność
ja
bądź ze mną
leć ze mną
skacz ze mną
do szybu kopalni
w ciemność własnej duszy,
która zapłonie
jak węgiel
zapewne
diament prehistorii
zajaśnieje jutrem
ogień płomień dym
przestworza Bóg
my
>>>
Ledwo nastał dzień
a człowiek otwierając oczy rzekł
– to jest dzień ostatni
dlaczego ostatni? – odrzekł człowiek drugi
albo to ja wiem?
jak tak czuję, jestem
prze-ra-żo-ny
przerażeniem moim jest materialne światło
zobacz – tam wstaje słońce
tam świeci jeszcze księżyc
i nad horyzontem wciąż
moja betlejemska gwiazda
oblewa mnie łuną
a ja ani pasterz ani król
ani polityk zdobny animator szopek
ustawiony w okienku sławy
ledwo gipsowa figura w stajence
z kredensu zielony wyświetlacz komórki
i jeszcze czerwone światełko
uśpionego na ścianie telewizora
świecą na mnie
boję się, że są to duchy świata materialnego,
który nie istnieje
więc – to jest dzień ostatni
– rzekł człowiek
dla istoty niebędącej aniołem
tylko dzień się zaczął
– odrzekł człowiek drugi
ale mój strach się nie skończył
noc tylko go skryła
jak w bajce w bezkształtnym płaszczu
teraz wybuchnął jak płonący modrzew
w krainie kości i krwi
człowieka prze-ra-żo-nego
po skurczu oka
i płonie solarnie, wodorowo grzeszny
geotermicznie, nieokrzesanie śmiertelny
podpalony przez świat pierwotny
oto ja człowiek wilczego strachu
pozbawiony wiary
bez wytchnienia dla snu
czekający, nasłuchujący, rozedrgany
prze-ra-żo-ny brakiem brzasku
poświaty i rozbłysków poza słońcem i księżycem
stale spodziewam się dnia ostatniego
ja tak czuję
w galaktycznej perspektywie pozawymiarowości
bez końca i początku
bez strachu nie istnieję
– rzekł człowiek
ale dlaczego? – odrzekł
nieczuły człowiek
>>>
Ze stopu magnezu i manganu
wykonany w komórce
z dodatkiem węgla i krzemu
siny amulet
artefakt jak gadżet
znak nowego wieku nowej ery
figurka jak figurka
interfejs raczej
coś bardziej nieokreślonego
wyjątkowej piękności
innowacyjnie kształtne
w wymiarach
aczkolwiek abstrakcyjnie ulotne
w zaokrągleniach
coś wyraziste w połyskach
lekkie twarde oddające
modlitwę aurę wyznań
miękkie niegrube jak to ikona
znak nowej kultury
materialnej lecz zrodzonej z idei
wykluwającej się uprzednio
w gniazdach doświadczeń bolesnych
coś skupione na wyrzutach sumienia
nieudanych osobniczych zamyśleń
piktogram
jak nowe okno
zupełnie nowe słowo
początek języka nowoludzi
pierwsze słowo
wypowiedziane w nowy rok
zaledwie
nowy rok
niewiniątek
>>>
Twój pełny skan
za wszelką cenę
ultrasonografia prześwietlenie
cokolwiek
jakieś remedium na sfinksa
niezbędne od zaraz
w prasie tebańskiej już piszą
o czymś
co ukryte trwa w tobie
przyczajone nieodgadnione
koledzy zawsze powtarzali
– on coś ma w sobie
policjanci i sędziowie systemu
kiwali głowami
– coś w nim podejrzanego jest
tomografia w maszynie kosmicznej
i wiwisekcja potrzebne
w stanie nieważkości
rozpytywanie rozeznanie
analiza złości i kości
wejrzenie w psyche, soma i polis
we wszystko
– niezbędne od zaraz
rodzice z lubością patrzyli
w twoje oczy w kolebce
– cóż one kryją?
potakiwali sąsiadom mówiącym coś o Hydrze
i biały jastrząb wyfrunął z nich
przed bitwą z moskiewskimi pacyfistami
po zakończeniu misji w Mezopotamii
machał skrzydłami intensywnie
zawieszony nad jednym miejscem
potem zerwał się i poleciał w bok
gwałtownie uderzył o mur
na ścianie zakończywszy żywot
co oznaczał tak dziwny ptak?
przed czym uciekał?
nad twoją trumną pochyliły się plemiona
i znowu
ktoś wyrzekł te słowa
– popatrzcie na tę twarz
coś w niej jest zaklętego
niesamowitego
czy to tylko oblicze człowieka
wyrazistego?
czy sfinks rzucił się w przepaść?
teraz sekcja
oby nie było za późno
czy sfinks przeraził się człowieka
będącego odpowiedzią na wszystko?
oby!
>>>
Można wyręczyć się onomatopeją
można chrząkać
schodząc po schodach popularności
pamiętacie też te slogany
skręcone ze śmieci
lub wygrzebane na wysypiskach słów
konglomeraty zasupłanych przemówień nicieni
można próbować za dzieła uznać
pochrząkiwania teoretycznie pomnikowych
odlewów, które nocą w centrach miast
w okropnej męce ust
usiłują przypomnieć światu swoje schorzenia
i upodlenia w psychicznych niszach
można słuchać tych brązowych niemot
to jest udawać, że słyszy się jakieś idee
w śpiewie tłumu zerkającego
mijającego ich wybujałości
Jest też inny sposób na oddolne rozsuwanie wierszy
w kreśleniu z przygodami szkiców
dzieł beletrystycznie zwanych rymowankami
natchnionych
omijających śmietnik duszy bełkoczącej manifestacje
zaprzeczeń dobra
to czasem jest dramatem
a najczęściej tragikomedią
wideo-domofony na budynkach przy głównej ulicy
toż to amfiteatr
albo arabskie targowiska różności
to może być tam samodzielnym przekazem
jako że mruczenie gwiazd na wizji
jest zachwycające dla tamtejszej publiczności
poza treścią sformowane dla amfiteatrów Kartaginy
dla ludzi w maskach
na widowni a nie proscenium
oborana Kartagina czołówek wszystkiego
przyjmie każdą formę jak kot,
którego się nie wyżyma w Zalipiu
na scenie w świeckim Krakowie zwanym Zakopanym
na razie jeszcze góralskim
można na fortepianie schodzić nad Wisłę
i na trąbce piąć się na Wawel
ale po co?
dramat to jest dziś muzealny eksponat
w wierze w finałową tragedię nie ma formy
ekspresji i eksperymentu tak jak i
w ekskrementach ekspertów
byłych sekretarzy dziś prezydentów
co walają się w publikacjach
ich eksżon
>>>
Był sobie raz
nad brzegiem morza
niebieski głaz
ledwo zdążyłem
dookoła obejść go
gdy fale dziewcząt
wdarły się na ląd
głaz błękitny
otoczyły zewsząd
wskoczyłem nań
raz dwa trzy
niespodziewane tsunami sięgnęło
tylko moich stóp
głaz oderwany
od rzeczywistości
uratował mi życie
i sakwę
z sympatycznym
atramentem do serc
oraz rylcem
do diamentów
wyryłem nim
w policzkach swojej twarzy
obraz kamienia
na cześć piany
fal i błękitu
mitycznego zaledwie
bytu
>>>
Zaniemówiłem siostro!
ot tak, z wrażenia
och! ach!
jakżeż ty wyglądasz cudnie
siostro w wierze
w naszą miłość
twoje skołatane serce
ponoć odwrócone już na drugą stronę
jak moje
przenicowane latoś
ponoć twoje włosy rozwiane na zawsze
jak moje myśli
przed tobą
już nie mam nic do powiedzenia
siostro w wierze
w nasze życie
bądź ze mną niemową
w drodze
do wieków fal raf zórz
światów i zaświatów
w ciszy, bez słów westchnień
och! ach!
jakżeż ty wyglądasz cudnie
wciąż
>>>
*W imię stabilizacji*
Ile trzeba mieć lat,
aby wszystkie kobiety
noszone od młodości w egzaltowanym męskim wnętrzu
jak medaliony gwiazd powracające
z przeszłości emocjonalnej burzy postnuklearnej
stały się tylko porcelanowymi figurkami
japońskich gejsz
pomalowanymi w żywe kolory
co wprowadziły się na górną półkę kredensu?
