2026






































































































https://ridero.eu/pl/books/dodajcie_do_cnoty_poznanie/

Alek Skarga „Dodajcie do cnoty poznanie” (recenzja)























































































































jskiej muszli koncertowej do siatki na enerdowskiej granicy























Poezja, z racji krótkiej formy, mogłaby się wydawać konstrukcją łatwą. Nie jest to jednak prawda, jeśli weźmiemy pod uwagę, że w niewielu słowach chcemy zawrzeć przekaz i poruszyć czytelników. Alkowi Skardze ta sztuka jednak się zazwyczaj udaje. Jak prezentuje się pod tym względem jego najnowszy tomik pt. „Nie zna snu blask”?
Alek Skarga to urodzony w Dębicy absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego, który debiutował w latach 80. w Zeszytach Naukowych Koła Polonistów UJ. Już od szkolnych lat tworzy niezależną poezję. „Nie zna snu blask” to kolejny zbiór, który wyszedł spod jego pióra. Już sam tytuł tomiku jest intrygujący – nie inaczej jest w przypadku wierszy, które również charakteryzują oryginalne tytuły.
Zacznijmy od utworu pt. „Echem słońca tęsknota”. O czym jest ten wiersz? Może o miłości, o przemijaniu, o tym, że nie zostaje po nas nic prócz mgły i cienia. Bardzo spodobał mi się utwór „Westchnięty (strona wierna)”, pełen klimatycznych epitetów i porównań. Skarga chętnie sięga po dorobek kultury z różnych jej okresów. W „Bólu na bezludziu” wspomina o Balaamie ze Starego Testamentu. Autor nie boi się przy tym zestawiać biblijnych zapożyczeń z tymi pokroju: „zgnieciony jak puszka strachem i napojem z piołunu gorączki”, wspomina też pandemię. Jak widać, wiąże ze sobą wiele wątków.
Alek Skarga nie boi się sięgać po trudne i złożone zwroty, jak w wierszu pt. „Dni bez wojen”: „Twoje bezkresy w modlitwach asekurują upadki świeczników wyzwoleń”. W takich momentach poezja wymaga od nas maksymalnego skupienia i próby zrozumienia, czytania pomiędzy wierszami i szerszego spojrzenia. Doskonałym przykładem na to, w jaki sposób autor bawi się słowami, jest wiersz pt. „Na całej połaci łez”. Mnóstwo ciekawych porównań dostaniemy z kolei w „Nagłej ciszy zdrady”: „różowe papierowe wstążeczki wijące się jak padalce nagłej ciszy zdrady”. Na wyżyny słowotwórstwa poeta wspina się w „Alienacjach wprost człowieczych”. A to tylko kilka wybranych wierszy.
Jak zwykle w przypadku Arka Skargi również temu tomikowi towarzyszą zdjęcia, które są dość klimatyczne. Widzimy na nich ludzi wykonujących codzienne czynności, architekturę czy naturę. W połączeniu z wierszami całość wypada spójnie.
„Nie zna snu blask” to poezja dla osób wymagających, poszukujących niecodziennych porównań, czasem trudnych słów, a innym razem – głębi. To z całą pewnością rodzaj uczty intelektualnej. To poezja, która wymaga skupienia, uwagi. Żeby w pełni ją pojąć, trzeba dać sobie czas na kolejne próby zrozumienia. Nie warto się spieszyć. Poezja ta bywa niełatwa i wymagająca, ale z całą pewnością warto po nią sięgnąć.
Autorka recenzji: Monika Matura
Tytuł:„Nie zna snu blask”
Autor: Alek Skarga











>>>

































































































































































































































Ze względu na was – 2021 – Alek Skarga — Ridero


































































































*Tyjesz* Ty
jesz
bije
zegar















Gwiazda poranna wzejdzie w waszych sercach – Alek Skarga — Wiersze z 2020 roku autora, którego twórczość nazwana została kiedyś „poezją rozdarcia posierpniowego”. Zestawiana była z twórczością Barańczaka i Kornhausera jako rozwinięcie oraz dopełnienie Nowej Fali. Dzisiaj również jak kiedyś dotyka ona aktualnych problemów, opisuje rzeczywistość wokół nas i społeczne nastroje. Nie stroni od psychologizmu i uniwersalizmu.
Źródło: Gwiazda poranna wzejdzie w waszych sercach

https://bonito.pl/autor/alek+skarga/0
Księgarnia internetowa Wydawnictwa ASTRUM
https://ridero.eu/pl/books/widget/gwiazda_poranna_wzejdzie_w_naszych_sercach/?book3d=true








*Cztery helikoptery*
Skromne uderzenie gorąca do głowy
było pierwszym akordem na klarnecie
zdawało się zrazu, że będą większe
takie nie były po tej libacji (lekcji homofonii)
ot, libacja na koturnach, a może to nie była libacja
tylko taniec pingwinów po… powrocie z morza
od czego pochodzi słowo libacja? od libido? bilokacja?
rabacja od odrąbywania członków, tak
tak, strachy na lachy przed drzwiami naszymi zastano
dworce niesamowitości zastane spalono
a lewitacje sów, które wyleciały stamtąd
były jak sabat nietoperzy przed… zjazdem… nastroju
byłem tam jak przystało na zoologa po Botanice
pasjonata unurzanego w czci do mechanizmów przyrody
i podziwiacza Kwiatów Zła w Ogrodach koncentracyjnych
na zewnątrz ogłosiłem zaręczyny z piękna gwiazdą narodzoną
a wewnątrz zbratanie z bólem czarnym tła
i jak trasy mrówek rozległym od horyzontu po horyzont
albo grzech pierworodny od czynów od razy pełnych
tak, z parasolkami i wieszakami na dżdżownice poszliśwa do Rycha
i wracając utknęliśwa w słowach: rewolucja aliteracja
oto siedzim w bajorze i patrzim, a tu wu wu wu…
Bayreuth, Wozzeck, tu Stockhausen i cztery helikoptery w głowie tożsamej,
te pulsowania w uszach-skroniach-nosie
sama już tylko depresji demonstracja odbija się w lustrze wody
fuga w atonalnych bulgotach w łazience ludzkości
(Sulima-Strawiński) ech, … na klarnecie… te akordy

*Ponad powierzchnią*
Twój anioł nudzi się w tym mieście od lat
przesiadujesz wciąż na ławce obok jakiejś żeńskiej zawodówki
twoje usta są tylko dla dorosłych dziewcząt
zamykasz oczy, spuszczasz powieki jak klapy czołgowych włazów
a w głowie twojej
mały kulawy psiak zdycha ranny pod płotem – to ty
nurkujesz w puch listopadowych dmuchawców, znikasz tam nagi
i nie byłbyś sobą gdybyś tuż przed Dziennikiem Telewizyjnym wieczornym
nie wystawił na świat wskazującego palca prawdy
ponad powierzchnię tej miękkości opuchłej obłudy
tej społecznego wszech bezpieczeństwa ułudy


*Wielkie te ptaszyska*
Wielkie te ptaszyska – rzekł Baldwin
nie dosięgnę ich mieczem
są w filmach na zakrętach dziejów
epizody z nimi to sceny iluzorycznie fabularne
celebryci zaświatów zwą je epickimi walkami smoków,
gdzie same katapulty nieobsługiwane
wyrzucają bluzgi ludzkich ust
w kierunku murów Salem jeszcze takich sobie
usta nieme strachliwe też splugawione jak ostoje Gehenn
w księgach Dostojewskiego i Camusa
znudzone diabły w duszach zaafektowanych morderców i graczy
telewizyjne pogadanki o sektach wrażliwych dusz –
głowy wrażliwsze, jak sowy wypatrują w nadrzewnych gniazdach:
opuści je kruk, opuści Trocki, opuści Etienne-Emile Baulieu,
opuści Obama, opuści Mahomet, opuści Nobel,
opuści Achilles, opuści Marduk, opuści Titow,
opuści Hu Jaobang, w końcu Wasilij Błochin
a zajmie go papuga spadająca z nieba jak błyskawica albo
jak myśliwiec odrzutowy, wręcz z Marsa przybysz:
„Tajemniczy Podróżnik Kresów RU-486”







*W zaciśniętych ustach*
Emulgatory elipsoidalne ciszy w zaciśniętych ustach twoich,
co są jak assemblery podstawówki
front jakiś się odzywa dudnieniem gęsi wciąż nawołujących Rzymian z Zachodu
gęsi w butach żołnierskich maszerują same na Galów ze Wschodu
kapsuły czasu w rękach onirycznych selenonautów w podstawówkach
(wojennych) wyuczonych przez funkcjonariuszy nowej oświaty,
w piórach miękkich a nie mundurach sztywnych zagadujących:
ten tego, panie, akumulatory naładować trzeba na nową rzeczywistość,
tym tego, panie, e-lekcje odbyć na Skaryszewskich Polach Przeoranych,
dzieciom jak w latach pięćdziesiątych podarować aparat pojęciowy
Błoński i Włodek początkującym ładowali aparaty zdefektowane
reinkarnacją zawieszonej ciszy – tyle zostanie:
padnij w rozgarniętą mgłę bierności, strzeż tajemnicy
strup osiały redaktorze widmo naszych en cyklop edycznych wiadomości
z 47-go z Rakowieckiej Rakowski
cel nauczanie w oleju onomatopei bez względności bez wartości
znika powoli w zaciśniętych ustach






*Góry żalu*
Są takie góry żalu, których
nie rozetniesz żadnym toporem uśmiechu
nie wyrąbiesz żadnej tam trasy
dla wysokogórskiej kolei zapomnienia,
gdy każdy wagonik jakiejś kolejki linowej
przekraczając grań zamyślenia
oderwie się i przepadnie za ścianą powieki cienia
tych lat rozżalonych, rozpłakanych, rozpłatanych,
jak nartostrada w górach poprowadzona aż po sam szczyt,
nie unicestwi żaden stalowy mega robot
strącający lawiny, wywołujący wichry,
raniący niespokojnymi gołoborzami podgórski świat rozczulenia
niw zastanych w rozpamiętywaniu skutków kataklizmów i wojen,
wywołanych słowem jednych lub milczeniem drugich
akupunktura lecznicza na zdrowym ciele wycieńczonych wspomnień,
przebicie tunelu, uszkodzenie aorty w najwyższym punkcie wyniesienia,
urażenia ambicji
– niech ambicja nie stanowi wyłącznie o piorunochłonnym ja
– niech ja będzie krzyżem troski o wszystkich na szczycie, który się ostanie
i pod ciosami natury człowieka nie upadnie w żal









*Na makatce*
Zmienione kwiaty onegdaj
przysunięte szafki nocne z wazami
kinkiety, kandelabry, lustra, plafony
– dojrzałości fatamorgany
w tym tak zwanym micie alkowy wybrzmiałym,
wygranym, wyśpiewanym przez niewidzącego
onegdaj w zapachu kwiatów tych
zwinięte jak stare banknoty – płatki róż
ona w łóżku w szyszaku z pióropuszem i półprzyłbicą nadobną
jej lampka nocna cała z kości słoniowej
smoczym transportem z Durgi indyjskich świątyń
wprost dostarczona
jeszcze prycha lotny słoń za oknem
słoń zbrojny Hannibala, inny niż mój słoń szczudłonogi,
zasłuchany w nokturnie Chopina rozpisanym na tapecie,
w Sonacie Księżycowej na drumli na jednym wydechu zagranej,
w strofach Norwida wyhaftowanych na makatce,
czytanych przeze mnie zamiast pacierza,
by zasnęła

























*Lilia o świcie*
Kuriozalne niemowlę kwiatu
w takim odosobnieniu rabaty kwili,
gdy księżyc zagląda do matecznika lilii
wtem odrąbano gilotyną głowę królowi stromych gór nocy
nad smoczą jamą rosła żywa gilotyna
biała pachnąca lilia
kreda nienauczona wokół jaskini tak na nią podziałała,
że omdlała i wybielała
elewator rycerzy galopujących bez twarzy gwiazdami napędzany
uniósł gapiów ku niej, skinęła zakręconym płatkiem jak duch
raz jeszcze zapachniała i zapadł wyrok wieków
stracono króla pod zamkiem eremem jego – brzaskiem
w tak odludnym miejscu,
jak Jura krakowska zaraz po wyginięciu dinozaurów
krew symbolu stała się źródłem aż takim,
że źródło wytrysnęło do góry,
jak lawa z miniaturowego wulkanu poczęcia
życie barw napełniło zbocza, zbocza ufundowały dzień nowy
przedświt oświecił cudu płatki podwinięte lekko zmieszaniem
cywilizowanych bytów, zakrwawione oddechem płatki
oniemiałym jeszcze w czerni



* Istota ludzka może *
Istota ludzka może i potrafi
nie bać się niczego i nikogo zanim..
udowodnione to zostało już nie raz,
że istota ludzka może zapanować nad
wpływami kosmosu,
może wszystkie znaki zodiaku
wpisać w swoje życie rylcem lub skalpelem
istota ludzka może też usiąść
na kamieniu przy drodze i czekać bez końca
a jeżeli ktoś będzie chciał ją przepędzić
jest w stanie w każdej chwili popełnić samobójstwo
istota ludzka może podzielić wszystkie ryby na nieskończoną ilość części
może je też liczyć w nieskończoności oceanów i sklepień
a może to robić całą gwieździstą noc pod Krzyżem Południa z otwartymi ustami
istota ludzka może kochać w przedziwny sposób
obrażona w uczuciach może posłużyć się gazem pieprzowym
albo cyklonem B wobec innych
może przeistoczyć się bardzo łagodne zwierzę
lub w bezwzględnego drapieżnika z Komodo
istota ludzka może chcieć coś ponad wszystko
i może za to dać się zniszczyć,
gdy zacznie jej coś chodzić po głowie
może stać się godnym litości nadąsanym dzieciakiem
istota ludzka nie zawaha się wypić trucizny życia,
jeżeli tylko jej serce skonfudowane będzie na to przygotowane
w deszczu słowach może utonąć na zawsze milcząc
może też do końca walczyć o swój byt naostrzoną piką idei
może szukać w sobie galaktyk matematyki lub małży
ale istota ludzka rzadko jest w stanie poniżyć siebie przed samą sobą
dlatego tylko niekiedy pozostaje wolna przed nieba bramą


*Pouczenia bez marzeń prawdziwych*
Ze skromnych jednobarwnych, niesamowitych
w usłużnościach, pouczeń księgowego marzeń zastanych
wychynęli jak pokora z manifestu księcia rewolucjonistów
wciąż czekających na dogodny moment
do podniesienia pirackiej flagi wcale nieoznaczającej dobra ludu
tylko zwykłą grabież zeznośności przewidywanego bytu
przedrewolucyjnie nieoznajmianego landlordom,
królom i nawet jegomościom w koronkach złotych na zębach
zwykłym kryminalistom ideologii złośliwych
czasu skazanego na zagładę u węgła świata
zmyślonego bez marzeń prawdziwych



*Po prąd*
Skruchą napełnion płynie pod prąd
jakby łodzią a nie łodzią
zasromany sromotny Skuba Skubiszewski
ten, co był przeciął pępowinę Protokraka,
co ze smoka wyrasta ła
zgiełk go ogłuszył, więc wyruszył
łe, z jamy za miast z miasta
pod prąd, co kiedyś był bystry
a onegdaj będzie jak zawrót głowy świetlisty
sennie kołysze się na rzece jego galar
hejnał grają, podnieś się już Skubo
hejnał dla chińskiego smoka to
komary gryzą, oni wędkują, one wtórują
cudowne bolenie wrzucają do zwykłej łodzi
zapełnili ją po burty i prawie toną
on na dziobie – rozpostarł ręce
i chwyta wiatr historii
nie ogania się ogonem złotym (jedyny)
dzielnie puchnie, stoi z grzywą rozwianą, płową
splątaną, jak koń
on, stajenny, plaże mija skruchy zaznaje
nurt prądu wyławia go z sedna miejskiego oddalenia
prąd nurtu szepcze: zewsząd przyszli by napoić stepowe konie
gdy Nike na kopcu wzniosła jakiś znak republikański
zawrócił wściekły i został królem
na wzgórzu wśród błot
nie Karol Młot
lecz Skuba znany smokolota jeździec
znów dziś w łodzi a nie łodzi jakby
pod prąd jednak wciąż

*Morze Łaptiewów*
Zgorzało słońce, patrzcie, i co teraz?
serce się rozpłynęło we łzach,
poczujcie tą pustkę, i co teraz?
miłość spłynęła do morza, Morza Łaptiewów, niewolników
stójcie, patrzcie jak zamarza jej delikatna struga,
i co teraz?
Wiedza wyparowała jak eter w laboratorium MIT,
zobaczcie, nie ma tu nic,
nie ma słońca i życia, miłości i wiedzy,
i co teraz?
Śmierć nadchodzi, jak wam się zdaje?
nie, śmierci nie uświadczysz
symboliczne Morze Łaptiewów znowu ruszyło
to już tylko mit minionej zbrodniczej epoki,
a sama śmierć tkwi w nas już bardzo głęboko
jak europejskie wyzwolenie wolnej wolności

*Zorza spodziewanego bólu*
Okazjonalny strach tylko
wewnątrz butelki, która
odlana została z diamentu ciekłego
w stanie półkosmicznym półatomowym
dla hardych dusz niby
Napełniam ją sobą czasem jak Dżinn
zdecydowanie zbyt szybko
jak na fizykalne właściwości osobowej materii
będącej lepką mieszaniną serca i mózgu
a nawet tylko ich emanacją
wciąż przerażanych determinizmem
choćby złudnym jak zorza spodziewanego bólu


*W pamfletach na oczach*
W pamfletach na oczach myszkuję po wielkim domu
Ojcze! – wznoszę modły – oj, co dalej?
doszukuję się, wyszukuję, oszukuję się, wolnością oną
hen, po zapomnianej kuchni biegam, zrywam niezapominajki
wyczołguję się spod publicznej wersalki
w krwią nabiegłych zdaniach staję prosto,
jak cel, jak tarcza dla Kupidyna
chcę barw czystych narodowych dla siebie
i sklarowanego barszczyku po północy dla niej
chcę podróżować w solówkach jak deszcze
i refrenach dzielnic jak łąki
palce w kształcie chmury wiszą nade mną jak miecz
jakby krzyczały – stój! stój! – ból oswój
staję więc na baczność, czuwam przez chwilę
w szortach na chocholej głowie
i okularach białych na uszach misia
z Ziemi skażonej wyłuskuje mnie cisza,
gdy wyschnę, wypalę się, wydam owoc stukrotny
antidotum dla miast produkt skruchy
wąski język jeziora tam, wąskie pasemko śliny tu
otwieram wydawnictwo, otwieram oczy
patrzę w lustro, znowu widzę politykę w tle
oczy moje widzące, oczy mylące, ech wy
z oczu kpię jak z Kupidyna, który wciąż chybia
nierozważnie, oj, nie rozważnie, oj, pochopnie
pamflety zmieniają optykę domu zniewolenia


*Krzyk (Munch)*
Idziesz przez molo w Sopocie, niesiesz smalec ciszy
wskazującym palcem sprawdzasz plastyczną konsystencję tłuszczu
w ten lipcowy przydługi bezludny dzień
schodzisz na pustyni plażę
stopą mierzysz poziom Morza Bałtyckiego
wciąż czerwonego słodko-kwaśnego
skarlony w swoim rozgrzanym organizmie
w letnie południe jak szpiczasty szczyt zbyt wąski dla dwojga
odlatujesz nagle stąd na skrzydłach metalowych
przyczepionych do pleców bez tatuażu
lecisz nad Helem i Zatoką Pucką
lekko lądujesz na wyspie pełnej fok
palcami stopy prawej gładzisz sierść odwróconego samca foki
ten się budzi, prycha i przewala poirytowany
patrzysz zdziwiony, a to długowłosy Karnowski przecież
nie foka, nie zwierz, nie bies
obok coś jak wielki głaz, który jak mors ciężko sapie
kopiesz to coś, a to rzeczywiście żywy morski słoń
lecz raptem okazuje się, że to Lenin
Lenni i to bez kaszkietu
Lenin wściekły jak na wiecu
krzyczy – Niesiołowskiego z Poronina wołajcie mi tu
a ty już jesteś treserem, cyrkowym pogromcą
zakładasz cylinder na głowę, bierzesz bicz, uderzasz nim
wszystkie ssaki morskie posłusznie unoszą się
na przednich płetwach i podrzucają piłki plażowe tęczokolorowe
zakręcają nimi na swych owąsionych nosach
uderzasz biczem – porzucają wszystko
i jednocześnie wskakują do szarej wody
z fal, które je zakrywają
wyłania się Afrodyta jak łódź podwodna utracona kiedyś
przez imperium zmysłów w ruinie
zakładasz chustkę do nosa na rozgrzaną głowę
uderzasz biczem w piach wydając dziki krzyk
zmieniasz się w żurawia z półpłynnego wosku
i tak z wolna zastygasz
z uniesionymi skrzydłami na wychłostanym brzegu
zalewanym czerwienią, co rusz

*Rodacy krokodyle*
Co za rodak z ciebie Julianie, co za krokodail?
See you later.. Amigo, amigater
westchnął Ibis Andrzej i wskoczył do…
jedni twierdzą, że na, a inni, że do …
potem Soros go wyjął ostrożnie z Huang Ho
płuca miał chore, znaczy Soros (SARS)
szukał leku, znalazł długowieczność
nie w rodzie, nie w narodzie, (nie w nie na)
ale poniżej, tak poniżej wiary
gdzie kruchy mandat palestyński (Palestyny)
za sojusz gwardii hipopotamów nilowych z czołgami T-55
a na pustyni Negew a a Asuan a i Tamy Przełomów Trzech
no więc, Soros wydobył ptaka z grobu,
co się potem działo nie wiem
nikt nie wie, nie, ktoś wie, ech ten wiew
ludzkość się myli, jak trzeźwy raper tylko raz
co w zamian za rodaka dostaniesz? wiesz?
pieśń pleśń pieśni pleśni
są dni w katakumbach pomidorów i noce w piramidach szparag spędzone
twoje – śliczny ziomalu hybrydowy światowy
obelisk z Teb
dla motocyklistów homoseksualistów surrealistów wieź
zaszłość to niezła, mielenie mgły w podczerwieni
ani to nie my ani oni a my toniemy
w grobach obcych (Nilach rzekach Babilonu,
Renów pełnych aligatorów)
– see you.. w rozkwicie Florido Fauno
rodzie Robaka otwórz się sam..
nie za bardzo


*Rodzaj oniryzmu*
Jest taki mało popularny i niepoprawny rodzaj oniryzmu
gdzie subtelne żołnierki i strażniczki obozów koncentracyjnych
na fotografiach przypadkowych pożółkłych
nie tylko wąchają czerwone maki przytulone do nosa i warg
a nawet uśmiechają się ukradkowo
do mężczyzn znajdujących się po drugiej stronie
Ja jestem psem, który zawisa lotnie nad bankiem tortur i świeci jak księżyc
brutalność mierzy do mnie z ukraińskiej wioski a ja z tego nic sobie nie robię,
gdy konstruktor katapult rzymskich myśli w taką noc o zdobyciu Troi,
która już została zdobyta i zburzona przez Achajów
lub obaleniu murów Konstantynopola, które osmańska nawała dopiero unicestwi
Ja pies Czomolungmy gram na skrzypcach śnieżnych z KPCh
szczekam z bardzo wysoka błyskając gwiazdami – ślepiami nocy na
żołnierki w biustonoszach khaki i strażniczki purpurowe od stóp do głów
strzelające strzelające strzelające prawdziwie z łuku
do mnie – subtelnego Sebastiana śmiejącego się śmierci w twarz

*Dżuma 2020*
Wewnątrz zwykłego domowego światła wieczornego
wewnątrz poematu Słowackiego
zagubionego w pustyni jak Samarytanin i Hiob
przykucasz na dywanie w namiocie swoim
w otwartych drzwiach balkonowych czyniąc Dawidową Bramę wieczności
manną napełniasz usta i hyzopem skrapiasz pokój nomady
sprawiedliwość i pobożność na względzie mając
czekasz na Księżyc wieczorny pierwszej kwadry
słuchając Teleexpresu czytanego w kuchni składasz ręce
jest czerwcowy długi dzień, ale nie ma śladu Księżyca
tylko gwiazdy, gwiazdy, dziwne gwiazdy korundowe
myślisz o Słowackim i Egipcie pełzającej śmierci
a w twoim namiocie pojawia się nieznana obca ptaszyna
nie mniej wylękniona od ciebie myśl
– dżuma 2020



*Łąka samopoznania*
Kruche, małe, delikatne
w swoim zaniedbanym anturażu uczuć nieskoszonych
kłosy tymotki, wiechliny na mojej tyczce
naszkicowanej emocjonalnej łąki
zasługują na mocniejsze oświetlenie
oczami zająca, sowy, lisa, świerszcza zaledwie
a ja czekam z kamerą na wzgórzu z setką reflektorów
zaraz padnie klaps
i ruszy machina ekipy zniecierpliwionych filmowców
szarża na wszystko, na aspekty zadeptania akcją
albo istoty bezruchu w wieczystym trwaniu,
utrwalenia za wszelką cenę dla pokoleń
tej samopoznania łąki we mnie
ktoś mnie właśnie obraził ordynarnie:
światła, kamera, akcja…

*W otulinie*
Otulony podróżą orientalną na koniu rączym skrzydlatym
on w uprzęży strojnej, a ja Rudger w lśniącej zbroi
nad dachami zmierzam w kierunku Pomnika Kościuszki
na końcu Piotrkowskiej
tam jacyś Murzyni sprayem malują na nim sierpy i młoty
a wózki z bawełną gnijącą mocują do barierek
odrzucam podróż fantasy jak kołdrę
przywdziewam na zbroję miast manifest buntu
flagą Bradamanty rozpędzam much stada nad padliną rozumu
baraszkujące
biorę do ręki Pomnik Kościuszki i odkładam na dach Atlas Areny
stawiam na jego miejsce
Indianina w otoczeniu dzieci Donbasu
zamawiam taksówkę pod opuszczonym kościołem Zesłania Ducha Świętego
i mówię: wieź mnie Ozzy do Wojewódzkiego Komitetu Peeselu
ozdrowieńcu, jeśliś swój
a tu taksówka zamiast zatoczyć koło unosi się w powietrze
jak Starman Muska przelatuje
nad zwalonym kominem woli, nad zrujnowaną przędzalnią snów,
nad kolorowym posągiem sztywnego Tuwima, Memoriałem Dekalogu,
nad tajemniczym kufrem, na którym siedzi Reymont niewidomy
zatacza koło i wpada na jakieś podwórko,
wprost pod siedzibę TVP Oddział Łódź
i cóż tu jest już?
jest wszystko od Statui Wolności po Lenina
a nawet spiżowy odnowiciel Zorobabel i pogrążyciel Soros
znajduję pod śmietnikiem Zdanowskiej urbanowy koc
otulam się sam i bezdomnego psa
jestem znów w otulinie Iranu i Indii
– ja, rzeczony, jeszcze nie spiżowy dziś
– trzy, treis, tin
odnajduję wspólnotę: siebie ciebie ich


*Zaciśnięte zęby marzeń*
Sokratejskie niwelacje społecznych wyniesień w słowach
wewnętrznie rozjaskinione skulone jedynie w stalaktytach,
gdy oni mają patenty na życia wszelakie proste,
a ty i ona nie możecie wyżyć z marzeń tłamszonych
sokratejsko-kalifornijskie owoce rozpędów dojrzałych
w durnych rusyfikacjach otaczających naiwnych oczu
ostrzeżenia mafii niespiesznych
grabiących pomoc oczekiwań jak Zaratan przestrzenie
ty jesteś sobą a sobą bywa każdy
gdzie twa cykuta odważny Achilleju?
na Agorze? na stołach Miro?
twój pancerz haftowany dzienny ze starej kuchennej makatki,
z której opadły słowa
makatka z kwadracików tęczowych Kleeego
a słowa z greckich liter tylko
odszukanych w chińskich jodełkach spreparowanych
dla utraty filozofii Akropolu nawet w katolickich niszach
na spławowych wyspach serc podniebnych
zaciśnięte zęby marzeń nieudolnie podrobionych

*W batyskafie*
Zgłębiasz jej ciszę batyskafem, podwodnym pojazdem
serconośnym w ciemnościach rozszeptanym
do penetracji podmorskich rowów sposobnym
udajesz chłodnego naukowca, ale jesteś zbyt rozemocjonowany celem
twoja machina eksplorująca schodzi powoli w odmęty jakieś
otchłanie niezbadane, jakby ostępy Ziemi samej
w zakamarki płaszcza, w lawy rękawy, w kieszenie wewnętrznych snów
w kominy trujących wyziewów przeżytych traum, trywialności rozweselających gazów
nic nie robi sobie z tąpnięć podmorskich jak echa
wulkanicznych uniesień, tsunami płycizn zbędnych szlochań
zasypia w twoich objęciach nieprzenikniona
w końcu to ty płaczesz a ona się uśmiecha
wciąż z oddali jak Gioconda

*Bez ducha*
Jednonoga zięba w dwu kalibrowym ogródku wtórno cyfrowym
ten absolutny czas na pojedyncze myśli o niej w eremie
przyroda kulawa a piedestał – jaszczurka bez ogona
ucieka, wystrzał z pistoletu, a nie, nie
to tylko coś z albumu
Electric Ladyland Jimiego
bez jednej z dwóch płyt
tak, absolutnie wystrzałowych, tak, ale błagam o ciszę (choć przez chwilę, tu)
skupić się muszę na gnieździe
Polaków, na katafalku im bliskich narodów
jedna ślepa gwiazda, wrona jedna (wredna)
cóż to, to też zjawa była
górski kozioł z jednym rogiem (tylko)
skaczący na tarcze i herby
eksplodujący zjawiskowo prom kosmiczny
z pierwszą Żydówka na pokładzie
bez Talmudu
wygnany ostatni Słowiniec, wygnany przez ormowców
z kraju, na robotach (dobrowolnych) w Niemczech
a skąd tu dzisiaj to wszystko, z Zachodu Raju
z Chin bez certyfikatu
a skąd ty i ty bez serca
dla słabych i bezbronnych, z Rosji Seraju
w … tym kraju,
bez ducha

*Chimera Polska*
W koronach drzew tysiącletnich okrutnych i oczywistych
jak, co wyrazistsze obrazy Beksińskiego
zakutane w czas nocy
obłędnie zwisa w konarach osmalonych zemstą
gniazdo ogromne przez wiatr skruszone
gniazdo bestii niezwierzęcej, nieludzkiej
ni to nietoperz, ni bazyliszek z błoniastym skrzydłem
ni maszkaron, ni na kogucie horrendalnym Twardowski
pomiata ich księżycem moralna burza
w koronach drzew stuletnich
Jej chmurna mina politycznego tchórza
jak błyskawica rozbłyska
to gotowe zabić, zniszczyć hymny, znienawidzić ciszę
po skroniach, po łuskach, po strupach toczy
splugawione łzy i sprośną ślinę
ta bestia nie ludzka – bestia polityczna
Na drzewa wierzchołku jak na baszcie w Kazimierzu
w tysiącletniej ruinie nad asfaltową Wisłą nocną
zagnieździła się jak niemoralna rządza
pokłócona z losem ludzkim absolutnie
okaleczona władzą, której zdobyć nie może
bezsilna, zazdrością rozdęta, pychą wniebowzięta
płaz i gad w jednym, chociaż głównie przypomina ptaka
Chimera Polska symboliczna
ducha czystego opozycja
płacząca naiwności deszczem z kosmosu pustki
odwieczna nadrzewna księżniczka Targowic
i spektakularnych spustów surówki
czasem krwi surowic

*Ku zagładzie skostnienia*
Rozkopany w starożytnym zakopanym Wrocławiu
choć rozkochany w jego rozkwitach
rozbrojony w rezerwacie jego wczesno wiosennej aury
roznamiętniony rzeką i ptakami nad i pod mostami
przechadzam się uliczkami Ostrowa Tumskiego
widzę jak młodzi klerycy dowcipkując
zamiatają sutannami rozgrzany nowymi nadziejami bruk,
gdy jeden z nich potyka się przy pomniku św. Jana Nepomucena
– odwracam wzrok
Z Ogrodu Arcybiskupiego widzę jak na drugim brzegu rzeki
na Bulwarze Dunikowskiego nietrzeźwy artysta z kumplami
oddaje mocz po ludzku na jeden z mniej znanych
pomników wrocławskich: „Zalanym artystom”,
mający w pamięci pomnikową powódź w tym mieście
– odwracam wzrok
Na środku Odry pierwsza para kajakarzy kręci piruety niecierpliwe
(czyżby przylecieli dopiero z ciepłych krajów jak bociany?)
wymachując wiosłami, oddalają się od siebie i zbliżają,
gdy stykają się wreszcie burtami, chcą się pocałować
wtedy on przechylony zbytnio wpada pod wodę,
ale przekręca się pod nią, by wynurzyć się z drugiej strony
– odwracam wzrok
Inna para młodych stażem małżonków przechodzi właśnie
mostem strzeżonym przez św. Jadwigę i św. Jana Chrzciciela
choć jest on zamykany kłódkami serc, to nigdy
nie został zamknięty dla miłości
ich pies, ciągnięty na smyczy, podnosi właśnie nogę
i obsikuje przęsło a uryna leci
na płynące pod mostem dwa romantyczne łabędzie
– odwracam wzrok
Z ławeczki filmowców krótkometrażowo-reklamowych patrzę na dziecko,
które zjeżdża na linowej zjeżdżalni na Wyspie Bielarskiej
dziecko zbliża się i zmienia nagle w „Sweet Little Sixteen”
jakąś latkę zwisającą na drążku, tak wyciągniętą na rękach,
że dżinsowa spódniczka podsuwa się aż na biodra
odsłaniając szczupłe nagie uda i bieliznę
żeby nie wpaść pułapkę Chucka i nie skończyć w więzieniu, ja
– odwracam wzrok
Pod posągiem Sokratesa przymierzam moją obutą stopę
do bosej wielkopalcej stopy filozofa
mój but taki mały jak budynek Uniwersytetu
za rzeką prześwitujący przez gałęzie pączkujących drzew
małość logiki obutych i niezależności myślenia odzianych
widoczna gołym okiem nie tylko tu
podczas, gdy Leszek Czarnecki, nie do pomylenia
z Leszkiem Czarnym z Piastowiczów,
tych, co zakładali wrocławski gród,
prowadzi wykład w Auli Leopoldina, ja
– odwracam wzrok
Widzę pod drzewami na Wyspie Słodowej
grupkę młodzieży z gitarą, winem i jeszcze czymś,
co emituje zapach i dym
grają i śpiewają Hey Joe i Smoke on the Water rozanieleni
tonący nie w Odrze, ale w kadzidłach z zielska
nie śląskiego, ale tropikalnego już pochodzenia,
gdy podchodzi do nich Straż Miejska, ja
– odwracam wzrok
Z bramy Uniwersytetu wychodzi śliczna dziewczyna
kometa gęstych jasnych loków omiata jej plecy
w dżinsach i niebieskiej skórzanej kurtce,
z przewiązaną pod szyją czerwona bandaną,
(choć zupełnie nie country ani moto-girl)
szybko bieży do mnie jak Hagia Sophia – Mądrość Odwieczna
z pobliskiego Ossolineum chyba lwowskiego jeszcze wychynęła ona
wchodzi na most, rozpoznaje mnie z daleka
otoczonego wianuszkiem mew siedzących
na Powodziance i na poręczach wokół
uśmiecha się i macha ręką do mnie
wszystkie mewy jak na komendę – odwracają głowy
i patrzą na środek rzeki, gdzie ostatnia samotna biała kra
spływa Odrą wprost na pierwszą kataraktę,
za którą jest Memfis miasto spotkania, zjednoczenia i Ptaha
(boga stwórcy, który stworzył człowieka z mocy serca i mowy)
czarna łyska na białej krze
jak dowódca USS Nimitz zawraca jednym skrzydła gestem
ten lotniskowiec pod prąd pędzący na oślep
ku wiośnie – zagładzie skostnienia i zażenowania
kra wpływa w odnogę Odry po to tylko, by roztopić się w czułości





*Południe o północy*
Zdecydowaliśmy się jechać na Południe
cały czas pod słońce socjalizmu
ona drżała na myśl o mnie
ja drżałem na myśl o niej
Polska drżała na myśl o nas
my drżeliśmy na myśl o Polsce
nie minęliśmy ani jednego kaktusa ani jednego kanionu
przez całą drogę z Międzyzdrojów
jeszcze w Kamieniu po koncercie organowym brazylijskiej artystki
pocałowałem ją na ławce nad Zalewem
Polska wzniosła pochodnię wysoko widząc to
i machnęła nią jak chorągiewką na znak odjazdu z Pomorza
płynęliśmy, kołysali, toczyliśmy się, wędrowali – cały czas na torach
omijając Pałuki, omijając Lubusz, omijając Krzyż, omijając Częstochowę
omijając jeden po drugim rezerwaty narodowe
a może nie, a może wręcz przeciwnie
dotarliśmy w końcu do jakiegoś śląskiego miasteczka
ona już barokowa w Krzeszowie, a ja jak Paczków wciąż
niedostępny, prawie gotycki, trochę skruszony acz obwarowany
słońce zachodziło nad dolnym PRL-em
a my uśmiechaliśmy się do siebie szczerze
pod jego fałszywym promieniem
rozkochani w sobie pod nosem strażników Stasi
tak dotarliśmy na Południe o północy
księżycową historią naznaczeni jak obozowym piętnem
lecz przez wczoraj nie pochwyceni,
bo słońce Moskwy już utonęło w Wełtawie


*Frezja i dzban*
Tych niewidzialnych okruchów przecież
nie da się pozbierać?
akuratny dzban na jedyną frezję niezwykłego dnia
dzban kryształowy polski jak wiara w miłość
zbity o północy
rozbłysnął w tak wielu promieniach kolejnego poranka
kto pozbiera obraz frezji pokruszony?
kto sklei z cząstek dzban obdarowania
– wszystko przepadło?
w czasie można odnaleźć okruchy (duchy)
w czasie można odnaleźć symbole (idole)
w czasie można odnaleźć przyczyny i skutki
utraconej czułości spowitej w kir
ja podejmuję się przywrócić strukturę kryształu,
gdyż widzę przed i po
widzę skąd i dokąd
chociaż w okruchach widzę ją i siebie
wciąż widzę naszą czerwoną frezję na niebie
i jak mit dzban na dnie jasnego morza zauroczenia,
które jest jego jutrem dopełnieniem,
co przetrwa do nocy pojutrza?

*Porzecz*
Kamienny z nazwy posąg z uczucia pustki
jestem w nim, mieszkam w nim
jestem Gavrochem ludu Paryża
krwiożerczym jak Jan Chrzciciel Karier
i na nic wędrówki duchów rewolucyjnych we mnie
po rzeziach się nawracam
porzucam Kult Istoty Najwyższej
bo we mnie krwawym jest wciąż koń trojański papieski nadziei
kamienne bywa światło, ja je
uspokajam nieschowanym bytem w posągu Natury,
który jest formą porzeczy
porzecz i przedpłaca to to samo
światło zamiera, gdy zabijam nadczucie
ale latarnia morska trwa nadal
będę rozbitkiem przed skalnym wybrzeżem
zanim zakotwiczę
płynę z Agamemnonem tęsknoty
do latarni, która jest na wybrzeżu
uparłem się jak rewolucjonista racjonalista
jak Kolos z Faros z pochodnią na Rodos
jak Pergamon w Bibliotece zwinięty
koń skacze po falach
koń wypełniony hoplitami wiedzy
dwudziestowiecznej teatralnej
symboliczny jak nie przymierzając Homer z Kretesem




*Pandemia*
Taka kostka do gry
kremowa z czarnymi kropkami
taka niby nie okrągła, a jak się toczy, jak los
Pan Bóg rzuca kostką losem
kostka świat marny – przypadek
rzuca kostką raz drugi trzeci
Galaktyka, Pangea, Abraham
Pan Bóg się uśmiecha
kostka toczy się na powrót wprost do ręki Boga
a on ją zatrzymuje i zaciska w dłoni
porusza nią i znowu rzuca
Pornografia, Holocaust, Pandemia
zaczesuje do tyłu siwe włosy palcami
poprawia jak grzebieniem rozwichrzoną czuprynę
drugą rękę wyciąga przed siebie daleko,
by dosięgnąć jeszcze raz palca Adama Zrozpaczonego
wskazującym palcem Wszechwiedzącego

*Jak w Zatoce Perskiej*
Zmierzch nad Soliną jak w Zatoce Perskiej
czerń rozlewa się po falach jak ropa i asfalt
ale zalew nie chce znieruchomieć pod hidżabem
statki płyną i płyną, jakby
wiozły niewolników na targ
statki żeglugi, krótko mówiąc krótkodystansowej,
a jednak drgające w odbiciach wśród chmur
jak nieszkockie potwory morskie MAERSK
pełne kontenerów, w których ukrywają się uchodźcy
Bieszczadnicy z Warszawy w szkle zaklętą
czerń ową wysyłają
zrzucając z zapory na karpie
zakorkowane butelki po winie
w każdej miniaturka samolotu transportowego Hercules Lockheed
krzyczą przy tym, rozpychają się jak kangury
chcąc się dopchać z platform do balustrad
czerń, zmierzch, niewolnictwo, grubiaństwo
to wszystko ląduje na falach fosforu terroru
i nawet od koloru toni
wzgórza okoliczne nazwane zostały Czarnymi
Teleśnica tylko Sanna sama kumka zielona
w ześrodku głębi jak przed dżihadem klaczkiwskim
rybitwami niewolników imperializmu z gladiatorami socjalizmu


*Moja wina*
Moja wina generuje potrzebę
ciągłego rozpościerania gigantycznych kopuł
modrych nad zielonymi pozłacanymi dolinami
budowania konstrukcji w kształcie planetarium
wielkości Hagia Sophia albo Błękitnego Meczetu
spod hełmów galaktyk chce wystawiać
zatopione w nierdzewnej stali
gigantyczne niebieskie cyfry czasu minionego
bezowocnie w mrowisku ludzkim

* Trzecie ucho *
Ze studni wiary jak z głębin morskich
wydobywam ucho ludzkie
przykładam je do czoła
przyrasta
wychodzę na ulicę o świcie
idę brudnym chodnikiem
przystaję nad kratą kanału
nasłuchuję tym trzecim uchem szeptów grzechu
goni mnie moja poranna modlitwa
pędząc ze świstem jak poranny ptak
przez zadżumione puste ulice i place
już mnie dopadła, właśnie teraz:
„oczyścić się, oczyścić, oczyść się”
ucho zmienia się w muszlę małży
wiatr dmąc w muszlę
wydobywa z niej woli ryk jerychońskich trąb
łzy spływają nagle po policzkach
ciepło serca roztapia twarz i oczy
Belfegora
Asmodeusza
Ozyrysa
widniejące pod taflą mojego kwitnącego miasta
tak wiem, teraz mam troje uszu
tym dodatkowym z otchłani ducha
słucham trwogi piekieł
przed Rezurekcją

*Z deszczu pod Ryn*
Z deszczu pod Ryn
z Rynu do Mikołajek
płynęliśmy Omegami z rozwianym długim włosem znakiem
zamiast wiatrowskazów na wantach
popijając wodą zza burt rozuroczenia nasze
i dojadając czekoladą Ewedel obiad ziemniaczany
a gdy wiatr prawdy po burzy odszedł na wieczną wartę
my bosonodzy na pomostach wciąż staliśmy na baczność
przed kolejnym generałem losu szkwałem
zmutowanym grzechem serc bitew echem
z „Bałtykiem” w ręce na Mazurach
przemoknięci do krwi ostatniej
mający wojny za nic
i Ryn za plecami

*Skrzywienie wiosenne*
Będzie się działo na powierzchni miast
w snów osnowie jak w tłumów otulinie
niby niechcianych cielesnych smakołyków zrobionych
z wszystkiego, co słodkie na planecie Warszawa
a czemu to one mają służyć?
a temu, że wiosna nie zawsze wybucha
w samym sercu tylko
my wiemy o tym, ale czy wszyscy młodzi?
wiosna wybucha w głowach łaknieniem ludzi
najpierw w dużych aglomeracjach, stolicach
puchnie z nimi na uczelniach, dworcach,
stacjach i w dyskotekach, pubach, pizzeriach
potem rozrasta się wraz z dachami, ścianami po kres impresji
i sama przyroda już nic nie może uczynić, by to powstrzymać
przyjmuje wszystkie cukiernie z bzami i lodziarnie z bukietami
i miliony na językach mają tylko bogobojne słońca jak marcepan
wtedy do każdego człowieka przylatuje papierowy bocian
albo selfieprzylaszczka na YT, FB lub skowronek na Instagramie
wszystko łka ze wzruszenia zamiast śpiewać cienko
chociaż może to tylko tak wygląda elektronicznie
chociaż niby przyrodniczo się rozlewa, rozbawia seksem,
plutokracją rozległych ciepłych chmur,
prokreacją i emocją burzy piaskowej babki
to zapewne tylko pola magnetycznie empiryczne
nachylonej Ziemi skrzywionej dla draki


*Fale*
Fale radiowe uderzają o brzeg
miejskiego urwiska zespolonych słów
hiphopowcy podrygują, raperzy kicają
nad beczką, w której płonie marihuany snop
oni dwudziestoletni zabójcy kwiatów
one lilie zżęte mieczami buntów
radio mlaska i siorbie, radio chlipie i łyka
zdania domniemanych sprawców tych rzezi
Fale marszczą się na krawędziach krawężników
zalewają autonielojalności snobów
zakamuflowani robotnicy udają nierobotników
wieżowce wąchają dym miejskich kadzideł skłaniając się ku
marnościom świata z klocków lego
zmierzch hałaśliwy unosi się nawet nad drapaczami nieba
po ścianami studenci udający docentów
piszą poezje nieszczęsne nieczęste
nieprofesorowie udają profesorów tu
melorecytacje pociągów metra i autobusów
melo recytacje pęczniejącej swoim rytmem nocy
melo recytacje melo melo melo metro
w zakamarkach niezapomnianej
choć nigdy nie wybrzmiałej do końca miłości z urwiska



*W Teleskopie Hubble`a*
To nieprawdopodobne, a jednak –
to skurcze mojej Galaktyki
uchwycone w Teleskopie Hubble`a
na własne oczy widziane – gęś kontra romb na zielonym tle
jarzysz? a Mars, a Jowisz, a Pluton?
(Saturnin do Waleriana: jarzysz jądro?)
wśród skurczów wyłonił się płód
noworodek pokurcz, jaki piękny, jak jednorożec mit
to tabletowy baletowy byt odległy
dziwoląg w projekcie, a jakże jest wizjonerski dizajnerski opcjonalny
byt nowej miary, człek
– chciałoby się rzec pierwotny, lecz to nie tylko człek
na miarę zmalowany, wystrugany, wyklepany miarowym rytmem serca
mierzy już Syriusza zmysłem, jaki wielki jego owal
skłębione chmury buty buntu zasłaniają go
i ją i go i je, skurcze kurczę wciąż
skończyłem akurat podziwiać i onieśmielać ją,
gdy odebrałem ten poród Galaktyki
ja sfotografowany kiedyś przez próbniki w lądownikach Voyagera
dziś niezależny próbnik i lądownik takoż
jest dobrze, ona i ja to już jedno na wyżynach
mamy się czym cieszyć
pangalaktyczne zjednoczenie nasze wydało owoc
i jęła się zachwycać jak to dziecko i tym mnie ujęła
Galaktyka jak pomarańcza ma ona w Mgławicach
gęś kontra romb teraz na czerwonym tle
i to tu przeszło przez wizjer ludzkości i pozostanie na zawsze
sam smak miłości w zmyśle
zobaczyłem jak zrodziła kiedyś ze mną mnie pomyślałem – nareszcie
*W Teleskopie Hubble`a*
To nieprawdopodobne, a jednak –
to skurcze mojej Galaktyki
uchwycone w Teleskopie Hubble`a
na własne oczy widziane – gęś kontra romb na zielonym tle
jarzysz? a Mars, a Jowisz, a Pluton?
(Saturnin do Waleriana: jarzysz jądro?)
wśród skurczów wyłonił się płód
noworodek pokurcz, jaki piękny, jak jednorożec mit
to tabletowy baletowy byt
dziwoląg w projekcie odległy,
a jakże jest wizjonerski dizajnerski opcjonalny
byt nowej miary, człek
– chciałoby się rzec pierwotny,
lecz to nie tylko człek
na miarę zmalowany, wystrugany, wyklepany miarowym rytmem improwizującego serca
mierzy już Syriusza zmysłem, jaki wielki jego owal
skłębione chmury buty buntu zasłaniają go
i ją i go i je, skurcze kurczę wciąż
skończyłem akurat podziwiać i onieśmielać ją,
gdy odebrałem ten poród Galaktyki
ja sfotografowany kiedyś już
przez próbniki w lądownikach Voyagera
dziś sam niezależny próbnik i lądownik takoż tu
jest dobrze, ona i ja to już jedno na wyżynach stworzenia
mamy się czym cieszyć
pangalaktyczne zjednoczenie nasze wydało owoc
i jęła się zachwycać jak to dziecko i tym mnie ujęła
Galaktyka jak pomarańcza ma – ona w Mgławicach
gęś kontra romb teraz na czerwonym tle
i to tu przeszło przez wizjer ludzkości i pozostanie na zawsze
sam smak miłości w zmyśle
zobaczyłem jak zrodziła kiedyś ze mną mnie pomyślałem – nareszcie, ale…



*Tylko mi nie mów*
Tylko mi nie mów, że
tylko mi nie mów, bo
tylko mi nie mów aczkolwiek, no wiesz
– choć nie jesteś jeszcze dla mnie ciężarem
zrzucam cię z siebie, ale
wiem, co to księżyc na plecach
wiem, co to gwiazdy na głowie
wiem, co to ciężar słonecznego wiatru
wewnątrz tego lekkiego ucisku na skronie
jest miłości siła ciążenia w swej istocie
wiesz, że kochałem nie tylko ciebie
więc nie mów tego proszę
popatrz na wagę, na wskazówkę,
na skalę czasoprzestrzeni
zrzucasz mnie z siebie jak nicość
gdzieś wewnątrz, gdy się kochamy
nad ranem mówisz – bo bardzo cię cenię
odchodzę


*Balony peany*
Znaki czasu sportretowane
w obiektywie zielonej koniczynki putinki
to te konie pożogi cwałujące na stadionach życia
skręty gwałtowne i Marycha z Rumiankiem
za Narodowym jedynym
zadość uczyniono Stalinowi pałacem
a Wiejska w środku Warszawy
stała się znowu ulicą Bydgoszczu
znaki wymyślone przez Żubry i Tarpany
z czerwonymi zadami jak pawiany
na balkonie onego PKiN
siedzi Kwaśniewski z Tuskiem
na palcach liczą gołębie i wrony
gołębie kubizmu i wrony surrealizmu
znaki czasu peany kolorowe balony
Niepodległości trującym gazem wypełnione
na zakończenie emisji serialu o Lechu Wu,
co się kulom kłaniał bez mała z tysiąc razy
poza TVP jak Han
wypuszczone z klatek Legii Gwardii Polonii
sport czasu sport rety


*Beneath the Remains*
Piorąc pieluchy w łazience słucham Sepultury
dawne obsesje torturują mnie znowu
mimo, iż jest już maj dziewięćdziesiątego pierwszego roku
wciąż czuję na sobie wzrok czerwonego Al Capone
chyba w znakach zodiaku ukrył się sierp i młot
dziś rano chór kwiczołów przypomniał mi Chór Aleksandrowa
zwiesiłem nos na kwintę nad pieluch grobem
cóż, nie muszę się czuć zawsze tak żywy jak Lenin
mały księżyc zgasł zasłaniając uszy przed riffami Cavalery
róże czerwone swoje korzenie wyrwały
i odeszły na śmierć do Moskwy
jak zgrabna tancerka Degasa
jak tancerka hiszpańska Trakla ognista
Polska jeszcze tańcząca z kogutem w zębach
w brzuchu agnostyckiej maszyny
hałaśliwie wyzwala się ze zła kosmosu układów magicznych

*Dzieciństwa klucz*
Dotknęła mojego uda swoim biodrem
oparła głowę na moim ramieniu
zaczęła czytać książkę w pociągu
cel zniknął, tak jej jak i mój
pomyślałem, że to ona raczej zniszczyła cel a nie ja
sens samotności widoczny, przeżywany co dzień przepoczwarzył się
Przylgnęła ufnie taka delikatna, ciepła do szorstkiego kamienia
w jaki zmieniała mnie ta podróż młodzieńcza
tonąc powoli w niej oddalałem się od bogiń przeszłości,
które nie mogąc dosięgnąć biczem moich pleców
wpatrywały się bezradnie w płynącą po nich wczorajszą krew
Teraz ona otworzyła mój sen przed innym sinym tygrysem
ona, która kiedyś Chrystusowi zostawiła swój adres,
wypaczająca jego Golgotę myślami o tym, że czeka go tylko ciągłe umieranie
nie przypuszczała, że On odda go mnie na zmartwychwstanie
teraz zastanawiam się jak posiąść jej szkolne marzenia
i jak nie przestać jej kochać w paszczy tygrysa
Teraz przytulona do mnie, obejmująca mnie czule
tak kochana jeszcze a może na jutro obojętna
nazywam ją już – dzieciństwa kluczem na niebie

*Arie*
Zespół koloraturowy przenośni
naznaczony zespołem uczuciowych nieznośności
akcja akupunkturalna na przemian
w sercu, nodze, plecach, w harfie kręgów szyjnych
a atonalność ust, języka, warg
zniesienie bólu poprzez klocki lego palców
w lesie norweskim, gdy ciepło doskwiera
płynie śpiew zakochanych nieosiągalnością
Ponętna niech zdobędzie się na
poprawienie wezgłowia w łożyskach
wierszy pod głową poety
atonalność słów jak nagle zerwane struny harfy praw
bez podłości w skroniach
ciągle małostkowości pożądania jej nóg
zabrane pończochy i ona jest bez nich
na karuzeli pomalowanych paznokci
w sukience się kręci
bez bielizny nad trumną i kołyską wiersza
Poeta z zadartą głową gwiżdże arie
prąd wyłączyli, zatrzymała się przed nim
wyciągnęła rękę
poduszka wypadła mu z pod głowy
na zmartwychwstanie wiersza
na wyklucie do końca i ozdrowienie bez łez
z zamachem stanu na śmierć
na cudowność jej stanu
w dłoniach jego



*Wiatr buczyny wybrzmiałej*
Lekki powiew wiatru od strony buczyny
jakby ze środka lasu jednorodnego zbyt
wiatr nowy szemrze, szumi, szeleści
potrąca gałązki sztywne jak liry struny
wypełnia miechy, piszczałki organów, fletnie Pana
policzki Boreaszów bezlitosnych nadyma
jest lekki, gdyż porzucił bagażu zamróz przed lasem
w nazwie Bukowina jest splamiony,
gdyż ogołocił istotę ożywczości zielonej
wieje dzięki tchnieniu śmierci zastanej ale zbudzonej
karkołomny jesienny wiatr wypada ze środka lasu
lasu, o który zaczepiasz skrzydłem samolotu tęsknot
uciekając z kraju planowanej zemsty
szumi, gniecie, zabija prawdę i szczere łzy
niesie się jak Apokalipsy wierzchowiec nad ziemią
wierzgający we wnętrzu niewyłonienia
sam wypchnięty spętany oszalały
zapach jakiś dolatuje z wnętrza lasu
zapach nitro benzyny, spalin wiosny, popiołów lata
woń omszałych niedomkniętych prastarych wnętrz
przemian w śmierci dla życia w mitach
nadchodzi, nadchodzi, już nadszedł wiatr gładki
jak łopata i glina na grobach ubita
wiatr leśny wojennej buczyny wybrzmiałej zimą
na zawsze już przeoranej śmiercią



*Wieczorem wybaczamy wraz*
Mieszkam z tobą tam
gdzie gwałtem wzięta piekarnia wzywa chlebem brzask
wyłaniające się z niebytu opłotki metropolii,
jej wciąż kurne biurowce i malwy na wszystkich skrzyżowaniach
odkąd śnieg spadł na rzęsy twojej nocy
w naszym czuwaniu pojawiła się odrobina ciepła
co wieczór słyszymy marsz dzielnych zwycięskich legionów,
jeszcze rytm i pieśń ich jak dym snuje się po świt
wąsy bojowników, piersi matek polskich, koronki sztandarów
w ten zimowy wieczór podziwiamy wspólnie na niebie
od żywych gwiazd oddalają nas rzęsy i śnieg
biały niedźwiedź robi sobie zdjęcie z wąsatym przywódcą
potem defiluje naturalnie zgarbiony w kierunku alei
gehenny ciemnej obozy zniknęły już w jaskini historii
a po chwili wyleciały gołębie, a gdy zagdakały kury giełd
żaden Polak nie zaparł się siebie
my razem zapieramy się siebie, co dzień
po to tylko, by wieczorem wybaczać wraz
ech, te ugody gorące, serdeczne, drobniutkie
mrówki śmieszki na ścianach salonu w naszym pokoju błogim
nietoperze, byki, półksiężyce na witrażach pracowitych dni
jakże dawno odeszli stąd ci, co poszli walczyć pod Pszczynę
ginąć za Ukrainę, krwawić za Londyn – brak ich okrutny, cóż
dzisiaj nasze spadochrony i hełmy czekają w kącie a my idziemy do łóżka
popijamy Wysowiankę, wyłączamy silniki tankietek z biur
piekarnia dymi, chrzęści, dzwoni, mruga
jak krążownik cumujący powoli na redzie naszej młodej wolności
ledwie tuląc się do siebie dostrzegamy jak podpala park
kolejny pijany piekarz

*Wiosna 1980*
Ptaki obce przesuwają się po niebie
nocne klucze jak sputniki z numerami od 988 do 1088
przelatują nad naszym domem skostniałym
dziś nastaje picassowska wiosna
od rana tylko Narcyza władzy słychać w radio
zespawani wąsaci starcy w spódnicach z cokołów
kupują mleko w proszku i odżywki dla niemowląt świata za łuski
dostałem przez umyślnego zaprzańca wezwanie na wojskowe ćwiczenia
będę musiał wykuwać okopy w znanych lodach Syberii
patrzeć pod nogi liczne jak przebiśniegi
zaszczuty, zapędzony do tunelu duszy bez wyjścia
muszę zrezygnować z myślenia o Kantorze i Wielopolu w Delcie Missisipi
muszę zrezygnować z myślenia o kobietach Baudelaire`a w Paryżu
muszę zrezygnować z myślenia o obsesjach Dostojewskiego w Petersburgu
muszę zrezygnować z myślenia o ogniach Hendrixa na Wyspie White
muszę zrezygnować z myślenia o koniecznych zezwoleniach Wojewody Krakowskiego na wszystko
przynajmniej na jakiś dadaczas do lata,
ale nigdy nie wyrzeknę się zapatrzeń
i długich nocy spadających gwiazd,
które nadejdą w sierpniu nieodwołalnie

*Meteoryt uderzył w Paryż*
Nienaruszone gzymsy, portale, chimery i rzygacze
a przecież meteoryt uderzył w Paryż
w socjalnej jego otoczce spadła na miasto epidemia klisz
królują w dyskotekach ewidentni a w galeriach nieoznaczeni
meteoryt wbił się ostatecznie w ścianę Centrum Pompidou
wichura rewolucji się zerwała, rozerwała sztandar Joanny
niechodzący dźwigacze nitów jeżdżący bolidami jeszcze podtrzymują go
epidemia manifestów pod triumfalnymi łukami póz i kolumnami mód
oto ja, Gavroche z Polski stoję na La Roche, patrzę w niebo
mam otwarte usta, trzymam w nich odłamek meteorytu
w postrzępionej kamizelce wyglądam jak Chimera Apollinaire`a




*Pierwsza para*
Jeden prosty gest wykonać
objąć ją za szyję, przyciągnąć do siebie
zatopić swoje wargi w jej słodko-słonych wargach
rozgnieść je jak owoce morza koralowego
posmakować jak papaję pitaję mango
jeden prosty gest
i ziemia, na której stoimy nagle
zmieni się w niebo albo piekło, kto wie?
objąć ją za szyję, przyciągnąć do siebie
przytulić policzek do policzka
i trwać tak do końca świata
nie będąc mężem i żoną
a wyłącznie Adamem i Ewą
ludzkości pierwszą parą świętą
jeden prosty gest
objąć ją za szyję, przyciągnąć do siebie
jej zapach za uchem w siebie zagarnąć zmysłami
i wyszeptać – razem na wieczność
tej przemijającej chwili,
w której przychodzi miłość

*Dramat namiętności*
Ileż to razy usta moje całowały
śliczne kolana krągłe rozedrgane ubóstwieniem moim
ile?
byłem szczęśliwy, nieszczęśliwy, szczęśliwy
Ileż to razy palce moje dotykały
delikatnie szorstkiej albo satynowej łydki
i zagłębiały się ciepło w pulchności jej
przesuwając z emocjami międzyplanetarnymi
swoje kubki smakowe muśnięć w dół i w górę
ile?
byłem szczęśliwy, nieszczęśliwy, szczęśliwy
Ileż to razy moje policzki rozgrzane
otulały uda roztkliwiającą stroną wewnętrzną
marsjańską nieskończonością delikatności
ile?
byłem szczęśliwy, nieszczęśliwy, szczęśliwy
Ileż to razy moje ręce obejmowały gładkie pośladki
jak rozległe horyzonty kobiecej niepowściągliwości
wewnętrznie zapadające, ustępujące pod palcami,
co jak języki lawy wytapiały pożądanie
zastygłe wcześniej w kobiecości jak idol dla zapatrzonego
ile?
byłem szczęśliwy, nieszczęśliwy, szczęśliwy
A teraz patrzę na swoją Batszebę
przysiadającą się do mnie w króciutkiej sukience,
gdy zakłada nogę na nogę
i wiem, że to najpiękniejsze nogi na świecie
przynajmniej w tej chwili nietuzinkowej emocji
w oczach moich, niemo ich, moich
najpiękniejsze, długie nogi świata widzialnego
najdłuższe piękności człowieczego świtu
najświętszy przekaz długich promieni świetlnych
odbitych od nich ich od nich
najświatlejszy nawrót piękna do nich
w mojej duszy
jestem nieszczęśliwy, szczęśliwy, nieszczęśliwy
tak, nieszczęśliwy w moich okowach wartości
duchu mój ulatuj z kamienia żelaza ciała
ulatuj póki czas, odlatuj na Olimp bogiń nieskazitelnych w absolucie
i zostań tam daleko
od niebezpieczeństwa nóg pierwszych, rajskich, zakazanych
zostań chrześcijańskim aniołem Amorze w Aurorze czystości
niech piękno Hesperyd i mojej Afrodyty
wykuje go w skalnej grani jak napis:
TO JEST DRAMAT (NAMIĘTNOŚCI)


*Tautologia*
Bóg jest przyczyną mojego patrzenia
Bóg jest przyczyną mojego słuchania
Bóg jest przyczyną mojego myślenia
Bóg jest początkiem i końcem mojego świata
to truizm czy transcendentalia?
ja jestem początkiem i końcem mojego wiersza
to prawda czy truizm?

*Sznur*
Sznur korali w Stawie Dąbskim
jej kolano na moim kolanie
sznur żurawi nad lotniskiem wojskowym w Łasku
jej ręka na moim udzie
sznur pereł czarnych zamiast łańcucha
na szyi sędziego Juszczyszyna
jej ręka na moim pośladku
sznur politycznych widziadeł nad Mostem średnicowym
jej ręka na mojej piersi
sznur kolorowych żarówek
na choince w Ogrodzie Botanicznym na Ostrowie Tumskim
jej ręka na moim brzuchu
sznur samochodów w Gorzyczkach na Autostradzie Słońca
jej ręka na mojej dłoni
sznur katowski z ledowej taśmy tęczowej Biedronia
jej palec na moich ustach
a potem nieme wargi
sznur diamentów tuż przed moimi oczami
albo to jej roziskrzone oczy
spętane miłością gwiazdozbiory jeszcze bez nazwy

*Zauroczenia*
Nawet zamieciony pod zegar
kurz namiętności
zdradza tam swoje przywiązanie
do jej cudnego łokcia i dłoni
w zamierzchłych osłupieniach
w pączkujących nadziejach
rozpyla chwile jedności zauroczenia
wczoraj i dziś

*Eurydyka*
Ona wciąż idzie za mną
jak przynęta niesłysząca w ciszy
Eurydyka niezłomna porzucająca dawnych bliskich
boję się, więc szeptam – miła, co robisz, zatrzymaj się
idziemy ku przepaści naszych wczorajszości i swojej
ku katastrofie kosmicznej – eksplozji emocji supernowej
na razie wchłaniamy sympatię, czułość, delikatność
chłoniemy to wszystko, co nieme
nie chcąc się odwrócić, by to przerwać
i skłonić niebo w nas do refleksji nad śmiercią
ona idzie wciąż za mną tak cicho, potulnie
a ja popisuję się łabędzim śpiewem przed nią
śpiewem dni moich wciąż pędzących w nieznane
czym zakończy się ta nasza wędrówka
– gromem oczu, wypadkiem pędzącej lokomotywy
burzą śnieżną w środku lata, – kto wie?
idę dalej a ona to wie, że idę dla niej
jednak nie jest mojego Hadesu cieniem
raczej realnym dniem, ciała schlebieniem
z jedynym ciszy dotykiem


*Najmłodsza*
Kochaj mnie ty, która jesteś
wśród muz najmłodsza
stojąca w drzwiach z szeptem
na wargach zamarłym,
co wydaje mi się pocałunkiem powitania
wysłanym w powietrze
odwzajemnionym takoż przeze mnie
lecz na pożegnanie
kochaj mnie, pochylonego
nad klawiaturą albo wyświetlaczem
bo kogóż możesz kochać bardziej w tak dziwny sposób
i z większą wzajemnością najmłodsza
branko ust i jasyrze mój

*Szepty namiętności*
Gdy roztrącasz natchnienia łasząc się do jej płomienia
z obnażonego ramienia wybuchającego,
co jest zaledwie urzędniczym stemplem każdego dnia
smakujesz kruchości jej koniuszkiem oka
i ty i ona smakujecie siebie nawzajem
ona tak to lubi i o tym mówi
a ty sam nie wiesz, czy ból nieprzezwyciężalny
już jest częścią oka a może języka
ta kruchość, ta blaga, sen, zaświat gestów jak cud
więc roisz sobie sen o wolności w jej piersi,
w jej piersiach, u jej piersi, pomiędzy piersiami
aż strąca cię z siebie tą niepowtarzalną delikatnością boską,
co znów w szeptach szczupłej namiętności zamiera
dla twojego zbawienia




*Adoracja*
Adorujesz zachodzące słońce
tak jak Najświętszy Sakrament
(stworzenie Bogiem nie jest
ale ma go w sobie jak idę i zasadę, więc…)
to nie kult solarny
ale po pięciu tysiącach lat rozwijania teologii i filozofii
obraz apoteozy człowieczeństwa
(zrodzonego dzięki słońcu)
w myśli najszlachetniejszej z konieczności rozbłyska
widzisz ten opłatek bursztynowej gwiazdy
kruchy jak śnieżka prześwietlony
w monstrancji bezlistnych, styczniowych drzew koron
na ołtarzach złożonych, wzniesionych jak do modlitwy
dłoni domów i kominów
wśród teoforycznych procesji wysokich wietrznych chmur
w styczniowe popołudnie od emocji niecichnącego serca
serca jednoczącego i jednoczonego
w strzelistym akcie zrozumienia wszystkiego wzdychasz

*Do kroćset*
Jakąż skałą krwi jest ta kroć?
krwawię ciągle, bo wiem,
że ja sam i serce jedno jak słońce ran
krwawię, bo to już nie kroć jest jutra
ale dziś, księżycowe dziś
westchnienie płuc jak gór – gdybyś, chociaż ty raz
lawina myśli nie zastąpi wodospadu słów opisujących ciszę
a kysz świecie pusty i zły, a kysz
tylko ty ja tylko ja ty wreszcie
nawet – do kroćset
otwartych serc i nieb

*Noc sylwestrowa*
Serce męczy się pochylone
nad swym losem spętanym
gwiaździste niebo ledwo przynosi
rozluźnienie jego więzów
serce łka w sylwestrową noc
nic zmienić już nie może
nic nie zmieniło i chyba nie zmieni
nawet, jeśli samo zmieni się w cnotę lub grzech
w trój jedni zawieszone – siebie, jej i miłości
cierpi, cierpiało, wycierpieć musi
skutki zjednoczenia z galaktyką nieznaną
ot prawda, gwiazdy nie uwolnią od uczuć i marzeń
marzenia nie uwolnią z teraźniejszych kajdan
noc ostatnia to ich nieubłagany kat
gwiazdy, serce i żal


*Drąg fyzykalny*
Drąg fyzykalny i grówniane nożyce
dorzucone do pogrzebacza fynansowego
tak sobie to leży na złomu kupie
jak niegdyś pobitewne, popowstańcze aruże
ale dzisiaj już nikt nie powie
– to w Polsce, czyli nigdzie!
oto ja, który zakupiłem
maszt ogrodowy właśnie
na pudełku napis – produkt typu Germany
w Wuhan zdjełany
ustawiłem i zawiesiłem na nim
wimpel w barwach polskich
niech powiewa nad dziedziną Polaka
właściciela kupy złomu
post.., post.., post…, post…
oto ja, stoję pod nim z włosem sczochranem
Polak żywy i wciąż niemartwy
moja dziedzina oblewana jest Morzem
niezłowrogim i gościnnym
zapraszam do się orły, orłosępy, orliki
wszelkie wirtualne i nie
tylko nie czerwone

*Zżęte kłosy kolejnego roku*
Zżęte kłosy kolejnego roku
w mumie zmienione wczorajsze dni
nic żywego tu nie znajdziesz
w noc sylwestrową
kabaret ukraińsko-śląski wypowie ostatnie kwestie
w języku kaszubskim do górali w Kruszynianach
z piedestału Światowida komercji – i tyle
owce przewag i strat postrzyżone
w Ełku kot ogaca jeszcze zapomniany dach
kogut pieje w Lubaniu po organowych koncertach
Jaksa panicznie bije ostatniego denara północy
denar płacze jak żywy brakteat południa
niewczesny motocykl księżyca rozjeżdża ślimaka miłości
nienadążającego za gwiazdą przyszłości
– motocykl na gąsienicach
jest Lublin w Stoczku i na Wawelu Wawer
za późno na snopy
wymłócono wszystko w trakcie
– całorocznych żniw osobowych
jak świt powiecza teatr jest narodowy
na rynków prawdziwych scenach
aktorów światła brak

*Oczy i serca splątane*
W jej zachowaniu niecodziennym odczytałem kierunek
marszruty moich ocznych gałek
kiedyś były pełne wyrazu
plemiennego krajowego wielkopolskiego
jakieś takie były mrugające
czerwienią zielenią pulsujące
światłem zwykle dobrych, ale i przeciwnych zamiarów
ożywcze w swej lapidarności przekazu
dla komsomolskich maszkaronów kultury
teraz kurczowo uchwyciły się jej błękitu
moje gałki oczne nazwane przez nią:
„och, jaki ty jesteś dobry” z powodu napisu wewnątrz
za nią pomaszerowały w mundurach na kurhan,
wzgórze, jakiś wierzchołek Nebo samych górnolotności
chyba zmienią się już jutro w kosmiczne statki
od wtedy przecież szykują się startu jak gdyby
choć niebieski stał się dominujący
to nie pulsuje w nich zerkających
jest tylko rozbłyskiem jedynym ciągłym
a wzrok mój wszystek sam jest poza nimi
już jest cały w niej jak cel
i oto zaczęły się lekcje tanga Chagalla na niebie karminowym
oczy i serca splątane tańczą przytulone do siebie
obejmują się czule, wypełniają sobą, lewitują nad horyzontem omdlałym
to już ta jednia, to uniesienie do gwiazd wyczekiwane
skrzydlata pieczęć przełomu epok,
roku, dnia, godziny, sekundy … życia zrywu?
czy wielokolorowy fajerwerk nad nekropolią uczuć?

*Kamień filozoficzny nowej ery*
Skorzystaj z ciągłego odlotu samolotów
wszystkie jak na komendę odrywają się od ziemi
unoszą się w górę i lecą w jednym kierunku
jakby gnane popędem w istnienie wpisanym,
zewem wędrówki a przecież ludzką ręką kierowane zdalnie
skorzystaj z lotnych czasów
skorzystaj z tarasu widokowego nowej ery
skorzystaj z tych dziwów maszyn
kto konkretnie kieruje tym skoordynowanym odlotem?
a kto twoimi wizjami na wysokościach?
czyżby antyczarnoksiężnik z Florencji – Savonarola
Dominikanin rozpalony nadto nienawiścią do złota
albo ten, co zamieniał ptaki w samoloty – Leonardo
co zamienił twoje wszystkie wizje w obrazy
albo Michał
ten, co zmienia wciąż skały w dusze czyste i rzeźbi sumienia
patrz na odlatujące samoloty lat
i zmieniaj słów ołów w złoto jak puch jak oni
ołów, mosiądz, oto zachód słońca
a ty jesteś kontrolerem lotów
zbywcą słońc po zmierzchu
tych, z których wyłoniły się czyste złote dusze
rozpięte na sztalugach nieba dusze z renesansu przestworzy
sam jesteś dziś w nich kamieniem filozoficznym


https://bonito.pl/autor/alek+skarga/0
https://ridero.eu/pl/books/widget/przepaszcie_biodra_waszego_umyslu/?book3d=true

*Jaguar i aligator*
Usłyszałem przeciągły ryk w górskich dolinach
rozlegający się, rozpełzający, rozbudzający, gromki
jak siedmiu Aniołów trąby
a potem nagle zobaczyłem jaguara
wspinającego się ciężko po ostrych skałach
prawie pionowej ściany dumnego Matterhorn
jaguar dźwigał w górę aligatora cielsko
w zaciśniętych jak imadło szczękach.
Wycie dzikiego kota wciąż rozbrzmiewało
gdzieś z daleka jak fanfar echo,
gdy jaguar powoli wdrapywał się na sam szczyt
wreszcie stanął na nim i upuścił aligatora
ze zmiażdżoną czaszką.
Nadrealistyczne kształty i kolory
wchłonęły mnie patrzącego
sprawiły, że stanąłem obok niego
i odetchnąłem z ulgą
bezpieczny w niewidzialnym słowie: kres, które trwało
zawieszone w zmrożonym powietrzu
jak niemilknący głos nieujarzmionej potęgi
niezwyciężonej siły natury.

*Pusty dom*
Samotny, pusty dom
firanki w oknach
ale światło w żadnym się nie pali
codziennie go widzę
codziennie go mijam
myślą, wzrokiem, pamięcią
nowoczesny, pusty dom
a z tyłu w ogródku jabłoń
rozrośnięta, zdziczała, równie samotna
z zamarzniętymi owocami na gałęziach
samotny, pusty dom
dom, w którym nikt nie mieszka od lat
dom pośrodku mojej piersi
dom, który tkwi w niej jak bagnet
zamiast ludzkiego serca ożywianego miłością
oścień, oszczep, pocisk
w mojej piersi zatopiony głęboko
choć właściwie odczuwam go
gdzieś pomiędzy sercem a głową
pomiędzy myślą a uczuciem
pomiędzy wspomnieniem a rzeczywistością
pomiędzy jawą a snem
pomiędzy życiem a śmiercią
dom, który zbudowałem tylko dla ciebie
samotny, pusty dom bez ciebie

*Podniesienie*
Termojądrowa reakcja
rozpadu i syntezy
przechodzę przez sam środek gwiazdy
staję się bratem neutronów
przenikam sobą bozon, kwark, atom
w czasie rzeczywistym
– podniesienia
czas otwieram i zamykam
i nie znikam

*W jej ramach*
Oprawiła mnie w swoje ramy
stoję w oknie zadumany w niej
jak model
obok w wielkich donicach rosną
kaktusy jej myślą przeniesione
z pustyni w Arizonie
na podwórko starego Lublina.
Ona ma smutne oczy
bardzo przeżyła ostatnią katastrofę stacji kosmicznej
ja posmutniały Stańczyk w katedrze wawelskiej
pod balaskami jak dworak
stary koń (zimnokrwisty) ja spętany niebem
mały konik (narowisty) marzenia –
obok okna pod parapetem.
Co robisz? – zapytała
kocham cię w twoich ramach – odrzekłem
i zmieniłem się (dla niej) w jednorożca z długą siwą grzywą
(bardziej Garbusek, taki gaduła konik zaczarowany)
przy pełni księżyca w środku nocy,
która spłynęła z żaluzji niespodziewanie,
by powtórzyć jej słowa:
och, ty mój zmysłowy symbolu, ty mój
mężczyzno idealny, choć i pocałuj.
Wyszedłem z obrazu
przekroczyłem te jej ramy (w końcu)
och, jakże rozpalone (w naszej pustyni słońcu)

*Pędząca lokomotywa bez maszynisty*
Pędząca lokomotywa chce się zmierzyć z tobą
ona nie jest ani czarna, ani czerwona, ani tęczowa
ona jest po prostu szara
grają surmy propagandy głośniej niż jej mechanizmy,
gdy toczy się z lejkiem komina i sukienką pługa z przodu
przez prerię duchowej poniewierki Wschodu
olbrzymia lokomotywa klekocząca
wjeżdżająca na stację w Bydgoszczy o północy
albo mniejsza jej krewniaczka
wyjeżdżająca bladym świtem z bieszczadzkiej Balnicy
prycha, grucha, podzwania,
by rano po rosie peronów kwietnych
dopaść skowronka wolności już wdeptanego w ślad kopyta
kopyta bodajże oswojonego zwierzęcia – systemowego kłamstwa
nobliści namawiają cię – opisz
lokomotywę tak jak Homer tarczę Achillesa
odtworzyłem więc na YT filmik z lokomotywą
uciekającą bez maszynisty
i gdy przypomniałem sobie pieśń Iana Scotta Andersona
zrozumiałem, że to moje polskie, zbuntowane serce
z Sandomierza, Gorlic
z Jarocina, Mielca
z Trzebiatowa, Lubania
z Babich Dołów, Szubina
moje serce uciekające przed atomową torpedą komunizmu
to galopujący mustang Zachodu
buchający parą z pyska

*Wizje w kwiatach dobra*
Zaniedbane populacje nowych aniołów
pojawiające się jak zaginione klany, szczepy, plemiona
w twoich monsunowych snach skażonych
nadlatują machając skrzydłami bez piór
lub szybując po cichu jakby na lotniach z woskowego papieru
wdzierają się w twoje sny,
gdzie już kochany jednorożec zmienia się
w znienawidzone zwierzę kryminału Wschodu
tantawy tautang tantany łantany ła
tam majaki to kwiaty zła
po cóż czytałeś Poego i Baudelaire`a?
w Księdze umarłych notowałeś formuły Trismegistosa
patrząc na rękę piszącą po ścianie karceru albo gazowej komory
lepiej bądź drewnianym domkiem jak fińska sauna
nad kryształowym fiordem lofotowym chłodnych myśli
przywitaj jak malstrom zastygłe anioły ich
te zwichrzone, sponiewierane i głodne lecz zdrowe i czyste
cywilizację aniołów przywróć wśród gęstych lasów ostatnich,
w których ukryłeś się przed nietoperzami pustynniejącej jawy
akant żywy zamiast rogu
gwiazdy prawdziwe zamiast głowy węża
dziecka sen zamiast starczych symboli
litość artysty zamiast przekory sztuki
lotne zwykłe wizerunki duchów zamiast błoniastych spadochroniarzy kosmosu
tam wizje w kwiatach dobra
tam ty

*Warkocz Bereniki*
Można wymienić liczne jej stroje
zawsze niesamowite
pobudzające wyobraźnię
można jak modlitwę powtarzać
– cudowna panienka
jest Ziemianką Niebiańską
cudowna panienko, Ziemianko cielesna
twoje stroje jak nazwy, imiona, znaki, ikony
niespotykanie czułe w kolorystyce serca,
w kolorystyce dobra
cudowna panienko, Ziemianko Gwiezdna
dotknij mnie choć raz swoimi gwiazdami oczu
swoimi mgławicami pełnymi galaktycznych łez
swoimi warkoczami komet opleć
Bereniko młodości mojej
nieba nocnego ciężko dojrzewającego nad ranem
można tak egzaltująco szlochać ze szczęścia
wypatrując w samo południe nadwyrężając wzrok
ale niesamowite wizje w duchu łaknienia
przeszywają niż światło mocniej
w ostoi, co jest jak spektrum płci nadanej
ostoi zwróconego człowieczeństwa
w wolności ogrodach

*W Kingi krużgankach*
Zaszłości pienińskie zatarte
wstydliwości panieńskie ostatnie
ni mrugnąć okiem
ni rzucić spojrzenie ukradkiem
nad przełomem Dunajca
w górę na zamek
znów w Kingi krużgankach
stąpasz jakbyś je widział
z Montelupich Czerwonego Klasztoru wyjęte żywcem
patrzysz znów jak Tatar na wszystko
a nie Klaryska
ogarnij się zanim wdrapiesz się na mury
i skoczysz z wieży
w wir spraw
leci już twój wczorajszy posąg na lotni
nad przełomem wezbranego mętnego Dunajca
leci i jakaś strzała współczesnego Pohańca
przerywasz hejnał strachliwie
czas znów po ratunek
udać się do Sącza

*Sięgnąć na stoły sztuk*
Najogólniejsze szczątkowe wernisaże
zamkowych przypadłości
kumulatywnie zsuniętych beznadziejności stoków
świadczących o wyniosłościach
halabardami strzeżonych umocowań
w świecie wasalnym i nieciągłym książęcym
ale wskazując niepodległości krajobrazów
w okruchach takich jak sanie
łuna igła świerk sowa blanka rów
zdeptane wklęsłościami aparycji
Świtezianek ubóstwa przywiezionych w to miejsce
wywrotką marki Stayer
popychanej spychaczem wielkości
tychże magnatów zasiadających
po prawicy zboża i mleka, gdyż
wina nie ma jeszcze na rynkach
a starożytności nieznane wciąż w komórkach
jakichś czynów podległych
na żniwne, szewskie, czyli plebejskie czasy
zapatrzonych jak skorupy na garnek
garnek to iście jak urna zachęty
w liściach ukryty laurowych
by upodleni wykluczeni niedomknięci
mogli wyjść pod tamą cielesności
i sięgnąć na stoły gdzie spiętrzono dobra
sztuk rozproszonych niegdyś

*Sztuki sierpem i młotem*
Jedź, czym prędzej
oddal się szybko wierzchem z Hesperyd sadu,
gdy już wszystkie jabłka spadną
będziesz musiał zostać dmuchawcem
na pustyni klubów jazzowych,
gdy wokół policzki Gillespiego rozdęte
płyń, czym prędzej
żółtą łodzią podwodną pod mostem w Frisco
wynurz się wewnątrz kuli zwanej koncertową muszlą
w połowie Beatles, w połowie Stones
zanim skrzydła poniosą cię w górę
ku sklepieniom ostatnich muzycznych fraz i potem
zamiast Ob-La-Di Ob-La-Da
zagrasz Sympathy For ..
leć, czym prędzej
rześki, jesienny jak żuraw origami nad Himalajami
w głębinie duszy Pan Samochodzik
a na zewnątrz ksiądz
ptak symbol tylko, nie anioł wieczności
jedź, czym prędzej
skróć pieszo drogę ostatnich dni przez Dolinę Śmierci
do Raju zniewolonych w Las Vegas
leć dalej, czym prędzej
nocą nad weselnymi kaktusami Meksyku
by zostać w połowie żelaznym motylem,
w połowie Trockiego ćmą
w Forkidę przekutą przez Fridę Khalo
sztuki sierpem i młotem

*Posłuj lżej*
Kulajże kulaj ulaj
ale cnoty nie udaj
pośle mniejszościowo zły
syzyfuj symoniuj syp
obłędnie naprawiony
robocie ciszy humanoidalnej
gęsi leśna gęśluj
mnogi dyrektorze w gaciach peerelu
powrósłami przepasany moskwy
na niby
gościuj gościu ści
mężny pięknobracie TV
ze sztalugami świata wartymi milion
i pędzlem z dzielnicy za dychę
wróżaj wróżni róż
gdyby nawet opadły mowy uwiędłe
w wygłupach clipów zdobędziesz piedestał zgrzytu
zgryzot nieprzyjaciela nie sięgniesz i tak
jednym haustem przyjaciela spijesz do dna
lepiej posłuj lżej nie wisłuj lże
nie wroguj dla wyraju aj waj

*Krew pada*
Gdyby wielokrotny
człowiek padał z nieba
ale by było, co nie?
a tu padają parasole, itp.
jak koty przysłowiowe
krew pada jak gdyby
do góry nogami
i wątpia zalewa
ale jest niesurrealistyczna
jak człowiek ścięty
głowy wyrastają z ziemi
po prostu jak kapusty
a tu śmierć
horyzontem jeno jest
nie zającem skaczącem

*Lęk przeinaczony*
Przeinaczony lęk karykaturalny
ucieka w roztropne czuwania nad jej twarzą
zadziwiony w oczach jej
smutek jak mój unicestwiany,
gdy konkrety horyzontów minionych
zamykają się jeszcze w ciszy
w słowach, które nie brzmią już tak samo
a lęk i taki jak przed spotkaniem z nieznanym
z pustką z dnia na dzień
z sobą u wezgłowia góry zbyt wielkiej
z nią przy duszy wodospadzie
natury miłości miłości natury
jej smutek, czy mój? – piedestał
w przededniu spotkania z rozstaniem
lęk przeinaczony
jak pogromca fałszywych przewag
stawiasz pomnik medialny
z ciał pomordowanych zwierząt
słów, które dały materiał na futerał dla serc umarłych
ty garbarz lęku wyprawiasz zabite chwile
a ona milknie jak
zwierzęta skazane od teraz
na byty w ludziach na zawsze

*Krasnale nierozpoznane*
Skorzystaj ze skostniałych naigrawań
losowo wybranych krasnali
z naszości i obcości w kumulatywnie
rosnących oczekiwaniach na niezdolności
do pokazywania elementów klimatycznie skrajnych
w naszości i obcości skrępuj duszne lata
olbrzymów niechcianych przez centra kinowe
wyrywające się przed sprzedaż hamburgerów
godząc w centra handlowo-gastronomiczne
zausznicy średniowygadanych pozorantów
pomnikowości rozpierzchną się
w ogóle nie patrząc na nic ani nie wzywając pomocy
od demiurgów cichnących w niszach Alei Piątej
o trzeciej trzydzieści po zmierzchu boga Sorosa
gdy kwiaty wezwą kogoś do pokutowania w losu chaosie
chyba niebieskie ptaki albo czerwone słonie wtedy naszość i obcość zmienią się w coś,
co przypomina olbrzymie krasnale dzisiaj
krasnale rozpoznane i nierozpoznane

*Solowy występ*
Zewnętrznie solowy występ wydawał się
całkiem dobry do czasu
jak na warunki panujące na scenie
i widowni oczywiście nobliwej
bomba spadła po chwili
uderzył w klawisze niezbyt płynnie
korciło go, naoglądał się koncertów Cecila w Ornecie
nasłuchał dodekafonii w Wiedniu
uderzył zbyt śmiało, złamał palec
bomba uświadomienia spadła
jak we włoskim filmie Droga
jak wiadomo powszechnie, kinie nowej realności
wewnątrz gotował się i ściskał jak pięść
chciał zawsze ją podnieść nad głowy
chciał podłym zgotować egzekucję dźwiękową
zgotował
potem żałował
choć sporadyczne oklaski
okazały się doceniać reżyserię i kurtynę
artysta zemdlał ściśnięty buntem nazbyt
po wykonaniu koncertu dziecka nocy Walpurgii
to uderzenie w klawisze nauczyło go pokory
wobec fizyki przyrody
zewnętrznie bladość wszelka wyglądała
na matni purpurę
i vice versa
takie to bywają mistyfikacje
artysta okazał się tęczą jedynie
tęczą przed burzą aczkolwiek
dobre i to, ktoś powiedział,
może Didi
skandal – z jaskółki zlatując,
odkrzyknął Gogo
klap klap klap – taki był finał*W Kingi krużgankach*
Zaszłości pienińskie zatarte
wstydliwości panieńskie ostatnie
ni mrugnąć okiem
ni rzucić spojrzenie ukradkiem
nad przełomem Dunajca
w górę na zamek
znów w Kingi krużgankach
stąpasz jakbyś je widział
z Montelupich Czerwonego Klasztoru wyjęte żywcem
patrzysz znów jak Tatar na wszystko
a nie Klaryska
ogarnij się zanim wdrapiesz się na mury
i skoczysz z wieży
w wir spraw
leci już twój wczorajszy posąg na lotni
nad przełomem wezbranego mętnego Dunajca
leci i jakaś strzała współczesnego Pohańca
przerywasz hejnał strachliwie
czas znów po ratunek
udać się do Sącza*Solowy występ*
Zewnętrznie solowy występ wydawał się
całkiem dobry do czasu
jak na warunki panujące na scenie
i widowni oczywiście nobliwej
bomba spadła po chwili
uderzył w klawisze niezbyt płynnie
korciło go, naoglądał się koncertów Cecila w Ornecie
nasłuchał dodekafonii w Wiedniu
uderzył zbyt śmiało, złamał palec
bomba uświadomienia spadła
jak we włoskim filmie Droga
jak wiadomo powszechnie, kinie nowej realności
wewnątrz gotował się i ściskał jak pięść
chciał zawsze ją podnieść nad głowy
chciał podłym zgotować egzekucję dźwiękową
zgotował
potem żałował
choć sporadyczne oklaski
okazały się doceniać reżyserię i kurtynę
artysta zemdlał ściśnięty buntem nazbyt
po wykonaniu koncertu dziecka nocy Walpurgii
to uderzenie w klawisze nauczyło go pokory
wobec fizyki przyrody
zewnętrznie bladość wszelka wyglądała
na matni purpurę
i vice versa
takie to bywają mistyfikacje
artysta okazał się tęczą jedynie
tęczą przed burzą aczkolwiek
dobre i to, ktoś powiedział,
może Didi
skandal – z jaskółki zlatując,
odkrzyknął Gogo
klap klap klap – taki był finał

*Na Prudach i Łubiance*
Tak twierdzisz
– widok twojego księżyca jest piękny
a pamiętasz ile księżyca
było u Bułhakowa?
trudno cię zrozumieć w zachwycie
wczoraj skradłaś mi pocałunek w środku nocy
zdziwienie i poirytowanie, olśnienie i zapomnienie
ani ty Małgorzato nie znasz mnie w pełni
ani ja nie znam twojego księżyca w nowiu
nie jestem z tych najgorszych ciał niebieskich
ale unikaj lepiej światła zbyt intymnego
szczególnie wczesną wiosną,
byś nie musiała pisać pamiętników,
by je potem palić,
by ze złem paktować,
aby je znów odzyskać
nie całuj mnie nocą, gdy gwiazdy migocą
a psy szczekają na bezdomnych, zniewolonych literatów,
jakim ja jestem obok ciebie
nie całuj mnie Małgorzato w ciemności
nie znasz i mnie i ich wcale
nie zaproszą cię już nigdy do Moskwy na bale
księżyca tam nie ma i słońca prawdy i cienia
eukaliptusy rosną dziwne
kołyszą się misie komisarze na każdym
na Prudach, na Arbacie, na Łubiance
a ja śpię i się uśmiecham i tak, przez sen
bez pocałunku śmierci
w Polsce – Wschodu Itace

*Tamy na zalew*
Zalew miłosierny
tamy bogobojne
schemat świat
schemat do
schemat góry
schemat nogami
zalew miłosny
tamy emocjonalne
strzał w dzień
strzał dziesiątkę
strzał och
zalew cudowny
tamy w arcydziełach dobra
po zupełnym uciszeniu
nagle mocy
nagle tego
nagle świata
nagle w stwarzaniu siebie niemożliwym aksjologicznie
zalew myśli
tamy boskie
po jutra
po zła
po kres
tamy
co szcz sił ęśliw w nogach do ość mety niedość

*Odnowa języka*
Niewiele się namyślając
wkroczył w odwieczne ostępy języka nowomów dyktatora
odkrył prehistoryczne języki i pisma klinowe (pozaklasowe)
i pierwsze stenogramy myśli nieuczciwych pod ławką
te skróty zbrodni, te symbole wypaczeń, ten swąd z paleniska belferskiego piekła
podszedł do sarkofagu historii bezbożnej
i włożył rękę pod poduszkę mumii swobody
namacał przycisk, nacisnął coś – błysk, grzmot
Prometeusz oświaty pogan odpadł od ściany odcięty
to nie był Kaukaz, to już było socjalizmu K-2
namówił Skarabeusza żeby mu pomógł wyjść z sarkofagu prawdy
a ten raz dwa trzy, naszkicował plan
pozbądź się mumii ibisa, kompromisu zdrajcy – doradził
skąd skorupki, bandaże, skąd to w tajnym ichnim NSA
termowizja języka wystarczyła
Adam Eden Ezaw zew cześć dym
skrót do Marsa Marksa Monza Firenza
słono zapłacił za pismo nowe, styl słodki
język uchwycił linę życia zakręconą jak lasso
nostryfikacja dyplomu notariusza dobrej miłości
Homer z Ur, profesor Platon z Pasadeny i wreszcie Alighieri odnowy

*Gołębie milczące*
Ale żeby tak nagle powiedzieć
– sprostam, na pewno sprostam?!
szepnął gołębiom wtedy milczącym za dach krach
wy nas wszystkich nacie mm ma za myśliwych
– dopowiedział jastrząb nocny się mocujący z nimi
ale nawet nie znalazłbyś siebie w takiej sytuacji
nawet nie, w kartonach na granicy światów
a już zamurowano ptaka niewinnego lotnego
chyba to Picasso
albo ktoś z tych kręgów
politeizacja po pokoju
socjalizacja pop koju
ateizacja s pokoju
graffiti na ścianie układnego warszawskiego pokoju
papierowe gołąbki na patykach w pochodzie codzienności
i w gołębnika ch głębi komuniści zaczęli
odliczanie po po ko ju po ko ju i buuuum prawie
Kukliński to przerwał – sprostał
bo inaczej bylibyśmy jak te kubistyczne
płótna w Guernice tkane
zawieszone na galerii galerach krzywych wież Moskwy
Amerykanie je namalowali sprayem swoim
i opatrzyli podpisami:
byłem, zrozumiałem, zwyciężyłem
wracam do Maryland z Picassem Syrenką
jestem murem za nim za murem już
bo wart miliony Polaków dusz
żywy ch nie umarły ch

*Zero przypadek a jedynka*
Złożona sprawa, zawikłany problem
niesiona wiatrem rewolucyjna pieśń ewolucji
zakutana w jedno słowo: przypadek
pulsar przypadek a kwant
pierwiastek przypadek a aminokwas
błoto przypadek a dusza
niewiasta przypadek a żebro
jabłko przypadek a wąż
rylec przypadek a znak
zero przypadek a jedynka
płonący przypadek a krzak
kamień przypadek a stal
maszyna przypadek a wojna
rzeź przypadek a imperium
tolerancja przypadek a fraternia
współpraca przypadek a selenonautyka
zniesienie aluwialnych przemocy (zdarzeń)
nurtów słusznych i nieprzekraczająco jednoznacznych (w aktach)
może wpłynąć na ukształtowanie powierzchni od mózgu poczynając
rewolucyjna pieśń ewolucji
zero jeden zero mgła
zero jeden zero trzask
zero jeden zero zła
zero jeden zero łza
zero jeden zero idea
totalitaryzm stworzenia jednego jedynego
zasłaniającego się światłem
nieś puść nieś puść nieś puść
nieś rozbij jak jajko (świata-serca)
uśmiech uśmiech śmieć grzech
nadzieja przypadkowo ja
śnij w niej
nie wiadomo co
śmiej ja śmiej a resztaaa

*Na widelcu języka*
Na widelcu języka nabity człowiek
oto opieka się go nad płomieniem
spirytusowa lampka w laboratorium
to może i lepiej
cóż, jeśli to rozżarzone węgle podkręconego grilla
to gorzej dla niego w biesiadzie
lecz może być to ogień czyśćca ludzkiego
przegranych w wyborach
albo demokratyczny żar piekła sądu skorupkowego
ty jesteś i widelcem i ogniem
możesz być też tym człowiekiem
odpowiednim kęsem dla ognia nieugaszonego
zanim cofniesz rękę cofnij język
pomyśl byś nie płoną na darmo


*Niepotrzebne starcie*
Zgoła niepotrzebne starcia
lichych nietoperzy z przykucniętymi lwami
na jednej z sawann Syberii
po zmierzchu
we śnie?
o nie!
legendy i mity Zachodu tam nie dotarły nigdy
lodołamaczami starają się zatrzeć
ślady po prawdziwych zwierzętach
w kraju rad czy nie rad
więc po jutrze już zginie tundra?
i ci, którzy chcieli ją posiąść?
tak, uciekaj stamtąd za koło za umarłych szlak
ale wszędzie wojny światów:
wołów piżmowych z prekursorami
zbijania pieniędzy na piżmie
bobrów z przemysłowcami futrzarskimi nowych porządków
długie noce zatapiania przez zorze
białych niedźwiedzi, bo białe jak morze
siłowania się renów z Nieńcami
pertraktowania Niemców z gazownikami
pogoni Czuwaszy na dzikich konikach
za Krasną Armią na saniach
starcia petroglifów neolitu z odpadami barbarzyńców 5G
leci przekaz o zagładach przez świat
jak pierwszy sputnik
jak błędna informacja
jak militarna deformacja
jak rewolucji reformacja
na odzew niemowląt i czaszek – baczność!
wojna światów:
zastałego lodu i nadchodzącego ognia
niepotrzebne starcie?
a jednak nieuniknione!

*Chmury abstrakcji *
Synchroniczne skalkulowane do bólu
wyliczenia piętnastu matematyków ciszy
zasianej od Cancun do Magadanu
zrewolucjonizowały nakładanie mandatów
na ministrów hałasu
niegdyś niebotyczne sekwoje w Kordylierach umysłu
zawyrokowały na Sejmie jakimś o rozliczalności chmur
dających się podzielić
wędrówka dusz nie jest wędrówką chmur
powiedział Drzewiec
i wyleciały wszystkie precyzyjnie
wedle map gwiezdnych kierowane
lotnością umysłów wspierających letargi,
gdy Ziemia spała jeszcze a sekwoje niespokojnie drżały
nastało skalkulowane dłubanie w jako takiej ciszy
eksploratorem wzajemnym
niby chcianym, pożądanym ale oklepanym i nudnym
w 40ym wieku ewolucji naczyń poważnych
i butelek zaliczanych do głośnych
uwodzicieli matematyków
wyroiły się więc szepczące gwiazdy z gniazd węży
a cisza zgasła tuż przed nastaniem
ery zaopatrzonych lamp
a po nich fatalnie zmumifikowane i nierzucające ani snopów
ani cienia ani palenia ani spełnienia
chmury abstrakcji bogów

*Kamień filozoficzny nowej ery*
Skorzystaj z ciągłego odlotu samolotów
wszystkie jak na komendę odrywają się od ziemi
unoszą się w górę i lecą w jednym kierunku
jakby gnane popędem w istnienie wpisanym,
zewem wędrówki a przecież ludzką ręką kierowane zdalnie
skorzystaj z lotnych czasów
skorzystaj z tarasu widokowego nowej ery
skorzystaj z tych dziwów maszyn
kto konkretnie kieruje tym skoordynowanym odlotem?
a kto twoimi wizjami na wysokościach?
czyżby antyczarnoksiężnik z Florencji – Savonarola
Dominikanin rozpalony nadto nienawiścią do złota
albo ten, co zamieniał ptaki w samoloty – Leonardo
co zamienił twoje wszystkie wizje w obrazy
albo Michał
ten, co zmienia wciąż skały w dusze czyste i rzeźbi sumienia
patrz na odlatujące samoloty lat
i zmieniaj słów ołów w złoto jak puch jak oni
ołów, mosiądz, oto zachód słońca
a ty jesteś kontrolerem lotów
zbywcą słońc po zmierzchu
tych, z których wyłoniły się czyste złote dusze
rozpięte na sztalugach nieba
dusze z renesansu przestworzy
sam jesteś dziś w nich kamieniem filozoficznym

*U stóp arki*
Znajdź mnie, jeżeli pragniesz
zadośćuczynienia, miłosierdzia, ostoi
znajdź mnie, jeżeli pragniesz
by stado młodych kruków przeszłości
przeleciało nad domem dobrej nowiny
najmądrzejszych ptaków z wyroczni Apollona upadłej
ale myśli onegdaj uroczej politeistycznie
U stóp arki przyszłości, którą zarządza wiatr
zmieniający się w gołębicę
znajdź mnie, jeżeli chcesz bym podał ci
zieloną gałązkę ocalenia już
z jedynej Ziemi oczyszczonej
wzniesionej wysoko wiecznej ducha ostoi

*Lotni*
Nie wiem jak wysoko wzleciał
pierwszy anioł Boży
i nie wiem jak nisko upadł
po słowach: non serviam
ludzkość wzlecieć może wyżej
i upaść niżej w wolną nieprzymuszoną wolę
hokeistów, złodziei i sekretarzy generalnych
zrobiony w gołębia wzleciał
jak mu się zdawało wyżej
cokolwiek niż gołąb, jako taki partner jego
lecz ani zrobiony na szaro ani na tęczowo
gołębiem nie będzie
w upadku aniołem tak, i owszem
lecz słowo nie przynależne do niego opuści go
jak mniemania zmyślenia odniechcenia
w zapewnieniach zdeterminowane fanatyzmem
uczuć intelektu, co światło zobaczył nie swoje w sobie
choć w nie swoich piórach się iskrzące
więc przodujący hokeiści, niezłomni złodzieje i sekretarze generalni
są gołąbkami pokoju jednego
swojej szarej komórki klatki jedynej
i o tej historii niezapomnianej tyle tylko

*Cloaca Maxima Ubu*
Są takie lotne scenariusze końskiej propagandy
czy chcesz w jednym z nich zaistnieć?
pod jaką postacią?
wiem, chcesz być Świętoszkiem Moliera
i Gavrochem Wiktora
ale czy Królem Ubu Polakiem Alfreda
chcieć to móc, proszę bardzo
scenariusz się pisze, szukaj przebrania
ćwicz tembr i mimikę
najlepiej na tafli lodowej
użyj sopli zamiast zębów
wkliknięcia i odprzeciągnięcia, niedotknięcia i poplecenia głosowe
to teraz dominuje w technice scenicznej
końska propaganda wymaga mocnych scen
wulgarnych słów i szybkich pustych mów
podwieszę twoją postać wysoko
na pasach i powoli będę cię spuszczać
do studni życzeń
a ty hej tuj hej tuj hej pluj na świętości
byś zniknął w diamentach cały
czeskich brukselskich jakichś
(Cloaca Mxima)
scenariusz piszę pisze się pisz się
poemat chwalę poe mat
gawiedzi pozwalasz na wiele
populistom na pohybel
z lóż
(biorę się za słowo jak za chleb
rzeczywiście tak jak księżyc konnicę ludzie
znają mnie tylko z jednej jesiennej wśród spadających liści
galopującej bez głowy
strony)
rozkład jazdy Apolinaire`a w scenie ostatniej
czasy scenariuszy postrealnych Bukowskiego mijają?
Cloaca Maxima będzie zabudowana
zaśpiewają – cześć tobie Kato zwany Cenzorem

*Rozchwiany walc*
Zdarzyły się niewielkie odchylenia od normy
w czasie lotu nad Szwajcarią
modułu nowoczesnej stacji kosmicznej
nazwanej: „Rilke w Muzot”
potem nastąpiło ciągłe zniżanie tegoż
i nieuchronny upadek w fale Dunaju
obok miejsca gdzie Ivanovici grał Nokturn cis-moll Chopina
na pogrzebie Attyli
dzisiaj nie odróżnisz precyzyjnych Pieśni Orfeusza
od rozchwianego walca wiedeńskiego
granego po wielokroć w Linzu i Monachium
ani galicyjskich wyrzutków Cesarstwa Austro-Węgierskiego
od zwykłych zjadaczy chleba,
co to czytają Wyborczą i porzucają wszelkie wybory
odchylenia zaczynają się w piaskownicy cywilizacji
a kończą na falach eteru i wysokich orbitach
– czuj! stary pies szczeka
– rozdziobią nas kruki i wrony
– silni, zwarci, gotowi
– tęcza, pacyfa, kotwica, logotyp Solidarności
– które z powyższych jest niewielkim odchyleniem od normy?
nie zgadnie już ani Attyla ani Luter
ani Mustafa ani Jan Trzeci ani Franz Joseph
ani Ivanovici ani Lehar ani Strauss
ani Rilke ani Kokoschka ani Kafka
ani Hitler ani Orfeusz
ale ty jeszcze możesz!

*Elity w kokonach*
Zazwyczaj niezbyt eleganckie elity
pretendują do rządów wolności
gdzie one mogą wszystko a inni nic
mogą ścinać królów, bogów i proroków
wyrzucać z grobów biskupów i palić relikwie poetów
a inni tylko chylić czoła jak cheruby w Babilonie
elity nie są złe same w sobie
są narzędziem diabolicznym przez swą megalomanię i butę
lity krzem przemawia bardziej do ludzi pospolitych
marmolada do błędnych rycerzy
ambrozja utracjuszy do pseudointelektualnych wariatów i sług
księżyc do księcia, który księciem będzie zawsze
nigdy królem choćby był z marmuru i spiżu
z węgla i stali, z roli i z soli, z kiszek mysich i totemów
z twardych ideologii, myśli i definicji światopoglądów
elity zawsze służą księciu – to dworacy
bezwolni, marionetki mistrza
srebrzystobiali udający buntowników krwistych
w hegemoniach zbudowanych jak kokony
nekrofagi życia w sarkofagach społeczeństwa
w formach przetrwalnikowych, gdy trzeba

*Sekret odwieczny*
Znikną wasze ślady w stawie
gdzie nenufary to liczne śmierci bolesne
a księżyce zwielokrotnione w toni
to mroczne przepaście nastroju
na mostku nad stawem
dotykasz ciepłego ramienia najdroższej kobiety
i nagle ona zmienia się w mistyczne płótno Moneta
a ty w sowę Minerwy
co was łączy teraz?
tylko noc i jej sekret odwieczny!

*Na zesłaniu*
Na zesłaniu anioł mój
w moim towarzystwie niech uwielbi nowy kraj
zesłaniec na dale zachodni
jak tornado nad Grenlandią
więc siadaj ze mną dzielny wojaku weteranie
do stołu, jaki mam
zagrajmy w warcaby zniczami pamięci
obsłużmy wieżę audio
niech otaczający dźwięk uwielbi dusze nasze dwie
wszak ty jesteś duszą samą
a ja ciała już nie pragnę
zagrajmy razem: słupnicy, mentorzy, eremici
zesłani ze słońcem na pątniczą Elbę
na piach, na rozgwiazdy złóżmy dąsy nasze
grajmy i słuchajmy mórz wiekuistych subtelności
pieśni małych czas
przyswajajmy kwiaty dźwięków pełnych
niech w nas dziwne zakwitną
jakże skromną bielizną raju
oswajajmy zorze i noce jak rumianki
w kolektywnym sporze o pozostałości Grenlandii
odwołają nas razem do centrali?
i co wtedy, jakie tam plany
w kwietnych symfoniach pójdziemy tańcząc obejmujący
i obejmowani przez nowy świat?

*Wiek śliski*
Wiek gładki, wiek śliski
nie do utrzymania w ryzach
już lata dwudzieste prawie
ale nikt tańczyć kankana nie chce
ani budować obozów by skoncentrować obcych
obcy mieszkają między naszymi
i wciąż ich więcej, więcej, i więcej
nawet nasi coraz bardziej obcy
nasi dziwni jacyś, zieloni, czerwoni
i tacy jacyś szorstcy, nie gładcy i obojętni
a wiek, który nikogo nie dotyka
wyślizguje się z rąk
szybko z oczu i serc umyka

*Meteory mentorów*
Zawsze bądź wierny meteorom mentorów
a nawet więcej
sam bądź meteorem
i wyleć innym na spotkanie
lotem bezpośrednim, nadciągającym
– z ewolucjami
zawsze wstępuj z uśmiechem tam gdzie
masa i energia to jedno
ale ciągle brak szczerych uśmiechów
wreszcie rozwiąż równanie Joba – skorupy i gnoju
zerwij kaptur i maskę Vadera
kluczenie w piątego wymiaru Pampasach
pozwala na chwilę odbudować autorytet Lucasa
ale potem może być niżej, gorzej, ciemniej
czas rozjaśnić twarze Absolwentów i Robinsonów
zaproś jakiś meteoryt na ten komers kosmitów
wyleć mu na spotkanie
a rozedrganą jak światło przebrzmiałych światów
cięciwą warg
wypowiedz lotu słowa: przepraszam szkoło
– szkoda, że to stało się tak szybko

*Nieobrażalne*
Niewyrażalne, niewyrażalne piękno
jej oczu
niewyrażalne, niewyrażalne piękno
jej głosu
to dobro przyrody całej w ustach, rzęsach, policzkach
ta wciągająca przyjemność słuchania burzy, patrzenia na błyskawice
a jeszcze burza jej włosów?
a jeszcze piorun jej serca?
ponad głowami w głównej nawie ludzkości całej
i ziemi czułej prezbiterium
a ja już wiem
wyrażalne, wyrażalne
piękno jej serca, wyrażalne w struchlałych kruchtach raju
czekam, kiedy wypowie do mnie słowa,
które będą człowieczeństwa mottem
te myśli wyrażalne, nieobrażalne
a ja wam mówię,
czekałem na niewyobrażalne w modlitwach
i już nie czekam, gdy na nią patrzę
a ona ideami mówi do mnie

*Kolec róży*
Igła, szpilka, punkt
z diabłami czy bez?
oś świata niewidzialnego
z aniołami czy bez?
rozbłysk światła słowa
słońca w punkcie zwrotnym
bytu jak lot ciągły
szpilka sosnowa, igła adaptera, wskazówka zegara
choć wewnętrznie sprzeczna
z ideą platońską zespolona
do cna
anioł i diabeł
nie mogą być w tym samym miejscu jednocześnie
to wiesz
punkt, szpilka, igła
zaznaczanie obiektów wszelakich
kłucie samo w sobie
wskaźnik bólu
kompas miłości
na szczycie wszelkich zawirowań nicości
moja dziecinna zabawa przebijająca dorosłych świat
oszczepem greckiego wojownika lub grotem strzały Tatanki
wypuszczonej ku białym z jeszcze drgającej cięciwy w łuku wodza
nad Little Bighorn, howgh
kolec róży dzikiej
w piaskownicy kropla krwi
ratująca życie duchowe dziecka
z rąk przedszkolanek rządowych
torturujących płaskimi obowiązkami
zanim nadejdzie rozbłysk
ucieczka ku szczęściu poza rezerwatem czerwonych
ku własnej wolności podmiotowej
niepowstrzymalności w przestrzeni obcej jak
każda siła ciążenia

*Boginio ułud*
Biegniesz do moich ud uł m a
boginio mił ości
pozwalam ci na wszystko
w niszach kał uż ach och
czytaj: co, kiedy, jak, gdzie: czytaj
boginio m a
bla bla blasku świec pur pur owych
przydajesz im
wciąż biegniesz boso po op op
kamien nej rosie z książką w ręce
do świtu zmierzasz ich z łych by
boginio m a
ele c mentarza
p u szcz ół ud łóws

*Huśtawki na ulicach większych miast*
Rozhuśtane emocje zapracowanego deprawatora
na południe od kuchni kraju onego
zasoby mórz martwych zgłębił imaginacją
teraz owoce dziwne wynajduje wyschłych stawów
z den zrobił kolebkę nienaszości:
weź ser bracie zrób z niego serce
weź mężczyznę plagiacie i zrób z niego kobietę
jastrzębie sąsiadują w Hezjoda bajkach z ideami Platona
a tu nawet nie ma miejsca na miłość szczerą
a huśtawki na ulicach miast większych
prehistorycznie wynaturzonych jak Orient bez tabliczek
jak muchy bez Egiptu władców
zacałowane wykrzywione usta w kamiennych wyżłobione ciosach
usta grobowe nie nasze
podły uśmiech skarabeusza:
weź drzewce oderwane od sztandarów grzechu
płacz sam, kadź im, torturuj owady śmierci
w kolorach indyjskich unurzane jak w pyłach
demonicznych wielu walących się na głowę nacji buntu
opłacone samoloty chłodnych kalkulacji determinizmu
uderzają w nie niespodziewanie jak chłód w słońce
zachodź niekiedy na Wschód
a dowiesz się jak kołyszą się te piekielne sztandary całe
weź stań, uspokój emocje wszystkich deprawowanych przez wieki
pozostań taki na zawsze: owoc nasz rajski

*Korium*
Korium
moje, nasze, wszystkich
toż to to samo..
przecież niczym się to nie różni od
litej stopy kurzej, na której stoi pałac Niosącego światło
korium
moje, nasze, wszystkich
korium
po ostatniej wojnie, rzezi, katastrofie, sąsiedzkiej kłótni
korium
w kosmosie, planecie, przyrodzie, duszy
korium
po zmaganiach z klimatem
korium
jedyne dziedzictwo nasze?

*Aleje niezasłużonych*
Skorodowane anioły socjalistycznych erupcji łgarstw
skamieniałe loty wszędzie
w końcu za parawanami niechcianych cmentarzy
doktrynalnych egzekucji transcendencji
w atmosferze zwiędłej od zaniechań rozumu
będące niezamierzonym odkryciem
konfabulujących egzystencjalistów
frustratów lekarzy psychologicznych dusz
żurnalistów propagandzistów obojnaczych głów
obok zewnętrznych katedr dobrze ukrytych śmierci
niechciane cmentarze pękają w szwach
grobowce w okuciach gwiazd szczerozłotych twarzy
a może bardziej księżycowych wizerunków z alei niezasłużonych
nieskatalogowanych wciąż morderców siebie samych

*Lećmy dalej lepiej*
Światło jest strzałą lecącą za pędzącym Uniwersum,
czy ogromnym rozlewającym się oceanem
nieskończoność jego przenikającym?
nieskończoność jest oceanem czy strzałą?
skończoność jest więc mrokiem, głębią, co?
a może łukiem? więc napina go ktoś?
wiem, czuję, to światło, ta strzała to moja dusza, a ja?
a gdzie moja skończoność, no gdzie?
w ruchu? w pierwszym czy ciągłym?
w pozornym zatrzymaniu? w trwaniu?
Lećmy dalej lepiej jak element swojego bytu
razem z czyimś Uniwersum
szkoda czasu na pytania
uchwycimy go i zatrzymamy i tak
nawet bez doszukania się sensu

*Harfy ziemi*
Strach jest cięciwą, struną, którą potrącasz
każdym drgnieniem rzęs
każdym spuszczeniem wzroku
poszukajmy razem skraju lasu w nas
tam jest nowy świat
otwarty na innych jak na wiatr
drzewa to tylko harfy ziemi
zagrajmy na nich kciukiem
i wzbudźmy tęskny śpiew w ostępach, matecznikach, gawrach
śpiew wolności wszystkiego, co ukrywa się przed śmiercią
w sobie samym jak dzikość odwieczna

*Czyż jest delikatniejsze miejsce?*
Tak sobie pomyślałem,
odgarnę ten jasny warkocz spleciony cudnie
i pocałuję to niesamowite miejsce za uchem,
czyż jest delikatniejsze miejsce dla czułych myśli
dla uczuć równie alabastrowych, przez które
prześwieca słońce z galaktyk nierealności?
a co dopiero dla pocałunków!
podniosłaś wzrok, twoje oczy spotkały się z moimi
na twoim policzku białym pojawił się rumieniec
jak płatek róży stworzonej właśnie przez Boga w dniu siódmym
czyż jest delikatniejsze miejsce dla czułych myśli
i pocałunków?
a co dopiero płynących łez!
wstałaś, żeby wyjść, żeby ujść z moich ramion
wyciągniętych ku tobie
zaświeciły nagie usta i oczy ponad falbaną sukienki,
w której kielichu ukryłaś miłość kosmiczną
czyż jest delikatniejsze miejsce dla czułych myśli, pocałunków
i łez?
a co dopiero lewitujących w nieważkościach dusz!
myślę, że nie

*Sto czwarta Haydna*
Tych podłóg i sufitów nie zliczysz na cmentarzu
a emocji niechcianych zmuszanych ciągiem liter
wyrwanych z kontekstu nie przetrwasz
oznajmiająco śpiewają kosy nad krzyżami
na twoich boskich cmentarzach
zapewne jakaś wiewiórka ruda lub czarna
nawet sójka niebieskopióra w szczelinie światła
zatopią cię swoim rozkapryszeniem w melancholii
powiesz sobie, o o to tylko wietrzyk historii
ten kwiat, to żyjątko – to wyjątek
usiądziesz ciężko pod krzyżem
a jakżeż chciałbyś być
jak ten Chrystus z kaplicy Boimów we Lwowie
ale nie jesteś jeszcze
usiądziesz, wyjmiesz chustkę z rozerwanego, co dopiero opakowania
dotkniesz jej rożkiem kącika oka
a tam kropla krwi, żadnej łzy
co to, to elegijne zakończenie życia uczucia natchnienia myśli
anarchii pustki samotności asymilacji anihilacji?
– nie, to rozpoczęcie symfonii pierwszym dźwiękiem trąbki
może takiej jak w sto czwartej Haydna
krwawa pobudka na cmentarzu, ta twoja pobudka jak capstrzyk
na cmentarzu kolejnego słońca w zenicie niedotykalnym tobą
nad i pod tobą

*My nie doprowadzimy do wojen*
My nie doprowadzimy do wojen
nie to pokolenie
powtarzam to w kółko
my nie zaczniemy na nowo zorganizowanych działań destrukcyjnych
w Europie już rozgrzanych półcieni
jesteśmy zbyt zacofani
w myśleniu o prometeizmie heglowskim,
co w nawiązaniu do tomistycznych drążeń idei w ciałach
wywołał rewolucję społeczną burzowych gniazd
wszelakich maskonurów pogodowego balansu
skutkiem czego była ta nawała północna długotrwała
wędrówka paproci, mamutów, sinic
hekatomba kołujących jak smoki pterodaktyli i wolnomyślicieli
w zaściankach pretendujących do roli Świątyni Milionów Lat
Hatszepsut
my to nie oni, ni Kim, ni Hitler, ni Sargon
takie ni to ni sio człowieczeństwa,
co to raz wpada w groby zaświatów
a potem zmartwychwstaje zaraz na życzenie gawiedzi
i tak w kółko
my nie zbudujemy kontrowersyjnych piramid nad grobami
tylko konsekwentne niebieskie pociągi, co przez tysiąclecia
przewozić będą frazy Coltrane`a i grafiki użytkowe Miro
z Kłaja do Szanghaja po dnie oceanu
słabości niskości wesołości
i tak w kółko, beznamiętnie bezwojennie
dla pokoleń w krainach łagodności

*Koncertmistrz ciszy*
Podjęłaś trud zaniechania kontemplacji
swoich zahamowań
w trybie dość rozkazującym
z wołaczem pośrodku czoła
kręcisz głową, sypiesz iskrami z oczu
a w ustach schabowy kotlet panierowany
robak świętojański nad tobą jak meteor
trud się opłacił?
opłacono ciebie srebrem pełni?
opłacono twoje skłonności do penetracji ciszy
w otworze tajlandzkich jaskółek nocy?
Wiem, prześcigam się w małomówności
jestem błękitnym w złotej oprawie pociągiem
ciaśniejszej na zawołanie swoje niż on
a słowa muszą się wyrywać z potrzasków pomruków i sapań
żeby zdążyć
dopiąć swego w dopowiedzeniach wagonów doczepionych uczuciem
aby na statkach burzy łakomej we mnie,
co płyną rzekami w korytach bez wody wnętrz
nie rzec: odpływam
tak, tej burzy jak fajerwerk alienacji
wiecznego koncertmistrza ciszy niechcianej zwykle

*S i G*
Sodoma i Gomora
to tylko tom jeden
z siedmiu dzieł poszukiwawczych Prousta
po zmianie nazwy
lub raczej po nazw zamianie
Lot i żona Lota będą się pisać z polska:
Orfeusz i Eurydyka
a pań niezabawne zniknięcie będzie
tytułem roznamiętnienia i rozczłonkowania wszystkiego
pytanie o S i G i w dzisiejszej dobie pozostaje: dlaczego?
– dlaczego, Boże?!
odpowiedź pozostaje niezmiennie ta sama: dlatego, że!
to oczywiste jak kamień, słup soli, nieposłuszeństwo naturze
i w depresji Martwe Morze

*Uczeni w dobie dzisiejszej*
Konkludywne protokoły komisji z oględzin opończ kolorowych na rynku
pręgierze i wystawione na pośmiewisko ogółu szkielety w klatkach
to są artefakty dysput filozofów uniwersyteckich
o, nie, to nie mogą być uczeni w dobie dzisiejsze, więc kto?
Jakieś halabardy odstawione do lamusa jak młyńskie koła w rzekach
piekielne magnitudy rozwodów umysłowych rajców na środku rynku
impotencje skazanych na opinie rozgłosowanych gildii
niegdyś w śniegach niby niebiańskich kwiatów czerwie deformacji
przy pomocy dogmatów ideologów wybrzmiałych fałszywie
toporów w podzamczach wbitych w kloce
to są artefakty dysput filozofów uniwersyteckich
o, nie, to nie mogą być uczeni w dobie dzisiejsze, więc kto?
Flamingi jakieś seminaryjne tłoczą się znowu
w wąskich szczelinach murów obronnych i baszt
bez nadziei na widowisko wstrząsające przekazem
mnie wystarczy ścięcie głów niosących światło nieswoje
idiotom z dość wielkich szkół niepublicznych
pod ratuszem kat docent z bardzo popularnym sędzią bakałarzem
dominantem czerni i bieli całym na szaro w tęczowej odsłonie
odgrywają tylko dekapitacje w imię jedni kloca-topora
wielowiekowe to już pośmiewiska nobilitantów rewolucji wiary
zerkających na zamki w górze, w chmurze, we mgle
ustawione, no właśnie, nie, o nie, przecież nikt nie wie przez kogo
o, nie, to nie mogą być uczeni w dobie dzisiejszej,
więc nie wierz w to

*Przeskocz serce*
Paruzja a ty co?
gdzie Paraklet pytasz?
a ty jak na złość w kąpieli
lawa grzech roztopione szkło na witraże
powódź włosów anielskich, chorągwie święte
a ty jak na złość przegryzasz rzodkiewką
melona i oliwkę faszerowaną
popijasz spleśniały ser tanim winem
Paruzja a ty na dachu, na polu, w kądzieli
Paraklet, a ty jak na złość na autostradzie
pędów ku – miej litość nad sobą
odczep wagony i stacje (odczep moduły i statki transportujące)
słoneczniki i słońca
podejmij decyzję, uładź się, ugładź
stań z Boschem do konkurencji w ogrodach
Dali niech w dali maluje dla ciebie mrówki jak żyrafy
lot przez duże El nad Górą Oliwną wykonaj
wypadnij dobrze w dziełach ostatecznych
przeskocz, co jest do przeskoczenia, Cedron, Gehennę
przepaść odwieczną – serce chwiejne własne
i stań w prawdzie



*Wemniewstąpienie*
Siedziałaś przy stoliku w barze na dworcu w Katowicach
w zielonym płaszczu z ciemnoniebieską chustką zawiązaną pod szyją
w ręce trzymałaś bukiecik fiołków, którym kiwałaś na boki
w oczach odbijało się wnętrze pustoszejącego baru
z oczu powoli wypływały łzy
siedziałaś na najdalej wysuniętej ławce peronu wrocławskiego dworca
prawie na jego skraju
poza dachem, który już nie dawał cienia
patrzyłaś na zatrzymujący właśnie pociąg z Przemyśla do Świnoujścia
w oczach odbijały się otwierane okna wagonów, z których
zaczęli się wychylać zaciekawieni podróżni zmierzający nad Bałtyk
z oczu powoli wypływały łzy
jechałaś w górę schodami ruchomymi na Dworcu Centralnym w Warszawie
jak odchodzący Elton John na swym pożegnalnym koncercie
otoczona tłumem podróżnych machałaś chustką i krzyczałaś coś do mnie
w oczach odbijał się blask nieba, które
otwierało się nad tobą i do którego wstępowałaś powoli
jak na drabinie Jakuba widziałem cię obok aniołów
wchodzących i zstępujących na ziemię
z oczu powoli wypływały łzy
wciąż cię widzę na tych niekończących się schodach w metrze
wciąż wstępujesz bezustannie w wymiar życia wiecznego
we mnie
i tak będzie dopóki nie zwiędną fiołki
fiołki świata wszystkie

*Jak duch oceanów*
Wtulona w niezliczone pokłady alg światłoczułych
zasypiasz zwolna jak duch oceanów
w poblask gwiazd uwięzionych owinięta jak w szal miłości
one czują te ułudy snów, co jak nietoperze
napadają bezbronnych żeglarzy dnia
zechcesz oderwać mdlejący wzrok od rozbłysków świata
tonących chwil w falach wielkich miast
w niedopowiedzeniach serc umarłych tu na zawsze
zmykasz oczy już by lepiej słyszeć je
ich ostatnie pomruki z odległości setek kilometrów
one jak humbaki zagubione w uczuciach niechcianych
wciąż żywych w głębinach czasu
uśmiechasz się spojrzeniami skrytymi
pod powiekami opadłymi ciężko jak skrzydła manty wyciągniętej na piach
w końcu uśmiech zjawia się na ustach jak sen
algi kosmiczne wtórują półcieniami
półchemicznymi zapachami półiskrami zaczerpniętymi ze słońc nieznanych
pogubionych w odmętach rozkołysanych dni
jak ty

*Protuberancje w nacji*
Synchronizacja wielkich odpływów
ku wielkim przestrzeniom ducha
zapowiada jedno: możliwe protuberancje społeczne
w okolicach depresji nadbrzeżnych nacji
wiem, że twoje poglądy są inne niż moje
wiem, że podajesz przykład jak depresje
wystrzeliły kiedyś ponad pagórki
(choć z tyłu głowy masz wybujałą Sodomę,
co wpadła w depresję martwego Edenu)
że wielkie odpływy są tylko pływami
do wykorzystania i pomnażania zasobów energii
wiedz jedno, każdy szczyt marzeń
zostanie rzucony w morze bez wiary
a z depresji niewinnej szczyt też nie wzniesie się sam
rzeknij słowo i niech ten Księżyc
odwróci swoje oblicze od dnia
a przybliży do brzegów nocy
zasłoń słońce za dnia
a ja zasłonię morze w nocy
zobaczymy, kto wygra –
czy wiara czy miłość
czy inna protuberancja będzie dominantą
w nacji?

*Artykułowania*
Zakamuflowane w szeptach nadzieje wiekopomnych przeinaczeń błękitu
– to tak w skrócie
potem nadzieje uziemionych przeliterowań słów
do świadomości ze snów
a nawet wielowątkowe, bardziej jawne naigrawania z ryzyk:
będzie się wiodło lub nie
– to tak w skrócie
wreszcie jakieś skamlenia na chybił trafił
oratorów sepleniących na cokolnych ruinach
imperiów w namiotach pustyń ich
dosłownie półzwierzęce artykułowania po kobylim mleku
na wąsach opadających zastygłym
i wreszcie w przemowach okaz motyla,
który nie jest zwierzęciem dla wielu
tak piękny, gdy usiada na lilii złotogłów
– to tak w skrócie
o tym, jak ona przemawia do niego
a on nie rozumie, że jest poddanym odwiecznej ciszy
nie ma nic

*Lamentacje wielorękich dam*
Znowu zaczęła się penetracja jaskiń
i kanionów w głowie przewielebnego
guru monastycznie zdewastowanego
przez schizmę uznającą wyłącznie
posty i lamentacje wielorękich dam sztuki
pozbawionych co prawda atrybutów zewnętrznych
litościwie obnażonego Nabuchodonozora wczorajszości
jak zwykle niemogących dosięgnąć
dzisiejszych złudzeń pobratymców
zupełnie bez wiary kołyszących się na gałęziach
w takt terkoczących silników
kosmicznych pojazdów na parę
i wdychających smog powstający, co rusz
w niszach nieprzeznaczonych do kontemplacji
ale tak wykorzystywanych właśnie
przez guru podziwianego za jednorękość
zniewalającą po wielokroć odmiennością
choć dziwactwem wbijającą do cna
w zakamarki grot podwodnych
bez tlenu nadziei i wiary,
którą miano pogłębiać w głębokościach przedwiecznych
a nie rozjaśniać w niszach i na kosmodromach
i to zapylonych, zasmrodzonych przez wynajętych biczowników,
co z gałęzi spadli nieopatrznie
wtedy

*Szukaj odbić*
Jeden poziom spadania potem drugi
ale wcześniej wyskok po odbiciu od dna
chcesz lecieć i lecieć
by ostatecznie zawisnąć w firanach rozwieszonych
na sekwojach, sykomorach, sekwencjach losu
– wszystko jedno
nie odbijać się w nieskończoność jak na trampolinie, batucie
zawisnąć, zawisnąć – to spoczęcie myśli rozedrganej
w nieboskłonnych pasażach lasów monsunowych bytu twojego jej
boskie konwergencje tych lotów w nieustannym
oczekiwaniu spokoju, odpoczynku, błogości
przecież wciąż wyżej się wznosisz po każdym upadku
po każdej porażce, porażce błogiej wręcz
błogość jej przewyższa odpoczynek ziemski wszelki
nie dumaj więc na poziomie sekwoi i teczyn
to nie twój los, nie szukaj pajęczyn utuleń lecz odbić
nie lian i ochronnej siatki, co przerasta serce
ostatni poziom jeszcze

*Szczyt pokory*
Zaskarbiłem sobie twoją pomoc
pomoc nadeszła niebawem na czas
wcale nie odczułem skażenia górami laickimi
moich duchowych powinności
chociaż odpadłem od ściany powodzenia
moja twierdza to mój szczyt (choćby na dnie) zdawało się
przezornie dźwigałem ciebie w sobie jak bezpieczeństwa plecak,
jak lin wiązkę na wszelki wypadek
wypadło odpaść w sobotę, leciałem w niedzielę
przypadek wierności sprawił, że usłyszałem jak wzrasta jedna ze skalnic
zanim uderzyłem głową o grań
zaskarbiona pomoc nadeszła
zablokowałaś karabinki, wbiłaś czekan, wyhamowałaś mój upadek
kamień skarcenia uniósł się by sięgnąć mego czoła
– nie sięgnął
ani ten na ziemi już nie sięgnie
ani ten lecący w kosmosie bezideowej ciszy
jestem już uratowanym przyrodnikiem
regli i turni zatraty
dojrzałym koneserem odwróconych gór
patrzę teraz na mój skarb – szczyt pokory
choć nie wiem, kto kogo zaskarbił?

