Archiwum dla Styczeń, 2026

2026

Posted: 01/05/2026 in Wiersze

2026

*Słowieszcze słowa legend*
To nie złoty Graal szukać go nie trzeba
to nie Ekskalibur, jak słynnego miecza z kamienia
wyjmować z jeziora go nie trzeba
nie jest to też teoria względności, której
nikt nie doświadczył, a jak dostrzegł to nie zrozumiał
to raczej nic mitycznego, zapewne
abstrakcja cieni matematycznych ważonych lekce
to sens i logika, co w ustach mędrca znika
w oczach mędrca się pojawia na chwilę
w uszach czynownika tyrana wypełnia się mocą
to tylko pojęcie na sarkofagu zapisane maczkiem
to prawidła widzialnego kosmosu okryte niesmakiem
bielizna księżyca złożona do prania
na planecie wątpliwej raczej reputacji
kto wymyślił legendę ten winien jest prawdy
na szafot z nim – może on ci jest obcy
tu na Ziemi przypadków nie ma, przypadkiem
są tylko słonie, słońca i legend słowa słowieszcze
sykomor pokór niewoli dreszcze
*Powrócić raz do naszych gwiazd*
Masz tyle ze mnie, co ja z ciebie
ale mówisz do mnie zbyt często, zbyt cicho
nie mogę się skupić na tożsamości serdecznych drgnień
nie mogę wykupić ciebie całej z siebie na zawsze
a ty możesz wykupić siebie we mnie od zaraz
ten czas eksploracji ciał za ciasny jest, a i tak się kurczy
czego nie można powiedzieć o dusz prawdopodobieństwie
forma ciągła w dotyku czułym możnościami zapełnia świat
i tak tych możności wykorzystanych niewiele
jeszcze nie przeżyły się w nas a my znikamy i tak
pozostaną te rozmowy, co? nie? tak?
pozostanie ten rozgardiasz upomnień skupionych sumień
bez pocałunków utrwalone siedzenie obok siebie ciągle
a ty mówisz, że jeszcze sama w sobie żyje prawda?
nie bądźmy dziećmi, mamy po pięćdziesiąt lat
weź to ode mnie, te moje usta
daj pocałunki, zapal świecznik MY NAS, wieloramienny blask
marzy nam się przecież stulecie niewinnych, co? nie? tak?
i słuchamy głosów tych samych, co przed miliardami lat
wypowiedział Bóg bez nas
spieszno nam do siebie po jednej chwili rozstania
spieszno nam do wczorajszych łask
opuszczenia strachu ego samotnego
i powrotu jeszcze raz do naszych niesamolubnych gwiazd
do szeptu miłosnego
*Znicze wiary w przystępność zimy*
Stworzyłem epigramat miłości, ot tak
pod wpływem chwili niecierpliwości
na powitanie zimy, a może raczej na pohybel jej
wyłącznie skutkiem zamieci był odruch ten
tym, co stwarza z kolei ludzi lodu był skrajnie biały sen
odkułem się w nim sam z bryły lodu
probabilistycznej jak całe Uniwersum
co płonie zamarzając i zamarza płonąc
moje ukochane obiekty zmysłowe w gwiazdozbiorach
te gniazda mojego ja we frazach i wersach
znaczące mitologie, jak freski w homeryckich słowach
przypominały malowidła naskalne obcych, lecz nie strach
one stały się półprzezroczyste dla kwantów inteligencji
jurajskiej, jak moje my, dla mnie ssaka zimy
powiedzmy takiej, co na Gigantomachii termojądrowe bierwiona skazana
zapalam do dzisiaj niematerialne płomienie
miłości ogniskującej wszelkie wolne ja
znicze wiary w przystępność zimy wspólnotowej
w przestępności lata samotniejącego czasem
w umiarkowanych rytmach gwiazd
na które nikt nie czeka prócz mnie i czarnych dziur tam
czekam z epigramatem nadziei w zawiei
i z siecią serc na zwątpienie w niescalającą śmierć
w głębi Uniwersum, gdy czas stygnie mieniąc się diamentami ostateczności
diamentami w odwróconym wektorze pór
wypadków i najzwyklejszych chwil nieuniknionej miłości
dla wieczności w nieprzemijalności słów sentencji
*Bombilla z tykwą w chmurach*
Mam w swoim kąciku w niebie przygotowany ekspres do kawy
i bombillę z tykwą do yerby mate
tak na wszelki wypadek
gdybym z wysokości chciał spojrzeć na dawny padół mój
gdzie przecież kumulują się migreny i stresy
nawet bez tego uwielbionego ciała zapewne przeżyłbym wstrząs
wśród chmur i nawet w ich wnętrzu
czaić się może ze wspomnień fobia, furia i groza – to prawdopodobne
ot mały wspomnień grom
a przecież i o natchnionym sobą mówią –
oto człowiek chmurny, jak Werter, cóż platonicznie zakochany
więc tam u góry chcę być zabezpieczony
nie ma tam aptek, wiem przecież
nie ma ślicznych wiolonczelistek, które
z czoła przegonią każdy bolesny smuteczek, co się wlecze
czasem za istnieniem i sensem do nieba
jak zmarszczka i grymas na Mony portrecie
ja tam nie wiem, fantazjuję, rymuję, jest OK.