Ile trzeba lat mieć,
aby wszystkie kobiety
ukryte we wnętrzu spełnionego mężczyzny
stały się zaledwie jedną białą figurką Wenus z Milo
ustawioną na okapie kominka?
Ile lat trzeba mieć,
aby wszystkie kobiety
w męskim sercu chłodnym już jak kometa
zatrzymane miłością na łut czasu w gramie materii
stały się zaledwie jedną
Nefretete, Giocondą, Primaverą,
Primabaleriną absolutną, Dianą,
Afrodytą, Florą, Mają nagą
i Ewą przechadzającą się wśród paproci raju
lub z fal wyłaniającą w macicy perłowej
depczącą owoce lub muszle
niezapomnianych wspólnych chwil,
ozdobą sentymentalnego bezzmysłowego salonu pamięci
i jego wzniosłym znakiem rozpoznawczym?
Ile trzeba mieć lat by boskie piękno wszystkich kobiet
stąpających przed mężczyzną zmieniło się w jednego
czarownego motyla szacunku?
Zapewne trzeba mieć – nie mniej niż osiemdziesiąt osiem a najlepiej sto osiem
a może dokładnie tylko tyle co umierający Platon i Deotyma!
>>>
Wśród bydląt urodzony
w nędzne szmaty przyodziany
wyruszyłeś z zapomnianej mieściny
bez trzosa i zapasowych sandałów
tylko z laską i w jednej sukni
Ziemię przemierzyłeś
idziesz przez wieki i tysiąclecia
potem zatrzymujesz się
i pozostajesz tak za bramą
pasterz końca czasów
wszystko zatrzymuje się razem z tobą
wszechświat wstrzymuje oddech
i zamiera przed ścianą
ale nasze wielbłądy idą dalej
i przechodzą przez ucho igielne
widząc je już po drugiej stronie
zrzucamy swoje bogate stroje
kapelusze zdobne w pióra ptasie
zsuwamy buty z krokodylej skóry
strząsamy płaszcze aksamitne z pleców
błyszczące kamizelki
odwijamy słuckie pasy
zdejmujemy spodnie cekinami haftowane
odpinamy diademy i obroże z diamentami
rozpinamy bluzki Armaniego i Diora
odkładamy torebki Prady i Vuittona
ściągamy z nadgarstków drogie zegarki
a z palców pierścienie
zrywamy z piersi odznaczenia i medale
ale
ale
ale
za późno
niestety
już jest
>>>
Fabryka składuje a nie produkuje
zadajesz sobie pytanie
czy to jest fabryka?
Mózg gromadzi a nie wymyśla
zadajesz sobie pytanie
czy to jest mózg?
Refren: pytasz, błądzisz
pytasz siebie
najbardziej błądzisz
Ciemna istota nie jest istotą lub nie jest ciemną
zadajesz sobie pytanie –
czy ona jest mną?
Świetlisty punkt nie jest otoczony ciemnością
lub wydaje się, że widzisz go mimo to
zadajesz sobie pytanie –
czy jestem przed sobą czy już za sobą?
Refren: pytasz, błądzisz
pytasz siebie
najbardziej błądzisz
Karty i szklana kula pokazują, że
ludzie ziemscy są bez przyszłości
zadajesz sobie pytanie –
kim jest Cyganka, co to wszystko znaczy?
Organizacje międzynarodowe i ich przywódcy
wyznaczają cele i wytyczają drogi
zadajesz sobie pytanie –
co ja tu robię, w tym ich złudnym świecie?
Refren: pytasz, błądzisz
pytasz ludzi
najbardziej błądzisz
>>>
Grzmot
nad sceną
nad lasem
potem błysk
z nieba spada
martwy wół piżmowy
Huk
nad sceną
nad jeziorem
potem błysk
z nieba spada
martwa mrówka faraona
Trzask
nad sceną
nad bagnem
potem błysk
ze szkieletora spada
na krakowską operę
martwy spadochroniarz
Wrzask
ludzki krzyk
nad sceną
nad rynkiem
z Wieży Mariackiej
zamiast hejnału Polaków
spada na ludzi
wielka klata
pusta –
kurtyna
światła
>>>
Ojciec mój jest patriarchą
bez siwej brody
bez wyniosłej postawy
zgięty w bolesnych, mnisich przyklękach
niesie pochodnię rodziny
drżącą ręką trzyma ją nad głową
jak papieros
jest żywą skamieliną
dumy i wiary
Ojciec mój nawołuje wciąż
z Horebu
– zgromadźcie się dzieci,
podejdźcie – coś wam pokażę
i wskazuje źródło życia
tryskające w olszynowym lasku
wskazuje ziemię obiecaną za rzędem tui
nie jest odkrywczy w wizjach bitewnych
telewizyjno-gazetowych dzisiejszych dni
lecz jakby pod dębami Mamre
siedząc w kwitnącym sadzie zasadzonym własną ręką
trzyma w górze wśród kwiatów i pszczół
różaniec przeszłości
zakrwawiony, wytarty, potargany
a na piersiach pektorał dwudziestu wnuków
te kamienie szlachetne umocowane na nim
to dzieje rodu,
który rozbłyska jego przemowami i łzami
żywymi wciąż
i rozświetla się jego śmiechem
coraz rzadszym
***
Matka moja, która zrodziła
wszystkich stu proroków
przekracza dziś rzeki czasu
jest duchem ponad dachami
i dachem każdej kapliczki
postawionej w zaciszu serc
wnuków i prawnuków
Moja matka, którą czcimy
w tych kapliczkach jest obarczona
lękami wojny
lękami krzywd i poniżeń socjalizmu
niesie je idąc z kuchni do łazienki
wracając z piwnicy ze słoikiem
sałatki z zielonych pomidorów
Matka moja, która kiedyś
nosiła na swoich rękach
wszystkie dzieci i tornistry
maluchy i dyplomy ich i napomnienia
młodzieńców, dziewczęta
i ich ślubne buty
wciąż kołysze kołyski z niemowlętami
ustawione we wszystkich pokojach
dogląda piekarnika z karpiem
wygląda gwiazdy i powrotu syna
Matka, której syn
prowadzi pośpiesznie karawanę z Harranu
by zdążyć na czas
do Betlejem
>>>
Świeci na ciebie szalony diament
splecione nogi
kolana między udami
biodro przy gorącym biodrze
brzuch dotyka falującego brzucha
Świeci na ciebie szalony diament
stykają się głowy
wargi penetrują zaplecione ucho
przesuwają się po spoconym czole
wargi szczypią kłujące brwi
muskają zamszową powiekę
dotykają gładkich rzęs
Świeci na ciebie szalony diament
wargi obejmują nos
pieszczą ciepłe policzki
rozpaczliwie szukają ust
przesuwają się po okrągłej brodzie
wargi nie znajdują warg
Świeci na ciebie szalony diament
ręce przesuwają się w dół
wzdłuż pleców z jedwabiu
gładzą emanujące pożądaniem ramiona
ręce dotykają szyi
powoli obejmują piersi
Świeci na ciebie szalony diament
palce uciskają i wnikają w ciało
pomiędzy tkanki
pomiędzy kości
palce się wydłużają
rozpaczliwie szukają serca
przebierają krwinki w arteriach
jak paciorki różańca
palce nie znajdują serca
Szalony diament nagle gaśnie