*Chwila zadumy *
Zewsząd nadlatują chwile zadumy
chwile cherubiny, chwile jak motyle
cóż te chwile tu robią?
peregrynacja jakaś, migracja motyli
w moje światy zaświaty Mahabharaty
a jak już odlecą wszystkie, piękne, słodkie, urocze
pozostaniesz tylko ty
moja jedyna chwilo, moja samotna, najpiękniejsza
we łzach, w tęsknocie, w nostalgii jak konwalia
i ty, która przysiadłaś zamyślona na polu lawendy
czarowna ja ona, jak ona o zapachu życia niezwykłym
chwilo mojej miłości

*Tercja w akrylu*
Niezagłębiona w akrylu tercja septymowa
(lśnienie, muśnięcie pędzla, omsknięcie)
– zatracona w pasterstwie improwizacji
posłuszeństwo absolutne w czynieniu mgławicowego dobra
palcami mistrza, opuszkami pianisty, knykciem rzeźbiarza nut
wlewanie sprayem kolorowego wnętrza
do płonących żyraf połowieckich
(usypywanie z prochu konwulsji konia trojańskiego w Guernice)
w strukturze uzyskanej zmarzliny pulsuje tekstura kryształu,
za którą odpowiedzialny jest mózg homo habilis
lotne uczucia zagłębiają się płytko w skałę, kanwę i pięciolinię
potem tak trudno to pojąć, a co dopiero zaśpiewać w kolorach
w pewnej odległości od palców demiurgów
lęgnie się płaszczyzna podniecenia, co zabiega o larwę sław
potem rozrywają jej kokon i ją zaduszają by połknąć
(na pożytek imago, gniazda, nacji, fabrykacji)
w dotyku zagłębia się impresja tanga owoców obu piersi i szyi
pałającej różem jak oba policzki na wernisażu kosmosu
to widać w rymach i stakkattachch młotka
nagle tubalny głos chóru wzywa kozły do wyjścia
penetrator mgły sztuk podnosi batutę, która zmienia się w pędzel
naraz – blachy, kotły i balet ludożerców na linach
kozły wstają i wychodzą czwórkami
dziewczyna w pierwszym rzędzie zagłębia się w własny wiersz
płacze łzami na przemian: czerwonymi, różowymi, karminowymi i purpurowymi
akryl pokrywa proscenium łagodnie, prawie samoistnie
startują w górę w trybie rakiety akordy septymowe – Lu Lu

*Lukullus i ty ziomku*
Jak Lukullus miał w swych dobrach swoje śródziemnomorskie uczty,
tak ty ziomku dzisiaj oczekujesz wspaniałości domicylu
z publicznego języka próżni rodzi się prywatna próżnia ust
namiętność ucztowania w mediach
zamiast głodu pożaru serc misjonarskich
zstępuje z imperium zamkowych restauracji po raz wtóry
ucztowanie z koszatkami, jako głównymi daniami
zastępuje ratowanie dzieci
w zasypanym przez Rosjan syryjskim szpitalu
na ile zmieniły się okoliczności?
na ile ludzie?
nie wiadomo, lecz widać, że wymiotowanie,
by znowu móc jeść wciąż w modzie w Onecie
tam gdzie uczty celebryckie permanentne
a celebryci od rana w autach reklamowych jak Obeliksy
tam nędza bezhabitowa żyje bezideowa
w habitach głód ma uzasadnienie
a w habitatach prowokatorów artystycznych widocznie nie


*Parasol nieba*
Jesion wysoki jak parasol nieba
z listkami, co mnożą się jak liczone banknoty
wzniesiony z podmokłych miejskich oczeretów
siłą w dwójnasób skleconą naprędce
przez skrzydlatego stwora
wyrzeźbionego ręką przedludzką
w zielonych atomach dziarskości
zgórował nad dachem jak komin
teraz drzemie we wnętrzu górowania
czekając na deszcz
deszcz łez i skarg nie ptasich
nie motylich, lecz ludzkich
bezkrytyczny dla chmur nie będąc
dla nich i aniołów ani punktem odniesienia ani zwrotnym
ale mnie zawrócić potrafił
z horyzontu krańca razem z ostatnim sokołem światła,
który zmierzał ku źrenicy oka
dla trwania nieczułej dla pędu, wiatru, inercji
stającej się bramą życia
w pełni przyziemnej miłości

*Jedność sceniczna*
Kongenialny do pewnego stopnia jest
przekaz mój
w swej wręcz zabójczej mimice
słów niewypowiedzianych
ty stoisz na środku pokoju
i już odpowiadasz na nie pocałunkami
wysyłanymi w przestrzeń
soliptyczną wokół nas sawantów miłości
nie dosięgają moich ust spragnionych
lecz pochwyciwszy w locie owe słowa
pękają zaraz jak mydlane bańki
to nasza jedność perfekcyjnie sceniczna
Kolombiny i Arlekina

*Cierń*
Mój w myślach cierń jest moją zasługą
będę głodował dla chwały jego bezustnej
mój mądrości ząb jest moją naturą
będę raczkował z nim dla sławy jako takiej władzy
mój wieszcza płaszcz
jest moją świętością w połowie
będę się dzielił nim z niemym wiatrem
strofami zapisanymi klejnotami w koronie
jak ból prawdziwy królowej
mój ziąb już nie zaistnieje w takiej oprawie


*Lewy stracony*
Lewy stracony staw
okupuje stado kaczek
poniekąd myśli są operowe
w kulminacyjnym momencie utraty kontroli
bydlę kwadratury koła
to jak myśl Pascala – owieczka złotorunna
we wnętrzu koła sztokholmskiego
podziękuj Wałęsie na schodach Nobla
obnażony obrażony obleśny
kur czerwony nad Paryżem
feniks to czy skowronek metalowy mitologiczny
Helsinki czczą tańcem cara
vis-a-vis caryca Putina
czci fajką Ducha Północy
sanie przed operą – ssanie nad
dzisiaj znikąd pomocy dla kaczek
zostań sam na stawie strącony
kolumny pod wodą jońskie frankońskie niemieckie
czkasz kartkami i długopisami
lecz w kierunku odwróconych kul dum-dum
jak fi i pi jednocześnie do kwadratu
leć swawolnie z Kalifornijczykiem pilotem smartfona sterowca,
co porzucił diabła właśnie
bądź na czas w Watykanie
Grzegorza teraz
mega przelot odwróconym samolotem
nad lewym stawem

*Zadanie nierozwiązywalne*
Gdybyś nawet tak szybko rozwiązał zadanie śmierci,
że nie starczyłoby czasu na myślenie i czucie
to i tak nie zdałoby się to na nic
w oczach węża i tak jesteś martwy
jak jabłko
w oczach jabłka i tak jesteś martwy
jak oko węża
dane wejściowe grzech
w całkach pierwiastkach potęgach
ukryte równanie bytu ludzkiego
unicestwienie jest wynikiem jego
oto matematyka odkrywcy
słowotwórcy – węża
zadanie więc nierozwiązywalne?
nie przekroczy śmierci matematyka
czuły człowiek tak, tylko człowiek

*Spisywanie wrażeń*
Głębia obrazowania w trakcie spisywania wrażeń
a jakże, złowieszczych
moderowana powinnościami rzeźbiarza słoni,
gdy atak konnicy ciężkozbrojnych wyłonił się nagle
z pozornej ucieczki tej armii terakotowej
głębia obrazowania w czasie graniastym
na odwiecznych planetach historii
a jakże, przemijających jak mydlanej bańki żywot
stój jeźdźcu, stój rycerzu, stój
to studnia realnej panoramy miliardów,
zaczerpnij szyszakiem wody
kosa śmierci czasem wygląda jak rolnicze narzędzie
a czasem jak kieł słonia
głębia obrazowania po ataku kawalerii ołowianej
na zamek miłości, który pozoruje twierdzę
twoich nie obrończych skłonności, lecz szarż namiętności
jakże widoczna w natchnienia porywie

*Kołyska bogów*
Żółte kwiaty żółty pyłek
jakieś takie płatki groszkopodobne z brązowymi kreskami
kod czy coś w lwich paszczach?
na końcu ulicy w lewo
za kościołem i młynem wodnym dziewiętnastowiecznym
kwiaty zwisają nad młynówką królewską zasypaną porażkami
w planach właściciela miasta na rozstajach
jednego patrona prawie wulkanicznych
eksplozji tegoż pyłku ziarnistego
drobnego trzmiela uprzywilejowanego inicjatora
informatycznych wizji ekologicznych niesfornej
acz mainstreamowej przestrzeni miejskiej
hagiografa homocentrycznego heliopolizacji holistycznych
w zapylonej Warszawie Glacjalnej już nieco zurbanizowanej
i historią starego państwa energetyzowanej

*Kantyk Miriam*
Jak mam rozdzielić serce boże
pomiędzy dwa kwiaty czerwone?
jestem skołatanym motylem
jeszcze we wnętrzu włochatej gąsienicy
a one kołyszą się nade mną jak powiew
pierwszego wiatru stworzonego na kartach Genesis
boże zamiary są niewidoczną siłą
w Egipcie moich wolności
jak podzielić to serce proste?
czy wystarczy podnieść rękę wysoko
i wypowiedzieć słowo… jestem?
a może lepiej pląsając i uderzając w bębenek
zaśpiewać kantyk Miriam?

*One błyskawice*
Zamglone łąki, anielskie jary
łzy czułych starców w ciemnościach
bezbłędnie kojarzone z gwiazdami
apokaliptyczne spojrzenia
nowe pankosmiczne przesłania:
będzie wezgłowiem naszym horyzont
błyskawic horyzont klękający przed nami
będzie okryciem naszym pieśń wichru,
gdy wyszepczemy pożegnanie na wczoraj i dziś
a jutrem otrzemy łzy
pokolenia rzek, generacje traw
odwieczność naszej wędrówki wśród skał
przez krajobrazy elektrycznych serc
do bycia pięknym pod każdym słońcem
gdy kur zapieje i powstanie ostatnia ludzkość do czynu
my otworzymy oczy w zdumieniu
w dłoniach trzymając one błyskawice
własnej przestrzeni i starcom przywróconego czasu

*Żuraw losu świata Bożego*
W takim związku skrzydeł i głów
nie poróżni nic głosu i losu
myśląc o skłonnościach do przemilczeń codziennych żertw
stajesz się drzewem beznamiętnie rozłupywanym ciosem łodzi Charona
kładzionym na kowadła losu, co wartki jest jak rzeka
nieuznająca zmyleń, meandrów zmilczeń, wirów zapomnień
zwana pędem życia ku wodospadom
ty, który możesz wszystkie rzeki wyłuskać z niewoli gór
zdobędziesz w pędzie konieczność rozkosznych lewitacji
potrzebnych w miłości oczekujących mórz
w mgłach losu nadrzecznych lasów, łąk i bagien
odziany w stalowy płaszcz lotnych snów
rydwanem deszczowych łez padających w górę
wzniesiesz się jak Eliasz frunąc nieśpiesznie do Wyraju
ponad sodomskie Edeny, Elizja i Asgardy
ty wszechpęd wszechłez, fontanna wzlotu wysokich gór
niebotyczny śpiew, wszechśpiew
świata Bożego losu żuraw

*Inicjał nowej miłości*
Wypiłem całą jej twarz
a ona na to: to nic
jestem jeszcze piękniejsza w tobie
w moim ciele jest wiele twarzy
a w tobie będą także ustami i rękami
będą wypowiadać i pisać wszystko wielkimi literami
nie tylko w twoich oczach, ale i w sercu
wydoroślejesz wreszcie kolorami moimi
zaspokoisz pragnienie polatującego ducha
ty mój miłosny motylu
będziesz pierwszą literą z mojej ręki
a mojej twarzy za karę świetlistym obrazem
inicjałem naszej miłości nowej

*Infoprzywódcy*
Idą nowożebraccy, idą i niosą dary
z Ameryki do Europy
nowo wybudowanym mostem pomostem
z kasyn ciemiężyciele wszechstrad
a ja dę i pę by zamknąć
odwrócone koleje (losu)
niegdyś ułożone na dnie (tory)
teraz przerzucone wiatrem i balonami
z Ameryki do Polski
długa droga prowadzi
witajcie kochani i bądźcie nam radzi, oj dana
dana mi jest wielkoduszność wobec infoprzywódcy
więc skaczę z jego spadochronem
na siebie
(za dary dzięki)
wyjdą nowobogaccy starohuccy średniopolscy
z Polski do Europy, oj dana

*Wypad z koszar Europy*
Zmierzch,
mój oddział ewakuuje się za linię horyzontu
białe flagi powiewają jak chustki żon
w okopach lęgnie się prawdy noc
łgarstwo świata niknie jak za lasem słońce
zmierzch,
mój oddział zluzowany zbiera się na ostatni capstrzyk
bandaże przesiąknięte krwią
hełmy zdjęte z okopconych prochem i kurzem głów
nagła wiadomość z Paryża od generałów:
Gioconda wzięła ślub z Apollinaire`m
zmierzch,
mój oddział niepokonany odmaszerowuje
od czoła słychać śpiew:
„z poza gór i rzek wyszliśmy na brzeg”
zmierzch:
mój oddział: stój!
latryny, łazienki, garkuchnie, izby,
sale telewizyjne, palarnie, śpiwory,
hymny, ody, sny
nareszcie wypad z koszar Europy,
sir Petrarca, sir Rilke, sir Apollinaire
zmierzch,
kamerdyner kammerzimmer camerimage
akcja stop, kamera stop, światła stop
mój oddział: dość!


*Jej spojrzenie*
To jakieś Morze Czerwone otwarte
owocny Długi Marsz Dziesięciu Tysięcy
podróż kompletna dookoła świata zagubionych żeglarzy
fantastów wejrzenie do wnętrza Ziemi
jej spojrzenie z księżyca planety Syriusza
jak hasło wezwało mnie nagle
wyrwało z Ziemi Opisanej
popchnęło w krainy sercom nieznane
naznaczyło tęsknotą światów tak odległych
jak ja teraz od niej
z krainy szczęśliwości Argonautów powrócę
do rzeczywistości bólu i rozpaczy niejasnej?
jej spojrzenie – to poprawione równanie
ogólnej teorii względności
sięgającej krańca ludzkiej wiedzy – Dogonów
podróż wprost z jasnych jej oczu
na drugą stronę mego ciemnego bytu
odnalezienie Atlantydy
odkrycie dobra na szczytach
starożytnych piramid myśli

*Pończochy*
W skończonych, chociaż
na pierwszy rzut oka nieskończonych
pończochach
trzyma serce czyjeś
o, osuwa się do stóp
to prawie tak jak u Jakubczak Ludmiły
naga przede mną Noemi
skończona, chociaż na pierwszy rzut oka
nieskończona
gra
Noemi pończochy Noemi pończochy Noemi
płacze
o, oczy moje stoczyły się do stóp jej


*Z wieży kwietniowej*
Pośpiesznie w tą niedzielę
w tą wiosnę zbawienną
macham rękami-skrzydłami
węglowe oczy zamglone rybią rtęcią
nad życiem innym sobiepańskie namysły
wyrwały mnie nieopierzonego
z gniazda rozczuleń nadmiernych
piszę, płonę, pełznę
pośpiesznie wbijam haki
w ceglany mur mojej samotnej wieży
zakładam karabinki, ringi, ekspresy
dopinam się w uprzęży niestabilnie rozkołysany
ty patrzysz na mnie z dołu
a ja jak pająk kwietny wiszę na linach
ledwo sunę spętany po ścianie ceglanej,
co staje się metalową płytą powoli
zmierzch mnie goni jak cień
będę nietoperzem z opery
wtedy, gdy mnie dogoni
traumy dzieciństwa lepkiego
unieruchamiają skrzydła, co raz
ty stań się spadającą gorącą gwiazdą,
która mnie strąci z wieży kwietniowej
a póki co, naprzód, ciągle w górę jak pociąg
świąteczny i osobliwie dziewiętnastowiecznie zaalpejski
zanim runiesz na mnie
i razem spleceni już będziemy lotem jednym
nieważkim, wyzwolonym z upadków
dla równie samotnej Ziemi obcym


*Pustynnik myśli wydm*
Znojnych myśli wykwity nikną
banalna linia ze smutkiem tam
dywan słowa zwijam w zgiełku przednocy
przeinaczone znaczenia jak ból księżycowych ran
i pogrzeb kwiatów jego jakżeż bolesny
zgiełk moich ogrodów roześnionych cierniowych
pałam miłością nieokiełznaną wychodząc na te zaświaty
z ogniska jasnych stokrotek ściszenia
lekko blada twarz niecierpka wtedy
rakieta stawu w oczach struchlałych wiewiórek,
co są jak azalie kwitnące majem umarłym
na ścieżce do sanktuarium absolutnej ciszy
a rakiety a archetypy a symbole
a rewelacje a relewancje a reewolucje
a bzdur sny a my a ty
w generalissimusa umundurowaniu bujnym
jak w oczeretach Czatyrdaha pieśni kolorowych kwiatów
biegają siwe konie po błoniu po południu myśli
wypasa je malarz odkrywca akupunktury gwiazd
stonuj gwiazdo srok różowych kłótnie wychyl się z rakiety
ciemności strzeże Gabriel a nie Michał
a to nie rajska ciemność nie płomieni nie grzechu
zegar to z kurantem światów
zdejmij czaszkę połóż w to miejsce szlafmycę
diamentową z zawartością apokaliptyczną mityczną
oto mój bezbłędny rycerz,
co zostaje gwiazdozbiorem idei w nagrodę
hen w głębinie płatków wiatraków
syp je śpij jak on
pustynnik myśli wydm

*Kur z Kurlandii*
Kur z Kurlandii
a ty z Tykocina
podróż od ja do Janowca
zgłębianie rozległego labiryntu podwodnego jaźni
batyskafem nieba odbitego w lustrze tafli dnia,
co baterią jest nikczemności przedpoznawczej
napędzającą imiona nazwy osądy
kur z Kurozwęk
ty z Tylmanowej
a potem wy z Wyszogrodu Wyborga Wyoming
na końcu ja z Jahwe
i tyle
wystarczy

*Musisz sobą wyprzedzić*
Leci twoja strzała miłości, leci przez świat
przelatuje nad głową, zniża się nad horyzontem
czasem się dziwisz, że nie spotkałeś nigdy
Nefertiti, Dalili, Królowej Saaby, Heleny
pewnie też byś się w nich zakochał
płyń swoją arką, tym kosmicznym promem Prometeusza
zmierzaj ku najbliższej gwieździe błękitnej i jej kochanym konstelacjom
napędzany wiarą, co eksplozywnie rodzi miłości pęd
obie stworzone przed twoim narodzeniem
może zdążysz je poznać o brzasku
wszechbrzasku, który musisz sobą wyprzedzić

*Ze skowytu życia*
Kwadratura skowytu w atomach bytu
gdzie wszystko jest tą samą elipsą nieznośną
klik klik klik
chyba, że kryształ słowa przełamie
ostatecznością graniastą regularną
niemożność wyjścia poza schemat krążenia
myśli wątpiących
klak klak klak Bądź kryształem zastygłym w lśnieniach
ze skowytu życia twego niech zrodzi się
nowa parabola ducha
w cząsteczkach zmian zamkniętego
jak ziarno wiekuistego istnienia
klik-klak klik klak klak-klik

*Gracz (Spłoszyć wieczór)*
Wszystko lub wiele
zależy od formatu
nachylającego się wieczoru
jak gracz nad stołem
a tu nie jest jeszcze sformatowany
twój spokój schyłkowy
nie jest kreatywnie ściemniony
twój niepokój w protuberancjach
format nieduży ekranu i kart
na ekranie transmitera gra twoja ręka
twoja talia wirtualna
obie miniaturowe a pobrzękiwania
trzosem jak naparstek
i dobrze, blef to blef – wyrzeknij słowa: va banque
to wystarczy, by spłoszyć każdy wieczór
ten za mały, niewykarmiony,
niedojrzały, zbyt płochy
jego pisklę nie twoje
znika na zielonym stole w sobie
graj dalej w ciemno z nim


*Osiem kilometrów na sekundę*
Sen, a zwłaszcza sen
zdobycze kosmosu i walka z mastodontem
gwiazdą w warkoczu kobiety
kobieta w jaskini lewitująca
w stacji kosmicznej wykutej
spacerująca po odległej planecie Ziemia
barwy węże słonie koty płótna
siewcy ciszy orbitalnej wychodzący z rakiet
przy prędkości osiem kilometrów na sekundę
sen, a zwłaszcza sen
serce wpadło w pamięć
pamięta o wieczności w prehistorii
plazmy minerałów górotworów
zwierząt przedludzkich w socjalizacjach
a Ziemia? tak, Ziemia spaceruje w człowieku
elektron pędzi z prędkością
dwieście osiemdziesiąt kilometrów na sekundę
w przyrządzie pana od fizyki
w klasie szóstej realnej
a Ziemia drepcze w człowieku jak mastodont
ciągle zderzając się sama z sobą
śni i tworzy snem

*Bibelot*
Mam jej słodki uśmiech
ustawiłem na etażerce
jak bibelot
uśmiech z alabastru samego
nie taki jak inne
plastikowe
uśmiech jak relikwia
z miejsca objawienia porywu serca
powiedziała nim
ulep moją figurkę radosną
wyrzeźb mnie w złocie drogocenną
namaluj mój obraz prawdziwy na kuli szklanej
– miłością
– to namalowałem

*Sprzedawcy baloników *
Mój kamrat bliski
gwiżdżący sprzedawca baloników
stojący na moście na tle katedry Notre Dame
nie malutki, ale ogromny
jak prawa wieża katedry
jeszcze olbrzymieje
a jego baloniki stają się balonami Braci Montgolfier
nad Paryżem
całe karmazynowe odbijają nie błękit paryski
w zachodzącym słońcu, ale
blaski kościoła, którego iglicę i dach liżą języki
piekielnego ognia
i jest kwiecień
Mój towarzysz bliski
gwiżdżący sprzedawca baloników
jak fontanna i posąg Neptuna na Długim Targu w Gdańsku
nie malutki, ale ogromny
pompując z butli balony, które wiatr spycha
nad wikingowski tryzub symbol niszczyciela Siwy
jeszcze olbrzymieje na tle Dworu Artusa,
który ozdobiono trzema wielkimi czarnymi słowami:
Dżuma, Ospa, Cholera,
gdy w dali na Zielonej Bramie plakat ogłasza „Piękno nagości”
a za nią Motława kołysze statki na Hel
i jest kwiecień
Mój kumpel bliski
gwiżdżący sprzedawca baloników
przed bramą Belwederu
nie malutki, ale ogromny
jak pomnik marsowy Piłsudskiego
jego baloniki tęczowe jak lotnicze bomby
ich chmura porywana jest w kierunku Ogrodu Botanicznego
miota się i pęcznieje jak wielkie stado przestraszonych gołębi
wirujących nad Warszawą w czasie Powstania
i jest kwiecień
A donekigrzesioirózia
nie porzucają swych zabaw i gier
w klasywojnykrzyżykkółkox
lecz trwają nadal na swoich miejscach
malutcy, zmniejszający się do postaci mrówek,
które chowają się w szczelinach
pomiędzy miejskimi chodnikowymi płytami
ciągle domagając się unijnej ochrony
jakby były pięknymi, rzadkimi rudnicami z Białowieskiej Puszczy
ich piskliwe, balonikowe głosiki nic nie znaczą
po helium
i jest kwiecień
A ja
jak jakaś niebotyczna wojenna machina krocząca kosmitów
jak Optimus Prime
idę Alejami w kierunku Ujazdowa
podczas, gdy obok w Łazienkach Królewskich
eksplodują drzewa i pomniki jeden po drugim
w ogromnych butach Boga idę w kierunku Kancelarii Premiera
przed oknami, której kozłonodzy ustawili przyczepę kempingową
z kolorową nazwą: OTUA
w biały dzień pali się wewnątrz światło,
choć jest zamknięta na głucho
a w niej i wokół ani żywej duszy
soulowym krokiem podążam naprzód w moich nowych butach
nie patrząc pod nogi
nie zaważając na mrówki faraona
tak powszechne dzisiaj we wszystkich miejscach świata
(jestem inspiracją przedwtórną dla Stonesów
niedługo nakręcą słynny muzyczny promoclip
będą jak ja przechadzać się po Manhattanie w Nowym Yorku
Keith Richards i Mick Jagger wielcy jak Empire State Building
przestaną podskakiwać jak Jack Flash przy Brooklińskim Moście,
by z nieukrywaną satysfakcją pochylić się nad kałużą Central Parku
z czystej sympatii dla diabła)
i jest wiosna?
nie, nie, nie
wiosny nie ma
i nie będzie już nigdzie
nawet na Sri Lance!
Miłość jest zbyt trudna
a wiosna okrutna…

*Czysty intelekt*
Całkiem odwieczne dosiadane na oklep
każdej komety i spadającej gwiazdy
enuncjacje zwycięstw duchowych robotów kosmicznych
we wspomnieniach uciekających poza widzialne
efemeryd cywilizacyjnych naszości zbawiennej
w epigramatach galaktyk ręką pisane Zbawiciela
całkiem odwieczne, prawie Adamowe
moje już w Wielki Wtorek krople krwawego potu
mój ból kręty jak Jerozolimy uliczki
i ciasny jak tunel dla wąskotorowej kolejki skazanych
łzawy, o tak ja płaczę
odwieczne dziedzictwo płacze we mnie
pod niebem wyklętej ludzkości
spoglądam przez strach przez drżenie
rzęs nad okiem zamykającej się śmierci,
co otworzyć się musi supernową ab ovo
zmartwychwstaniem na nowo
w moich najczulszych życzeniach
dla gigantów nienarodzonych dzieci
gigantów czystej miłości
wszystkich, co nawet nie widzieli świata grzechu
wspomnij galaktyki, co są tylko myślą Boga
wspomnij poczęcie tam w górze czystego intelektu

*Niewierni w epokach*
Są niewierni w epokach–opokach
Semiramidy ogrody dla nich za ciasne
zwolennicy otwartych wielkich pustyń
zajrzę do ich umarłych sumień
wiem – nie wolno mi już!
Są niewierni w epokach-okowach
jak delty Amazonki Mekongu Dunaju
zamknięte przez wody słone
choć też pełne życia mikro-makro,
które pożera planetę
zajrzę do ich wczorajszego wnętrza
wiem – to nie przystoi natenczas!
Są niewierni w epokach-odrazach
w telewizyjnych wypowiedziach
mogący zawrzeć nienawiść, kpinę, głupotę
w jednym słowie
– wszystko to, co kainowym losem zwane
zajrzę do tego studia myśli
wolno ci jeszcze – zajrzyj i krzyknij:
Planeta Patria Populus Patos Poemat Non Vulgaris!

*Ostatnia przychodząca*
Krąg dziewcząt i krąg zuchów
siedzimy na ławkach drewnianych
pod blokiem otoczonym częstokołem z opon
kogut pieje gdzieś plastykowy
on i ja jesteśmy dla dziewcząt skrzesaniem
w sercach rozkwitającej nieprzemijalności ognia
on czerwonym kurem, upiorem jesiennego parku we mgłach
a ja Feniksem Rozhuśtanej Dzielnicy pośród umierających dni
podrywają się z miejsc dziewczyny
dziewczyny w szkarłatach dojrzewające
już w miłości mundurach
maszerują ku stogom siana na przedmieściach
z andrusami żywymi pochodniami
patrzą na mnie wszyscy jak składam
kulkę mirry na łonie najpiękniejszej
w bieli całej
ostatniej przychodzącej

*Przybysze tajemniczy*
Mają lat niewiele
zesłane odgłosy prawie wewnątrzkomórkowych
wyczekiwań na samego siebie
jest noc galaktyki, spadają meteoryty
to przybysze tajemniczy z zadufanej
matematyki pradawnych podpowiedzi
bez ludzkich przyzwyczajeń
bez nóg zwanych energią stosów
mają lat tyle ile mają
zastane uprzedzenia do wystąpień gwiezdnych
logika – ktoś powie
kwiaty wiatru słonecznego – a może
wykwity lepiej powiedzieć
szukane przedpowodziowe zaklęcia
a tajemniczy przybysz, a wy – ludzie
jak się wydostać z powodzi kwiatów?
tak się przydają po śmierci
kwiaty to ułuda, dzieci kwiaty – to
zaniechanie wojen
wojny to los, przypadek
nieodpowiedzialny wybryk Kaina, elektron, bozon
antymateria – przekroczenie zaklęć
ja odmienione przez przypadek

*Ona w moim solipsyzmie*
Po dwa kosmyki jasnych włosów
odgarnięte z czoła
żeby nie opadały na twarz
spięte z tyłu głowy
śliczną spinką – broszką
ale pozostałe i tak opadają
kurtka zielona czarna minispódniczka biała torebka
na długim pasku na biodrze
roztargnienie zaginionego świata na wargach
polichromia na policzkach witraże w oczach
przeistoczona miłość nierealnej perspektywy
ona na ołtarzu
ona w moich modlitwach
ona w moim solipsyzmie
kolczyki i półuśmiechy jak komety dla kogo?
a ja zaraz po narodzeniu
jak dym wznoszę się przed nią
i tak już pozostanę
i nie zmienię się w coś bardziej ulotnego
pegaz Chagalla w komeżce
unoszący milczenie Boga
z ust moich do oczu jej

*W błogoskopie*
W kalejdoskopie świętych mniemań
w chronoskopie śmierci ich znalazłem się nagle
ledwo zdążyłem się prześlizgnąć przed drzwiami włazu
zatrzaskującymi się w czarnej dziurze półprawd
ledwo wessany próżnią zniknąłem w niej
a już Wszechświat stworzony nie dał mi szansy powrotu
do nicości, o którą zahaczyłem bokiem
w błogoskopie nadwrażliwości świętych twarzy
w metroskopie miłości przypadkowych i porywczych
ledwo zdążyłem wypełnić się materią ulotną
a przepełniona łódź czasu zanurzyła się w graniastej przestrzeni
myśli równie materialistycznych (oceany złączonych nieznanych łez)
ogromny jak słońce gorejące nowymi szansami aminokwasów
przetrwałem nieufny dryf
łódź wynurzy się w słowach, uczuciach i gestach niedopowiedzeń
wolności świata tego
łódź wynurzy się i otworzy impetem mistyczny właz
wystawię głowę w centrum opłatka słońca,
które będzie już wtedy czerwonym olbrzymem w tobie
a ty moim dogmatem w kalejdoskopie nieba
na zawsze

*Wiosna to nie cha-cha*
Krok w tył – niech będzie
wiosna to nie cha-cha
rumba czy samobójstwo zwycięstw
w komórkach przysadkowych?
krok w przód – niech będzie
wiosna to nie samba
szaleństwo czy awangarda
sztuk w sercu zachodniego świata?
a moja Afryka dla pokrzewek gdzie
– w głodzie?
a mój samotny rejs w łupinie orzecha przez Horn gdzie
– w poezji niebycie?
krok w tył, krok w przód
krok w nicość, krok w wieczność
krok tylko, mały krok w przepaść
świeć gwiazdo, świeć
leć ptaku, leć
płyń rybo, płyń
myśl człeku, myśl
wierz w piękno zasad
światem rządzących w pokoju
twym
myśl, myśl, myśl
tej niedzielnej słoty
no niech, no niech…
cha-cha łyk łyk

*Po zlodowaceniach*
Są ostańce na krańcach
osobowości kosmicznej jak moja
prawie zdobytej kiedyś przez annapurnańskie
zlodowacenia plateau, których wszesnoglacjańskie polizywania
moren dennych w postpółnocnych snach
zmieniły się w ogniste uniesienia nad Tybrem cywilizacji Marsjan
rozsnute realnością bliskości tegoż krańca ważnego
najważniejszego Onego Onego Układu Naszego
utworzonego przecież po zamrożeniu rodzicielek gwiazd ich zaraz
wypiętrzonego tak samo jak serce wraz ze mną w środku nowożytnej Europy
jako meteoryt z Mgławicy Magellana dla miłości

*Replika własnej maski*
Kompilacje sploty przewleczenia na skróty
jesteś jak Paganini a twoje osnowy skrzypcowe
letnią lotnią okrążają chłodny dom twój
albo lecą w helikopterach, co dym widziały tęczowy nad miastem
te serpentyny sylwestrowe sokratejskie
to akuratne wstążki pewności i powinności istnienia
wplatasz je w jestestwo karpia
w maski własnej replikę
jesteś lotną rybą wykręconą na zewnątrz spiekot niemych
z wnętrza fabryk i pieców serc
w rybackim mieście Świętego Piotra
niekończących się opowieści świętych ludzkich
piszesz opowiadanie rybackim wierszem
i zmieniasz sploty sztuk w sieć adoracji
dla karpia z Jeziora Genezaret
jesteś jak nowy latający zadziwiający Zaratan ludzkich ech
ponad ponad nad wszystkim, co wysnuwa się z er

*W ramach*
Jak nenufary w stawie uwięzione na zawsze
w promieniach zachodzącego słońca w ramach swych
jak łzy na rzęsach,
gdy na wzgórzu nad miastem stajesz by łkać
jak język jaszczurki szept ukryty głęboko
w gadzim pysku, co ludzkim się zdaje
jak fabryk kopulacje z miastem porewolucyjnym
krzyży z cmentarzem posocjalistycznym zasłużonych
w powstańczym grobowym rozedrganym wieczyście memoriale
językowym przesłodzonym cieście mów majowych
jak grób jasny pierwszego Prezydenta,
który zginął w zamachu zanim wyszeptał: Patria
jak piorun stratosferyczny jesteś zamkiem
poety, w którym napisał ostatni wiersz
wysoko, wysoko na wzgórzu nad stawem
wznosisz się, nie spadasz uwięziony na zawsze
w promieniach słońca po tutejszej burzy w ramach swych

*Podniebny list*
Będąc w takiej sytuacji
jak akrobata, chociaż
nie w grupowej osobowej asekuracji
sam wykonujący ewolucje doskonalące
w przedmieściach przedśmiertnych
roztkliwień nad siatką zabezpieczającą
lecący saltem ku trapezowi środka
znajdujesz ludzkie zapytania szeroko otwartych oczu
dlaczego on? dlaczego ja? dlaczego cyrk?
dlaczego ktoś na tniutni gra? dlaczego światło go smaga?
to śmierć i pochówek w powietrzu?
będziesz latał nad ziemią – woltyżer, linoskoczek gimnastyk,
aż nadejdzie czas natrętnej asekuracji i spadniesz
w ramiona klowna dyrektora cyrku
ten odejdzie zanim otworzysz podaną kopertę
zaczytasz się, zbledniesz, zemdlejesz
dlaczego ktoś czyta list? – dobiegnie z widowni
dlaczego ktoś? dlaczego list?
dla czego? dla czyjego?
dla lwów na arenie? dla nich jeden sam?
otwarte przestrzenie samotności
ponad ziemią lecisz tylko ty
nie spadniesz nigdy w czyjeś dłonie?
jak liść – jak ten podniebny list

*W czyjejś samotni*
Nieskoordynowane usłużne kontemplowanie
czasem błędnie naszkicowanych wyjaśnień
do obrazów niecierpliwiących, druzgocąco
przeinaczanych przez czas, wciąż doskonałych
jak idealna kreska, soczysty kolor
w treści światłocienia
roztkliwia tych, co wciąż
zachodzą do duchowych szkut, galer i zachęceni
medytacją po wyjściu z wind
na kanapach specjalnie przygotowanych
pod ścianą lub na środku wyciszonej sali
zawsze w cieniu uczuć i myśli,
by jednym spojrzeniem odgadnąć
Boga intencje w ludziach zniewolonych pędzlem lub dłutem
nagle zaczynają płakać pięknem samym
i szeptać własnymi barwami w czyjejś samotni

*Jedź mną*
Jedź, nie jesteś niewolnikiem zakamuflowanym
choć w hostię wieczoru przeistoczonym
nie wiem, czy ty nie możesz się zmienić we mnie
Jedź, jesteś wojownikiem wyzwolicielem
oczekiwań gwiazdozbiorów prostych i świętych racji
tych aniołów Bożych fanatyk nie telewizyjnych wariacji
Jedź, jesteś akupunkturalnym
przymiotnikiem ciszy w dotykaniu ciał
bądź mi jutrznią nieba tej dzisiejszej nocy
wolnością snów w zwojach myśli
zakończ moje oczy na zawsze raz teraz
zakończ cząstką siebie elementarną pradawny
rozpoznaną w kraterze istnienia antymnie
Jedź mną, jesteś dopóki ja

*Światowid Wielkiego Zachodu*
Na zewnątrz establishmentu farb
wyrażasz zachłyśnięcia popędami,
co w tobie jak pająki zjadają muchy stopniowo
w kokonach utkanych z sił twoich zamszowych
zastygnięte drgają pejzażem emocji
pobrzękiwanie łańcuszków na kołach ciężarówek
na drodze górskiej to twoja biel
zimą przeszedł kierdel bałwanów to zamieć
zostałeś sam w górach zniewolonych serc
z hal naświetlonych wyprowadza się właśnie
stado nierozumnych liderów czerwieni
kopulacyjno-okultystycznie zmumifikowanych w alkoholu sztuk
bełkot ścian bełkot klawiatur bełkot scen
płócien papierów nutowych ról
czerwień tapet czerń dywanów
bulgocze kocioł na środku filharmonii
baca naturszczyk dyryguje piątą symfonią
elita miasta pobrzękuje złotymi łańcuszkami
na nadgarstkach na sygnał
pohukuje na trombicie zombie sekularyzacji
stalowe nadzieje na wzniosłości w gaciach haftowanych
zabawnymi hasłami dziewiętnastowiecznej encyklopedii
niesie na służbę Światowida Wielkiego Zachodu

*Samsung*
Wszedłem znowu do przedziału wagonu
w pociągu do sztuk
usiadłem zaraz przy wejściu i złączyłem twarz z ksiażka
ona siedziała przy oknie
ona – moja Dama z łasiczką chyba
świetlistolica młodociana niewiasta
już studentka a jeszcze kochanka księcia Suburbii
patrzyła śmiało przed siebie
głaszcząc łasiczkę wyglądającą na jej kolanach jak kotek
potulną jak baranek, samotną jak kwadralny księżyc
rozbłyskujący pełnią za każdym dotknięciem jej ręki
głaszcząc zwierzątko powodowała rozbłyski
na powierzchni jej futerału futerka
(eksplozje wulkanu, wyrzuty lawy, sumienia, snu)
krajobrazy za plecami Damy z łasiczką
zmieniały się renesansowe
krajobrazy w miarę upływu naszej wspólnej podróży
toskańsko – bocheńskie wzniesienia w winnicach całe
i sadach oliwkowych jak odległe Tatry w śniegach
pokrywała czerń puławskiego konesera zniewolonych zachowań
nabrzmiewająca czerń jak rozbiory w książkach i na filmach
rozlewająca się czerń jak upadek Polski
pełzająca czerń jak żałoba po Kościuszce
jak czarne łzy toczące się po białej satynowej szyi anioła
a twarz delikatniała, gdy tężała noc
profil kruchej Damy wydelikacony moim spojrzeniem
stawał się idealny jak opłatek przełamany zimą
(tak chciałem drżącymi wargami dotknąć kącika jej ust
i poczuć miękkość tajemniczą warg)
cicho przelatująca sowa trzymająca ludzką czaszkę
zapach jaśminu w maju zbyt krótkim
i zapach maja w krypcie Leonarda
szelest białej karty lub białej alby fałdy
kaczy puch opadający na stawy w łazienkowskim parku
a ja w tej idylli Świątyni Sybilli
zadumany przejrzałym natchnieniem
przez ten idealizm postarzałem się fizycznie
wyrosła mi broda siwa i całkiem odsłoniła łysina
szaty się wydłużyły znacznie i kolana zadrżały
stałem się patriarchalnym filozofem greckim w jednej chwili
wpatrzonym w wejście do jaskini
rozbłyskujące błyskawicami prawdy
a moja Dama wygłaskiwała długimi palcami nokturny zwierzęcia,
którego sierść rozjaśniała się pod opuszkami z porcelany
(w oddali umierał Chopin na obrazie Barriasa)
poświata rozlewała się wokół jak requiem dla poety
a jej twarz pochylona karmiła się poblaskiem metafizycznym Rembrandta
i wszelkich holenderskich naśladowców Caravaggia
cóż mi pozostało w zachwycie? wysiąść w Krakowie,
czy zginąć odmętach kolejnej miłości?
utonąć Styksie za oknem jej postaci?
wysiąść czy porzucić nadzieję?
jednak wstałem ostatkiem woli zranionego kosyniera najmity
(odczułem los beznogiego Sowińskiego na reducie Woli)
jeszcze zaciekawiony rzuciłem kątem oka
ostatnie płoche spojrzenie na zwierzątko żywe
tak ciekaw, czy to może łasiczka samiczka?
i wtedy łuski opadły mi z oczu
to był samsung – on zabójca,
rozdzielacz twarzy i książek!

*Salto życia*
Zaniedbano dokręcenia śruby w trakcie ewolucji
kot ją wykonał poprawnie – dokręcił
wylądował na cztery łapy
piąte koło u wielkiego wozu odpadło niedokręcone
a piąte przez dziewiąte okazało się trafieniem w dziesiątkę
dwunastka dwucyfrowa dopilnowała lingwistycznego
przeinaczenia prostego hasła do galaktyki spiralnej
a galaktyka akrobatyczna prawoskrętna, dwunasta do ósmej, odkręcona
zamiast się odtworzyć otworzyła się i tak
wtedy nagle ty, jako hasłotwórca okazałeś się
opiekunem matematyki pielęgnacyjnej
mitów wstępujących na skłonnym niebie
gdzie lew krab pies lewitują do góry nogami
bez ewolucji
zero jedynkowy zakończyłeś pokaz
saltem życia

*Bożę chroń Matkę!*
Jam wdzięczny oto skrzat
za dobrodziejstwa łaski ofiary
w mitologii barwnej zadośćuczynić czas
figurze Matki Ojczyzny nieskończonej w blasku
jestże coś milszego sercu niż Matka
dla jej żołnierza wykrwawionego po bitwie
dla umierającego w okopie strzelca
dla marynarza pod pokładem
idącego na dno razem z wrakiem państwem
dla uchodźcy wygnanego z własnego kraju
jestże coś głębszego w uczuciu
niż szacunek do łona, które nie jest ciałem
niż jakakolwiek osnowa, która
jest pamięcią i błogosławieństwem
skaut jest niezłomnego bytu dzieckiem
żołnierz czasu bohaterem
bohater pomnikiem murem
matka jest domem
a wiersz śmiercią niezbędną,
co pozostaje po walce
w starości pociechą
oprócz makatki w kuchni
na lodówce magnesu
pozostaje też szczęśliwa codzienność
podarowana przez kogoś z królewskiego rodu
jam wdzięczny oto skrzat losu
snuję piórem gęsim hagiograficzną niepodważalną legendę
i wołam z życia chaosu
Boże chroń Matkę!

*Wiersz uratowany z pogromów*
Minął późnozimowy podpromienny eklektyczny czas
naginasz wskazówkę zegara jak gałązkę mirtu
do ust swoich,
gdy mirt znaczy dzieciństwo przed śmiercią
lub dzieciństwo przed weselem
zjawa dzieciństwa – schody na strych dziadka
upadek – schody na strych ojca chrzestnego
schody wśród mirtów – twoja we mnie pamięć udoskonalona
jest niebo na tym strychu? jest wspomnienia treść?
zapewne jest, twoja czarodziejska wierzba przed oknem stale rośnie
staje na palcach, zagląda do komina
jadą niezaprzężone sanie po niebie
kiedyś dojadą do księżyca
– patrzysz, widzisz je jak wtedy tak dziś
sanie są księżycem samym
– teraz już wiesz
a na Księżycu nie ma wątpliwego Twardowskiego
– teraz to wiesz
jest za to widoczny wiersz wątpliwego Trembeckiego
suną osłonięte ołowiem ptaki-konfederaki
po-między ramami okna śmierci
suną nie na fruną
ptaki są życiem twoim, powrotem do Okopów Trójcy
stopiłeś się w jedno ze swoją wiosną kolejną prawdziwą
nie wejdziesz już na schody na strych po mirt
– teraz już wiesz, nie musisz
masz ponadpromienny wiersz uratowany z pogromów
– choć eklektyczny to wawrzynowy czas

*Wyprawa po runo*
Ugrupowanie jakby bojowe kwiatów we mnie
a ja cały spąsowiały jak rzeka w Chinach
będąc niegdysiejszym szczepem winnym
w nowej Kaledonii Złocistej a może starej Kolchidzie
zebrałem runo słońca jak dmuchawce chmur
dojrzałem nim, zobaczyłem, poznałem życia cud
by zdębieć potem w kamieniołomie gór
z krzemu, wapna, drzew i gruntowych wód
zaniemówiłem ociosawszy drewniany pień
na grani zastanowiłem się nad twarzą jego ukrytą
a była to twarz najbardziej ludzka
zmartwiałem, gdy zobaczyłem kwiatów pęk
przybity ćwiekami cierniami do czoła
ależ skąd Lewiatanie, ależ skąd
będzie przymierze z kwiatami tylko
nigdy z tobą, co jak mosiądz masz zęby
nawet nowy Elam nieczuły padnie na kolana przed kwiatami
choćby ze strachu, gdy zobaczy siłę ich
a ja udam się w te pędy
jeszcze do jaskiń górskich przepastnych
po brunatne runo niedźwiedzi milczących historią
zapóźnionych w labiryncie jałowych skał

*Punkt odniesienia oficerów prowadzących*
Oto niezdefiniowany niegdysiejszy
punkt odniesienia
byłych zastępców oficerów prowadzących
i współpracowników, co wierzgali nogami
po upadkach z rowerów ucieczki,
gdy pochylona nad nimi ratunkowa ekipa
chciała zasmucić jedną uśmiechniętą minę
aż do poziomu przystawalności sytuacji
nad wyraz przyziemnej
a ten potłuczony zamiast
odreagować pozytywnie – odreagował biciem
w dzwony nonszalancji
nonszalancja nie odezwała się jednak dźwiękiem dzwonu,
lecz brzemieniem chropawych organów Hammonda
symfonia pierwsza tak powstała Engelsa
nieludzka akordowo-rowerowa
niesłuszna w tonacjach, pusta w tercjach
stakkato zbyt późne przerwano i wyproszono publiczność
wszyscy poszli na pogrzeb dyrygenta kurialisty
wypatroszony wentyl rowerowy dogwizdał finał
dla dwojga skorygowanych postaci
zmieniony w kołysankę
czaszek w bawełnie czarnej spranej
jak wszystko niegdyś

*Kraków Cyryla i Metodego*
Oto rozbiegające się obwarzanki lewitujące
a w nich twarze jak w nimbach złotych
nowosielskie ikony świecą w popołudnie piątkowe
na holu Dworca Głównego w Krakowie
pod peronami ukrytego jak katakumby Kaliksta
dziesiątki setki tysiące mieniących się twarzy
tysiące ikon w obwarzankach
nad którymi zawisają oscypki
niezidentyfikowane obiekty latające
oscypki jak języki ognia z obrazu El Greca
przypomina to bardziej Ostatnią Wieczerzę tego tygodnia
a nie Zesłanie, gdyż wszyscy poruszają wargami odsłaniając zęby
to jednak sam El Greco nie jest tutaj obecny
przebywa w Siedlcach na delegacji
obecny jestem za to ja z aparatem, kropidłem i sztalugami
patrzę na te twarze pięknych dziewcząt
odwiecznych Madonn z Europeum
w długich włosach skrytych jak w chustach Orientu
to one świecą dla mnie najjaśniej
gdyby nie ten ikonostas nieświęty
zasłaniający mi drogę do prawdy
odnalazłbym siebie samego sytego
od lat zagubionego w Krakowie Cyryla i Metodego

*Ule UJ*
Zza ogrodzenia Ogrodu Botanicznego w Krakowie
widziałem raz Lenina i Che Guevarę,
którzy krążyli długo wokół Ronda Mogilskiego
nie mogąc go opuścić jak jakiś Fasola Jaś
Lenin z chustką do nosa zawiązaną na łysinie
obuty w nartorolki niczym Justyna Kowalczyk w lecie
krok za krokiem sunął do przodu
przekładając nogi i machając kijkami
Che Guevara na motohulajnodze bujał się
jak to tylko on umie
balansując między samochodami
omijając je z rozwianą czupryną czarną
i czerwoną chustą zawiązaną pod szyją ciasno
ten taniec niemożności obu trwał długo
prawie jak Eurokomunizm
w głowach praktyków i teoretyków
lecz zamieniony w Eurokomizm nagle znalazł swój finał
Lenin wyjechał w kierunku Huty w końcu
a Che Guevara w kierunku Placu Wszystkich Świeckich
jednak Policja zgarnęła obydwu
wtedy schowałem się za drzewo
widząc kątem oka jak pszczoły raju z pasieki UJ
wyroiły się wcześniej by polecieć za rewolucjonistami
policjanci obydwu odwieźli na komisariat przy Gołębiej
gdzie już czekał na nich półnagi Picasso
artysta, jakich wiele dzisiaj po tej stronie czasu
zaświadczył o niewymijalności obydwu przez gołąbki białe
wtedy posterunkowy odstąpił od kroków dalszych
by po chwili wręczyć im łańcuchy złote i srebrne klucze
do miasta swobody
widząc to pszczoły z estymą powróciły do mojej ręki,
która spoczęła z rezygnacją na ulu UJ

*Ślepaki*
Jechałem z nią latem
w pamiętnym osiemdziesiątym drugim
pociągiem do Warszawy z Mazur
staliśmy na korytarzu przy otwartym oknie
gdzieś między Olsztynkiem a Działdowem
ona tuliła się do mnie i pieściła długo moje ręce
w bardzo podniecający sposób
w Działdowie gdzie przesiada się podróżnych tłum
zobaczyła na peronie jakiegoś oryginalnie wyglądającego faceta
i odpowiedziała uśmiechem na jego pożądliwe spojrzenia
to był jeden z przywódców Khmerów Czerwonych Sary Ieng
gładko w Paryżu wykształcony jak wszyscy oni
wtem nagle zamiast gładkich delikatnych
długich muzycznych palców mojej Thirith
poczułem chłodną śliską stal lufy rewolweru
zamiast ciepłego nadgarstka
szorstką rękojeść ciężkiego pistoletu
to ona wsunęła mi go w dłoń niepostrzeżenie
trzymałem go zdziwiony całą drogę,
gdy ona zasępiona paliła kolejne papierosy
wjeżdżaliśmy właśnie do Warszawy
gdzieś na Średnicowym Moście
patrząc na Ogród Zoologiczny w oddali
skąpany w promieniach słońca jak w rzece
plaże i piaszczyste łachy Wisły bielejące jak kości
pomyślałem o polach śmierci w sercu,
które zmieniło się w kambodżańską dżunglę
przyłożyłem broń do głowy
i powoli pociągnąłem za cyngiel
strzeliłem sobie w skroń
lecz o dziwo chybiłem
i za pierwszym i za drugim razem
przeżyłem jak jakiś sekretarz partii albo wicepremier
nieodwołalny Brat Numer Jeden
przewidziany widać właśnie
na przewodniczenie
ślepakom i ślepaczkom

*Dla ludzi jestem po zmartwychwstaniu*
Jestem znakomicie uposażonym
robakiem duchowym cywilizacji
jestem sowicie wynagradzanym
sępem spadającym na jagnię obecnego złotego wieku
jestem wynoszoną pod niebiosa
larwą kosmicznych przygotowań państw
jestem absolutnie ponadprzeciętnym
płazem w symbiozie pierwszych kultur wyrażonym
jestem nie do przecenienia
kopytnym ssakiem zamienionym w ptaka sztuki
jak jakaś służka bogini bez ciała
jestem nawet wyniesionym wysoko ponad wzgórza
kretem epigramatu zdesakralizowanego słońca
dla ludzi dla ludzi dla ludzi
dla prawdziwych ludzi po ich słowa zmartwychwstaniu
jestem

*Zaduma Tomasza*
Mój samozwańczy nastroju zadumy
nieogarnione wzrokiem i uczuciem
połacie skrajnie wynędzniałej stanowczości
przemierzam skuterem leśnym mimikrycznym
by zrozumieć ciebie
w tym epokowym odkryciu,
jakiego dokonałem analizując dane z drona zebrane,
który podfruwał jaskółką młodą
we wnętrzu moich zaszczytów i dum
we wnętrzu kratera eksplodujących wątpień
niebotycznie wspinającego się
ku poobiednim filozoficznym
drzemkom w budyniu dni
uznanych przez media za stracone
dla świata, a które nie kremem słodkim
a gorzką lawą się okazały,
co zmieniła roztargnione myślenie
naturszczyków wokół mnie
zapatrzonych w moją zadumę Tomasza

*W 3D*
Drukarka 3D drukuje
powoli wyłania się z niebytu
coś na kształt megafonu
coś na kształt protezy ucha
coś na kształt twardego języka
coś jak oko białe w szkiełko oprawne
drukarka zatrzymała się
poprawiasz projekt
zmieniasz zamiar
schemat koncepcję
wizję masz nową
awangardową
drukarka znowu rusza
i jest – oto dusza
w 3D
gotowa
ślepa i głucha

*Dalekosiężna penetracja*
Powodem twojej dalekosiężnej penetracji
ciszy nieludzkiej
jest nie tylko myśl i uczucie nieodkryte
ale prawdopodobnie odległe zasłuchanie cielesne
w to, co z zamieci niegdysiejszych złych zim
wyłania się i jawi apokalipsą duszy
rżenie koni bez ciał
wulgarne słowa szkieletów bez oczu
szczękanie gruchotanie szuranie
pobrzękiwanie kości
obleczonych w zardzewiałego żelaza pogardę
ale ty słuchasz zaciekawiony jak demiurg,
który spuścił tych towarzyszy ze smyczy
i lubuje się w nasłuchiwaniu
nadjeżdżających jak rozwijająca się
ostateczna poświata pogrzebu w czerwieni
w purpurze w szkarłacie grzechu bez kary

*Rapsodia Cyganerii*
Przewróciłem te znaki drogowe
walcem, którym jadę do opery
na Cyganerię
z partnerką (…)
nieoznaczoną
w falbanach pofalowaną (w woalach i lokach)
powściągliwie konsekwentną, a jakże
jak mój walec
droga między nami utwardzona już także
i znaków ostrzegawczych brak, no cóż (…)
Cyganeria czeka na nas
ale ja stoję
na czerwonym
świetle
oby się zmieniło na czas
oby droga nie pofałdowała się
ponownie
w mojej głowie
jak wspomnienie pod dachami Paryża
obyśmy weszli wreszcie w takt
po czerwonym
dywanie
do Wielkiej Półstarej Łopery
Krakowa (już bez czerwieni dla smoków dziwaków)

*Poranek promienia, który perspektywę zmienia*
Modlitewny zapał a potem
uniesienie słów dobrych jak powiek
bogobojne o świcie
po całonocnym czuwaniu
we wnętrzu skarbca takiego
jak altruizm zaniedbanych odegrań
odwzorowań pieczęci pierwszych prawdziwych ludzi,
którzy nie znali modlitwy takiej jak my
ani zemsty na bogach słońc butnych
ale wyczekanie do rana,
zamglonego, zranionego poranka
wreszcie promienia, który perspektywę zmienia

*Ludożercy teraz*
Skręcający, w którąś stronę ludożercy europejscy
a ty za nimi?
ależ nie!
mówisz: zawsze szedłem wprost przed siebie
choćby i chwiejną drogą przez linowy most
przerzucony nad eutanazji i aborcji przepaścią
obrońca życia iskier z podniesioną głową
obrońca ludzi, zwierząt, roślin i krajobrazu
z uniesionym przed żywym światem kapeluszem
z pochylonym przed Stwórcą czołem
obrońca natury w kamieniu i promieniu
ludzkiego odbicia w chłodnym strumieniu
biedy społecznej w sumieniu
serc niezawisłych w pochodzie dni i nocy
a w końcu obrońca słowa w sobie
nie pożerałem tego nigdy,
co jest samodzielnym bytem w dążeniu
otaczałem kultem złota kadzidła mirry
słysząc głos z góry:
prostą drogą, idź prostą drogą
teraz ludożercy skręcają w którąś stronę
a ty za nimi? ludożercy to też ludzie?
ależ nie!
niesamodzielne nieistnienie
to nie zaspokojone łaknienie
ducha niebyt

*Romantyczność*
Złotouste trzmiele polatują nad dziedziną kwietną
romantycznością owianą jak wiatrem letnim
bladoróżowe płatki kwiatów aksamitem oczy pieszczą
zielone liście i łodygi w zapachu toną lata
trzmielej tęsknoty nektarem się śnią tęcze łąk,
gdy bezsłowny strach kroczy już za opłotkami poranka
a strach to większy od miasta
rozgadanego wszystkowiedzącego nic nieprzeczuwającego
miasta ucieczki rozumu przed światem natury
strach – E-platforma Nabuchodonozora
strach – Transformer Megatron
strach – Mechagodzilla Kosmitów
strach na embriony, wiersze, kwiaty, motyle i trzmiele
lecz i trzmiele się nie boją,
gdyż są romantyczne skrajnie
jak pędzący przez step
do Świtezianki Giaur
(mardukowa nienawiść atomowego ataku
nie wykiełkowała przecież na Ziemi czułej)

*Zapis prognozy pogody*
Jesienny zakamuflowany muflon
zmiennej pogody
jak Zawinul uderza w bezkompromisowości akordy
szkarłatem monotonnej onomatopei
zadęcie w ślimy
albo z księżycowej grani łoskot
jestem chyba Zawinulem
jesiennym zakamuflowanym
od natchnień zbliżającej się zimy
we frazach kosmicznych zawity
dla łowców mamutów z Krakowa
i profesorów z Zachodniego Wybrzeża
zazdroszczących niedyplomowanym odkrywcom
systemów operacyjnych
tak udanych dzieł
jak liścienny świszczny deszczalny
zapis na gwiezdnej CD-Audio
wszelkich prognoz pogody
trwałej dla wszelkich stacji
we wszelkich układach

*W koniecznościach*
Jak niedzielna bryza bezduchowości
zerwany szal faluje
w koniecznościach otwartych
przestrzeni dla kobiety
czerwonolicej we fragmentach
zimy ukrytej
by przemierzać z koniecznością
niekorzystne epopeje aury
tak lekkiej w swej naturze
jak zero bezwzględne zamieci
pojawiającej się, gdy miłość
znika za zegarami stycznia
później dwie kobiety bez szali
rozmawiając o nagich mężczyznach
z konieczności omdlewają z zimna
wymieniają się wizytówkami obuwników
w centrum Warszawy przy Placu Bankowym
na rogu Próżnej i Złośliwej
jak Metro i Koritto

*A ty tu po co?*
Luksusowy rozplątywacz kwiatów namiętnych
niewiarygodnie onirycznie przystojny
spotkał pospolitego zaplątywacza zardzewiałych
metalowych przewodów, kabli i erotycznych rur
spowolnionego w par excellence brzydocie
jak w mazi kanału
spotkał go na drodze prowadzącej do duchowego piękna
zdziwiony rzucił – a ty tu, po co?
szczurze kwitnących miast
zaplątywacz odrzekł hardo – a ty tu, po co?
bukoliku wymierających wsi
tajemnica tego spotkania
wciąż nie została odkryta i wyjaśniona
zresztą oni obaj też nie

*En t*
Boli ten czas boli to miejsce
boli ten boli to
bo ten bo to
o ten o to
ten to
en t

*Wiatr od serca*
Zerwałem się na równe nogi,
gdy poczułem wiatr wiejący
nie od morza, nie od gór
a od serca
pobiegłem do studni idei i słów
jak do źródła jedynego
zaczerpnąłem wody żywej by w małej czarce rąk
podać ją wiatrowi
ten odrzekł –
skąd wiedziałeś, powiedz skąd?
skąd ci to do głowy przyszło?
jak na to wpadłeś?
jak zrozumiałeś spragnioną duszę
wiatru, który przybywa po ciebie?
poczułem siłę wiatru
spojrzeń, dotyków dłoni, oddechów, min
poczułem, że jestem już nim
zaspokojony na zawsze ciszą i pełnią
jego woli nieujarzmionej

*Akompaniament*
Gdyby antyczne góry mogły śpiewać
ja byłbym depresją dla nich
jak pudło rezonansowe gitary
akompaniującej chrystologicznie

*Zdeterminowani*
Boże dopomóż abym
wskutek wielkiego ciała wysiłku
i transformacji duchowej
stał się zatoką fiordu
dla twoich łososi zakochanych w górach
romantycznym fiordem akompaniującym
na kontrabasie fal łagodnie muskających brzeg
mającym się ku sobie głowom skał
śpiewającym pieśń miłosną
słyszalną także przez miliony innych wędrowców
podążających ku gwiazdom pancernych odmętów
jak cały zdeterminowany duchem świat

Piotr zawierzył – Alek Skarga – Wiersze z ostatnich lat autora, którego twórczość nazwana została kiedyś „poezją rozdarcia posierpniowego”
Piotr zawrócił – Alek Skarga – Poezja w słowach i obrazach
Piotr zapewniał – Alek Skarga – Poezja w słowach i obrazach
Piotr zapłakał – Alek Skarga – Najnowsze wiersze autora, którego twórczość nazwana została kiedyś „poezją rozdarcia posierpniowego”
https://bonito.pl/autor/alek+skarga/0

https://ridero.eu/pl/books/widget/piotr_tu_jest/?book3d=true

*Chwytaj piołun*
Otwórz ramiona i chwytaj
piołun spadający na ziemię
z nieokrzesanych chmur
ordynarnie rozmazgajonych
w niedzielne popołudnie
chwytaj łodygi i liście
związuj je w snopki
wysusz, zmiel na proch
załaduj go do armaty sylwestrowej
i rozstrzelaj wszelkie przesłodzenia
minionych chwil
rozpamiętywania, roztkliwiania i rozczulania
jednym salutem
fajerwerkiem efektownego uśmiechu – 2019!

*Zamki, zapadki*
Wnikam w stłumioną cząstkę
jakichś drzwi w sobie
w jakieś klamki zamki zapadki
wnikam głęboko
a ty je nagle otwierasz
i czuję się rozdarty
twoją obecnością w czasie
nie swoim

*Laureat*
Numer jeden na świecie…
mam zacząć wyliczać?
chcesz się znaleźć w gronie laureatów?
muzyka literatura nauka polityka
mam podawać nazwiska i profesje?
numer jeden w świecie…
mam zacząć wyliczać?
chcesz się znaleźć w gronie noblistów?
chcesz otrzymać Oskara od świata?
za całokształt… smutku?
za postawę, dzieło, rolę czy życie?
tak, oczywiście –
w kategorii: NN
Niczemu Niewinni/Niewinne

*Tąpnięcia*
Chciałbyś powiedzieć jak wielu
przed tobą – to nic
wtedy mógłbyś nawet beznadziejnie
nierealne tąpnięcie nagiej
świadomości skonfudować i
opatrzyć bandażem po zranieniu
emocjonalnym
niebanalne – to nic
niech to zmieszanie
nie nadużywa twojej gościnności
niech będzie na sklepieniu dumy
ponętną kometą gawiedzi
ale nic nie warte zapewnienia
krasnali z zakamarków poniżenia
rozlecą się po kątach
żeby strzelić focha – to nic
trzeba przekłuć balon nicości własnej
i depresji z krasnalami w roli głównej
na kubkach na mleko i szczoteczki do zębów
trach – to nic
to tylko pycha
lecz tak wielu…
nie, nie tak wielu

*Fides quaerens intellectum*
Kręta droga w środku rozgwiazdy nocy
noczy yczo oczy uhh
kręte śmierci prakosmosu to po prostu jedno życie
ono najczęściej toczy się pod osłoną ciemności
w niej tak rzadko jesteśmy szczęśliwi
wi i wi utihmę
w centrum czerni powolnej śmierci tu
gwałtownego życia tam tato tato
nocny ync ihm tatoo
kręte ścieżki życia widzialnego bez światła
jak wielobarwne szaliko-węże materii bez koloru
wijące się u stóp, nad i w głowie
najczęściej siedzisz na biurka blacie
majtając pomalowanymi gołymi nogami
tak jakbyś czynił to na krawędzi krateru
na jakiejś zagubionej planecie
zagubionej gwiazdy w nieuchronnie znikającej galaktyce
mający przed sobą katastrofę w gwiazdozbiorze
mgławicowych myśli stwórczych predestynowanych
co je wyróżnia to ich próżnia
pęka bańka zmysłów
gaśnie obraz planety
siedzisz rzeczywiście na krawędzi biurka
i kaszlesz
czy jasny dzień kosmosu nigdy nie nadejdzie?
tato tato ukh toat tao teo

*Roland i Mustafa*
Za drogą jest pole bitwy
to nie jest pole po kukurydzy
to jednakowoż rżysko
bitwa tam się rozegrała:
ty kontra reszta świata
pamiętaj o bliskiej śmierci, chociaż przeżyłeś
gwoli ścisłości wciąż jesteś ninja
rozegra się jeszcze bitwa o sny – dodatkowa
zdejmij zbroję, ale uważaj
przejdź na drugą stronę drogi
Mustafa i Roland
ty i reszta
orkiestra
migają przelatujące pociski sójki
migają pory roku
droga, którą idziesz jest jak piosenka
bez refrenu
bitwa rozstrzygnąć może wiele
i treść i formę i normę
drogą jedzie limuzyna bogacza
a skrajem drepcze pastuszek z gęśmi
kto ustąpi z drogi?
jest się, o co potykać
drewniane lance bez grotów będą dozwolone
proce bez kamieni wydane ze zbrojowni
magazyn broni zatrzyma pociski samosterujące
bitwa na słowa i rymy
hymny po i arie przed
to nieunikniona bitwa samogłosek i wołaczy
zdania Prousta nie mają szans
za drogą widać już stado dzikich wielbłądów
i jest jeden osioł somalijski jak zebra
ujeżdżają go
Mustafa już na wzgórzu
Pepin z Rolandem na drugim
droga po między nimi
a tam wciąż pastuszek i oligarcha
a co będzie jak przyjedzie radiowóz?
co to będzie, co to będzie?
aklamacja syren policyjnych
droga polska bez wątpienia
anioł i diabeł
to jak przewoźnik i przewodnik
jak transportowa specjalność Holendrów i Polaków
miedza sąsiedzka
wyniszczenie przedbitewne
drugi Grunwald Somosierra I t e p e
dzieci psów smoki gumowe jak balony na drucikach
o co się będą bić, o co zaczepią, o co ułożą nagle?
triumf leży w zasięgu ręki
Roland z młotem
Pepin z Plątonogim – Wersal pełen
tańczą na łące przed drogą menueta
który to wiek, która godzina?
leśne kapuściane pyłowe ciężarówki
zarejestrowane w systemach nowożytnych podle czekają
pełne dzieci niczyich
zawrotne ptaki i uciułane grosze zamienione na sztabki złota
koronne dowody w sprawach sądowych
miedź z cyną i kartofle w pianinach
ragtime słucki
berłem dano znak a może to buzdygan
ruszyła armia Rolanda
z Mustafy nie zostało nic
nawet namioty porwał wiatr a tabory się rozprzęgły do wieczora
i po nich
i po co to było czekać?
Roland wrócił zza drogi
nie ma miejsca na trakcie już kupcy rozłożyli stragany
tam u góry wiszą drony
plebejusz gramoli się z torfu w rowie
rowy pogłębiono ostatnio
ciężko mu idzie
zeschłe liście listonosz kramarz
to wszystko znieruchomiało
kropla dżdżu by się przydała na tą krew
a nie wino w szynkach
korona na poduszce z pluszu nie bordowa a złota
poduszka, bo korona bordowa
Roland (głaszczę kota) jest portretowany w VIII wieku
powstają w słońcu lichtarze jak durendale
w kierunku centrum zbliża się mgła z wulkanów i wybuchów jądrowych
z każdej strony świata
jedzeniem zajęci wojowie zaniemówili, usta pełne mięs
sztandar i skaldowie to jedynie ożywia scenę
mgła powoli dociera do Rolanda
uświęca go punkt po punkcie kreska po kresce
czarnobiały anturaż nadaje nowy wymiar zwycięstwu
kochaniem obrzmiałe serca oddały życie za wiarę
i drogę, która sama z siebie zawróciła
we wskazane z góry miejsce
a dusza jak dron poszybowała hen

*Co z tobą?*
Jeżeli ktoś zapyta
co z Polską? co ze światem?
nie czekaj, uciekaj
jeżeli ktoś zapyta
co z wami? co z nimi?
nie czekaj, uciekaj
jeżeli ktoś zapyta
co z tobą?
odpowiedz – nie lękaj się, stwarzaj
pozostań poza światem jak ja

*Wszystko, co przelatuje przeze mnie*
Ja kocham orle ptaki,
pterodaktyle i samoloty
hipersoniczne, lecz elektryczne
to, co jest niesamowite,
bezspalinowe obiekty lotne
wszystko, co przelatuje przez mnie
jak mgnieniooka strzała
i trafia w czyste sedno
lądowania na cztery a najczęściej
mniej zmysłowych łap
i mówi, złap
mnie
jeśli potrafisz – jestem
całe zbudowane z elektronów
– dodajmy z elektronów ruchu w duchu (tzw. ran)
a po wylądowaniu wygląda dla mnie
na obiekt
godny pokochania,
jeżeli jestem
jeszcze w drgającym powietrzu

*Znaczna septymalna okołonaczyniowa dokładność delikatności*
Ze znaczną septymalną
okołonaczyniową dokładnością delikatności
opiłem się łzami w dzień powstania
zamierzchłych powinności serca,
które nie dotrzymało obietnicy słońc
zmieniających się błyskawicznie w księżyce
jak za dotknięciem różdżki
mniej czarodziejskiej a totalnie opozycyjnie
boskiej
w stosunku do zakamuflowanych sygnalnie
wielkotygodniowych tchnień
płuc tak blisko serca
leżących, płuc martwych przez lat czterdzieści i cztery
ale zmartwychwstałych dla sygnału powstania symetrii duszy
i wyszeptania słów niezbędnych dla miłości
w krzyżowych ogniach diagonalnie utrwalonej
na płaskowyżu pochylonym nieśmiertelności
sygnowanych ustami półotwartymi
pocałunkiem, zachwytem, wyznania bólem
na wieczność

*44 i *
Ty jeszcze w Asyrii
a twój grobowiec naszykowany w Lidzie
ani deszcz ani monitoring przystanku Hattusza
ani perfekcyjny kulomiot w nosie ISIS
ani wiatr historii ani nietoperz symbol
ani gładkolufowa broń ani eksplodujący osiołek
ani zburzony pałac w Palmirze
nie zrównają szans bytów zagrożonych
i nie zapewnią unikalnej nieznikalności
zważ na bezpieczeństwo Aleppo
w kontekście bezpieczeństwa Litwy
zanosi się na kolejne postradzieckie klęski
i zamiany ichnich kodeksów
oj zanosi, jak zwykle w świecie terrorystów i mumii
Łotwa i Estonia patrzą na Polskę i walczą jak Litwa
a ty w grobowcu Faraona jak mumia wieszcza
ani Ptah ani tutejsza jego cisza złowieszcza
jąkania skarabeuszy w zamieci piaskowej burzy
ibisów ostentacyjne pobrzękiwania kajdanami zesłańców
dopiero Pentagonu egzorcyzm a potem cisza
poprzedzą odkrycie twojej złotej maski pośmiertnej
po przebadaniu izotopem C14
odkryją imię: 44 i Lenin

*Rogi we wnykach*
Mój las zszyty śniegu ściegiem
drobnym, ale wyraziście haftowanym
jakby na tamburynie łaski natury
spięty pośrodku zamkiem błyskawicznym zimy
rozsuwam
powoli, powoli z szelestem
wyskakują z niego łanie, łanie
z młodymi
a na końcu rogacz przepiękny
dumny, majestatyczny, idylliczny
symbolizujący moje nowe życie
na rogach władczych ma splątaną stalową linkę
to pozostałości wnyków zerwanych w szale
wyniesionych z muzeum pamięci mojej
rogi ogromne połamane, pokiereszowane
brak tchu, tchu
błysk w załzawionym oku
a potem, a potem
przeciągły, rozpaczliwy ryk
z cyfrowego playbacku

*Mnóstwo*
Szumów pisków poruczeń płomieni
najazdów na gniazdo
szurnięć skomleń abdykacji
splunięć kiksów podwieszań
kleksów mrugnięć koronacji
podpatrywań gniazda
osunięć gestów zamarć
zaniechań lotów z gniazda
odkryć achów bluzgów
odepchnięć targnięć
ześlizgów z gniazda
obtarć nawrotów odskoków
gdaknięć memłań w ciszy nocy i z rana
lotni rezygnacji abnegacji
podskoków w koturnach obiektywu
narodu
świętującego niepodległość
bez ograniczeń
mnóstwo

*Belzebub ty Pio*
Belfegor ty Mona
analiza piktogramu Braque`a
Belladonna ty Caravaggio
analiza muzogramu Lee Hookera
Belzebub ty Pio
analiza monogramu Izajasza
Baltazar ty Gąbka
analiza eprogramu Tramiela
w wynajętym pokoju tajemniczej kamienicy
w Krakowie przy Rakowickiej
gdzie gołębie wokół zrobiły swoje
a okna i podwórza są Rauschenberga i DeCaravy
popijasz spokojnie wino białe
zakupione w pobliskiej Żabce
gdy kończysz dopalasz krokieta na patelni
zrywasz zamarznięte firany
podkręcasz piecyk na max
sprzęgasz wszystko z wszystkim
zmieniasz się znów w Belfegora czasów
i z Moną wychodzisz szczelinami na Lubicz
kierując się w stronę Rynku
pod nosem śpiewasz: „A Hard Rain`s a-Gonna Fall”
mijając „Biały domek” komunistycznych tortur
na placu dworcowym pęknięty atomowy łuk
przebija ci serce złowieszcze
dziecinniejesz na szczęście
twarz odwracasz po wielokroć
obserwując w żłóbku uratowanego siebie

*Ani jabłko, ani wąż*
Kiedy bezsenne przymioty boskich
zwierząt egipskich
opanują twoje wnętrze jak hieroglify
grobowca ściany
powstań nagle
i zakrzyknij – nic nie trwa wiecznie:
ani mumie ani kapłani ani wylewy
ani szakal ani mrok ani dzień
ani kot ani ibis ani czas
ani kamień ani Nil ani len
ani sokół ani papirus ani wiersz
ani byk ani jabłko ani wąż
podnieś rękę nad głowę
i powiedz – skończyłem
ze słowem w sobie
jak nadchodzący nieśmiertelny sen

*Krótki kurs*
Krótki kurs dla ratowników roślin:
punkt pierwszy –
odnalezienie kwiatu paproci
punkt drugi –
długie sztuczne oddychanie w najkrótszą noc
punkt trzeci –
wezwanie wsparcia posiłków mchów
łukami brwiowymi, zapalającymi strzałami
miotanymi w serca przez robaczki świętojańskie
stygmatyzowanie prostokątami z kropek sinych bladych czół
zmarszczonych pożądaniem jak Mgławica Magellana w apogeum
punkt ostatni –
zwrócenie kwiatu ożywionego naturze paproci
już zapominającej dzień nocy

*Kropla miasta*
Kropla miasta miasta strach
czerwono czarny kropla mm miasto w
kroplach kropkach
zełgany nawet nie musnął dnia
zełgany gany gany weź sobie ech
do serca domy bloki wieżowce
drapacze chmur prawda hę
prawda kropla miasta kropla
światła refleksy dusz deszcz wiatr
zełgany kapelusz neon on wiatr
liść smutek samotny liść
kropla miasto miasta miast
z krop woda świat świat gazet
mąż żona taksówka księżyc neon kolekcja
znajdź siebie w kolekcji znaczków
miasto jest pocztą ślij się ślij się
nie śliń śiń
ślij kropka ciebie krop krop tele gram
krop kap kap łza fontanna gra
gwiazd fontanna grzechów
miasto miast będzie znów spać
w pustyni kosmosu twojego nie ja
znajdź źd się sam as

*Nawoływania eskapicznych celebrytów*
Asocjacja niedużego rozmachu scenek na podłożu
integralnych rozwarstwień czasu wolnego
to niezbyt eleganckie podjęcie druzgocącej bądź, co bądź
krytyki długofalowych, niezwykłych w wydźwięku społecznym
będących nagminnie spolszczanymi
demonicznymi nawoływaniami obcych
eskapicznych przedstawicieli różnego autoramentu celebrytów
kiedy grom odległy skutkuje przestrachem nadętych konferansjerów
a każdego autoramentu kierownicy znikają
w iluminacyjnie somnambulicznych przedawkowaniach pleśni
pas słucki pamięta czasy dekatolizacji na Wschodzie
takie jak obecnie w Zachodniej Polsce
ewidentne, skłaniające się ku ohydzie desperacje
teatralnych uwodzicieli uczynią z podłoża kultury deskę do prasowania
teatrów powszechnych bądź, co bądź
ale nie po to mamy psyche i somę by rozwarstwiać niedojrzałych
emocjonalnie chłopców na płatki reżyserów i aktorów
a przecież jednakowoż i jedni i drudzy
są nagminnymi łapaczami depresji nie w tłumach, nie pod teatrami
a w sobie samym ukartowanym bez sumienia na gruncie
zapomnianych steli hetyckich lub aryjskich jak talie – wszystko jedno
będzie zaledwie jedna cząstka kilogramowa szczytu niebieskiego
w oczach i potem niezbywalnie w mózgu, bo nigdy nie ma tak,
że kwiat jednej nocy zamienia się w kwiat jednego dnia
to dotyczy ludzi wielkiego formatu, ale nie przyrody nierozumnej
bądźmy, więc poważni
na niegrzesznych drogach oczekiwań na letnie przekierowania
amplitud ciał niebieskich,
gdy w mątwie galaktyki zauważa się
nieokiełznane pożądanie unicestwienia partnera lub własnych dzieci
wtedy można domniemywać wśród nieboskłonnych popatrywań
przez słupy wody kosmicznej,
że krętogłowe dziwactwa nie z kosmosu a z przepaści słów
docierają pierwej niż elokwentne zaniemówienia prorocze
prestidigitatorów prześmiewców propagandzistów
prawie z każdej partii
toć, cały kosmos, wszechświat, uniwersum lub jak kto woli
debilizm chwil publicznie naginanych do własnych emocji,
gdy kurczy się przestrzeń ta, co miała się rozszerzać
wtedy dusza woła – ahoj przygodo i wyruszamy z mantą albo ośmiornicą
na słońce, które istnieje poza oceanem
bladzi jak boże krówki albinoski albo niezapominajki dotknięte bielactwem
prowadź, ktoś powie, prowadź, ktoś powie i umrze
a potem tylko kłopoty, gdy zaczną się nawoływania sotni ważek,
szerszeni, kruków i wampirów mniej rumuńskich a bardziej zakarpackich
somnambulizm, powiecie, to taki śląski wymysł ale to nie prawda
to wymysł Nimroda, mątwy i genseka matrioszki
to wymysł wieloręki i wielogłowy jak epoki prehistoryczne
wielokrotny, nawracający w wolnym czasie nudą przedstawień
ekshumowanych z dehumanizacji jaka zdarzyła się w Humaniu

*Pieśni wiecznie zielone*
Ojciec przemówił do Izajasza
podyktował mu słowa
do miliona pieśni wiecznie zielonych
dzisiaj listy przebojów wciąż okupują
piosenki z ósmego wieku przed naszą erą
tylko w hymnach państwowych nic nie ma o Ojcu
same dyrdymały o potędze uzurpatorów chwały
Izajasz zapisał słowa Ojca
powiedział – Ojcze skończyłem
ogłoszę to mojemu narodowi i ludziom z kosmosu
powiem im o twoim Synu
rozumiem cię Ojcze
mnie też urodził się syn duma rodu
radosna nowina stanie się pieśnią
galaktyk i światła
na rozweselenie kobiet
kobiet jak moja niewiasta płochych
uświęconych jednak uczestnictwem
w stwarzaniu dusz
w chwilach ucieleśnień
w chwilach pokoju
Ojciec przemówił do Izajasza
podyktował mu słowa
do miliona pieśni wiecznie zielonych
i na ucho szepnął
– obyś mnie dobrze zrozumiał,
zachowaj pokorę i spokój,
odłóż już pióro i zanuć wreszcie sam
pieśń narodzin
prawdziwego Człowieka Boga

*Opera*
Nawet zbyt pośpiesznie nadany list ostanie się
we framudze drzwi
rozkołatanych jak niejedno serce opuszczone
zgotuj ciszę ptakom posłańcom
uwertura
w miedzi podróż
libretto
za późno na libretto
nawet zbyt pośpieszne motto
może być w ciszy oazą dla ptaków
chronologicznie rzecz ujmując
– najpierw przeleci coś jak cień
ktoś powie – szatan…
a potem zatrzyma się w powietrzu ktoś
ktoś powie – ktoś, ktoś ważny…
nawet pośpieszne gołębie pocztowe
nie zdąża przed zmierzchem
i oto umierasz sam
z listem w ręce
ten, co do nieba nie zdążył dojść, bo i jak
ewolucja cofnięta raptem została
to człowiek znów jest ptakiem czy pterodaktylem?
ale to nie finał, nie koniec opery
koniec jest w słowie MIŁOŚĆ,
co pędzi za cieniem jak promień
i dopada go w uchylonych drzwiach

*Zgromadzenie delikatnonóżkich*
Zgromadzenie delikatnonóżkich podziwiane i opisywane
w tak subtelnej tonacji i atmosferze
niechcianego błękitu paryskiego Korsyki
od niechcenia łapką motyla
spychanego w piach klepsydry plaży
będącej współczesną odpowiedzią na byłe egipskie plagi
skoordynowane w czasie biblijnym
zbutwiałe dziś jak papirus w piramidach
i to nie ich szczytowych fragmentach
a niestety niestałych komorach grobowych
– utraconej na zawsze
a motyl spycha i spycha
błękit więdnie i koroduje jak tarcza Achillesa
niecność niepowstrzymanie kołysze się na wantach Odysa
rozchyla poły namiotu Menelaosa
Zgromadzenie delikatnonóżkich podziwiane i opisywane
nie stroi wysoko prawdziwych a tylko cykladzkie
namiętności, których strach słuchać wcześniej,
gdy jest śpiewem syren i podziwiać,
gdy jest tylko tańcem Salome na piasku
Święty przelatujący tu często powie:
jest szansą kochane rozluźnienie międzynamiętnych powiązań miłosnych
korzystających na takiej sytuacji niezwykłą szlachetnością błękitu
tych oczu zastygłych na zawsze w słoneczne wiersze
Pokolenie dzieci delikatnonóżkich zbuntowane
w kolebkach mitów na plażach już pełnych szorstkości
choć na zawsze w bursztynowej bryzie zanurzonych
okaże wreszcie zawstydzenie jak Kalipso
i ukryje się w świniach

*Potencjał skromności*
Potencjał skromności jest nieprawdopodobny
tak, twoje marzenia powinny być skromne
okiełznane w ramach, granicach i kształtach
nie nieskończoności tylko Wszechświata niewidzialnego
to wystarczy
przedzierzgnij się nocą w szerszenia robotnicę dzierzbę
i na świecy ziggurat znoś swój wosk jak pierzgę
by w końcu zażec móc
coś, co ludzie nazywają światłem,
aniołowie duszą a Bóg sam drogą ku…
pokora ostatniego ogrodu
a ogród w ciszy
(nieznany fakt)
potencjał mózgu
nie zmusi świata do eksplozji
ale świat i tak eksploduje fajerwerkiem,
gdy zaśniesz
milcząc jak Bóg
nagle zwaśniony z ciałem świecą zigguratem
dnia hardego rozgardiaszem

*Razem*
Stwórzmy to razem
nie jakieś tam hokus pokus
ale zwyczajnie jak modlitwa przelewająca się
z myślowo odległych kontynentów swawolności
w mistyczny kryształowy kielich oczywistości
stwórzmy to razem
tak jak powstaje siano i kiełbasa
zróbmy to z wysoką dozą miękkiej bolesności
zetnijmy i zmiażdżmy
sedno naszych spraw i tchnień
wtedy jak noc odległa od dnia
będziemy szukać zjednoczenia
białą śmiercią poranka
bądźmy w tym jak sargassowe węgorze
jak dwie chatynki na wzgórzach wśród słoneczników
bądźmy ciszą lasu poobiedniego i nim samym
gdy wdzierają się w niego czołgi durniów ponure
a wiatr odmowy wieje
stwarzajmy decydujące stąpania po gwiazdach
niech te chatynki nasze na marsjańskich wzgórzach
oświetli wreszcie zachód słońca
a my powiemy – to nasi rodzice i pradziadowie antyczni
to nasi antenaci żyli w nich
spotkajmy się jak kiedyś w walce o świty
niech ta rzeka czołgów nie zmiażdży naszego lasu
czołgów głupoty społeczeństw i alienacji jednostek,
co są jak węgorze na drogach wodnych nęcących
ku rozmnażaniu gwiazd
w naszych pelerynach przeciwdeszczowych
ty bądź ostoją dla genów księżycowych
ja będę lasem dla zachodów słońc
zejdźmy z gwiazd odległych
przetrwajmy pomimo wbrew jednak
dla jedności

*Trzeba umierać stojąc*
Połączenie aż tak niezwykłe w sobie?
źródłem tych wszystkich natchnień
jest Duch to oczywiste
Wespazjan miał na takie pytania odpowiedź gotową
– trzeba umierać stojąc
są skrótowe opisy dokonań
w przestrzeniach materii,
która wygląda jak Duch na pierwszy rzut oka
są idee wykołysane w wierzbowych witek
kolebkach natchnień
przewrotne jak życia pokręcone skłonne
połączyć to, co powyżej z tym, co poniżej
i wykorzystać Izajasza na zmianę z Webernem
przy lepieniu glinianych latawców lampionów
a to się kłóci z przesłaniem
dzikich dzieci – proca tylko proca abstrakcji
perswaduj dobro zaskoczeniem radosnym
– wierzącym, co posiedli skalę akupunkturalną
dodekafoniczną w głowie najeżonej gwiazdami
swojej dołączonej na własność danej
jak gdyby nigdy nic

*Eulogio wierna*
Ja jestem piedestałem
okruch na nim postawię
okruch twojego serca
w pięknym adoracyjnym relikwiarzu
(refektarz już lśni)
na tabernakulum mojego zachwytu
(w prezbiterium półcieni)
prospekcji naszej kwietni i płonięć
eulogio wierna

*Jasny i gotowy*
Nawet, gdy słońce kruszeje
jak zając na balkonie
to ty, jak gdyby od niechcenia tężejesz
w przepowiedniach spojrzeń,
co każdy kontrapunkt przestrzeni
postrzegają w długowieczności
planet niebanalnych zdumiewająco szlachetnych
w wytryskach
niegodziwości pozostałych sublokatorów
kosmicznego szaleństwa
zwanego życiem powszednim
dla kanarków i dzierzb za dnia
o dziobach ibisa w słonecznych splotach
ubóstwianego żertwa
wtedy słońce nadaje się na pasztet
wystarczy zdjąć je z haka
a zawiesić tam kapelusz
pełen myśli zatęchłych, rozmiękłych
by przewietrzyć myślenie
by przewietrzyć myślenie
by przetrzymać myślenie tchórzliwe
by przewietrzyć układ powierniczy kul i ofiar
tam będzie wolność
gdzie pasztet zajęczy czerwony
a ty w pokorze jasny i gotowy

*Hagiograficzna kartografia*
Od jutra będę prowadził
zajęcia z hagiograficznej kartografii
to moje postanowienie
otworzę przykatedralną szkołę map
dla dziewczyn zagubionych we mnie
podczas śnieżnej burzy uczuć
od jutra schody do panteonów kontynentów
będę budował dla nienagrodzonych
zdobywców biegunów Ziemi
oni byli napiętnowani psami i kucami
a ja uszczęśliwię ich schodami ruchomymi
napędzanymi lawą lodową serc
o Enceladusie o wodo
o Encyklopedio o wolo
o moja katedro katedro moich przekroczeń
od jutra zachwycająco zdefiniuję
natury ucieczki od rzeczywistości czerwonej
ku białym jak śnieg biegunom duszy
przypadki religijnej emocji górotworu zastygłego
opiszę i nauczę każdego
procedur odnajdywania i odkrywania na nowo łez
kto uzna mnie za profesora chłodnego umysłu
chemicznej literatury zamieci słów
geograficznego awatara stałości
niebios nakreślonych
mapą ratunkową bezcenną w odpowiedniej skali

*W duecie z Bergiem*
Atonalny mój koń
w letniej pelerynie
głowę ma wypchaną sianem jak trawą ja
kłusuje po poręczach, barierach
po dywanach z asfaltu Sodomy
Amarantowy mój koń
całuje zmalowanymi ustami
księżyce, co rusz, co noc
co będzie, gdy mnie ucałuje?
zatrzymuje się i
zastyga jak nieznana kometa Goryli
Mój nowo zelandzki koń
fetyszyzuje wszystko
co nie jest stepem
a ja koszę łąki brzytwą
dla niego
gdy cały świat ze stepo wieje
zacznę tańczyć na forte pianie
i to wówczas, gdy w duecie z Albanem Bergiem
będzie na nim grał: Lulu Lulu
koń ten

*Szklane pelikany*
Metalowe szpilki sosny miotają się w górze
gałęziami sosny wicher targa
dziwny szalony wiatr wspomnień dnia
wymachuje biczami nade mną
nagle szklane pelikany
kołujące nad moją głową
tworzą świetlną aureolę
zderzają się ze sobą gwałtownie
stymulując szklany dźwięk destrukcji zła
powtarzające się jak u Reicha takty i frazy
wciąż szpilki pelikany wciąż szpilki
by w końcu uderzyć o metalową rurę po środku
wywołując apokaliptyczny grzmot
to ja sam jestem dźwiękiem
dzwonów rurowych w finale
tej symfonii wiatru zbuntowanych myśli
burzy niemilknącej we mnie
uderzają dzwony rurowe
uderza wielokrotnie gong
pelikany szklane rozpadają się
patrzę w dal
na pobliskim rondzie karkołomnie prowadzona
przewracając się koziołkuje wielka ciężarówka Biedronki
rozgniata drogowskazy i bratki
moja burza uchodzi z miasta razem z duszą kierowcy
przy akompaniamencie dzwonów rurowych,
do których dołącza się solówka Hendrixa
jak piorun uderzający w środku nocy
potem zalega cisza
w końcu w kołysce zasypiam

*Sekcja ósma*
Sekcja ósma szósta czwarta
sekstans jedźmy nikt nie woła
woły czas wyprowadzić
burza na morzu a statek pirania
wół by się zdał tu
nie na drodze nie na ornym polu
sekcja karambol sekcja
boks ósmy boks szósty boks czwarty
okrutny koń skrzydlaty drr pin dżar żar
jest już flauta cisza spokój
amok fal przeminął piana zaschła
na wantach i rejach
woły grają na flecie
a żyrafy? a nosorożce? a pelikany?
jak syreny śpiewają?
jesiotr węgorz troć to trr trawers, bo to
już góry
wół pnie się po skałach
słynną drogą Długosza
wbija zęby w szczeliny
a półka a bułka a buty a but butt errr
pójdź ity dzin ze hen wola modlitwa
modlitwa woli ity
pójdź pójdź kiki ki ki siwa twa mewa na
skraju przepaści grań uskok żłób żleb
skrup skrup w przepaść mewa spada
rozbija się o skały
a wół odfruwa kle kle
sekcja ósma sekcja szósta sekcja czwarta
mewy burzy ka

*Okrutne zdziwienie*
Skorzystałem na tej poobiedniej drzemce
wtedy, gdy ona jak pająk
wisiała na żyrandolu
i wachlowała mnie z góry
żebym nie odczuwał
upału
kiedy to somnambulizm opanował mnie raz jeszcze
i wniknął w moje poglądy
na raz zacytowany szlagier świata zmysłów
ona nie wiedziała, że to ja właśnie jestem
pająkiem pająków przemian paramaterialnych
myślała, że nie ja a ona
dlatego tak okrutnie zdziwiła się,
gdy przeciąłem nić jej szansy jawy
i złapałem ją w swoją sieć snu
miała mi za złe,
gdy zbliżałem się czule po jej strach
z błyskiem w oku odwróconym
potem wyzbyła się go
i została moją branką omdlałą
do zakończenia dnia tak dziwnego
jak jej szczery uśmiech
teraz nie ockniemy się już nigdy
w splotach wiecznych okrutnie nierealni?
oby!

*Łap dech*
Koń ponosi strażnika gwiazd
stłumiony popęd unieruchomionego
alternatywnie jegomościa, co spadł
z jakiejś ksylofonicznej nuty
by znów pożreć batutę jak książeczkę prawd
słodko gorzki świat
ksylofony trąby trąbity
zagłady nie będzie
dzisiaj zadzwoni dzwon archanioła
zwołujący na pożywny ratujący posiłek
kolację na trawie przed Białym Domem
policyjnym wszechschronem tutaj
na dworze króla bieli
koń ponosi powóz strażnika gwiazd
łap dech i w czas stań

*Kata dekapitacja*
Dekapitacja w dell`arte
sok kolorowy kapie na ciało w scenicznej agonii
uciec z wydmuszki, którą uchwycił sokół
myśląc, że to jajo świata
to było jajo Dalego
w nim skamlenie świata tak tylko
skamlenie chemia nie
wystarczyła, aby rozbujać dzwon
namiętności narodowej chemia wystarczyła by
wejść na dzwonnicę tak tylko
kto pociągnął za sznury na tej starej wieży?
kto przestraszył sokoła?
gniazdo świata w dell`arte rozdarte
dekapitacja chęci
wtedy nozdrza wydymają się,
gdy chęci brak
modlitwa zamiast huku dzwonu
modlitwa zamiast huku zmysłów i ciał
modlitwa zamiast huku armat
modlitwa sokół z dell`arte
błazeńska dekapitacja masek myśli
to dobra myśl
kata dekapitacja własna

*Odkapryszone istoty*
Jak rozedrgany nasunięty na zegar księżyc
zdecydowałem się zmierzchać
by w swój nie do odczarowania dzień
ukorzyć jego odwzorowanie w mitach nut
taka zmienność by potem paść na twarz
przed słońcem skupionym
na moich ułomnościach brwi rzęs i grzywki
jazzowej notabene ukośnej
i septymowej w wolności wiatru
potem znosić cudze mgławice
wyprężone na piedestałach ciszy
nie do odratowania w kontraktowanej
bezczelności białych nocy
co wędrują za mną po świecie
nawet podczas przekraczania równika
nierówności dusznych
by posiąść to, co najcenniejsze
we mgle stwarzanych przeze mnie istot
mnie podobnych jednakowoż
ale odkapryszonych nieco w bezcennych myślach
bezksiężycowo jak dzisiaj nie do odnowienia

*Kredyt Picabii dla Xenakisa*
Kredyt Picabii dla Xenakisa
to jadło chłopskie dla Ludwika XIV
jadło to ja Kowno Troki Kłajpeda
Saloniki 7 Kościołów i dzban whisky
kreteński labirynt Knossos
kredyt Miro dla Varese
Reicha dla Kandinsky`ego
La Monte Younga dla de Kooninga
deszcz monet pędzlem uszkodzonych
a ja mówiłem kiedyś, że padł silnik Moskwy kretyński
Szary Wilk zjadł kebab z psa i konia
potem wyskoczył na mur świata
odleciał na lotni Ikara w tatuażach
wylądował przed Bankiem na Cyprze
tu wśród wielu Mogołów Syberii
rozmienił Scytów tetradrachmy na drobne
jest taki kraj gdzie malina dojrzewa jak kokos
dojrzewa dojrzewa zasypia oczy się kleją
mgła litewska zmienia się w cholerę
w Konstantynopolu a ten w Stambuł I, II i III
kredytu nie udziela się konkretnym biznesmanom
tako rzecze siedzący nad stawem
bankier wygnany ze świętymi sztuki z City
ale to tylko słowa słowa słowa
nic nie kupisz za nie od Scyty
(nie to, co kropki, plamy i kreski zmieniające się w nuty)

*Tylko w mojej głowie*
Na litość, co to?
jastrzębie polują w mojej głowie?
czy to jakieś zamieszki uliczne w mózgu?
coś się rozpada, jakieś przepowiednie
się sprawdzają fatalistyczne
tak, tak, i to w mojej głowie tylko
na ulicy rząd z narodowcami maszeruje Poniatowskim
niesamowite czasy ostateczne
widzę przez ciasną szparę
to marzenie Dmowskiego i Piłsudskiego
Paderewski gra na syrenach
Prymas Kakowski błogosławi fajerwerkami
w opłotkach Marszałkowskiej
faszyści gonią bolszewików do Brukseli
Kruczą i Alejami
czy jakoś tak
na odwrót
za tym oknem oka coś się kończy
jakiś strach
kończy się pogoń za wolnością
kończy się denuncjacja brata
i donoszenie do Moskwy
bo Moskwy już nie ma
w Donbasie pagibła
jeszcze w mojej głowie mieszka tylko
strach tylko pozostał gasnący
nad drzemiącymi pomrukującymi fokami
kołują jastrzębie z Etopiryny
ułuda bladej niewoli bolesnej
umiera ostatnia w mojej głowie

*Drohobycz*
Banderowcy za kontuarami w cynamonowych sklepach?
czy są większe zagadki świata kainowego?
kalafonia z Malabaru i wódka (na pohybel Lachom)
– obok siebie?
na rynku wypalonym morderstwami idei słońc
zamiast wszystkiego, co kryją
wnętrza sklepów cynamonowych
jeden transparent na ratuszowej wieży
osmalonej dymem z płonących kościołów i gett
– chwała bohaterom UPA!
z uliczek schodzących się do rynku jak Chasydzi na modły
słychać wciąż tylko świąteczne tra ta ta ta bum bum
ludzie wychodzą z cerkwi nędzą zmęczeni
malutki konik ciągnie wielki wóz na gumowych kołach
z wiązką słomy na drewnianej platformie
konik krwawi wciąż a słoma płonie jak polska strzecha
sklepy cynamonowe fruwają nad miastem
nie jak iskry ale jak bociany
czy to bociany na pewno?
czy to nie kochankowie z obrazów Chagalla?
a może to anioły, które zgubiły ludzi…

*Antymateria widzeń*
Jadeit kochana
jak pobladły nagle koniec lata
opal tęskniona
jak twoje włosy rozświetlone o zachodzie słońca
granat umiłowana
jak twoje oczy gasnące nocą
diament radioaktywny
jak pluton egzekucyjny
niewidzeń chwilowych naszych
nie nie nie
antymateria widzeń właśnie
najdroższa
już wieczna

*W dolinie rozbitych witraży*
Gniewni pozostają w cieplarniach
a zagubieni wprost naśmiewają się z nich
i ich niedoinwestowania w cel
w zakamarkach ciszy panieńskich cnót
w takich zamierzchłych miastach
co z uliczek nadwątlonych poniewierkami koni
wyruszają w deszczu przed kościoły
by rozstrzelanymi zostać przez gołębie
niewarte słów i straszenia strachem nielotnym
na gołębie spieczone warte śpiewu z rana
jak fiakier w zakrzykach czarny i zełgany artysta
będący w nauczycielskim zrywie
taneczne bary pouczając namawiają
wychowując zapijaczonych braci
włóczykijów mostowych spaczy
taki obraz malują poniewiereki w dolinie rozbitych witraży
schrystianizowanej dzielnicy horroru
mitów paryskich legend krakowskich
ich ich ich
i zaniesie się do kolegium gołębnika
giełdy, co porzuciła partię lumpenproletariatu
by wyzbyć się na zawsze
biednienia zbuntowanych żebraków pod kościołami
dla bogaczy lotnych strachem mimem
zagubionym chochołem

*Zmysły w uszach całe*
Muzak w uszach lewak w poglądach
kalosz w koszu papieros w klombie
Gavroche w salonie pijak w galerii
mój prawy mundur w opłakanym stanie
stan w kraju kwitnącej wiśni
skrzypek w szaleńczej solówce
dyrygent w kościele Bacha szepty w organach
siepacz w parlamencie wiesiołek w herbacie
mamut w luksferowych refleksach
tęcza w Nowym Świecie Zbawiciel w niej
na karb lewaków poszły rozszczepienia sumienia
homar w menu w szczypcach akompaniujących kapar
zawsze to samo w galerycznych rejsach
punkt zwrotny w cieście australnym miodnie
jądro ciemności za czarną dziurą
(już nie będzie się można odwrócić wstecz
i zrozumieć, co i jak było,
podczas gdy po śmierci będzie można)
śmierć tylko w getcie Bajkonur w Semitpałatyńsku
monster wy w Disneylandzie
jak Disney w ciekłym powietrzu czekający na lek w prochu
monsieur ja przy zdrowych zmysłach
a zmysły w uszach całe
tylko cicho sza, w tle muzak, lewak, prawak
monogamista polifonii odwzorowany w polichromii
OCZY w sercu, uff

*Krówki w węglowodorach*
Za mgłą niedzieli nikną
krówki w węglowodorach
czy wręcz odwrotnie?
wzrok słabnie, zamglony obraz
świętości świetności gości
one w nich oni w onych
zaokrąglenia one nieznośne
stawiaj na jedno pytanie
czy są zdrowi? czy to ozdrowi?
wtenczas na pojedynek wyzwą zegar,
za którego nagłym porywem cukru śniegu
odkręcą zaszłe naddatki
bocianowa strzecha, blizna stawu, wiatraka wariacje
koczkodan, goryl, szympans i człowiek zręczny
w poszumie mów, pór w strefach gorętszych
jak kokarda na rogu byka ofiarnego
uniosą się w górę dla nadętości
klucz do interesu – międlenie lnu
okazja do międlenia słów po umoczeniu
czy wręcz odwrotnie?
wtedy wiatr rozwiał mgłę niedzieli
rozdarł mgłę ciężkich obyczajów i pożarł ją
idą lekkie czasy i ludzie
nie zawracają za onych jedzących jęczących mgłą
nie pytaj czy i ty udźwigniesz
aż tak powszedniego siebie

*Wędrówki kres*
Stąd a dokładnie
sprzed klawiatury białej w tym pokoju
do wieczności czerwonych zórz hen
stąd do bram zachodu
ze stadnin wschodu
od ąk do mąk od mąk do ąk
niebieskich
szybko by a dokładnie
bko
w najgłębszej ranie
twoje blizny są tą wiecznością przyszłości
ładu estetyczno-etyczno-etatystycznego
stą z ąk do mąk daleko
do grających wierzb malowanych zbóż
niedaleko leko kko kjuż
więc
wstań, ech ty
ać ja pobruszę
kolejne stolat sto lat niebieskich
Otto bracie dla mię
wędrówki kres

*Tajemniczy przybysz*
Tryl jakiś tryl jakiś tryl coś pędzi
po klawiaturze nowych dni
tremolo vibrato staccato
ale to nie są ręce pianisty
to nowy ty w skowronkach
jaśminach promyczkach półuśmiechach
dźwięków jak puch jak kurz jak pożądanie
pustynna burza
błysk burza gwiezdna
co to za przybysz na niebie?
rozświetla noc i łuną spadającą zadziwia
nie jest inteligentny tak jak ty
jest za to niesamowity
nieznajomy tajemniczy z gwiazd
detonujący ponad ludzkością całą
meteor jesieni
pędzi faluje płonie
twój nowy model pozaziemskiej muzyki emocjonalnej
do cna rozkochany
w cichnącej Ziemi

*Zdrój*
Piłem jej różany żywot
jak wodę ze zdroju namysłów
gdy będąc pięcioletnim chłopcem
dojrzałem w jednej chwili
matador ranny w pierwszej walce
ale przygody jej oczu do moich przybiegły
chęci zamknięcia czasu łopotały
jak sztandary kuse
chustki, spódnice, co odkrywają znamiona
biegłem do tych wód jak
Miltiades na starcie z wrogiem
biegłem spokojny i pewny
niecierpliwy żądny pełni kochania
na kanwie radosnych tortur utkałem arrasy
zbudowałem pomosty przerzuciłem je
by abordaż się powiódł
zrealizowany w pragnieniu
zaspokojonym, co zamiast warg
dostało żywej wody nie ginącej prawdy o sercu
dotarłem do tej głębi i do jej ciszy chłodnej
zerwałem chustę nieba ostatnią co ją skryła
i wygarnąłem garścią jej zasób mądrości
mądrości seksualnie porywczej,
co chce świat zmienić
zanim pragnienie opadnie
jak listek brzozowy pożółkły
na dno sadzawki w tej źródlanej ciszy
widzenia piękna jej ukrytego

*Aż stąd do światłości*
Bum ska skra trwa
szum wyje wyj wyjście
jęczy w otworze coś
Wigilia Święta Zmarłych
ścisk deszcz pisk wzrok słuch
ja wysokie C biorę ać
kleszcz kluszcz klusk
wynajduję wyjmuję onomatopeją klęskę ciszy
język zyk kzy uzy
lu Lu Lu na na wymiar Mi
ryk szum piszum
gdybanie świerszcza w silniku czasu
wieczności auta chrobotanie dusz
autobuszz ludzi zmarłych
smęt cmę cment aż do
aż stąd do światłości świetności
jęk jużnie jujutrznia jutro

*Zalegnie każdy niemorwa (MEHR LICHT!)*
Jeśli masz kłaniać się górom wysokim
to wiedz, że nie musisz
one są niższe od ciebie nawet
niższe niż doliny twojego mózgu
zrównają je kiedyś z tobą
morwy kroczące szczytami ku morzom
i zadepczą kozice uciekające przed morwami
po skałach przepastnych jak nerwowe komórki
rzeknij morwie słowo (jedno)
a rzuci się w przepaść z przesadą
rzeknij sobie – MEHR LICHT!
– chcę światła a nie mroku
a wyrośniesz jak szczyt szczytów
ponad swą głowę
tak więc zapamiętaj – Bin Laden sułtan mordu,
który powalił wieże World Trade Center
i na kolana Pentagon
wyrzekł następujące ostatnie słowa
– zgaście te światła
i spoczął martwy na dnie oceanu wśród małż
nie jest kotwicą (czegoś) lecz wrakiem (wszystkiego)
jak wszelka góra (niebotyczna)
bez jasności Słowa w najgłębszej głębi świata
zalegnie każdy niemorwa

*Profesor Rzyg*
Profesor Rzyg wszedł do Urzędu Ludowego
a Złodziejaszek Himalaj uciekł z niego
gdy dokonywała się ta swoista wymiana
stałem wtedy za ladą portierni
bez uprawnień fajtera póz
lecz z legitymacją prasową słynnego The Sun
zanotowałem ten fakt
na sam widok Profesora
odezwałem się – Rzyg, Rzyg, wow, wow
sowa śnieżna i ja od dziś
Curiosity i Mars
piszę o tym właśnie
będzie Pulitzer, hau, hau
i ha ha
makabra „na jeźdźca” tu
Profesor rzyg, rzyg i ha ha
rewolucja rewolucja
jeszcze jednaaa

*Słoneczko*
Słoneczko ty moje ostatnie,
zachodźże, skoro masz zachodzić
bo mnie już oczy bolą
od patrzenia tylko
na się
słonko to ptak jeden
a ja to miłości lot do gwiazd
od patrzenia do zrozumienia
od zrozumienia do patrzenia
na cię

*Zgasłość*
Nestor leksykon źródło przesłań
źródło żywe
na scenie ona jedyna
kurtyna w kwiatach
wchodzą aktorzy z bielmem
Nestor narodowcy mnich pochodnia
zasadniczo nic się nie dzieje
reżyser kuca za kulisami
snadnie chęć mu odjęło
wypłakania się przez aktorki
blond niema wchodzi
stąpa delikatnie jak szepty czułe
żeby nie zbudzić reżysera
nie zbudzić psów na widowni
nie zbudzić nimf na kurtynie antycznej
w krajobrazach greckich tkanej wiecznie
błędny wzrok psów
gaśnie lampa jedyna nad sceną
to słońce sztuczne jest do opisania
blado złociste pulsujące ekstrawagancko
wybuchami na powierzchni swej
świecące jak zmurszały pień
sobą same będą dzieci śnić o nim, gdy zgaśnie
wchodzi blond bóstwo solarne
bez narodowości i języka w gębie
zapominalskie bóstwo zachodu
stoi kolumna a przy niej mnich
bladoróżowy już tylko nosorożec wbiega wreszcie
czas na chwilowe spustoszenia
psy klaszczą na opak
czas na kurtynę
och, nie, nie jeszcze
jeszcze Nestor wnosi encyklopedię jak Biblię
rzecze – leksykon świata psy zjadły
po spektaklu wczorajszym
och, nie – rzuca kurtyna czasów
w ustach słońca gaśnie słowo za słowem
zgasłość pozostaje: policzono, zważono, rozdzielono

*Nie okrutniej bez niej*
Miej oczy i patrzaj w oczy
sny niech sny znaczą
a marzenia marzenia
oczy jej są twoją sennością
zamknij je czułością
i więcej nie okrutniej
bez niej

*Dokończyłem żucie*
Zszedłem z pala zapatrzenia
wszedłem na pole zachwytu
a co, czy ja jestem aby kormoran łowny?
patrzę a tu kremowy kwiat smukły
od pierwszego wejrzenia… o ho ho
zerwałem i zjadłem go ze smakiem
jakem przeżuwacz wszelki
zatuptałem i hops na pal
dokończyłem żucie
(ech, życie, życie wewnętrzne)

*Fuga miasta opustoszałego*
Ulica krótka, zegar senny
jedno na drugim
spływa coś, co powinno sterczeć
jak maszt radiowy
wczorajszość wszechobecna
zbyt krótka twoja ulica na te czasy
lewa, lewa, prawa, prawa
(bach)
leży coś, co powinno chodzić
znalazłeś się na wstępie do podziemi
w ostępie piekieł i przedzmartwychwstań
wśród korzeni, studni i domysłów
politycznej dintojry zamglonych latarni gazowych
utrzymujesz dystans do niepodległości swej
kijem splunięć opędzasz się przed światłem
kłamstw tak naturalnych jak padlina
jak miasto opustoszałe przez czas
na życzenie nieodparte w porę
pustynie jaskrawości w dali
a tu ciemność rozszarpuje wszystko jak hiena
roboty sarkastyczne kradną zegary a ty?
lewa, lewa, prawa, prawa
(bach)

*Fuzja gatunków*
Nakręcony, ale niedziałający
skarlały powolny lękliwy
bądź, co bądź znamienity – dźwięk
z obu perkusji i Fendera
gdy oni nadzy na okładkach
ty na okrętach już wierszy zamaszysty
oni zeskakują z okładek
perkusja pulsuje
Billy Cobham szaleje na werblu
twój statek to statek śledczy
ty masz włosy na szczęście
w kamieniu czarnym trzymasz pamięci formułę
to kamień tylko muzyczny
choć ty filozoficzny
jęczysz wyjęczasz sny jak nakręcony, ale niedziałający
potem artykułujesz te jęki
osaczany rytmem przez serce Billy`ego
bum, bum, bum
nostalgia tłumów wali stopą perkusji
jak śnieg w okno a tu nie zima
fuzja gatunków
i dopiero czas zamawiania win
zapisanych na kartach Wierzynka
bądź, co bądź cokolik dla lampki
wina wśród zniczy
herb serca Billy`ego
targasz kotwicę zegara
zeskakujesz z konglomeratu czerni
stajesz na winnym pomoście żeglownej muzyki
zakaz recytacji słów śpiewu tańca
nakręconych brzmień – wielkiego dnia

*Pokost*
Poświata postrzegana jak pokost
na trawie jakieś delikatne drgnienia
albo zroszonych pajęczyn rozpiętych na winorośli
zasnuwającej altanę zielonych
wspomnień według bajkopisarzy
pojaśnienia zmrużone połyskliwe do końca
na zachód od stawu,
co ciemnieje jak grób w zakątku
ogrodu wielokwiatowego i wielowątkowego
w oddechu motyla Apollo pośpiesznym
ciebie śpiącego w pudełku po zabawkach,
które Święty Mikołaj przyniósł czterolatkowi
za domem za domem za domem
za … wydawać by się mogło
świtem
jego

*Jakiś Polak Numer 5*
Podsumowanie zdrad rodaków
to praca nad obrazem
hiperabstrakcyjnej hiperemocjonalności
chlapanie pędzlem po płótnie w zapamiętaniu
z wściekłością żalem miłości spazmem
ziuch ziuch pac pac
ja ty on oni POPIS PISPO OPPIS
Palikot PIES Nowoczesny
Zielony Burak Arkebuz Patron SZLAM
hlap hlap kleks plum plask
hipernonszalancja hipergłupota ekspresyjna
plucie krwią na płótno Mazowsza i Pomorza
obsmarkiwanie kanwy Wielkopolski i Lubusza
wymiotowanie na papier Śląska i Małopolski
kto jeszcze, jaki książę nadąsany
bez dzielnicy władzy
rzuci się Polsce do gardła z watahą obcojęzycznych?
jaki ogłupiony andrus z KOD-u
i libertyńskiej stajni francusko-belgijskiej,
niemieckiej twierdzy hitleryzmu pruskiego,
ruskiego bunkra narodowego orthodoxsocjalizmu,
czy zatoki upadłego luteranizmu wazowskiego?
rozświetlając motywy i ożywiając kolory
dokończy paraboliczny bohomaz: „Jakiś Polak Numer 5”
za jakieś marne miliony

*Na morzu informacji*
Takie dzisiejsze nagłówki gazet
mogą wywołać tylko artretyzm na morzu
informacji jak burze fal odpływu
bo ślepota zupełna jest zakazana
na pokładach i mostkach
raczej zarezerwowana dla nabrzeżnej gawiedzi
w portach iluzjach
patrz – co widzisz?
widzisz – co to jest?
jest – baner skuteczny o treści:
„serce mierz na zamiary oceanu
a kości lecz pianą reklam”
pokręcony szkielet Latającego Holendra
z gazetą w zębach zamiast noża
na rogu każdej ulicy
w pirackiej zatoce milionowego miasta
propagandy
to już ty?

*Alek jak?*
Alek jak
alek jak nazwać
alek jak nazwać twoje serce
Alek – x? jak?

*Przedlarwia fizjonomia*
Skomplikowany przekaz jednostronny
wynurzył się z wypowiedzi
mieszczańskiego dziecka w fazie
dorosłej znajdującego się na fasadzie
siedmiu maszkaronów fetujących
zobowiązanie do przekształcania miast
w głosowaniach prostych, gdy fascynująca
jego przedlarwia fizjonomia
odnalazła się w minach sztywnych facebookowych
z rana po rosie nie z wody
a z azotu ciekłego, co przeistoczyło
nie tylko brwi, wargi, ale i kończyny całe w szkło,
kończyny machające za Polskę przed
podpisaniem zobowiązania tegoż
złożenia życia rozbitego w razie czego
Krzycz echu do ucha frontmanie
motyla galaktykoskrzydłego
skazo na ciele kwiatu rozumu ust
bo prohibicja kolaudacji fekaliów
w mediach żertw forsownych
była zawsze rozciągliwa we Wszechświecie zadłużenia
w uczuciach stałego czasem owego dziecka
górniczo-hutniczo-rolniczo-prasowego
zabezpieczonego w kodeksie – artykuł 148 paragraf 2
a na tablicy 2 od góry wiersz 2
trwa zima dla larw szepczących
poezja księży milczących za innych
bulwersująca cisza zbyt skomplikowana
dla prawodawców,
gdy orkiestra interpretatorów mimiki twarzy zgasłych
i niedojrzałych gra

„Twój kolos”
Kolos to jest ciemność
nie za widnokręgiem, oj nie
w twoich ramionach raczej
ospały dzień zmienił się w ospałą noc
ledwo dotrwał do zmierzchu
lecz cóż to,
to nie zgasił księżyc twojego ognia,
który płonął
i poblaskiem zaznaczał się w oku
jak cyklon bytu?
a teraz musisz zgasnąć sam bez niego
jak słońce iskierka galaktyki
i nie możesz
wtulasz się w pustkę materii
kolos wapiennych skał jawy
jak demiurg świt
trzyma cię w uścisku mocno
był jaspisem potem zmienił się w granit
a teraz… czas na magnetytowy bazalt
a ty, zgasłeś już? do rana łkasz?
może jeszcze, w tysięcznych chwil popiele
żyjesz ostatnim promieniem
wtulony w kolosa tchnienie
swoje gorzkie dopełnienie

*Zarzuć Wszechświat na plecy*
Jak to jest?
ty tego nie dźwigasz
czy świat
nie chce dźwigać ciebie?
opis przyrody – makro zmienia się w mikro
onomatopeja kwantu zmienia się
w parseka symbolu
bądź wtórnym wybuchem ducha
po erupcji grawitacji
w sercu
czerwony pulsujący zachód słońca
nad lasem pełnym płomieni,
gdy wiatr nie świszczy w gałęziach,
lecz szepcze ci do ucha
wstawaj szkoda dnia
zarzuć Wszechświat na plecy
to tylko plecak nie krzyż
i bezkrwawo jesienie poetycko wyrusz

*Zeznośności zesnu zezwłok*
Zbytnio nie ufam zimnym słowom,
co z zamierzchłych niw językowych
zrozumiałą ledwie polszczyzną
przywołują pożądania pobratymców
śmierci czerwcowej zjełczałej
od pojękliwych bakterii nieznośności
nieczułej a są ledwo wyczuwalne
w pozamózgowych zaświatach
przynależności do zboczonych filakterii
i uwarunkowanych centralnie podrygiwań obleśnych
w idei zakamarkach ukryte
na czas zeznośności zesnu zezwłok
a przecież nie wyglądają tak wcale
w chwili, gdy młoda dziewczyna wchodzi do pokoju
i mówi – kocham cię
a ty jesteś w kwiatach a ona
w jasnoniebieskim kostiumie niezakrywającym niczego
nawet uczuć spąsowiałych w słowach
co wydrgały na języku zanim weszła
okrutnie zimnych jak odwieczność świata

*Ściśnięte w garści gardło*
Ściśnięte w garści gardło
grdyka zadławiona dłońmi
zapalczywości wtórują halne słowa
w chwili samounicestwienia
słowa obrażonego zatrzymane na zawsze
Tatrami zębów i warg
jak klocki lego maluszka
zestawiane w ciszy na podłodze
rączkami jak zabawki
strachu symultaniczne
ściany przewieszki z nadąsanego milczenia

*Mrugnięcie powiek*
Zrozumiałem, że w moim jedynym
mrugnięciu powiek, błysku oka
zawiera się cała przedszkolna sfera
wyobrażeń o kobiecej bieliźnie
i jej mutacjach
na czas pokoju i wojny ze światem
oko ześlizgnęło się z piedestału
krągłości kobiecości na własne nogi
spodnie do kolan, podkolanówki
stopy w małe buty odziane
mrugnięcie powiek
smętniejące z godziny na godzinę
z roku na rok
widzące co lato szykuje na zimę
by jak larwa zaistnieć znowu
wszetecznym kojarzeniem
kobiety z ciężko rannym ciężkozbrojnym
janczarem mamelukiem przedszkolakiem wojen
mrugnięcie powiek
ruch delikatny wieka trumny niemowlęctwa
by spoić bieliznę z ciałem
białym namiętnie delikatnym
przed poszarpaniem nieuchronnym
w ramionach światów cywilizacją
skażonych symbolem Ewy

*Deforestacja przemielonej niepoprawności*
Najzdrowsze bodajże są pomysły takie
jak ten, kiedy to raz gazda
zapomniawszy kapelusza
założył na głowę, co miał jak arbuza
w ramach: trzeba sobie jakoś radzić
żelbetowego nausznika kawałek
(głuszącego i zapobiegającego przeinaczaniu głosek)
był jak taki Kościelec co zmienił się w Mnicha
zastygł i tyle po nim pozostało co widać –
sza, sza, cicho sza, sza
opowiedział mi o tym
pewien polityk, który opuścił partię mniejszościową
przed rozpadem tejże żeby zapobiec
odstępstwom takim, jak –
Goralen i Slonzaken Volk
Schlessien Beratung i Kaszebsko Odroda
słysząc o tem
się zmazurzyłem i szadziłem jabłonkując jednocześnie
zostałem na probę
Drzymałą Ślimakiem i Żelewskim Szelą
w jednym kościelcu gołogłowy
natomiast nasz gazda do dziś paraduje
w nauszniku jęcząc niezrozumiale pod nosem:
hvala ljiepa, hvala
Kleinpolen und Karpatenvorland
Alba Chrobatia Mater Polonia
kasaj huby Rasiu i na lędo
albo bruszyć

*Bądź mi sakramentem światła, nadziejo*
Bądź mi sakramentem światła
nadziejo
w poniżeniu moim rozgrzeszona
z miłości daremnej
nadziejo na życie
po kres mózgowych komórek
odczuwanie świata
błędnie rozumiana ciemności
rozpłyń się w zmartwychwstaniu serca
błogosławionego tobą

*Gdyby w Niniwie działy się cuda…*
Ze wszech miar nadęty strącony
będący po napitku winoroślą
wciąż jak zgiełk cały, za który się płaci
o tym, który wychodzi z mroku,
by stąpać zwolna z wysokiego zamku
ku planetarium dolin plebejskich
i nieokreślonych lepkich idei narodu
bo właśnie wtedy na smoki się poluje
właśnie wtedy mordują dziewice zamiast nich,
gdy opowieść jest sama w sobie nieodkształcona
ześlij a nie zagarnij
będąc ukrytym w kufrze i to w kufrze jafskim
wniesiony zostałeś w nim w europejskie populacje
symbol gdzieś znikł nad Jerozolimą
ożywczy jesteś wolnością swoich myśli
Betlejem kruchych szklanych wyrobów
jak ten ptak tak mówił
potem skręcił w uliczkę prowadzącą jak gdyby do studia TVP Łódź
to nie była uliczka… przesmyk w bramie i pasaż
na trąbce Stańko grał Czarną Madonnę
transmitowaną bezpośrednio z Hajfy na Karmelu do Łodzi
– ptak-znak tyś powiedział, po coś powiedział
zniesiono zakazy razem ze stertą dokumentów
w tym samym postkufrze pustym
plądruj plądruj w swetrze z dziurami plądruj
archiwa Aszurbanipala Białego
ciągle jesteś jak deska w kirkutu płocie
trąbisz od murów… leci leci leci wyrok
spada kamień z gwiazd
grdyka słabsza oczy stuleci sokole
mumia język bydlę życiodajne w Europie
okraszony dźwiękiem trąbki rozwijasz się
jak sztandar baner hymn państwo nowożytne
skulony przyjaciel wszystkich dwunożny
i nie wiesz gdzie i skąd ta wolność?
biegnące po płotach parkanach Parki
ty znowu – ławeczka muzyczna
znowu blask znowu jutrznia
znowu schron spękany w duszy
kosodrzewiny słów zasadziłeś nad fiordem
w Ein Bokek przemagnetyzowanym za koło polarne
oniryczny wieczór Skaldów w turbanach
tylko to pozostało na Północy po
przejściach i przetłumaczeniach
tabliczek i nadpalonych zwojów

*Dlaczego Ziemia jest tak potężna?*
Za każdym razem
spadam
dlaczego Ziemia
jest tak potężna
we Wszechświecie?
(za każdym razem spadam)

*Zmagazynowany zapach*
Zmagazynowany zapach kasztanowca
w codziennej twórczej pracy
bezzębny okaz jaskini kiedyś stalaktytowej
niesiesz Syriusza protezy odległe
giną, jako wasalni dziedzice jego
dzieci nocy
Krzyż południa rozkwita w maju w Ojcowie i Skale
wiewiórki tworzą wśród kasztanowców Drogę Piwną
będzie pienił się nimi wiosną każdy park
a ty znikniesz w gwiazdach jak zapach kwiatów majowych
zanim nadejdzie skumulowana w owocach jesień świata
dla zapracowanych w tobie jaskiniowych gryzoni snu

*Granica spotkania naszej miłości z masakrą*
Ktoś powiedział (może ty),
że pod wpływem aromatu chwili
czułość zginąć może nieopatrznie
przemielona pokrojona słowem
na desce oto koper
delikatnie posiekany rozdrobniony snadnie
czule potraktowany nożem barbarzyńcy
zapach nowalijki rozszedł się
i wyznaczył granicę spotkania
naszej miłości z masakrą
jak zwykle?

*Księga Wyjścia*
Są takie góry
w moim pokoju
skąd Bóg woła
moje życie to
Księga Wyjścia

*Pola w formularzu*
Szkoda tych pól niewypełnionych
w formularzu ludzkiego bytu
są jak groby nieoznaczone
łany zżęte stratowane wypalone
pola życia puste
rubryki głodu i śmierci z jedynym zapisem
oznaki życia przed czy po?
(jednak, aby, cóż, ponieważ)
nie wiadomo
brak wielu informacji o człowieku singlu cynglu cyplu
ten nie zasługiwał na nie?
dziecko jeździec stary koń
koń karawan trumna ostatni zakręt rondo zakole wodospad
wszkołę pójście z czystą tablicą płonnym licem czołem
zamążpójście z czystą hipoteką eureką apteką
wniebopójście z czystym kontem rachunkiem ratunkiem
bez danych osobniczych?
bez danych o żebrach i ciśnieniu?
bez danych o nacji generacji aberracji?
bez danych o istnieniu przepaści
w globalnym sumieniu?
bez danych o duszy świata?
bez baz danych mu
bez kwitnie bez właśnie tu
na skraju cmentarza
dlaczego zakurzony?
dlaczego nie biały a lila?
braku informacji o nim i o nim
szkoda wielka szkoda

*Akuratny motyl*
Akuratny motyl
tak nazwałaś mnie
w szkole
śniłem dzisiaj o tobie
o latach naszych wspólnych,
gdy ten woźny od ORMO
z tą od wszystkiego partyjnego
łapali nas siatką na motyle
a my uciekaliśmy przez łąki miłości
skacząc po ławkach w klasie
starając się dobiec do otwartego okna
a potem dopaść pobliskich wzgórz
ratując swoje dorosłe życie
ja już hippizujący dzieciak w paski i szlaczki
ty nadobna nowofalowa córka grabarza
pierwsza wyfrunęłaś w wieczność
ja roztrzaskałem się na szybie
zew krwi biały kieł motyl, ech
tkwię do teraz w szkolnej gablocie
zazdrosny eksponat, skostniały cały
dźgany wskaźnikiem przez panią od wszystkiego
akuratny?

*Kto przeżyje?*
Kto przeżyje niespodziewany atak kałamarnicy miasta?
Kto przeżyje nuklearną noc w sumieniu?
Kto przeżyje Sąd Ostateczny?
Nikt?

*Ostatni chuch*
Para rządcy dusz
między skrajnościami ust
niewinnych leniwych podległych
skandal ciśnie się na nie
jak zemsta
milczenie
jak obłuda
milczenie
składam rezygnację
z rządcy
ostatni chuch
chuch ostatnich słów

*Apokaliptyka poety*
Zamierzałem właśnie spocząć na laurach,
gdy przeleciał on
wysłaniec posłaniec zesłaniec
niebieski chowaniec pocieszyciel za nic
anioł łez czarno-białych moich i moich uśmiechów
zadrwił trochę ze mnie,
bo rzeczywiście moje bóle spełzły na niczym
okazały się nosorożcami strachu post czegoś
a wszeteczny dzień wampirów
mojej beznadziejnej pracy
objawił się tylko samymi krwistymi wierszami
anioł porwał je jak orzeł
zaniósł na wieżę wysoką
i ukrył w światowym gnieździe jak swoje pisklęta
nie mam, co prawda do niej dostępu
ale jestem spokojniejszy, swobodniejszy i autokefaliczny
bez łez już, wewnętrznie spójny
wiersze z wysoka teraz świat obserwują
wyczekują pierwszych jeźdźców Apokalipsy
z taką pewną niecierpliwością strażniczą
jak kusznicy nieustraszeni acz okresowo tak jak ja zakazani
wreszcie eksplikowani, eksplanowani i ekspiowani
do walk z grozą wszelaką
przez papieża moich snów
zostaną, więc przebite z łatwością
tarcze i zbroje jeźdźców z koszmaru milionów
a oni sami zamiecieni jak liście przez historii wiatr
a czasy ucisku? a laury?
laury to korona nie cierniowa królewska wszechwieczna
wieniec chwały dla tego, który nadjedzie na końcu na koniu białym
przywoła orły młode
i stracą znaczenie pieczęcie, trąby, grzmoty i czasze
[Wtedy ci, którzy pozostaną przy życiu w swoich ciałach, nie umrą, ale w ciągu tego tysiąca lat zrodzą nieskończone mnóstwo dzieci … . Słońce stanie się siedem razy jaśniejsze niż teraz; a ziemia okaże swoją płodność i wyda obfite plony. Zwierzęta nie będą już żywić się krwią (Divinae Institutiones VII, 24; 304 r. Laktancjusz)]

*Polska apokaliptyczna*
Polska potężna orędziem?
Polska orężna poezją?
Polska chędożna herezją!
Hartman III

*Upadki filozoficzne*
Ujawniłem nieskończone plany
gdzie ja Boga zamierzałem poznając nakłaniać
do umysłowych zwycięstw bezmyślnych
w godzinach wytchnień w pracy dnia
dla rodziny nacji ludzkości
skrytych w moim ekspansywnym ja
bez trudu anioł rozpoznając wszystko
szepnął – ech, chłopie, chłopie
jesteś synem i ojcem
zrozum Ojca i Syna
więc nie planuj niczego
poza klęską tu
filozof z morskiej pianki był już
w twoim ogrodzie myśli przemądrzałych
jak w Heliopolis, w Abderze i Kition
niech starczy oka i (s)tarczy pokory
Promienna Rozumna Kwitnąca
niech raczej odziewa cię w codzienne
upadki twe filozoficzne

*Orzech ciemności*
Nawet nie wiesz jak
ciemno jest w orzechowym lesie
lesie, co do którego
istnieją podejrzenia, że nie istnieje
a tylko wyobraźnia jakaś
kreuje dziwadło głuche
niezdecydowanie migotliwe próchnem
zamknięte przed ludźmi na zawsze
w łupinie głowy jak sowa w dziupli
chrzestny dzień po słońcu ciem
będzie już jak świeca,
co zapłonie zamiast twojego ramienia
jak oczy sowy władczyni spojrzeń
ty zapłoniesz na krzyżu swym później
i to nie będzie jedyny krzyż
las krzyży prawdziwych zapłonie jak myśli
ciemne w lesie jasnym realnie istniejącym
tak, istnieją myśli niewygaszone
depresja i pastuszka i centuriona i łotra i króla
w strachu łupinie nie gaśnie
w głowie – orzechu ciemności

*Globalny prozelita*
Ja na frontowych polach Megiddo
na Syjonie zamglonym
na wilgotnych łąkach Drohiczyna
na Tabgi skale porfirowej
na rozgrzanych piaskach wydm słowińskich
ja na Masady pochylni
ja nie Semita a prozelita
prozelita regionalnej miłości
Ja we frontowych ziemiankach i okopach Wizny
na pokładzie Guido mrocznym
w grocie betlejemskiej i w Qumran i na Karmelu
na gnieźnieńskich stawach jak prastara mgła
pod Jerycha murami
na szańcach Woli i Pragi
ja nie Semita a prozelita
prozelita regionalnej miłości
Ja z Lędzian, tych co Wiślan namówili na misteria polańskie
na zawsze skrywszy ja w jaskini
Ciemnej w Ojcowie
będę się już tylko ukrywał i rodził orędzia
białych nietoperzy
swoją mumię zawijał w bandaże spowiedzi nacji
mumifikował my
ze starszymi i młodszymi braćmi w wierze
ja nie Semita regionalny
ja prozelita globalny

*Lot nowej ery*
Ze zdarzeń najszlachetniejszych
minionych wysnułeś ciąg myśli
z myślami zdążyłeś na koniec wieku
a tam przyszłości przepaść
a ty jak rzeka szalona
siadasz na gwiezdnego konia – Pioruna
i skaczesz ponad wodospadem
wczorajszym sobą
wizją uskrzydlony
bądź duchem zdarzenia nowego,
w którym srebrne nici będą myślami przednimi
samotny świt prząśniczką ową
z osnowy i kanwy, z kierunku światłości
powstającej z burzy i wodospadu
utkaj ten lot nowej ery błyskawicy

*Krucjata pokonanych*
Okrutnie okaleczone sny
wyrwane ręce chwil
niepełne z nich kawałki spraw i dni
niemowlęce mruczenia i gaworzenia
okrutne dla niechcianych
będę karmił ptaki grzybami
szlachetnych lasów
ptaki cmentarne pełne nawoływań dzieci neurotycznych
owoców jarzębiny i czeremchy niesytych
obelisk ich śmierci rozliczony
przez darczyńców mniej lotnych
pióra i cele pióra i nietoperze
obyś nosił ich spojrzenia
odwrócone, jeśli zgrzeszysz
wtedy błędnik będzie jak odcięta noga
kurhany mózgów nie wystarczą
płacz niedorozwinięty, lecz nie martwy
ptaki dla kolb ptaki dla ziarna
a wojna rozrzuca śmiercionośne myśli
co to to nie – powie ból głowy
do głowy
nie ma żołnierzy nie ma ich żon nie ma ich kolb
okrutne jesienie przed nami
dzwonią dzwony sarny
obłędny wzrok myśliwych
krucjata pokonanych – walcz z inwalidami urzędów
z tamtejszymi kobietami w przebraniach katów
i bądź okrutnikiem dla bezprawia gór szczodrych
w tablice życia boleści

*Stanowcze wywołanie*
Wobec nieufnych i zwaśnionych pomocników bytu
apel o zgodę był okazją
do wyzwolenia napięć, które
rozładowały nadzieje
bo to był apel niesłusznie zdyskredytowany
bo imiesłów ciszy
nie byłby pożądany w sytuacji takiego odwrócenia
od siebie czynników waśni
z jakimi mieliśmy do czynienia
w głębinie psychologicznej
dziczy anytidealistycznej
w grotach pokątnych ideologicznie
skrajnych pierwotności
co jak zależne od ewolucji mamuty
przeszły po powiekach i spojrzeniach
ciszy w skrytościach delikatnego serca
już prawie człowieczego każdego
odzyskującego wiarę, chociaż przebitego
w pułapce śmiertelnej
skończoności ciała skazanego
na stanowcze i nieodwołalne wywołanie z niej

*Ja gwiezdny pies twój*
Jestem z tobą kochanie
nie wiem tylko
ile masz rąk par oczu policzków
nie znam wciąż ostatecznego kształtu
twoich form atomowych i duszy imponderabiliów
z teatru MegaFlorenceMachine +
w skali absolutu uczuć
jestem z tobą na zawsze
ja gwiezdny pies twój
trzymany wolarza ramieniem
na smyczy rzęs i łez
wypłakiwanych o wschodzie słońc
z opali szczęść

*Fantasmagorie refrenów*
Spełniam wymagania proste
ustalone zwyczajowo wskutek
nabić ćwieków stalowych
nie w podkowy i buty a w mózgi nieczułe
bladym świtem zbudzone ze snu
oczu, które marzyły wieczorem
o drgnieniu śmierci
w mózgu pozwalającym im się zawrzeć
na wieki
a to tylko po to by przecedzić
dni już byłe odmierzone
nicością naznaczone w celach
komercyjnych i edukacyjnych
jak pieśni tworów nie ludzkich
tworów nie zwierzęco-roślinnych
a wręcz jak fantasmagorie refrenów
niedookreślone w niedokończeniu
zawsze światami zaświatów
truizmy truizmy truizmy
spełniam wymagania proste
zwyczajowo zastanych galaktyk wszechświata
ja, który stoją pośrodku – SŁOWA

*W zakamarkach Łodzi*
Na ruinach Troi –
w zwaliskach gruzów, zakamarkach Łodzi
miasta klęczącego w podwórzach przeszłości
fabrycznej
miasta krotochwilnego kiedyś
pokonanego przez Scytów ze Wschodu
zastyga dyskobol i oszczepnik
Łódź Fabryczna politechniczna
czerwona od cegły na stosach
okraszona ledwie białym wapnem
ale głównie czerwona jak wielkie graffiti
rumowisko przędzalni przypomina
zwalone skrzydło zamku w Odrzykoniu
rumowisko kotłowni przypomina
klasztor Bazylianów udręczony przez władze
zemsta zemsta zemsta na wroga
z Bogiem lub choćby mimo Boga
i jak było za Leszka Millera
tak jest za Johna Tardy`ego
Zemsta Nietoperza XXI wiecznego
wyrwane z korzeniami drzewa
wygryziona remontami Piotrkowska
już przemienia się w europejską ulicę
ludzików nibyludków ludzian udających ludnościowy lud
kościół obskurny wita obskurantów
z plastikonu komunizmu obscura camera
non stop jak peeselu kwatera
i Kosynierów urrra z Lechem w ręku
oto szturm na halę z Atlasu
Obituary Obituary groza Slayera
mikoryza hartowanego Atlasa
wzrost upadek groza
nie Argos nie Arkadia nie Sparta
i stolica gruzu
i postaci chwalebnych z metalu
chropowatość dzikszości kicz nie przetrwa
spłonie w gorących sercach Polaków

*Pod parasolem łez świętego Wawrzyńca*
Duchu wielokrotny
prosty niezniszczalny duchu świata
we mnie
ja przemawiam do ciebie
gestykuluję stroję miny
Peryklesa i innych wzbudzając w sobie
duchu bystry astronomiczny
biegle władający kwarkami galaktyk
widzę cię prawie, jako tajemniczy obiekt
w mgławicy Kraba,
jako mój mózg własny
przemawiam do ciebie z gruntu posłuszny
mową ciała sugeruję emocje
Homera i innych przywołując w sobie
duchu absolutny
w ekstremalnym spokoju kreacji
w tworzeniu z próżni
z pyłku kwiatu z zarodka ludzkiego
przemawiam do ciebie skrycie
pod baldachimem spadających Perseidów
pod parasolem łez świętego Wawrzyńca,
których nie można wypłakać do końca
zraniony do żywego wołam
zraniony do żywego twoim milczeniem
narodzin karą

***
Adwokat kwiatów
sugestia Mony Lisy
łąka za mną
nieśmiałość policzek
mina usta łąk sąd
***
Potrącony przez ludzkiego osła
wyżywam się na ludzkości
stojąc obojętnie
obojętny na kary i zachęty
***
Międzyseksualny ludzki popęd
stworzony albowiem świat
wygenerowany
jeżeli nie ludzki
zdegenerowany
***
Pamięć moja aniele
– pamiętaj aniele
pamięć jest moja
jak twoje ostrzeżenie
daremne
pamięć – pamiętaj

*Dzieci zmysłowego brzasku*
Zmagazynowany zapach kasztanowca
w codziennej twórczej pracy
bezzębny okaz jaskini kiedyś stalaktytowej
dzisiaj jak skarbiec państwa
niesiesz Syriusza protezy odległe
sam kuśtykając jak Voyager
giną w puchnących słońcach,
jako wasale i dziedzice jego – dzieci wiosny
Krzyż Południa rozkwita w maju w Ojcowie i Skale
kasztanowiec w lodówce ust
wiewiórki już tworzą z marzeń-kasztanów Drogę Piwną dziwną
będzie pienił się nimi jesienią każdy sad i park,
gdy ty znikniesz w gwiazdach
jak zapach kwiatów majowych księżycowy
zanim nadejdzie skumulowana pora świata niewidzialnego
bezzapachowego
dla zapracowanych jaskiniowych gryzoni snu
– dzieci zbyt zmysłowego brzasku

*Tak, żal*
Zwrot ku światłości
nagły
na środku oceanu zła
dinozaury ćma
rozklekotany autobus wypełniony wodą
Eryk Muzułmanin
dawca organów
cytowany organ prasowy partii Putina
zdechły wielbłąd
milimetr snu w superodrzutowcu
hekatomba
nie
Australia to pozytywna beza (bryza) czułości
zwrotnik Koziorożca
zwrot przez sztag
zwrot przez top
westchnienie
światło piekarnika
równik
odwrót od ciemności
myśl, nagły akt
tak, żal

*Przy tej wersji pozostańmy*
Boże, przecież gdybym nie istniał
gdybym w ogóle nie zaistniał
czy świat by to zauważył?
bo na pewno nie ja!
czy świat by innego adresata cierpienia
sobie nie znalazł?
mojego dzisiaj jak rzęsy i ślina
bo ja myślę, że tak!
ale ja już istnieję z moim ja
i przy tej wersji pozostańmy
(trzymajmy się życia krzyża bez alternatywy)

*Niecnie o nicieniach zła*
Będziemy niecnie mówić o nicieniach zła
albowiem królestwo błazenady ich środowisk
nie mieści się w czystoplanach nieokultystycznych
przyjemności okupionych byle jaką koprą
wschodnich klondajków i zaginionych tam świątyń ducha
niebagatelnego niezmącenie radosnego
w wyziewach przepowiedni
kamiennych bóstw z czystoplanu
monsunowych dżungli ukrytych w nich
tak małych jak obojnacze dzieła tychże nicieni
w skromności bydlęcej posunięte aż do
centralnych zadziwień królów niebóstw
co dźwigają na barkach
nie tylko obawy wszechjenieckie komunistów i faszystów
ale imperialnych przedstawicieli ludzkiej rasy
żółtej w tej części świata
bo już w innej potworniejsze
wyłupień ścięć obrzezań i przebić
w imię idei obłych jak galaktyki grzechu rozbiegające się
w oczach niezaspokojonych nosicielską zawiścią,
których jednak stworzone dla trucizn świata nicienie
nie mają

*Na starych kalendarzach*
Najlepiej pisać wiersze
na starych kalendarzach
cześć, moja pierwsza kochanko, ech
z dziewczęcych lat i zim
twych, naszych, ech
kalendarzy już nie ma
oprócz tej jednej karteczki świętojańskiej
w wieczności wyznaniami zapisanej

*Twój, jeszcze nasz*
Stukot kół tylko albo
stukot tam wysoko nisko nisko
to na torach dzięcioł
TGV przejedzie światowe
och tylko Interregio
tam za wzgórzem
lądują kosmici albo
kosmaci rąbią piłują coś odwiecznego w człowieku
sędziowie poprzedzają królów
a prorocy obcych to kosmici
piłują sobie
drzewa na protezy laski władzy nad nami
stuka w prawym lewym prawym
przednim i tylnym kanale
oto zjawia się (wychodzi z nieoczekiwanego)
kuternoga przesławny od rana malarz
wolności niepełnosprawnej
nasz ptak dziobak
a może pirat
Wesoły Kapitan Roger Hak
er
ej ej że
coś żre
pluje na nas
tak to pirat
stuk stuk stuk w barierkę w policyjną tarczę w godło w krzyż
w ekran
twój jeszcze nasz

*Primabalerina skrzyżowania Lema z Dąbską*
Nocny łabędź Dąbskiego Stawu
chciał być zjawą trójwymiarową, ale nie był
kaczka niedyskretna go wystawiła do wiatru zmierzchu
Imax świecił nad nimi neonem beznamiętnie
bezwzruszeniowo i to był duch, duch wieku
pusty w środku czasu i przestrzeni pieniądza imaginacyjnej
księżyc zapatrzył się na mnie kuśtykającego jak Quasimodo
wokół takoż kulawego ronda Plazy
i walną głową w komin łęskiej elektrowni
zapatrzył się na mnie schodzącego ku Tauron Arenie
z Montmartre Sacre Coeur Bateau Lavoir
aż po instrumenty muzyczne Pigalle
moje sztalugi gitary skrzydła kule
zatrzymałem się na przejściu przed Tauronem
Taurus Taganrog Trzygław Trismegistos Trzmiel
wreszcie … zaledwie Tremeloes przebrzmiały
ból w nodze i sierpniowy smutek szerokiej ulicy
opustoszałego niespodziewanie jak ona otoczenia hali
i mrocznego parku lotników płotkarzy-plotkarzy
kto znów wzleci tu nocą, jaki człowiek, jakie zwierzę?
łabędź poderwał się pierwszy
i z krzykiem przeleciał nad moją głową
jakby miał wylądować
na wysepce pomiędzy pasami ruchu Lema półkosmicznego
tego od Summy technologii poplątanej moralnie i naukowo
i cóż, że agnostyka jak zagubionego w galaktykach
zjawisk i praw, które zastraszająco i nigdy,
gdy opuścił UJ nie zrozumiał kompletnie
o prorocka naiwności
o łabędzi śpiewie
o ptasie oczy
ni świń ni psów ni Watersa
rozpylona tylko nienawiść latarni
ból kształtów nocy nierozpoznanej
i oto anioł wylądował przede mną zamiast łabędzia
szczupła długonoga w szortach z zorzy
pończochach za kolano
w koszulce bez rękawów
w złotych prostych włosach do bioder jak kometa w warkoczach
Neferetiti supernowych
liceum anioł powiedzmy zjawisko: „Great Gig in the Sky”
zakręciła piruet przede mną
na rolkach błyskających kolorami tęczy
lazerwheels Perseidów z bateriami w butach,
jakich Lem w głowie nie miał nigdy
księżyc roztarł już guza
otworzył oczy i usta szeroko jak ja
jeszcze piruet jeszcze jej przejazd przez pasy
jeszcze spojrzenie w moim kierunku
i zmieniłem się w kaczkę złotą
osiadłem na środku alei sponiewierany jak księżyc
rockowa poświata szkolnych lat dyskoteki
zapłonęła na beczce hali, z której już
faszystowski psy i świnie wyleciały kominami
nieczynnej okładkowej elektrowni w Battersea
poszybowały w kierunku Drogi Mlecznej
i rozpłynęły się w jej mgle jak era Wodnika
czy tylko on nie przyjął tego do wiadomości?
a elektrownia w Łęgu na tle wzgórz Wieliczki
generowała postać Mony Lisy XXI wieku pędzlem megawatowym
malując szesnastoletnią słodką rolerkę w dziewictwa aureoli
co jak Kypris wyłoniła się z pary unoszącej się
nad niebieskimi kominowymi chłodniami
Summa technologiae skurczyła się przed Cudownym Krzyżem Mogilskim
jak zbity vocoderowy kundel
z gnostyckiego cudu pozostał prześmiewczy robot-gnom
do zwalczania JPII prawd
i sprzęt w Ogrodzie doświadczeń działający średnio
a faszystowskie owce z Battersea, co z nimi?
pasą się same za halą, już nie na hali?
a pasterz Minimus w niebiosach?
nie, jeszcze nie,
no to gdzie?