– powie może niebieski dorożkarz
ale ja tam wiem, bo znam każdy kąt
w cumulopolis, metropolii mgieł i kropel
dusz czytających wiersze, we łzach
w tęczowym urbanopolis, liryk własnych najczęściej, a przecież
w mym pokoiku bez ścian mam tam
wszystko przygotowane, co niewidzialne, moje od zawsze
z młodości miłości zabrane w świętą starość
wmontowane w skałę dobra komety moich dni zbawiennych
i w niewidzialność obrócone bez bólu
tylko jeden łyk ambrozji neutrin serwowanych już z niebieskiej tykwy
i starczy?, tak, na splin lewitujący to starcza tu, tylko tu
może nie na jeden dzień, na jeden wiersz chmurny bez słów
*Śryż powoli przepływa przez moją głowę*
Zawsze, gdy jestem w Warszawie nocuję na Starówce
nie żebym od razu chciał słyszeć śpiewy trzeciomajowe
kiedy to tłum rozkrzyczany, wypływając z Zamku niesie
Poniatowskiego na ramionach do katedry
ani tym bardziej szczęk oręża naszych dziadów
a to próbujących zatrzymać łupieżczą Jaćwież z Litwinami
a to przeganiających Szwedów i Rosjan ze swojej stolicy
bardziej prozaicznie wsłuchuję się nad ranem
w szmer Wisły płynącej w dole, w stukot butów niepodkutych
nie młodzieży bananowej z Uniwerku
gonionej przez milicjantów i Ormowców po wiecu
brutalnie rozpędzonym w sześćdziesiątym ósmym
ale tej zwykłej wracającej z dyskotek na statkach rzecznych
hałasujące śródnocne zjawy z mitów i ekstraordynaryjnych snów
– to takie prozaiczne niedośnienia turystów
to jak brak dzwonienia tramwajów tu, ich metalicznych szmerów kół
na zwrotnicach wyobcowania i rozjazdach teraźniejszości
za to terkot karabinów Sten i pojedyncze strzały z pistoletów Vis
warkot czołgu z uporem wjeżdżającego w nieustępliwą ścianę Archkatedry Świętojańskiej
słyszę i w zimie i w lecie
Zawsze, kiedy jestem w Warszawie nocuję na Starówce
i bezsennie czuwam obok bohaterów, a potem śnię i tak postacie zdrajców
i tego największego, niesionego kiedyś na ramionach polskich posłów do Katedry
tej wciąż i wciąż rozjeżdżanej przez czołgi sprośne wszelkich ideologizmów
a on sam, król sekretarz obcych, rozbiorów paw, trefniś upadłego narodu
siedzi obok ostatniego sługi, jak ja w nocy sam
patrzy w swoje warszawskie rozbite lustro, jak ja przez okno
ja trzymam nogi na parapecie
a on jawiąc się z tego słynnego obrazu syna Moniuszki, tak tego..
trzyma swoje pantofelki na Carycy atłasowej poduszce-podnóżce
on wzruszony, jak ja, może widzi księżyc odbijający się w Newie
i wszystkie gasnące nad Łazienkami gwiazdy jego
a ja tam w dole widzę nieodwołalnie bieżącej polityki śryż lodowy
każdej zimy leniwie przeciskający się przez wąskie gardło
wczorajszej propagandy i dzisiejszego narodowego snu
w zawsze zwycięskiej Warszawie klęsk stu
*Wskroś serca wyłącznie idea*
Wskroś oczu patrzenia, wskroś oczu
wskroś zmysłów emanacji w wizji
dzielisz świat na odludny i bezludny
w kręgach motywów życia cudny
w kręgach motywów separacji władz
w bezsennych nocach oczu nieosiągalny
pusty bierny nieznany, lub tylko nienazywalny
w oazie się rozmywa pustynność linii patrzenia
tym się wyróżnia przejście z suchych intencji
do głębokiego zielonego ich cienia stworzenia
masz w oczach dwa jeziora polodowcowe
a na ich tafli nieskazitelnej materii kręgi fal
wskroś fal interferujących wizje wiar dające
matematyczne pewniki prawd
pośród wilgotnych złudzeń, lecz nie we mgle traw
palące słońca studnie, od łez świetlistość odbita cudnie
świata jasność galerii cierpień, gwiazd śmierci poświata tła
wskroś oczu leci gwiazdolot
wskroś oczy pędzi pociąg, jak strzała
do sedna do granicy samoświadomości
po sens do zmysłu złudzenia
elektron prawdy znika w patrzeniu?
to nie prawda!
pojawia się w sercu kruchym, właśnie w patrzeniu
wskroś serca wyłącznie – idea
*Jak odnaleźć i zatrzymać piękna dzikość*
Jak odnaleźć to piękno dzikie
na rozświetlonej tylko w części polanie mrocznej
w sercu puszczy splątanej barokiem konarów wiekowych drzew?