brak uczuć
brak słów
>>>
Idę, idę, ciężko jest iść niestrudzenie
ale idę w kierunku słońca
– to to świetliste miejsce tam u góry
po prawej stronie
ona macha do mnie ręką
ona z obnażoną piersią stoi jak posąg
na podwyższeniu
ona jest sama a ja niosę
dziecko na ręku
dzieckiem jest nasza młodość
i marzona, tęskniona ona
idę drogą wymalowaną pędzlem
mistrza Renesansu
na płótnie ostatniego pejzażu
letni to krajobraz a serce gorące
droga polna rozjeżdżona
przez powozy i bryki sześciokonne
podąża nią pięknie ubrany mężczyzna
na rączym wierzchowcu
skrajem jej idą w dali
kobiety w długich sukniach
z białymi kapturami na głowach
ja w pełnym słońcu, zapłakany, bosonogi
idę, idę krokiem pielgrzymim
trzymając mojego Ikara
kwilącego, gaworzącego, pytającego
ufnego, zapatrzonego w moje skrzydła
i otwarte przestrzenie
on dziecię pierwszej miłości
ona biała, marmurowa, zreplikowana
z uniesioną ręką
na drugim, trzecim i czwartym planie
gestem zaprasza do tanecznego korowodu
wszystkich ale już nie mnie
>>>
Tam i z powrotem
jak Odys i Eneasz
w przeciwne strony wraz
po myśl złotą, odwieczną
z żelazem, garnkami, zbożem i solą
na falach średniowiecznej, renesansowej, barokowej
doskonałości, wielkości i prosperity
Wisłą i inszymi rzekami
przypadającymi do niej wiernie
spuszczano do Gdańska
dzieła rolników, górników, hutników
Tam i z powrotem
płynęły tratwy wolności
tratwy zbawienia od złego
kozy, komięgi, dubasy, szkuty
z szyprami, z flisami, z orylami, z włóczkami
polskie prace i dni
i zjawiały się dymarki, fryzernie, kuźnice
w portach, przystaniach, spichrzach, targach
otwierały się podziemne komnaty kopalń
jak wołyńskie łany złotej pszenicy
w Kazimierzach, Zakroczymiach, Czerwińskach
Płockach, Toruniach i Gniewach
Grudziądzach, Elblągach i Gdańskach
Tam i z powrotem
płynęły haftowane tradycje i nieskazitelne racje
płynęły wytarte talary i nowością lśniące idee
bogactwo delt i mórz
by popatrzeć na nie z wiślanego brzegu słońca
by zaczerpnąć horyzontów, światów i oceanów
przybiegły tu miasta, zgromadziły wioski
Jak inwentarz wszelaki schodzący do grząskich brodów
tak moja dusza rządna przemiany, spragniona wolności
jeszcze żeglowna, jeszcze nieprzehandlowana
odcisnęła ślady wśród oczeretów
Tam i z powrotem
dla Krakowiaków i Górali
Sieradzan i Mazowszan
Kujawian i Pomorzan
moja dusza wypłynęła na odwieczny
lechicki szlak
jakżesz miałbym się nie podzielić
z wytwórcami dóbr wieczystych
i ich sługami wśród pobożnych kupców
słowem czerstwym jak pajda chleba
Ja – niebieski flis
coś więcej wiozę jeszcze
niż tylko
dorobek, urobek i zarobek
więcej niż tylko
zbytek, zachowek i zastaw
ja wiozę nadzieję dla przyszłości tego dobrego bytu
trwania w bezgrzesznym szlachectwie i pokoju
wracam z bogactwem złotowiecznym
tradycją co nie zwietrzeje
oliwą na rany narodu
tą rzeką miodem i mlekiem płynącą
przez kraj pięknym czynem stojący
od aniołów wynajętym galarem
wiozę relikwie wieszczów i wodzów,
których dzieła zaklęte na zawsze
w falach Wisły
bogactwo miarodajne
ten galar to kres tułaczki Eneasza
moja Tratwa Meduzy
>>>
Ta noc do innych
ten dzień do innych
ja w konaniu zórz
jak w liściach kapusty
zwinięty, zgnieciony
w samo południe zaćmiony
przebity myślą piorunem
zenitu podwójną belką spojony
z powałą siebie
sobą będąc w podwalinie
niechcący swoich potrąceń o lśnienia
ten zegar stary niby czas
nasłuchuje mojego chrapania,
które się nie wzbudza
bezsenność
w nocy innej
w dnia bezcennych den
szmaragdowych
somnambulicznych
ta noc do innych
odeszła
beze mnie
ten dzień do innych
potoczył się
z wnętrza mnie
a tam wahadło
wskazówki
tam bim bam księżyc
i moja waga równikowa
jak niebo całe
czarno-białe
ono jest już inne dla mnie
a ja
w zmartwychwstaniu
płód z Aquariusa
Orfeusz z Liry
tej nocy nadir
>>>
Maleją szanse
na spokojne wysłuchanie tej symfonii
bez oznak zdenerwowania
jedni z pasją poruszają smyczkami z łozy
i dmuchają w piszczałki z łyka
palta pozostawili w szatni za kulisami
drudzy szarpią kartki z kalendarza powiek
i targają siwą brodę partytury
ty nie wiesz jak wiele czasu
pozostało do finału
i te jesienne szczury biegające
wokół dyrygenta nawiedzone nie wiedzą,
nie znają stanu depresji i załamania w orkiestronie
ty znasz apogeum emocji
nawet na balkonach i w jaskółkach
cisza co kwili w obojach
światło co wibruje w waltorniach
w mózg przez oko wbija się fagot drewniany ostrzem ustnika
szczur jak kawałek pizzy niesie batutę do dziury pod chórem
a dyrygent aż przykucnął i płacze zraniony wewnętrznie
deszcze rozszalały się na zewnątrz
sieką w gzymsy i w kariatydy primadonn
uwznioślone – uściślone
po kraniec materii za okapem wzruszenia
wewnątrz łzy demolują już widzów ich loże i fotele
na kanapach zasypiają tchórzofretki roztargnione
pęka szklany sufit
gałęzie platanów wbijają się ze śpiewem, chóralnie
w środek sali koncertowej
jakżeż żywe i żwawe żagwie samotności
uosobione w zacięciu żniwiarza nut
snopy światła padają pod ciosami kontrabasistów
grzmi kurtyna malowana antycznie w kubistyczne mazy
jak bitewne pole ćwierćnut, alikwot i wielotonów
tremola ześlizgują się w kakofonię dysonansów
symfonia sera wykrzyczeń rozlicznych giermków kota
apel do historii powozów konnych błędnych kompozytorów
piłka różowa toczy się po schodach
tik nerwowy
tik konesera zmienia się w eksplozję jesieni
w mieście drapaczy i piszczałek
pa pa pa pi pi pi
wchodzi do opery szkocka orkiestra gryzoni
za piłką nocna zmiana maszeruje z góry do proscenium
na finał erupcji symfonii
flażolet braw nieosiągalny
euforia na wyjście palt i futer
>>>
Nakłoń swe ucho i oko do snu o modlitwie
nakłoń niebo i ziemię do konsumpcji twojego ciała
czy potrafisz?