*Kogo bije dzwon*
Zegar bije jak dzwon – ty żyjesz, ty czujesz?
powiedziałem jej, że zegar mnie uderzył
wyartykułowałem srebrną nić symultaniczną uczucia
wysnułem jak z mów z bicia zegara,
co jak prorok oznajmia powszedniość dni,
a one są najważniejsze
zegar znowu – sakramenty,
pamiętaj
zegar znowu – a ona?
co z nią?
zakasłałem a ona rzekła:
to już koniec z nami?
Komu bije dzwon
napisał Hemingway a wyśpiewał Hetfield
potrącił struny nostalgii ciosem w tremolo
(piórkowanie, vibrato – to bonus)
zegar bije – wielki dzień
wielki naprawdę
szybko deska uderza o deskę
głucho żebro uderza o żebro
perkusja wali, riffy zagłuszają ból
owszem koniec, ale nie mój
znalazłem myśli trupa – czas
zegar – szafa piecyk perkoz punkowiec metalowiec mamut
o, to już rogi i kły
polodowcowy skansen ludzi mamucich jak my,
co dzwonią zębami w takt w sam raz na atak
zegar – bum bum bum bam bam bam
ty napiszesz: Kogo bije dzwon
a wyśpiewa Lamb of God

*Nie międzyludzkie współzależności*
Na budowie zakasane rękawy
na wszystkich rękach po cztery zegarki
współzależności bodajże robotów wysokościowych
i niebieskich ptaków
nie, nie międzyludzkie współzależności
jakby się wydawało po lekturze
antycypacyjnych skojarzeń Kapitału z Mein Kampf
a tam w sercu masz współ(u)zależnienia
Nowy Świat Stare Elity Stara Pomarańczarnia Nowy Dwór
idzie człowiek powiedzmy taki jak ja
z rękami w kamieniach w kieszeniach niszach
stolicy ulicą
niszowy poeta i niszowa metropolia
no dobrze, niech idzie robot
hollywoodzki z coltem z rękami przy udach z..
a na wysokości GPW staje przed nim Przewodniczący
Związku Nagradzanych Pisarzy Polskich na Wygnaniu w Warszawie
w siodle na Koniu Trojańskim z szablą opuszczoną
patrzy jeden patrzy drugi
nagle Przewodniczący wyciąga rękę
zamaszystym ruchem odciąga mankiet koszuli
i patrzy na zegarek
mówi: Koń-stój-ty-cojamówię-Bucefale
robot w przód pada i się rozpada
współzależności akcji, miejsca i Aleksandra
a słońce, a gwiazdy na niebie, a czas?
aktor niepokorny czerwony na twarzy
cwałuje na koniu z desek jak Diogenes,
bo koń przypomina beczkę
nagle konfrontacja z falangą maszyn
automatów do produkcji aut
reżyser przerywa scenę
chce zatrzymać cywilizację robotów
przed zachłyśnięciem się
krwią ludzką bladą
współzależność Zachodu i Grecji
zadbano o prawdę, złożono ją na marach uczciwie
odprawiono przedchrześcijański obrzęd
uczczono zniczami i pochodniami przed Sądem Ostatecznym
czarnego konia mechanicznego przez włócznie przeprowadzono
wywróżono, jutro z wczoraj pożeniono
o`key, współzależność potępienia i zbawienia
na Monte Cassino kasyno

*Szpilki*
Okoliczności znalezienia tych niebanalnych szpilek
zaskoczyły najwierniejszych przedstawicieli
przemysłu pogardy krojonej z materii
i to w sytuacji, gdy rozbestwiony tłum golasów
atakował przedszkola i skandował hasła
delikatnie mówiąc pedofilskie i antydziecięce,
które mogły uchodzić za coś jak pielucho majtki
lub sądy spolegliwe szyte na miarę
dla opozycji w najgorszym stadium starczej alienacji
powszechnie uznawane za zbrodnicze myśli
rozeźlonych na samych siebie
za niezakłócone wewnętrzne kłucie bezmiaru natręctw
pochodzących z podszeptów obcych embrionów
snobizmu i pychy jakże prostackich krawców
(wbite w poduszki z wosku wydawały się niebanalne)


*What the Hel?*
Ja chmury ja ponury
kąpię się w wannie
kiszę się w wannie
ja na Bałtyku jeszcze
nos marszczę
ja już nie w Helsset
ja chmury ja ponury
ty wiatrem płoniesz we mnie ciągle
stado przede mną brnie szlachetne
przez odchody polskie
do ciebie chmura prowadzi mnie bura
i dobrze
oto węszę śledzia dla nas
ja i ty lepszy czas
ale co to? what the Hel?
jednak Gdańsk?
jak kiszony śledź?
ja c.. ja p..

*Blady jak Bleda*
Kobyle mleko wypiwszy
pognali wierzchem jak wicher przez step,
który kiedyś zmieni się
w jedno wielkie miasto Europy
pornograficzny księżyc polityczny zawsze
nigdy nie wiedział, że świeci golizną
całemu światu antyku periodyku
Olejem spici hołdowali
zmianom ujeżdżających konie elektryczne
idealne transformery transformatorów transponowały
światło nie z nieba samego
ale ze spodka latającego nad miastem
ostra smuga
plazmy plama
magnolię Attyli powala w końcu
i jego 300 żon wyzwala
rzeki zatrzymuje na zawsze w biegu
i sprośne anioły gwałtu
i on
pornograficzny księżyc popolityczny zawsze
blady jak Bleda
biada Ojczulek nad ciałem
mitologiczny talerz latający historii dzisiejszej i nie
Europy rozstępów rozstań opatrznościowych
najeźdźcy bezprzewodowi teraz
jak nigdy
kobyle mleko i światło z kosmosu maszyn
to za mało by przetrwać tu
bez powrotu
do greckich idei tablic
jak Aecjusz czas spalić na stosie siodła

*Wysokie napięcie*
Baczność
bacz byś nie stracił ręki albo nogi
kucając i bazgrząc
po napisie: wysokie napięcie
albo gorszym: śmierć na zawołanie
urodzony od zawsze
bo myślący alfą i omegą
pantofelku bakterio amebo
pisania odwiecznego chemicznego
termojądrowego
dziś bardziej niż kiedykolwiek niebezpiecznego
jak rozmnożenie przez podział
mutanta
baczność
wielki wybuch słowa
rozbłysk sława
i co dalej beznogi bezręki bezgłowy?

*Czuły dotyk muchy*
Skonstruowane z lepkich pociągnięć długopisu
nieodkryte zagłębienia wewnętrznych skomleń
wydłużanych młodzieńczo w starość
jak ciągutki i gumy widzeń,
by odetchnąć pośrodku galerii obrazów
zawieszonych jak pajęczyna na leśniczówki drzwiach
życia pośredniego w natury ostępach
i powstaje absolutny bogobojny opis pająka
w afekcie odtwarzającego jak płyta zdarta
te same dzieła bez końca bez początku
bez tego wszystkiego, co sofiści
nazywają ciągutką jedności
czasu, przestrzeni i ducha w przesłodkiej nicości,
co marksiści zwą zamordyzmem panów
ubranych w togi, peruki i cylindry kapitału
(ekolodzy dodają – efekt sprośnego człowieczego państwa)
a pająki wprost czułym dotykiem muchy

*Limbus Polonorum*
Zew poetów polskich
antypody miłości i kangur słów
korek muskat kielich namiętność ust
burze filozofii greckiej much
chwilowe zdystansowanie się od Krakowa
antypolskie nienawiści i kot pantei
a potem puls mitręgi powstańczy
kamień filozoficzny i złoto w grobowcach wawelskich
zaglądanie do Odysei
a potem żeglowanie z jemiołą w pośmiertnej pościeli
zew gęsi przylatujących przelatujących rozkrzyczanych
korale Wyspiańskiego ampułki Wojtyły
porzucony młot miłości w jaskini śmierci
koło zatoczone historii
to tylko grobowiec nie koniec
zew się rozlega w niszach katakumb ducha
eksploduje Czyściec wier-rzy
czyli Otwarta Otchłań Boża

*Serce dzwonu*
Zawieszony w sieci napiętych oczekiwań
pod sufitem pokoju swego międzyplanetarnego
tak mały jak skorek w katedralnym dzwonie
snuję plany wojen
z królami światów, z tobą, z sobą
myśląc, że jestem sercem dzwonu
zwycięstw kogoś wiecznego
a nie ściszonego głosu śmierci swojej chwalebnej
nieodwołalnej jedynie

*Orszady*
Orszady, Orszady, Orszady
najpiękniejszy zakątek Warszady!
wyspowiadał mnie tu
sam Bojanowski Edmund
trochę łysawy i z lekka otyły
wyspowiadał mnie z tęsknot bezprawnych
i przeniknąłem przez ogromną szklaną hostię
wprost na wilanowskich błoń półdzikie ostępy
deweloperskimi pieczęciami ostemplowane
jak dekret Jana Trzeciego
Orszady, Orszady, Orszady
najpiękniejszy zakątek Warszady!
Polska Opatrzność Zwycięstwo
wreszcie, wreszcie pełne zwycięstwo po wiekach
kopuła nad a pod laskiem jeszcze kontener bezdomnego
Orszady, Orszady, Orszady
najpiękniejszy zakątek Warszady!
więc z powrotem w górę historii
choćby na skarpę wiślaną kiedyś
po zapach koni umoczony w niej kasztanowo
potem Nowoursynowską rozgrzaną
na pizzę z jajkiem i szparagami
popijaną nad wyraz radośnie cytrynówką wyborną
z miętą, melisą a może marychą?
Orszady, Orszady, Orszady
najpiękniejszy zakątek Warszady!
dzieci nastoletnie patrzą mi w oczy
półnagie w szortach, t-shirtach, szorstko
dziewczęco wołają matki ich śmiałością zdziwione
Orszady, Orszady, Orszady
najpiękniejszy zakątek Warszady!
na Pistacjowej – róg Imbirowej
smród wita skośnookich z kontenera za suszibarem
pogawędka ze starą wroną jakby obcą
równie szorstka, bo skrzekliwa niemo
jak nocne zawołania sów
popiskujących na wznoszące się
z Okęcia samoloty ofiary
Orszady, Orszady, Orszady
najpiękniejszy zakątek Warszady!
dzwony biją na Święto Dziękczynienia
a dzwony Bojanowskiego dla czekających na
z palety bied wyzwolenia
przypominają oddalające się echa Wisły bezgrzesznej
lodowcowe wygibasy przed plemienne od.. Wisły
do Czerska, Ujazdowa, Czerwińska
dolecą szybciej niż wszelkie dreamlinery
Orszady, Orszady, Orszady
najpiękniejszy zakątek Warszady!
w wiklinach, wierzbach i bażancich odchodach
ukrywam swoje łzy
na końcu obelisk katyński
śmierć, która nadchodzi jak ostateczne wyzwolenie
skarpa osuwa się na kolana przede mną
ja przed bazyliką
bazylika przed moim dziadkiem i babką
i nieznanym kimś
Orszady, Orszady, Orszady
najwonniejszy zakątek Warszady!
niebawem, ujrzycie jak dziękczynienie Opatrzności
niespodziewane
nie wierzycie?

*Niesieni w wieczność falą pauz*
Zakotwiczyć
była pauza, zakotwiczyć
niesieni falą pauz
w sobie eksplozją znienacka odkrytą
blado pomarańczową w czerni
zmysłową ową dziewczynę
po ustach tychże poznajesz
w antrakcie pauz
kandelabr szkolnych zaskoczeń jej dłoń
czuły dotyk jak czas nieprzerwany
korowód na szkolnej zabawie rozpoczęty
trwa dalej w niebie
woźny piekieł gromi a ty na rowerze
jeszcze pedałujesz podczas lekcji bólu
za szkołą w wąwozie historii niecnej
przeżyć tę chwilę jeszcze raz
i zrobić sobie pauzę
wieczną właśnie
krokiew przedmiotów maturalnych
bądź gdzie a ona wśród chmur idąca ku tobie
anioł szkoły zwieńczeniem
na dworcu we Lwowie
wśród uczennic w Weronie
samotna w La Salette
ona w zagrodzie Mesety cieniem
twoja studnia pauz
jak sen tu
zwierzenie zwierzę spragnione jak ty
bez dna twoja studnia pragnień młodzieńczych
zakotwiczyć kiedyś w niej
ech na jawie

*Bezlitośnie rozpuzzlowany*
Zło złem wyłącznie przypadkowym
taka opowieść snuje się jakoś
poprzez tysiąclecia
taka narracja artystów cegielnianych
grobowo wywyższanych
a potem on rzekł do mnie
stroń od…
a ja jak Jafet nie wiem, co i gdzie?
idę przed się…
i rymuję usilnię
puzzle chleba i herbaty
składam jakoś bezwiednie tak
a puzzle mówią do mnie
siedź tu i przytakuj
… złu?
no nie, aż tak, to nie!
rozkładam, więc
na dzisiejszy dzień
atrakcyjny świata obraz
władców jego
tak sklecany mozolnie
– bezlitośnie
rozpuzzlowany
znaczyć będzie odtąd roze źlony
a co potę?
a nic, charakterystyczne fragmenty spakuję
i… odeślę

*Gimlea w Spalarni*
Kiedy se leję herbatę,
to se leję herbatę,
a kiedy leję co insze,
to leję co insze..
– jak powiedziała stara matka Grogan
a ja dopowiem
– popijam tę herbatę i tą herbatą
w niewyraźnym krajobrazie biura
papierosowy dym
mgły ludowej władzy niczyjej już
jak Zmierzch Nibylungów
w Bajorze na Kujawach
i Gimlea w Spalarni płuc,
o dziwo się odrodzi tu
a Niewielki Baldur
palenie ludzi
na zawsze rzuci

*Stocznia w depresji*
Jest stocznia w depresji
gdzie o wodowaniu nie ma mowy
i o chrzcie, z jako taką matką
takie jest dziś nasze życie
w koalicji z PIS-em mówią do mnie
PO pożyteczni idioci
coś o zewnętrznych warunkach
a ja odpowiadam –
czekam tylko na kapitana chama
i wygarnę mu wszystko
on powie – nie moja wina,
że statek jak woda pod górę nie płynie
a ja mu pokażę, jak płynąłem w górę
napierających na rodziny
fal tsunami za komuny
i wtedy uzna wreszcie,
że sam jest w depresji niż stocznia większej

*Wychodzę na świat*
Zagadkowe katakumby niemiłosne
egipskie, perskie, rzymskie, własne moje
zagadkowe poobiednie zakopanie
w pracy przy biurku z kamienia
katakumby niebieskie wysokie,
gdzie zaklęć kolekcje czerwone
zagadkowe jak idiotyzm urządzonego świata zmysłów
pod powierzchnią porządku niechcianego
parskam na to, prycham i wychodzę z owych katakumb
zamykam moje biuro na głucho
z telefonem, komputerem, kserokopiarką, laską przewodnią
i segregatorami milczących przemów w niszach i sarkofagach
niech to umiera tutaj beze mnie, jeżeli jeszcze żyje
wychodzę na świat kolorowej jaskrawej jawy
odwijam się z bandaży światła fikcji i prenatalnej złudy
jakże inny już, mistyczny, ocalony, uwielbiony
Łazarz eremita miastem zakochanych wskrzeszony

*Wiosno śmierci*
Dziewczyno, wiosno śmierci
dana mi przez Boga
zaprowadź mnie do Nieba
w kwietniu, w zbożu, z rana
pocałunkiem, gestem, słowem
czymkolwiek nierealnym, nieziemskim
raz na zawsze wyzwól mnie
z obumierającego, wczorajszego ciała,
ukochana

*Sakramentalny przybytek milczenia*
Sakramentalne spełnienia wieloznacznych czuwań
i małostkowych naigrawań z odwiecznych wniebowstąpień
są konieczne dla będących u schyłku dzieciństwa
ludzi w niedużych cylindrach małomówności,
gdy są zbędne zakulisowe rezygnacje
z niedopełnień obowiązków, które omijają najmądrzejsze głowy
po to, by po prostu zasznurować trampki
przed kościołem wybudowanym celowo blisko boiska,
gdy nieznaczne odsunięcia od krawędzi księżyca
pobudzają w rogówkach cnotliwe drgnienia
budzi się tęsknota za zamierzchłymi wstąpieniami
gdziekolwiek w dzieciństwie
raz pobudzony sakramentalnie osobnik
niezbyt dojrzały ma zawsze za cel
spełnienie swoich pragnień niewinnych
przepełnionych zaczytanymi na zawsze słowami
z ust milczących za karę
za każdą taką nieprzeczytaną stroną
za każdym nieprzeczytanym wierszem
kryją się parseki odległości do światów
kolorowych na pędzlu zatrzymanym przed płótnem
na płótnie wybiegającym mu naprzeciw
Ześlij zbędne odniechcenia tutaj, tutaj do mnie
bym wysmagał nimi przyrodę sztuki
i sprzęty audio-video w mieszkaniu
urządzonym w zaświatach kosmosu jego
co jest jak tarcza każdej myśli
zawietrznej, zasłoniętej, zagłębionej i zakasłanej
chodź do mnie, gdy przybędziesz
w te regiony niezniszczony promieniowaniem bólu milczącego
jak spojrzenia w okna pożądań
nigdy nie mieszczących się w czasie
chodź do sakramentalnego przybytku milczenia
przez opanowanie oczu, języka i powietrza

*Balans uwzniośleń*
Od wielu znamienitych ludzi
dowiedziałem się o porach na gwiazdę
i gwiazda okazała się człowiekiem naznaczona
oficjalnym w akademiach i pozach
balans uwzniośleń był nieco zdegustowany
moim oddaniem niemocy dla wszecharystokracji
i spojrzeniem zza krat prawdy na niedzisiejsze
ekscelencje
było nie było zacni jak kamuflaż dni
i skansen w telewizji zwierzchności
nieemitowanej od rana samego
przecież zawsze w końcu emitującej
służb ledwo widzialne nastroje
na krańcach myśli i na krańcach słów ich
przewielebni dystyngowani krasnale wizji
mniemania niespodziewane pozostawiam wam
gdy je dostrzegam
pora na gwiazdę, odsłaniam kurtynę
włączam stary projektor swój
pusto, niemrawo, niedzisiejszo to i odświętnie
jakżeż nikłe poparcie akademików tu
morowo, ale niemrawo
były kawalarz zaniemówił
do orderu miny stroił
a order do niego ni razu
bądźcie grzeczni jak dzieci, nie klaskajcie za wcześnie
oto meteoryt pański spada na dystyngowane głowy wasze
celebrujcie achy ochy
zanim wpadnie w strofy
i sztuczne słowo umrze na zawsze
chociaż jaśniejąc ginąć będzie przeciągle
na złotym samouwielbienia ekranie

*Ciągną konie gwiezdności*
Ciągną konie słuszności
zmierzch już, stadem człapią do stajni
ciągną konie gwiezdności
na pastwiska odkupień
pracy ciężkiej w stępie, galopie i kłusie
oto ja na ich czele
dumny władca stad, tabunów, chmar
oto władca wszystkich zmęczonych koni świata
sam jeden na planecie Ziemia,
która cała zmieniła się w step
niebieski pod kloszem czarnym nocy
nocy, co jest zabawką źrebaków i ratunkiem klaczy
a ja władca koni
już nie żyję w lesie, który jest snem
nie żyję pośród lodowców, które są mirażem
nie żyję pośród wydm pustyni, co jest fatamorganą
ja żyję tym, czym żył mój pradziad
wędrówką przez step bo to mój zew
step to droga do myśli, do samotności, do przywództwa
i przyjaźni indygo
autostrada cywilizacji racji
estrada w sam raz do stepowania
prawdy duszy wolności

*Wielka noc śmierci*
Rozprzędły się sumienne kłębki pokory
oto stoimy u stóp wielkiej nocy śmierci
przed nami mandryl wielolicy i kaczka zbrojówka – symbole
patrzą na wzgórze belwederskie
dziewczynka usiłuje je karmić nitkami podobnymi do makaronu
karp niebieski ze stawu przemawia – przenośnie
jestem uroczym pyłkiem róży,
gdy wymawiam twoje imię – Polsko
bądźmy razem przez stulecia
ja maszt i ty flaga
ja sterowiec ty hel
zbudzony natchnieniami chmur powstaję
z łoża boleści, zapominam je
zmartwychwstaję jak zwykle w poniedziałek
a ty jak promień słońca na twarz ośmioletniej dziewczynki
upadasz
rozświetlasz jej oczy
podczas, gdy ja zmieniam się w wiatr w Zatoce Gdańskiej
potem w bałtycką ośmiornicę
odwołuję wszystkie elekcje i rozbiory
odwołuję manifesty i pacta conventa
żebracy lgną do mnie jak do Alberta
a ja turysta zaledwie na rynku w Legnicy
prawie radziecki zagubiony żołnierz z aparatem Smiena
i reklamówką z Biedronki
jeszcze nawołuje mnie efekt nocy Wolina
zwiastun burzy, zwiastun Purpury, zwiastun Peruna
chrześcijańskiego, bo w gajach już ordalia dębów
na chwałę jedynego Pana
ordalia z wynikiem pozytywnym
dla podsądnych zmiłowania godnych
ależ bracia snadnie puncowany kurdyban płowieje
w salach tronowych, totalnych,
gdy my poligloci, malarze symboliści, asceci esteci
na masztach zawieszamy części
jedwabnej garderoby naszych ojców
co głowy podgalali
i Sarmatami się zwali przy winach
wielka noc śmierci pęt nadchodzi
co zrobimy z wolnością bez niej?
Polacy nie mandryle, nie kaczki, ale orły
czas artefakty dni wielkich pomalować
i uwiecznić w Ujazdowskim Pałacu
dla Polski, Litwy i Prus
dla uniwersalnych wzorców
dla mieszkańców Perth, Tuwalu i Surinamu

*Cmok*
Drewniany polityk cmoknął na wizji
wypowiadał się na sejmowej mównicy
cmoknął jakoś po larwiemu i zszedł
widzowie niepełnosprawni drwale
powiedzieli –
to kornik nie komornik polityk
jest zbyt głodny
zbyt kontenty
piarg usypie z trocin
i nie zostawi nic
dobrze, że już zszedł
czerwie pustyni czekają

*Locus amoneus*
Kocioł czarownic
w nim wiersze Wergiliusza
zdruzgotane dzieciństwo w opoce lamentu,
czyjeś
czyje?
ja miałem wspaniałe dzieciństwo
wprost bukoliczne, aż
na Polach Elizejskich kosmiczne jajo znalazłem
dlatego dzisiaj po latach wypełniania Uranosa dzieł
mogę pisać o lamencie
i jakichś zdruzgotaniach Arkadii,
kiedyś
kiedy?




*Jak Reja*Nie można się skupićna celach propaństwowychbo grudniowa miłość nie pozwalakaże bliźniego szukaćw szopach bydłu przyzwoitycha ojczyzna czeka i czekanie wystarczy jej pasterska dumkaona to nie bliźninie można nic zdziałać bez niegotak jak bez siebie samego?dobrze więc, wracam do Rzymudo stolicy imperiumpożerającego niewinnych zatroskanych ludzijak ubóstwiany tu Saturn własnych synówwracam by oddzielić ojczyznę braciod państwa kanibalii rozpaczać przy płótnach Goiw czas przesileniadzielić się nowożytnym słowem i odwiecznym chlebemjak Reja
>>>*Pit-stop wymiana elit*Uwaga na pit-stopnadjeżdża cygański taboruwaga Kazimierz nad Wisłąto pit-stopteraz, teraz, teraz wymiana elita co na to Wisła?co na to łozy wikliny międzywala?co zrobią kupcy, orylowie i flisowie?ja za nimi się nie ujmę, gdy powódź nadejdziew Puławach możeale w pięknym Kazimierzu niepit-stop każdy ma swójto mój kolejny wyścig do Warszawynie zaskoczy mnie wysoka falanie zaskoczy mnie mróz i kramam swoją cygańską elitęsamego siebie i wierszena każdą poręna każde warunkiza każdym rzeki zakrętempit-stopy mi nie straszne
>>>*W antonimów lawinie*Złudny jak synonim toboganukaretki pogotowiaoto lawina niesie ratownikówtak w tym świecie wyglądademokratyczny spórranni sami z siebienie za przyczyną gór i chmurnajczęściej za przyczyną słowaratownicy opatrują złudybandażują nawzajem usta swojea karetka leci na łeb na szyjęw antonimów lawiniewtedy to prawdziwy koniecsynonimów wyciągniętych z głów ofiar
>>>*Dysonans w organach*Plasowane wkłady w jedność wspólnotowączęste w korporacjachrzadkie w organach państwao dziwotylu ich plasuje siebie w jedność narodową i nictylu ich znika z worami jak Mikołaje nie świętetelefony wyłączone potemgdy stacje i opery przedwojenneobskurne odremontowanotelefony włączonoza pieniądze nieukradzione pierwszy raznaród wjechał na o-peronplasowane wkłady w jednośćgiełdy kościoła sztuki głoszonoa oni nie wierzą w Bogachcą się zjednoczyć z kimś takim jak Dziadek Mrózkimś, kto już nie istnieje, chociaż żyje w mitach – są tacytylu ich czyta poezję swoich ulubionychpartyjnych wierszokletów i o dziwo nawet wybitnych poetówtylu ich nasłuchuje Szymanowskiego, który coś pisze dla masklawisze fortepianubrama więziennadźwięki hymn – kto zaśpiewa, kto zagra?nuty zamazane bez kluczypapiery wartościowe ojczyzny sprzedanepieniądze roztrwonioneorkiestron pustywokaliza nieistotnamezzosopran w kaloszach narodowychźle plasowanydysonans w organach
>>>*Trepanacja kuli ziemskiej*Skalpel zatrzymał się na nieustępliwości czaszkito czaszka światato trepanacja kuli ziemskieja ja jestem tym chirurgiem,który wykonuje tą skomplikowaną operacjęodchyliłem skórę odsłoniłemnieskazitelną biel biegunasięgam właśnie po coś przydatnegożeby przeciąć kości lądolódtak, ja sam operuję po krótkim kursiedla niezależnych operatorówzdalnych kombajnów terapeutycznychwiem, że dam radęchociaż to moja pierwsza taka operacjaodkładam skalpel i włączam kombajnto moja pasja naprawcza – uzdrawianie światazaraz dostanę się do serca królestwa ideico napędza ten świat o tysięcy lati oto nagle – co to? idee to już nie wrząca lawa?nie plazma żywiołów wzniosłych myślinie rozżarzona magma dobrych intencjinie jasna dobroczynność śnionacoś dziwnego, brunatnego, scalonego i zimnego –w czerepie cywilizacji połyskuje wyłączniezamarznięta czekoladadestrukcyjnej przyjemności nieustanne zarzewieczas zdemontować i przetopić na surrealistyczny sena teraz czas podłączyć w jej miejsceideę sztuczną czystą z ceramiki i krzemuw sterylnym laboratorium przez roboty wyhodowanąideę nareszcie niezniszczalną
>>>*Dziwolągi, straceńcy*Po drodze anielskiejmknie ślimak neandertalczykjakiś symbol chybabo to niemożliwe by był taki dziwolągpo drodze snuposuwa się wąż niebezpiecznyoczywiście biblijnyna brzuchu w pyle a jakże proch jedzącyz uśmiechem szyderczympędzi motocykl łamiąc przepisy drogowena tej drodze go widać, alejest jeszcze dalekostąd dostrzec już można jego szatańskie zacięciekłótnia przed kamerąwoźnicy z kierowcą tirakoń parska tir syczy opony parująobok na wierzbie siedzi srokasymbol kolejny niecnej pokrętnościale dlaczego właśnie droga nazywa się anielską?jest człowiek szatan zwierzęta symbole mechanizmybrakuje aniołówchyba, że wszystkich nazwie się aniołami piekiełjak w każdym obrazie w każdej scence rodzajowejmieszanej ludzko-nieludzkiejdziwolągi straceńcy z koszmarów na drodze życiatak jak to zwykle bywa
>>>*Kraken*Piętnaście istnień tajemnych w kredensie maszkosmos łazienki i jeszcze jedno życie w nimastralne nierozpoznanea ponadto takie tam – nieistnienia pajęczeale po te musisz sięgnąć do piwnicykilkanaście ozdób smoczych nozdrzyw fotelu przed komputerema co z tatuażami ostróg i płomieni? też?tu możesz polecieć jak smok przez ten nieważki światale smokiem wciąż nie jesteś – i dobrzejesteś za to kimś ważnym na uwięziw niekończącej się opowieści fantasynie do ogarnięcia rozległym nawet sieciomzatopionym Krakenem bodajże czy coś?są w twoim najbliższym otoczeniutakie emocji bezcennych elewatory pneumatycznegdzie skorpiony łagodności rdzewieją śpiącewytworzone w epoce przemysłu lewitującego umysłuale ich sen jest barierą trudną do sforsowania butnymi to nawet ty nadwrażliwiec mityczny tam nie masz wstępuale wyobraź sobie, że na szczycie takiego elewatorakwitnie żółta róża w purpurowej rynniewyjdź z cyfry siedem podejdź pod osiemrozbłyśnij czymś, może nagłym laserem z ustzapal kosmicznej róży silniki w sercujeden dwa trzy – wystartowała lecitrzy dwa jeden – wystartowała również druga?– nie, to jedna i ta sama róża dwu światówtwoje ptaki podobnie, wszystko ale nie ty – Krakenkto zgodził się na takie odliczanie? kto je przeprowadził?– suchotnicze morwy obok wież przekaźnikównadajników radarów stacji radiolokacyjnych?jeżelijeżeli musisz coś widzieć stań na nichi patrz w ślad za różąpatrz skuty istnieniami za wolnościąpopatrz tam na wzgórzu jeszcze tkwiwbita w ziemię rycerska średniowieczna kopiaco chybiła nieosiodłanego dzikiego smokanie płacz to nic nie dawieże oblężnicze się przybliżają do twoich okiena ty widzisz kubistyczne rzeźby lub techniczne urządzeniaistnienialeci strzała oszczep bełtlist pean wiersz dialogpiętnaście mgnień ciszy i już popiętnaście lat niewoli i już popiętnaście lat samotności i już porozpoczął się atak bezsennych pajęczyc z Marsaone jednak istnieją?z jaj wylęgły się dzieci piątej kolumny salonuroboty nieinteligentne stwory pełzną już przez korytarzociekające oliwą płodową łożysk zatartych w pamięcizbudź się, stań do walki sam jeden– ty symultanicznego Krakowa wiślany Krakennaprzeciw smogowi ewolucji pradawnych kamienicgrzeszności emitujące w pleśni i niesłusznych torturachz dmuchawą na gołębie symbole opuchniętea na ptasie odchody, tak ptasie – radar– czasom nie dziw siębezcenne odchody lecą z daleka, zza startowych wieżjak symboli deszczkomentujesz gołębi peregrynację wtórnąprzynoszących rozkazy nakazujące ostateczną przemianę grodu,kilkunastu chwalby godnych skorpionów i samego Krakenaw tętniące tobą miasto pokojuz rynną i różą w herbie
>>>*Nad nad wprost*Nad leci nad wprostkiedy ktoś myśli podkiedy myśli nadjak wówczas gdy cisza jak zzzchociaż jest samw niej środek lotui pod i nadkamień jest uosobieniem wwwwięc?więc, czas oboknie sztampowouleczy uleci ulewau bram kamieniawww a co nad a co pod?kiedyż którędyż jakżeż?martwy kamień – ptak wspakwpatruje się ktoś w myślismakczuje dźwięk ciszy i brzmieniezboczenia kamieniawpatruje się w czasw czyj czas?ale czy nad czy pod?skrą życiamgłą skrykrą mgnieniakrew wwwi nad nad wprost
>>>*Ratownicy w lawinie*Złudny jak synonimkaretki pogotowiatoboganu anagramoto lawina niesie ratownikówtak w tym świecie wyglądademokratyczny spórranni sami z siebiealbo za przyczyną słowaco straciło sensratownicy opatrują złudya karetka leci na łeb na szyjęto koniec sporusynodziwów gramu
>>>*Industrialny anioł*Industrialny anioł miłościmechaniczno-elektronicznyzaprogramowany informatyczniena sfery erotycznekłania się siada całuje na C++mówi – piękny, piękna, ochzdalnie sterowany bezprzewodowyindustrialny anioł androidalnypotrafi nawet odlecieći nie powrócićjak duch naszej cywilizacjijak kobieta i mężczyzna
>>>*Rzut beretem*Rzuciłem przed siebie beret – wróciłrzuciłem myśl – wróciłarzuciłem swoją głowę – wróciłarzuciłem swoje serce – nie wróciłonie wróciłobo nie jest bumerangiemnie wróciłobo nie było komu go odrzucićalbomoże stał za daleko
>>>*Rzadki krajobraz*Krajobraz ziemski jest zimnym krajobrazem wodnoplanetarnymaczkolwiek bardzo rzadkim w tej części galaktykiMars na przykład generuje obrazy jakżeż atrakcyjneale nikt nie mówi, że jego równie rzadkie piękno jest wręcz urokliwetak i o tobie powiedzą – on jest jak rajski ptak dziwakaczkolwiek ptaków ci u nas dostatekweźmy choćby takiegodzioborożca smutnego nie wiadomo dlaczegoalbo kulawą perliczkę nie wiadomo dlaczegow tej części planety nie wiadomo dlaczegoatrakcyjny, bo rzadki koliber dziwadłowszystkiemu więc winne niepoślednie przypadłościi wszystkiego zasługą błędy ewolucjinotabene bardziej przypadkowość niż błędyoto cały ty nienazwany tyw gorączce rozgadany półnagi Osjanna pustyni słowińskiej nad północnym morzemeskapiczny platonik tylko w idee odzianstopiony w jedno niespotykane z ziemskim krajobrazem
>>>*Na padok łez*Skokowa zależność od podniebnych koników– galopady odruchowe rzęsto botaniczne czy zootechniczneujarzmienie purytańskich pojęć?gnanie z wiatrem gniadych chmurto przecież ten sam złudny trendod zwykłych kopnięć zależy twój spokójod uderzeń nieba natchnieniami zależy twój blaskzawiaduje tobą wypełnieniowy wyprzedzeniowy czasdni w słowach żywotnych jaśniejąkoniecznie purytańsko do końca biegnącdo stajen nocy jak do celownikaa step niebieski wolnych rumaków uwikłany w przedmowyskokowa przemiana w układ na torzejednego elementu w drugiskokowa galopada zwykłanie mylić z niesieniem humanoidalnymprawie wiatr tak robiprawie wiatr, czyli bryza mnisiadopóki mgły wiszą wysokoprzesłaniając słońca kopytnedopóty możesz iść niosąc siodło sambotanicznie usiądź w pieklena dyni tej ogromnej ona zdusi ogieńa pestki z niej zmienią się w chmurychmury w koniki żwawekoniki w kłusaki a te w bieliznę aniołówprawdziwy deszczco spłynie z rzęsna padok łez
>>>*Kloc drzewa z czystego niklu*Kloc drzewa z czystego nikluniklowe drzewa, a to gdzież?a w ustach twoich tudzieżgdy wyleciały już wszystkie prehistorii gady, ptaki i ćmygdy wyleciały straszne scenySądu Ostatecznego z Kaplicy Sykstyńskieji zaświeciła jak opowieść fantasyodlana w pozłacanym brązie brama Raju– drzwi Baptysterium przy Santa Maria del Fiorewe Florencji ze starotestamentowymi scenamiz kamieniem, mieczem i grzechem w roli głównejto teraz sięgnij głębiejz głębi zwanej ostępem i ust matecznikiemwydobądź w sam raz do obróbki klocwtedy rzeźba Świata Madonny Bogapołyskliwa na tle niebai siebie samego w okoleniu dziełamoże powstać w przestrzeni wypowiedzianych słówszlifierzu trójwymiarowych niezniszczalnych snównaładowanych przyszłością dusz – emocją,co nigdy nie pokryje się patyną zławydobądź pocznij stwórzdla niej ołtarz z powietrza przeczystych drgań
>>>

>>>*Teleskop myśli o tobie*Mam głęboko ukryty w sobie skarbdość techniczny, ale nie na tyleżeby nie ożył w twoich rękachi nie stał się twoim uśmiechemofiaruję ci go dzisiajz okazji ustanowienia świataopisania duchowych dróg kosmicznychjak my odwiecznychmilczących w oddaleniulecz szepczących w zbliżeniu– teleskop myśli o tobierozłóż go i zobacz nas
>>>

>>>*Zakneblowane uczucie*W mojej matni…– piszesz tak mocnoa myślisz tylko o głowie i pokojutak naprawdę to matnią jestnieziemska twoja pracao włos a powiedziałbyś – podróżw twojej matni jest wyobrażenieo niej samejw twojej matni jest przekonanieo beznadziejności ucieczkiw twojej matni jest marzenieo wyrwaniu się z niej samejulotnedlatego o włos chybiłeś z jej dookreśleniemgdyż freudowski błąd i lapsus poselskizaprowadziłby cię do własnej głowya tam nie ma głosów-szeptów-miauknięćtam jest uczuciezakneblowane uczucie, którewyzwolić w pełni może tylko śmierćnie przystaje moc kratmoc sarkofagu jestestwa – matnido jego mocy
>>>*Kierowca bombowca*Jest noc otchłanna bezdenniesłychać gdzieś jakieś odrzutowceprzelatujące nisko nad osiedlemhuk, detonacje i wystrzałymoże to odrzutowce albo i niemoże ktoś po prostu użył broni palnejjak się wsłuchać lepiejto może to są drapieżników pohukiwania i jękialbo nieprzejednane ujadanie psaudomowionego jak jajeżeli to jednak odrzutowce to bezsenne jak jaosiedle Muminków śpi nie jachociaż jest jeszcze ktoś lub coś więcejco burzy padołu letargktoś trzepie dywan za rogiemo drugiej po północy na trzepaku z księżycai choć jest nocsłychać grzmiące jak dzwonjakiegoś Husajna zapamiętałe uderzeniaprzy śmietniku echo samotności ości kości kotywściekłość niemoc niemoc nieoznaczonościwiem, że dalej nie da się tak w półlotosie trwaćczas wstać i z domu wyjśćna ulicę opętaną mrokiem niewymiernego istnieniaczas wykrzyczeć boleść swoją jak pies do odrzutowcajak desperat z dywanem wyładować sięposzybować jak nocny jastrząb– baśniowy Salomon światowiec,któremu nie straszna tortura tysięcznej i jednej nocydla pokazania swojego jaa może dla tej jedynej bezsennej nocyodlecieć stąd z pilotkąindywidualistką małą Mibombowca kierowcą?
>>>*Zwiastowanie Wszechświata na kolanach*Zwiastowanie Wszechświata na kolanachco? komu? czego?zwiastowanie mnie?oj! nie!żadna poza, żadne zaskoczenieżadna łagodność, żaden komplementnie, nie i nieja chcę żyć i byća ty świecie nie masz dla mnie nicpoza rolą osła historiipożytecznego idioty,co słońce cały czas w oczach nosiumierające z każdą sekundąw spazmach tęsknoty za człowiekiem, któryi tak opuści je na wiecznośćsłońce i księżycu doczesności gwiazdytak mi przykro, ale cóżwasze na kolanach zwiastowanieżycia na chwilę– nie dla mnie już
>>>*Portret w złotej ramie*Misternie wyrzeźbiona rama obrazuwzory roślinne jak żywewrastają w sam obrazpanoszą się na krawędziach płótnanaruszają stopniowo integralność kanwyakant winorośl liliabakłażan papryka figaniepokonane liście i owoceśródziemnomorskich stref i krainsecesyjnie pokrętne naturalnie rozwijające siępomimo ciężaru złotapokonujące behawioralny komponent podstawy sztukiprawie żywe prawie kwitnącechociaż pokryte płatkami złotajak stemplami urzędniczej machinyna obrazie moje wyobrażenie o mnieo sobie sen własnyportret niedościgniony autoramoja twarz poddana roślinnym zabiegom rozlicznympokrętnie unieśmiertelnionaprzerośnięta pędami drewnianej winorośli matecznejpowoli oddaje ostatnie drgnienia policzków i powiekramie złotej i lśniącejmartwej dla efektu galeriiwystawy cieszącej się ogromną popularnościąw Narodowym Muzeum Ramowym
>>>*Przed zamianą światów*Kamień to usta twojego przyjacielacichsze – ciężar i szarość smutku zapomnieniaKatedra to usta twojej przyjaciółkizrezygnowane – modlitwa jak echo przebrzmiałaale będzie wysłuchana to pewnikKolejowy semafor to usta twojej matkiniecierpliwe – semafor przestawiany jest,żebyś mógł żyć – przeżyć i dożyć do śwituKwadratowy samochód to usta twojego ojcakonsekwentne – głoszą uniwersalne kierunkiw najbardziej nierealnym świecieSam chciałbyś raz otworzyć usta,które masz na pożarcie świataone są jak śpieszący zegarek miniaturowy,co zmienia się w przystrojonego słonianarowiście biegnącego po pustych ulicachmolocha-miasta jak lawina pojazdówby zdążyć na czasprzed zamianą światów
>>>*Czas żniw intymnych*Będę zbierał malwybędę siał śmiechu skowronkidmuchał jak dmuchawce na latawcei pił sok jak piniapobrzękiwał podśpiewywał podskakiwałledwo pszczoły zaanektowały mój senlata nektar prawdziwya ja w ciszy bezlitosnej zimyjuż kwiecę kwieciem kosmicznie nie regionalnymsłowno-obyczajowymsłonecznie wszędobylskimi ku tobie rozedrganypolatuję nieskazitelnie powietrzemnadętym jak strachw śnieżynkach jak w róży płatkachwesoły rozdzwonionyzima w pełni a ja w kwietniujest grudzień czas żniwintymnych dla mnieto moja pora pora majamojego nie poranionego jeszczeuczuciami i wspomnieniamico z duszy wyleciały na mrózintymny czas żniw dla nas obojgastojących bez ubrań w malwach miłościjak zapomniane strachy na wróble albo chochołybędziesz zbierać malwy ze mną – prawda?– tak, bardzo?– bardzo? jak?
>>> *Summa humana*Czy ono pozwoli?zastanawiasz się właśnieono, czyli kto?jaki ma kształt? jaki kolor?w jakim jest nastroju?jest to osoba czy jednak zwierzę?a może rzecz zwana energią lub materią?czy ono pozwoli ci być człowiekiem?to twoje dziecko czy rodzic?czy aby jest widzialne?a może tylko odczuwalne?więc duch – tak, lecz nie byle jakimoże rzucić na kolanalub podnieść z błota i ścierniskawygoni z lasu i do lasu zwiedzieprzegoni przez wysypiska wszelakiewywiedzie z łanu i ukryje w spichrzuono pozwoli na wiele?a może wcale?aby nie zdradzić się przy nimczujnie uważasz na słowa i myślipożegnaj się z matką i ojcemjeżeli zniknie ci z oczupożegnaj się z żoną i synemjeżeli zajdzie jak słońceza chmurę łez, ocean płaczuten krajobraz i tło – duchowe dziedzictwoono jest wielkie jak Araratnie przelecisz nad nim niepostrzeżenienie pozwoli ci osiąść i odetchnąć wreszciejaką ma płeć, jeżeli jest ludzkie?jaką ma substancję, jeżeli jest bytem?tak odczuwalne jak pieczęćz całą siłą odciśnięta na czole jestestwaono sprawia, że jesteś – opieczętowanyo tak, ono jest echem, echem, echemechem nie z tej ziemisumienie, sumienie, sumienie – powtarzajtak, to summa humana
>>>*Czy można płonąć stale?*Powiedzże substancjo ludzkaczy można płonąć stale?z mojej ręki został opalony gnata energii wyemitowałaś tyle co kot napłakałi zwiałraczej kwantjeżeli mierzyć ją kategoriamiontologicznymidaj mi spokój wolnościnie zapłonę już dla ciebietak estetycznie jak razta kaźń zbyt długo trwaa efekt przemiany termicznejkocioto ja już bez ręki i kot bez łeza siła bólu i smutkuw wolność się nie zmieniłaani na krztęsiła energii wewnętrznej,która pochodzi z substancji łatwopalnej rąkmoże poruszyć cały skuty światto już wolę tobą pisaćnanosłowa o mrugnięciach oczuswobodnych duszniż się napalać na ich niewoli czasco w parsekach trwa
>>>*Kwiat Dolorsa*Jak kwiat Dolorosakrwawy kwiat męki we własnym pąsietak świat cały w kwiatach mękijeden z nich kwitnie na stokach Czomolungmya łan cały pokrywa Mariański rówzlany potem budzisz się ze snuwestchnąłeś, uff!a tu krew na poduszcea tam znów kobiety lico bladeprzez środek pokoju ktoś przeciągnął szarfę błękitnąprzedziela go na półpończochy zwisają z żyrandola – lawendoweściany pokoju – oliwkowena nich obrazy i gdzieniegdzie freski – wielobarwnesą też szlaczki u góry pod sufitem – fioletowedźwięk słyszysz – przeciągły tusz – uuu!to drewniane trombity Góralito Hebrajczyków blaszane fanfarypotężne podwójne kakofoniczne dźwiękijakby wydobywane z naturalnych żlebów i przełęczy górskichz jaskiń nad Morzem Martwymoczywiście wieje wiatr wiatr wiatrna tej obcej planecie wiatrna hipnotycznej powierzchni serca wiatrna rozkołysanej grani co wyrosła w pokoju wiatrna całej połaci uciekającego życia wiatrty stoisz na jej krawędzi nad przepaściąpośrodku nieuniknionego rozstaniaze złamanym sercemwychylasz się by zerwaćz policzka śpiącej nimfyjak żywy romantyczny kwiat Dolorosawytatuowany ręką bezwzględnego mordercy uczućna pościeli zaschnięte tęczowe łzyzrywasz go – wywołujesz jejuśmiech przez sen
>>> *Wciąż*Był Nabuchodonozor, Neron, Luter i Cromwell w obeliskach, popiersiach i sztychachbyli uwielbiani eksterminatorzy Karol Gustaw, Napoleon i Król Belgów Leopoldna rycinach w książkach a potem w latarniach magicznych i fotoplastykonachbezwzględni Rurykowicze i Romanowowie na obrazach i w przedstawieniachLenin, Stalin i Hitler na filmach w popularnych kinach i czołówkach gazetbyła Rote Armee Fraktion, Brigate Rosse i Action Directebyli Renato Curcio, Urlike Meinhof, Ensslin i Baader– przemawiający i komentujący w światowych telewizyjnych serwisachtak jak pokazywane ciała rozszarpanych, zmaltretowanych przez nichBubacka, Ponto, Schleyera i Morow końcu do światowych salonów wjechały całe hufce jeźdźców Apokalipsy– Hamas, Hezbollah, Strażnicy rewolucji, Świetlisty Szlak, FARC, LFWP, ETA i IRAnadszedł Czarny Wrzesień i czasy masakr na Olimpiadachwreszcie Bagdad, Moskwa, Biesłan i Groznydzisiaj na Facebooku, Twitterze, You Tube, w tabletach, Iphonachfruwają miliony nietoperzy nienawiści i galopują piekielni rycerze zamętuw tysiącach scen mamy zbliżenia ofiar z Bostonu, Nicei, Manchesteru, Paryżapowtórki non stop scen z umierającymina Moście Westminsterskim i Berlińskiej Promenadzie świątecznejtętent jazdy Lucyfera słychać już niemal w każdej wiosce globalnego światatransmisje strumieniowe w Internecie ze ścinania głów Chrześcijanomna pustyniach, plażach i metropolii placach już nie stanowią sensacjinie ma dnia w mediach by nie zabijano niewinnych dzieci w Syrii i Jemenieby nie wyniszczano wiernych twoich synóww ich własnych domach i na ulicach kolebkachnawet na Cardo, którym ty sam Chryste szedłeś z krzyżemi przez tysiąclecia idziesz nadal w tłumie Panieopuściłeś rodzinne strony przed tysiącami latodszedłeś już z rewolucyjnej Francji niszczącej bazyliki i kapliczkiz Anglii, która robiła to już za Henryka VIII i ze Szwecji Wazówodchodzisz powoli z nawet Włoch i centralnej Europytolerowani metalowcy w Norwegii spalili twoje bezcenne drewniane kościołydokładnie tak jak komuniści przed laty w Rosji, Litwie i na Ukrainiepełzający mrok jak egipskie plagi jak cień pogańskiej śmiercispowija dziś głowy, mieszkania, kraje i kontynentyczarny smok fantasy to nie smok św. Jerzegoczarne flagi ISIS to nie sztandary wiaryczarne marsze feministek to najzwyklejsze Danse macabreodchodzisz Panie nawet ze świata wirtualnegoprzez cyberterrorystów zaatakowanegoodchodzisz Panie z tego świata, który dla nas zbudowałeśzabierając wytrych Nieba, pin, klucz, login, szyfr i hasło – swój krzyżdokąd idziesz z nim Panie, dokąd odszedłeś z serc?Quo Vadis Domine?– Kto? Ja? Ja jestem– wciąż i wciąż i wciąż we wszystkim na co patrzycie!
>>>*Roland i Mustafa*Za drogą jest pole bitwyto nie jest pole po kukurydzyto jednakowoż rżyskobitwa tam się rozegrała:ty kontra reszta światapamiętaj o bliskiej śmierci, chociaż przeżyłeśgwoli ścisłości wciąż jesteś ninjarozegra się jeszcze bitwa o sny – dodatkowazdejmij zbroję, ale uważajprzejdź na drugą stronę drogiMustafa i Rolandty i resztaorkiestramigają przelatujące pociski sójkimigają pory rokudroga, którą idziesz jest jak piosenkabez refrenubitwa rozstrzygnąć może wielei treść i formę i normędrogą jedzie limuzyna bogaczaa skrajem drepcze pastuszek z gęśmikto ustąpi z drogi?jest się, o co potykaćdrewniane lance bez grotów będą dozwoloneproce bez kamieni wydane ze zbrojownimagazyn broni zatrzyma pociski samosterującebitwa na słowa i rymyhymny po i arie przedto nieunikniona bitwa samogłosek i wołaczyzdania Prousta nie mają szansza drogą widać już stado dzikich wielbłądówi jest jeden osioł somalijski jak zebraujeżdżają goMustafa już na wzgórzuPepin z Rolandem na drugimdroga po między nimia tam wciąż pastuszek i oligarchaa co będzie jak przyjedzie radiowóz?co to będzie, co to będzie?aklamacja syren policyjnychdroga polska bez wątpieniaanioł i diabełto jak przewoźnik i przewodnikjak transportowa specjalność Holendrów i Polakówmiedza sąsiedzkawyniszczenie przed bitewnedrugi Grunwald Somosierra I t e p edzieci psów smoki gumowe jak balony na drucikacho co się będą bić, o co zaczepią, o co ułożą nagletriumf leży w zasięgu rękiRoland z młotemPepin z Plątonogim – Wersal pełentańczą na łące przed drogą menuetaktóry to wiek, która godzina?leśne kapuściane pyłowe ciężarówkizarejestrowane w systemach nowożytnych podle czekająpełne dzieci niczyichzawrotne ptaki i uciułane grosze zamienione na sztabki złotakoronne dowody w sprawach sądowychmiedź z cyną i kartofle w pianinachragtime słuckiberłem dano znak a może to buzdyganruszyła armia Rolandaz Mustafy nie zostało nicnawet namioty porwał wiatr a tabory się rozprzęgły do wieczorai po nichi po co to było czekaćRoland wrócił zza droginie ma miejsca na trakcie już kupcy rozłożyli straganytam u góry wiszą dronyplebejusz gramoli się z torfu w rowierowy pogłębiono ostatniociężko mu idziezeschłe liście listonosz kramarzto wszystko znieruchomiałokropla dżdżu by się przydała na tą krewa nie wino w szynkachkorona na poduszce z pluszu nie bordowa a złotapoduszka, bo korona bordowaRoland (głaszczę kota) jest portretowany w VIII wiekupowstają w słońcu lichtarze jak durendalew kierunku centrum zbliża się mgła z wulkanów i wybuchów jądrowychz każdej strony światajedzeniem zajęci wojowie zaniemówili usta pełne mięssztandar i skaldowie to jedynie ożywia scenęmgła powoli dociera do Rolandauświęca go punkt po punkcie kreska po kresceczarnobiały anturaż nadaje nowy wymiar zwycięstwukochaniem obrzmiałe serca oddały życie za wiaręi drogę, która sama z siebie zawróciławe wskazane z góry miejscea dusza jak dron poszybowała hen
>>>*Zamiast symboli memoriał*Zawsze będzie istniał zew życiai krzyczał w śmiałych kolorach światafizycznie dźwigających ułudę kształtów i formjak niezmordowany atlantaż po klęski grzmota dusza, a idea, a tęsknotazawsze będą nieme?oto zew świata otwiera drzwi teraźniejszościi ręka wysuwa się z czernipisze na ścianie jak w pałacu Baltazaraprzez drzwi wewnętrzne ręka w świetle pochodnikreśli matematyczne równaniawzory rozwijają się i rozwiązująodrywają się od powierzchni ściany i falują w powietrzudziałania algebry pokrywają przestrzeń jak szybęobok cyfr pojawiają się najstarsze znaki – literywszystko rozedrgane nabrzmiewa i pęczniejezbliża się do krańca abstrakcjia potem zapada w dziurze śmiesznościz wzorów wynika zagłada ale to są tylko słowa,w które zmieniły się rzędy i kolumny cyfrmatematyka porzuciła kształty wieszczbyniezrozumiałej dla nikogośmierć w oczy zaglądnęła kształtom i formoma tam zamiast symboli memoriał barwniezważonych niepoliczonych niepodzielonychz ciemności jednako krzyczącycha dusza, a idea, a tęsknotazawsze będą nieme?ta pisząca ręka to ręka demiurga czy poety?
>>>*Śmiech pusty*Jest śmiech pusty i śmiech pełen treścijak lęk widoczny i niewidocznydo cna wyczerpanygdy cno nie jeszczeAriusz i Luter zachłysnęli się dymemwłasnej bogobojnościumieścili na obrazie twarzyinną część ciałakarygodny błąda karą będzie lęk właśnieodżywotni nieodkłamany jak odśmiechi nietwarzowość
>>>*Vlad Palownik z Wall Street*Jesteśmy zastawiani przez tabelki i arkuszewyglądamy przez okna okienkaikony paszcze wielorybów kontakolorowo żyć nie znaczy mądrzeniecnie? nie cennie?bardziej jak utylitarnie i zwierzchniejesteśmy nabijani na słupkiprzez Vlada Palownika z Wall Streeti jak ratunkowe wieści chowani do buteleka butelki trafiają do trumienprzeraźliwy dźwięk jest gestem, gdy jest nieciekawiekrzywda znaczy alarm w ukrytych raportachpojawiają się gdzieniegdzie splątane strofy alertówo nierozwiązywalnych równaniach z niewiadomymi potęgAlgebra ciągnie się wszędzie jak spaghetti na widelcu światajak kolumny niepokonane Aleksandra lub SPQR na traktach pamięcikolumny? cyfry? ludzie? słupy? pale? smród?tak, to nie oznacza tylko pochodu cywilizacjiprzychodów obojętnego dobramoże być storno liczb?nie, tu bywa storno idei i słów!jesteśmy eliminowani z własnych mieszkańprzez zdziczałe kwotyjesteśmy eliminowani z własnych sercprzez zdziczałe alikwotyfakultatywne do chmur wyniesienia rozrachunków z ludźmiszaro? mało zwierzęco, cicho wręcz? zabójczo?a witraż Excel w oknie werandy wciąż świecizaprasza na zewnątrz i więzi jednocześnieto prawdziwie żywotny program komputerowy– zechciej mieć przewagi, rozlicz się z dąsów, służdalej krwawią pulsary bogactw w bankach wszelakichale ile ich jest, ile? kto je opisze do cna?można wymieniać nazwy – zastawiają je fasadyzakrywają oblicza teraźniejszości ludzkich gwiazdkto? co? ile? ile?tabelki, arkusze, bilanse nutmniejsze zło, gdy bilans cnótwiększe zło, gdy niedobór ustzastawiają kościoły i przedszkolaautostrady w spiżarniach i szlaki piesze w stołowychkto? co? ile? ile?Matrix finansowy wampir – ktoś powie?Vlad Palownik z Wall Street – może?na bosaka ciągłe bieganie wokół osi sprzedażyzeskakiwanie z chudych żeber niedokończonej arkidla umierających z głodukonstrukcja wieloryba i od razuJonasz w garniturze przemawiający w Niniwiea tam Bank Światowy rozkłada waluty na rynkumolestowanie ławek banknotami bitcoinamimolestowanie przyłbic kupców zakutych na amenjakiś słup zasłania giełdęczy to aby nie osinowy kołek?cyfry wyswobodzone biegają na placach mistyfikacjiukazując ociekające krwią kłyskazanym na chłosty pokrzywami sumprosty zwykły dzień mnożenia bogactwchyli się pod ciężarem wieka zysków i stratskróćmy jego męki zatrzaśnijmy wieko wieku
>>>*Taka lekka siła*Zmierzchtaki lekki zmierzchw rytm krakowskich tramwajów ostatniej zmianyzjeżdżających do zajezdnitaka lekka jazdadym zasnuł wszystkoa może to noc niezauważalnataka lekka nocznowu stoję na przęśle mostu Piłsudskiegocoś mnie tu popycha i przyciągado tego miejsca zamurowanego w pamięcijak Brama Wschodnia dla księciado tych jak żagiel wybrzuszonychstruktur stalowych gnajakaś siła może nie od razu tajemna i złamoże to wiatr od rzekialbo raczej wewnętrzna potrzebataka lekka siłalubię z tego miejsca oglądaćśmierć słońca i zmartwychwstanie gwiazdzamiast rzeki zamiast miastamożna wszystko dostrzec stądnawet Ostateczny Sądmożna nawet oceniać minione godzinybezpowrotnie stracone dla samego siebiei choć obok mnie staje tutaj zawszeEzra poeta ze szpitala wariatówa nie Albert brat z ogrzewalni dla takich jak jato wizje zmieniają się tu w proroctwa eschatologiczneot taki most!takie przęsło łącząceWielki Wschód z Wielkim ZachodemŁuk żalu i Łuk miłosierdzia stopione w jednośćJego Wysokość Skokw mrokw tajemnicę lekkościma tu wstęp wzbroniony surowo
>>>Zarzewie miłości jest w nasczy jesteśmy w ulotnym momencie oczekiwania na nią?nasza jaskinia nowoczesnai troglodyckie autonomiczne pojazdyprzygotowane do schadzekbiały kieł biały gorset biała liliapodniebne balety kwiatów i dusznaszych chmur nabierają rozmachujednego dnia polecą jak agawy oderwane od podłożaz kwiatami jak żaglamiinnego dnia staną się sowizdrzałem wczesnych wiekówgdy kret podziemi będzie z lilią słońcgdy rakieta będzie człowiekiemto miłość mogłaby być czasema choć tak to jest tylko zegaremw naszych głębiach odmętach stułbieprzeżycia pożądanie płciwypływają jak meduzy z milczenia zakrzepłych sercleż w buduarze w łożu z baldachimempotem wstań szybko w środku nocy i wyjdźogień się pali tam gdzie leżałeśnie wypieraj się przeżyć uczuć wzgardliwychoto słoń przechadza się w tramwajua drwal rąbie księżyc kawałek po kawałkunie bój się to nic, to tylko dziśTemistokles i Wergiliusz też byli nienasyceniaczkolwiek słońce świeciło tak samoco godzinę, co dzień, co jest nakazane czyńświęty ogień podsycaj żywicą cnótpokoleń głosem, co nie przeminąłoto zamach smoczy na zamek dziewic,których miałeś bronićz baszty zwisa sznura ty?białe kości kolczyk w nosieptak i chmura motyl i czołg uczucie i strachnadlatują samoloty porównania jak tygrysy groźnerzucają się do gardeł salwami ogniarzecznik myszy wybrany przez roboty jaskińwskazuje katastrofy sfer i erpotem udostępnia zasoby miejskiezłoża kopalnie niewyczerpane naszych er i sferzamyślenie powściągliwości jest okiełznanei wybucha namiętnośćsterowana przekazem nisko glutenowym pokarmówświat zmierza ku miłości, zarzewie się tlico wieczór, co godzinę, co myśleksplozje o sile wypatrującego mężatrzęsienia o sile kobiety stęsknionejwywołują zewsząd narzekania na potrzebne cudaa one się dziejąwśród serc głębinowych ryb lub ryb jaskiniowychułożonych na słońcu równodla myślowych penetracji mędrców morderców
>>>Kłótnie nad spalanym igliwiemnie mirrą kadzielnąlecz pachnącym podobniemiała być miła woń a nie jestjest tylko nieznośny zapach ludzi lasuich wielka kadzielnica uszkodziła ściany bazylikioto cały ambarassą mocne słowa słabych mężczyznodurzonych organicznym dymemkwilenie zaszczutych piszczałekpodzwonne dla zmanierowanych sygnaturekkompletne już zamieszanie pośrodku głównej nawypielgrzymów i żebraków nie ma w jej wnętrzuemocjonalnych młodzieńców i starszych pań teżusunięto szopkę, żłóbek i gróbołtarz z tabernakulum przesunięto do nawy bocznejby zrobić więcej miejsca dla wymiany poglądóww istocie kadzenia totalnego i pełnowymiarowegooto wchodzi orszak prawie jak procesjacałkiem bizantyjski aczkolwiek republikańskikroczy przez środek kościołabaldachim na czeleprawie procesja rozdziela kłócących się zacieklezapach z kadzielnicy nie zabił nawet obcej muchyzapach nie zabił fetoru z przybyłych podsądnych i sędziów,gdyż rozbujano emocje bardziej niż kadzielnicęwięcej mężczyzn do niej potrzebapod feretronami politycyna feretronach teżpod baldachimem fałszywy biskup bez monstrancjii cesarz racjonalnej Europy kroczą ramię w ramięzażenowane witraże stopiły się jak wosknawet dzieci w komeżkach uciekły za murjest dzień świętych wyborówbeznodzy żebracy powstali i kręcą somnambuliczne filmyprzed frontonem kościołamaszkarony i chimery gotyckie a jakże ożyływyjęły smartfony z uśmiechemi tłitują dla sprawy narodu oświeceniajak flesz grom spadł z jasnego niebaogłoszono, że spory i wybory w Polscedecyzją mistrza kolegiumprzeniesiono do pobliskiego centrum dialoguzadymiona bazylika wreszcie odzyskała sacrum
>>>*Bez sumienia*Nie ma śladupo skrzywdzonych ptakach miłości,które w sumieniu wiły gniazdaspalono jewidzowie misterium ognia w kajdanachklaskali i bawili się dobrzeprzy tyma gniazda z mirry uwite były nieziemskiepachnące i nieskazitelnejakkolwiek sumienia pozostałyptaki spalono z gniazdaminad wszystkim świeci słońce jaźnii zamienia się w bóstwopersonifikuje się samotność geniuszudzioborożce niby pelikany łaskusiadły wyżej pohukując i złorzeczącnie wiesz, że słowa skruchynie dotrwają do letargu, nie dotrwają do snunie dotrwają do przemiany słońca w bóstwoostatni władco ptakówpoderwij służby, poderwij samoloty gaśniczeniech nabiorą wody w kary słonych jeziorachniech na słońce zrzucą te bomby wodnezanim się w nie zmienisz bez sumieniagasnąc nieodwracalnie
>>>*Spektrum*Są słońca i są polaroidywyjmij swoją twarzz jednego i drugiegoi co? zrobiłeś to?czarna plama? – a jednak!są kwiaty uśmiechające się na oknie w donicyi kolorowe twarze zadumanego bukietuna stoliku w dzbaniewyjmij swoją z jednego i drugiegoi co? zrobiłeś to?biała plama? – a jednak!są twarze jak plamy i są kolory jak twarzewyjmij czerń i biel z wszystkichi co? zrobiłeś to?no widzisz – tak wygląda twoja osoba!zbyt tęczowo niestety!utrwal to spektrumzachowaj ten wynik do analizyrozszczepialności twojej fotograficznej wolności
>>>*Bóg, słowo … wszystko*Można być notariuszem w Hrubieszowie jak Leśmianalbo jak Antoniewicz Jezuitą przez wszystkich najbliższych odumarłymto nie ma znaczenia dla Bogato nie ma znaczenia dla słowamożna być majętnym albo nędzarzemsekretarzem potężnego króla na Wawelu jak Kochanowskialbo jak Norwid głodować w podparyskim przytułkutęskniąc za krwawiącą Ojczyzną w niewolito nie ma znaczenia dla Bogato nie ma znaczenia dla słowamożna ucieleśniać się w morderczej walce o naród i państwo jak Baczyńskimożna jak ksiądz Twardowski zrezygnować z całego świata plugawej materiito nie ma znaczenia dla Bogato nie ma znaczenia dla słowamożna też być Prymasem-masonem i opuścić zdradzoną Polskęwyjeżdżając z kochanką do Marsyliialbo powstańcem z kosą w sukmanie ginącym przy rosyjskiej armaciemożna być konfidentem zewnętrznych sił dławiących i wyniszczających krajmożna będąc ostatnim niezłomnym żołnierzem wolnej Polskijeszcze w 1963 roku z bronią w rękuukrywać się przed komunistyczną bezpieką w chlewieMożna zrezygnować z idei*narażając się wyłącznie na śmieszność i pogardliwe zaśpiewy,które są ledwie cienkim głosikiem w chóralnym chichocie historii,co nie ma znaczenia dla wielkiego świata na dłużejtylko tyle?nie, nie tylko!albo Bóg, słowo, … wszystko ————————- * W 2000 roku na Zjeździe Prezydentów Europy w Gnieźnie ówczesny Prezydent Niemiec Johannes Rau wezwał do „poszukiwania pozareligijnej koncepcji człowieka”, którą Prezydent ten umiejscawiał poza Dekalogiem tzn. poza Chrześcijaństwem.
>>>*Szampan przemilczeń*Razem otwórzmy szampananapęczniałą deltę przemilczeń wspólnychjakże ludzkich przecieżchociaż raz uwolnijmy eksplozywnieprzemilczenia jak gazzamiast ciągłego komentowania złazaklętego w obmowachi zlewniach fałszywych świadectwniech nastąpi eksplozja radoścismak zmian w szczerościlubość konsternacji uśmiechniętych ludzina twarzach na zawszeniech pozostanie wyrafinowanasmaku prawda
>>>*Prestidigitator*W salce przedszkolnej dzieci trzymają na podołkachziemskie kule zrobionez samych włókien rzadkiego niebieskiego słonecznikatakie planety jak awataryta ich rozrywka, pasja i posag w rękach albo na kolanachsiedzą w krąg w przedszkolu pierwszej naturysłodkie maluchy cywilizacji dronów i iPhonówkule ziemskie powiększają się w czasie zajęćz uczuciologii i ociepleń klimatukule są posklejane i pokolorowane czym się dajak trzebawłókna pachną leczniczymi endemitami chronionymidzieci zraszają śliną małe Ziemie z górydmuchają na nie i chuchają od czasu do czasuniebieskie kule narażone są na polizania i ugryzieniaw tym pomieszczeniu brak jest ptakówale są dla nich krzewy cierniste wokół jak zasiekinapomnień, pouczeń i zakazówdzieci będą pewnie w przyszłości inżynierami bezwiednej śmiercinie płaczą, gdy ziemskie kule rozpadają się i krusząniespodzianie do salki wchodzi gość słońceprestidigitator zaproszony przez paniązamienia okruchy w całościjednym zwinnym ruchemdzieci zachwycone gościem i jego sztukąjedną po drugiej miażdżą swoje kule
>>>*To może ja krótko o sobie*To może ja krótko o sobieno więcpochodzę z Majdanuzwanego w Warszawie dworzy-skiema w Krakowie o-polemszczycę się muralami anty to moje maturyod czasów Solidarności jestem sprzymierzeńcem ptakówgeneralnie zawsze byłem po stronie biedniejszychjestem obywatelem światłamam obligacje kilku państw środkowosyberyjskichco – nie ma takich? fakt – one dopiero powstaną!skończyłem z nałogami nie tylko u siebieto może tyle o mnieczy macie państwo jakieś pytania?aha zakochałem się jakiś czas temutuż przed urodzeniem
>>>*Przebiegunowanie*Krajobraz podbiegunowymniej syberyjski a bardziej skandynawskia może nawet svalbardzko-islandzkiw każdym razie fioletowy, kompletnie fioletowyalbo więcej, powiem to dosadnie – ultrafioletowyodpowiadający człowiekowi z uwagi głównie naestetykę sterylnych ciał jaśniejących pokorą w ciemnościachi ciemniejących butą w jaskrawościach tundrypiękno gamy kolorowych porostów i malutkich słońcwydobyte fluorescencją z wnętrza śnieżnej burzy fatamorgany– oto mój senjakże kontrastowy i dobrze widoczny, świecący w nocyalbo więcej, powiem jednak co to naprawdę jest– oto moje życie obecne krańcowo i nagle sięgające poprzebiegunowanie chłodnych mniemańna tle wczesnego, atomowego dzieciństwa,które minęło w ponaduczuciowej podczerwienii tak odzyskawszy tę utraconą zdolność poruszania się w nadfioleciezdobyłem pełnię życia osy i reniferaw bryłach lodu i kroplach bursztynu zastygłych mistyczniedla nocnego w naturze trwania bez oka mrugnięć i skrzydeł drgnień– do rana
>>>*Palma pierwszeństwa*Nazwa towaru –wierszyki krupnicze damskieetykieta zastępcza –pomadki akceptacji wyborneo o tam stoją psze panito poproszę jeden egzemplarz, ten z przoduale zaraz, co mi tu pani daje?– jak to co?to sprzedaż wiązana, jeszcze grzebień i smalecjak każdy wziąć pan musi– wie pan, bijemy się o proletariacką palmęa może N-palmę w przyszłości
>>>*Wyeliminowany z gry ewolucyjnej*Ze względu na oślizgłość osobnika tegozostał on wyeliminowanyz gry ewolucyjnej dość dawno,jakieś trzy lata temujego kości jeszcze nie bieleją w muzeumnie jest ani niespotykanym egzemplarzemani przykładem niezwykłego czegośuczniowie nie walą głowami w szyby gablot,w których jego szkielet jest eksponowanynie ma też słoików z formaliną,w których lewitowałyby jego miękkie narządyze względu na oślizgłość tego osobnikanie zdołano go pochwycićale uszedł z kraju i ma się dobrzewyeliminowano go wyłącznie z gry,ale i tak miał kontuzjętaką, co się zowie, taką, że ho hozowie się z laicka jednorożność osobowościcmoka na to e-mitolog i zasypia ze świadomością,że ewolucja wciąż trwaewolucja jednakowoż w inną stronę poszłaprzepaściście szorstką dla śluzowców wikłaczy,ale tylko dla nich stety czy niestety?>>>*Katalonia maszeruje*
>>>*Prosty duch*Proste czynności i prosty duchwynosi nad poziomy człekastworzonego przez incydentalne okazjestwórz mu życie, ześlij mu pomocnikakrew z nosa, łza z oka, gardłowy monologmaluczki wylatuje ponad ducha poziomduch krwawi za niego w sprawy Ojczyzny sednosedno sprawy obywatelai sedno ostatnie indywidualnego życianadaremno szukać sensu w zaprzestaniu krwawieniakolczyk w nosie i tatuaż nie wynoszą jednakpoezje kontemplacyjne nie wynoszą teżkromka chleba w głodnych ustach zamiast słowa– wynosi ducha do gwiazdproste czynności żołnierskie i królewskieprosty duch, ale kolorowynadający się jak tapeta na obraz rzeczywistościtylko to ma znaczeniedla górujących pilotów i kosmonautów prawdy– listonoszy niebamotyle latają na tapecie jak motywy i czasem pszczołyzaprzężone woły do prostego wozugiermek, foryś i kareta na drodzeprosty wóz musi zjechać z drogiw grząski rów przydrożny i uderzyć w wierzbęniedoszły poeta Robespierrejako sowa wychyla się z dziupli na wierzbiejeszcze nie jest politykiemjeszcze chodzi do spowiedzi do dominikanówpohukuje prostymi sylabamipiloci siadają na wołyodpinają, wyprzęgają, odjeżdżają wierzchemszczery chłop wysiada z karetyzakłada białą rękawiczkęsłychać dzwony pobliskiego miasteczkaprosta gawiedź gdziekolwiek klęka
>>>*Mamy problem*Wszyscy mają problemi Houston i Episkopatnawet pastuszek bojuż się nie wypasa niczegoi bioenergoterapeutabo nie ma polaHouston ma problem bo tajfuny grożą ziemskiei burze słoneczneEpiskopat bo zagrożony jesttrójpodział władzy i ostateczny sąda kartofle jaki mają problem?a kartofliska?a filozofowie?a filozofowiska?a dzieci w przedszkolach?ich rodzice narzekają na złodziei i drożyznęa złodzieje na pisowcówci z kolei na kolędników ze Wschoduprzychodzących nie w porękolędnicy na turoniaturoń na Mistrza Marioneteka kłopoty mają problem?jak śpiewał Dylan –kłopoty na farmie i kłopoty w mieściechór grecki na to – ech, problemy, kłopotyopuśćcie wy niebo i ziemięa ja śpiewam sobie tak –bania i czas do spaniaa tu panna Mania się rozdzwanialalakosmonauci i kosmicipowróćcie wy już wszyscy na ziemięzdrowi na umyśle i cielela laZiemia jest cudema nie kłopotem-problemem!
>>> *Dziewczyna – zbawienna chwila*Cienki czerwony długopisleżący na plaży nad Wisłąpochwycony został przez srokęwłaśnie przejeżdża tramwaj mostemjest niebieski od wczorajpo lewej piękna panorama Wawelupo prawej widok na Zamek Królewski i Starówkęnad Wisłą krąży helikopterjak ważka – mezozoiczny relikt naroduhelikopter biały jak w sierpniu rzekana spadochronie z chmur spływa lekkojakiś nieszczęśnik, męczennik tysiącleciao o o wylądował na bulwaracho o to ona jednak, to dziewczynazatacza się jeszcze, linki podciągachcąc okiełznać czaszęsroka przysiada na poręczy mostugubi czerwony długopiszbiera się na burzę, gdy długopis ląduje w rzeceo o o, jednak nie wpadł do niejbo barka z pchaczem wysunęła się z pod przęsełi uratowała cenną pamiątkęgeneralicja maszeruje mostemz naprzeciwka grupy rekonstrukcyjnez wszystkich historycznych epokczarna limuzyna wyjeżdża z tłumu,by zatrzymać się na środku mostuPiłsudski wysiada z niej, podchodzi do barierkii łapie czerwony długopiswyrzucony do góry przez brygadzistę szypraczeka na podpisprzywieziona wcześniej z Domu Bractwa Czarnogłowychostatnia biała karta ryskiego traktatutęcza nad Krakowem, letni deszczyk w Warszawiezatrzymują się autobusy i tramwajerozlegają się syreny i dzwonykrzyże kościelnych wież wzrastają szybko w góręwikliny i trawy nadbrzeżne rozchwianebryzą od rzeki zbawiennąsroka odleciała i helikopter, barka odpłynęław ciszy delfickiej zmysły się rozmyływielka gala na moście dobiega końcapostacie historyczne powoli go opuszczajątrumna z Piłsudskim znika w drzwiach katedrynacisnąłem migawkę w tej chwilidokładnie w momencie, gdy z obu zamków historycznychwyszła ta sama śliczna płowowłosa dziewczyna– uwieczniłem ją i nazwałem zbawienną chwilą
>>>*I dziwne jest to*Brakuje dziś odwróceń i wypunktowańeksterminacja kropkaludobójstwo kropkabestialstwo kropkadeszcz jak deszcz w Londynie i dziwne jest to,że przecież ideologia to nie wszystkoodwrócone twarze synkopowe wypunktowaniakrzyże kropkaukrzyżowani na stodołach kropkazagazowani pestycydami kropkaLenin z chusteczką do nosazawiązaną na głowie spacerujący po Krakowieuśmiecha się jak Jokerwykrzyknikupał jak upał w Azji i Afryceale nawet w Europie po latach zlodowaceń i dziwne jest to,że od tylu lat wciąż człowiekiem gardzi człowiekdwudziestu wiek to usankcjonowałdwudziesty pierwszy upowszechniaOsama z czarną brodą na puszce po napoju energetycznymuśmiecha się jak Sauronwykrzyknikjest bestialsko dziś na Twitterze, Facebooku i nawet w Wikipediiwciąż nie ma kompletnych wypunktowań i odwróceńkropka
>>>*Wydarzenia grudniowe*Jest dziewiąty grudzień roku fosforycznego rozstaniaKlaudia przyjechała właśnie z Nowego Sączapóźny wieczór, pada śnieg wszędzie, niebo się otwierajem pomarańczę w korytarzu, patrzę jak się przede mną rozbieraza oknem czołgi w parku centralnym jak pomniki wspomnieńw mieszkaniu kanonada i pożoga powitaniaeksplodują pierwsze pociski uśmiechówartyleria nastroju strzela w miasto z pobliskiego wzgórzaczołgi walą na wprost słowami-pocałunkamiwe mnie jak kiedyś Napoleon w kościołymoje miasta ucieczki: Paryż, Lwów, Dubrownik, Warszawaumierają na moich rękach filmowo po raz wtóryjej idole: Gavroche, Antoś, Mały Powstaniecmilkną wszyscy mityczni bohaterowie lektur i powieściumiera cały chłód i zamróz wspólnych szkolnych latprzyniesiony przez Klaudię w komórce pamięciumiera drżąc nawet gęsia skórkagranaty jej spojrzeń wybuchają wszędzie w mieszkaniujest początek grudnia, w sumie nie ma co narzekaćprzecież Klaudia przyjechała w końcu z Nowego Sączai mówi, że dobrze jej tutaj było i wracagaśnie światło w całej dzielnicy, wyją syreny nadzieiumiera Klaudii percepcja, umiera moja obawanagle pojawia się fosforyczna gwiazda pozostaniarodzi się dziecina cieplutkiego przytulnego kochania
>>>*Mistrz ceremonii*Wysoki w szaliku różowymstrach jest jego znakiem rozpoznawczyma szaleństwo? jeszcze nieto tylko krótki skoczny taniecnagle ruszyły w tan przedmioty w laboratoriumpaw symboliczny wyłonił się z zasłony dymnej purpurowejwysoki w szaliku różowymmuzyk jak mistrz ceremoniiza nimtańce wokół, tańce w krąg, tańceprzedmiotów i żywych organizmówtęcze, zorze na koszulach, kwiaty we włosachszaleńcze zawirowania to jeszcze nie szaleństwo samo?jeszcze niewysoki w szaliku różowymuniósł batutę a powtarzalny młot odłożyłmłot przebił podłogę i wpadł do piwnicypiwnicy artystów, gdzie trwałpierwszy prawdziwy koncertmalarzy, węży koralowych, poetów i gitarzystówpaw zapiszczał jak on to potrafi nad ranemzniósł złote jajo geniuszu– wysokie Ce
>>> *Samotność szukającego*Dziś jest kolejny dzień samotności?– nie, raczej nienigdy nie byłem samotny doskonale,dlaczego więcteraz miałbym się nad tym zastanawiać?dzieła moje są integralnei społecznie absolutneliczę na was pobratymcyAustralopiteki wszechczasówliczę także na niepoliczonych,czyli także na tych osiadłych na Marsiew przyszłościsamotność we Wszechświecie, cóż?samotność pierwszych ludzi, no cóż?trudno to sobie nawet wyobrazićwłaśnie dzisiajzwłaszcza tym siedzącym jak ja przed monitorami,wyświetlaczami społecznościowych mediówa jednak ból jest bólema jedyne upragnienie nieosiągalnena tej ziemi, życie w tym życiuto wyłącznie kroki po śladach uczućza znikającym w oddali celemnierealne kroki w ciszy mrocznejzwierzęcia polującego nocąi postzwierzęcia patrzącego wsteczsamotność szukającego samego siebiew erach przedludzkichto jakiś fakt niepodważalny?– nie, raczej nie!
>>>*Filona archetyp*Ptak w Egipcie ibisato nie to co bocianw Polsce zawietrznejczas najwyższy dla niegoporządkującego i zaklętegopóki jeszcze jestale czy Feniks to zwykły ptakuchodzący, odradzający, powracającyEgipt to nie PolskaPolska to nie Galileachociaż czas najwyższy i dla niegowłaśnie stoją naprzeciwko siebie ptakinie zewrą się miłosnym uściskuale w śmiertelnej walcewalce symboli-duchówwalce tego, co wymyślił pismoi tego, co napisał życierachmistrza lat z ich właścicielemFilona archetypem
>>>*Brak warunków, by zostać wieszczem*Nigdy nie miałem warunków do pełnej samotnościz powodu rzeszy kolegów i wielu krewnych,oddziałów zwartych sąsiadów z twarzami w płotachjak miałem w takiej sytuacji zostać socjalistycznym Wernyhorą?choć unikałem ludzi i znikałem z pierwszomajowych tłumówchoć nie ma mnie na zbiorowych zdjęciach klasowych lizusówchoć nie wisiałem nigdy w gablotach socjalistycznej pracy przodownikówto jednak nie byłem dosyć odizolowany,by zostać pełnokrwistym przewidywaczem epokilub, co najmniej historycznym malarzem chwałynawet, gdy porzucany przez jedną dziewczynępojawiał się cień nadziei na trwałą mini depresjęzaraz znajdowało się innych dziesięćbezinteresownie oferujących sympatię i miłośćjako odtrutkę na nihilizm czasów i perspektyw marnośćnawet, gdy komuna spacyfikowała już wszystkoi pozbyła się wszelkiego oporu społecznegoto doszło do rewolty w Poznaniu i BudapeszcieLalek Franczak dając przykładwciąż na Lubelszczyźnie walczył, jako ostatni partyzantwtedy ja już przecież byłem na świecieale po odcięciu mu głowy nie mogłem zostać klęsk wieszczembo na domiar nieprzerwanych rewolt i buntów wyklętychkrewni z Ameryki i z Francji zjechawszy do Polskiprzekonywali nas, że komuna to choroba,co niebawem musi minąć jak uodparniająca ospajak miałem być wyalienowany trwale, wykluczony przez złośćzwątpić w państwo i naród, gdy wkraczając w młodzieńczośćwśród wycia gomułkowskich naganiaczy i gierkowskiej propagandyprzeżyłem najpierw kolejny zryw – marzec 68 w Warszawie, gdy mój wujwrócił do domu relegowany z warszawskiego uniwerkuz pozszywanymi byle jak fioletowymi, świeżutkimi ranamia potem widziałem płonącą Pragę w telewizji,kiedy sowieckie tanki, skoty i uazykolumnami przewalały się po naszych powiatowych drogachz wracającymi w minorowych nastrojachrezerwowymi żołdakami ze Wschoduwyraźnie zainfekowanymi zwątpieniemjak miałem odwrócić się od Ojczyzny i narodu,gdy na początku dorosłości Macierewicz założył Komitet Obrony Robotnikówpo radomskim buncie warchołów,Wildstein z kolegami w Krakowie słynny SKSa Walentynowicz, Wyszkowski i Świtońrozpoczynali organizowanie wolnych związków zawodowych dla mas,by potem rozbłysnąć mogła cała Solidarności jaskrawość, którapokazała jutrzenkę swobody wyraźnie jak nigdy dotądi nową nadzieję jeszcze nie wygasłąjak miałem zwątpić w rodaków i społeczeństwo,jak poczuć się wykluczony z niegostojąc przy gorącej jeszcze pompie Badylaka na krakowskim rynkuwidząc taką heroiczną desperację jego a Siwca wcześniej,jak miałem zamknąć się w emigracji wewnętrznej na stałelub wyemigrować do Niemiec na prawdęa co z szaleństwami młodych w Lubaniu i Jarociniepodczas asocjalistycznych koncertów Muzyki Młodej Generacjipróżno tak szukać samotności we śnie i tłumiegdy przyśnił mi się jakiś epizod z grą tajniaków,którzy wkręcili mnie na jakiejś konferencji w układ z przypadkową kobietą,gdy przydzielono mi pokój i łóżko z najpiękniejsząpożądaną jak kwiat lotosu, gdy rzekłem: jak mus to mus państwowya rano obudziłem się zdziwiony obok mojej słodkiej, lilioustej żonyjak w tej sytuacji można było zostać wieszczem?jak można było poczuć samotność epoki,życia własnego i ból egzystencji wszystkich jak swojej,by wyemancypować się ze szczętem?czy uciec z przewrotnego pokolenia można było,gdy moje pokolenie ostatecznie zło przewróciło?
>>>*Jesteś słoniem*Są takie dni… ale to już było!były takie dni… a to już lepiejjesteś słoniem albo słońcemjuż nie jesteś człowiekiembyły dni…były cienie na skórzebyły cienie na skórze służbyskowronek cię zdradziła Tobiasz?, Tobiasz wybawi?oko opatrzności zgasło nad Europązaszło bielmemkrata licencjonowana szkocka przykryłajar edukacjijary na księżycach Jowiszasą takie dni… żółć rybyczołgi jadą ulicątelefony piszczą odłożonezerwane zblokowane zniedowierzałebity pamięci, krew na dyskach, smutek ryb-planetbyły takie dni… zapamiętanegdybyś stał nawet przy oknieprzy przepięknej firanie w pałacu Guermantóww Faubourg Saint Germainalbo usiadł przy stoliku w jednej z tamtejszych restauracjigdybyś liczył przy bulwarze nie tylko pierwsze czołgiale także karety pustej arystokracjikolumna, portal, schody, balustrada, słowawszystko z kamieniadni przybyły z Tytana…dni się skończyły lub powróciłypięść ponad czerwonymi sztandaramisłońce prowadzi egzystencjalne słonienie zgadasz się z sobą? masz rację?masz siebie!pięść się rozluźniawkładasz ją do cynowej misypolewasz wodąpomyśl, dlaczego dni się zmieniływ parowozy śmierciparowozy z Tytana białepytanie zawieszone jak pięść w wodziespadnie na dno dni czy nie spadnie?dni a gdzie sekundy?wszystko powraca…ty słoniem pozostaniesz opatrznościbez wpływu na poganiaczy i siebie
>>>*Błyskaj myślą monochromatyczną*Skromnie a jednak altruistyczniez gitarą i bez strusich piórz fiołkiem i konwalią, ale bez makijażuzbierasz ferajnę na bójprawdziwy Tymoteusz i resztakolorowe kwiaty na koszulach nie są w modziemonotonia z monochemią i bardzo jasne przewodniki oczyszczania szlakówmyślowy tor wodnyjakieś mega miasto połączone kanałemz pustkowiemnie zdziesiątkowane stado wronani czaszki bielejące na stoku wulkanuale wiatr i kaszlący jenotpójdzie z tobą w bójrozważasz ten ból półspołecznyczy jest silny, czy da się zwalczyć tabletką?skromne środki ci nie pozwoląbędziesz walczył boleśnie raniącsiebie a walka, cóż walka, jaka walka?altruistyczna z własnym sercem – tak walka!spójrz przez okno na księżycon też przyłączył się do ferajnyzezuje jak zboczeniec żwawyskromne środki na reakcję na obrazy jegoale jest też strona zórzradioaktywnych twierdz stronaod Uralu po Cova da Iriasfera wynaleziona przez Hindusów i Cyganówzlatynizowanych metalem i kłosemsłowem, co zapomnieli praprzodkowie już niezaklęć, które noszą na ramionach stokrotkitakże nocą, także w trakcie zaćmień wszelakichtakże w trakcie obrazy przyjaciółsą wymyślone zwierzętai zwierzęta ludzkiei stepowe w pasyi morskie w lampasachw kratę są uczucia spętane walkąw zaświatach myśl jak fajerwerk, jak lawamyśl błyszcząc zwodzity błyskaj raczej myślą monochromatycznązanuć pieśń dwukolorową ofiarną
>>>*Bądź nam bratem Herkulesie*Bądź nam bratem Herkulesienawet, jeżeli jesteś postacią bajkowącierpimy z powodu twojego brakututaj w Akademiachsiedzimy tu wszyscytowarzysze patriotycznych bojówbojowie towarzyszący wodzomwodzący na szańce ziomkówkrwawimy sobie tak od niechceniajak zwykle w przerwach myśleniapatrzymy na twój plakat, co twarz zmieniaw tej komórce, która jest arkadyjską dolinąwidzieliśmy już śmierć braci i swoją własnąty żyjesz w naszych snachzastąp ich miejsce samprzybądź na gromieokiełznaj smoki latającenad opętanym lasem schwarzwaldzkim Belgia się wyrywa do przoduLuxemburg i Alzacjachcą z nimi w zaświaty złachcą dosiadać lekko smoków z Południaty wybijesz im to z głowy, tylko tyzejdź z plakatubądź nam bratemta samotność krwawiących starcówjest nie do wytrzymaniaoddajemy ci hołd i wzywamystańcie do walki technicznej na pięściHerkulesie i Holyfieldzie Evanderzea ty przyjacielu ludzkich pocisków, trzód i móww łagodności krainiegromowładny Chrystepatronie dwunastu prac, pokoleń i Apostołówbądź sekundantem obu
>>>*Rewolucyjna strofa*Znużona śmiercią rozpoczęła życiepodeszła do wysoko umieszczonej książkizdjęła ją z półki pod samym sufitema książka jak to książkaotworzyła się sama na najlepszym cytaciei śmierć, która była zakładkąoniemiała na te zapisane słowawypadła na podłogę jak balon z wodązapadła głucha ciszapotem dźwięk zrywającej się półkipotem spadanie żyrandolapotem …świst i tynk odpadał ze ściantapczan ukrył się w ścianie z hukiemzadzwonił parkiet i podskoczył do góryklepki spadały głuchym łoskotem na księgęrozbudzone cytaty zakwitały jak kwiatypotrącone strofy rozpalały jak żarówkia kartki się same przekręcałyrozbita śmierć rozlała się wodązamoczyła wszystko i spłynęłaprzez drzwi na balkoni jak siklawa wprost na piątą aleję Krakowana parasole i kapelusze przyjezdnych przechodniówona zaczytana zniknęła wśród kwiatów,które wysoko wzrosły i zakwitły jak łąkaodłożyła pistolet gotowy do strzałuw głowie odkąd była internowanawarto mieć pod sufitem coś odłożonena czarną godzinęjakąś eksplozywną rewolucyjną strofę
>>>

>>>W upiornym skowycie gwiazd słuchasz wycia przełęczyona tak sama z siebieczy to tylko wiatr pomiędzy punktowcami?na blokowisku przyszło ci spędzić nocty podwieszony na wieży ciśnień alpinistaszkoda, że nie jesteś speleologiem,że nie masz dobrego zespołu na Gouffre Bergerjak tak pomyśleć o ludziach, o mieszkańcach, o tubylcachto strach się wspinać w górę o trzeciej nad ranemjedenastego listopada roku pańskiegojak pomyśleć o tych zasmarkanych kacykach podwórkowych,co urośli do rangi jego wysokości burmistrza i prezydentajak tak pomyśleć o snach magistrackich szczurów,co nad dachy wynoszą pastuszków umysłowych czyny– to zmora, która wtedy w głowie czyhado najgłębszych jaskiń spychaskąd wyszliśmy dla władzy nad światemtak więc lampka na głowę, liny, czekani w drogę w głąb tajemniczej społecznościw głąb ziemi piwnicznej górniczej niczyjejkumple druhowie kamraci wespół?no cóż, jednak nie? szkoda!a może inaczej tak jak DobaAtlantyk w kajaku przepłynąć samotnieAtlantyk wzburzony korupcją i nepotyzmemoszustwami przy urnach wyborczychAtlantyk przestwór wolności dla poddanych caromjak tak pomyśleć o szansach jak Syzyf o szczycieto nic tylko w kłębek się zwinąć i stoczyćrunąć, sturlać się i odpaśćnic nie jest oczywiste dla wiszącego alpinistypod skalną półką narodowąna 10 piętrze wieżowca z balkonami językównietoperz nie człowiek zazwyczaj aliścimuchy nie ludzie przeważnieblokowiska śpiące nie jaskinie jednakowożmiasta tętniące nie morza a stajnie nota benegdzie pędzący wiatr rozwiewa pozostałości niedawnego reżimuatoli Gouffre Berger czeka prawdziwa na śmietniku wyjątkowościty alpinista w grocie filozofów codziennościwsłuchujesz się w skowyt idei zarzynanych w snach habitatu,co przetrwały nielicznie w jaskiniach skarlałych duszczujesz, że możesz je dosięgnąć, ocalić
>>>*Internet bezosobowy*Wody potopu prawie przepłynęłyprzez moją stronę w Interneciea ja w arce w moich wierszachunosiłem się bezpieczniena falach polubień i znienawidzeńw oceanie znajomych, obserwowanychi pożądanych ulubionychwystawiony na wichry emotek i memówmądro-głupich komentarzy i wpisówmoja chytra gołębica trzymała w ręku gałązkę oliwkiod początku cały czasnie musiałem się o suchy ląd baćw czasie społecznościowych burzna mojej stronieściskałem gołębicę kurczowo w dłonijak długopis, którym odpisywałemz monitora własne wierszena wszelki wypadekby potem przenieść je na piasek plaży Falezyalbo jakiejś bezludnej wyspyz samym tylko Internetem bezosobowym
>>>*Zanurzony we wpływowym środowisku*Zanurzony we wpływowym środowiskuumierasz z głodu prawdygłód jak głóg jak epitafium Ekskaliburmiecz wbity w taflę jeziorareportaż nocny z otwarcia pretensjonalnej galeriina wernisażu tylko nagie celebrytkii prezenterki satynowych piekiełnikt nie wie jak wypłynąć z twarząw tym środowisku pośladkówwszyscy toną w sloganach a ty umierasz z głoduradosny pawian artystyczny jeden jedynyskacze na skalnym Podhalu po halach i beczyktoś myśli może, że to owceowce gdzie? hej hrabio-juhasie odpowiedz, gdzie?czyż zostały zabrane przez ekipę telewizyjnąna statystowany kolejny performance naturszczyków profesorów?na reportaż płytki kąśliwie kudłaty?cóż za zbieg okoliczności ludowe Podhale Dunajec Poronini nowa fabryka Opla w Murzasichlachbeczenie stad jeszcze słychać zamiast klaksonóww zamian sądowy wymiar świerkówi leśny wyrok na szyszki eksponatyzgadnij gdzie jesteś wełniana meduzo nieśmiała,i o której obraduje Stanu Radazewsząd zachęty – wypłyń, wypłyń, wypłyń – tya słońce na dnie okaa grzech nie zrobić zdjęcia sobie wśród owiec ostatnicha owce gdzie? wśród małp? hej hrabio-juhasie, gdzie?Percival Janosik nie przyjdzie popatrzeć na redyk?zejdź tutaj ze mną, zejdź z halki i zaśpiewaj cienkoi ty wsiądź do opla przesławna już białogłowoHalszko Hanko moja warszawska naturystko na wywczasachwe wpływowym środowiskupunktowy reflektor wbity w dziuplę na wierzbiewierzba pochylona na Szopenemsceniczny Szopen nad fortepianemnokturn nad przyrodą skalną słowiańskąbiałe łabędzie nie płyną przez Czarny Stawone są ze stali, ani drgnąfruną za to bociany jak dźwiękifruną bociany nie naszefruną skrzydlate pawiany, nietoperzefruną by prosić o azylnie poznajesz swojego nosaodbitego w zaimprowizowanym łazienkowskim stawieale słyszysz flesze, pracę kamerpokrzykiwania reżyserów na politykówi buczenie aktorów, bu, bu, buuuwciąż niesytych jak tyniezadowolonych z obiadów czwartkowychprzygotowanych przez niemieckich góralidla hrabio-juhasów dzisiejszych dni
>>>Jest jesień w lecie zachodniej cyganeriiz września zeszło powietrzesamoloty bezsensu zanurkowały, zrzuciły bomby i zawróciły po nowetak, tak, to unijne samoloty jednokoloroweale przecież unia nie zawsze znaczy jednośća już wcale eksperymentalną indywidualnośćjest jesień w lecie moich społecznych popatrywańze mnie też zeszło powietrzesamobójcy spadali na mnie jeden po drugimskacząc z balonów manipulacji i zakłamania nad Bolkowemprzeżyli i solidarnie rzeklibękarci szloch też ma prawo zaistnieć w centrumkażde istnienie może być manifestem mainstreamu w letargulub manichejskim dążeniem ekstremyale czy musi? nie, nie musi!ein Kampf mein Fuhrer? ein Volk meine Adelheid?– nein!katorżniczy wrzesień zakotwiczył w moim życiuna pół wartym na pół nie wartym spiętrzeńi już nie będzie inaczejżaden upał nie zwiedzie moich mogił mokrych od łez,które nakrywają się stopniowo liśćmizatrzaskujących się bram telewizyjnych cmentarzypo spektaklach eksterminacji jasnych pomników chwałyi choć wszędzie łapy klaszczą zawsze w tym samym czasiena zgubę przywódcom narodów spuchniętym od winaja na razie zamykam piwniczkę ziemną, w której trzymamzamiast napoju bogów koktajle Mołotowazwykłe butelki z francuską totalną benzyną na finałjest odzew nikłych ptaków – skrzeczenie zamiast śpiewuw kniei alei frankońskiej Propyleizamiast zniczy płoną ludzie nabici na pale za wiaręnad Brukselą zeppeliny flaczeją, flagi zwisająi całkiem wiotczeją myśli krótszych dnipopularne sumienie unii zmienia się w ser limburskilecą śnieżki kamaszki fatałaszki we wrześniu obleśniulecą od ciebie z Pigalle listy poleconelecą karygodne żądania gołe –być w niebie a bądź gdzie to różnica – stwierdzasznikt karygodnych żądań nie spełni jedynie dla obnażonych piersizdemolowano nasze noce księżycowe – zakazane gontyny spotkańkwiaty, owady i wiatry już nie wyznaczą alei do nichnoce pozostaną na dłużej w Metz i Antwerpiiświeckie niemiłosne noce służby ludom wędrówkijuż bez wszystkich krajów proletariuszyubaw po pachy mają mrówki, co przetrwałylecz nie pracowite pszczółki co ducha już oddałybo się do cna wyzbierały w staraniacha i wrogowie naturalni zniewieścieli w morwowych gałęziachzeszło życie z pogodnych dni, zdechł ostatni europejski jedwabnikktoś jeszcze chce się zabawić w wojnę, w państwa miasta,w statki, w chowanego, w policjantów i złodziei?gdy bombardowana, duszona i molestowana jestgdy poddawana litościwej eutanazjigdy abortowana z latachoć jeszcze nie całkiem jesiennaostatnia szansa Europy – Polskaw kolejną rocznicę zwycięstwa – czego? kogo?nadziei? babiego lata?
>>>*Jurek Dratewka z CBA*Smok w każdej różyklombie, witrynie, upamiętnieniu, obeliskusmok w każdej twarzyludzi przechadzających sięi z ukontentowaniem kiwających głowamina promenadzie miastarządzonego przez burmistrzawojującego antyklerykałapo wyczerpaniu zasobów dziewicliga smoczych miastjak na wybawienieczeka na Jurka Dratewkę z CBA
>>>*Kolejny Franklin*Kwadratowa twarz kandydata gdy trzebanawet purpurowe żyrafy biegną żebypomóc mu w kampanii wyborczejpiorun kulisty zapewnień przelatuje obok księżycałaskawie nie tykając krzyżakiedy kolejny Franklin znów wygra wyborywszystko tu będzie kulisteale i piorunująco inne
>>>*Ofiara za dorosłych*Za wszystkich wizjonerów giną „Orlęta”masakrują ich już sto tysiąc lat bez ustankukiedy skończy się ta mitologiczna mękamłodych bohaterów?tak często bezimiennych ideałówdla dorosłego świata plemion, nacji i państwskąd ta tradycja składania ofiarz dzieci u ludzi, której nie ma u małp?składania nawet dzieci nienarodzonych mentalniew ofierze za dorosłychduchowo czasem abortowanych
>>>*Baton*Baton, sprasowany wafel wielozbożowyw nim ziarna wciśnięte jedno w drugiekażde zawiera i chroni swojego gatunku tajemnice(co za mozaika)smakuje jak – naródzmasakrowany żniw tysiącleciemprzemielony słodkim ogniem historiiscalony wiary karmelem!
>>>