Jak odnaleźć to piękno w tysiącu alabastrowych rzeźb
odkuwanych przez tysiące rzeźbiarskich żylastych rąk
od czasów starożytnych do dziś
w delikatności oczu, grymasów i mąk?
Jak odnaleźć to piękno misterne w mgławicach
i galaktyce pierwszego kosmosu gwiazd
w poświacie pierwotnej na szkle teleskopu Webba
gdzie myśl w przerażeniu zaciska powieki rzekomej nieskończoności?
Jak odnaleźć piękno słodkie w tłumie przechodniów na ulicy
gwarnego miasta, tego, co
płonie, jak ty osobową skazą powszechnej na niby
jedności ludzkiego rodzaju?
Jak odnaleźć to piękno dziewicze na złomowisku ogromnych samolotów
i wahadłowców, czołgów i robotów
gdzie mechanizmy rdzewiejące i splątane przewody, błyszczące płytki
układów scalonych, pożółkłe frazy AI zadrukowanych kart
pokazują to samo, co matryce teleskopu dla Wszechświata stworzone?
Jak wytrzymać konfrontację z tak ogromnym pięknem
jak go okiełznać słowem
jak w słowie uniwersalnym przetworzyć
zatrzymać w sobie na zawsze piękna natury dzikość?
*A oni nie*
Znam ciebie mogę powiedzieć śmiało, ale
znam twoje zastygłe ambicje wszystkie, ale
znam nastroje, które umieszczają cię w chwale, ale
znam tajny bestiariusz twojej duszy, ale
znam wygody jawne ciała w zachwycie, ale
znam podróże wewnątrz duszy opisane, ale
znam krotochwile uznanych cierpień blade, ale
znam ciebie, jako statyw świata dla selfie, ale
znam, jako kołatka do empirii z rana, ale
znam zachwyty słońca nad tobą zimą, ale
znam zakochanie nocy w tobie, choć nie odwrotnie, ale
znam ciebie w dnia marzeniach, ale
znam twoje ucieczki zakosami w gniewie, ale
znam przemijalność gniewu w nieustającym radości szale, ale
znam ciebie bardziej planetarnie niż siebie w galaktykach, ale
są tacy, to nie żart, co znają cię dużo lepiej ode mnie
a ty przecież mieszkasz we mnie od zawsze, a oni nie
*Kolizja galaktyk*
Zgadnij siostro, dokąd zmierza galaktyka twoja i moja, nasza braterska
ale, jak masz zgadnąć, ponoć nie znasz kierunku nawet własnej drogi
ani celu komet, ani momentu pędu rodziny ludzkiej, jakoż i ja
rozszerza się w niej literalnie wszystko przecież
a ponadto czeka nas galaktyk i serc kolizja
to też i braterstwo i słowo o nim ważą najwięcej
– to dobrze
wielkie masywne ciała wpłynąć chcą na twoją drogę w przestworzach
ciała nieludzkie, ale jak żywe, astralne tymczasem
stań ze mną siostro naga wśród gwiazd, choć raz
i ręka w rękę skierujmy się idąc tam, gdzie
fotonem jest każdy piękna akt a złudzeniem bytu w oku
– zachwytu i wzruszenia łza
tam jest cel podejrzewam wielu, ale czy
tych konsekwentnych wyznawców idealnej miłości
co myślisz siostro zmysłowych władz?
co zabierzesz ze sobą na wyprawę po złote runo
– poza bukietem nieskazitelnych prawd
– poza locjami dusz, poza afektem i snem-marzeniem?
o tak, peregrynacja chwał do szczęścia bez ram
do krańców świata: raz w rozproszeniu, a raz w jedności, z uporem
zgadnij, co czeka u skończoności bram?
– moja siostro powszedniego, szarego, znów mijającego dnia
*Pozwól siostro*
Jestem bożyszczem moich wierszy ponoć
że ojcem chrzestnym to wiadomo
i nawet Nirwaną i Sepulturą dla nich
ale, że bożyszczem nie wiedziałem akurat
każdy szkic i wzór jest wyznawcą moim, jak
Michała Anioła bryła ciężka
marmuru białego, jeszcze nietknięta
na wzór Boga kreującego przychodzą strofy
do myśli czekającej w głowie
i pukają, no więc mówię – pozwól siostro, ty i ty i ty
– i tak to się zaczyna – miłość nowa
nie wyznaję, jak sam Hendrix:
no to ruszam i wgryzam się, jak w jabłko
raczej jest to nienaśladowcza metoda penetracji
raju bez zła i dobra
bezgrzeszne spotkanie woli z koniecznością cudu
dzieło jest tu jabłkiem, a myśl kobietą
tylko potem żal tego żebra brakującego, częściej tego śladu gryza w jabłku
jak każdego szkicu, z przednatury postsurrealistycznych wizji
w krypcie głowy bez korony, bez Olimpu
widnieje odwzorowanie piękna – sam tors bez rąk i ust