twoje wielbłądy były obecne w karawanie Abrahama
a słonie solne w wędrówce wulkanu za Lotem
twoje sny były najpierw zwierzętami jucznymi
dopiero później stały się bolidami wyścigowymi
napisz ręką uzbrojoną wyłącznie w pochodnię
– przyszedłem, zobaczyłem,
pod tym znakiem zwyciężymy smoka ośmiorękiego
ręką uzbrojoną w wyrocznię i ręką skonsumowanego ciała
– modlitwą
i pojawi się węgiel z Polski na ścianie pałacu
Baltazara, Kserksesa, Nimroda
nakłoń nogi i ręce by szły, szły, szły
przesuwały paciorki, paciorki, ziarna kłokoczki – źrenice
nakłoń ptaki by odleciały nad beskidzkimi przełęczami
wzdłuż rzek na pastwiska niebieskie nad górnym Nilem
kiedy na wolność wyszedł twój pies Snofru
sąsiad w turbanie upierał się, że to wielbłąd pościgowy
a dokąd to? – powiedział
zdjąłeś go z czereśni i zawiesiłeś na płocie jak garnek
bezzębni gitarzyści robili swoje przed koncertem w Mekce
to była Mekka krakowska
strój imigranta – tors Planta
pieśń Skrzeka – mycka Niemena
fraza Zawinula w Rotundzie – rozbiegane oczy Kopacz-Dody na telebimach
to wymagało samozaparcia takiego jak w patrzeniach bilbordowych
głosowania w zawołaniach śródleśnych ostępowych
gdy powiedziałeś – kolor jest ważny dla mas
nikt już nie zliczył kart do głosowania
było ich tyle ile potrzeba do tarota
głosowanie na koncercie zastąpiły solówki i uderzenia
potem piorun z kolaski rozbił bolid turystyczny
nakłoniłeś ucho porannym szczytem
ale oko zaginęło we mgle
ręce i nogi poszły na zamek
a kopiec sturlał się do przedpokoju
postanowiłeś wyrwać myśli
wyrwać szybkie quady z szuwarów i oczeretów
by te mogły zostać nazwane charapuciami rocka na zlocie
uczucia zabębniły, gdy wielbłądy zrezygnowały z jesieni
na rzecz oaz
gdy w końcu ucho i oko nakłoniłeś do snu
ciało zniknęło w ustach aniołów
>>>
Świeże powietrze
jest absolut-nie
jak woda krystaliczna
w lód zaklęta
to jest środek na przedłużenie
na Ziemi życia
Atlantyk Grenlandia i ja a ach
to jest jak mleko absolut-nie
czystej świętej krowy
Pacyfik Aleuty i ty y ychm
to jest jak stado białuch
absolut-nie fantastyczne
przy brzegu nad łanem alg
łąki Grantchesteru
gzy i motyle zy le e ech
tyle ciszy ptasiej czystej
haust
zapach
to jest jej
El al El Al Al-hambra
świeżość cienia, wody i ogrodów
wandalska arabska hiszpańska a ach
niedaleko od Aleppo Damaszku
zamkniętego w europejskiej konstelacji
czyste pole egipskiej żydowskiej kontemplacji
i droga do Megiddo wśród zbóż
bum um buch
czyste wody El ja tu u uch
i el-Szejk szarm arm arm
czysty absolut-nie świeżopuch
i miękkodotykowy
porunny pogrecki jogurt
na Olimpie ie e ech
logiczny śnieg wśród chmur
zamiast absolut-nie
głupich eks-plozywnych bomb
niedopuszczalnych wszędzie
i upadnie absolut-nie
despota z Aszur
Nabuchodonozor zglinny
świata król
i wyłącznie po zażyciu
świeżego powietrza w kapsułce
bo to wino z winnicy życia
jest absolut-nie mocniejsze niż bomby
tak jak północnych mnichów napój
whisky z lodem
>>>
Jest czas na błękit
i wtedy mamy okres błękitny
jest też czas na czerwień
i wtedy pamięć nie wystarcza
nie jest tak, że coś krwawi
zachodem a inne coś umiera
lub gaśnie
wtedy nie mamy okresu czerwonego
jest czas na niszczenie
na oślep cięcie mieczem
jest czas na zabliźnienie
i chusty z oczu zdejmowanie
zawiązanej przez epokę i erę
wtedy mamy okres idealistyczny
jest czas na wstawanie
rano do pracy w bieli śniegu
i poranka jak martwy sen
wtedy mamy stulecie
Sagrada Familia
i Nationale Nederlanden
>>>

*Do wnętrza człowieka*
Jest takie miejsce w głębinie serca,
gdzie nikt z nikogo nie żartuje,
gdzie wyłączane są dźwięki ulubionych melodii
i ścinane riffy gitarowe
jednym ruchem ręki na gałce odtwarzacza samochodowego,
gdzie nie strzela się do wzlatujących z krzykiem
jastrzębi, nietoperzy i paralotniarzy
jest taka nisza w sercu, ledwo dostrzegalna
w poświacie cudu na tafli ciemnej wody
w promieniach zachodzącego słońca
blisko jego krańca
tylnej ściany ciemnego bytu
to praktycznie jest grota nad stawem
cała porośnięta bluszczem i dzikim winem
grota wyżłobiona mieczem ułudy
w skale wypiętrzonej w poobiednim ogrodzie,
który w sercu się rozrasta i kwitnie jak sielanka
dojrzewając od dzieciństwa owocami szaleństwa
tu u wejścia cichną głosy ptaków,
przemówień polityków i naukowych rozpraw profesorów
milkną karabiny maszynowe
glissanda i sprzężenia elektrycznych gitar
huk startujących bombowców i rakiet
staje się zupełnie niesłyszalny
jeżeli powstaje jakaś jasność
to zapewne nie z eksplozji nuklearnej
tak subtelnej jak neutronowa detonacja
tylko ta lekka poświata przypomina
promienie słońca wschodzącego nad atolem Mururoa
maleńką wyspą Herehereute o świcie umierającą
w miejscu tym tajemniczym
w tej grocie zapomnianej, czasem nieuświadamianej
kryje się tajemnica samego siebie
tak nieodgadnione są schody prowadzące do groty
że nawet aniołowie stąpają tam w zupełnej ciszy
zaglądający tu ludzie, wiatr i zwierzęta cichną na zawsze
tu osobnicza wolność objawia się światu
właśnie tu
i wstydliwa miłość bez słów
tyka gwiezdna bomba gotowa do termojądrowej syntezy
wybawienia? zagłady?
>>>
Ślad jest zapiski są
krewki dyktator dzisiaj
odrzuca wersję wydarzeń
i cóż?
jednak walec przemijania przejechał po stopach świadków
jest jesień przecież
takie jej prawo – puryfikować życie
stopy zmiażdżone pokrył mech a potem śnieg
wiosną odtają i odrosną
i owszem ale powoli
jest nagranie, jest nawet świadek incognito
krewki dyktator jak mechaniczna synogarlica
wzlatuje nad nim i krąży wydając dźwięk
ni to dzięcioli, ni to smoczy
nieudolnie naśladując drona pokoju
i cóż?
tymczasem liście spadają ogonkami na dół
jak zegary Dalego z żyrafy na mrowisko
liście pokrywają tych co nie przeżyli
więdną w oczach babcie ze skweru malarzy
bełkoczą zasypiający pijacy ze skweru Moniuszki
usychają w oknach rozstawieni agenci służb
niewyzwolone czkają w śnieguliczkach czołgi
a sztuk wyzwolonych liderzy czołgają się ku przepaści
kończy się zjazd i synod
demokraci grupkami przemykają ku stadionom łez
krewki dyktator zaprzecza pogłoskom o przemijaniu
i cóż?
czekając na śnieg wierzy w zmianę klimatu
jego czyny wydały tylko nadgryzione owoce gujawy
jego opuncje wcale nie wydały słodkich owoców
jego figi uschły przeklęte na zawsze
jego wszystkie owoce są teraz na czarnej liście
zaprzeczenia pożywności dowodzą żołnierze
zaprzeczenia użyteczności domagają się rzesze
wiatr się wzmaga mroźny
potwierdza zbytnią ekspansywność nieufności
rzesze bojąc się deszczu i wirujących słońc
rewolucji, zamachów, inwazji
okryte niemocą zmierzchu
udają się do domów nienarodzonych dzieci
jest niedaleko z martwych ulic do umierających domów
krewki dyktator ciągle dementuje fakty
i cóż?
choć nie chce ruszyć się z zastanego miejsca
miejsca przed kamerą historii
i udziela wywiadu pod pomnikiem z betonu
co nie przetrwa tej zimy
choć on o tym nie wie
ślady skute zimnem bezmyślności
zamarzają zmieniając się w grudy
i nie da się ich zimnem zatrzeć na żadnej z dróg
gdy stopy odrosną
dopasują się do tych śladów
krewki dyktator zlany deszczem łez
co jak zwykła woda spływa po policzkach
zamarza sam w krwawy sopel
potwierdzenia wydarzeń
i cóż?