>>>*Rzeźnia numer pięć*Boże!czy to jest Ziemia?czy to jest rzeźnia numer pięć?– wolna wolawybór należy do ciebie!Rewanż!czy to jest myśl?czy to jest atawizm?– wolna wolawybór należy do ciebie!
>>>*Po nitce do kłębka*Pocałowałem twoje białe ramiępotem twoją miękką szyjęraz drugimusnąłem ją wargami jak kotekswoimi długimi wąsamiodrzuciłaś głowę do tyłuwłosy spłynęły jak fale wodospadukłębek potoczył się po twoich plecachrzuciłem się w pogoń za kłębkiemtwojej namiętnościuwielbiam te gonitwy kociedopadłem go w ostatniej chwilizanim się rozwinął i zatracił cały
>>>*Oracz i czarodziej*Kiedy byłem małym chłopcempowędrowałem wśród pól samotnieoddaliłem się daleko od domumiasto zniknęło za wzgórzemusłyszałem skowronka śpiewającego niezmordowaniei zobaczyłem niespodziewanego ostatniego oraczapod samymi chmurami w górzemozolnie piął się krok za krokiem trzymając lejce i pługkoń prychał, oracz sapał, gzy latały wokółw krzakach tarniny zatrzepotał ptakjaszczurka pobiegła w dół na łąkępopatrzyłem na komin piekarni górującej jeszczenad skłonem brunatnego polaten szmer, ten widok rakiety startującej, to słońce czarnepoczułem przerażającą samotność i strach,pojawiła się myśl, że za chwilę wydarzy się coś przerażającegosłońce histeryczne z horroru w zenicie ptaka zadusiłozamiast jaszczurki Godzilla z bajek się pojawiłajak kolorowy balon, powstając nad horyzontemziejąc smoczym ogniem oracz oddalił sięnie miał mnie kto przed nią obronićbiegnącego wśród rzeżuchy i ostrożnipotknąłem się i upadłem jak zraniony żołnierzzanurkowałem w trawy na łąceleżąc twarzą do ziemi spostrzegłem pasikonika,świerszcza we fraku albo sutannie,który pierwszy się do mnie uśmiechnąłi rzekł niespodziewanie– ja nie jestem jeźdźcem Apokalipsy, lecz czarodziejem,chcesz to w coś cię zmienię– dobrze, rzekłem, chcę być wiatrem niewidzialnymi zniknąłem po chwili razem z wszystkim
>>>*Białe jest czarne*Czarne – oczywiście – pantery i gawrony!czarny – a jakże – metal lub humor!czarno – ależ – to widzę!czarni – pewnie – gorsi, nieroby!czarna – zgadłeś – rozpacz i dziura!czarniawy, czarnuch, czart –a więc – symbole czy stereotypy?znaki czasów czy natręctwo prostactwa?biały kruk nie dziwny?biała dama nie straszna?biała mgła nie dławi?biały kieł nie rani?biały śnieg i lód nie zagraża sercom?biały wywiad nie oburza?biały kwiat nie ośmiesza?biała śmierć nie zrównuje?
>>>*Zderzenie z kometą*Miazga z kory mózgowej inteligentówzdmuchnięta świeczka duchowego światabałwany miast topniejąceturlający się bałwan w kulach uzbrojeniawicher gazów technicznych skażonychgejzer banknotów i monet wypranychpapier-mache granic i symboli okrutnychbrykiety traktatów politycznych złamanychciekły azot ciemnych międzynarodowych powiązańzamarznięty tlen mafijnego bezkarnego dyktatukogel-mogel głów państw głodującychlawina sądów i wyroków sprośnych trybunałówkęsy niestrawionych ONZ-towskich przesłań bezsensubitwa na miecze świetlne feministek z homoseksualistamiburza gradowo-ideowa sprzysiężonych nocągnijące okoliczności awarii elektrowni atomowychzorza oszustw olimpijskichwybuchająca w Europie lawa emigracji islamskiejwojna starych koni z płodami ludzkimibrutalny atak nosorożca Facebooka na surykatkę selffotkiterkoczący bezustannie karabin kłamstw w przestrzeni publicznejnadciągająca śnieżyca przewrotów wojskowychpełzający wąż totalitarnych prowokacjihalucynogenne środki opatrunkowe dla poparzonych przed kameramipieśni żałobne flamingów dżihaduplama krwi z robota humanoidaupadek plemiennego drzewa tradycji narodowejkatastrofa okrętu widmo pornografiiholocaust nieświadomych ofiar eutanazjonistówmumie urzędników unijnych w Dolinie pogrzebów demokracjinieuchronne zderzenie z kometą Bożego gniewu
>>>*Ekologia dominacji*Partie polityczne są jak lis nie wiadomo skąd,który złożywszy głowę na przednich łapachrozciągnięty przed moimi drzwiamifiluternie przekrzywiwszy jąi rozchyliwszy drobne kływywiesił proszący językzdając się mówić– daj choć kosteczkę na przetrwanie gatunkuna żywą jeszcze ekologię dominacji
>>>*Historia magistra vitae*Historia magistra vitaemożna cytować Cyceronamożna się historii uczyć i można przemilczaćmożna się uczyć na historii błędachmożna historię prostować i można naginaćmożna zaprzeczać faktom i je pokrętnie objaśniaćmożna wybielać dyktatorów i zbrodniarzymożna ich unieśmiertelniać w umundurowanych pomnikachjednemu nie można zaprzeczać:rozpadli się w proch ziemi mocni wojskiem Jaruzel i Kiszczakzniknęli w niej na zawsze jak pułkownik Kaddafi i Generalissimus Stalin– czołem żołnierze … cisza!
>>>*Homo habilis*Jestem człowiekiem zręcznymto nie ulega wątpliwościdzisiaj ulepiłem kule ze śniegui cisnąłem nimi w wuja i bratawszyscy mi zazdrościli celności gestuchyba potrafię ulepić podobną z błotazaciekawienie wszystkich moim ciosemwywołuje u mnie uczucie zadowoleniai grymas warg niespodziewanypokażę ziomkom, że i okrągłym kamieniemumiem rzucić celniejestem tutaj najzręczniejszym miotaczemmiotam zapamiętale w otwartą brata gębęjestem człowiekiem zręcznym manualnie– już to wiem teraz na pewnouznano mnie oczywiście za przywódcę stadawygrywam z początkiem ewolucjiczas teraz na zręczność słów i myślna cywilizację Homo – zakręt historii
>>>*Tak jak niezapomnianym 1977.*Siedzieliśmy zaraz przy wejściu do Muzeum Narodowego na ławcedrzwi były zamknięte bo pora późna„Dama z łasiczką” i „Omdlewający młodzieniec”nie chcieli nas już dzisiaj widziećpozostało nam kontemplować „Tężnię sztuki”prawdziwą graciarnię naszej peerelowskiej młodościustawioną na betonowej łące dla irytacji wieluBartosz Kapustka z Leicester City F.C. wielkości hoteluvis a vis na bilbordzie, na którym siadały wygłodniałe wronykpiąco przyglądał się tej odsłoniętej socrealnej nędzyna dobre zaczęło padaćty wzięłaś mnie za rękę i zapytałaś– to co będziemy teraz robić?zasępiłem się na moment jak Wyspiańskiale rzekłem po chwili z weselem– mamy parasole, obejdźmy dookoła Muzeumi Bibliotekę Jagiellońską trzy razyzjedzmy po drożdżówcewypijmy piwo w „Nowym Żaczku”może nam coś mądrego przyjdzie do głowytak jak w niezapomnianym 1977-mym roku*______________________________* w tym roku w maju został zabity przez SB student UJ Stanisław Pyjas , który z kolegami bywał wpołożonym niedaleko od Muzeum Narodowego i DS „Żaczek” letnim barze przy Błoniach: „Pod Płachtą”.Był on zaangażowany w tworzącą się organizację opozycyjną KSS KOR (Komitet Obrony Robotników).Grupa przyjaciół i znajomych zmarłego zorganizowała po mszy pogrzebowej w dniu 15 maja 1977manifestację (tzw. „Czarny Marsz”). Wieczorem 15 maja 1977 (na zakończenie „Czarnego Marszu”) podWawelem odczytano deklarację zawiązującą SKS (Studencki Komitet Solidarności) i wzywającą do ujawnienia winnych zbrodni. Sygnowało ją dziewięcioro studentów UJ i studentka ASP w Krakowie. Była to pierwsza tego rodzaju organizacja w Europie Wschodniej. SKS – to także pierwsza w Polsce organizacja antykomunistyczna mają w swej nazwie słowo „solidarność”. SKS zainicjował w 1977 roku akcję protestu przeciw cenzurze w Bibliotece Jagiellońskiej i blokowaniu dostępu do wielu wybitnych dzieł nieprawomyślnych z punktu widzenia komunistów (słynne „RESy”). W 1980 członkowie SKS zaangażowali się w tworzenie struktur NSZZ Solidarność i Niezależnego Zrzeszenia Studentów (T.Kensy, B.Wildstein)
>>>*Porzucone skrzydła*Leżą na skaleskrzydła odpięte, porzucone, zbędnewysoko na skale, na graninikt nie może się tam wspiąćobowiązuje zakaz wspinania sięwysokogórskimi trasami i ścieżkamii to w całym państwie, a nawet regionie i kontynenciezakaz uchwalono na międzygalaktycznejsesji starparlamentu– dla dobra hominidów skarlałychi tak to zostało opublikowanew mediach społecznościowych progresywnie antycznychkontrolowanych w gwiazdozbiorachbez wyjątku wszystkichprzez bezskrzydłych
>>>*Nie całkiem przyziemne myśli*Słucham koncertu System of a Downi jednocześnie czytam MickiewiczaWieczne Miasto pełne jest turystówz Tunezji i z MarokaPlac Świętego Piotra nie jest na razie wykorzystywanydo islamskich modłów i samobójczych rytuałównowy Michał Anioł przemalowuje Kaplicę Sykstyńskąw kierunku Ziemi leci jakaś większa asteroidanad Japonią fruwają zabawki KimaChińczycy wymyślają koło po raz drugiw daczy na Syberii mentalnie dogorywa Putinbezpieczniak i przywódca starej datyKarolińskie Odrodzenie staje pod znakiem zapytaniaSOAD kończy „Antenami”Mickiewicz w ostatnim poemacie też nawołujedo uwolnienia się od przyziemnych myślisprawdzam w lustrze czy aby to nie jastałem się nowym Michałem Aniołem, Putinem lub muzułmaninemtak czy siak rosną mi bokobrody– jak widzę
>>>*Ludzie jak pytajniki*Służyć? komu? głupcom?wierzyć? w co? w zdradę?na rogu ulicy przystanąłeśpodchodzi bezdomny z bolącym zębemi dziewczyna z witrynyprzypomniałeś sobie terazwszystkich nienawistnych ludzi,którzy obrócili się przeciwko tobiei nagle chcieli cię unicestwićkot przeleciał przez ulicęna jej ciemną drugą stronęprzez mgłę widzisz fasadę kościoła i teatrudorożka stoi i czekakonie w cygańskiej uprzężykoń coś mówikot śpiewaa ludzie jak pytajnikino rusz się, odpowiedz
>>>*Epicki obraz*Niezwykłość?to nie tak, że patrzyłem całą noc przez okno na ulicę,że na pobliskim rondzie samochody krążyły jak ćmya ja nie mogłem spaćto nie tak, że bałem się swojego sobowtóra,który czekał na rogu pod sygnalizatoremnie wiadomo na kogoa asfalt błyszczał pod jego stopamikolorami zmieniających się światełto nie tak, że ty przechadzałaś się o drugiej po północyz białą torebką wzdłuż ulicy,gdy stojący w bramie faceci gwizdali na ciebiea ja drżałem o twoje bezpieczeństwo w tej chwilibardziej niż o całą twoją przyszłośćto nie tak, że z okna na piętrze obserwowałem zza firankipłowe zwierzę przebiegające ulicę po pasachtam i z powrotem kilka razymyśląc, że jest bardziej głodne niż jaRaczej to noc nadawała tym zdarzeniom wymiar niezwykłyi jakiś taki niecodziennyjakiś psychologicznie nieujarzmionyprzecież mógłbym iść z tobą tą ulicą w dzieńnawet nieść twoją słynną torebkęuśmiechać się do tych samych facetów co tya za nami mogło dreptać płowe zwierzęprzez nikogo nie niepokojonealbo ty mogłabyś trzymać zwierzę na rękua ja malować twój niesamowity portret na środku rondai nazwać zwierzę twoim imieniemgdybyśmy tylko zdążyli z tym wszystkim do zmierzchunaszego epickiego uczucia
>>>*Przerębel chaosu*Zawlecz ją do przerębla chaosui utop w cieczy w punkcie krytycznym będącej –znaczy nudęjeden gest, jedno cięcie i koniecwolność powoli rozdzwania się na masztach żaglowcówprzemierzających ocean niezbywalnych snówkrewni obcego wypytują o ciebiejeden mostek, jeden skok i znowubędziesz w stadium przetrwalnikowympełnokrwistym człowiekiemkołysze się tarcza strzelnicza ustawiona dla łucznikajak on ma celnie strzelić – no jak przebić nudę?dodatkowo zdzielony w głowę obuchemprzez zabawnego faceta w rajtuzachz wydatnym jabłkiem Adamabądź godnym przy ostatniej posłudzedla drzewa smutku– wtopi się jego przebrzmiałe życiew kołatkę wielkopiątkową na zawszezapragnij dzwonów żywotnej puszczy– tak odmiennych od szklanek na wachtach psichnuda już nigdy nie wychyniez żadnej czasoprzestrzennej dziuryw punkcie krytycznym światów równoległychprzerębla twojego chaosu i zniecierpliwienia
>>>*Przemiany magia*Dawno tak się nie zmartwiłem,gdy pociąg niespodziewanieprzejechał przez nasze podwórze– kiedy oni zdążyli ułożyć tu tory?podbiegł zaraz nosorożec i kucnął przy drzwiachtaki wprost wzięty ze sztuki Ionsecoi to jeszcze nicleżąc na tarasie jeszcze niezmartwionysam zacząłem się zmieniać w robakajak do tego doszło i co to za przemianywe mnie nastąpiły wcześniejani ja ani rodzina nie rozumieliśmy wtedyżeby chociaż zjawiskom paranormalnym był kresa tu niespokój i domowy mir na naszej posesjizakłócił i zburzył ostatecznie wąż strażackio długości jakieś 60 metrów,który zachowywał się jak prawdziwa anakondaowijając się wokół nosorożcajuż tego było mi dośćzdruzgotany, w depresji, zdesperowanyodbiłem się od brzegu filiżanki po kawiei wyskoczyłem na pobliskie drzewołamiąc czułki przy okazjia tu dopiero był przepałbo ten orzech włoski zwyczajnie zapytał mnie o Wybickiegopo czym zakrzyknął: „Naprzód Sabaudio”nagle runął na ogrodową kapliczkę Matki Bożejw ostatnim szepcie wyrzekając zaklęcieHermesa Trismegistosa: „Ankh!”jak chłodne echo dzwonu zabrzmiało jeszcze:„ciebie też dopuszczono jak brata Garibaldiegodo 33 poziomu wtajemniczeniarozłóż chitynowe skrzydła i wzlatuj do latarni przy molo”skąd tutaj molo – pomyślałem w rozpaczyzanim mnie capnął nietoperz z twarzą Marksaprzeczucie, iluminacja, magia?
>>>*Karuzela na zatoką*Twoje lata są szczupłe dziewczynoa ty, ty generalnie jesteś słaba, rozciągliwaoto zapach lawendy w lawiniei nad zatoką karuzela,co zakręci twoją niezależnościązmienisz się dziewczyno,bo natura wzywa przez wrażenia i snyniech nie dławi cię sztorm ani bryzażaden zapach nie zniechęci przykryczuwaj w mroku, śpiewaj w słońcukręte nadwątlone pieczary nadbrzeżnewyrzucają Jonaszów, Dawidów, królów,gdy ty wkraczasz z plażyz rybą na głowie, z zasłoniętą twarząszczupłe twe oczy i spojrzenia,a ty rozmarzonanie chcesz być królową a jedynie ptakiem symbolemniesiona przez chwilę jak baletnicaponad falami w upiornej zastygła poziezmieniasz się w wielorybai padasz jak kolumny Edypa po trzęsieniu ziemiw tonie pierwszych lat dorosłościteraz syta będziesz pływać tuż pod powierzchniąz rzadka wynurzając się dla nabrania powietrzai spojrzenia na karuzelę z bajek dzieciństwaspójrz na mnie raz ostatnito ja zakręciłem twoją karuzelą jak demiurg wszechpęduz oceanu kolebki spozieram jak zza kratz mojego stabilnego dna
>>>*Milczenie martwych puszcz*Trzymam w ręce nóż jak długopisnie mam pomysłuna zmianę świata urządzonegoprzez szaleńcówjak we własny językwbiję go w białą czystą kartkę papieruleżącą przede mnąale wcześniej nakryję ją własną rękąniech ten przekaz pójdzie w światdosyć idei, myśli i słówteraz już tylko milczenie martwych puszcz
>>>*Defenestracja*Sąd nad kwiatem to nadużycie powieciebądź, co bądź to sąd, widzę barierkichcę przemawiać w imię ich obronyłąka mnie opuszcza nie chce tego słuchaćamerykański traktor orze łąkępod uprawy soi i kukurydzyTusk chce dotacji do nowoczesnej łąki asfaltowej,zaczynam mówić jak widzę traktoryzdobywające wiosnę dla Tuska,a co z latem dla bezrolnych najmitów wolnych?ja przemawiam wzniośle do turkucia podjadka– tylko on się tu ostałzwierzęta, co cenniejszeuciekają wszystkie sukcesywnie z lęgowiskrecytując słowa piosenki Golec Orkiestry na odchodneświat polski przewiany oceanicznym wiatremna wskroś jak emigracjaPan Bóg patrzy na Tuska, na mnie i podsądnychuderza młotkiem raz, drugi, trzeci, jak Thormoje skrzydła dosięgają ziemi ornej– milknę na chwilęwiatr historii wieje, skowyt nieziemskisłychać eksplozje skwierczące, to ziarna soi i kukurydzyzmieniają się w smażone kotlety i popcorn prażonybocian przychodzi mi w sukurskwiaty zła wyłapuje i przenosi do gniazdawysoko na grani Pałacu Kultury Codziennejznacząca przewaga spławnych opiera sięo przystań na Wiślepod naporem skarg nabrzeże faluje razem z rzekąjest pierwsza reakcja na moje wystąpieniekwiaty płyną nurtem uwolnioneskąd wezbrały wody, skąd sąd, wyroki skąd?Pan Bóg uderza ponownie – słychać jego gromściemnia się w Warszawiejeszcze jedna podsądna czeka na reakcję TuskaUnia przełamuje bariery, narzuca zasadyna praskim polu elekcyjnym zapadają decyzje jak w 68.konie tratują trawę, namioty rozbite jak bankidzieci pierzchają, gęstnieje tłum decydentów konnychz okien wyrzucane są wazy i wazonyjeden wypada z okien Pałacu zamkowegoroztrzaskuje się na głowie posła po narkotykachczuwającego ze smart fonem na Placuto tylko defenestracja tuskowej Polskipierwszych lepszych zdrajców wieszają in effigie w TVPan Bóg przechadza się Bulwarami Pattonapodczas, gdy przywołuje mnie Andrzej Dudai prosi osobiście bym zamilkł na chwilęa Pan Bóg po imieniu woła każdego z Polakówoni chórem z wiklin odpowiadają nadbrzeżnych– wstydzimy się, gdyż jesteśmy nadzy
>>>*Storczyk*Jadąc tramwajem ósemkąodkryłem jak nieznany storczyk w botanicznym ogrodziedziewczynę, która była moim ideałemjej twarz, jej oczy i spojrzenie,jej włosy, usta, biodra i nogi,jej cała w świetle postaćto był mój sen na jawiemłodzieńczywyskoczyłem na przystanku przy Filharmoniibo na zajęcia musiałem biecz obowiązkowej marksistowskiej filozofii powlokłem się zmartwiony i załamany, gdyż zrozumiałem,że już więcej jej nie zobaczęi nie będę miał, po co żyćdługo cały dzień o niej myślałemgdy potem miałem przesiąść się na autobusna chwilę o Bożym świecie zapomniałemposzedłem do domu piechotą przez park,przez bulwary i podwórza całkiem mi obcejak dotarłem do mojej uroczej samotniprzy pętli na przedmieściach sam nie wiem?w drzwiach zobaczyłem białą kartkę papierupiórem anioła skreślony z zaświatów tekstmój własny wierszona we mnie cały czas pisałaten sferyczny list – manifest całego życiazapewniała w nim o swojej wiecznej miłości, której nie pokona forma i czas,podczas, gdy ja myślałemo literackim samobójstwie– unicestwieniu serca dla niej
>>>*Skrót myślowy*Jakiego skrótu myślowego użyjeszaby nazwać swą miłość po imieniu?zamykasz oczy i odlatujesz w zazmysłowe zaświaty –twoja wyrachowana rozgrzana maszyna mózgowachcąc uzyskać odpowiedźpracuje na maksymalnie wysokich obrotachi wypluwa z wnętrza zwojów i neuronów,chemiczno-elektrycznych czynności, programów i procedur –pozostałości fascynacji, bólu, strachu, oddania i zazdrościa po zadyszce chwilowej –pożądania, poczęcia, spełnienia,myśli wszelakich samobójstwai wreszcie konglomerat pojęciowy jak supernowajedno krzykliwe słowo – alfawielkiwybuchżycia
>>>*Sen ostatni*Błądzę we Wszechświeciezapuściłem się w jego najdalsze ostępynie czytam niczegonie odpowiadam na wołanianie słucham już dźwiękównie podziwiam obrazów i widokówwygasły uczucia zabrane z Ziemikorzystam z toi-toi na przygodnych meteorytachna kometach dokupuję zmrożoną colęnawet jeść mi się nie chceżuję źdźbło trawy niebieskieji o kobietach nie myślę i wrogach– szukam Bogaprotonowym pojazdem zbliżam się do ostatniego przystankupołożonego przy samej granicy Wszechświataświat się już bardzo zakrzywił tego wieczorukrzywizna zrozumiała acz kłopotliwapapierową książką podpieram tytanowy regałale i tak wszystko spada na mnieza chwilę pewnie dotrę do kresu podróżywidać już pole sił kolorowycha tam w mezonowym moteluw gluonowej łaziencefotonową szczotką umyję zębywezmę prysznic z plazmy kwarkowej i zórzprzebiorę się w elektropidżamęno i jeszcze leki na sensen wyjątkowynieśmiertelnyostatni
>>>*Rozmawiałem z Archaniołami*O potędzeo władzyo zwierzchnościach i posłuszeństwieo podporządkowaniu światao rządach światowycho państwie i narodzieo walce i wojnieo kierowaniu energią kosmosuo prowadzeniu komet nowymi drogamio zdobywaniu wiedzy i poznaniuo rzeczach niezwykłycho wizjacho demonacho wyzwoleniuo śmiercio cudacho codziennych powinnościachrozmawiałem dziś z Archaniołamiprzypomniało mi się, że muszę jeszcze porozmawiaćo człowiekuo braterstwieo miłościo Boguale to już przy następnej okazji
>>>*Grają*Grają surmy, grają szałamaje, grają werbleoto pieśni walki i hymn narodowyoto zew ojczyzny się rozlegabojownicy na wiwat wolnościoddają salwę własnymi łzami i krwiąna pohybel jej wrogomz bronią w słabych rękach wychodzą z ruin małe dzieciz piwnic ranni wyczołgują się na środek ulic i placówzakurzeni starcy obsypani bitewnym pyłem historiipodnoszą ręce w geście pozdrowieniaumierające matki salutują do końcawierzby płaczą nad rzekami niewoligołębie w uporządkowanym szykuprzelatują nad grobami niezłomnychcały świat oddaje honory i czci bohaterskich powstańcówzarejestrowani aktorzy grajągrają, grają, grają
>>>*Piąty wymiar nadrzędny*To tak jakby ze snu i śmierci wyrósł kwiatcałkiem ładny kwiatgrecka boginito jest tak, że gdy zrywasz taki kwiat – umieraszlub zapadasz w letargsą granice kołysania chemicznego w neuronachgranice, które przeradzają się w czworokątnepostawy porzucenia świata czwór wymiarowegopiąty wymiar staje się nadrzędny we śniea twoje ja podrzędnezapach oswaja twoje poirytowanianie na długo jednakna tyle ile trwa sen i śmierćze snu i śmierci wyrasta kwiat jak fatamorganaa jednak bolesny, ciernistyjesteś za pan brat z ogrodnikami, którzy go zasadziliAblem i Setema więc to ogród rajski i chyba nie we śnieto tak jakby miasto wyrosło na pradawnym cmentarzuHomo sapiens polujących na homo sapiensmiasto całkiem ładne jak Manhattangdy wpływasz rzeką Hudson do tego miastaczujesz, że coś jest nie takmiało być Mega polis a jest mgła na rzece i boginiz pochodnią wyłaniająca z niejjak replika maski karpiajak boschowskie stwory to jest tak jakby flaming schował głowę po skrzydło czarnego łabędziaa jednak wciąż przypominał flamingasny się podrywają ze stadem flamingówi budzisz się letargupo zastrzyku dopaminy machasz rękami jak ptaka pielęgniarz zamyka wolieręprzygważdża cię pasami do łóżkanadchodzi czas narodzin – co wykluje się z ciebie?emulgator systemów zostanie zastąpiony buldożeremstosy niecności w spadających z klifów namiętnościklify są w głowach pobudzonych kwiatamikwiaty są jak narkotyk jak stymulujące bodźce kosmosuześlij na nie Armagedona potem z łóżka kieruj jego zasięgiem medialnymw rzeczywistościsukcesy kwiatów są raczej pewnegdy ockniesz się na palecie abstrakcyjnejgorzej, jeżeli na społecznej apokaliptycznej
>>>*Upalne tsunami*Wzdycham ciężko, nabieram powietrza w płucasłyszę szeleszczące jak zeschła trawa pęcherzyki płucnemoja cicho strzelająca w suchych ustach folia bąbelkowafala upalnego powietrza jak nieubłagane tsunamiwlewa się powoli do zatoki mojego wnętrzaprzelewając się przez falochrony predylekcjizatapia niepowstrzymanie komory serca i wszystkie jego zasobyczuję jak moje radosne, zielone Pałukizmieniają się w pragnącą choć kropli dżdżu Mesetęgdzie ogromne, ciężkie, czarne byki pożądańszykowane na świąteczną korridęszukają z niecierpliwością legowiskapomiędzy cielętami i jałówkamina skrawku cienia
>>>*By Ariadna mogła ci pomóc*Wędrówka przez nocwędrówka samotnej duszyprzejście przez zmierzch świadomościposzukiwanie skarbu natury końca świata myślijesteś w zagłębiu rud metali ziem rzadkichw swojej własnej głowiejest zaćmienie słońca nad wyrobiskiemty ociągasz się z zapaleniem lampybo chcesz zasmakować strachu nicościw ledwo rozpoznanej kopalni gołymi rękamidrążysz podziemie niepewnościpo omacku zagarniasz odnaleziony urobek sercaprzedłużasz tu beztlenowy pobyt zachłannieale potem może być za późnona odnalezienie towarowej bramy wyjazdowejjeśli wielka koparka odkrywkowej kopalnipracująca tam lub pociąg z urobkiemprzejadą ci po stopachjuż nigdzie stąd nie pójdzieszból jest myślą? strach jest myślą?utrata własnego ja jest jeszcze myślą?ale ty już nie jesteś myślą tylko dusząmożesz przejść przez mroki dzięki niej odzyskać myślale zapal lampę pokory co rozsnuje światło ufnościby Ariadna mogła ci pomóc
>>>*Czas zatrzymać*Czas zatrzymajczas zatrzymaćczaszatrzymaj czas – zatrzymać czasczasw samo południewszelako wszelkiczasraz…
>>>*Wystarczy*Spojrzenie przez okno na płonącą ulicęłyk lodowatej wodyze szklanki ustawionejna stoliku obokto wystarczy żeby umrzećlub zachwycić się życiem
>>>*Doktor subtelny (Brzytwa Ockhama)*Nawet nie myśl o światowym pokojusą jeszcze wariacje, rabacje nacje, któremają, co nieco do odplotkowaniaza wywoływanie turbulencji z buzi ludziwojen i rzezi na plażach plackach makatkachpomyśl o tej rzezi, która jest niezbędnaw głowie twojejona nadchodzi, nadchodzi, nachodzii nadejdzie nieuchronnieacz nikt nie prosi o wybaczenie kosy głowyale brzytwy w ustachsą jeszcze rabacje w światowym pokojunawet nie myśl którerozsłowione zmyślone jak rozrzucone pierzez kosmosumasz pojęcia?
>>>*Zombie*Znaleziony na piachu plażyciężkoskrzydły ptak miłościokaleczony czekał na człowiekaprzez ile mórz przeleciał nim spadł?dziewczynka niewinna do niego podbiegłai dostrzegła jego ranne skrzydłopróbował ratować się dla niej tylkoale umarł odkryty przez człowieka obcegogdy zbiegli się tubylcy – zombiepółkochający – półnienawidzącyzamknął na zawsze oczy
>>>*Odważniki*Nie wiesz już gdzie zapodziały się twoje myśliuczucia są na składziezbędne zdenerwowania spiętrzone pod sufitakuratne odpowiedzi poukładane równoniekontrolowane skurcze policzków i drgania powieki zbilansowanepodświadome wybuchy żalu potwierdzoneale gdzie są myśli?stoisz na długim targu, długim jak twoje sprzedajne zwojetrzymasz wagę wysokoszale wahają się raz w górę raz w dółna nich kurz dróg i popiół życiana nich błogosławieństwa i przekleństwa gwiazdna nich pradobro i wczorajsze złoa ty nie wiesz gdzie zapodziały się twoje myśli– odważniki
>>>*We Wszechkwiecie*Widzę cię w różańcumoja różowidzę cię w Apollinaire`a Wszechkwieciewidzę cię wśród kolczastych gwiazd moich pragnieńwidzę cię wśród promieni i płomieni rozumuchrono, magneto i elektrorecepcjązapachem krwi na palca opuszkuecholokacjązmysłem nieziemskiego bólupoznaję ciębo kocham cięmoja różo
>>>*To ostatnia niedziela*W sobotnie upalne lipcowe popołudniena skwerze Praskiej Kapeli Podwórkowejspotkałem dziewczynę o perłowych włosachukrywającą z trudem białe niewieście szczupłościpod kwiecistą mini sukienkąusiadłem na ławce obok i spojrzałem na twarz tej trzydziestokilkulatkidostrzegłem oto szokujący obraz martyrologiiubiczowanej i ukrzyżowanej siedemdziesięcioletniej staruszkispowitej w stygmatyczny całun narkotyczno-alkoholowyzmarszczki, blizny, podpuchnięte oczy, tatuaże ijak korona cierniowa bandaż na zgrabnym udziepowyżej lewego kolanachcąc złapać oddech po tym zderzeniu dwóch rzeczywistościspojrzałem ponad dachyku słońcu spadającemu bezlitośnie z góryjak niemieckie meserszmity i sztukasyna nielicznych umykających przed upałem mieszkańcówoto ludowa bohaterska warszawska Pragasymbol oporu i krwawej ofiary wielu pokoleń Polakówniezłomna Praga dźwigająca się z zapomnienia i piękniejącaz każdym rokiem wolnościchrystusowa i sumiennie wiernapacyfikowana i deptana nieustannie przez hordylitewsko-jaćwińskieszwedzko-germańskierosyjsko-bolszewickielewacko-braterskieantyklerykalno-bluźnierczeA dziewczyna jak miasto i kusząca i strzaskanajej serce jak kwiaty na sukiencejej wola jak cmentarz na Kamionkuzaczepiła mnie słowami: zna pan tych gości tutajwskazując na mosiężne figury podwórkowych grajków,z których każdy w charyzmatycznej poziedobywał niesłyszalne dźwięki ze swojego umiłowanego instrumentui każdy jak Apollo piękny, powstańczo-warszawski– ten to.. Sylwek bandżolista, ten skrzypek, ten Czesiek – akordeonista,ten gitarzysta, a ten to mój ulubiony – bębnista– a na bębnie ma wypisane nazwy stu pieśnipodchodziła do każdego i obejmowała goprzerwałem jej – o o o bębnista najprzystojniejszypomyślałem, że te melodie stawiały opór barbarzyńcomjak Spartanie pod Termopilaminagle łamiącym się głosem dziewczynazanuciła wielki przedwojenny przebój,który rozbrzmiewał na pobliskich ulicach tysiące razywzruszając przechodniów i gapiów– „to ostatnia niedzie-la..”przerwała i ruszyła przed siebie jakby po raz ostatni w życiukrokami z tanga samobójcówocierając łzę wielką jak błyszcząca pałka bębnistygdy oddalała się chodnikiem wzdłuż Fabryki Trzcinyw kierunku katedry arcybiskupa Hoserawprost w objęcia śmierci chociaż mniej bohaterskiejjak Ksiądz Skorupka z uniesionym krzyżem przeciw czerwonoarmistomz kolei ja równie rozedrganym głosem zawołałem za nią– przecież dzisiaj jest sobotai zamilkłem, gdy oczy zalała mi fala ciepłajak echo zawodziło jeszcze moje serce w miłosnej rozpaczy –na litość dziewczyno, dzisiaj jest sobota, sobota, sobota…
>>>Pytasz o racjejak o słowa, symbole, manifestya tu podrzucają ci pod próg domudwie konserwy mielonki wieprzoweji paczkę sucharów pszennychpodnosisz krzyk obrażanegoa tu nad równymi szeregami żołdactwakrąży zakute w stal milczenie przekonańprzedbitewne przecieża już pogrzebane żywcem jak okrzyk hurraprzedwcześnie zabitycharmie racji szykują się na rzeźty chcąc je ujawnić zrywasz kapturwodza jak ci się zdajei demaskujesz zamiast psychopatycznegokróla lub politykawygłodzonego mnicha w siódmej ekstazieoto spojrzenie, milczenie i prawdziwa twarzkogoś, kto rzeczywiście ma racjęsłowa, symbole, manifestyrzucą się sobie nawzajem do gardełi tak
>>>*Emocje*Dobry psycholog ze swoją pogłębioną analizą afektu,który udziela się jednostce ogarniętej przez szał tłumu,owczy pęd – znajdzie niejedno wytłumaczeniedobry psycholog, jako obrońca tłumuchciałby determinizmem zawojować świat zmysłówkrocie twoich włosówkrocie złuszczonych fragmentów naskórkai do tego płytki krwi i ciałka białe jak strachto serce napędza ten owczy pęd kończący się szałem?emocje z tłumu wykładnią historii dziejówniejednego dyktatora kolebką i grobemodwrotne przekorne niedeterministycznemeduzą zjadaną przez byle morskiego żółwia konformizmuchciałbyś być pasterzem a jesteś nieokiełznanym egzekutoremburza niespodziewana nieulękłych bohaterówrzuca w pył drogi, zatrzymuje im sercaowce wyczuwają twój strach, zatrzymują sięczy ty wyczujesz szał w sobie – zmysłów lub emocji?niechcianych nawet z psychologicznego punktu widzenia
>>>*Spróbuj zapatrzeć się w minione*Spróbuj zapatrzeć się w minionepodziwiać szlachetny taniec wierzbowego liściaw zakolu beskidzkiego strumieniajak szczupłą długonogą baletnicęzanim zniknie w sinym wirze za kulisami chwilispróbuj jak czapla czujnie przeczłapać od brzeguby znieruchomieć w bystrzu strumieniana wielkim wpatrzenia kamieniuspróbuj jak pasterz wsparty na rosochatym kijuwbić oczy w falujący połonin widnokreskrzepnących powoli pastwisk wznoszących się ku słońcua wtedy owce wielkiego biblijnego stadazbiegną się ze wszystkich stron by lizać twoje palceale czy to przywróci cię do życia?ciebie zastygłego w zastygłym świecie minionym– frywolnego liścia z Sodomysprzed twojego zapatrzenia
>>>Zawsze pozostanie ci kosmosw dłonidzieciństwa mazowiecki krajobrazw okui sól ziemiw solniczce czasu– grobie
>>>*Fidus achates*Fidus achateswzór niezachwianej przyjaźniw każdej niszy cielesnej wzórzdjęty trwogą zapragnąłem rozciągnąć się na gwiazdachi jak kameleony udawać greckie mityprzeobrażony w wieczność półzwierząt na niebieCornelius – człowiek dziczy duchowejpodchodzi do mnie na skraju tęczyja pod nią śpiewam ptakom kołysanki– a to ptaki galaktyczne przecieżwięc zbyty uruchamiam tniutnięna wichry borealne i morskiezaniosą plemiona wczesne do ich osadchoćby i na lądzie żyznyma kontynent trwa w ciszynie zawsze celność uwag dosięga herosówpłynnie przemawiają na plażachpotem uderzają chaotycznie bez planubez wsparciauderzają na niezdobyte twierdzei nie zdobywają ich za pierwszym podejściemkamienne wskazówki zegarów są dla nich bezlitosnesuną po belkach ogromne bloki skalnesuną po piachu i rzecznym bagnieogromne czasotwórcze nimfotwórczezarybiające rzeki Horusa Charonawahadło nocy jest twoją głowącudowna głowa cudowne włosycudowne wychylenia sądów i opiniigwiazdozbiór imperiów i księstewekdopełnia twoją wiaręufasz sfinksom ufasz negatomjest wylew zbóż i rzepaku – kombajnzorzy już pracujepruje łany z brązu i złotanadejdzie potop artyzmu arekrzeźbionych, inkrustowanych i bogatomalowanych figuratywniezdejmij rękę z pulsu, zadrzyj głowęto nie żurawie, gęsi ani flamingi różoweto tęcza przeczutych dni i miłościrozszczepionych na zawszety już w gwiazdozbiorach krawędzia klepsydra wciąż przesypuje cegływysuszone w słońcufundament izdebki nawróconego staje się zigguratemżyrafa gaśnie w niebieskiej poświaciespada czerwona chusta na dom Corneliusanowy potop tsunami ducha
>>>*Kto ciebie wyzuje z obieży kosmosu?*Uderzenie meteorytu w ptakaw czasie polowania na kaczkinieprawdopodobnejak powstanie Ziemi i aminokwasua przecieżmeteoryt z wielkiego wybuchuzderzył się z wolnością w lociekosmos złączył się z niebem i przemówiłwieczny kosmos z niebem jednej chwilistał się niejednokrotnie widowiskiem i łupemskontaktuj się z nieprzygotowanym gatunkiemludzkim i przekaż ostrzeżenieco się może wydarzyć,gdy kosmos znów złączy się z niebemco się może wydarzyć wszystkim ptakomw każdej chwili i w każdym miejscuto samo może wydarzyć się łowczy tobiekto ciebie wyzuje z obieży kosmosu?
>>>*Dance Me to the End of Love*Włóczę tę moją dziewczynę niebieskookąza sobą po całej Polscezmuszam do oglądania koncertówcoraz bardziej zakręconych zespołówa ona, która uwielbia takie kawałki jak:Hallelujah i Dance Me to the End of Lovebez sprzeciwu dowożona jest dusznymi tramwajami i autobusami,taksówkami, pociągami i samolotami wreszcie naszym autemna spędy szaleńców muzycznychwyjących na eskapicznych przedstawieniach– dekadenckich kiedyś a dziś siwowłosychtłuściochów podrygujących ledwow rytm karkołomnych wciąż solówek gitar sprzężonychi pulsujących stopami perkusjipod nogami spoconych starców –na te brutalne zderzenia:wiosną na Śląskim Stadionie z Metallicą i Pearl Jamna stadionie Gwardii z Iron Maidenw Spodku z Judas Priest, Exodusem i Morbid Angelw łódzkiej Atlas Arenie z Black Sabbathem, Aerosmith i Reignwolfemw wakacyjnym Jarocinie ze Slayerem albo z Deep Purplami we Wrockuna Tauron Arenie z Queenem i SOADemna Cracovii z Red Hot Chili Peppersjesienią w Sali Kongresowej z Yesema z Ten Years After i Jethro Tull w Rotundziei znowu wiosną z ELO w krakowskim Centrum Kongresowympotem latem z Watersem na Narodowymw lipcowe dni z Santaną i Cooperem w Dolinie CharlottyGdy w końcu w upalny wieczór w Warszawie na Starym Mieściesiedzimy pod parasolami zrelaksowanisłuchając pączkowania blach pozłacanych Nicolasa Paytonaja zapatrzony z natchnieniem w scenę Jazzu na Starówcejak w sierpniowym słońcem osmaloną wieżę Mariackiej Bazylikiprzyziemioną przez hejnalistów z Old Timers i Old Metropolitan Bandsłyszę jej cichutkie zmęczone słowa – to nie dla mnie…więc szybko odpowiadam – wiem, wiem, wiem,wolałabyś coś żywszego, może Chico Freemanaalbo prostszego i melodyjnego Dudziakoweja ona z nostalgią w zadymionych oczachnagle do mnie rzecze –ciekawe, czy na moich jeżówkach o tej porzesiedzą jeszcze rusałki pawiki,a te naleśniki z szyjkami rakowymi wcale nie są takie rewelacyjne,i nie pij już więcej tego piwska…a ja na to nieco zbity z pantałyku– te koncerty to moje życie, to mój taniec ta muzykamam zamiar przetańczyć go do ostatniej nutyz piwem czy bez będę tańczył do końca– tańcz dalej ze mną póki miłość trwa…
>>>Krytycznie i nędznie pisali o sobiewielcy poeci przez wiekii Baudelaire i Bukowski i innii nie dziw siębo hołubili szatana w duszy,którego ohyda i groza więziła ich słowaw nienawiści do siebieJeżeli wystawiasz na próbęwłasne ja i swoje dzieła nie Boganie pozostaniesz bez odpowiedzi bolesnejnie martw się jednakkażda litania do szatanamusi się zmienić w wiecznościw wołanie wielkie o prawdziwą miłośćbo rozpaczanie nad sobąpoprzedza współczucie i litość
>>>Jesteś niezmiernie ociężałym aniołemskrywasz półtonową kotwicę sercapod pokładem lekkich myślipod korporałem wierszy trzymasz Golgoty senstwoje marzenia są ziemskie, chociaż ich wygląd nieziemskijesteś przejrzystorzęsym łzawym skrapiaczem świetlnym marzeńkryształowym dla płomieni pochodni nieśmiertelnycho ile takie istnieją w Kolchidach teraźniejszościnieoznaczonym i ciemnym dla szukającychwrażeń w śmierci ciemnościachnie wiesz gdzie ukrywa się wiara ludzi i aniołówale wciąż zapas jej przeogromnypozwala ci korzystać ze skarbca,którego nie widziałeś i nie znasz przeznaczeniakolczyk w uchu na dowód śmiertelności umysłupierścień na dowód niezłomności charakteruskrzydła jako dowód wierności duszyanioł jest z tobą i ty bądź aniołem nie od świętaspytaj proroka pustyni, aby się dowiedzieć gdziedziś jest kraina szczęśliwości ziemskiej obiecanaże jest – to pewne, niejeden zaświadczygdzie ludzie w zgodzie z naturąrozeznają swoje powołania nieludzkieże jest coś takiego – to pewnesą na to wersety na resztkach zwojów z Qumranwśród drapaczy chmura-symbol ukrytaa może gdzieś za stoczniowymi żurawiami schowana jak kontener perełmoże na złomowiskach czołgów porzucona jak koniec wojnymoże pod wiaduktem autostrady czeka jak zaskakująca ciszanieodgadniona kraina wiary i szczęściabądź jej aniołem stałym obsypanym złotem, mirrąi kadzidłem ziemskim nie tylko od świętaoznaką szlachetności kamiennych postanowieńi piaszczystych wytrwań w ludzkich spojrzeniach łaskijesteś aniołem ociężałym, co wszystko czyni powolilecz stanowczo jak dzień i noc jak era i epokajesteś cywilizacją życia w ewolucji słóww tej tutaj Arkadii zapomnianejodnajdywanej czasem w poezji ogromnych serc
>>>Pożądanie jest nieodgadnionejak Bóg Człowiek Pantokratorzrównaj pożądanie z miłościąa nieodgadnione pozostanietylko to:co jest twoje i nie twoje?co chcesz brać a co dawać?czy chcesz dotrzeć do źródła prawdy,które jest w górach?czy raczej do delty spełniania mrzonek?czy to pragnienie coraz większej pełnia może tylko większej dawki dopaminy?zrównaj silne emocje z silną woląwtedy nieodgadnione pozostanie tylko to:Phobia socialis na bezludnej wyspie
>>>*Zakwitać symbolicznie*Korzystniej zaufać kasztanomlecz zerwać z ich promotorką – świętojańską nocąkorzystniej to nie znaczy – dobrzesufler liści kasztanowca konopia obłudnauwrażliwia sójki i braci drzewnychna sepleniące niedopełnienia owoców zimyjest nawet lepiej, gdy onanadchodzi po niewczasie i mniej głodzitwoje życie wewnętrzne przypominatakowych naruszycieli równowagi w przyrodziedzikich zwanych reformatoramidrzew jednak ulubionych z punktu widzeniażołnierzy głębi i wnętrzbodajże mrugnięcie oka trwa lato,które rozpoczyna się kasztanowcempamiętaj o tym obgryzając jego świeże liściei paląc jego koręzanuć na początek skwaru ogołoceń skomplikowaną pieśńsystemu upadku drwalioni przechodzą jak grypaprzez plastikowe sale szpitalineuronów i innych podobnych komórek człowieczychizdebki płonące światłemoczekiwania na siebie w natury snachoczekiwania w ołtarzach i figurachtoczonych przez korniki bezskuteczniebo świętych jak owoc przetrwalnikdziecięctwa i starości nieznośnejkorzystniej jest pod kasztanowcem pożółkłym umieraćniż baobabem w kopcu termitówkorzystniej we własnym grobowcu pomieszanych pórzakwitać i symbolicznie i realniedla młodości wciąż i wciąż niezmordowanie
>>>Na ostatnim piętrze kamienicyjuż pod okapem dachuwystawiono na zewnętrznym parapecie kuchennego oknaklatkę taką jak dla papugjest późny wieczórmrowisko megalopolis konurbacja molochw świetle kuchennej lampymożna dostrzec w klatce dwie sylwetkinie, nie ptaków lecz miniaturowych ludzisiedzą uwięzieni naprzeciw siebie na swoich żerdkachtylko jedno okno jasne w tej kamienicydekoracją dla dramatu pretensji i wyrzutów sumieniadojrzali ludzie na hamletowskiej sceniejak w swoistej budce suflera na tle księżycajest bezwietrznie i duchowo dostojniena tle poszumu miasta brzmicisza słowa cisza słowa słowa słowa słowasmutek smutek smutek anioł nocy wielki jak kamienicapojawia się na secesyjnym podwórzuzabiera z okna klatkę karłowatych ludzigdy mrok zalewa ulice miasta wielką powodziąanioł brodzi pomiędzy budynkamitrzymając klatkę-latarnię ponad dachamisuknia anioła świeci podobnie jakźródło światła w człeczyn rozedrganych szeptachwspomaga wszystkich płynących resztką siłku mistycznym snom
>>>Skradnij czas czasoprzestrzeniprzestrzeń będzie wtedy niebotycznajak myśludaj się na szczyt tej niebotycznej przestrzenirozglądnij się wokół i zobacz krzyże, które pogubiłeśzobacz kamień grobowy, swój całun i ślady krwiodnajdź tam coś, co ci się należy– okoliczności twojej śmierciz tej perspektywy radosne jak narodzinyśmiało sięgaj więc po niąa do skarbony zadośćuczynieńwrzuć czas swojego ja przed i poskonstatuj więcczas czasoprzestrzeni tak naprawdęzbędny jestw myśli twojejzbudowanej na ogólnej teorii wszystkiego>>>
Są takie tygodniesą też dni,gdy słońce czerwonestaje się czarne,a tyszybko znikasz jak płonąca zapałkai już prawiezmieniasz się w ogarek i węgielchociaż jeszcze wciąż przypominaszsłońce białeinnym i sobie>>>
Stygmaty przyjętewieczór zmienia się w ciemną nocjestem kwiatem lotosu przez chwilęjestem mistykiem z Mesety konno zdążającym do El Rociojestem słynnym chrześcijańskim Wandalem z Polski,co przewędrował w gorączce Europętym nielicznym, co osiadł w Andaluzji dla zmyłkimiasta pomijam arabskie jak pomijałem gockiepomijam wypalone bezbożnymi rewolucjami przedmieścia i twierdzeskupiam się na katolickich hacjendach i wioskachjest jedna wioska uniwersytecka, którą zdobywam z marszupo maryjnej modlitwie w rytmie flamencowciąż krwawię powracając Drogą Jakubowąprzez Galicję do Krakowawyzwoliłem Hiszpanię islamską i republikańskączas na prawie postpapieską Polskęktóre nacje odpokutują bezczeszczenia historii?które poniosą jej glorię?które rany się zagoją, a które nie?Królu Chryste!jestem przecież błędnym rycerzem zakochanymw idei i obłędnej Dulcyneiw opinii twórców mydlanej operyi awangardowych przedstawień ulicznychszaleńcem kosmopolitą jestem a nie mistykiemu jednych i drugich nie zasługuję na pointę świtua ja przez noc biegnę dalej na Ługańsk celtyckiczekają Filipiny, zagrożone Filipinypomijam Rosję z Mongoliąpomijam Mandżurię z imperialną Japoniąnoc trwa we mnie tak jak strach i buntbiegnę słońcu naprzeciwmoja Mikronezja, moja Polinezjamoja Kalifornia hiszpańskawita mnie w El Pueblo de San Jose we łzachdocieram do sedna lamentacjibiegnący po falachbiegnący po falach eterupowracam echem do Rynuna już i wciąż polskie Mazuryodzyskuję znów władzęw starożytnym plemieniu i omdlałych nogachchoć dusza rogata nie jest płazem Mesetydusza ssaka uchyla kapeluszapozdrawia wszystkich na rynkachdusza powraca ze mną dumnapomijam wandalski magistratpomijam ostatnią warownię sarmackąpomijam ostatnie polityczne wydarzeniawchodzę na swoje podwórko zwycięski spełnionyod zgorszeń krwawią jeszcze tylkopowierzchowne na głowie ranydo rana się zagojąpomijam ból, akceptuję go ostatecznierany w głowie samej otwarte brzaskiempozostaną na zawsze>>>
Gawęda jest cieśniną morskąa przesmyk niespodziewany bełthomeryckim eposemw tradycji zmartwychwstań sięgaj po słowasłowa są przejściem do nowego światachcąc wytrysnąć pieśnią harfy pamiętaj wszako Charybdzie i Scyllio Helle co spadła z boskiego skrzydlatego barana nad Dardanelamio ryczących czterdziestkach za Hornem i Cieśniną Magellanazanim zatoniesz w myślacho Kolchidzie, która stać się może twoją Arkadią w siecio internetowym złotym runieorficki mit zmień historyczną epopeją wylanych łezi ucisz śpiewem zagrażające menady na zawsze>>>
Wezuwiusz głowy dymierupcja już się rozpoczęław sercu Jawyczas wstać od biurka i pójść do domuzanim zgaśnie światzanim zniknie jego tłozanim realności zaleje lawa ułudy prawdzanim słowa znikną w tufie rutynyzanim z wierszy pozostaną Pompejezadymione zakopanepowszedniości skamieniałe i nierozpoznane ofiary>>>
W skostniałym stanie podprogowych zamierzeńukrywasz swoje zdobywcze zażenowaniewidzisz ją w białej sukience, krótkiej, obcisłej, rozciętej z tyłuona nastoletnia w białych pończochach i bucikach jak Kopciuszekstaje niespodziewanie w oddali pod lasemna żużlowej drodze prowadzącej do miastajest jak uosobienie percepcji powabu pobalowej ciszyty w samym środku wojskowego poligonu na wrzosowiskachmęskim znojem przewodzenia umorusanynagle zrywasz zasłonę skostnieniaostatecznie demaskując swoją pozycjęporzucasz broń, wydostajesz się z bojowego wozubiegniesz do niej depcząc chrzęszczącą ściółkę i kwiatynie bacząc na swoich podwładnych i dowódcówz zaczerwienionymi policzkami pędzisz co sił w nogachwbiegasz na linię strzału ćwiczącej kompanii piechotygdy mocna żylna czerwień i techniczna bielprzechodzą stopniowo w malarski błękitpadasz przed nią i oddajesz jej bohaterstwo przodkówa ona ujmuje w delikatne ręce twoje opłakane zażenowanieodkrywa dla świata potomnych tą samą starożytną historięzmienioną w mit>>>
Powiedziałaś stojąc na moście –ciekawe czy, gdy wskoczę do rzekibędziesz mnie ratował?ja powiedziałem –po cóż masz skakać?czy to Wrocław, Warszawa, Poznań czy Wyszogródrzeka wszędzie taka sama!zaniesie cię w to samo miejsce –w moje ramiona –Świtezianko dziewico ważko lotnawestchnęłaś ciężko i skoczyłaśpatrzę jak nurt cię unosiw swojej czerwonej kurtce znikasz powoliw falach spienionych kłamstwami dninaszej rzeki miłości i samotnościtutaj nie ma innychpal go sześć kacie!czekaj Polsko, skaczę!>>>
Poniekąd serce jest zdruzgotanea obrót sprawy trójwymiarowysłowa stają się wtedy kwiatem kubistycznymjak twarze ukochanemówisz poniekąd a nie chceszzaglądnąć w otwartą klatkę piersiowąw tą przepastną studnię życiaserce tam bije dla ciebie nawet zdruzgotanekrajobraz ciepły otacza twoje zimne myślizastanów się nad sercem marsjańskim fowistycznymledwo i poniekąd zatrzymujesz siędla uwicia gniazda i wbicia gwoździaw dębowy blat stołu,który stoi na wydmie nad jezioremspalony w części a twoje sumienie pod nimjak pusta butelkaniedopita, półpełna, błyszczącaponiekąd i nawet stworzyłeś hybrydę słońcawłożyłeś ją do klatki piersiowejjest jaśniej, prościej, miłośniejlecz czy ku przestrodze mężniejdawne legendy z jezior nie wypłyną samena powierzchnię porannym braniemskupiasz się w sobie na celu na zawszeale opowiedz o śmierci płaskiej jak wernisażopowiedz swoim dzieciom niech nie błądząi wyjdą spod stołów nieśmiałościodnowiony serdeczny uścisk i dotykniech będzie jak zmartwychwstanieokrągłe pamiątki po policzkachprzytulone do wewnętrznej cieśni dłonijak czar nocnego spotkaniaodźwierny sali operacyjnej zamyka klatkę piersiowąjest czas na sen twój i dzieci twoichw szuwarach płacz błaga starca byodnalazł matkę i babkę potrzebne do śmierciSzymon pomaga twojemu starcowi otworzyć oczy,gdy w letni poranek nad jezioremtrzymając dzieci za ręce stajesz nad samą wodąby zaśpiewać hymn kwiatów ostatecznymiłość starca łka w szuwarachstarzec patrzy błagalnie i milczyskąd tyle wierzchniej krwi w łodziach zwycięzcówi czarnego poblasku wód płodowych nieodgadnionychwtedy nie bądź determinantą spojrzeń ostatnichlecz pierwszych najdojrzalszychponiekąd wydmy klepsydry nie są odwieczne – ty takoto poranek dzień trzecinad sosnowym lasem przelatują łuszczakikolorowe łuszczaki Kandinskyegozbieraj powoli nasiona dla nichobsiądą cię niebawem – musisz zareagowaćpodarować ziarno ptakom cudakom –to wolność – serce ci zostanie na zawszechoć lutnia połamana, choć połamana harfałkanie nie zamilknie w szuwarach,gdy ledwo ucichnie dzieciństwo,gdy ledwo przeminie starośćspójrz słońcem, pokochaj słońcem –wszystko pod słońcem jak tyzdruzgotane>>>
Cóż ja mogę uczynić dla ciebiemoja droga Urszulkowieczorną porą niesłychanych wspomnień dniaczekasz na mnie po drugiej stronie wielkiej rzekioch, gdybym był wielkim jesiotrem?!och, gdybym był młodszy, dziewczyno?!między nami rzeka jak Bajkał a ja zamiast rybich płetwmam czołgowe ciężkie gąsienicejak mam się rzucić na ratunek twoim o mnie wyobrażeniomcóż mogę uczynić moja droga Urszulkowieczorną porą niedomkniętych modlitw i otwartych snówwołasz mnie przez kanion wielki jakgeologiczne ery nieznane dla udomowionego psaoch, gdybym był kondorem?!och, gdybym był młodszy, dziewczyno?!oto dziki kanion jak peruwiańska Colcaa ja zamiast skrzydeł mam na ramionach piór tatuażecóż ja więc mogę uczynić dla ciebie w pąsach całejmoja droga Urszulkoa może w zastaw napiszę tren ku pamięcistworzeń nieprzystosowanych biologiczniedo pór wieczornych znikających pożądaństworzeń skazanych na nienasycone spojrzeniaw rozgwieżdżone niebo, które może byćzaledwie jednym gwałtownym haustem miłościzakazanym i dławiącym dla reliktów zmysłowychale odświeżającym dla serc>>>
Siedzieliśmy obok siebiena przednim siedzeniu autaona pierwsza przysunęła rękę do mojej rękirozpartej nonszalancko na fotelu kierowcyczekałem w napięciu co zrobii dotknęła w końcu swoim małym palcem lewej dłonimojego małego palca prawej dłonipo chwili wciąż patrząc przez szybę przed siebiesplotła go z moim i lekko ścisnęławtedy nagle jakaś burzarozpoczęła się przed nami na szosiea może tylko w mojej głowiejakby ostatnia sekwencja filmu „Czas Apokalipsy”bombardowanie dżungli, wybuchy napalmueksplozje, płonący monsunowy lasszybujące w powietrzu fragmenty szałasów i chatkamienne świątynie całe w rozbłyskachatawistycznych fajerwerków mistykihoryzont w ogniuludzie w ogniuMekong w ogniutrwało by to nie wiem jak długo,gdybym nagle w przerażeniuzamiast grozy bezustannego,bezgłośnego dywanowego nalotunie poczuł swojej własnej głowy,która rytualnie ściętaspadła z karku wprost na moje kolanaa może to nie była moja głowa?>>>
Kwiaty w moim ogrodzie niesamowite i dzikiespakowały się, wyrwały korzenie i wyruszyły na północjak łowcy, jak wędrowne ptaki, jak wiatry halneco na to piewcy przyrody piękna, poeci nasi: Asnyk, Leśmian, Tetmajer?powaliły na ziemię mnie zaspanego nieco strażnika Edenupodeptały moje skostniałe konstytucje, kodeksy i zwyczajenizinne i górskie, morskie i arktyczne, scjentyczne i ezoterycznekwiaty w wojskowym szyku wyruszyły nie na straceńczą migracjęlecz na podbój, na zuchwałą wyprawę na północ jak tatarskie hordyz bramy Karpat kierując się na swobodne polskie pojezierza i równinyco na to orędownicy czynów wielkich, wieszczowie nasi: Norwid, Mickiewicz, Słowacki?kwiaty mojego ogrodu zrzuciły kajdany epoki i mojej struchlałej opiekiwyzwały na pojedynek epicki świat bukolicznych pejzaży,oklepanych myśli i spowszedniałych narodowych uczućco na to walczący o sprawy wielkie, nasi królowie, hetmani, przywódcy?kwiaty wielokolorowe już szturmują mury bluźnierczej Warszawybronione przez obłe wijące się na blankach robaki nie z tej ziemiwyzwolone bożych nakazów poetyckie kwiatychcą ułożyć z siebie prawdziwe niezniszczalne tęczena wszystkich stołecznych placach na cześć Zbawicielachcą rządzić w kraju słowa z żywymi zbuntowanymi dziećmico wtedy na to: Dąbrowska, Szymborska, Gretkowska– dzieci i piór ciemiężycielkiczy powtórzą znowu za Sokorskim, Putramentem, Żukrowskim?„Bo widzicie – wiersz człowiekowi musi pomóc i głód znieść i smutek,i pomóc socjalizm zrozumieć – takim jakim będzie”no cóż, ale wtedy socjalizmu już nie będzie… jeżeli ostanie się człowiek,co będzie jak dziecko>>>
Dyktator Jaruzelski zabrał mnie i kolegówwprost z uczelni na mazurski poligon w Orzyszugdzie głównie wędkowaliśmy i zbierali w brzezinach kaniea w wolnych chwilach szydziliśmy prywatnie z komuny,której opatentowanym wynalazkiembyło publiczne szyderstwo z solidarności i wolnościnamiestnikowi Jaruzelskiemu i sowieckiej generalicjido głowy nie przyszło,że kokony lasów i kolebki jeziorz filozofów platoników nie żołnierzy a monstra wykołysząpożerające w dialogach kapitanów reżimujak Polifem jednego po drugimi nie będzie miał kto kontynuowaćprzewielbionego wojennego stanusam byłem zaskoczony swoim łakomstwemnie tyle gargantuicznej bestii co zamaskowanej larwyw końcu poczwarki Sokratesa doczekały się imago,które przeleciały nad pustym już poligonemz tym samym kpiarskim fasonemjak Su-27 z białymi gwiazdami na skrzydłach>>>
Za tyle ckliwych pieśni moichzłożyłaś mi na głowiewieniec z majowych konwaliiuważasz ją za wręcz pomnikowyarchipelag wspólnej samotnościja wieniec za atol uznałemokrążam go z lubością myślamipłynąc z pacyficznym prądem jego zapachówwokół tego leśnego tuwalu pieśnią halsujęchcąc przedostać się do laguny miłości naszejzapomnianej przez cyklony i burzeprzesmykiem tożsamości sercz codzienności rozkołysanejdo ostoi twojej cichej wdzięczności>>>
Zerwał się wiatr wolnościprzeleciał nad poligonem próżnościodwieczne wrzosowisko pochwyciło chustę błękitną niebazatrzymało armię w powijakachwiatr zaniemówił ucichłprzestał mleć ozorem swobodyzakutany w chuście razem z armiądziwnym zaiste żołnierzemwydając sięchciał przylecieć do miast,które istniały już w czułkach pszczółwielkich pań kosmicznychale opadł z sił pod ciężarem kulrozpłakał sięłzy wiatru spłoszyło odliczanie dniludzie zbrojni nie zaistnieli w darni wrzosowiskwiatr skupił się na czarachgrzyba wyczarował na koniecatomowegoale to nie był prawdziwy koniecludzie podrośli w skowycie bytu zastanegona bacznośćszał ogarnął wiatr,który był też staruszką z chrustem radioaktywnymna plecach jak to bywa u nas wiedźmą-szpiegiemarmia rozważnie uwolniona na koniecarmia ruszyła rozproszona na koniecświata>>>
Bądźmy razem na tym uroczyskunie opuszczaj mnie, gdy wokółpowalone drzewa i bór pełen grubego zwierzabądźmy jak dwa ostatnie gigantyczne dębyty w Ameryce, a ja w Azjizjednoczone zanim rozdzielił kontynentyprzesmykiem niesmakuostatniej woli meteor i przeżyliśmychłód spotkaniachłód wyznaniachłód rozstaniabądźmy razem w naszym uroczym mateczniku– Europiegdzie dotarliśmy wyrywając korzeniezmartwychwstałej rodziny ludzkiejwciąż szukającej kamieni zwalonej wieży Babelna uroczysku zapomnianym, zamulonym potopempięć z dziesięciu części legendyjeden z miliarda symboli –Kain zapatrzony w dym rozsnutykorzenie wielu drzew, zbyt wielupotrząsające tobą, potrząsane z ironiąpo zmierzchu rozryczany bórjak zakleszczony w żeremiu bóbrpłacz nad losem płowej części stworzeniagdy będzie wreszcie zakazana odwilżlodowiec skromnie ściśnienadobne kamienie łez i je uszlachetnity jesteś Afryką samą w sobie jak ideaw pełni westchnień księżyców odnalezionychodgarniasz znad biegunów oczuwszechobecne korzenie jak kometyspełniasz prośby oczekujących wyspbądź ze mną, gdy ołtarz wzniosę tobiebądź ze mną pierwszego dnia nowej ofiaryna uroczysku Enceladusagdzie wyrzucę z siebie miłość skostniałąw ostatniej dzikiej eksplozji>>>

Medytacja? wieczorna?nie, tylko nie medytacjaani zen, ani joga! tylko nie to!maszkarony Sukiennic lub Notre-Dame ze snówto nie są demony świątyń Orisygalicyjski chłopak ze słowiańskim rodowodemowszem wywiódł swoje geny z Indiiowszem ma kolegę w Ćennajowszem lubi grę na sitarcórki Ravi Shankara Anoushki – tak!ale, zapamiętaj to raz na zawszenie medytujenie wydobywa dźwięków Omnie powtarza mantr za guru Harrisonem:Hare Kryszna Hare KrysznaKryszna Kryszna Hare HareHare Rama Hare RamaRama Rama Hare HareMarihuana Anabo?bo przelał w dzieciństwie krew, pot i łzydla myśli, której na imię prawdai wie kim jest i kim nie jest,i że jego Bóg nie ma trąby słoniaKontemplacja? wieczorna?nie, tylko nie kontemplacjażadne tezy Lenina!, a tym bardziej myśli Mao!tylko nie to!rewolucyjny rock`n`roll z jego szkółto nie to samo co atak na opustoszały carski pałacowszem z ludem i dla luduowszem z Synem Cieśli na krańce świata – tak!ale, zapamiętaj to raz na zawszenie kontempluje nieśmiertelnych tez Stalina Che Kimanie zagłębia się w groby ich świetlistych myślinie powtarza jak inni mantro ofiarach komunistycznych uszczęśliwiań:65 milionów w Chinach20 milionów w ZSRR2 miliony w Kambodży2 miliony w Korei Północnej1,7 miliona w Afryce1,5 miliona w Afganistanie1 milion w Europie Wschodniej1 milion w Wietnamie150 000 w Ameryce Łacińskiejplus 10 000 ofiar międzynarodowego ruchu komunistycznegoi partii komunistycznych niesprawujących władzybo?bo przelał w dzieciństwie krew, pot i łzydla myśli, której na imię prawdai wie kim jest i kim nie jest,i że jego Bóg nie pochwala zabijania świętych poczętychTylko dzwony i ptaki medytują na swój sposób dźwiękiemnad niewidzialnym powietrzemmaszkarony i ludzie doroślinie medytują i nie kontemplują pustkiowszem .. cierpią własne jestestwoi sąsiedztwo wszelkich guru półanalfabetów genseków –on sąsiedztwo zwłaszcza – tak!>>>
Wierci się i kręci jak fryganie może usiedzieć na miejscuod tego tańca i swawoli iskierciepło rozchodzi się po całym gnieździetwoje niebieskie wyobrażenieoto one, roztańczonewizje raczej czy na pewno?wizje – takobrót w lewo, obrót w prawo – senjej oczu modry efektna pewno i szalone ulewy niespodziewanych łeztak – potem piorun kwintesencja ciepłabłysk złamanego skalpelarozcinającego korpus tego, co już nie ożyjeprzejrzystości Wschoduobrót w lewo, obrót w prawowierci się jak wrzeciono i wiertło światłażywy nartnik jak zjawa w strumyku pod drzewemzestawia kręgi w potop odwróconych chmurdzisiaj ona jest najważniejszaona, która przyszła ze snówpłonąca kula wierci się jak frygastary dąb rozpalony piorunemtwardy rdzeń i próchno w starej dziuplikora okrywająca ranę – niebieskie pragnieniepo infekcji i wiwisekcjiżar kręci się jak frygaspala gniazdo przypadkowej sowypozostawiając odwieczność i nobliwośćw tajemnicy tańca dzieckaco jak żywe srebro zaginęło w pamięciodnajdujesz złotą kądziel –jej pierwowzór>>>
Są w duszy pajęczyny nośnedla Bogaale człowieknie jest w stanie nimi go unieść– zwykły człowiekpajęczyny człowieka pająkauniosą Wszechświat jak bajkęjednak nie udźwigną samego Bogamusisz być człowiekiem niezwykłymalbo zrezygnowaćtylko w kosmosieniesiony niesie siebiewięc odleć i opleć duszękosmosem energii prawdziwej wiarypajęczyną znośnądla ciebie i Boga wraz>>>
Według dziennego utargusprzedałem siebiewiośniestrzec utargu terazwypadastrzec zazdrośniemerkantylizm mój naiwnyscementował irozjaśnił notabenewiosenny serwilizm mójnieskazitelnieoddałem prześmiewcom haleprzebudzonych świstakówpełne krokusów symbolicznego koloruuduchowionej mękii wyrwano im języki jak mniena przyprawę bezcennąto i ja zamilknę z utargiemsomnambulicznym wstydliwiejak bez>>>
Szaro buro ponurowiatr szarpie struny marcowego deszczumelorecytując słowa ostatniej elegiideszczu, który spada na ciemną stronę przedwiośniapapierosowy dym oplata pooraną bruzdamitwarz egzystencjalnego człowiekasamotny Samuel Beckett siedziprzy stoliku w paryskim bistro Au Bon Coinstalowy wzrok wbił w szare jak mgłalitery biało-czarnej gazetypodchodzi do niego Skarganachyla się i szepcze mu do ucha– coś o prabóluBeckett dostrzega topór wbity w chmuryi widły wbite w ludzischody i uliczki Montmartretoną całe w powstańczym nastrojukolejnego beznadziejnego polskiego zrywuBeckett odwraca się i mówi –nie tylko ród Skarg pochodzi ze Wzgórza MęczennikówSkarga wyjmuje nagle dwa tablety z pod kurtkitrzymając je w obu rękach jak Mojżesz kamienne tablicepokazuje Beckettowi obrazygalicyjskiej i wołyńskiej rzeziza dotknięciem palca magaukazuje znów sceny z holocaustu Ormian i ŻydówBeckett z błyskiem w oku mdleje i osuwa się pod stolikSkarga odchodziw górze kołuje chmura mokrych i głodnych gołębi,gdy znika za załomem muruwchodząc do bazyliki Sacre Coeurszaro buro krwawoktoś, chyba wnuk właściciela bistrowidząc leżącego Becketta krzyczy –pomocy, wezwijcie pomoc medycznąSkarga już tego nie słyszywołanie zagłusza sygnaturka –dzyń, dzyń, dzyń… to podzwonne dla stanu wojennegoBeckett przytomnieje i się uśmiecha>>>
Purpurowy zmierzch nad rudymi głowamisążniste eklektyczne zadufania faraonów Wschoduw miarach płaczu, śnieżnego płaczukorygujące emocjonalne ekspresje,które w ciemnościach dowartościowań doceniąheraldycy i magowie władzyjest krewki zmierzch ponurynarowisty ruch spod zwieszonej głowy bykanim stymuluj tą ciszę przed bitewną burząlub tęczą, czymkolwiek nieludzkimłany kos jak błyskawice buntuarmaty jak zwiastuny płaczupo zakończeniu epoki narodowych wojenwciąż stoją na chmurach z końskiego włosiai cóż z tego, że skomlenie rudych psówprzypomina jęki rannych nieznośnew trzewiach zadufanych łoskot lawin ich krwity mogłeś zdążyć przed holocaustemmogłeś zdążyć, nie zdążyłeśrozlała się purpura tyryjska i karmazyn jak poematrozlała słodycz wojnysłodycz co zabija myśleniew sercu znoszonym jak zbroja krzyżowcazawitał pelikan kierowniczego samobójstwawraz z wysokimi zamiarami nielotnych eliti niskimi pobudkami minorowych zabijakówoni razem wytrwali do wieczorakwaśnego jak ocet siedmiu złodzieiskomlenie i łoskot otoefekt zamieci najdalszych śniegów indygoodwiecznych jak płacz aniołówzmierzch oświecenia gilotyn i bogów caratunie skończył się szybko i trwaz dogłębnych zachwyceń we własnym rodziebędą spadać wciąż czaszki i kościjak z pinii szyszkii nie pomoże nadworny fotograf szachauwieczniający przedśmiertną rodzinę dumyzakapturzonych zwiastunów piekiełzmierzch rudych władców sam hegemonemnocy i dnia>>>
Myśl to nawetco skacze jak pagórki odwieczne,które toną w morzach jak morwy?a może nawet to nie myśl,która drży jak jagnię ofiarne?Gdy myśl już okiełznana wydmą pustynia w toni pagórki zważone na szalachponiekąd nawet to omal sercei pagórki rozpłyną się w morzach pustyńale nie miłość – co więcej>>>
*Zdrajca*Gdy kur zapiejeznajdzie się i zdrajcakur najprawdopodobniejwie ktoi ten co zapyta– o, kur, a czyj to?>>>
Jak to czasem bywawąż kolorowy koralowywypłynął z szafy byzawisnąć na lampie– tak, tak, wypłynąłsłuch absolutny zadziałałprzez radary uszuujawniając szmer lotnego ślizgu wężaszafa zmieniła się w pianinoktoś zagrał nokturn jak deszczzawieszonych w powietrzu złych łezJak to wtedy bywawąż kolorowy koralowynie mógł mnie ukąsić,gdyż trzymałem go na końcu pędzlajak lewiatana na uwięzina wyciągnięcie rękiowinąłem go nawet wokół skuwkizmieniłem światło i nastrójbył dojrzały sierpień w moim ateliergłodny sierpień pożądańprześwietliłem szafę szukając kobietynie znalazłem jej pasującej do wężarównie kolorowej tej perłowej zgubyznalazłem za to koronę głowymyśl zbawczą lata>>>
W każdym twoim płatku pulsuje kreww sklepieniach słupkaiskrzą nerwy gotyckiej katedryprześwietlone pręciki to tętnice wokół sercaja mnich poruszam językiem i ustamiszepcząc kwietną modlitwę trzmieladelikatny zapach pożogirozchodzi się w całym kielichupo uderzeniu pioruna zmysłówledwo zmysł skarci nos i wargia już światło pobudziwszy oczyspija nektar sumieniaświatło wewnętrzne rajuliże mlaszcze ssieskąd światło?skąd krew w płatkach?skąd zalążek owocu?twoje zauroczenia oddaniasą trzewiami kwiaturozlega się szmer pożądaniapotem stukot samych obcasóww końcu tupot butów spełnieniabiegnących przez nawę głównąja mnich trzmiel usłyszawszy głos sumieniaoto rodzę się w tym piorunie i nadchodzęby wywołać owoc i zwabić niebiosaunieśmiertelnić piękno twoje>>>
*Własna Rezurekcja*Miłość, która zawszeczuwa w tobie i we mniepo trudach czuwaniaodnalazła nasodżyliśmy, odzyskaliśmyto co uzdatniado wspólnegoOgrojca Golgotyale do własnejRezurekcji>>>
Zza gór rozleniwiającej wesołościprzychodzi melancholia jak sposępniała armianiezmordowani zakurzeni hoplicipo marszu dziesięciu tysięcyw twojej zatoce przytulnej znajdując wytchnieniemelancholia pośrednio zasmuca a wprost rozbrajawięc będziesz liczył żołnierzy od dziśtych wojowników i rycerzyw lśniących nad brzegiem zbrojachjeszcze żywych acz opłakanychbędziesz sprzedawał im bilety na statki powrotudo niebiańskich rodzinsam pozostając na plaży uchatek i foktej pustej plaży za kołem polarnymgdzie tylko kości i kamienieni żywej duszy ni twarzy spiętejjeszcze wczoraj wieczorem gwar uczuć ranił twoje uszyod świtu starałeś się uśmiechaćod śniadania resztki grymasów odkładałeś na krawędzi stołutakich niedokończonych pochlipywańnazbierałeś wiele z kabaretu Sądny Dzieńmelancholia jak tandeciarski tupot mewna pokładach odpływających okrętówzabierających na śmierć drugą obnażonychintymną w pieleszach pamięciszczęk broni i zbroi jak te lśnieniaurojone gniazda i domy uciekające jak słońcaznajome krajobrazy spadające w horyzont smutku potwierdzeńwizje wypalonych rodzinnych miasturojone utraty miłości ostatnichto melancholia czy już żałoba?>>>
Za pan brat z cieniem aniołamój cień– tako rzecze rzucającyzewsząd narzekania na brak poprawnościdlatego zawsze należy iść przed aniołem>>>
*Zaraz pominę czczą lirykę*Zaraz pominę te błędybłędy w myśleniu i słowachuzewnętrznione w poniżaniu bliźnichpominę je i wydoroślejęw wieku średnim zejdę z portretu cara imperatorazamienię się w krzyż (MO Jak) na drogęi umieszczę się w zreformowanej szkoletam jest moje miejsce nie na akademiitu pominę zbędną edukacjęi niektóre książki o leśnych ludziach indianachzepsuły mi humor i dzieciństwo swą klęskąjuż dorośleję, więc czas ich się skończyłZaraz pominę zauroczenia ludzkiewszelkiej maści wszelkiego sortujak gitarzyści i hokeiści pomijają trafnośćpominę niektóre bilety do kinaczas wydorośleć – mówił tak spowiednik i trenerporzucę kopaninę i zjazdy na linachbłędy stania za benzyną i cukrembłędy moich zjednoczeń z tumanema w klasie pierwszomajowej z pierwszorzędnymi dziewczynamimyślenia jak myślenia pominę wypaczeniapowieszę swój krzyż na drzewie prawdytak będzie najlepiej, a jakżena dębie pomniku ożywionej przyrody
Olśniłeś czasy swoje materialnejesteś przed światłemzbratałeś się z iskrą bożąwielobarwny kret wodoru i heluzanim zgaśniesz jak cień ideałuanioł ujmie cię aurą przeczystościpocałuje w czoło z atencjątak jak się całuje popiersie Nefertitii wyrzeknie to czego ty nie mogłeśwyrazić w fotonach –za pan brat ze światem aniołównie można być o miłość żebrząc ciąglew bramach świtów i zmierzchów,zejdź ze mną z tego rydwanusłońca eksplodującego bezustannieza jedwabistą rękę pośmiertną poprowadzę ciętam gdzie cień rozpływa się w poświacie swobodyi rozgnuśnień błogichjak westchnienia boskiej Aurory,dopełnień majestatu nieskończoną energią duchazaznasz gasząc termojądrowe słońce>>>
*W przestrzeni sennych lasów*Sugeruję, że dzisiejsze starcie gwiazdw przestrzeni sennych lasówbędzie podobne do bitewnadmorskich mikołajków po zmierzchuto tylko sugestiaz doświadczeń wysnuta i z przemyśleńkiedy lasy krążyły po niebieja już krążyłem po świeciemoje kolorowe ptaki padały jak meteoryna to, co zostało z galaktyk wyśnionychbo ja wtedy byłem dzieckiemzapatrzonym w łąki tęczale kątem oka dostrzegałembitwy stworzeń drzewnych z zielnymijak brył bazaltu z iskramimoje serce wtedy nieoczekiwanieobrosło korą, stwardniałopodobny lasom wędrowałem w przyłbicy niebawychodząc na przeciw przyszłemu płomieniowi jaźniwydobytej z popiołów marzeńa nie stosów ponagleń mniemańpopioły, ech popiołyto tylko pozostaje z mojej Mlecznej drogipo każdym nocnym starciu lasów nocyporzuciłem morze dla zenitu samego niebamorze wszystkiego, co płynnewszystkiego, co rozkołysane i falujące w nicościOcean Burz z zatoką rosy w moim sercuMorze Wilgoci, Morze Deszczów,wszystkie baseny uderzeniowe mojej duszygdy wszystko ucichło i zastygł ostatni dreszczzmieniły się w myśli życiodajny popiół>>>
Jej twarz wieczorna jest tarczą zegarakażdy ruch wskazówkijest śmiercią mojego zaangażowaniaw myśleniu o niejgdzie ja jestem?w czasie jej jeszcze czy poza nim?w ognistym cyferblacie byt ponadczasowy– jeżeli nie potrafię zatrzymać wskazówek?jej twarz poranna jest inną twarząto nie jest budzikto ostatni wspólny senny krajobrazzimnokrwisty koń cwałujeprzez inny wyświetlacz zegara zielony jak łąkazdejmij z niego cyfrypozostanie mina jeźdźca apokalipsy uczućokrutne są dzwony wieczornecmentarnych kaplic jakby wybijające godziny ostatniei płonące pochodnie w alejach prowadzących do nichjak stosy zapewnień podpalone na barykadzie ciałazegar miejski katowski na wieży ratuszaprzestaje oddychać na chwilęotwiera usta jak maszkaronwtedy ja wyłaniam się z ciszypomiędzy biciem jej sercawe wnętrzu dzwonu i echemjak Mojżesz osłupiałyodnajduję się w czasie wypełnionym odpowiedziamiz pocałunkiem niebieskim odciśniętymna wargach, które już spłonęłyjak chwila mojego zaangażowania>>>
Deszcz z jasnego niebana spragnioną słów ziemięniebo jest we mniespragniona ziemia w tobiesłowo boże pomiędzy namiale czy deszcz wystarczyna to pragnienie?>>>
*Nadpragnienia*W Bogu prawdato jest tak celowe i tak bezbłędnejak ty ze swoimi nadpragnieniamijako wizerunek ważniaka na tysiączłotówceich zbrojne stolice w kwiatach marszruta ty zbytnio przemundurowany jak na swój wiekw sercu niesiesz sztylet miłości a nie granat portfelawiele rozgwieżdżonych czół bez przyłbictakich jak twoje będzie niebawem poszukiwaćrozjaśnionych placów zbiórek i musztrnie zakończy się to na poszukiwaniurozświetlony korytarz arkad sztukzostanie przedłużony w nieskończoność bezpłatnietędy pobiegną żywe stworzenia wyidealizowanea deszcz jak mgła, jak śnieg zagra role dekoracji, ornamentutamtędy stukający pociąg przywódców przejeżdża jużnie stój tak bezmyślnie, odsuń się od toruw malignie świateł pożądań miłość odkrywa prawdętam żywe stworzenie człowieczeństwem płaczejest jak ty – odsuń się od jego łąki ostatecznejsmutny cc haft, ścieg i koronka plusrękodzieło katapult, arkebuzów, armat i informatykówpo wielokroć podobne do człowiekacel w rozgwieżdżonych kosmicznych zwierzętachone całują twoje policzki, co nocudając smocze dziewczęta sprzed latzamiatasz pod dywan byle skrytobójcze bólezamiatasz łaknień rzęsamijest noc prawie, twoje palmy odeszły na leże zimoweokrutny barbarzyńca zgromadziłw koronkach żelaza i skórbłędnych rycerzy – zgonione wilki łgarstwidź na szaniec palm pierwszeństwa i poniżeniana szaniec miłości do twojej Juliiona chowa się jak dziecko w wigwamie bajekniechroniącym tutaj wśród złotych górpocałuj ją chociaż jak barbarzyńca nadpragnieniemwprost z banknotuustami sztucznymi jak slogan>>>
Czasy nie takie głuche i wibrującea ten sam nadjeżdża niebieski pociągpatrzę w dal niestygnącąprzykładam ucho do szyny drgającej jak strunawidzę sowę pustyni zbliżającą się do mnieod strony wstającego księżycatak, zupełna ciszatak, dusza wyłaniająca się z muzycznej czernito nic, że nie rozszyfrowałem tej duszy do końcato nic, że zgłębiłem jej tajemnice powierzchownieto nic, że nie osądziłem jej człowieka – to dobrzecóż ja mogę powiedzieć o ludziach westchnienia?o maszynistach precyzyjnych i sowach profesjonalistkachja trębacz pospolityja klubów muzycznych nie zakładałemani w Paryżu, ani w Tunisie, ani w Dakarzenie wyhodowałem sztucznej inteligencji z powietrza i ślinynie wydrukowałem ucha w trzy deani mózgu w piątym wymiarzenic, improwizacja, cisza, takie czasyucho własne przymarza do szynynic, improwizacja, spokój, drezyna mgłynieprzemyślana decyzja, melodia na miarę balladyczasy inne a ballada ta sama jak ideazwierzę o kocich ruchach ciche jak sowastoi obok, czeka na mój koci ruchjest już oniemiały wieczór, księżyc wzeszedł pełniąwszystkie pomniki roślin muzycznych ożyły w solówkachpociąg przyjechał i się nie zatrzymał, już nie powrócitory zmieniają się w rzekę nutznikają pod piaskiem jak rytm, jak pulssamotność prószy gwiezdnym pyłemna głowę psychologa kowala losuwykuwającego opinie o samotności innychw głowach tłumnie odwiedzających klubyszemrzące jak źródliska wielkomiejskich rzeknie czekaj gwiazdo, uciekaj lepiejzanim pochwycona przez nocy ptakaznajdziesz się w jego gnieździe zaimprowizowanych pisklątcóż ja mogę zaradzić sądom, cóż ja mogę wyjaśnićtrębacz ledwo genialnyledwo porywczy, ledwo niedościgłynie tak skrajny za dnia jak bezkresną nocągdy melodia cichnie pociąg niknie w szarościw dali gasną ostatnie światła rampyzabija je mgła, mgła co zabija inwencję niebanieba na blachach wagonów – solówkachmilczy dal i moje konkluzje milkną jak nieproszonejedzie już inny wóz, inny rydwanciągnięty przez tygrysy albinosyoto wszędzie można wpaść w przesadęozonowej dziury modulowanej poprawniedużej wprawy życzę w kolizjach sercowo-gwiezdnych skalwykaraskać się z nich to jak stworzyć niepowtarzalny utwórjestem w klubie sprawnych palcówmiotam się od stolika do stolikabrak miejsc choć mnogość rytmówniebieski pociąg poczynił tu spustoszeniawiększe niż biała lokomotywa w Krakowieserwilizm za barem na nicszatniarz w Blue Note okazuje się jastrzębiemjest dobra noc, śpi za wieszakami gwiazdja oceniam go nostalgicznie, ostatecznie nie osądzamjego dusza jest nieobecna dziśjestem rozedrgany przedłużającą się improwizacjąnie takim jak chciał odejściem do tematuchciałbym poprosić o kapelusznie ma kogo, nie ma po cobędę tutaj codziennie, jutro jużwyjdę z lasu tonalnego spustoszonego na piątej aleitam gdzie na bank rodzą się ludzie biednisprawny w namiętności zabiorę stamtąd zapasowe duszerozmienię je na alt i baspuszczę się pędem na mechanicznym tunezyjskim wielbłądziez warszawską rejestracją i krakowskim apetytem na hałasciągle wiosłując przez pustynię metalowych brzmień,która z lasem wystukiwanym nie ma nic wspólnegoz trąbki wydobędę w końcu zwinięty ręcznik z motywem plastycznymskopiowanym od Miro – konduktora odwróconego orienturozwinę przed światem zjaw ręcznik tworzonych naprędce prawi wzorzec mędrca w pieśni bez słówsynkopowego parowoźnika z Samarkandy>>>
To czekaniejest przerażające?więc powiedz –nie czekajmy jużpłyńmy ku światłości chwilotwierając oczyw przyszłości spojrzeńna obrazy naszychkosmicznych pragnieńostatecznych>>>
Skąd wiesz?co wiesz?jak wiesz?kiedy wiesz?dlaczego wiesz?po co wiesz?Który wieszJesteś>>>
Czas jest jak umieraniea twój czas miał być narodzinamipo śmierci jest życie to faktpodczas gdy czasjuż nie istniejewięc twoje narodziny gdziety już wiesz?nieśmiertelny>>>
Mówią, że ojczyzna w potrzebieby usprawiedliwić kolejnąwywoływaną wojnęa ty – nie bądź ani austriackim obrażonym cesarzemani jego rozprzężonym wielonarodowym wojskiemnawet czeskim Szwejkiem pośmiewiskiemnie przysięgaj potęgom ziemskim na wierność –w krwi przelanej darmow odrąbanej bezmyślnej głowiena oblicza tyranów wykute w kamieniuna chromych weteranów morderczych imperiówna zdeprawowane dzieci pułkutylko samemu sobiena wierność sercubo to ty jesteś w potrzebienajbardziejgdy ojczyzna cierpiprawdziwie>>>
Którejkolwiek bym nie spytałta zawsze odpowiada – dotyk, postaw na dotyknie na słowanie pytaj jużnie mównie odpowiadajnie milcz wymowniedotykaj ciszyduszą w niszydłonią w głuszywargami w manowcuideą w eremieokiem w sezamiedotykaj lepiejdotykaj mnietwój skarb>>>
Zanim dolecą strzałyzamknij okiennicezanim zamkniesz okiennicezamknij oczyzanim zamkniesz oczyukryj w dłoniach uśmiechstrzały dziewczyny z naprzeciwka,która właśnie pomachała do ciebie rękąlecą już tutajna twoją zgubę>>>
Ból jest sondą duszyjak rozkosz pochodząca z ciała?ten samopoznania skarbkamień drogocennykosztowny olej nardowyból co nęci i zniewalanawet nie tyle pątnicze sercapatrzące ze szczytów na uczuciai namiętności, popędy i porywyzmierzające wprost w przepaście niezaspokojenianieokiełznane świadomością w świecie muz,co niezliczone troski niekończących się dni i nocyniosą jak wiatr duszę ku wiecznym przestworomprzez dmuchawcowy świat ulotnyna zmartwychwstanieprzez rozedrgane, niepewne, sypiące siękombinacje budowli zmysłówku wierzejom niedostępnych dla nich śmierciświatów otwartych i zewnętrznych jak kosmossamopoznania niekończącego sięnieistniejącego w wymiarach bytu duszyten ból ciała pozwalana mistrzowskie przebycie labiryntu torturyodkrycie głębi samego życia>>>
Śnieg skrzy się iskierkamii faluje płomieniami zjawiskowej auroryna powierzchni ludowej zaspyzmrożonej tchnieniem kryptoniżowej zagranicyi zamiecionej śmiercionośną inwazją tumanuciepłe miejsce wycofuje siędo górnej polskiej zagrodyusadawia się przy domowym ogniskuwidnokrąg zorzy pozostaje czasokresememanacji braterskiej falizniewalającej kolorem i zimnemdo siebie przytulonychw pieleszachrozkochanych ludziciepło jest swojskie a wód zmrożeniana szlakach ciężarówek i jelenisą drogocennie obce jaksubarktyczny wiatr raniący jednakowokażdego zaplątanego w kolce różydramatycznie wystającejspod śniegu onego,co jak kompres ogrzewapulsującą resztką sił australnychkrew tutejszego zabliźnionego bliźniegoi jak gwiazda betlejemska prowadziowego wymierającegozielonego polarnego niedźwiedzia>>>
Jar gęsi –przechodzisz przezeńw oszałamiającym hałasiesurrealistycznych wizjijesteś oszołomiony skojarzeniamii przebudzonya już myślałeś, że ktośuśmierca twoje snyzmiany drugieja już myślałeś, że ktośuśmierca ciebiezagubionego w labiryncie nocyKrzyk gęsi –ty zapamiętałeś na zawszedla ciebie zbawczy– życia świt kapitalnyjak twój Brennus i Brutuskrzyk złowieszczyskrytobójczo bezgłośny– jar śmierci>>>
Pytasz czy znowu zaboli?cóż za dziwne pytanie zadałaśjest wieczór jak senkażdy taki wieczór musi boleća jeszcze z tobą wątpiącąsame pytania twoje bolącóż, widzę że zapomniałaś mnie juża jak zaboli, gdy zobaczę cię znowurano na jawieech, echpo to by za chwilę cię stracićna cały dzień>>>
Słońce nie jest demonemBogiem też nie jestczłowiek, który stąpapo jego promieniachdemonem bywaa Bogiem staje się tylko raz>>>
*Jam lekarzem*Jam ci lekarzem siostrobądź w centralnej przychodni w Koluszkach jutropostawię diagnozę i wygrzeję szałemsiostro bolesna zakutana w czułostek chustęjam ci w berecie komandos zaprawionyczuję kaszel, gdy zaczynam bojowe przemowyduszący mnie i nieobcy tobiechoć nie jestem zdrów jak pająk krzyżakbądź w samych Koluszkach jutroi tak przybiegnę kłusem, stępa i rysiąbędę z moim zwierzęciem z wieczorapostawię ci bańki i pijawki na ciele całymnajbardziej narowiste zwierzę napoję w twoich syropachi przywiążę do łóżka bandażembo jam ci lekarzem radykałemzrozum to siostro bolesnaklęczę sam nieuleczony,żeby to potwierdzić przed twojąrozgorączkowaną osobą>>>
*Ingrediencje*Ingrediencje w Watykaniea tort w Polsce sanktuaryjnejjest święty czas przemian pórsą okazje dla miast oddanychsą Dzierżykraje na krańcach światai ludożercy w orbicie Watykanutrzeba iść z żywymi, którzy pozostalii zasieki historii burzyćpodzielić się tortem z pobratymcamiKainami, co zbudowali wieże bałamutneoblężenie języków, tak, takingrediencje są ważnezaczerpnij je w kuriitrzeba z żywymi naprzód iśćtymi, którzy pozostalijesteś ocelotem porohówjesteś okapi zakopiańskimw Witkiewiczówkacha regionalizmy są siekierami, piłami, cepamii sierpamiingrediencje księża przyniosąw stułach na kresy zakazówi monolitami znaczone inne wiary>>>
*Iskra imperium*Jestem z niebios wziętystrącam z tronu nieświętychprzywódców albionów wszelkichdepczę takie albiony konglomeratyz widma, z pryzmatu, z haloz cienia w aureoli tęczyjestem z niebios wziętyalbion zimowy otaczający zakopane miastawydobywam filmami i malowidłamiz zadymionych zochylinna pustynny światmoje dzieło artystycznewykute w orzechowym drzewie wiewiórekśpiących w Syberii albionie politycznych zamiarówpogryzam podziemne arachidy jak oneolej uwalniam dla niebiańskich myślioto ja szczwany lis a jakże rudyoto ja po chwili cała płowa zwierzynaoto ja na pustyni okapi w fatamorganiewzięty z aureoli śnieżnej na szczycie Elbrusudla wieluz niebios zszedłem w tę zimową nocpo legendę mrozulegenda ukryła się w wiosce syryjskieja Syria już zagraża tylko samej sobiemoje halo górskie jest świętym znakiemnawoływaniem legendy prawejjak wybranie człowieka bez słówdo czynienia dobra Kurdom,Herulom, Estom, Bojom i Delawarommoje ziemskie skrzydła jak śnieg białemoje ziemskie loty ciche jak lodowieca góry moje wysokie ałtajskieco mi z wami jednoczyć się każe?w tęczy siedzibie mojryzakopanych ludów czekającychna iskrę imperium, która wyjdzie z Polski>>>
>>>
„PIOTR ZAPŁAKAŁ” – 2016
https://allegro.pl/piotr-zaplakal-alek-skarga-i7456151617.html#thumb/1
Jestem skromnym
świętym ptakiem
unoszącym się ponad Polską
od tysiąclecia z górą
a teraz już nawet
hieroglifem odkrytym
na berlińskim murze
powtórzę –
jestem skromnym
świętym ptakiem
polskim znakiem
odwzorowaniem wolności
na berlińskim murze
jak Jaksy brakteat
>>>
Powiedz, że to prawda, że łzy to skarb
nie skarż się, powiedz niełamiącym się głosem,
otrzyj łzy, powiedz
– łzy są okupem odzyskanej wolności
to twoja eksterioryzacja
ja nie stoję nad tobą
jak kat nad dobrą duszą
nie czyham na nie
mróz zamieni je w całe kontynenty
a może nawet w galaktyki i ciała niebieskie
takie jak kiedyś, gdy bawiliśmy się
w wojnę światów, a ty nie chciałaś być
Afryką ani Merkurym tylko Neptunem
a ja gwiazdozbiorem Wielkiego Psa tylko Ameryką
był środek lata
twoja sukienka stała się całkiem mokra
sami na planecie tortury
trzymaliśmy wspólnie patyk wbity w ziemię
jak dźwignię akceleratora
oparci o siebie, przytuleni w Dolinie Śmierci
nie wiedzieliśmy jeszcze czy wystartujemy
szeptałaś – powiedz, że jest jakaś nadzieja
na zestalenie, na zjednoczenie, na wielki mróz
a ona była w tęgiej minie kapitana,
gdy pociągnął dźwignię i ruszyliśmy
płakałaś ciągle w moich ramionach
niech Bóg nas prowadzi na Trytona
tam łzy zamarzną, uleczysz duszę i oczy
dostrzeżesz mnie wyraźniej stojącego obok
nie jestem kosmicznym fatum
chociaż wyglądam jak asteroida
jestem elegią gwiezdnej wolności zaledwie
przeżytych dni, przeczutych sposępnień
przegranych gier w te wojny światów
ty jesteś moim okupem a ja odwiecznym ukojeniem
choć nie mam już dla ciebie łez
tak cudnych jak rosa widzialnych bytów
odpadły jak sople z powiek, gdy patrzyłem
jak odlatywałaś z kapitanem wieczność
odpadły od oczu, od twarzy, od życia,
które zapadło się w moją jaskinię
miłości pangalaktycznej, ponadcielesnej
w całym Uniwersum nie ma już nikt
takich jak twoje diamentowych łez
>>>
Piękny sen nad Modrym Dunajem
smyczkiem posługujemy się jak rybą
zbliżamy się do Park Prater
z zegarkiem za dolara
piękny sen nad Modrym Dunajem
kopią już się nie posługujemy
kręcimy największą karuzelą dziejów
Turek wciska nam kolejne podróbki
na Mexikoplatz
karnawał oszustw trwa
piękny sen nad Modrym Dunajem
do Mohacza odpływamy by ratować Belgrad
ani przechodzonych aut ani śladu Turka
w Strigionium Szczepana strażnika rzeki
Kingi i Jolenty różańce wymieniamy
piękny sen nad Modrym Dunajem
kamienie spławiamy spod katedr
Batavis, Vindobony i Aquincum
z Carnuntum przez Gerulatę
do Seksaginta Prista
potem same toczą się
przez Razgrad do Warny
a tam razem nimi
Król Władysław rzuca się w wir spraw
nie chcąc być na dnie historii
i wstrzymuje jej bieg
przez to Morze Czarne wylewa
i mamy potop turecki zupełnie obcy
piękny sen nad Modrym Dunajem
zanim Kozacy zakołaczą do bram Stambułu
złupią i Warnę
nie zechcą im otworzyć
– to wielki błąd strachu
czajka staje się jaskółką
piękny sen nad Modrym Dunajem
chociaż cesarz zbyt światły
zlikwidował niektóre klasztory
i przywileje imperium
wpływamy na losy marzeń
gdy Janczarzy z kapeli Ivanoviciego
zawodzą po przegranej potyczce
zdobywamy za pierwszym podejściem
i Wiedeń i Stambuł
Morze Czarne jest modre
krew osiadła na kamieniach
dusze kupców i rolników tańczą walca na falach
zwycięstwo lud północy
wydobywa z piersi i pieśni
a my pierwszy raz oglądamy
perfekcyjny bazar owocowy
ryba i smyczek Turków niewolą
>>>
Ten śnieg jak ewokacja
i niegdysiejsze odejście przyjaciela
na bezpieczną odległość
poza zimy poprzednie
bezpieczniej w zaświatach?
bezpieczniej pod całunem?
– czekam w bieli – usłyszałem
– śpiesz się
co szepczesz – wietrze wigilijny?
– co szepczesz?
śpiesz się dziecino narodzona
śpiesz się pasterzu i królu
śpiesz się mój uczniu –
usłyszałem
przyśpieszone bicie serca
mojego własnego serca bez krwi
pod śniegiem
a głos przyjaciela był
wiatrem świszczącym w tarninie
gdy w kominie odezwało się echo
– czekam
strzepnąłem z siebie śnieg
– patynę życia
narodziłem się na nowo
>>>
Czas oderwać się od Trójcy ubogich
modernizm oto wyzwanie światłych
zbrojnych w otwartości imperialne trójzęby
nieznoszące sprzeciwu
czas poderwać się ze stadem brodzącym bez celu
w sejmach studiach uczelniach
polecieć jak szarańcza pocisków granicznych
do kraju pobliskiego
na pierwszy kongres międzynarodówki bogaczy
a potem?
potem rozbić się o okrwawioną skałę trój jedni –
wolność równość braterstwo
w przebraniu sędziego trójpodziału
jak Piłat skazać kogoś porządnego
dla możnych świętego spokoju
trójnóg jego symbolem – rzymski
cyniczny
>>>
Zatarg z komputerem
takie tam
małe poprztykanie
i nawet ani głupich bajek ani dziecięcych gier
mu nie wypomniałem
może niepotrzebnie wypaliłem mu płytę
i sfajczyłem zasilacz
uznał to za zamach
za wyłupienie oczu
ani wpisów ani komentarzy – tak?
dobrze! zwiewam, pa!
Zatarg z komputerem jednakowoż
rozchmurzył moje czoło
rozwiał mi włos
rozszwędał mnie na wstecznym
wpadłem do Baru na Stawach
na jednego studenckiego
gdy wyszedłem bez Hnatowicza i papierosa
postanowiłem, że już nigdy
nikt moich popiołów myśli
po jakimkolwiek blamażu
nie rozsypie byle podmuchem dąsu
nawet niepoetycka maszyna
>>>
Gdy słońce Róbta co chceta
wzejdzie znowu w Kostrzynie
Brahmaputra z MO do tłumu tako rzecze –
czas zacząć letnie sporty potakiwania
udawania dyscyplinę rozwijać
i przywdziać perukę ptaka głuptaka
sowę zmienić na dudka
pelikana zamienić na flaminga
gdy ciemne harce jeszcze nie dominują
minut poobiednich sensu
można skorzystać z przebrania
i ukryć się na tle nieba w chmurach wylewnie pustych
czas zacząć chodzić w butach zamszowych
w Rogera z Byrdsów nieco letnich okularach
chociażby przez jedną bezgwiezdną noc
a dla flamingów wystarać się o sadzawkę
dla nich czas tortury już minął bo wszystko przemija
mogą głowy wysunąć spod kuprów
ostatnie ich twórcze jęki zagłuszone zostaną przez
nowej ery tuptające dzieci-ptaki bulgocząco-brodzące
prawie tańczące jak Eurydyki wojny w Wietnamie
nieistniejące
>>>
Spróbuj zanurkować w wazonie
pełnym wody i ściętych kwiatów
albo w kominie pełnym dymu
coś odnaleźć dla siebie lub siebie
coś jak przenicowane zakrztuszenie się
sobą
pomyślałeś o tym – już wiesz
oddech wewnętrzny – tego ci potrzeba
twoim sprzętom też
twoim książkom i zwierzętom
nawet twoim oczom i wargom
przenicowane zakasłanie
na dnie dzbana
albo w kominie pełnym dymu
wykrztuszenie zachłyśnięcia sobą
wchłonięcie onych spazmów w próżni
Jak bibelot prawda o tobie w twoim domu
i ty lekko zgarbiony w fotelu
z unoszącą się pod sufit piersią
i opadającą jak wodospad kwiatów
wystraszony myślami
o ostatnim oddechu w sobie samym
przenicowanie ducha, tak
raczej tego ci potrzeba
>>>
Tęskniąc za niebytem
w chwili załamania koniunktury
dochodzisz do konkluzji –
posłużenie się antymaterią nic nie da
to nic nie zmieni
przeorałeś już niebo swoim duchem i ciałem
ogromna koleina wyżłobiona w hadronach zachwytu
wyrwa w chmurach jak elegia bólu
nic tego już nie zabliźni
niebyt po fakcie bytu
tylko przyciągnie żyjących innych desperatów
depresjami zmienionymi w fajerwerki astralne
atrakcją kosmicznej katastrofy twoich łez
i ta ostatnia kładka krwi zostanie zerwana
pod ciężarem obserwantów najlichszych
przebogatych w doznania
Tęskniąc za ucieczką do gwiazd
w chwili załamania dekoniunktury
nie wypełnisz mojry odwiecznego trwania
w boskich koleinach ludzkiego bytu,
które przystoi właśnie herosom czasów
humanocentrycznym zmianom materii i energii
w kolejnych odsłonach ekspansji
rana na niebie to jednak
nie rana twojego całego życia
tamta nigdy się nie zabliźni jak ta
po pęknięciu serca w uniesieniu
Pulsar twojego cierpienia
zachwyci jak byt odwieczny
a tęsknota za nim
stanie się energetycznym tłem uniwersalnym
światłem z Faros
dla rozpaczliwie szukających drogi powrotu
>>>
To bolesne czekanie nie daje nic
tylko złudzenie celu
widzisz ciemną gwiazdę strachu
tam gdzie nie ma nic
widzisz kasandryczną przepaść czasu
tam gdzie nie ma nic
widzisz epizodyczne śmierci
golemów swojej przeszłości
tam gdzie nie ma nic
podejdź do krawędzi czekania
i skocz w jego gargantuiczną czeluść
przekonaj się wreszcie,
że ty sam jesteś w nim
bez celu i aureoli
i więcej nic
posłuchaj swojej Galatei
– nie czekaj, skocz
>>>
Ten system nie jest jeszcze
stworzony
ależ tak, wymyślony jest oczywiście
to nie są jakieś mrzonki
pochyl się tutaj
spójrz na te notatki i szkice
na tę kilkuwymiarową wielobarwną mapę
ten system jest kompleksowy
całościowy – rzec można
– ostateczny
ty pewnie powiesz
– nic nie jest doskonałe
ale ja ci odpowiem
– mylisz się zebro
system jest wymyślony
i jako taki jest
no, no – oczywiście:
doskonały
popłyń ze mną jego nurtem
to nurt prawdziwej filozofii, która
zawsze wymywa z błota, oczyszcza,
unosi człowieka
to system nieskończonej poezji, który
patrzącego ledwo nigdy nie zawiedzie
stwórzmy go razem wreszcie
teraz
>>>
Gdzie jesteś wolności nasza?
za nocy parowem?
za słońca płotem?
za samolubnym murem?
za grobem, celą, agencją?
za szmatławą gazetą?
za pustym konfesjonałem?
za telewizyjnym obłudnym studiem?
za splugawionym biurem?
za sądem sprzedajnym?
za naukowym plagiatem?
za zmanipulowanym głosowaniem?
za zdradzieckim triumwiratem?
za burzy nadciągającej echem
– grzechem, grzechem, grzechem?
tak kochani, jestem za waszym grzechem!
>>>
Skrzą się gwiazdy
Księżyc puchnie skostniały
mgławice przenikają zero bezwzględne
niepodważalne
pędzą w nieznane milczące miliardy
ukryty w łopianach z lodu i szkła teleskop
mój teleskop oczu, myśli i wyobraźni
wyłapuje ślady nielicznych kosmitów
śmigających skośnym lotem ku Ziemi
świecących jak robaczki świętojańskie
jak aerolity płonące
jak iskry z lokomotywy pędzącej
przez centralną magistralę Mlecznej Drogi
giną w mojej dłoni
pochwyceni tuż nad ziemią
zamilknę i ja
z miliardem wizji w łopianach
z garścią neutronowej dziwnej świetlistej materii
kosmici to rozpoznawalna energia serc
żywych ludzkich serc,
które samotnie przemierzają Wszechświat
czasem wydają się malutcy
jak iskierki, robaczki i kwarki
zamilknę dla nich
>>>
*Prawie Miltiades*
Znowu zabolało
trener powiedział, że tak musi boleć
potem kolano nie wytrzymało
trener powiedział
– nie nadawałeś się i tak Miltiadesie
zrzucę cię ze skały na oszczepy
to prawie nie będzie bolało
albo bolało zbyt długo
tak jak więzienie nie dożywotnie całkiem
mój trener wspaniałomyślny ufa sile
ufa wysokości
ufa szybkości i odległości
pochodzi w ogóle z Ufy
Achajem został niedawno na przymusowym kontrakcie
no to i jego bardziej zabolało,
że utracił ojczyznę ogromną jak kontynent
jak ja kolano prawie
trener wyrzekł te słowa
– ojczyzna w potrzebie Miltiadesie
to nie słabeuszy czas
i kazał mnie jednak zrzucić
na te oszczepy Uralu hut
złapali mnie usłużni kagebowcy
z Laodycei-Moskwy i Sparty-Samary
i jak olimpijczycy cisnęli mną w dół
pełen talku cnót greckich na sobie – przeżyłem
chlamida hoplity jak lotnia,
jak żołnierski płaszcz uniosła mnie
ponad wszelkie państwowe egzekucje
spuściła z niebios fizycznej siły do ducha Marymontu
zamiast do Maratonu
>>>
*Łuski*
Skomponowany z nutek łusek
euforyczny trynitarny wstęp do oratorium
zagadkowe zakończenie wstępu rybie
wybulgocze? wybrzmi? wybrzmi?
wybrzmiało!
Zagadkowa jak nastawa ołtarzowa
średniowiecznego kościoła po barokowej przebudowie,
który jak zaginiona arka zniknął na dnie jeziora
powstałego dzięki słusznej tamie
nowych czasów jutrznia ciemna
responsorium hymny lamentacje
Rybie łuski wypełniły
stele i ławy w prezbiterium
razem z ich nosicielami
zafascynowany podwodnym brzmieniem oratorium
nie zauważyłeś nawet,
gdy rozpoczęła się druga część
i młoda dziewczyna usiadła obok
tak jak ty w samych wodorostach
rozpromieniony uśmiech ci posłała
ukazując śliczne białe zęby
Nie zauważyłeś nawet
przegapiłeś rozpoczęcie trzeciej
części oratorium
tylko wstęp utkwił ci w pamięci
i ta dziewczyna łaskawa
średniowieczne postacie świętych zszedłszy z nastawy
podpłynęły jak muzyka do was
i ty i dziewczyna zrozumieliście przesłanie muzyki
Podajecie sobie wszyscy ręce
wypełniając prezbiterium domu modlitwy
kręgiem uduchowionych podwodnych zjaw
w przezroczystej toni bazyliki
na samym dnie wieczoru,
który niespodziewanie wybrzmiał jednością
finałem niemego potopu
jak jego fala uniosła wszystko modlitwa bazyliki
by łuski mogły spaść z oczu niektórym
>>>
Gdy przemierzałem rajski ogród
zrozumiałem w zachwyceniu,
że wszystkie jego kwiaty są moje
gdy zawróciłem do wejścia
i szedłem po swoich śladach
rzeczywiście te boskie kwiaty
łasiły się do mnie jak koty
biegły za mną, podskakiwały, nawoływały
jak za przewodnikiem z sezamu piękna
obok mnie i za mną truchtały
wskakiwały mi same na ręce
przytulały do policzków i lgnęły do piersi
W bramie wschodniej
odsunąłem je delikatnie od siebie
ułożyłem do snu jak dziatwę
zasypiające uniosłem do warg
pomyślałem nawet
aby skomponować artystyczną ikebanę
z nich i z drobnych zwierzątek rajskich
na wypadek niezbyt człowieczej śmierci
jednak wyszedł mi tylko przeobfity breughlowski bukiet
pasujący idealnie do drewnianego wazonu serca
uwierzyłem w ich przywiązanie do końca
i oddanie moim salonom mód
wróciłem z raju wprost do przymierzalni smokingów
zbyt wielkich na jeden kwiat
z bukietem w butonierce
>>>
Niekantowskie dyskryminacje podległych rabat
powszechniejsze na ziemi publicznej jak niebo
oto paradygmat z Królewca
wzięty żywcem niezbędny
pytają – co sądzisz o czerwonej drodze kwiatów?
odpowiedz póki nie jest za późno
póki nie zakażą ci w ogóle mówić
o kwiatach
choć wiesz, że są zbyt poprawne i naprawcze
nie tak jak kantowskie zeschłe liście
co natenczas już znaczą niewiele
oczy w nich ukryte o wiele więcej
jak paradygmat dogmatu publiczności
odnogi prywatnej drogi
wędrowiec wie jak się idzie
kwiat wie co ma począć w lecie
droga nie wie
pytają – ale czy ty wiesz co sądzić
o drodze kwiatów?
jeżeli wiesz to powiedz
aby nie było za późno
w miłości i nienawiści do siebie
znów rodzi się kantowska myśl
powstaje nieludzkie pojęcie
zabiegaj o dedyskryminację
podległych szans w zapachach lata,
które ściga cię w każdej alejce
szkicowanej uczuciem
potem nie pozwolą mówić o niebie
potem nie pozwolą mówić o kwiatach
potem zapomnisz o tym kim jesteś
potem nie pozwolą ci pamiętać
chociaż kwiaty z nieba spadać będą zawsze
to może być rzeczywiście dogmatyczną przeszkodą
dla nich zdeterminowanych, którzy mówią –
z deszczu wzięli się ludzie i ze snów
a ty skąd – z samego nieba?
– nie rozśmieszaj ludzi
tą swoją świetlistą pewnością lilii
>>>
Mogę wiele powiedzieć
o tych rękach, które
ściskały mnie za szyję
ledwo uszedłem z życiem
ledwo złapałem oddech
odtrącając te kleszcze stalowe
mogę powiedzieć do kogo te ręce należały
mogę długie opowieści snuć
o tym, jak umierałem w spazmie
o wizjach jakie się pojawiły
w mojej głowie pozbawionej tlenu
żyję jednak
żyję i oddycham
rozmasowuję posiniaczoną szyję i kark
piecze jeszcze
jeszcze policzek drga
jeszcze oczy rozbiegane
szukają punktu podparcia
jak myśl – piedestału
dla człowieka z błota
mogę już myśleć – to najważniejsze
mogę określić cechy istoty,
która chciała mnie pozbawić życia
oddycham wreszcie swobodnie pełną piersią
jakbym był w raju sam
zaraz po zwolnieniu ucisku
po wyszarpaniu swego ledwo tlącego się jestestwa
z rąk bestii
zrozumiałem, że to były ręce
zwyczajne, delikatne, blade
pokryte taką skórą jak moja
z tymi samymi bliznami z dzieciństwa
a jednak
zaciśnięte na mojej krtani i grdyce
były jak szczęki rekina
i były to ręce martwe
to własna wewnętrzna śmierć
dusiła mnie przez chwilę
wyrwałem się jej
i odepchnąłem ją od siebie
dzisiaj mogę wreszcie opowiedzieć o tym
bo język i oczy posłuszne są woli
a wola tkwi we mnie głęboko
– wola przetrwania
Mogę wiele powiedzieć
o tych rękach, które
znałem od urodzenia
lecz nie pouczył mnie nikt