rzesze lubią patrzeć na agonie dyktatorów
tak jak na krew
>>>
Kłótnie nad spalanym igliwiem
nie mirrą kadzielną
lecz pachnącym podobnie
miała być miła woń a nie jest
jest tylko nieznośny zapach ludzi lasu
ich kadzielnica uszkodziła ściany bazyliki
oto cały ambaras
są mocne słowa słabych mężczyzn
odurzonych dymem
kwilenie zaszczutych organów
podzwonne dla sygnaturek
i kompletne już zmieszanie po środku głównej nawy
pielgrzymów i żebraków nie ma w jej wnętrzu
starszych pań też
usunięto szopkę, żłóbek i grób
ołtarz z tabernakulum przesunięto do nawy bocznej
by zrobić więcej miejsca dla wymiany poglądów
kadzenia totalnego i pełnowymiarowego
oto wchodzi orszak
prawie jak procesja
całkiem jak bizantyjski aczkolwiek republikański
kroczy przez środek kościoła
baldachim na czele
prawie procesja rozdziela kłócących się zaciekle
zapach z kadzielnicy nie zabił nawet muchy
zapach nie zabił fetoru z przybyłych podsądnych i sędziów,
gdyż rozbujano emocje bardziej niż kadzielnicę
więcej mężczyzn do niej potrzeba
pod feretronami politycy
na feretronach też
pod baldachimem fałszywy biskup bez monstrancji
i cesarz racjonalnej Europy
zażenowane witraże stopiły się jak wosk
nawet dzieci w komeżkach uciekły za mur
jest dzień wyborów
beznodzy żebracy powstali i kręcą filmy
przed frontonem kościoła
maszkarony i chimery gotyckie ożyły
wyjęły smartfony z uśmiechem
dla świętej sprawy oświecenia
jak flesz grom spadł z jasnego nieba
spory i wybory w Polsce
decyzją mistrza kolegium
przeniesiono do pobliskiego centrum dialogu
zadymiona bazylika odzyskała sacrum
>>>










W takim ty
w takim ja
ty i ja to mgła
dzisiaj
– i jutro
po dniu wolnym kolejnym
dzień kolejny nieznośnie wolny
twój niecierpliwy
moja jedyna
– i jak ja
nieznośny
moje ty
dębolistne serce
w żołędzio-senne
popołudnie złud
podajesz mi twardy dowód
siebie
tabletkę przeciwmgielną
kora twojej choroby jesiennej
mój pień słowa – na zdrowie
ty – i ja w nim
moja wola wolna
twoja wola wolna
po woli wrastamy
w trzeźwe i radosne my
w jasne słońce
wyrastamy ponad ból i mgły
w takim nieznośnym dniu
– jak ja
skryci w oparach swych szarych dni
ogołoceni z wszystkiego
lecz wśród tysiącletnich pni
takich tylko naszych
– ja i ty
>>>
Świat jest taki różnorodny
Bóg dał go ludziom
w tysiącach kolorów i milionach ich odcieni
w gatunkach zwierząt
w roślin rodzinach
w wiosnach i w pełniach
w szmaragdach i marmurach
iskrzących się lodowcach o świcie
w purpurach zachodów słońc nad oceanami
w jaskiniach u stóp niebotycznych gór
zawilec jest strojny dzisiaj jak Salomon
a najeżka bardziej napuszona niż Putin
surykatka bardziej poważna niż Tusk
i dumna bardziej niż wtajemniczony prezydent Francji
zaskroniec bardziej nabzdyczony niż mułła Ohmar
a modliszka bardziej śmieszna niż Barak Obama
Człowiek zmierzył się ze światem
bo taka była wola słowa przed czasem
taki był nakaz stwórcy cząstek
człowiek dzielnie zmierzył się ze świtem cywilizacji
i stał się panem różnorodności
och, gdyby zrozumiał
że jest tylko zbiorowiskiem cząstek i kolorów
a źródłem wyłącznie humorów i dąsów
może w głębi jestestwa swego
wzdrygnąłby się na samą pierwszą myśl
i nie wynalazłby dziennych
trzystu sześćdziesięciu pięciu sposobów
na torturowanie i zabijanie
roślin, zwierząt, krajobrazów
i ludzi
>>>
Szydzą, potrącają, plwają w żebrotwarz
ponaglają, oszukują, zabijają myśloprawd
w demokracji niedoczas
wciąż dominuje męski i żeński czynnik niemocy
w mikrospołeczeństwie pierwokupuvinculum poprawności niecnej
jeszcze trwa reintrodukcja homosovieticus w cyrkacharenach
meta wioski, meta miasta, meta państwa, meta człowieka
skrawki postczłowieczeństwa wilcze wychodzą z gettbanków
nad nimi niebotyczne kuksańce chmur czarnych w pioruny
piorunów propagandy w samotne drzewa
drzew korzeniami pogardy w sumień podziemia
żarłacza zęby, płetwali fiszbiny unicestwiają makrowioski modlitw
takie same jak w ustach komentatorów mocy
ledwodetektowanej na forach
powstają z materii siły bezwładnej
indukują nieludzkie tętna w ludzkim galopie dni
świadomie zaniedbują patriotyczne pogłaskania noworodków wiary
zanim świt zapieje jak kur prawdydnia
nad odrodzoną narodowym ugorem przewalonych skib w grudy
zanim wzejdzie słońceoświecacz nieludzki
knot wypali dziurę w twarzy
freon rozpłynie się do reszty w ozonie niemocnych dzieci
oby nie sczezły miałkie herbatniki snów o człowieczeństwie jak zorze
zanim w śniadaniach płynnychofiarach zanurzone zostaną
jak w wizyjnym opiumdymu języka ukryte
szydzą, plwają do herbaty na w ekranach
po żołnierskiej zaprawie ogłupiałych żon
padają i wstają dziarscy jak dumni mężowie
zagrożone tarpany i konie Przewalskiego
rżą chociaż już wiszą
jak posolone na płotach połcie mięsa
ledwo skrawki komunizmu wilcze
schnące w atomowych rozbłyskachmirażach
blaskach trzygłowa ostatnich
>>>
Ale kulturalna aluwialna niecka
niby nie terrorystów
a tuż za płotem pałacu awangardy
sztuka zmiażdżona
basen pełen krwi
ale prorocza kulturalna mozaika
niby nie panteistów
a na posadzkach i w oknach salonów
w duszach galeriowidzów
płomyki piekielnych mocy
choć jest niedziela w każdym wymyślonym pojęciu,
gdy pelikany piątku przebijają piersi każdemu z nas
a kamień szlachetny na czole wodza snów
za życia skamieniałego
rzuca światło na drogi splątane
pomiędzy pylony, w arkady grobowców
na nosy narodowych mumii
ale którędy wyjść
z matni labiryntu mamony
zwanej współczesną kulturą,
gdy inscenizacje kompilacji nie są przekazem
a śmiercią idei,
gdy tandetne obrazy niweczą kolory prawdy,
gdy słowa nie zmieniaj się w gesty głów
ale plemiona rozbrajają śmiercionośne ładunki
i nożem milczenia miliardów
unicestwiają sztukmistrzów rody
>>>






Kawalkada serc, dłoni, stóp, warg
rozmyślna akupunktura dyrygenta
on jest dzisiaj jeźdźcem w oratorium
słuchacze w operze płyną
na żaglowcach żyrandoli
wiszą uczepieni want spojrzeniami
z oczu wczorajszych
ręce drżą, stopy, wargi i serca
ich kawalkada dudniąca
rozbija kandelabr jeden po drugim
wraca do ciał jak tupot do butów
jętka w żarówce to świst batuty
jeden kręcący bączka wodny pająk
zamarł w kotle i basie
w kisielu waltorni topik wąsaty ożywa
błędny rycerz z harfą nadjeżdża stępa
pobija bębenek bileter
kawalkada pikadorów
i szarża byków przed matadorami
galop i skok, kłus, kłus, galop i skok
galop z cwału, cwał z galopu
trzęsie się oniryczny zestaw filharmoników
ktoś porzuca bombę atomową w jaskółce
by zagłębić się w programie
jakiś giermek pali cygaro
pod wiatrakiem w foyer
a żona jego w akcie cała
wszyscy wstrzymali oddech
gita gita gita gita uff guitarra
antrakt nadchodzi jak pierwszy Gupta
odliczając od jedynki do dziesiątki
odszczepieniec Sikh z rodziny Brahmy
na byku powraca ukwiecony
sam byk kryształowy jak arabska cyfra
pomiędzy ćwierćnuty wpada szerszeń brat
Mahabharata mruczy
z pomiędzy much świetlika wylatuje owocarka
pomarańczarka i koronkarka śledzą lot
a światło przygasa delikatnie
jak w kinie krnąbrnych reżyserów
jest przedpołudnie wieku kantaty
kończy się jedna z wojen w ósmej scenie
dzieci zabrały partytury i rzuciły w kałuże
dzieci na pięcioliniach warkoczy
ustawiły babki z piasku
na rynku jak na plaży
przyjechał pociąg niebieski z drewna cały
konduktor nosem podkreślił vibrato
by zniosło fraki nieco w lewo
i smyczki w prawo w skos
brygada pająków zawisła nad proscenium
zamiast arek, zamiast lamp i żarówek
pajęcze jaja
batuta spada pierwsza
jenerał karczmarz do dygającej
– śmiało bezbłędna pani
dokończ młotem wariację, scherzo,
staccato-memento
oto jedność dźwięku w oazie całunu
oto jedność nacji klarnecistów i primadonn
w powtórzeniu melodii
by w finale wybrzmieć mogły
same ściany filharmonii
skażone marzeniami fiakrów i odźwiernych
w uprzężach pajęczych na zawsze
i byków umierających w orkiestronach
nocą
>>>
Nie ma takiego czasu,
który zwie się wolnością od płaczu
i raczej nie ma takiego czegoś
jak szansa na stworzenie rozkoszy ciągłej
jeśli już, to razem z pozaziemskością łez
z nie martwych westchnień
i oaz życia spazmów
Nie ma takiego czasu,
który zwie się wolnością od płaczu
ani nad rzekami gór
ani pod szczytami fal
ani na wysokości pełzających chmur
ani ich odbić w wodzie lewitujących
z nurkami i alpinistami euforii
z gdakającym jak kury murem stanu
rozsypującym się w propagandę rumowiska
zbudowanym z ulepek pychy i radości nacji
z tortury i czyjegoś prowizorycznego bólu
Nie ma takiego czasu,
który zwie się wolnością od płaczu
nie ma upływu czasu w kostkach przestrzeni zmurszałych
co zwą się wolnością od krągłych łez
jak fale i lotne sny
zebrani uniesieni ptasi
przywódcy
dają się powiązać i zaprząc do czasu
ale padają w wyrwach ozonu
nie sięgają orbity rozkoszy
nawet, gdy robią to dobrowolnie
dla gwiezdnych, psich i ludzkich przesłań
nawet ładunków wolności
a jeżeli sięgają już zenitu
to razem z pozaziemskością łez
>>>












Stan ducha
– jest taki stan nacji
dowiemy się gdzie i kiedy?
gdy demokracja w fajerwerk się zmieni?
a serce – tak, serce
nie wie gdzie jest niebo
stan ducha więc nic nie jest wart?
to rezerwowy strzał rezerwowego strzelca?
rakietnica – zwą ją też władz szubienicą,
gdy głębokim jarem podjechała konnica
– a ktoś powiedział – tam na blankach błyska
kobieca pierś
– dajmy spokój – wracajmy rzekł inny
ona była wolnością
– sztandar zwinięto
wystrzelono flarę, rakietnicę odrzucono hen
– wpadła do jeziora
teraz jest Ekskaliburem i Świętym Graalem
demokratów
jeźdźcy odwracają głowy
by patrzeć na gwiazdy fajerwerków
w biały dzień
wieszają królów zanim zrobią to
z rewolucjonistami
to stan ducha – jaki stan? jaki duch?
w gracji, w uśmiechu, w dyganiu
umiera demokracja tak jak kiedyś monarchia absolutna
boskie słowa – popędzanie koni
szarpanie za lejce, wodze i uzdy
mierzwa poprawności pozostaje z sądu i zamku królewskiego
przed tąpnięciami puszcz, tronów i parlamentów
które zapadły się w sierść turów wymarłych
a małe bruzdy – to grody, wały i palisady
dzikie oczerety szuwary ostrowów chłopskich
a blanki? a mury?
taki stan Wisły nie rokuje urodzajnego wylewu
a śmierć w Wąwozie Somosierry
jeźdźcy wracają – nie będzie szarży na szczęście
stan ducha jest jak festyn?
ot szczęście, zwykłe szczęście
dzisiaj nikt nie będzie ginął za burzycieli kościołów
nie rozbłyśnie ta pierś jeszcze raz
umarła wolność w ciała bezwstydzie
a stan ducha?
>>>
*Hydropraca
Pracuj wciąż nad tą rzeką języka
jak Luwijczyk pralingwista
nad przedeuropejską Odrą (Drawą Wkrą i Obrą),
co płynie jak Odrava, Oder, Dore, Eder i Adur
uderz w c-dur smagając wodę wierzbową witką
szarp struny strug
zanurzaj czas, ręce i twarz
w scytyjskim Dunajcu (Dniestrze),
co płynie jak Dun, Dunaj i Don
pracuj bez podśpiewywania
nad gockim Bugiem, co płynie jak Boh
bez kajdan, pasiaków, oskardów i młotów
i tego wszystkiego co oznacza klęskę
jak jeden dzień życia słowem
jak jedno słońce z Mgławicy Żeglarza
jak jeden skulony w kuczkach polarnik
z dziennikiem obserwatora
wpatrzony w zorzę zmienną gasnącą
jak w pracę codzienną
nad dosadnym zniewoleniem oczu
przez brak kolorów materii, ziemi, serc i praw
pracuj nad tą rzeką gwałtownych wirów idei
wyprzęgając i pojąc konie
w celtyckim Sanie (Sannie),
co płynie jak Shannon, Saona i Seine
opatrując galijski wóz z kołem anatolijskim,
gdy księżyc neolityczny w jej toni nie tonie
jak ciężar zawieszony na łańcuchu
potężnego dźwigu cywilizacji
księżyc się przegląda w lustrze tafli czarnej
a ty chcesz go zagarnąć
motyczką budowniczego zigguratu
księżyc się pławi w wolności plemion
pluska jak ryba po zachodzie słońca
a ty zniecierpliwiony jego milczeniem
zarzucasz lasso chybione
zrzucasz cudzą winę do rzeki
podnosisz swoją wolę do wymiaru wód pod sklepieniem
wolę posiadania wolności wszystkich języków i słów
pracuj nad tą rzeką przeznaczenia i wygnania
słowiańską Wisłą (Wisłoką i Wisłokiem),
co płynie jak ślozy pierwszych i ostatnich ludzi
nawet bez lutni pracuj rękami dwiema
na klawiaturze serc,
gdy rozum pragnie omamów przeszłości
i wszystkiego co ulotne i nie ulotne,
co śliskie i pławne a niejadalne,
co spada jak noc czerwoną chustą w Cezarei
zakrywając amfiteatr i akwedukt
kanały irygacyjne, poldery
i wiszące ogrody w Babilonie,
by uprawy i zwierzęta mogły zdążyć
na ucztę życia,
gdzie śmierć jest posiadaniem pełnej władzy
nad pożywieniem
pracuj nad tym, co nie jest jej zdobywaniem
i płacz nad rzeką, płacz, tak lepiej
wszystko płynie owymi rzekami pamięci
właśnie jak łzy pramatek, praojców
wsłuchaj się w ich głos w Wiśle
może ty pierwszy wejdziesz do tej samej dwa razy
ludzie przemijają, tylko słowa pozostają i rzeki
koła-prasłowa na niespokojnej powierzchni
– jeden, dwa, trzy, dziesięć
>>>
*Jak sen wróżbity*
Stare źródło pulsuje nowością
jak sen wróżbity
ta moja Polska
jak Chlodwiga Rem w Reims
jak Ren Świętej Kolonii w Tours
jak sen wróżbity
ta moja Polska
jak biały ren z północy
nad Odrą we Wrocławiu
jak esoes aloesu w Ezgotarium w Sosnowcu
dziwny t-Ren, dziwny d-Ren, dziwny P-sen
ratunku – ratunku – ratunku
Polacy już nie tacy jak dawniej
nie służą Karolingom
tylko ludziom ze Wschodu do zmierzchu
nowe źródło polityki pulsuje jak woda
w turbinach jeszcze gomułkowskich elektrowni wodnych
źródło pulsuje, gdy serce okazuje się
niezbywalnym dodatkiem do diademu myśli
a wciąż nad odtwarzaniem
góruje zamek klatki – ranny raniuszek
jak sen wróżbity
ta moja Polska
a drzewiej bywał Niziołek Podolski
Piastun Wisza na gadającym drzewie
drzewa wychodziły ze wschodnich lasów
kroczyły przez mokradła
przekraczały Bug jak Don a potem Ren jak Bug
niepokoiły legiony pogromców bestii,
w które stapiali się rzymscy bogowie
w Austrazji i Neustrii
żadnej zapory nie było
żadnej turbiny na Renie
i była faza błogiego snu
jak Pepina Rawenna cichego
silniki pracujące było słychać w autobusach
jadących z Wrocławia do Saarbrucken
każdy pasażer wiózł ze sobą mech w trzewiach
i źródło, jakie miał, jakie zabrał
a źródło pulsowało
lodem, ogniem, światłem, echem
jednakowe drogi, jednakowe łany
z glacjalnych zboczy ześlizgiwał się mamut
w sylogizm odrębnych prawd
w przepastne ludzkie usto-jassskinie
woda zabierała nasiona dębika ośmiopłatkowego
i niosła Renem do Reims
a w Dunajcu, a w Wiśle, a w Brynicy
ukrył się Niziołek nadrzewny
gdy sen nie nadchodził wyjął korki ze stawów
zwał się Kacprem podziemia słów
zmienił się w robaczka świętojańskiego
gdy na brzegu obsechł
stracił światło chemiczne
zaczął pulsować ideą własną
w karolińskiej winnicy-duszy rannej
jak sen domarada z Brennej
ta moja Polska
>>>
Jadą przez świat
jedwabiście nieistniejące parowozy snów
gdyby jeszcze mówił malamut do husky
ależ skarbie – toną – one toną
one niedźwiedzie białe, nasi bracia
to przez bar, stront i freon
jadą przez świat
jedwabiście nieistniejące wagony snów
słychać gdakanie paru a potem wielu
kur w klatkach z cegieł pukanie – puk puk