jak złowieszcza siła czai się w nich
nie domyślałem się, nie przewidziałem,
że mogą być użyte przeciw mnie
– jak wszystko co człowiecze
jak moja wolna wola nawet
Strzeżcie się własnych rąk
bacznie je obserwujcie
niespodziewana śmierć w nich czyha jak wąż
gotowy na jadowy atak
spisujcie swoje spostrzeżenia
– rachunki sumienia
>>>
Roztrzęsiony obywatel Juncker
roztrzęsiony sędzia
strzelają do siebie
niecelnie
roztrzęsiony obywatel Trump
roztrzęsiona piosenkarka
strzelają do siebie
niecelnie
roztrzęsiony obywatel Putin
roztrzęsiony dziennikarz
strzelają do siebie
niecelnie
komuż komuż komuż
władzy
roztrzęsionej przysługa?
ludziom świata?
ludziom strachu?
>>>
Lawina boskich dźwięków
runęła na mnie
z wyżyn harmonii samej
jak Karłowicz
uśmiechałem się nawet
widząc symfonii poemat w słońcu
nad sobą jak burzę
w prostocie zasłuchania
zawahałem się przewrotnie
więc osłoniłem głowę i uszy
tak zginąłem w tej lawinie
nie byłem przygotowany
na ciężar górnego nieba
boskość i nieśmiertelność muzyki
wyraża się wyłącznie w dźwiękach
a nie w lękach
to fakt
jak śmierć sama
>>>
Moja nocna zjawo zaspana
w uchylonych drzwiach telewizora
osobowa i kobieca
przytruchtałaś po moich powiekach
w nocnej koszuli z pajęczyn
księżyc – pająk mi cię objawił
w stołowym sadzie elizejskim
bosa stąpająca na palcach
westchnieniem przeniosłaś się
na łąkę posłania ukwieconą satynowymi snami
wyszeptałaś moje imię do księżyca jak modlitwę
i załkał nagle tuż po północy
przebudzony wyciągnąłem rękę
pogłaskałem go delikatnie po ciepłym policzku
on zniknął za chmurą w utuleniu
a na mojej dłoni pozostała
cała jego wzruszenia świetlistość
>>>
Kasta społeczna jest jak narośl na drzewie
obca jemioła lub huba
ubogacająca drzewo aż do
upadku z wysokości
jego miazga przerośnięta korzeniem bestii
kora oblepiona miąższem kosmity
wygląda świetnie przedśmiertnie
Kasta społeczna jest jak muślin
zawsze przyodziewa strojnie
do kompromitacji papieża
lub jak szorstki wór zwisa
kompromitacją z butnego króla
Kasta społeczna jest plastikowym wielorybem
płynącym przez podwórza familoków
strzelającym kolorowymi fajerwerkami
do głodnych dzieci pod ścianami
siedzących na pierzynach
z garnkami na głowach
wieloryb kiedyś bogaty w tran
dziś sztuczny zgniata dzieci niezbyt chybkie
nawet goni je uciekające w paskowych dresach
zdezelowanymi zardzewiałymi bmw
Kasta społeczna mierzy się z katedrą państwa
stając na palcach by dorównać
gangsterom i hochsztaplerom wszelkiej maści
zbudowana tylko z drewna przedmieść
udaje bogato zdobiony wiekopomny zabytek
i zostaje przeniesiona do centrum miasta na dłużej
by ubogacić krajobraz jałowy
Kasta społeczna potrzebna dwojako
by pokazać końcową nędzę ludowładztwa
i wolność zabijającą wszystkich jednakowo
Kasta społeczna rodząca się w każdym mieście
to mafia jak każda inna wcale nie ekskluzywna
wytłumaczenie jej pożytków jest na stronach Kapitału
namacalne lecz pożytki nieosiągalne
i jak jemioła nie przynosi szczęścia nikomu
nawet sobie obsychając u żyrandoli
>>>
*Cud techniki*
Taka klapka i przycisk
bolec i guzik
mini urządzenie z zakówką
ultrakroplomierz automatyczny
procesor z diodą wibrującą
ikonka i enter
peryferyjny dyskretny interfejs
ratowniczy robot z dźwignią
spolegliwy humanoid z tytanu reagujący na bodźce
troll jak prąd z państwowej elektrowni
internetowy robak biegle znęcający się nad
publicznym pochwaleniem dobra
taki zmysłowy manipulator podręczny
społecznego inżyniera
taki cud techniki
umożliwiający publiczne polubienie najpodlejszego zła
radośnie akceptowalne przez większość
razy 100K
>>>
Znakiem mego wyzwolenia jest
pajęczyna dźwiękoszczelna
ja wierzę w pająki,
a jakżeby inaczej,
skoro sam nim jestem
spięty ale szczęśliwy
niezależny już poza siecią
to właśnie ja przędę teraz dziejowe sny
by złowić wszechburzę wolności
o, już chyba szamocze się pochwycona i szaleje jak ćma
posłuchajcie tego jej hałasu –
nie słychać nic? no cóż!
skoro się rzekło – pajęczyna dźwiękoszczelna
no cóż!
to już nie nasłuchujcie
snem żyjcie
>>>
Za stołem ofiarnym nowoczesna kraina żyzna
rozciągnięta jak okiem sięgnąć po horyzont
pasą się tu tłuste byki na pastwiskach
dzikie konie i roboty biegają stadami
łany zbóż , winnice i kominy elektrowni złocą się w słońcu
leniwe rzeki płyną mlekiem, miodem i ambrozją
do delt mega polis drapaczy chmur na mocnej depresji
stół ofiarny ustawiony na wyniesieniu
na odkopanych kamiennych stelach
Nimroda dwudziestego pierwszego wieku
zbudowany przez mędrców
nie dla maluczkich i prostaczków
a dla władców świata
obfitość natarczywych, nie znoszących sprzeciwu myśli
nakrywa go jak obrus
i skrapia jak hysop poznania
absolutu ciała
na rozkaz gromadzą się nad nim chmury białe
stopniowo ciemniejąc kłębią się coraz bardziej
jakby burzyła się krew wykluczonych grzeszników
rozlana w przestworzach intelektu sięgającego po boskość
wysokie trawy falują jak morza
dotknięte wiatrem niezaspokojenia w trwaniu
gromadzą się wokół półludzie i półzwierzęta z arki Ziemia
jak wieść niesie ofiara się dokona
z najśmielszych myśli człowieka
przylatują duchy z twarzami piorunów
sprawdzić co się dzieje na deszczowym padole łez
surmy zwołują, heroldowie głoszą, ofiara się dokona
z najśmielszych myśli człowieka
przy ołtarzu ofiarnym są już burze i zorze
są słońca zaćmienia i księżyca pełnie
są mórz przypływy i wybuchy wulkanów
powoli drga ziemia w dolinach wiarą niezasypanych
schodzą lawiny kamienne z gór wybaczeniem niezrównanych
tsunami doskonałości wylewa i pędzi przez płaskowyż
lawa czasu z rozerwanej ziemi wychodzi mu na przeciw
dotykają ofiarnego stołu bestie harmonii i zrozumienia
strażnicy cywilizacji żywiołu ego
patrzą z napięciem w otwartą księgę zagłady
w ogłoszeniowy plakat dobrobytu
z niego też się dowiemy, że
ofiara z najśmielszych myśli człowieka się dokona
żertwy z owocu żyznej krainy wiedzy
człowieczej wolnej woli bez bojaźni pierwotnej
dla bytu i jednego wiekuistego słowa – pełnia doskonałości
z myśli zwykłego człowieka? nie!
cezara, szacha, cara, króla świata
niekwestionowanego przywódcy i mędrca
najzuchwalszego i już uznanego w pełni za Boga!
gdy wybuchnie i spłonie ta żertwa
tak wolność tu ostatecznie dokona żywota
>>>
Najpierw lekkie obrazy pustyni
i piękne zapachy skał
potem osad warownych oszałamiające miraże
mieszkalne nadzieje dąbrów
drzemki jak słodkie owoce dębu
zapraszający byt Nieba
czarnego kosmosu wątła nić
ty znikąd
ja znikąd
dążyliśmy jak komety z Babilonu i Petry
sprzeczne paradygmaty
jak kozły pustyni
wśród spragnionych owiec
i wielbłądów w oazie
moja laska i czapka pasterska
zwiodły te stada
spotkaliśmy się przy źródle
jak dwa konsensualne paradygmaty,
gdy idee zurbanizowały wodopoje
a bezbłędne pisma z niebios
uporządkowały delty
oto my zaledwie kilkuletni wędrowcy
już zatrwożeni o los narodu
sięgnęliśmy po owoc poznania
w pocałunkach życia
tego co nienazwane
przez aniołów podane
słodkie owoce dębu
dogmat nowych ludzi
w Mamre
zanim atomowe słońce frontów powszednich
globalne wizje wioski zagłady
poznaliśmy za zakrętem hoteli
w Hebronie
>>>
*Długi marsz*
Marsz, długi marsz
i wielki skok ku kulturalnej rewolucji
Noc długich noży, niezbyt długich, ale w sam raz
Bostońska herbatka jak masakra
Jutrznia paryska, piracka
Marsz na halę wodzów w kryształową noc
Marsz dziesięciu tysięcy przez obcy świat
Wyprawa tysiąca czerwonych koszul
zewsząd narzekania na samosądy
koń zemdlał a to koń powstał, koń pułapka
człowiek-samo zło, zrób coś przywódco!
a to, a to, a tamto
cóż można zrobić po takim marszu?
są domniemania o wyczerpaniu i przetrwaniu
sowite nagrody u kresu hańby
nocą podróżują demony jak słonie Hannibala
to prawie Baal dla Rzymian
a jego słonie bojowe to tylko smak Indii herbaciany
Ariów kompletnie zapomnianych w sercu Europy
a to właśnie oni pomaszerowali najdalej
oczy się mrużą z niewyspania
kartka papieru odlatuje na swoją pielgrzymkę na Antypody
Ariowie maszerują jak pielgrzymi wciąż
już chińscy po latach upartego ateizmu
jest gdzie pielgrzymować
szlak Samarkandy i Marco Polo, szlaki himalaistów
słonie depczą po moich stopach
słonie przechodzą przez moje zacementowane powieki
śpiewając Marsyliankę i radziecki hymn Rosji
marsz, marsz, marsz
czy przywódcy zawsze muszą gdzieś maszerować?
na łzy, ba na śmiech, na śnieg, na upał
na narty, na dzieci, na jutro, na cegły, na mur
kupczenie strachem, kupowanie dla siebie aut – melodramat ich
słonie wegetują na przełęczach
flamingi i bojowe pingwiny zjeżdżają znudzone na nartach wraz
oto bezludna manipulacja przeludnionego imperium
zdecydowanego zmierzyć się z sobą
w piłkarskim państwie środka
ale zamiast biegać, maszerują, pytają, mlaskają
a co z pociągami, co z lokomotywami atomowymi?
decyzja władzy politycznej jest
rządu, króla – nie ma wodza tu
w tym samym czasie Hannibal i Pyrrus
wsiadają do hyperloopa
i po chwili już pędzą do swoich spraw
ale gdzie te to drogi do Rzymu?
co z nimi zrobiono? jak zabezpieczyć je dziś?
koczkodany stoją na straży praw
i damy-niedamy też
ledwo stoją fakt
chciałoby się te różowe linie wyprowadzone przedłużyć
wyprowadzone z kątów zielonego sześcioboku
zniesławić brakiem plemiennej barwy
lecz oto kropla z centrum greckiej bryły
przesuwająca się jak po pustyni kamienie same
rośnie i zastępuje żal, strach, myśl
ptaki unoszą ruchome kamienie i zrzucają na słonie zemst
hyperloop się zatrzymuje w katolickiej centrali Afganistanu
a Ariowie już spokojni
już bez bojowego nastawienia gromadzą się
na dalszą wędrówkę dusz
– marsz, marsz, marsz
>>>
To nie może być pożar
to może być głód
to nie może być powódź
to może być ból
to nie może być eksplozja wulkanu
to może być śmierć
to nie może być apokalipsa w domu i w kraju
to może być sąsiad z twarzą w płocie
albo żółw w partii
coś powolnego
jak proces dojrzewania
do przemiany
w rodu robaka
>>>
Jasny dzień był na szlaku,
gdy szlak prowadził na szczyt
tam przepiórka zachwyceń uwiła gniazdo
nizinny ptak uwznioślony
zaraz potem nastała noc
we mgle lęku zniknął świat
kruk ratownik na łące
pogubiony człapał od zmierzchu
w wysokiej trawie
a mieliśmy na tej łące
rozłożyć koc miłości,
gdy ty byłaś Anitą Ekberg
a ja Bobem Dylanem
moja Hesperydo
mieliśmy wzlecieć po ablucji uczuć
na niebotyczną grań doznań
szlak zmylił pogonie
naszych słów porannych
żałuję ich dzisiaj
nie mogąc pozbierać kości i myśli
lewitujący tuż nad zapomnianą żwirownią
wyrobiskiem pieszczot
jak nad powierzchnią księżyca
usianą samymi kraterami
nieosiągalnymi dla promieni słońca
bezlitosnymi na opak
ja chimera miłości
bez gniazda na szczycie
ustrzelona w locie
przez jeźdźca na Pegazie
>>>
Zmysł przewodnickich nastawień
natychmiast znikł
karygodne samowolne odnowienie sumień
wszelki mit
natychmiast prysł
zlekceważony odmęt jaźni
a na wierzchu słowo reflektor – ja
natychmiast zgasł
odzew w płucu
oddech czy odma?
pręga krwawa na języku
słowo czy jego brak?
wypchany balon rezonerstwa
a jednak pękł
wciąż niewypowiedziane słowo pręży się i skacze
rozsadza policzki
zmysł przewodnickich nastawień
bąbel powietrza na powierzchni przesłania
pęka jak bańka mydlana
myśl waleczna jeszcze zwichrzyła włos nad czołem
ledwo dociągnął śluzę wolności
ten jedyny kapitan – mózg
coś zniknęło w wołaniu
– ratunku
wydobywa ubogi ludzki haust z dna
siódmy zmysł batyskaf woli
i pokora gardła
>>>
Jadą metalowe konie traktem królewskim
wyskocz nań i zatrzymaj je
a może to niemieckie lub sowieckie czołgi
z przeszłości
bachmaty Bajdara albo ardeny do armat
Karola Gustawa
jadą konie stalowe całe umorusane
błotem, potem, ropą i smarem
zmierzają do stolicy starożytności
stepu nirwany
niecałe w pląsach
niecałe w tangach
niecałe w marszach
niecałe w oberkach
wyskocz z tych szalejów, pokrzyw i ostów
machnij ręką jak autostopowicz
zakrzyknij na powożących
na jeźdźców na taborytów
spróbuj zatrzymać tę kawalkadę
gdy będą tylko góralami nie odpowiedzą
gdy będą tylko flisakami nie odpowiedzą
gdy będą tylko szewcami nie odpowiedzą
wywieszą białe flagi na drzewcach
przytroczonych modlitwami
jeżeli będą straceńcami
wojen królewskich – odpowiedzą
i rozlegnie się gromkie larum krwi
a może lepiej niech kurz opadnie
na ciebie i ostoję
niech cykuta zastygnie archontów
przykucnij w oczeretach
to golemów dzika krew
>>>
Ja zamknąłem tę galaktykę
jak gdyby nigdy nic
zamknąłem ręką ludzką
wyciągniętą przed siebie
tak jak się przekręca gałkę
naciska klamkę
Ja zamknąłem galaktykę
z gwiazdami i motylami wraz
ich srebrzyste podrygiwania
zniknęły nagle nad łąką
jak gdyby ktoś zgasił słońce
wyłączył prąd w całej metropolii
i nastała ciemność wszędzie
Ja na tej łące
wśród firletek i maków pocałowałem cię
w samo południe zmysłów,
które stało się myśli północą
rozbłysnęliśmy i zniknęli jak meteory
nad horyzontem
Ty zdążyłaś wyszeptać
– jedna galaktyka jest jedną chwilą zaledwie
wśród miriad we wszechczasie
otworzę ci kolejną powieki drgnieniem
>>>
Znamienne słowa, dzieje, loty
kiepski żart
będą trojaczki smocze
zewsząd docierają prognozy na letnie uczucia
w zimowe dni
znam jedną ze smoczyc
świata nie widzę poza nią
świata z wysoka
kiepski żart
będą konsekwencje i tajfuny kar
już zbroi się tasiemiec serc i zmienia w smoka
media strachu już słusznie podkręcają wiatr
bo warto wyłowić z burz
nastroje
będzie tornado emocji
będą trojaczki smocze
zewsząd prognozy grozy
albo to ja wiem Zuzanno co z naszym latem?
zewsząd prognozy marne
na uczucia ludzkie w zimowe dni
znamienne są dzieje, słowa
znamienne anielskie odloty
ale powroty smocze
kiepski nieżyciowy żart
na wszelki wypadek Zuzanno
załóż purpurowy płaszcz
>>>
Będziemy się śpieszyć
w te dni
by wyprzedzić noce
nasze dni już jak konie przy saniach
jak czwórka rączych koni
– a my?
– my jak sen świstaka
noce białe jak śnieg
tylko dla nas
pocałuj mnie i w drogę
więc niech będzie ślad
ten Wielki Wóz przesuwający się po Mlecznej Drodze
i noc i dzień i ty i ja w konstelacjach w uciskach
zajedno nam
w mroźny czas
pędzimy coraz szybciej
z wszechbytu miłosnych chwil
bezkresnych
coraz ciemniejszych
– mniej gwiezdnych
ku erydanom kresu południa
rzeki czasu
życia w dwójnasób
>>>
Pierwszy głos w imieniu
drugi głos w miejscu
trzeci głos w czasie
pełen orkiestron mających
wybrzmieć uczuć
przedśmiertnych
symfonia twoich dni
zmyślonych
aria z kurantem
przebrzmiała jednak
jak
bezgłośna erupcja wulkanu
w sercu
jak protuberancja
na odległej gwieździe
życia
>>>
W czerwonej studni twojej sukienki i halki
nurzam się w zieloność
jak skarb wydobywam z niej
wilgotne chabry pocałunków
potem ściskając je w dłoni
wychodzę naprzeciw
twoim oczom
w falbanach i pliskach
w zakładkach westchnień
w udrapowaniach i pończochach natchnień
chcę się rozkochać do dnia
cierpliwie wznoszę chabry
w geście moim jest stworzenie zorzy
w nagłych twoich łzach
oczekiwane rozstanie
otwieram dłoń
prostuję palce
kwiat zmienia się w ból każdego płatka
sukienka pozostała jak mak rozchylony
ja już nie wypłynę na powierzchnię
zniknąłem na dobre
trzmiel w kropli nektaru
w martwej studni
martwy słodki
i nieśmiertelność dla świata zórz
>>>
Jestem zbuntowany
bo się boję
jestem bezczelny
bo się boję
jestem zacietrzewiony
bo się boję
jestem zdenerwowany
bo się boję
jestem nieznośny
bo się boję
jestem złośliwy
bo się boję
jestem dokuczliwy
bo się boję
jestem makiaweliczny
bo się boję
jestem wypaczony
bo się boję
jestem pogmatwany
bo się boję
jestem złudny
bo się boję
jestem bałamutny
bo się boję
jestem pozerski
bo się boję
jestem arogancki
bo się boję
jestem przewrotny
bo się boję
jestem pyszny
bo się boję
jestem skryty
bo się boję
jestem gadatliwy
bo się boję
jestem nielojalny
bo się boję
jestem zwodniczy
bo się boję
jestem nieszczery
bo się boję
jestem demagogiczny
bo się boję
jestem mgławicowy
bo się boję
jestem wyrachowany
bo się boję
jestem wiarołomny
bo się boję
jestem nieautentyczny
bo się boję
jestem kabotyński
bo się boję
jestem nieżyciowy
bo się boję
jestem tchórzliwy
bo się boję
jestem brawurowy
bo się boję
jestem załamany
bo się boję
jestem drażliwy
bo się boję
jestem ogłupiający
bo się boję
jestem głupi
bo się boję
jestem, jaki jestem
– łeee!
Jestem, który jestem
– och!
jestem głupi,
że się boję
>>>
Warto mieć te łzy
na każdą okazję tragiczną
– bliźniego
nie wypłacz ich ze śmiechu
warto mieć te oczy
na wypadek katastrofy
– ludzkości
nie wytrzyj ich lusterkiem
jak napis na czole
– autor
warto mieć ten uśmiech
na wypadek śmierci
– własnej
>>>
Jest ciemny brzeg,
gdy słońce się zniża w chmurach
jak głęboka purpura
i brzeg jasny,
gdy słońce się zniża jak kościsty wiatr,
gdy wprost rozpływa się w zmierzchu,
który jest linią brzegową oceanu nocy
jej statkiem, albatrosem i portem
oba brzegi możesz dostrzec w sobie wraz
bezojczysty, bezludzki, bezgwiezdny
chmurny i wietrzny żeglarzu
>>>
Na wylot przejrzał listonosza
Niemiaszka,
co rozpowiadał wszędzie
że nie mieszka na Mieszka
zaznaczył więc laską miejsce
gdzie zamieszkał i mieszka
na wylot przejrzał sędziego innych
upadłego jak śnieżka
czekał czy go ośmieszyć omieszka
omieszkał zapytać o serce w śladach
pomieszkiwań właściwych miejsc
tu w wysokich stanach zasiedzeń
hal, błoń i cnót
przed wydaniem kamieni listonosza
na wskroś przeszło przez serce
przesłanie pianisty proroka bacy
laska utkwiła w skale wysokiej turni
i w bramie pierwszej miejskiej
wytrysnęły nadzieje znów bezdomnego poety
na ułaskawienie rodzinnej sadyby
i podobnych czekających na przylot kamieni
węgielnych ze świata
chętnie polecanych innym
plemiennym bezdomnym
>>>
Ona obok
oko w
zero to nośnik mocy w
żarówka jak oko w
potem z i na
gdybyś w i z
oko z
półpowieka jak w
potem oko zero
żarówka w
w z na w jak i
w zakręciło się nad z
gdybyś zasnęła z
z na w
gdybyś oko z i w
zero snu znowu
żarówka i
półusta w w w
nośnik nocy
dotyk znowu
gdybyś zasnęła
>>>
Wewnętrzny skład delikatności w puchowym rejestrze
rozgardiaszu figuruje lecz wypada blado
narażony na zakurzenie zaginięcie zapomnienie
może to i dobrze
potem niespodzianka będzie na plus
jak wtedy, gdy zgasły zmysły
i odnalazł się świecznik wspólnych wieczerz
skład czułości niedostatecznie przewietrzony dobrym słowem
i tak jak gdyby przegdybany nocnym
znieruchomieniem rąk
zmierzchaniem ust
zmysły, gdy zabłysły to kurz zakrył wszystko
a może czas by było
pójść drogą jasną – znaleźć świecę lub lampę
pierwszy skład możliwości umożliwi zakupienie oliwy
drugi skład ponadprodukcyjny oględnie mówiąc dorzuci płomień
dzisiejsze przeoliwienie intencji przecież nic nie wnosi
niczego nie przybywa na boku oprócz zakrzepów i puchlin
czas rzec – mądrości moja odeślij zeschłości i przymnóż świeżości
niech nie pozostajemy nadąsani w kruchcie serca zmienionej w skład
delikatność puchu rozwarstwień i pozostawień,
który jak to kurz profanuje połyski i paramentów kultowe kształty
powstrzymuje cię od gestów, co mogą być
jak lot dymu kadzidła ku majestatowi
a są jak smog i sadza na baldachimach
choć z nogami na ziemi leć jak małomiasteczkowi kochankowie nad
przewracającymi się drewnianymi szopami przy domach z bali
choć w kaloszach leć nawet z białą ziemią na nich
nie dmuchaj na latawce księżycowe, omijaj je skromnie
ziarna mniszka w workach w kącie czekają na siew zbyt długo
ręce ramiona nadgarstki palce zanurzone w puchu – wyrwij je
skład pierzastych podręczników otwartych, zapomnianych
w nieaktualnych rejestrach
ty unieruchomiony a symbole większe i większe jak nadrealny księżyc
lęgną się podmuchy jak robaki i myszy
ty znieruchomiały niezrozumiany a tętno szybsze
pędź leć gdakaj siej mak śnij jej snem nad i pod z nią
nie zmarnuj wszystkiego dla głupich panien
sam rozgardiasz się opłaci kupcom czekającym na nauczyciela
– ciebie w kaloszach skrzydlatych wiatrom nie odda
>>>
Zniesiony tylko w połowie
zakaz uczęszczania nad brzegi rzek
z rakietą tenisową lub czymś podobnym
rozbawił tylko arystokratów na kortach aluwialnych
ci, którzy łapali siatką motyle
muszą zmienić kwietną łąkę na lądowisko górskie
na mocy nowego kodeksu spadkowego
stracą kolekcje siatek do wszystkiego
zniesiony zakaz będzie skutkował
częstszym przebywaniem w pradolinach,
gdzie rzeki już nie płyną ku śmierci istot jedynie
ale tylko ku rewolucjom bezkrwawym w mediach
zniewoleniom w terrariach i na kortach plastycznych
męskie osobniki w połowie zanurzą się w trawach
a żeńskie po części w sadach
pradoliny odżyją jak Pola Elizejskie przechodnimi mordercami
uczęszczanie nad stawy kwatermistrzów
w towarzystwie łabędzi
będzie dopuszczalne do jakiegoś czasu przeszłego
a na zajęcia boiskowe przyszkolne tylko potem
nie będzie już można wcale bez więcierzy
łowić żądanych wspomnień na hak
a także snuć się bezwodnie po miejscach odludnych
choć owadzio ulotnie aktywnych
to co się nazywa porządkowaniem sfery przychylnej atmosfery
to się też nazywa ograniczanie niezbyt szczęśliwych zachowań naziemnych
nie po to są rzeki, żeby pradoliny zapełniały się tylko jabłkami kobiet
a bezwodne miejsca zezwierzęconymi mężczyznami
kiedyś do połowy w wodzie lub w kwiatach jak fauny
i z zakazem całkowitego zaludniania plebejskich wzgórz
jak centaury praw zbywalnych przed śmiercią Areopagitów
>>>
*Gangrena elit jedynie*
Polska krwawi z ropnej rany
sączy się z niej jad trupi?
a może to tylko niegroźne zakażenie?
może to tylko lekka gangrena, co minie
gangrena elit jedynie
to minie, to przyschnie jak na dobrym psie
choćby po surowicy z trucizn
przeciwciała społeczne i elity komplementarne dla zdrad
to ten sam organizm
z krwi, we krwi, dla krwi
z ran powstanie i z kolan Polska chora
a dżuma niewiary minie jak wszystko, co złe
Polska się zagoi i ostoi w czasu ostoi
jak przeorana łąka wzejdzie w dwójnasób zielono
kwiecistym łanem, przyszło wiosennym dobrem barw
a serca zsiniałe nienawiścią wybieleją w maskach nowych świtów
struchlałych braci odrodzi się pąs
i nikt nie odgadnie śmiertelnych blizn
co będą jak błahy zapomniany dąs
>>>
*W katedrze pioruna i gwiazd*
To uniesienie oczu nad morzem
obok skały jak katedra w Trzęsaczu
było prorocze
gdy ona się oddaliła na chwilę jak mewa
a ja wyobraziłem ją sobie ponownie
całą w spadających z klifu gwiazdach
z jaskółką brzegówką wpadłem
do podziemnej katedry tego wyobrażenia
już na Rozewiu
gdy helikopter przemiany odleciał jak ważka na Hel
w mewy upierzeniu
brzeg morski zsunął się do stóp morza
i uklęknął przed nią jak ja
w perspektywie elektrycznego nieba zadrgał świt
raz na zawsze
a ja pisklę Polan wpadłem do gniazda Pomorzan
na heroiczną chwilę
wypadłem z niego podczas pierwszej próby lotu
raz na zawsze
wprost w jej ramiona
już u stóp Kawczej Góry
nie była już wyobrażeniem lecz katastrofą uczucia
moje zaślubiny z jej morzem
tak aktualne do dziś
w katedrze pioruna i gwiazd
>>>
*Ja tam nie wiem*
Ja tam nie wiem
ja tam nie byłem
ja tam nie rozumiem jak być
ja tam wolę nie wiedzieć jak żyć
ja tam a ty tu jak nie wiem nic
ty wiesz przecież jak to ze mną jest
ty mnie rozumiesz prawda?
ty mnie usprawiedliwisz?
ty jesteś i tam i tu a ja nie wiem gdzie
może nigdzie
ty byłem ja jesteś
mną mnie nam
wiesz co?
nie, wolę żyć sam
>>>
Milczenie
głębokie, zacięte, zranione
milczenie
milczenie
od wielu dni i nocy,
które stanęło przed mną
jak brutalne rozstanie ze snem
jak niechciany brzask
jak surowy blok
kararyjskiej skały
marmurowy obelisk ciszy
pomnik arcydzieło
nieodkryte
ruchem ręki rzeźbiarza
– słowem
milczenie jak śmierć
milczenie jak ból
i właśnie teraz
wyłonił się z niego
jak z wielkiej rany
po wyrwanej miłości
– wiersz
słowo po słowie
stukot młotka i dłuta
słowo po słowie
rytmem z milczenia
wydobyte strofy
dla aniołów świata łez
rozśpiewanych
czuwających
zachwycenie – westchnienie
mojej piety
>>>
*Zbroja dążeń*
Każdy, kto był na wzgórzu smutku
kto szedł pod własną górę hołdu
to wie
że jest lepiej jest gorzej
raz tak a raz inaczej, ale jest
kto złożył ofiarę z pierwocin bólu
wyrzekł słowa uczczenia własnego odrodzenia
pokłonił się ciszy w sobie
to wie
że gorzej już nie będzie, choć może
kto potem zjechał ze wzgórza
na tajemniczym koniu bez pęcin
odstawił kopię i tarczę dąsu
zdjął zbroję dążeń za wszelką cenę
pojął, że jest lepiej
raz tak a raz tak, ale inaczej
radośniej
>>>
Jak Bóg przykazał
jesteśmy zacietrzewionymi prorokami
swojego domu myślenia
i skrajnymi przywódcami serc
w salonach awangardy
serc wystawionych na ataki
ekstremalnej nieprzejednanej miłości
Jak Bóg przykazał
wyciągamy ręce do duszy
po cierpliwość
a tam
rozgorączkowanie jaźni
i pycha łypiąca złym okiem
na upokarzającą nieśmiałość delikatności
Jak Bóg przykazał
jesteśmy zacietrzewionymi prorokami,
którzy ganią siebie i świat
epatują zmyślnym miłosierdziem
dla pokonanych
Jak Bóg przykazał?
>>>
Kiedyś znowu
to nastąpi, gdy głowę oderwą
a piersi będą najwyżej
to nieodwołalnie nastąpi tak
jak teraz?
ta głowa będzie symbolem
te piersi dziełem sztuki
to nastąpi chyba w ten weekend
w tą sobotę
w najbliższy poranek przespany
tornado z okolic Australii wychynie z komody
jego macki jak ramiona odmrożonej ośmiornicy
zakręcą tobą
i głowę urwą zbyt kolorowej ofierze
podwodnych miłości
pozbawionej naturalnego środowiska rafy
kiedy?
– kiedyś
– już niedługo
– po piątkowej nocy
antypodą będzie twoja myśl
a tors zaświeci w sierpniu
jak piersi syreny w ciąży
>>>
Idź śmiało przed siebie
żurawiu ibisie flamingu
idź do końca korytarza
mijaj ściany humanarium
pokryte zapisami nutowymi
porannych pieśni kultowych
idź jaskółko bocianie orle
idź w kierunku ściany
na końcu korytarza
zamykającej humanarium
ściany bez inskrypcji
czystej jak złoto
idź ptasi rodzie, idź
drepcz na szponiastych łapkach szeleszcząc pazurkami
klap tymi małymi płetwami
na majolikowej posadzce pełnej ornamentów
kwiatowych pyłkowych owadzich
idź powoli zanim nauczysz się latać
w klepsydrze symboli
nieodwracalnej woliery ery
przemijającej matematycznymi wzorami
pelikanie pochylony nad własną piersią
zatrzymaj się skręcony w wiolinowy klucz
zaśpiewaj przybyszom z Gondwany
pierwszy
>>>
Zawsze ilekroć skrzat się kryguje
a świerszcz świerszczy
przychodzi leśny olbrzym
i dmie w piszczałkę nieokiełznania
potem skręcony skrzat dopasowuje
słowa do jego ciężkiej melodii
równie zakręconej jak wierzbowe łyko
na piszczałki
i śpiewa skatem a potem jodłuje
takie łyka są wszędzie w Polsce dostępne
zawsze ilekroć skrzat się kryguje
a świerszcz świerszczy
jakiś ostatni ptak przelatuje gwiżdżąc
jak rozgwiżdżona nocna lokomotywa
takie lokomotywy są wszędzie w Polsce dostępne
potem jest parowozownia i lament w niej olbrzyma,
co rozlewa się wszędzie jak tłusta oliwa
prawda tutaj nigdy nie wypływa
janczarzy allaha i rycerze trójcy
jak mamelucy mamony i dziennikarze histerii
podwieszeni na dronach i balonach
krzyczą coś nad dachami
takie balony są wszędzie w Polsce dostępne
każdy podnoszący rwetes
ma w pobliżu swój minaret lub kopułę w wolframie
gładką ścianę po której skręcone zawołanie muezina
pnie się jak wisteria, co nigdy nie zakwita
zawsze ilekroć skrzat się kryguje
a świerszcz świerszczy
przychodzi leśny olbrzym i wzywa do rzezi
potem wpływa lotniskowiec śmierci
i zamiast muezina słychać płacz marynarzy
na bukszprycie siadają ptaki głuptaki
takie bukszpryty są wszędzie w Polsce dostępne
zanieczyszczają go od dziobu
widząc ten horror
skrzat już się nie kryguje
tylko schodzi z kapitańskiego mostka
i nie patyczkuje się po wielokroć
..a nie…
on tylko zaczyna tańczyć tango z mopem
starając się zachwycić olbrzyma
palącego na rufie jakieś tajne listy z kory i łyka,
który z fagotem w ręce
jak prosta rura nadająca tor
dmie w niego próbując rozbawić skrzata
do krwi leśnej
taka krew jest wszędzie w Polsce dostępna
>>>
Tego już za wiele
od tylu lat ciebie nie ma
co ty sobie wyobrażasz?
a ja czekam tutaj roztrzęsiony
tego już za wiele
od tylu lat, dni i chwil
nie mogę skupić się na niczym
tylko te myśli o tobie jak obsesja
gdzie ty się podziewasz?
tego już za wiele
czekam żeby minęła ta czkawka
czkawka kukułki
czkawka rozdygotanych pragnień na języku
od lat, od wczoraj, od rana
czekam od plejstocenu
od tamtego, znamiennego spotkania twarzą w twarz
od predestynowania
tego już za wiele
za wiele, za wiele bezdźwięcznych drgnień powieki
nie zmienisz mojego przeznaczenia
nieobecnością pieśni z wnętrza
bo czekam i pragnę wyłącznie
z własnej wolnej woli
a może mnie predestynowanego
porzuciłaś rzeczywiście
– spiekoto serca
>>>
Porfirowe gzymsy zrujnowanych kamienic
oświetla pełzające światło zachodzącego słońca
strąca lustrzane wizerunki z okien
i kurz z brudnych firanek
potrąca anteny, przeciwśnieżne i przeciwptasie grzebienie
na skostniałych bezludnych okapach
nagrzane gołębie w letargu przycupnięte
i choć widzisz stan tych kamienic
sam nic nie możesz zrobić
jest już prawie wieczór
dzień nie chce się skończyć
a cienie się wydłużają w nieskończoność
kamienice są jak wulkaniczne skały na greckich wyspach
a zardzewiała blacha na nich jak jeziora zastygłego laku
bezosobowy, przeciągły krzyk nad miastem, słońce i gołębie
tylko twoim zmysłom dostępne
to grecka idea proporcji i równowagi
sam nic nie możesz zrobić
dla swojej ulicy
jak z fotografii rodzinnej ukrytej pod dachami Paryża,
który dźwięczy w głowie smutkiem zapomnianych kapliczek
wmontowanych w fasady domów
sam nie możesz wskrzesić
ani miłości przodków ani młodości miasta
pomódl się tylko za gołębie
zasypiające jeszcze za dnia
jak ty zastygający w porfirową bryłę
własnego sarkofagu
>>>
Zamiast masakrować baudelaire`owskimi myślami
twoje nagie zwielokrotnione ciało
zamiast się pastwić sensacyjnie
nad jego ekstatycznym nieokiełznaniem
w neurotycznym wyuzdaniu
zamiast obsypywać piersi i brzuch larwami grobów
i krwawymi ranami chorych pożądań
pocałuję cię po prostu niespodziewanie
delikatnym dziewiętnastowiecznym
pocałunkiem dostojewskiego idioty
o ileż to bardziej miłosne
o ileż bardziej namiętne
i prawdziwsze i boleśniejsze
>>>
Półćwiartek donosiciela brat
półbrat konia trojańskiego
zmiennik długu
lennik taborowych,
gdy nazwy niecności wyczerpał spał,
gdy wyczerpany spał napadły go nimfy
jest już Wernyhorą
półśrodków półrogów półsznurów
już nie śpi – drzemie
bladoniebieski na tle zorzy w lesie
lesie nordyckim w ujęciu kul
była nostalgia nad kręgiem polarnym
wywołała w nim niedokończenia wietrzne buntu
potem niecałe cząsteczki uderzyły
w dzwon sądu ostatecznego
pełna zmysłów czara atomowych grzybów
kolejnych zrezygnowanych wykwitów
ustawiona na scenie
tasiemiec już nie gastryczny rzucił się na nie
uzbrojony
jak kolej żelazna w rdze
sumienia nad tundrą to seledynowe horyzontalne
ślady półlegalnych wędrówek gęsi Boscha
wokół niego
grzech otworzył oczy
proroczy niecały
>>>
Skoro świt jestem cały we mgle
ze wszystkim co posiadam
i nie jest mi źle
a wiele posiadam
tylko mgły jeszcze nie
widzę czubek nosa
i jest okej
drzewa to cienie
ludzie to zjawy
czas to szadź
nie jest mi źle z tym okiem
na czubku nosa
lecz tęsknię i lekko potrącam
smyczkiem kolejnej przerażającej żądzy
pragnienie mgły
jest wszechogarniające gdy drży
chciałbym ją mieć dla siebie w sobie
chciałbym zakryć nią drugą twarz
usłużne gesty zapraszają jej kolor kosmiczny
skinienia kształty a oddechy byt
przez oko i nos wchłaniam ją
jak własną niemoc
jak szczęście
będę trwał w nim do rana
aż słońce jak wiatr rozerwie mi serce
ręce zatrzymają się jak skrzydła
umierającego wiatraka
w czystej postaci będę wszystkim
co niewidzialne i ulotne
>>>
Nowa piramida
powstała w mojej głowie
pomyślałem sobie
przetrwa tysiąclecia taka wspaniała
pomyślałem sobie
piramida historii prawdziwego człowieka
zanim dotarło do mnie
– ojej! jeszcze nie teraz!
>>>
Uosobienie archaicznego smutku
z oczami jak zapalone właśnie uliczne latarnie
jak znicze wciąż płonące pod pomnikiem
siedzisz samotnie
zawsze na tej samej ławce
w milczeniu absolutnym
patrzysz poza ten świat
na plantach
w metrze
w muzeum
w parku
w ogrodzie
w kościele pod chórem
– do pełni szczęścia
czegóż ci dziecino potrzeba,
czegóż?
– czegóż?
– śmierci!
>>>
*Za co winić zwierzęta?
Za co winić zwierzęta?
za co je winić?
gdy wciąż trzymają straż
i moszczą legowiska w nas
lub pogodę, która jest dziełem przypadku?
gdy winnym jest kusiciel
ale nie mów, że kusi cię wiatr
że wzywa cię morze
że pragniesz słońca ponad wszystko
że musisz przetrwać za wszelką cenę
za co winić zwierzęta?
za co je winić?
gdy tak głęboko ukryte w nas
milczą do czasu
cierpią do czasu
a potem odpowiadają na zew
tak samo jak ja i ty
zew krwi
za co winić zwierzęta symbole?
za co je winić?
gdy zamknięte w ikonach
bredzą w naszych głowach o instynktach
po cóż się trudzić nad teoriami i wynalazkami
nad spisywaniem frustracji, przeżyć, fantasmagorii
jeżeli i tak wychynie z nich
stado, wataha i rój
wyruszające na żer
po jakikolwiek łup
za co winić zwierzęta?
za co je winić?
jeżeli już
to za zbytnie przywiązanie do człowieka
tego polującego na innych ludzi
w obławie z nagonką
>>>
*Zabalsamowany w przyszłości*
Kieszeń piramidalnych zaświatów
a w niej sąd oczywisty jak śmierć
chcesz by był przychylniejszy w te dni
składasz daninę ze swoich najlepszych chwil
ty szelmo pomyliłeś instancje Szeolu
za życia osądziłeś sam siebie
i cień twój pełza na brzuchu jak wąż
zakryty przez kurz
a sąd prawdziwy
nic nie może zrobić dla ciebie wciąż
bo jesteś jeszcze żywy
choć nad wyraz zabalsamowany
w przyszłości, którą przecież oddychać nie możesz
płuc pozbawiony
>>>
*Kasztanowiec*
Kameralne przechyły kasztanowca na fregacie
piersi na pokładzie
nogi na pokładzie
słońce w ogrodzie botanicznym
przekracza zwrotnik zieloności
wypływa na szlak białej piany
i rozpływa się w delikatności
kasztanowiec jest majem i masztem
twoje ciało żaglami
płyńmy ku brzegowi południa
na moim pożądania statku
przekroczmy teraz równik bezkresu wiosny
delikatnie zagrajmy na gałązkach i kwiatach
hymn porywu
jak wiatr krwi na szotach i wantach
wszak ja jestem żaglowcem botanicznym
sam zew morza
tobą
>>>
*Zeszłoroczny motyl*
Nie jestem
nie byłem
cóż jeszcze wiosenny kwiecie
chcesz wiedzieć?
nie będę
twoim deszczem
zaowocuj beze mnie
jestem i będę za to
twoim pochlebcą
z daleka i z bliska
drżącym przez ciebie na ciele
całym od stuleci
tak piękny dla mnie
w tę jedyną noc
zaowocuj nie dla mnie
dla mnie zeszłorocznego motyla
spragnionego słońca właśnie
zziębniętego dzisiaj
spragnionego bardziej
słońca właśnie
niż nektaru
i gładkości twojego kielicha
>>>
*Skala*
Łagodny ból
ból srogi
ból nie do wytrzymania
subiektywna skala
wyznaczona nie wrażliwością nań
a oddaniem siebie
>>>
*Miejsce na żarty*
Jest w życiu miejsce dla niewybrednych żartów
z diabła
i tylko tyle
z samego siebie już nie
dopóki żyjesz
jest w życiu miejsce na żarty
z życia
ze śmierci już nie
dopóki żyjesz
i tylko tyle
>>>
*Święta wśród świętych*
Z dawnych Polski powstańczych
tyś rycerzem w garniturze
sekwojo wierzbo moja samotna
łozami unieś mnie ponad śródpolne ostoje klonów
kryjówki jeszcze nie klonowe lasy
ale ja ich syrop historii spiję jak wino owocowe
rytuał uczynię ze spijania
sprawię, że pogardzisz zbroją moją
ale mną małopolskim rycerzem już nie
wyjdziesz mi na spotkanie przez bramę rojną
z dawnych Polski w mnogich działaniach zbrojnych
tyś kołodziejem w garniturze
klecisz wozy kolorowe taborowe sejmowe
na wyspach rzecznych niecisz pieśń żółwia błotnego
potem guano z jaskiń ojcowskich wywozisz na pole zamiast obornika
z podgrodzia do miasta wjeżdżasz przez bramę gnojną
jakże ważną dzisiaj dla parlamentaryzmu
z dawnych Polski szlacheckich
tyś sarmacką dziewoją w strojnej narodowej sukni
z lubością niesiesz piękny dzban na głowie
stąpasz po schodach do sadzawki owczej
jak by była Siloe albo, o czym z premedytacją zapomniano – Mamila
wchodzisz przez bramę wodną wciąż czynną
czasem tatrzańskie świerki przelatują ci nad halną głową
dobre drzewce na oszczepy Saula
na maszty i piki Naczelnika Państwa sosny krasne są nad Wieprzem
z dawnych Polski ludowych
tyś forysiem w surducie i cylindrze z aluminiowej folii
z odrzutowym motocyklem w niklowej wozowni
pomostem dla powrotu z odysei kosmicznej z chrześcijańską branką
na jej planetę Gliese 581 c
znanego w polskiej kniei klonów pod nazwą
Powrót Tobiasza z Gwiazd
z dawnych Polski niebieskich tyś słupem soli
wchodzisz do Wieliczki przez bramę solną
i zostajesz na zawsze świętą Kunegundą wśród świętych
a nie Abrahama szwagierką głupawą
>>>
*Serwuj serce*
Przed obcym
domykaj dom
chroń chatę
spowijaj sadybę
skrywaj seraj
asekuruj azyl
okrywaj okrainę
a przede wszystkim
serwuj serce
>>>
Na nic zapasy kwiatów
w sercu
na nic
zasuszone w książkach gesty ukochanych
przez wiatr zerwany kaptur
włosy rozwiane jak wierzbowe witki
płatki kwiatów śliw i czereśni
zaniesione na skraj horyzontu
horyzont nietknięty uczuciem
nie odgadniesz do końca
kwietnych zamiarów w sercu
całopalnych podrygiwań młodych owoców
na letnich gałązkach,
gdy noc przykryje ogród
twój pierwszy ogród
horyzont nadal świeci
patrzysz nań z miejsca horrendalnego,
hermetycznego, homoidalnie roślinnego
jest na skraju łąki życia i miłości
własnej jak serce
jeszcze niezmienione w słup soli
a jednak
oczekujesz pochwał zza horyzontu
z cudownej, nieziemskiej krainy snu
bo ten horyzont przed tobą niedojrzały
a za horyzontem, za unicestwieniem raju,
widzisz to,
co jest początkiem bólu
>>>
W niedzielnym kazaniu
co mam ci rzec?
krwawa ukochana Polsko
ty krwawa ja co dnia krwawiący dla ciebie
czy na pewno?
stoję na ambonie leśnej
przed ścianą nowego lasu ustawionej
jest świt myśliwego
poranek hosanna buntownika zabójcy
wiatr porusza na łące tymotką
przepiórka się odzywa pierwsza
ja milczę, czuwam
krwawię w absolutnej ciszy
z prawdziwym atawizmem skrywanym w duszy
układam w głowie kazanie pierwszomajowe
leśny skrzat odrywa się od szarej ściany drzew
wybiega wprost na mnie
jest lekko czerwony, przekupiony, załgany
dobiega na odległość rzutu siekierą
rzuca nią we mnie
z łowczego wrogów staję się celem
skrzat jak zombie
dziwnie porusza się półprzytomnie
jest krwawym Szelą?
tym opłaconym przez obcych zdradzieckim sabotażystą
Europejczykiem jak oni
ale cóż, ja także, czyż nie?
topór ląduje celnie na moim ryngrafie
z nim tkwiącym w piersi
ranny wypadam z ambony
krwawię na całego
patriotycznym niedzielnym świtem
powstanę zanim błyśnie jutrzenka swobody
ot całe kazanie myśliwego!
>>>
*Gdzie jest Europa?*
Suza nie jest Europą
dlaczego?
Kartagina nie jest Europą
dlaczego?
Aleksandria nie jest Europą
dlaczego?
Wandea, Dachau, Srebrenica
to jest serce Europy
dlaczego?
>>>
Żal za dziedziną utraconą
żal za samym sobą na dziedzinie utraconym
wielu, w tym i ty z sentymentem
patrzy z wysoka na swoją dziedzinę zdeptaną
i marzy o patriotycznym niebie
dla twardzieli o twarzach kamiennych
rozstrzeliwanych przez wrogów nacji
ale nie jest tak, że delikatność przypadkowości
i łzy dziatwy wylewane za ojcem wiekowym
odchodzącym ja zwykłe słońce
w swojej porze – są nietrafne
w okolicznościach sprzyjających powiewom sztandarów
uwznioślają słusznością trwania
żal za utraconą czcią dziedziny
żal za samym sobą utraconym w cnocie
powinien cię nastrajać bardziej nostalgicznie
jesteś przypadkowym spadkobiercą – nie łódź się
nie ty stworzyłeś to wydeptane poletko
lecz geologia archaiku i jego duchów
porzuć marzenie o tronie dla przodka
genealogię pozostaw mięczakom
zajmij się ratowaniem prostytutek i narkomanów
zalegających jak zakurzone książki
na półkach w zapomnianych bibliotekach ulic
w żadnym mieście nie masz nic
w mieście nie masz dziedziny
przenieś się na przodków poletko lub lepiej
do bibliotek
tam się przenieś – sługo przeszłości
władco bogactw nieużytych nigdy dla innych
władco spojrzeń nielitościwych
bezładnie krwawiących na szafotach pogardy
dla wydziedziczonych przez los
odnalezienie czegoś na poletku Pana Boga
nie równa się z władaniem historią
nacja nielitościwych przeminie
bój się skargi anioła czystości
wniesionej przeciw tobie
jeszcze spoczywającego w dziedzinie przodków
bez zmartwychwstania
jeszcze kołującego nad dziedziną
bez wniebowstąpienia
>>>
*Uczucie nieuświadamiane do końca*
W czymś na kształt serca
przechowujesz kruche uczucie
nieuświadamiane do końca
tak jak wiedza o sercu
znikoma jest twoja wiedza
o uczuciu
masz samowiedzę psychoanalityka skażonego
ciągłym wpatrywaniem się w ludzi
wypytywaniem obcych tobie i chorych
ideowo jesteś estetą i nie wiesz
co to idea upadku
w twoim świecie brak ascezy
dlatego, że nie znasz
znaczenia wszystkich słów
nie przeczytałeś Biblii do końca
zatrzymałeś się na Księdze Koheleta
twoje serce jest tylko amforą
na piękne polne kwiaty
brak w nim stabilnej pulsującej dobrą nowiną
świetlistej jaźni
człowieka
drugiego
pragnienia dotykania
podtrzymywania
wynoszenia
wspomagania
człowieka
w łachmanach i ranach
światła
oczu jego
jest tylko kruche uczucie
nieuświadamiane do końca
jak możesz wpatrywać się w ludzi?
jak śmiesz zadawać im pytania?
zrozum – to łaska!
>>>
*Ciężki zawód*
Ciężko jest patrzeć
na kłamcę zadufanego w sobie
ciężko jest słuchać
jego pochlebców
znojnie trzeba dźwigać
jego pochlebstwa
nawet niespodzianki kłamcy
nie będą nigdy zaskoczeniem
wokół kłamcy przedstawiciele
wszystkich służb, branż i zawodów
a jak za kłamcą staną autorytety i media
ciężko będzie wtedy
sprzeniewierzać się państwu, ale trzeba
a gdy za kłamcą stanie naród?
pozostanie ci tylko
pustynia, jaskinia, erem, słup?
gdy kłamca zabierze ci rodzinę
powiesz – to nie moi krewni
gdy kłamca zabierze ci przyjaciół
powiesz – nigdy nimi naprawdę nie byli
gdy kłamca powie o tobie
– to fajny, ogólnie lubiany gość,
zobaczcie jakimi kolesiami się otaczał,
no super gostki, naprawdę ekstra
powiesz – byłem i jestem odludkiem
gdy kłamca weźmie z tobą ślub
lub da ci rozgrzeszenie
wtedy przeżyjesz prawdziwy
i najcięższy zawód
>>>
Jak biegnie czas tak biegniesz i ty
w lakierowanych półbutach szaleństwa
na nic modlitwa
na nic taniec
na nic śpiew
nie prześcigniesz swych łez
czcisz ofiary wojny, której dawno już nie ma
chwalisz Boga, który ciągle jest
jego czas i jego wielkie buty na niebie
widzisz z daleka i wiesz
jak buty są ważne
sam boży szaleniec wiesz
jak ważnym jest biec
twój bieg przez minowe pole
wyobraźni i własnych oczekiwań
spowalnia dziejowy wiatr
unieruchamia pobratymców sieć
jedynie śnieg inteligencji
pobudza do biegu ciało
jedynie spadające głownie przemyśleń
pobudzają ciało do gestów
jest zima potem lato
wskazówki obracają się jak koła parowozów
ty w biało czarnym dresie
z paskami na udach
z oberwaną kieszenią na pośladku
i wciąż w niebieskich butach jak Bóg
przemierzasz bitewne pola
podążające za tobą chmury to osiągnięcia cywilizacji,
na które jest przyzwolenie
lecz już nie dotkniesz ich łez
gdzie twój smutek – już za plecami
a gdzie radość – już za plecami
gdzie twoja miłość – już za plecami
gdzie twój gniew – już za plecami
gdzie twoja śmierć figlarna kolorowa
– wciąż przed oczami
w eksplozjach
>>>
*Żonglerka*
Oko to okop
okop to wojna
przedpole to ojczyzna
zając to zjawa
zjawa to strach
chłód to modlitwa
modlitwa to wiara
księżyc to grzech
grzech to rzeź
kartacz to śmierć
śmierć to wolność
wolność to pamięć
pierrot to łzy
łzy to mirra
feniks to życie
życie to wieczność
(człowiek także)
ogień to słońce
słońce to Ziemia
Ziemia to piłka
piłka to kula
kule to symbole
żonglerka nimi to
życie albo śmierć
los to oko
(oko to Opatrzność)
>>>
*Zawistne słońce*
Zawistne słońce chce być jak ty,
gdy mówisz do siebie
słońce świeci przerażająco
scharakteryzuj jego zazdrość i określ
całonocne owe zachowanie
rano powie – to potwarz
Zaiste słońce bywa jak ty
robisz zwykłe krzesło jak cieśla
i kantar jak rymarz
skaleczone słońce krwawi na twój temat
patrz i mów – o czym krwawi słońce?
ty to dobrze wiesz!
Zastane słońce było jak ty,
któryś w przeszłości potrącił klepsydrę
zbiłeś ją i co teraz?
czy jesteś tak jak słońce?
czy może zupełnie inny?
wejdź w jego położenie
przestań się spalać – czy będziesz istniał?
Zawczesne słońce to przecież ty
całej swej krasie
wyjedź z domu i poruszaj się od rana
po tej samej drodze do obiadu
a po południu utnij drzemkę
należną sługom nagim
wróć do domu wieczorem
umyj nogi swoje
Zwierzęce instynkty wyglądają jak ty
– symbolicznie
słońce ze strachu łagodnieje, połyskuje
umyka byś mógł zapanować nad dniem
a ty biegniesz za nim
strzelasz na oślep
wiarygodnymi uczuciami spojrzeń
blasku przydajesz słońcu
patrząc na nie
Zawistne słońce nie wytrzymuje spojrzeń,
odwraca wzrok
cierpi zawstydzone twoim snem
dobrze wie, że nigdy
nie dorówna człowiekowi,
który bezinteresownie pisze wiersze
>>>
Kandydat na zwierzę wreszcie
jest dzisiaj obecny w sądzie
kruk trzyma ser w dziobie to barrister
zaraz coś powie nieistotnego
kandydata na prawdziwe zwierzę płowe
właśnie wprowadzono na sądową salę
rozpraw z takimi jak on
jeszcze miota się i krzyczy chcąc przekrzyczeć
jazgot opinii publicznej
barierki, obroża i rośli mężczyźni powstrzymują go
lis młotkiem prosi o ciszę
młotek uderza w sędziego pokoju
wypuszczają stada dziennikarzy i fotoreporterów
są flesze i notatki jak stalowe celne motyle
po chwili jest po wszystkim
odczytują oskarżenie, mowę obrończą i wyrok
wślizgują się na salę politycy i prestidigitatorzy
kandydat zdycha zaraz na ich widok
ale wtedy jest już
historycznym zwierzęciem pełnokrwistym
czyni to jednak na dany z ambony znak
kruk przemawia wciąż do lisa pałaszującego ser
wylizującego resztki z podłogi
truchło pełnokrwistego zwierzęcia
wynoszą owinięte w gazetę sądową
na ostateczną konferencję prasową
nie ma sędziego pokoju
nie ma apelacji od wyroku
nie ma żalu i zwierzęcia
nikt nie chce być już zwierzyną płową
jest tylko syty żmurek
i naśladujący głosy barrister
Chwal Ćwik
>>>
*Jedyny ślad*
Znaleziono jakąś belkę z rozbitej tratwy
na rafie? na plaży? na skale?
– nie!
tym razem – w sercu!
w przestrzeni wiary w miłość
drzazgi z niej unoszą się na falach
a rozbitek żyje? gdzie jego ciało?
odnaleziono ślad po nim? jest jakiś znak?
– jedynym śladem jest
ocean
łez
>>>
Kwiat trójbarwny dla wątpiącego prałata łąk
w głowie mającego wolność rabaty jak kajdany
kwiat dwubarwny dla mściciela klakiera
wcześniej strzelającego z gumki w łysinę aktora
recytującego deklarację wolności fioletowego płomienia
kwiat jednobarwny dla zegarmistrza
precyzyjnego nastawiacza zegarów tykających
na domniemanej planecie Proximy Centauri
przypominających o istnieniu jakiejś opętanej cywilizacji
stworzeniom odległym od wolności o parsek z hakiem
kwiat przezroczysty jak ty dla kata
wykonującego wyrok śmierci na skazanej wolności
kwiat jak ty w butonierce kata zajmującego miejsce
na mównicy w czasie Zgromadzenia Ogólnego ONZ
tuż przed egzekucją
>>>
*Marzenie wymaga ofiar*
Rozkwita nad chińską rzeką
marzyciel bławat
potem skacze w nurt
Huang He
ale nie tonie
pływa jak Sun Zi
po powierzchni
wojna wymaga ofiar
ale nie wśród strategów
bławat zabarwia skisłą rzekę
na czerwono
tak się prowadzi wojny z realistami
w jedwabiach z pałeczkami
jak krew marzycielska czerwień
zabarwia stopniowo cały kraj
wódz, naród, przestrzeń, czas
wykorzystane zgodnie ze sztuką
marzenie wymaga ofiar
ale nie wśród marzycieli
>>>
*Zawrócić póki czas istnieje*
Zawrócić z drogi póki czas
potem opowiedzieć rodzinie o jakiejś przeszkodzie
zmienić oponę i rodzinę
potem nachalnie domagać się odszkodowania od księży
tak czynić może ktoś, kto zakłada od razu,
że na drogach będą przeszkody
tak liczne jak zezowate znaki, drogi i pojazdy
zmierzch na nich, deszcz na nie, światło na nie
zawracanie, zawracanie
może to uczynić ktoś, kto samowolnie oddala się
od zapowiedzi podróży do końca
a potem obwinia kominiarzy krzycząc
– dym się snuł wszędzie nie mogłem dostrzec celu
Zawrócić z drogi póki czas istnieje
potem stać się wierzbą przydrożną, za płotem, za łąką
z siatką pobiec przez łąkę wyłapując
samych ludzi obcych jak sąsiedzi – trzmiele
Zawrócić z drogi póki czas istniej niezmienny
potem ujadać jak szczeniak niegroźnie
– na swoich bliskich, chcąc zmusić ich pierwszych do odejścia
albo natarczywie nastawać na koronczarki
przed festiwalem koronek, co jest jak zakazana korrida dla byków
Zawrócić z drogi póki czas istnieje niezmienny
a przestrzeń bez transcendentnego celu
>>>
Miałem sen dziwny sen
zobaczyłem w nim Thora rozłamu
przemawiającego na tle
schodów do Białego Domu
w jednym ręku trzymał szewski młotek
a w drugim kulisty piorun
przed rzędem mikrofonów
wycedził przez zęby –
w miarę rozwoju wolności
będzie przybywać ofiar dzieci
w miarę rozwoju równości
będzie przybywać ofiar dzieci
w miarę rozwoju braterstwa
będzie przybywać ofiar dzieci
w miarę rozwoju naszej demokracji
będzie przybywać ofiar dzieci
w miarę rozwoju naszej tolerancji
będzie przybywać ofiar dzieci
w miarę rozwoju naszego otwartego społeczeństwa
będzie przybywać ofiar dzieci
wtedy mrok okrył Ziemię
i pojawiły się dusze małych dzieci
wirujące jak robaczki świętojańskie
obsiadły Thora i przemieniły w świetlny obraz
Statui Wolności Opromieniającej Świat
w postać kobiety w powłóczystej szacie
lecz z twarzą wąsatego mężczyzny
orędzie zgasło nagle jak spalony neon
ale głos Thora wciąż słychać było na jawie
molk molk molk molk
ou la Mort
>>>
*Podróże w miejsca nieznane*
Dla duszy najlepsze są podróże
w miejsca nieznane
– dowodzi tego franciszkanin Benedykt Polak
dla duszy najlepsze są podróże
w ciemność za widnokręgiem
– dowodzą tego wyprawy
Eryka Rudego, Erikssona i Heyerdahla
Vasco da Gamy, Magellana
no i oczywiście tercjarza Kolumba
gdy Benedykt Polak powrócił z serca
dzikiej skośnookiej, przerażającej Azji
stał się złotoustym, pierwszym orientalistą
gdy katalońska Santa Maria przybiła do brzegu
i Krzysztof wdrapał się na pierwszą kolumnę
wskazując kierunek do Europy
stał się nagle tym,
kim nie przypuszczał, że zostanie
i nie marzył, że będzie
bogatym Bogiem Ameryki w Indiach
pomodlił się na złotym piasku
i nieznane okiełznane
zostało zabrane
jak złoto
na statek duszy
– tak bogactwa światów zdobywa się
wędrując pod prąd
przeciw myślom własnym
by dopełnić samoświadomość
by skompletować duszę
podróż na Marsa jest dziś pilną potrzebą
dla łaknącej ładu ludzkiej natury
niezbędne jest kolejne przekroczenie myśli
rzek nieznanych
złotodajnych
ratunek cywilizacji
nowa Santa Maria
>>>
W roli przywódcy obsadzono ćpuna
potem było lepiej niektórym
naród odetchnął piersią niepełną
zaniemówiły skały, ptaki i drzewa
zerwał się wiatr historii lecz na próżno
szybko uśmiercono go mgłą
potem ludzie mieli dość ekscentryka
las podszedł pod mury stolicy
spalono kukłę śmierci
dym rozweselił gawiedź
wskazówki zegarów wybiły zęby Quasimodo katedry
i zaczęło się ich odliczanie
przed jego odwołaniem
marsz przeszedł pod mostami
specyficzny sprośny
oszalałych koni homo
nie zauważył ich nikt prócz kalekiego Quasimodo katedry
ani wiatru ani słów ani jednorożców wodzów przejściowych
nie pożałował niczego nikt
gdy zebrało się na płacz
pierwszemu powstańczemu dziecku
na krótką chwilę zatrzymała się centralna rzeka
a potem zniknęła w lejkowatym ujściu
niewzruszona zdegustowana
koniec końców ćpun do końca na stolcu
wypalił się i sczerniał prawie bez słowa
jako symbol tolerancji zwiądł jak liść
z popiołu powstały w popiół się obrócił
nie zostawił nawet coś niektórym
dla pokoleń nie załatwił nic
wtedy dostrzeżono pod mostem
zakrwawione rycerskie dziecko na koniu hetero
rzeka znów się zatrzymała
na dłużej tym razem
gdy ruszyła ponownie
w dolnych jej rozgałęzionych biegach czekano niecierpliwie
na papierowe stateczki
puszczane z mądrych uniwersalnych mostów
wciąż żywi kapłani partii umarłych
wybiegli z kościołów partii idei nowszych
wprost na bulwar biegnący do zamku
a za nimi ich sprzymierzeńcy
z gołąbkami pokoju
ściśniętymi w garściach jak gałgany
krzycząc – nigdy więcej, nigdy więcej
nigdy więcej łez i wolności
na komendę wyrzucili je w górę
one zduszone spadały martwe
pac, pac, pac
u stóp bardzo wykrwawionego dziecka
przebitego gazetą powszechną
>>>
Składnie skomponowany klomb językowy
ze słów męskich nie naprzemianległych
ziarnistych, kiełkujących w cieple
pofrunął w kosmos wyznań po uderzeniu miejscowym
komanda wyemancypowanych Syren
infudybułowane chronosynklastycznie
z impetem wyrwane słowa sterowane przypadkiem
zakwitły holograficznie w przestrzeni
gdzieś w schyłkowym Orionie letnim
ten bezglebny kobierzec słów
lewitował chwilę jak Zaratan wodny
nad oceanem grud, brył i skib galaktycznych
Syreny zamiotły ogonem rybim
chmury, dymy i mgławice po czym
rozsypały iskry gwiezdne dla poległych kwiatów
odpłynęły na Marsa z mężczyznami
zmutowanymi tak by przeżyć bez słów
składnie skomponowany klomb
został koniec końców odtworzony
i też przeniesiony kaprysem na Marsa
kamienne zbocza wzgórz i łożyska ichnich rzek
wykarmiły kwiaty formalne dla odmienionych mężczyzn
księżycowe kwiaty wypolerowane fikcją
nadały się na bukiety prezentów żennych
mutanci wąchali, mutanci sapali przy tym
i tak powstały lejkowate wiersze planetarne dla wybranek
zupełnie zapachowe, zupełnie nieodgadnione
zupełnie bardzo przyjemne w odbiorze
odkryte kobiety odrzuciły uciążliwe płetwy ogonowe
i powrócił na Ziemię z oślimi głowami
bez mężczyzn i wierszy – uwolnione
>>>
Parki krajobrazowe germańszczyzny
wbiły się w zielone płuca Polski
biedronki pierwsze o tym opowiedziały żabkom
i tak się narodziła plotka o zranieniach nacjalnych
płotka żyje własnym życiem,
jak gospodarka oddzielona od polityki
roślinność i zwierzęcość germańska nie dominująca jeszcze
na wielu nizinnych stanowiskach nasłonecznionych
zakrawała wciąż na polańskość
jednakowoż, no właśnie…
ten nietypowy płazologiczny symbol
nie znalazł uznania
na najstarszych skałkach
i gołoborzach podwyższeń krakowskiego syluru
a w końcu europejskiego permu i karbonu
na wydmach, ostańcach i wapiennych prządkach
uformowanych z fitosfery bezperłowej
sięgających głębin epok aż po
czysto polskie kości i marmury
triasu i jury
no i co tu zrobić z nieakceptowalną germańszczyzną
wżynającą się w węglowe krajobrazy polodowcowe
ani wielogłowe ptaki cudaki ani dwunogie lwy
nie pasują
no właśnie, nie pasują
od gór zaczyna się równanie tendencji
ludyczno-ościennych
czasem trzeba zapomnieć o kierunkach równania
bo w krajobrazie można natknąć się na obcych
nie tylko uralskich jeźdźców pyłkowych
i zarodków wypisz wymaluj z Gobi
ale nawet
tych podejrzewanych o obcość stopnia drugiego
chińskich i marsjańskich
to kopalnie i wodotryski dziwactw
wiszące rośliny i ludzie wciskający się z brudem stuleci
w przeczysty krajobraz polodowcowy
krystalicznych wód dennych i moren
cóż to jest mieć w płucach oścień germański
wobec powracającej ciupagi kangura
jak plotka głosi nie tykającej –
jednakowoż, no właśnie…
samej tkanki narodu
>>>
*Bohaterowie ojczyzny nieśmiertelnej*
Skamander Troj na sali rozpraw
to jaszczur człekokształtny
wrażliwy jak członek Specnaz
na stratę towarzysza
na rozbicie butelki z wódką
przez anioła stróża armii
ale nie na łzy homeryckiego króla
strzelec mierzył do anioła
– celnie
widziano to z monasteru w Mostarze
strzelec siedział na rubinowej
gwieździe Kremla
– jak zwykle
strzelcem był wyborowy wywiadowca enerdowski
tak więc jest już jasne
Skamander Troj to nie prowokator
– to prawie pewne
pozostało do rozstrzygnięcia niewiele
do oceny też
kolor włosów, kolor skóry tego prowokatora
Skamander Troj to skorpion człekokształtny
mówiący dialektem nieznanym
z genem er jeden lub er jeden a jeden
z grupą krwi zero er ha
i mlekiem pod nosem
– bez pochodzenia
sędzia wstaje, zamiata ogonem do taktu
poprawia czapeczkę na rogach
tupta dwa razy i krzyczy – hikory-dikory-dock,
przyznaj się Troj
a on – nie przyznaję się i bęc,
anioł zmarł od uderzenia
gorąca, spazmu, wiersza, pocisku
i nic tu nie pomoże
doszukiwanie się winy w małych świnkach
– jak ja
Belzebubie, wężu morski, rozprawiaczu
– zaakceptuj to
Skamander Troj wrażliwy człekokształtny gad
uwolniony zostaje od Specnaz
>>>
Stonowane płatki zimowej przylaszczki
dominują w każdym aspekcie zapustnej pogody
przed zmianą i po zmianie zapachowych epok
karnacja jej jest nadal ciepła i przyjazna
jasna i nostalgiczna jak zeszłoroczny śnieg
nawet mastodont powracający
z drzewnego centrum handlowego
nie zdołał jej wdeptać w błoto
ona i błoto potrafi zmienić w basen artystyczny
uległością wobec czasu, ludzi i zwierząt
och, gdyby odleciała na zimę do zmiennych krajów
mniej polskich a bardziej plejstoceńskich jak dębik i ważka
nie nasłuchałaby się nienawistnych gardłowych waśni
wcześniaków wieśniaków z poronionymi grodzkimi
och, gdyby nie naoglądała się
przemarszów aborcjonistów i transseksualistów
byłaby bardziej inna w stałości uników
a tak mastodont przeszedł po jej runie
kierując się ku zawilcom agonii
zdesperowany ciepłem, zrozpaczony wyginięciem
wyrwał jej serce i wątrobę na ofiarę ubóstwianym mrozom
ale ona wiecznie zwinna, niezniszczalna, teorii hybryda
powstała z galicyjskiej gleby
w jego śladach okrutnie śnieżnych
oto on zaginął a ona żyje wiek kolejny
wciąż raduje oczy powracających
z żalów gorzkich i krzyżowych dróg
rycerzy przełomu w kolorowych chustach z pledami w pasy
brnących skrajem lasu i parkiem na wprost
ze średniowiecznym śpiewem dziękczynnym
od turni gotyckich po krużganki barokowych jezior
zachwyca i godzi wieśniaków z grodzkimi
i za pan brat już z sobą
stają przed bramami interglacjału
>>>
Baudelaireowskie ikony
przebrzmiałych dawno pieśni galijskich
nie będą mimo wszystko
z zaśpiewami dygać w podrygach
w okolicach Brandenburga a tym bardziej Brennej
mniej brązowej acz strojnej
Wiseł Szambor uwiódł je wszystkie
i zniewolił już dawno
taka jest rzeczywistość postpeerolowska
brutalna dla ludzi z nikąd
oczywista dla ludzi słowa z dorzeczy
w drugim rzędzie dla zwierząt z Marsa
czarne sotnie i niedamy straconych Wschodów
ze złudzeń imperialnych końców wieków
po okresowym brylowaniu uznano za zaginione
w stronach czasu wielonacyjnego
i to też jest oczywiste
ale narody z pieśni nadal chowane w dzielności
będą wynajdywać witraże i ikony
w muzeach zamierzchłych świątyń
by przenosić je do swoich kościołów
zostaną też tymczasowo wmontowane
w srebrne ekrany pieśniokletów udających
establishment moskiewski ale na zawsze zdradzony
choć Zaporoże im okaże złość i stronniczość
niebaudelaireowskie ikony w śmierci celtyckiej
zgasną w południe jak wiek Gotów tamże
jedynie gęsi będą gęgać w Rzymie, Krymie i Brukseli
zwycięskie po wielu wiekach okupacji genu
gęsi zostaną przemianowane na lisy szczwane
jest dla nich dziewięćsił, pięciornik i blekot
rosnący pojedynczo w opisach przyrody
niezmiennej w poematach okrutnych
chwilowej awangardy grzesznej
>>>
Wieje wiatr, porusza liście czarnego bzu
liście i gałązki
gałązki i kiście
nad krzakiem bzu ktoś zawiesił na gałęzi sosny
choinkową bombkę
jest już sierpień
wieje wiatr, złudny wiatr
czarny bez i jego owoce czarne
z baldachów kiście
będzie pokarmem dla ptaków i ludzi
kolorowa bombka choinkowa
czeka na odpowiedź
po co? dlaczego? dla kogo?
przyleciał ptak
usiadł na sośnie i przygląda się
choinkowej bombce
ogromny ptak nie ma piór
ale ma ledwo widoczne między pazurami
błony jasnoczerwone
gdy zaciska szpony na gałęzi
błony napinają się jak spinakery
ptak zjada bombkę
przełyka i odlatuje na dach pobliskiej remizy
ptak to poeta polski i reżyser
czczony kontestator z lat sześćdziesiątych
przypadkowo były członek partii komunistycznej
chociaż lektor marksista to wolnościowiec wątpiący
bombka jest dla niego strażacką nagrodą Nobla
ręcznie malowaną od dawna należną
czarny bez usycha
suchy krzak przestaje się poruszać
wciąż jest sierpień
wiatr przestaje wiać
>>>
Koło kamienne zawieszono centralnie na ołtarzu polowym nomadów
kwadrat biały w otoczeniu szarych muszli usznych
umieszczono na obrazie w galerii nieśmiertelników inteligencji
trójkąt wycięto na drewnianych drzwiach wygódki stojącej na muzycznej łące
prostokąt namalowano patykiem umoczonym w czerwonej mazi
na czole przywódcy oświeconego ludu
trapez zakopano częściowo w pisaku na plaży przy molo
razem z naturystami zwolennikami wolnej miłości
siedmiokąt rozłożono z elementów broni na granitowych płytach
ogromnego placu defilad
ośmiobok z rubinu wycięty nanizano na czubek rakiety kosmicznej
startującej z kosmodromu Wszechmocnyj
a odwrócony pentagram pitagorejski z masy perłowej
przyklejono na zwierzęco skórzanej kurtce
odziano w nią zbuntowanego człowieka
i niesie go na plecach jak garb sprzeciwu
nawet o tym nie wiedząc, że jego kurtka zmienia kolory nocą
chociaż ostrzega przed przejściem w inny wymiar on nie reaguje
jego plecy stają się celem wszystkich Brutusów świata
celem wielkim jak Pacyfik dla ślepych rakiet Kim Dzong Una
a gdy pentakl rozjarzy się odbitym światłem na szczycie wieży
niejeden zdecyduje się na skok w otchłań
język i dolną wargę delikatności i czułości
umieszczono w kwiatach orchidei
rosnących w nieprzebytych dżunglach i tropikalnych lasach
symbol mowy miłości łączącej wszystkich ludzi
ponoć dotychczas używanych do ozdabiania głów
jedynie przez plemię zbieraczy z Doliny Javari
najszczęśliwszych formy estetów
>>>
Dla jednej modlitwy warto
nawet wysiąść z pociągu
i to w jego pełnym biegu
na łeb na szyję stoczyć się z nasypu
na suchy brzeg, za rzeką w cieniu drzew
przedostać się tam bez zmoczeń i otarć
by skrywany zachwyt wyszeptać
dla jednego zamyślenia o cudzie bytu
warto zejść ze statku na ląd
statku płynącego ku wodospadom
warto wyskoczyć z rzeki wzbierającej
wśród wałów jak w zatoce przypływ
pogrozić nurtowi szalejącemu
wśród faszyn, wiklin i rybitw
dla jednego słowa miłości warto
wypaść z samolotu nad Alpami
lub z balonu w stratosferze
albo zsiąść z gęsi Selmy
gęsi nad Gotlandią lecącej
i opaść jak ziarno dmuchawca
wśród dzieci gdziekolwiek
dla jednej skargi żałosnej i prośby
o wsparcie niebeatyfikowanego
męczennika półprywatnego
znanego jeszcze jedynie
najbliższej rodzinie bajecznej
warto opuścić w konflikcie z jej władzami
każdą organizację półtajną
a potem z westchnieniem i gniewem
skoczyć z grani banku na bandżi
głową w dół z błaganiem na ustach
lecąc mieć ufność w to,
co łączy się z realnością ekspansji
łez, łkań, antyfon dla prawdy
mieć wiarę zasypiającego dziecka
w dobranocki i ich puenty
to dopiero otwiera możliwości
odbycia cudownych podróży
na drugą stronę człowieczeństwa
to tylko zapewnia przeżycie wśród
wycyzelowanych materialnie burz
na tym świecie pędzących donikąd snów
w bystrym nurcie strachu i niepewnych
nieprzekraczających siebie dni
choć do końca niebędących
złem
>>>
Zieleń stukot ból przeniesiono z Warszawy
miał być wysłuchany szum wiatru historii
wiatr szybko się stawił przed komisją ministerialną
pociąg i zebra byli w tyrtejskiej komisji
polityk się spóźnił bo niecenzuralny ból go spowolnił
krab w potrawie zaśpiewał prowincjonalnym elitom
spodobał się samemu kelnerowi z Floriańskiej
zanim został zaserwowany
komisja w końcu wezwała na świadków
niebyły tramwaj na Grodzkiej
niebyły autobus na Olszy
niebyły spadochron na Błoniach
niebyłego platona na Kazimierzu
niebyłą łódź podwodną na Bagrach
zieleń czerwień ból przeniesiono z Warszawy
Arabowie palestyńscy już opuścili pastwisko
pielgrzymi radzieccy odeszli na Księżyc
stukot podkutych butów z Księżyca
doleciał do Rotundy od ostatnich nosicieli
komisja na koniec wysłuchała jeszcze
pomnik płonący katyńskiego pierwiosnka
koncert Beatlesów z supportem SBB w Czyżynach
stęchły małomówny spiż Lenina w Hucie
milicjantów wybuchy śmiechu w Białym Domku
i zaleciła powszednią śmierć jak kromkę chleba
prowokując Murzynów stanu wojennego
jeszcze przelewa się tłum w hali Wisły czekający na błoto
za błotem stoi piramida gdzieś na Suchych Stawach
Mariesjew już odczołgał się na tę stronę
komin elektrowni wypiętrzył dyktatury ciąg dalszy
aksamitnej jak kwiaty na klombie Litawora
zieleń korab szum przeniesiono z Warszawy pod kopiec Wandy
to poszum ratunkowych karetek wodnych i falang
jeszcze księżą patrioci ochoczo ogłupiają siebie
prezesi i sekretarze trzymają sznury dzwonów
księżą prawdziwi wypluwają wybite zęby
by zrozumieć błąd naprawczy sunie ryba Sienną a wilk za nią
wilk wypchany siarką
błędne bramy, elfy i orfickie nenufary w nich
na rondach rozstajnych rzeka odpływa do Warszawy
tłum rzednie muzyczny w hali Wisły
czapla siwa obchodzi Plac na Groblach
nabiła piłkę na dziób, dziwi się, zadziera głowę
odrzuca piłkę jak granat w kierunku Wawelu
frunie na przęsło mostu i klekocze jak bocian z Afryki
komisja rozstrzyga koniec końców
to nie jest czapla ani bocian to pies naśladowca
ciągle ten sam pies partii naśladowczy
wykarmicielski i założycielski
>>>
W zacisznym miejscu pięknego ogrodu,
o którym marzą skazani na dożywotnie więzienie
odnajduję zagubioną fotografię
w zacisznym miejscu ogrodu,
gdzie rosną stokrotki a strumyk płynie z wolna
podnoszę ją z ziemi
jest trochę pożółkła ale jeszcze wyraźna
jakby ktoś ją właśnie wyjął z albumu
w zacisznym miejscu uroczego ogrodu,
gdzie promienie słońca igrając w liściach leszczyny i grabu
cieniem smużą mech i klomb
łaskoczą nosek liska śpiącego pod świerkiem
podnoszę do twarzy zagubioną fotografię
w zacisznym zakątku ogrodu,
o którym marzy smutna Ewa Święta
odnalezioną fotografię przybliżam do ust
cisza zmienia się w atomowy holocaust roślin
eksplozje drzew w płomieniach
ognista kula nad światem
popiół, popiół, lawa, rozpalone kamienie
spadają na ziemię po uderzeniu meteorytu
i wybuchu wulkanu
na języku czuję krew i żagiew
moje ciało kurczy się by zniknąć w ustach,
które zamykają się dla świata i słów
niematerialnych jak kolory tęczy
ogród rajski przestaje istnieć
ja przestaję istnieć w plazmie czasu
morze ognia zmienia się w termojądrową kulę
świat cofa się do pierwszego wybuchu
wybuch cofa się do pierwszego słowa
słowo zmienia się w uczucie
uczucie w wizerunek Ewy Świętej
słychać pstryk aparatu Boga
>>>
Przesiedziałem w domu przy komputerze całą deszczową sobotę
w moim małym pokoiku na piętrze
zerkając tylko za okno czasem, gdy na sośnie
szczebiotały sikorki wystraszone przez polującego jastrzębia
pasującego do lutowego nieba jak ja
w pidżamie i kapciach o szesnastej dwadzieścia
do postępowego wolnościowego świata
przesłuchałem siedem pierwszych płyt Pink Floyd
zjadłem pół fiolki etopiryny popijając mlekiem
nasłuchałem się i naoglądałem video serwisów
z Hong Kongu, Monachium, Mali
i Bóg jedyny wie skąd jeszcze
dobrze, że jestem w miarę daleko od Nowego Targu,
gdzie ktoś komuś wbił w głowę nóż
i od Warszawy gdzie bibliotekarz odciął głowę biednej dziewczynie
dobre i to w sobotni, błotny wieczór bez gwiazd
lecz mimo moich luzackich póz i myśli rzadkich jak samorodki
mimo całej mojej eskapicznej postawy pasibrzucha
jakiś senator amerykański zaniepokojony jest moją sytuacją
jakiś rosyjski nowogensek niepokoi się stanem moich poglądów
jakiś chiński przywódca partyjny wyraża troskę o zawartość mojego portfela
jakiegoś kolumbijskiego mafiozo niepokoi stan mojego uczestnictwa w rynku
jakiegoś szwedzkiego pastora niepokoi moje faszystowskie nastawienie do obcych
i jak tu wyjść w niedzielę z domu, gdy w środku zimy
dżdżu krople padają i tłuką w me okno
a nad dachem latają jastrzębie wydając jęk szklany
pójdę do kościoła pomimo wszystko
tylko tam nikt ciągle nie niepokoi się o mnie
widocznie mnie zna dobrze, oj dobrze…
>>>
Możliwe są nawet takie
podpowierzchniowe ruchy podłoża myśli
z tufu wynoszące cudowne rzeźby bogiń
w alabastrze lub słoniowej kości
i maski filozofów z majoliki
na szelfowe stoły skostniałe
możliwe, że nawet w ich trakcie
podniesione zostaną łodzie z brązu dla wojowników
pełne prawdziwych korali i eposów
dla Sabinek i Helen
aby się to stało potrzebne jest
podwodne trzęsienie samego dna ludzkości
kto to zaplanuje jak nie ty, który mówisz
– ta sama droga prowadzi pod górę i w dół
kto to skoordynuje jak nie twoje
pławikoniki w oceanariach zachwytów
a na koniec twoje w muzeach wraki wykonają to
już dzisiaj pomruki wulkanu
są słyszalne w rybackich wioskach wokół Ćennaj
ale to nie wulkan przecież
już wczoraj słyszano szum fal tsunami
w okolicach luksusowych nadwodnych hoteli Bali
ale to nie tsunami przecież
jeszcze usłyszą krzyk tłumu biegnącego
w górę Manhattanu w przerażeniu
uciekającego przed ogromną falą
ale to nie fala przecież
i to będzie akcent ostatni
twoje siły legendarne idealnie pasujące
do Atlantyd, Wenecji i Wolinów
zjednoczą się, gdy Księżyc zajdzie za Ziemię na zawsze
będzie noc w tufie jakby cała
będzie sen milionów w rtęci spadającej na liparyjski pumeks
koniec spokojnych dni rzeźbiarzy w locjach
przyjdzie niespodziewanie jak Afrodyta wśród Charyt
sam zaskoczy ciebie tak jak wszystkich
mitologia Greków to nic wobec takich wydarzeń
trzęsienie ziemi i wstrząśnienie mocy na niebie walut
wszechobecna sól, siarka i bitum to nic wobec tego
jednocześnie eksplodują szczyty gór i dna oceanów
pławikoniki dorosłe zaprzężone do rydwanu półboga filozofii
ruszą z miejsca galopem logicznym
i wtedy na falach rymów wynurzysz się ty
ze społecznego niebytu
by pokorą ust uspokoić rozedrgany świat
rozedrgany samym sobą i zawołasz – powstańcie
nieśmiertelni śmiertelni i śmiertelni nieśmiertelni
wy żyjący śmiercią tamtych, i wy umierający życiem tych
a ziemia powtórzy te słowa wypowiedziane
po raz kolejny przez złotoustego człowieka
na rozpoczęcie wieków złotych
>>>
Ileż tych tematów na dnie
oceanu, co jako morze
wlewa się do zatoki
wątek staje się deltą
fraza jawi się dorzeczem
z wielkiej rzeki opowieści
pozostanie potok leśny
i wysięki w zboczu góry
z epopei Pangei i Tetydy
dotrzemy do tytułu – człowiek
gdy wnikniemy myślą
w całą przeszłość bezwzględną
na dnie zawsze będzie kotwica
sumień, zjawisk, zwiastowań
bitew, czaszek i wyobrażeń
temat główny Mariański Rów
temat twój batyskaf i cel
a źródło – kolebka myślenia
zazdrość hydry i miłość koralowca
grzech Kaina i grymas Heraklesa
twoje życie pozostaje na dnie
po opuszczeniu góry słów
>>>
Pokazanie zasobów oceanów i mórz na jednej fotografii
potem ciał setek wielorybów zdychających na plaży
jednej z plaż opisywanych w literaturze
i zobrazowanych w nagradzanych filmach
pokazanie nagości zwykłych ludzi
potem porównanie ich z nagością królów
i przywódców państw
w otoczeniu skalnych ostańców wystawionych na deszcz
pokazanie jeżowców i rozgwiazd
rozkładających się w tępym słońcu na piaszczystym atolu
oraz ledwo żywych krabów
potem uzmysłowienie sobie tonacji
wysłuchanych ich niemych pieśni
zrozumienie harmonii odgłosów delfinów
i prawdziwych łabędzich śpiewów
pokazanie plenarnego zgromadzenia ONZ podczas uchwalania
powszechnego nakazu aborcji wszystkich ludzkich płodów
na koniec czołówka filmu
hollywoodzkiego z fanfarami filmowej wytwórni
odsłona zwiastuna kasowej produkcji komercyjnej
z akcją w supernowoczesnych klinikach aborcyjnych
i chirurgii estetycznej dla nieśmiertelnych dorosłych
dzięki oku kamery oto patrzymy na sceny niebywałe
widzimy panoramę piekieł prawdziwych
duchowych i przedpiekle dantejskie dla elit
patrzymy na istoty przerażone
nie tylko w narracji filmowej ale i na widowni
nagły najazd kamery na te twarze
a potem przebitka na erem na syryjskiej pustyni
w eremie orchidea mówiąca ludzkim głosem
do przybysza z innej cywilizacji
wyglądającego jak pokraczny nietoperz
Tacca Nivea – witaj bracie życia i miłości, witaj obcy!
i wreszcie pokazanie z kosmosu raju bez ludzi
– a jednak Ziemi
>>>
Zacałuj ślady,
gdy koń wyskoczy jak jeleń
na pagórek,
co czekał na jej proroctwa,
aż się doczekał
ona wierzchem
odjechała na wzgórza w słońce
zacałuj te ślady
komu pozostał żal po słońcach?
komu przyjedzie całować ślady?
proroctwo mówi:
tobie
a jak wzbierze chmura na zachodzie
zaczniesz całować ślady aniołów nie ludzi
w jeziorze kości słony smak wody
znajdziesz na wyciągnięcie ręki
błogosławieństwo dla zemdlonych
tyle przemierzy pustyń i głodowań
gdy będziesz pościć w suszy
gdy morze ognia zrówna się z nią
wytrwasz
braterska będzie pomoc skorpionów
słońce zniżone opatrzy rany
twoje i twojego Samarytanina
ona zostawi te ślady nieodciśnięte w ziemi,
gdyż odjedzie po skałach
ślady całować będziesz w pismach
i włosach pełnych zapachu
ogrodów wyrosłych w Jerozolimie Europy
nie babilońskiej Semiramidy
a słonecznej Julii
>>>
Jestestwo hrabiego to
jego harem i chłodem
wyzłocone ramy luster w alkowie
jestem na balkonie – woła hrabia do małżonki
zdradzam twoje sekrety – usłużna
gdzie nasz powóz i stangret – baszo
gdzie moje surduty – nadobna
ale jestestwo w ruinach pałacu zmienne
jak tego nabitego na pal
hrabia też już ścięty a ten na palu
to jego morderca z ludu
zajechała kareta
zamiast powozu
wyskoczył foryś z podnóżkiem
pluton ukryty wśród honorowej kompanii
oddał salwę do królowej
zamiast do hrabiny
fontanny krwi wytrysnęły przed pałacem
wbiegli chłopi z cepami i widłami
na to wszedł reżyser
po resztkach schodów
z wytatuowanym na ciele orbiterem
pojazdu ucieczki
dal znak drugi
i zdradziecki książę w sukmanie wydał rozkaz
wszystkie nadobnisie alkowy
zapiszczały i w te pędy
podbiegły do królowej umierającej w błocie
hrabia nagle ożył, wstał i patrzył na reżysera
z zimną krwią
na zmienne zaniedbane jestestwo
i na koniec poddaństwa koczkodanów
w kinie demokratycznego niepokoju
z niedowierzaniem
>>>
W komorze pamięci czekasz
na powołanie na nowo do życia
nasłuchujesz w tym ciemnym pokoju
byle szeptu, byle szmeru
choćby skrzypnięcia drzwi
a tu ani odgłosu kroków
ni szelestu warg
nawet świstu spadającego meteorytu
nic
dla dzisiaj umierasz powoli
w komorze pamięci
skazany przez byt wczorajszy na nicość
czy Bóg ma cię powołać?
czy człowiek?
oby Bóg
a najlepiej Bóg-Człowiek!
czekasz w ciszy ducha
nad stosem odrażających monet
bezszelestnie przesypujących się dni
jak Mateusz zdrajca nacjonalistów
meteoryt ludzkości
>>>
Kara – stwierdzenie wasalne
słowo do przetłumaczenia
jesteś jak biały ptak
jesteś jak biały kieł
jesteś jak wyżej
wymienione słowo
zanim zostanie to stwierdzone
kara – stwierdzenie sędziowskie
w Bieczu, Sandomierzu, Nurze
słowo do przetłumaczenia na wyrok
gdzie mieszka tłumacz?
twój i ich
twój ze świetlnym mieczem
ich z drewnianym
tłumacz – sędzia słowołamacz zamierzchły
odpowiedzialny za porządkowanie feudalne
w czasach równoległych i prostopadłych
kara – dziś to brzmi dumnie
dla krasnali z systemów malarskich
lub transportowo-komunikacyjnych
co wychodzi na jedno w tłumie
nie tyle łaziebnych co służebnych
pod warunkiem, że w łaźniach są teatry
lub odbywają się noce poetyckich ablucji
kara – jest uniknioną postacią nie
do przetłumacze – nia
więc stwórz słowo przeciwwłasne
dla sędziów apelujących stadnie
o naruszenia dowodów i tez
w katowniach głów
jest w wielu miejscach czyste
schronienie dla wybielających pisarzy
Mokotów w pierwszym rzędzie
Rakowiecka 37 w drugim
lub tajna Dzierżążnia Lukoil w końcu
nawet stare konie się rozpisywały
w Czersku i Esbecku
o zagonach równobiegłych
wyrokom ludzkim podległych
są takie zmysły, które nie potrafią
udźwignąć kolorów prostych
to jest pożywka dla galopady uczuć,
gdy myśli w klatkach zawieszonych na drzewach
umierają z głodu
ukarane za sprzeciw wobec maści i koni
za stadne słowa łamanie
koniec kłusowania i kaźni
a człowiek w celi osądów sądzi, że
kara ta to nie mus ani fatum
twoje i ich
>>>
W twoich płomieniach serca dwa
sobą ukoronowane
w sercu jednym trwa miłość
w sercu drugim – alert, wezwania
– gwałtu, rety
płoną czoła, płoną lica, płoną wargi
krwawiące boleśnie
jesteś ciałem straceńca
miłości nieznośna
twoje ciało jest uczuciem
znikającym w płomieniach
a może to nie płomienie
a może to nie serca w płomieniach
– cicho, cichutko
niech miłość zakończy istnienie
wtedy się dowiesz
niech oświetli koronę bardziej
może dostrzeżesz jak krew
zmienia się w złoto
a ból przetapia w jakikolwiek
błyszczący kamień
królewskie potwierdzenie
alchemii miłości
>>>
Oni domagają się ekspansji twojego świata w świecie współczesnym
oni chcą twojego spojrzenia z orbity stacjonarnej
oni myślą o tobie z przejęciem godnym rewolucji
oni witają ciebie jak wschodzące słońce ośmiu planet
oni smakują twoje chmury jak cukrową watę
oni entuzjazmem wyprzedzają twoje osiągnięcia i sukcesy
oni zgrabnie przeskakują już przez twoje płoty, które ustawisz w przyszłości
oni wyprowadzają z bloku na spacer twoje wszystkie psy
oni wicher od gór zmieniają w twoje zatrzymania pod triumfalnym łukiem
oni badają zasięg twoich rakiet w silosach i stojących na kosmodromach
oni są we wszystkich twoich kamerach i mikrofonach jeszcze nie rozstawionych
oni żądają twojego śpiewu kosa o każdej porze
oni użynają sierpem przy samej ziemi twoje malwy i słoneczniki jeszcze nie rozkwitnięte
oni produkują na dwie zmiany przestrzeń dla twoich więzień
oni w przerwach na posiłek wytwarzają powietrze dla twoich presji
oni nie baczą na twoje wulkany gotowe do erupcji na płaskowyżach
oni spokojnie sączą saksofonowe solówki twoich muzycznych win dojrzewających
dziesięciolecia
oni spijają haustami twoje trucizny bez mrugnięcia powiek i tików uszu
oni znajdują cię w barze za popielniczką jak serwetkę niezapisaną na stoliku samotnika
oni wstawiają cię jak ser do pułapki na myszy i gryzonie nie znoszące sera
oni świecą na twoją powłokę na orbicie, gdy jesteś po ciemnej stronie planety
oni lądują w bezkresnych pampasach na twoich spadochronach uczepieni za szelki
spekulantów
oni kapsułą ratowniczą uspokajają twoją pamięć rozbitka narzucając się z ocaleniem
oni bronią ciebie przed twoim katem a nie sędzią
oni zbliżają się powoli do ostatecznego rozwiązania twojej kwestii we współczesnym świecie
oni, którzy nigdy nie zaznali ani twojego świata ani ciebie w wieczności
>>>
Będzie dziesięciolecie smart
jeżeli dom twój w sieci
otoczysz chmurą tagów cool
jeśli dasz łapówkę durniowi za hejt
potem on cię polubi za wpis
małe jest piękne jak pixel
małe jest jak fullhade
w klitce bloku małe jest mega
pędź, dźgaj, pokazuj, linkuj
w wielopoziomowym labiryncie życia wirtual
przecież jesteś na niby jak
ból i śmierć, którą zadajesz gostkom
enter, spacja, klik, enter
megadeath zacisza rodzinnego
następny wiek real
>>>
Krakowski smok z czasów Bieruta
późnego Gomułki i wczesnego Gierka
poleguje zadowolony z siebie
przy ognisku
pysku-Magnitogorsku
a ty spędzasz dym z kominów
jak Beria
– do wyczerpania nowoczynowników
Krak miał kurny zamek
ty masz kurny magistrat,
co jak smok zżył się z grodem
dlaczego go nie spędzisz?
jak Skuba w ciżemkach
by smok nie ciemiężył zaczadzonych
– do wyczerpania dziewic
dym sam nie zmieni się w gołębie
>>>
W tabernakulach
w kobietach
w skarbcach kultury
zamknięty dobry los
sezamie otwórz się
dla niekończącej się opowieści
piękna i szczęścia
– rzeknij, wypowiedz hasło,
zaklęcie życia
otwórz autostradę słońca
przetnij szarfę
daj znak orkiestrze
naciśnij klamkę drzwi
guzik, enter, tajny przycisk
sięgnij ustami po skarb
nawet bez słów
– człowieku naszego wieku!
>>>
Wielki człowiek
tylko dlatego,
że samotny wśród ludzi na kolanach
tylko dlatego,
że zapatrzony w kosmodrom idei
ogromny jak kontynent
tylko dlatego,
że zasmucony wśród zwykłych potrzeb i pragnień
tylko dlatego,
że ogołocony z dóbr w królestwie Salomona
tylko dlatego,
że widzący słońce w przedbitewnej nocy
tylko dlatego,
że widzący zwycięstwo w marnej procy
wielki tylko dlatego
>>>
Na korzystnej płaszczyźnie
posadowiony obiekt lub przedmiot
nie jest jeszcze tak dookreślony
jak płaszczyzna
będąca podparciem i środowiskiem tegoż
nieco złudnego w percepcji
jest to nagabująca schizma rozhisteryzowana
poglądu na podstawę
dlatego obiekt lub przedmiot
jest tak niejasny jak ściemnianie
wywołane sztucznie
aby wbić się myślą w przedmiot
lub obiekt na płaszczyźnie bardziej oczywistej
trzeba odwrócić wzrok
od podwodnej kanapki
jak to bywało w czasach,
gdy istniały jeszcze wszystkie
baszty strzegące Sandomierza,
gdy Wisła nie zalewała szklanych hut
a szklane domy jak morelowe sady
otaczały go zewsząd jak Tatarzy
na płaszczyźnie widokowej jest położony
obiekt, który zsuwa się w byt podświadomy
to dzieciństwo z lodem w ręce
u wejścia do Wąwozu Królowej Jadwigi
to strach zapamiętany w ramach dębowych
wykonanych z czarnego pnia
odnalezionego na łasze rzecznej
jak jesiotr ostatni
obiekt lub przedmiot
na płaszczyźnie subświadomości nadwodnej
jest migotliwy i jawi się
jak źrenica okrywana powieką
co raz drażniona widokiem Gór Pieprzowych
źrenica oka łzawiącego
przemywana wodami płodowymi
rzeki narodowej płaczliwej
w mieście przedpiastowskim
baszta bramna jest wystawiona na Wschód
ostatnia to baszta pańskiego miasta
Maryja godzinkowa obrończyni
dzieciństwa w podziemiach i wąwozach
Maryja brama i gwiazda katedralna
na płaszczyźnie niezniszczonej
przez wiedźmy szwedzkie i bolszewickie smoki
z bajek dla najmłodszych topielców
płaszczyzna opoką myśli człowieka
trwającego z lodem w jednej
i brzoskwinią w drugiej ręce
ciskającego kasztany i pomidory
w przelatujące miotły, strzały i płomienie
obiekty wyniosłego kulturowo anturażu
stubarwnej platformy graficznej
Sandomierza
>>>
Po kryjomu zbliżył się do infostrady
pierwszy raz wjechał na nią
nieczłowieczym urządzeniem mobilnym
pod osłoną nocy
potem popędził przez bary, brzaski i poranki,
kawiarenki, popołudnia i wieczory
estakady, tunele, wiadukty, mosty wiszące
nic go nie interesowało wokół
lecz nawet infostrada ma kres
zawiodła go ona do reaktora elektrowni
spalił się żywcem
zwęglony już wołał jeszcze
– nie ujawniajcie mnie
moje pozostałości oprawcie w krzem
idę już na piechotę
za osłem i wołem – symbolem
zapiszcie to w repertorium
nie jestem już infoczłowiekiem
tylko mobilną osobą bez twarzy
i też po kryjomu dojdę do
sanktuarium stabilnej gleby
>>>
Twój sen jest kręgosłupem
nie twojego ciała
ale twojego śniadania
bezbłędny w ustach język
bezbłędny w przyrodzie nawyk
twój sen jest masztem
nie dla twojej flagi
ale twojego obiadu
bądź na trawie za domem
na kocyku, który rozłożyłem dla ciebie
miej kosz z jedzeniem
biwakowym we wszystkich
kolorach tęczy
bądź jak róża kwitnąca tam
i naleśnik z kolcami tu
twój sen jest przedsiębiorcą
nie dla twoich nisz rynkowych
ale twojej kolacji
są takie tiki nerwowe na giełdzie
są podrygi w spółkach
gdzie kniej mniej jej (miej je ty)
bądź rarytasem na stole
postoperacyjnym poobiednim
jeżeli twoja kopalnia
jest ukryta jak wymarłe miasto
przed turystami
bądź dobrym duszkiem
sepleniącym zaklęcia
tak na niby w promocjach wydobyć
bądź przebierz się za przewodnika
jest już jesień jasno przewódź
ku wyjściu z matni-sztolni ciała pędź jak krew
s s s s
tojestessnu
ssystemu
>>>
Jest taka kość z kości
w twoim ciele
jest takie bolące miejsce
gdzie ta kość tkwi złamana
jest to kość jak słowo – moja
kość twoja własna pogruchotana
odłamany kawałek kości
jak poczucie wyższości
i ból zazdrości palący
kość jak słowo – moja
lub jak spojrzenie
a nawet bardziej niż spojrzenie
kość jak błysk w oku
twoja własna zadra pycha
i nigdy nie będzie czyjaś
twoja kość niezgody
co przebija skroń
kruszy grdykę
kaleczy prawdziwe serce
uczucia o nią walczą
i warczą nad nią
jak wilki wygłodniałe
>>>
Najlepszy czas na zimę
to wczesna wiosna
ale niestety
wtedy nadchodzi jakieś lato
i znienacka
powódź ptaków brodzących
i jest już za późno wśród lilii
na to by zwiędnąć, skostnieć i umrzeć
leśna jesień jest też dobra na zimę
lecz wtedy przychodzi wiosna
z całym sztafażem cebulek
i powodzi przypraw niedźwiedzich
i jest już za późno wśród nich
na to by zwiędnąć, skostnieć i umrzeć
potem ty się rodzisz tęczą za oknem
i jest złota polska jesień na przednówku
moja wiara w zimę się załamuje
w każdej porze
więc łapię okazję i rozkwitam
nawet latem dobrym czasem
wiechciem paproci na serca szybie
w powodzi piasku jak róża na Gobi
jest ciągle za późno
na to by zwiędnąć, skostnieć i umrzeć
>>>
Kolejne dni
kolejne szczudła i przesiewy
kolejne adaptacje memuarów
ty kręcisz się po planie
ja dyryguję ekipą za kamerą
ktoś przechodzi przez obraz
o kulach jak na szczudłach
to sztych Goi –
Okropności wojny
walka o mosty, domy i kościoły
ty stoisz na środku kościoła
ja wpadam do niego z karabinem
wtedy flesz, wtedy rozbłysk
ja strzelam jak statysta
ty grasz bohaterską męczennicę jak gwiazda
kolejny dzień zdjęciowy
przechodzi o kulach jak na szczudłach
przez sztych Goi –
Dziedziniec szaleńców
przesiewamy wodę
i całe fontanny wspomnień poległych
przez sito z palców trojga rąk
a ból głowy scenarzysty?
tak to ból głowy całej ekipy
jak zakończyć scenę w kościele?
śmiercią czy narodzinami?
moje szczudła to bagnety profesjonalizmu
przebijam nimi twoje serce
przesiewam twoje życie
rodzisz się w miejscu gwiazdy dla wieczności
ja z ekipą z Domu głuchego
przechodzę przez obraz
który namalowałem sam –
Gdy rozum śpi budzą się
kaprysy imperatorów i tyranów
>>>
Kolejny szkic
kontury bałwana jak z gipsu
sam wygrawerowałem płytę
moje rycie cierpliwe, konsekwentne
zakończyło się pięknym sukcesem
można powiedzieć pięknym
– gdyż obraz jest niepowtarzalny
pewno zapytacie dlaczego?
– gdyż jest to precyzyjna grafika pruderyjna
(nieużytkowa częściowo lub kompletnie)
akwatinta, ossa sepia
mezzotinta, sucha igła
ale ten bałwan
patrzy tak dziwnie łzawo
raz tak a raz inaczej
szkic wyryty pod kątem
uwidacznia półświatek (podwórka)
i półcienie (podcieni)
na wprost kontury gwałcą
biel nieskazitelnej płyty
kolejne rowki dają złudzenie
jakby bałwan żył sztuką samą
w swoim wizerunku kryje tajemniczy,
zmienny uśmiech
– a może jeszcze jeden
– a może kolejny ruch ręką
i jest kolejna mina
za bałwanem stoi świat czerni
nieokiełznanej
ryję więc dalej
będę gładził i dźgał płytę
aż wargi z marchwi
przestaną się wyginać i nadymać
sztych się skomplikował
rykoszet światła poranił mi rękę
biel umknęła (inkarnowana)
świat to nie tylko jeden bałwan
tło, sztafaż, krajobraz
bałwaniarski cokolwiek
aczkolwiek zmęczył mnie obiekt
to efekt jest piękny
efekt z lekka florencki
nad ciężko wzbierającą Arno
na moście bałwan topnieje
a tłum się przerzedza
ja przy płycie
ja przy korycie
ja przy nurcie
ja przy ruinach
sztuki współczesnej (jeszcze na sztalugach)
szkic jak rzeka zatrzymał się
bym mógł go dokończyć
niestety tego uśmiechu
żaden bałwan nie wytrzymał
spłynęły do liberalnych galerii
(a są ich teraz setki tysięcy
powielonych)
>>>
Jestem sam
w tym nieszczęściu
zwanym losem
jestem z tobą
w tym szczęściu
zwanym tunelem życia
jestem z wami
idącymi ku światłu
podnieście lampę
podajcie mi lirę
otwórzcie usta
jesteśmy u celu
>>>
Zgiełk w chmurze
gdybyś tylko dziewczyno
poczekała z łzami
gdybyś tylko w chmurze
nie zapłakała
natychmiast
i zgiełk by ucichł
żywota naszego
i chmura by się rozwiała
dziewczyno
moja błyskawico
>>>
Jeżeli przepaść pojawi się przed tobą
znienacka
jeżeli Czarna dziura
zastąpi ci Drogę mleczną
bądź gotowy na wielki skok
masz za sobą nie tylko
siłę pokoleń w łydkach i goleniach
od Rifata do Piasta
ale i zasoby idei
wyzwolonych aktem stworzenia ducha
w zapadlisku życia
górska morska kosmiczna
przepaść otchłań głębia
jest tym czym
suchy las dla iskry
czym ziemia bez człowieka
dla jednej jego myśli
jeżeli przepaść pojawi się w twoim życiu
pomyśl
i skacz
>>>
Duch Polski
to nie to samo
co Anioł Polski
Anioł milczący
Duch krzyczący
Anioł ma spuszczoną głowę
Duch dźwiga głowy wszystkie
Aniele módl się
Duchu wzlatuj stale – ponad te głowy
Polska trwa wciąż dzięki wam w chrzcie
w Wiślicy i w Gnieźnie
do Paryża, Ameryki, Anglii, Kamczatki
uchodziła kiedyś na oślicy
by powrócić za każdym razem we łzach
Polska przyniesiona na gnieźnieńskie pojezierze
w kruchych glinianych garnkach
do gieckiego opola
z Podola przez Lędzian i Polan
jak ziarna soczewicy, orkiszu i prosa
z zaświatów nadwiślańskich nizin
Polska przez Anioła zasiana na lednickich polach
jest Duchem i plonem
plonem milczącym jak ojciec siewca
dlatego wiecznie żywym
wznoszącym się z lądu ku słońcu
jak słowo
szczebrzeszyńskie szczerze
szemrzące szczodrością
niczym nie ograniczone
od Morzyczyna do Srebrzyszcza
trwa milcząca i krzycząca
choć z nazwy ziemska
Polska niebieska
>>>
Polski styczeń powstańczy –
desperacki augustowsko-podlaski i świętokrzysko-lubelski
Polski luty powstańczy –
procesyjny zdradziecko-rabacyjny i krakowsko-galicyjski
Polski marzec powstańczy –
spacyfikowany insurekcyjno-kościuszkowski i warszawsko-studencki
Polski kwiecień powstańczy –
rozstrzelany skrytobójczo katyńsko-smoleński
Polski maj powstańczy –
konstytucyjny zamkowo-katedralny i zaprzańsko-targowicki
Polski czerwiec powstańczy –
robotniczy chlebowy poznańsko-radomski
Polski lipiec powstańczy –
rycerski kolejowy grunwaldzko-malborski i lubelsko-świdnicki
Polski sierpień powstańczy –
antybolszewicki solidarnościowy warszawsko-radzymiński i jasnogórsko-gdański
Polski wrzesień powstańczy –
heroiczny obronno-ojczyźniany oksywsko-wizniański
Polski październik powstańczy –
odwilżowo rehabilitacyjny rakowiecko-rawicki
Polski listopad powstańczy –
zuchwały podchorążacki wawersko-grochowski
Polski grudzień powstańczy –
bieda-stoczniowy internowany trójmiejsko-szczeciński i katowicko-jastrzębski
Polski rok powstańczy nieujarzmiony
poza czasem
>>>
Skończyło się koślawe,
niegramatyczne mataczenie
przed kamerą wprost na ulicy
na tle wejścia do kościoła
nawijanie słów na motki
potem bajkowe kołowrotki
poruszane drewienkiem jakimś
pedałem stopką, w końcu mięśniami,
gdy zeschły liść zakosami spadał na matrioszkę
ustawioną tuż przy kołowrotku
matrioszkę z wizerunkiem nowogenseka
Potem czas inwigilacji siermiężnej minął
mataczenie rozprzędło się na chwilę
ideologiczny kompozytor zmienił
zeszyt nutowy – to znaczy jego format
gładko przeszedł nocą z A4 na A3
Melodia jednak zbankrutowała
liść utkwił pomiędzy klawiszami
i kołowrotek się zatrzymał
tak jak palce na czarnych i białych dźwiękach
stos atomowy wyemitował
dźwięk ostateczny czarno-pomarańczowy
omotany opadem radioaktywnym
w cielesnej postaci scherza –
to znaczy zebrą powziętą z ulicy
kompozytor zaniechał punktowania liści
Ale zebra się podniosła
po poziomym wykorzystaniu
uratowano przestrzeń pomiędzy ciszą
a wezbraniem onirycznego śpiewu łona
dla księżycowego płodu
zamiast śpiewu motka na kołowrotku
w wieży wciąż uwięzionej księżniczki
>>>
Oto przygotowane wnętrze Zachęty
oto nigdy wcześniej nieprezentowany pokaz
ekstremalnej sztuki postkomputerowej
rzeźby, prezentacji, inscenizacji, instalacji – dewiacji
Nowa Zachęta jest jedną wielopiętrową salą
uosabiającą jedną komórkę mózgową
eksponowany jest w niej
ekspert ekskluzywny
ekshibicjonistycznie
ekshumowany z późnego Peerelu
to znaczy odkopany na stanowisku postsowieckim
numer trzy w Mminnisterstwie Jjednej Ssztuki
z uwagi na jedną główną myśl wtórną,
którą się żywi ten dziełożerca
on sam jest tu dziełem na wpół żywym
Oto każdy jest
zachęcany do oglądania
wnętrza
nie dzieła
wnętrza
nie twórcy
wnętrza
nie siebie
wnętrza Zachęty
wymalowanej naiwną myszą
od piwnic po strychy
w rozchwiane dziewiątki nazistów
myśl wzniosła zostaje w końcu ujawniona
i publicznie unicestwiona
rozinstalowana na pojedyncze
iluzje, inercje i impotencje
postludzkie
>>>
W śnieżnej burzy
i serce i oczy są takie same
jak w burzy piaskowej
wrzuć tynfa do automatu aury
to się przekonasz
odsłoń serce otwórz oczy
i wrzuć
automat kompilacji marsjańskich snów
dla śnieżnych i pustynnych sów
wyświetli ci holograficzny obraz burzy
nie buntuj się, nie denerwuj
nie kołysz biodrami
nie przestępuj z nogi na nogę
nie mamrocz zaklęć
– tylko patrz
powoli pojawia się dźwięk i efekt
surroundingu trzęsienia i drżenia
bibeloty, szklanki, firanki,
kolana, zęby, głowa
trzęsą się i dzwonią na trwogę
rozjaśnia się mały punkcik
w twoim pokoju
w górnym jego rogu pod sufitem
z niego wyłania się
pył jasny, tuman jasny, obłok jasny
większy i większy, spiralny
wydłużony, zakurzony, zamgławiony
ciągły w przestrzeni snu
obraz burzy
bezlotne twoje oczekiwania
nie zdają się na nic
wokół ciebie krążą ziarenka i płatki,
w które zmienił się twój realny świat
wszystko huczy i trzęsie się
jak krzesło na którym siedzisz
twój wszechświat równoległy
wyłonił się z jednego punktu
i jest cyklonem
w jego oku twoje oko
w jego sercu twoje serce
to tylko przedstawienie
i to nawet jego próba generalna
panie marszałku uczuć podwójnych
zmobilizowanych obrazów
z czym pan rusza na wojnę głów?
w takiej zamieci
i w każdej innej burzy
serce i oczy są takie same – patrz
wiry myśli niestety już nie
fałszywe i złudne ich formy
same są burzą dla duszy,
która jak się pojawiła tak zniknie
w jednym punkcie chaosu
razem z drugim tobą
>>>
Gęsty sos się zagrzewa
Ameryka uderza w rondel
bo rondel jest już nad oceanem
grzyb zagęszcza sos
to wulkan na Hawajach
sałata z marchwi i alg
wprost z Honsiu
Rosja wdziera się do kuchni
Wietnam i Mongolia za nią
teraz już wszystko straci smak
w sosie duszą się kapary z Indii
jest siódma rano prawie koniec grudnia
piwowar nuci pieśń
brzdąka na siatce do kawałkowania jaj
hejnał gra Grek Antymos z wyspy Kos
przeleciało te parę nut
te parę godzin jak strzała
mały grajek nagle wyłącza piecyk
jest już południe na Ukrainie
czas zjeść to co na kuchni
poranny omlet nie ostał się
na bekonie
Wiking ma rybę
na szczęście
jest piąta po południu prawie koniec grudnia
dzielimy ją na trzydzieści parę milionów części
i wysyłamy do Krakowa do saskiej centrali
tam ją scalają i do Warszawy odsyłają Wisłą
rondel teraz zadzwonił
rozgrzany zupełnie
po ataku z antypodów
jest słynny sos i już styczeń
smakuje jak Antysos z Lesbos
>>>
Patrzcie jak komisarz biegnie
w swojej sukni i fartuszku
komisarz biegnąc gwiżdże
patrzcie jak dobiega do studni
to czarodziejska studnia życzeń Unii
co wrzuca, jak myślicie?
komisarz wrzuca gwiazdę z rubinów
nie krzyczcie – wrzuć więcej
komisarz nie wrzuci pieniędzy
komisarz odwraca się w kierunku
tłumu gapiów
ma czarny charakterystyczny wąsik
och! – wyrywa się z piersi gawiedzi
a potem – śmiech
– spokojnie!
to Zappa
nie Hitler
>>>
Jesienny zamszowy dźwięk
na zimowych srebrnych butach
podkutych metalowymi serduszkami
kroczących Alejami i Kruczą
potem Krupniczą z zadyszką
toż to rock`n`roll?
Malczewski zamknął oczy
namalował obraz
zupełnie podobny do dzieł Miro
gdy artysta otworzył oczy
przyglądnął się lepiej dziełu
i zamalował płótno białą farbą fałatowską
chłód wyszedł z niego hałaśliwy
dźwięk skostniał na cholewkach
wtedy kolor zszarzał
malarz zamarzł z pędzlem w dłoni
wyciągniętym ku sztaludze
za drzwiami zatupał torreador
i otworzyły się na oścież
w zamieci stanęła w progu
śmierć bosa i zagrała
riff w całym świecie znany
ale na czym?!
toż to rock`n`roll
czy zadyszka jesieni
as pik czy joker?
>>>
https://allegro.pl/piotr-zaplakal-alek-skarga-i7456151617.html#thumb/1

>>>
Skorzystaj z moich rad ukochanaja i tyodliczaj góryraz dwa trzyja i tyodliczaj od siebie góry lodowetysiąc dwa trzyukochana posłuchaj mnieodejmij te echa od ciszyte głuche łoskotykotwic i orkiestr z dnaraz dwa trzyodejmij nasze rozstania od powrotówtysiąc dwa trzymoja rada jest ostatnią radąodejmij swoją przeszłość od Titanicawsiądź do szalupya ja wskoczę do drugiejten pomruk to nie eksplozje radościna trzecim pokładzie państwato katastrofaraz dwa trzyskacz!
Początek i koniec?toż to początekjak się rzekło nadworny kwiattrzeba rzec królzgaś światło liliojuż czaspyłek uleciał – to tak na począteka potem?szaro długo nudnoa potem?zaświeć światłoalbo poczekaj na brzaskto się zawsze tak zaczynai zawsze kończy w snacha pomiędzy dniem a snemszaro długo nudnogdy śmierć nadchodziniczym nie różni się od miłościa po niej urodzinya po nocy nadchodzi koniecniewidzialnego królestwaa oni zawsze bladzia one zawsze są rumianewtedy kwiat wydaje owocpłatki opadają na powierzchnięktóregoś księżyca planetyco przemieściła sięz jednej orbity na drugąniepostrzeżeniew tę noca ten ledwo świeci odbitym blaskiema ten ledwo jeszcze krąży wokół kwiatua ją porywa ptak rozstaniaale nie połykaptak niesie ją do gniazdaby otoczyć pierzastym ciepłem wspomnieńwśród pisklątwierszytoż to początek wszystkiego!>>>
Na wysokości nowiuczyli dość wysokonoszę swoją szarfęznak rozpoznawczymoje orlęta umieszczonotuż pod nimgdy pełnia nadejdziezerwę szarfęwylecą moje małe skarbylecz, co to, nad gniazdemnadajnik albo odbiorniki to ja nie wiem nawet co?!może to autobus podniebnyalbo taksówka planetarnaemitująca niepewnośćw czas cieplejszyda się to sprawdzićzdetektować emisje .. kiedyśale teraz?zwłaszcza krzyki młodzieżyz najwyższych rzędówmłodzieńców wysoko urodzonych piskisą słyszalne nad zwykłymprzekazem podprogowymprzed nim jest nów mediówczarne mgławice to nie są jeszczecenne zapinkiw kategoriach zasad plasują się niskoa wręcz ciche niszeprzewyższają je symbolizmemw jednośladowych neolitycznych chatachpozostałości orlich śladówsą jak pokaz siływypluwkimęskie i żeńskiekamienie polnepodmuróweknawet nie właściwych ścian
*Rzekł do złodzieja kpiarz*Znamienną jest moja otwartośćrzekł do złodzieja kpiarzmoja lenność wobec waszego kierownikakluczem dla nas jest jego wtórne ześwieczczeniemoja otyłość szansą jest dla wielurzekł kpiarz do złodziejatak jak wczoraj dzisiaj podkopałem znowumierzeję wyborczą i to wyłącznie płaczemwszystko można wypłakać łzamii kurzawki i morenyja właśnie zaplotłem ośmiornicęrzekł kierownik więzienia do kopaczaa ty snujesz się jeszcze w palarni,gdy smród już opadł po twoich wyborachale jakże symptomatycznym jestkazanie do dzieci o dzieciachrzekł otyły do pielęgniarzapopatrz nadjeżdża wielbłąd na kołach gumowychcieszy dzieci pochowane pod pryczamikolejny dzień w tych warunkachwyłamuje się z zastygłych śladówbłotnego dinozaura na płozachnikt już nie rzecze – człecze – do człekakażdy rzecze chochole – raczejalbo – smoku, czemóż nie pijesz już?czas tobie na znamienny ruchrozstępujący do granic eksplozjito nastąpi rzekł kpiarz do złodzieja – zapewnei kopacz straci znaczenie i kierownika chochoł zacznie wyć>>>>>>
*Święta w kominie*Ból w kominiegęś na świętaw choinie chomiki spowiedź proboszczapubliczna Miecz w kominie Marsjanin przed choinką szpic na legowisku i mruczek na ogniuRuch w kominiesmrek na wietrześnieg w pokojuby firana załopotałana balkonie Byk w kominie Azja na szpicu szczek w konfesjonale ciszy przedprogowej Świadka JehowyBladość świerszcza w kominienadzianego na iskrę uczucia już przez komin nie ulecąa dzieci niedociekanąskąd karpie pod choinką Mędrzec w kominie steward donosiciel i nawet mak rozsypany i słoma, co wypełnia serca już po pożodze w kominkuKołowrót w kominiebiała róża sama w domubez rachunku za prądbez rozgrzeszeniabez sąsiada bałwana>>>
Z niejednego ptaka zrobiono bogaz dwóch wojowników zrobiono centauraa już z trzech kobietuczyniono Ewę pramatkę praojcawielką i ciężkąwprost nienadążającąza potopem testosteronuZbudowano w neolicie arkęby uniknąć zalanianikt nie wie dzisiajdlaczego nie kamiennąa tak wielu nazywa gwiazdolotyPrometeuszami i PterodaktylamiW nowiowej siedzibienikt nie chce się kochaćnikt nie chce płodzić dziecia to tylko jaskinia jak każda innakąsające zwierzęta, choć dzisiajsą zdecydowanie mniejsze niż przed wiekamiuczucie śmierci przynoszą tożsameniepewności jadem i zaraząnie taką jak dla ludzi pierwotnychludzkie bydle się ogania przed tyma co dopiero człowiek bez ogonai bydle niosące człowiekaKamień wykorzystywany będzienawet na innych planetachdo rozpoznawania chorób i gwałtówlub rozdzierania ciszy,gdy okaże się martwa i zbędnawiele czeka jeszcze kamiennych ludziunoszonych przez orły jak bogowiewiele czeka przedmiotów raniącychjak zwierzęta gryzące wciążnadaremno>>>
Puk! puk! – czy to śmierć puka atomowa?armaty z epoki a dzień barokowystrzępy koronek strzępy dłonion do pocałunku rwie sięmiedzygalaktyczne sierpy drum drumznowu się pokazały nad rabatą Islandiito on w stroju Ludwikadryga i bierze nóż, bypokazać dżihadystom, że jest mocnyowce uciekają, lecz niezbyt dalekoirys w ustach jak szafranklap klap pod Marksem w Warszawiesedno międzywiecza jest zigguratemuczucia są przykrywą piekłaciężką jak pokrywa atomowego silosu,gdzie skorodowane rakietyrozsypują się przy dotknięciu rękąwalizka pełna listów do przeszłościlistów kochanków wiecznościpęknięcie na Islandiizimnej lodowatej w mediachmeandry skupieniaWatykan odpowiada ziewnięciemna atak młynów i wiatrakównie pierwszy to atakludwisarze kręcą w tyglu spiżjak śmietanę na lodykret stulecia dojrzewa do knucia z koszatkąon nie jest alchemikiemnie robi nic i nie politykuje tylko jesemafor odmienia się przez przypadkia potem odmienia zawiadowcęw jego miejsce demokratycznie wybranyzawiadowca wkracza pomiędzy zwrotnicejest pijany jak trzebanie potrzebny mu Madagaskarstrzelają z armat i pistoletówleje się szampanwjeżdża na stację martwy niedźwiedźna platformie z baldachimemRejkiawik tym razem milczypęknięcie tektoniczne zupełnezamyka drogę tryumfowi czasówkwiatki kwitną w szczelinachludzie je zrywająbukiety i wiązanki ładnie wyglądająna tle religijnego niebajeszcze ładniej sypane pod nogi żołnierzy,którzy wracają z zaświatu Heratto mędrcy i sekwojecisza rodzi zgiełk po raz ostatninad wulkanem grzyb europejskich myślisięga chmur i razem zastygająjak odwieczny akant – rozpoznwczy znakon nie jest Aleksandrem ani Krzysztofemjest sobą w koronkach epok>>>
Z zewnętrznych znudzonych hasełwyzuty jak z onuc skórzanychbezzębnej jaskini knutywystarczyły za zębypokrwawione plecy zakochanegow muślinach utkanych przez włochategobez przypraw mięso zgotowanodla niegojak hufiec, falanga i kawalkadaze wzgórz dziczy i nieokrzesaniaw porządku niebnym podniebienienapadnięto i ze smakiem oskórowanomamuta cywilizacjinastępując na naczynia Syrii przedhetyckiejrozdeptano Genesis z Duchajak na wyrost wyzuty z witktorianizmu Hamletalbo Achilles szeroki w barach Eginyjak nizina do bitwy nad Jordanemjak hetairoi atakujący słoniemarny horyzont po wyjściu z jaskini wygnaniaściana do rozbicia do malowania do osłonyz ogrodu do piekłasłowa zapisane nanizane przekłuteprzeliterowane z ogrodu do przededenuczaszka u stóp góryczasza i jednocześnie czerep pobratymcaskała czaszkaokrzyk bitewny i ziewnięcie – zdradaz piekieł do… słówcedzonych przez zęby węża>>>
W takim bólunie dało się zamieszkaćwielki zryw się zakończyłzerwano ścięgnazdjęto kajdany razem ze skórąsklonowano rany po przesłuchaniachpodsłuchując i oczerniającgotowe legiony zdemobilizowanoa to byli zaprawieni w prawdziemocarze z bliznami na czołachpowiekach, ustach i policzkachulicznice z nagimi piersiamina barykadach ich zastąpiły,gdy wymordowano księżyodkryto latarnie zielonei wynalazki świecące próchnicą ideologiiMęskie sprawy nie są zadośćuczynieniemza sprzeniewierzeniakobiece nie są sprzeniewierzeniemzadośćuczynień prawdzieto gnijące pióro jest pterodaktylapowiedziano na wiecuwiecu wyborczym w mediachwszyscy w to uwierzylidopóki nie okazało się, że to bielikaa bielik to nie orzełkonstytucja to nie elementarzwtedy zapomnieli wybaczyćkłamstwo przeszyło osierdzie uczniównadchodzących wodzów stuleci,którzy mieli być jednością kiedyśmiłość miło się zmieniław koronę z poziomek bez owocówza to w kwiatach białych całazespół stały wystraszonych wartownikówzaskamlał, okulał i czmychnął w jeżynyco i tak nie uwiarygodniło już nikogo– zemsta stała się nieuniknioną >>>
W ilu trzeba wyjść do nich?w ilu przeprawić?ile trzeba po nich posłać dziewic?między nami kolosamizapadły decyzjetony złotasieci rybmile morskich podróżyw takim razie odchodzę –nie wchodzi w rachubęani Styks w Hadesieani Kserkses w Atenachani Aszurbanipal w Suziew ilu fortach Indian powstrzymać?w ilu inkaskich miastach tkać maski ze złotajak czapki?w ilu stanąć przed sądem jak Sokrates?między nami karłamizapadły decyzjeniech lud kupi niewolę za kopręlud woli koprą płacić niż zlotemw takim razie nadchodzę –wchodzi w rachubę– sam>>> >>>
Z tym kluczemi z tamtym klownem,gdy tynk odpada z cyrkunamiot stawiasz nowyna dnie terasowej półkizalanej rafyklucz z koralu wkładaszmiędzy ożywione błogostany oceanuwkradasz się tam jak ibis do piramidyw zatopione zamknięte na zawsze światyzmysłów młodzieńczych obumarłychgdzie otomany z prętów stalowychkalumnie i plwociny otoczeniapoduszki chmur nadziei przekłute sprawnieprzez kanibali narodowych i partyjnychw mętne tłumaczenia braci i towarzyszywkradasz się między lękliwe zwierzęta w klatkachśmiertelnie zranione na sawannachrozpołowione na rafiez kluczem w ręku z kłódką na głowiew kapeluszu nie gór a lodowców,gdy spadają z nich płatki jaśminowego śnieguna kolorowe i denne rybyi przypływają na wiec płetwale z dziećmiwale i stada biełuchz tym kluczem do podwodnej odrąbanej kamienicyczekasz na wybuch lub tąpnięciejak w czarnej nieczynnej kopalnitsunami radioaktywne nie nadchodzimożesz otworzyć dziś dzielnicę kraj epokęodrzucony klucz opada w jasne odmętyna dno liceum morskiego konika >>>
W poczuciu siebie i mgłyna przedostatniej stacji oczu i sercawdepnąłem do trafiki,która została zbombardowanaprzez Napoleona, lecz jeszcze istniaładzięki dwu aniołompodtrzymującym belki stropowejuż sto pięćdziesiąt latzakupiłem papierosy na drogęby słońce nie zachodziło samotnieby na ostatni szlakwyruszyć z głową chmurachby nie widzieć łez dzieckażegnającego ojca składanego w ofierzewśród ryku dzikich zwierzątbardziej dumnych i bardziej wolnychniż on samza jeden miedziany pieniądzkupiłem dziecku pomadkęzakryłem rękami oczy i odwróciłem głowęby nie dostrzegło rany na skroni,z której sączyła się krew krzepnącai śmierci we mgle na górze Moriaspojonej dymem ogniska płonącej żertwyOjczyzny!(… abyś raczył z Twojego niewolnika uczynić doskonałą i miłą Tobie ofiarę całopalenia i cierpliwości)>>>
Tyle miłości w lochachjeden dwa trzy serca więźniówwystarczyło by niekończące się jarmarkiwyprowadziły ludzkość z żyznego półksiężycaustanowiony odruch płucapozwolił zrozumieć na tyle poszum lasuco odświeżający bardzo energetyczny wręczgrecki oddech pinii śródakademickiejgdzie miłość nie czekała zbyt długowyrwała hetyckie spiże z ziaren i mąkiby udać się do ludów morza po sólsól miłości to zestaw krzyży i półksiężycówznośnych dla rana bardziej rannych ramionale najbardziej dla samych rannychmiłość rozkrawa i kaleczyby wyprowadzić poćwiartowanychz każdego szeolu, lochu i zwierzęciascalając muzyką zbóż najdrobniejsze fragmentyod włosa po paznokiećw domach metr na metrna kamiennej podmurówcez sześciu kamieni polnychtam w niby lochu narodził sięwyjściowy pocałunekdrgnienia rzęs zamienione w ruchw kącikach oczu ornamentna pustyni i w pyle ulicy pierwszego miastajest rozpoznawalnym znakiemziarna zmielonego najdrobniejprzez kobietę i mężczyznę wespółw deltach sypialni żyznejwezbranej jak księżyc w pełninawet w czasie połowicznego wylewua rozkosz zmieszana z bólemunicestwia wojny w przyszłościale wtedy był początektam w pokoiku zwanym pierwszym domemjaskini lochu sercunależy o tym pamiętać jęcząc>>>
Lewy skośny z lewej skośniez lewej powoli w prawo w dółkraksa gotowawolniej stróżugdzie schemat myślenia o sztuce neolituw statku-pralnipirackich studni ciemne wodyi strome schody i kręte ulicepełne starszych pańpowoli skośnie zygzakiemna dworzec-galerięjak Picasso i Apollinaireschody z kafejki Bon Coinwprost na Cmentarz Montmartrena grób Juliuszaprowadząc pod rękęjedną dystyngowaną starszą panią,która ma wciąż trzydzieści lati wciąż nuci piosenkęo paniach i panach na moście w Awinioniea dzieci lecą z nieba jak kroplelecą misie i smartfonyjak letnia dżdżapotem Dżugaszwili z Sorbonywywołuje ciężki deszczna pokazie lotniczymrozpylając z jakiegoś jednogwiazdkowego migasubstancję nienawiścieliksir mocarstwowościnad Sacre Coeurenawet zielone konie zeskoczyły z cokołówpofrunęły nad Gennevillierslekko skręcając do Metzwśród chmur, aniołów i muzby przelecieć nad Europąi zmarmurowieć w wygładzonych arcydziełachCmentarza Orląt>>>
Oprócz ołtarzy we własnym garażunie mam już nicłzy są ołtarzamiw zamkniętej łazienceale to już inna pieśńecho nadciągająćej burzy to fanfarya krzyk to wystrzałna cześć tego, który tu wchodzinadzwyczajne cele są wówczas w łaziencea w głowie mikromydłai francuskie narzędzie równości,gdy wchodzi zwykły człowiekaby uścisnąć dłońzdruzgotanemu przez miasto-państwowładcy floty, która zatonęła w barzeszóstej dzielnicyjest ołtarz na molozamkniętego w przerażeniuściskającego twarzjest jeszcze ołtarz na drzewieale to już inna epopejatam na wysokościach we mglesiedzący niewidzącyteż ma swoje alibibo po cóż by ciskał te szyszkina głowy dzielnicowychze wszystkich kwartałówze wszystkich posterunkówołtarz rewolucjonistów bijących z przekonaniemliberałów bijących z przekonaniajest ołtarz jak mostw depresji poobiedniejnisko usytuowany pozwalaobsiąść się wronomnie straszna im tutaj ofiaraz niczegoz ludzi z krwi z siodeł i z tronówledwo nad moim przybytkiem zaświeciło słońceledwo noc dogoniła dzieńprzed misterium zażądanośniegu z głowy skazańcaa on antyrewolucyjnie stopniałprzestał ciskać nie swoje echana wiecachotworzył sięna doznania i twarzea sędzia otworzył księgę odczytał zeznaniaprzydzielił wstydpoznał jego uległość przedśmiertnąi ściął przy umywalce,gdy cisnął grymasy pewnego siebiesędzia i kapłan ołtarza – pewność samego siebieuderzył w dzwon braterstwa krwi>>>
W brzydocie czasu odnaleźć srebrny śladzmienić ludzkość w gwiezdny pyłnauczyć się tak kochać jakby łapaćwiatr słoneczny i zorze polarnew snachw sekundach łez nauczyć się łkaćw żałobnych modrzewiach i cyprysacho północy ukryć się w sercui zamieniać ołów w srebro,którego nie zechce niktdopóki nie nadjedzie bezsenna noc>>>
We mnie to nie tak jak w tobiejest żółw kosmicznyw moich trzewiach protuberancjawytrysk czystej plazmynie zawsze płynnego szylkretujak to szylkretu?zmieniam się ciągle w coś podwodnegopod powierzchnią Słońcaplanety nie mają powierzchni mistycznychtak jak jajestem żółwiem w przemianachduszą cywilizacji narodumiłosne żywiołytermojądrowe przemiany we mnieto tak jak w piekarniku domowej kuchnijak w cieście weselnym, które wybrzusza się, pękawyrasta na pociechę weselnikówtakie to przemianyw energii stoikaw energii zamieniającej się w szylkret duszywe mnie nie ma ciebie całeja pod tą boską skorupą jak skałą jestmiłość do wszystkiegoco stanowi o twojej energii we mnietwojego tchnieniatwojego życia i twojej twarzyale bardziej przemianymojego kosmicznego żółwia w człowieka>>>
W zielonym generatorze grafiki uczuciowejpojawił się błędny wykresfal na oscyloskopietęcza wyszła poza planw panice legalna ekipa medialnarzuciła się do naprawiania błędówbo groziło to naruszeniem struktury molekularnejpapierowej naklejkiprzygotowywanej w drukarce urządzeniaw celu naklejenia na czole artystyaby uzewnętrznić dziełowprowadzić do obrotu społecznegopomiędzy tryby kolejnego urządzeniagenerującego sofizmatyczne starania o niepodległośćcałkowicie zielonych tęczgdzie bramiarze i tęczarzespijają śmietankę praw autorskicha generatory nie mają żadnych prawbo są maszynamiponad wszelką wątpliwość wątpiącycha ponadto zielonych po prostu nie manie występują przed szereg przyrodya jeżeli już to bardzo rzadkośladowo można powiedzieć wręczw prześwietlonych myślach>>>
Ból społeczny jest nic nie warttak jak te rozmowyprzy kawiarnianych stolikachzapisane na serwetkachprzez agentów a nie poetówból społeczny jest tak wiarygodnyjak inwokacja dyktatoraw referacie o blaszanych wiadrachstojących obok mównicból społeczny jest wart tyleile spaliny rozwiane przez wiatrjeszcze śmierdzące w zwojach mózgowycha już nieistniejącena kosmodromach autostradach poligonachi nie wiadomo czy to była rakietai czy pochodziła z głowa mędrcaczy z głowy dyktatoranie uznającego bólubezdomnego nieletniego więźnia?>>>
Moja droga twoje ustatwoje usta moja drogasłodkie we śnie i w nocybyły jak wyczekiwaniena wakacyjny pocałunekw nagłych krajobrazu ripostachnaszej podróży zagadkachodnajdowałem twoje uśmiechywe wstecznym lusterkunad ranem, gdy dojeżdżaliśmydo dzikiej plażya ty podnosiłaś głowęna tylnym siedzeniuciężką od gwiazd, które zostały za namidroga się nagle skończyłanoc urwała jak klifa usta pozostałyodbiły się w moim wspomnieniu młodościodbiły jak szminka na lustrze zmianodbiły na moich wargachpoprawiłaś włosy i usiadłaśniepewnie się rozglądającsamochód już płynął po morzukołysał się na falachi mewa miłość moja droga>>>
To nie jest tak jak mówiszi ty i twoi prorocy,co wyszli z krajukraj nie jest starożytny na tyleby ogarnąć myślikraj to łysych pseudoprorokówlub skrytowąsych nibymędrcówco w budach zaliczyli szkołyszkoła ta uwodzicieli mężatekjak szarlatani i pastuszkowienawracający owce, których nie mieli– to nie jest wyjście z Egiptuani Morze Czerwoneto rozpaczliwe skoki w przepaśćtych, co nie wierzą słowomlecz ufają lotomzamienieni w słupy przydrożnezostaną obsikani przez kundlei odrapani przez stare Skodywbijające się w nich równie rozpaczliwieTo nie jest tak jak mówiszo świcie, bo o świcie mówisz,zbyt sennieto, co widzisz to nie są krajobrazy wolnościlecz zwykła kolorowa dyktarosyjskiej propagandydobra na budy a nie na szkołytwoja prawdziwa buda byłabeczką Diogenesaale to nie był prorok i dlategoożywił myśl jak strzałaa ty taisz ją w kołczanieNie mów, że w tym krajunie będziesz prorokiemprzez jakieś dwuznaczne przysłowiatylko wypuść strzałęw słońce>>>
W ten sposób i w sposób innyzdemontowano sztuczny księżycchodzący zakosami po liniew jego jutrzniach nie było prawdyw wyrazie był niespołecznya w linie niezbyt groźnymęskie nadzieje skupiał w przydawkachmądrości jego niewierne nie okazały się sądamisędziowie na dwa sposoby zostali zgładzenikrólowie w tym uczestniczylibez afektu wręcz znudzenipozostawili wszystko księżycowiw ten sposób i w innypolegli także królowietylko gwiazdy establishmentujak świece świeciły przez wieczór jedendopiero, gdy ten i tamtenzauważyli, że gwiazdy nie mogą świecićjak zwykłe świecezainterweniowano i zainternowano wszystkow ten i tamten sposóbwyzwalając społeczeństwo z bylejakościgwiazdy jak świece – kto to widział?wrócił księżyc prawdziwymordowany, rozpruwany, podduszany i bityzachwytemostrzeliwanyzenitem południabombardowanyprzetrwał z zakosamii z tym wszystkim co uwiarygodniaco jest potrzebne by bezzębny bezpodniebnybezjęzyczny mężczyzna przywołał kobietęw ten sposób lub w innygdy odrodził się księżycodrodziła się prawdziwa kobietaw zachwycie uczłowieczeniaakrobatka>>>
Proboszcz z burmistrzemsiedzą na sykomorzejak Zacheuszi rozpamiętująprzeszłe zwycięstwa wyborczeJezus nigdynie będzie tędy przechodziłi oni o tym dobrze wiedząjęzyk ludzi giętki i miękkiobniesie ich po wszystkich zaułkachpo wsze czasy będą rządzić duszamii podróżować na ludzkich językachjak w złotej lektycepo ulicach otoczonego drutem kolczastymJerycha >>>
Cichy naleśnik ponad lasemsosnowym płonącymw Santa Monica lub Nettunocichy naleśnik z nadzieniem z pigwypachnącej wschodnim bractwem pszczółi lemoniadą pierwszych chwil majazaraz po pierwszej komunii,gdy pierwszy ogień go wypalił – to janie pasiasty szalik jak wąż w atelierani modelka przy Placu Matejkizrzucająca szlafrok przed klasąrzeźbiarzy z klasąCichy jastrząb nad dachami Krakowanad jazzowym Barbakanemprzesiadkowym przystankiem pod Jagiełłąprzystankiem miłości wakacyjnejzagubionej na Olszy, w którymś liceumBezwonny flakon z fiołkaminad Miraculum i Zabłociemnad szwedzkim stołem z kwiatami, pyłkamii żądłami świataustawionym w Sukiennicachciągle pobożnie średniowiecznychBalon nad Paryżemulotny jak chwile z Proustemnad Sekwaną płonącą w czasie Rewolucjilub Sekwaną zawstydzonąkrwią Męczenników z Montmartrui samotnością Joannypośród wszelkiej maści tchórzyi AnglikówNawleczona na igłę nitkanitka w kolorach tęczyzszywająca ręką Boga samegolechickie obrazyodnalezione przy piciu herbatyw salonie piękności dwudziestego pierwszego wiekuw kieszeni podartych szortówna słodkiej trasiezbombardowanej smutkiemumierającego wrześniapoza wszelkimi granicami>>>
Na środku drogipędzących ślimakówktoś podstawił tamęskrytobójcze samolotyporywają mięczakizanim rozbiją się o zaporęz muszliwoda na swetrach prawieniewidoczna jak śluzgotowany rak w dużym kotleskłada szczypce do modlitwykruczoczarne sójki pierzą sięjak liniejące wężeprzyroda przechodzi metamorfozęjak zbrodniarz, który się spowiadanawet kangur nawet dusicielna autostradzie ślimaka przed nim zapora jak tama Hooverapowiększona w Chinach stukrotniedzięki kamieniom i cegłom z Wielkiego Muruwracamy do suchej Mahabharatyi po chwili Wielki Aśoka oducza nasspożywać mięso i sukcesywnie wybijać bracia na końcu pustynne zwierzęta podrzynają nam gardłapowoli, acz konsekwentniei to na środku drogi>>>
Lantastyczny dziś nie istniejeGromki takżeraz miałem chrapkę na komizmwtedy wydarzyło się toco zwą wszyscy klęskąi emigracja i internetowe przekazywtedy wydarzyło się piekło w e-kurnikui norz-eletni wiatr zaniósł iskręprzestraszyła się lokomotywai uderzyła w leśny wiaduktdukt – dukałem, duktem zaleciałlis spłonął żywcema taki był przebiegłynie zmieścił się w Internecieprzebiegł prawdziwą drogę,która z nim spłonęław piórachjak sekwoi szyszkapolubiona przez gromz samego niebieskiego serweraotwierającego żywy świat>>>
Moje cierpienie na każdym drzewie w każdym jego liściuono wyrąbuje puszczeby pustynie mogły pomieścićpick-upy terrorystówśmieszne burze wpadają tu cały czasjak drony penetrująco-eliminującejak drwale w przerośnięte lasyzbyt dojrzałe byz nich zadrwić by ich powstrzymaćkrew płynie w żyłce liściaw liściach wszystkich drzewjest ocean krwi, którykołysał się pod dnemSahary i Namibiimoje cierpienie ze słówtożsame z cierpieniem snówczarny las zmieniony w czarny czaspo północy mój zawój na głowierobi się białyczerń spływa z niegowsysana w piach, w któryzmienia się dywan pamięciobumarłe drzewa pamięciskamieniałe drzewa walą się z hukiemjuż po pierwszym pianiu kogutalas grzebie drwali i terrorystówmoje cierpienie zwęgla się nad nimipod ciśnieniem bolesnej krwi>>>
*Księżyc*Stamtąd jaśnieje niebotam czeka ptakcicho cicho już płynie Księżycnagle zniża się samolot odrzutowyna pobliskie lotniskoprzelatuje ogromny transportowiecwprost przez tarczę Księżycaczyniąc hałas nie z tej ziemidrży nawet Księżycpatrzę przez lunetę na partnera Ziemiw pełni siłstojąc na rozgrzanym balkoniedrży nawet balkonsowa wylatuje z ciemnego modrzewiamodlitewnika znikającego słońcafrunie nad trawnikiemcicho cicho płynie jak Księżycw świetle latarni solarnychza późno na reakcjęuderza mnie w głowęluneta spada z balkonu na tarasmodlitwa zamierasowa chwyta moje oczywyrywa mi policzkirozszarpuje ustaściska moje ostatnie spojrzenie i samolot w nimszpony jak Księżyc nie dają dokończyćOjcze nasz – nim hałas wybrzmi do końcai słońce zgaśnie>>>
Drugi dzień z rzęduniech te żółwie Tasmanazalegną jak desant morskiniech drugi dzień z rzęduna plażach będzie podzwonnedla lóż piaskurzek zbóż podwodnychwielkich kwadryg kontenerowcówJeżdżąc wzbija kurzpływając rzeźbi kilwaterzalegając zostawia śladżołnierz na quadzieżołnierz na morskim konikużołnierz na koculegendy literackich syrenwypełzły zawodzącjak sam Boreasz,który z Bachusem nie ma nic wspólnego,chociażsyreny i żółwie to makatkiw nadbrzeżnych tawernachrozkołysanych na północnychmorzach do północyrozdzwonionych na Lofotachsyreny wpływają w ujścia i dorzeczaszukając zaginionego Posejdonażółwie zalegają na Tasmaniibo to żółwie-dzwonnicydzwon jeszcze dzwoni w odmętachoceanówdla humbaków wędrowcówa one w nowej roli oswobodzicieliniewolników wolnych rynków>>>
Testowane wczasy jak koncertyz prorokiem z wdową z miarką czasuniewyczerpanąz wiarą w odbudowanie młodościczłowieka maszyny organizacjijednakowe skarbyepokwydobyte odkurzone przemilczanena sympozjach rekolekcjachprzetestowane w pasażach urnjak nutypod ciemnym mostemprzegrana bitwa nad nimmetalowe kości kosmitygrawerowane na długim targuozdabiane na piotrkowskieji nowym świecieoprawione na długiejmaszyny sprawdzono pod kątemstuleciludzi sprawdzono pod kątemnanosekundkąty zmierzonoi rozdano biednymsprawdzono luksusowy gróbsprawdzono luksusową harfęw dolinach królów (na górze królów)na wyżynach filozofów (w dołku filozofów)jedynie dziewięćset lat testowanożycie mędrcówjedynie jedno życie skierowanodo pracy nad księgą mądrościo wolnym czasie,który wybuchł i skurczył sięponiewczasie>>>
Stan na szczytach duchanie tak szczytny jakby się wydawało po ścianąwyższe partie dla rybw dolnym biegu dla płetwonurkówz błędnej krainy błędnych rycerzywyruszyli speleolodzy by przekopaćprzekserować podkopać i zgłębićale zamiast przed dziurąstanęli przed ścianąjak głusi przed muzykąjak ślepi przed tęczązdjęli pianki zapięli rakinałożyli uprzęże i wdrapali sięna cykl wykładów Wałęsyo chodzeniu w samolotacho goleniu klatyi jak w Spa pokonano komunizmnikomu niepotrzebnyKolędnicy ze Stanem na czelewzięli turonia za brodępotrząsnęlia ten powiedział – chcę byćwicepremierem w pogardziegospodarz z gumna zapytał– w czym?i tak zostało to zarejestrowaneWisła wezbrała w Sandomierzui po raz kolejny osunęły się schodywidać nie pisane im poziom Gostomianumna galery do Grudziądza przytakim poziomie pójdziem – rzucił Kazeki zrezygnowałnie przyznając się do nie tylko homiliiwewnętrzne spory w Puławach stanowiłykanwę epopeii Cichy Don wpłynął poprzez Bugna polską ziemięto nie był koniec Połocka a początek Pułtuskabo półbogi z tevauenu zamiotły szybko deptaki zadeptały śladystanowisko zajął prezydentw nimbyło oczywiste przy tak niskim poziomiedebatyoraz Wisły i Donua speleolodzy już byli się pięliw górę nie w dółna pochyłe czołakozice pouciekałyświstaki zryły podstawówki dla byłychsekretarzy Zakopanegoprzy okazji powstały narożne jaskiniea ujawnieni grotołazi strzelali z gumekdo ludzi pod skoczniąbyli na górze, gdy w pierwszej jaskinipożarł niedźwiedź górnikaani Szwedzi ani Rosjanienawet Sasi z Litwinami nie kiwnęli niczymby ratować Sarmatęani Miśnia ani Czerwieńskie Grodynie wysłały prezydentowi wyrazówubolewaniaw tak strasznej tragediina Krupówkach zwanych już Poroninemstan gór był bardzo niskiDon rozlał się na Podhalewyżłobił małą strugęi Orkan nazwał ją Donkiem w tajemnicyprzed Witkacym,gdy ten zrezygnował z wyższych partiii zszedł>>>
Tak zwane serce w tak zwanym cielekrzyczy jakby istniałonie tylko, jako słowo, któreciałem się stałomyśl ucieka jak płonąca żyrafaa płonące serce musi trwać do końcaspłonąć z dzielnicą miastaowładniętą rewolucyjnym szałemludzi niosących papierowe kwiatymałe kwiaty zbyt małejak na tak zdecydowane działania militarneprzed muzeami kłębią sięludzkie przezroczyste zbiegowiskapod byłymi maszynowniami cmentarzywciąż trzymają straż mastodontytak zwana para zakochanychniesie uczucie w klatceniesie uczucie wachlowanepiórami strusi, któresame nie przetrwały pożogiczy to jakiś znak?słowo nie jest w stanie wyrazić tego uczuciaserce może zostać słowemmoże tak skończyć,gdy je pomieści>>>
Srogi zawód mieć musiszstworzony dla ciebieby bały się przecinki leśnekanały łączące Wisłę z czymkolwiekby bali się pastuszkowie leśnii ich stada mróweka nawet intarsje na stolikachflisacy na kamiennych tratwachi malowidła wioseł w jaskiniachGdy uwierzą w przedmiot stworzeniapodmiot odejdzie we łzachi nie dość, że umniejszydoskonałość pod słońcemnie dość, że umniejszy słońceto klękając w zaświecie tyłemdo wielkiego wybuchupowie – teraz to, co ja mogę?Wtedy srogi zawód się przydabo cierpienie rozleje się jakwolność od zapracowanej miłościani kanały tymczasowe nie pomogąani przecinkiani alejki żwirowew wirydarzach klasztorówSrogi zawód depilatora pantei w Kacapiiucz się przemawiaćucz się machać rękami,potrząsać głową znaczącoczas na działanie politycznew straszeniu tyranizatorów słowarównie profesjonalnych>>>
Zamek jak Camelotsamolot jak Boeingwłasne ja jak – ja jestemona sama jak drzewko kruszynyjej oczy jak kolce różyjej usta jak owoce głogujej ramiona jak gałęzie brzozyale moja miłość do niejto nie lotniskoani blanki murówani wieża oblężnicza przy nichani jeziorko Narcyzato tylko słoik na przetworyna konfitury lekko cierpkielekko trujące słodycząz małą domieszką krwiz palca, który ją wskazał>>>
Przepłynąłem swoje Morze Czerwonena głównej ulicy miastana falach ludzkich twarzynurzając się w pianie ich spojrzeńw zalewającej oczy kipieliich przerażeniaw ostatecznościach popołudnianie rozstąpiły się bałwanynie pojawił się suchy lądmusiałem w głębinę skoczyćprawie jak samobójca licząc ledwiena listek Calineczkipapirusową łódź rolników egipskichresztki mojej nadziei w trzcinowym koszuutrzymały się wśród wzbierającej rozpaczysamotnych matek i ojcówdzisiejszej samotnej dobypośród wygłodniałych aligatorówchrześcijańskiego wygodnictwai rezygnacji>>>
W ciągłych nawrotach tornadze strony drgających snówskojarzyłem letnie księżycespadające, burzące, rozdmuchującemiłości w pyłledwo z oka cyklonu wyszedłema już popadłemw wieżowców stanie nad przepaścią miastaw miłosnym pyleptaki i smoki zadomowiły sięw księżycowym mieście drapaczy chmura maszkarony i gargulce na gzymsach i attykachpartyjne i okultystyczne wrazwykrzywiły twarze na ludziwychodzących z teatrów i klubówi zmieniły się w najzwyklejsze rzygaczeto zagrożenie przybyłoprzez ulewę, grad i huragansamochody z kochankamifruwały nad miastem jak liściepończochy rozrywane łopotałyna masztach radiowychfeniks nawracający z zachodu słońcaklonowany, kserowanypowielany, małpowanyprzez oszalałego przywódcę żywiołówkulką mirry poskromił tornadaspojrzałem na szczątki miastaw mojej dłonito była miłość>>>
Na nowy dzień miałem pozdrowienie snuzanim noc się skończyłaona odeszław jej ręce wstążka żółta i róża czerwonaw moim pokoju otwarte drzwia za nimi wodospad Niagaraona odeszła pod osłoną nocyjak bogini Persefonadobiega tu jeszcze jej głoswyraźnie słychać go wśród hukuspadających kaskad rzekikosmicznych zjawisk sercajej czysty operowy głosoto perlistym altem koloraturowymwoła do mnie z dna nocy– żegnaj chłopczebądź szczęśliwy z nią!Zamknąłem drzwi mieszkaniastarłem z podłogi i ze ściankrople realnościoparów rosy mgły i łezrozejrzałem się wokół– oto dzień wstaje nowyw oknie brzaski ona pojawia się znowu jak motylmoje słońce moje życiemoje najsłodsze pozdrowieniekolejnego złudnego dnia>>>
Wtórują mi wichry marsjańskiea ja lewituję i gwiżdżęnad galicyjskim miasteczkiem zabitymnieheblowanymi deskamimam na sobiebiałą nocną koszulęi złotą koronęfeniks okrąża mniei pieje szósty razpotem ląduje na zgliszczachja układam się w półksiężycmoja miłosna suknianocą błyszczy jak srebroa oczy moje jak gwiazdyw nadfiolecie emocjinad drewnianym szczerbatym płotemi rozeschniętym kulawym domemzastygam z głową królikamoja ukochananie mogąc otworzyć okiennicrozbija je siekierąjak mgła wydostaje się z matniszybuje jak lampion i karabinwpadawprost w moje rozwiane ramionajak bukiet iskier i płomieni>>>
Jedwabny frędzel u mojego tałesu wygnaniafilakterie z delikatnym pokarmem letniej nocysatynowy sen pod całowanymi powiekamimitologiczny olbrzym śpiący w głowieprorok lewantu siedzący w nogachnagle potrząsną głową i zażądałczegoś szorstkiegomniej puszystegocałkiem gorzkiegoa on nie uznaje sprzeciwubo to przecież anioł pokusyi jej pożeraczgdy zaczął zionąć ogniempodsunąłem mu dziewicęczterdziestoletnią z Azowaale potem baranka krakowskiegowypełnionego jego ulubioną siarkąpożarł go i splunął do rzekigdy ten nieśmiertelny ateistausłyszał hukjuż był w siódmym niebieale i to nie wyszło mu na zdrowienajważniejsze, że wszyscy obywatelew mojej głowie znani z szarościz przyzwyczajenia do delikatnościprzed każdym murem obojętnościodetchnęlii zasnęli w jesiennym pasie słuckim>>>
W trzech wymiarach ustanowiłnowy porządekusta odmówiły i zamilkłyjego jeżozwierzbył osobistym czekaniemna przyszłośćjej pokłute ciałonie miało opuchliznyjednak miało ją miećw najbliższą niedzielęze skrajnych słów ułożył dla niejtampon na kalectwo całejej rozpostarte ramiona sprawiły,że stała się wiatrakiemi nawet mełła językiem słowaprzeszła się po pokojużeby dzień był radośniejszya on z jej powodunie będzie tylko jestmiała zegarków sześćnie wszystkie na sobieczęść kolekcji wisiała na ścianieczęść miała stanąć na kredensachon (jej) potrząsnął (jej) klepsydrąon (jej) odwrócił (jej) klepsydręwziął trójząb i uniósł nad głowęradośnie ominęła go jednakradość się rozrosła w przestrzeńi pozostała w czasieprzyszłość zwycięska jak sztandar,który wzniosła samaw czasie koniunkcjidobra alternatywnegoi rozumnego>>>
W mojej trzeciej odsłoniezakryłem duszę przed wiernymimojego kościołazerwany kaptur wrócił na swoje miejscew trzecim moim akciewniesiono strzelby, szable i zbroje,które statystowały w napięciuw mojej trzeciej tercjiWolskowie, Etruskowie w skórachJobowie i Wandalowie przemknęliprzez miejsca straceń przyszłych Chrześcijanw mojej trzeciej godzinie dniazabiły dzwony, które były znakiemdo szybkiego ukrycia sięw zbożu rosnącym w jaskinitam zamieszkałembez losu, bez upadku ostatecznegobez świętowania miłościi w końcu odkryłemmojego Saula spoczywającego samotniena wyciągnięcie rękii dusza rozpoczęła królewski żywotw psalmach trzeciego wiekuwyszedłem z jaskini całona słońce samopoznania>>>
Już nie płaczę po niejnie mam oczu przecieżwypatrywałem wypłakiwałemwyczerpałem zasobyoczy jak szklane kulkiwypadły z oczodołówmam dwa groby puste czarnesarkofagi minionych uniesieńw cmentarzysku głowyna przestrzał otwartegalaktyczne wrotado światów lekkich jak puchbez ciężaru i kształtuw bezruchu w bezzapachuw jej ogród zapatrzonyzapomniałem, że kolory mogą zgasnąć,że radość wypalić się możejak płomień świecypoza widzialnym światemjej pięknapozostałem sam jedenbez oczu, co zmieniły się w dymradar cierpienia ciągle nasłuchujeantena serca ciągle odbieraniewidzialne sygnały płynące z wyobrażeniaz wyostrzenia zmysłów nadmiernegona podszepty chwilz tęczowych wspomnień sferycznej miłościskowyt ucichł jęki przyciętoruchem dyrygenckiej batutyi wtedyzapłakało nasze dzieckoniemowlę sztukina widowni>>>
Taka nagła zmianapana w pidżamach –zjadł chlebkotu wypił mlekoszczeknął na brataznów posmarował kromkę chlebawręczył łapówkę komentatorowi ekonomicznemuwziął czapkę, papierosy, splunąłi wyszedł trzaskając drzwiami –a taki był raptus w swojej służalczościw nawoływaniu do opamiętaniakrzyczał – opozycjo będziesz martwajak się nie uspokoiszi wiecie co? –na ulicy, bez rękawiczek, na mroziepo wyrzuceniu petai ostatnim spojrzeniuw lustrzaną wiatę przystankupalną sobie w głowęputim leżał spokojnydo końca igrzyskpostnarodowych>>>
Moje serce wystawiono na ciężką próbęwojną naznaczono czarną krew,którą musi przyjąćwzbrania się, lecz wypełnia się nią powoliMoje myśli wystawiono na próbę wodypustynię zainstalowano w miejscedżungli lasu deszczowegona ekranie filmie obrazie wyciosanym w kamieniuwewnątrz głowy w czaszce arcestatku kosmicznymMoje nogi wystawiono na próbęciężkiej wodymam maszerować przez pustynięz Egiptu pod Aleppoby stoczyć wielką bitwę z islamskim gigantemmoje sny nie przeżyją kolejnej próbyTa wojna już kiedyś rozpoczęła sięw ogródku dziadka na polach ojcao wolność białych sadówoaz dla życiodajnych pszczół i wiatrówprzeciw mężczyznom z Wenus>>>
Krwawią głowykrwawi kamieńkrwawią drzewanawet dymczarny zmieniający się w postacipod wpływem wiatru,który nie wiadomo skąd wiejepokaleczony rozpruty zmiażdżonyna Majdaniebraci różni wszystkooprócz krwi>>>
Ja już poznałem swojego misiaoto prawie żartobliwyz giewontem w łapie stoi na Granatachalbo częściej z granatem na Giewoncielub sprzedaje buty w warzywniakuspod ladyprawie jest pluszowy,gdy mówi – a kartki gdzie?bawi się radiemstojąc w kościele za filaremstroi je i durnia wrazpyta kościelnego o złoty sznurdo sygnaturkiale nie wie tak naprawdęgdzie dzwoniąmiś nawet czyta gazety i tygodnikiod jakiegoś czasuczyta Misia i świerszczykistaje się przez to doroślejszydostał na urodzinyw łapęksiążkę o Indianachz serii „Poczytaj mi ojcze narodu”,„Poczytaj mi matko partio”łapa go swędzi, gdy bijąinnychsam bije i chodudo kina w październikuklaszczetak, klaszcze tak,że opuchły mu dłoniejeździ na traktorze tak długo,że prawie z niego nie schodzifilmują go do programuw telewizji propagandowej i śniadaniowejgdzie ma swoje okienko,gdy kiedyś się zranił pod stoczniąwezwano karotkę, bo dyspozytor nie znał polskiegokiedy się zorientował w szpitalu,że przyjechał marchewkąna izbie nie było już przyjęciai trafił do pakitłucze się teraz wśród innychzabawek historiiwyrzuca innym, że jego własna głowabyła z siananikt go nie słucha jużnigdy nie było w nimlogikitylko przycisk i beczenie jakby kozymnie już nie śmieszy>>>
Na tyleile możnamożnajuż można? –powiedział przywódcai zamknął sięw świecie sprzedajnych książekchciał przejść do historiii poprawiając Wikipedięstanął w drzwiach Ipeenupokazując nagi torstym razem zaproponował zgodę na wszystkonie można! –chórem odkrzyknęliurzędnicynie można i tyleprzywódco jesteś potrzebnynarodowiwróć w lata 70-te i 80-tete latate fascynacjete marzenia i nadziejeta zwielokrotniana śmierćwymaga tortury dla ciebiewymaż ten podpiswymaż te zdaniazjedz te karteczki z notatkamiileż można zjeść? –odrzekł przywódcazagryzając jabłkiem, przepijając koląna tyle ile cię staća potem wymaż zapis w encyklopediiręką z brązugumką jak wieko trumnyjak drzwi, na których ponieśliJanka Wiśniewskiego –nie możnai jużprzejść do porządkubez historiibez histeriiprzywódco>>>
Dusza wolność i jajakdźwignia koło bloczekz takich mechanizmówpowstają cywilizacje, imperia i potęgijak urojeniaunieruchomiony na chwilęza murem dziewiczego centrumduchagdzie prywatnie zawładnąłem światłemzawyły hieny i monstraświatów ciemnych cierpiącychbestie waliły czaszkami pomordowanychw podniesiony zwodzony mostlokalne władze z obrażonymi kumplamimiotały zapalone głowniew wieże z kamieniadziennikarze i politolodzy szatanaokrążali miastow którym moje ja śpiewało hymnprawdy o sobiew którym moja miłośćzasadzała ogrody sady i parkipełne uwielbienia dla Stwórcy.. wolny człowiek jest bastionembramą lwów dla Ogrodów Semiramidytylko dźwignia, koło, bloczekw ość jadu usz lśni>>>
Jestem posłańcemminionych chwilw kulturalnym słońcu przychodzęw spiekocie przynoszę słowaone o zemście opowiadajątylko na pozórwylewają wiadra wodyja posłaniec czasem wylewam pomyjemoich spotkanych trędowatych władcówhuczy wodospad słówhuczą knieje i stoczniewyją syreny chamstwaa ja przemierzam polskie drogisam skowyczę sam zawodzęszumię jak dąbpogwizduję jak kaloryferwyrzutnia rakietw sodomim borzejestem sową z północygermańsko-gockim pomiotemna kantatach Bachajak na dromaderach Madianitówwiozę stukrotną soję amerykańskąi złoto wprost z Indiimaleńki odźwiernylekki gołąb pocztowylecę nad mołdawskim rajempo zemście na Besarabachdźwigam literackiego Noblai dzieła wszystkie oprawione w cielęcą skóręz wytłoczonym wizerunkiem autora na okładkachkulawe watahy dziennikarzywtórująi toczą się jak lokomotywy pozłacaneszerokim torem do polskich sercwypchanych siarkąja posłaniec ostrzegłem Dratewkęnie ostrzegę jednak smokau bram Krakaja dla smoka mam wiadomość –zemsty czas nadchodziCon amoremio przywódcaWolsków czy już Wagrów?nie powróci nikt z Syberiigdy słowa eksplodująw ustachnie ma już Wisłyidę dalejOdra jak Obranie ma już Dróżkiidę dalejpod Hamburgze słowem Obodrycapod Święcianę jak posłowiec>>>
Skała stworzenie wydobywczy areszt
Wojennych krzyków zawierucha
Ten ból przy pierwszym spotkaniu
Oto jestem w raju
Pisałem o Ledwożywie
Małe złudzenie
Dostrzegłem w jabłku
Pomniejszone atuty rtęciowców
Dusza wolność i ja
Amalgamat pokory
Ochżesz stój!
Ta miłość popłynęła ku duszy
Znawcy wystaw
*Mój dżdżysty nastrój*Mój słoneczny jar
W moim dusznym oknie
Tej miłości głodni
Jeden zakątek zawarł przestrzenie
Moje serce ze srebrnych atomów
Gdy cierpienie stanie się kwiatem lipy
Któż odczuwa pod stopą
Wczoraj zrozumiałem, że ten witraż nade mną
W szuwarach wesołości rozszumiały się plotki
Łatwiej odpowiedzieć na miłość,
Zanim noc zapadła
Znajdźcie mi promyk,
Zaledwie jeden dzień
Wtulony w swoje cierpienie
Zewsząd zjechali naturyści boscy
Jesteś tam,gdzie chciałbym byś była
W mojej małej siedzibie
Płakałem dzisiaj cały dzień
Przesączyć życie przez gazę
Serce składa pasjans życia
Jej ciemne przygody
Liczył na swoich wyznań tchnienia,
Niebo nie zawstydza
Wewnętrzne przeżycia chłopca jagnięcia
Tajemnej sile chciał podziękować
W imię wędrówki przez pustynię
Atom do atomu
Aksamitna noc nie nad Tell el-Amarna
Stella Maris patrzy na północ
(skończył się sierpień)
Strojąc duszę
W takiej samej kolebce
Otoczaki obracane przez
Obserwuję jej serce
Ja
W kronie tysiąca snów
Myśli krążą wokół słońca
Wykropkowany gadżet
W miłości przez życie
W skuleniach wyprostowany jak struna
Wiele wskazywało na to,
W tych głupich snach
Akurat nie
By kochać trzeba śnić
Boleść jest naturą drzewa
Jej słodkie oczy
Już więcej nigdy
Wtórują mi zewsząd
We wnętrznościach czarnej góry
Problematyczna podróż koleją
Wtórne wstrząsy w płucach
Klimat na Ziemi
Klęska w oczach, uszach i ustach
Żołnierzto nie Baudelaireropucha wychodzi z oczkaw panicebędzie wojna?raczej Apollinairewojnasłychać odgłos koncertu Lamb of Godz chorzowskiego stadionuw tle nadlatujące samolotyto Ślązacy wypuścili dronyna Polaków?Apollinaire już w mundurzeDylan i Ginsberg uciekają jak żabya na scenie pojawiają siępunkowcy narodowi i westerplatczycyŻołnierzto nie pokrzewka wyprowadzającamłode z gniazdachce chronić swoje okaleczone dzieckoczłowiek wyrzuca takie niechcianeprzez balkon w Stalowej Woli i WarszawieWojnaszerszeń wgryza się w próchnoszerszeń to żołnierz klasycznyto żołdaknie taki tam Apollinairejakżesz on potrafi zabijać pszczołychociażbynawet jest o tym film na YouTubeŻołnierzEwa broni resztką siłczłowieczeństwa i suwerennościlecz daje się wyrzucićprzez balustradę na Placu zamkowym w Warszawiespada wprost na zatopioną Wisłostradęprezydent stolicy nadlatuje jak szerszeńa telewizja rozgłasza:to on jest Apollinairemta pryszczata z językiemta pokrzewkatrzymająca w dziobie zasuszonego dorsza za osiem złotychSłychać wystrzały armatniesłychać huk atakujących dronówto nie jastrząb ani srokato Ślązacy, Kaszubii fałszywa szlachta z Litwynadciągają pod częstokołyGnieznaze swoją poezją wiosnyjuż po Wielkanocyukrzyżują ją w swoich gwarachw gniazdachpozostanie szloch nadwiślańskiprzedzmartwychwstańczy>>>
Budzisz się w nocy, która nie jest nocąwśród nietoperzy, które są ludźmisny odlatują jak grzechy po złożeniu ofiaryfiranka wydyma się jak kurtyna,za którą stoją aktorzyi chór mozartowskijuż po spektaklua ty na scenie oczekiwaniana aplauzaplauzu nie maświatła zgasływ teatrzeza oknem na ulicygasną w oknachnoc operowa to noc kosmicznanoc poszukiwania Boga w sobietłuką się okiennicećmy trzepoczą w kątachhoryzont, w który zmienia się łan lasuszept modlitwy blask piorunówgasną światła w lasachgasną światła w oczachgasną światła w duszachwstajesz z łóżka by patrzećna galopujące konie metalowych jeźdźcówto nie rycerzeto nie krzyżowcyaplauzu nie będziedopóki nie wybrzmi symfonia naturynie przestraszy się miastozadufane w fontannach swego zakłamaniapotem Bóg przyjdzie jak cisza po burzyzaklaszcze w dłoniepierwszy>>>
W takiej samej kolebce jasnejwykołysany co Herkulesotworzyłem oczy szeroko na światniedowierzanie, które w nich zagościłopozostało do dziśpotem ktoś pochylił sięnad twarzą dzieckacień padł na czółko i brwipotem Hydry się zleciałyby tarmosić becikHydry Harpie Holofernesyzamrugało do nich powiekamiraz, dwa, trzyi potraciły głowypoznikałyraz, dwa, trzykobiety pozostały tylko i wążczający się w kątach pokojuskąd z czterech ścian wyleciały gołąbki Picassamałe rączęta różoweuniosły węża w powietrzei rzuciły nim o piecwąż rozpękł się na kawałkii tak powstało kolorowych wężów tysiącchwil gryzących boleśniew piętętym dziecięciem byłemmoże rok może dwaby dorosnąć szybko w dziennym koszmarzeumundurowanych hienniespotykanie szeroko otwartych oczudzień nie stał się brzaskiemświtem i przedzachodemw wojnach bitwach kampaniachpolowań na demonyHunów Chanów Humerówod kolebki był>>>
Potężna wymowa nocygdy naród śpiutulony przez opiekuńcze demonywykowane w grotach Hebrajczykówrozśpiewane jak koń Aleksandramaszerujących legionów silne łydkibyły umocnieniem w Europienaród polski wykrwawionyw swoich wspomnieniachi fantazjach jest jakzadufany pan elektrykprzerżnięty w końcu piłąprzez austriackiego agentaSzelę w wianku z barszczu Sosnowskiegonaród ukołysany w kolebceśpi udając poroniony płódw najdłuższą noc sumieniaśpigdy Galowie już na murach i skałachjeszcze nie jest za późnobyle gęsi nie odleciały za wcześniegęsilegendy i kaczki>>>
Jej sercena noszach Księżycapatrzę przez lunetęreguluję ostrośćbalkon, z którego patrzęw bezchmurną nocdrżytrzęsie się cały budynekwybrukowaną ulicą przejeżdżają czołgipotem przepędzają stado bykówna korridęwreszcie dziesiątki jeźdźców w szalonym wyścigukołysze się doniczka na parapeciemoje serce próbuje ją złapaćzdołało uchwycić kwiatmoje serce trzyma kwiata doniczka leci na kocie łbyżeliwna barierka balkonu odpadaszesnastowieczne kamienne podpory kruszą sięzdziwiony ściskam lunetęprzygarniam do siebiezaczynam lecieć w przepaśćdo wnętrza hiszpańskiego miastaupadam jednak na powierzchnię Księżycatuman kurzu zakrywamoje nagie ciałostaczam się po zboczu krateruturlam się z lunetąz kwiatem wbitym w sercena dnie turlam siędo białych noszydotykam ichzasypiam na zawsześmiertelnie poranionykwiatem nocyjej nocy>>>
Wiele wskazywało na to,że cukierkowe spoty skończą sięwraz z tą kampaniąjednakże po kampanii zaczęło sięw tiwi oziębiaćcelebryta znalazł bowiemkulę śniegowąi zgodnie ze znaną zasadąotoczył się ujemnymi ładunkamii przybrał na wadzespoty stały się tylko bardziej celebryckiei nawet premier okazał siębardziej ohydny od publikatorów,które polewano gnojówkąw okienku pojawił się miś satanistazebrał brawa i zabrał krzyżnajpierw plakaty jak zombie otoczyły miastowypełzły z bieda-dzielnic jak biedai zadomowiły się na domach centralnychktoś krzyknął – to już byłoktoś odpowiedział – był brąz było żelazoczas na epoką złotamiedziane czoła wyzłocono więcznany epicki aktor wyciągnął rękępomalowano mu złotolem paznokcie na początekzałożono pilotkę luzaka i tokszoł na wieczórgadające głowy potrząsnęły głowamii tłumamizamrugały gały gawiedzi w studioi zawyła – yeahhzbawca wysp wystąpił w ostatnim spociepo czym przyjął pozę gladiatora z boiskadożywotnio jużzombie prawdziwe w centrum systemuwyszczerzyły dwa zębydożywotnionieosądzone niezwyciężonejuż bezsmakowo celebryckie>>>
Tym jednym ruchemzrzucił odzieniez króla purpurysam odebrał mu berłosam powalił strażetym jednym ruchemskrzyżowanych palcówrozdarł zasłonę dziejówbłogosławieństwemrozjaśnił bazyliki lądów i mórzruchem nad głowami miliardówpłynnym spokojnym czułymokrwawioną dłoniądobił króla w szkarłacieunicestwił karmazynowego władcęi westchnąłpo skończonym dzieleżyciasynowskiegocicho zapoczątkowując uśmiechzanucił melodię wolnościco zabrzmi jak fanfaryna wejście pasterzanieśmiertelnego(na wejście zwykłego– człowieka)>>>
Skała stworzenie wydobywczy aresztkuszebezsłowny manekinzmianamaskonurpiorun nad Arizonąburza nad pustyniąkaktus mazowieckiuderza kamień w kaktussiłaznojumiędzy nowymi księżycami Jowiszanielotnietoperzsłodki owoc kaktusanietoperze z Polskiodlatują zapylać kaktusyw USYznowu szkołachińska teoriapodkupuTajowie kopią w głąbChińczycy w poprzekmur dochodzi do Księżycato księżyc w nowiuksiężyc Jowisza gorącyskała nieprzepustnaburza zwrotnatrójkąt łódzkikwadratura koła JowiszaIdy marcoweidą Galowie przez Arizonęgęsi lecą w miejsce nietoperzytym razem się udajetylko pióra pozostająpo tej stroniez piór wiadomo co można zrobićale z czego procę wyrzutnię miotaczz czego?z aresztu wódz wzywa do innowacjiz aresztu pisze listymatka wynalazku odwiedza gownosi paprotki, tuje i figowcewnosi kaktusywtedy dziewczyny lądująprzedłużają wszystko do końcazabierają plany i matkę wynalazkuodjeżdżają rydwanami na piorunachciągnionymi przez nietoperzeJowisz jaśnieje by po chwilizajść za kamień gorący>>>
Tej nocy stanąłem śmiałow oknie swojej bezsennościz szeroko otwartymi oczymaby horror dnia wystrzeliłw stronę księżycai konturów sadu nad rzekąby lęk pobiegł za szumem liścina srebrnej tafli ogrodowej ścieżkigdy zamajaczyły krwawe ślady obcychto okno tęsknoty zmienione w okno bezsennościjak brama dzieciństwa otwarta wprost na cmentarzklony strachów na wróble przedszkolachwiały się na wietrze sylwetkami modrzewiskrywających nietoperzea pisk sowy i ryk jelenia zmieniał się w odgłossamolotu schodzącego do lądowania znad Karpattreść trzewi zgniłego dniapełnego nienawistnych spojrzeńagresywnych słów i nieprzyzwoitych gestówzakotłowała w mózguzarechotała jak ropuchyzakipiał reaktor bolesnych sądóww ciszy stałem w okniea jazgot szatańskiej kawalkadynadciągającej hałaśliwie z historii wiekówzłączył się z odgłosemkosmicznej bitwy w planetarium duszywpatrzone w ciemny ogród przerażone oczydostrzegły w końcu białą postać kobietyjak ognisty miecz Archanioławyłaniający się z chmur modlitwyrozpruwający wszystkobrzask zagładynocy>>>
W zimowy płaszcz zanurzył sięblady polski Eskimosnie żeby był zmarzniętym żeglarzem śniegubył po prostu beznadziejnym obywatelem podkategorIi:oglądanie się za siebie –na gazety wiece i wyborywyczerpało go to termiczniepoczuł się jak rozbitek śmiećnic nieznaczący, szeregowy członek partiiwychłodzony na stacyjce kazachskiej w pustyni zławiatr nim miotał poglądów niewczesnychprzez ostatni tydzieńbo premier zarządził wyboryby pognębić demokratów ostateczniew płaszczu żołnierskim chodziłjakiś czaspotem w ornaciea ostatnio w samych stringachstał na platformie kolejowejmknącej ponaddźwiękowo ku tęczy z bibułekdzięki lokomotywie sloganupo propagandowej koleinie przyszłej drogiprzemarzł, zrosił siębo lato odeszło jakoś naglepremier wygrał wybory na trąbcei zakazał kolejnych koncertówz wieży piastowskieja orkiestry internowałi wszystko zapadło w senzanim zacharczał i odszedł grać gdzie indziejwięc nie mając schronieniakolejowy płaszcz zamienił na krecią noręi afrykański odlot w pilotce z lamy strachuwtulił się w niąby przeczekać wieczną polską zmarzlinęciekłe witraże zatrzymane w kościelnej pieśniwiatr zatrzymany jak sopel loduw skansenie zdziwionych mariackich strzechmetalowe dźwięki organówzamarłe na mgłach Myślenickich Turnikrzyż nieruchomiejący z przerażeniaod Tatr do Bałtykuzahibernował się w przetrwalniku wolnościwywalczonej w czasach studenckichprzedeskimoskich>>>
Ja magnificencja i eminencjado ciebie ekscelencjopiszę te ciepłe słowabo detektor moich nastrojównie wykrywa gniewuirytacja z korków na autostradachperegrynacja bólu po infostradachz pni i gałązeklewitacja beznadziejnościz państwowych myśliżepiszę do ciebie wybaczkacie mójza zbyt ostre słowaw czasie egzekucji wypowiedziane pod gilotynąmoja głowapotoczyła się wprawdzie wściekłalecz w koszu obok innychrektorskich, biskupich i królewskichzrozumiałaże na koniec kwestiiciepło wybaczać trzeba>>>
Czy widziałeś kiedyślas na szczycie góryzza którego wyłania sięzmrożone wschodzące słońce?Czy widziałeś kiedyśprześwietlony pomarańczowymi promieniamileśny klonbez liści jak pylon lub obelisk?Czy widziałeś kiedyś w złotej poświaciegałęzie drzewa wyrzeźbionegojak mała piramida piękna?Czy widziałeś kiedyśogromne słońce wstające z horyzontujak z kuźni Hefajstosajak Afrodyta z kąpieli wulkanuwyłaniające się z listopadowego budzeniaprzesłonięte samotnym drzewemjak ręcznikiem?Czy widziałeś złotą kulęna której wymalowanoprążki i desenie jakby byłapstrym cętkowanym zwierzęciem?Czy widziałeś kiedyśdrzewo Jessego, z którego jesiennewschodzące słońceuczyniło bramę w zaświaty pokoleń minionychi przodków?Czy widziałeś kiedyśo wschodzie słońca powolirozświetlające się drzewona szczycie wzgórzaoddzielone wiatremod firanki lasu?W świątyni Bożego Miłosierdziamożesz je zobaczyćzobaczysz je na pewnoi korzenie swoje i liście>>>
Porównywanie narodowych klęskrenesansu i złotych wiekówma senstrójpolówkirzezi i rewolucjiteżgdy w głębokim przekonaniukłamców cynicznychpowstańcy to przegrańcyporównywanie bitwy aniołówi bitew ludzima sensotrząsania się z brudui błagania o wybaczenieteżpo osobowym pieklenastępuje galaktyczny deszczjakieś przeloty niesubordynowanych meteorówbłędne ogniki mydlące oczymydła kalające a nie czyszczące tronyklejące oczy trupówporównywanie zwierzchnościprzed tronem Bożymi tyranii ludzi głupich i nieczułychna tronachma senstym ostatnim najczęściej się wydajeto i owopotem spadają ich gwiazdya zwykły człowiek zaczyna opływaćw dostatek rajskich jabłekna swą zgubę>>>
To, że gremialnie wyludniły sięprzymiotnikinie zawdzięczamy profesoromz Nowej Młodej Polskiani kolegiów gorajskichlub ich pińczowskim obrazoburczymprywatnym objawieniomTo, że ciągle mamychęć na malowanie ikonna okapach kominkówszeptania za filarami kolorowego kościołapod figurkami biedaczyn w łachmanachi książąt kościoła w powłóczystychszatachnie zawdzięczamy profesoromz kamiennych miast karolińskichnieokrzesanym handlarzom jedwabiemlub uległych barbarzyńcomani medyceuszom niosącym światłoTo, że skandowanie ideinie zostało zaprzepaszczoneani zatrzymane w pół słowaindiańskiego hawkzawdzięczamy profesoromz Nowej Angliiz wysp i zatokwykupionych od barbarzyńcówtylko za pieniądze awangardowychlingwistów>>>
W ciszyw nocyw głowiekur piałgdy ktoś kazał potrzymaćgwoździe i sznurpotem Dyzma kasłał całą drogęledwo osły patrzyływ zupełnej ciszyw samo południeszli złorzeczącżołdacyw czasie okiełznanymgrzechemLongin popychał jak każdymiasto zamarło nad dolinąmury przestały rzucać cieńkrew wiekówznalazła się w jednym miejscubez szmeruArka opuściła świątynięz cierniem i młotemw spiekocienie radził sobie Szymonpoprawiając belkę, co chwilaMarie z Janem stąpały patrzącludzie z placów i ulic z podcienibez oczu i uszuzwieszali głowybłyskawica bezgłośnieprzebiegła przez niebozawył szatan trzeci razi runął z narożnika świątyni samtaka sama wizja błyskawicyprzeszywała moją głowękażdej nocydzisiaj dopierozaczął padać deszczzmywając z Cardomój grzech>>>
W ruinach wspomnieńspalonych miasteczekbłąka się kulawy końchromy, pogański, białyzlitowania szukajakiejś rzeźni wypatrujei ciała zabitego husarzarany zadał mu zakłamany czaskrwawiący koń samotnywśród zgliszcz kamieniczek i kapliczekszuka jeszcze zgiełku bitwy lat i dniW ruinach wspomnieńspod gruzu połamanych cegiełnadpalonych belekz gasnącej pożaru łunywygrzebuje się poraniony chłopiecna czworakach przez kałuże krwipełznie powolido studni na środku rynkuW ruinach wspomnieńze szlamu powodziwyczołguje się ostatni aniołposklejane błotem skrzydłanie pozwalają mu się uwolnićwyszarpuje je tracąc zniszczone pióraunosi się ponad ziemięociekając brudną wodą jak grzechemAnioł sadza chłopca na już prawie martwym koniua sam usiada za nimrozwija skrzydła, trzepocze chwilę nimistrącając zasychające płaty muługdy z głębin pamięci odzywa się dzwonrozhuśtany dźwięk unosi ich w góręodrywają się by poszybować w dymie i smrodzieku słońcu zapomnieniaMiasto zniszczone przez czterech obscenicznych analfabetóww różowych tiulach dwudziestego wiekupodających się za jeźdźców pokojujuż nigdy się nie odrodzijak Palmira i Trojajak oaza zasypana piaskiem przez pustynny wiatranioł, koń i chłopiec opuszczają to miejsceprzeklęte przez prawdę>>>
Otoczaki obracane przezgalicyjskiego Syzyfa pięły się w góręProtoeuropypo ogień z Olimpiii dym z wyroczni delfickichjeden kamień literaturypięknych łez narodzonegodrugi kamień samej poezjisnów zamarzniętych czterolatkatrzeci kamień muzyki i rytmusnów nadąsanego czternastolatkaczwarty kamień filozofiispojrzeń i wglądów czterdziestolatka,które obrosły mitemtoczony kamień jest jak sam mechobjęty ścisłą ochronąpo dziś dzieńna terenie Posteuropy>>>
| lateksdzielonyzmuremzęby jak cegływ barbakanielatawcedziewczynyw skórachkoszelimuzyny | bladolicegwintówkadobrama hutysłuch sowyna kopuleszybowcenastolatkiw dżinsachnutypocie ranie bosych stóp | obcisłośćprzyleganiecelw namiocie (tu)szeptanie pod lasemw bramieflagiuczennicew minispódniczkachkochaniedorosłość |
To polskie miasto zatopionekolejne tej wiosnyswoje ruiny zmieszało z błotemnędzę zmieszało z błotemcmentarze pokryło błotemkolejna parafialna Atlantyda zniknęłakolejna diecezjalna cywilizacja ukryła grzechwe wstydzie nicościręce poetów żyjących tamzniknęły pod falami bezczeszczenianadziei i chwil odkupionychmożliwych końcafilozofowie drgających w spazmachśmiertelnych wyrokówodwołali niewzruszone poglądyprzed sądami żywiołukolumny świątyń przewróciły sięa posągi boskich sięgnęły dnawiekowe dęby wyrwały korzeniezanim wciągnął je wir odmętuburze szalejące nad miastemprzeorały okolicę żelaznym hakiemodwieczne, kosmiczne, nieludzkiepioruny i trąby powietrzne złączyły sięjak wątki i osnowy na sztalugach niebazgasły witraże i lampki nocne wrazmalutki zwierz futerkowyprzygarnął łapkami swoje dziecii zamknął oczy na zawszekwiaty literatury i muzykioblepione błotemsolarnie i lunarnie odwołały światełka w tunelumiasto pogrążyło się w powodzi historii,gdy oto Papież ogłosił beatyfikację esesmanaw przygranicznym mieściena styku cywilizacjiCeltów i Chorwatów>>>
Mój rower z Sumeruczterokołowysymbolicznymezolitycznydzban z winnicy Bogapatriarchalnydziesięć dzbanówdziesięć latarni morskichdziesięć strażnic i oazdziesięć kandziesięć posterunkówmoje oczy oddane dziecku gwiazdyo której godzinie nastąpi zaćmienie Księżyca?pytam, bo obserwuję goi ustawiam ostrość w mojej lunecietrochę za jasnow tej pełni szczęścia i pełni czasówznad powierzchni morzaznad powierzchni pustyniznad powierzchni asfaltowej drogiznad grobu Europy zeświecczonejobserwuję świat nienawiścicały w kolczastych drutachprzez lunetę jak peryskopz wieży Dawida w Jerozolimiewędrówki ludów się zakończyłyludów morza i ludów ziemirunęły mury Jerycha i Kremlarunął w części mur chiński i berlińskitrąby jeszcze grająjeszcze gra Pink Floydkałasznikowy strzelają na wiwatMongołowie szyją z łukóww jurty sąsiadów i Wrocławkule i strzały lądują na Marsie czerwonymdrony atakują peletonyw powietrzu i w wodziekolarze kończą etap prawdyz Nazaretu do Megiddoa ja z ucieczki już dawno na mecieponad drogą na wzgórzu w ruinachłapię zasięg ifonemdzwonię do Brukselipytam o zaćmienie>>>
Podróżowanie parostatkiem przez życiedzieckopodwodne umieranieBliski WschódJerozolimyPodróżowanie dyliżansem przez życiemwielokrotne dzieckolekki strójharfananizane na sznurgliniane wazy Greków(nanizali je Scytowie przewlekającprzez ucha sznur do wiązania koni)Podróżowanie koniem trojańskim przez życieplaża dzieciństwa z Itakistrzelanie z procy do Persówa potem do turecki plemiongawrony przemówiłyTurcy i Persowie urządzili rzeziekrzyż rozbili na części i rozesłali je po świeciePodróżowanie balonem przez życiezamarznięte dzieckospalone w piecu dzieckoutopione w bagnie dzieckoomułki i chleb na śnieguszczeżuje i rogale na piaskublade palce poetyokrążającego życie i krainę zmarłych dniLewant to śmierći zmartwychwstaniewędrującego w sobieżyzny półksiężyc rewolucjipoczątek wędrówki w sobie samymdo dzisiaj>>>
Otoczaki na moją twarzza kłusownikiem pamięcibeton beton dombeton beton Sejmoto kat na cokolesumiasty pokręcony zbójlewa lewa lewąsobota komuniściwciąż ładują drzewoa ręce polityków aż lepią się od brudunie to nie to nie czekolada z orlikato wciąż brudmyśliwce wysłanoniszczyciele wysłanozomo wysłanozłomy wysłanoa przyszła pocztą nadziejaz Watykanumuzyka potoczyła się jakzardzewiała miłość Tatarówmchem obrosły wrzeciądzeBarbakanu w Warszawiepleśnią pokryły się drzwiKatedry świętego JanaBrama Lwów przywieziona z misjistanęła naprzeciw Namiestnikowskiego Pałacuurzędujący rzucił nieczystościamiw tablicę Lechakura zwykła wojskowa kurauraa zakrzyknąwszybiegła biegła przez Nowy Świati wystartowałapoleciała na południepierwszego wrześniadrugiego września skręciła na wschódpo skręceniu pozostała dwugłowai zniosła czerwoną gwiazdę w lociePolanie-Lędzianie z Podola poderwali się z miejscprzesunęli pionki na zachódpodle się dzisiaj czująotoczeni w padoleGiecza betonowym>>>
W niecnocie… niesie zimapracęw krótkich spodniachbrrzębata soplamiręce grabiejąposiwiała Matka Boska z jasełekprzestrzegapastuszkowie nie słuchajcieharf tylko piszczałekdzieci bądźcie dziećmiw zgrabiałych rękach proca Herodachciał być Dawidemniecnota nie pożył długoprzez tą sprawę MłodziankówŚwięty Józef z szopkistary komandosukrył Zbawiciela w kępie papirusuza bazą ONZ-tu nad Nilempoprószył śnieg i zaczęła sięburza piaskowaniecnota Herod uciec chciałna Wschódale tam już czekali Mędrcyz pierwotnego kościoła syryjskiegozostał rozpoznany zawrócony do Idumeino i klopsbez wyjścia zestarzał się w jeden dzieńwyrzuty sumieniaproca jednak zadziałałapomimo mrozujak na Szczepanaz jaźni kamień poleciała potem rozsypała się w prochbabilońska zawieruchaPolacy opuścili Ghaznia Maryja, Józef i Dziecięwyszli z Egiptu do Gazypewnej ciepłej godziny>>>
Upodlony potoczyłemkulę gnojową do Egiptuprzez pięćdziesiąt lat tkwiłemw ciele skarabeuszapotem przepoczwarzyłem sięw Faraona z drugiej kataraktyporzuciłem miejscowy gnójprzez chwilę podróżowałem po Afrycena koźlęciuzastawiając ogniste odchody za sobąinnym stoczonympotem powróciłem samolotemdo Warszawyporzuciwszy nawracanie Zulusów i koźlęciana drogę dobrobytuna późno egipski dżihadze skarabeusza wyszedłemz defektemdrganie lewej powieki było udrękątik nerwowy w czasie wywiadów na żywobył nie do zniesieniaobrzuciłem, więc Polakówtamtejszym błotemwślizgnąłem się na powrótdo rajskiego ogroduw żyznym Edenie na Wschodzieza szmacianymi pałacami Jerychawcześniej ugryzłem gnojową kulętuż za Moskwąi Ural się przede mną rozstąpiłzajaśniała droga do Syberiiucieszyłem się prawdziwąkrainą śmiercizmałpowałem nietoperzazamarzłem na sto lataż do kolejnej rewolucji Żydów>>>
Nad moim krajemnie krążą już duchyz wieków rycerzy i poetówz chmur wyłaniają siędrobne przedmioty codziennego użytkuz ambon słychać głosyproroków z giełd samochodowychznawców wszystkiegoa patriarchowie doby obecnejto smakosze taniego winai snobujący się na jotpedwapokolenienad moim krajemnie słychać odgłosówburz powstańczych i okrzykówzagrzewających do bojusmutni łapówkarze biją sięo miejsca na okładkach pismi codzienne informacje o ichromansach na portalach internetowychgrzmot burzy nadciągającejz czarnych chmurnie niesie przesłania wieszczajest tęsknotą zaprywatnym odrzutowcemnowobogackiego esbeka uwłaszczonegona państwowym groszubyli księża i zakonnicypotrząsają litościwie głowaminad losem krwawego tyrana, którego nikt nie ściganikt nie próbuje zrzucićz tronu historii dziejów naroduwszyscy wołają – chcemysłodkiego miłego życiai robić pod siebiew psiej budzie demagogiitrzech wieszczów dumniepatrzących spod spiżowych powiekkiedyśdziś patrzy błagalniespod stosu gołębich kupgdzieś pomiędzy parasolami piwnych ogródkówbyć może usuną to niedługousuną też tych smętnych przegrańcówz miast szykujących centralne placena sylwestrowe fajerwerkidla mas zarażonych niewolnictwem>>>
Bolesne dotknięcie ognistych dłoniw zabawach przedszkolakaktoś uderzył uszczypnął przewróciłbolesne dotknięcie ognistych dłoniktoś objaśnił litery i podarował książkębolesne dotknięcie ognistych dłoniw letnim strachu zagubionego dzieckaktóre zmyliło drogę do domuw czasie rozpoczynającej się burzybolesne dotknięcie ognistych dłonipieszczota dziewczynki i komplement chłopcaw szkolnych chałatachw nagle otwartych oczachbolesne dotknięcie ognistych dłoniwizja końca świata i szatana spychającego wszystkichw pumeksową przepaść bez dnaw wizjach sennych nastolatkabolesne dotknięcie ognistych dłonipolityczne katastrofy krajuw studenckim balansowaniu nad obywatelską anarchiąi wreszcie wykład Ducha Świętegoktóry jednym słowem zbudził duszęz ułudy życia ponownie do życiaw prawdziedotknięciem ognistych dłoni akuszerkiw prawdzierówniejakżewciążbolesnej>>>
Astrachański płaczwyschnięte oczyradziecka przyszłośćKipczaków i Sarmatówbez kawioru nawetpłacz dziecka stepuw warownym zamku Europyw weneckiej bibliotecew brytyjskiej gnijącej wioscebez koni bez wodybez łez płacz>>>
(Twoja) Moja obecność(nie) jest wymagana w tym świecieraz dwa trzy …(Twoja) Moja obecnośćnie jest oczekiwana (w tym świecie)abc …gdyż jestem (jak ty)początkiem i końcema nie środkiem>>> (Amor i CaritasCiemna noc)
* O modlitwę Jana Kowalskiego*
Modlitwą i pracą
wizje się tłumaczą
na język Padołu
między Indianami na język Manitou
między jałowcami i kolumnami Edypa
na przesiadywanie w beczkach.
modlitwą pospołu
jak mnogie zastępy bogatą
w aniołów
w ludzi
w zadumanego młodego człowieka
który musi umrzeć
zaraz
pożądania się tłumaczą
w społeczeństwie nastawionym
jak tokarka albo dziennikarz
modlitwa dzierżyć może prym
w środkach przekazu nakazów
w wewnętrznej potrzebie Jana
nie musi zwyciężać Kowalski
pędzący autostradami najszybszym samochodem
na polowanie na dziewczyny
gdy modlić się zacznie nie tylko ustami
spuścić racz Panie odrobinę łez
na Padół, ten Padół w czasie deszczu
niekoniecznie powodzi
niekoniecznie wichru
zwykłego dżdżu
odrobinę łez
z powodu sąsiedzkiego krzywopatrzenia
z powodu pomyłki kosmetyczki
odrodzi się prawdziwa modlitwa wówczas
w każdym Janie Kowalskim
ja akurat jestem w to
wierzący
>>>
*Wino na Poniatowskim*
Czemu tego nie powiesz… jemu?
jego pies tak łasi się do ławy
lewy tytoń z Bałkanów dał ci
na drogę dzisiaj
a ty kryjesz przed nim konieczność
wycięcia suchych drzew,
które zasadził w młodości
skuteczne korespondencje lotnicze
są pierwowzorem demokracji
kulawa czereśnia spadła z dinozaura
ale na szczęście to nie był
jego dinozaur
jaki chleb, jaki schab, jaki joker?
przeplatane psy przeplatane powroty
no, czemu, czemu, no, czemu
szmaty, butelki i tektura – temu
Polska buduje sobie dom
a niech te żółwie Madagaskaru
wreszcie dojdą do imperium
Ural, jaki Ural?
zimno, jakie zimno?
następna rewolucja Pana Miszki zwali
cokoły i wreszcie skończy nieopłacalną
produkcję suszu i korków z czereśni
szatan pytał się dziś o duszę słabego
nie otrzymał jednoznacznej odpowiedzi
ze strony środowiska trucicieli
zgrzebne banki w paski niebiesko-zielone
kłusownicy eksportujący zasady moralne
i wnyki do puszcz pełnych sitowia
Kierbedź na winie
wino na Poniatowskim
luksusowy temat na wieczór w Bydgoszczy
zapal już tego papierosa
i idź na spotkanie
jego otwarcie kiszek nie jest oczekiwane
przez skrzydlatego
>>>
* Moja dzikość ucieka *
Pocałuj tego pająka
w sieci go odnajdź
to zaczarowany pająk
obdarzy cię złotą rybką
korytem i legitymacją
gdy zmieni się w wodza z wąsami
liny, trakcje, przewody
muska je jaskółka wiatru
uciekając od opola do opola
pospiesznie moja dzikość
nurkuje w lata dziecięce
przerażająco
ty nadchodzisz z gór cienia
chcesz do światła
nie widzisz sieci
nie boisz się pająka
>>>
Kotwice na wichry epoki Mdlący zapach kotwic wydobytych z mułu stulecia na dnie pozostały czaszki bohaterów, po tamtej stronie epoki ich losy morze wyrzuciło kolor nieba, niepotrzebny wrak statku z napisem „MS Zemsta” na burcie i posągiem pogańskiej bogini wojny na pokładzie i zardzewiałego kapitana z wąsem sumiastym kotwice historii na wichry epoki całe w glonach i omułkach stały się symbolem walki o suwerenność każdego człowieka morza wolności
>>>
*Marnie się czułem*
Towarzyszyłeś mi w ciemnej kaplicy
pod betonowym baldachimem
postmodernistycznej śmierci
W ciemności przed Twoim Boskim Sercem
wpatrywałem się modlitwą w siebie
w własną marność – cóż za pokuta –
marnie, marnie się czułem
Pokrzepiony prywatnym rozrzewnieniem
podbudowany głazem miłosierdzia
wydobytym z sumienia i wiary
wziąłem na siebie ten przeciążony grzechami kościół
Cały czas czułem na sobie Twój wzrok
tak jak kiedyś znów trzymałeś mnie za rękę
przez czterdzieści lat na Górze Tabor
w tym właśnie kościele
Z tyłu na chórze rozległy się kroki
ktoś otworzył drzwi, zapalił światło
zszedł po schodach na dół
Święty Paweł przeszedł obok mnie
skinął ręką na mnie
powiedziałem – marnie się czuję…
ale powstałem z klęczek
poszedłem za nim do Afuli
>>>
* Tak i nie *
Maryja znad brzegu Galilei
czyż mogła Bogu samemu powiedzieć – „nie”?
Chrystus znad brzegu pustyni Judzkiej
czyż mógł szatanowi powiedzieć – „tak”?
Czy ja mogę powiedzieć – „tak” lub ”nie”
proboszczowi w czarnym jaguarze
pozującemu do zdjęć przy molo w Sopocie?
Gdy stanę na klifie jerozolimskiej świątyni
przy Jezusie i Maryi
pomacham mu ręką,
przelatującemu obok nas skrzydle spadochronu
by zniknąć za Jordanem
z wykupionym karnetem na sporty ekstremalne
>>>
* Na falach *
Czuję, że duch kołysze się we mnie
jak mewa na falach
wewnętrzne skłonności
zagłębiają się w moje ja
jak grotołaz w jaskinię polską
duch niespokojny polatuje
i siada na falach
nurkuje w odmętach
nawiedza kopalnie podwodne
bryłę węgla lub soli
albo rybę wydobywa
Mój duch karmi się
dwutysiącletnią rybą
żyje prawdziwie to boskie stworzenie
lotne i drapieżne
udając gołąbka pokoju
pozwala mi cieszyć się
wodnym światem błyszczącym w słońcu
za przyczyną samego Boga
rozkołysanym jak ludzkie – „jestem”
>>>
*Czy zauważę, że jestem w Niebie?*
Wybacz Panie moją nieufność
Ty zawsze ulegasz mi
a ja nie zawsze to zauważam
Ty zawsze wysłuchujesz moje prośby
a ja nie zawsze to zauważam
wczoraj kotka powiła młode
na moim strychu
jeszcze ich nie widziałem
wczoraj zakwitła jabłoń na mojej działce
jeszcze w to nie uwierzyłem
zmieniły się pory roku
zmieniły wieki
nawet tysiąclecia
wpatrzony cały czas w kalendarz
nawet tego nie zauważyłem
moim marzeniem jest tulić miłość
jak młode kocięta
wdychać zapach wonnego kwiecia
obcowania z Tobą
ale czy zauważę to, że jestem
już w Niebie?!
>>>
* Opuszczone groby *
Panie, Twój Grób w Jerozolimie
ponad moim grobem
ponad grobem ludzkości
przenosimy, my ludzie, swoje groby
w nowe miejsca bitew
zapełniamy je w nieskończoność
ciałami nieprzyjaciół i ludzi, których kochamy
Twój Grób, Panie, wciąż ten sam
jedyny, u stóp Golgoty
na Miejscu Czaszki Adama
Twój Grób pusty jak grób Adama
cała Jerozolima jest cmentarzem
królów, narodów, państw i mitów
pod jej murami spoczywają
wszyscy herosi od czasów Ewy
w jej Dolinie Jozafata czekają oni na sąd,
na Twój sąd Panie, który jesteś stąd,
tego, którego wykarmiła Kolebka Jezreel
walczącą o trony ludzkość zrównują groby
zabijających w imię religii jednoczy ziemia,
która przyjmuje ich prochy jak zbędne kadzidło
kiedy nastanie pokój pod tym
wciąż czynnym wulkanem cywilizacji,
wtedy nastąpi pokój na Ziemi
Ty schodząc znów z Góry Oliwnej
wejdziesz przez Złotą Bramę do miasta pokoju
mijając w szpalerach salutujące groby
i nas synów człowieczych
błagających o miłosierdzie
błagających wreszcie o jedność w Tobie
rzucających liście palmowe, ścielących płaszcze,
składających dary i kadzących jak zawsze
>>>
* Czerwony sztandar *
Wyrwany z koszmaru tuż przed świtem
porwałem się na komunę
po jakiejś pile wchodziłem
by zerwać czerwony sztandar
poraniłem kolana, poraniłem ręce
sztandar splamiła moja krew
i jak śnieg wybielał
ale nadal łopotał dla ludzi
bez nadziei
>>>
* Słowa wyrwane z kontekstu *
Słowa wyrwane z kontekstu
lecą ponad łąką historii
jak ptaki szybują ponad miastem
osnuwają jak mgła więzienia, pałace i zamki
sadzają szronem na chłodnych marmurach pomników
Słowa wyrwane z kontekstu
wylatują przez okna szpitali
strzelają jak race z trybun stadionów
startują jak rakiety z grobowej ciszy cmentarzy
Słowa wyrwane z kontekstu –
Ratunku! Pomocy!
>>>
* Kocham sąsiada *
Porozumiewam się z moim sąsiadem
wyłącznie za pomocą ulotek wyborczych Krzaklewskiego
ja wieszam je na klatce schodowej
on zdziera i targa to w strzępy
ja je wieszam codziennie on je codziennie zrywa
wybrałem się wczoraj na wieczorny różaniec
przed wyjściem zawiesiłem zdjęcie Mariana
w kościele spotkałem sąsiada
obok mnie klęczał i modlił się w skupieniu,
gdy wracał po nabożeństwie znów potargał
ten spłachetek kolorowego kartonu
i rzucił pod moje drzwi
domyśliłem się, że bardziej niż diabła
nienawidzi Solidarności i Mariana
a ja znów rano zawieszę nową ulotkę
bo kocham sąsiada-katolika, bo chcę go uratować
z okropnej paszczy lewiatana Kwaśniewskiego!
>>>
* Hieroglify nienawiści *
Zachód słońca nad koronami drzew
przypomina mi czerwień wzgórz Galilei
lecz tam w oddali nie widać jeziora za lasem,
tylko światła Krakowa
nad lasem, który oglądam z balkonu
nie szybują lotniarze jak nad Górą Tabor,
co najwyżej ledwo dostrzegalne
dusze rozstrzelanych przez Niemców
to one kreślą smugi na niebie jak odrzutowce
białe krechy układają się w krzyże
Galilea podzielona dziś pomiędzy Żydów i Arabów
a moją ziemię najechali przed tygodniem
tym razem Hunowie z koszalińskiego
zadomowili się tu szybko
i spłodzili potomstwo ze Słowinkami,
które wolą żyć niż zostać rozstrzelanymi,
które wolą poniżenie niż skazanie na poniewierkę w Saksonii
przepustkę na sąd ostateczny Słowińców
już rośnie następne pokolenie,
które będzie profanować świątynie
i stawiać gontyny
a na niebie zobaczymy – hieroglify nieufności
>>>
*Ameba nad Zachętą *
Cień ameby nad Zachętą
animatorka mieni się jak witraż antykościelny
przed ołtarzem całopaleń autorytetów
ołtarzem na cześć Lenina
nikczemny cień ameby
wyliniałej, choć podmalowanej
z kredką na wargach
z leśnej głuszy
z Bitwy pod Grunwaldem
w Muzeum Narodowym Kordian
wymachuje halabardą nad głową afiliantki
halabarda frunie do wyspy magnetycznej
wyrwana z ręki
ścina po drodze przypadkowo głowę Lenina
a wolny kat Jaruzelski przemawia w telewizji
znów w dniu 13 grudnia 2000 roku
Polska Akademia Nauk zastanawia się
nad wnioskami o tytuły naukowe dla byłych esbeków
kobiety odmawiają różaniec
pod kinem „Wanda” w Krakowie
przed premierą filmu o wypaczeniach Chrystusa
po Jaruzelskim występuje w telewizji wściekła krowa
z loży P2 i oskarża Wielki Wschód o skażenie paszy
teatralna kłótnia w rodzinie animatorów
ameba niepolska stoi w Sukiennicach
na dwóch nogach i na jednej ręce
wymachuje pawim piórem jak czapką
śmieje się i rzuca oskarżenia
wprost w Kordiana
oskarżenia przyklejają się do jego twarzy
on stara się je zdziera i odrzucać na bok
jednak bardzo kaleczy tym twarz
niespodziewanie Leszczyński klęka
obok Kościuszki na Rynku
coś szepce mu do ucha
animatorka rzuca macewę i meteoryt,
który leci przez historię
i upada do stóp Karola Wojtyły
nie czyniąc mu krzywdy
w Kalwarii Zebrzydowskiej
Szatan kusi papieża
– daremnie
Szatan kusi naród
– nie nada…
>>>
*Bankructwo*
Jasne miecze jak rozchlapywana lawa
lecą na miasto
jak spadające gwiazdy nadlatują grzechy
tego stulecia
w strzechy i drewniane dachy
wbijają się płomienne sople
deszcz nieczystości i śmierci niewinnych dzieci
uderza w domy i stajenki
miasteczko pasterzy pogórskich
dosięgają wyroki spóźnione
dzieci widzą koniec świata
swoich rodziców
dzieci przeżywają sprawiedliwość Opatrzności
uświęcają się płonąc w Pompejach Beskidu
wioskę w skansenie spopiela kara
dziś to nie Swarno Chmielnicki ani Ugedej Teleboga
dziś to nie strzały Amora ani miecz Michała
dziś to lecące z nieba jak deszcz
pozostałości sowieckich sputników
i stacji kosmicznych
bankructwo sowietyzmu w sercach
wywołuje ten kataklizm
>>>
* Człowiek godzien Matrixa*
Znamię rewolucjonisty na czole
w oczach błysk pioruna
aura wokół niesamowitości
oto wielki człowiek Stalin
Jego imię zna cały świat
o nim dzieci śpiewają pieśni
on zna serce człowieka jak nikt
oto wielki człowiek Stalin
Wiele uczynił dla ludzkości
wyzwolił ją z odwiecznych okowów
pozwolił śmiało popatrzeć w przyszłość
małym dzieciom darował radość
I choć działalność dla ludzkości prowadził pod pseudonimem
możemy odważnie głosić na dachach, że Stalin:
„To nasz Wielki Odwieczny Brat!”
godzien Nagrody Nobla
godzien statuetki Oskara
godzien statuetki Feliksa
godzien statuetki Matrixa
godzien statuetki Urbana
godzien diamentowej spinki
godzien czerwonej gwiazdy z szarfą
godzien szarfy i fartuszka
godzien młota i sierpa
godzien młotka i kielni
godzien ekierki i cyrkla
godzien Orderu Uśmiechu
godzien Medalu Drogi Mlecznej
godzien wszystkich brzęczących medali
godzien nagrody polityka roku w Europie i Azji
godzien nagrody Gospodarza Roku
godzien nagrody Gościa Wyczekiwanego
godzien nagrody Przedsiębiorcy Miasta i Wsi
godzien nagrody sołtysa roku
godzien nagrody kapłana roku
godzien nagrody strażaka roku gaszącego o zmroku
godzien nagrody samorządowca tysiąclecia
godzien nagrody prezydenta tysiąclecia
godzien nagrody stratega milenium
godzien nagrody największego przywódcy ludzkości
godzien nagrody filozofa wszechczasów w całym świecie
godzien nagrody pisarza wszechczasów Pen Club
godzien miana największego społecznika
godzien miana Kosmonauty Uciskanych Zwierząt
godzien Wielkiej Nagrody Leninowskiej
godzien Nagrody Rewolucji i Postępu
godzien Nagrody Kochających Wszelako
godzien Nagrody Niosącego Światło
i wreszcie
godzien Wielkiej Nagrody Stalina
i w końcu
godzien Wielkiej Nagrody Węgrzyna
>>>
*Moje klaustrofobie*
Moje klaustrofobie w dorzeczu Wisły
okazały się cennym balastem
opadnięcie na dno Narodu
okazało się cennym doświadczeniem
Przybyłem nad tamę, z której zrzucono ciało
Księdza Jerzego
popatrzyłem na błyszczącą wodę rozlaną szeroko,
w której przebywał święty z workiem kamieni przeszłości
moje serce zapałało wiarą i nadzieją
ściśnięte serce nie uroniło krwi
wody mętnej Wisły obmyły moje rany,
które były tymi samymi
tysiącletnimi ranami Narodu
Moje klaustrofobie przy ujściu czasów
okazały się cennym balastem,
który pozwolił mi opaść na dno sumienia
zaryłem w mule grzechu i rozpaczy
i zobaczyłem zmartwychwstałego Chrystusa
w delcie Otchłani
Moje serce zapałało tym samym ogniem Księdza Jerzego
z syczącej wody wydostałem się jak morska torpeda
by poszybować do Warszawy parabolicznym lotem tęsknoty
wyrwany z klatki światowej beznadziei
znalazłem się w milionowym tłumie na Placu Piłsudskiego
naprzeciw krzyża i stuły – kotwicy narodu
Moje klaustrofobie upuszczone na schodach
Saskiej Kępy znowu potoczyły się
w kierunku nadbrzeżnych zarośli nie wytrzymując
presji niebieskiej kopuły nad bohaterskim miastem
wrzuciły w błogosławiony nurt nieśmiertelności
ten sam gejzer znerwicowanej nadziei
>>>
*Wiosna wolna w negliżu*
Lekki kwietniowy deszczyk
skrapiał czarną dermę
mojej dziurawej tureckiej kurtki,
gdy śledziłem tokujące czajki
na łączce pośród wzgórz
rozczochrane wierzby
wypalone przez młodych pogan
zamiatały niebo naprędce,
gdy mijałem je schodząc do ludzkich siedzib
skowronki – obywatele wiejscy – dzwoniły na nieszpory
jeszcze nie w niebie, jeszcze w gałęziach drzew
pierwszy żonkil w ornym polu eksplodujący jak wulkan
zszokował mnie bardziej niż
skromne mlecze i zawilce na środku błotnistej drogi
jasnozielone przykrótkie listki brzozy
nieśmiałe nastolatki
migocąc zalotnie sprawiły, że odwróciłem wzrok
wstydząc się patrzeć na wiosnę w negliżu
złamałem łodygę zeszłorocznego suchego ostu
raniącego dziewiczość wielkanocnego popołudnia
czystolicej pogórzystości
schodząc w oczerety życiodajnej narodowej rzeki
mając przed sobą komin w Połańcu
musiałem ustąpić drogi motocyklistom
z warkotem wdzierającym się na Yamahach
w ostatni wolny lasek, w ostatni swobodny wąwóz
w ostatni niepokalany zawstydzony krajobraz
>>>
*Morwa zaczyna szaleć*
Wiatr wieje
leszczyna rozpędza się
morwa zaczyna szaleć
zmierzwione witki wierzby
układają sie w portrety
z okładek winylowych płyt
moja głowa zmęczona porannym bólem
napina się od tęsknoty
tężeje jak cięciwa łuku refleksyjnego
zatrzymana dla światowej energii
strzały miłosnej
nakierowana w kosmos
w wietrze budzą się rude samochody
terkoczące jak cietrzewie i klekoczące jak bociany
ostatnie z epoki przedpoduszkowej
ryby i pluszcze w chmurach
pierwsi górale przytupują pod sklepami
tam gdzie krzątają się jeszcze
roratni sprzątacze i księża
blady księżyc rozpływa się
nad stropami blokowiska
w chmurze gołębi
puszczyk na kominie piekarni
wydaje ostatni ostrzegawczy pisk
robotnicze myszy uciekają gdzie mąka rośnie
zanim słońce wstanie
wiatr wyczesze skwer z papierków po cukierkach
i pozrywa z drzwi plakaty nienawiści
morwa się znów zazieleni w październiku
a moja głowa powróci od morwy do normy
nad gazetą z artykułami o wschodach słońc
>>>
*Między cierniami*
Nastała światłość świata
widzę lilię między cierniami
w okolicach miasteczka pasterskiego
w drodze na szczyt
pozostawiam smolne szczapy
na swojej ścieżce nadpalonej
jak wątpiące serce
Pan jest w gorejącym krzaku
widzę rozradowaną twarz dziecka
żebrzącego na ulicy miasta,
które buduje pierwszą linię metra
jeśli Pan nie powoła
któż zdoła dojść na szczyt
a to dziecko jest już na szczycie
>>>
*Myślenie tobą*
Myślenie tobą
nacinanie brzozowej kory
płócien Renoira
ale tylko do miejsc niezabliźnionej wilgoci
zwijanie na przekrwionym kciuku
prężącego się żagla
z tkaniny twego biodra nazbyt spierzchłej
farbą
zabłąkany w tobie
w dźwięczne mrowisko
grudek
na odwrocie łydki
zwiany z suchą watą przesilenia
dostrzegalny w listopadach świateł
wzbierający
w sypką łachę
przyśnionego tobie ciała
oboje powtórzeni w sobowtórach naszych ust
– niepowtarzalni
wydobyci z ciepłych kropel snu
– niedocieczeni
przygarnięci w popielatej wnęce
– czasu? siebie? snu?
ogarniający wnękę
czasu-siebie-snu
pejzażu serca
>>>
*Feniks*
Z niebios
doleciał
na czas
i zamknął mi usta
płomieniem sparzył język
wcześniej
westchnąłem ogniem
i zamilkłem
męki spadły na moje
trzewia
i właśnie wtedy
w zupełnej ciszy
Feniks wzbił się
na skrzydłach duszy
i poszybował we wnętrzu
ciała
jak w kosmicznej przestrzeni
kryształu wszechświata
do celu
mojego życia
na skale litej
dotarł
na czas zwątpienia
ognisty język spoczął na mnie
w ostatniej chwili
>>>
*Ostrowy serc połączone mostem łaski*
(Wszechczasowe, wszechprzestrzenne pary ostrowów wieczornych)
Dwie odnogi rzeki padające sobie, co pewien czas w objęcia
na pożegnanie na powitanie na pożegnanie
Dwie wielkie stopy Sokratesa smagane wilgotnym wiatrem
pomalowane czerwonym sprayem przez prawnuków Bolesława
Dwie zasuszone gałązki jemioły przywiązane do zielonego przęsła mostu Tumskiego
kołyszące się w takt kroków zakochanych wchodzących na most
Święty Jan Chrzciciel oblewający wodą z muszelki
beanki uczuć niespotykanych
naprzeciw świętej nastoletniej Królowej rozdającej
indeksy, certyfikaty i dyplomy
mężczyznom dzielącym wiek umysłowy przez wiek życia
Ojciec grający na flecie pastuszka
obok swej córki wystukującej rytm na bębenku dawidowym
przycupnięci na ławeczce przy nadbrzeżnej alejce
Narzeczeni kręcący się jak bąk w kajaku na środku rzeki
Siwobrody staruszek z gitarą w ciemnych okularach
grający „Barkę”
Czarnobrody zdezintegrowany aktor bez spadochronu
za to w czarnej pelerynie
przy fontannie Nepomucena uczący się roli na głos
Zakonnice niemymi ustami szepczące rozgrzeszenia
wystraszonym kochankom wieszającym kolejną kłódkę na moście
Transkrypcje Segovii dźwigające na sobie strofy Szekspira
ponad głowami spacerujących katedralnym traktem Bolesławowem
Dwa rzędy nadbrzeżnych latarni
nurkujących za swoim światłem w ciemnobrązowej rzece
Dwaj chłopcy na drugim brzegu rzeki
spotykający się na muzealnej górce
by rzucać gałęzie akacji do aportowania swoim psom
Dwa łabędzie z pokrzykiem tęsknoty
przelatujące szybko nad wyspami
Pięknie uformowany cisowy krzak w biskupim ogrodzie
i dziecięca czapeczka z włóczki kiwająca się na jego gałązkach
w rytm zielono iglastych podrygiwań
Para młoda klęcząca w katedrze
przed świętym Janem Pawłem II udzielającym im ślubu
w kolorowych zonach witraży przepuszczających światło Wschodu
w kierunku kaplic i ołtarzy Zachodu
Polski latarnik i latarnie gazowe
ze swym mistycznym światłem historii kluszczanej
Wieże katedry smagane elektrycznością
pulsujące jak atomowy reaktor
szykującej się do startu w ciemnogranatowe przestworza
Załzawione lekko zmrużone okna Uniwersytetu prawie z iskierkami łez
podglądające stado kaczek przy kolacji żerujących na środku Odry
i szykujących się powoli do chybotliwego snu
na przewalających się szumiących skibach
Rzeczna toń dziewiczego falowania
w której zagłębiają się świetliste słupy miasta
Księżyc pod rękę z gwiazdą wieczorną pojawiający się nagle nad miastem
jak przypomnienie żłóbka, jak wspomnienie Orientu kolebki ludzi i ptaków
sprawiające, że oczy świętych na cokołach zwracają się nagle w jednym kierunku
a ich spojrzenia otulają mężczyznę i kobietę
dotykających w tej czarownej chwili swoich bladych dłoni
Dwa anioły pląsające na ceglanym murze łączącym
taflę wody z ławeczką w biskupim ogrodzie
Dwie gotyckie dusze zachwycone sobą
przelewające się powoli do jednego kielicha wspólnego życia
oraz
cienie poetów i rzemieślników
nawiedzających od tysiąca lat kamienne zaułki
ciągle żywej tumskiej starówki
wyłaniających się z jej duchowego światła
jak na nowo zrodzone nadzieje
>>>
*Ty i ja*
Feniks górnych dróg powietrznych
sfrunął wieczorem w centrum
elektrycznych spraw wirtualnego megamiasta
rozsypał iskry, a płomienie
pognały za jego zamiatającym ogonem
w oknach domów
i na szklanych taflach wieżowców
zatańczyły pomarańczowe wstążeczki
ruch serc i umysłów zamarł na ulicach
zatrzymały się w locie pojazdy powietrzne
twarze milionów zastygły
tylko ty i ja
szliśmy wciąż przed siebie
z odległych od siebie dzielnic
w kamiennej metropolii zatrzymanego czasu
Feniks w kolejnym nawrocie
przeleciał tuż nad naszymi głowami
gdy wyszliśmy na główną ulicę
zobaczyliśmy wreszcie siebie z oddalenia
z płomieniami we włosach
z rozpalonymi oczami
zaczęliśmy biec do siebie
miasto rozsypało się w popiół
gdy padliśmy sobie w ramiona.
zapachniało akantem i mirrą
>>>
*Transcendentny kwiat*
Transcendentny kwiat
zakwitł w świętojańską noc
pod jasnymi gwiazdami
nagimi symbolami czasu
kwiat rozwinął pierwszy różany płatek
– czerwony – nostalgii i wspomnień
potem wzrósł drugi różany płatek
– żółty – pragnienia i rozdarcia
wreszcie pojawił się trzeci różany płatek
– purpurowy – podróży i namiętności
po chwili uniósł się w górę
płatek pachnącej lilii
– kremowobiały – prawdy i dziewictwa
za nim rozchyliły się nieśmiało dwa jęzorki lilii górskiej
– pomarańczowe, cętkowane – emocji i pieszczoty
a wówczas począł wysuwać czubek noska
płatek lilii pachnącej jak cały Orient
– złoty – poznania i odnalezienia
z dna kwiatu w końcu wychynęło
wiele delikatnych płatków niezapominajek i bławatów
– niebieskich szalenie – jak podróż w górę zmartwychwstałej miłości
by w końcu ukazać się mogły skłębione fale morskie
płatków najrzadszych ziemskich orchidei
– we wszystkich kryształowych kolorach tęczy –
tęsknot, oddania i zjednoczenia
kwiat transcendentny zachwyca
kwiat transcendencji pachnie
kwiat miłości odwiecznej
oddanej ludziom
nieupadłej pomimo grzechu
na zawsze w nim zaklętej jak absolut
wciąż się rozwija
wciąż rodzi nowe kształty, kolory i zapachy
gdy zakochani prawdziwi poza czasem
patrzą sobie w oczy
w kolejną świętojańską noc
>>>
*Bicie serca*
Mój anioł zwiastowania powiedział –
popatrz w te dwa nieba,
to twoje przeznaczenie.
zbliżyłem usta do jej ust
potem pocałowałem delikatnie w szyję
musnąłem językiem mleczne guziczki
by rozkosznie przylgnąć do białego łona
i usłyszałem bicie serca
syna
>>>
* Postsowieckie nieszpory *
Rozchwiane serce
stary zdezelowany rower
rozkołysane serce łkające
jak pęknięty ze spiżu dzwon
cerkiewka na wzgórzu
z dziurawym dachem
po której zmurszałych ścianach
płyną strugi deszczu
serce ikoną świecącą
w niej
ktoś klęczy
ktoś pozostawił rower
pod drewnianym parkanem
to staruszka przyjechała
z zapadłej wioski
w deszczu rozpaczy
w błocie samotności
wezwana na nieszpory
do ruin swego
postsowieckiego życia
>>>
*Ktoś powiedział*
Ktoś powiedział –
wzgórza nieutulonego żalu
mlecznej delikatności, której
nie dotknęło wschodzące słońce obłudy
nie spiekło zachodzące słońce zwątpienia
Ktoś powiedział –
piramidy radości
kryjące szczątki ziemskich ograniczeń
Dotknąłem twych piersi
opuszkami palców, wilgotnym językiem
musnąłem łaskoczącymi rzęsami
bladoróżowe drżące kuleczki życia
wtedy nad doliną utulenia
zapłonęła tęcza naszej jedności
my wpatrzeni, zachwyceni
przesunęliśmy spojrzenia w górę
w zenicie odkryliśmy nasze oczy
oddane sobie na zawsze,
wpatrzone w siebie odwiecznie
Ktoś powiedział –
to zakochani nieśmiertelni
nie żałujmy im szczęścia
>>>
*Lorelei dzowni do mnie co rano*
Lorelei dzowni do mnie co rano
ze swojej skały na Renie
ja odbieram te telefony
coraz to w innych miejscach
a to na Krywaniu Baców i Janosików
a to w Grocie Króla Gór
a to znów na statku Waza
a to w karawanie do Petry
Gdy właśnie byłem na kosmicznej stacji Alfa
dostałem mmsa wstrząsającego
zobaczyłem ją jak szlocha
nad przepaścią pośród burzy
a jej włosy jak warkocze wszystkich komet
wplątane są we wzburzone fale rzeki
zmarłem z przerażenia
Natychmiast zrobiłem słodką fotkę
z wiatrem słonecznym nadlatującym
od strony supernowej królów
i spróbowałem wysłać
mojej nagiej drżącej Lorelei
nie udawało mi się to
traciłem wciąż zasięg
przelatując nad Syberią i Workutą
W sumie to dobrze się stało
jak się okazało po chwili
na mojej fotce była jakaś kometa,
która w powiększeniu jawiła się
ogromną bryłą lodu
a jej warkocz śniegiem białym
na ciemnej stronie komety
widniał wielki czerwony symbol –
skrzyżowany sierp i młot oraz broda starca
Zasnąłem przy próbie skasowania foty
telefon wypadł mi z rąk
a potem z Alfy gdzieś nad Donem
poleciał ku ziemi pomimo braku grawitacji
przestraszony wyciągnąłem moją
kilometrową rękę jak manipulator
nie zdążyłem go złapać
zniknął w atmosferze
odetchnąłem jednak widząc rozbłysk
historyczny krwotok z mózgu cywilizacji
Lecz Lorelei płakała wciąż,
gdyż nie otrzymała odpowiedzi
łzy zmieszały się z wodami powodzi
wir pochwycił cudne kędziory
wezbrany Ren zlitował się nad ukochaną
otoczył ramionami i zaniósł daleko
opadła na dno Oceanu
tam spotkaliśmy się i utulili
w łodzi podwodnej Kapitana Nemo
>>>
*Dzieciństwo ostateczne *
Samolociki na gumkę
nielatające dzieciństwo
odpustowe śmigiełka z blachy
wypuszczane ze skręconego drucika
raniące palce jak żyletki
dzieciństwo krwawiące
rozsypujące się piaskowe babki
nad brzegiem królowej rzek
dzieciństwo upokorzone
zachowanie na przedszkolnej scenie
dzieciństwo nieporadne
wigwamy z koca i strzelanie do ptaków
ognisko rozpalone przy ścianie domu
dzieciństwo zbuntowane
zakochanie w dziewczynce,
która stała się na zawsze aniołem
skaleczonej duszy
dzieciństwo ostateczne
>>>
*Dziewczyny z Karyai*
Dziewczyny z Karyai
powróciły w wizjach retrospekcji
dojrzałego mężczyzny,
który zasnął na plakacie pożądania
leżącym na moście
wciąż pijany miłością nie dowlókł się
do zarośniętego dziki winem
domu samotności duchowej
ułożył się do snu na szczątkach serca
zerwanego z ogłoszeniowego słupa
rzuconego dramatycznym porywem wiatru
na środek dwudziestowiecznego mostu
zdobnego w pylony egipskich i babilońskich świątyń
i posągi boginek płodności
samochody i tramwaje omijały
truchło zakochanego władcy snów
anioły stanęły w locie nad nim na rozkaz
mędrcy z magistratu przyszli wręczyć nakaz
on otworzył nagle oczy i wszystko zniknęło
poza jedną niebieskooką dziewczyną
dotykającą spracowaną dłonią jego policzka
>>>
*Książę zasnął tam w dole*
We śnie czy w marzeniach?
Książę sam już dziś nie wie
widział ją w kosmicznym świetle Drogi Mlecznej
była jego Różą, lecz białą jak lilia
nie była królewną a nawet księżniczką
jak męczennica spięta i czysta
dzieckiem przystępującym do Pierwszej Komunii Świętej
i Chrztu jednocześnie
była Panną Młodą w bielutkiej sukni do ziemi
lecz Książę nie dostrzegł bucików
nawet jednego pantofelka, ach bosa dziewczynka
przestępująca niecierpliwie z nogi na nogę
Książę wytężał wzrok by lepiej ją dojrzeć
by rozpoznać rysy jej twarzy
lecz delikatny obłok zasłonił mu ją –
co więcej, w oczach dym
nie dawał się spłukać łzami tęsknoty
i Książę stał się niewidomy
– do czasu – zagrzmiał nad nim głos Archanioła
a dziewczynka już żywa,
oto z ławeczki się podniosła, gdzie była przycupnęła
cichutko przeczekała tu w kolejce wiek cały
zarzuciła na plecy różowy plecaczek z misiem
kryjący wiele niebieskich skarbów
spakowany na drogę przez samego anioła,
lekko podbiegła do diamentowych wrót miłości i życia
przymierzając swoje ziemskie ciało
zmieniła się cała w słuch
zerkając w zieloną przepaść za progiem,
gdy Książę zasnął tam w dole
ona usłyszała nareszcie jak Jezus
wymówił głośno jej imię
>>>
*Rozstanie róży*
Samotna herbaciana róża
biegnie radosna przez asfaltowe ścieżki
miejskiego parku
skulonego w drzemce styczniowej szadzi
trąca każdą z rozespanych latarni
wychylającą głowę z ciemności
zmieniając kolor ich księżycowy
na złoto-pomarańczowy
za sobą zostawia niecodzienną aurę
nieśmiertelności i kuszącej nadziei
herbaciana róża napełnia park
uniesieniem miłosnym przeżytego rozstania
niosąc na płatkach zapach ukochanego.
z jej rozchylonego serduszka
wylatują świetliki słodkich pocałunków
a w środku zimy na klombach tuż po północy
wyrasta dla nich bursztynowe kwiecie
by mogły podzielić się czułością, która nie przeminie.
złociście rozmarzona
przysiada na ławeczkach wspomnień
i wtedy śnieg przestaje padać na kwiaty
a wprost ze snów zakochanych
przylatują ptaki i pszczoły
natchniona słucha ich powtarzających
jak echo bezdomne
słowa szeptane tylko dla niej
jeszcze sekundę temu
>>>
Wiele serc
Wiele uczuć spłonęło tego lata
w pożarach rzek
wiele serc spopielało
w smogu namiętności
oczy widzącego są jak gwiazdy
gwiazdy patriotów zabitych nieludzko
ręce wyciągnięte z potrzasku
ku światłości
usta nieme otwarte
gdy miecz przeszywa miłość
wielu ludzi zwątpiło tej jesieni w przemijanie
uszy słyszące są jak dęby święte
wsłuchane w modlitwy
szepty pomordowanych
w Smoleńsku
>>>
*Alchemia nieba*
Spojrzałem w niebo
a tam, nade mną
wielka srebrno-zielona pastylka
z dodatkiem arszeniku
jakiś cień przemknął obok mnie
góra zadrgała na horyzoncie
poczęła się wznosić wyżej
na tle wielkiego zmysłowego oka nocy,
to rósł wulkan
zrodzony w noc dziecka
pastylka na niebie pomarańczowiała
gdy zapach światła gorącej lawy
zbliżał się do zmaterializowanego smaku mięty i szafranu
wtedy wielki kreator snów
zakręcił światem
ze snów wypadła dziewczyna
wprost w moje ramiona
już jej pierwszy pocałunek
był odtrutką i antidotum
które uratowało moje dogorywające sczerniałe serce
wulkan eksplodował
lawa zalała księżyc strachu i uprzedzenia
i srebro zmieniło się w złoto
>>>
*Polska*
Trzynastego po południu pada deszcz
leżę na tapczanie zbity aurą jak pies
wymoczony w martwej solance okna
w gwarnym bloku szepty ludzkie
ujadanie psów polskich
zza ściany dolatują dźwięki marsza żałobnego
spiker w telewizji wypowiada imiona i nazwiska
w różnych odstępach czasu
zegar odpowiada – amen
dziecko gdzieś na parterze kłóci się z matką
zegar dopowiada – amen
lepka krew sączy się na szare płytki
ze szpar w drzwiach lodówki
stopy pieką, w głowie szum wiatru
katyńska mgła spowija blokowisko
deszcz bębni o blaszane parapety
stuka w cembrowiny głów i parasole
kolejne nazwisko i imię
rozdziera mgłę
na latarni nagle rozśpiewał się kos
Jezus otwiera oczy
na karcie ściennego kalendarza Radia Maryja
ze starej tapety patrzy i nasłuchuje – Kwiecień 2010
kolejne nazwisko i imię wypowiada spiker za ścianą
katyńska mgła wczołgała się już do mieszkania
krew powoli przepływa z kuchni do pokoju
nagle rozjaśnia się aureola wokół głowy Jezusa
jedna ręka cała w strzępach
porusza się by wskazać serce w cierniach
druga powoli unosi się w górę
prostują się palce
złocisty płaszcz wypełnia się czerwienią
a królewska tunika bieleje jak śnieg
Jezus wypowiada słowo – Polska!
>>>
*Nie rozdziobią nas kruki i wrony*
Obudzony dudnieniem głuchym stukaniem
pomyślałem w chwili świadomości –
moje serce bije ciepłą miłością
skowyt mroźnego wiatru nakłonił ucho
ku Męce Ukrzyżowanego w spiekocie
jak wielkopiątkowe drewniane kołatki
echem rozległo się nawoływanie
w katakumbach grzechu w jaskini usprawiedliwienia
w duszy skutej mrozem
otworzywszy oczy zobaczyłem naprzeciw siebie
wielkie czarne ptaki kołyszące się
na balustradzie balkonu za oknem
niezgrabnie jak chochoły narodowe
tracące równowagę w porywach styczniowej zamieci
podszedłem bliżej do balkonowych drzwi
lecz nie wystraszyłem ptaków
wielkich jak sępy lub orły
z tupotem twardych łap
ze zgrzytem szponów po metalowej oblodzonej barierce
buńczuczna horda najeźdźców
przysuwała się do karmika sikorek
carsko-asyryjska sotnia schodziła w dół
okraczając linki suszarki na pranie
by skraść ziarna lichym ptaszkom polskiej demokracji
stojąc tuż za szybą mogłem
z bliska dostrzec tę ohydę
panoszącą się nad polskim żłóbkiem
odwieczne wojska Babilonu, czarne zagony Rosji
nie zatrzymały się za oknem
przeniknąwszy przez szybę obsiadły mnie całego
jak w scenach z horrorów wczepiły się w pidżamę i ciało
szybkim uderzeniem dzioba ptaszysko
rozpłatało moją pierś i wbiło głęboko w serce
zakrzywiony kieł czasu, dziób krwawej historii,
katyńsko-wołyński miecz pogromu
wtedy jak piorun z jądra bólu okrutnego
z jestestwa myśli męczeńskiej
idea uderzyła w mózg
uczucie zmienione w jaźń
i zajaśniał sztandar świadomości i napis –
nie, nie, nie –
nie pognębią, nie zabiją nas
nie rozdziobią nas nigdy… tak jak WRONA
*Poematy dla pszczół*
Miłosierdzie i miłość w jej zapachu
prawda i sumienie w jej przeznaczeniu
wijące się zorze dusz jak bukiety
jej kwiaty kwitną
jej łąki zachwycają
owady ze snu letnich łąk
ptaki kolorowych krajobrazów
i płowa zwierzyna wylęknień
jej bladość jak lilii
jej rumieńce jak róż
z błękitu wypadają pokręcone
stwory chmur i przeskakują
most tęczy tam wysoko
nad głową zadartą do góry
droga, pastwisko i atelier artysty
na chmurach siedzą skrybowie cierpliwi
balonami nadlatują jak motyle
baletmistrze realistycznych poematów
by nad kolorową doliną
rozpinać parasol idei
w miłości i miłosierdziu
dla pszczół
strażniczek kruchego życia
w światłości
>>>
*Ucho igielne*
Schodziłem z Góry Oliwnej
trzymając za ręce dwie kobiety
ja wracający z Betanii w zielonej tunice
one w białych powłóczystych sukniach
z Meah Shearim i Ein Karem
ich błękit i ich czerwień były naturalne
żółty pył drogi i szary kurz na grobach
złoto świeciło nad nami sztuczne
Archanioły i ludzie
witali mnie jak nawróconego Heroda
mój smutek dźwigany na kiju kurczył się,
gdy zbliżałem się do Złotej Bramy
osiołek przyprowadzony przez czarnego islamistę
zastąpił mi drogę
dziwny osiołek, który pod derką
był obwiązany pasem szachida
a z boku miał wiązkę siana
puściłem ręce kobiet i wsiadłem na to bydlę
ująłem gałązkę palmy w dłoń
w tę, na której miałem kardynalską rękawiczkę
i skierowałem się do Złotej Bramy
ludzie zgromadzeni wokół murów Jerozolimy
rzucili się do panicznej ucieczki
z Doliny Gehenny na pastwiska Scopus
głosy trąb zagrzmiały metalicznie na Wzgórzu Świątynnym
słyszalne nawet podczas huku eksplozji
gałązka palmy nagle stała się kałasznikowem
Złota Brama zamieniła się
w ucho igielne dwudziestego pierwszego wieku
>>>
*Łut świąt*
Po tańcu śmierci
zapracował elewator miłości
na zakończenie płaczu
zwanego jesienią
onomato wiatrem
peistycznie splinem chorych na pojedynczość
podbiegliśmy pod choinki
wczołgaliśmy się pod żłóbki
zakryliśmy się sianem
zamaskowali bydłem
skuleni w kątach strachów
w pobudowanych wytrwale piramidach
labiryntach dni minionych
wspomnień umarłych
załzawione tęsknoty wtórują duszom naszym
zawodzą z nami znicze niedoczekań
i gdy rozbłysk kosmiczny znika w piachu
wzbudza ognisty grzyb pustynnych namiętności,
co wznosi się aż do komunikacyjnych satelitów Ziemi
łącza niewidzialne wypełniają się słowami
rozgrzewają się świątecznymi bajkami
a szepty stuleci szepty miliardów
od czasu Adama bez żebra
mieszają ukorzenia, spopielają nadętości
dzwonią bezbronnością
na to nam przyszło
na pierwszy Dzień miłości
tyciej tylutkiej
jak pierwsza cząstka materii Wielkiego Wybuchu
bozon myśli łut słowa ciut światła
łut świąt
ciut przebaczenia i nadziei
supernowa uśmiechu
>>>
* Garść światła*
Garść światła
garść wody górskiej
garść chłodnych iskier
z wnętrza Giewontu
zaczerpniętych w Dolinie Strążyskiej
Garść światła
garść lawy
z islandzkiego wulkanu
z mistycznej kuźni greckiego boga
Europy
tego, który stał się legendą
za życia
zamienił się z prawdą miejscami
był od początku Achajów i Dorów
mitem
Garść światła
garść jasnych włosów
w których igra zalotna miłość
uniesionych w zachwycie
do ust drżących w ciemności
Garść światła
garść spojrzeń przemieniających duszę
przemieniających świat
z zaprzeczenia świata w miłość
młodzieńca, co płonie
mężczyzny, co cierpi
Garść światła
garść gwiazd wirujących
z serca Mlecznej Drogi
wyrwanych
jak krople myśli samego Stwórcy
rozsypane
scalające się
Garść światła
garść dobrych uczynków
wiejskiego pastuszka
klęczącego przy kapliczce
na rozstajach polnych dróg
widzącego Ducha Świętego
w płonącym krzaku głogu
pod postacią
błękitnookiej dziewczyny
garść pocałunków
jak korale
za jej zasmuconą twarz
>>>
*Pustynny kwiat*
Zdumiony pustynny kwiat
smutny rajski ptak
nad pustynią przeleciał
samolot z moimi marzeniami
rozsypał tęczę
spektrum umierania w spiekocie serca
kolory opadły na kolce kaktusów
wzbudziły zapachy jednego lata
zakwitły ich kwiaty
kwiaty jednej nocy
wiatr w ciemnościach potoczył kule starożytności
przez zasuszone sny
przez puste koryta rzek bolesnych
zaleczonych rozpaczy i miłości
wiatr muskał kolce kaktusów
rajski ptak z pobliskiego
poligonu dojrzałości
zniknął w puchowej skale
zmieniając się w Feniksa z nicości
nieśmiertelnego ptaka bez imienia
pustynia życia może skrzywdzić wędrowca
pustynia życia może zakwitnąć cierpieniem
pustynia życia i tak
jest fascynująca i tajemnicza
każdej nocy
pomiędzy stuletnimi kaktusami
przejeżdża kawalkada aniołów w sombrerach
na czarnym niebie
całują się komety
patrzy na to samotny kwiat
nadlatuje nietoperz
zamienia go w kamień
wieczysty owoc
>>>
Oto jestem w raju
na dnie martwego morza
statek przybył za późno
żeby ocalić mój gatunek
oto jestem w polskim raju
na dnie Wisły
zaraz ukażą się moje stopy
nad powierzchnią wody
rzeka wysycha
żaden statek już nie przybędzie
oto jestem w powiatowym raju
na dnie baru
woda wdziera się każdą szczelinę
do mózgu i do kościoła
papierowe łódki pod mostem
woda czarna, skażona
woda z martwych sumień
utracony raj to czy Sodoma?
gromnica wpada do wody
łódki zaczynają płonąć
Pearl Harbor to czy Lepanto?
>>>
Pustka wszechświatów równoległych
pies zaszczekał w jednym z nich
mroźna noc
księżyc
dzban
światło
w dzbanie życie
i jeszcze życie w psie
życie równoległe
wszechwładna trauma narodowa
Polska równoległych grobów
ciemność nad Warszawą i Pułtuskiem
ryby płyną w ciemnym nurcie
kule staczają się po zboczu
myśli pulsują
w elektronicznym mózgu,
który rozbłyska
w jednym ze światów
najbardziej pustym
życie jak pies
pustka równoległych światów
Polska znika tutaj
by pojawić się pośród innych galaktyk
obok martwej gwiazdy Rosji
>>>
Hotele Las Vegas
sfinksy, raje, lwy, czaszki i neon: kaplica
spa, jacuzzi, sklepy, sklepy, sklepy, bary
ruletki
miliony zagubionych ludzi z całego świata
dziesiątki tysięcy jednorękich bandytów
Sklecony z kamieni kościółek półlegalny
w wiosce wśród gór nad rzeką Hu
legalne kury, świnie, wódka i tytoń
półlegalna bieda narodu chińskiego
legalna bezpieka
Kolorowy targ w kolumbijskiej wiosce
biała fasada kościoła
wokół dym, smród, błoto
bose nogi, narkotyki i broń
W Las Vegas, Chinach, Kolumbii
ludzie leżą przy drogach
trędowaci, nieprzytomni, zapomniani
bogaci i biedni w jednej lawie katastrofy
z nędzy natury, z nędzy jadła
z nędzy pragnienia, z nędzy zaspokojenia
wyciągają ręce krwawiące
i dłonie z sinymi palcami
kurczowo zaciśniętymi na różańcach i banknotach
>>>
W tonacji wybuchającej supernowej
(jak ja lubię te tajemnicze zakątki wszechduszy)
rozbrzmiała pokusa
jesiennej miłości
po śmierci wszechświata rządowego
oto kolejne odrodzenie prywatności
na skrzydłach wiatru słonecznego
wśród fal melodii
rzek rozśpiewanych jak Wisła,
które uleciały w sumieniach
rzek jednak podniebnych
płynę lecę faluję
unoszony przez podmuch nowego życia
przemierzam obszary serca
pustki niewyobrażalnej dla słowa
mojej własnej natchnionej
samotności
gdy pada pytanie –
„czemuś mnie opuścił”
a potem wybucha światło
w niedzielny wczesny poranek
a potem kosmiczna eksplozja
wolności dla wszystkich wyznań i szeptów
supernowa era miłości
płynie jak manta ku światłu
>>>
*Pod chórem*
Patrzę na hostię w tabernakulum
patrzę spod powiek posępnych
przywleczony do kościoła jak
strzęp ludzkiej nadziei
przez zdesperowane anioły
białka oczu
spuszczona głowa
lęk
poszarpany przez katolików
znienawidzony przez siebie samego
Patrzę na hostię klęcząc przy filarze
pod chórem
patrzę i widzę księżyc w pełni
na firmamencie gwiazd ponad pustynią
spokojny ciepły jak sen
bajkowy
dziecka
oczekującego Bożego Narodzenia
Otwieram oczy szerzej
otwieram drzwi duszy
otwieram sejfy, piwnice, lochy
otwieram walizki dawno już spakowane
otwieram dzieciństwo i młodość
otwieram radość z prezentów
otwieram korytarze weselne
i pokoje światła
pióra białe spadają z chóru na moją głowę
wstaję
wychodzę
przydeptuję samego siebie
w przedsionku kościoła
lęk odpływa na środek oceanu
jak solna bryła
Atlantyda
>>>
Pęka nić
tama pęka
pęka naręcze kwiatów
na końcu serce
w mglistym lesie
na taflach łąk ściętych mrozem
Szerszeń biedy jak lis
okopany w wosku
dziewczyna nie jest królową
nie ma własnych zastępów
owadzich
nie ma owoców chwil jasnych
nie ma już spożytej wczoraj słodyczy
przez chwilę chociaż widzi anioły pieszczot
fruwające nad łąką
wszyscy jej mówią, że to mgliste opary znad rzeki
że to łabędzie
że to płatki śniegu –
jest zima przecież
a jej serce pęka
a jej sny oplatają ją jak ciernie
widzi je, jako zamróz kwietny na szybie
płacze, bierze aparat i robi zdjęcia
zamarza pęknięte serce
w każdej fotografii
wspomnienia uczucia minione chwile
powstaje niezapomniany witraż
wniebowziętego serca
>>>
Skoro nawet
głowy potracili
skoro
ja ty mama tato
mamy głowy
urodzeni z głowami
w miastach
skoro do wiosek
no niech tam
pędzimy
by wyciszyć serca
głowy w miastach
zostawiając
serca za górami lasami
Skoro nawet droga daleka
nawet pańskie przyłbice
ciastka z kibucu
klimatyzacja w zbożu
skoro już jesteśmy
w wiosce
zwalniamy
zwolnijcie
hej!
wy też
skąd tu czołgi
w Dolnej Polsce
skąd tu tyle czołgów
uważaj!
to nie komar
czołg nie motyl
uważaj muszka!
uważaj na głowę
>>>
Pisałem o Ledwożywie
w młodości
potem modliłem się
o przebaczenie jej grzechów
z pisania mogłem umierać
z przebaczeń mogłem żyć
Ledwożyw wskakiwał mi na barki
częściej niż siedem razy
w tygodniu
gdy z psem płoszyłem Indian
plącząc się po samotnej okolicy
krew lała się z samotnego serca
okna otwierały okiennice
by szyby mogły odetchnąć
bym zrzuciwszy Ledwożywa
mógł wreszcie poszybować
pokaleczony, ale przewietrzony
za Indianami, którym nie straszna
męka ani długi marsz
ku świtaniu ludzkości
ku świtaniu męskości
Ledwożyw był inicjatorem
stawania się
z psem z łukiem z lekturą
okna otwarto jednak na cierniowy ogród
wyszedłem tam
wpatrzyłem się pozostałem
z Ledwożywem sam
z bliznami i otwartymi ranami grzechu
by kreślić słowa
oliwną gałązką na piasku
>>>
Małe złudzenie
w jesiennych szatach
wpada jak muszka w abażur
samotności
śnij
imam się kowalstwa
na dnie oceanu
wykuwam gwiazdy i jeżowce
małe poirytowane
tuż w grudniu
tuż za mną
już znowu
wyklepuję kopułę
zaspałem w muzeum
tuż przed bitwą
miałem dołączyć miałem polec
miałem zasłużyć
zaspałem w okopie
z głową w piachu i torfie
Małe marznięcie
na jednej nodze
tuż przed Wigilią
gdzieś na polskiej Syberii
a może w Kanadzie
by przetrwać by zachować religię
zabrałem pisma i przepłynąłem
Bajkał i Zatokę Hudsona wraz
Małe serce wstrzemięźliwie kochało
małe serce kryło się po krach
i przyszła nadzieja
złudzenie poirytowane
>>>
Nawet wrony
ze mną nie zginą
ani żadna rzecz
która się odnalazła
w Seleucji
po Aleksandrze
słonie nie zginą
w bitwach starożytnych
nawet pamiątki świętych
po przejściu Persów
nie zginą chusty
w Rosji po wtargnięciu Arabów
nawet matrioszki komunistów
ale czy wiara nie zginie
po totumfackich postpapistach
>>>
Dostrzegłem w jabłku
zaklęte
kształty pięknego kobiecego ciała
krągłości i słodkości
aseksualnie smakowite
rozpocząłem jak Michał Anioł
wydobywanie z materii
piękna ukrytego w niej od wieków
Używając paznokcia
wymachując kciukiem
formowałem wyobrażenie kobiety
z mozołem
na ławce nad Wisłą
woda przepływała u moich stóp
woda samotna jak ja
szumiała w swojej nazwie
ja zastygałem w swojej
Dłubałem w jabłku cierpliwie,
gdy z rzecznej piany wyszła Afrodyta
odsunęła nogą szczeżuje
rozchyliła tatarak rękami
usiadła mi na kolanach
objęła ramionami i odebrała jabłko
uśmiechnęła się rajsko
i ugryzła raz
po czym podała mi tablet
z jego słynnym logo
przestałem myśleć
czegoś dotknąłem
po czymś przesunąłem palcem
straciłem rozum
zapatrzyłem
wtuliłem się
wziąłem z jej ręki
i ugryzłem jabłko drugi raz
>>>
Pozdrowienia klaustrofobiczne z obmywanego deszczem auta
śle Jim Morrison z radia na falach oślepianych drzew
jesienna nostalgia wdziera się do środka,
podczas gdy pamięć wyrywa się w dal za znikającym miastem
mrok rozstania powoli, struga za strugą, zalewa serce
łzy na szczęście szybko zbiera wycieraczka-strach
>>>