barbakan-kurnik odpowie – buch buch
i po kurach świecących
to mosiądz, aluminium i pieniądz winien
jadą przez świat
jedwabiście nieistniejące parowozy snów
gdyby jeszcze władca mówił do maluczkich
one ludzkie istoty toną w mgle kolorowej
bracie cyklotronie, parowozie, transformersie
to przez sny radioaktywne giniemy
>>>
Pewien zadufany drwal
powycinał w pień malwy zdrewniałe
malwy wysokie – polskości semafory
pozostały zranione łodygi
kikuty drogowskazów rozstajnych
i kolosalne rośliny zwalone wśród róż
drwal upadł na kolana wśród pól
nasiona rozsypał wiatr
krew wypłynęła z płatków
drwal przyjął srebrniki od grud
wziął sznur – przepasał się
i owinął słomą by udawać chochoła niewiniątko
ale malwy martwe znasionwstały
pewnej pomrocznej wawelskiej wiosny
odpolonizowały zrusyfikowany krajobraz
Wernyhora z dworem jeszcze wypiskuje proroctwa
głosem sikorki bogatki wyklutej w inkubatorze
wykarmionej sztucznie na lekcjach w technikum leśnym,
że jedyny prawdziwy jest wschodni horyzont narodowy,
że reszta jest pomalowanym ćwierkaniem sztucznym,
kląskaniem, popiskiwaniem klepaków
ścianą wulgarnej galerii w malwy malowaną
zaśpiewem i głuchym rąbaniem farb w pędzel
dudnieniem kolorów w płótno zmurszałe
kolorów zaczerpniętych ze świata podziemi
a lirnik z Tęgoborza wzywa pod sztandary
drwali kwiatów prawdziwych
nikt nie wspomina wolnych Drewlan
zmasakrowanych jak płatki letnie
przez fałszywych świętych świecących jak topory,
którzy nie ożyją jak malwy
wśród chat Wiślan i Polan
łagodnych ale twardych poranków wieczności
>>>





Prodiż wypiekł ciasto
dzieci się zbiegły
małe brzdące – jak zwał, tak zwał
kicające wszędzie
teraz już z plackiem pudełkiem kwadratem
rozbiegane oczy w pokoju
pokój za duży na małe stopy
na placek ani tyle
na drzwi pochlapane lukrem
dla niepoznaki w sam raz
prąd w cieście już za nimi
i korytarz i schody
biegną dzieci łąką
zapadają się ze smakiem
rozsiewają okruchy jak pyłki wyczyniec
ptaki zbierają okruchy w śladach
miękka ziemia powstaje
unosząc maślanki jaskrów niezapomnianych
dom w napięciu czeka jeszcze
a dzieci za wzgórzem
pies czeka z łapą
za późno na kość
wieczór już
ślady całe powstały i poszły
okruchy wydziobane odleciały
księżyc samotny doczłapał
do budy i do wejściowych drzwi
wszedł do domu
zapytał – gdzie macie kuchnię?
cisza, tylko przewód zaiskrzył główny
pusty prodiż zdradził ciasto
z prądem
zapłonęła noc bez dzieci
one z rozkoszą rozbiegły się
po wszystkich okolicznych kontynentach
księżyc stary ratownik
wyłączył pusty prodiż
i za chmurą zgasł
>>>



Wielki nastał wiatr
porywisty i dziejowo pokrętny
zderzył się z miastem i tłumem
lecz z głów kapelusze i kaptury
zerwał jeszcze bocian agnostyk
lecący od okrągłych Gór Stołowych
już wczoraj przybyły z Nirwany
wcielony inaczej – radiowo telewizyjny
wiatr nastał wielki
ci z różańcami i rozwianymi chustami
wytrzeszczyli oczy zdumieni
jak to odwieczne owieczki
ci z pistoletami w rękawach
wkładając papierosy do ust
odsłonili spróchniałe zęby
jak to poganiacze stad
świece uniwersyteckie pogasły
jak dusze zakłamywaczy
ogniska co odżyły bezczelnie
na szczytach Gór Apostackich
wiatr pogasił wielki od przełęczy
na skalnym Ateiściu
zapiszczała kurcząca się tradycyjna bieda
zakumkała żaba niedoodczarowania
ostatni raz
w ciemnościach szelest drzew
poprowadził regimenty regli strażniczych
ku dolinom uśpionych krzyżowców
zaklętych w płótnach barokowych malarzy
w ołtarzach głównych
wiatr po raz pierwszy
od wielu lat naprawdę święty
dotarł do wszystkich miast
przy traktach królewskich
stłamsił błędne ognie przedmieść emocji
nad bagnem w śródmieściu prawdy
rozwiał tuman zapiekły
zajaśniały wreszcie odkryte uniesione głowy
>>>





















Zryw – pasja
zryw – jakieś nadzieje
zryw – pensja
zryw – ugryzione jabłko
smak,
gdy grzmot – uderza piorun
jesteś w akcie drugim
mięso i kwiat
jak słowo – zarzut,
gdy klękasz piorun – przed tobą
– słychać grzmot z daleka
pasja jak jeździec
kolumna pod wielotonowym blokiem skalnym
ociosanym kiedyś – jak
blok skalny na pochylni – tak
mózg pochylnią gwiazd
kolumna – wymarsz – gniazdo
w świątyni zwięczenia pierze – i
akurat korona
jak słowo – wyrzut
pasja na kolanach
miękki – słodki – kolorowy
a do tego pachnący
jednooki jednorożec jednoręki
flotylla – słowo – piasek plaży
podryw – słowo – zrzut
na gniazda olimpijskie Inuitów
na Gotlandię Gotów
na kasyno Czejenów
na język Czuwaszów
zryw – w kierunku – w kierunku
poćwiartowany człowiek rozsyła
siebie samego – taka historia
zryw – kosmos – wyrwa
– jak brak głowy
a do tego – jabłko ugryzione
piorun – jakieś nadzieje
>>>

Ten dzień nazwę dniem skali,
gdy jej oczy nie były oceanami
lecz wtedy leśnymi stawami
w takiej skali numer jeden
jest porywem spojrzenia co nagina dąb
a te dwa dni z nią rozmyły postrzeganie
wygasiły patrzenia w sedna
pradawnych puszcz i ciemnych wód
Ten dzień nazwę dniem skali,
gdy jej piękno nie było ciężkie
w gorącym uścisku serca
jak scherzo i capriccio ważki
leśny chwiejny jego krok
przez rzadki mech i rzęsę ze złota
oczeretu kawalkada pędziła przed nami
a za nią jak puch
skala numer dwa
meandry mnogich pouczeń promieni
niezrozumiałych dla trzcin
Ten dzień nazwę dniem skali
w takiej skali numer jeden
jest stawem, który odbił się
od lilii i uwodzenia na zawsze
słonecznego piękna wśród drzew
odbił się w gorącym uścisku serca
>>>

Odwrócony orzeł
odwrócony stołek
przewrócony stołek
po kiblowych procesach
ostatnie rzezie kończą krwawy dzień
minister ociera spocone czoło
teraz już w kraju nastanie spokój
wreszcie ich nie będzie
to ostatnia lista zdrajców
to punkt zwrotny
a jednak
to punkt martwy
w dziejach Polski
orzeł nie patrzy
na sądowe mordy
komunistycznych dygnitarzy
wzrok utkwił
w podziemiu
>>>
To już tyle lat solidarności
a słowo – nie ma
ciągle nie traci na wartości
straci kiedyś? być może?!