* Oskalpować duszę *
Dziecię moje racz wspomnieć lekcje logiki
tak, tak!
właśnie te z odpustem związane
fajerwerki to prawie ale nie wszystko
logiki niearystotelesowskiej a romantycznej
konie spragnione wody i ludzi takich samych widziałeś
w stepach i śniegach,
ja wiem!
dziś lepszy w garści ubek niźli na dachu kat
oskalpować duszę to jak oskalpować wiatr
skopiować do pamięci samochody, głuszca i serce
dzisiaj się da
pędzące serce, pędzące serce, pędzące serce
na Litwę i Żmudź
przez Krzemieniec
po slowa prawdy
do życia przywrócone cudem
>>>
* Wykukałem grzechy *
Napięcie mięśni twarzy
przyjęcie Komunii
mała jadowita kobra na każdą okazję
nie ustępuje spod balasek
Jebusyci nadarzają się, co i raz
lewa duża, szaty białe, wąsy, dziecko nieślubne
Marmoladę serwuję na Małym Rynku
wykukałem swoje grzechy teraz wybiję sobie świętość
lemiesz tnie ciepły asfalt przewrotności
traktują mnie poważnie, chyba zgłupieli
chcą uczynić ze mnie preliminarz dociekań przyszłego posła
jakie są dziś okoliczności każdy widzi
Gnębią nas choroby mózgu, gnębią spinające pierwsze noclegi
tam nad Popradem chciałbym się widzieć z nią jeszcze raz
na Jaworzynce jeszcze raz wejść w baranią kupę
ręka w rękę z dziewczyną schodzić z gór
watra niestety nie płonie, rzadkie lasy państwowe
a chłopy i juhasi w Warszawie
Taki rzeźbiarz, co przyznaje się do wojny
a ja mu nie mam za złe, po prostu mu to wybaczam
taki malarz, co przyznaje sobie rację może czasem cierpieć
w ubikacji publicznej, może drapać drzwi lub rysować na nich
pompa ostygła, wielbłąd wyszedł z bramy
butla gazowa poleciała przez okno i doleciała do Huty
napięcie pozostaje
>>>
* Kaptury niewinnie nałożone na głowy *
Zeznałem dziś w sądzie przeciw koledze pijakowi
zeznaję teraz przed świętym obrazem, jest wieczór
kaptury niewinnie nałożone na głowy
co można rozstrzygnąć, to można,
jednak ten dylemat odwieczny, czy wypasać na cudzym
czy też z głodu paść, jest jak orzech
mówią, ekspresjonista to chyba jest
ja na widok łódki przybijającej z jego dziećmi
do mojego brzegu rzuciłem krótko: cukiernik!
ogólne wejrzenia na problem zabijania
przynoszą stwierdzenie następujące:
sroczka jest myślą i pagórek jest zawiścią
okrzyk na pagórku falującym jest tylko powietrzem
kropka nad i to głodująca rodzina w szczęściu
teraz nie pomoże nawet prom kosmiczny
pewnie zgodziłbym się na podróż kosmiczną
za te trzydzieści lat gdybym wiedział, że moi dzisiejsi
pracodawcy nie zabiorą się tym samym kursem
zatoczył się pod mój samochód stojący na parkingu
nadepnął na mojego koguta
o tym tylko zeznaję
schizofreniczne wycieraczki zaczęły nagle pracować
wiatr podrzucił w górę informacje zignorowane
przez biznesmena w todze
porządnieję, gdy ich nie widzę, nie mówię o nich
i nie osądzam
>>>
* Zatocz się i ty *
Obiecywałem sobie, że nie będę wymieniał jego imienia
lecz tysiąc razy wychodziło inaczej
zdradzałem tajemnice publiczne, za które grozi śmierć
i jeszcze ten sąd
dałem się ponieść fali, drgnieniu alfa i o mały włos
nie wylądowałem w barze jak on
zatocz się i ty psie, rzekł do mnie,
pomyślałem wtedy, że ma rację, coraz gorzej ze mną
stoję sztywno jak Pałac Kultury i Nauki
i idiotycznie wyglądam tak na Chmielnej
>>>
*Pocałunek nadziei*
Zaledwie cień rzęsy wskazuje mi drogę do niej
zaledwie jej spokojny sen
okna zarastają kamieniem
przybywa pajęczyny na drzewach wokół domu
mam jakąś taką nadzieję i wiarę jakąś
mam podczas wieczornej kontemplacji krótkie obfite wizje
drepcze mały człowiek, drepcze do mnie niezdarny człowiek
jasna linia z lewej na prawo, przesunięcie dźwięku z góry w skos w dół
puszcza miłości jak gdyby odwieczna nie jest tą samą, co obecna
lecz ja wierzę w nią stojąc na kopcu młodości i spoglądającą ku śmierci
ja wierzę w kłębiącą się zieleń wolności wśród wieżowców strachu
ona i ono krzyczą radośnie skacząc z wersalki na stokrotki i fiołki
sen unosi radio, sen unosi światło, sen unosi ich oboje
czołgam się w cieniu jej rzęsy do linii drzew i zarośli
pocałunku nadziei
>>>
*Idziemy z ludźmi na nocną zmianę*
Tędy idziemy do ludzi
skądże znowu
na ten wieczór
pełno niezadowolenia
gawęda na całą noc
skromne a wręcz nędzne szaty
samotne spacery nocą
ludzie niechcący klepią biedę
zesłani na wyspy szczęścia
nie widać nawet kominów
potworne serca za chmurami
zbliżamy się do wiedzy bez świec
zasłony ciężkie haftowane
ukuty spisek na żużlowej drodze
lepkie wspomnienia na wysokości podniebienia
idziemy z ludźmi na nocną zmianę
według dzisiejszego zegara lekko spłyną sekundy
wzbiera powódź tak jak przed każdą rewolucją
wypinamy piersi po hiszpańskie odznaczenia
nikt nie strzela, nikt nie strzela do bociana
słychać odgłos przejeżdżającego autobusu
wypełnionego ludźmi
autobus wpada do rzeki na końcu drogi
zabawny ssak leży w kałuży księżyca
znów zasłabł ten, co obserwował krzywe linie
w poświacie boskiej
człowieka cień na każdej ścianie bloków
miasto tonie w mroku
pogrzeb posuwa się o północy
skrajem cmentarza zdąża do kościoła
za chmurami
>>>
* Wrażliwy mężczyzna *
Jaki z niego wrażliwy mężczyzna
już jako dziecko był taki
był przez krótki okres zakonnikiem
ale cóż, później odszedł od ołtarza
przystał do rewolucjonistów
miał w oczach krzywdę robotników
wcale nie chciał z początku rozlewać krwi
zjadł lody, lody fruwające w kosmosie
zanim ocenił ich smak
wytrysnęły z nich długie gąsienice motyli
popatrzcie nie może przełknąć tego bogactwa
jak się czujesz patrząc na walkę idioty
samotna noc po białym rozdrażnieniu
rzeka płynie ze wschodu, chciałbyś przedrzeć się
wśród trupów do źródła
wiesz że to niemożliwe
nie ostygnie ziemia ani serce
dopóki konwulsja nie rozszarpie tkanki czarnej
jezioro wypluwa wspomnienie, cierpienie, lewiatana
drzewa z lasu zderzyły się w kosmosie
drzewa z morza stuknęły o siebie sękami
wieża w tobie największa na świecie
szkoda, że nie możesz tego ścierpieć
jesz małżę, chociaż w ustach krew, rana
zjadłbyś i jej wrażliwość
by stać się wrażliwym rewolucjonistą
w oczach masz ból
stajesz się powoli zakonnikiem
>>>
*Dźwigaj swoją głowę*
Ciężar sumienia jest wielki
gdy boli cię głowa myślisz, że to ono
stuka gdzieś w zamkniętych strefach zimna
pod skórą i trochę głębiej
zamykasz oczy słyszysz krzyk gęsi
Kurczy się twoje ciało, boleść jest wszechwładna
zamykasz swoją przeszłość we wstydzie
jak jabłko dojrzałe na gałęzi drzewa
twój mózg zaczyna się kołysać
Masz swój ekran w oczach, w szyszynce, w przeskoku iskry
oddala się w kosmos, lecz nie pokazuje ci nic
nic prócz zwariowanych zabaw z dzieciństwa
reszta umyka zbyt szybko by zasłużyć na szacunek
Lament nad rzeką nie nazwaną jeszcze
konie lub koty płynące korytem w roztopionym żeliwie
lament nad rzeką wyłaniającą się z chmur
plakaty zniszczone w nadbrzeżnych szuwarach
śmierć ukryta głęboko we śnie
sen zanurzony w świadomości
świadomość tkwiąca głęboko w mózgu
Mózg, jako temat opowieści sprzed miliardów lat
zegar stymuluje dwie rzeczy: strach i nadzieję
i to przychodzi jedno po drugim
dźwigaj swoją głowę, dźwigaj cierpienie
przepaść dobroci głęboka tak samo jak ból
co ci zależy i tak jesteś straceńcem
skacz nawet w to żeliwo
>>>
* Moje serce wystarczy na opus magnum *
Moje serce wystarczy jeszcze na wiele, wiele lat
pojemność mojego domu jest prawie nieograniczona
kubatura życia w ogóle nie do zatrucia
jasne wierzby grają country musik na gitarach dobro
słońce dla braci i sióstr świeci, więc wszystko gra
moje serce wystarczy na opus magnum
przyszli wypełnić je cynizmem,
przyszli wypełnić je kłamstwami
zataiłem przed nimi prawdziwe zamiary
znów przyczaiłem się jak za dawnych lat
opłakałem poręcz mostu, rzuciłem listek do rzeki
zebrałem myśli, oni wciąż wracają i wracają
nie uwierzyłem i nie uwierzę
w miny kwaśne na życie całe
tym bardziej teraz, kroplo dżdżu, jakżeś potrzebna
numizmat leży na szybie na łasze wiślanej
to ja zagubiony przez Krzyżowców z Sandomierza
spada mewa z chmur, nie, nie, nie przejdą
szyba pęka
będę jechał, jechał, jechał nowym samochodem
do nowego domu w Zawichoście
zegar stanie, kopa siana spłonie,
za górą wskrzeszę diament
serce rośnie samą tylko pulsacją
wychodzą goście spoceni, nie masz chwili zieleni
a wierzysz
malowanie farbami czasu staje się mniej skomplikowane
wiem, w tej dziurce jest skołowana mysz
drżą ręce, rosną ręce, przemiana następuje
cynizm nie ustępuje, mina kwaśnieje, wokół mina kwaśnieje
za łagodny jestem dla słodkich nagietek dzisiaj
gorzknieję w wymysłach lotnych
bij głupszego, wal go witką wierzbową – woła rozum
towarowy pociąg zajechał pod pałac namiestnika
towarowy pociąg zmieścił się cały w tunelu duszy
skomplikowany poród stanu ducha
serce wyjechało na słoneczną nizinę polską
ciągnąc czterdzieści wagonów szarego rozumu
>>>
* Literki po makiwary *
Jakże stęchłe zeszyty przy lampie
kochasz, że ślimaki i makiwary?
lufy na dół potem koleś kogoś wyprowadza
jego skarpetki, nienawiść ta sama do tych samych
Lukrecja idzie alejką w ogrodzie cyprysowym
podjeżdża kwadryga i wysiada z niej Pogromca Słowian
otwierają się bramy na arenę wypada biznesmen
kwitną kwiaty, ale nie jest ich zbyt wiele
chociaż chcą nie są w stanie stworzyć
niczego, co przypominałoby łąkę
drży ręka Hortensji, drży ręka w sławojce
jakże stęchłe książki na ekranie
kurczy się arena
pozostają na niej mrówki
jak literki po makiwary
>>>
* Figurka z brązu *
Jesteś Finem kolego
jeszcze nie wiesz, że jesteś Finem
ja pierwszy zawiadamiam o tym twój mózg
ty jeszcze o tym nie wiesz
jawne są chwile poniżeń
tragiczne są chwile odłożonej tortury
Komiak jak Malaj jedzie rykszą, ryba płynie rzeką
kocham ciebie sercem całym
– na makatce
Lelum Polelum – na kromce chleba
kiedyś pajęczyna ratowała życie
topiła się kobieta, nie Finka
kawałek antracytu u podnóża góry
swędzi przegroda w nosie
gęsi znów pod murami a na murach
Finowie
przeciwnicy badają opinię publiczną
ja szukam przyjaciół i brodu
poniechaj zemsty Hamlecie z Danii
jawnogrzesznica rozpuściła włosy
udano się do kościoła
przy księdzu stoi plotkarz, na nim dudy i gęśle
jeżeli nie chcesz być Finem zapłacz nad ludową Brzezinką
w Galicji Austriaków
nasza wieś spokojna kręci powrósła
kwaśne mleko, zapadłe w pamięć bociany i prochy
bocian odwraca się tyłem
kle, kle, coś leci, my lecimy w kurhany
wtedy właśnie Fin czeka na zimę
po niewczasie teatr spłonął
teatr wojny Estów
wyczytano nazwisko, zakrzyknęli zboczeńcy –
kochać, kochać, kochaś
Samojed ma na pieńku z twoim wspomnieniem
burzenie jest czarnym bocianem w Druskiennikach
są nazwiska pełne dreszczu, pełne Junga i Freuda
nos jak rynna, dogorywa szczur na środku ulicy
mówię o tym, słyszę o tym
bardzo dojrzałe ptaki spadają z drzew jak larwy
ojciec dojrzewa do syna, syn dojrzewa do matki
zakołysały się łany traw od horyzontu po horyzont
Ungarzy przekroczyli Karpaty
zemleć ściśnięte słowa, stworzyć nowy język
w zgiełku racja, jabłko, ptaki, ptak
kochają ciebie, ale jako Fina, ja ci to mówię
wychodź, że z tej piwnicy, uważaj na strop, uważaj na głowę
w której masz jakie takie poglądy
źdźbła zbliżają się do siebie jak falanga do jazdy
oni plwają na masy, plwają na ulicach, plwają na uroczyska
nie mszczę się na maluchu, oni są zawsze w mniejszości
ty wysiadasz z auta w korku, biegniesz ulicą do mnie
krzyczysz cały czas uraaa
po chwili uderzasz mnie w twarz, umieram natychmiast
wzrasta kwiat, rośnie, rośnie aż do nieba
łopocą flagi, kury bez piór, krew lepi się do asfaltu
z czerwoną brodą, jako Fin nachylasz się nad moim ciałem
w agonii
nie, nie będziesz deptał tym razem, boisz się
mojej figurki z brązu
>>>
* Zwędzić coś*
Zdałoby się trochę słońca
Janosik siedzi na kominie
cały czarny
sadza wali, wali i wali z komina
zdałoby się trochę światła – tako rzecze
czarny most, pod mostem butelka,
żołnierzyk z jedną nogą, szczury cztery z dwoma
Janosik już nie siedzi w fotelu w podartym szlafroku
na kominie
Janosik już wisi sobie półnagi
na haku
szuwary telewizyjne, telewizor płynie w rzece
kołczan nocy zapchany gwiazdami
pieniądze świecą na niebie
czarne ściany robotniczego miasta jak strzały zatrute
ktoś skulony je margarynę za garażem
czekając na Janosika
statek spacerowy wyprzedza telewizor
ktoś kładzie rękę na szynie
potem głowę
serce nad brzegiem czeka jeszcze na oddech
komin pada razem z ciemnościami imperium
ludzie chodzą, deszcz pada, ludzie wspominają
dobre czasy upodlenia z wędzonką
modlą się do Janosika
Janosik już wisi i wszystko na to wskazuje
że jest martwym symbolem
ktoś wędzi węgorza elektrycznego
w wieczornych szuwarach propagandy
* Zwędzić los*
* To jeszcze nie kataklizm*
Zamążpójście przeciwnika to jeszcze nie kataklizm
wydziobano katolikowi oczy w urzędzie stanu cywilnego
wyłączono na chwilę rozum w Polsce
trzy kilogramy marchwi wrzucono do urn
Zarzynanie cietrzewi to jeszcze nie kataklizm
prawicowy zakrystian jest ostatnią osobą
kultywującą tradycje narodowe
wyłączono rozum, pozostał uśmiech młodego socjalisty
Jarzębina zwisa jak kiść winogron
lecz nie będzie z niej wina
kalesony zwisają na marszałku
ale nie będzie z niego mężczyzny
Zarzynanie karpi złocistych to jeszcze nie kataklizm
cios w stos kart kredytowych,
zbiegły naprawiacz chce powrócić
Jezus puka do drzwi,
niektórzy katolicy przebrani za Dziadków Mrozów
udają, że niczego nie słyszą, myszkując pod choinkami
chleb wzywa pracę, praca sprawiedliwość,
sprawiedliwość wzywa towarzyszy z niższych pięter
towarzysze z niższych pięter klnąc na kler i Solidarność
idą z torbami na Betlejem
Zarzynanie Polski to jeszcze nie kataklizm
>>>
* Na dnie Morza Białego *
Przemieściłem się w kierunku swoich słabości
na lodowcu wielkim jak kontynent
przepełzłem na Półwysep Kola
zapaliłem papierosa, czarny dym wypełnił płuca
smród rozszedł się wokół
ani przez chwilę nie poczułem ciepła
żarówka zakołysała się nad Syberią
ziemianka zatrzęsła się
Podano kergulenę za lasem, wszyscy tam pobiegli
nogi akurat mnie odmówiły posłuszeństwa
przemieściłem się znów w kierunku nienawiści
popadłem w nią na amen na chwilę
wezbrała we mnie gorzka fala
prawda pobita, zgwałcona stanęła przed mną
Stolica morderców gdzieś na północy, za kołem podbiegunowym
przywołała mnie na plac defilad
kartka upadła na podłogę
góra zawisła nad Atlantykiem
zawyły maszerujące demony Rosji
rozglądam się za strzelbą a jestem już w Murmańsku
rozglądam się za różańcem a jestem już na barce
rozglądam się za miłosierdziem a jestem już
w krasnym kraju na dnie Morza Białego
>>>
*Jest ciemna noc*
Jest ciemna noc
idę ulicą
jest ciemna noc
idę ulicą
jest ciemna noc
wchodzę w duszę świata
idę, idę
wchodzę do lasu
nie mogę opuścić tej ciemności
błagam samego siebie o wytrwałość
zapuszczam się w dżunglę niebezpieczną
nie ma mnie na ekranie
patrzę w tunel wojny
słyszę pomruki lewiatana –
szydzić, domorosły, skrzywiony
tunel Hitlera pod Krosnem
echo – wspomnienie, szpieg, olcha, całować stułę,
idę dalej,
jaśniej
jeszcze nie rozpoznaję konturów strachu
groch pęcznieje pod ziemią, wypuszcza pęd jak ząb
wyjście z tunelu przed świtem
przecież to kanał na Starówce
ścieki nie płyną, suchy kanał
słychać nadjeżdżający tramwaj
wczorajszy strach zatrzymuje się zamiast tramwaju
wysiada teczkarz w peruce i perukasz z teczką
motorniczy to anioł
śmierdzi nieświeża ryba smażona na szynach
idę, idę
wychodzę z kanału nad brzegiem rzeki
szarzeje noc i zmienia się w świt
obcy kraj zmienia się w kraj matki
sowa czeka na mnie na kolumnie
rzucam się do rzeki, w jej chłodny nurt
płynę powoli w ubraniu
płynę ku fabrykom na drugim brzegu
ceglane mury pokryte sadzą są moim celem
dzieci na nabrzeżu z bali
kończy się noc, słabnę zziębnięty, lecz dopływam do celu
ociekający wodą wchodzę w robotniczą dzielnicę
sam skręcam za róg
sam przechodzę przez ulicę praczek
szyny tramwajowe srebrzą się jak mydliny
wchodzę po drewnianych schodach na pierwsze piętro
wchodzę do mieszkania
siadam przed telewizorem czarno-białym
za oknem świt
cichną odgłosy powstania
dolatuje delikatny pogłos silników i stukot gąsienic
nadjeżdżają sowieckie czołgi
>>>
*Cóż można zrobić*
Cóż można zrobić z całkowicie polskim mózgiem?
czy można na przykład z trzynastu miliardów komórek
tworzących w sumie galaretowatą piłkę
uczynić wykałaczkę na tyle twardą
aby mogła się zdecydowanie wsunąć w dziurę w zębie?
Cóż można zrobić z całkowicie polskim sercem?
czy można z wypełnionego krwią ludzkiego strzępu
uczynić bagnet niezłomny tak długi, żeby można nim było
pogrzebać w księżycowym gruncie?
Cóż można zrobić z całkowicie polską duszą?
czy można ją zawrócić z Drogi Mlecznej?
>>>
*Litwor*
Jednym z elementów nadziei jest zielony litwor,
gdyby czajnik nie zagwizdał to by słońce nie wzeszło
i lud by nie zatańczył
Jednym z elementów wyposażenia policjanta jest pogląd,
gdy kiedyś zdrzemnąłem się nad brzegiem jeziora
czarny kaczor usiadł mi na kolanach a witka wierzbowa
potrącona przez wiatr smagnęła mnie w kark
to był powód załamania
wtedy zobaczyłem litwor nad brzegiem
zdjąłem mundur, odpiąłem kaburę i medale
zatańczyłem wśród ludzi-ptaków
brzask zmienił myśli w słońca
>>>
*Za okruchem*
W okruchu bułki, suchym jak tylko może być okruch
leżący podczas upałów na chodniku, dostrzegłem
całą literaturę Europy oraz sny Europejczyków
sam nie wiem jak mi to się udało
Podniosłem okruch z chodnika obróciłem go do światła
ujmując pomiędzy kciuk a palec wskazujący,
ścisnąłem tak, że aż wbił mi się w miękką skórę,
jego struktura wewnętrzna zwróciła się przeciw mnie
jak grań górska wielka była jego mączna trwałość
Okruch przeniknął do mojego ciała i począł w nim
wędrówkę jak dusza we śnie, jak głębinowa ryba
przez światy podwodnych koszmarów
Wewnętrzne arterie przepuszczając go informowały
mnie o jego bytności cichym szeptem bólu
za okruchem posuwały się w głąb mnie betonowe
płyty chodnika, kiosk Ruchu, przejeżdżający tramwaj
niszczące spojrzenia zza szyby zielonego auta,
i wściekła myśl o starciu mnie na prochu, jaka zrodziła się
w umyśle mojego wroga, wroga Europy
>>>
*Łzawe terminy*
Skumulowane ładunki komercyjne
łzawe terminy bez skojarzeń
lewe buty na stopy
rozkołysane mniszki zrywające łabędzie
ledwo żywe rybiki na lampach
tatuaże na dziobach kormoranów
łodzie na poligonach największych
płynące linie na wzgórzach
zgromadzone chmury na placach
stolice zamknięte w kraterach
łzawe tereny skoczni
kamuflaż planów niecodziennych
patrzenie przez szybę wystawową w niedzielę
rzucanie kamieniami w przyszłości
zwisające szyszki dla draki
węże kolorowe w mieszkaniach
stawy na głowach w ramach na kanwach
spadające z rzęs cukierki
łzawe wspomnienia nad wielkimi wodami
głębia bagna czerwonego nieprzejednanego
łzawe terminy wieczornych niewybaczeń
głębia sumienia zapomnianego na jakiś czas
grudniowe dni corocznych terminów
łzawe oczy dzięciołów w czołgach
komnaty błędnych rycerzy w tunikach
łzawe bariery mostów aniołów
ciemnota terminowa partii nieodległej
>>>
* Teoria cnoty *
Kiedy zacznie padać deszcz?
pytasz swojej skalanej cnoty
cnota nie boi się nawet blasku gwiazd
z marzeń droga staje w kwiatach
olśniła miłość wielkie twarze
jakże możesz patrzeć bez wzruszenia
na skapywanie słońca z dźwięków
jakże możesz patrzeć i nie ruszać
do tańca
deszcz bogów azteckich już nie czeka na krew
jest kamieniem, labiryntem
jest początkiem zapomnianym wyuzdania
Kiedy deszcz zmyje dzisiejsze wyuzdanie?
z wierzb wyzierają podziękowania
po powierzchni złota ślizga się wodny pająk
Mamy teorie słońc,
mamy teorie kpin,
mamy teorie nienawiści
nie mamy teorii cnoty
>>>
* Ani anioł *
Na pozór wydawać by się mogło,
że w Izraelu należy szukać gór, jaskiń lub kawałków pustyni,
które zmieniły się w komórki nerwowe kosmitów
lub odwrotnie
a jest chyba odwrotnie
Nie wiesz nawet jak wysoko sobie cenię piasek
w głowie a nie ten w głębokiej studni
ja tam nie chowam światła, lecz chronić go
muszę przed wiatrem
ledwo, co wicher przeleci przez głowę
a ja już wystawiam kosmodrom na zewnątrz
i to nie moja wina, że nikt tego nie dostrzega
Wcale nie grzeszą pychą skorpiony z Libii
wcale nie są zagrożeniem papirusy z Egiptu
kumkanie żab pod tuniką
to nie dowód, że zaraz wyleje Eufrat
Na gwałt wezwano niebieski rydwan,
który zjawił się pośród błyskawic i grzmotów
wsiadł do niego ktoś inny a ja miałem taką na to ochotę
z ziemi podziwiałem jak zmieniał się w ptaka
odszedłem na Północ, gdy odleciał na Zachód
Kolego – powiedzże mojemu Hammurabiemu, że nie
jestem winien temu, iż Lew pozostał na niebie
mam niejasne przeczucia, że nienawiść wcale
nie leży do dziś na dnie morza
przeczołgałem się na Północ, pokochałem inne miejsce
palec skierowany w górę jest teraz moim symbolem
nie szukam suchości w gardle, po przepłynięciu
morza, wysuszeniu papirusu, odkorkowaniu butelki,
zorganizowaniu krótkich szkoleń z zakresu zastosowania pieniędzy
Z żoną leśniczką miłą wybudowałem chatę na polanie
pierwotnie cięciwy zastępowały mi oszczepy
lecz dziś mam taką samą armię Tysiącletnich Sokołów
i gotowych na wszystko aniołów
co chcą polować ze mną bez broni
nienawiść dalej czuwa w środku wioski,
a nie na skraju lasu, gdyż drzewa wymierają latem
zimą odrastają i zielenią się bym mógł dowieść,
że nie jestem już w Izraelu pełnym paradoksów
Opanowałem sztukę rzeźbienia w górach, malowania ścian w jaskiniach,
lepienia garnków w deltach, pisania w pałacach,
śpiewania na pustyniach, kiedyś żyznego półksiężyca
mogę robić to wszystko dziś, czego nauczyłem się czołgając
nie podniosę głosu, oczu i ręki na Boga jak Jakub
nie podniosę nawet komórki mózgowej na Europę
ani jej anioła
ani mój anioł
>>>
* Tłamsić w sobie *
Zdziwienie mnie ogarnęło skutkiem czego
otworzyłem oczy bardzo ale to bardzo szeroko
kaganiec zsunął mi się na koniec nosa
zmarszczki pokryły nos
żona zasnęła widząc co się ze mną dzieje
nawet sobie nie wyobrażacie jak daleko posunęła się
w namawianiu mnie przez sen do porzucenia rocka
uciekałem w jałowce rytmu by nie słuchać jej wezwań
dobra z niej dziewczyna, dba o moje zdrowie psychiczne
i częściowo fizyczne w kagańcu oświecenia
nie pozostaje obojętna widząc przez sekundy
pentagram w moich oczach
nie wie, że pentagram to odpustowo-jarmarczny
zdziwienie ogarnęło mnie,
już doszło do tego, że o psychodeliczne eksperymenty
pytam się samego siebie
siedzącego gdzieś na ławce w jakimś węgierskim mieście
popatrzeć na dziewczynę i zachwycić się to jeszcze nie
znaczy narkotyzować się lub kaszleć nad ranem opiłkami
w letnich trawach kładąc się z lupą na świerszcze
zrywać z ludźmi na zawsze
po powiększeniu własnego bólu nie ma miejsca na ludzi
po powiększeniu własnej jaźni nie ma miejsca na ludzi
po powiększeniu pochodu pierwszomajowego
nie ma miejsca na własną dróżkę
po powiększeniu własnej niedyspozycji
skorzystałem tylko z kwadratury i obojnactwa samotności
spokojny to przecież rytm i nawet tego mi nie wolno
– restrykcje zdrowotne jałowcach
tłamsić tylko mogę w sobie, co? nikiel, stal? cywilizację?
>>>
*Co tam śluzy*
Co tam śluzy
trzeba spławiać koszule
lepiej jest jeść co prawda
lepiej jest pić co prawda
boli głowa o przodownice na śluzie
cement wysypał się do rzeki
podziękował śluzowy za pieniądze
trzeba spławiać te szmaty do Gdańska
akurat jeziora wyschną, akurat
zanim urodzisz kapelę podrap się w dziąsło
zakładasz szkoły w wannach z korkami
zakładasz akademie w lepszych czasach
twoje kroki słychać na bruku, odchodzisz
ciemne są fatałaszki na dnie jak kreacje zjaw
za bardzo się rozpłakałeś, za bardzo zbladłeś
kierownicze dudnienie załamało się na uszach
ptaki czarne mściły się na chmurach morskich
legwany szare dreptały w twoim śnie wodnym
łzy porwały w swój wir tęsknoty jak dni
łzy zmoczyły śluzy
kaniony niespotykane w tych stronach
otworzyły się tworząc nowe kanały
jakiś człowiek stanął na brzegu
jakaś wróżka popatrzyła na wyspę
kawalkada kioskarzy poruszała się pod prąd
z gołymi torsami
koszule spłynęły na śluzy
>>>
* Mam tremę *
Mam małą tremę
dziś wieczorem
kolega wyfrunął z gniazda
zanim dopełnił się czas
gladiatorzy pozabijali się
a zwierzęta opadły ich trupy
jest taka skała z której startują
w niebo nadzy ludzie i to bez silników
mam tremę przed tym spotkaniem
dziewczyna poszła po jaja
wtedy pokrzyczał, pokrzyczał
i zatkał majonezem
jedyne wyjście na arenę
dzwony rozkołysały się
na czerwonym niebie
mam cię naciągnąć na serwetkę
i nie wiem jak to zrobić
trochę się denerwuję
trę mały palec kciukiem
ale zrobię to dziś wieczorem
>>>
* Przy judaszu *
Skamieniałem ze strachu przed złością
złość przykucnęła na klatce schodowej pod moimi drzwiami
wprost na wycieraczce
coś buchnęło, coś wisiało w powietrzu i coś zapowiadało się
na zewnątrz
od palców czerwieniałem po oczy
od ogniska domowego po iskry
od sąsiada po myśli
ale, od których?
od twórcy jaskiń zakupię cały nakład strachu
modlę się o miłość jak posąg z kamiennym nosem
przy judaszu
>>>
* Nie doczekacie*
Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam
nie doczekacie się Oleksandra na koniu
mamuty przejdą z wiosny do jesieni
mamuty przejdą z Syberii na Alaskę
a wy nie doczekacie Oleksandra na karym koniu
kamień idzie z lekka kuśtykając,
przemierza Góry Pieprzowe,
wlecze się środkiem doliny Wisły
kamień zaprogramowany na wydmę się wdrapuje
my go nie zbudzimy, my go nie zbudzimy
jak się zbudzi to nas zje, jak się zbudzi to będzie sensacja
a kiedyż to, a kiedyż zwolniłeś się ostatnio
z basenu żeby podziwiać Oleksandra
jam jamnika sprzedał żeby kupić telewizor
przed wystąpieniem biedaka w Sejmie
skoro dał tak do wiwatu, skoro odpadły mu łupiny
to niech zjeżdża w dół, to niech zjeżdża na nartach
patrząc szeroko jak to tacy jak on
od Kasprowego po Liptowski Mikulasz
zaprawdę powiadam wam, nie było lepszego
od niego wtedy na tej kupie żwiru
a może to było wysypisko, a może
patrzyłem na jego łeb raz łysy, raz nie
gdy mnie mijał bezkonnie
ledwo podniosłem widelec do ust
a już zajrzał mi w kaszę, nie dałem mu jednak
napluć, napluł więc w Kościół dyskretnie
zza duszy wyjrzał żeby pochwalić swoją partię
z duszy zrezygnował żeby
Nasza Partia mogła powrócić
na kasztance ze śniegu
>>>
*Reset dnia*
Nogi pod stół, siedzenie na fotel
ręce na klawiaturę
brzuch wypnij, pierś wypnij
kawa w gardło
oko wykol, sumienie rozpal
rozum ukorz
nabierz powietrza, wyluzuj się
odsapnij, odsapnij
jadą tramwaje po ścierniskach
to Waszeci problemy, rzecze Twardowski
luzak, biegacz, stonoga
kawa bulgocze w brzuchu
jakieś serpentyny wiją się w głowie
plastry sklejają pękającą czaszkę
pierś faluje
idzie mól po fortepianie, gra miejscowy hitler
już wiesz –
Boże broń nas przed księżycowymi dążeniami do władzy
wewnątrz żyrandola czernieje krążek dziesięciogroszowy
drga ulica wisząca nad miastem
jedzie auto ośmiodrzwiowe z Belfegorem za kierownicą
jakże długa ta ulica, nie dojedzie do końca
powietrze nadyma pęcherzyki płucne wchodząc w szczeliny
odrywają się dachy wież pokryte blachą,
dachy pokryte papą zapadają się na strychy
dachy na niebie błyszczą, kurz opada na głowy
likwidacja poranków,
kiełkują ptaki, głowy z dziobami wychylają się
ze snów
już wiesz –
Boże broń nas przed snami o władzy
resetem dnia
*Reset dnia*
* Czysty sygnał *
Pomiędzy życiem a śmiercią
zbudowałeś swoją pajęczynę
swoje radary spiąłeś w jedną sieć
pomiędzy życiem a śmiercią
szukasz chwil bez ohydy
szukasz miłości nie pokrytej wymiocinami
żelazne drzewa chwieją się nad twoją rzeką
czekasz na pierwszy sygnał, czysty sygnał
patrzysz na zegary, monitory, wskaźniki
rozżarzone węgle spadają w nurt rzeki
czekasz na dźwięk, czysty dźwięk z serca
nasłuchujesz w ciszy nocy
pęcherzyki trującego gazu pękają na powierzchni rzeki
czekasz na słowo, pierwsze słowo pozbawione podtekstu
ręce poruszają się po pokrętłach urządzeń
wyrzeźbiona w skale twoja twarz przegląda się w rzece
czekasz na szepty dwóch aniołów z Mamre
patrzysz w niebo gwieździste, patrzysz prosto w twarz Boga
Bóg wysyła promień laserowy, który pędzi poprzez kosmos
dostrzegasz go jak wyplątuje się z gromad galaktyk
zanim dobiegnie do ciebie w tobie zrodzi się miłość
* Sygnał *
*Skamieniałości w naszych rodzinach*
Skamieniałości w naszych rodzinach
pozbierane perswazje i sprzeczki
naleciałości w naszych rodzinach
eksponowane dąsy i fajne bójki
drzewiej bywały kosy, drzewiej bywały kłonice
koła młyńskie rozbite na pół
jakiż przodek nazwał się wujem
jakaż przodkini nazwała się stachan
ledwo zagrają surmy już wszyscy lecą do uli
bartnicy?
Szumowiny w naszych rodzinach
na brzegu wiseł łajna krowie
targowice nie żydowskie, targowice nie ukraińskie
jakieś błędne koła nie rozbite w czasie powstania
Korony i jabłka zewnętrzne oznaki władzy
to w naszym domu nic warte bibeloty
zwada przed pielgrzymką
charakteryzuje linie życia
a te zmieniają się często w parabole
strach przed biedą i niewolą
truchła bocianów na kołach od wozu
koła od wozu na szczytach kościółków
bicze strzelają nad głowami
w ciszy modlitwa, w ciszy seriale
gęsi się lęgną w fordach
akapity najważniejsze
w modlitewnikach
jakiś przodek idzie za koniem, jakiś parobek niesie dwojaki
szczęk broni na plebanii, kromka chleba w trawie
bieganie po łąkach strachu, bieganie po podworcach pałacu
dęby rosną rosochate, pnie gniją po kradzieży drzewa
nie ma skrupułów w naszej rodzinie
dziadka wyniesiono do komory
zapomniano przenieść tam krzyż
krzyż upadł w pokrzywy
krzyż na mogile powstańca
>>>
* Jezus za obrazem *
Sam już nie wiem czy to dzień czy noc
Jezus ukrył się za obrazem
nie widzę krajobrazu w oknie i na obrazie
napisy kredą nabazgrane na chodniku
wydają się czarne jak nigdy
płonie krzyż na ścianie
włącza się nagle kuchenny robot
król jaskiń w mojej duszy wychodzi
na światło dzienne
sam nie wiem czy to starożytność
czy też futuryzm wieków?
modliłem się całe popołudnie
trzymając głowę w dłoniach
głowę owiniętą w koc
patrzyłem na Jezusa w myślach
on stał jak zwykle z raną w sercu
i uśmiechał się
syn wskoczył mi na plecy
przewrócił mnie na ziemię
Jezus odszedł z obrazu na swoją Golgotę
pozostałem sam, pozostałem samotny
zrzuciłem koc z siebie
popatrzyłem na syna
zachwyciłem się nim
czerń minionej gehenny pokryła krew
oczy zaszły mgłą
ból pozostał w jaskiniach
król zaczął zamurowywać wejścia do jaskiń
ktoś tam pozostał klęczący
plecami do wyjścia
>>>
* Ludzkie serca *
Ludzkie serca nie nadają się do transportu
bez opakowania są zbyt delikatne
Ludzkie serca nie nadają się do pokazywania w TV
ociekające krwią mogą przedstawiać straszny widok
Ludzkie serca nie nadają się do ekshumacji
najczęściej są przestrzelone i szybko się rozkładają
Ludzkie serca nie nadają się do wystrzeliwania w kosmos
eksplodują w stratosferze przedwcześnie
Ludzkie serca nie nadają się do konkursów
zdradzają rezultaty ustawione pod teściowe
Ludzkie serca nie nadają się do nominacji
utyskują na władze podczas uroczystości
Ludzkie serca nie nadają się do koszenia
najpierw pokładają się przed ostrzem a później powstają
Ludzkie serca nie nadają się do transplantacji
chociaż jest w nich życie, lecz nie ma miłości
>>>
* Ona jeszcze jest twoim dzieckiem *
Ona siedzi na starej zdezelowanej kanapie
w krzakach za wodnym młynem Schnepsa
Jezusie, jesteś tak blisko
brudną chustkę zawiązała pod szyją
starą podartą torebkę położyła obok
wyjęła butelkę z winem
Jezusie, ona jeszcze jest twoim dzieckiem
słońce zaszło za częściowo zwalony mur
odsłonięty przez Piotra Kołodzieja
rozglądnęła się wokół szukając miejsca do spania
Jezusie, przyjdź do niej we śnie
nad ranem, gdy będzie zamarzać
>>>
* Czerwone hostie *
Ja sobie wyobrażam to tak:
– tablice postoją, postoją i przewrócą się
– tabernakulum zaświeci, na pewno zaświeci
– tomahawk-pocisk przeleci, przez scenę, przeleci
Mam na myśli taką sytuację:
– tam w drewnianej szopie księżyc
blady wschodzi
– tam dziewczyna śniada do moich
ust się skrada
– tam na worku szarym czekam
wynędzniały
Wtedy ty odpowiesz tak:
– jejku, jejku otworzyli sklep
a w nim hostie sprzedają
– jejku, jejku hostie nie są białe
– jejku hostie są czerwone,
och nie, nie to profanacja,
(chociaż) mówili, że
Chrystus był pierwszym komunistą
>>>
* O orły w Polsce *
Moje serce niespokojne
moje serce skacze jak pchła
rwie się do walki
– o zamek Draculi w Transylwanii
– z Amazonkami w Kapadocji
– z samolotami pod Peczengą
– z Czerwonymi o kościoły
– ze Światłogrodem pod Wandeą
– o orły w Polsce
>>>
* Na skórze wołowej *
Zanim poniechacie kota przeszłości popatrzcie w kamerę
ledwo, co zamieniłem przecinek na muchę a już odleciała
zagadnienie zasadnicze prawie jak malowanka
zapadł zmierzch nad cudzysłowem
wtedy ona wyciągnęła miecz i zrobiła – ciach
z pozoru to nie jest takie łatwe jak ulice
o zmierzchu powiedział jej – to już koniec
jakiś taki niecodzienny zwierzak
wynieś to drzewo – szepnął przez sen
akurat Kleopatra musiała wtedy zaatakować
podniósł tego grzyba i zaczął udawać las
no cóż, może i to jest dobre w puszczach, ale wiesz….
zewsząd zleciały się wrony a ja to wytrzymałem
pospolicie nazywa się berberys
długie brody czasem wyglądają jak śnieg
i cóż z tego, że spadał z wieży katedry
przecież modlitwa nie idzie w las
tam na krańcach złudzeń poznali się
miłość takich drobiazgów w niewoli jest zbędna
skrawek podkładki może się zawsze, ale to zawsze przydać
nie rezygnuj, więc jeżeli deszcz spadnie zbudujesz samochód
na pewno dostaniesz wolne nad morzem lub nie na pewno
tak się to waha, tak się to waha, tak się to waha
ciemne ściany wywołują wilka z lasu
przecież wino nie jest dla wszystkich
w poszarpanych ugorach mogą się kryć śmiało Murzyni lub Berberowie
wedle stawu przejeżdża na motocyklu rozerwany pociskiem wczoraj
ja nie wiem czy można tak siedzieć z założonymi rękami
przecież możesz zdjąć nogi ze stołu a nie czynisz tego
krewkie zagadnienia w tłumaczeniach nie wychodzą
znój jest kwiatem przyszłości a nie przecinkiem
można wziąć kaczki, ale można też ogary
stał nad swoim prądem morskim i zastanawiał się nad sobą
wystrzelił raz potem drugi i trzeci, spadł mu powojnik na głowę
zaczęło się od prześmiewców a skończyło na zakale
nurt był bystry porwał spacerowiczów – ja oniemiałem
ze skarpy stoczyły się lata wspomnień i dewocjonalia
lekarze uświęcali środki a dziewczynki skakały
otworzono skarbce i okazało się, że tam jest na tyle
z uwagi na te prognozy nie skoncentrowałem się na ichnich skojarzeniach
będą zawsze takie, nie martw się, zawsze takie
pewnego razu usłyszał spadochrony, choć to takie trudne
oczy świeciły w przekonaniach i w skargach
zwątp mi tylko, zwątp a zobaczysz, co ci zrobię
tułanie to nie takie znowu byle, co, trzeba tułać się dzieci
wejdź, skończ, co zacząłeś i nie mrucz, że cię gonią
zabawne są mrówki zwłaszcza na horyzontach
lapidarnie określić a potem równie lapidarnie skwitować
czemu lub dlaczego lub po coś przyszła lub z czym?
krwi – zawołał, stanął tylko po to, aby wyskoczyła w życiu pauza
kichnąć można czasem politycznie, ale nie można wysikać się nie politycznie
zrujnowana żaba weszła pod siodło, gdy koń zluzował
przyprawy popłynęły północnymi jeziorami – wyrzucone
zgaś światło – przerażony morderca rzekł – moje ordery widać
skurczykoń z niego a jaki nieśmiały a jaki zabawny
tak rączkami klaskała, biadoliła, parskała i odleciała
po nocy zszedł przewodnik do groty i zasnął
kule odważyły się przelecieć nad grobowcem milionów
zapaśnik kucnął i udał starożytnego satrapę w mieście baranów
nie chichraj się, cóż ci z tego przyjdzie, że się chichrasz
lewy kanał potrzebny barkom, prawy kanał wolności
machasz ręką płonącą jak za dawnych lat i cieszysz się
zabawa przechodzi w kadzenie a dni pokładają się z miesiącami
kino za ciasne pod ratuszami zamiast katowni
a jakże, mogę sobie spadać to sobie spadam
zapuść wąsy, zapuść je do rzeki, niech zwisną nad samym dnem
krupnik lizali pod zamkniętymi drzwiami i otworzono im
ja będę spławiał, mówiłem to już wielokrotnie
bicie się o klienta lub przeciwnika ma głęboki sens
ławy zajęte przez ławników i radnych
cmokanie na planie demokracji jest smutne jak pokrzywy
odwołaj się do narodu i do tych, co są samą rewolucją
zaszczuty człowiek – nie, przecież, że może być zaszczuty jeszcze bardziej
przylaszczki są przed sądem, akurat tu, lecz nic to zmienia
pikuje orzeł tak jak gdyby nie rozumiał prawdy o grawitacji
sum podpływa do źródła rzeki zatyka płetwą dziurkę
po coś te wołki pasała gęsiareczko, przecież to nie dla ciebie one
słońce już zaszło, słońce zagasło a gdy ja chciałem to mnie nie słuchało
plwaj na skorupę, podaj ręce biedakowi, pożegnaj odchodzącego przez ucho igielne
stymulowanie kobiet do polityki jest tak samo nudne jak oprawianie mężczyzn
pech chce, że ja też jestem kanarkiem jak wół w Odrzykoniu
lepiszcze mi wpadło do głowy i zrobiło swoje
kochajcie to, co złowicie nawet w centralnej Polsce
jest takie siedlisko dobra i zła gdzie kończy się nietolerancja
rzekłaś – stój że, kwiaciarzu, stój, bądź moim sumieniem – no i jestem
zapadła noc, psy się uśpiły, gwiazdy straciły cnoty, semafor się zaciął
w twoim śnie jest bardzo ale to bardzo dużo krawędzi
ławice gier prostych niewątpliwie przeszły obok nałogu
zapuszczaj więcierze kobieciarzu, tyle już masz doświadczeń i żeber
szkło jest podatne na choroby, nie każdy o tym wie
poczekajcie do czerwca, to nie przelewki, poczekajcie tylko
jakieś zestawy marzeń, szewc podał odnowione zestawy marzeń
na skórze spisane wołowej oprawionej przez Benedykta
>>>
* Wierzba wysokogórska*
Sczezła wreszcie wierzba pochylona nad rzeką gór
wiecznie trwać przecież nie mogła
mam ja dziś swój mały intymny półświatek w wazonach bazi
ta wierzba tam rosła nic nie robiąc sobie z kolei
z fotoamatorów gapiących się przez obiektywy na przełomy
a ja mam jeszcze w oczach ten jej ślad, ślad zrobiony korzeniem
pobiegłszy w usłużne kosodrzewiny, skrywszy się
pociągnąłem łyk wina z butelki, fe, co to za smak?
nie taki znów mały cmokałem z zadowolenia patrząc
na zachód słońca, który mnie dotyczył
a nawet krewni przez chwilę huśtali się
na giętkich gałęziach wierzby, mam tą świadomość,
że mogli wtedy spaść w szybkie efekty krynic
i byliby wtedy oniemiali z zachwytu widząc mnie
spokojnego na brzegu, niemyślącego być może
ale i niepalącego
wyskoczyłem z krzesełka i jak baletnica pobiegłem
świnić, kozić, percić, no, ale cóż tym razem mi się nie udało
gdyż stwierdziłem, że wierzba się wykopyrtnęła, to mnie zatkało
więc ponownie napiłem się wina, tfu, co za breja?
rozdarłszy koszulę popędziłem z wiatrem, zobaczyłem
ściany jak w Iranie lub Libanie, może Gruzji, zobaczyłem lasy takież
moje serce ciosało, moje serce obracało, ledwo koń wyskoczył
na skalną grań a ja byłem tam już z muzyką
gdy wierzba sczezła i doczekałem się rachunku sumienia
na wysokościach, popatrzyłem jakby mnich
na doliny różańcami czekające, klęczniki marzeń facetów
niedopitych aczkolwiek bardzo już zdecydowanych na świętość
i do tego jeszcze wyniesionych nad rzeki gór
do piękna bazi
>>>
* Dziewosłąb kosmicznego zła *
Kowaliow onegdaj dziewosłębił
bohaterski osaczony wracał na Ziemię z orbity
by dziewosłębić jak Archanioł
napisał książkę o ucieczkach z gułagów w chmury
wtedy go nazwali Gagarinem tysiąclecia
nie doczekał rocznicy bo go sprzątnęło KGB
pod biały dywan
leciwa Lenina leniwa rzeka wylała na pustyni
krakaniem wezwał ludzi ptak srebrny
przyszli i nadziwić się nie mogli
jak bardzo się rozlała po pustyni
przyszli z pustymi rękami, raziło ich słońce
śmierć morza zeswatana ze śmiercią pustyni
zatroskany mamut tonący w smole wieków
i oto ktoś zaszczuty przez szakale przyrody
to biedny Beria kawaler czarnych wołg i zamurowań
odmawia wszystkiego, czyżby był ochrzczony
cmoka szyszka jak Chruszczow, czy coś takiego
w lesie jodłowym słychać cmokanie
niedźwiedzie drapią korę drzew żeby
dowiedzieć się skąd ten odgłos pochodzi
spada satelita zepsuty jakby bezużyteczny
jak ślina spada w dół wprost pod nogi Berii
to dziewosłąb kosmicznego zła
konnica-wszawica cwałuje w kierunku jeziora Bajkał
szkielety wychodzą ze statków kosmicznych
szkielety wychodzą z ukrytych w tajdze miast
taki jest tego skutek
>>>
*Za mną riebiata *
Za mną riebiata
krzewinka jest krwią
zgadzam się na klęczniki
gdzie ten Kierbedź na chrzczonym winie
Za mną riebiata
zgładziłem znanego aktora
we mnie sen, we mnie katusze
kosztowałem masztów i porodów
Za mną riebiata
mydło z generacji i mydło z cywilizacji
zaczadział szef bezpieki
kochany stary czarny lud
Za mną riebiata
noże poszły w kierunku sadowego okręgu
na przedmieściach rozgrzebanych śmietnisk
kursuje ostatni autobus
lepszy każdy zgred od zrzucającego gwiazdy
Za mną riebiata
spada ryba, plecy dotykają, lekko
zapada się potańcówka
stoik na wzgórzu, na skraju lasu
szkło przed oczami pastucha
Za mną riebiata
klął szczeniak i podupadał na zdrowiu
skradzione mniemania, skradzione kręciołki
zaproście mnie do pocałunku
skrzywiony towarzysz dębu
Za mną riebiata
skoro nie ma samochodu pójdziemy pieszo
do Wojwodiny a może i dalej
popatrzcie ludzie leci Nikifor
struchlałe rzeźby w dłoniach
kwiatki na poligonach
czekałem na majątek otrzymałem psa
zaszczekał ten pies wściekły nie tak bardzo
ale za to głupi
na widok wschodu słońca
słońce będzie zawsze jak krew
riebiata
>>>
* Misie *
Zerwałem kaptur misiowi
skamlał o coś, ale nie miałem litości
sikał potem zły pod sosną
latoś dziewięć panien robiło to samo
w tym lesie
nie wiedziały jak a jednak sikały
pod lasem wchodziły w gęstwinę wilczą
na chwilkę
zapadał zmrok nad czubami drzew
gdy dzika świnia wydała okrzyk –
rozwiążcie chlew dajcie szansę wszystkim świniom
ja odżegnałem się
Kaptur rzuciłem na łóżko zapierzynione
i sam na niego, hop
wziąłem po chwili Biblię w dłoń
odetchnąłem po południu
by zebrać się skoro, zebrać się wraz
odkryć to, co pod poszyciem
zacząć od jaj
pogładzić misie w miastach
i wszystko bezkapturowe
>>>
* Rządzą *
Na ulicy jest nijako
rządzą bile
na ulicy jest bezpłciowo
kierują bile
na ulicy jest wulgarnie
zapraszają bile
na ulicy jest jeszcze pusto
nie ma chętnych ludzi
pod grzybkiem
z kijami
>>>
* Zapada zmierzch *
Zapada zmierzch, sombrero rzuca ostatni cień
moja żona łuska ryż na balkonie
moja gitara brzdąka sama za murem
Zapada zmierzch, koń niecierpliwie zamiata ogonem
on chce do stajni a ja nie
moje zakurzone spodnie, moje zakurzone obcasy
moja piosenka nuci się bez papierosa
Zapada zmierzch, ulicą wracają zmęczeni ludzie
wracają z pierwszomajowego pochodu jaki odbył się
jeszcze w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym czwartym
to zmierzch bogów tych ludzi
jak wesoła piosenka na dobranoc
* Zapada zmierzch w 1984tym*
* To zasługa rewolucji *
Martwa cisza to zasługa rewolucji
rewolucja to zasługa pychy
lepiej polecieć gdzie pieprz rośnie
i przywieźć stamtąd korzenie ziemniaka
niż kawki grzebać w ziemi
Dzwoniąca cisza to zasługa Kościoła
który stawiał zbyt długo opór
ledwo z karczm wyrzucono Żydów
a już wszystkie dzieci poczęły
wypluwać gumy z ust by mówić
Patronująca cisza w oczach jest kosmodromem
dominacja ekstazy nad Niemnem i Prutem
poleciały bociany w radioaktywne chmury
musimy sobie pomagać
my przeciwnicy rewolucji
skończ gumę, przestań rozstrzeliwać
tańcz, w rytmie techno
przemów
>>>
* Prześcieradło grzechu*
Rozścieliłem prześcieradło grzechu
na placu gdzie mrok dopadał miasto
na kamiennych płytach przyszłości
ułożyłem puste butelki i zwaliłem tobół ciała
dzień spoczął w parku
lewackie historie wypalone na murach
wniknęły w moje modlitwy, warczałem
spleciony z myślami, które traciły pamięć
leciałem w otchłanie równe nienawiści
miliona ludzi
bogate kwiaciarki wylały na mnie wiadra pomyj
śnieg spadł zamiast kwiatów zaraz po tym
kamień wznosił się w niebiosa
czas zaiskrzył w zębach kwiaciarek
sto lat, sto lat – rozległo się nad placem
to śpiewały nocne gołębie wyruszające
na żer jak sowy
>>>
* Nie wiedziałem *
Że boisz się ciszy
że grzebiesz w ciszy świętość
nie wiedziałem
Tam na grani sadzi góral rojniki zamiast rosiczki
że wyrwiesz go ze snu
nie spodziewałem się
Mentalne meteory pokazały się nad miastem
że zgłosisz policji swoje wizje
nie myślałem
Zgarnąłeś dźwięki i odpryski szumów
że wchłoniesz przez skórę ocean
nie oczekiwałem
Zaznacz tęczę choćby skamleniem na dachu
zapoznaj się z cierpieniem w piwnicy sumienia
że jesteś tak ludzki w upadku
nie wykluczałem
>>>
* Ależ skąd *
Ależ skąd
to trwa już wiele lat
Skądże znowu
to trwa już wiele lat
zaokrąglenie nie jest mile widziane
ja tam wolę wyrzucać samemu sobie
goryczka na płucach
rzeka w lecie
jakże smutne są pasty
w popołudnie poobiednie poniedzielne
skądś wytrzasnąłem drzwi
i za nimi zawyłem jak Bono
lewy znienacka wyskoczył but
skamieniała zbrodnia się rozeźliła
spadła, potłukła się w wykroczenia
skubnąć targnąć zapłakać
rozpaczliwa jest przecież sytuacja
białych chłopów wśród ugorów umysłu
palił znów te lejce?
Ależ skąd
>>>
* Krawat poborcy*
Mam dziewięć słabości na moście
lekkie obrazy ciskam do rzeki
zaczerwienione nadhoryzoncza błagają o litość
lapidarnie odrzucone ścieki terkoczą przy brzegach
dzień na wyścigach, pluję w nurt
Mam ogromną ochotę odgryźć krawat poborcy
wkładam swoją sztuczną szczękę
może to się wydarzy właśnie dziś
muszę być gotowy na wszystko
Lew, lewa, wiatr piosenkę śpiewa
jakiś Nemeczek tonie w malignie
patrzę z mostu na dzieci takie jak on
złudzenie czerwieni bawi mnie trochę
Dawniej zostawało się krową, gdy chciało się pić
karmiąca matka wyciągała pierś w pociągu,
który spadał na dno w miejscu gdzie zerwał się most
Skręciłem ze słabości wiarę i czekam
na pierwszą mieliznę, wiem jak wybrnąć bez pagaja
złamię wszystko i ster i miecz i maszt
No, wyłazi, wyłazi takie mokre stworzenie
a to uczony z Kambodży Sorbony
francuskie ciasteczka są tak niebezpieczne
decyzje profesorów wybielają nawet czaszki
mam nadzieję, że sczerwienieje do reszty ten kolos
między łyżki włożyłem swój włos
Mała nie fikaj nóżkami – wspominam jej nóżki
tak, tak – na poręczy mostu machała czym mogła
o włos od upadku, o mój włos
Papieru i wody – wołają kandydaci w krawatach
oj, uciekli mi kiedyś, oj, uciekli
dziś przechodząc główną ulicą zachowywali się
jak gdyby wracali z kościoła a przecież po pochodzie
szli topić boga Bęcwała, czyli swoje smutki w wódzie
i trafili na mnie na tym moście stojącego
i jeszcze z nią na poręczy
Zgasiłem to, co zapaliłem, nadąłem się,
zmądrzałem, utopiłem jednego z nich
i za nim w te pędy skoczył drugi
pod siebie powietrze, pod siebie woda, pod siebie słabości
chciałem powiedzieć naszej o determinacji pod kościołami
ugrzęzło mi w gardle prawie to, co zawsze
mam mała niańkę będą z nią spał – powiedział skaczący
ścieki zaterkotały na koniec
bo to był poborca
>>>
* Odpowiesz za to *
Odpowiesz za to kochasiu
odpowiesz za rzekę zatrutą
odpowiesz za nie nauczony pacierz
odpowiesz za komputerowe wirusy
napisane przez twoje dzieci
wirusy niszczące zdrowe systemy,
gdy na ekranie monitora wyświetlany jest komunikat:
„Glemp …, – podziękuj Kościołowi – zawsze po dwudziestej drugiej”
Jakże wiele śmierci na wyciągniętych rękach przywódców
komuniści ich nie prześcigną
zasłużą na karę kryjący
morderców twardych dysków i zapisanych słów
niepowtarzalnych jak ziarenko dmuchawca
i piórko sójki
>>>
*Mądry biada *
Mamią grudzień lisy rude
będzie ostry mróz i tak
będą białe Gdynie białe Podlasia i Lubusz
mogą skarcić za to ich opiekunowie
Mądry styczniowy kieł
zacznie rosnąć tak późno
a gąski już wygonione aż na szczyty Tatr
Biedne te kułaki, co wiosny nie doczekają
za mną stał i Beria i Jagoda i Sołdek
ale zerwał cumę
Mądry Jaś po szkodzie
dziewczę winne zapłacze
kiedy pierwsze łozy się zwiną?
w tataraku zaświszcze czerwony pies
jak niebieski bies
Będą biadać nad armią
trzosem pobrzękiwać
nie dajcie się zwieść Dziadkom Mrozom
to nie Mikołaje, to działacze
lecą odłamki po wybuchu Sojuza
lecą aż na Kaukaz
biedne dzieci w chustach ronią
krwawe łzy
a nieposiani wciąż łysieją na Kremlu i w Warszawie
Mądry biada – biada duszom zabitym na głucho
biada, biada sercom otwartym dla kasy tylko
śniady Premier, śniady Prezydent, śniady Minister
a śnieg biały, biały, biały
w tataraku polski Tatar z polskim Żydem układają się
pewnie pójdą na Ukrainę
pewnie pójdą na Bizancjum
odbierać swoją wolność
wolność bez rodzinnego kraju
wolność wieków
ani się spodziejesz bracie
a już cię osaczą nowi łysi siewcy
z czarnymi teczkami
nowi sędziowie pokoju
milczący jak zamarznięte żaby
łódź tonie w bladym świcie
marmolada nie smakuje jak w sześćdziesiątym szóstym
marmoladę wyjada smok wawelski z rzeki
Mądrzy w bębny bębnią, dyniami dudnią
a zieleń zamiera powoli wszędzie
mają nadzieję, że zamrze ta stara,
że zamarzną pałki tataraku
lód skuje wszystkie psy
a pod lodem usną płazy i larwy
>>>
*Iść na ludzi *
Stamtąd zdjął rękę
bądź jego krawcem
zawierucha jakaś czy coś
ledwo odpuściłem bałwanowi
a już on przyszedł
mam białe rękawiczki
przebacz mi
Ledwo zapytałem żołnierza o jego skarby
a już krew wypuścił z ust na wiatr
mam małą drewnianą zagadkę dla pułkowników
codziennie piję z kranu atrament
boję się o towarzyszy
nie zawsze plucie pomaga
czasem tylko marchewka duszona
a czasem znów topienie lwów
popatrz na te gwiazdy w sedesie
jakże blade te róże na dnie
kupić telewizor jest łatwo
a wcale nie łatwo kupczyć telewizją
popleć sobie na drzewach
poczym skróć strzałę
mam małą blaszaną odznakę na szycie
to ty możesz być studnią
to ty możesz być żabą
wierzę w ciebie słoneczko
kawał drogi do miasta
kawał zza węgła
wyrzucone nadzieje na murach
mury łamią się w sobie
odsłaniają trzy krzyże
zapalona zapałka łka ciepłem na wietrze
skupione króliki skowyczą w hałasie
miasto podsuwa się podsuwa się
matko ranna na szybie popatrz mi w oczy
chlebie suchy podsuń się
zakochana trawa nad brzegami rzek
a w niej mgły i moszcz
z księżyca ten rower wyjeżdża – spójrz
on siedzi na siodełku
jakiś taki listonosz
zapytałem pracownika o godzinę
asfalt – odpowiedział
zapytałem nurtu o szansę
szyj – odpowiedział
zawsze krawcy będą czerwoni i nalani
a nie zawsze czekać będzie paląc
drżą szyby jak sierść
drżą białe nasturcje w klasach
kości spadają ze szaf
miałki stróż nie wytrzymuje poranków
płacz słychać i argumenty
brakuje szybkich spychaczy za górką
maszty wyliniałe głuche
ucho szklane dość stare
a tu klną za oknami
a t u dziewczyny wchodzą do toreb
sklepy pustoszeją
ja jadę w góry na szmaty
plącz, nie plącz, spajaj
w rzeźbach siedź do rana
zawsze coś wynajdzie taki skurczymotyl
biada na letnie dnie
biada na letnie pola
ziemia służy wykałaczkom i co z tego
miała ci ona biedę, miała?
zapomniała już i o biedzie i o partyzantce
mech porósł grzyby wysuszone
w wojskowych lasach
zięba przeleciała nad stadionem
oszczep przebił jej serce
młot zaczepił o jej ogon
popatrzcie na faszyzm i komunizm
czy widzicie to, co ja?
na drogach się plączę
włóczkę ciągnę i już
mam małą trąbę i małe zauszniki
miejskie rzeki to nie rzeki podmiejskie
ja widzę tu dużą różnicę
kawa nawet stygnie w dzbanie
a on peroruje jak w Akademii
brak mi ciebie, bo śpisz obok
brak mi ciebie, bo miłość na dzieli
statua na wzgórzu obwieszona medalami
garbarze oceanów w muzeach
szukają starych statków
mysz trzyma w łapkach petardę
wrzuca ją do worka z kotem
skręć w gazecie herbatę
popal na żaglówce i idź na ludzi
promenadą na stalowych linach
zakup gorzałkę, oderwij się
uczcij wieczorne spotkanie
idź na odlew
przebacz – pocałuj ją we śnie na odlew
>>>
* Skończ w domu wszechświata *
Skończ z tym od zaraz, skończ z tym raz
pewno, że mogłem skoczyć do rzeźni żywiołów
zmasakrować świętego, bo plecie
nie skończę jednak z tym gdyż królowie
giną wciąż jak Tiamat
beze mnie nie cierpisz już tak
jak dawniej i nie pleciesz już tak
jak kiedyś
po co te zesłania na skrawki pościeli
to nie jest bajka taka melodia śniegu
bądź, co bądź
zepsułeś wiadro i nie masz dostępu do serwisu
zrozum to nie nalejesz, gdy jesteś zbyt wolny
małe łapiduchy to są woły skarabeusze
długie włosy dziewczynki na poczekaniu
się przenoszą przez ulicę zanim zdążę westchnąć
i to ja, jako następca tronu nie mogę nadążyć
skończ ladaco te bóle
skończ wreszcie zaokrąglenia
zmacać kostuchem czasy i uśmiechać się
jeszcze przy tym
na rynku z anarchistami wieść spór jak Anszar
to nie jest proste gdyż pomidorów
tyle wokół na wózkach
gadzina ten czas popatrz na muzeum śmierci
na czaszkach szmatki zwisają jak na dziewczęciu
beze mnie nawiązujesz do spowiedzi i snopowiązałek
społecznych
pójdź uczyć i obić cię każę
westchnij sobie jeszcze i idź
skończ z pracą u podstaw zacznij wystane życie
niech wiatr budzi się w snach
niech kołysze się popiół
u warg pod zadumanymi oczami
korepetycje bażanta są w kolorach
oświecenia
świątynie mądrości stanęły na czaszkach oddzielonych
ty spociłeś się przy gilotynie
skończ z przedawnianiem zbrodni w mitach
zjedz Woltera jak Ea
skończ w domu wszechświata
>>>
* Łagodnie to rób *
Łagodnie to rób
nie czerp z byle czego
łagodnie stawiaj banki tęczy
patrz jak ładnie wokół
gdy kocha cię świat
podtrzymuj szlachectwo nocy
nawet gdy szaleje dzień
prawie zasypiaj na
boisku piłkarskim w Krakowie
ładne oczy zmruż
pęknij ze śmiechu wewnątrz
tocz się gdy ziemia ucieka spod stóp
za jakimś dziewczęciem poznanym
zanim zaczniesz tęsknić za cierpieniem
pochyl się nisko
ziemię wręcz całuj przy ulicznym zdroju
wyzwisk nie podnoś z rynku
zaczniesz otwierać kabarety w Berlinie
zanim się spostrzeżesz
olśnić się daj snom
konopnym żytnim gryczanym
pieska pogłaszcz i Kościuszkę
zawadź parasolem o kasztanowca na Plantach
kołysz się w takt wypadających zębów
nietracący nadziei jak baobab
spokojny na wieki
chroniący bez schronienia
pod czapką i pod dachem
w cieple namaszczasz paleniska duszy
plamisz ogień tkaniną rosołu
zdobywasz fragmenty narządów
przy pomocy programu
pogrzebaczem zdzierasz pajęczyny
dłonie bieleją od tynku
sen zamienia się w kota gitary
zadowolenie po wielkim cierpieniu
zakatarzenie po jakimś zamążpójściu cieni
cierpieć bo jakoś niewinnie jest
z winem w lesie
cierpieć łagodnie bo jakoś
schludnie po ciemku nad miastem
docierasz do krańca spokoju
zawracasz aby wyczyścić zęby
zanim zrozumiesz
to nic
>>>
* Pidżama Dalajlamy *
Zagadnąłem kapustę i jakieś zwierzę
co wy na to towarzyszko materio
co myślicie o pidżamie Dalajlamy
o jego rączkach i w ogóle
jaki piękny człek i jak się uśmiecha
choć ja mu współczuję
Co wy powiecie o takim na przykład Pol Pocie
– towarzysze?
o panu doktorze – zachwycająco
elokwentnym w śmierci Wschodu
o ofiarach w Stonehenge
coś mi wyrosło pokoju
i powiem wam, że nie wiem co to jest
jakaś wierzba czy coś?
wy materio towarzyszycie ideologii
od lat, więc może wy udzielicie mi wyjaśnień
spudłowałem za pierwszym razem,
gdy strzeliłem do szeryfa w zoo
kapryśnie zakasłałem zanim opadły płatki
kędy ziemia czarna, kędy Himalaje
zagęgałem na samą myśl o pacyfizmie Lamy
napisałem na plecach stworzenia
stój – nie podnoś ręki na całusy
zamęt w kieszeniach i w bieliźniarce kaplic
klękaj na wybiegu dla tygrysa
udaj Dalajlamę i gryź trawę przed bestią
skamlanie to nie wybawienie
kapłanki to takie małpy zamyślone
zadość uczynienie Sorbonie
zadośćuczynienie za grzechy młodość
tak dozwalane, dozwalane przez władze
preferowana kapusta i pouczenia w sprawie nacjonalizmu
kapryśnie wyartykułowane zadufanie
cham – oczy do nieba
kości w piach
korzenie do nieba – głowy w piach
nie ma wybawienia, gdy nie ma nawozu
nie ma wysokich grani na wczasach
po co komu byk po łacinie
po co komu biblioteka
kolumna przed wojną ruina po
zanieś wiatr na szczyty bo zdechnie jak lama
tu w dolinie sam nie wychynie na grań
babuleńka i pieniądz
po równo
po równi
>>>
* Obłoki nad jeziorem *
Zamówiłem dla ciebie obłoki nad jeziorem
i szuwarów niezwykły czar
oraz jaką taką łódkę płynącą z silnikiem w strefie ciszy
Ja nie wiem czy można przejść mostem odległym
w chmurach bądź co bądź dwudziestoletnich
z wódką bez zakąski w niebieskim worku po śpiworze na głowie
Zamówiłem ciast gromkie brawa w kokpicie
tonięcie obok glonów i burt nieopodal strachu
odległości w przeszłym kraju spocone były jak wydra
lecz kawałek ich nie należał do spoiwa ciemności
zakręcone uczucie na temat urodzin było widoczne
Kniaź z ciebie kolego – powiedział karateka walący w wargi
nie wieszaj się przedwcześnie
dziewczyny nie są odwieczne
kaczka krzyżówka wciąż dynda na moście
niebo schodzi w głębinę jaźni
a ty czuwasz trzeźwy
Zamknąłeś spacer po brzegu w slajdzie
podczas gdy on
poszedł zaspokoić pierwszą potrzebę
zamknąłeś krętactwa przed sobą i dobrze
kowalstwa na jeziorach nie było co prawda
aż tak możliwe jak obmawianie dzisiaj
lecz przecież było folusznictwo
wichry z piorunami waliły jak trzeba
w zapamiętanie twoje
i to było walenie godne kowala czasu
Zamówiłem nazwę w pamięci i przyszła na czas
puka knykciem w pagaj
stukanie przenosi się do ust
– zęby dzwonią, język dudni
– wstawaj już (ze złud)
– w kokpicie
>>>
* Kawalkada przeszła bokiem *
Precyzyjnie zaplanowałem ten tętent
kawalkada przeszła jednak bokiem
złudzenie tylko pozostało, że bohaterowie odjeżdżają
Usiłowałem przewidzieć jak rozłoży się
bieda po tej wojnie, wojna nie nadchodziła
a potem nadeszła niespodziewanie i wybiła wszystkie konie
Zaparkowano czołgi w ujeżdżalniach koni
zatęchłych tak bardzo, zagrzybionych jak nic
gdzie mordowano sekciarzy i chrześcijan
narodowcy wynieśli się w ostatniej chwili
Pikujące samoloty nie potrzebowały nocy
waliły w serca z karabinów i zrzucały bomby atomowe
na klomby kwitnących kwiatów
To też i ja powstałem w końcu z klęczek
powiedziałem sobie – nie dam się
i dopadłem konia, wskoczyłem mu na grzbiet,
uniosłem łyżkę nad głową i popędziłem za swoimi planami
gdzie indziej, tam gdzie jest inaczej
a to przede wszystkim bezgranicznie
do niepalących i celnych w planach swoich
kamieniarzy zbawienia
>>>
* Wtedy płakał Jaruzelski *
Konfederaci poranni otworzyli beczkę prochu
kapuśniak leciał z góry gdy wyruszali do boju
zapatrzeni w siebie zapatrzeni w zwycięstwa czar
Wodzowie Wolinian skrytykowani na zawsze przez życie
byli więksi od niejednego muzeum
Oszołomy z wielu sotni kucali w bunkrach
lecz nie zrobili niczego tak jak trzeba
Białe szyki zomowców łamały się by się odradzać
na tle czarnych fabryk – wtedy płakał Jaruzelski z zachwytu
Bojówki socjalistów pacyfikowały ulice miasta
dobijały leżące na nich robotnicze dzieci z ONR-ów i NOP-ów
lecz bez zastanowienia i Boga w sercu
>>>
* Pobiegłem co sił w nogach*
Pobiegłem co sił w nogach do Matki Boskiej
to już nie ten czas by czekać aż krew spłynie z kota
na próg domu
moje chmury z miedzi nie spalają kościołów
nie bawię się w Czterech Pancernych i psa
dopadłem ogrodu nad rzeką gdzie zdarzył się cud
nadinterpretowałem swoje przybycie tam
upadłem na kolana w pokrzywy
Na Wiśle pogłębiłem koryto
opatrznie zrozumiałem dobre intencje Cyganów
kapliczki stoją dla mnie otworem
dojrzawszy do strojenia w kwiaty
upadłem na kolana w zboże zielone
Jawnogrzesznica przebaczyła mi już a ja się jeszcze dąsam
sumienia przeżarte zhańbione nie dają mi spokoju
jestem ponad to i idę ulicą z podniesioną głową
ludzie uciekają lub milcząc odwracają głowy
upadam na kolana przed nadjeżdżającymi autami
Pobiegłem co sił w nogach po rozum do głowy
dopędziłem go po jednej z majówek
wsiadłem do tramwaju rozgrzanego pachnącego
nie zaniedbałem niczego nawet zemsty
węża miałem przecież ze sobą – mój wąż jest jak pies
upadłem na kolana rzuciłem go przed siebie
ktoś delikatną stopą przydepnął mu głowę
>>>
* Wciąż wysysają krew *
Zamknąłem siebie w karcerze –
a co siebie ukarać już nie można
ja tam sam dobrze wiem za co
któregoś popołudnia zdrzemnąłem
się po prostu niepotrzebnie
zimno mi było w tym karcerze jak nie wiem
ale anioł mi towarzyszył
dotąd dopóki napaskudziłem władzy
potem jakoś odpiłował się ode mnie
zerwałem kawał skarpy nadbrzeżnej
co omal nie doprowadziło
do osunięcia się razem z ziemią
niedużego pensjonatu dla katów podziemia
za to właśnie się ukarałem
zamknąłem się w karcerze czyli przed telewizorem
musiałem to zrobić, gdyż i tak
uczyniłby to albo Milczanowski albo Jaskiernia
jak Kiszczak zamykał kiedyś skrzydła
komary teraźniejszości wciąż wysysają krew
cóż to dla mnie takie komary
przy tym moim zimnie
>>>
* Obawiam się że nie zdążycie na czas*
Obawiam się że nie zdążycie na czas
węgorze popatrzcie na terrorystów
jak śpieszą się i mimo to przegrywają
absolutnie nie będę już obiegał lasów
koło Tolkmicka
wyszło mi to bokiem
to obieganie
głowa mnie boli do dziś po piwie, jakie wypiliśmy
i obawiam się, że nie zdążycie na czas jak my
by zapobiec tragedii
rozdwojona jaźń komunistów legnie pod gruzami myśli
i nie obroni jej ani telewizja
ani młynarz ani szewc, co bez butów chodził całe życie
absolutnie nie podam już łapy niedźwiedziowi
i nawet wtedy, gdy ziewa
to nie ma sensu już teraz
po niewczasie
>>>
* Krzyż trzeba ponieść *
Mam tę świadomość, że krzyż trzeba ponieść aż
na koniec świata by przeżyć
mam to zakodowane, że krzyż trzeba ponieść aż
na koniec świata i dać się na nim ukrzyżować by przeżyć
mam przed oczami to, iż krzyż trzeba ponieść aż
na koniec świata i dać się na nim ukrzyżować przez
jakiegoś gbura by przeżyć
mam to przekonanie, że krzyż trzeba ponieść aż
na koniec świata i dać się na nim ukrzyżować przez
jakiegoś gbura krzywo patrzącego na człowieka
zbyt niezależnego w swym cierpieniu by przeżyć
no oczywiście, jeżeli będzie koniecznie trzeba
no oczywiście przez całe życie, czyli plus minus sto lat
taka konieczność wcale nie musi wystąpić
przecież wszyscy mogą kochać wszystkich, ot tak bez przyczyny
jednakowoż wice wersa umoralniająco krzyżować noszących
* Mam przeczucie *
* Kocham to, czego nie widać *
Namiętnie kocham to, czego nie widać
i przyznaję się ze wstydem, że ja kocham to
jeżeli poznałbym siebie do końca
co czasem udaje mi się, lecz nie na długo
i nie w taki sposób abym nie naigrawał
się do woli z woli, to pewno kochałbym tylko
siebie najbardziej, gdyż obcuję z sobą
już tyle lat i widzę siebie najczęściej
cokolwiek bym nie kochał to zaraz znika
mi z oczu i pojawia się w to miejsce
coś, co jest materialne jak rozkoszy chwila
i nie o to chodzi, że uczucie słabnie
tylko raczej przedmiot miłości
rozpływa się w mroku wyobrażeń o nim
mętnie jest w głowie czasem i to od źródła samego zazwyczaj,
gdyż nie wytrzymujemy zbyt długo w strumieniach górskich
zaraz spływamy w doliny
i taplamy się w tym wszystkim, co gromadzi depresja,
czyli w nieczystościach własnych delt
one przesłaniają nam obiekty i powierzony nam czas
obyście, to co kochacie widzieli do końca
* Kocham to, czego nie widać *
* Gaduła *
Gaduła z niego ledwo dał spinkę już zasnął w Panu
przestał mówić, mleć jęzorem i odszedł w zaświaty snów
popierajcie kuchnie francuskie, oj popierajcie
może każą w zaświatach zjadać swoje znaki zodiaku
mignął w luminoforze jego głowa jak kapusta zielona
coraz mniej słyszalny udał się po motywację życia
czyli śmierć
korzystajcie z jego doświadczeń póki echa brzmią
póki góry odpowiadają jego głosem za chwilę
wszystko ucichnie i zaśniecie razem z jego światem
który przeminął
>>>
* Zesłałeś Ducha Świętego*
O Panie! Zesłałeś nam Syna
popatrzyliśmy z niedowierzaniem
– powiedzieliśmy – nie znamy języka, w którym do nas przemawia
Ty nauczyłeś go nas a my powiedzieliśmy
– musimy najpierw to, co zostało powiedziane zapisać w książkach
książki napisano a my powiedzieliśmy
– to jeszcze trzeba w życiu sprawdzić
Poświęciłeś Syna dla nas a my powiedzieliśmy
– no dobrze, a co z Duchem Świętym?
Zesłałeś Ducha Świętego, a my stwierdziliśmy
– jeszcze tylko musimy zobaczyć Ojca
>>>
* W kurhan chan *
Zapłacze ojciec, zapłacze matka
zapłacze cała makatka
nad sto-łem w kuch-ni
Zapłacze w nas sędzia zapłacze stepu człł-ek
zapłacze cała rodziii-na
Zapłacze bębniarz, zapłacze sprawca
zapłacze koło komina
Zapłacze Wojciech, zapłacze Ziutek
zapłacze cała Milicc-ja
zapłacze w zbożu też szara myszka
a ja pochowam ofiarę
czy ja zapłaczę dziś jeszcze nie wiem?
na razie nie mam ocho-ty
jeszcze nie jestem całkiem sfrustrowany
jeszcze w coś wierzę i ufam
niech się zapłaczą na dzień dzisiejszy
niech się zapłaczą w obłudzie
ja tam nie kwękam nie rwę paznokci
nie posypuję popiołem swojego ego
a ja go pochowam, a ja ich pochowam
ja się nie boję chowania
niech się dopełni, co ma dopełnić
niech idzie w kurhan chan
niewoli
>>>
*Gdzie nie ma wolności *
Co było a nie jest do pokazania
to oni mali
za każdym razem zrywam czereśnie
to oni niedbający
płótno jest szare
to oni zakatarzeni
moc tego żelazka jest nieznaczna
to oni zapluci
zewsząd zbliżają się pajączki lata
to oni biedni
dlaczego kosmate stworzenia są ludźmi
to oni wybebeszeni
zapłacone, można wychodzić powoli
to oni krótsi
drgające grdyki w kotłach
to oni odrażający
co mieli a oddali mają nadal
to oni zepsuci
kucają przy stosiku pieniędzy
to oni zaprani i zapaprani
lukratywne posadki atakują
to oni mącący wodę
są wszędzie gdzie nie ma wolności
mali kucający z przyzwolenia
>>>
* Osły wydeptały zboża*
Ba,
ruch to dopiero
był za wsią
nakłoniłem więc sąsiadkę przyjaźń
do skorzystania ze mnie
zapomniałem o ustach szlachetnych
Ba,
za każdym razem zapominałem
bo tędy przeszły osły
patrzę jak wygląda dziś
ten kraj
a jak serca sprzymierzonych z rzeką
Ba,
zagadnij więc sąsiadkę prawość
nakłoń do wyjazdu nad Bosfor
tam ją dopadnij
Ba,
wiele można zdziałać myśląc o jednym
ale nie tu gdzie osły
wydeptały nie tylko zboża
i wsie wydeptały sumienia
za płotem
>>>
* Nie można mieć Morza lecz można mieć miłość *
Demonstracyjnie wyszedłem ku miłości
pochwaliłem się nie byle czym
samym Chrystusem i jak sprytnie zauważył
Święty Augustyn nie można mieć Morza
lecz można mieć miłość
Pokazówkę urządziłem nie na darmo
z procesją wyszedłem na wywieszone transparenty
członków rady parafialnej składającej się
z dawnych dygnitarzy partyjnych
to mnie gdzieś zadzwoniło nie im
Zatańczyłem, zapłakałem, skorzystałem
z kilku upokorzeń i ozdobiłem się
medalami
pokój poczyniłem w domu, zjednoczyłem się
z dziewczyną
w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego poszedłem
stworzyć podwaliny Nowej Ojczyzny
maszerowałem długo i kłaniałem się ludziom
dotarłem do balasek i wmurowałem
co potrzeba
swoją historię, swoje uczucia minione,
swoje zaskarbione tęsknoty, swoje upragnienia,
swoje dostojeństwa ministranckie,
swoje złudzenia ministerialne,
narodowe – wmurowałem nowe: OK (okay)
zamiast: SB (stara bieda)
>>>
* A jednak kochać – woła on *
Rozkochany w zbożu rozkochany w pniakach
ciąży kolektywnie ku zapowietrzonej Ukrainie
mam z czego się naigrawać ale nie będę
on i ja to wychowankowie pokrzyw i krasne mamy lica
z dziewięciu nas było z Albatrosa i zewsząd wiało chłodem
szkielet konia poczwórny gonił przez step
a fale historii uciekały spod kopyt
w oczach miałem słońca blask dopóki mnie nie dopadł
potem siedziałem zgaszony na jakiejś grzędzie w Austrii
rozmiłowany w zbliżających się wyborach marchwi
czegóż mógł oczekiwać od swojego spowiednika
zapłacił za grzechy więc wyszedł z klasztoru i tyle go widzieli
Zarąbali mu szkapę, dopuścili do rozeschnięcia się łajby
zalali mu wóz strażacki jakąś pianą bez sensu
nie mogąc wypełnić rozkazu przeoryszy postanowił
kochać bez ograniczeń a ja mu na to tak:
ciężki z ciebie ciemięzca i nie wiesz nawet co to Biskupin
będziesz czkał i czkał i nie doczekasz się w Gileadzie na ser
a dzwony biją w małej katedrze a drakkary płoną
w Szwajcarii spadły skały na swoje odbicie w wodzie
i wiecie co się stało potem
wieszcz spłonął w purpurowej dyskotece
i nie napisał o tym jak wyrywali mu żebra, skrzydła
i paznokcie w Kazachstanie w dowolny sposób
poskromiłem szczękanie broni i strzykanie nogi lewej
zasłoniłem bagnety wiernych muzyków i zrobiłem
to w miarę poprawnie
gdy dzisiaj wspominam o strachu to mówię sobie
gładził on gładzę ja sumienia czekaniem nie czkaniem
na niewiele się to zdaje ale przynajmniej
ryby biorą w rzekach wspomnień przedszwajcarskich
kopyto podkute to i większa pewność siebie
kochać jak to łatwo powiedzieć, nie operuję datami
terminy nie obiecują a jednak kochać – woła on – dzwon
jakbyś mógł podać mi to, jakbyś mógł podać mi twarz
ręcznikiem wytarłbym ci ją na zawołanie
i książkę bym wydał z kawałkiem tego ręcznika
pędźcie dzieci pędźcie na łeb i na szyję na Ukrainę
i co opowiadali to opowiadali o Zachodzie
i porobiło się nagle w miłości, w portykach stepu
kap, kap, toczy się w snach, toczy się łza, łza starca
nad brzegiem samotności
gdy nie ma wolności w wierze
>>>
* Komin fabryki *
Komin fabryki majaczył betonowy
wystawał ponad zabudowania rolnika
a rolnik jeszcze bardzo młody
rozmawiał z obcą kobietą o Nowym Jorku
a wyglądał z daleka jakby
zjadał komin który ich dzielił
pod wielką jabłonią zagnieździł się
chrząszcz typowo polski
po remontach stu utrzymujących go
przy życiu
W skrajnym przypadku młody rolnik
nie wstępuje do partii chłopskiej i wypluwa komin
popatrzcie jak wypluwa komin
nie znajduje niczego nowego
poza ciągotami do nowojorskiego biznesu
nowego lecz korzystnego bez szpanerstwa
komu uda się zwalić komin polityki nie warty nic
by nie wystawał ponad te czasy
>>>
* Leć biała gołąbko *
Zagrzać miejsca Jebusytom lub Waregom
zapełnić dziuple koczkodanami lub węglem
on to wiedział, ale nie ty
jakże ona miała wszystko załagodzić
jakże biała ptaszka miała to uczynić
przecież poleciała za Jasiem do Śląska
a Jasio Bóg wie gdzie?
teściowa nic nie wie na ten temat
a jej pies warczy na mnie
biała gołąbka i rasowy pies
ze wzgórz porośniętych winoroślami
przepięknie rozpiętymi na stalowych drutach
kręciłem film niezłą ręczną kamerą
gdy zapadł zmrok zastanowiłem się nad grzechem
odpuściłem moim winowajcom
i schowałem kamerę a życie potoczyło się dalej
jak butelki po rieslingu
o krok dalej potoczyło się życie
błona bębenkowa w uszach muezina pękła
pod wpływem śpiewu, jaki rozległ się z minaretu
i to był jego własny śpiew
o dziwo minaret nie poszedł w bagna
stał ciągle na niewinnym wzgórzu
skąd rozciągał się niezły widok
i skąd zawsze rozpoczynano bitwy
ostatnio nawet pobudowano tu stację telewizyjną
bocianów pełno i pocałunków doczekanych też
lecz sporo mniej niż bocianów
gdy rozdano karty dobra wróżka męskim głosem rzekła
spójrzcie to śmierć a to życie
a to dodatkowy As to jest As Ali
ale baba nie dokończyła i odleciała na miotle
i co się okazało nie była to dobra wróżka
tylko samiec Beria w przebraniu
a Ali był z minaretu
seler wystawał z kieszeni jednego kuternogi
drugiemu kuternodze dano szansę
przeproszenia za to, co uczynił bliźnim
pierwszy kuternoga a było, za co przepraszać
kuternoga odkręcił zapasową rękę
i tą, która mu pozostała wyjął seler
i zaczął gryźć powoli jego biały miąższ
szansa na szantę przeprosin zniknęła
jeden taki nie duży zapalony myśliwy
pochwalił się wyczynem nie lada
upolowawszy swojego przeciwnika
i zawiesiwszy na ścianie trofeum, powiedział –
toż to był wróg ludu pracującego miast i wsi
i cóż się znowu okazało – ten zastrzelony niby
przeciwnik nie był wcale martwy tylko udawał
będąc postrzelonym i w jednej chwili zszedł ze ściany
opluł tego nie dużego burmistrza jak się okazało
a potem przeprosił i powiedział – leć biała gołąbko
>>>
* Rumpelstiltskin i Syberia *
Pomyśl, co z wyrokiem, pomyśl co ze mną
Karmazynowym Piratem miałem być
została mi tylko nienawiść, ale zmienię się
z szablą miałem pobiec na szaniec
zryłem tylko kartoflisko jak dzika świnia
Pomyśl, ile czasu zajęło ci dźwiganie zegara
a we wskazówki piorun trafił i tak po drodze
jakieś wąwozy sprawiły że zgubiłeś je
lub zamieniłeś na pomarszczony krajobraz
Zapytałem tylko, co z wyrokiem dzieży
tak jak piec dymiący, grzejący, samotny
Rumpelstiltskin zbudził mnie ze snu
ale tylko jeden raz i wiedziałem co mu powiedzieć
pomyślałem i szybko odpowiedziałem
w zamian czekoladkę czy coś dostałem
Zapchana droga zepchnęła moją ciężarówkę
a ja podążałem na wojnę i nawet miałem pamiętnik
chciałem bandaży i pielęgniarek a oberwałem
tylko jeden guzik od rozporka zapinanego pod KC
Zamyślony w śladzie czołgu dopijałem kompot
a Pan Propper strzelił z palców i pękła z trzaskiem
mucha siedząca na moich szarawarach
Jakiż ciężki był los upadłej kobiety myjącej się
w rzekach nieznanych wcale nie małych, kamienistych i rwących
jakiż ciężki był los plastykowych lalek
pogubionych leżących przy żelaznych traktach
wiodących na Syberię do Magadanu
>>>
* 2000 rok *
Lecą małe pomarańcze
jakiż cel tego lotu
lecą kabarety
jakiż piorun to przerwie
maleńkie zęby na trawie
kiedyż to ciasto zapiecze
ulica omdlała na wietrze
biegną zalani towarzysze
niedola ich matką
mądrość obca ich rozdartym sosnom
rządzić tego im trzeba
kule nosi jeździec chmurny
kule lecą poprzez świat
towarzysze lepią pomarańcze
z czegoś pomarańczowego
na jajach usiadł ptak
wspiął się na gniazdo niegodny
zegarek zgubił mniej niegodny
nad jeziorem zgubił tenże zegarek
a oni się kochali wtedy na łodzi
wulkan o mało co nie wybuchł
w jednym z ich miast
z pozoru były ich
tak jak i wulkan
nic z tego mały –
powiedział bez do mlecza
twoja koncha pełna mleka
zniknie przed czasem
rodziny pełne łez, a jak
rodziny pełne miłości, marzą się
zbliża się to co nieosiągalne
jeszcze wydawało się sto lat temu
zbliża się dwutysięczny rok
jak lot elektrycznej pomarańczy
>>>
* Piratów tragedia *
Zazgrzytały łańcuchy pirackie
zerwał się statek z cum
kotwica odpadła z pluskiem
łysy kapitan krzyknął
straciłem oko – ruszamy
różowa papuga zazgrzytała –
Naród z Partią – Partia z Narodem
i pofrunęła na ląd
bezdenny kapitan wzruszony odpływem
zapalił wrogą łódź
statek wyszedł na redę
ci, którzy nie zdążyli na pokład
rzucili się wpław, ale nie wszyscy
niektórzy odpuścili tą sytuację
i poszli od razu zgłosić się na policję
po falach potoczył się zgrzyt
piana porwana w powietrze
zmieszała się z dźwiękiem
i osiadła na wąsach kapitana
umysłowy kuternoga
przemówił ładnie do załogi
– jak nabiorą w usta wody na nasz widok
to łupy już prawie nasze,
tylko wy nie zróbcie tak jak ostatnio
– zwalniając spinakery, gdy wstała tęcza
na pełnym morzu flaga poszła w górę
piękna czerwona trzepotała na wietrze
sierp zgrzytał o młot
a w bocianim gnieździe
zieloni majtkowie rżnęli w karty
aż puch sypał się w dół
po przebyciu oceanu wielkiego jak wanna
piraci napadli na rybacką osadę chodowców konopii
chłopi rzucili kosy i sieci by
przyjrzeć się atakującym
baby odwracające flądry popatrzyły
pod słońce
zgrzytnęły kurki w pistoletach
łodzie dobiły do brzegu
bose stopy zetknęły się z mokrym piaskiem
wtem na dźwięk dzwonu
eksplodowały płynne ładunki jądrowe
zakopane na plaży
Partia bez Narodu poszybowała w niebo
na zawsze
po chwili tylko zgrzytanie zębów
łysego kapitana rozmodlonego
nie wiedzieć czemu na topie
przypominało o niedawnej
piratów tragedii
>>>
*Zakrwawiony świat Plastusia*
Zakrwawiony świat Plastusia
Plastusia trzeba wychować bez
krajobrazów śmierci
nie można zapomnieć o tym
że na froncie jest Plastuś
chciał być uczciwy niech wie
że atrament to coś, co plami
gadulstwo małych obywateli
czai się jak wąż na ulicy
będzie głupota szaleć
ludzie szykują się
do wyjazdu do Warszawy
kocha Plastuś wroga
kochać Plastusia tylko dlatego
że uczciwy, ale jeszcze
nie przecierpiał swojego
proboszczowie idą na współpracę
aby przeżyć i giną pomimo to
lewicowość małych obywateli
zamknięte karły jak zwykle
w księgach zdrad pełno
co w niektórych dużo autentyzmu
nie można nienawidzić Plastusia
Plastuś nie nienawidzi
zagadnął lisa rudy złoczyńca
wrzucił granat do kościoła
były komunista jest proboszczem
a były proboszcz komunistą
nawet, jeżeli bzy nie przystąpią do programu
to i tak nie uwierzę w ludzi zadających ból
ale po co cierpieć nadaremno
ku prawdzie trzeba iść
nawet jeśli liść zakrywa udo Plastusia
koniecznie Plastuś musi zjeść swoje akta
przecież feudalne rewolucje się ciągną i ciągną
mamuty się zdarzają w smolnych trzęsawiskach
a co dopiero pasożyty w strukturach żywych
>>>
*Nieopodal Pireusu*
Zakopano końce jak grule
nieopodal Pireusu
zamknięte zjeżdżalnie zardzewiały
byle jakie drzewce wbito w szczyt
zagadnięty Achaj wyjął fajkę z ust
i rzekł – to ona mi tak dopiekła
że uciekłem na tę wyspę
język tu niczego sobie i trawa
prawie zielona
kupczyć można byle czym
bo zjeżdżają Persowie co dzień
lato prawie każde wydaje się większe
miękkie części pilota są widoczne
na falach i szczytach
zakończenie stalowej sieci
zwisające z portyku dynda jak trzeba
dzieci wybiegają doić owce
na podwórzach akademii
z piórkami czekają najeźdźcy
z duszami na ramieniu tubylcy
węszą za złotą kaczką
otworzyli wreszcie hamburgerodajnie
oszczepami
otworzyli wrota portów bezcłowych
ser i kolumny weszły w piąty wymiar
rzekł pasterz broniący ojczyzny
– pieniądze mogą wiele zdziałać
dla urzeczywistniania idei
>>>
*Włączyłem baterie czuwania*
Gdzieś w przestworzach
zacząłem myśleć za dnia
włączyłem baterie czuwania
jak jakiś statek kosmiczny półautomatyczny
jak wół roboczy bliskiego zasięgu
wysłany dla bladych jaj wylęgu
zdumiały się moje oczy
na widok cierpienia
tam daleko od Ziemi
wyszły z orbit nie całe
gdy wchodziłem w strefę cieni
Gdzieś w przestworzach
natknąłem się na własne przeistoczenie
nigdy bym się nie spodziewał
że może tam być
nie wierzyłem że może mi się to przytrafić
byłem przecież osłem
jak zwał tak zwał
Nadąłem się jak baca
z czułkami jak jakiś odludek
zakląłem, zrzuciłem co miałem zrzucić
cofnąłem maszynę
dmuchnąłem świeżymi spalinami
na blade jaja
Przecież przestrzeń jest taka przestronna
a mnie akurat udało się
natrafić na cenne znalezisko
tak potrzebne jakże prywatne
o wydźwięku totemu lub idei
ale ideologia zaspała nie wyczuła tego
czegoś mi było brak a jednak
ona we mnie nie wyczuła
co się święci
W przestworzach zabrakło
miernika i zwykłego odczucia piękna
przerażony pchnąłem maszynę ku Ziemi
zerkałem jeszcze za siebie
na cudowne blade jaja pozostawione
na planetoidach dla wylęgu
może beze mnie nie zginą
a ja cóż muszę wracać
w końcu stałem się odważny
to oczywiste, że i konsekwentny
to normalne, że i prostszy
nastawiony na powroty choćby takie jak ten
zawróciłem, gnam jak szalony
jestem zdumiony przeistoczeniem
walę na oślep dłońmi po przyrządach
nic mnie nie obchodzi oprócz radości
zwycięstwa
wszystko na szalę zwycięstwa
miłość tam czeka obok hańby
wiem co wybrać wiem co zwyciężą
jaja inteligencji i tak się wylęgną
ludzkość i tak zbuduje te domy
nie ma mowy o strachu, gdy chodzi
o przyszłość
>>>
*Przybysze*
Zamieszanie powstało wskutek
niezrozumienia opcji górnolotnych
w kwaśnym mleku pływały bowiem
lodowe bryły a w kakale odbijały się
szczyty gór
to nie prawda jakobym był wędrowcem
od dziewięciu miesięcy
kolegę stworzyłem sobie sam
i za dryfowanie wiedźm odpowiadamy razem
kolejne miesiące wspinaczki
stały się gehenną zabezpieczeń dzwonnic
zawsze mówiłem – oni powiadają,
że prawda to, na co dzień zbędna rzecz
wystarczy plwać na skorupę
ale ja się pytam kolejny raz –
czy to zmieni jaja w coś innego?
bociany odlecą ze swoimi rocznymi dziećmi
a ja będę czekał znowu w Sudanie
nie mogę streszczać cudzych błędów
swoich wystrzegam się, lecz dopiero
od niedawna
odkąd pokochałem ranę mam w ciele
głęboką na cztery rosyjskie czarne wiorsty
spójrz – oni są przez coraz mniejsze „O”
a prawda i tak jest nie na pasach
co prawda ja nigdy nie byłem na pasach
a chcę być na terenach wypalonych
przez dobrych komunistów
jakaż panie kompromitacja te składy rady
jakież panie zgorszenie ci niewierzący u władzy
toż to bocianięta nie ludzie
a jak podkręcają wąsy jak cesarz Franciszek
albo jak Piłsudski a niektórzy znów jak Wałęsa
a przecież to przybysze
ziemniaki zawrzały w kotłach
po przestygnięciu wypłynęły
na powierzchnię oliwy
po dopadnięciu do nich mlaskali
dłuższą chwilę
dzięcioły stukały
przywożono komputery
do chat gdzie wymieniano je na kolorowe szkiełka
właściciele chat poszli po rozum i po powrocie
przestali zakładać komitety gminne partii
skończyli z tym i wypromowali wieszcza
Panoramixa, który dał im eliksir z jemioły
padły wszystkie koty od jego zapachu
padły wszystkie w całym państwie
no i bardzo dobrze
one też nie widomo skąd są
gdy nadejdzie noc można je pomylić z wszystkim
>>>
* Tablice na Wschodzie*
Zamknięcie tego typu
nie było przewidziane dla
ludwisarzy
o, dziwo
kędy lał się żar
Czeremosz błyskał z dala
a ja jak zwykle
biedny ogorzały antykosmita
nie widząc gniazda
szedłem krainą skrajem
zamknięcie jakoś nie pasowało
do formy zwiniętej
w skrzydło Belfegora
manny nie było na grani
nie było po co tam iść
ledwo spadły pierwsze
dzwony jak deszcz
zerwał się kaptur z oczu
zobaczyłem roztrzaskane tablice na Wschodzie
popatrz matko tam
mordują Ukraińców czy naszych?
nie waż się im przeszkadzać
to dusz wyłuskiwanie jeno
mieszkaj w nędznej chacie
póki ci pozwolą
bo jak braknie im łań
na tych pustyniach przyjdą po twoje
wszystko
lecz potem spłoną na szczytach zbrodni
zamknięcia przechodzące
w zakończenia blednące
są całkiem podobne do gwiazd
a ty wymawiasz gniazd
jeszcze straż i wielkie głupie narody
co nie usiądą aż zapomną
międlisz w ustach – ledwo ledwo
pal się nie naostrza sam
przeszły głodne dropie i perlice
zawaliły się mosty po powodziach
tętent usłyszano nawet w kuczkach
czterech jeźdźców
biada biada usłyszano na strzechach
dyrygujących w rządach nienawiści
kły zwisają od uszu by wyseplenić
pouczenia
makabryczne odkrycie hańby
całego narodu, który dał się stłamsić
widłom i siekierom
przeżywają stłamszone narody
w górskiej dolinie cię opije
potem zedrze skórę
nabije na czubek gwiazdy wieczornej
zamknięcia tuż przed
i tuż obok
zamknięcia ciał po wyjściu dusz
a nawet nie drasnął go kot jak ktoś
zaczekasz – to i tak nic
to nie da tobie
nie zaczekasz to i tak
państwa ci nie da
lisie kity odróżniają
Samojedów od skinów
powiesz – kocham Żydów nieeksmitujących
chciałbym widzieć ich sławę
na Synaju po powrocie z niewoli
gdy wydadzą swoich morderców
wskazując ich palcem z Ukrainy
w Megiddo
>>>
* Kawałek zagrody*
Kawałek zagrody czy to kawałek niepogody?
jadę bardzo szybko z przeciętą oponą
jakaż zemsta na usta się ciśnie?
w rękach nie pozostaje nic –
czekaj na mnie na Ibizie
smród jak tęgi rosyjski mróz
wielu się uratowało z pogoni
wielu nie dojechało
ja dojechałem
jednego drzewa mi trzeba
powietrza słodkiego po burzy
kawałkuję serca i odklejam sumienia
jej oczy zaplątują się, choć jest
już po ślubie
mewa stanęła w pracy na wentylatorze
są to jej piersi
czy ja wiem, co się święci?
kandydat nie zrozumiał, że mówię do niego
ale zapłon zdecydował o tym
że odjedziemy na czas pożogi
tam miota się złotowłosa bez przyszłości –
za plecami miota się złotowłosa
bez przyszłości
dlaczego ja patrzę na to?
nie wiem
nie kocham jej
nie kocham nawet szybkości
jej piersi w kąpieli
skojarzenie uczucia z piaskami
i w tym samym momencie
z Tatrami
jedź – powiedziała – tam gdzie nie ma wyrzutów
i spotkaj się ze mną
nie powiedziałem – trawa już porosła
ścieżki do twoich panowań i pęknięć bosych
nie piję – podczas gdy ptaki zniżają się
w okolicach grani siadają jak czarne cienie
dziecko na rękach jak na noszach
ma bieliznę w zębach
skalny uśpiony nie okrywa biednych deszczowych
zetrę na proch myśliwych polujących
na ranne zwierzęta
o czym tak naprawdę myślała Caryca Zydeco?
gdy ten z harmonijką z Missisipi dukał poezję
dokończono na winie usmażone jedzenie
zawołać kelnera pędzącego – rzeczono –
doprosić będących na szlaku –
kłaniać się kłaniać
zaśnij – zaszemrał górski strumień
wielkie jelita ciągnęły się od Krymu do Rzymu
więc podniosłem je a nóż są święte
nocą stanęła jak wybawicielka
po tym jak zastukałem w ścianę
otworzył się znowu na rany
zmartwiony człowiek
odważył się przemówić do ludzi
po raz trzeci
w opłakanej skale
>>>
* Zawiodła mnie mięta*
Zawiodła mnie mięta
spuściłem oczy na ziemię
w zdewastowanych chruśniakach
chruściele westchnęły cicho
i powiedziały wreszcie, że
faktycznie są też zdewastowane przez wiatr
mały piaskowy skrzypłocz poddał
ton takim jakimś spróchniałym
dentystom i zaczęło się
blaga goniła blagę w tej niby kaplicy jesieni
zeschłe liście służyły za ławki
koklusz był spowiedzią
metodycznie odsuwany w zarzecze
zdenerwowany tym okropnie
walnąłem wreszcie pięścią w lustro wody
kogoś macie, przyznajcie się
czy to pasterz, czy to chłopski
przewodnik czy to może baca
ja to wyniucham wcześniej czy później
jak już miętę nie raz
i nic nie osłoni tej tajemnicy
kopać dżdżownice w taki deszcz
wykopać metro i foremkę do pisaku
to zbyt mało żeby posłyszeć niesłyszalne
na co dzień klaps, klaps
to idzie letnio obuty reżyser z Nowej Huty
międli lebiodę i chłepce z manierki
targać mu brodę – rzekłem – targać mu
zdecydował się na przekroczenia stanów
przestano wtedy spychać gniazda
wyeksponowano na perci
wyeksponowano na gruszy
jechać – padł rozkaz nawet i pod górę
zachwycony rynkiem zabytkowym
podciąłem konie i zapuściłem silniki wraz
zaczesany stróż zdenerwował mnie
koniecznie chciał obejrzeć jasełka ziół
i nie straszne mu były jutowe worki suszu
co przykryły oczy
zapatrzył się na śmierć
poczekaj kochanie kolego
poczekaj na maj i rożki do pierogów
w łopianach jak drzewa
w szalejach jak telefoniczne słupy
miała być mięta a nie całująca
nachalnie dziewczyna
miała być rodzina a przez chwilę
była odlatująca łyska
rodzina jednak zwyciężyła
i wystartowała jak chruściel
sponiewierany, potargany, ale prawdziwy
>>>
* Wyspy Dziewicze*
Zdecydowanie zaszczepiono lekkim sokołom twardość
pozbyto się helikopterów w sercach jest pusto
męczenie kapusty stało się niekoniecznie okrutne
ponieważ dzieci ubyło i dzieci nie wystarcza
gdzieś koniunkcja dąży do alternatywy i poci się
żeby zobaczyć to wszystko trzeba wielu lat bezustannego
patrzenia w okna jesienne a nie tylko także białe wiosenne
Tyniec popłynął rzeką w dziesiątym wieku jakimś promem
zebry spłoszone w Krakowie zapłakały po cegieełach
rzuconych niedbale przez kochanieńkich milusińskich
Długi Targ zrobił się jak kiszka i kawa smakuje lepiej
dziecięce poglądy w takim miejscu służą wytryskom Neptuna
popatrz jak kołują nad miastem Kant i Siemens drewniany
a Memling memłał – miałem te notatki przed katedrą
pięknie grają w Kamieniu na chórze piszą w prezbiteriach gaszą w ścianach
nawet baca nie może na Montrmartre zaśpiewać „Bo jo cie kochom”
taki tu rozgardiasz hałas memento mori i szelest w Okręcie Pralni
że trzeba przepłynąć Bałtyk wolności
Sokoły defilują wręcz lub homoseksualnie paradują nad górami
w Nowym Jorku prawie tak samo jak gdzie indziej
pomarańczowi przenoszą się na okręty wypływają w najkrótszą
drogę do Polski poprzez Gdynię – Wejherowo – Lublin i Stanisławów
marne te czaszki powiedział ukochany nie warto ich szukać
produkować nowe zewnętrznie podobne do tamtych bardziej brudnych
zachciało się rodakowi zachciało się rodaczce zachciało synowi takiemu
lepią żołnierzy wysyłają sprośne kartki lepią kolorowe bałwany
ciemnieją pamięci umierają na szosach nie tylko cykliści padają pszczoły
wybuchła zima cudowna i radosna mafie zakochane w miastach i ministrach
jeżeli zdecydujesz się zastawić miłość i życie choroby będą omijać cię
do czasu a kapusty nie będziesz musiał nosić w beczkach tylko w butach
ukryta nienawiść paskudzi miejsca w parkach krytyka nie twórcza
staje się obmową wyzwiska tworzą aureolę dorosłych trawa więdnie
praptaki kołują nad polskimi górami spadają jaja jakieś na sklepy
bieda-szyby nie są powszechne na przemyskich wsiach
nazwiska polityków zdobią ściany kościołów jak symbole szatana
atakującego Chrystusa ze wszystkich stron przerażonego Lucypera
skręt skręt jeszcze raz skręt kierownica urwana skręt nie wyszedł
dzieci płaczą na reklamówkach dzieci płaczą w reklamówkach
krokodyle czekają pod statkami sępy czekają na grani Pałacu Kultury
kochać tendencyjne programy kochać tendencyjne czasopisma kochać tendencyjnych ludzi
ależ to skomplikowane gdy drżą ręce z przepicia przepalenia i głodu
Wyspy Dziewicze wzywają trzeba kupić nowe buty
Miles Davis gra po cykucie właśnie w Komańczy sennej w łunach
zapadła w pamięć grzybówka pozwala umierać godnie trzy tygodnie
lukratywne miejsca w siatce społeczeństwa przed telewizorami
sprawiły że wielu wybitnych przedstawicieli i członków zdarło sumienia
kora była kiedyś sumieniem drzewa jak ubranie lasu jak trwanie
niewinne decyzje przyrody daleko mają do okrucieństwa
zdecydowanie nie można zjadać komarów tak jak hamburgery
to nie to samo w pępku świata może tak ale nie tu w Polsce
trawestacje Toski w wykonaniu Hendrixa nad Wisłokiem w Babim Dole
po cegieełach
>>>
* Penicylianie*
Skonsolidowałem moją teczkę zabrałem dwa pióra po prostu
ona dzielna kobieta wyszła właśnie ze szpitala a ja
zapadłem na uszy wyjechałem przez kiszkę z miasta
nie śniłem wtedy tak często zgadywałem co jest z tym pasztetem
zanim dopytała się o jakieś jestestwa już miałem własną Summę
nadzwyczaj korzystne jaja wysublimował wczoraj czarnoksiężnik
nie wiem jak mu było na imię i nie dowiem się pewnie
ponieważ został nad ranem zabity jakąś deską przez nasłanych
od króla zbirów ale to już tradycja tego dworu gdakanie
i zabijanie nawet nad ranem co się nie mieści w głowie
tu nawet masłem się myją i uprawiają bezpieczny folk
w samo południe Asyria mi w głowie przestawiła głowy ścięte
w głowach sprawiają że ludzie się obijają długo się obijają
skonsolidowałem piechotę i klawiaturę mam ich teraz dwieście
w każdej kieszeni bez obrazy snują się jak dym
nad jeziorem byłem teraz myślę jak to dobrze że nie jestem
dymem snującym się po tafli jeziora po pożarze dyskoteki
martwić się w takiej chwili nie wchodzi w rachubę
modlić się w takiej chwili to jest na miejscu modlić się trzeba
byli już Szwedzi byli już Rosjanie byli już Tatarzy
teraz przyszli Penicylianie i napaskudzili odgryźli łeb koniowi
i rzucili go w stronę Polaków nie jedzących koniny nie doleciał
zaznaczam nie doleciał mam starte kości i dokumenty nawet
zewnętrzna powłoka statku z pierza była jakiś czas
przerobili oj przerobili dali drzewa hebanowego i trochę cieciorki
gustował pancerny w zbożu ale pan Jemiołuszka powiedział
kiedyś w telewizji że tak jest nie zdrowo i przestał teraz
myje gary w Londynie i dojeżdża tam Syrenką gdyż Premier
nie kupił mu Poloneza jak obiecał a zamiast tego puścił bączka dzieciom
jak to Premier zepsuli moje przesłania w mieścinie w wysypisku
jednak nie mszczę się już od dawna już od jakichś trzydziestu godzin
powiedziałem sobie koniec z tym przysiądę fałdów usiądę na stolcu
skonsoliduję zasiądę nareszcie no i stało się macie powiedziałem ja powiedziałem
macie rodzino nie tłumaczyłem sobie po północy tykania
i plumkania lecz prosto z mostu walnąłem zebrać się w kupę i w kułak
i ruszyć ławą na pastuchów i łańcuchy pogubiwszy ruszyli
no i wyszło z tego ni mniej ni więcej tylko jak się już sami
domyślacie korridzisko biurokratyczne
>>>
* Popielate słowa – kolorowy taniec*
Popielate słowa mi mów
popielate serce mi daj Cyganko moja
w kręgu ogniska tańcz
ja będę upijał się tańcem
zwęglone sny w ucho mi kładź
uderz w kule nad ranem
po pewnej niedzieli zastygnie koguta czar
my nie przestaniemy tańczyć
zza płotu wyjadą wozy
kolorowe przeważnie zielone
skończy się świat nad Wisłą
tabory zgotują się do drogi w Puławach
już koła zdejmują z drzew
dzieci zaganiają do bud
Popielate słowa mi mów Cyganko
oczy moje zabaw grą
pęcznieją wikliny i gniazda spadają
Sandomierz czerwony Sandomierz
ochrzcił was Cyganów dziś
ruszajcie z Bogiem niech prowadzi was świt
Polska płynie do morza
jak tabor kolorowa w tańcu
>>>
*Wolność w koszu nad Rawą*
Sam stóg paproch kurdesz idą przez plac
dwa gołębie piją wodę z kałuż
jak w Kuropatach ciemno jak nie wiem
to ludzie to ludzie to nie gołębie kopalniane
gołąb oddał obrączkę i pożegnał się
fedrunek i malowanie jakaś cepeliowska
koronka ze Śląska mandatowa strefa
ubodzy duchem zniemczeni zapadają
na grypę pod krzyżami jest ich trzech
ludziom dobrej woli można pogratulować
cenny złom i fujarka skrępowanego
w błocie krwi dosyć poniemieckiej
porosyjskiej popolskiej
Katowice zimne jak neon betonowy
znak cnoty nad wielkim centrum
Chrystus w dymie oddalił się do Giszowca
nie widać go teraz na jasnym niebie
nad hutami pancerzownice huczą
Zurik gazeciarz zdrzemnął się na chodniku
ślusarz go zbudził obu chodziło o polskość na przodku
padły pierwsze strzały to koła strzeliły
autobus się przechylił i palić się począł
potem wyskoczył górnik i zaczął walić oskardem
potem wyskoczył azylant począł przepraszać
potem wyskoczył Jaworowski z gołębiem nowiny
potem wyskoczyła Glewczyńska i poczęła
wolność w koszu nad Rawą
>>>
*Jeżeli nie ja? *
Jeżeli nie My to kto
jeżeli nie kwiecistość mowy to co
papugi decydują na ten czas to i co
skrewi – tak powiedział Miller Niemiec
skrewi – tak powiedział Janosik Słowak
skrewi – tak powiedział Pawlak Polak
skrewi rząd
nawet wet wet
gdyby to i co
za
podzielmy się tym co mamy
podrywaniem bez przerwy i bez końca
Jeśli nie Oni to któż
skorzysta z miejsca przygotowanego
w nicości i wieczności lecz czy wyjdą
z Otchłani Oni tak jak My
niezawodni
Posilcie się wy stróże porządku
czas będzie wyruszać na przejażdżkę
może po ucieczce zginiecie na czczo
a może po zatrzymaniu będzie
wam burczeć w głowach
Zaprzestano rozdawania krajów pod zastaw
Oni chcą mieszkać obok nas
My nie chcemy mieszkać z nimi
Oni wracają pod swoje grusze
strach jest zrozumiały
to szalony naród
Jeśli Kościerzyna zbliży się
do Kobierzyna a Kobiór do Łomży
to wtedy można będzie liczyć na
spłynięcie po sobie odstających uszu
Jeśli nie My to Oni zbudują
redutę taką jak zbudował we Lwowie
Ordon ale bez niepotrzebnego śpiewania
po nocy i bez niepotrzebnego sądzenia
katów winnych krwi rewolucyjnej
w kompletnej piramidalnej ciszy
Wandeę pod Kolbuszową
gdzie sam Maczek został wujkiem
zdecydowanie odtrącając swoją pozycję
pokurcze i mdłe muchomory
w rządach
ja im dam przykład solenny
ja im dam kawałek stali do obrony
Jeśli nie Ja to kto
jeśli nie ja to kto policzy kości
jeśli nie ja to kto policzy im kości
tym co skrewijają
>>>
* Ojcze! Ocal*
Marzyłem, Pragnąłem
serce spłynęło krwią
Ojcze! Ocal chociaż moje grymasy
Wierzyłem, Kochałem
serce sczerniało w bólu
Ojcze! Ocal chociaż moje gesty
Dążyłem, Walczyłem
serce jak szron mieniło się w słońcu bielą
Ojcze! Ocal chociaż moje milczenie
serdeczne
*Ojcze! Ocal!*
*Poniewczas*
Zasnąć poniewczasie
jak prawdziwy Polak
wpaść w przeciętność Zamojszczyzny
z wyjątkowego Szczebrzeszyna
do przyjęcia sloganu w wystąpieniach
wystarczy popatrzeć na Kerouac`a
zdmuchnąć powodzią statek
zapragnąć deseru znowu po herbacie
w górach na szczytach liczyć lawiny
jak kiść ścisnąć prawicę Mikołajowi
jak prawdziwy Polak
nie wytrzymać i puścić się w te pędy
w zepchnięty z Lidy Mohylew
powiedział spiker piłeczek –
zaczęte drzewa mają się ku sobie
pewnikiem jedzie Zazu z Zawichostu
śpiewa w kinie w kabinie –
muszę odejść sam
bo żadna praczka nie wyszła za filozofa
a mamałyga Hucułów zadzwoniła
nie, to łyżka, kumo, to łyżka – rzekła Bojka
kurhan począł się pocić
prawdziwi Polacy zbezcześcili jego otoczenie
odpadkami po bitwach
wybuchł jednak wulkan emocji
w środku Europy jak w szkole
Zenon stał nad brzegiem stawu
poruszał spokojnie patykiem w wodzie
gdzie lśniły rybie ogony
z dębów podrywały się żołędzie
jak ostatnie Su siedem
to bezczelność, na Boga – wołał
bezkościelny syn Partii
Niewielkiej Niewielkiej Nieczasowej
bez matury z filozofii stoickiej
>>>
* Zemleć czas *
Znowu mielenie ziaren czasu
znowu ciasnota zegarów
poprzednio stłukłem białego gawrona z porcelany
w młynie
poprzednio wniosłem do ogrodu strach
jak kamienie
znowu dało znać o sobie mielenie
jakiż powód ku temu by w śniegu się nurzać
grawitacja w śniegu lewitacja po obiedzie
Skądże znowu moja panno nie ja tym kieruję
przecież nie stałbym na beczce
choć w niej właśnie zamieszkuję
Ledwo zamknął się w tym więzieniu
ledwo zdjął kalosze a już go napadł zbój okrutny
pożeracz prochu i sekund
z lewej strony sceny aż poleciało pierze
dla równowagi
Nie poruszysz się w Paryżu
nie poruszysz w Twerze
czas pomiędzy nie istnieje starty wojną
jakiś olbrzym trzyma wiśnię
zęby do ciebie szczerzy
zęby jak stępy
do miażdżenia godzin
Pościła ta tłuszcza pościła aż
wreszcie wkurzona się obnażyła
i sięgnęła po władzę jak gdyby nigdy nic
Zapada w pamięci ciasnota zegarów
pamięć pamięci nie równa trzeba
kochać nam na kresach trzeba
i w centrum obejmować Południowców
Zmielone organy nie wystarczają
na wieczór i trzeba lecieć po jeszcze
a ja mam tam intymny
podworzec co czeka na stangreta
nie leć, więc na oślep i na piechotę
popatrz w lewo popatrz w prawo
zgotuj to przymierze ja ci odpowiem
gdy zapieje kur a ja miotłę złożę
i słońce zaglądnie do gumna
gdzie nie ma już czasu
>>>
* Zapłać i idź*
Zapłać i idź
zapłać i jedź na wakacje
rzekła i jaka szkoda, że pękła
zmniejszyła się potem, o jej
zewnętrznie nie do określenia
pogardzała małymi uszami
zakatarz się nawet, jeżeli
taka potrzeba wystąpi
manna pada na falę rzeki
cebula kwitnie i pachnie
zakaź i idź
zakaź i idź na wybory
wrzuć do urny prerogatywę
gminną i ludową
przeoraną łapówką jak lemieszem
>>>
* Nosy*
Zepsute kości w nosie
karmienie deszczu miasteczkami
pospołu z drewnianą nogą
małe miasteczka kostnieją
popularne zamiecie są jak poryw
kwiaty wąchane jak chmury
pełen kosz baranów
struktury węgla w bryndzy
na łąkach leżą skoroszyty
zamknięte dziewice na szczytach
poruszony statek powietrzny
ledwo idące zegary z ptakami
zaproszono kiedyś ten wiatr
oto i on nad połoninami jak echo
bednarz spokojnie studzi wodę
skorzystała na tym wiewiórka
podeszła pod zagrodę mistrza
popasał popasał odszedł pod studnię
spodziewany dywan rozsnuł się jak mgła
ponad małymi górami nad morzem
spodziewany koklusz dziecka małopolskiego
zapadły bierwiona na capstrzyk
popędzić skamielinę stąd
zewsząd bociany na wieżach
wystające władze szurają słomą
wysoki profesor doi małą owcę
helwecki deser w zepsutej kaszubskiej wsi
koniec studni jest świtem bladym
zakochany drewniany ślusarz
skostniałe dewocjonalia państwowości
zamruczały telefony postsomnambulistów
nie byle jaki dochód na kolebkę tyrana
zepsute kości w uszach łysego
krzyż stoi na szczycie
krzyż stoi na szczycie
krzyż przymocowany jest na szczycie
krzyż wznosi się ze szczytu
zadarli nosy obolałe
>>>
* Na grzbiecie*
Maltretowanie misia na grzbiecie
pocieszenie towarzystw miejskich
blaga na całego w części północnej
niegdysiejsze nadzieje drapichrustów
gołoborza ich mózgów
melodramat za duże pieniądze
otumanienie sporej grupy
pewnie, że obywateli a nie zwykłych ludzi
skuteczne stworzenia czasu
potem zstąpił anioł ciszy krwawej
trzeba się wynosić stąd, ale gdzie
koledzy zastępują zwykłych ludzi
drzewa wiją gniazda w ptakach
oto twierdzenie na obraz i posłuszeństwo
pośrednie definicje kanibali
łodzie płynące na skróty
zebry w kolorze czerwonej Sahary
sekty na polanach za górami
myszy i obywatele buszujący w kukurydzy
kopcowanie zboża na dnie rzeki
przed zaporami przed elektrowniami
przewrotne ludziki idą od wsi do wsi
robią dokładnie to, co im kazano
zakopcowani stworzyciele cywilizacji
czernieją czaszki w ziemiankach
pelikany twardnieją na widok uniesień
dzieci wszystkich stanów
nad ranem pada deszcz przepiórek
niosą baldachim przed monstrancją
poprawne decyzje wygoniły żubry
buki pikują wprost na helikoptery
zapachniało sosem miedzianym
na krańcach zdrowia zakwitł grzyb
w popłochu uciekają politycy
gonią ich żółwie z mieczami w pochwach
śpiew dokoła pnia, na którym
ukazuje się rzecznik prasowy
białe chusty dojarek białe ręce naganiaczy
chwalą kandydata chwalą pierwszego
zbója w tych górach mówią, że
oddany sprawie pomaga biednym
łupić topić bić skamleć skórować
pomaga biednym wymachiwać członkami
odciętymi
>>>
* Dziękuję ci malkontencie za twoją krew*
Zapadają czasy zapada krew
w potulnym człowieku drzemie mecz
spadły już kogutki dzieci wyczołgują się
z bogatych miast dążą ku wsiom
Zrywa się garść ptaków ciemne góry płyną
niebem w kierunku wsi
małe baranki przenoszą się razem
z dokumentami osobistymi i flaczkami
kucają pod biernymi mostami przez chwilkę
poczęty wieczór reklamowany w prasie
przedwojennej zmięty jak gazeta
więźniowie szykują się do snu
Modre drzewa nachylają się nad grzybami
serca serca serca czekają na malowanie
kurczy się każde działanie w zamian
orkiestry wychodzą na łów ku centrom
miast ziejących kraterami i braterstwem
poprzednie zioła zamykają pałanie i duszności
zagadkowe miny prezenterów przeradzają się
w perłowe uśmiechy ciągłych kandydatów
mający rację jedzą jedzą w otwartych oknach
dziękuję ci malkontencie za twoją krew
woda tryska z dziur w rurach kochają myszy
startuje latarnia startuje pogoda spada
pokraczny niewybredny śnieg jak
indiański taniec nie na tę okazję
>>>
*Zawróciłem spod Golubaca*
Zdecydowany na likwidację Golubia-Dobrzynia
zawracam spod Golubaca
rzekę wyzwoliwszy przerwaną tamą
pokochałem folklor zniszczenia
zostałem na dłużej pod dnem
obserwując szalejące żywioły
pchnąłem we śnie Turka
Komendant wezwał mnie celem
uskutecznienia spowiedzi i to tej
bez bólu głowy po i przed
natychmiast wyznałem jak dziecko
swoje przesłania zapomnienia podniety
Oko zmrużyło się zadzwonił dzwon
poszły spać brednie zbudziły się we mnie
zadośćuczynienia krople i bekasy
Nie zdążyłem wrócić przez Pusztę
zamknięto Uniwersytet Gołębiowski
Popatrzcie jak oszukują spokojnych ludzi
popatrzcie na ich sterane bronią ręce
krew wypływa spod murów
obserwuję smoląc szczapy jak Gedeon Jerrubal
wkracza w granice Polski ze swoim swojskim wojskiem
Perpignan do dyspozycji Zawiszy Czarnego
było jak zwykle w tych latach
wyprawiłem się zamiast niego na ichnich Szkotów
jedno pchnięcie spadł z konia Szkot Turek
Żyd i Czech i Europa zadrżała konie zarżały
rapujące konie odjechały ku granicom
Zewsząd nadzieja matka zewsząd dobre chęci
malkontent zdrajca żyjący w Kijowie
malkontent zdrajca żyjący w Chorzowie
malkontent zdrajca żyjący w Spychowie
przeprany wrócił z zagranicy i usiadł na zydlu
sowa spod okapu przeniosła się pod wielką krokiew
kręcąc głową słuchała i notowała w swym
asfaltowym notatniku wojny
Psiakrew! Zaklął wierny druh, miałem sen
w czasie bitwy, gruchałem z jakąś snajperką
pokalane jej nogi widziałem przed śmiercią
gdy kula trafiła wyjąłem miecz rozciąłem
otwór wlotowy i wydłubałem pocisk
odrzuciłem go
w kierunku Garbowa i Goleniowa jednocześnie
i tam eksplodował raz jeszcze
zaszyłem ranę jak Rambo wsiadłem na motocykl
i pojechałem za psem biegnącym obok konia
Psiakrew, zaklął wierny druh i umarł
w sali rycerskiej, pochowano go
na środku piwnicznej izby w Opatowie w centrum
w jakiejś starej kamienicy nogami
w kierunku Wisły Malinki i Dunaju jednocześnie
>>>
* Na terenie przylegającym do więzienia*
Pełnił zaszczytną służbę na terenie przylegającym
do więzienia
stary dąb chronił go przed deszczem
piękny rozłożysty stary dąb nad strumieniem
wystrzelał wszystkie naboje i usiadł
otarł czoło podczas spożywania drugiego śniadania
również w trakcie spożywania kichnął
zakrakał kruk na czubku drzewa
zza góry wyleciały trzy helikoptery
i przeleciały mu nad głową gdyż leciały
bardzo nisko jak w Wietnamie
nie przerwał jedzenia gdyż był
bardzo ale to bardzo głodny
a poza tym był po przepiciu i pragnął wciąż
Niewiele brakowało i porzuciłby tę służbę
w młodości zaczętą
poproszono go do zdjęcia i stanął za
szczotką do zamiatania podłogi
nie wyszedł na tym zdjęciu oj nie wyszedł
miał niezachwiane poczucie płci
i nie oddał się nikomu ani w więzieniu
ani przed
jego oczy wyrażały ból egzystencji o poranku
a wąsy umoczone sztywniały na wietrze
Powiedział po jutrze wyjdę z tego miejsca
ale wtedy to już nie tylko tu nie wrócę
ale nawet więcej będę wędrował po Wielkim Świecie
do końca życia wypełniając się świeżą wodą
po horyzont
>>>
* Krucjaty skończone *
Skończone absolutnie krucjaty
najpierw decyzje potem oskubanie
zabawa dla wszystkich wszyscy dla zabawy
Budionny pożarł dinozaura to takie modne
skąd zepsute gady wtargnęły na posady?
okrutnie zdeprecjonowane ludzkie zachowania
kochaj albo czuj to samo na wszelki wypadek
żeby mojego kolegę mysz kopała
zastanów się nad pamięcią tego tam
koniecznie zaniepokoić konduktorkę na zakręcie
jeden dodać jeden to dwóch lekarzy
jeden choruje drugi nie, ale perspektywa kolego
pokażcie, na czym jedziecie pokażcie coś
zerwane sztandary poszły w las
odłożyć kopie miecze wysmarować zakopać konie
Brzetysław krąży w okolicznych lasach
kiedyś Japończycy wyjdą z beczek pójdą w obce kraje
proste słuszne krewkie i na domiar tego absolutne
jak Jowisz jaśnieje pomarańczowa mgła
ponad Etiopią ukazał się deszczowy samolot smoka
Bajdar zapadł się w las kędy zwijała
się skóra czarna jakiegoś podolskiego węża
powiedzieć na wskroś to jeszcze nic
o kogóż walczyć, gdy naród tak wspaniały?
nocą kazirodczą przewidywać wykorzystanie robotników
wieszać wilki na skałach pędzić terapeutycznie
po wielkie kamienie do stacji benzynowych
powiększenie jakiegoś domu powiększenie pieśni
tam skrył się Batu jakże smutny
Pol-sport
Pol-sat
Pol-ka
Pol-ak
po krucjacie
>>>
*Pocierpieć chciałem*
Żaluzje i story zasunąłem
pocierpieć chciałem
w samotności brakło smutku
ich szyderstwa zastąpiły pamięć i prawdę
Pomalowałem szyby na czarno
pocierpieć chciałem
w samotności brakło skruchy
całowanie ścian i portretów przodków zastąpiło jasną przeszłość
Zabarykadowałem drzwi regałami z książkami
pocierpieć chciałem
w samotności brakło nawet łez
leżenie krzyżem w kuchni zastąpiło ich poniżenia
Wyłączyłem prąd, zakręciłem wodę i gaz
pocierpieć chciałem
w samotności brakło prawdziwego eremu
nagłe mistyczne olśnienie zastąpiło drapanie podłogi
ktoś zapukał do drzwi
zawyłem z bólu
*W samotności*
* Poskromiłem czarne łabędzie nocy*
Poskromiłem czarne łabędzie nocy
dotarłem na nich wszędzie
popłakałem się na obcej plaży
stworzony obraz człowieka wymknął się spod kontroli
będzie mała kolektywna korekta na słońcach
świat zamknął się w czerni
łabędzie zatrzepotały wielkimi skrzydłami
po pachy zapadłem się w piach
kogóż można tu odnaleźć samemu będąc
zagubionym tonącym w oczywistej słabości
Perłowe mechanizmy wodne wydostały się
na powierzchnię morza całe w wodorostach
pędźcie kochani ja pogonię za wami
zęby szczękają z zimna jak małża
pewnie lunie tropikalny deszcz
sputnik odkrył serce burzy
chmury wybiegają na demonstrację
czerń nade mną pióra rozrzuca wiatr
klaustrofobiczne wspomnienia z przebytych piekieł
nade mną miotają się pękając
pragnę odmienić stracone chwile
pragnę odmienić biegnące chwile
peryskop wystaje z dzioba ptaka
markuję powrót nikt na nim się nie poznaje
grzęznę dopingują mnie ptaki ptaki
popatrz na jej sen nie oddalaj się
śmierć na plażach Falesy to nie twoja sprawa
to sprawa żółwi to sprawa stalowych żółwi
to sprawka żółwi z Warszawy żółwi telewizyjnych
udających pacyficzne
>>>
* Gniazdo ze styropianu*
Ze styropianu gniazdo spoczęło na dachu
dobiegliśmy do tej chaty w samo południe
my do bocianów urnami innej nacji
a bociany do nas swoimi odchodami
jakże długo trwała ta wymiana ciosów
odchody spaliły jedną stronę domu
krzew bzu i starą syrenkę a my
nie wcelowaliśmy ani razu
potem odeszliśmy do lasu po grzyby
myśląc, że może jakimś zasuszonym
mleczajem uda się dosięgnąć te ptaki
zanim osiągnęliśmy pierwszy zagajnik
z wioski nie pozostało już nic
ogłuszający klekot poćwiartował zabudowania
ptasie kupki wypaliły wszystko, co zielone
na ziemi i w powietrzu
łopot skrzydeł wzbudził huragan
który zmiótł tą polską wioskę
pozostały tylko w okolicy żydowskie cmentarze
klekoczące niegdysiejszą rozpaczą
>>>
* Skuteczny dzwon katedry nadmorskiej*
Jak to było z tym morzem?
jak było z wybrzeżem?
grzecznie
w otchłaniach świadomości
wertując czasopisma na plaży
z pozoru rozkoszne dzieci zabawiały się
jak truskawką małym palcem
rozebrane glony wypłynęły na brzeg
ona jedna z blizną w kąciku ust paliła trawkę
siedząc przed Grand Hotelem
jakimż to zamiarem było połyskiwanie
w słońcu na molo
białą koszulą swetrem rozwianą blond czupryną
czemuż to wyszywany dżins wstydliwie
okrywał muszle krabów
ze schodów na górze wyfrunęły kawki
mam wciąż nadzieję – rzekł latarnik
radary obracały się jak gdyby nigdy nic
wzdłuż siatki ogrodzeniowej
pod ciągłą obserwacją żołnierzy,
którzy wysiedli z autobusu podjeżdżającego
właśnie pod bramę jednostki jak jakiś
attache Ukrainy
bębniąc na puszce po oliwie
tykając wzdętego konia na zwodzonym moście
patrzysz na ostatnią parę na piasku
kochającą się oddalającą się ku wydmom
sen w pianie cały dociera do kocy
spadają staniki żubry podnoszą łby
mówisz – idź dziewczę tędy prowadź elektrowozy
przez mosty i wiadukty do brzegu stromego
założono kaftan na blade ramiona
zaprowadzę cię Syreno na kamień posadzę
przyprowadzę ci Syreno rycerzy stołów okrągłych
zaśpiewaj stołeczny kwiecie wysłany za rybą
powiedzieć o bałwanach to jeszcze nic
popatrzeć na majorową opalającą się jak glony
to móc przebiec jedną noc jak kostucha
pelikan na przystanku tak zdewastowanym
obok przeszłości obok przyszłości
padają na wodę już trupy lub jeszcze żywi ginący
z barek desantowych
lapidarnie przebiegli marynarze w słowach
do mety przy latarni przybiegł Polak Biedny Pierwszy
skuteczny dzwon katedry nadmorskiej
niesie wezwanie pogan i echo morszczynu
popraw lata bukłaki i sieci nad wpadającą rzeką
komunikacja zorganizowana w dworce i przystanki
rybami smażonymi powiewa w kurortach
jedzą lizaki patrzą na chińskie smoki
łodzi podwodnych na lekarstwo
desant wysiada z zaświatów
by uspokoić sumienie wodorosty pływają jak ryby
docierają do czekających sieci
pęcznieją piosenki dziewczynek
po powrocie gryzą komary
to potępienie jaźni
tam na dnie lochu spotykamy Neptuna
ani słowiańskiego ani germańskiego
ani nordyckiego ani fińskiego
tylko aliancko uniwersalnego
>>>
* W hełmie z butlami i detektorami*
Początkowo polatywałem na podwórzu
ona patrzyła z okna
czerwone maki padały do jej stóp
krew tryskała na nie
jechać kazałem wszystkim czołgom
wozy strażackie ruszyły same
statki kosmiczne zamieniały się w placki
petardy wybuchały jak Elvis
blues towarzyszył mi pod jej oknem
jeżeli kochałem cokolwiek to ptaki
zaśmierdziało za bramą pokazał się diabeł
popędziłem za nim w zboże
kora odpadała od drzew
wierzby płonęły gdzie stąpał
ziemia wybrzuszała się gdzie tchnął
poszedłem w skafandrze do bitwy
w hełmie z butlami i detektorami
wspinałem się na konie i przyczepy
zegary spadały jak gwiazdy
blues towarzyszył im, gdy kaleczyły mi uszy
Ziemia jak miednica dzwoniła
uderzana patykiem jak kością
a kościoły frunęły w powietrze i spadały
muzyka ludowa siadała na piórach
kręciły się siły państwowe
zamiatały sobą towarzyszki z obozów
po każdym skurczu demonstracyjnie
upijały się nauczycielki i biły uczniów szpicrutami
szkoły przemienione w centra
światowych namiętności rosły w oczach
obradowano dzielnie tygodniami
obradowano dzielnie nad kokosami i nacią
małe rzeki w Afryce były na widoku
malowano krzywe historie wieczności
zebry wracały do Kapadocji z Cylicji
lwy ryczały z bólu zębów
wychodzili z Hadesu i wchodzili w Styks
śnieg padał na kwitnące sady jabłoniowe
mrówki wytaczały przeciw termitom
propagandowe działa prasy
małym sercem miotałem się na greckim targu
widziałem ją w koszach pomarańcz
ona wychylała się z każdej oliwki
śpiew muezina jak ryk rakiety-lwa
pacierz już na Księżycu
tak nie długo już polecimy
by spotkać ją
polecimy całą rodziną
>>>
* Drżę dziś jak Ezra*
Drżę dziś z powodów przynależnych poetom
drżę dziś jak Ezra w szpitalu dla wariatów
mając rację nie więdnę jeszcze pokryty śniegiem
ludzie poczęstujcie się świeżymi bułeczkami
wędzonymi na wietrze historii w sposób tradycyjny
jakbym widział nietoperza mam w tym udział – rzekł
na bagnach nie tonęli Polanie, lecz stali na palach
kapelan pali bożka kapelan umiera na przedpolach
wschodnie soprany nad brzegami rzek
zimne kry z dziećmi zimne sanktuaria opustoszałe
czekam na Cyganów, którzy mają dziś
przypędzić konie z nad Cisy
Drżę przywalony ping-pongami po same uszy
tonę w ping-pongach jak w jajkach
nad nimbem księżyca dostrzegam duszone selery
nać zwisa nieodcięta zasłania jakiś ocean
cisza w tej zgrozie ludzie idą do szkół i przedszkoli
coś ich niesie jakieś licho
a może to sam Duch Święty w sprytnym przebraniu
wyrażenia są jak sowy polatują nad urnami
cmentarze świecą oświetlają twarze polityków
naród bez nadziei lud bez nadziei dźwiga
na barkach swoich ciemięzców
Drżę na ich widok
>>>
* Koczował w urwisku*
Pomyślny – tak go nazwano, gdy koczował w urwisku
zdychaj – słyszał jakiś głos na kirkucie
zaczepiony na moście kopnął konia z zamachem
poleciały kwiaty w bukietach wprost do rzeki
zapanowało zamieszanie na przyczółkach
posypały się stare kamienie i zatrzymano autobus
wysiadł z niego zdesperowany mnich i splunął
w twarz komendantowi, który nie chciał zasłonić
tablicy ku czci funkcjonariuszy strzelających
do Semitów w sposób specyficzny i narodowy
Zewsząd nadchodzili ludzie i nieśli płyty kamienne
nowego typu
zamaskowani ludzie Wschodu
Pomyślny niezadowolony z przezwiska
zdeptał żmiję niechcąco i podkasał nogawki
był gotów znowu zaskoczyć
>>>
* Lepszy w garści ssak*
Lepszy w garści ssak niż wróbel
lepszy najmita w domu niż Aborygen na wygnaniu
męskie piersi opalone są porywające
na katamaranach płynących do Australii
zwisają transportowane ryby latające
wczepione w wanty jak w makaron
lepsze czterdziestki niż trzydziestki
po co tam aż zawędrował Dżingis Chan
mur przeszedł jakby go nie było
potem się wycofał przez jego pozostałości
dziecko służyło w zastępach
posłużono się dzieckiem zanim urosło
więźniowie narzucali głazów w parkach
pogonione wiewiórki założyły sprzysiężenie
lepszy orzech zgnieciony niż żaden
tymczasem mleko wylało się z Chin
surowe mięso wystawało z ust Aborygena
i to go zgubiło
wyrwali mu je wraz z językiem
przyszli więźniowie i założyli obozy
pomodlili się do Dżingis Chana Onego
padł rajski ptak i zsunął się z dachu
wprost w dłonie bohatera narodowego
a ten zawołał – spójrzcie jak śpiewnie ryczy ocean
jak ryby powiewają na wantach
>>>
* Idealny człowiek świata*
Stworzyłeś coś, co nie miało ulec zniszczeniu
stworzyłeś idealnego człowieka idealne państwo
a przepadło jak mara
Powiedziałeś – odwiedzę cię w więzieniu
samotność pozwoli ci dojrzeć nieznane
a umarłem nim ty się zjawiłeś
Skorzystałeś z jedynej nadarzającej się okazji
podniosłeś sztandar wysoko
a niespodziewany atak mrozu usztywnił płótno
i nie załopotał nad głowami
Miałeś podziwiać mnie i moje dzieła
ja miałem pracować dla wszystkich wyzwoleńców
a ostał ci się jedno krzyż
na szczęście niezniszczalny
*Jaworowi ludzie*
Hej tam pod jaworem
jaworowi ludzie czerwone ich nosy
wskazują na samobójców z Bieszczad
uciekali przed życiem uciekają do dziś
prostowali na beczkach wszystko
nawet dewocjonalia z Jasnej Góry
wyprostowali krzyż na beczce
oto Polska niezwyciężona przez obcych
zgnieciona przez odmrożeńców nowobogackich
zakasłali pod jaworem z głodu
zarzucili wory na plecy
w słońcu jak skansenie
zadzwoniły pogięte mosiężne krzyże
połamane orły cynowe
>>>
* Sprostowanie*
Sprostowanie, czas na sprostowanie
sukces przychodzi po niewczasie,
gdy już wszyscy wyleczyli kaca
mam mambę na takie sukcesy
stolica jadu zamieniła się w klub
herbaciany nowalijkowy, ale cóż
dobre i to na długie zimowe wieczory
patrzcie jak w muszlach kwitną różę
nawet nie wiedzą o tym i nie wiedzą
kto, w co gra na olimpijskim stolcu
pewien zadufany w sobie skamlacz
obudziły duchy wysłał na tamten świat
tych, co nie potrzeba
kazał się chwalić
a nienawidziła go większość
poczuć wolność i swobodę nie będąc w górach
kazać sobie podać całą krowę w oliwkach
będąc w bardzo wysokich górach
gdy rzeki płyną, płyną i stają
zamiast kruchych chrustów zeszklić smalec
trociny się mogą wysypać po wybuchu
całkiem realne zagrożenia stolicy
lecz nie całego kraju, gdyż będą wyrywać powoli
złorzeczą strumienie a armia nie przekracza
a armia nie rzuca kości
armia podjudza
>>>
* Dewocjonalia kremlowskie*
W zapadłej mieścinie czas dłuży się gąsiorom
ich pułap sczerniał od sadzy
dewocjonalia kremlowskie spaliło słońce
nie ma co pokazać wieśniakom ze Słowacji
odwiedzającym kurnik o wczesnej porze
Truchleją na połoninach konie
lekko oswojone trochę wolne z natury
dosiedli ich wieśniacy z Polski Południowej
Membrana nieba drgnęła wypadły śmigłowce
po niebie jak meteory przemknęły
nieostrzelane oddaliły się w kierunku
krakowskiego Dien Bien Fu
Stolnica wypadła z rak leśniczce
pierogi potoczyły się pomiędzy kury
i pijanych drwali leżących pod progiem
ktoś w kapturze na głowie zapalił papierosa
pod stogiem siana puścił dymka
Zahuczało zapachniało karbidem
żona sekretarza partii pokazała rogi
telewizor rozpadł się na dwoje
zakrzyknęły zwierzęta lasów i pól
lasy wydały westchnienie i zwiędły
sekretarz partii wyszedł z wybuchu
z uniesionymi rękami pokazując rogi
>>>
* W drewutni na księżycu *
Znajdziesz wszystko co zostało zgubione
ciemny las i suche wierzby przy drodze
twoje korzenie już nie zatrzymają cię
na skraju wioski lub miasta
Biały dym snuje się pośród bezgłowych
mały kotek rozmawia z osłem
dopiero będą robić zakupy w geocentrycznych
sklepach na dnie piramid
dopiero w przyszłości
Znajdziesz złoto w koniunkcji zebry i kotła
zadrzyj głowę popatrz przez spódnicę
męczona samica jest obrazem Ziemi
skąd wiesz i skąd przychodzisz
skąd go znasz
to nic, że wierzby uschły możesz spalić wszystko
możesz iść nad skraj gazety wielkiej jak kosmos
znów tętni życie w sercu ptaka i sen
pojawia się znowu
blade kominy i kaniony w głowach
sam zapalisz znicze na wulkanach
sam powiesz zjedzmy parlamentarny ser
Zewsząd biały dym dziecię choruje w tym
poważne gazety stają się słupami Heraklesa
potem zgasły świecące nogi weszły w ciżemki
postawiły spody na schodkach, gdy dym biały
snuł się po kamiennych płytach
drzewa poszły i tyle ich widziano
drzewa poszły w górę
zadarte głowy zadarte sumienia
nie korzystaj ze słabości poćwicz
idź długo idź
zasmarkany na drogach nie zatrzyma cię
powiesz – gwałtu rety, co się dzieje
drzewa się przewrócą pioruny pójdą w hel
ale zawsze łzy prowadzą i wiesz, że
po mgle następuje bitwa czołgów na płaskowyżach
lub pod wzgórzami tam się to wszystko skończy
i będzie jakiś czas spokój
w drewutni na księżycu
za słupami
>>>
*Napić się cieni w klasycznej Grecji*
Czy mamy dzielić się codziennym chlebem
z poszarzałymi stworzeniami kłamstw?
czyż nie lepiej napić się prawdziwych cieni
w klasycznej Grecji?
pobitej Grecji
polec w Termopilach
uczyć się trzeba jak ginąć w walce
na redutach Warszawy i szańcach Lwowa
cóż, czy sczezniemy na kopalnianych hałdach?
zmiażdżeni przez czołgi w bramach stoczni i hut
czy padniemy jak rybitwy na wiślanej łasze w Sandomierzu?
zatrute słowem Podstolego
czyż nie lepiej
z Lacedemończykiem Nowosielskim na Ochocie?
*Napić się cieni w klasycznej Grecji*
* Pominąć schody *
Pominął schody
w kwestii niewygody
jaśmin za załomem przepadł
na wylot ścierwo tchnęło
w akademiku jak w jamie
trolejbus za załomem
spadał samobójca
Ledwo żywy wyszedł z opresji
prędzej go obniosły
przekupki na mostach
prędzej go wykształcił prezydent
z memorandum nad wodą
Pokrewieństwo z diabłem
jest na językach
nie był w Palestynie
nie zgubił paszportu
nie najadł się do syta
Po czym zapachniały pomarańcze
temu na miseczkę
a temu łyżeczkę dziegciu
załopotały wielkie liście
wyrastające z ziemi zafajdanej
Zetknął się z jaśminem w końcu
buszmeni przyszli do tego wielkiego domu
krzyczeli grozili rzucali dzidami
serce się rozwarło za kolejnymi drzwiami
których nie było i zdecydowanie
niepamiętliwy łkał w kotłowni
kurczące się węgle wychodziły mu na płótno
jednak się wykaraskał
choć pominął schody
>>>
* Domagam się powrotu zewnętrznych oznak burzy *
Zwróć mi moje plany moje zamieszki
zapalczywością znaczone domysły i wybiegi
popatrzyłem na bitą blondynkę
zdecydowałem się w sekundzie zostać premierem
i poświęcić się dla blondynek społeczeństwa
demolujące spojrzenia demolujące ruchy
goście w kaskach z tarczami pod wpływem narkotyku
ona jak na paradzie prowadzi siebie prowadzi swoje nogi
stocznia staje Kędzierzyn Koźle wyłania się
obcy przekazują sobie kluczyki od polskich drzwi
ja szemrzę uderzając o brzeg smutku
przepaście zamieniają się w klify
błędne ptaki kołują nad demonstracją
telewizja nakręca wszystko ze strychu
tam gdzie serce toczy pianę – mówię
– chcę mieć na powrót ucieczki z flagami
jakie lapidarne uśmiechy pomieszają się
z byle jakimi bliznami na policzkach blondynek
Zwróć mi moje cierpienie na dojściu do wejścia
bez pieniędzy bez oscypek bez myślenia o niemożnościach
powróciły w furtce skojarzenia ze statuami
powiększył się sezonowy upływ krwi w dziąsłach
zaprzepaszczone modlitwy stały się wyzwoleniem dziś
to dziś skakało na widok okutych zomowców
dziś domaga się poszanowania wolności miłości zeznań
bałagan w kolanach pewność krążenia
jakieś biurko przed stocznią na plaży jakieś pudła
domagam się powrotu zewnętrznych oznak burzy
na zamkniętych koncertach przed halami
na zdjęciach beznagich beznowych na bezgałęziach
zabrano odtwarzane portrety telewizyjne
skurczyły się komórki gwiezdne muzyczne patriarchalne
po co więc zaczynano – żeby nie kończyć?
i to, kto? MY – spowiednicy blondynek
samych wolności
>>>
* Śmierć złudzeń *
Żeby krwawy sen zamienić w krwawienie
nie wystarczy potrzeć różą skroń
Żeby zdecydować o śmierci złudzeń
nie wystarczy pomacać bałwana
Kurczą się moje pola hasania i płakania
modlitwa je zastępuje i ukojenie
jak mam cierpieć teraz, gdy wolno mi
tylko cichnąć cichnąć lub błogosławić ludziom
Mam małą drewnianą kołyskę
układam w niej instrumenty muzyczne
raczej staroświeckie i raczej ludowe
gdy krew wciąż wylewa się z kołyski
do kurnej chaty gdzie stoi kołyska
wpuszczam kury by przyglądały się
temu, co nazywa się pieczeniem chleba
po polsku dla maluczkich dla pokoleń
Żeby tak raz zdecydować o śmierci złudzeń
i bogacić się bogacić w nieskończoność
nieskończenie kochać wszystkich
i zapominać o bożym świecie
na planecie bez krwi
żal jednak umierać bez cierpienia
>>>
* Mydlenie jaskini podczas zamieci *
Jutro nadejdzie jutro
potem spory kawał kosmosu uczyni zadość kamieniom
pomodlić się można wtedy do toporów
czyżbyś słuchał mnie?
omdlewa księżniczka pomorska
jak miałem na celu zniszczenie to stałeś przed tarczą
jutrzejsze młyny w tobie drzemią
koryta porastają mchem
mogłeś zabić a jednak nie zrobiłeś tego
potem ona rzekła – z kolei ty
meandry rzek
pod prąd zimorodki
nawet krzyżodzioby nie śpiewają
przed bitwami z komisjami kosmitów
potężne grejpfruty i słodki uśmiech ze śmietaną
szałowe gofry na dworze wiatru obok turzycy
i jakież te kobyły były sprytne na grani!
rzucając do kosza trafiały zawsze dwa razy
polepszony barszcz bez czapki w telewizji
denne zapytania na wizji
on wiedział, że marnotrawi
mydlenie jaskini podczas zamieci
mewy tam nie zamieszkają
wywiad przeprowadzony z kustoszem państwa
małpa na łańcuchu na monitorze
śpiące drewniane lalki w Dwerniczku
czyżbyś wysłuchał mnie?
>>>
* Koniec epoki karłów *
Skoligacony z kołtuństwem
patrzący nań mam od wczoraj torsje
zapadam się w gniew chwytam się
żeber wystających z brzegu rzeki krwi
wichry porywają wszy do miast
karaczany polują na koczkodany
ktoś zapomniał o metodach
jakiś bohater miał dość na dziś
wystawiam bociany na strzał
pradawne zamiary dziewic
tonę w zawiści chwytam się
warkoczy rosnących na brzegu stawu łez
popadam w osłupienie osuwam się w gnuśność
skrzykniętych na pokaz rac ludzkich
zerwij totemy – woła Pradawny
ja skomląc pukam do drzwi Baranka
ich wejrzenia nie przerażają mnie
na mnie nie pada cień
na mnie padają ich spojrzenia pełne oczekiwania
zdecyduj sam jak prowadzić dalej
lute spory na korzyść kamienicy
pełnej wzbierających ciał zamiast
pęczniejących mózgów kamienicy
wezwanej do nieba wyrywającej
swoje fundamenty z ziemi i udającej się tam
biorę odwet na kołtunach
przewiduję zamianę szaleństw na świętość
i koniec epoki domniemanych karłów
nie rozstrzelamy kołtunów
nigdy takiej mody nie było i nie zanosi się
na to, lecz coś z nimi zrobić będzie trzeba
i z ich partiami przy władzy
jak zmienić ich w gigantów tablic
depczących karaczany?
>>>
* Powiedzieć kocham to zbyt mało *
Powiedzieć kocham to zbyt mało
najważniejsze jest sklepienie nieba nad morzem
lekkie nuty płynące jak życzenia po falach
poprzez popołudnia ciekawości
powiedzieć pocałuj mnie
to jeszcze tak niewiele
zewsząd znudzone damy w samych kapeluszach
krajobrazy w doniczkach przedokiennych –
popatrz na tę łanię jak czuwa
zrównałeś z ziemią księżyce pobożności
potrzask uczucia okazał się
całkiem przytulny dla chcącego
marzenie ziściło się jak kolory
na rynkach i forach
jak kolory na wzgórzach
jak wzniesienia na tęczach
jak palec w oku cyklonu
popatrzeć na pewność małych zwierząt
goniących się na wzajem
po pustyni
pod brzegiem rzeki powiatowej
lub wielkomiejskiego nilu
mędrcy kochają popołudniami
czekają na drabiniaste bankowozy pieniędzy
i drzemią spokojnie
popołudnia przechodzące w wieczory
jak słowa w sen
to miłości
>>>
*Wyjąć strzały z sumień *
Zapadły się genetyczne sumienia
ludu mój ludu po cóż ci te strzały?
jakieś drzewce i tarcze wbite w ziemię
czaję się jak druh na dębie wśród gąszcza
będę napadał mimikrą
upodabniam się do otoczenia
wymierzyłem kolejny raz wyszczerzyłem zęby
okiść na jeziorach dumnych
leci ten mój prom na księżyc pływający w wodzie
ślizga się jego odbicie startowe
gorące palce u nóg i serce wielkie
w marnym, ale to marnym ciele
ciemność dostępna dla sumień
po pewnym czasie na jeziorach łysi
i niewykształceni w śnieżkach ślubować poczęli
meble się przesuwały same w pokoju
gdy orędowali –
zęby w ścianę zęby w ścianę
zapaść gęgniętych perkozów na takich
wyspach jak to molo wypadło przed
stromizną pojezierza
siedziałem w gnieździe poety
zapadły się historyczne tezy w chłopach
ale jeżeli będziecie przezywać chłopów
to ja wyjdę z tego miejsca, czyli z Sejmu
wprost na Wiejską
pogoniłem kota na wschód odbił się
od częstokołu uderzył o bramę zębem
poczwarki wychyliły się
z organizacji wiecznie żywych
plwają na nie zebry
plwają na słusznych
obydwożerca jeździ autem a nie czołgiem
– powiedzmy sobie to –
powiedzmy wreszcie sobie to –
czas wyjąć strzały z sumień
>>>
* Na moście w Awinion*
Ostatnia wybiła godzina
na moście w Awinion
ostatni przejechał pociąg baletowy
z Biskupina do Budziszyna
wedle stawu posypały się razy
przeszedł wykopany majster
po pewnym czasie spopielone szczątki
przemówiły, bracie, oj przemówiły
ostatnią wole wyraziły
na zebry weszły wbrew kwiatom
oprócz koneserów ciężkich przestworzy
zmuszony jestem zapraszać
niewybredne sprzątaczki lewych patronów
spójrzcie chociaż na ciemięzców
oni biegają po klatkach zachwalają rady
odezwij się do takiego, to ci zapłaci
i wykona przysługę
ostatnie szelki nad oceanem trzasły z bicza
wtedy, gdy był to moment
najbardziej nieodpowiedni
zgromadzenia guru podeszły do sprawy
nader siermiężnie i siarczyście
podejdźcie no tylko – wykrakali Polacy
– podejdźże no tylko – wykrakali Polacy
z nami jest Niemiec, z nami brat Wandal
wielkie smutki i oczywiście nie nadworne sumienia
z nami zanim znikąd krew
ostatni Moskwianin tarmosi Europę za poły
wy mię wy mnie poznacie towarzysze
Kujbyszew nie zawierał w sobie
nic a nic wulgarności
zaprzepaścił grzebień
nie mało strąceń za to
ostatni raz podaję ci raphaholin
komuś trzeba skraść komżę
zakończyć razem z gawronami
jestem dudek jak trzeba
umiem się stroszyć w trawach i czekać
jak Basajew jak Yehudi jak Pendżab
jak wszyscy na moście z Pięcioksięgiem
>>>
* Among *
Ameba
Armstrong
Among
ludwisarz klawikord
Antoine
Amerigo
Apostrophe
piszczałka strzelista
Andegawenki
Asztarot
Amur
szczęk łańcuszków i zameczków
Anno
Aprecjacja
Aszu
ciągle dzwonią brodaci naciągacze
>>>
* Moje Ja *
Wdał się w pyskówkę
jak długa jest rola pewnego tułacza
a tego mi nie żal, co nie czuwa
zmień teraz serce
po którym spotkaniu wystąpisz
nawet nie wiesz jeszcze
jak wielkie są oczekiwania Teresy
wypaplała, co wie i nie wie zarówno
sowicie nagrodzony i popularny
z którym porównasz się
z którym wygrasz tę bitwę
moje jawne kontakty są skończone
dumne tłuste ryby we wnętrzu ucha
pokaż mi drogę
a nie mówiłem
a nie mówiłem, że z tego nic nie będzie
po twym mleku można się spodziewać
już dokładnie wszystkiego
spójrz na dziewczę i piorun
skończył podstawówkę i pod wieczór
zerwał z niej odzienie
powiedzmy o wierzbach
jak na złość jej wierzbach
podjechać czy nie podjechać
ludowe skamlenie w Zawichoście
tam dają ludzie prawdziwi
moje skamlenie się nie liczy
według Wisły kolejarze rządzą
czerwonuch płynie do nurtu głównego
piasek przestano wydobywać
czerwonak stoi na czatach
jesiotry wykończone turlaniem stanęły okoniem
czarownym
po kolejnym krachu ocknięta
tam slipy leżą po niewczasie
zaiste spadł z drabiny
ocknął się i rzekł –
a moje ja to już się nie liczy
>>>
* W mezozoiku *
Spróchniałe rzeźby dewocjonalia małe
zaprzestałem ich nazywać
są i bliscy i pukają do drzwi nieba
w zielonych płaszczach i kapeluszach na
łaciatych głowach nieobraźliwych
przede mną drżą w świetle ołtarze zaprzestania
naprzeciw zgubne ich czupryny i zegarki
mam świadomość, że nie żartują
gazety weszły tylnym wejściem
czuwam nad ich uczłowieczeniem ostatecznym
wierzby zaskrzypiały w dewonie
poświeciło poskrzypiało puściło
kartki papieru na podłodze
deski zostawiają ślady
zmożona chorobą sieć
zmrożona śniegiem Ulena Rosjanka
potwarze na zebraniach gdaczących
zaokrąglone twierdzenia biednych robotników
wezwany karnista struchlał na wiecu
po pewnym czasie zatrzymała się kolumna
za załomem zaczęli się myć i pienić
on wytonował wypowiedzi a ona
go zaczęła naśladować
poprawnie skrzeczące łapserdaki
na plaży w lutym na plaży bez psa
jak odludnie jakby organy przestały grać
jakby harfy zatonęły przed klifem
w mezozoiku
>>>
* Z peronu na Marsie *
Z peronu na Marsie wyruszył pociąg
to nie była stacja to był peron
po pewnym czasie zastopowany
przez wieszających kiełbasy – stanął
W tunelu śmierci zakłamani politycy
zaczęli budować drezynę na prąd
wyszedł z tego wieloryb stalowy
na kołach żelaznych i dało się nim jechać
ruszał płetwami jak anioł
Śmiało podnieśli szlabany
ludzie zapłakali nad rzeką, gdy
wjechało to to na przedmieścia ich wodnej wioski
Z oazy na Marsie wyruszyła karawana
sen morzył po drodze dźwigających
łzy nie dawały spokoju jak purpura
otaczająca chytrze krajobraz
dostrzegli spadające ze skał nagie dzieci
Pod górą zaczęto wyrąb przedświąteczny
kobiety zerwały się do życzeń
mężczyźni nie byli tacy zadufani
o potem to ich już wcale nie było
Uderzyła na alarm Wenus
dosłyszały to inne planety
pogalopowały telegramy i kondolencje
Pierwotna śmiałość dzieci w tunelach
zmieniła się w zakłopotanie nastolatki
tunel świecił pustką, gdy świece gasły
Pokaleczone warkocze skręconych rakiet
spocone karki stojących w oczekiwaniu
na wędrowców
banalne chwile skupione w kulach
pożądanie Słońca na szczytach wulkanów
omdlewające dziewczęta w ramionach chłopców
wielbłądy w ramionach kobiet z Marsa
>>>
* Planeta do budowania kościołów *
Zerwałem mosty na Sanie
panie przeszły wcześniej zostałem sam
pod drugiej stronie ja łowca łopianów
Dziękowałem za deszcz dziękowałem za pamięć
podszedłem do brzegu by się zachwycić kobietami
Nie dane mi było poprawić się w siodle
siodło odpięło się odpadło
zostałem bez konia, który pierzchł
Szkielet spadł z konia jeszcze w stepie
na kurhanach płakałem i patrzyłem
na dziurawiec smętny w rowie
Po kolejnym wyroku Kozaków
poszedłem z procesją pod sztandary
Sobieskiego po to by się napatrzeć
po to by się nie spalić ze wstydu do cna
Mała moja z włoska się wołała
pieliła sałatę i karczochy zanim przyszedł Attyla
i zabrał do haremu trzystu
Podpaliłem Grody Czerwieńskie zanim
zniknęły w bagnie jak Biskupin
zaopatrzyłem mumie Słowian jak jakiś profesor
pograłem im na gitarze zaraz po tym jak
spadł śnieg i zamarzły pierwsze kawki
zanim jeszcze zanim zamieniono ich w mumie
Nasz niesforny brat Abimelek poszedł
obrażony nad rzekę Moskwę i odgrażał się
ja stałem i patrzyłem jak odchodzi
z zielonych moich wzgórz wytęsknionych
grałem na gitarze bogaty patrzyłem na samolot
ostatni polski samolot jak Broniewski
na Broniuszyca pod Grunwaldem przed bitwą
Za mną drgające kogucie grzebienie
pode mną łamie się powierzchnia jeziora
po którym zacząłem iść
włóczędzy wołają mnie nad Bajkał
kobiety częstują ogniem na odległość
poczekajcie jeszcze muszę pokochać dzikusów
nie pozwala mi sumienie zwiedzać
planety bez miłości wrogów
z dziesięciu przykazań któreś obróciło się
przeciw mnie i jestem biedny tak samo
jak Chińczyk obecnej doby
nierobotniczy, ale jakże wschodni
choćby księżyc był jak kobieta
mnie planeta się marzy do budowania kościołów
stamtąd wyruszyć można bez płaczu
w zaświaty
* Tam tamy słów *
Żeby mówić skromnie nie tylko się trzeba urodzić
ale także trzeba umieć się uśmiercać w sekundach
ponadto, co wystaje z trawy nigdy nie dostrzeżesz
zbędnych myszy mających ślinotok
Jak każde dziecko skorzystasz z lotów jastrzębi
a po niewczasie skumulujesz zawartości chmur
i powiesz: oni nie są małostkowi oni nie mówią nic
Jednakże krew w żyłach rytmem daje znaki
całując usta gorzkie nachylając się nad grzybami
czujesz tam tamy słów i ucieczki uczuć jak krowy
Po co wędrują cienie do gór srebrzystych
po co może ty to wiesz może, lecz czy powiesz?
Pewien mleczny starzec tarmosił kolana gładkie
nie nie mówił oczywiście nic robił to w milczeniu
i zasłużył na miano strajkującego prezydenta
Fajnie to powiedział jeden zjadacz kapuśniaków
w jakimś sklepie z wannami i masłami w kącie
ucz się dziecino ucz skromnie pracuj na jutro
po jakimś czasie jastrzębie się zatrzymają na niebie
może usiądą na brzegu wanny może na parapecie
Grzebalne wiatraki na wzgórzu majaczą w oczach
ostatnie podrygi wiatru przemiana kontynentu
po każdym lecie w lesie po każdym lesie w świetle
Nie kop w dekadenckich miastach szukając rur
nie wgryzaj się w ziemię przed księgarniami
naprzeciw restauracji najlepszej w kraju
zamiast poematów i ciszy ślina ślina ślimak
w skorupie
* Zaanektuj pierworodne skamlenie *
Zaanektuj pierworodne skomlenie i miłosierdzie