czaszka odnaleziona po latach
jakich? czyja?
ma właściciela?
wieczne odpoczywanie
głowie
myśli to nie nagrobek dla niej
ale popatrz, żyją wciąż!
na pomnikach i tablicach
wyklętych zakatowanych
ale czy są dla ich sprofanowanych ciał
miejsca na cmentarzach?
>>>


Wyruszam ze strachem ale i nadzieją
wiszącą kładką
na drugą stronę kanionu
zwanego z góralska
Przełomem Dunajca
na ramieniu niosę pisklę jaskółki
– cały drżę
smok jak orzeł przelatuje nad głową
chce wyrwać mi laskę i latarnię
chce porwać bukłak z winem
chce zabić jaskółczą dziecinę
gwiazda świtu spadająca
z wymarzonego miejsca na firmamencie
pęka na niebie jak bańka mydlana
jej fragmenty jak iskry spadają na głowę smoka
przepalają jego błoniaste skrzydła
i bestia wali się na Sokolicę
to nie jest gwiazda
to zepsuta posowiecka stacja kosmiczna
ze zmumifikowanymi ciałami zauralskich kosmonautów
Tatarzy atakują w tym czasie pieniński zamek
używając strzał i chińskiego prochu
chiński proch dobija chińskiego smoka
królewskie wdowy i białe zakonnice
wzlatują wolne ponad wapienne szczyty jak gołębice
niosę jaskółki córkę do Czerwonego Klasztoru
dziś jest tu muzeum czechosłowackiego komunizmu
zamienione w sanktuarium wolnoflisactwa
i nikt za chińskiego boga nie wie dlaczego
przechodzę ponad spiętymi czółnami
i kajakami z plastyku
płynącymi w mętnym nurcie
dziejów niesfornej rzeki
wszystko kołyszę się pod stopami
i powietrze i deski i poręcze
wszystko, co znam
wszystko, co widzę
wszystko, co czuję
i oryginalne serce kołysze się
śmiertelnie niezmierzoną przestrzenią zagrożone
gdy patrzę w przód
gdy patrzę w bok widzę, że
dziecię uśmiecha się do mnie
już nie jest jaskółką i mówi mi, że
zna historię chińskiego boga
i polskiego opata latającego na smoczych skrzydłach
nad nefrytową górą
bo jest potomkiem pierwszego człowieka,
który zawrócił z Ameryki
w Chinach nazwany Potomakiem Indusem,
co znalazł drogę północną
zanim wody się podniosły
odcinając odwrót
przejdźmy jeszcze raz na drugi brzeg – rzecze
zanim wody się podniosą w Dunajcu
o osiem metrów
zanim pęknie tama w Niedzicy
zanim spłonie od błyskawic ta niepewna kładka
przejdźmy nad Przełomem ostatni raz
i tak wraca on z wygnania do Chin w Europie
a ja wracam do Słowian i Szwabów
do arki rasy niesmoczej
do domu ludzkiego
refugialnego
>>>
Zewsząd narzekania
stracisz to i tamto
będziesz pił i jadł
nadaremnie
stracisz cokół i rakietę
w perspektywie teleskopu Hubble`a
jest taki dzień, gdy
traci się wzrok
jest też dzień, gdy
zyskuje się szkła polerowane i kontaktowe
nie narzekaj więc za wcześnie niecierpliwie
jak czerwony olbrzym na białe karły
jak galaktyka na gwiazdozbiory niejawne
jak jasno oświeceni w kinach
na ciasnotę umysłową szerokich warstw społecznych
tylko skup się w lądowniku modułu
przy okularze wziernika
iluminator z luminoforem nie kłamie
obrazy w bulaju ziemskim nie kłamią
jesteś wybrańcem tłumów
zobaczyłeś to pierwszy
bogowie mediów są sceptyczni
ale co to za bogowie wyciosani z technologii
bez imperiów pozaziemskich zaledwie stratosferyczni
zawieszeni na jakichś chmurkach
ponad szczytami gór ledwo ośnieżonych
na jednej łajbie orbitalnej kołysani mniemaniami
weszli w ruch obrotowy z orbiterami
krążą wokół czegoś czego sami nie stworzyli
patrz, jak się wzorcowo traci prędkość i wysokość
A ty powiedz –
nie będą indyjskie słonie
patrzeć nam w oczy podczas ablucji
nie będzie baktryjski lew
łypał na nas jak na Roksanę
nie będą dekańskie krowy
zastępować karolińskich świętych
my narzekając na osy i psy
rozczulimy roboty rustykalne
lecz myślące od czasu, gdy
bogowie chmurni przestali myśleć
a nawet istnieć
A ty wiedz –
gdy Sokrates umierał
cykuta stała w dzbanie
na centralnym miejscu Agory
jak wino w Kanie
przynieśli ją tutaj jednak niewolnicy
A ty zrozum –
człowiek zrodził się z przestrzegania innych
przed groźnymi przedmiotami w przestrzeni
jak prawdziwy Duch
i z narzekania nie na brak jadła
ani świętego spokoju
ale brak prawdziwego Boga
w politycznej perspektywie Hubble`a
>>>


Głogi jak czołgi na przedpolach
naszego miasta zamarłego ze strachu
przed mroźnym powiewem zimy
rozpalają silniki
gotują pociski burzące spokój
twoja twarz jak owoc róży
twoje ręce jak pędy tarniny
zastygłe w gestach z przeszłości
twoja sylwetka kołysze się lekko w oknie
właśnie sójka odleciała
unosząc w dziobie czerwony pocałunek jesieni
jej krzyk zabrzmiał jak larum
ręce się poruszają, usta rozchylają
gestem przyzywasz mnie
mój czołg sunie powoli na gąsienicach chłodu
ośnieżony skręca w twoim kierunku
jest coraz bliżej
kolczaste zasieki z książek i serc
nie zdają się na nic
koncentracyjnych przedmieść wczorajsze bastiony
padają pierwsze
głogi i róże splątane bitewnym wichrem
nurzają się w białej zamieci rozszalałych pretensji
by po chwili stać się jednym płomieniem
jednoczą się w koalicję przeciw zimie
miasto miłości znów triumfuje
w cierniowej koronie
na pewno przetrwa do wiosny
>>>


Wzburzone wody płodowe zerwały pępowinę
zatopiły i odcięły od Stwórcy
wewnętrzny świat
chcę być jak arka patriarchalna
dla jednego chociaż wylęknionego
małego smutnego ptaka
zwiastuna przetrwania
lub zmartwychwstania rasy umarłej
i domu ludzkiego
Europy obrońców
każdej spragnionej życia
cząstki
aminokwasu
tchnienia
uczucia
myśli
nadziei
wznoszący się
książę wśród lilii
po potopie śmierci
>>>