z Kitajcem przysiądź się do stolika nad brzegiem rzeki Amur
oj, brzegiem – jak Grudziądz cały
mewy skośnookie będą siadać ci na wytatuowanym ramieniu
brawo decydent, brawo – tak zawołają
dziecko tonie w bieliźnie – otrzaskany w pianach
tym razem zaniemógł z miłości – uratował dziecko
ponownie można istnieć, ponownie można zjeżdżać
przerzucając się z tematu na temat
po jakimś czasie wsiąkną wrogowie w woalki
jakiś król napoczął tort w kręgu betonowym
przykucnął jak błazen nad szeroką rzeką
oj, szeroką – jak lotnisko w Królewie
poprawione zeszyty poprawione przemówienie
to jego twórczość to jego nie odejście w cień
tylu było patriotów, tylu było utyskiwaczy
na litość Hitlera, na litość Tantala
powąchać różę skorzystać z zamieci trafić w ten czas
rzeka jeszcze płynie mróz krzepi ją
oj, mróz – jak skomlenie węglarek
>>>
* W Niedzicy *
Kaptur zerwałem
stanąłem w Niedzicy
pomarszczyłem flagę na pewno
W kiosku pod zamkiem grali w zechcyka
kusił do kamaza gliniarz
Berło ci dam – rzekł diabeł
wejdź ze mną tylko na górę
ja zeskoczyłem z tamy
wprost w słowacką dziurę
Zaczepiony na brzegach tęczy
rozwiodłem się ze Słowaczką
nie ze swej woli, gdzieżby tam
z woli samego Otręby
Pobladła matka
dziad puścił laskę
ciupaga pod ladę się schowała
dyszel wybił dwa prawe zęby
woda zalała odcinek
Pomarszczyć da się da i nic więcej
pokątnie sprzedawać włóczkę
bladzi tartacznicy spijają denaturat
pokurcze dymią
mielerze
orły zawzięły się na eskulapy
pofrunęły za miedzę
biedne skręcone latarnie Bojków
wiszą ponad tym lasem
Mam małą składaną kózkę
i granatów coś ze trzydzieści
powiem jej – tak przyszedłem k-tobie
moja dziewico z Zawratu
k- tobie moja Niedzico sucha
Jak amen
tak skończę
>>>
* Martwe oczy Buddy *
O Panie!
Miłosierdzia wzywam
potem skaczę w otmęt skalny
jak desperat czarnych róż
Boga wzywam z ekstazy
pewien nastrój może zabić
konieczność zbratanych róż
jak eskulap na rozgrzanym kamieniu
potęgom urągam zasilony spokojem łez
spokojem cudów
mam w kącikach oczu świątynie
odeszła kolumna i popiersie cesarza
jestem jak studnia rozpaczy
bez dna wypełniona Jezusem
niechaj Cyklady i fiordy wespół
niechaj cedry Libanu
tylko raz popatrzę w oczy Buddy martwe
potem Bóg mój spotka mnie
umorusanego pijącego wodę
na zakręcie historii
zabierze leżącego
wprost z łąkowego ruczaju
meandry mórz śródziemnych
poczynam sobie żwawo
bo wiem, że jestem nieśmiertelny
a po tym jak skupiłem swoje myśli
ufam westchnieniom
białe karty żółte place boju
wzywam siebie do powrotu z idei
pomiędzy stworzenia
Miłosierdzia, Miłosierdzia
dla stworzeń nieidealnych
>>>
* Od głowy zaczyna się wszystko*
Od głowy zaczyna się wszystko
serce przebite na wskroś
od głowy ryby i człowieka
dynamit w sercu skrzata
stojący na wzgórzu rzuca hasła
lecą ponad bagnami
zaprzedany nie cierpi a jęczy
zaprzedany pulsuje życiem perwersji
Od uszu zaczyna się koszmar
na cienkich linach stanąć
zakołysać się zdecydowanie
na wszystko opaść na wszystko
pewnego razu omdlałe koty
nie zdążą przed zmierzchem
gdzie nie zdążą?
od głowy można wymagać
że przestanie ręka
katować człowieka
od uszu nie
>>>
* Działa jak utleniacz na korę mózgową *
Otwarte są przestrzenie śmierci
dla wszystkich otwarte, tak jak
przestrzenie życia wiecznego
można rozbłysnąć gwiazdą w sercu
kosmosu lub w sercu dżungli
miałem słuszne poglądy nawet
dzieci je tolerowały, ale to były
dzieci kosmiczne
miałem czarne westchnienia
mogłem je zanieść do Harlemu
ale gdzie go znaleźć w Szopienicach?
po tym trzęsieniu ziemi, gdy spadł meteor
i ukazała się kometa
podszedłem do ciotki by opowiedzieć jej o symbolach
czasu i archetypach czasów
zrezygnowałem jednak z tego
i wypowiedziałem tylko jedno słowo – przestrzeń
ale i tak wyśmiała mnie różańcem
twierdzenie jeźdźców przekraczających rzekę,
że Dziki Zachód jest dla wszystkich
wydawało się przesadzone na wskroś
jednak po namyśle uznano je za słuszne
kogoś można się wystrzegać zawsze
Boga nie można się wystrzegać dłużej
po prostu pewien rodzaj czasu
pewien rodzaj przestrzeni
działa jak utleniacz na korę mózgową
jeżeli nie wpuści się kosmosu przez
dziurki w nosie do chińskiej dzielnicy
to sam Konfucjusz nie będzie w stanie
bez pomocy Jezusa powstrzymać rdzewienia
luf myślenia
i zamilkną na tej wojnie światów
>>>
* Sagittarius *
Sagittarius czuwa, nie śpi
nie można go zaskoczyć
choć czołgi można wytoczyć
zza wzgórza, gdzie stoją szklarnie
padajcie cietrzewie Puszty
kulejcie byki Baszanu
popiskujcie ranne łosie Karelii
zasypiajcie niedźwiedzie Uralu
niech zadrży grot srebrny
Sagitarius zza siedmiu mórz
przybył do nas statkiem-arką
zmęczony zasnął jednym okiem
jak to możliwe?
podtykają mu pod nos
wodę mineralną z solami świata
dziecko tarmosi go za ogon
lecz jego ręce opadły wzdłuż ciała
cięciwa nie dzwoni
czarny pień przy nabrzeżu
rozbija falą niesioną meduzę
a piasek na plaży rozciera jej resztki
Sagittarius pomału zaczyna domyślać się
początku i końca swoich snów
>>>
* Wyniosłe dzieło *
Wyniosłe metasekwoje to więcej niż dzieło
wyniosłe kobiety to pozy i pozowanie
stojąca z pięścią licząca na kochanie
nie jest arcydziełem, lecz jarmarkiem próżności
potężne nieba potężne tęcze potężne błyskawice
niewyniosłe potężne kobiety
deszcz do potopu podobny zaskakujący na piramidzie
stwórzcie coś na kształt ucieczki
klatki większej niż historia lub serce
sosny na maszty szyszki na granaty
to mi dajcie, gdy zdrzemnę się przy wiśni
pomiędzy olbrzymami z bajek
wyniosłe wieżowce nie będą mi nigdy dziełem
dinozaury spalone w kaprysie kosmosu
i ja w ucieczce odwiecznej z talentem i gniewem
na purpurowym tle – to jest arcydzieło
ostał się zgnilizny czad
ostał się po czasach niedawnych
ostał się pień i węgiel z sekwoi
a w nim otwarte szyszki
to miliardów milczących nadzieja
arcydzieło zasypia za drzwiami dziecięcego pokoju
lulajże mały piorunie, kometo, zesłańcu, metasekwojo
lulaj!
>>>
* W kręgach niebieskich *
Zamknięci w kręgach niebieskich
pamiętamy o władcach tego świata
żmudnie przewracamy skiby czasu
do znudzenia do znudzenia
dewocjonalia dzielnic i wsi zapomnianych
kołyszą się ponad głowami lasami
zaprzedajemy historię wynaturzamy wspomnienia
luksusowe nastroje niosą nas jak latawce
po jakimś czasie wracamy w snach
tam gdzie rozbita budka telefoniczna
a w niej dzika gryka i lebioda
pewni swego dusimy indyki klęsk narodowych
rozwijamy sztandar śpiewamy
od twardych skał przyjmujemy pouczenia
od skał wulkanicznych uczymy się modlitw
żeby ciąć równo podglądamy nauczycieli w domach
wystajemy na dachach oparci o anteny
zdmuchnięci w końcu przez byle zamieć
łapiemy się parasoli lub dojrzałych dmuchawców
po co żyjemy dobrze wiemy
po co żyjemy zapominamy
zbyt pewni siebie niebianie
>>>
* W rozbitej szybie *
Smutny dzień w końcu lata
ukraiński barszcz płynie po schodach
krewki uchodźca skacze do oczu
jakiś cygan rozbiera się w oknie
smutny dzień w rozbitej szybie
niemieckie sztandary zwisają podarte
litewskie strzały wciąż lecą ze Średniowiecza
po takich samych letnich burzach
nadchodzi taki sam zwiastun pokoju
smutniejsze od Dziewiczych Wysp
po sezonie kurorty Syberii
tam bezrobotni łudzą się nadzieją
betonują nogi cmokają i gotują się
w międzyczasie Abraham ponownie
wyrusza z Ur i idzie tym razem na Wschód
na wycieraczkę kapią krople barszczu
tętent konnicy czasu słychać wciąż
rosa na brwiach jest jak pot
rosa butelkowana w cieniach i lasach
sponiewierane obrzmiałe ręce
klaszczące za naród
tłuczone jak mięso na kotlety
zsiniały całe
pancerniki cumują spokojnie w Azji
omułki pacyfistów zbliżają się do ich kadłubów
smutny dzień w końcu lata
jest jak pocałunek zasypiającego konia
w policzek śpiącej królewny
modre natchnienia ulatują
barszcz wzbiera
>>>
* Poczęła skruchę *
W zaokrągleniu powierzchni poczęła skruchę
w zepchniętych z drogi wrakach zakotwiczyła
małe dinozaury na wymarciu cmokały w łopianach
nie wymarły jeszcze długo jak się spodziewano
miliardy złotych i srebrnych dusz wypełniło się
jak mgłą zarzewiem okropności niedzisiejszych
mądre ranne rosy zrodziły bielmo dla oczu
skoro świt wstałe zdmuchnięte jak świeczka
po upadku planety na planetę
poczęła skruchę bezwstydną na długie wieczory
znienawidzono ją w kręgach organizacji
zdrzemnęła się podczas obrad w kirkucie
i wykluczono ją definitywnie pozbawiając
pokuty, legitymacji i środków pikadora
słuchajcie jej jak zawodzi niewidoczna
po co tak zawodzi, dlaczego tak zawodzi?
powodzie wywoła i zaczną śpiewać o tym pieśni
protestujący od zawsze, protestujący w każdym pokoleniu
zemsta w łazienkach czeka jak sztuczny kwiat
pewne ręce niewidzialnych osób wyłaniają się
pośród liści jak realny celuloid marzenia
porwij ją na księżyce zasłuchania z wanny
porwij ją podczas zaćmienia porannego
zwycięży i tak w każdej sytuacji rozetnie
każdą mgłę będącą wyrzutem
>>>
* W miejscu dawnej katowni *
Pocisk i Jaźwiec
Biodrowicz i Rawicz
nazwiska wydrapane na tynku
ratusz mieści kawiarenkę
w miejscu dawnej katowni
jak tu miło dziś
spotkać można kumoszka jak chmurkę
wesołego jak wicherek wesołego jak zbirek
i Sklęczan i Drwęczan
i Hanus i Zacios
nazwiska wydrapane na tynku
Pod papugami jest długi cętkowany
oburącz przyciśnięty
i rozparty o bar konfederat kujbyszewski
ten ma nie daleko do klasztoru
ma nie daleko do broni
ma nie daleko do grobu pod krzyż
i Specjalnościowy i Faktowicz
i Mazan i Lubicz
nazwiska wydrapane na tynku
kaczan na frontonie, a kysz
stara frajda stara jak szkapa
ona nie nasza gdyż
biegnie po falach
a kysz takie kawiarenki
>>>
* Międlenie na słońcu *
Zaprzestanie międlenia na słońcu
to jest pewien proces
tego się nie robi, ot tak
międlenie różni się też od zaprzestania
Tejkowski, Tejkowski, Tejkowski
Żydzi to Syjoniści, Żydzi to Syjoniści
to zbyt logiczne chyba
więc
międlenie przenosi się na tereny
lenne
>>>
* Miki do Herszta Piratów*
Abrarakurciks zagadnął Wercyngetoryksa
– powiedzże mi bracie, jak to zrobiłeś,
jak wyprowadziłeś w pole Juliusza Cezara
Wercyngetoryks mu na to – brachu,
sam wyszedł, samiuteńki – po latach
Miki skorzystał z okazji i podszedł
do Herszta Piratów – nie uderzał go tylko
spytał delikatnie – jak ci się wiedzie
herszt piratów mu na to – brachu,
wiedz, że piracenie nie jest łatwe – i zniknął
>>>
* Odejść bez ciebie *
Zrozumiałem, że nie mogę odejść bez ciebie
zrozumiałem, że mogę zrobić tylko to
na co ty mi pozwolisz, że mogę mówić
tylko to, o czym ty pomyślisz
zawiodłem się na samym sobie, taka
plażowa słabosilna wola
Powiedzże kokietko, co myślisz o mnie?
wstaję w nocy podchodzę do okna
wypatruję ciebie tam gdzie osiedle
przechodzi w buraczane pola
gdy tak stoję w pidżamie jak Zappa,
co myślisz o mnie?
Wietrzę podstęp, kupiłem konia
pogalopowałem tam gdzie kazało mi przeznaczenie
skąd dolatywał twój zapach
skurczyłem się jak tylko mogłem najbardziej
pokurcz z ciebie – powiedziałaś
ten twój głos dolatujący z fabryki
te twoje okrzyki dolatujące z zagajnika
chciałbym poszukać tego ptaka
chciałbym się ruszyć wreszcie
i nie mogę, bez ciebie nie mogę
ruszyć z mojego miejsca przed oknem
z którego widzę wszystko nawet nocą
>>>
* Pomniki *
Rzeźba kaktusa, kaktus jest sumieniem
heloderma zasypia w jego cieniu
ja nie mógłbym zasnąć jak ona
chociaż jestem w samych plamach
skamieniałe wypowiedzi historyków
zamienione w marmur postaci
Neron najpiękniejszy tam ze wszystkich
niezapomniany podpalacz i żona Justyniana W.
wielki kamieniołom nie zawsze jest świątynią
wielkie samochody wywożą pokruszony materiał
na drugie wcielenie Breżniewa i Jaruzelskiego
a szczury są większe w lochach Ławry Peczerskiej
już ostrzą zęby na ikony
podźwięk nad wielką wodą sunącą do nikąd
nikt wpław nie przeprawia się dziś
koniki kosmate nie niosą strzałobrewych
czekam przy brodzie na lewiatana żywego wciąż
albo go zatrzymam, albo zginę
zamieniony w słup soli kamiennej
nie oglądając się na innych
toć, męczennicy nigdy nie umierają
kardynałowie czekają zawsze na śmierć
toć, święci nie mają pomników
tylko ludzie
>>>
* Tu nie poili *
Zewsząd przybywszy napoili konie
poniechaj złota, to nic, Bonanza może poczekać
zapłać, co masz zapłacić i spadaj w kanion
jest taki stolik we Frampolu, stoi w barze
samotnych pijaków, na zapleczu oblegany grill
ty tam siedzisz, wielki Grizzly ze swoją rodziną
złotodajne dziecko nie sięga głową blatu
twoja pamięć w sosie na talerzu
rosyjskie wspomnienia, oj wspomnienia
Zewsząd przybywszy, zerwali pagony
rzucili je do stóp, nie, nie moich
do stóp kelnerki, kierowniczki urzędu strachu
jest taki odpust we Frampolu, nieopodal
cmentarza, na dojściu do kościoła
ciągle słychać tam – jedźmy, nikt nie woła,
pójdźmy do klasztoru w Leżajsku
zapytajmy brata furtiana o punkt zwrotny
w dziejach
dobrze trafiliście złotoszukacze – powie
Odzyskawszy wiarygodność sięgnęli
po narzędzia zniewolenia, i jeszcze
ten kompot na stole i słowa – tu nie ma
i nie było ich koni, tu nie poili,
zdawało ci się
>>>
* Otworzył Anioł *
Zapukałem do drzwi
otworzył anioł –
czyżby to już się wydarzyło – pomyślałem
nie przypominam sobie
tych dziesięciu kroków
zapukałem do drzwi nieba,
otworzył mi Archanioł Gabriel
popatrzyłem na jego ognisty miecz
na którym wsparty stał jak Michał
zdjęty strachem pomyślałem –
chyba jednak coś się stało
zapukałem do drzwi nieba –
ktoś stamtąd zakrzyknął – czego?
zemdlałem z wrażenia
cucony energicznie przez
zawrócone z drogi diablice
otworzyłem oczy –
stał nade mną Jezus
taki czuły, uśmiechał się
podał mi rękę i rzekł
– popatrz nawet stracone anioły
odzyskałem dzięki tobie –
i ciebie dzięki nim
>>>
* Co z wyrokiem?*
Trefniś zaszedł dziś na rynek
przechadzał się pomiędzy kupcami
pobrzękiwał trzosem
król go dostrzegł w tłumie
kiedy był przechodził i domyślił się
po co on tu jest
kazał go przywołać i podarował mu krowę
co mu przykuło uwagę
Samica krewetki wyszła na łów
stąpała nowymi nogami ciężko
szukała błota i chłodu
lecz gdy nie znalazła wyschnięta wywiesiła jęzor
stułbia się tym zachwyciła
to jej przykuło uwagę
Kolejarz zwrócił mundur
po naprawieniu awarii sieciowej
rozpłakał się, wbił sobie żelazny pręt w brzuch
krew wypłynęła szybko i była widoczna
na białej koszuli
to przykuło uwagę wszystkich strażaków,
którzy ochotniczo byli w podobnych mundurach
Sekwencją filmu była budowa huty
w jakiejś wsi zatrzymał się autobus
pasażerowie wysiedli z niego pokazali rękami – tam
i już po chwili poszli podziwiać piece do wytapiania żeliwa
okazało się, że tę zagadkową budowlę
przystosowano ostatnio na wylęgarnię bocianów
bo to przykuwało uwagę bardziej
Pochwalono rzucającego oczami
i ten zaśmiał się rubasznie
na okna wyszedł mróz a na kominy Murzynek Bambo
słońce stanęło w tej samej chwili, gdy spóźniły się zegary
ciało jamiste pokazało się na księżycu w kraterze
a pijawka zaczęła ssać poziomkę
i tylko to przykuwało wtedy uwagę
Turbulencja boczna spowodowała opadanie balonu
nietaktowne na kwiaty w zimie
upadku nie złagodził agent ze łzami w oczach
cieć chciał mieć stanowisko, pieniądze i rację
więc donosił na baloniarzy
wszystko przykuwało jego uwagę
a co z wyrokiem formy?
co z wyrokiem, który zapadł tak dawno?
co z karą nieodbytą ani w niedzielę
ani w poniedziałek?
a co z cieciem, na którego nikt już nie zwraca uwagi?
>>>
* Stowarzyszenie Niedoszłych Kangurów *
Stowarzyszenie Niedoszłych Kangurów
jest dziś rozwiązywane w sądzie
przyjdź popatrzeć na piękną rozprawę
stary mniszek lekarski został zasypany śniegiem
kawałek tortu pofrunął ponad doliną
otworzyłem usta chcąc go złapać na ząb
ledwo uszedłem z życiem
przed rogiem zwisającym celowo z chmur
nos mi na kwintę się przekręcił
skoczyłem więc po obiad to znaczy po kotlet
do baru SNK
>>>
Wykopano w jamach szkielety robotników
na czaszkach chwiały się kaski
sosny w dolinie chwiały się, oj chwiały
zawadiackie chmury jakieś takie czeskie
lont sprzedano dzikusom zapałki sami dorobili
a ponieważ nie znali słowa nieśmiałość
osmalili sobie wewnętrzne strony dłoni
krew się kąpała w osoczu, gdy nadchodził czas jej i jego
za szafą się ziściły plany podboju lądu
za szafą zszarzały oczekiwane realizacje planów
tak źle jeszcze nie było w torbach
zewnętrzne zebrania skusiły tancerki
mniej było nagości więcej wirowania
mniej było inteligenckich dąsów
za to więcej trwogi w losie jak księżyc
bieda się rzuciła na wędce
oczy otwarły się szeroko na biedę
i dostrzegły miłość w małości
>>>
* Materializm nie wytrzymał kolejnej próby *
Wyrzuciło tę skargę na brzeg
wyrzuciło miotłę
bracia syjamscy oderwali się od ziemi i opuściwszy ją na zawsze
udali się na poszukiwanie wolności
każdy w swoją stronę
Materializm nie wytrzymał próby kolejnej
będąc człowiekiem bojaźliwym oddał się na służbę
nie skorzystał z prawa łaski
Zakręcono statkiem powietrznym
zakręcono ludźmi znajdującymi się w nim przypadkowo
łatwy proces rozmnażania przestał być łatwym niespodziewanie
zniknęły prawie ruchy wskazówek z cyferblatów
rozszalałych w dwójnasób
Totemy kambodżańskie przestały być kamieniem
w kierunku zachodnim przerzucono je ponad Tybetem
totemy zaryte w stepach nad Donem
jawiły się monstrualnym meteorytem
jawiły także się wyrostkiem robaczkowym Azji
Ośmiornice oceanów zmalały również
jednak zostały tak podzielone
że przypadło ich milion na jeden litr słonej wody
to spowodowało ich ekspansję od portów
w kierunku wulkanicznych, ale młodych i starych gór
Zaprzestano produkować plwocinę
zakasłano na cześć wiatru
potrząsano buzdyganami tatarskimi
rzucano oszczepami bambusowymi
targano kołtuny ludzkie
Zdrój leśny uciekł do miasta
nienawiść zduszona przez ośmiornice
nie stała się pożałowania godna
pewni mnisi donosili zwycięstwa do głównego placu
pozytywne kule zanurzyły się w wodzie
i nie wyparły jej –
to były idee
* Teraz nawet konwalia płacze*
Teraz nawet konwalia płacze
materiał ludzki zrobiony ze słowa
widziano młynarza w kuźni
widziano wóz przed koniem
Teraz nawet mysz płacze
mimetyzm człowieka potrzebny jest wiekom
w porcie stoi okręt
w przystani stoi żaglówka
Teraz nawet strzecha roni łzy
gniazda ludzkie pełne są odchodów
rozcięto kaszalota na pół
rozcięto młynarzowi łuk brwiowy
Teraz nawet zima płacze
puch ludzki nie może wciąż opaść na ziemię
radzieckie młyny zmieliły mózgi
Boga utożsamia lud z kaszalotem
Teraz nawet tęcza płacze
duch ludzki wciąż jest jajem
na stu młynarzy tylko jeden miele
na stu młynarzy tylko jeden nie donosił
kowalowi
Teraz nawet dziecko płacze
rodziciele zapominają o czasie, przyczynie i słowie
po stu latach spędzonych w kaszalocie
młynarz jeszcze nie dojrzał do prawdy
w wątpiach zanurzony
>>>
* Tędy przeszedł wiatr *
Tędy przeszedł wiatr
nadęty jak upiór z piramidy
korytarz dla niego ma specjalne zakręty
nietoperz dla niego z najgłębszych jaskiń
laweta służąca wiatrowi zepsuła się niespodziewanie
legenda śmierci i pogardy poległa na dnie
czarna konnica przecwałowała podziemną katedrą
korzystna pogoda zmarnowana trwale
jeżeli deszcz podjął temat symfonii
jeżeli sen podjął temat symfonii
jeżeli ciemność udowodniła, co udowodniła
to czas na wyznania żyjących skrzypków
majaki wiszące, kościoły olbrzymie, wieczystość
ciepło poszło za cieniem wiatru
serca kolejne nie wytrzymały cięć inteligencji
>>>
* Smętek*
Zamieszczono kolejarskie rymy w czasopiśmie dla kobiet
przeczytały je emerytki
z dwóch ich jedna zasłabła, z dwóch ich jedna pokochała
sumienie odezwało się w jednej
Smętek czający się w szuwarach rymów
wyskoczył nagle przed drugą, co ją przeraziło
Zamieszczono kuchenne reprodukcje w kalendarzu dla premierów
jeden kwadratowy poeta amerykański syczał,
grał na czymś i pojadał ser
weszły wysokie-śliskie eremitki i podjęły temat
wślizgnęły się obrotne i skutecznie omówiły problem płci
Zamieszczono drewniane grafiki w czasopiśmie dla wchodzących
kolejarze całowali na śmietnikach bardzo odważnie
nieprzespanie stali za szkołą
zirytowali i zestarzeli się czołgając
jeden zdenerwowany, jedna pałająca
* Tewje *
Tewje wyszedł z portretu dziadka
– za mną batiary
zadzwoniły witebskie moździerze
śmiech mierniczego padający na deszcz
Tewje wysiadł na bocznicy
– nie widziano zdenerwowanego psa
w starym edytorze tekstów jakieś „Q”
za prymulą utworzony doniebny połysk
przez drabinę widać anioły
precz uprzykrzone muszki
Tewje zjechał na zawsze w nowy świat
– akurat tyczka utrzymała wiatr w powietrzu
kroczy w oficerkach bekas
załomy snu w takich wiekach
z łańcucha, kotwicy i kul armatnich
powstał TEWJE
zanim wszedł w portret dziadka
>>>
* Gorycz po latach *
Skądś muszę to wziąść, ale skąd
jakieś suknie księżycowe, jakieś zestawy planet
skądś muszę to wziąść, ale skąd
ledwo odpadłem w niebiesiech od siebie
już każą mi na powrót przyodziać się w jaźń
i to nie byle jaką, moją własną jaźń
Skądś przyjdzie to, co jest przeznaczeniem orła
wtedy wystrzelą korzenie zerwane
kościoły polecą za grobami
Kiedykolwiek zetkniesz się z cokołami
jeśli kiedykolwiek zetkniesz się z mauzoleami
pamiętaj o niewdzięczności, lecz nie chowaj urazy
Jeszcze zielone anioły nie sfrunęły w to miejsce przegrane
jeszcze skrzydła nie dotknęły ziemi
jeszcze wiatr nie osuszył śliny na wargach
polowanie rozpoczęło się znów, polowanie na ziemi
Muszę wziąść jakieś rzeczy by wypełnić tę pustkę
muszę mgłami dopełnić magazyn czasu
nie wiem gdzie niejasności kryją się takie
nie wiem jak porwać się na komety
pasujące do pełni
Zmurszałe tchnienia człowieka idącego po szczytach
nie na wiele zdają się dziś
dziś potrzeba goryczy spływającej ze snów
snów wysyłanych w galaktyki, co noc
goryczy powracającej po miliardach lat
tak spokojnej jak miłość
by wziąć udział w misterium trylogii istnienia
>>>
* Oś waszego mózgu *
Nie wierzcie tęsknocie, nie wierzcie lebiodzie
obie rosną bez sensu na rozstajach dróg
Nie wierzcie politykom, nie wierzcie obskurantom
oni dmą w rogi na wiatr na rozstajach dróg
Nie wierzcie mężczyznom, nie wierzcie kobietom
oni i one czyhają na waszą cześć
Nie wierzcie zasługom, nie wierzcie i biedzie
jedno płynie rzeką, drugie pije wodę
Nie wierzcie księżycom, nie wierzcie łunom
„ to tym jeno jest, co jesień zamruga na ścianach”
Nie wierzcie konnicy, nie wierzcie sztandarom
duma rozpiera wtedy, gdy rozumu brak
Nie wierzcie rewolucjom, nie wierzcie kaktusom
z zawziętości na świat tak blisko do kłucia
Nie wierzcie pauzom, nie wierzcie falowaniu
stan waszego serca temu nie odpowiada
Nie wierzcie ludzkości, nie wierzcie narodom
oś waszego mózgu wiarą w Boga jest
On tylko czeka z jakimś sensem na rozstajach dróg
>>>
* Szeptała, szeptała *
W świetle osiedlowych latarni
zaznaczyła się sylwetka z dziecięcych marzeń
odnalezionych w małym pokoiku
nie rozbłysły fajerwerki na niebie
nie zagrały fanfary
ona przyszła wprost z ogrodu socjalizmu
strzeżonego przez chłopskich synów
zrzuciła ubranie na podłogę
jej nogi w tę noc, cudowne nogi
zaznaczyły moją bezsenność
skromny pacierz opuścił ją
i wszedł we mnie
sunęły te nogi jak dwa węże
po białej pościeli, sunęły nogi cicho
by dotknąć nieśmiertelności mojego oczekiwania
by zagłuszyć wycie fabrycznych syren
z demonami, ze śmiercią wtuliła się w moje ramiona
krojąc każdym ruchem półmrok
wyzwoliła się ze wszystkich wspomnień
oddała mi całą przeszłość, szeptała, szeptała
słowa jej zrywały się jak nocne ptaki
szybowały w pokoju, szybowały nad miastem
uleciały do nieba, aby dziś właśnie powrócić
>>>
* Nie sarkać, gdy przeszłość jeszcze przed nami *
Kultywowanie sarkastycznych obruszeń
nie prowadzi do niczego
ten spacer nad morzem nie może być sarkastyczny
może też nie być fali na wybrzeżu
podczas wymiany poglądów
mewy narzekają, śledzie narzekają
na pustej plaży każdy może być samotny,
ja zawsze jestem samotny na plaży
niebezpieczne są puste domki kampingowe
i sale kasyn z kłócącymi się żołnierzami
zawijające do kanału kutry z makrelą
normalni rybacy z okolicznych wsi klną na Rząd
To wystarczy, nie trzeba być nie w pełni aniołem
czuć się jak pies przechodzący przez ruchliwą ulicę
a można też sarkać na pogodę i na siebie
podczas pielgrzymki do Lichenia
Suchy piasek w październiku, ciesz się
suchy piasek w maju, ciesz się
jaskinia sucha, ciesz się
nieba zachmurzone, ciesz się
śmierć uśpiona w bagnach, ciesz się
tatarak, świecące bagno, mokradła, dojście do morza
Nie wolno sarkać, gdy przeszłość jeszcze przed nami
łapać złamane latawce, łamać motyle latające
sojusz starych koni, krokiew za molem, w koszu na plaży keczup
– niech to wszystko leci ponad falami
Miłość wbita w piasek, chusta zmoczona ciśnięta w kosz
czule głaskać psa, muszlę, czule głaskać helikopter na niebie
cierpienie w nocy obok radaru nie może być przyczyną
narzekania na ustrój człowieczy i nastrój nieboski
przecież można zdeprawować nie tylko dziewczynę
ręce mogą zaplątać się w liny
nie plwaj, nie wyrzucaj sobie, nie krztuś się otulony gazem
zapal jeszcze ognisko nad morzem
zapal stos gazet na betonowym nabrzeżu
pomyśl o wielorybach samotnych bez ciebie
>>>
* Kadłuby funkcjonariuszy zawisły na basztach*
Rynek przebiegł przed traktorem
osły zaryczały na widok mułów
ciupaga została wbita w pień drzewa
piorun przeleciał obok
wielka ciężarówka skręciła w polną drogę
Jaś zachichotał w Oświęcimiu
kapelusze pospadały z głów
zamęt stał się naturą pewnej partii
pewna partia ludzi wynaturzyła się
kura wypadła na Rynek, krwiożercza kura
zaszumiały wierzby płaczące
pod pomnikiem żołnierzy radzieckich
ludzkie kości wysunęły się spod łopat
z odkopanej rury zamiast wody trysnęła krew
Jaś zachichotał na dziedzińcu pewnego zamku
odbudowanego z popiołów zdrad
głowy jego rezydentów obsypał srebrny pył
lampiony zakołysały się
księżyc zakołysał się, sczerniał rozstrzelany przed laty
jakiś facet o nazwisku Sobiesław Klepacz
sikał na skałę z urwiska za miastem
wielkie rzeki podmyły swoje miejskie skarpy
wielkie rzeki wylały i przeniosły brudy na ludzi
muły rozpierzchły się po starówkach
kadłuby byłych funkcjonariuszy bezpieki
zawisły na blankach i basztach
do wyschnięcia
ich żylaste kończyny na kablach do prania
>>>
* Wiśni kiść *
Deszcz objaśnia stany ducha
niech nad moim gniewem zawiśnie
posmutniałaś, wiesz, że się gniewam
nie poradzę na to nic,
że wciąż widzę spadające z nieba
owoce kaktusów
niech nad twoim smutkiem zawisną
ukorz się, teraz, właśnie teraz
wciąż widzę spadające z nieba króliki
niech nad twoim smutkiem zawisną
powiedziałaś – dziś jest twoja szansa
rzucaj piłką do kosza obfitości
albo napisz przemówienie
na przyszłą sesję parlamentu
lecą znów, lecą z nieba topory
niech nad twoim smutkiem zawisną
łzy pokazały się w oczach,
czyż nie, nadchodzi wieczór
kabała czeka na Żydów w Rymanowie
niech nad twoim smutkiem zawiśnie
pokaźnych rozmiarów cień
pokazał się na suficie nad tobą
niech nad twoim smutkiem zawiśnie
tak ciemno już jest na dworze
chociaż wieczór długi
masz mi za złe, że wciąż żyję
niech nad twoim smutkiem
zajdzie słońce
a ja spadnę ci w wyciągnięte ręce
jak wiśni kiść
>>>
* Wykopana kość *
Spokrewniony z lisem
zapas na całe życie
móc, mieć, potem brodzić
zabrano spocone dłonie z książki
spokrewniony z obsługującą
temu krzynkę, temu na koniuszek
od tamtego czasu fundują lewatywy
spokrewniony z licytującym
ale to nie jest nisza czapkującego
za tego jeden, za tego dwa
spokrewniony z rolą i solą
długa podróż do Krakowa
pokierować wspomnieniami
zapadła w śpiączkę, wyrosły chaszcze
spokrewniony z rytmem Milesa
cienko kogutom, zabraknie ukłonów
dłonie czepiające się skał
spokrewniony z kopaczem
mieć na całe życie
gadulstwo ukarane przez psa
wykopana kość
wykopana kość
wykopane pudełko i coś
>>>
* Nad oceanem krwawi lewiatan *
Kupujcie w jedwabiach
na południowej półkuli
tam zamontowano malujących w cudzysłowach
wypiętrzone jak markety
miętą pachnące w środku miasta
dźwigające się pięści
decydujcie na rogatkach
tam wyciągają ręce
nieplujący, nienękający
wszy na południowej półkuli
oprócz twoich łez
możesz stracić tak niewiele
tiul trenu powiewa na schodach
patrzy ze stacji kosmicznej
otwiera się dłoń jak nieboskłon
nad oceanem krwawi lewiatan
to łódź żaglowa uniesiona
ponad zmysły Neptuna
>>>
* Niewyspany biały legionista *
Skory do gniewu i nie taki łaskawy
memorandum wysłał na księżyc
już w piątej klasie
opublikował wspomnienia swoje
napisał w nich o rogatym dinozaurze,
który jest jego przyjacielem oraz
o filatelistyce i alpinizmie po lekcjach
nadąsany na widok i nadąsany z daleka
widział pochody napawające odrazą
szarych ludzi pędzonych na śmierć w odświętnych strojach
przed wstrętnymi trybunami ludowymi
szukający kamieni, duszący gwiazdy
pędzący za bażantami młodości, prawie wychowany
pieniący się przy byle okazji
spiął dwa pasiaki oświęcimskie
i podarował grającemu w kości cyganowi
zerkał, zerkał w trakcie na nią
na niewymowne spędzanie czasu i przyjaciół
mogli być oboje roznosicielami ulotek
tylko jego prywatnymi
roznosicielami tylko jego ulotek
a zostali podpalaczami, koksowymi, wajhowymi
walczącymi z aniołem, napinającymi mięśnie
brykał, brykał na bulwarze Waszyngtona
targał szmaty zwane szturmówkami
i wrzucał do Warty
szturmował bezowocnie życie psa
przeżył, o dziwo, atak czołgów
na jego harcerski obóz
dziś spisuje w memorandum żądania
niewyspanego białego legionisty
coraz łaskawszy
>>>
* Spichlerz *
Zawalony spichlerz
takiż sam meliniarz Paproch
i ta Luba, co podeszła pod drabinę
weszła na nią
zaśpiewał ten gość z Ljubljany
zaśpiewał zauroczony
zamroczony wspiął się za nią
spichlerz przewrócili
gołębnik przewrócili
gołębie uleciały
nie bacząc na widoki z dachu
i na wieżę kościelną
>>>
* Po morze *
Spojrzałem na pole
siedemset lat zleciało
poleciwszy Wedy poleciawszy na Pomorze Zachodnie
spojrzałem jeszcze raz dokładniej
przemądrzałe panie na czubku palca
wyspie
robota giganta
jednakowoż męskiej części doliny
spodobało się przejście
przez Morze Czerwone
i zalała się aż po piach
zawrócili świnie z drogi
poszli jeszcze raz po panie
zaczytane zapatrzone zapomniane
>>>
* Tioma i ja *
Spotkałem swego anioła w dzieciństwie
Tioma się zwał, gdyż Breżniew go wymyślił
powiedział mi, że kołchozy to raj
ja zapytałem – co to kołchozy?
nie umiał mi bliżej tego wyjaśnić, więc skrewił
to nie był anioł, na pewno nie, choć tańczył,
ale tak jakoś pokracznie w półprzysiadzie
Spotkałem żurawia frunącego tuż nad moją głową
ciągle za mną jak cień, ciągle obok mnie jak pies
złapałem go za nogi i ściągnąłem na ziemię
stój skurczybyku, krzyknąłem, szpiegu jeden
ja do ciepłego kraju tylko na wakacje
Spotkałem jakieś monstrum w lustrze górskiego potoku
natknąłem się tam na niego zamiast własnej twarzy
skoczyłem w nurt rzeczki ciężkimi butami
jak motyl zamachałem skrzydłami
mój prawdziwy anioł złapał mnie za kołnierz
moje nogi przebierały pod powierzchnią bystrza
jak po klawiaturze fortepianu
zagrałem hymn radziecki z przyzwyczajenia
>>>
* Naprzeciw witryny z bielizną*
Wiem, że muszę zdecydowanie wyjść naprzeciw
tej samotnej ulicy w Krakowie
wiem, że stanę na pewno naprzeciw witryny z bielizną
powiem do siebie – to ja w stanikach
mógłbym nie przestawać modlić się idąc
ale przystaję by pomodlić się na prawdę głębiej
wierzba za Kościołem Mariackim szumi a ja nasłuchuję
małżowina uszna rozrasta mi się nieprawdopodobnie
kości rzucono na bruk, kości wołów
perły rzucono na bruk, potoczyły się jak muszle
wprost pod nogi ojców założycieli komunizmu
jak każda pielgrzymka, tak i ta przez Planty
wiedzie do Sanktuarium pod figurę Maryi przy Collegium Novum
szkoda, że to czasy stanu wojennego
szkoda, że to czasy wrogów Papieży
pijani zomowcy, pijani profesorowie, pijani dorożkarze
kandydują
święci piją piwo, zwołują się pod wieczór na Brackiej
wyruszają pod Hutę a potem na racławickie pola
wiem, że potoczę się z wału wiślanego
jak pusta beczka po kleju
i wpadnę w wodę jak nic
wiem, że popłynę do Gdańska po zwycięstwo
rusałka patrzy na mnie z toni
rusałka w samym biustonoszu
jak ja
>>>
* Schody do nieba *
Ze spokojem serca patrzę na łanie
przechadzające się wśród regli
czyżbym odczytał coś na ich bokach
Widzę też kózki skaczące po skałach pustyni
– po skałach pustyni Moabu
spadną, nie spadną
a ja nic sobie z tego nie robię
a one ani tyle
Zęby wyczyszczone
czas przegryźć czystym kłem
pępowinę
jaskinia ciemna to nie dla mnie
jaki ze mnie Dawid?
czas na świat Chrzcicieli
Moje drewniane myśli
pomieszczą larwy, ale nie pomieszczą gniewu
według słońca oceniam cienie
Te schody prowadzące do nieba
jedni schodzą drudzy wchodzą
ja wchodzę z trąbą jerychońską
Na stromej dróżce pnącej się ku szczytowi
kolumna wojskowych ciężarówek mozoli się jak karawana
na ich bokach widzę czerwone krzyże
Na odległym zboczu góry
dostrzegam grupkę dzieciaków arabskich
z izraelską panią przedszkolanką
na szczycie stoi krzyż
* Schody do nieba *
* Na palu Napoleon *
Podjęto tę rękawicę
jak zniewagę
purpurą strojne lica
oburącz przysunął go do ust
to był pal
miękki jak aksamit
z ogniska na wzgórzu
wyskoczyła żaba wskoczyła dzikusowi
to należy stwierdzić
to domaga się stwierdzenia
jak gdyby samo
Podjęto rękawicę i wsunięto z tyłu za kubrak
ręka tam została
wino polało się po stole
nie miał kto utrzymać kielicha
Zagrzmiały armaty
jako dziecię powiedziałem –
mogę wspominać zarzewia wojen światowych
mogę się wstydzić za nie
mogę przetaczać armaty przez Europę
lecz tak naprawdę nie chcę gnić
moje myśli okrążają hrabiego de Sade
i po chwili wykrzykują – Aaa! Fe!
Taboret zbombardowany jak kościół
gołębie Montmartru się podniosły co nieco
ponad stoki
miednica zabrzęczała na schodach
rozstrzelani z armat potoczyli się na dół
Podjęto z ziemi rękawicę nadziei
odjęto pokutę lecz czy to dobrze
ustawiono naostrzony pal
Europa spiekła raka
ja razem z nią wciąż żywy
patrzę na wbity pal
na kurhan w deszczu
na palu Napoleon
a pod nim de Sade
>>>
* Tam droga, gdzie droga *
W którą pójdziesz stronę mój smoku
nie wiesz gdzie udać się na rozstajach dróg
pewnie myślisz, że jesteś zbyt głupi
by zanurzyć się w pracy dla innych
pewnie nucisz dla innych piosenkę
służącą do marszrut przez świat
W jakich będziesz jeszcze opałach aligatorze
tobie pieśń śpiewają bosonodzy
nie podobasz się tęsknotom
gdyż podrywasz, co raz, co raz się
co raz się podrywasz na próżno
pucołowaty zbyt jesteś na żniwo
Po twoich drogach czołgają się beznodzy
zostawiasz ich za sobą w trawie
gdzie spojrzysz tam droga gdzie droga
gdzie droga tam księżyc tam księżyc w kałużach
zabójca smoków
>>>
* Zapada noc *
Powoli zapada noc
gasną reflektory na scenie
a zapalają ponad miastem
ludzie padają tak jak stoją na ulicach
sekty podpalają zabudowania
stojący z baldachimem przebierańcy
wygrażają Jezusowi
zapada noc koty karmione są kulkami mleka
na asfaltach rozgrzanych
nie wracające do domów
koty wyzwolone drapiące łopiany
koty szarpiące szaleje na dzikich skwerach
do pierwszej cykuty
powoli rozlewa się nowa trucizna
powoli umiera Sokrates
jak socjalizm
* Koty drapią łopiany *
* Wrosnąć ze smutku *
Zasmucasz kolejny raz, zasmucasz małe dziecko
matka płacze po kryjomu
żona po kryjomu wyciera łzy
twoje gepardy zasypiają na drzewach głodne
ślina z pyska im cieknie jak wodospad
podszedłeś pod skałę tam była jaskinia
wszedłeś by popatrzeć w oczy nietoperzom
naraziłeś swoje życie zbytnio
dlatego zapłakali najbliżsi właśnie dlatego
jeden gepard spadł z drzewa we śnie
zbudzony nagle pognał co sił przed siebie po sawannie
a to dlatego, że upadł na jeżozwierza
nietoperze z wielkim krzykiem wyfrunęły
z jaskini i poleciały na księżyc jak wampiry
w to nikt by nie uwierzył lecz zrobiłeś zdjęcia
zostałeś bohaterem i nic ci się nie stało
tych parę uczuć tych parę chwil
cóż małe dziecko powoli dorośnie
wyrośnie ze smutku
oj, ty chyba nie!
gepard goni, wciąż gooni…
>>>
* Przodkowie *
Począłem martwić się z byle powodu
ty wiesz o tym i ja
a stało się to w młodości
stwierdziłem, że pośród moich przodków
zbyt mało jest carów ze Wschodu
i jak Kain zamartwiałem się dymem
Deszcze przyniosły potop to oczywiste
jednak moją arkę zdążyli spalić carowie
cóż miałem tym razem rację
a ty mówiłaś – nie zamartwiaj się
Gawędziłem z braćmi o poczęciu
rewolucję chciałem zacząć
potrzebna była ściślejsza niewola
potrzebne były pułapki na cywilizatorów
dostarczono wszystko pobito wszystkich
i tak można było zacząć tę pszczelą pracę
Nad oceanem barszczu w lodówce
zaczaił się pająk sfrustrowany
jak tam się dostał?
to było nieprawdopodobne
nie był chłopem przecież
nie był plebanem ani panem
nie był zdecydowany na żaden biznes
okazało się, że lodówka jest wyłączona,
że siedzi tam z indiańskim wodzem
z zaklinaczem deszczu z Zachodu
Popłakałem sobie w kącie
zjadłem tubkę pasty do zębów za kotarą
wyszedłem znienacka by nagrać na magnetofon
głos usłyszany w ciemnościach
to był głos trąbki w mojej głowie tylko
Spokojnie począłem wycofywać się
nawet spuszczone psy nie przeszkodziły mi
w podwórkowej akcji
małe pijawki podrosły i przegrodziły
mi drogę do krainy przodków
poczuwszy odwieczny zew krwi
narysowałem drzewo palcem na piasku
drzewo Jessego
>>>
*Nie Politbiuru*
Pośrodku politurowanego mebla wbito gwóźdź
pośrodku ściany śmiechu wmurowano stołową nogę
krasnal przysiadł na suficie
w fotelu przyklejonym do sufitu
ciułam komiksy?
ale to nie ważne
po cóż miałbym tak czekać
i nic nie robić, choćby nad rzeką
rzeką wielką jak Cisa?
patrzę na mieszkanie swoje nie swoje
siedzę jak krasnal na Kremlu
boję się nie boję
ufam NIE POLITBIURU
>>>
* Duch z Ur *
Spada jak szalony z podniebnej przełęczy
ja mam na to patrzeć
ja widzę oczami sumienia Trójcę Przenajświętszą
spada z najwyższej góry
oczy ma jak gwiazdy i księżyce w pełni
nie podobny do mnie
ja mam na niego patrzeć
ja widzę oczami sumienia Trójcę Przenajświętszą
spada z najwyższej kopuły w mieście
rzuca się pod tramwaje
ogon ma jak kometa
zamiata nim ulice Krakowa
ja mam na to patrzeć
przykro mi demonie z Ur
nie widzę nic oprócz wiatru
nie widzę nic oprócz halnego
nie widzę nic oprócz zamieci
a oczami sumienia widzę jedynie Trójcę Przenajświętszą
nie czuję się winny cywilizacji
ani ogłupieniu narodów
>>>
* Żołnierz polski *
Żołnierz polski jest tym, co zbędne
w mniemaniu o sobie
żołnierz gruchający wśród jastrzębi
na obrzeżach Ukrainy
mądre niechciane sieroty
postanawiają skruszyć jego serce
a ty wzleć biała sroko nad poziomy niecnoty
przeleć porohy powróć z witką
w dziobie, na który nałożono uzdę
wysmagaj generałów
z piętra na piętro w dół
z balkonu na balkon w dół
spada sombrero mongolskie
łapaj, chwytaj konie i jaki na lasso
pod Zawoją nie ma już wojska słowackiego
pod Zawichostem Batu
w Bytomiu Barbarossy
a pod Ujściem Karola
każdy żołnierz wystawia się dziś
na czacie pod Szczebrzeszynem
czekając na samego Chmielnickiego
na próżno
nadchodzą tylko jacyś ludzie z Gaci
mniemam o sobie patrząc z dachu
wydaje mi się, że jestem Wielki Olek
z k na końcu każdego słowa
karabin mam na plecach przywiązany sznurkiem
trzymam straż krótko
gryzę ziarna kminku
gdyż ryżu nie dowieźli z marketu
po jakimś czasie zamojskie zabytki
przemieniły się w kopy siana na rzadkich ścierniskach
orzełek przekrzywił się na furażerce
a ja poczułem się zbędny
i zacząłem strzelać do tych kop
jak do srok udających gołębie
>>>
* Góra objawień *
Po dziś dzień ją pamiętam
była Złota i Błękitna
była dumna pośród kwitnących lip
wyciągała do mnie ręce
dziś to widzę dziś rozumiem
Po dziś dzień majowe słońce
jakby dla mnie stworzone woła mnie
w każdy wieczór, o jak woła mnie!
jakbym żył we śnie
moje narodziny to modlitwa
Nieustannie dzwonią dzwony
nieustannie drży dzwonnica
zapach kadzidła umyka
w szuwary nad rzekę
niosę do domu pieśń
starą pieśń z rzymskich czasów
Nieustannie kwitnie dziki bez
nieustannie kręci w nosie zapach czeremchy
iluż ludzi biednych wędruje
na iluż drogach tego świata
szuka swojej góry objawienia
ja biedny dotarłem do jej stóp
i czekam
>>>
* Zamieć *
Spodziewałem się nawrotu zimy
w środku lata
spodziewałem się, że zmienisz się
wreszcie jak ja
niebawem spadł śnieg, piękny lipcowy
śnieg padł na szczyty gór i na oceany zbóż
mały chłopiec zanurzył się w łan
strzepywał płatki śniegu z kłosów
tak spełnił się sen
tak rozpoczęło się najkrwawsze lato w historii Wschodu
Nie ważny rok i dzień, ważny fakt
tuż po rozlaniu krwi rewolucyjnej
nadleciały anioły by posprzątać ziemię
mogłem tego oczekiwać, zerwałem się
jak wiatr, runąłem sam na twoje łzy,
z górskich kotlin jak cięciw wypuściłem się
oszroniony
Zanim anioły dokończyły dzieła
w moich zeszytach pełno było pieśni
takich pieśni, których tylko rewolucje
mogą wyzwolić w sercach
zamarznięte ziarna, zamarznięte krople krwi
zamarznięty na ustach śpiew jak ból
to wszystko znalazło się w koszach
to wszystko pozostało tylko dla mnie
na zawsze i nie wróci więcej już
ani zimą ani latem
>>>
* W stronę wieloryba *
Skończyć z pewnym rodzajem zła
o tak, jakże łatwo zawołać – Moby Dick!
skończyć z pewnym rodzajem zła
rzucić harpunem, ot, tak
w coś monstrualnie niepowtarzalnego
stoję na rufie statku wielorybniczego
słucham słowiańskich syren
nawołujących do zasadniczego zwrotu
w życiu dotychczasowym,
życiu nieuporządkowanym jak ocean
pełen przypływów i odpływów
głębin i niespodziewanych raf
Skończyć z jakimś rodzajem zła
wykonać solo na złotej trąbce
solo Dizzy`ego, solo Milesa
dokończyć je już na gitarze
po czym cisnąć oba instrumenty
w stronę wieloryba
białego, uśmiechniętego
>>>
* Gwóźdź w dziąśle *
Zaparło mi dech
zaparło mi dech w piersiach
pojadę samochodem
pojadę samochodem po naukę
wszedłszy do zegara
wszedłszy do zegara po wskazówki
po jakimś czasie zadzwoniła
po jakimś czasie zadzwoniła do mnie
ale żeby miotać się
ale żeby miotać się jak pijak
gra na kongach
gra na kongach łokciem knykciami nigdy palcami
oto ja powstaję
oto ja powstaję na horyzoncie
potem kucam w kącie
potem kucam w kącie za firanką
ona powiedziała
ona powiedziała to zamiast niego
podświadomość go powstrzymywała
podświadomość go powstrzymywała przed zerwaniem
zakotwiczyło moje jedyne
zakotwiczyło moje jedyne dziewczę
huta toczy, walcuje, kłuje, roztapia
huta to wszystko przetapia w nas
i kotwice
kot dmucha na zimne
kto dmucha na zimne jak kot syberyjski
galimatias amerykański
galimatias amerykański jest jedzony jak gulasz
jedzenie smakowało i poszli
jedzenie smakowało i poszli po łyżkę z drewna
gwóźdź w dziąśle
gwóźdź w dziąśle to jak niespodzianka
zaparło mi dech
zaparło mi, przeto dech
sztachety służą w Polsce
do gry na kongach
do jedzenia
do rozmowy
gwoździe między zębami ranią
>>>
* Podwoje butiku *
Zdumiałem się na widok twojego lasu
powiedziałaś – zaufaj mi
wszedłem, więc weń
drwa leciały, wióry leciały
gniazda rozbijały się o ziemię
rozszarpane wcześniej przez świerkowe gałęzie
w lodówce siedział niedźwiedź
cały struchlały ciemnościach
czekał na mnie
zdumiałem się na widok twoich mchów
po rannej rosie poszedłem śmiało
przez pajęczyny traw wszedłem na te poduchy
zatonąłbym w tych mchach
gdyby nie buldożer dziki jak ryś
on wyciągną mnie stalową liną
gdy byłem już blisko dna
otworzyłaś swoje podwoje
to były podwoje butiku
zaproponowałaś mi układ a potem umowę
zawarłem i podpisałem
obiecałem dostawy drewnianych garniturów
poszedłem na śniadanie by zapomnieć
oparty o ratusz jedną ręką
wspominałem góry i lasy
wszystkie, które poznałem
twoje orły kołujące nad historią
moje przemoczone buty
moje kapelusze pełne kleszczy
moja siekiera uśpiona
były jak krata i zwodzony most
>>>
* Jak druciarz *
Nie idę drogami Beskidu jak druciarz
smutny koniec druciarstwa nastąpił
jest to po prostu nie możliwe
Nie idę polną drogą beskidzką jak Świadek Jehowy
zdobywający zapadłą wioskę polską
dla religii wielkiego amerykańskiego biznesu
Ale wiem skąd wzięły się aligatory
w Popradzie, Rabie i gdzie indziej
są szybkie trudne do podpatrzenia
łatwiej obserwować jest porzucone dziecko
płynące na krze lodowej – po Dunajcu
Wiem też jak przeorać skroń Olka
zmarszczką głęboką od troski
załatwię mu tę troskę – nie wykupię
polisy na swój uśmiech
Wiem jak przeorać policzek Olina
paznokciem wielkim i tępym
jak laska sejmowa
będę się bronił jak ryś z Magury
i nigdy nie pozwolę im podobnym
pogładzić się po policzku
* Na krze *
* Chórem z Babilonu *
Spokój tylko śniętych elektrycznych węgorzy
na Jeziorze Genezaret
podszedłem do sieci
podniosłem je
zarzuciłem z molo w Kafarnaum
Żydzi przerażeni pierzchli
do Nowego Jorku
spokój tylko syreny
zaplątanej w sieci w Tyberiadzie
akurat zagrzmiało
deszcz deszcz deszczowe uspokojenie
strach na dnie
nie dawał znaku
spojrzałem w głębię grzechu
z satelity zawieszonego
ponad Palestyną
spokój czołgów zardzewiałych
pod Bagdadem
gruzy gruzy o czymś świadczą
ziggurat był, czy go nie było tutaj?
wieża Babel była, czy nie?
jem kisiel na schodach
nie widzę ich końca
manna, o tak, manna
grzmi jeszcze?
nie – odpowiadają chórem
Żydzi z Babilonu
>>>
* Mój zamek na polach *
Po ubogaceniu wszcząłem rewoltę
mur postawiłem w dwa miesiące
skorzystałem ze światła księżyca
zdobyłem ostrogi i doświadczenie
na stepach zbudowałem zamek
całkiem podobny do tego, co uprzednio
sczezł na wiszącej skale
pawie pióro sobie wetknąłem
i powróciłem do korzeni by
ubogacać się ponownie od zaraz
kiedy się zagłębiłem w puszczę Drewlan
wciąż myślałem o stepie
kiedy z niej wyjeżdżałem na bułance
nikt z jadących Tavriami
nie chciał ustąpić mi miejsca
zgnieciony tuż za Przemyślem
posuwałem się nadal na Zachód
już dwukółką przez bagna
miałem wizje i widziałem już nowe pola
lądowałem i wzbijałem się nieustannie
potem na ostrowach czatowałem z pełną piersią
zaczytywałem się gazetach
wciąż zabrudzonych skandynawską smołą i ropą
jakieś nadobne zające wyrywały z krzaków
sarny migały między świętymi dębami
zęby się ruszały na szczytach
korony nadlatywały w helikopterach
dmuchałem na zimne bagnety
zadośćuczyniłem na stogach
pogłaskałem dzieciątka i wrzuciłem pieniążek
do źródła poezji i pracy natchnionej
pokiereszowany stałem u bram
jak Rakoczy jakiś albo coś?
wygrażałem pięściami sowieckim bramom
jak jakiś Chazar albo coś?
przecież i nie mnich kijowski
choć z brodą, muszlą, z laską i z worem
zasnąłem wypełniony snem słowa
w Gieczu
>>>
*Postanowiłem zasadzić skośne wiśnie*
Postanowiłem zasadzić skośne wiśnie
wstałem skoro świt, odkopałem ze śniegu
krzewinki i wyszedłem do sadu
przebrnąłem przez dożynkowe wieńce
odkopnąłem na bok pierwszomajowe szturmówki
stanąłem nad ruczajem
zacząłem kopać pierwszy dołek
na jego dnie odnalazłem złoty róg
po chwili zastanowienia
przyprawiłem go sobie do czoła
a wiśnie wkopałem skośnie
udeptałem ziemię i posikałem ją
z tymi skrzydłami z papieru,
które kołysały się przypięte do pleców
i tym rogiem dyndającym z czoła
wracałem niezbyt szybko do domu
wracałem sflaczały i zadumany
nad losem pioniera w czasach
jurajskiego socpostmodernizmu
>>>
*Nowe krzywdy wybaczyć daj*
Powiedziałaś – stój
na zielonych pastwiskach – zatrzymałem się
powiedziałaś – skacz
w pustynię – skoczyłem
łatwe zebry poczęstowały mnie krówką
niebne rozstępy były nadmuchane wiosną
po pomarańczowym kokluszu pojawił się błękitnawy bronchit
złamany kasłałem, aż wiatr zawył z zazdrości
komin zachwiał się i upadł obok sfinksa
nie zdążyłem go złapać w fartuszek
Palestyna wzywała przez radio
była wojna chwiąły się katedry jak kominy
stanąłem na wzgórzu –
nad murem płaczu zjadlem loda
założyłem związek zawodowy
rosyjskich pisarzy piszących w języku hebrajskim
– bo to język sztuczny
ja zapisałem już pismem klinowym
kolumnę w niewoli, tak to ja, ja
teraz zapiszę się do NKWD
z takim losem, z takim posłuchem
co powiesz to zrobię z sobą i z tobą
Palestyno obiecana Piastowi
nowe krzywdy wybaczyć daj
powiedz – wróć
>>>
* Przejdź *
Zanim skończysz te swoje lata
przejdź na chwilę do porządku dziennego
nad tym, co nagromadziło się
i w suchej i w wilgotnej pamięci
oświeć iskrą bożą te pokłady grzechu
i po rozhuśtanej kładce
przejdź nad nimi jak nad przepaścią
Podpatrywane czajki, w które
zamieniły się pulchne sąsiadki
wiklinowe witki wystające z zielonej łąki
nad ruczajem, to małe dziewczynki
samotne i zagubione trzymające cię za rękę
Wrzeszczące gawrony na drugi dzień
grzebiące w zgliszczach twojego ogniska
to nastoletni chłopcy uciekający
przed samym sobą, goniący samych siebie
rzucający w ciebie grudami ziemi
Jakiś skromny ciężar wymodlony
przed kapliczkami w brzegach i urwiskach
kapliczkami z ziemi i polnych kwiatów
Ryby po spuszczeniu wody ze stawu
ryby na patelni stojącej na rozgrzanej blasze
skowronek na tle słonecznej tarczy
zraniony zwierz, zraniony człowiek
człowiek przygnieciony ciężką maszyną
Łąka wzbierająca kwiatami to przeszłość
dziś łąka wzbiera krwią niesprawiedliwości
dziś strumyk niesie zamiast larw i wodnych pająków
zwały lodu dając początek lodowcowi
rozorywającemu narodowe doliny
A gdzie indziej, tam gdzie stąpasz
otwiera się ziemia grzechu upaństwowionego
– niewybaczalnego
Przejdź modlitwą przejdź wzdychaniem
przejdź ostatecznym oddaniem się Bogu
jak twoje dziewczynki na ruczajem
>>>
* Po przygodę *
Poszliśmy więc po przygodę
ciemne mury podświadomości zatrzymały nas
przez bramę musieliśmy przejść
przeszliśmy przez nią nad jakąś rzeką
mam mało czasu mówiłaś – pośpiesz się
brak ci wiary – odpowiadałem
ziemia trzęsła się wszędzie
ja twierdziłem – to bagna podświadomości
ty – nie, to Barbados!
dlaczego akurat Barbados?
– ja nie muszę widzieć tego tak jak ty
skoro zostajesz z tyłu i nie jesz tej
pieczonej od rana gęsi, to zauważ,
że przygoda czeka, że deszcz może zacząć padać
że wszystko to, co jest przed nami
wzywa, wzywa i wzywa
nie narzekaj na żubry w Niepołomicach
nie narzekaj na tamę Dobczycach
ściśnij mózg, wyduś wiarę z serca
Bóg ci dopomoże, znajdziesz ludzi
którzy cię poprowadzą przez tamy
znajdziesz bladych i krwawych,
którym ty z kolei dopomożesz
wyjmiesz im te noże z ich pleców
albo zaorzesz im pole leżące sto lat odłogiem
a, ta przygoda jak grzyb po deszczu
będzie rosła – szkoda, że tylko jedna
ale za to duża
>>>
* Mruczaj leśny *
Mruczaj leśny stęchł w niedzielę
poszły jeże po mchu
za którąś miejską paprocią
osiadłą w lesie
przewróciły się na plecy, czyli na kolce
stoczyły w wodę
z zaczęły mruczeć
stąd ten mruczaj leśny
Śmierdzi, to las ci czy nie?
siarką zalatuje, grzybów i tak pełno
gdyby tak na rynku, ale tu są blisko lasu
pij piwo, jedz ogórki, wąchaj
jeśli chcesz, choć nie musisz
powiadam ci – niezłe są leśne mruczaje
zamiast wąchać możesz słuchać
po co czekać, po co wzdychać, po co?
Niedziela jest po to by się cieszyć
i świętować, bądź nabożny
las nie jest wrogiem, ani jeż, ani kolec
zarodniki paproci się starzeją
a ludzie są nieśmiertelni
nauką ganiaj w las po naukę
mruczysz coś pod nosem – słyszę
nie dręcz lasu i nie dręcz mnie
powiedz wreszcie głośno to słowo
STWÓRCA leśny
>>>
* MI*
„A imię jego …”
i od tego wszystko się zaczyna ….
jeśli to wiesz to nie zabłądzisz ……..
i nie dopytasz się jak nie wiesz ………
JESTEM, KTÓRY JESTEM
nic dodać nic ująć
i czego tu szukać więcej, jeśli to zrozumiesz
A ponadto angielscy policjanci
nie mogą należeć do masońskich lóż ………..
a co z Mickiewiczem i Słowackim …….?
co z współczesny – MI……………?
co z kraksami na autostradach…..?
co z polskimi policjanta – MI?!
JESTEŚ?
>>>
*Co w twej otchłani tkwi?*
Co w twoim sercu czai się?
czy pamiętasz, kiedy tam się to wkradło?
może to było w szkole podstawowej a może w liceum?
może na jakimś studenckim rajdzie?
pomyśl dziecino – kiedy to było?
pomyśl dziecino – co czai się?
miałeś być przewodnikiem maluczkich
miałeś nauczać, miałeś chrzcić
miałeś iść prostą drogą do Pana
i skręciłeś przy ognisku w lesie
tam cię zabrał bies
gdy nie miałeś sił już bronić się
tam cię porwał w siebie
wypluł dziś samotnego i skruszonego
jeszcze patrzysz na popiół ogniska
i zastanawiasz się, co pozostawił
w tobie ten rajd
otchłań strachu, otchłań, otchłań
co w sercu czai się już wiesz?
jest tak odległe, lecz wiesz, że jest
będziesz przewodnikiem maluczkich
będziesz nauczał i chrzcił
będziesz szedł prostą drogą do Pana
lecz nie zapominaj, co w twej otchłani tkwi
>>>
* Na przesiece sobie gram *
Gram i gram, coraz lepiej gram
nie mogę skończyć
wpadam w euforię na przesiece
czekam już tu od trzech dni
Henryk nie przyjeżdża
o mamo, nie przyjeżdża
Barbarossa nie przyjeżdża,
o tato, nie przyjeżdża
ślęczę nad elementarzem Falskiego
już smrodem Nowej Huty
przeszły mi rajtuzy i nic
walę w perkusję i targam struny
coraz lepiej, wszyscy widzą postępy
zmarzłem już – jak to tak?
w samych slipkach na przesiece
nie wysiedzę
tam na przeciw na bilbordzie
twarze Hitlera, Stalina, Szeli
odwracam się wstaję – gitara pod pachę
perkusja na plecy i w drogę
do Częstochowy
nucę sobie, nucę sobie arie Rossiniego
i przyśpiewki Slayera
tłumaczę z frankońskiego na podolski
>>>
* W Królewcu*
Zdarzyło się to w Królewcu
Kant prawie to widział
niestety na własne oczy
demonstrując kometa wpadła
pomiędzy ciernie
głowy nic nie warte zatopiono w jeziorku
szyba brzęknęła rozbita
księżyc to był zrobił
wdzierając się do wnętrza bajorka
Królewiec zadowolił się morzem
milutki filozof pogłaskał
warkocz tejże komety
co zamierzała szyć już sztandary
ludzie wchodzili na statki
nie wielkie dla samej ryby
ryby nie tak bałtyckiej
jak pozbawionej siły
po latach przelatywały bombowce
tych, co to umieją latać
senne ich oczy zawiodły
spadły na idei stos
mój ty Kancie zastygły
czemuż nie wyciąłeś z logiki kart
głodujących dzieci Afryki
głodujących lat dwieście
a potem była Peczenga
Dniepropietrowsk i Ural
potem była Workuta, Kołyma, Magadan
Kancie, Kancie kosmiczny
dlaczegoż właził na wieżę
dzieci płoszyłeś, śpiewałeś jak kot
ja carowałem już w niebie
widząc cię jak dojną krowę
cmokałem łysiejąc z wolna
za praczką się oglądałem
lecz tylko Katarzyna była oddolna
na samą myśl dziś startuję z samolotami
z Peczengi
na samą myśl dziś wydaję
przez ciebie krocie mitręgi
bo Belzebub jest zawrotny
przez wieki idzie jak brudas
co to każdemu pachnie
gdy upity bzdur nastula
rzucanie młotem powtórzę
choć nie Thor mi na imię
rzucę nawet oszczepem i sierpem
przelecę się na strzale jakiejś
dla dobra jabłek, dla czuwań
logiki w akademiach powącham
logiki czułej
odwrócę się do ćwiczących
wybierając jaskinie gbura
modre usta marksistów
ich krew zsiniała ze złości
tak dobrze chcieli dla biednych
dziś nie pozbierasz ich kości
marnie okute dziś buty
kopią dzieci opuchłe
w Królewcu trzysta tysięcy
przeżartych, żrących, żebrzących
podrapać się po tych skryptach
protestanckie wybiegi rozpoznać
wyruszyć na krzyżową wyprawę
dać się zestrzelić nad Moskwą
mijam Mieriesjewa, niech czołga się
wiem, że dojdzie do gułagu
Rusini uciekają od Rosji
wiem, że nie dadzą rady
kto pomoże głodującym?
na Kubaniu, Kurdom lub Hutu
nie ma Wańki i Wstańki
nie ma Clintona
nie ma też Hermaszewskiego
wylatał całe otręby
całe spodnie pobrudził
dam na zapowiedzi w kościele
dam na wypominki za ludzi
buduj duszę bez KANTA
popatrz z wieży w Królewcu
300 000 ich tu jedzie – pobitych
wokół wciąż w pędzie i w pędzie
świat analityczny…………… alogiczny
>>>
* Nanosekunda *
Jego tchnienie, moje poczucie
jakiś zagarnięty, przez ekspansywny wszechświat, skarb
modlitwa w ciszy, napromieniowane łzy
skorzystałem z tej nanosekundy Wielkiego Wybuchu
miłość, a gdzież ona, tylu ludzi się urodziło
i oto jeszcze nie ma dziecka, i oto już jest
puder strząśnięty z akacjowych rzęs
poparty w lustrach, zapomniany po Wybuchu
Sekunda jak kropla, sekunda jak cywilizacja
uciekam od miłości lub raczej uciekałem od miłości
dziś na pewno nie, nie, nie
na niebie sutanna zakrwawiona, płonący las
pomruk polskiego zomowca
na przeciw jakiś wymachujący ogonem stwór
jeszcze lecą petardy, jeszcze lecą ułamki materii
żyje jeszcze poeta Herbert, żyję jeszcze ja
kwiaty jak sputniki, zwierzęta jak meteory
wszystko żyje i chwali Boga
w moich trzewiach uwite gniazdo dla duszy
dusza pływa w wodach płodowych
oby już nigdy nie przesiąknęła alkoholem łzawiącym
oby już nigdy nie tchnęła wieprzowiną haków
wyczyść szczoteczką siódmy krąg serca
odłóż szczoteczkę na półeczkę, odłóż ją
popatrz przez okno, spójrz ponad rogami diabła
nad kapeluszem chochoła zobacz
ulatującą w nieskończoność materię
dusza podchodzi ci do gardła
to twoja ostatnia nanosekunda
>>>
* Raj utracony *
Buszuję, żegluję w trawach
goni mnie mały jasnobrązowy wąż
nie jest jadowity
moje serce tęskni do Boga przestrzeni
chciałbym upaść do jego stóp
spojrzeć na jego siwą brodę wędrowca z bliska
a on tymczasem zaznacza swą obecność przy mnie
ciałem małej dziewczynki podającej bukiet
kiścią bzu rzuconą w szuwary
nad łącznym stawem
wężem co z pala zszedł
dobuszowałem do spojrzenia na siebie
oto wąż i dziewczynka
i łzy mojego ojca
czas na ważkie decyzje
czas zostawić martwe owady i sterty gazet
czas zostawić łąkę na dobre
czas ukryć się na morzu prawdziwym
>>>
* Imię *
Spocony dobiegł do krańca czasów
zemdlał na widok
spocony nacisnął klamkę otworzył drzwi
drżąc cały podniósł głowę
spojrzał i dostrzegł
w ogniu swoje imię
>>>
* Już prawie umieram na pustyni rozumu *
Sięgam intelektem po to, co nienazwane
patrzę na obraz Matki Bożej
wytężam wszystkie zmysły
patrzę na obraz Matki Bożej
suche szczegóły mojego rozumu
nienapojone konie bałwochwalstwa
patrzę na obraz Matki Bożej
moje serce nienapełnione i niezaspokojone
patrzę na obraz Matki Bożej
modlitwa otwiera mi rozum
czytam Platona i Machiavellego
patrzę na obraz Matki Bożej
kontempluję głębokie myśli Tomasza
patrzę na obraz Matki Bożej
i gdy już prawie umieram na pustyni rozumu
poruszają się moje usta
w rytm słów Matki Bożej
>>>
* Lewiatan opadł *
Zdrzemnąłem się na plaży
skorzystał na tym zmutowany lewiatan
przygoda podarła na strzępy czuwanie
wiatr uniósł lewiatana
to nie był znak śmierci, choć był czerwony
jak czajnik przeleciał nad rzeczką-prypećką
lewiatan komunistyczny opadł
na wschodnią Ukrainę
z Helu nad Prypeć za mną
w pysku jak jaskinia trójząb miał
i z jednym okiem
z wielorogiem
majstersztyk antyczny
z tych późnych zjaw Babilonu
czemuż mam zadawać się w środku lata
z powolnym sepleniącym ogórkiem z mułu
nieprzebadanym na wypadek nosicielstwa,
na którym śmierć wystrugała na skórce
– teraźniejszość
degustacja ukraińskich lodów
odpadnięcie z mola na tereny lenne
pale Czerwieni
łabędzie Zamarstynowa
oprócz noworocznych sióstr
czegóż więcej potrzeba do zaproszenia
na kolejny festiwal poszukiwań pohukiwań
Wiatyczów
odsuń pysk lewiatanie
odsuń pysk wstrętny
gdzieś tu był grób
gdzieś tu była kołyska
>>>
* Potomkowie kosmitów obciążonych legitymacjami*
Potomkowie oby dożyli
Potomak przyjmie ich ciała potem
dziś ważą się losy mówiących w suahili
a ja mam grypę po ciosie
Męczą się z wiosną stworzenia
więdną jesienią i cóż
zawsze kreskują po jednym
potem plusują pod prąd
Dziś ładnie, dziś rozpromienia
nas blask pochodni na skale
mając rogi i sznury
możemy trąbić lub wcale
Jeżeli zdmuchną i to, jeżeli poturbują ciebie
ja powiem nic to, ja powiem nic to
śpij, lecz swoje rany
nie pij więcej kumysu
zakop się pod tym miastem
i szturchaj z sensem hołdysów
Koniecznie zagracić muszę komórki
pokrzyżować plany zboczeńcom
rzucić oszczepem w ten Sejm
zanim otorbi nad miarę kangury
Podziękował potomek i poszedł
po lesie włóczyć się juha
zamiast paść mi te owce skromne
co z radosnymi wilkami chcą się kumać
Pędzi wiatr nad Potomakiem
Pontiac mu kłania się fają
Tatanka Yotanka zaklina
a biały ucieka jak zając
Zając ucieka z prawości
zając nie czeka na koniec
tej epopei czerwonej
Czerwona epopeja rozgrywa się
w sercach i sumieniach potomków
kosmitów obciążonych legitymacjami
niebieskokoszulich brzdąców
>>>
* Bordowotwarzym*
Skończyłem z tymi tortami
nie rzucam i nie jem niczego
co przypomina pianę
za młodu napatrzyłem się zjazdów
popatrz na skalne kwiaty – rzuciłaś
załapałem, popatrzyłem, skamieniałem
powąchałem – byłaś w cuglach
dotknąłem cię, ruszyłaś z kopyta
przesłanie prawdy, nad Niemnem
rozesłanie kłamstw, nad Moskwą
a my bieżymy żebracy zaświatów
skończyłem z kwestionowaniem zasług
pokurcze niech mają się dobrze
mieć za nic to jeszcze nic
tylko oddawać, oddawać, to coś
kiedyś kwiaty przemówią z nagrobków
zdecyduj się wreszcie staruszku – syknęłaś
obiecałem, cmoknąłem
krawat zaciągnąłem na obcej szyi
krawat beżowy na karminowej koszuli
piana wyszła na usta
a tak od lat chciałem poluźniać
po latach poluźniać wreszcie
dać poluźnienie bordowotwarzym
a tu trach, poleciał tort
kolejny tort na cześć
wykrzywionych gęb
a teraz muszę modlić się za rzecznika
całego w ptysiowo- wuzetkowym cieście
modlić się wreszcie ostatecznie
w piwnicy
na Starym Mieście!
>>>
* Przydałem się w końcu *
Zapomniałeś o mnie
a ja czekałem cierpliwie
i byłem pod tak zwaną ręką
cichutko w kąciku
podjadałem pastę do zębów
wyciskając ją chłodną
na ciepły, drżący język
wcale nie podglądając w tym czasie
nauczycielki zdradzającej
męża, dzieci i wartości
mógłbym opisać skupienie
jakie mi wtedy towarzyszyło
mógłbym strofować mrówki
włażące mi na gołe nogi
opisując zdziwienie
jakie mi wtedy towarzyszyło
mnie odwagi nie zbrakło
siedziałem jak trusia
wiedziałem, że zapalą się światła
wiedziałem, że wcześniej
czy później zapalą się
te reflektory prawdy
a ja opowiem, co widziałem
zawsze byłem pod tak zwaną ręką
skończyłem rajtuzy
skończyłem trampki
bagna zaliczyłem
szczyty zaliczyłem
i urwiska
i przydałem się w końcu
olśnieniu zmysłów wielu
* Modre usta ideologów *
Modre usta ideologów
ich krew zsiniała ze złości
tak dobrze chcieli dla biednych
dziś nie pozbierasz ich kości
>>>
* Gmach prawdy *
Stwórz miejsce czyste
nieobdarowane ciemnością gwiazdy zła
gmach prawdy
ty wiesz, czego mi trzeba
ja skorzystam z wszystkiego
co nade mną się otworzy
każdego i tego wieczoru
stwórz dla mnie zimę dnia
bym zadrżał na widok słońca
odpieram ataki i wylewy kłamstw
po czym spadam, spadam, spadam
oczekując dna świętości
moje łzy nie mogą mnie zdradzić
nie mogą
wierzę, że czyste obłoki faktów miłości
stworzysz tylko dla mnie
ja poprowadzę tam ludzkość
jak to zrobię jeszcze nie wiem
dla czego ja – tego nie wiem też
lustrzane odbicie złego świata w fotozjawiskach
jakie to przyjemne patrzeć, patrzeć
gmach prawdy taki ogromny
zawsze stał w tym miejscu
zmieniało się jego oświetlenie
nocą przecież
>>>
* Serwilizm paszy*
Serwilizm paszy miał skazę antymoskiewską
zdjęto z niego ukute osądy
spławiono Donem o w pół do dziewiątej
meandry paszy były psychologiczne
wpadł w ordę na końską uzdę i skwaśniał
niektórzy napadnięci nie przypuszczali
że to nie Goci ani piloci tylko Rusini
przegnali miśka przegnali w pielesze
serwilizm mlaskającego na modłę tatarską
poczęstowano zatem czudiesną horiłką
na czosnku i końskich gnatach
to nie były gnaty końskie daję głowę –
rzekł eksportowy car, toż to gnaty
nie cygańskie nie pańskie to gnaty zawołżańskie
sąsiednie porohy spieniły się w nędzy
parskał szkielet hucuła nad brodem, nie chciał iść
jaśniał księżyc nad stepem grzyby rosły
w nieskończoność jak drzewa tajg
mędrek z Krakowa przez Zamość dotarł do
Siczy, serca Kozaczyzny i oszczekał
przybyłego Żyda jak Dzieduszycki i Winnicki
lubisz parzyć gnaty – rzekł ten z kicką
potrząsając buńczukiem i łukiem
lubię z kaszą i dziewanną – odrzekł ten
co siedział w turmie przedkomunistycznej
w samej Moskwie carów, ogarów
i groźnych samozwańców
o jej!, dziewczyno, branko ty moja!
paszy nie ma, wina nie ma, łodzie jeno
więc wsiadaj, czekają, Rublew namaluje cię
i na ikonostas
jego bracia w aureolach, nasi bracia tożto
pasza w ordzie bierze co swoje
więc my tymczasem wyzwolimy się cichaczem
pobudujemy miasta nad lochami
i zakotwiczymy na czarnoziemiach i skałach
jak prawdziwi Lędzianie
>>>
* O! Rozkolcu! *
Spójrz rozkolcu na tą mątwę
jak mąci wodę
Stalin by jej nie dorównał
w mąceniu na dnie
jak tu koralowo jak na Kremlu
słowo Kreml pochodzi
z dawnego podwodnego język
a
zatop
ion
ych
Scytów
i oznacza czaszkę w przezroczystej wodzie
płynacej ze szkierolądu
jako podmorski prąd
wulkan z morza był dla słabszych
takich jak Perseusz
dla pozostałych drętwe wody mątw
ty to jesteś chyba konikiem huculskim
podobnym do morskiego
co czyta, co wieczór podrzucone
tek
sty
w telewizyjnych dziennikach
oj!
śśś siczy coś pod kamieniem
a to głębia Rowu Mariańskiego a nie
poroh Dniestru
obok wysp gdzie doszło do wsyp
kozackich
chciałoby się powiedzieć
jam ci sułtan
a
nie
jak ty
rozkolec miękki
albo np
jam ci ostrosz Wipera
a
nie kogut Twardowskiego
co niesie nad stepy
nie dotykając ziemi
a nie
rozkolec jak ty
ja nie mącę
ty mącisz
on oni mącą
w Mullin Rouge śpiewają
a kysz a k
ysz
a pójdziesz ty
maniaku den
miękki jak usta Mariana ze Żnina
suszą się sieci na wantach szkunera
krząta się bosman rybacząc
bosakiem nakłuwa powierzchnię
nie wiedząc
że dno jest tuż tuż
zielone sekwoje rafy
falują pod brzuchem manty
zaskakują Orwella wieprze wostocznyje
które nadziewane melancholią
preparują muzykę
do tańca
w kuchni zmytej świeżo
dzwonią talerze i szklanki
jak zęby rekina
toż to sygnał dla Kozaczyzny
wyruszać na złotoustego syna
miauczą kotki miau miau
ja spowiadam Zosię
zadaję jej dodatkowe pytania
o głębię, rozdennienie, itepe
leżeć rozkolcu leżeć
ty się wzbraniasz a
ja
kupiwszy płetwy w supersamie
rozciągam się tam i siam
w grocie wierzgając nogami
głowę mając w paszczach rekinów
a nogi w atramencie mątw
no i czyja to robota
ta koralowa robota
Stalina
czy
jakiegoś neptunowego syna
od Morza przez porohy do Morza
>>>
* Bank Niestałych Serc *
Znalazłem w wierszach osiemdziesiąt milionów szkieletów zaufań
samych Europejczyków
zadzwoniłem do stryja literata w niebie
– co słychać w kwestii zadłużenia natchnionych w Banku Niestałych Serc?
nie wiem czy dobrze wybrałem numer
dziwny głos w słuchawce wycharczał bez zająknięcia:
wszystko w porządku, zapraszamy ponownie z nowymi przyjaciółmi
oferujemy jeszcze szesnaście innych form niewiernych usług bankowych
a obsługujemy aż do całkowitego wyczerpania
ludzkości
* Bank Niestałych Serc *
* Droga coraz prostsza, gdy krew tryska z kolan *
Dla mnie to już prosta droga
choćby na kolanach
serce nie chce słuchać chcę się wyprostować
dla mnie te lasy to już drzazgi
mogę podpalać sercem wszystko
dla mnie domy nie istnieją
gdzie wychynęły ze strzech płomienie
mogę tkwić miesiącami w karcerach
gdyż modlitwa nie jest mi obca
chciałbym tak kochać jak zesłańcy
dźwigać wszystkie wyrąbane lasy
jak zesłańcy na plecach
ja na kolanach a na grzbiecie tajga
ja bosy a pod stopami
chłodny beton placu defilad
płoną kraty w oknie
oj dobrze, dobrze
płonie krajobraz nienawiści
płonie dzieciństwo bez marzeń
droga coraz prostsza
gdy krew tryska z kolan
płonie asfalt pierwszomajowy
od drzewc jak zapałki
niech spłonie ta droga do piekła
>>>
* Wisła płynie…*
Zdruzgotany po spojrzeniach
za ciemieniem zerka
poniżony w spacerkach
ogłady szuka w partyjkach
zamiast ruchów zaprezentował czołganie
nie jeździł sam na nartach wodnych
spostrzegał ważki nad morzem
lody w kasynie
brody w kinie
na rzece czeskich idoli
jakież muszą być koniki szwejków
skłony prażan
gdy na przedpolach Małopolski
jeszcze dymią forty
zerka zza włosów
jak na jakimś pokazie
opresją zasłania się przed światem
tendencyjnie kusi los w pokoju
zaspokójże swe namiętności
barem czarem skwarem
Wisła płynie pod górę
mleczne bez pulsowania
światła na południe
bociany wstecz
Śmiały na południe
Wawel w górę
zdecydował się dopolszczyć
społłeeczeńństwo
>>>
* W polskiej tajdze*
Poświata w łagrze
księżyc jak ja pada ze zmęczenia
a jednak świeci
śnieg pada na rozbite wojsko
to drzewa padłe pod ciosami
zdrzemnutsa, zdrzemnut..?, achtung!
Miętlik – świetlik pośród łanów krzyży
chylą się świerki albo sosny
chutor został daleko na Ukrainie
wolni umarli w nim z głodu
tutaj jest lespromchoz jak to na północy
Poświata na grobach jak czeremcha
małe, zbyt małe buty i ubranie
słoma wszechobecna, słoma
gnijące kołki i darń na głowie
nie uświadczysz tu Lenina
on w rozkładzie gdzie indziej
Grają w karty strażnicy
grają o czyjeś zdrowie
doświadczeni jak żółwie rogate
pijani czołgają się beznamiętnie
te cienie w lesie
to owi byli funkcjonariusze KPPZPRKPZBRrrr..
Mogą to być ćwiczenia
może to być śnieżne piekło
tak, tak to piekło Syberii,
które może się powtórzyć
w każdym polskim lesie zimą
w każdym czasie
zdrzemnutsa, zdrzemnu..?, achtung!
>>>
* Uf, jak gorąco! Uf, jak śmierdząco*
Zatrułem się w tych czasach
dymem, pastą, słowem
przez to merkantylne stawanie się, co dzień
mówi Marszałek, mówi zdrajca –
zapatrzyłem się na bijących
zapatrzyłem się na tłukących
z otwartą gębą stoję
naprzeciw walących głową w mur
Uf, jak gorąco, uf, jak śmierdząco
robi to belfer, robi to jakiś jeden ksiądz
robi to robotnik, robi to nawet
chłop z Bieszczad powtarzający
oj k…, oj k…, oj k…..
oni wszyscy trują
się trują głosując w te i we w te
w duszy gra struna smutku
polska dusza przecież
łany się śnią białe jak marmur
a to zima serc, a to zima czynów
bełkot chochoła i rechot czarta
w studniach kawalerii
w partyzanckich studniach
w cembrowinach internowania
szukam elegancji w śpiewie i echu
zaglądam w przezwiska,
które dziś zastąpiły pseudonimy
w tym fetorze zmysłami nie poznasz
kto jest kim?
>>>
* Jak szalupa Batorego*
Zacząłem spokojnie tyć
narzekać na zegarki
klęski począwszy ode mnie
skończyły się na kimś tam
zaproszono na klęski cały naród
przyjęto zaproszenie na klęski
wystraszeni bracia
po cóż ta mata
po cóż ta wataha
po cóż nóż
Zacząłem porządnie tyć
wierzgać językiem i mleć
w ciszy reaktora
pod stogiem siana
ja polna mysz
a kysz, a kysz
Z drewutni wyszedłem z naręczem
zapamiętałem naręcza
pokłóciłem się o drzewa
jabłka i obierki
z niańkami
Konieczny był skok
na koronę Polaków
co go to obchodzi? – mówili
co go obchodzi patriotyzm? – mówili
a ja tyję a oni nie
ja tyję z powodu gazet
ja wyprawiam się
na wieloryby partyjne
po przygodę i tran dla dzieci
już sam jeden
jak szalupa Batorego,
który zatonął
>>>
*Wezuwiusz dla Europy*
Zdobyłem ostrogi czasu
jak Wezuwiusz dymię od czasu do czasu
trzymam pikę w kanale
jak Wezuwiusz mam za plecami wiedzę głębin
węże krnąbrne wygrzewają się
na stolikach żłobionych przez lawę
zbrojną rękawicą na odlew w lej
a jak strzepnąć czapę Wezuwiusza
to na Europę leci czad
są tacy, co bez broni zaglądają
w oczy smoka i ptaka śmierci wraz
erupcja tradycji z kraju Eneasza
Cyklop Wezuwiusz macha do mnie ręką
po co śmiga biały ptak nad kraterem,
który przykryłem tarczą Jozuego
nie zmąci spokoju kwiat
na stokach ostrych z żużlu
czołgam się w zbroi przepasany kirem
jak nie ja to ktoś inny
odetka ten komin dla prawdy
z głębin
>>>
*Priap Polski – 1996*
Zmuszony do porwania się na Troję
ze słusznym gniewem bez najmniejszej racji
popędził Agamemnon, popędził Achilles,
rozgardiasz zrobili pod wrogimi murami, że hej!
On stał na murach, on ogłosił się Priamem
zszedł na dziedziniec zamku, włączył się w biesiadę
on miał być Priamem, a został tylko Polski Priapem
lecz nawet złodziei nie odstraszył
to jak miał zatrzymać falangi Jaruzelskiego
złóżmy mu w ofierze …aferze… jurnego
OSŁA WYBORCZEGO
*Ofiara dla Priapa*
* Króle witają *
Jego cygaro
posłuszne w ustach
między wargami
stworzony na obraz
wojska Czeczenii
skała nad oceanem
Montserrat
Mołdowa
Mediacje
Monter jak Monster
Jej usta czekają na świt
stworzenie kuleje w lesie
pod obstrzałem
iluminacje sylwestrowe
w Krakowie
Gandhiego
odwieczny konflikt osła
ze słoniem
badacze pisma utknęli w Warszawie
zanosiło się na lancz
ale cygaro spłonęło
Można było się piąć
dopalać leniwie
lecz stało się inaczej
Jego usta rozchyliły się bardziej
cygaro wpadło w gardziel
dziwne to jak tanki na ulicach Delhi
gąsienice jak mszyce
nie do jedzenia a nie święte
za tym pustym dzbanem
nie ma miejsca na wyrzeczenie
korzystne decyzje
terminatorów w Polsce
Jej usta rozchylają się namiętnie
bo styczeń ma na głowie
a tu zdecydowanie wolą blondynki
kuchtę na gałązce rozmarynu
jak ptaszek zmarznięty
i cygara
Orkiestry już grają a króle witają
ale to królowie już niekomunistyczni
z cygarami
jakby trochę kapitalistyczni?
>>>
* Poświata *
Poświata na parapecie
skoligacone wróble też
dokarmiam je, czym mam
skórką chleba, igliwiem
ścieka z serca poświata
wypływa za okno na gzyms
dlaczego mam być radosny?
i dlaczego wyprzedawać krzyże?
dzisiaj skarżą się na księży
bo śnieg depczą w zimie
i choć dynamicznie rozwija się lebioda
w środku stycznia
to wróble nie chcą jej jeść
mili milusińscy milionami szczękają w sejmach
straszą wróble nabici na kołki
poświata zmienia ich
w wilkołaki łase na wszystko
a moje wróble stęchnięte
dziobią serce świtem jęczące
>>>
* Jestem niewierzący i nieczuły *
Niech mi nikt nie mówi, że nie ma Boga Ojca
nigdy nie uwierzę, że wszystkim jest
Wszechświat i Przyroda
jestem na to zbyt cwany i podejrzliwy!
Niech mi nikt nie mówi, że nie było i nie ma Jezusa
albo, że Jezus to healer
kontaktujący się z Wyższą Energią
Nigdy nie uwierzę, że świętość to
aura ludzka, czyli promieniowanie ciała
w formie mglistej poświaty
już jedna Wyższa Energia okazała się
zaledwie – Dynamem Moskwa!
Niech mi nikt nie mówi, że nie ma Ducha Świętego
jakoś nie odczuwam mimo wszystko we Mszy świętej
BIOENERGOTERAPII
choć dreszcze i mrowienia czasem, fakt!
>>>
* By i oni nie odlecieli *
Moje proste słowa odleciały jak śpiewające ptaki
do ciepłych krajów
teraz kraczą czarne gawrony na podwórku
targają skórę słoniny, kłócąc się o nią
nie mogę zrozumieć żałobnych tych dźwięków
wydobywanych z omszałych cembrowin czasu
Moje proste słowa skrzypią jak rozeschnięte żurawie
przy zasypanych studniach
i dziadkowie odfrunęli stąd jak ptaki
i stryjkowie na latających dywanach
zabrali stąd spiekotę, kurz polnych dróg
i podążyli zawczasu na południe
Moje proste słowa wyruszyły przez winnice
do bogatych w perkal miast śródziemnomorskich
na zasypanym śniegiem podwórku
chłopcy siadają na ławce jak na koniu
spluwają bluźnią rysują swoje graffiti na ścianie bloku
bluźnią przemocą przesłań
bluźnią spojrzeniami na obcych
zaczynam się modlić tak jak potrafię
snami, przeliterowaniami, westchnieniami
by i oni nie zamienili się w słowa
i nie odlecieli
* By i oni nie odlecieli *
* A bracie fakty *
Zwierzchnik piekieł zapytał karłowatego namiestnika
czy wiesz, że nadymanie pochwał jest skuteczne?
owszem, wiem – ten mu na to
to twórz fakty dokonane zanim Michał zejdzie z pomnika
po prostu puszczaj je jak latawce i dmuchawce
ten zaczął pompować, nadmuchiwać, rozdmuchiwać
i tak to bywa do dzisiaj w krajach
postskandynawskich zaliczanych do średnio-
zamożnych arbuzowato-konfesyjnych
pneumatyczno-mniemanych imperiów
>>>
* Seplenimy ze wstydu *
Pod Twoją obronę uciekamy się
co wieczór
ciężko jest nie seplenić
uklęknąć jak należy
i nie ziewać w kierunku pełni księżyca
Pod Twoją obronę uciekamy się
myślami krążymy po kontynentach
szukamy objawień tylko dla nas
i wciąż stukamy, pukamy, wiercimy dziurę w czymś
Pod Twoją obronę uciekamy się
obrazy mając w sercu
myślami opływamy wyspy naszych grzechów
wczorajszych, zamierzchłych
i seplenimy, seplenimy coś ….ze wstydu
>>>
* Cmentarz jest dla świętych*
Czy strach zgromadził nas czy wiara?
oto pytanie Hamleta
demony idą z nami na spacer
demony idą z nami na zebranie
czy widzidzie je wszyscy?
ja nie wiem
ja chcę zostawić je na cmentarzu
lecz cmentarz jest przecież dla świętych
chcę zostawić je w urzędach
i to mi się dopiero udaje
stają potem z daleka w pozach zatroskanych o ludzkość
lecz tylko ja widzę je w wyrazistych kolorach
zgromadzeni w imię Jezusa
czasem wątpimy strachem
czy tylko ja widzę demony w kolorach?
o dziwo nie boję się ich wcale
cmentarz jest przecież dla świętych
cmentarz jest przecież dla mnie i ciebie
opuśćmy urzędy – idźmy na cmentarze
* Cmentarz jest dla świętych*
* Zieloność w Bieszczadach *
Melduję w ziemniakach
tu miedza tam miedza
obieram ogórki
zieloność w Bieszczadach
obierki delikatne obierki
lecą z Tarnicy
nacieram na kruki ukryte
pod skalnym szczytem Krzemienia
to przyszli przywódcy partyjni
więziony w Kalnicy
obrywam kupony
obrywam pagony
spadają deski z kościelnych wież
łapać składać sklejać
jak kuglarz poniemiecki więziony w namiocie
ze smyczy spuszczony wilk
zakąszam chleb z mielonką
cały czas słyszę nad Soliną
warkot czołgów jak motorówek
banderowiec a może zwyczajny chłop
bratanek Bojko czy brat Bolko
wita czyta częstuje puszcza oko
pijemy w leśniczówce jak krewni
nie ma zacieśniania kręgów wokół serca
przez tych, którym się wierzy
nie ma obaw, gdy wykonuje się
rozkazy dla wyższych celów
ryzykując nawet śmierć z ręki brata
>>>
* Spulchnianie w kosmosie *
Lepiszcze statku kosmicznego
z pierza jest
moment przed startem, gotowość najwyższa
zdecydowani na wszystko na kosmodromie
mleko na do wiedzenia
ona jest na tyle duża żeby płakać
na piersi krzyżyk
pióra sięgają do ramion
opadają nawet na plecy
grzyb na górze będącej półwyspem
czyta robot – robot czyta książkę
mewa to pewny symbol polotu
wolność pośród pobierania
Spulchniamy meteoryty
tam gdzieś na podniebnej podłodze
dojeżdżam, serce matowieje
tam gdzieś wybieram się – docieram
o tak, tak jest to możliwe
step płowieje pod wpływem ognia
z ogona rakiety wydobywającego się
mogę stwierdzić, ocenić, poczuć
za jedno
ryję w komecie, nakłuwam planetoidę
skumuluję ból i zgaszę nim
samo słońce
czy to możliwe na starcie?
płonąć można
spłonąć można
drętwe kwanty nie pozwalają
poszaleć
ducha ratuj, nie startuj
*Na kośnych łąkach*
Motywuję siebie samego
chlebem powszednim
słucham serca jak nigdy
patrzę na obcych bez obrzydzenia
ultras, contras, hools
to też baranki boże
częstuję ich papierosami
których sam nie palę
kwitnie palma na stadionie
podlewam ją z mojego balkonu
dosięgam ją strumieniem z węża
Peregrynują moje modlitwy
wiem, że zdążą na czas
w tłumie ludzi pogryzam bułkę
bez pasztetu i marmolady
studiuję wycieki mózgowe
nie denerwuję się z powodu
nieznośnych pomówień
tak chciałbym nie odpłacać
marmoladą za pasztet
Jeszcze dziś modlitwy peregrynują
kośne łąki na wzgórzach czekają
ja z pasterzem i plemieniem
idę drogą chleba
na końcu wloką się malkontenci
kocham ich
jak marmoladę
>>>
* Właścicielki oczu czarnych *
Pomyślałeś o wychowawczyni
w sposób, który przyprawić mógł ją o rumieniec
gdybyś wtedy na nią spojrzał?
Z internetowym adresem wyszedłeś do niej
nie tak znowu wiele, ale jednak starszej
zaprosiłeś do przeżywania ukrytych miłości
na ekranie wspomnień – nie – snów
Sen nie ziści się nigdy
nawet, gdy ptak z wiosny zaśpiewa
a ona rozpozna w nim ciebie
popatrzy ci w oczy głęboko jak nigdy
o wiele za dużo cielesności
romantyczności – nie – erotyki
Zerkała na ciebie w przedszkolu
twoje ja zagoniła znienacka
w kozi róg w otchłani źrenic
przyprawiła cię o rumieniec spojrzeniem
Skala uczuć kosmiczna
za oddalającą się kometą
pomknęły wstydliwe westchnienia
do właścicielek oczu czarnych
jednej wschodzącej drugiej zachodzącej
wespół wychowującej – wychowywanej
>>>
*Do domu gdzieś poza Ziemią*
Pomyśl chłopcze o wystrzelonych na Księżyc
gdzie ci się śpieszy – ilu z nich
tak naprawdę wróciło?
marzysz o mieszkanku małym spokojnym
na Manhattanie Trytona
ale zważ na jedno
jacyś bogowie może tam i są, ale spokoju nie ma
stamtąd wracają tylko niewolnicy
a i credo powracających –
pozostać na zawsze na Ziemi
meandry kosmosu przyciągają cię
jak delta każdej rzeki muł
przemierzając ją statkiem rozumu
widziałeś ptaki na falach
owce pijące z brzegu wodę
krowy wylegujące się nad brzegiem
kąpiących się w nurtach niebezpiecznych
dusza rwie się
w przestworza wolności i miłości
każdy ma takie chwile porywu
twój zegar smutku tyka inteligencją kosmosu
chcesz popędzić za kometą
topniejącą od ziemskiej zazdrości
pomyśl ile czasu musiałbyś mieć
by ją dogonić – w nicości?
a dusza tęsknoty pełna
zraniona przez złych ludzi
a dusza płacząca wzruszona
widziała Zstępującego z Niebios
posłuchaj duszy – ona chce za nim
w przestworza miłości i wolności
chłopcze, ja wiem, wciąż chcesz
domu gdzieś poza Ziemią
ty o tym nie zapomnisz
bo to miejsce czeka na ciebie
>>>
*Zdrzemnąłem się na wulkanie*
Mogłem zdrzemnąć się na wulkanie
ale ledwo zasnąłem wulkan wybuchnął
przeleciałem parę mil w powietrzu
spadłem na salami na twoim stole
Ktoś powiedział – to gość z przestworzy
przywitajmy go jak przystało na opozycję
na gwiezdnych awanturników i robotów
Miąłem czapkę stojąc na przeciw tronu
ty gapiłaś się na mnie
zadrgały struny w gardłach tak samo
jak w gitarze glissando
dzieci posnęły ty śpiewałaś wciąż
ja słuchałem po locie
Trzymać krnąbrne dzieci, trzymać krnąbrne dzieci
– tak śpiewałaś kochana
salami odkleiło się od moich ust
zaszczebiotałem i ja
a jednak jeszcze zionąłem ogniem
spaliłem tych twoich dworzan
roześmialiśmy się wtedy wraz
Popiół powoli opadał na liście oleandra
papuga poruszyła się w gęstwinie
rajski ptak przefrunął na gałąź
pocałowałem twoje usta karminowe
odpiąłem rękę całą
zmieniłem coś w programie
i zdrzemnąłem się przy twoim wulkanie
>>>
* Otworzyło się Niebo w tym roku *
Otworzyło się Niebo
spadły anioły na ziemię
ludzie powsiadali, na co tam mogli
a co służyło do latania
i wdarli się przez pozostawiony otwór do Nieba
anioły podjęły pracę na ziemi
i od razu zrobiło się przyjemniej
niebo błękitniejsze zieleń drzew zieleńsza
w niebie ludzie na przeciw Boga
uciszyli swój gniew
powstydzili się zawiści i przekory
w Niebie ludzie padli na twarz
zrobili wreszcie to
na co nie mogli się zdobyć na Ziemi
otworzyło się Niebo w tym roku
i sporo aniołów przetrwało
w zapomnianych wioskach
>>>
* Oddziaływanie biopola *
Healerzy
Feng-shui
Yin i yang
oddziaływanie biopola
kontakt z Wyższą Energią
przekaźnik Wyższej Energii
wróże i spirytyści
wróżenie z barwnych plam,
które rozciera się na kartonikach
aura ludzka – promieniowanie ciała,
widziane przez niektórych w formie mglistej poświaty
– o zarysach kształtów ludzkich
/niektórych nie można wyleczyć
bo ich aura stwarza zaporę
i broni się przed przyjęciem energii uzdrowiciela/
dobieranie zgodnie z znakiem horoskopu biżuterii i ozdób
zdrowa żywność
oczyszczanie uszu płonącymi świecami
bezkrwawe operacje bez skalpela – dłońmi
Scjentyści New Age Bahaia
zapaść mózgu to pół biedy
zapaść duszy to dopiero cała bieda
>>>
* Coraz bliżej Matki Bożej *
Płacz, dziecino płacz
rycz, dziecino rycz
jesteś taka słaba, że nie możesz unieść
swoich własnych myśli
więc podrzucasz je
Matce Bożej
i słusznie
Opromieniona sławą
opisującej Wielki Wybuch
łkasz na ławce w parku
zrujnowanego przez ateizm miasta
coraz bliżej apokalipsy wyludnienia
łkasz w rozpaczy
coraz bliżej Matki Bożej
i słusznie
>>>
* Ocalenie *
Modliłem się za nią
modliłem za niego
ciemności otoczyły mnie zewsząd
piorun uderzył nieopodal
błędnie mierzony
błędnie wyprowadzony
trafił w modlitwę
ta rozpadła się w pył
ja ocalałem
ona ocalała
on ocalał
>>>
* Nad Niemnem *
Lepki wiatr usiadł
na moim przedramieniu
skleił włosy na ręce
zdmuchnąłem go do Niemna
połknąłem kamienie powstańców
wychyliłem kielich wody
za kolejnym zakrętem pośrodku rzeki
czarny bocian podleciał kilka metrów dalej
ktoś zakrzyknął po rosyjsku –
cziornyj aits!
Gdy łódź się zatrzymała
poczułem, że znosi nas prąd
na poziomkowy przeczysty brzeg rozłąki
powstały zrujnowane kościoły Litwy
i przyszły tu do mnie nad rzekę
pokaleczone, całe w rusztowaniach
na stromej skarpie otoczony zewsząd przez las
zapłakałem jak to zwykle ja
łódź kołysała się nieopodal jak wyrzut
miałem wracać przez historię plemienną
wybrałem bystrzejszy nurt
poprzez religię miecza
Zgodziłem się nie tylko na płacz
zgodziłem się na prawdziwy wspólny
polsko-litewski ból
>>>
* Na skróty przez niebo *
Począwszy od pierwszej kropli
zachowywał się jak prawdziwy deszcz
pomogłem mu unieść się ponad chmurę
pierwszy raz
drewniane błyskawice klekotały w niebie
drewniany koń ze skrzydłami zmieniał tęczę
piekielny żywot mitu
zapłonęła tęcza zapłonęła planeta
z wizją końca antyku zaraz po potopie
poszedłem na skróty przez niebo
otworzyłem arkę
odtworzyłem rajski ogród
dla zapłakanych
* Po potopie *
* Widziadła *
Stworzenie – marne obiekty, widziadła
perspektywa – rośnie dzika gryka
przed jaskinią ust
Stworzenie – marne obiekty, widziadła
okólnik z mrowiska dla matki
zbiega się wszystko, co obce
przed jaskinią oczu
Ruszam na przeciw przygodzie
politycy drżą ze strachu
to nie robotnice przecież –
widząc moje ruchy i moje determinacje
Perspektywa przeraża –
stworzenia przecież boskie
>>>
* W szuwarach *
O jej!
jezioro i przystań
płyniemy, zatrzymujemy się
głupiejemy w portach
wyruszajmy jak najszybciej
łabędzie w portach
zjadają nasz chleb
nie, nie!
musimy wspinać się
po stromych drewnianych schodach
do tawern i leśniczówek
Szatan szepcze w prasłowiańskich szuwarach
szmmmmmurrrjaaa
miłość na pokładzie znów
to wynagrodzona cierpliwość
memento – nie
ten akurat pieklił się wśród lasów
* Drewniane mózgi *
Można skrzyżować świnię z owcą
Można sklonować Lenina i Matkę Boską
– ku uciesze ortodoksyjnych
Można nawet uwieść dzieci sąsiadów
i cieszyć się z powodzi
Złote Stoki – Złote Kamienie
– Złote Młoty – Złote Jabłka
– Złote Kopuły – Złote Zęby –
wszystko
i drewniane mózgi
>>>
* Na Marsa by.. *
Skulony we wnętrzu maszyny czekałem na sen
modlitwa przyniosła ulgę – sen nie nadchodził
potoczyłem się po raz pierwszy po powierzchni
czerwonej planety na kołach z rzęs
zamieszkałem tam na stałe
drzewa omijałem z kamienia i włosy z pyłów
grzebałem się w świadomości zbiorowej
nacji Marsjan
>>>
* O jedność *
Tyle grzechu w Czechach
oni wyjdą z tym na drogę do Gniezna
potem wprowadzą swoje dzikie zwierzęta
do polskiej katedry i stwierdzą –
najpierw chrzest potem hańba narodu
Tyle grzechu na Rusi
oni przekonają do prawosławia wszystkich
zbudują na tym potęgę Cara, Lenina, Stalina
albo imperium Pimena-Aleksego z wyjawionych spowiedzi
Tyle grzechu na Ukrainie i Białorusi
okrucieństwa wobec swoich i obcych
oni wyciągną rękę po polskie skalpy
po skórę polskich księży jak po macewy
Tyle grzechu u Niemców
pomału wykupią u nas wszystko jak Sztynort
wyłowią poolskie ryby o zmierzchu
pociągną za sobą zarazę świata
i wprowadzą się na Mazowsze
A my do udamy się do Rzymu
albo na wydmy Słowińców, którzy wymarli
>>>
* Kto steruje mózgiem?*
Neurony ta moja wielobilionowa zagracona pakamera
stworzona dla mojej reakcji na próżnię uczuć
przeładowana dziś znów
Świadomość nieokiełznanego wirowania całego kosmosu
w ciele jest katorgą gwiezdnego pilota
połączyć głęboką wiarę w cel
z mniemaniami o sobie i świecie
jak o katastrofie
staram się
na próżno
to nie wykonalne
Lepiej zahaczyć o słońce skalpelem
lepiej o duszę zahaczyć skalpelem
skupienia
Kawałki ciała jakby porozrywane
a jednak stanowią całość przedśmiertną
czuję fizyczną niemoc i fizyczną potęgę wraz
zaciskam pięści, napinam muskuły
nie mogę skomleć, nie mogę mówić, nie mogę wyć
mogę myśleć, mogę walczyć, mogę działać
Mózg jest jak akcelerator
szukam duszy w nim pospiesznie
szukam ostoi światła
kto steruje tym mózgiem po 0macku?
jeśli nie moje neurony i moje ja
to może oni
*Manipulatorzy*
* Wytrwać do wieczora *
Pałałem miłością w zamierzchłych czasach
czasy się zmieniły
a może miłość się zmieniła
moje snobistyczne miłości
moje martwe miłości
moje oszukańcze miłości
egoizmem napełnione, choć szczere
Pałałem miłością jeszcze wczoraj
Ojczyzna mi była tylko w głowie
Ojczyzna się zmieniła
a może moja ofiarność
choć wiem, że rozstań żadnych już nie będzie
Pałam miłością od rana do obiadu
pałam i przy podwieczorku
teraz chcę oddać życie za wiarę
w to, że żyję
czy wytrwam do wieczora?
* Wytrwać do wieczora *
*Miota siebie*
Szaleje i miota się jakiś czas
w przydrożnym rowie jak zwykle
miota miota siebie
ledwo, co odrosło od ziemi
a już miota hymny
przygotowane na wszystko
patriotyzm, religia, poezja
można je wysłać do Korei lub Kazachstanu
miotać będzie obrazy i dźwięki i prawdy i wolności
– ciemno w Szwajcarii – ciemno i w Turcji
kuzyn na lawecie
a księżyc czekający na żywych –
mam sambę na statku – aha!
koluszki, co to takiego?
meandry wartości
modląc się modląc się
i pierogi i kopytka i gołąbki
i piekielne kotły gulaszowe
śniegi zabójców niezrzucających
jadą pany jadą panny jadą any…
tańczy z pełnym szacunkiem
tańczy już on – nie zwierzę
nie można wywabiać nie można osłabiać
nierealny tętent gąsienic w wysiedlonym mieście
anioły w bunkrach
historia na zawołanie
powodzie na zawołanie
kończy się jakiś rodzaj kraju jakiś rodzaj powiatu
jakiś rodzaj kontynentu jakiś rodzaj ulicy
po księżycowej tafli para parę goni
w sto koni po Ukrainie –
Montrmartre –
MO –
Mo-ment wyzwolenia rac, czyli opuszczenie cyrku
po co kukiełczyć, gdy można topić
po co psioczyć, gdy można ledwożyć
sto koni zdecydowanych jest lepsze
od konika garbuska z bajki
dajcie mi sannę dajcie mi dywan
jadę właśnie po samochód
kogóż właśnie zaprezentować
mogłem upić się winem i
nie zrobiłem tego
rozmnożyłem tylko piwo
popatrzyłem na Kościuszkę raz
popatrzyłem na Kościuszkę drugi raz
czkając podziękowałem za błogosławieństwo
mimo wszystko mimo proroków w nie swoim kraju
Słowackij i Mickievicius nie dorośli do zwycięstw,
jakie ja mogę dać trzeźwemu
społeczeństwu polskiemu na emigracji wszelakiej
szkoda im tylko, że ja nigdy
że nigdy, że nigdy nie wyemigruję na serio
jak prawie wszyscy oni
uciekam w dziecka ciało uciekam w ono
do Paryża za Towiańskim
do Paryża za Wyspiańskim
do Paryża za Boznańską
do Paryża za Łempicką
tam gdzie malował polski malarz pokojowy
rodzę się na nowo z Papieżem
gdy dorastam do drogi
za rączkę wyprowadzam ego z przydrożnego rowu
ciągle w hymnach całe
>>>
*Musorgskiego w bramce zastąpił Romanow*
Pornografia i narkotyki
wszystko złe, co stamtąd przychodzi
wszystko, co szkodzi Rosji
z Polski według muminków pochodzi
A oto dwudziesty pierwszy wiek
próg albo szczebel, jak kto woli
jest prawie pewne, że ty i ja będziemy za tydzień na Księżycu
jeszcze trzeba tylko wyzwolić Rosjan w nowiu
Już szczupaki wypłynęły na powierzchnię
już żaby wypełzły ze skrzeku
stanowiska już prawie do objęcia
jeszcze tylko poświęcić wszystko dziecku
jeszcze Rosji posłużyć, co nieco
Jak Borodin i Dostojewski
Tołstoj, Gogol i Riepin
rozdaję mydełko FA i jak RMF
kondomy na zabawie w chutorze
Rosja! Rosja! – Radnaja
Mozolnie zdobywam Pondicherry
mozolnie zdobywam Kabul
mozolnie tłukę w tykwy w Addis Abebie
i wspominam szesnaście tysięcy szybów
gdzie zasypywano radzieckich ludzi
Czytam Babla i palę
czytam Puszkina – Jesienina i palę
toczę kulę na tokarce
Rosji oddaję cześć dymem
Hokeista nagły przemknął przez staw poezji
Kuskin i Zajcew jakiś
a Musorgskiego w bramce zastąpił Romanow
padł dobity gol jak Israelian –
minister spraw zagranicznych
Rosji!
Kiedyż, ach kiedyż, powrócimy znowu do naszych pól
chociażby z krzyżem w Internecie
dojdziemy do brzegów pustyni i Bajkału
z nimbem my Polanie znad Donu
>>>
* Ratuj ciuchy *
Ratuj ciuchy
a może tylko cyrkle
jakże serce krwawi
na stepach Arkadii
wypuszczać tylko królika
moja sercubliska
moja cersublizka
wyjeżdżam na tymczasem
za mną rytm – memłany skrzat
motown
jam ci to i moje rany zmienione
tewje ripdal
ammon kuchta
i ta inteligencja od ostatniej niedzieli
mensa jak wrota gwiezdne
co za bzdura
memłać w ustach rytm – pić
chodzić po mieście zmoczony
moi drodzy moi krewni
jakiś Ka i Kraków Kraków
jechać w korku
by pić
powystrzelać skoczków i zusowców
ledwo trzymać się środka
nigdy z żulikami
głosować na żołnierzy
na progu Podgórza
plan Paryża i cyrkiel w uchu
glissando jeża
za mną piasek – rozmemłany wczesno rynkowy
sound?
>>>
* Stolica otchłani *
Głębia odczuć stolicą otchłani
piszę o nienawiści, która nie wiem czym jest
liść spada z dębu
gdzie nienawiść a może odwet śmierci
splamione fartuchy zamiast peniuarów
toniesz w odczuciach
jakbyś był Szwajcarem Watykanu
jakbyś był Szwajcarem, to byś
siadał przy wrotach tysiącleci
po niektórych można się było spodziewać,
że skoczą w głębię
tymczasem gołębie tylko przepłoszyli z dachów
dobre i to
gołębie płoszy się najlepiej orłami
można sępami lub chimerami – nigdy maszkaronami
szwajcarskimi depozytami
ja mieszkam na górze
ty mieszkasz na dole
zamieńmy się miejscami i kluczami
lwia paszcza leży na wersalce
jest piąta rano koniec września
terkoczą czołgi rżą konie
słychać z piekieł huk motorów
odczuwasz cienie słyszysz dźwięki z otchłani
mlenie na przekór młynom trudno przekroczyć
mlenie na darmo łatwo ponieść
w przyszłość
nienawiść trzeba zostawić przed wrotami
czasu
* Szukam wiary w świecie inteligencji *
Skorzystałem z Namibii
to tak jakby rewolucjonistów skusić
przykład idzie z góry
Skorzystałem ze zwyczaju
odpokutowałem w skansenie
tworzyć lepszy świat w dziełach
Mam Pana na co dzień
Skorzystałem z derwisza i psa
poczułem zew puszczy
Pan stał tuż za mną
ciemne interesy w puszczy mózgu
Poprawione teksty dla sekt
ciemność puszczy w duszy
mentalność Nowosilcowa symbolicznego
od kaduka do kaduka
Skorzystałem z cieczy w Marrakeszu
przybyłem na odsiecz
pożyczyłem miecz w raju od
najsłynniejszego archanioła
dowódcy naszych sprzymierzonych wojsk
Podarowany meander na antenie
czekajcie towarzysze na stułbie napięcia
to nie napięcie to wiara to wiara
Ala i omega skutecznych powiązań
Spluwając w Orinoko z zezem
poczwarka telewizji dzień i noc przędzie
tu nie ma nic wolę się przemieścić
dorzecze myśli słów czynów
wiary wiary w Casablance
>>>
* Nie byłbym taki pewny *
Dzień i noc drepczę po piętach
stawonogom dumnym, a ja skromny
Po prawych dniach stawonogi zasypiają
ja drepczę dalej po śladach
Mija kolejny rok szczęścia nad Orinoko
przyszły w Tybecie a później Czarny Ląd
Mamaja oczekuje Magomajewa
ten śpiewa w Stalingradzie pieśni i arie
o strusiach o brzydocie o krwi
Po czwartej spuszczam kurtynę
po piątej spuszczam z tonu – odchodzę
podziwiam w stawach rechot żab
a to tak naprawdę echo historii
Muzycznie – perfecyjnie muzycznie – ból bul
Idą wprost przed siebie karawany prawosławnych
idą wyprawy kołchoźników po zapłatę
do Moskwy do Aleksego II
Doczekać się nie mogą i nadziwić się nie mogą
że w Abisynii nie ma już wpływów generała Zoszczenki
nigdzie go nie ma a jest Lew Lechistanu ooo
bo tak chcę patrząc na ssaki
uskok Somosierry głęboko skaleczył dzieje
do stworzenia świata daleko
tak samo jak i do Apokalipsy Jana
Płazy szydzą a ja czuwam patrząc na rośliny
nie byłbym taki pewny
nie byłbym taki pewny siebie
widzę jak stawonogi rozbrajają atomową walizkę
nie byłbym taki pewny siebie nawet za chińskim murem
nawet w torbie u kangura
za bardzo się te nogi trzęsą w stawach
>>>
* Staw ciemnej miłości *
Stworzyłeś rozkosze podniebne
latasz samolotami by je dosięgnąć
przesiadasz się do rakiet
Stworzyłeś koterie podniebne
masz zamiar kochać, kochać
żądasz miłości, nikt jej nie planuje
Meandry podniebne, bagna podniebne
dla kogóż to, dla kogóż
miesiączek jasny świeci
ty wędrujesz z kogutem po stawie
Pokolenia dziesiętne pokolenia chwalebne
nieme stojące stawy wiary i nadziei
staw ciemnej miłości w chmurach burzowych
posrebrzonych księżycem
a ty toniesz
>>>
* Szeol jest jak telewizja *
Otrzymałem nauczkę sensowną
zatrzymałem się
pozwoliłem koniom odpocząć
nauczyłem się sensu tchnienia
pozwoliłem odpocząć lwom
Pouczony na okoliczność wolności
zdecydowałem się przejść przez piekło
na ziemi ludzi niczyich
Dantejskie twarze zastygłe w bryłach kwarcu
nadlatywały lekkie jak balony z krzywymi uśmiechami
stanąłem tam gdzie stąpała ludzka stopa
nad miejskimi kanałami zaszlamionymi
patrzyłem w przeszłość zwycięstwa słowa
kolejny dowód istnienia Boga
Mimo szans, pomimo kolejnych przykładów
ciągle w strachu przed śmiercią
ciągle wątpiący w ratunek dla siebie
widziałem Szeol, który jest jak telewizja
– zawsze bardzo przekonujący, stąd ten strach
Czy dniem czy nocą śniłem dotąd
teraz zamiast snu mam silną wiarę potwierdzoną
nie mogę jej nazywać tak jak dawniej wizją
to natchnienie nie jest tym samym
wyobraźnia mistyczna nie tym samym
Napięta cięciwa zmysłów nie mogła wypuścić
strzały w kierunku Nieba – to oczywiste
wszystko wówczas spadało na ziemię
moje odbite strzały żłobiły podziemne korytarze
Wyraziłem żal, że nie błąkałem się po pustyni
40 dni i nocy i nie pościłem wśród skorpionów
potraktowałem więc obecne czasy jak przejście przez Szeol
ale niewinne zastygłe w moich spojrzeniach twarze
zbyt często były nie rozpoznawane w bryłach
choć tak się napraszały z powitaniem – czyż nie?
Zatrzymawszy konie szaleństwa w polskiej wsi
zobaczyłem, że odrazu zaczęły skubać trawę na błoniu
ignorując zniecierpliwionego proroka
Uwolniłem więc lwy zwycięstwa, ich skrzydła
poniosły je w przestworza, w chmury
sam odpasałem miecz pokrwawiony
ległem na stogu niebieskiego siana – zasnąłem,
aby zbudzić się, jako eremita naznaczony ludzką klęską
Otworzywszy oczy zobaczyłem nad sobą
niezwykle jasną twarz Króla Zwycięstwa,
który będąc całym Niebem
schodził po moją duszę samotną
po jakubowej drabinie wśród pegazów
z ludzkimi twarzami
>>>
* Moje siano tegoroczne dla ptaka *
Spójrz na ten stóg
siada na nim raróg
głównie po uderzeniu pioruna
zapala się siano
czy ptak zdąży odlecieć
tym razem?
ptak jest w ciemnościach
i Morze Białe jest w ciemnościach
toną tysiące
ktoś przechodzi po lodzie
zamarzniętą cieśninę Beringa
czy wróci z sianem?
dlaczego piorun nie uderza?
Cokolwiek spyszniało
w tym naturalnym świecie
to głód i śmierć
długie kolejki po siano
nawet alert wśród łąk
nie pomaga na ospę
a tylko straszy rarogi
tak jakby zepsuł się kolejny
statek kosmiczny w pobliżu księżyca
mizantrop pilot – ktoś rzekł
Berezyną pachnie łotrze
już grudzień na karku
czas spalić lub zjeść –
to siano
czas najwyższy nietypowy rarogu
na stogu na zasiadce
ducha upolowałeś?
>>>
* Przez rzeki Polesia i drogi Podola *
Płacz nic tu nie pomoże
siedzących w szlafrokach
nie ukoi bukiet róż
mniej więcej cisza
najwięcej cisza
wierzbowe rzeki Polesia
dzwoniące ze wszech miar
Mogę kucać nad ruczajem
możesz ze mną, możesz?
tam dziewicze karpie pływają
harpunem wielorybniczym mierzysz w nie
łzy kapią do wody, kap, kap
harpie na dnie skomlą
wypuścić je?
Len zmęczony czytanką
dym zmęczony szkołą
mit owiany dymem
polska szkoła pod strzechą
róże koją kaszel znośny
Na piedestałach świata
staję nagi, prosząc o miłosierdzie
przed tobą stoję nagi na poleskiej drodze
zakrwawiony, obandażowany
obok ciebie kucam jak Tatar i Litwin
zabiłem stonogę nie mam
prawa do karpi?
ale do harpii tak
wierzbowe drogi Podola
czarnoziem i drzewa przy drogach
rzeki te same, swojskie
czuwam, czuwam – ty odpływasz
na Krym
po morzu traw jak apostoł pogan
>>>
* Ku Tobie krok za krokiem *
Każdy krok Twoim krokiem
Każdy gest Twoim gestem
Każdy szczyt Twoim wyzwaniem
Każda głębia Twoją próbą
Przed siebie wciąż, przed siebie
Mila za milą, metr za metrem
Kilogram, litr, sekunda,
Ciemności nie ogarną czuwania
Ciemności nie ogarną ufnych spojrzeń
Ciemności szaleją nadaremnie
Idę ku Tobie – wybrany pośród narodów
Poza przestrzenią i czasem
>>>
* Dokarmiasz szeol!*
Dokarmiasz szeol w swojej duszy
codziennie rano i potem w pracy
w południe, o zmierzchu i w nocy
Sycisz go kosmiczną ilością postrzępionej materii
albo sfermentowanych idei
ale domaga się więcej i więcej
Lejesz w niego wodę stołową i toaletową
gazowane piwo i cytrynowe wino
sypiesz tony wołowiny i ścięgien
łuski rybie i ości a on woła – mało!
Szeol ogniste wargi rozchyla w tobie
i ryczy basem – maało, maało!
Jedni posyłają tam ludzkie ciała
narody całe, inni dusze całych pokoleń
ty tylko jadło i napój, ale nie możesz
nastarczyć go bestii
Gdybyś więcej palił lub pił
miałbyś chwile wytchnienia
gdybyś, chociaż narkotyzował się
lub wąchał klej podczas czarnej mszy
– miałbyś chwile wytchnienia
Gdybyś, chociaż deprawował dzieci
gdybyś, chociaż więcej wpatrywał się
w kobiety upadłe i mniej upadłe
cięższych obyczajów
– to wtedy miałbyś wytchnienie
Dobrze, że ślęczysz przed szklanym ekranem
całe wieczory pochłaniając przy tym tony gazet
– to koi cierpienie z otchłani
Rano kawy, potem kawy, potem mięsa
potem mięsa, ciastek, ziemniaków, chleba
wieczorem smalcu, jabłek, migdałów
nad ranem całych koni i świnio-ptaków
na koniec kłamstw, kłamstw, obłudy i pychy
– domaga się i pochłania szeol to wszystko,
to wszystko niknie w tobie
przez innych i przez ciebie
to spada w twoją duszę
spragnioną świętego postu
[To Pan daje śmierć i życie,
wtrąca do Szeolu i zeń wyprowadza. (1 Sm 2,6)]
>>>
* Swobodne marzenia *
Zwolnione z uwięzi latawce
a może wściekłe psy
pędzą jak oszalałe – marzenia
Będziesz wierutnym weteranem
jeżeli ich nie powstrzymasz
– nie mogę, nie mogę,
nie panuję nad nimi!
Jak tęczowa szmata zawinęły się na widłach
Posejdona czy Lucyfera?
jak klucz kolorowych samolotów
przefrunęły lekko pod łukiem triumfalnym
wolnościowym czy gnostyckim?
jak żółta łódź podwodna kłamstw
popłynęły czerwoną rzeką
rozkoszy czy bólu?
Moje marzenia ludzkie
swobodne jak
Adam i Ewa po wyjściu z raju!
* Swobodne marzenia *
* Zadufany w wolności *
Stworzyłeś mnie na obraz i podobieństwo Swoje
kroczę, więc ulicą cieni domagając się boskiej opieki
poddaję się złu i mniemam, że pancerz Twój
mnie i tak ochroni
Poddany wojnom świętym przechodzę prawie na islam
przechodzę w stan spoczynku
przechodzę na słoneczną stronę ulicy diabła
bo uważam, że wolność jest racją samą w sobie
Stworzyłeś anioły i mojego stróża też
zapominam o upadłych aniołach
unurzany w rozkoszach ziemskich
pędzący w sto koni ze Lwowa
przez Wiedeń do Paryża na bal
pędzący w sto słoni na aukcję starodruków
do Babilonu
Lecz śnieg miłości, lecz piasek miłości
skrzący się w oczach wpatrzonych w dal
jest realnością wnikającą w moją duszę boską
otacza mnie, otacza moje stada,
otacza moje kobiety i dzieci
zniewala mnie jak śmierć jeszcze wczoraj
Poddaję się kolejnej niewoli,
chociaż jestem człowiekiem
zadufanym w wolności
ciągłym jej niewolnikiem
>>>
* Mikroprocesory wolności *
Mikroprocesory nastają na moją duszę
rtęć połyskująca trucizną
w dziełach wiekuistych człowieka
nastawianie serca i nakłanianie rozumu
pochówek czarnych myśli
bezkres zniewolonej miłości
logika starożytnych, względność XX wieku
Mikroprocesory nawracają moją duszę
na stechnicyzowane dzieła obstrukcji
karłów dusznych
moment śmierci styka się z momentem olśnienia
w kosmicznych światach serca
na to liczy słaby kosmita o imieniu człowiek
wolny wśród gwiazd, wolny wśród myśli
Ja dostrzegam sterowanie mikroprocesorowe
w głębi sumienia ludzkości
to lekkie zaczerwienienie społeczeństw
jest objawem zaraczenia tkwiącego w mózgach i sercach
temat na walcowanie stali
głębsze oddziaływanie Koranu
łyse medytacje w Himalajach
rtęć w morzach, ryby wynalazków
w sodowych jeziorach
Jedyne olśnienia stykają ze się ze śmiercią
sam Bóg wychodzi z niej
aby ofiarować pokój sercom, umysłom
sam Bóg wychodzi z mikroprocesorów
by nam wskazać ogrom pustej wolności
prowadzącej do inteligentnej wojny światów
bez Niego
>>>
*Wszechobecny*
Miałem małą lalkę do zabawy
układałem jej loki, układałem ją w kołysce
lalka była podobna do księżyca
świeciła przykładem, zadbana, ładna, przyjazna
Wojny w dziecięcym pokoju
toczono o rękę lalki
piosenki nucono w żywopłocie
na chwałę małej kobiety
Ilekroć zaczynałem modlitwę
laleczka roniła łzy
ilekroć odmawiałem zdrowaśkę
lalką dostawała drgawek
Gdy przyjąłem Pierwszą Komunię
lalka sczerniała, wylała czarną krew
zawirowała, podskoczyła jakby chciała
rzucić się przez okno otwarte w noc
Gdy pojawił się we śnie moim
wielki krzyż na niebie nad miastem
i ludzie biegnący do kościoła
i niebo spadające na głowę
lalce wyrosły piersi, wydłużyły się nogi
zaokrągliły pośladki, na palcach zabłysły
srebrne wężowe pierścienie
księżyc zamigotał jak nigdy dotąd
czarna chmura podeszła pod samo okno
ze strachu cisnąłem w nią lalkę
otworzyłem szerzej dorosłe oczy
na wszechobecną śmierć
na wszechobecny grzech
>>>
* Żniwa u stóp Syjonu*
Połyskują starocie na żniwa
idzie pielgrzymka przez pole
dzyń, dzyń dzwoni ptak i kosa
ludzie nie czekają na kombajn
Gawrony z trudem podnoszą liszki
sczerniałe ze starości
ludzie wędrują ku przyszłości przez ścierniska
modlą się w przyjaźni z Bogiem
chrum, chrum chrzęszczą łamane źdźbła
Między stare a nowe
zamiast kombajnów wjeżdżają
skoty z Meggido
orły ulatują w Karpaty by się skryć
pielgrzymka wciąż podąża przez łany
pielgrzymka łamie kanon
bez strachu, dzyń, dzyń, dzyń – do Kany
siwe brody ministrów nosiwodów
szpiegów i kolaborantów
w ustach generałów ciężkie kłosy żyta
a na nich sporysz i tłuste larwy
strzelają szampany, warczą karabiny
terkoczą maszyny do pisania, klawiatury
propagandzistów komuny, którzy przetrwali
w jarach i ruinach sprawiedliwości
Pielgrzymka zbliża się do Jasnej Góry
tysiące, miliony, pokolenia
szwedzkie muśliny, chińskie waciaki
francuskie rydle i przebogate w smród
wnętrza rosyjskich czołgów
Żniwa tuż, tuż, nieopodal prawie
krew płynie polną drogą do spichrza
polskość śpiewa pieśni wejścia
do Jasnej Góry jak wyjścia z Egiptu
przemawia Prymas Wyszyński
na kolanach
powalony ostatnimi ciosami propagandzistów
>>>
* Tatuaże *
Stosowane jak silnia tatuaże na wstępie matematyki
były nowelizacją korzystnych apanaży nieuków
tamtejszej Genowefy sprzedajne zwierzęta
mogły osłabić nacjonalizację piramid
gdyby nie jedna amerykańska stołecznica
nie wydoliłby na wstępie
ani potem nie skorzystałby z memuarów
niewielkie widzimisię kosmonauty
wychodzącego w kosmos nie wiadomo dlaczego
powodowało kołysanie w buduarach
ledwo żywe sprzedajne koty Genowefy
popatrywały na mięsożerne w peniuarach
kołysanie ustawało na widok tatuaży
wielu zaangażowanych kołowało nad sanktuariami
jak sępy nad ledwo żywymi
chciano spełnić klątwy
chciano spełnić trójjednię perkusistów
w nocnych klubach tęsknoty
palono trawkę, smrodzono
i to tylko pozostało
po oświeconych władcach dusz
dyskutantach mało inteligentnych
i bezwynikowa kombinacja tatuaży
>>>
* Na odwrót *
Na odwrót robią wszystko
i nawet się żenią
na odwrót sadzą drzewa i nawet rodzą
pełnią obowiązki na odwrót
mienią się wysłańcami
kołyszą dziecko czartu
i to jest tylko jedyny fakt
Gdyby wystarczyło kolejnych przeinaczeń
na pewno pozwoliliby na
podniesienie pokrywy lochu
na pewno miesiączek ozłociłby kratę
z resztkami dla ludożerców
w lochu ogromne czarne coś
lata trzymane na uwięzi strachu
posyłające na świat
czarne smugi nocy
tryskające żywotnym grzechem
śmierdzące, używane, na co dzień
gotowe do unicestwiania
Patrzę z wysokiej góry
na duszę skrywającą somnambulizm
>>>
* Niezgorszy moment *
Moment wybrałem niezgorszy
twarz odwrócona i grymas
cierpienie i brak nienawiści
powiadam – pocałuj mnie proszę
Wrogowie sosen i wojny nieletnich
pokiwają głowami zapewne
zdecydowanie wolę mieszczuchów
zdecydowanie wolę nadzieję
Moment wypadł tuż nad ranem
poczołgawszy się parę kilometrów
wrzuciłem granat do ziemianki
małego Koniewa i Żukowa
rozerwało towarzystwo bez walki
ja zdrzemnąłem się potem
grzyb wyrósł na brzegu skarpy
nie byłem wypełniony nienawiścią
to była walka z szatanem
obaj już dawno zostali straceni
>>>
* Owoc mojego ja*
Pouczasz mnie Panie jak mam napisać
to krótkie wypracowanie –
mówisz, pisz spokojnie do rana
nie licz gwiazd ni piania kogutów
raz, drugi i trzeci
masz za patrona słońce, czyli promień jasności
nie śpij podczas pisania, choć sny przelewaj na papier
Mówisz mi Panie – pocznij wreszcie to dzieło
mam się niezgorzej, gdy strofy
stają się moim mieszkaniem
moim spojrzeniem codziennym
moim zamkiem warownym odebranym wikingom
Ręka nie drży, gdy wrzosy kwitną na poligonach
wrzosy kołyszą się
podczas pszczelej inicjacji
miarodajne usługi życia wyczerpują znamiona rozsądku
podczas ćwiczenia
Mam kochać za wszelką cenę
myśli, które nastają na moją jaźń
Ty jesteś słońcem dla jaźni rozległej jak wrzosowisko
bądź miodopodobnym owocem mojego ja
którego nigdy nie zerwę na próżno
>>>
*Stworzony z niczego*
Stworzony z niczego prócz gliny
jakby zawieszony pomiędzy fosforanem a trójnitrotoluenem
pomyliwszy kadzie znalazłszy się retorcie
opuściłem srebro i alchemika
potajemnie ochrzczony w baptysterium ze złota
sławę przyniosłem widzialnemu światu
swoim nawróceniem na pisanie formuł
>>>
*Lustro wawelskie *
Brnąłem przez Arktykę i Syberię
z butelką piwa w ręce
zasłuchany w skowyt ciała
Brnąłem przez piachy Gobi i Sahary
w ciemnych okularach wiedzy
w czasie postoju
drapałem strupy, rozrywałem historyczne rany
Toczyłem intuicję narodu jak Syzyf
w górach Harzu i na Śnieżkę
wystarczyła za nadzieję, za intelekt
Chrystus płakał policzkowany przez system
czekał na mnie wśród traw dzieciństwa
czekał na ławeczce na d Wisłą
Słuchałem głosów proroków w tajdze
przebierałem ziarenka różańca w oazach
wiele dałem za sen, wiele dałem za fatamorganę
Modliłem się w Arkansas i Arras
duszy szept był moim echem
skały czerwone odbijały twarze
jak lustro wawelskie tapiserie
Zielone pastwiska niebieskie
znów falują morzem traw
idę zanurzony w nie po pas
świerszczy słychać tylko dzwon
idę naprzeciw Chrystusa
Wielka rzesza świętych zatrzymuje się
przede mną – Chrystus na czele
łzy obeschły już na jego twarzy
upadam mu do stóp
wtulam głowę w jego długie szaty
świerszcze dzwonią kosmicznie
kometa nadlatuje jak Alfa
wyją międzygalaktyczne wilki
– to moja tęsknota
minęło czterdzieści lat
dobrnąłem do Jordanu
wyrwałem się z oczeretów i skowytów
jaźni
>>>
* Mangrowce w piramidach myśli *
Malowany w akupunkturze
zaczarowany śliską powierzchnią na skale
z kulek z komórek zebrał się w sobie
mniem mniam
Poczwórny kilogram tłuszczu
nad miastem jak feniks
mortalny w zawieszeniu
ponieważ zdechł ani rusz ani rusz
konwencja wzgórz nad kamieniołomem
w nim miasto smoka
jadę na południe na ośle
ponieważ słońce zachodzi
maluję strachem ruiny miasta
dusza spowiada się nad rzeką
za wierzbą za zakrętem
jedziemy po czereśniach
stoczona bitwa do cna wyczerpała nasze zasoby
walą się wieże głodnych diabłów
jest nadzieja wyjścia
z piramidy myśli powstają
piramidy zamieniają się w labirynty
myśli zachowują się jak
omułki w cieście
lub niejadalne zwierzęta mangrowców
wychodzi
Tuszów mangrowy i Jarocin w zimie
>>>
* Późny dzień *
Bydło nierogate szło wczesnym rankiem
na nadsańskie łąki
gdy szlakiem na Wschód zbliżałem się
od Muniny
za Jarosławiem grzało za Orłami dęło
czambulików ani śladu
moje myśli wracały do Sandomierza
moje myśli wymyślały autostrady obok Zawichostu
moje myśli spolszczały nazwy miejscowości
czarnoziemy i lessy od Zamościa po Brzozów
a skarbów tyle ile jasyr nie pomieści żaden
mdlące łopiany i szaleje
pośród przydrożnych lebiod i pokrzyw
gdzie mnie dzieckiem zabrano
gdzie mnie dziecku pokazano wypalone miejsca
gdzie zostałem porwany do siódmego nieba
po stodołach, na których krzyżowano Polaków
nie zostało już ani śladu
gawrony tylko krakały, gdy zjeżdżali młodzi
z nakazami pra pra pracy na te te te tereny
a witały ich tylko ruiny dworów i folwarków
czarne place pośród zielonych traw
resztki ziemnych piwnic i opuszczone sady
krew polska wsiąkła już w ziemię
to nie Litwini, to nie Tatarzy, to nie Turcy
to Słowianie
>>>
Nad dachami Rzymu iskra leci
nad Krakowem pokazał się czerwony kur
od Dębicy nadlatuje kometa
trzęsienia ziemi i powodzie wieków
od Ziemi Ognistej po Ełk
Kopiec pobudowano na cześć ludzkich wodzów
i to nie dało nic
kopce pobudowano wszędzie
jak piramidy, jak zigguraty, jak wieże
to nie dało nic
Lodowe sople wciąż kaleczą duszę
wilki rozszarpują świeże ludzkie mięso
pouczeni w tajdze, pouczeni w dżungli i pustyni
pouczeni na morzach, w brzuchach ryb
szukający Biblii wszędzie i zawsze
rozpaczający, rozdrapujący rany, niepewni
liczący egzotyczne ptaki, obserwujący rzadkie
zwierzęta, które giną, co dnia –
podróżowaliśmy w wyobraźni
modląc się szukając miłosierdzia –
łodzie zaryły dziobami w brzeg
komety mędrców odleciały
a planetoida wciąż zbliża się do Ziemi
Liczymy na polityków
budujemy na gwałt kosmiczne stacje i rakiety
to nie da nic
Serce kamienieje ze strachu i żalu
wiara leci pod sklepienia kościołów
coraz więcej kościołów
coraz więcej modlitw
coraz więcej ludzi kochających
od Ziemi Obiecanej po Uherce –
a może to coś da?
>>>
* Dawka cienia *
Może by tak zaaplikować pacjentom
solenną dawkę cienia w palącej nienawiści
korzystanie z miłości stało się niemodne
cały wiek temu
zarazy
głodne góry
piskorze ideologii
zarazy
chłopy i powietrze
przed hakiem wykonujący wyroki ludzkie
Szela postąpił pół kroku w światłość ziemską
to wystarczyło by spuścić psy rzeźnicze,
które biegają wokół domu do dziś
dwudziestowieczne psy zła ujadają w mediach
Szela poszedł jak Jarosław Dąbrowski
za pieniądze strzelać do baszty w Zawadzie
jakby chciał ustrzelić samą Matkę Boską
a Janosik?
>>>
* Monstrancja *
Zmiłowania godni idą wciąż pod górę
zjednoczeni w spiekocie dnia
niosą monstrancje i dzieci
są jak karawana wędrująca przez pustynię zła
Wierzący niedzisiejsi
przyzwyczajają obcych
a oni tutejsi
boją się samych siebie
Rozmnożeni
niewspółmiernie do strachu
policzeni
idą pod górę
służą prawdzie pośród nieprawdziwej prawdy
świerki jak stułbie, jak świetliki świece
oceany żywiciele w sumieniach
Chlupie ryba w misce głowy
nad rzekami stali za młodu dziś są procesją
najdłuższe dni pośród dążenia
wiara ich mocna jak akacje mijane w spiekocie
ponad głowami gołębica biała
pod stopami kramarskie płótna
Wczuwasz się w wiatr śpiewasz psalm
dziękujesz zły i gniewny jak osa
prawdziwy jak muchomor pąsowiejesz
bez samochodu
bez konkretnej barwy
poplamiony zmieszany wierzący
pod górę się pniesz za swoim Papieżem
do grobu babki idziesz mijając groby
Bełzy, Lelewela i Konopnickiej
w spiekocie galicyjskiej toczysz stary dzwon
polną drogą
w dzwonie pamięć
przed tobą monstrancja serca
>>>
* Kwiaty pokoju i mój strach *
Na dowód, że miałem uraz
pokazuję bliznę za uchem po białaczce
montuję strach na skoczni
montuję strach na wyżynach
ledwo spojrzałem na okopy
natychmiast wystrzelono przepiórkę
po ukraińskie nadania na Wołyniu
musiałem o to toczyć boje z sokołem
skończyło się na głębokim Wschodzie
gdzież to kazali mi wtedy iść
gdzież to dziś każą mi iść narodowcy
Na dowód, że zmierzyłem się kiedyś
z lewiatanem zostały mi żółte kalendarze
drzewa skojarzone z armatami
liście skojarzone z zielonymi mundurami
pociski jak lalki
trzy messerschmitty jak gołębie
strach nadleciał z obu stron
krzyże rozpierzchły się po niebie jak ptaki
po kolejnych zmaganiach umysłowych
serce odżyło pokarane smutkiem
teraz czasy serca
więc nowy kwiat i ptak
pokoju
>>>
* Sferyczne namioty Boga *
Z pomiędzy ludnych sferycznych namiotów Boga
wyszedł lekki wiatr
podniósł dziecięcą czapkę
wiatr pocałunkiem uśpił dziecko
cisnął czapkę na jego łóżeczko
rozkołysały się śródleśne konwalie
dzieciak spał bez przerwy
bez przerwy na ojcowskiego papierosa
serce zmięło swoją czapkę
jego sny powędrowały
nad czyste wody
wiatr nucił piosnkę jak dorożkarz
motyl tłumaczył dźwięki sferyczne
miłość senna zielona falowała
miłość żywego dziecka
które ojciec pijak głodził do dziś
brakiem pocałunku
>>>
* Krzesło arytmetyczne *
Moim zadaniem jest miłość
nie poradzi tu nic nowe krzesło arytmetyczne
ani świadomość z Czomolungmy
moim zadaniem jest miłość
dźwiganie krzyża z Szymonem
ciesz się, że cierpisz
bodaj byś cudze krzyże nosił
tak rzec trzeba
nie poradzi tu nic nowe auto
podarytmetyczne
na nic świadomość z Czatyr-daha
– dźwigaj!
ponagla facet z Cyreny
>>>
* Żegnam dzieci wrzasku *
Jeszcze wczoraj żegnałem jakąś ciszę
dziś żegnam inteligenckie dzieci wrzasku
pouczony przez skrzydlate stworzenie
o wiele lepsze ode mnie, bo mocne Bogiem
wiele jest do nauczenia, wiele do pokochania
o wiele więcej do wybaczenia
Jeszcze wczoraj korzystałem z ciszy obcej
jak tylko może być cisza w więzieniu
dziś wolny jak wyspowiadany z kraty ptak
miesięcznie wykorzystuję jakieś ćwierć mózgu
to bardzo wiele jak na dzisiejsze czasy
to wiele jak na stan duszy i sumienia
aniołowie grają przy mnie wolniej
nadal bardzo głośno i szybko, ale już
wolniej i ciszej niż w czasach komuny
pomimo wszystko
jest czas na miłosierdzie – to ten spokój
brzegi Wisełki, Wisły, Wisłoki i Wisłoka
po prostu państwo Wiślan ze stolicą w Wiślicy
która powitała mnie orkiestrą Cherubinów
Tu urodziłem się w kajdanach
przywieziony z emigracji
i emigrujący przez całą młodość
tu umrę wolny i szczęśliwy
w Polsce wolnej choćby na gruzach
cywilizacji
przejdę przez bramę ciszy – źródła bólu
Jeszcze wczoraj
kradnący obraz Chrystusa,
który idzie po powierzchni polskich rzek
kradnący mękę Chrystusa,
który idzie ponad polskimi zbiorowymi mogiłami
kradnący miłosierdzie Chrystusa,
który przemierza wyboje ulicy Uroczej
Czy można ukraść swoje własne dziedzictwo?
czy można ukraść miłość syna
albo ojca?
żegnajcie funkcjonariusze wrzasku
>>>
* Spisek dzieciństwa*
Sięgając do zarzewia dzieciństwa
można ukuć spisek
dziś już nie wiem jak to się stało,
że stworzyłem hybrydę dzieciństwa i starości
w czasach pogardy dla mężów stanu
hybrydę myśli i czynu bez serca
modlę się teraz, błagając o przebaczenie
nie było miłości, nie było porannych słońc
rozgrzeszenie przyszło jak skok z mostu
na poduszkę rozłożoną przez strażaków
mędrcy świata – monarchowie
wszelkich maści
zaczynali jak ja
lecz ja
lecz ja
nigdy nie zdradziłem dzieciństwa
wspomnienie dzieciństwa tliło się w sercu
a tam kolejny skowronek polatywał
w wiosnę dojrzewania z tym samym trylem
hybrydy socjalizmu i rzeczywistości
pozwoliły na przeżycie stanów wojennych
nie przeżyły jednak same
„nie dziwota” – jak mawiają drwale z Górnych Lasów
nie poszedłem z czarnymi flagami pod plebanię
nie stanąłem z wyćwiczonymi psami
na rozstajach politycznych dróg
nie palnąłem kazania dzieciom satanizującym
w miejskich strzelnicach i siłowniach
żałuję wielu zgubionych cnót, lecz nie wiary
wiary nie zgubiłem
lecz nie nadziei
nadzieję miałem zawsze
lecz nie miłości
miłości służyłem zawsze
pognany z bułankami aż za porohy ojczyzny
biegnący za antylopami w snach
dosiadający jaków i dzikich wielbłądów
w końcu zasnąłem na Wierzbie
pośród tarpanów
tliło się w sercu zarzewie
wybuchło płomieniem, gdy zechciał Bóg
gdy moim zmianom nadeszła pora – rzekł
– obywatelskie dziewictwo wartością
dziś prostota i ufność wartością
apostołowanie koniecznością
jak zamazywanie enerdowskich symboli
jak fotografowanie satanistycznych napisów
na murach w jakiejś pipidówce
rzeki płyną a my po nich
lecą obok czarne bociany w Druskiennikach
mewy rzadkie jak złote karpie w Puławach
i umierający narkomani śpiewają
pielgrzymi ze swoimi bólami
niedoinformowani
spisek ciasnoty z bezsumieniem
wykluły się maszkary
na murach katedr
wędrując z cisem w rękach
niosąc bukiety bławatów
przekraczając małopolskie strumienie w Ojcowie
budując w skarpach kapliczki
prowadzony przez anioła z brodą
dotarłem na pole bitwy
przed pierwszy szereg
stanąłem jak pod Troją pod Pałacem Kultury
popatrzyłem na tiary niemodne
zdecydowany na wszystko
polski Centaur i z brązu i z żelaza
>>>
* Lekcje w historii miasta*
Prowadzący zaległe lekcje
jako poprzedni nauczyciel
wszedłem na katedrę
pomruk ustał w suwakach
zamknęły się kałamarze
dzieci piszczały pod ławkami
a ja waliłem szpicrutą w pulpit
koń do taktu zamiatał ogonem
Fredek kreślił kredą koła
kolorowa kreda olimpijska łkała
na ścianach, zasłonach i czołach
nadjechało ZOMO i otoczyło szkołę
głośne modlitwy odstraszyły Panów Poruczników
i całe watahy psów, wilków i tajniaków
na końcu zarządzono odwrót zomowców
pięknych dorodnych wysokich i czerstwych
nadleciały ptaki podczas doświadczenia
porwały nadmanganian i podsód
usiadły na szkolnych dachach i dziobały jak orzechy
następowały, więc eksplozje dziobów
następowały oczywiście po sobie
podprowadziłem lekcje do południa
zawołałem na woźnego – Honotu
ten porzuciwszy kablowanie
na wszystkie strony krzycząc
stawił się z pianą na ustach
rozpoznałem go to esbek noszący baldachimy
na procesjach
rzekłem do niego – idź precz
wielbłąd szkolny podszedł do tablicy
zrobiło się słodko, dziewczynki zaczęły się chełpić
a chłopcy czkać po miętowej paście do zębów
nie zwracając uwagi na nikogo
wstawiałem oceny do dzienników i dzienniczków
rżałem razem z wielbłądem polskim
kuliłem się na samą myśl
niechcący otworzyłem sezam uczucia
w którym szkoła znalazła swoje świece
a w końcu i kaganki
moje lekcje przeszły do historii miasta
kronikarze piszą już pięćdziesiątą dobę
wypociny na mój temat
niestety beznadziejną łaciną
>>>
* Auto się stoczyło *
Rozpocząłem naprawę auta
po wypadku przedwczoraj
stoczyło się bowiem jak nie wiem co
z górki po stoku namiętności
bez kontroli straciło stabilność
nikt nad nim nie zapanował
wyjąłem dwa zardzewiałe błotniki
aby wyklepać i pozłocić
silnik nieremontowany od lat
sam wypadł na bruk jak fortepian
młotek fruwał nad głową
kawki spadały jedna po drugiej
z pobliskiego drzewa
a bez kołysał się w zimie
w takt melodii narzędzia
auto rozłożyłem na części
blachy wyprostowałem
jest okazja by się tym zająć wreszcie
po wczorajszym stoczeniu
dziś jest czas remontu
nadania blasku temu, co pogięte i przegniłe
złom ląduje w dobrych intencjach
a przydaję apetycznych modelowań
stroję w nowy lakier i zalewam olejem
po wczorajszym stoczeniu
dziś jest czas ekskursji
dziś wieczorem wyjeżdżam
do ukochanej
obym się nie stoczył
>>>
* Skrucha skarabeusza *
Skrucha małego skarabeusza
modlitwa dziecięcia jak kwiat
niewinnie naiwnego pacyfisty
był spokojny podczas snu i podczas ataku
czerezwyczajki
przy tym bledną miałkie pejzaże
francuskich impresjonistów
wilgotnieją myśli w winoroślach
usychających na wydmach
mądre mierzeje nadmorskich sław
oczekują stóp Czirokeza
takiego jak ono – bosego z czubem
powrót z odwołanego koncertu
będzie lekkim stąpaniem
po plażach poczekalni dworcowej
powrót będzie pływaniem w borowinie
na posterunku
powrót w młodości zasady będzie wyławianiem z tłumu
przez zwyrodniałych esbeków
a potem skrucha upartego skarabeusza
krzyk wolności poprzez bicie
śmiech wśród lasów
kula na torach w Babim Dole
i plucie krwią w Gdańsku-Oliwie
w już nieodwołalnym 1982-im roku
>>>
* Powtórka z inicjacji *
Powtórka z inicjacji
temat zero
począwszy od kościoła dreptałem
przez życie
począwszy od małej rzeki
kulawiłem codzienność
zgrabnie odkrywałem bzy i czeremchy
nieopodal Źródła Łask
tak dobrze było siedzieć na Wysokościach
Powtórka z całonocnych walk
z czarnymi chmurami w ciemnych oknach
zjeżdżania po pile cierpienia
dojrzewanie wśród ptaków i kwiatów
małe pagórki
mali chłopcy
tortura wielka jak las
mądre nauczycielki
książki o podróżach
Inicjowałem leśne echa
podnosząc głos w głuszy
uderzeniem woźnego pośród łanów paproci
obrywaniem skarp w czasie przerw
lotem w przepaść wąwozu
małe powodzie wielkich roztopów
niecne widoki wiosny
Źródło Łask promieniowało na ręce i głowę
pozostawiło wdzięczność dojrzałą
napiętnowało niewidzialnym pejzażem
Inicjowałem nowy system wartości
system jak echo
w lesie
z Wysokości
>>>
* Jedź Jadwigo *
Jedź Jadwigo ku lepszej przyszłości
nabawiony kokluszem
nabawiony bitwą
przerzucony przez mury trzech więzień
Jedź koniu mimo kaktusa obozowego
po kawę, ser i pieprz
ziemia ognista to ta znad Orinoko
między zębami pieśń
jedź Iwanie jedź
mogłoby się wydawać, że skromność
dotyczyć może igły
a nie kłucia zanim deszcz spadnie
te pomniki na prerii, te pióropusze
z NRD
seans jazdy jak na szpilkach
całość kominów zniewoliła Jadwigę
zatrzymała się nad śpiewającą rybą
koło Płocka
pieśń zamarła na zatorze lodowym
Jadwiga nabawiła się grypy
jak Tomkowa społeczność
zbyt gwaltownie przemieszczana
w strefach
>>>
* Do Nawakszut *
W dzień radosny
w dzień pogodny
świeci słońce kędy chce
miałem lecieć, lecz zostałem
prześwietliło mnie
Morze wielkie mnie oddziela
od Mauretanii i od Maurów
tam moje myśli biegną
ale, po co, ale, po co,
co tam jest?
W dzień świetlisty
w dzień kolejny
Jowisz z Wenus tańczy znów
ja nie widzę tych zalotów
ja już lecę do Nawakszut
W dzień bolesny
w dzień nijaki
już ląduję w dole skwar
jakaś stacja towos kolei
jakiś Tuareg ssie tu piach
ja oclony z burzy
ruszam skrótem przez pustynię
gnam jak Pyrrus na, na… Kartaginę
w dzień powrotu walczę skatem
z jakimś turbanem
Dzień już mija
znów tu siedzę
choć nawet dżdżu nie ma
pośród książek, nut, dyskietek
patrzę w okno – widzę kościół
Chwała Bogu!
widzę krzyż!
* Do Nawakszut *
* Powołanie *
Powołanie moje jest jak wiatr
nieustannie pojawia się z wiosną
na szczytach Tatr
pędzi przez hale
turla barany Gąsienicowe
Powołanie moje jest jak pszenica
rosnąca tylko po to
aby ukrywać przepióreczkę
jastrzębie głupieją w błękicie
gdy śpiewa jak ja tańczę
Powołanie jest jednoznacznym znakiem
zaznaczonym dość znacznie
w przeznaczeniu
– tak rzecze żartobliwie o rzeczach ostatecznych
i z uśmiechem o platonicznej idei – sam Sam
Skierowany w dzieciństwie na kosmodromy
mogę tylko wystartować
moje powołanie nie jest drogą
jest nim cel ponad głową
cel tyle strzelisty co stroma droga
Życie nie jest śmiercią
chociaż do niej prowadzi
śmiej się ze starego roweru,
którym przyszło ci jeździć po kosmodromie
szukając ukrytej rakiety
śmiej się z ran i łez
jeżeli masz pewne miejsce w kosmolocie
Jezusa Chrystusa
jeżeli masz miejsce w prawdziwym życiu
na tylnym siedzeniu aczkolwiek
Krywaniu nie do ukrycia
>>>
* Utrwalacze na mszy *
Spokojny dzień dla Pana
zapowiada mniejsza skromność
więcej dni takich przed nami
mogłeś zbliżyć się do szczęścia
jeszcze nie wiesz, z czym wyjść do Niebios
jeszcze spożywasz śniadanie
krzew zielony i zieleńszy
ogień w domysłach
Spokojny dzień nam Panie daj
niech słońce plami nasze twarze
nie będziemy pić piwa
ani gonić kotów po dachach dziś
z grzybami też nam nie wyjdzie
dzieci idą skrajem szosy
dzieci idą do kościoła
z lampionami z wieńcami z kwiatów
na szyjach jak w Papeete
w Wólce święty dzień
w Warszawie pracują żółte żurawie
skromnie wychodzą żebracy na łów
rodzina wyjeżdża na wieś
płacą za gazety płacą za potworności
szatan nawet kiosk ruchu wykorzystuje
w niedzielę w niedzielę w niewidzialności
płoną płyty i płytkie żleby pod blokiem
od jego zachęt niemych i nawoływań
olej z Amoco Cadis wylewa się
pod urzędem gminnym na bratki
pastuch pędzi bimber w piwnicach komendy rejonowej policji,
która pracuje w niedzielę i święta
lecz już nie zabija i nie torturuje w te dni
wciąż chwalą tu bohaterskich utrwalaczy
ale utrwalacze są na mszy
utrwalacze niosą baldachim
z wyhaftowanym złotym napisem
Amor Caritas
>>>
* Dzień przedostatni *
Mam nadzieję wiejską
chcę dotrzeć do sedna
mam ochotę miejską
chcę biec ku przyszłości
moje łany falują ciepłem serca
moje łachmany słów powiewają
na mnie jak na służącym
Oto nastał dzień przedostatni
wiele można zrobić jeszcze dziś
dla uratowania swoich najbliższych
najbliższych setek milionów
wyrazić nadzieję
wyrazić miłość
tę ciepłotę serca
wysłać na orbitę
niech rozjaśnia sądny dzień
i zostać nagim dla bliźnich
* Dzień przedostatni *
* Dyktator w każdym z nas *
Toczy się łez pociąg
przez kontynenty
ledwo spojrzy dyktator
już umiera setka dzieciątek
Karawana nienawiści
bieży przez pustynie ludzkie
gdy tylko wskaże dyktator
płaczą miliony gwiazd
Kosmiczne pociągi przyszłości
zdążają do Saturna
zanim zamruga dyktator
już drugi miliard istnień znika
wyludnia się planeta
I oto
parę paciorków
i jeszcze kilka zdrowasiek
z murzyńskiej chaty wylatuje
i spod świerka w Swierdłowsku
I oto
nagle dyktator w każdym z nas
zaczyna drżeć i blednąć jak księżyc
już
Jezus nie krwawi na krzyżu codziennie
nawet po zmierzchu
dziecko się do nas uśmiecha
>>>
* W Bieszczadach zmiany *
Miałem róg miałem sznur
peregrynowałem w Bieszczadach
pędziłem na złamanie perci
dopadły mnie zmory w Trembowli
nie dotarłem na Bukowinę
Moje serce pozostało we Lwowie
moja chata z kraja rozbłysła na chwilę
porodziłem dzieciątko
pochwaliłem Matkę
wydałem z siebie okrzyk jak kania
po okolicy przeleciał dreszcz
drobne stworzenia boże zielone
z piskiem rzuciły się do ucieczki
spadł deszcz i rozmył ich ślady
dziecię wstąpiło na próg chaty
i popatrzyło z Harty przez Bojanów
w kierunku Gwoźnicy i Rogów
już nie było Wandali i Galów
już nie było czerwieńców Szeli
już nie było zielonych żabek skrzekliwych
tylko czyste niebo nad Bieszczadami
i wzgórza…. błękitne nad Soliną
zachwycały wolnością
>>>
* Zaćma *
Miałem zaćmę i to był powód
miałem zaćmę i to wszystko
bałem się myśleć o prawdzie
bo cierpienie zawsze wzbudzało we mnie strach
niewygody omijałem
egzaminy przekładałem
w swoich ogrojcach trwałem w nieskończoność
egzamin życia trwał a ja spałem
jak ptak kląskałem nad ranem
nocny ptak czuwania
zamieszkujący nieopodal świętych miejsc
kaleczyłem prawdę, profanowałem tradycję
miałem krótkotrwałe odloty w słońca
miałem krótkotrwałe poloty na kometach
pokaleczony wracałem z przegranych dróg
które miały być spokojne i radosne
dziś święty za świętymi
idę w dal na spotkanie całego nieba
po krwawej operacji oczu
idę cierpiący w kolorowej prawdzie
trójwymiarowej
>>>
* Narzędzia *
Będziemy powracać ze spuszczoną głową
niewiele bohaterstwa w nas
kto więc stworzył te bohaterskie czasy
jeśli nie my
tak, marnymi narzędziami
byliśmy w rękach Boga
toczyliśmy nasze omszałe kamienie
po drogach tego świata
nieśliśmy zerwane kajdany dla władców
gdy władcami zostaliśmy
zakuto nas w te kajdany
mały lekki przytulny czołg
nasze życie
nad nami śpiew
nad nami czysty ciepły wiatr
wilgoć sierpniowa polska
w trawach i na rzęsach
komputer do góry – to my
* Zwycięzcy z konieczności *
* Kazamaty głów *
Mątwa w Morskim Oku
i lajkonik na dachu ratusza w Toruniu
mądrzejszy niźli Bismarck, który
z półek zdejmował gotowe plany wojen
– może być większy głupiec?
W każdej kałuży jest pełno życia
drogie pijawki i larwy much
mchy i porosty jak goryle górskie
żremy to, co u progu chaty
jej próg, czasem jej dach
wpadamy w ten dawny raj
płynie nad Ameryką żagiel
to skrzydło orła lub prom
kosmiczny jak wypowiedź indiańskiego wodza
zamiast walczyć inwestuje na giełdzie
myszy w kanałach tokijskiego metra
nad światem ludzkości strach
każda data rozbraja
każdy rok podwaja rozbestwienia
Jezus patrzy na to wszystko
siedząc na kaplicy Boimów we Lwowie
ze spuszczoną głową
opiera się o krzyż
po swojej walce
jak bokser w narożniku
ludzie walczyć już nie powinni
po jego kaźni
nie powinno być zakamarków
zmieniających się w kazamaty
w głowach w sercach w miastach
>>>
*Na lotni serca*
Doszedłem do swojego przeznaczenia
jak Adam do Alberta
wiem, że niecni ludzie
są na spytki
a cni nie znają odpowiedzi
a białe brzozy nadają się na ziemskie krzyże
by zbudować krzyż trzeba mieć tartak i hutę
wystarczy wystartować na lotni serca
by przelecieć ponad nimi
zostawić przeznaczenie za sobą
>>>
*Potknąłem się o miłość*
Potknąłem się o miłość
tego dnia, gdy maszerowałem w kolumnie
Pigmejów sercowych i Eskimosów uczuciowych
jasne horyzonty zwiastowały
sen jak płonącą trawę po wybuchu meteorytu
a moje sny zardzewiałe statki w portach ukrytych we mgle
a moje sny księżycowe unoszone przez maszyny na gumkę
a w sercu tylko spojrzenia wielbłądzie
Wstrząs po potknięciu
był rozstaniem kochanków
był narodzinami, był śmiercią, nie kłótnią
miłość pozostała w pyle drogi sama
szara niewidoczna jakby nieistniejąca
ale realna, jedynie realna
a ja nieistniejący, jakby nierealny
potknąłem się o życie warte snu
i przebudziłem na chwilę
>>>
* Koniec pogaństwa na tej ziemi *
Zmierzch słonecznych gawronów
nad łysą rzeką bez dna
modły szczere jak zboże
modły wielkie jak spektakl
już nadchodzi przełom wieku
gdzieś w górach
odnajdujesz wielką Świętą Kingę
na lotni szybujesz nad przełomem
patrzysz na swoje życie
zmierzch odlatujących bocianów
ciepły koniec wieku
niechętnie odlatują bociany
do muzułmanów w Sudanie
rzeką płyną włosy wplecione w wianki
to włosy Marzanny
pogańskiej boginki śmierci
to już przełom
koniec pogaństwa na tej ziemi
czyżby koniec pogaństwa
na tej ziemi?
>>>
* Milczę pocieszony *
Możecie mnie pocieszać w nieskończoność
jestem do pocieszenia
niewiele słów potrzeba
prawda wymaga trzech
kto dużo gada
płaza wygada
prawdę prześwietli jak w oświeceniu
zmieni w negatyw
i człowieka i ptaka
Pod skorupami sumień
milion poziomów pychy
pod skorupami łez
jeden poziom modlitwy
czułość w wierności
delikatność w łagodności
gotowość na cierpienie
głaskanie małego ssaka
zamkniętego w dłoni
dmuchanie na dmuchawce
Możecie dmuchać na moją twarz
w zimie i wiosną, gdy marzę
szczególnie wiosną, gdy marzę,
gdy wracam z poligonu
bez broni
wtedy jestem jak jajo pterodaktyla
skupiony cierpliwy oddany
matce
milczę czekając na ponowne wyklucie
po krwawej walce z sumieniem
z nieumiarkowaniem w gadaniu
o prawdzie
>>>
* Lawina *
Żeby ruszyła lawina
potrzeba okruchów skał na szczytach,
które tworzą jedno serce niewieście
żeby ruszyła lawina
potrzeba męskiego kopnięcia kamienia
w przepaść
a potem potrzeba piękności serc
piękności porywajcej
jak lawina uczuć spadających w otchłań życia
* Lawina *
*Zmniejszając tramwaje w myślach*
Zmniejszając tramwaje w myślach
błądziłem po liberalnym Krakowie
w smoczej jamie byłem przechodniem między kloszardami
maszkarony Sukiennic pozdrawiałem tępym spojrzeniem
i fascynata i ordynata i predystynata
Natknąwszy się na rekruta w fartuszku udałem się
pod siedziby gazet rozpowszechnianych na papierze czerpanym
Odnowionym spojrzeniem zlustrowałem
przechodniów-stańczyków z Londynu
poprzedzanych przez lewe interesy zurbanizowanych cietrzewi
Z dawnej miłości pozostały zakochane spojrzenia zza krat
wielkie tramwaje w oczach
wielkie katastrofy duchowości Krakowian
w witrynach i bramach
Na rynku rozglądałem się za miejscem
na pomnik dla Chrystusa Króla
ale zobaczyłem tylko zbyt wielu przekupniów,
zbyt wielu bankierów,
zbyt wiele za dużych tramwajów
zmniejszając to wszystko błądziłem w myślach starych
jak hołdy i rozbiory
kroczyłem wśród przechodniów w kierunku przejścia
podniebnego
Na dworcowym placu kosmodromie rozglądałem się za miejscem
na pomnik dla Chrystusa Króla
ale zobaczyłem tylko zbyt wiele wielbłądów
zbyt wielu Madianitów i Elamitów
zbyt wielkie teatry i saturatory
cofanie się przed tym wszystkim
zaprowadziło mnie w okolice muzeów
rozdeptane butami kapitulantów
w muzeach święci krzyczą i w winiarniach zwyczajowo
święci krzyczą nadal w tym mieście na każdej ulicy
lecz nikt ich nie słucha
malutkie tramwaje wożą serca
zbyt małe
malutkie tramwaje wożą malutkie serca
rosnące stale
Zwiększając tramwaje w myślach
odnalazłem się w liberalnym Krakowie
*Zmniejszając tramwaje w myślach*